Strony

sobota, 3 grudnia 2011

Rozdział 7 [Chaos]

Zawędrowali do jakiegoś miasta, będącego zapewne częścią większego organizmu, może państwa czy raczej niewielkiego państewka, bo takich wokoło powstawało pełno. Miasto to nie różniło się praktycznie rzecz biorąc wcale od tych, które znał Amir ze swojej okolicy. Było niezbyt duże, ale liczne, brudne i głośne. Wokół nich było pełno ludzi, którzy przeciskali się wąskimi dróżkami, tu i ówdzie porozstawiane były stragany, przy których stały hałaśliwe przekupy, wykrzykujące swoją ofertę, brukowana ulica, którą wędrowali, była wybrakowana i dziurawa, i zapewne stała się przyczyną wypadku niejednego, nieuważnego woźnicy. Długie sznury z praniem porozwieszane były w najdziwniejszych miejscach, trzeba było mocno uważać na to, gdzie się stąpa, bo dróżki niepozbawione były różnego rodzaju nieprzyjemnych niespodzianek, wydzielających równie nieprzyjemny zapach. Jakby tego było mało, co jakiś czas ktoś wylewał z wiadra przez okno różnego rodzaju nieczystości, które później swobodnie zalegały na drodze, jakby nie przeszkadzały nikomu. Zewsząd więc czekały na zbłąkanego nieszczęśliwca jakieś pułapki. Amir obejrzał się i dostrzegł małe dziecko, które siedziało przy drodze, bawiąc się czymś, co wyglądało jak końcowy efekt spożywania. Pewnie i w ich królestwie dało się natrafić na podobne dzielnice. Nadim nie odzywał się wiele, ale wcale nie musiał. Jego twarz wyrażała to niechęć, to znów ciekawość, zdawało się, że te ludzkie sprawki, zwyczaje i postępki, które przecież musiał znać już wcześniej i których niejednokrotnie był świadkiem, odpychają go i fascynują jednocześnie. Przyglądał się z zainteresowaniem domom i przechodniom, którzy także na niego spoglądali, ta społeczność, w przeciwieństwie do poprzedniej wsi, nie wydawała się być ani szczególnie ciekawa, ani szczególnie wroga w stosunku do uszatego przybysza.
Największe zniechęcenie i oburzenie wywołały w Nadimie chyba niewielkie obszary wiejskie, które mijali, nim dotarli do miasta i które zapewne zależne były od lokalnych władz. Tamte tereny były bowiem ciche i spokojne, ludzie zajmowali się wyłącznie pracą, ubrania mieli podarte i poniszczone, skórę spaloną od słońca. Ci ludzie sprawiali wrażenie jakby nie mieli czasu, ani na chodzenie na targ, ani na uliczne pogawędki. Pracowali całymi rodzinami, od najmłodszych dzieci począwszy, dbając o swoje plony i zwierzęta.
Minęli obaj niewielką karczmę, zaglądając wcześniej do środka przez zabrudzone szyby. W środku było zupełnie pusto. Sama ulica zdawała się być jedną wielką karczmą dla mieszczan, zajmujących się głównie własnymi sprawkami, rozmówkami, plotkami i głośnymi kłótniami.
Szli dalej. W pewnym momencie dotarli do ogromnej bramy, otwartej na oścież, ale pilnowanej przez dwóch rosłych strażników. Spojrzeli po sobie. Amir zawahał się przez chwilę, ale ruszył śmiało przed siebie i ku jego zdumieniu, nie został zatrzymany, nikt nie zwrócił nawet na niego szczególnej uwagi. Jego towarzysz zrównał się z nim krokiem, rozglądając się dookoła. Początkowo mężczyzna myślał, że brama prowadzi do jakiegoś pokaźnego dworku czy może nawet pałacu, ale ku swojemu zdumieniu dostrzegł, że po drugiej stronie znajduje się dalsza część miasta. Część, która w porównaniu z tym, co widzieli przed chwilą, wyglądała niemalże jak inny świat, a brama wydawała się jakby portalem. Przed nimi rozciągał się duży plac, wzdłuż którego wędrowali dalej, zafascynowani tym, co widzieli. Na środku placu stała ogromna fontanna, wokół której bawiły się beztrosko dzieci, podczas gdy ich matki rozmawiały ze sobą, siedząc na pobliskich ławkach. W porównaniu z tamtą częścią miasta, panował tu jakiś spokój, jakaś cisza. Dookoła było zupełnie czysto. Ulice były piękne i zadbane, zresztą dokładnie tak jak domy, które sprawiały wrażenie, jakby ich właściciele prześcigali się wzajemnie w oryginalności dekoracji, kształtów i kolorów. Przed posiadłościami znajdowały się piękne ogrody, w których rosły kwiaty i owocowe drzewa. W tych ogrodach dostrzegali czasem jakąś zajmującą się nimi pannę czy bawiące się dzieciaki. Po mieście krążyli strażnicy, charakterystycznie odziani, z tarczą i krótkim mieczem. Niektórzy spoglądali na nich surowo, inni mijali ich raczej obojętnie. Minęli tawernę, przed którą siedzieli przy długich ławach, pod parasolami goście, prowadzący ze sobą dyskusje w sposób tak kulturalny, dostojny i spokojny, że aż dziwaczny i nieprawdopodobny. Nie było ani śladu pijaństwa, nie słychać było głośniejszego tonu. Wszyscy wokół uśmiechnięci, wszyscy uprzejmi... Panie w pięknych sukniach i elegancko ubrani panowie. Nie przypominali Amirowi nawet arystokratów, bo ci, o ile nawet starali się zachować pozory dostojności, ostatecznie i tak dawali się poznać z właściwej sobie strony, skorzy do kłótni, obżarstwa i pojedynków. Tu nie było po tym nawet śladu. Ale owa społeczność nie budziła w Amirze pozytywnych odczuć.
-Co za dziwni ludzie...- szepnął ze zdumieniem Nadim słowa, które cisnęły się mężczyźnie na usta od dłuższego czasu.
Skinął głową w milczeniu. Dziwni ludzie, dziwne miasto, dziwne otoczenie... Zastanawiał się, gdzie właściwie się znajdowali. Niezbyt uważnie przykładał się do studiowania map, podsuwanych mu często przez wuja, niespecjalnie go to wszystko obchodziło, a w dodatku wędrowali już tak długo...
-Ej ty!- usłyszał wołanie- Potomku wilków!
Amir zatrzymał się odruchowo i odwrócił, jakby to do niego skierowane były te słowa. Jego towarzysz postąpił dokładnie tak samo, wzdychając głęboko pod nosem, jakby przeczuwał kłopoty. Stał przed nimi mężczyzna w średnim wieku, ubrany w pięknie uszyty strój, na wpół złotawy, na wpół purpurowy. Gładkie, ciemne włosy upięte miał w krótką kitkę.
-Kim jesteś...?- zapytał podejrzliwie, nie zwracając szczególnej uwagi na Amira, mierząc za to wzrokiem jego towarzysza.
-Nazywam się Nadim, panie- odpowiedział spokojnie potomek wilków.
Amir mruknął coś gniewnie pod nosem. Tamten mężczyzna spojrzał na niego jakoś dziwnie, z początku jakby karcąco, ale gdy przyjrzał mu się lepiej, wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Sprawiał wrażenie zdumionego.
-Czyżby... Czyżby książę Amir...?- zapytał, zafascynowany.
Nadim uniósł brwi, zerkając na swojego towarzysza, który nie do końca wiedział, czy powinien odpowiadać na to pytanie.
-Kim jesteś?- zapytał więc tylko szorstko.
-Ach, więc jednak książę Amir!- uśmiechnął się szeroko tamten, z wyraźną satysfakcją, uznając tę odpowiedź za potwierdzenie- Wasza książęca mość może mnie rzecz jasna nie pamiętać... Kilka lat temu składałem razem z dawnym królem tych ziem wizytę twojemu królowi i jak mniemam... ojcu?
-Wujowi.
-Ach, tak! Wujowi... Król złożył mu wizytę, a ja towarzyszyłem mu jako jeden ze służących, mając okazję być przy jego spotkaniu z szanownym księciem...
Amir raz jeszcze spojrzał na niego z uwagą. Co by o nim nie mówić, na sługę raczej nie wyglądał. Prędzej już na lokalnego szlachcica.
-Czy wasza książęca mość zechce udać się ze mną do królewskiego zamku...?- rzucił mężczyzna, nie przestając się uśmiechać- Myślę, że król byłby zachwycony, gdyby mógł poznać jaśnie pana...
-Nie, dziękuję- odmówił chłodno Amir, któremu to zaproszenie wydało się podejrzanym- Jestem trochę zajęty.
Nadim szturchnął go lekko w bok, co mężczyzna zignorował.
-Obawiam się, że będę musiał nalegać, wasza książęca mość...- jegomość skłonił się przed nim lekko- Nierzadko zdarza się, by zawitał do naszego królestwa ktoś taki... A jestem pewien, że nie chciałbyś urazić naszego króla swą odmową, o której, oczywiście, będę musiał mu wspomnieć...
-Niech tak będzie- odparł lodowato Amir, gotów odwrócić się na pięcie i odejść, ale jego towarzysz chwycił go mocno za ramię i odciągnął na chwilę na bok, dając znak dłonią mężczyźnie, by ten poczekał- Co ty wyrabiasz...?- burknął.
-Co TY wyrabiasz?- zapytał bez zrozumienia potomek wilków- Zapraszają nas do zamku!
-Po pierwsze, zapraszają MNIE do zamku- sprostował mężczyzna- A po drugie... Może zapomniałeś, psie, ale mamy przed sobą pewne zadanie... Jak już je zrealizujemy, możesz tutaj wrócić i powołać się na moją osobę, a później wieść życie pośród królów, królewiczów, królewien i kto wie, czego jeszcze... A teraz zajmijmy się tym, czym powinniśmy się zająć.
-Może ty już zapomniałeś...- Nadim wciąż trzymał go mocno za ramię, nie pozwalając mu się odsunąć- Ale mamy ze sobą jedynie mały namiot, nie mamy pieniędzy i jedzenie też powoli się kończy... Musimy sobie tu znaleźć jakiś nocleg.
-Na królewskim zamku?!
-A co za różnica?- nie rozumiał Nadim- To znaczy... Owszem, pewnie jakaś jest...- parsknął po chwili- Ale chyba królewskie zamki są wygodniejsze od tawern i karczm, do których nikt nas zresztą nie zaprasza, więc...
-Psie, umówmy się, że nie masz bladego pojęcia o ludziach- wycedził przez zęby mężczyzna z irytacją- Więc umówmy się również, że ja będę podejmował decyzję co do tego, gdzie będziemy nocować i w jakich warunkach, w porządku?
-Jesteś jakiś uprzedzony do zamków czy co...?- Nadim uniósł brew w geście politowania.
-Co ty bredzisz, psie? Jestem siostrzeńcem króla.
-No właśnie... To jakiś uraz z przeszłości...?
-Psie, po prostu przymknij się z łaski swojej i...
-Szanowni panowie...- przemówił znowu jegomość, uśmiechając się do nich w sposób iście przesłodki- Zostańcie u nas chociażby przez jeden dzień... Król tak rzadko miewa równie dostojnych gości... Książę Amirze, jesteś pewien, że nie mógłbyś poświęcić naszemu władcy choć jednego dnia...?- Amir skrzywił się z irytacją. Tak, był tego pewien- Oczywiście jestem przekonany, że nie masz złych zamiarów, ale nie chcesz chyba, by to drobne nieporozumienie potraktowane było jako znaczące w relacjach pomiędzy naszymi państwami...?
To ich państwa miały ze sobą w ogóle jakieś relacje? Dobre sobie. Amir milczał przez dłuższą chwilę. Zresztą, któż to wie. Nigdy nie interesował się takimi sprawami, nawet nie pamiętał tego mężczyzny, co zresztą go nie dziwiło, czemu miałby zwracać uwagę na członków królewskiej służby. Nadim patrzył na niego wzrokiem, który niemalże przeszywał Amira na wylot. Nie, nie miał żadnych uprzedzeń co do zamków. Nawet najmniejszych. Miał za to ogromne uprzedzenia co do władców i całego ich otoczenia, być może dlatego, że znał je dobrze z własnego doświadczenia i opowieści Ludwika.
-Zgoda...- odparł jednak wreszcie z niezadowoleniem- Jeżeli król życzy sobie nas widzieć...
-Doskonale!- klasnął w dłonie jegomość i zaśmiał się serdecznie- Chodźcie ze mną, drodzy panowie... I ty, szanowny potomku wilków- uśmiechnął się miło do towarzysza Amira, jakby ledwie chwilę wcześniej nie zatrzymał go bez żadnego powodu. Chociaż wystarczającym powodem było zapewne jego obce pochodzenie.
-Nadal nie powiedziałeś kim jesteś... panie...- dodał Amir z lekkim przekąsem.
-Ach, czyżbym się nie przedstawił...? Nazywam się Eldrin.
Eldrin, wyglądający jak na królewskiego sługę wyjątkowo nietypowo, zaprowadził ich prosto do powozu, który zawiózł ich pod zamek. Zamek był bardzo okazały, piękny, duży, śnieżnobiały. Eldrin wprowadził ich do jego wnętrza, a Amir przejrzał się w wiszących w holu lustrach i doszedł do wniosku, że towarzyszący im jegomość musi mieć niesamowitą pamięć, bo z pewnością daleko mu było do wyglądu księcia. Właściwie przypominał bardziej mieszczan i to zdecydowanie tych z gorszej części miasta.
-Każę przygotować dla was kąpiel, panowie i nowe stroje- poinformował ich pogodnie mężczyzna, znikając na chwilę w jednej z bocznych komnat i pozostawiając ich w ogromnej sali.
Amir mlasnął niezadowolony, nerwowo odszukując dłonią rękojeść miecza. Robił to zawsze w sytuacjach, kiedy czuł się wyjątkowo niepewny, a może wręcz zagrożony. Nie podobało mu się ani to miasto, ani ten zamek, a już tym bardziej sługus w postaci Eldrina. Chyba zupełnie inaczej niż Nadimowi, który z lekko rozchylonymi ustami rozglądał się dookoła, oglądał z daleka, nieśmiało, piękne rzeźby i portrety, wiszący nad nimi, ogromny żyrandol, wiodące na górę, spiralne schody. Wszystko to niezwykle go fascynowało, ciekawiło. Amir pomyślał złośliwie, że nie powinien się temu dziwić. W końcu jego towarzysz nieczęsto miał okazję bywać w podobnych miejscach, które rzeczywiście mogły robić wrażenie, nawet na kimś, kto twierdził, że wszystko, co pochodzi od ludzi jest złe.
Eldrin powrócił do nich, wciąż uśmiechając się w taki sposób, jakby trudnił się handlem i usiłował im właśnie wcisnąć jakiś felerny przedmiot.
-Kiedy zobaczymy się z królem...?- mruknął niechętnie Amir.
-Kiedy tylko wróci do zamku- odpowiedział spokojnie mężczyzna- To znaczy... Jeżeli wróci- sprostował po chwili.
Amir i jego towarzysz spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
-Przepraszam, panie... Co znaczy to „jeżeli”...?- dopytał niepewnie Nadim.
-Ach, długo by wyjaśniać!- zaśmiał się lekko Eldrin- Nie sądzę byście byli panowie zainteresowani słuchaniem o naszej obecnej sytuacji...
-Ja jestem, więc...
-Kto właściwie aktualnie rządzi?- rzucił podejrzliwie Amir, wchodząc swojemu towarzyszowi w słowo. Nie żeby jakoś szczególnie orientował się w imionach okolicznych królów i władców, ale był tego niezmiernie ciekaw.
-Cóż, książę...- Eldrin zaśmiał się z lekkim zakłopotaniem- Jakby to wyjaśnić... Po królu Urychielu, który złożył twojemu wujowi wizytę, rządził jeszcze król Ismer, a później Olihard, Rodos, Kostyl, Tial, i Artos, i Hrymes, i Primal, i Sethaniel, i Hestonius, i...- tu zawahał się przez chwilę- Pewien nie jestem, bo wtedy to mieliśmy chyba z trzech królów...- przyznał po chwili, po czym kontynuował wyliczankę- Był jeszcze Kestonius i Firtald, a później król Odyn... A teraz rządzi nami król Miros. Póki co- zaznaczył z uśmiechem.
Amir aż parsknął z niedowierzaniem.
-Tylu władców...?- rzucił pobłażliwie, kręcąc głową- Chyba w ostatnim stuleciu...
A i to całkiem spora liczba.
-Ależ skądże znowu, najłaskawszy książę!- zachichotał Eldrin, machnąwszy dłonią- W ciągu ostatnich kilku lat!- i widząc zdumienie malujące się na twarzy obydwu gości, wyjaśnił cierpliwie- Widzicie, szanowni panowie, u nas sytuacja jest nieco... inna... niż w pozostałych państwach i miastach. Bo u nas mieszkają aż cztery plemiona. I te cztery plemiona kłócą się nieustannie o to, kto ma dojść do władzy, a żeby tego było mało, kłócą się jeszcze wewnętrznie... Wyznaczają kandydatów, których wspierają poszczególne armie i tak długo, jak król ma poparcie najsilniejszej, może czuć się spokojny... Ale nasz król poparcia już nie ma- wyjaśnił półgłosem- Dowódcy armii się zbuntowali, wsparli innego, wojownicy poszli za nimi... Długi to był spór i bolesny dla naszego władcy, ale cóż zrobić... Teraz lęka się bardzo o swoje stanowisko...
-Ludność musi być zmęczona tymi wszystkimi wojnami...- zauważył Nadim.
-Jakimiż tam znowu wojnami, panie!- żachnął się mężczyzna- Mało kto wszczyna wojny. Wojowników u nas niewielu, ich wsparcie więc jest raczej oczywiste... Ten kto ma przewagę, zwyciężą i tyle... Ludność nasza raczej nie cierpi na tym zbytnio, mało było przewrotów, które zakończyły się dla niej krwawo... Ale... U was, książę, jak widać też zmieniło się to i owo...- dodał nieco kąśliwie, spoglądając na ubranie Amira- Czyżby król Ludwik zmarł albo czyżbyś dostał się w jego niełaskę, panie...?
-Nie... panie...- odwarknął niemalże mężczyzna- Wędrowaliśmy i zgubiliśmy się nieco.
-Tym lepiej!- ucieszył się tamten- Nie patrz tak na mnie, najłaskawszy książę, cieszę się twoją pozycją i potęgą! I nasz król również się z niej ucieszy, jestem przekonany! A wiem, co mówię, jako jeden z wyższych, królewskich urzędników...
-Zaraz, zaraz...- przerwał mu Amir, marszcząc brwi- Nie mówiłeś niedawno, że byłeś ledwie sługą...?
-Owszem- przyznał bez cienia wstydu Eldir, skinąwszy głową- Byłem.
-Więc jak zwykły sługa staje się wysokim urzędnikiem...?
-To bardzo proste, panie... Nowi władcy dochodzą do władzy... Większość z nich chce to robić w miarę pokojowo, mało tu było takich, którzy zamierzali lud uciskać i organizować czystki... Owszem, zdarzali się, ale szybko ich usuwano. Może i nasza społeczność nie wydaje się zbyt... bojowo nastawiona... Ale uwierz mi na słowo, książę, że gdybyś spróbował jej coś narzucić, odebrać jej jakiś przywilej czy prawko, gotowa byłaby roznieść ten zamek w pył... Tak więc królowie chcieli rządzić pokojowo i mieć lojalnych, znających się na rzeczy ludzi... Ci, którzy woleli być lojalni wobec poprzedników... Cóż. Kończyli różnie. A ci, którzy byli rozważni, jakoś sobie radzili... I stopniowo pięli się coraz wyżej.
-I to jest... lojalność...?- Nadim skrzywił się lekko, kręcąc głową bez zrozumienia. Amir uśmiechnął się kwaśno pod nosem. Biedny, głupi, naiwny pies... On naprawdę nie rozumiał, co znaczy dosłownie oznacza „królewskie życie”?
-No cóż, panie...- Eldir wzruszył ramionami, uśmiechając się niewinnie- Trzeba wiedzieć jak się w życiu ustawić...
Amir pozostawił te słowa bez komentarza.
-Może zechcecie obejrzeć jakieś komnaty, panowie...? Bo jak mniemam, powinienem przygotować osobne?
-Nie- odparł krótko mężczyzna- Wspólną.
Nadim spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Ostatnie rozdzielenie nie skończyło się dla nas najlepiej- zauważył z drwiną Amir, wyjaśniając tym samym wszystkie wątpliwości. Bądź, co bądź, wolał mieć psa przy sobie, niż w razie ewentualnego zagrożenia szukać go nie wiadomo gdzie. A sama świadomość przebywania w dworze władcy, napawała go poczuciem nieustannego niebezpieczeństwa.
Eldir oprowadził ich nieco po zamku, ukazując bogato zdobione, ogromne pomieszczenia, podając różnego rodzaju ciekawostki i opowiadając anegdoty na temat byłych królów. Przedstawił im także swoje trzy żony, nie omieszkując przy tym dodać, że nałożnic ma dwa razy tyle. Później wzięli obaj kąpiel, a następnie przebrali się w przyszykowane przez mężczyznę szaty. W nowym stroju, który zdecydowanie nie należał do najlżejszych i najwygodniejszych, Amir poczuł się dziwacznie i po raz kolejny pożałował farsy, w którą dał się wciągnąć. Doszedł jednak do wniosku, że i tak jest w lepszej sytuacji od Nadima, bo królewscy krawcy nie wpadli najwyraźniej na pomysł, że mógłby ich odwiedzić tak specyficzny gość. Potomek wilków musiał więc schować ogon, co nie było dla niego komfortowe. Nieustannie drapał się po plecach i poprawiał.
-Co ty wyrabiasz, psie...?- rzucił w końcu w jego kierunku Amir, na wpół znudzony czekaniem w komnacie na jakąkolwiek rozrywkę, na wpół zdenerwowany poczynaniem nieszczęsnego Nadima- Przy królu też zamierzasz drapać się po tyłku...?
-Wcale się nie drapię... Poza tym... Ten ogon...- jęknął głucho- Jest mi po prostu strasznie niewygodnie...
Amir sapnął głośno, ale ostatecznie podniósł się łaskawie z krzesła i podszedł do swojego towarzysza. Stanął za nim, odchylił lekko pasek spodni i usiłował jakoś właściwie ułożyć ogon. W tym jednak momencie do pomieszczenia wszedł Eldir, który zatrzymał się w progu, wpatrując się w nich wzrokiem cokolwiek zdumionym.
-Panowie gotowi...?- zapytał tylko, przywracając na twarz swój klasyczny uśmiech.
-Gotowi- odparł spokojnie mężczyzna, odsuwając się od potomka wilków i raz jeszcze mierząc samego siebie uważnym spojrzeniem- Król już dotarł...?
-Owszem, szczęśliwie. I oczekuje na swych zacnych gości w sali tronowej... Mości książę, pozwolisz, że poprowadzę...
Eldir zaprowadził ich z powrotem na dół, przeszli przez ogromną salę, w której znaleźli się na samym początku i skręcili w prawo, po czym weszli do jednego z pomieszczeń, będącego właśnie salą tronową. Aula nie była zbyt duża, ani szczególnie bogato wyposażona. Przez całą jej długość ciągnął się purpurowy dywan, który pokrywał także kilka schodków, wiodących na podwyższenie na którym ustawiony był tron. I na tym właśnie tronie, otoczony przez służących, siedział najwyraźniej sam król. Amira zdumiał nieco jego widok. Był to człowiek bardzo młody, ledwie kilkunastoletni, niski i nie sprawiający raczej wrażenia ani stanowczego, ani w ogóle godnego uwagi.
-Najszlachetniejszy królu!- zawołał dostojnym tonem Eldir, stawiając ich tuż przed schodami i kłaniając się nisko swojemu władcy- Przyprowadziłem ci tych oto znakomitych gości! Oto jest właśnie książę Amir, syn króla Ludwika, władcy równie potężnego jak ty i przyjaznemu tobie!- Amir skrzywił się mimowolnie. Nienawidził polityki- A oto jego towarzysz, zacny wojownik i... i... i arystokrata...- tym razem to potomek wilków zdumiał się mocno- … Nadim. Obaj zechcieli złożyć waszej królewskiej mości wizytę...
-Dziękuję ci, Eldirze- odparł młody monarcha i Amir musiał przyznać, że o ile jego wizerunek nie zrobił na nim wrażenia, głos młodzieńca, mimo jego chłopięcego dźwięku, brzmiał stanowczo, choć stanowczość ta była z pewnością wypracowana- Witaj, szanowny księciu Amirze...
-Witaj, królu- odpowiedział krótko mężczyzna, woląc nie przeciągać tych dziwacznych powitań.
-Czy twój kraj uznaje moje panowanie...?
Amir uniósł brew, zdumiony tym pytaniem. Eldir pokiwał gorliwie głową, spoglądając na niego znacząco.
-Tak, królu- rzucił więc, chociaż wątpił szczerze, by Ludwik miał choć blade pojęcie o tym, jakie zmiany zaszły w tym dziwacznym kraju, szczególnie biorąc pod uwagę częstotliwość zmieniania się w nim rządzących.
-Doskonale- młody monarcha uśmiechnął się z zadowoleniem- Musisz bowiem wiedzieć, książę Amirze, że nasza sytuacja nie jest łatwa... Wokół nas pełno państewek, miasteczek, a nawet osad, które tylko czyhają na nasze potknięcie... Nie chcą uznać mojego panowania, wspierając moich wrogów i licząc na różnego rodzaju korzyści... Musimy się przed tym skutecznie bronić i bardzo dobrze jest mieć w tej obronie sojusznika...
Amir uśmiechnął się tylko, krzywiąc się jednak w duchu. Sojusznika. Dobre sobie.
-Wiedziałem, że nasi goście ci się spodobają, najukochańszy królu- odezwał się słodko Eldir.
-Twoje wysiłki zostaną nagrodzone, Eldirze.
-Ależ najdroższy królu, nie robię tego przecież dla nagród...
Teraz Amir nie mógł już powstrzymać cichego parsknięcia, które wyrwało się z jego warg. Co to za farsa? Nawet arystokraci z jego królestwa byli bardziej wiarygodni od tego wysokiego, królewskiego urzędnika, będącego wcześniej marnym sługą. Zresztą sam król wyglądał ledwie jak aktor, któremu ktoś wsadził na głowę koronę i kazał coś recytować. Aktorem musiał być zresztą dobrym, bo nie widać po nim było cienia zdenerwowania czy dezorientacji. Może zresztą zdezorientowany ani zdenerwowany wcale się nie czuł, ale już sam jego wiek świadczył o tym, że władzy pewnie nie sprawuje samodzielnie.
-Zapraszam cię więc, przyjacielu naszego narodu i całego królestwa, na ucztę...- bardziej obwieścił niż zaproponował monarcha, powstając ze swojego miejsca.
Amirowi nie pozostało zresztą nic innego, jak tylko się zgodzić i tym oto sposobem, niedługo później, wylądował razem ze swoim towarzyszem w jadalni. Został usadzony po prawej stronie księcia, po lewej siedział Eldrin. Obok Amira zaś usiadł Nadim, a resztę miejsc pozajmowali dziwni ludzie, jakieś panie i panny, ładnie ubrani panowie, nie mający jednak zbyt wiele do powiedzenia, kilku strażników, a nawet chyba służba. Wyglądało to tak, jakby król za wszelką cenę chciał zapełnić puste miejsca przy stole. Za wszelką cenę starał się też raczyć swojego gościa rozmową, wymyślając coraz to nowsze tematy, opowiadając o królestwie, jego podbojach i zależnych ziemiach, ale Amira nie obchodziło nawet jedno jego słowo. Wciąż pozostawał niezwykle czujny, wciąż rozglądał się na boki, obserwował twarze zebranych. Niewiele jadł i nawet nie pił wcale alkoholu, chcąc mieć zupełnie trzeźwy umysł. Nadim zachowywał się wprost przeciwnie. Wino szybko uderzyło mu do głowy, a że opowieści młodego króla nudziły go wyraźnie i nawet nie miał ochoty wypytywać go specjalnie, wkrótce przesiadł się do młodych dam, z którymi dyskutował nieco nazbyt głośno na tematy cokolwiek sprośne, i które łaskotał pod stołem w sposób budzący zgorszenie Amira i rozbawienie wśród reszty gości. Mężczyzna czuł narastający niepokój, najchętniej już odszedłby od stołu i oddalił się do przydzielonej komnaty. Nie byłoby to jednak przykładem dobrych manier, czekał więc cierpliwie i rzeczywiście, w pewnym momencie sam król przeprosił zebranych i stwierdził, że zamierza udać się na spoczynek. Amir pożegnał go więc i sam wstał, gotów wyjść.
-Zostań jeszcze, mości książę!- zachęcał go Eldrin, spoglądając na niego z uśmiechem.
-Jestem nieco zmęczony- uciął chłodno mężczyzna, zerkając ukradkiem na swojego towarzysza, który najwyraźniej wcale do powrotu się nie szykował, a wprost przeciwnie. Pił jeszcze więcej, gadał coraz głośniej i zaczepiał dziewczęta w sposób aż nazbyt odważny. Skrzywił się mimowolnie.
-Mogę o coś zapytać, szanowny książę...?- zwrócił się ku niemu królewski urzędnik. Amir skinął przyzwalająco głową- Jak to się stało, że podróżuje książę w tak... nietypowym towarzystwie...? Nie żebym szczególnie w to wnikał, ale z tego, co pamiętam z mojej wizyty w państwie księcia, nie dogadywaliście się z tymi stworzeniami zbyt dobrze...
-Masz zaskakującą dobrą pamięć, panie- zauważył cicho Amir, wpatrując się w mężczyznę z uwagą.
Ten uśmiechnął się z fałszywą skromnością.
-Dobra pamięć, książę, to wyjątkowa zaleta... Potrafiąca otworzyć wiele drzwi...
-Sądzę, że są raczej władcy, którzy za twoją dobrą pamięć, woleliby cię skrócić o głowę...
-Cóż, książę. Wiedzą trzeba się dzielić ostrożnie.
-Ach tak...- mruknął cicho mężczyzna.
Pożegnał się jeszcze krótko z dawnym służącym i opuścił salę, błądząc przez chwilę w ogromnym zamku, po czym wreszcie udało mu się trafić do swojej komnaty. Przerwał się w lżejsze, nocne odzienie, które leżało już naszykowane na jego łóżku, rozplątał włosy i wsunął się pod kołdrę, zirytowany do granic możliwości i wciąż czujny. Zastanawiał się, kiedy wreszcie wróci jego towarzysz, chociaż wątpił, by nastąpiło to prędko. Czy tylko on zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji...? Znajdowali się w jakimś zamku, pełnym dziwacznych ludzi, którzy nie wiadomo czego od nich chcieli, nie wiadomo czego wymagali... Trzeba było się stąd jak najszybciej wynosić, a nie balować na koszt monarchy, bo kto wie, czego ten będzie wymagał w zamian...
Chwycił miecz w dłonie i ułożył go obok siebie, tak na wszelki wypadek. Ale nawet mając go tak blisko, nie był w stanie zmrużyć nawet oka. Cały czas wydawało mu się, że słyszy czyjeś kroki na korytarzu, czekał na moment, aż otworzą się nagle drzwi komnaty, gotów chwycić za rękojeść broni. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Dopiero jakieś dwie godziny później, w środku nocy, do pomieszczenia wszedł jego towarzysz, zataczając się nieznacznie.
-Śpisz...?- rzucił tylko szeptem, stając przed swoim łóżkiem i bezceremonialnie ściągając z siebie jedynie spodnie, a następnie kładąc się na posłaniu.
-Nie- odmruknął Amir, niezadowolony.
-Gdzie byłeś?
Pytanie potomka wilków zdenerwowało go jeszcze bardziej.
-Raczej, gdzie byłeś ty- sprostował z kwaśnym uśmiechem- A może powinienem zapytać... Z kim byłeś...?
Nadim zaśmiał się lekko.
-Byłem w odpowiednim towarzystwie.
-Jesteś pijany.
-Nieprawda.
-Prawda. Chichoczesz jak jakaś pannica przyłapana podczas schadzki w krzakach.
-Nie przesadzaj...- ziewnął Nadim- Nie wypiłem aż tak wiele... Zresztą, czemu to ty mnie pouczasz...? Nie słyniesz raczej z wstrzemięźliwości, więc...
-Bo my ludzie, picie mamy we krwi, psie- odparł wyniośle mężczyzna- Dla nas jeden kufel w tą czy w tamtą różnicy nie robi, a wy... Ach tam!- skrzywił się- Powinieneś się raczej skupić na czymś innym.
-Na czym?- parsknął z rozbawieniem tamten.
-Na obronie!
-Obronie czego?
-Nas, idioto!
-A przed czym chcesz nas bronić...?
Amir warknął coś groźnie pod nosem. Czy on naprawdę był jedynym, który zdawał sobie sprawę z sytuacji, w której się znaleźli? Znacznie bardziej wolał już spanie w stajni niż królewskich majątkach. Te pierwsze wydawały mu się bezpieczniejsze niż najlepiej chroniony zamek, bo królowie nie tyle musieli bać się innych państw czy zewnętrznych wrogów, co własnych sługusów i popleczników. Zresztą, sami niejednokrotnie stanowili zagrożenie, opętani manią prześladowczą lub bezgranicznym pragnieniem władzy.
-Czy ty śpisz z... mieczem...?- Nadim uniósł się na łokciach, spoglądając na niego przez chwilę zdumiony, po czym wybuchnął głośnym śmiechem, opadając z powrotem na łóżko- Słowo daję, sądziłem, że znajdziesz sobie lepsze towarzystwo...
-Wystarczy już, że ty sobie znalazłeś!- odwarknął gniewnie mężczyzna, wstając i chwytając za broń. Nie, bynajmniej nie chciał pozbawić swojego uszatego towarzysza tej części ciała, która ostatnimi czasy przeszkadzała mu najbardziej, po prostu czuł, że jeżeli czegoś nie zrobi, to zaraz zwariuje- Nie rozumiesz chyba, w jakim jesteśmy położeniu. Coś może nam zagrażać.
-Niby co...?
-Wszystko!- odparł wściekle Amir, co zabrzmiało zapewne nieco fanatycznie, ale nie zwrócił na to specjalnej uwagi- Jesteśmy w obcym zamku, wśród obcych ludzi! Nie daj się zwieźć ich uśmiechom i słowom, kto wie, co mają na myśli i co planują!
-Król wydawał się dość sympatyczny...
Mężczyzna zgrzytnął zębami z wściekłości.
-Tak...?- rzucił, uśmiechając się drwiąco- Ciekawe, skąd możesz mieć o tym jakiekolwiek pojęcie, skoro wolałeś raczej sprawdzić sympatyczność pewnych dam, siedzących zdaję się nieco dalej...- Nadim bezwstydnie przytaknął, uśmiechając się szeroko. Podniósł się do pozycji siedzącej, obserwując swojego towarzysza, który pełen napięcia, krążył w kółko, jakby wręcz modlił się o to, by coś wreszcie się wydarzyło- Umówmy się, psie, że nie masz bladego pojęcia o władcach i może tym lepiej dla siebie. A nie są to ludzie do końca normalni i stabilni psychicznie, wiem z własnego doświadczenia...
-Ach... Rozumiem, że chodzi o twojego wuja...- pozwolił sobie na uszczypliwość potomek wilków.
-Nie!- odparł gwałtownie mężczyzna- Mój wuj jest akurat wyjątkiem! Ale i on poznał kilku monarchów, o których nie omieszkał mi opowiedzieć. Zresztą... Kto wie, co tu się wydarzy. To dziwaczne miejsce, trzeba zachować czujność, czujność przede wszystkim...- zmienił zdanie i przez chwilę miał autentyczną ochotę poszatkować swojego towarzysza na kawałki. Szczególnie gdy widział, że jego słowa nie wywołują w nim nic prócz rosnącego rozbawienia- Śmiej się, głupcze! Nawet sobie nie zdajesz sprawy, w jakiej pułapce się znaleźliśmy! Wszystko mogą tu teraz z nami zrobić, a ty jesteś tym zachwycony, jak widzę!- parsknął z politowaniem.
-Ty naprawdę masz jakieś uprzedzenia...- zauważył pobłażliwie Nadim, nie przestając uśmiechać się szeroko- W razie czego jakoś sobie poradzimy...
-Jakoś! Też coś! Ciekawe jak sobie poradzisz z tym swoim łukiem, skoro jesteś pijany! Gdybyś jeszcze miał miecz! Ale nie! Wielki łucznik się znalazł! Nie ustrzeliłbyś w tym stanie wroga, choćby stał obok ciebie!
-Po pierwsze, nie wypiłem aż tak wiele...- powtórzył po raz wtóry mężczyzna- A po drugie, zapewniam cię, że dałbym radę. My, potomkowie wilków, mamy to we krwi...- zironizował.
-Chciałbym to zobaczyć!- mruknął gniewnie Amir, odwracając się do towarzysza plecami i w tym momencie jego prośbie stało się zadość. Zdążył jedynie usłyszeć świst strzały, która przemknęła zdawać by się mogło milimetr od jego ucha i utkwiła w drzwiach. Zamrugał, kompletnie zdezorientowany i spojrzał powoli na uśmiechniętego przekornie Nadima, który trzymał w dłoniach łuk- Ech, tam!- prychnął w końcu lekceważąco- Nawet nie trafiłeś.
-Bo nie chciałem.
-Jasne...- skwitował ledwie słyszalnie mężczyzna, nie dodając już cisnącego mu się na usta: „więc spróbuj”, bo doszedł do wniosku, że jego towarzysz mógłby spełnić i tę prośbę.
Okrążył pomieszczenie po raz ostatni, zerknął raz jeszcze w stronę tkwiącej w drzwiach strzały i nieco uspokojony, położył się wreszcie do łóżka. Jego towarzysz zrobił dokładnie to samo i po chwili spał już smacznie, o czym świadczyły miarowe pomrukiwania, już nie tak dokuczliwe, jak wcześniej, trudno powiedzieć, czy dlatego, że mniej słyszalne, czy po prostu mężczyzna zdążył się już do nich przyzwyczaić. Amir odetchnął płytko, przymykając powieki i starając się zasnąć, ale jakieś potworne obrazy pojawiały się raz po raz w jego głowie, wywołując w nim lęk. Ten zamek wydawał mu się ogromnym więzieniem, to wszystko, co budziło fascynację Nadima, jego przerażało. Nawet karczma pełna krwiożerczych jegomości wydawała się mu bardziej przyjemna. Tam byli w gospodzie, w porównaniu zresztą do tego zamku maleńkiej. Ucieczka nie była aż tak trudna, a i przeciwnicy nie wykazali się zbytnią inteligencją. Ale tutaj... Obce ściany, ogrom tej budowli, naokoło tłumy służby, dworzan, strażników, popleczników króla... Nie miał pojęcia, dlaczego cokolwiek miałoby czyhać akurat na niego. Albo na Nadima. Może rzeczywiście był po prostu uprzedzony...
Przewrócił się na drugi bok i odetchnął raz jeszcze, powtarzając sobie w myślach, że jutro, a może nawet już dziś, wyjadą stąd, nie czyniąc nikomu żadnej nieuprzejmości i będą mogli w spokoju kontynuować swoją wyprawę.
Zmęczony walką z samym sobą, zasnął wreszcie.
Niedługo później zbudziły go jakieś potworne hałasy, krzyki, piski, odgłosy kroków na korytarzu... Otworzył oczy i niemalże natychmiast zerwał się na nogi, chwytając za miecz. Usłyszał niewyraźny pomruk dochodzący z łóżka jego towarzysza, który nie reagując na nic, przykrył się jedynie szczelniej kołdrą i spał dalej. Amir podszedł do niego poirytowany i szarpnął go za ramię.
-Wstawaj...- syknął ze zdenerwowaniem- Wstawaj, głupcze...
Nadim podniósł się na łokciach i spojrzał na niego nieprzytomnie.
-Co się dzieje...?- zapytał sennie, wstając chwiejnie i sięgając po swój łuk.
-Nie wiem... Nie mam pojęcia...- Amir podszedł ostrożnie do drzwi i uchylił je, wyglądając na korytarz. Akurat w tym momencie, tuż przed nim, przebiegła jakaś spanikowana służąca, a w ślad za nią jeszcze dwóch młodszych chłopców. Drzwi na końcu korytarza zatrzasnęły się za nimi- Chodź- zwrócił się mężczyzna do swojego towarzysza, wychodząc na zewnątrz. Potomek wilków powlókł się za nim, rozglądając się dookoła wzrokiem wciąż niezbyt rozumnym.
Zeszli obaj na dół. Tam panowała zupełna cisza, nie było nawet śladu po strażnikach czy służbie, jakby wszyscy zdążyli już wcześniej uciec. Amir skręcił w boczny korytarz i ruszył powoli przed siebie, z wyciągniętym mieczem, dając Nadimowi znak, by podążał za nim, tak cicho, jak tylko się dało. Zatrzymał ich jednak czyjś głos:
-Stać!
Odwrócili się obaj. Stał przed nimi jakiś wojownik, z mieczem wycelowanym w ich stronę, nie był to jednak z pewnością królewski strażnik. Nadim cofnął się odrobinę.
-Kim jesteście...?- rzucił podejrzliwie- Służba czy urzędasy...? Tylko odpowiadać zgodnie z prawdą, bo król każe was skrócić o głowę!
-Sądzę, że skróci raczej o głowę ciebie za niepokojenie jego gości- odparł szorstko Amir.
-Raczej mnie wynagrodzi...- skwitował jednak jego słowa tamten i już ruszył na nich z mieczem. Amir nie walczył z nim długo, odparował sprawnie jego ciosy, a następnie wbił ostrze głęboko w jego brzuch.
Zostawił go konającego, ruszając wraz ze swoim towarzyszem dalej. Co tu się u diabła działo...? Dotarli bez najmniejszych nawet problemów prosto do sali tronowej. Otworzyli drzwi na oścież, wchodząc do zatłoczonego pomieszczenia i w tym momencie dostrzegli paraliżującą scenę. Na podwyższeniu, tuż przy tronie, stał młody monarcha. A obok niego jakiś mężczyzna, znacznie starszy, trzymający w dłoniach miecz, uniesiony do góry. I tym mieczem zadał cios. Amir z osłupieniem obserwował, jak głowa dawnego króla odłącza się od reszty ciała i spada na dół, tryskając wokół krwią, a następnie toczy się po schodach w dół. Stojący wokoło ludzie, na których mężczyzna zwrócił uwagę dopiero teraz, zaczęli klaskać głośno i wiwatować. Ludzie ci nie wyglądali na służbę, bliżej im raczej było do wojowników czy wojska. Gdzieś na samym początku sali udało mu się dostrzec jeszcze Eldrina i kilku jegomości, których widział w czasie kolacji. Oni również cieszyli się wraz z pozostałymi. Nic z tego nie rozumiał.
-Co tu się dzieje?!- krzyknął gniewnie Nadim, przystępując kilka kroków do przodu. Dopiero w tym momencie w sali ucichło i obecni zwrócili na nich uwagę.
Ciemnowłosy mężczyzna stojący nieopodal nich, ze srogą twarzą, naznaczoną licznymi bliznami, posłał im ostre spojrzenie, a następnie rozkazał kilku wojownikom schwytanie ich. Nim Amir zdążył się chociażby zorientować, poczuł, jak ktoś chwyta go mocno za nadgarstki, wykręcając je boleśnie. Jęknął cicho, wypuszczając miecz.
-Kim jesteście...?- mężczyzna stojący na podwyższeniu spoglądał na nich z uwagą.
-Kim ty jesteś, zbrodniarzu, który ośmielasz się wkraczać do tego miejsca?!- potomek wilków nie dawał za wygraną, mimo iż Amir spojrzał na niego niemalże błagalnie. O bogowie, dlaczego nikt go nigdy nie słucha? Dlaczego nawet on sam siebie nie słucha i podejmuje decyzję, których podjąć wcale nie chce? Zaraz zginą, zginą marnie i już żaden kryształ, ani żaden demon nie będzie miał dla nich większego znaczenia.
-Ależ drogi królu!- na sam środek sali wyskoczył Eldir, uśmiechając się do mężczyzny serdecznie. Amir w pierwszej chwili nie do końca zrozumiał, do kogo ten się zwraca, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że raczej nie do leżących na podwyższeniu zwłok, których nikt zresztą nie fatygował się usunąć- Nie są to ani służący, ani urzędnicy, ale goście z daleka! Jest to książę Amir, syn szlachetnego króla Ludwika, bardzo przychylnego naszemu ludowi i jego dość nietypowy towarzysz... Tak czy inaczej, należałoby ich raczej dobrze ugościć... Jesteś wszakże królu człowiekiem łaskawym, a i poplecznicy bardzo ci się przydadzą...
-Ach, tak...- szepnął nowy monarcha. Twarz miał pospolitą, niezbyt urodziwą, włosy brązowe, naznaczone gdzieniegdzie siwymi pasmami. Zastanawiał się chwilę, po czym zwrócił się do Amira- Czy twój lud, książę i twoje królestwo uzna moje panowanie...?
Mężczyzna wyswobodził się z uścisku wojownika, posyłając mu groźne spojrzenie i przetarł obolałe nadgarstki.
-Tak... królu...- odparł jednak.
-Dobrze. Puśćcie księcia i jego towarzysza... Źle to chyba świadczy o naszej gościnie...
Drugi żołnierz uwolnił Nadima, któremu jego towarzysz posłał natychmiast ostre spojrzenie. I ten milczał posłusznie, chociaż wyglądał, jakby do powiedzenia miał wiele.
-Czy zechcesz, szanowny książę, zostać kilka dni w zamku podczas mojego panowania...? Zapewniam, że ani tobie, ani twojemu przyjacielowi nie stanie się żadna krzywda- zaznaczył król, widząc chyba, że Amir nadal rozgląda się dookoła podejrzliwie. Mężczyzna, który wydał rozkaz ich aresztowania, podał mu miecz. Odmowa mogłaby skończyć się dla nich fatalnie.
-Oczywiście, królu- odparł, chociaż słowa te ledwie przeszły mu przez gardło. Co to za miasto, miasto szaleńców i pałac szaleńców, gdzie zbrodniarz wchodzi do sali tronowej, zabija poprzedniego króla i sam w tym momencie królem zostaje! A wiedział, od początku czuł przecież, że lepiej byłoby im zatrzymać się w jakiejś zwyczajnej gospodzie.
Nic w tym państwie nie było takie jak należy.

Amir stał obok królewskiego tarasu, spoglądając na nowego monarchę i jego rodzinę, stojących przy barierkach i machających wiwatującemu tłumowi. Sam król wydawał się być tym wszystkim nieco znużony, co zresztą wcale Amira nie dziwiło. U jego boku stała smukła, wyższa od niego kobieta, o chłodnej urodzie, lekko uśmiechnięta. Prawą dłoń trzymała dumnie na ramieniu jasnowłosego, młodego mężczyzny, góra dwudziestoparoletniego, bardzo do niej podobnego. Obok niego stał jeszcze drugi syn królewskiej pary, nieco starszy od blondyna, o ciemnych włosach i wątłej postury. Na lewej ręce królowa trzymała najmłodsze dziecko, mające może dwa lata, a służka trzymała za rękę jeszcze kilkuletniego, znudzonego bardzo widowiskiem chłopca. Razem z monarszą rodziną, na tarasie stał jeszcze dowódca wojska, ten sam człowiek, który wydał wczoraj rozkaz ich aresztowania. Wszyscy pozostali, a więc Amir, Nadim, Eldir i kilku jeszcze panów, oglądali to wszystko z progu balkonu, w milczeniu.
Amir bardzo długo zastanawiał się nad tym, co zaszło w tym miejscu zeszłej nocy i nadal nie mógł się wprost nadziwić z jaką łatwością przebiegł ten cały przewrót, odebranie korony, zabójstwo króla. A przecież przy nowym władcy nie było wcale wiele wojska, a nawet gdyby, wydawało się, że ktoś jeszcze będzie stawiał opór, jeśli nie służba, nie urzędnicy, to chociażby lud, chociażby mieszczanie, bogaci i świadomi swojej pozycji. Oni jednak nie protestowali wcale. Wiadomość o śmierci poprzedniego króla, nazywanego teraz zdrajcą i okrutnikiem, przyjęli z pomrukiem, który jednak tylko pobrzmiewał gniewnie. W rzeczywistości wydawali się być na tę informację zupełnie obojętni. Podobną obojętność wzbudziło w nich przedstawienie nowej, królewskiej rodziny. Klaskali, co prawda, krzyczeli głośno imię króla Iwtara, ale zdawało się, że zmiana na tronie, dla nich, osobiście, nie jest żadną zmianą. Wszystko to było pozorem, pewnego rodzaju grą. Dla tych ludzi nie było ważne to, kto zasiada na tronie. Nie były ważne nowe postanowienia ani rządy. Może dlatego, że w gruncie rzeczy, przy nieustannie zmieniających się władcach, to oni rządzili samymi sobą i to oni stanowili realną siłę, wobec lichego wojska i nieustających sporów toczących się w zamku.
Nowy król został wybrany. Nie, nie został wybrany, wybrał się sam, wcześniej mordując okrutnie swojego poprzednika. Król, którego władza ograniczała się najwyraźniej jedynie do noszenia korony, dzierżenia berła i trzymania na swych usługach pewnej grupy ludzi. I nikt do tej pory nie powiedział tego głośno. Nikt nie odkrył jeszcze farsy, która widoczna była przecież gołym okiem, nawet dla kogoś z zewnątrz. Wyglądało na to, że i lud, i władca, i całe jego otoczenie, lubi te pozory i godzi się na nie całkowicie świadomie.
-Piękne mamy u nas zwyczaje, prawda...?- zagadnął mężczyznę Eldir, uśmiechając się do niego.
-Nadal jesteś urzędnikiem królewskim, panie...? Mimo zmiany tronu...?- zapytał go Amir.
-Cóż, drogi książę...- tamten zaśmiał się lekko, wzruszając ramionami- Trzeba wiedzieć, jak się w życiu ustawić, czyż nie...?
Amir uśmiechnął się drwiąco.
-To twoje motto?
-Żelazna życiowa zasada, książę. Gwarantuje pełen sukces.
-Rozumiem...- skwitował cicho mężczyzna, odwracając wzrok ku królewskiej parze i nie zamierzając kontynuować już rozmowy.
Eldir, widząc jednak jego spojrzenie, zaczął znowu:
-Fantastycznego mamy króla, prawda...? Król Iwtar. I jego żona, Eurydyka. Pani, poślubiona wcześniej innemu, ale ten inny zginął w dość niejasnych okolicznościach...- Eldir uśmiechnął się leciutko, bez najmniejszego skrępowania opowiadając o nowej królowej- Z poprzedniego małżeństwa, królowa ma syna Aksyniusza. Starszy od niego, Ezechiel, jest synem króla. Synem... Cóż... Uznanym przez niego, ale nie pochodzącym z prawego łoża. A ta dwójka maluchów jest ich wspólna. Zapewne...- dodał jeszcze znacząco.
-Świetnie...- prychnął z niezadowoleniem Amir- Więcej potomków narobić już nie mogli...
-O co ci chodzi?- zapytał go Nadim, który do tej pory nie odzywał się prawie wcale, wprost gotując się z gniewu i niechętnie przyglądając się całemu temu widowisku, a samemu monarsze w szczególności- Przecież zdarza się czasem, że dzieci jest dwanaścioro, trzynaścioro, cóż w tym dziwnego...?
-Ale dzieci chłopów i mieszczan nie będą ze sobą rywalizowały o koronę.
-A te będą...?- zdumiał się potomek wilków.
-Oczywiście, psie!- odpowiedział mężczyzna, posyłając mu pobłażliwe spojrzenie- Teraz jest spokój, bo rządzi ojciec, ale jak ojciec zginie, będzie problem. Zawsze jest problem.
-Sądziłem, że będzie rządził starszy...
-Gdyby to było takie proste, panie...- zaśmiał się lekko Eldir.
Nadim wydawał się być zupełnie zdezorientowany.
Po zakończeniu się wszystkich uroczystości, związanych z uznaniem nowego monarchy i jego koronacją, król odłączył się na chwilę od rodziny i podszedł do swoich gości.
-Byłbym wdzięczny, gdybyście zechcieli przyjąć moje zaproszenie na kolację, panowie- zwrócił się do nich, chociaż spoglądał wyłącznie na Amira, jakby obecność potomka wilków była mu zupełnie obojętną- Zdaję sobie sprawę, że nie byliście świadkami najprzyjemniejszych wydarzeń w naszym królestwie, ale chciałbym przedstawić wam swoją rodzinę.
-Z chęcią, królu- zgodził się spokojnie mężczyzna, udając, że nie dostrzega oburzonego spojrzenia swojego towarzysza- Kiedy mamy przyjść...?
-Jak tylko będziecie gotowi- odpowiedział monarcha- Oczekujemy w sali.
-W porządku.
Amir chwycił potomka wilków za ramię i niemalże siłą zaciągnął go z powrotem do pokoju. Wolał go mieć przy sobie, żeby ten nie pałętał się po zamku sam i nie stwarzał żadnych kłopotów. Kto wie, co mogło mu przyjść do głowy, zaistniała sytuacja wyraźnie mu nie odpowiadała.
-Co ty wyrabiasz?!- naskoczył na niego ledwie zamknęły się za nimi drzwi od komnaty i jak chwilę później się okazało, wcale nie chodziło mu o to, jak został doprowadzony do pomieszczenia- Dlaczego zgodziłeś się i przyjąłeś jego zaproszenie?!
-A co innego miałem zrobić...?- mruknął Amir, bez większych emocji, siadając na swoim łóżku i wiążąc włosy.
-Jak to co?! Odmówić! Przecież to okrutnik! Widziałeś, co zrobił swojemu poprzednikowi?! Jaką masz pewność, że nam nie zrobi tego samego?!
Mężczyzna westchnął ciężko, unosząc brew.
-Widzisz, psie...- zaczął z nutką znudzenia w głosie- Po pierwsze, kiedy ty tak strasznie upierałeś się przy tym, by zgodzić się na pobyt w tym zamku, usiłowałem ci powiedzieć dokładnie to samo... Ale teraz jest już troszeczkę za późno. A po drugie, jestem pewien, że poprzedni król zrobił to samo swojemu poprzednikowi, a jego poprzednik temu, który był przed nim i tak w kółko... Przecież widzisz, co tu się wyprawia.
-Zgadzając się, dajesz na to przyzwolenie- odparł surowo Nadim, posyłając mu ostre spojrzenie.
-A co mam zrobić?!- Amir parsknął śmiechem. Też mu się znalazł specjalista od władców! Sam ich w to wszystko wpakował, a teraz był pierwszy od krytyki- Odmówić? Owszem, istnieje szansa, że nie spotkają mnie za to żadne konsekwencje i jutro spokojnie stąd odejdziemy, ale możemy też tego jutra nie dożyć.
-Powinniśmy odejść od razu!
-Zacznijmy od tego, że w ogóle nie powinniśmy się tu zatrzymywać...
-Pierwszy król był dobry!- upierał się Nadim, kompletnie irracjonalnie.
-Niby skąd możesz o tym wiedzieć...?
Potomek wilków zawahał się nieco.
-Przyjął nas...- odparł w końcu- Ugościł... Traktował jak należy... A ten jest intruzem w tym zamku!
-Jakim intruzem, psie, co ty bredzisz...- wymamrotał niechętnie Amir, wzdychając ponownie. A czy ktokolwiek w tym zamku nie był intruzem? Jeżeli królowie zmieniali się raz po raz, wybijali się wzajemnie, odbierali sobie koronę, żadna władza nie była pewna. A poza tym, on w przeciwieństwie do swojego towarzysza, nie widział w nowym monarsze nic godnego potępienia. Owszem, to, co zrobił wczorajszej nocy w sali tronowej, nie znajdowało u niego aprobaty, ale właściwie był to w stanie zrozumieć. Bądź, co bądź, Iwtar nie wyglądał ani na szaleńca, ani na fanatyka. Sprawiał nawet wrażenie dość spokojnego. Szczególnie jak na kogoś, kto dzień wcześniej odciął głowę swojemu poprzednikowi.
-Barbarzyńca! Okrutnik!- pies nadal miotał się tak, jakby go ktoś spuścił go po raz pierwszy ze smyczy- Pójdę tam i powiem mu to prosto w twarz, jeżeli ty tego nie zrobisz! Pójdę tam i...
-Więc idź tam, powiedz to psie i przestań zawracać mi głowę, na litość bogów!- wybuchnął Amir, nie będąc w stanie się powstrzymać- Owszem, jest okrutnikiem i barbarzyńcą, ale co z tego? Według was wszyscy ludzie tacy są!
-Nieprawda- zaprotestował stanowczo Nadim, uspokajając się jednak wyraźnie.
-Owszem, prawda. Bo najłatwiej wytłumaczyć czyjeś działanie okrucieństwem.
-Więc uważasz, że to, co uczynił było właściwe...?
-Uważam, że setki tysięcy ludzi robiło rzeczy, które można uznać za dużo mniej właściwe niż to, co zrobił on! I że setki tysięcy ludzi czekał już podobny los jak tamtego młodego króla i są dużo bardziej godne litości i zrozumienia od niego!
-To ma być argument?!
Amir sapnął gniewnie, podnosząc się z łóżka i podchodząc do swojego towarzysza. Nadim spojrzał na niego śmiało, czekając na jego kolejne słowa. A słów na usta mężczyźnie cisnęło się wiele i niewiele z nich należało do słów przyjemnych. W końcu jednak powstrzymał się i zaczął łagodnie:
-Posłuchaj mnie uważnie, psie. To przez ciebie tutaj jestem. Tutaj, w tym zamku i tutaj, poza moim królestwem. To wy wymyśliliście sobie ten cały kryształ i to wy uważacie, że jest śmiertelnie ważny. Jestem więc tutaj i usiłuję go znaleźć. Ale nie znajdę go, jeżeli będę cholernym trupem!- wrzasnął niespodziewanie. Nadim podskoczył, spoglądając na niego z zaskoczeniem- Więc...- Amir odetchnął głębiej- Więc po prostu pozwól mi robić to, co do mnie należy i przestań narażać nasze życie. Pójdziemy teraz na kolację do króla, porozmawiam z nim spokojnie, a jutro, w miarę możliwości, odejdziemy stąd najszybciej, jak tylko się da. I milcz- dodał surowo.
Jego towarzysz wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę z taką miną, jakby zamierzał zaprotestować, ale ostatecznie zacisnął wargi i tylko skinął głową.
-Świetnie- skwitował to z zadowoleniem Amir- I tak trzymaj przez cały wieczór, a będziemy mieć większe szanse, że dożyjemy do jutra... Chodźmy.
Kolacja u króla Iwtara różniła się od przyjęcia zorganizowanego przez młodego monarchę, na którym znaleźli się pierwszego wieczora. W sali nie było wielu ludzi, nie było ani urzędników, ani służby. Był jedynie król wraz z całą jego rodziną i dowódca wojsk, nie odzywający się zresztą wcale przez cały czas trwania posiłku, ale rozglądający się dookoła z niezwykłą powagą i przytomnością w oczach. Amir siedział po prawej stronie władcy, obok którego siedziała jego żona, trzymająca na rękach najmłodsze dziecko. Pięciolatek siedział tuż obok, a starsi synowie po przeciwnej stronie stołu. Tuż naprzeciwko Amira siedział jego towarzysz, posępny i milczący.
Cała ta kolacja przypominała mężczyźnie spotkanie na które został kiedyś zaproszony wraz z wujem i Hadrinem przez ich dalekich krewnych, których nigdy wcześniej nie spotkał. Panowała tam strasznie dziwna atmosfera, podobna zresztą do tej. Nikt nie wiedział właściwie, o czym mają rozmawiać, ani o co pytać, ich gospodarze starali się za wszelką cenę wymyślić jakiś temat do dyskusji, co jednak kończyło się fiaskiem. Teraz było dokładnie tak samo. Król zagadywał go od czasu do czasu, zaraz później mówiła coś królowa, usiłując włączyć do rozmowy swojego najstarszego syna, który jednak nie wydawał się być tym wszystkim zainteresowany. Amir zresztą bardziej niż na podtrzymywaniu dyskusji skupiał się na obserwowaniu całej królewskiej rodziny. Król po raz kolejny zrobił na nim raczej dobre wrażenie. Był człowiekiem stosunkowo spokojnym i wyważonym, widać było po nim pewne zmęczenie. Pozamałżeński potomek monarchy siedział na samym końcu stołu, nie odzywając się wcale, a i królowa, zagadująca jedynie swojego syna, nie wydawała się być nim w ogóle zainteresowana. Zaś syn królowej dłubał widelcem w jedzeniu, wyglądając na śmiertelnie znudzonego i chyba po kilkunastu minutach bezsensownej gadaniny, zaczął sobie coś wyobrażać, bo wzrok miał nieobecny, a na jego ustach błąkał się dziwny uśmiech. Najmłodsze dziecię królowej płakało niemiłosiernie, wyrywając się z rąk matki i w końcu zostało odniesione przez służkę do pokoju, a drugi z synów grymasił nieustannie i wybrzydzał. W pewnym momencie nawet Nadim stracił na swojej zaciętości i już nie wydawał się wściekły, a bardziej senny.
-Nudzisz się...?- zapytał go w pewnym momencie półgłosem Amir, uśmiechając się złośliwie- Może powinieneś poprosić króla, żeby zaprosił jakieś miłe panie...?
-Przymknij się...- rzucił w odpowiedzi mężczyzna.
-Nie wstydź się, poproś...- kontynuował Amir, nie przestając się uśmiechać.
-Jeżeli tobie tak na tym zależy, to nie wysługuj się mną, tylko sam poproś- odciął się zręcznie potomek wilków.
-Przymknij się...
-Drogi książę, więc powiadasz, że twój wuj jest królem...- żona monarchy przerwała panującą ciszę, spoglądając na mężczyznę z uroczym uśmiechem. Amir skinął głową, znużony- A czy twój wuj ma jakichś... synów? Ewentualnie córki...?
-Nie. Wuj nie ma dzieci.
-To jak rozumiem wersja oficjalna...- królowa zaśmiała się serdecznie, nie spuszczając z mężczyzny dość chłodnego i uważnego zarazem spojrzenia- A nieoficjalnie...? Jak widzisz, panie, zdarza się to wszędzie...- dodała i nietrudno było się domyślić o kim mówi.
-Wuj nie ma dzieci- powtórzył raz jeszcze Amir, nie mając ochoty kontynuować tej rozmowy.
Kobieta nie wydała mu się ani trochę sympatyczna i wcale nie podobał mu się sposób w jaki sugerowała pewne sprawy. Owszem, Amir zdawał sobie sprawę z tego, że jego wuj jest dorosły, jest mężczyzną i pewnie utrzymywał, a może nadal utrzymuje jakieś kontakty z kobietami. Tylko szczerze mówiąc, niczego takiego nie mógł sobie przypomnieć. Ludwik miał dużo służących, ale Amir nie zaobserwował nigdy, by łączyły go z nimi jakieś szczególne więzi. Zresztą zawsze wydawało mu się, że wuj po prostu poświęcił się dla dobra państwa. Zrezygnował z możliwości bycia z kimś, koncentrując się na królestwie i jego mieszkańcach. Uważał to za godne podziwu.
-Więc... Mam rozumieć, że usynowił ciebie, książę...?- dopytywała dalej żona monarchy, niezrażona wcale postawą mężczyzny.
-Mnie i mojego brata. Można to tak ująć.
-Czy brat jest od ciebie starszy, książę...?
-Nie.
-Ach, więc mamy do czynienia z następcą tronu!- zawołała, śmiejąc się znowu, w jakiś nieprzyjemny, fałszywy sposób. Zdawała się zresztą idealnie pasować do tych pozorów i fasad, do całej sztuczności tego miejsca- Czemu nie przedstawiłeś się tak od razu, drogi książę...?
-Eurydyko... Proszę...- szepnął król, wyraźnie strapiony. W przeciwieństwie do tego, co zaprezentował im wczoraj, dziś wydawał się jakiś przygnębiony i otępiały.
Nadim spojrzał na swojego towarzysza ze zdumieniem, co ten jak zwykle zignorował.
-Nie wydaje mi się, żeby sprawy przybrały taki obrót- odparł jedynie nerwowo. Owszem, nie wydawało mu się. A już na pewno nie do momentu, gdy wuj poinformował go o swoich planach, czego zresztą nadal nie potrafił zrozumieć i zaakceptować. Co nie zmieniało faktu, że wciąż uważał to za pomyłkę swojego krewniaka i wciąż wierzył w to, że Hadrin byłby od niego znacznie lepszy.
-Ależ dlaczego nie...?- drążyła królowa- Nie ma powodów do wstydu, książę Amirze! Owszem, rozdzielanie stanowisk jeszcze za czasu życia władcy uznaje się niekiedy za przykład braku kultury, ale my nie uważamy, by było to powodem do wstydu... Mój syn... Aksyniusz...- westchnęła niczym zauroczona młódka, spoglądając z uwielbieniem na swoje najstarsze dziecko. Mężczyzna zerknął na nią nieobecnym wzrokiem, wyrywając się na chwilę z zamyślenia- On zostanie kolejnym królem. Jest do tego stworzony.
-Matko...- wymamrotał tylko tamten, sprawiając wrażenie poirytowanego- Możemy o tym teraz nie mówić...?
-Ależ dlaczego nie?- prychnęła urażona królowa- Powinieneś być dumny z tego, że staniesz się następcą tronu i władcą tego cudownego królestwa!
Amir uśmiechnął się kwaśno pod nosem. Królestwa cudownym z pewnością by nie nazwał, raczej cudacznym, a biedny Aksyniusz wydawał się być bardziej zainteresowany perspektywą spędzenia kilku chwil u boku jakieś młódki niż przejęcia władzy, która zapewne w ogóle go nie obchodziła.
-A dlaczego następcą tronu nie zostanie Ezechiel...?
Amir skamieniał, gdy tylko usłyszał pytanie, które wyszło z ust jego towarzysza. Spojrzał na niego z jawną chęcią mordu. Wiedział, po prostu wiedział, że cholerny pies nie będzie mógł się powstrzymać!
Przy stole zapadła cisza. Ezechiel miał taki wyraz twarzy, jakby ktoś przystawił mu nóż do gardła. Królowa odkaszlnęła cicho, niezadowolona z takiego obrotu sprawy.
-Cóż... Panie...- uśmiechnęła się sztucznie- Do władzy powołani są tylko nieliczni...
-A skąd pewność, że pani syn należy do tych nielicznych...?
Amir warknął do swojego towarzysza bezgłośne: „zamknij się”.
-Słuszna uwaga, panie...- wtrącił się król, chcąc załagodzić całą sytuację- To się rzecz jasna jeszcze okaże. Ale zapewniam, że zostało mi jeszcze trochę czasu...
Nadim po tej odpowiedzi nie kontynuował już tego wątku. Pozytywnym efektem jego pytania było to, że królowa wstrzymała się z dalszymi uwagami, a w końcu odeszła od stołu wraz z sennym dzieckiem, nie zainteresowana dalszym ciągiem kolacji. Gdy tylko matka zniknęła za drzwiami, także jej najstarszy syn opuścił salę, bez najmniejszego sprzeciwu monarchy. Ezechiel został chwilę dłużej, ostatecznie jednak także przeprosił ojca i odszedł. Został tylko dowódca, ale jego obecność monarsze najwyraźniej nie przeszkadzała, bo zaczął:
-Wiem, panowie, że to, co zobaczyliście tutaj wczoraj, a może nawet to, co zdarzyło się dzisiaj, potraktowaliście jako przejaw okrucieństwa czy barbarzyństwa... Ale nasze królestwo jest bardzo specyficzne. Korona traciła na znaczeniu z każdym kolejnym władcą i stała się niczym więcej, jak tylko marnym symbolem czegoś, co nigdy nie istniało. Czasem trzeba radykalnych środków i strasznych metod, by osiągnąć cel. A moim celem jest przywrócenie temu państwu tego, co miało dawniej. Potęgi. I zrobię to bez względu na wszystko.
Amir skinął głową w milczeniu. Miał ochotę życzyć królowi powodzenia, chociaż wątpił, by jego plany odniosły skutki. To zdecydowanie za szybko, rewolucja nie pomoże, nie w takim społeczeństwie, społeczeństwo było bowiem zbyt samodzielne, zbyt niezależne. Trzeba było najpierw je sobie podporządkować, a bez prawdziwej armii, bez realnej władzy...?
Król porozmawiał z nimi jeszcze trochę, ale wyraźnie widać było, że jest zmęczony i senny. Pożegnał się z nimi więc i razem ze swoim dowódcą, odszedł. Oni również natychmiast wyszli z sali, Amir miał już w głowie jutrzejszą wyprawę.
-Psie, pomyślałem, że...- zaczął i dopiero w tym momencie zorientował się, że jego towarzysz zatrzymał się nieco wcześniej, przy jakiejś kobiecie, która najwyraźniej czekała na jego przyjście- Psie!- syknął, niezadowolony. Nadim spojrzał na niego pytająco- Idziesz...?
-Zaraz przyjdę- odpowiedział, uśmiechając się lekko.
Amir natychmiast odwrócił się i ruszył szybkim krokiem do sypialni. Gdy wszedł do środka, mlasnął z niesmakiem i nieco poirytowany całą sytuacją, przebrał się i położył do łóżka. Pies. Też coś! Pies na baby! Gdzie się nie pojawi, tam już musi siać swoje nasienie! Cudownie, cudownie! A później się dziwi, że żona topi po kryjomu uszate dziecko, z obawy przed reakcją męża!
Mężczyzna bardzo długo leżał nieruchomo na łóżku, usiłując wręcz zmusić samego siebie do zaśnięcia, ale tak jak poprzedniej nocy, nie przyniosło to żadnego rezultatu. Ostatecznie więc skapitulował i czekał w dziwnym napięciu na powrót potomka wilków. Ten pojawił się w pomieszczeniu jakąś godzinę później. Wślizgnął się do środka cichutko, najwyraźniej nie chcąc budzić swojego towarzysza, zdjął z siebie ubranie i położył się pod kołdrą. Amir milczał przez dłuższą chwilę, powstrzymując się z trudem od odezwania się, jednak okazało się to trudniejsze niż przypuszczał.
-Jak było...?- zapytał więc dziwacznie i zupełnie nie na miejscu.
-Co było...?- nie rozumiał Nadim.
-Wiesz co.
Usłyszał, jak potomek wilków śmieje się cicho.
-Mam ci opowiadać ze szczegółami...?
Amir prychnął oburzony. Właściwie to sam nie wiedział, czemu miało służyć jego pytanie. Nadim w ogóle go nie obchodził, a jego towarzyszka wieczoru tym bardziej. To jego sprawa, że wywija ogonem w każdą stronę, cóż mu do tego!
-Chcesz porozmawiać, prawda?- rzucił z cieniem rozbawienia Nadim.
-Oczywiście, że nie. Chcę spać, psie, ale przez ciebie jak zwykle nie mogę- odparł surowo mężczyzna, odwracając się na drugi bok, ale właściwie potomek wilków trafił w sedno. Z jakichś niewiadomych mu przyczyn, rzeczywiście miał w tym momencie ochotę z nim porozmawiać. Miał ochotę z nim porozmawiać, chociaż nawet nie wiedział o czym. Idiotycznie pytał o jego wieczorną przygodę, nie potrafiąc wymyślić lepszego tematu.
-Wyruszamy jutro...?- zagadnął go po chwili Nadim.
-Mhm...- mruknął ledwie słyszalnie Amir, nie chcąc w pierwszej chwili mówić nic więcej, ale znowu nie zdołał się powstrzymać przed pytaniem- Nie będziesz tęsknił za tą swoją... panną... gdy wyjedziemy...?- wyartykułował z pewnym trudem.
Jego towarzysz zaśmiał się lekko.
-Nie. Za takimi kobietami się nie tęskni, ale miło się je wspomina.
-Rozumiem.
Bzdura. Kompletnie nic nie rozumiał. Po jakie diabły wypytywał go o takie rzeczy?
-Kogo zostawiłeś w swoim królestwie?- zapytał go z zaintrygowaniem Nadim.
-Co masz na myśli...?- rzucił mężczyzna bez zrozumienia. Zostawił wiele rzeczy i wielu ludzi, a przede wszystkim zostawił swojego wuja i brata, czyli dwie najważniejsze dla niego osoby. O tym jednak potomek wilków dobrze wiedział.
-Zostawiłeś tam jakąś... damę miłą sercu...?- zaśmiał się, rozbawiony tym określeniem- Domyślam się, że jeszcze nie żonę, więc może narzeczoną...? Albo kochankę? Albo obiekt westchnień po prostu?
-Nikogo takiego nie zostawiłem- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna. Żona? Oczywiście, że nie. Może gdyby Ludwik wskazał mu jakąś kandydatkę, która byłaby z jakiegoś powodu odpowiednia do tego, by brać z nią ślub, zgodziłby się, ale wuj raczej nie szykował mu takiej niespodzianki. Narzeczona? Po co? Kochanka? Też żadnej nie miał, w przeciwieństwie do brata, nie widział w ogóle powodu dla którego miałby się męczyć z ukrywaniem jakiegoś sekretnego romansu. Obiekt westchnień? To dopiero zabawne. Jeszcze bardziej idiotyczne niż ukrywanie swojej kochanki, bo ciche wielbienie kogoś, kto pozostaje na to obojętny, nie ma najmniejszego sensu- Czemu w ogóle o to pytasz?
-Bo wydajesz się taki... Hm... Powiedziałbym, że obojętny na kobiece względy...- wyjaśnił potomek wilków, chichocąc pod nosem- Sądziłem, że dlatego, że znalazłeś już jakąś, którą pokochałeś i jesteś jej wierny.
-A może po prostu jestem dobrze wychowany...?- rzucił złośliwie Amir.
Nadim zaśmiał się głośno.
-W to akurat nie wątpię...
Milczeli długo, ale żaden z nich jeszcze nie spał.
-Bo wiesz... Kiedy przyszło mi to do głowy, pomyślałem sobie, że jesteś bardzo odważny...- kontynuował Nadim- Zostawiając kogoś takiego na miejscu i poświęcając się. Bo ja chyba... Nie jestem pewien... Ale wydaje mi się, że gdybym znał taką kobietę, nie wyruszyłbym na żadną wyprawę, nigdzie, a już na pewno nie na taką jak ta...
-Och, tak!- zironizował Amir- Co tam demon, co tam śmiertelne zagrożenie i zagłada całej ludzkości! Pies się zakochał, więc żadnego ratunku nie będzie!
-Cóż, czasem miłość jest ważniejsza...
Amir z trudem powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. To mu się dopiero trafił niespełniony romantyk!
-Psie, przymknij się na litość bogów i mniej pij- poradził mu- Co prawda bredzisz dokładnie tak samo, ale na trzeźwo jesteś łatwiejszy do zniesienia...
-Pewnie masz rację... Dobrej nocy, Amir.
-Dobrej nocy, psie.
Mężczyzna słyszał, jak Nadim przewraca się jeszcze przez kilka minut na posłaniu, aż w końcu znieruchomiał i w pomieszczeniu zapadła zupełna cisza. Amir przymknął powieki. Niepokój powoli go opuszczał. Jutro pożegna się z królem, odmówi kulturalnie na jego ewentualną prośbę o to, by został dłużej, wymyśli jakąś wymówkę... I tyle. I tylko tyle...
Zasypiał.
Nim jednak zupełnie stracił świadomość, drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
-Do diabła, psie!- warknął głośno, będąc przekonanym, że to jego towarzysz wymyka się na jakąś nocną schadzkę, ale gdy usłyszał jego nieprzytomny pomruk, oparł się na przedramionach i spojrzał na stojącego w progu Eldrina- O co chodzi tym razem...?- jęknął głucho, opadając z powrotem na posłaniu- Czy w tym przeklętym zamku można spędzić chociażby jedną noc bez niespodziewanych pobudek...?
-Sam zadaje sobie to pytanie, książę...- odparł Eldrin- Król nie żyje.

Król rzeczywiście zmarł i o dziwo, wbrew pierwszym podejrzeniom Amira, nie przyczyniła się do tego żadna siła zewnętrzna, kolejna, niezbyt widowiskowa rewolucja czy rozgrywki pomiędzy plemionami. Nieszczęsnego monarchę znaleziono martwego w jego wannie. Trudno powiedzieć, co dokładnie było przyczyną śmierci. Prawdopodobnie nękała go jakaś choroba, zresztą już podczas wczorajszej kolacji nie wyglądał najlepiej i sprawiał wrażenie zmęczonego. Nie był już przecież młodym człowiekiem. Tragiczną wieść ogłoszono ludowi, a później zorganizowano jednodniowemu władcy krótki obrządek pogrzebowy, zakończony spaleniem jego zwłok, co zgodne było z miejscowym obyczajem. Amir złożył kondolencje zrozpaczonej królowej i jej synowi, który sprawiał wrażenie bardziej przerażonego niż zrozpaczonego. Wszyscy mieszkańcy zamku zaczęli zadawać sobie pytanie o to, co będzie dalej. Prawdopodobnie naturalna śmierć króla nie zdarzała się w tych okolicznościach często, więc trudno było dziwić się ich dezorientacji i zagubieniu. Sprawa wydawała się jednak oczywista. Następcą tronu miał zostać Aksyniusz, którego koronację wyznaczono na następny dzień. I chociaż Amir już czujnie czekał na rozwój sytuacji, obawiając się kolejnych walk czy protestów, nic takiego nie nastąpiło. Nikt nawet nie roztrząsał innego rozwiązania. Zresztą, drugi ewentualny pretendent do tronu, Ezechiel, nie przejawiał najmniejszego zainteresowania królewską koroną. Przynajmniej z pozoru.
Po wszystkich obrządkach, Amir wrócił wreszcie do swojej komnaty. Nadima nie było, zresztą wymknął się gdzieś już w czasie pogrzebu. Mężczyzna podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz, dochodząc do wniosku, że chyba nic nie wyjdzie z ich planowanego wyjazdu. Trzeba było odczekać do jutra, pogratulować koronacji nowemu władcy, a później dopiero odejść... Tak, tak, lepiej będzie w ten sposób, bez wzbudzania niepotrzebnych sensacji i podejrzeń...
-Jak się czujesz, książę...?- Eldir wszedł do pomieszczenia, nie zadając sobie trudu wcześniejszego zapukania do drzwi. Uśmiechnął się do mężczyzny serdecznie.
Amir odwrócił się do niego, unosząc brew.
-Czy jako jeden z najwyższych królewskich urzędników, nie masz innych zajęć prócz zabawiania jego gości...?- zironizował.
Nie wybiło to jednak jego Eldira z dobrego samopoczucia. Eksponowanie dobrego samopoczucia w dzień śmierci dawnego monarchy było w tych okolicznościach ryzykowne, ale trudno było poza rodziną króla znaleźć kogoś pogrążonego w żalu. Cóż się zresztą dziwić. Nieszczęsny władca nie cieszył się władzą zbyt długo.
-Powiedzmy, że król nie zdążył nadać mi konkretnych obowiązków- wyjaśnił pogodnie urzędnik.
-A jego poprzednik...?
-A jego poprzednik wolał, bym zajmował się nim. Przeszkadza ci moje towarzystwo, książę?
-Nie.
Właściwie Amirowi było to zupełnie obojętne. Eldir był nieco uciążliwy i zbyt rozgadany, ale trzeba było przyznać, że gdyby nie jego wstawiennictwo w noc koronacji Iwtara, pewnie już obaj z Nadimem straciliby głowy. Przynajmniej z tego powodu należał mu się niewątpliwie szacunek.
-Jutro koronacja królewskiego syna... Och, to znaczy syna królowej...- poprawił się Eldir, chichocąc- Mam nadzieję, że będziesz na niej obecny, panie...?
-Taki mam plan- odparł krótko mężczyzna.
-Doskonale. Obawiałem się trochę, że sytuacja może się skomplikować, ale wygląda na to, że nawet dowódca Hadris zgodził się na przejęcie władzy przez Aksyniusza... A jeżeli ten ma poparcie armii, nie powinno być z tym najmniejszego problemu... Kto wie, może nawet przez pewien czas w królestwie zapanuje spokój...
Amir skinął głową w milczeniu.
-A gdzie twój towarzysz, książę?- zapytał Eldir.
-Z jedną z waszych służących, jak sądzę...- odparł kwaśno mężczyzna.
-Och, tak, to bardzo możliwe...- zgodził się urzędnik, śmiejąc się- Twój towarzysz zrobił bardzo dobre wrażenie na naszych dziewczętach... Podobno jest bardzo... jurny...
-Czyżby...?- Amir uśmiechnął się pod nosem złośliwie i nie mogąc się powstrzymać rzucił- Tak, to chyba normalne w jego stanie...
-W jego stanie...?- zainteresował się Eldrin.
-Och, tak... Mój towarzysz cierpi na nieco... dziwną chorobę. Bywał kiedyś w dalekich krajach, zaraził się od jednej z kobiet i... Cóż... Od tamtej pory zmaga się z wieloma przykrymi dolegliwościami. Ma problemy ze snem, z pamięcią, jest nieustannie pobudzony, często traci nad sobą kontrolę, owłosienie rośnie mu w różnych, dziwacznych miejscach... nawet jak na psa... a w dodatku od czasu do czasu na jego ciele pojawiają się okropne blizny, krosty i znamiona...
-C... Co za potworna choroba...- bąknął Eldrin, oszołomiony.
-Owszem, potworna...- Amir pokiwał głową, z trudem zachowując powagę- Dlatego nasze kobiety od niego stronią... Kilka z nich już się zaraziło, więc... Nie ma się co dziwić, że szuka gdzie indziej...
-R... Rozumiem... Tak, rozumiem... Hm...- Eldrin po raz pierwszy wyglądał na wytrąconego z równowagi. Jego uśmiech też nieco zrzedł- Więc... Ja chyba pójdę... Pozwolisz, panie... Zajmę się czymś... Naglącym... Trafisz do jadalni, prawda?
Amir pożegnał się z mężczyzną, a ledwie ten zniknął za drzwiami, parsknął niepohamowanym śmiechem.
Resztę dnia spędził na bezowocnym wałęsaniu się po zamku i podświadomym szukaniu swojego towarzysza, którego jednak nigdzie nie mógł się dopatrzeć. Po zjedzonej w samotności kolacji, powrócił do komnaty, napotykając w drodze na Ezechiela, co nieco go zdumiało. Wydawało mu się, że w dzień śmierci Iwtara i jednocześnie przeddzień koronacji jego syna... to znaczy syna jego żony... o, bogowie, relacje w tej rodzinie były nieco skomplikowane... W każdym razie, że w ten dzień wszyscy zebrali się razem i radzili, czy też opłakiwali zmarłego, trudno powiedzieć, co było w tym momencie dla nich ważniejsze.
Mężczyzna wszedł do sypialni i zobaczył w niej potomka wilków, przebranego i gotowego do snu. Uśmiechnął się niepohamowanie w sposób nadzwyczaj złośliwy i zamknął za sobą drzwi, po czym rzucił:
-Czemu dziś tak wcześnie...?
-Wcześnie...?- potomek wilków udał, że jest zdziwiony.
-Coś nie tak z twoją panną...?
-Dlaczego coś miałoby być nie tak?- parsknął Nadim, wchodząc do łóżka- Zresztą, możesz mi wyjaśnić, dlaczego wciąż tu jesteśmy?- zmienił błyskawicznie temat, wyraźnie z poprzedniego niezadowolony.
To usatysfakcjonowało Amira jeszcze bardziej.
-Ponieważ król nie żyje i wielkim nietaktem byłoby wyjeżdżanie w dzień jego śmierci. Poczekamy do jutra, na koronację jego syna... syna jego żony... I wtedy odjedziemy, bez wzbudzania niepotrzebnego zamieszania.
-Skoro tak... Straszna tragedia...
-Śmierć jak śmierć...- parsknął z politowaniem Amir- Przypominam ci, że jeszcze wczoraj miałeś tego człowieka za okrutnika.
-Tak, ale mimo to...
Milczeli przez dłuższą chwilę, aż w końcu Amir rzucił znowu niepohamowanie:
-Może tym razem to ty chcesz porozmawiać, co, psie...?
-Niby o czym?
-No nie wiem... O twoich wcześniejszych powrotach i złych wspomnieniach...?- Amir uśmiechał się tak szeroko i złośliwie, że aż cieszył się, że jego towarzysz nie może tego zobaczyć.
-Nie wiem, o co ci chodzi- odmruknął obojętnie potomek wilków.
-Jasne, że nie wiesz...
Został już tylko jeden dzień. Jutro, po koronacji będą mogli wyruszyć w dalszą podróż.
O ile coś dziwnego się nie wydarzy...
… Znowu.

Koronację Aksyniusza wyznaczono na południe. Ceremonię przygotowywano w sposób zupełnie inny, dokładniejszy i mniej chaotyczny niż w przypadku jego ojca, którego panowanie najzwyczajniej w świecie ogłoszono ludowi. Ale cóż się dziwić! Tamten miał przynajmniej bardziej brawurowe wejście! Ubrana w ciemne szaty królowa, przebywała w sali tronowej od rana, obserwując pracę służących. Po pomieszczeniu kręcili się też urzędnicy, w tym Eldrin, który nieustannie zagadywał Amira, dopóki wreszcie nie został odesłany do nadzorowania kuchni, co mężczyzna przyjął z nieskrywaną ulgą. Nadim sam ochoczo włączył się do przygotowań, odchodząc razem z Eldrinem. Amir pozostał jedynie biernym obserwatorem. Stał przy drzwiach i przyglądał się dekoracjom, wnoszonym stołom, na które szykowano najbogatsze potrawy i czuł dziwny ucisk w okolicach żołądka. Zaczął się zastanawiać, czy tak właśnie będzie wyglądała jego koronacja. Koronacja po śmierci wuja... Aksyniusz musiał czuć się dzisiaj wyjątkowo źle, trudno powiedzieć, czy z powodu zgonu ojca czy lęku związanego z przejęciem władzy, czego zapewne się nie spodziewał. Pobladły, milczący, krążył z samego rana po sali, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, aż w końcu poinformował, że pójdzie pojeździć konno i zniknął. Rzuciło się też Amirowi w oczy, że jego przyrodniego brata, Ezechiela, na sali nie było wcale. Nie chciał brać udziału w przygotowywaniach, nie interesowało go to...? Może zabroniono mu przychodzić, tak czy inaczej, wydało się to mężczyźnie dziwne.
Zbliżało się południe, w sali zgromadzili się już goście, a Aksyniusza nadal nie było, zresztą jego brata i Nadima także. W końcu przyszedł nawet Eldir.
-Gdzie następca tronu...?- mruknął do niego Amir, nie kryjąc znudzenia.
-Mamy młodego królewicza, panie, nie dziw mu się... Pewnie odjechał gdzieś daleko albo zapomniał się nieco... Może złożył wizytę jakieś dziewczynie...- Eldir zaśmiał się wesoło- Dajmy mu trochę nacieszyć się wolnością, pewnie zaraz do nas dołączy...
Ale Aksyniuszowi wcale się nie spieszyło. Minęła godzina i królowa zaczęła się już mocno niepokoić, ze sztucznym uśmiechem zagadywała jednak gości, wyraźnie zdenerwowana. Amir zaczął zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem młody królewicz nie postanowił jednak cieszyć się wolnością znacznie dłużej niż jeden dzień i nie wyjechał. Nadal nie przyszedł też potomek wilków. Mężczyzna westchnął głęboko, kierując się do wyjścia z sali.
-Dokąd idziesz, książę?- zainteresował się Eldir.
-Poszukać mojego towarzysza. Zaraz wrócę- zapewnił, chociaż wcale nie był pewien swoich słów. Zaczął brać pod uwagę możliwość, by odnaleźć Nadima i w tym zamieszaniu po prostu się stąd wynieść niepostrzeżenie, bo cała ta sytuacja zaczynała robić się nużąca. Kolejne odkładanie koronacji i tak w kółko... A do tego jeszcze zagrożenie zewnętrzne, czyhające nieustannie na głowę państwa... Jak tak dalej pójdzie, wyjadą stąd za rok!
Poirytowany ruszył w stronę jadalni, sądząc, że gdzieś w pobliżu znajduje się kuchnia, a tam właśnie jego towarzysz zdecydował się pomagać. Zresztą był przekonany, że nie jest to z jego strony gest dobroci serca... Zastanawiał się, czy nie jest to miejsce codziennej pracy poznanej przez niego damy. A jeżeli tak, nie było się co dziwić jego spóźnieniu... Pewnie byli zajęci i nieładnie byłoby im przeszkadzać... Amir uśmiechnął się złośliwie, ale w tym momencie usłyszał głos swojego towarzysza:
-Pomocy! Niech ktoś tutaj przyjdzie! Eldir!
Ruszył biegiem w stronę, z którego dochodził krzyk i wbiegł do kuchni. Zatrzymał się w progu, kompletnie zdezorientowany, a gdy wreszcie uświadomił sobie to, co widzi... Zamarł. Jego towarzysz klęczał u boku leżącego nieruchomo na podłodze królewicza. Aksyniusz był przeraźliwie blady, oczy miał zamknięte, usta lekko rozchylone. Nie widać było na jego ciele żadnych ran czy krwi. Wyglądał tak jakby spał.
-Co się stało?- Amir przykucnął obok niedoszłego króla i dotknął opuszkami palców jego szyi, nic jednak nie wyczuł. Aksyniusz nie oddychał. Był martwy- Psie, idź po kogoś.
-On nie żyje- zauważył niezbyt odkrywczo Nadim, wciąż wyraźnie oszołomiony.
-Idź, psie!
-Ale...
-Po prostu tu kogoś przyprowadź!- syknął gniewnie Amir, a jego towarzysz podniósł się wreszcie i wyszedł prędko z pomieszczenia.
Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ktoś znalazł ich tutaj w tak nietypowej sytuacji. Mężczyzna przeczesał nerwowo włosy palcami i odetchnął głęboko. No to się porobiło...
Pierwszy do kuchni wszedł Eldir, zaalarmowany przez potomka wilków, a w ślad za nim kilku służących. Amir starał się opanować sytuację, ale wieść na temat śmierci królewicza rozniosła się po zamku w tempie błyskawicznym i już po kilku minutach, u wejścia do pomieszczenia zgromadził się tłum ludzi. Dopiero kiedy pojawił się dowódca wojsk i kazał wycofać się gapiom, wyprosił większość obecnych, a służbę odesłał do ich zajęć, zrobiło się nieco spokojniej. Nachylił się nad ciałem królewskiego potomka, sprawdzając jego stan.
-Nie żyje- obwieścił, co było już chyba oczywiste dla każdego, kto królewicza zobaczył.
-Co za potworna tragedia!- westchnął z przejęciem Eldir- Najpierw ginie nasz biedny król, a teraz jego syn... Straszny przypadek...
-Przypadek?- prychnął z politowaniem Amir, kręcąc głową- To nie jest żaden przypadek. Został otruty.
-Co ty mówisz, panie...?- zdumiał się Eldir, jakby nie brał takiej możliwości pod uwagę.
-Mówię, że ktoś go zamordował.
W pomieszczeniu w jednej chwili zapadła grobowa cisza. Dla Amira sprawa była bardziej niż oczywista. Śmierć monarchy i jego syna...? Dzień po dniu? To nie mógł być przypadek.
-Co tu się dzieje?- rzuciła ostro królowa, stając w progu pomieszczenia i dopiero w tym momencie dostrzegła ciało swojego syna- O bogowie... O bogowie...- zakryła usta dłonią i wycofała się najpierw o kilka kroków, kręcąc gwałtownie głową- Nie, nie... Błagam, nie! Aksyniusz!
Nadim odwrócił wzrok. Eldir wraz z innym urzędnikiem, pochwycił szybko królową w ramiona i odprowadzili zanoszącą się płaczem kobietę do jej komnaty. Wobec takiego obrotu sytuacji, Amir poczuł się zaniepokojony. Zostali obaj sam na sam z dowódcą wojsk i jego świtą.
-Kto odnalazł królewicza jako pierwszy...?- zapytał szorstko dowódca.
-Ja- odparł błyskawicznie Amir, nim jego towarzysz zdążył chociażby otworzyć usta. Potomek wilków spojrzał na niego z zaskoczeniem, ale mężczyzna dobrze wiedział, co robi. On przynajmniej był człowiekiem. I księciem. Oskarżenie go o taką zbrodnię niosłoby za sobą pewne konsekwencje. A pies był... psem. I jeżeli szukano by kozła ofiarnego, bardzo łatwo byłoby obarczyć winą właśnie jego- Nudziłem się czekając, więc wyszedłem, by poszukać Nadima... Ale znalazłem księcia. Wołałem o pomoc i wtedy przyszedł on. Kazałem mu kogoś zawiadomić.
-Rozumiem...- odpowiedział dowódca tonem, który mógłby zmrozić. Przyglądał się mężczyźnie z uwagą, podejrzliwie. I chociaż nie zdradził się żadnym gestem czy słowem, nie ulegało wątpliwości, kogo podejrzewa o zabójstwo.
-Kto mógł dokonać tak strasznej zbrodni...- szepnął jeden z obecnych w kuchni mężczyzn.
Amir podniósł wzrok i dopiero w tym momencie dostrzegł stojącego przy drzwiach Ezechiela. Gdy syn poprzedniego króla, wyczuł na sobie jego wzrok, spuścił płochliwie oczy, odwrócił się i odszedł prędko. Amir zdołał jednak dostrzec wyraz jego twarzy.
Był przerażony.

Ta „straszna zbrodnia” nie zrobiła na mieszkańcach zamku wielkiego wrażenia. Owszem, z początku jeszcze dało się wyczuć atmosferę pewnego rodzaju napięcia i lęku, ale szybko los niedoszłego króla stał się tematem plotek i rozmówek, dalekich od poczucia żalu. Amir widział służących, którzy wykonywali swoje zwykłe obowiązki, śmiejąc się, chichocąc, pełni pogody i niezbyt pochłonięci tragedią królewicza. Tak samo i Eldir, choć gdy po raz pierwszy odwiedził Amira, wydawał się być jeszcze oszołomiony, ale gdy zrobił to po raz drugi, trzeci i czwarty tego samego dnia, ton głosu miał już lekki i wesoły, pozwalał sobie na żarty i z entuzjazmem mówił o dniu jutrzejszym. Trudno było zresztą potępiać mieszkańców zamku za ich zachowanie. Nie zdążyli się jeszcze z pewnością przyzwyczaić do ostatniego króla, nie mówiąc już o tym niedoszłym. Poza tym mężczyzna wątpił, by przywiązywali się do któregokolwiek z panujących, jeżeli zasiadali na tronie przez tak krótki czas i mieli niezbyt znaczący wpływ na ich życie.
Nadim wszedł do komnaty, zamykając za sobą cicho drzwi. Amir zerknął na niego ukradkiem. Potomek wilków zdawał się najbardziej przejęty tym, co się wydarzyło. Położył uszy po sobie, nie odzywał się zbytnio, machał nerwowo ogonem na boki. Usiadł na łóżku, spoglądając na swojego towarzysza. Wydawało się, że prawdziwe życie wśród monarchów zrobiło na nim niemałe wrażenie.
-Okropne...- stwierdził, wzdychając głęboko- Biedna królowa... Dzień wcześniej straciła męża, a dziś... A dziś syna... I wszystko wskazuje na to, że była to zbrodnia...
-Co więcej, była to zbrodnia, która wzbudza wątpliwości co do przyczyny śmierci jego ojca...
-Chyba nie myślisz, że...- Nadim spojrzał na niego z niedowierzaniem, po czym umilkł na chwilę, by zapytać- Uważasz, że król również został zabity?
-Cóż...- Amir wzruszył ramionami- Są dwie wersje. Albo i morderstwo króla, i jego następcy zostało z góry zaplanowane... Albo śmierć króla stała się impulsem do zabójstwa jego syna. Trudno będzie teraz dowieść, która z nich jest prawdziwa...
-Trudno będzie dowieść, kto się tego dopuścił- sprostował potomek wilków.
Amir prychnął głośno.
-To akurat jest oczywiste- stwierdził stanowczym tonem.
Jego towarzysz spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Co masz na myśli...?
-Nie mów, że masz jakiekolwiek wątpliwości, psie- mężczyzna posłał mu pełne politowania spojrzenie i parsknął śmiechem. Sytuacja była tak oczywista, że już bardziej być nie mogła. I jeżeli nie znajdą mordercy, to tylko i wyłącznie dlatego, że nie chcieli go szukać, co zresztą wcale nie byłoby dziwne- Nie wiem, jaki los spotkał króla, ale Aksyniusz został zamordowany przez swojego przyrodniego brata.
Nadim miał taką minę, jakby rzeczywiście nie przeszło mu to do tej pory przez myśl.
-Nie możesz mieć pewności- zaprotestował, kręcąc głową.
-A kto inny mógłby to zrobić?!
-Ktokolwiek... Może kochanka, może...
Amir zaśmiał się głośno.
-Tylko kochanki ci w głowie, psie!- rzucił złośliwie i nie pozwalając swojemu towarzyszowi na wyjaśnienie tej kwestii, kontynuował- Naprawdę myślisz, że jakaś głupia dziewka zamordowałaby królewskiego dziedzica...? Albo kochaś tej dziewki...? Owszem, rzucić się z nożem. Poderżnąć gardło. Wyzwać na pojedynek. Ale trucizna...? I to jaka trucizna, psie. Trucizna, która prawdopodobnie działała z pewnym opóźnieniem i którą musiał dostać od kogoś, komu ufał. Ktoś znał się na rzeczy, wiedział, gdzie znaleźć księcia tuż przed koronacją, a może jeszcze z samego rana... Trudno powiedzieć. W każdym razie to było zaplanowane działanie. Ktoś doskonale wiedział, co robi. I tym kimś był Ezechiel.
Nadim westchnął głęboko, kręcąc głową.
-Amir, nie możesz...
-Nie widziałeś jego twarzy!- przerwał mu mężczyzna- Gdy na niego spojrzałem, przeraził się! Bał się, że ktoś go odkryje! I nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej!- dodał natychmiast surowo- Owszem, gdyby ktoś jeszcze miał cel w śmierci następcy tronu... Ale niby kto? Tylko ktoś, kto jeszcze do tego tronu pretendował. Ezechiel chciał zostać władcą, ale póki jego brat żył, nie był w stanie. Pozbył się więc rywala i tym samym zapewnił sobie koronę. Bo teraz jest sam. Panuje chaos, zamieszanie, a on nie ma innych konkurentów. Bo kogo koronują...?- Amir uśmiechnął się pobłażliwie- Pięciolatka...? Tylko on miał powód, by to zrobić.
Potomek wilków milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad jego słowami.
-Może- stwierdził wreszcie- Ale czasem najprostsze wyjaśnienia okazują się najbardziej mylne.
-Chyba w waszym świecie...- Amir zaśmiał się szorstko. Jego towarzysz nadal był jak dziecko, nie miał pojęcia o zasadach, jakimi rządzi się świat, jakimi rządzą się ludzie.
Mężczyzna wstał powoli i podszedł do okna, wpatrując się w dal. Wszystko to drażniło go niemiłosiernie i irytowało. Władcy. Królowie. Korony. Może rzeczywiście lepiej było odrzucić to wszystko i żyć tak jak te bezpańskie psy. Ale przecież istnieli na tym świecie ludzie, którzy nadawali się do sprawowania rządów. Na przykład Ludwik. Tak, Ludwik był wspaniały. Ale cóż komu po Ludwiku, skoro na swojego następce wyznaczył właśnie Amira...? I jak ludzie zapamiętają swojego cudownego króla, skoro po nim przyjdzie ktoś tak nieudolny, pozbawiony zdolności i wiedzy...? Co za demon musiał opętać wuja, skoro podjął tak szaleńczą decyzję?! Nie wiedział. Jeszcze dziś rano głęboko współczuł Aksyniuszowi i utożsamiał się z nim podświadomie. A teraz Aksyniusz już nie żył. Być może jego czeka dokładnie taki sam los i być może to będzie nawet lepiej. Lepiej dla ludu, dla państwa, dla świata... Kto wie, kim byłby Aksyniusz, tyranem czy dobrym monarchą, kontynuatorem polityki ojca czy człowiekiem obojętnym, skupionym wyłącznie na realizowaniu własnych potrzeb i zachcianek. Kto wie, co działoby się dalej z królestwem, gdyby nie znalazł się taki Ezechiel, cichy i stojący na uboczu, ale kto wie, być może dużo skuteczniejszy. Więc może i jego nie dopuści do władzy ktoś taki. Może on i Hadrin wcielą się bez świadomości w te fatalne postaci, powtarzając ich pomyłki.
Amir uśmiechnął się gorzko pod nosem. Przynajmniej jednego miał pewność... Hadrin nigdy w życiu nie zrobiłby mu czegoś podobnego. I ta świadomość dodawała mu otuchy.
-Nie rozumiem...- mruknął ledwie słyszalnie- Walczą o władzę i po co im to wszystko...? Zrobiliby wszystko, by zostać królem, podczas gdy inni zrobiliby wszystko, by królem nie być... Co za ironia losu...
Nadim parsknął cicho.
-Naprawdę znasz kogoś, kto walczyłby o to, by nie być władcą...?- zapytał z niedowierzaniem.
-Wyobraź sobie, że znam- Amir odwrócił się w jego stronę gwałtownie i skrzywił mimowolnie. Jego towarzysz spojrzał na niego bez zrozumienia- Ja mam zostać królem i przejąć władzę po moim wuju...- wyjaśnił, a każde kolejne słowo ledwie przechodziło mu przez gardło.
-I co w tym złego...?- zapytał Nadim.
Amir zaśmiał się gorzko, kręcąc głową.
-Co w tym złego...?- powtórzy, śmiejąc się ciągle- Wyobrażasz sobie mnie jako władcę, psie...?
-Cóż...
-No właśnie.
-Nie znam cię aż tak dobrze, ale wydajesz się być dość świadomy...- wyjaśnił spokojnie potomek wilków- A poza tym, jeżeli twój wuj jest taki, jak opowiadał Canis i taki, jakim ty go przedstawiasz, na pewno wie, co robi.
-Właśnie w tym sęk!- syknął gniewnie mężczyzna. Zaczął krążyć nerwowo po pomieszczeniu, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca- Wuj nie jest kimś, kto ufałby zabobonom, przesądom, kto tkwiłby w bezsensownych tradycjach, ulegał naciskom! Zawsze był od tego odległy! Wiedziałem, a przynajmniej wydawało mi się, że na następce wybierze kogoś znacznie lepszego, kogoś, kto uzna za godnego odziedziczenia po nim tego obowiązku... Mój brat, Hadrin... On jest do tego stworzony. Stworzony! Uczył się długo, od kilku lat uczestniczył w tych wszystkich naradach, wyjeżdżał z wujem, przyjmował z nim gości, rozwiązywał problemy... W dodatku jest lubiany przez arystokratów... Może przez mieszkańców nie, bo różnie ocenia się jego moralność, ale mimo wszystko... Jest owszem, nieco wycofany, czasem nieśmiały, ale nadaję się na władcę! Wszyscy tak o nim mówili i nadal mówią... Całkiem otwarcie, nikt się z tym nie kryje, mnie też to nie przeszkadzało. To wydawało się zupełnie oczywiste. Wuj też traktował go jak swojego następcę... Pozwalał mu sobie towarzyszyć, chwalił go... Mnie wprost przeciwnie. Zawsze ganił mnie to za moje poglądy, to za lekkomyślność, to za postępowanie, które mu się nie podobało... A teraz nagle dowiedziałem się od niego, że to ja mam zostać władcą! Niepojęte!
-Może właśnie dlatego traktował cię w taki sposób...- zauważył ostrożnie Nadim- Może dlatego, że wymagał od ciebie więcej. Dlaczego nie chcesz być królem...?
-Bo mnie to nie interesuje...- mało tego. Ta wizja go przerażała, napawała wręcz paraliżującym lękiem. Patrzył codziennie na swojego wuja i podziwiał go za to, do jak wielu wyrzeczeń był zdolny- Nie zamierzam siedzieć całymi dniami w miejscu i rozmyślać o tym, jak rozwiązywać sprawy ludzi, które ci równie dobrze mogliby rozwiązać sami!
-Przecież nie musisz być takim władcą... Możesz... No nie wiem... Podróżować... Skupiać się na innych sprawach...
-Więc wtedy będę władcą złym.
-Nie złym... Po prostu... Innym...
Amir zaśmiał się głośno. Innym! Też coś! Ludwik był dobrym władcą, powinno się go stawiać za wzór do naśladowania, ale... Ale on sam nie chciał go naśladować. Nie chciał mieć nic wspólnego, ani z tronem, ani z koroną, z niczym, zupełnie niczym. Żył przez tyle lat w błogiej nieświadomości, sądząc, że będzie mógł się realizować w taki sposób, w jaki zawsze chciał. Swoimi słowami, wuj w jednej chwili przekreślił jego plany. Amir poczuł się tak, jakby ktoś odebrał mu wolność, jakby tylko czekał na odpowiedni moment, by zakuć go w kajdany.
-Nie rozumiesz...- stwierdził cicho, przystając na moment- Przez lata widziałem, jak mój wuj się męczy, jak ciężko pracuje, dniami i nocami, jak poświęca każdy aspekt swojego życia tylko po to, by coś zmienić na lepsze... Nikt tego nie docenia, nigdy! Kiedy ludziom wiedzie się dobrze, mówią o łasce bogów i to im są wdzięczni. Ale kiedy dzieje się coś złego, obwiniają za wszystko panujących, jakby ci nagle dostawali większą moc od ich bóstw! Jeżeli nie arystokracja miała problem, a problem mają niemalże zawsze, to problem mieli mieszczanie. Jeżeli nie mieszczanie, to chłopi. I wszyscy zachowywali się tak, jakby wymagali od mojego wuja nadludzkiej mocy! Nie wykazywali przy tym najczęściej ani odrobiny gotowości do ustępstw, do zmian! Ja się do tego zupełnie nie nadaję! Nie mam tyle cierpliwości, tyle wytrzymałości, nie mam! Nie będę w stanie nieustannie wymyślać i kłamać, to nie dla mnie, zupełnie nie dla mnie...
Nadim spoglądał na niego bez zrozumienia.
-Myślałem, że król ma mówić prawdę...
-Bzdura- żachnął się Amir- Ma mówić tak, by ludzie uważali, że wszystko, co robi, jest w gruncie rzeczy dobre. Że nawet, jeżeli każe spalić pół wioski i wywiezie ich na drugi koniec kraju, to wszystko jest w zgodne z jakimś planem i w końcu przyniesie im korzyści. To ma właśnie robić dobry król. Rządzić umiejętnie i skutecznie. A ja... Ja się do tego nie nadaję...- powtórzył raz jeszcze, bezradnie.
Nie rozmawiali ze sobą już więcej tego wieczora, ale Nadim spoglądał na niego jakoś inaczej, niż wcześniej. Amira to irytowało, irytowała go jego własna gadatliwość. Nie miał pojęcia, co go napadło, że opowiedział o tym wszystkim temu psu. Czuł się zły na samego z siebie, ale z drugiej strony... Odczuwał pewnego rodzaju ulgę. Nie mógł o tym powiedzieć nikomu, nawet Hadrinowi, a teraz wreszcie to z siebie wyrzucił...
Miał nadzieję, że teraz wuj będzie miał odpowiednio dużo czasu, by zbliżyć się do Hadrina.
I zdać sobie sprawę ze swojego błędu.

Amir mylił się, a rzadko mu się to zdarzało, ale przy całej abstrakcyjności funkcjonowania tutejszego systemu władzy, wcale się temu nie zdziwił. Owszem, wybrano na następnego króla... pięciolatka. Oczywiście dla każdego, kto znał chociażby odrobinę realia rządów, jasne było, że w jego imieniu sprawować je będzie albo arystokracja, albo urzędnicy, ewentualnie jakaś silna jednostka, która wyodrębni się z szarego tłumu. Może dowódca wojsk...? Pomysł ten wzbudził w mężczyźnie coś na kształt gorzkiego rozbawienia.
-Widzisz?- zagadnął go Nadim, gdy schodzili na dół, zaproszeni przez królową na śniadanie- Ezechiel nie został królem. Nie miał w śmierci brata żadnego interesu. A podążając twoim tokiem rozumowania, można by powiedzieć, że Aksyniusza otruł ten dzieciak...- zakpił.
-Zobaczymy, kto otruje tego dzieciaka- odparł złośliwie Amir.
Wtedy jednak jeszcze nawet nie przypuszczał, jak szybko jego słowa okażą się prorocze.
Zasiedli razem z królową w ogrodzie, okalającym zamek, przy szerokiej ławie. Obok kobiety siedział kolejny, nieszczęsny pretendent do tronu. Młodszego syna trzymała na kolanach, czekając na służącą. Przy stole stało też kilku żołnierzy, wyczekując. Dało się tutaj wyczuć pewnego rodzaju napięcie, które trudno było napotkać wśród doświadczonych mieszkańców zamku.
-Darujcie mi, panowie, atmosferę w jakiej się spotykamy, ale sami rozumiecie...- westchnęła cicho ze smutnym uśmiechem- Trudno powiedzieć, co nam bardziej zagraża. Wróg zewnętrzny czy wewnętrzny...
Amir skinął jedynie głową, nic nie odpowiadając. Wszystko zależało od tego, z jakim wrogiem miało się do czynienia. I czy potrafiło się go zidentyfikować. A wszystko wskazywało na to, że Ezechiel żył dalej w spokoju, jakby naprawdę nikt nawet nie śmiał go podejrzewać o zamordowanie głównego rywala...
Podeszła do nich służka, która rozstawiła na stole talerze z posiłkami. Wracała do kuchni kilkukrotnie i Amir zastanawiał się, dlaczego królowa nie wyznaczyła jej kogoś do pomocy. W końcu jednak wróciła po raz ostatni, by przed następcą tronu ustawić półmisek z jakąś gęstą, mleczną substancją, którą często podawano dzieciom i życzyła obecnym smacznego.
-Stój- zatrzymała ją lodowatym tonem królowa. Dziewczyna spojrzała na nią nieśmiało- Spróbuj- zwróciła się do niej kobieta, wskazując na posiłek syna.
Służka wydawała się mocno zdezorientowana, ale chwyciła za łyżkę i wzięła pierwszy kęs dania, co wywołało grymas niezadowolenia na twarzy dziecka.
-S-Sama nie wiem...- wyjąkała- Wydaje mi się, że mleko skwaśniało... Przyniosę inny- odparła, po czym wzięła półmisek i odeszła pospiesznie.
Królowa zmierzyła ją jedynie uważnym spojrzeniem, nie mówiąc ani słowa. I choć dla obserwujących całą sytuację strażników czy Nadima, to zachowanie mogło nie wydać się niczym godnym uwagi, Amir doskonale wiedział, czemu miało służyć. Jeśli służąca wróci żywa, wszystko będzie w porządku. Jeżeli nie – sprawa będzie oczywista.
-Chcę jeść!- jęknął płaczliwie pięciolatek, podczas gdy jego młodszy brat wyrywał się niecierpliwie matce z rąk.
-Chwileczkę, chwileczkę...- usiłowała go uspokoić matka, ale dziecko z chwili na chwilę stawało się coraz bardziej zirytowane- A wiesz, synku, że jutro o tej porze będziesz już królem...?- zagadnęła go, starając się najwyraźniej odwrócić jego uwagę.
-Nie chcę być królem!- odparł buńczucznie pięciolatek- Chcę jeść!
Dziewczyna wróciła i podała dziecku kolejny posiłek, tym razem również kosztując go wcześniej. W drugiej ręce trzymała koszyczek leśnych jagód. Królowa przekazała jej najmłodszego syna, z którym ta odeszła nieco dalej, usadziła go na kocu i karmiąc owocami, usiłowała go jakoś zabawić, pokazując mu strugane z drewna figurki i opowiadając coś ściszonym głosem.
Królowa odwróciła od niej wzrok i uśmiechnęła się do swoich gości.
-Długo już z nami jesteście, panowie- oceniła- Zapewne chcielibyście wrócić już do domu... Nie urazicie mnie w żaden sposób, jeśli odejdziecie przed koronacją. Chociaż oczywiście jesteście na niej bardzo mile widziani...
-A czemu nie siedzi z nami syn króla...?- zapytał otwarcie Amir, bo ta kwestia interesowała go bardziej.
-Syn króla...? Och, Ezechiel...- oblicze królowej sposępniało nieco- Cóż... Mój mąż miał na niego bardzo dobry wpływ, ale od jego śmierci, Ezechiel nie chce już z nami jadać ani nawet przebywać w naszym towarzystwie.
-Rozumiem- odparł krótko Amir, posyłając jednocześnie swojemu towarzyszowi znaczące spojrzenie.
Czy istniało jeszcze więcej przesłanek, które mogłyby równie dobitnie świadczyć o jego winie...? Śmierć brata wiązała się dla niego z określonymi zyskami, nie wyglądali na szczególnie zżytych, miał powód, by go zamordować, w dodatku wyraźnie odcinał się od reszty rodziny.
Następca tronu zabrał się do jedzenia.
Chwilę później, jego młodszy brat, zaczął zanosić się głośnym płaczem i służka nie była go w żaden sposób w stanie opanować.
-Co się dzieje?- rzuciła gniewnie królowa.
-Znudził się zabawkami- odpowiedziała dziewczyna, podchodząc do stołu- Przyniosę mu inne...
-Byle szybko- ucięła lodowato kobieta, a służka odbiegła w kierunku zamku.
Chłopiec wciąż ryczał niemiłosiernie głośno i to na nim koncentrowała się cała uwaga Amira, który z lekkim niesmakiem, doszedł do wniosku, że rozkapryszenie i egoizm, przypisywany często królewskim potomkom, jest czymś więcej niż tylko stereotypem.
Akurat odwrócił wzrok z powrotem w kierunku stołu, gdy nagle głowa małoletniego następcy tronu, uderzyła z impetem w talerz. Królowa krzyknęła, zrywając się na równe nogi. Strażnicy chwycili chłopca za ramiona, podciągając jego bezwładne ciało do siedzącej pozycji. Matka zaczęła go cucić i ocierać, jakby sądziła, że ten tylko zasłabł. Nadim doskoczył do niej prędko, chcąc jej pomóc, ale nic już nie mogło pomóc nieszczęsnemu, niedoszłemu władcy.
Był martwy.
-Moje dziecko...! Moje dziecko!- rozpaczała królowa, tuląc w ramionach nieżywego syna.
-Psie, zabierz dzieciaka- rzucił do swojego towarzysza Amir, widząc, że służka jeszcze nie wróciła. W takim zamieszaniu łatwo było o kolejną tragedię.
Potomek wilków skinął głową, oszołomiony i ruszył w kierunku młodszego dziedzica. Amir po chwili wahania, wstał i podążył w ślad za nim. Syn królowej już nie płakał równie donośnie, co wcześniej. Teraz ledwie łkał co jakiś czas, łapiąc gwałtownie powietrze, jakby się czymś zachłysnął czy zadławił. Twarz miał czerwoną, oczy błędne i nieprzytomne.
Amir zawołał jednego ze strażników, chwytając dziecko na ręce i uciskając je w pasie, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Oddech miało jeszcze płytszy.
-Amir...- usłyszał głos swojego towarzysza, ale nawet się nie odwrócił.
-Coś jest nie tak- skierował swoje słowa do oniemiałego żołnierza, dając mu syna królowej- Zanieście go do zamku, do medyka, kogokolwiek...
-Amir!
-Czego?- warknął mężczyzna, odwracając się do Nadima.
Potomek wilków przyklęknął na trawie, obracając w dłoniach jeden z owoców.
-To nie są leśne jagody- stwierdził po chwili.
-Co takiego...?
-To nie są leśne jagody- powtórzył raz jeszcze Nadim.
Zrobiło się zamieszanie. W ogrodzie pojawili się żołnierze przywołani przez pierwszego ze strażników, poinformowani o śmierci księcia. Żaden z nich nie spodziewał się nawet, że coś może dziać się z drugim potomkiem. Dziecko zaniesiono szybko do zamku, ciało niedoszłego władcy również. Królowa podążyła w ślad za nim, chwiejnym, niestabilnym krokiem.
Amir i Nadim zostali jeszcze przez chwilę na miejscu, wpatrując się w siebie z osłupieniem. Żaden z nich, nawet Amir, nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Ruszyli obaj powoli w stronę budynku, nie odzywając się do siebie ani słowem. W pewnym momencie potomek wilków chwycił swojego towarzysza za ramię, zatrzymując go. Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia, po czym podążył za jego wzrokiem i dopiero wtedy zrozumiał, co tak bardzo go przeraziło.
W pobliskich krzakach coś leżało.
Nieruchome, blade ciało tej służącej.

Najmłodszy syn królowej także nie przeżył. I zdawać by się mogło, że o ile poprzednie zbrodnie nie zrobiły na mieszkańcach zamku żadnego wrażenia, ta tragedia wywołała jednak wśród nich pewnego rodzaju zakłopotanie, a może i nawet coś na kształt współczucia czy refleksji. Szybko również okazało się, że nie tylko Amir podejrzewał o zbrodnię syna Iwtara z nieprawego łoża. Żołnierze zaczęli szukać po zamku Ezechiela, ale nigdzie go nie znaleźli. W końcu nieco zdumiony ich pytaniami Eldrin przyznał, że owszem widział królewskiego potomka, ale było to rano, mniej więcej w czasie, gdy królowa jadła śniadanie i ten nie był zbytnio rozmowny. Wypytywany dalej, z lekką dezorientacją wyznał, że z Ezechielem mijał się w kuchni, a później wdał się z nim w pewną rozmowę, więc odprowadził go właściwie do samej bramy zamku, bowiem mężczyzna utrzymywał, że musi się po coś udać do miasta i dodał, dla zaspokojenia ciekawości Eldrina, że wróci niebawem. Czekano więc na niego z niezwykłym napięciem, ale gdy mijały kolejne godziny, stało się niemalże oczywiste, że zbrodniarz już nie powróci. Dopiero wtedy posłano do miasta oddziały armii, które zaczęły przeszukiwać okoliczne gospody i domy, poszukując ostatniego, królewskiego dziedzica. Był już późny wieczór, gdy przyprowadzono go do zamku siłą, brudnego i trzęsącego się ze strachu. Amir tylko na to czekał. Chciał zobaczyć tego mężczyznę, zobaczyć, jak będzie się tłumaczył, czy w ogóle będzie się tłumaczył, chciał dostrzec, czy będzie w nim choć krztyna poczucia winy czy zupełne nic ludzkiego.
Dowódca wojsk zszedł po schodach do głównej sali, mijając gromadzących się na nich gapiów.
-Ezechielu, synu króla Iwtara, jesteś aresztowany za morderstwo swoich trzech braci...- ogłosił lodowato.
-Nie zrobiłem tego!- zaprotestował rozpaczliwie tamten- Nie zrobiłem! Przysięgam, ja...
-... i skazany na śmierć- dokończył dowódca, nie zważając zupełnie na jego słowa.
Mężczyzna oniemiał i zachwiał się gwałtownie na nogach. Utrzymał równowagę jedynie dlatego, że trzymali go strażnicy.
Ezechiela zamknięto w lochach, gdzie miał czekać do momentu egzekucji. Amir z uwagą śledził reakcje swojego towarzysza, ale ten wciąż pozostawał milczący i zasmucony. Nie wydawał się jednak chętny do dyskutowania z wyrokiem, jak to miał w zwyczaju. Najwyraźniej nawet dla kogoś, kto wymierzenie kary śmierci uznawał za najwyższe okrucieństwo, były okoliczności, w których mogła ona znajdować swoje uzasadnienie. Znalezienie w sobie litości dla takiego zbrodniarza, samo w sobie zasługiwało by również na miano zbrodni.
-Nie rozumiem, po co uciekł?- zapytał swojego towarzysza Nadim, kiedy wrócili do komnaty, mając przed sobą perspektywę spędzenia kolejnej nocy w tym potwornym miejscu- Jeżeli rzeczywiście zamierzał objąć władzę, dlaczego nie został w zamku...?
Amir zastanowił się nad tym chwilę.
-Być może chciał odczekać jakiś czas- stwierdził- Może wolał najpierw wybadać reakcję, zobaczyć, jakie były konsekwencje jego uczynku... A może po prostu liczył na wsparcie, którego wcale nie otrzymał i w końcu zdał sobie sprawę z tego, że i tak nie zasiądzie na tronie...
Potomek wilków położył uszy po sobie, odwracając wzrok.
Amir westchnął. Co za ironia losu... Początkowo to miejsce, ten zamek, wydawało mu się raczej śmieszne, groteskowe, godne politowania, a teraz... A teraz zmieniło się w miejsce dziwacznych dramatów, dla których nie potrafił znaleźć w sobie nawet współczucia czy litości.
-Mogę...?- Eldir zajrzał do pomieszczenia, jak zwykle nie trudniąc się pukaniem do drzwi. Amir tylko czekał na jego wizytę. Był ciekaw tego, co postanowiono.
-I co?- zapytał.
-Egzekucja odbędzie się pojutrze- odpowiedział Eldir, uśmiechając się lekko.
-Dlaczego tak późno...?
Nadim spojrzał na swojego towarzysza surowo, co ten zignorował.
-Późno, książę?- zachichotał urzędnik- Nie martw się, zawiśnie tak czy inaczej. Nie chcemy jedynie, by kilka uroczystości kolidowało ze sobą naraz... A jutro w końcu odbędzie się i koronacja, i pogrzeb... Smutny dzień!
-Koronacja...?- zdumiał się Amir- Wybraliście już kolejnego władcę...?
-Właściwie to nie tyle koronacja, co pewnego rodzaju... przekazanie władzy- sprostował Eldir- Rządzić nami będzie jaśnie pani królowa.
-Królowa...?
-Tak.
-Bez męża...?- mężczyzna zmarszczył brwi.
-Cóż, panie, różnie jest to widziane, u nas raczej kobieta na tronie nie zasiadała, ale... Nasza królowa jest teraz w żałobie po stracie męża i trójki dzieci... Okrucieństwem byłoby teraz narzucanie jej jakiegoś małżeństwa, a poza tym odpowiednich kandydatów brak... Ale królowa jest rozsądna i świadoma... Na pewno będzie nami rządzić dobrze.
-Na pewno- odparł Nadim, uśmiechając się lekko- Przekaż jej raz jeszcze wyrazy największego współczucia i życz jej powodzenia... Oby nic złego nigdy więcej jej nie spotkało.
-Oby- Eldir skinął im głową i wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Amira w dziwnym stanie.
Tej nocy długo leżał i rozmyślał o słowach urzędnika, które wydały mu się znaczące i istotne, może bardziej od tego wszystkiego, co się tutaj wydarzyło. Królowa. Królowa będzie rządzić. Będzie rządzić samodzielnie. Biedna królowa, w żałobie po mężu i dzieciach. Bo królowa jest przecież rozsądna. Królowa jest przecież świadoma...
A teraz królowa zostanie królem.

Jedli śniadanie, tym razem samotnie w jadalni, bez towarzystwa królowej czy kogokolwiek z jej otoczenia. Wyglądało na to, że wszystko się skończyło. Nadim zagadywał go co jakiś czas, pytając o kierunek dalszej podróży, ale mężczyzna pozostawał na to obojętny albo odpowiadał mu półsłówkami. W tym momencie zajmowało go zupełnie coś innego. I chociaż wydawać by się mogło, że aresztowanie winnego i słuszny – bo przecież w to właśnie wierzył – wyrok, zapewni mu spokój. Stało się jednak zupełnie inaczej. Jeszcze do wczorajszego wieczora, ani przez sekundę nie wątpił, że to Ezechiel jest zbrodniarzem i mordercą swych braci, a może nawet ojca. A teraz... Teraz nie był tego wcale pewien. Może niesłusznie...? Może prawdziwy morderca jest schwytany, siedzi w celi i czeka na egzekucję...? Przecież nawet pies nie zadawał już dziwnych pytań, nie próbował dowodzić niewinności tamtego. Nawet on uznał, że Ezechiel jest jedynym, który mógłby chcieć śmierci członków swojej rodziny. Amir też tak sądził. Właśnie do wczorajszego wieczora.
A co, jeśli ktoś jeszcze mógł mieć w tym cel...?
-Witajcie, panowie- do jadalni wkroczył pogodnym krokiem Eldir, ubrany w odświętne szaty. Skłonił im się nisko, uśmiechając się do nich wesoło- Królowa przesyła pozdrowienia, niestety nie będzie mogła jednak dziś do was dołączyć... Rozumie jednak, jak wiele czasu tu spędziliście i nie chce was zatrzymywać dłużej. Więc jeżeli chcecie, możecie śmiało ruszać dalej.
-Wspaniale- odparł Nadim, również uśmiechając się- Życz dużo szczęścia królowej.
-Przekażę. Więc mam poinformować, panowie, że wyruszacie...?
-Ta...
-Nie!- przerwał gwałtownie swojemu towarzyszowi Amir, wyrywając się nagle z zamyślenia. Nadim wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie, Eldir również wydawał się nieco zaskoczony- To znaczy... nie...- powtórzył już nieco spokojniej, siląc się na wymyślenie jakiejś zręcznej wymówki- Mam nadzieję, że nie będzie to dla was kłopotem, ale czy moglibyśmy przenocować w zamku jeszcze dziś...? Chciałbym na własne oczy zobaczyć egzekucję tego mordercy. Bez tego nie będę mógł odejść w spokoju.
Jego towarzysz aż parsknął z niedowierzaniem i ułożył wargi w bezgłośne: „Co takiego?”.
-Ależ nie będzie to żadnym problemem, najmilszy książę!- zapewnił go entuzjastycznie urzędnik- Przekażę te wieści królowej. Zatem do zobaczenia później, panowie- skłonił się im raz jeszcze, wychodząc.
Dopiero wtedy potomek wilków zapytał z irytacją:
-Co ty wyrabiasz...? Naprawdę chcesz patrzeć na te okrucieństwo...?
-Może chcę mu zapobiec- odmruknął jedynie Amir i nie wyjaśniając niczego, wstał od stołu i opuścił pomieszczenie.
-Amir!- usłyszał jeszcze za sobą wołanie towarzysza, ale nie zatrzymał się.
Musiał się upewnić. Musiał...? Sam już nie wiedział. Przystanął nagle na środku korytarza, zastanawiając się, co u diabła wyrabia. Mogą wreszcie odejść. Mogą wyruszyć na dalsze poszukiwania i raz na zawsze zapomnieć o tym chorym miejscu. Czy kwestia winy Ezechiela lub jej braku ma jakiekolwiek znaczenie...? Dla tego miejsca i dla samego zainteresowanego może owszem, ale im było to zupełnie obojętne. Powinni po prostu się stąd wynosić, zanim zdarzy się coś jeszcze gorszego, zamiast zajmować się kuriozalnym, bezsensownym dochodzeniem. A jednak Amir nie mógł zmusić się do tego, by zapomnieć o całej sprawie i odejść. Zdecydował więc, że sprawdzi swoje podejrzenia, które z chwili na chwilę, zamiast maleć, stawały się coraz większe i gdy błądząc, dotarł wreszcie do zejścia w dół, prowadzącego do lochów, był już niemalże całkowicie przekonany o niewinności Ezechiela.
Lochów nie pilnowali nawet strażnicy. Najwyraźniej nikt nie spodziewał się ucieczki jedynego królewskiego więźnia. I rzeczywiście, gdy tylko Amir minął pierwsze cele, dostrzegł za kratami syna Iwtara, siedzącego nieruchomo przy ścianie, ze spuszczoną głową. Wyglądał tak, jakby spał. Amir zabębnił palcami w kraty. Mężczyzna drgnął lekko i skulił się odruchowo, po czym podniósł wzrok na Amira, marszcząc brwi i nie odzywając się wcale.
-Dlaczego próbowałeś uciec, skoro nie ty zabiłeś?- zapytał szorstko.
Królewski dziedzic spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Kim jesteś...?- rzucił, zdumiony.
-Umówmy się, że to ciebie mają jutro zabić, więc pozwól, że ja będę zadawał pytania. Dlaczego uciekałeś?
-A co innego miałem zrobić?- Ezechiel posłał mu rozpaczliwe spojrzenie- Czekać aż skończę tak samo, jak oni wszyscy...?
-Czyli jak...?
-Nie wiesz?- potomek Iwtara uśmiechnął się gorzko- Widziałem, co się stało z Aksyniuszem! Nie chciałem podzielić jego losu!
-Więc kto zamordował synów królowej...?- dopytywał dalej Amir.
-Nie wiem- odparł bezradnie tamten- Nie mam pojęcia. Ktoś, kto chciał władzy.
-A ty jej nie chciałeś...?- zapytał z niedowierzaniem mężczyzna- Nie chciałeś być królem...?
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo żyłem wśród królów- odpowiedział stanowczo- I wiem, do czego są zdolni.
Amir otwierał usta, by powiedzieć coś jeszcze, ale wobec tego argumentu nie pozostało mu właściwie nic do dodania. Nie było chyba słów, które rozumiałby równie dobrze i z którymi tak bardzo by się utożsamiał. I nagle miał już całkowitą pewność. Ezechiel nie był mordercą. Ezechiel był jedną z ofiar. On wcale nie miał podzielić losu braci. Miał stać się kozłem ofiarnym.
-Rozumiem...- mruknął mężczyzna, po czym odwrócił się, gotów odejść.
-Czekaj!- Ezechiel podniósł się gwałtownie- Kim jesteś?! Pomożesz mi?
-To się dopiero okaże...- odparł ledwie słyszalnie Amir i wyszedł z lochów.
Wszedł na piętro. Nie miał jednak na celu powrotu do swojej sypialni. Chciał odnaleźć komnatę królowej. Jeżeli wszystko odbywało się zgodnie z planem, teraz powinna odbywać się koronacja.
-Amir!- usłyszał głos swojego towarzysza i zatrzymał się. Potomek wilków podszedł do niego szybko- Gdzie byłeś...? Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?
-Ezechiel tego nie zrobił- odpowiedział krótko mężczyzna.
-Słucham?!
-To nie on.
-Skąd wiesz...?- nie rozumiał Nadim.
-On nie chce być królem- Amir wzruszył ramionami i ruszył powoli przed siebie. Jego towarzysz wciąż był obok.
-Och, świetnie!- zironizował- I jesteś pewien, że mówi prawdę?
-Jestem.
Nadim prychnął, wyraźnie poirytowany odpowiedziami jakie otrzymywał.
-Przecież jeszcze chwilę temu mówiłeś, że to jego sprawka!- zauważył.
-Ale to on siedzi teraz w celi! I jak na inteligentnego i przebiegłego mordercę, zdeterminowanego, by dojść do władzy, zachował się troszeczkę nierozsądnie, nie sądzisz...?
-Więc kto według ciebie to zrobił?
-Ten kto miał z tego zyski.
-Czyli on- dopowiedział Nadim, coraz bardziej zdezorientowany.
-On jutro zostanie stracony- uświadomił go z nutką niecierpliwości Amir- A władzę przejmie...?
Jego towarzysz sprawiał wrażenie zagubionego.
-... Nie mam pojęcia.
-Królowa! Kiedy kobieta może samotnie sprawować rządy...?
-... Nie znam się na tych waszych zasadach...- odmruknął potomek wilków.
-Zazwyczaj wtedy, gdy na tronie nie może zasiąść mężczyzna. Wykorzystała to.
Nadim aż zatrzymał się na chwilę z wrażenia.
-To królowa zabija...?- rzucił, doganiając swojego towarzysza.
-Tak.
-Co ty opowiadasz?! Miałaby zabić własne dzieci?!
Amir uśmiechnął się lekko pod nosem. I tak właśnie odebrała to większość ludzi. I tak właśnie mieli to odebrać... Biedna, nieszczęśliwa królowa, najpierw straciła męża, a później dzieci, syn króla z nieprawego łoża okazał się mordercą. Tak wiele tragedii w tak krótkim czasie. A ona musiała wykazać się niesamowitą odwagą i siłą, decydując się na przejęcie władzy. A może raczej wykazała się rozsądkiem i świadomością, planując dokładnie swoją zbrodnię.
-A co niby stało jej na przeszkodzie...?- mruknął obojętnie.
-Jak to co?!- wzburzył się potomek wilków- Jest ich matką! A matkę i jej potomstwo łączy szczególna więź!
Amir rozpoznał wreszcie drzwi prowadzące do komnaty królowej.
-Psie... Nie wiem, w jakim świecie żyjesz, ale w naszym świecie, wszystkie szczególne więzi mają w sobie więcej z pozorów niż faktów- stwierdził, po czym bez najmniejszego skrępowania wszedł do środka.
Nadim poszedł w ślad za nim, ale gdy zorientował się, w jakim pomieszczeniu się znaleźli, warknął:
-Amir, postradałeś rozum?! Jeżeli ktokolwiek nas tu złapie, będziemy mieć kłopoty!
-Psie, czy to nie ty tak bardzo opierałeś się karaniu śmiercią...?
-... Owszem, ale jest przecież winny, więc...
-I czy to nie ty wątpiłeś w jego winę?
-... Tak, ale nie uwierzę nigdy w winę królowej! Była ich matką!
-I czy to nie ty opowiadałeś o matkach topiących swoje ledwie narodzone dzieci...?- dopytywał ciągle ze znudzeniem Amir, przeglądając zawartość szufladek i półek.
Nadim milczał, chociaż nie sprawiał wrażenia przekonanego.
-Nie wiem, co ty wyrabiasz, ale pospiesz się...- rzucił w końcu po dłuższej chwili- Ktoś w końcu tutaj przyjdzie.
W kolejnej szufladzie, Amir odnalazł niewielką fiolkę z czerwonawym płynem. Przyjrzał się jej uważnie, obracając ją w dłoniach. Jego towarzysz podszedł do niego, zaciekawiony.
-To trucizna...?- zapytał sceptycznie.
-Może.
-Jak zamierzasz to sprawdzić?
-Bardzo prosto- odparł Amir, posyłając potomkowi wilków takie spojrzenie, że ten aż cofnął się odrobinę- Ale wtedy jeden z nas mógłby tego nie przeżyć. A poza tym, to i tak nie ma większego sensu- stwierdził, odkładając fiolkę- Nawet, jeżeli to jest trucizna, nigdy nie udowodnimy, że znaleźliśmy ją tutaj. A jeżeli przyznalibyśmy się do tego, że się tu kręciliśmy, oskarżyliby nas o to, że to my ją podrzuciliśmy. Chodź- mruknął, wychodząc z pomieszczenia i zamykając za swoim towarzyszem drzwi.
-Co zamierasz...?
-Mam pewien plan. Jesteś mi potrzebny.
-Amir...- potomek wilków chwycił go za ramię, zatrzymując przy sobie- Naprawdę sądzisz, że królowa mogłaby się dopuścić czegoś takiego...? Kobieta...?
-Psie, to ty bredziłeś coś o zazdrosnej kochance!- syknął z irytacją Amir- Nie musisz nieustannie polemizować ze samym sobą, naprawdę!- zadrwił, po czym dodał poważnym tonem- Posłuchaj mnie uważnie. Kiedy mówiłem o tym, że Ezechiel jest winny, nie wierzyłeś, a wczoraj przyznałeś mi rację... Uwierz mi więc tym razem.
-Ale jeżeli nie jest winny, to ty się myliłeś, a ja popełniłem błąd- uświadomił go Nadim- I w takim wypadku nie powinienem ci wierzyć.
-A więc jednak uważasz, że się myliłem...?
-Nie. Poczyniłem takie założenie na potrzebę wyjaśnienia ci tej sytuacji- odpowiedział potomek wilków.
-Świetnie- Amir uśmiechnął się do niego krótko- Więc poczyń je raz jeszcze i mi pomóż.

Amir z rosnącym zniecierpliwieniem i irytacją kręcił się w pobliżu urzędniczych komnat, wzbudzając zdumienie mijających go służących. Gdzie u diabła podziewał się Eldir...? Zdawać by się mogło, że powinien już wcześniej przyjść do niego i zgodnie ze swoją naturalną ciekawością wypytywać go o szczegóły jego postępowania. Tak się jednak nie stało. Dopiero po kilkudziesięciu minutach oczekiwania, urzędnik wyszedł wreszcie z jednego z pomieszczeń, a gdy zobaczył Amira, zatrzymał się gwałtownie.
-O... Książę...- rzucił, uśmiechając się lekko. Pogładził dłonią wygniecioną koszulę i poprawił pozostające w lekkim nieładzie włosy. Amir zaśmiał się z politowaniem w duchu. Chyba już wiedział, co tak długo zatrzymywało gadatliwego Eldira- Czy coś się stało...?
-Nie... Akurat przechodziłem- odpowiedział Amir, siląc się na serdeczny ton.
-Mogę o coś zapytać, książę?- dokładnie tak jak się spodziewał, Eldir nie zamierzał najzwyczajniej w świecie pożegnać się z nim i odejść- Na co było ci tyle złota...? Oczywiście darowanie go komuś tak szlachetnemu jak ty nie było dla mnie żadnym uszczerbkiem, a wprost przeciwnie, kwestią honorum, ale... Ciekaw jestem, co z nim zrobiłeś.
-Mój towarzysz nieco się spieszy i chciałby wyruszyć wcześniej- odparł Amir- Chciałem mu dać nieco pieniędzy na drogę, żeby mógł się zatrzymać w jakiejś gospodzie w mieście... Swoją drogą, czy te wszystkie pogłoski są prawdziwe, panie...? Nie miej mi za złe, że pytam, to w końcu nie moja sprawa, ale co na to królowa?
-Pogłoski...?- Eldir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc- Jakie pogłoski, panie?
Amir udał zdumienie.
-Pogłoski o królewskim synu oczywiście- urzędnik wciąż wpatrywał się w niego z wyraźnym zaskoczeniem- Nie słyszałeś, panie...?
-Nie... O niczym takim mi nie doniesiono. Co to za pogłoski?- zainteresował się natychmiast, zgodnie z oczekiwaniami mężczyzny.
-Ach- Amir machnął obojętnie dłonią- Więc może to tylko głupie plotki... Nie ma co roztrząsać...
-Ależ nie, nie, szanowny książę, powiedz mi, proszę!- upierał się Eldir.
-Cóż... Mówią w miasteczku, że król miał jeszcze jednego, nieślubnego syna...- odpowiedział powoli Amir, jakby był całą sytuacją zdezorientowany- I że ten syn, gdy dowiedział się o śmierci ojca, postanowił się ujawnić i walczyć o tron. Podobno zatrzymał się gdzieś wśród chłopstwa, żeby nie zostać zdemaskowanym, ale chyba każdy już o nim mówi...
-Król...? Nieślubnego syna...?- powtarzał Eldir, z rosnącym zainteresowaniem i zaniepokojeniem jednocześnie.
-Pewnie to zwykłe pogłoski- Amir wzruszył ramionami i parsknął śmiechem- Nie warto sobie zawracać nimi głowy, ale miło było zobaczyć jak takimi wieściami entuzjazmuje się prosty lud...
-Rzeczywiście, to pewnie tylko pogłoski- stwierdził Eldir, kiwając głową- Więc nie ma chyba powodu, by niepokoić naszą królową... Nie rozgłaszaj tego dalej, panie- poprosił- Niedobrze byłoby ją martwić w tych trudnych dla niej dniach...
Amir pokiwał ze zrozumieniem głową, porozmawiał jeszcze chwilę z urzędnikiem, po czym odszedł prędko. Tuż przed zamkiem czekał na niego Nadim.
-I co?- zapytał potomka wilków krótko.
-Odwiedziłem jednego z chłopów i ofiarowałem mu złoto, mówiąc o tym, że jeden z synów króla musi zatrzymać się w jego domu i prosząc, by gdzieś się przeniósł na kilka dni wraz z rodziną... Ale sądząc po jego reakcji, przeniesie się raczej na stałe- zachichotał Nadim- W każdym razie, zasugerowałem mu ostrożnie, by podzielił się tą informacją i rzeczywiście... Całe miasto mówi tylko o pretendencie do tronu, który zatrzymał się w chacie dość znanego chłopa... Nie powinni mieć trudności, żeby ją znaleźć.
-Świetnie- skwitował to Amir- A ja powiedziałem Eldirowi.
-Tylko...?
-Jeżeli on wie, wie całe królestwo- stwierdził zdecydowanie mężczyzna. Co by nie mówić o urzędniku, zdecydowanie nie należał do ludzi, którym powinno się powierzać jakiekolwiek sekrety.
-Jesteś pewien...?- Nadim nadal wydawał się dość sceptyczny.
-Mam swoje doświadczenia, psie...- Amir z trudem powstrzymał cisnący się na jego usta uśmiech i zachował powagę.
O tak. Tego był całkowicie pewien.

Amir zapukał cicho do drzwi gabinetu dowódcy i otworzył je powoli, wchodząc do środka. Mężczyzna podniósł na niego wzrok. Niechęć, która zrodziła się pomiędzy nimi podczas od pierwszego spotkania, wcale nie wygasła i żaden z nich nie do końca potrafił to ukryć. Tak czy inaczej, Amir musiał działać zręcznie, bo brak zręcznego działania mógł oznaczać tylko jedno. Całkowitą porażkę.
-Witaj- zwrócił się do niego spokojnie.
-Witaj, książę Amirze....- odpowiedział z równie pozornym spokojem dowódca, nie podnosząc się nawet z miejsca, co mogłoby zostać odebrane nawet niczym oznaka braku szacunku.
-Ezechiel nie jest mordercą. Nie zabił swoich braci- rzucił otwarcie Amir, wpatrując się w wojskowego z uwagą.
Tamten uśmiechnął się z politowaniem.
-Mam to potraktować jako przyznanie się do winy...?- zadrwił.
-Jako ostrzeżenie przed tym, kogo wsadziliście na tron- odpowiedział chłodno mężczyzna- To królowa zabiła swoje dzieci, a może nawet swojego męża.
Dowódca wstał.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że za twoje słowa powinieneś skończyć dokładnie tak jak ten zbrodniarz...?- wycedził przez zęby, zbliżając się do niego.
-Nie musisz mi wierzyć, wystarczy, że przyjdziesz i zobaczysz na własne oczy... Mam pewien pomysł, który pomoże nam odkryć prawdziwego mordercę. A jeżeli się pomylę, będziesz miał radość z tego, że zawisnę obok Ezechiela- uśmiechnął się drwiąco.
-Próbujesz mnie nakłonić do braku lojalności. Nie uda ci się- odparł szorstko mężczyzna.
-Powinieneś być lojalny królowi...
-I jego rodzinie.
-A jeżeli to jego rodzina doprowadziła do jego śmierci...?- zapytał Amir. Twarz dowódcy pozostawała zupełnie nieruchoma i pozbawiona emocji, ale mężczyzna mógłby przysiąc, że ten zaczyna mieć wątpliwości- Dlaczego nie jesteś równie lojalny Ezechielowi...? Czy twój szacunek dla poprzedniego króla nie powinien wyrazić się w tym, żebyś chociaż zdecydował się sprawdzić słuszność własnych przypuszczeń...?
Dowódca milczał. Przecież nie był głupcem, prawda? Przecież też musiał zdawać sobie sprawę z konsekwencji niektórych działań, zdawać sobie sprawę z tego, kto okazał się zwycięzcą, a kto wielkim przegranym. Przecież widział już zapewne niejednego kozła ofiarnego i niejednego wielkiego triumfatora, który wspiął się na szczyt po jego grzbiecie.
-Sprawa jest prosta- rzucił- Albo ja mam rację i królowa jest morderczynią, albo rację masz ty i jest ona ofiarą zbrodni. Jeżeli będę się mylił, będziesz miał święte prawo odciąć mi głowę, od czym marzysz zapewne od pierwszej chwili, więc chyba trudno o lepszą okazję...?

Był już późny wieczór. Należało zacząć wcielać plan w życie. Amir odsunął się od okna i przeszedł się po niewielkiej izbie chłopskiego domu, czując w sobie lekkie napięcie. Jego towarzysz stał nieopodal, wpatrując się w niego z uwagą. Mężczyzna nie do końca wiedział, czy potomek wilków uwierzył wreszcie w jego teorię, czy robi to wszystko, by potwierdzić własną, ale w tym momencie zdawało się to nie mieć większego znaczenia. Jego samego napadły lekkie wątpliwości. Nie tyle co do winy królowej, co raczej co do powodzenia planu. A co, jeżeli Eldir rzeczywiście nic nikomu nie powie...? Co, jeżeli królowa zlekceważy te pogłoski? Jeżeli w swym rozsądku odkryje, że są one niczym więcej, jak tylko podstępem, mającym doprowadzić ją do ostatecznego upadku?
Nie było już odwrotu.
Amir nakazał dowódcy wraz z jego niewielkim, przybocznym oddziałem, zamknąć się w pokoiku obok.
-A co ja mam robić...?- zapytał nieco podejrzliwie Nadim.
-Jak to co...?- parsknął cicho mężczyzna- Położysz się do łóżka i będziesz udawać księcia.
-Co takiego?!- ten plan najwyraźniej potomkowi wilków się nie spodobał- Amir, co ty wygadujesz?! Mam uszy! Rozpoznają mnie!
-Będzie ciemno. Ja cię nie rozpoznałem, gdy znalazłem w twoim łóżku rozczłonkowane zwłoki...
-Tak, ale...- Nadim pokręcił głową i westchnął głęboko- Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek się na to nabierze...?
-Jestem pewien- odparł mężczyzna.
-Dlaczego?
Amir uśmiechnął się do siebie pobłażliwie. Może i królowa rzeczywiście była mądra i rozsądna, ale jeżeli gotowa była zabić własne dzieci, gotowa była do wszystkiego. A przede wszystkim była zdeterminowana, by dojść do władzy. Jak najszybciej i jak najprostszym sposobem.
-Nawet, gdybym powiedział, że to mi się przyśniło, pewnie i tak zechcieliby tu przyjść- odmruknął z gorzkim politowaniem.
-To nielogiczne.
-To żądza władzy. Najbardziej logiczne zjawisko na świecie.
Potomek wilków westchnął ponownie, tym razem bardziej bezradnie. Widać było, że nie bardzo się orientuje w całej tej sytuacji, a słowa towarzysza niczego mu nie ułatwiają.
-Chyba rzeczywiście jesteśmy od was inni- stwierdził.
-Nie pochlebiaj sobie, psie- parsknął Amir.
Nadim uśmiechnął się drwiąco.
-Ach, więc za każdym razem, gdy to podkreślasz, jest to pochlebstwo...?
-Przymknij się i ładuj do łóżka- odmruknął mężczyzna wobec braku jakichkolwiek skutecznych argumentów.
Nadim, wyraźnie usatysfakcjonowany, położył się wreszcie, nakrywając kołdrą.
-Nie mogę mieć broni...?- zapytał, zaniepokojony.
-Nie.
-A jeżeli mi coś zrobią...?
-Mówi się trudno- odparł złośliwie Amir- Ofiary trzeba ponosić... Psie, nikt niczego ci nie zrobi- dodał, gdy jego towarzysz otwierał usta, by coś odpowiedzieć- Schowam się w szafie i będę nasłuchiwał. W razie czego wyjdę pierwszy, a za drzwiami czeka oddział wojska. Po prostu leż spokojnie i się nie ruszaj.
Przygotował wszystko, pogasił świece i w końcu skrył się w szafie znajdującej się na samym końcu izby. Nie była zbyt duża, musiał ugiąć kolana i ścisnąć się gdzieś pomiędzy cuchnącymi spodniami, a drewnianym pudełkiem, które wżynało mu się w plecy. Czas mijał. Amir z trudem powstrzymał cisnący się mu na usta jęk. Najchętniej już by stąd wyszedł, zdrętwiałe nogi bolały niemiłosiernie, a bał się chociażby drgnąć, by nie spowodować hałasu, który spłoszyłby ewentualnego napastnika albo wywołał do działania tkwiących obok żołnierzy. Zupełnie nic się nie działo. Raz czy dwa słyszał stukot końskich kopyt albo kroki gdzieś w pobliżu chatki, ale nikt nie zatrzymał się w jej pobliżu. Zaczynał prawie przysypiać, gdy usłyszał, jak drzwi uchylają się z głośnym skrzypnięciem. Drgnął lekko, wytężając wszystkie zmysły, by zorientować się, gdzie mniej więcej znajduje się napastnik i wyczekać na odpowiedni moment. A odpowiedni moment znaczył mniej więcej tyle: by ten był na tyle daleko, żeby nie zdołał uciec i żeby nie zdążył poćwiartować Nadima na drobne kawałki. Jeden cichy krok i kolejny, i jeszcze jeden... I nagle zupełna cisza.
Zatrzymał się...
Amir wyskoczył gwałtownie z szafy, za jednym razem wywalając całą jej zawartość, która rozsypała się po podłodze z głośnym trzaskiem. Jak na sygnał, z pomieszczenia obok z dzikim wrzaskiem wyleciała gromada wojowników i nagle zrobił się zupełny chaos. Ktoś chwycił Amira, Amir chwycił kogoś innego i nagle zewsząd zaczęły wydobywać się głosy:
-Mam go!
-Nie, ja go mam!
-Złapałem go!
-Schwytany!
Dopiero dowódca rozpalił jedną ze świec i w jej bladym świetle, wszyscy zaczęli się wzajemnie rozpoznawać i zdawać sobie sprawę z tego, że chyba jednak złapali niewłaściwego człowieka. W momencie, gdy całe zamieszanie ustało, oczy wszystkich skierowały się klęczącego na ziemi Nadima, który mocno zaskoczony, trzymał jakiegoś mężczyznę. Dopiero, gdy ten uniósł głowę, wszyscy obecni rozpoznali go bez problemu.
-Eldir...?- szepnął Amir, zdumiony.
-Witaj... Książę...- wydusił z siebie z trudem tamten. Nieopodal niego, na podłodze, niczym dowód zbrodni, leżał nóż.
-To ty pomagałeś królowej zabijać...?
-Ależ skąd!- zachichotał nerwowo urzędnik- Ja tutaj... przyszedłem tylko... zobaczyć królewskiego syna! Nic więcej, nic więcej...
-Żałosne- skwitował jego słowa dowódca, krzywiąc się lekko.
Nadim odsunął się nieco, pozwalając Eldirowi wstać, ale zagradzając mu ewentualną drogę ucieczki. Urzędnik rozejrzał się dookoła, wyraźnie zlękniony i zdezorientowany.
-No cóż, panowie...- odkaszlnął nerwowo- Ja naprawdę... Naprawdę... Nie wierzycie chyba...? Książę Amirze, przecież tak dobrze mnie znasz! Przecież ci pomagałem! Doradzałem! Nie jestem mordercą!
-Komu pomagałeś?- zapytał lodowato dowódca.
Eldir posłał obecnym błagalne spojrzenie, jakby sądził, że ktokolwiek wstawi się w jego sprawie, ale wojownicy milczeli. On zresztą również.
-Jesteś mordercą- rzucił Amir. Nadal nie mógł wyjść ze zdumienia. Ani przez chwilę, ani nawet przez jeden moment nie przypuszczał, że Eldir może być zamieszany w całą sprawę- I skończysz równie marnie jak wszyscy mordercy. Powiedz, kto to wszystko zaplanował.
Eldir westchnął bezradnie.
-Królowa- przyznał jednak bez najmniejszych oporów.

Eldira aresztowano i odwieziono z powrotem do zamku. Gdy znaleźli się przy komnacie królowej, prawie świtało. Dopiero wówczas uwolniono urzędnika z kajdan i kazano mu odegrać zaplanowaną wcześniej rolę. Eldir wzdragał się przed tym wyraźnie, ale groźba stryczka podziałała lepiej niż cokolwiek innego i w końcu z wymuszonym uśmiechem, wkroczył do sypialni królowej. Amir wraz z dowódcą, stanęli tuż przy drzwiach, nasłuchując.
-Gotowe...?- zapytała królowa. Wyglądało na to, że wcale nie spała, jakby czekała na przybycie mężczyzny.
-Tak- odparł Eldir, wyjątkowo niemrawo, jak na jego zwyczajowe zachowanie.
-Pozbyłeś się go...?
-Tak.
-Świetnie. Spróbuj się dowiedzieć, czy Iwtar nie miał jeszcze jakiegoś potomka... Niedobrze byłoby, gdyby ktoś taki się teraz pojawił.
-Masz całkowitą rację, królowo- przytaknął jej urzędnik, w swej roli kompletnie niewiarygodny, co nie wzbudziło chyba żadnych podejrzeń dawnej monarszej żony.
-Ale jeśli to wszystko... To nic już nie stanie nam na przeszkodzie- stwierdziła zdecydowanym tonem- Trzeba będzie tylko pozbyć się jeszcze tego... dowódcy... jak on właściwie się nazywa?... Mniejsza z tym. Zrób coś z nim, byle szybko.
Amir spojrzał na twarz stojącego obok niego mężczyzny. Jego wargi ułożyły się w gorzki uśmiech.
-A-Ależ, królowo!- Eldir zaśmiał się nerwowo, protestując- Po co jego! To taki dobry, odważny, mądry, inteligentny, pozbawiony najmniejszej choćby wady człowiek...
Amir z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
-O czym ty mówisz...?- mruknęła bez zrozumienia władczyni- Przecież sam jeszcze niedawno mówiłeś, że będzie nam przeszkadzał...
To chyba wystarczyło dowódcy. Nie trzeba było mu większych dowodów. Otworzył gwałtownie drzwi od komnaty, wkraczając do środka.
-Obawiam się, że miał rację, królowo- rzucił lodowato- Jesteś aresztowana za zabójstwo potomków naszego króla, a może nawet jego samego. Ale o tym pewnie opowiesz nam później...
-Co takiego?!- wykrzyknęła gniewnie królowa i spojrzała z niedowierzaniem na swojego towarzysza zbrodni- Wydałeś mnie?!- Eldir wycofał się ostrożnie, woląc zapewne stać bliżej Amira niż rozwścieczonej morderczyni- Nieważne... Nieważne...- syknęła, odsuwając się od dowódcy- Teraz ja tu rządzę. Ja jestem władcą! Nikt nie może mi się przeciwstawić, nikt! To ja tu wydaję rozkazy! Ja!
-Poćwiczysz wydawanie rozkazów w celi, królowo...- odparł wojownik, chwytając ją za ręce i krępując je- Chociaż do jutra czasu będziesz miała niewiele...
-Co takiego?!- kobieta spojrzała na niego z przerażeniem.
-Egzekucja już zapowiedziana, szkoda byłoby odwoływać tak wspaniałe widowisko... A głównego bohatera ktoś będzie musiał zastąpić...
-Nie zgadzam się na to!- królowa usiłowała się wyrwać, ale szybko dowódca przekazał ją kilku wojownikom, którzy prowadzili ją ku lochom- Nie zgadzam się! Ja jestem władcą! Ja tutaj rządzę!Nikt nie ma prawa mi się przeciwstawiać! Słyszałeś?! Nikt nie ma prawa mi się przeciwstawiać! Lud się zbuntuje!
Amir zaśmiał się cicho pod nosem. Ludowi było to zupełnie obojętne...
-Dlaczego to zrobiłeś?- zwrócił się bez zrozumienia do Eldira, wpatrując się w niego z uwagą.
Urzędnik uśmiechnął się wymuszenie i wzruszył ramionami.
-Trzeba wiedzieć, jak się ustawić, książę...- odpowiedział tylko.
-Więc tym razem ustawiłeś się po złej stronie- ocenił Nadim.
Eldir nie przestawał się uśmiechać.
-Najwyraźniej.

Jechali karetą do granic królestwa. Głowa Amira opadła na ramię jego towarzysza już dłuższy czas temu, ale że potomek wilków nie oponował, i jemu nie chciało się podnosić. O bogowie, jak strasznie się cieszył, że wreszcie wynosili się z tego miejsca. W zamian za swoją pomoc, otrzymali sakwę złota i „dozgonną wdzięczność królestwa”, jak powiedział dowódca. Chociaż w przypadku tego właśnie królestwa „dozgonna wdzięczność” oznaczała tyle, co wdzięczność do momentu zgonu kolejnego władcy, a do tych, jak wiadomo, nie należało się zbytnio przywiązywać, więc i te słowa pewnie nie pozostaną długo aktualne. Zresztą, ciężko było powiedzieć kto kolejnym władcą zostanie. Po aresztowaniu królowej, która znalazła się w celi tuż naprzeciwko swojego niedawnego wspólnika, wypuszczono Ezechiela i koronę zaproponowano jemu. Ten jednak był tak przerażony, że nawet nie odmówił, a od razu uciekł z zamku i nic nie wskazywało na to, by zamierzał prędko powrócić, czemu zresztą trudno było się dziwić. Wobec takiej sytuacji, zdezorientowany dowódca, spoglądał na Amira w taki sposób, jakby oczekiwał, że to on rozwiążę ich problem, ale ten nie zamierzał się w to mieszać. Opuszczali więc państwo w czasie kolejnego okresu bezkrólewia, którego koniec trudno było przewidzieć.
Paradoksalnie, po całej tej sytuacji, nasunęła mu się wręcz wesoła refleksja. Uznał, że może jego własne królestwo jest już od środka zepsute rozpasaniem arystokracji i biernością mieszkańców, ale jeszcze nie zwariowało, w przeciwieństwie do tego. Matka zabijająca własne dzieci! Nawet nie tyle z potrzeby pozbycia się rywali, co wykorzystania ich śmierci do własnych celów, wytłumaczenia podstaw swojej władzy... A to dopiero. Nic dziwnego, że w pierwszym momencie oskarżył o to bogom ducha winnego Ezechiela.
-Amir...?- jego towarzysz odezwał się w pewnym momencie sennie, jakby coś sobie przypomniał- Wiesz, że przed tą całą aferą, dowiedziałem się od Eldira czegoś dziwnego?
-Tak...?- rzucił mrukliwie mężczyzna, bez większego zainteresowania.
-Dowiedziałem się o tym, że choruję na jakąś potworną chorobę, której nabawiłem się od kontaktów z pewną egzotyczną panią...
Amir poruszył się niespokojnie.
-Cóż...- odparł jedynie, tłumiąc uśmiech- Bardzo ci współczuję, psie.
Jego towarzysz prychnął głośno.
-Dupek...- rzucił bardziej rozbawiony niż rozgniewany- Cholerny dupku...
Mężczyzna nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Po chwili potomek wilków zawtórował mu tym samym. I śmiali się razem głośno długo, zmierzając coraz dalej i dalej.
Podróż trwała.

11 komentarzy:

  1. Anonimowy7:27 PM

    Oh...! Jestem zaskoczona, pozytywnie oczywiście. I chcę jedynie napomknąć, że długość odcinka mnie troszeczkę odstraszyła, ale od razu się za niego wzięłam. I jestem z tego dumna! :)
    No, a co do treści... Boże... Dziwna królowa, tym bardziej dziwny Eldir. Historia strasznie ciekawa, czytałam ją jednym tchem, i pomimo tego, że powieki powoli mi się zamykały - nie ze znudzenia, a zmęczenia! - jestem bardzo zaskoczona jej końcem. Oczywiście, podejrzewałam, że to będzie królowa. A ta króciutka część z ich powrotu była piękna. *.* Jaki miałam zaciesz z tej "choroby" Nadima.
    Więc pisz. Weny! <3

    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy7:44 PM

    Haha. Oni są bezcenni ^^ W tym królestwie by się jakiś Aragorn przydał, ot co! Chwyciłby wszystkich urzędasów za tłuste zadki i zrobił porządek! Chociaż... Szkoda by było, jakby mu ktoś obiadek przyprawił.
    Albo ja czegos nie skojarzyłam, albo w pewnym fragmencie masz błąd...
    "-No nie wiem... O twoich wcześniejszych powrotach i złych wspomnieniach...?- Amir uśmiechał się tak szeroko i złośliwie, że aż cieszył się, że jego towarzysz nie może tego zobaczyć.
    -Nie wiem, o co ci chodzi- odmruknął obojętnie A m i r . (Chyba o jednego Amira za dużo^^)
    -Jasne, że nie wiesz..."
    Fajnie, że notka była taka długa. Amir ma u mnie +10 za wrobienie Nadima w dolegliwości weneryczne :)I akcja z chowaniem ogona w ubranie! Chciałabym to zobaczyć z perspektywy urzędasa. W przeciwieństwie do niego, nie byłabym zmieszana, o nie ^^
    Pozdrawiam, Cannum

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję bardzo :) Poprawione :D.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy9:10 PM

    Cudownie rozwinięty rozdział. Czytałam, czytałam i czytałam, choć gdzieś tak w połowie przypomniałam sobie, że wodę do wanny napuszczam. Nie rezygnując z czytania pozwoliłam jej płynąć - niejednokrotnie sąsiadów zalałam, więc cóż tam jeden raz więcej? Nic, ot co.
    Zachowanie Amira? Powalające. Zazdrosny o Nadima, choć dziwić (bynajmniej!) się nie zamierzam. Poza tym postawa naszego następcy tronu też niczego sobie - pomógł w rozwiązywaniu sprawy. Coraz milej zaskakujesz!
    Summa summarum niezwykle wciągające.
    I jeszcze zakończenia; tak sielsko i beztrosko, że uśmiech sam pcha się na twarz.
    Oczywistością jest, że czekać było warto (zawsze jest), choć to nieco trudne, gdy już tak zaciekawić zdołasz.

    N.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hahahah xD Kocham <3 Co z tego, że długi rozdział? To przecież lepiej aniżeli miałby być krótki.. Nie wiem czemu, ale liczyłam na jakiegoś kissa po pijaku... Shit ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:19 PM

    Pomimo, że rozdział bardzo długi i ciekawy, to i tak kilka ostatnich zdań wymiata ;D Doskonale poprawiły mi humor. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  7. Strasznie długi xD Mogłas go spokojnie na trzy podzielić i miałabyś zapas na 3 tygodnie, mogąc przy okazji spokojnie uczyć się do dalszego etapu olimpiady ;)
    Mi zajęło 3 dni czytanie, niestety z braku czasu tak to wyszło xD Ale co tu dużo mówić Amir w swoim analizowaniu, knuciu jest niesamowity. Czytelnik może go w końcu poznać z wielu stron, tej złej ale częściej dobrej. Bardzo fajnie, że nie skupiasz się jedynie na głównym celu ich wędrówki, że dajesz właśnie takie ciekawe historię :)
    Widać też jak między bohaterami się rozwija nic przyjaźni i własnego zaufania. Nadim jako amant, szalejący wśród kobiet jest ciekawą opcją, która może nie szczególna ale nadała mu charakteru ;) W sumie się nie dziwię, że jak na razie brak jakichkolwiek uczuć między nim a Amirem, sytuacja wręcz nie pozwala na to i wyszło by to mało naturalnie. Coś czuję, że przygotujesz odpowiednią scenę do tego i wtedy się zacznie :)
    Pięknie, pięknie :D

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  8. Melancholia5:45 PM

    Cóż, wczoraj zabrałam się za czytanie tego opowiadania (wcześniej jakoś nie miałam czasu) i powiem Ci, że stało się jednym z moich ulubionych (zaraz po YFM). Amira ubóstwiam. Nadim mnie troszkę irytuje tym swoim zamiłowaniem do kobiet, ale mam nadzieję, że mu przejdzie w najbliższym czasie... ;)Sama w sobie fabuła jest genialna! Emocje opisane po mistrzowsku i oby tak dalej. ;D

    Od razu podejrzewałam tego urzędnika, ale z królową mnie zaskoczyłaś. Pozdrawiam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy11:54 PM

    Johnny. D.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie występuje w tym rozdziale >.>' Przykro mi.

    OdpowiedzUsuń
  11. W Twojej twórczości jest coś, co każe wracać do tych wszystkich opowiadań i na nowo poznawać ich bohaterów; przeżywać z nimi przeróżne sytuacje i często także się z nimi utożsamiać, ponieważ stworzenie postaci i wykreowanie jej charakteru to zdecydowanie coś, co znalazłoby się na liście zalet sposobu, w jaki piszesz. Zawsze podobało mi się to, że zwracasz ogromną uwagę na wykreowanie świata i okoliczności, wychodzi Ci to oczywiście nieziemsko, jako zagorzały fan fantastyki jestem pod wielkim wrażeniem! Oczywiście w "Chaosie" jest coś, co odróżnia go od poprzednich opowiadań. Jest tak szczegółowe, dopracowane, a jednocześnie napisane w sposób zupełnie luźny i przyjemny do czytania. Potrafisz jak żaden autor doprowadzić mnie w jednej chwili do płaczu, śmiechu czy skrajnego przerażenia, czasami siedzę po prostu nad Tym opowiadaniem i zastanawiam się, kiedy nastąpił taki przełom w Twoim pisaniu. A przełom ten był naprawdę wielki, ponieważ jesteś dla mnie pierwszą autorką opowiadań, której opowiadania już na takie miano nie zasługują. Mam raczej wrażenie, że czytam naprawdę dobrą książkę. Potwierdziłaś moje przypuszczenia kiedy przeczytałam zaledwie siedem rozdziałów "Chaosu". Świetnie przedstawiłaś historię świata, w którym żyją bohaterzy, ich światopogląd i argumenty, którymi nieustannie się wymieniają. Pokazujesz dwa światy, ludzi i potomków wilków, z kompletnie innych perspektyw, dodajesz różne wątki i osoby, łączysz je ze sobą i tworzysz coś, od czego tak ciężko się oderwać, że kiedy już jestem do tego zmuszona, aż boli mnie serce.
    Miałam skomentować całe opowiadanie dopiero w czasie, kiedy je skończę i będę mogła ocenić je w całości. Z czystym sercem robię to teraz, kiedy przeczytałam zaledwie niewielką cząstkę tego, co naskrobałaś. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Być może pod wpływem uwielbienia do Twojej osoby i tego, jak historia "Chaosu" mnie zafascynowała. Jeśli teraz nie napisałabym tego komentarza, miałabym wyrzuty sumienia i czytała "Chaos" do tej pory, aż bym zmiękła i ostatecznie napisała komentarz.
    Na koniec chciałabym przeprosić, bo jestem nieco późno z komentarzem (trochę bardzo), nie śledziłam Twojej twórczości regularnie, ale jak mówiłam, jest w niej coś, co każe ci wracać i właśnie dzięki temu zabrałam się za "Chaos". Nie napisałam wszystkiego, czego chciałam, ale co by się tu rozpisywać, to zapewne zajęłoby masę czasu i miejsca. Do następnego komentarza :)

    OdpowiedzUsuń