Strony

sobota, 17 grudnia 2011

Rozdział 8 [Chaos]

 Amir by: Cannum

Kolejne dni mijały im na wędrówce, przerywanej od czasu do czasu wizytami w pobliskich osadach i wsiach, ale te w końcu zaczęli omijać. Amir zdawał sobie sprawę z tego, że wzbudzają duże sensacje wśród okolicznej ludności, a właściwie wzbudza je jego towarzysz, trudno było więc powiedzieć, z jakimi zachowaniami mogliby się zetknąć. Paradoksalnie, rzeczywiście zdecydowanie bezpieczniejszym okazało się poruszanie po lasach, szczególnie, że w tych, Nadim dawał sobie radę doskonale i trzeba było przyznać, że ani razu nie zgubili się z jego winy. Nie mieli zbyt wiele do roboty, poza codziennym zdobywaniem pożywienia i szukaniem sobie miejsca na nocleg. Kryształ milczał. Amira znowu zaczynało dopadać uczucie zniechęcenia. Czasami, nocą, gdy nie mógł zasnąć, ściskał pojemniczek w dłoni i z irytacją zadawał sobie w myślach pytanie, po co właściwie to wszystko i czy rzeczywiście ma to jakikolwiek sens. Skąd mogli wiedzieć, jaką drogą podążać? Skąd mogli wiedzieć, gdzie powinni iść, w jakim miejscu się zatrzymać, a jakie omijać z daleka? I znowu to samo, i znowu zupełny brak odpowiedzi, zupełny brak pomysłów, i znowu trzeba było zdać się na ślepy przypadek i zabobonne opowieści tego starego psa... Czy naprawdę jego towarzysz nie miał żadnych wątpliwości co do celowości ich wyprawy...? Zresztą nastawienie Amira do potomka wilków również zmieniało się powoli, co wyczuwał całkiem świadomie, ale o czym nigdy nie odważyłby się powiedzieć głośno. Chociaż jeszcze niedawno, zastanawiał się, po co w ogóle ma się z nim męczyć i najchętniej pozbyłby się go najszybciej jak tylko mógł ruszając w podróż samotnie, teraz zaczynał przynajmniej połowicznie rozumieć decyzję Ludwika i być za nią niemalże wdzięczny. I nie chodziło wcale o te wszystkie momenty, gdy wywiązywała się pomiędzy nimi nić współpracy, kiedy pomagali sobie wzajemnie i kiedy działali razem o wiele skuteczniej niż mogliby zrobić to w pojedynkę. Chodziło o samą obecność Nadima, której Amir potrzebował nagle bardziej niż czegokolwiek innego. Zdawało mu się czasem, że gdyby wyruszył sam, oszalałby pewnie z braku towarzystwa i zaczął gadać do samego siebie. Tyle myśli kłębiło mu się niekiedy w głowie, tyle wątpliwości, pytań, emocji, że bez możliwości wyładowania tego, postradałby rozum. Potrafili nie odzywać się wzajemnie do siebie niemalże przez cały dzień wędrówki, ale wymienienie choćby kilku zdań wieczorem, przed snem, stało się czymś na kształt ich rytuału, bez którego nie można było się obyć. Czasami zdarzało się, że rzucali sobie ledwie krótkie „dobranoc”, które i tak znaczyło nagle znacznie więcej, niż pierwotnie i było czymś na kształt potwierdzenia, przypieczętowania całego dnia ich wspólnej wędrówki. Innym razem znowu, zaczynali się kłócić i robili to tak długo, aż któryś z nich w końcu zamilkł obrażony. To znowu prowadzili ze sobą długie dysputy, na różne, najbardziej wymyślne tematy, to o polityce, to o światopoglądzie, o prawie... I zdarzało się, że te ich dyskusje przeciągały się i trwały do samego świtu, gdy trzeba było już zrywać się i iść w dalszą drogę. Czasem też mówili zupełnie bez sensu o tym, co będą robić jutro i co może ich spotkać, jakby opowiadali sobie jakąś bajkę, bo przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, ale mówili mimo to, jakby dla samej radości mówienia. Amir przywykł do widoku swojego towarzysza. Ba. Kiedy wchodził do niewielkiego namiotu i widział go w środku, doznawał nagle jakiegoś uczucia ulgi, uczucia, jakby wszystko było zupełnie w porządku i na swoim miejscu. Podobnego czuł się, gdy wracał do zamku i widział swojego wuja i brata. Spływał na niego ten specyficzny błogi spokój, jakby ten namiot stał się jego zastępczym domem, a potomek wilków... rodziną? Śmiał się czasem w myślach na to określenie, ale brzmiało znacznie lepiej niż nazywanie go przyjacielem. Rodziny w końcu lubić nie trzeba, a on przecież nigdy by się nie przyznał do darzenia sympatią jakiegoś tam psa. Nie mógł nawet zasnąć bez niego obok siebie, co czasem doprowadzało go do istnej furii, szczególnie, że jego towarzysz miał tendencję do wymykania się wieczorami i znikania w okolicy nawet na kilka godzin. Czasem mówił, że idzie nazbierać drewna, czasem, że tylko rozejrzeć się dookoła, ale zdawało się, że obchodzi całkiem sporą część lasu, trudno powiedzieć z jakiej przyczyny, czy żeby się upewnić, że nie dzieje się nic złego, czy zobaczyć, co jest w pobliżu. Doprowadzał Amira do białej gorączki, gdy przed wyjściem rzucał do niego: „Możesz iść spać”, chociaż dokładnie wiedział, że nie mógł. Po tych słowach, mężczyzna kładł się na posłaniu, zaciskał powieki i przez długi czas wiercił się i kręcił, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, a w jego umyśle, w miarę upływającego czasu, pojawiały się coraz bardziej drastyczne sceny, przedstawiające los biednego potomka wilków, który zapuścił się zbyt daleko, zgubił albo natrafił na jakiegoś człowieka czy zwierzę i... I w takich chwilach Amir zrywał się już z posłania, już chwytał za miecz, już gotów był wychodzić i szukać swego towarzysza, a ten, jak na złość, najczęściej w tym właśnie momencie wracał, zastając mężczyznę w stanie trudnym do wyjaśnienia. Rzucał wtedy jakąś wesołą uwagę, a Amir pytał kąśliwie, czy ten musi obsikać wszystkie okoliczne drzewa, żeby naznaczyć teren, czy napotkał przypadkiem jakąś bogom ducha winną młódkę. To zazwyczaj zaczynało kłótnię, która przeradzała się najczęściej w zupełnie idiotyczną paplaninę, przeplataną inwektywami i niewybrednymi epitetami, którymi raczyli się wzajemnie, aż w końcu padali obaj, znużeni bezsensownym sporem.
Tego wieczora sytuacja zdawała się być podobna. Nadim wyszedł gdzieś jakąś godzinę temu, może trochę więcej albo trochę mniej, pod pretekstem krótkiego spaceru. Amir leżał nieruchomo pod ciepłym kocem, czekając na jego przybycie i z chwili na chwilę denerwując się coraz bardziej. W jego głowie jak zwykle przeplatały się ze sobą dwa główne wyobrażenia, jedno dotyczące tego, w jaki okrutny i mściwy sposób uśmierci psa, gdy wreszcie się tu pojawi, a drugie tego, że pies już może nie żyć, co doprowadzało go do szału. Drgnął lekko, gdy usłyszał dźwięk, przypominający grom. W pierwszej chwili sądził, że coś mu się przesłyszało, ale ledwie te uspokajające słowa przeszły mu przez myśl, a nagle z nieba runął rzęsisty deszcz. Mężczyzna z niepokojem wsłuchiwał się w dudniące w namiot i okoliczne drzewa pokaźne krople i wreszcie usłyszał to, co przekreśliło jego naiwne nadzieje – głośniejszy już tym razem grzmot upewnił go w przekonaniu, że nadchodzi burza. Zacisnął mocniej dłonie na kocu, jeszcze bardziej zdenerwowany losem swojego towarzysza, a teraz nawet swoim własnym. Było bezpiecznie...? W lesie, podczas burzy...? Sam już nie wiedział. Co też mu wuj powtarzał o burzach...? Stać pod drzewem? Nie stać pod drzewem...? Bogowie, jak strasznie nienawidził burzy! Już od wczesnego dzieciństwa wywoływała w nim lęk, którego wśród towarzystwa nigdy nie pokazał, ale w samotności nie raz wolał schować się pod kołdrę, zakryć szczelnie uszy i czekać na jej koniec. A teraz jeszcze cholerny Nadim włóczy się gdzieś na zewnątrz!
Kilka minut później, potomek wilków wczołgał się do namiotu, zadowolony z życia, a przy tym kompletnie przemoczony i drżący z zimna.
-Wiesz, co znalazłem?- zapytał pogodnie swojego towarzysza, który od momentu dostrzeżenia pierwszej błyskawicy, prawie umierał ze strachu.
-Jest burza...- poinformował Nadima nieco słabym głosem, tak, jakby ten rzeczywiście nie zdążył zauważyć.
-Znalazłem osadę.
-Jest burza...- powtórzył raz jeszcze Amir, rozglądając się z niepokojem.
-Wiem- parsknął z rozbawieniem potomek wilków- A tam jest osada. Niezbyt duża. Będziemy mogli wejść tam jutro na chwilę, rozejrzeć się, uzupełnić zapasy wody...
-Psie!- warknął z irytacją Amir. Wokoło mogłoby być nawet dziesięć osad, a każda z nich zbudowana ze złota, mało go to w tym momencie obchodziło- Nie słyszysz, co do ciebie mówię?! Jest burza!
-No to co?- nie rozumiał Nadim.
-A my jesteśmy w lesie!- odparł surowo mężczyzna i zaraz zaczął zastanawiać się znowu, czy to dobrze, że tu są, czy jednak nie- Jesteśmy bezpieczni w lesie...?- dopytał niepewnie.
Potomek wilków zaśmiał się głośno.
-Przecież ja cały czas mieszkam w lesie- odpowiedział.
-Tak, to wszystko wyjaśnia...- odparł kąśliwie Amir.
-Nasz bóg nie pozwoli zrobić nam krzywdy- wyjaśnił jeszcze.
-Och, tak!- zironizował Amir- Jak się ma boga, który jest wszystkim, nie ma się co dziwić...
-A wy nie macie jakiegoś boga... od burzy? … albo piorunów...?- zapytał potomek wilków.
-Mamy.
-Więc pomódl się do niego. Jeden z nas na pewno ma rację.
-Jasne...- skwitował to tylko mężczyzna, wyraźnie niezadowolony, ale na wszelki wypadek, zwrócił się z uprzejmą prośbą do wyżej wymienionego boga o to, by łaskawie pozwolił im przeżyć przynajmniej tę noc.
Kolejny grzmot był jeszcze głośniejszy niż wszystkie poprzednie. Amir znowu odruchowo zacisnął mocno palce na kocu, co nie umknęło uwadze jego towarzysza, który wpatrywał się w niego z lekkim rozbawieniem. Widząc to, mężczyzna, uspokoił się pozornie, ułożył z powrotem i udawał, że niczym się nie przejmuje, chociaż jego serce biło jak oszalałe ze strachu.
Potomek wilków ułożył się obok.
-Co ty wyrabiasz...?- Amir spojrzał na niego surowo- Rozbieraj się.
-Czemu?
-Głupie pytanie, psie! Jesteś cały przemoknięty, zachorujesz, a ja nie zamierzam bawić się w medyka!
-Nie zachoruję- odparł lekko Nadim, wzruszając ramionami- Jestem przyzwyczajony do takich warunków.
Amir zgrzytnął zębami ze złości.
-Ale ja nie jestem przyzwyczajony, a jeśli zachorujesz ty, zachoruję też ja! A chyba zgodzisz się ze mną, że w obliczu, o bogowie, wszechogarniającej katastrofy i zbliżającego się wielkimi krokami, acz wciąż niewidzialnego wroga, nie możemy sobie pozwolić na dłuższe postoje, prawda?!
Wobec takich argumentów, potomek wilków nie oponował już więcej. Zdjął z siebie przemoczone rzeczy, odkładając je na bok, nie bardzo jednak miał się czym otrzeć. Amir rozejrzał się dookoła, szukając jakiegoś materiału, ale nic nie znalazł, więc zdjął z siebie koszulę i podał ją swojemu towarzyszowi. Ten wytarł się i położył z powrotem. Amir zerknął ukradkiem na jego drżące jeszcze od zimna ciało i z głębokim westchnieniem, okrył go swoim kocem, samemu odsuwając się nieco. Już po chwili poczuł jednak, jak Nadim przysuwa się do niego bliżej, również nakrywa go materiałem, klepiąc lekko po biodrze.
-Co ty wyrabiasz...?- mruknął do niego Amir.
-Będzie ci cieplej...- wyjaśnił Nadim, po czym już w formie okrutnej wprost złośliwości dodał niewinnie- I nie będziesz się tak bał...
-Wcale się nie boję, psie!- odwarknął wściekle mężczyzna.
-Jasne, że się nie boisz...
Przylegające do niego, wciąż lekko wilgotne ciało potomka wilków, chociaż na początku wywołało w nim uczucie zimna, teraz zaczynało go powoli rozgrzewać. I rzeczywiście, zrobiło się jakoś cieplej i przyjemniej. I nawet burza wydawała się być nieco mniej straszna niż wcześniej... Co by nie mówić, jako wybrańcy mający ocalić swoje narody, powinni mieć jakieś wsparcie swoich bogów... boga... bogów... nieważne! W każdym razie, powinien ich ktoś wspierać, a przynajmniej tak to zawsze wyglądało we wszystkich legendach i baśniach.
-Dobranoc, Amir- szepnął mrukliwie potomek wilków.
-Dobranoc, psie...- odparł sennie mężczyzna, co wcale nie brzmiało już pogardliwie, tak, jak na samym początku.
Wszystko się zmieniało.
Amir drgnął lekko, gdy kropla deszczu skapnęła wprost na jego twarz. Nie otworzył jednak oczu, a jedynie odwrócił się na drugi bok, nie zamierzając wcale wstawać. Wystarczyło, że jego towarzysz zerwał się rano i pobiegł gdzieś, zapewne na poszukiwanie śniadania. Amir jakoś nie czuł wyrzutów sumienia, że mu w tym nie pomagał. Najchętniej spałby o wiele dłużej, ale już wiedział, że zaraz będzie trzeba wstać i ruszać dalej.
Nadim jak na złość akurat zajrzał do namiotu.
-Jak widzisz, nie myliłem się... Przynajmniej jeden z nas naprawdę miał rację...- zaśmiał się lekko. Amir spojrzał na niego niezbyt przytomnym wzrokiem, nie wiedząc, o czym ten mówi- Ciągle żyjemy- wyjaśnił pogodnie potomek wilków, a mężczyzna tylko parsknął i machnął obojętnie dłonią, przymykając powieki.
Jego towarzysz zostawił go znowu, ale ledwie wyczołgał się z namiotu, a Amir usłyszał jego słowa:
-Ekhem... Amir... Chodź tutaj... Na chwilę...
-Zaraz...- mruknął sennie mężczyzna.
-To chyba nie może czekać...
-Na litość bogów, psie!- zirytował się, zrzucając z siebie koc i wychodząc z niemałym trudem- Co znowu narobiłeś...?- rzucił ledwie przytomnie, stając tuż obok swojego towarzysza, ale gdy zorientował się na co ten spogląda...
Jakieś kilkanaście metrów od nich stała grupa ludzi, ustawionych obok siebie niemalże w idealnym rzędzie. I ta grupa ludzi spoglądała na nich ciekawie albo z niepokojem, nie podchodząc ani o krok bliżej i nie odzywając się wcale. Nie wyglądali oni bynajmniej na żadnych wojowników. Zwykli chłopi, ot co, z kobietami i dziećmi. Mężczyzna odkaszlnął cicho, sięgając do namiotu po swoją koszulę i nakładając ją prędko. Nie miał pojęcia, o co chodzi, ale już sam wstęp niezbyt mu się podobał.
Z grupy wyszła jedna młoda wieśniaczka. Podeszła do nich powoli, jakby niepewnie i wstydliwie, aż w końcu zatrzymała się przed nimi i zapytała niezbyt wyraźnie:
-Wy mówicie... jak my...?
-Na to wygląda...- odparł Nadim, uśmiechając się do niej łagodnie.
-Więc musicie iść z nami. Za nami- sprostowała po chwili, spoglądając na nich z wyczekiwaniem.
Amir cofnął się odrobinę. Dostrzegł pytające spojrzenie towarzysza i wskazał jedynie głową na namiot, nie chcąc nic mówić. Niedobrze byłoby zostawić tutaj wszystkie rzeczy, szczególnie, że jeszcze nie do końca wiedział, czy mieszkańcy wioski zamierzają ich zaprosić na miłą pogawędkę czy spalić na stosie. Zabrali szybko to, co mieli i nie protestując, ruszyli za młodą dziewczyną, już w gotowości, by wyjąć szybko broń i uciekać w razie czego. Reszta ludzi szła za nimi albo obok nich, jakby chcieli zapobiec ich ucieczce, ale w rzeczywistości wydawało się raczej, że każdy z nich chce bliżej przypatrzeć się Nadimowi. Już nie tyle dzieci, co nawet dorośli, wyciągali czasem dłonie, pokazując jego uszy i śmiejąc się głośno na widok poruszającego się nieco nerwowo ogona. Amira chyba szlag by trafił, gdyby ktoś skupiał na nim równie wielką uwagę, ale jego towarzyszowi zdawało się to nie przeszkadzać. Uśmiechał się co jakiś czas do bardziej wstydliwych dzieci, kłaniał się wieśniaczkom, mężczyzn traktował zresztą z nie mniejszą uprzejmością. Dziewczyna zaprowadziła ich do wioski, o której wczoraj zapewne mówił Nadim. Widzieli już bardzo małe  i słabo rozwinięte miejscowości, ale ta zdawała się być spośród nich najmniejsza. Amir dostrzegł kilkanaście, może kilkadziesiąt budynków, spośród których żaden nie wyróżniał się pod względem budowy. Drewniane, bardzo liche domy, pokryte strzechą. Trudno było się więc dziwić zainteresowaniu jakie wywoływał potomek wilków. Pewnie ci ludzie nigdy wcześniej nie widzieli kogoś podobnego. Amir wątpił nawet, by utrzymywali jakiekolwiek kontakty, chociażby handlowe, z innymi miejscowościami, bo tych chyba w pobliżu w ogóle nie było. Ci osadnicy żyli więc w kompletnej izolacji od świata zewnętrznego i goście musieli wzbudzać wśród nich istną sensację. W ten sposób doprowadzeni zostali tuż do jakiegoś mężczyzny, zdecydowanie wyróżniającego się na tle rolników. Ubrany był w długą szatę, twarz przyozdobioną miał jakimiś malunkami, zapewne o charakterze rytualnym. Wyglądał na kapłana. Najwyraźniej na nich oczekiwał, mierzył ich spojrzeniem surowym, może nawet groźnym, ale w zestawieniu z jego drobną posturą i wzrostem, nie robiło to wrażenia.
-Witajcie... przybysze...- rzucił w ich kierunku, a określenie, jakim ich obdarzył, zabrzmiało wyjątkowo pogardliwie i niechętnie- Kim jesteście?
Nadim spojrzał na swojego towarzysza. Już wcześniej doszli do wniosku, że wszelkiego rodzaju wymówkami i sprawkami międzyludzkimi zajmować się będzie Amir, bo potomek wilków miał zaskakującą wprost skłonność do nadmiernej szczerości, co nie zawsze wychodziło im na dobre.
-Jesteśmy podróżnikami, panie- odparł Amir.
-Podróżnikami...- powtórzył tamten, mierząc ich raz jeszcze uważnym spojrzeniem. Zatrzymał na chwilę wzrok na wystającej rękojeści miecza mężczyzny i łuku zawieszonym na plecach potomka wilków. Chyba mu się to nie podobało- A jaki jest cel waszej podróży, przybysze?
-Cel już zrealizowaliśmy- odpowiedział Amir, siląc się na uprzejmy uśmiech- Mieliśmy do wykonania pewne zadanie, zlecone nam przez nasze królestwo, a że już je wypełniliśmy, wracamy.
-Więc jesteście najemnikami?- głos kapłana zabrzmiał jeszcze ostrzej.
-Skąd, panie- odparł spokojnie- Gońcami.
-Gońcami...?- człowiek zmarszczył brwi, nie odrywając od nich wzroku, który zdawał się ich prześwietlać na wylot. Chyba wszyscy kapłani uczyli się za młodu takiego właśnie spojrzenia, bo ilekroć Amir któregoś widział, aż zaczynał żałować tych wszystkich określeń, jakimi niekiedy darzył ich w myślach. Na szczęście nie na długo- Dwaj gońce posłani gdzieś daleko, bez żadnej obstawy, bez żadnego wsparcia?
-Nie zostaliśmy posłani daleko, panie- wtrącił Nadim, a jego towarzysz posłał mu nieco zirytowane spojrzenie. Umawiać się na coś z psem. Niedorzeczne- Sęk w tym, że później napotkaliśmy na pewne trudności i zgubiliśmy się. No i zawędrowaliśmy aż tutaj.
-Ach, tak... Zagubieni przybysze...- rzucił chłodno tamten.
Amir dostrzegł, że pozostała ludność, która wciąż gromadziła się wokół nich tłumnie, teraz jednak zachowując pewien dystans, niespecjalnie zwraca uwagę ani nie przysłuchuje się nawet słowom kapłana, a wciąż z uśmiechem na ustach spogląda na Nadima. A gdy ten przemówił... O, bogowie, to dopiero zapanowała wśród nich radość. Cóż, Amir domyślał się, że w ich oczach, jego towarzysz musi wyglądać jak gadające, człekokształtne zwierzę. Po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że w jego oczach też tak mniej więcej wygląda.
-Jesteś władcą tej wioski, panie?- zapytał Amir.
-Nie. Jestem szamanem.
-Rozumiem. A możemy zobaczyć się z władcą?
-Nie mamy władcy, mamy władczynię- odparł tamten, a dwaj towarzysze spojrzeli na siebie znacząco i zrozumieli się bez słów, co ostatnio zdarzało im się nadzwyczaj często. Kobiety sprawujące władzę nie kojarzyły im się najlepiej- Pójdźcie za mną... przybysze...- to słowo znowu nacechowane było jakąś nieufnością i pogardą. Szaman ruszył do przodu, a oni szli w ślad za nim, pozostawiając ciekawą gawiedź, która nie towarzyszyła im więcej, chociaż nikt nie kazał jej zostać na miejscu.
Szaman poprowadził ich na sam skraj wioski. Minęli wyrytą w górze jaskinię i szli dalej, co zaczęło Amira niepokoić i wzbudzać wątpliwości co do rzeczywistych intencji tego człowieka. W końcu jednak doszli do, zdawać by się mogło, niewielkiego, kamiennego budynku. Szaman wprowadził ich do środka, a następnie zszedł długimi schodami w dół. Znaleźli się w jakiejś sali, pod ziemią. Wewnątrz było chłodno i raczej nieprzyjemnie, szczególnie, że jedynym źródłem światła były pozawieszane na ścianach świece, z których połowa zdążyła się już wypalić. Pomieszczenie było duże, ale przy tym jakby zupełnie puste. Jedynie na środku stało coś dużego, stanowiącego jakby centrum tego miejsca. Zbliżyli się tam w ślad za kapłanem i ich oczom ukazał się widok zdumiewający. W szklanej trumnie, ustawionej na podwyższeniu, nakrytym jakimś purpurowym płótnem, znajdowało się ciało młodej kobiety. Blada, szczupła, jasnowłosa, leżała nieruchomo na plecach, z zamkniętymi oczyma i złożonymi dłońmi. Amir potrzebował jednak dobrej chwili, by zorientować się w sytuacji.
-Ona nie żyje- stwierdził, i nawet w nim wywołało to niemałe zdumienie, szczególnie, że denatka wyglądała raczej tak, jakby spokojnie spała. Na jej ciele, ubranym w długą, szytą starannie, bladoniebieską suknię, nie widać było żadnej oznaki rozkładu.
-Ona śpi- pouczył go surowo szaman. Amir spojrzał na niego bez zrozumienia- Zasnęła snem podobnym zmarłym, ale wkrótce powróci.
-Co masz na myśli, panie?- zainteresował się Nadim.
-Nasza władczyni została nam zesłana przez bogów, żeby nami rządzić i zapewniać nam dobrobyt. Ale nastały ciężkie czasy i bogowie odwrócili się od nas. Wtedy ona postanowiła odebrać to, co należało jej się od samego początku...- mówił spokojnie i cicho, ale z jakąś dumą i pewnością, jakby przyprowadził ich tutaj tylko po to, by opowiedzieć im tę historię. Amir westchnął w duchu ze zniecierpliwieniem. Nie mógł znieść takich bajek- Aby to zrobić, musiała jednak przekroczyć granicę śmierci i uczyniła to. Dostała się do świata duchów, demonów i bogów. Bogowie są bardzo zazdrośni o nieśmiertelność. Strzegą jej. Tylko ona odróżnia ich od ludzi i dlatego każą ludziom cierpieć i umierać... Ale ona zdobędzie nieśmiertelność i powróci, jako ta jedyna i wybrana.
-A jak dawno temu ona...?- Nadim zawahał się, najwyraźniej nie wiedząc, jak zakończyć to pytanie.
-Trzy lata temu temu- pospieszył z odpowiedzią szaman- Trudno jednak przewidzieć dokładnie jej powrót. Świat duchów jest światem strasznym i podstępnym. Czas płynie w nim zupełnie inaczej niż tutaj.
-Jest piękna...- szepnął potomek wilków, zdumiony, przyglądając się jej z uwagą. Amir skrzywił się mimowolnie, ale nie sposób było nie przyznać towarzyszowi racji. Kobieta wyglądała tak, jakby zmarła dzień, może dwa temu, ale trzy lata? Zastanawiał się, co z nią właściwie zrobiono i jak dokładnie zginęła. Nie dziwił się wcale prostym wieśniakom, że wierzą w te dziwaczne opowieści, skoro widzieli ciało swojej władczyni w niemalże nienaruszonym, idealnym stanie.
Nadim zmarszczył brwi i nachylił się bardziej nad szklaną trumną, przyglądając się z uwagą i niedowierzaniem ciału denatki. Szaman spoglądał na niego ostro, czemu Amir wcale się nie dziwił, szczególnie, że jego towarzysz wpatrywał się prosto w dekolt nieszczęśnicy, co nawet przy nadmiernym zainteresowaniu potomka wilków kobietami, budziło już niepokój.
-Co ty wyrabiasz...?- warknął półgębkiem mężczyzna, uśmiechając się wciąż do kapłana.
Nadim wyprostował się wreszcie.
-Zobacz...- szepnął mu do ucha.
-Ani myślę...
-Zobacz...
I rzeczywiście, Amir przyjrzał się kobiecie nieco uważniej i wtedy dostrzegł to, co tak bardzo zaintrygowało potomka wilków. Na długim sznurku, na jej szyi, zawieszony był fragment kryształu. Mężczyzna aż odruchowo chwycił za pojemniczek zawieszony na jego szyi, by upewnić się, że w ogóle go przy sobie ma. Miał. Kryształy jednak wciąż pozostawiały uśpione. Amir nie był pewien, co to oznacza. Od ostatniego razu nie uaktywniły się wcale. Być może dwa fragmenty będące blisko siebie, nie reagowały już na obecność pozostałych...?
Spojrzał na Nadima, a Nadim spojrzał na niego. I znowu zgodzili się ze sobą w milczeniu.
-Czy będziesz miał coś przeciwko, panie, jeżeli zatrzymamy się w pobliżu...?- rzucił Nadim z uroczym uśmiechem.
Szaman najwyraźniej miał coś przeciwko, jednak chyba nie wypadało mu protestować specjalnie i na prośbę potomka wilków zareagował pełnym niechęci przyzwoleniem, chociaż nie przeszkadzało mu to wcale wypytywać ich długo o cel ich pozostania. Przy tym cały czas nazywał ich „przybyszami”, co było określeniem jak najbardziej trafnym i pasującym do nich idealnie, ale w jego ustach brzmiało jak najgorsza obelga. W końcu jednak nawet sam zaproponował im miejsce do spania, najwyraźniej uznając, że woli ich mieć gdzieś blisko. Co prawda wylądowali w jakimś zrujnowanym domu, uprzedzeni wcześniej, żeby nie przejmowali się stukotami i hałasami, bo budynek palił się jakiś czas temu i pewnie niedługo się zawali. Do użytku mieli właściwie tylko jedno pomieszczenie, urządzone bardzo skromnie, w którym ustawiono jedno łóżko i małą, zniszczoną szafę. Szybko jednak szaman zreflektował się i postanowił nie darzyć swoich gości tak otwartą niechęcią. Najpierw jeden z chłopów przyniósł im dodatkowe łóżko, a później nawet doniesiono im pożywienie i innego rodzaju drobne dary, za co podziękowali uprzejmie. Wokół miejsca ich pobytu wciąż kręciło się dużo ludzi, którzy zaglądali co jakiś czas przez niewielkie okienka i z radością reagowali, gdy Nadim wychodził na zewnątrz. Trudno było powiedzieć, czy to szaman kazał im mieć „przybyszy” na oku, czy raczej przychodzili z własnej ciekawości, ale wiele wskazywało na to, że druga opcja była bardziej realna, szczególnie, że tłumek malał z każdą chwilą, a pod wieczór każdy powrócił do swoich spraw. Dopiero wtedy mieli szansę porozmawiać ze sobą i ustalić jakiś plan.
Plan ustalili jednak bez większych trudności, bo i niewiele mieli opcji do wyboru. Należało złożyć martwo-żywej władczyni nocną wizytę, zabrać klejnot i odejść po prostu, bez wzbudzania szczególnych sensacji.
-Jestem ciekaw, czemu nie zadziałał...- mruknął Amir, bardziej do siebie, niż do swojego towarzysza, obracając w dłoniach szklany pojemnik z fragmentami kryształu.
-A nie zadziałał...?- Nadim zerknął na niego ukradkiem, stojąc tuż przy oknie.
-Nie...- odparł mężczyzna w zamyśleniu.
-Może nie reagują, gdy są obok siebie- potomek wilków powiedział to, co Amir przeczuwał już od pewnego czasu.
-Może...- i chcąc to sprawdzić, otworzył pojemnik z wydobył z jego wnętrza jeden z fragmentów kryształu. Ten pozostał nieruchomy. Natomiast drugi, znajdujący się w pojemniku, rozbłysł i uniósł się zupełnie tak jak zwykle. Amir westchnął głęboko, chowając kamień z powrotem.
-Trzeba będzie trzymać je oddzielnie- stwierdził Nadim.
-Mhm...
Nadim zgasił jedyną świeczkę i w pomieszczeniu zapadła ciemność. Potomek wilków wyglądał jeszcze przez chwilę przez niewielkie okienko, wyczekując, aż w końcu rzucił szeptem:
-Już czas.
Amir skinął głową.
Jego towarzysz wyszedł jako pierwszy i rozejrzał się dookoła ostrożnie, po czym spokojnym krokiem ruszył dalej. Amir poszedł w ślad za nim, nasłuchując. Nigdzie nie było ani śladu człowieka, nie widać było nawet światła zapalonych świec. Cała wioska już spała albo szykowała się do snu. Noc była wyjątkowo cicha i przyjemna. Nie słychać było nawet delikatnego szmeru wiatru. Zupełnie nic. Spojrzeli na siebie obaj i zaraz, jakby dali sobie wzajemnie sygnał, ruszyli biegiem przed siebie. Wydawało się, że zaraz ktoś ich zatrzyma, na kogoś wpadną, ktoś wyjrzy przez okno i gdzieś ich dostrzeże... Nic takiego nie nastąpiło. Udało im się dotrzeć do kamiennego budynku, oddalonego od wioski, nie będąc przez nikogo śledzonym ani choćby dostrzeżonym. Nadim otworzył pokaźne drzwi i weszli obaj do środka. Te zatrzasnęły się za nimi z głośnym hukiem.
Amir zaklął cicho, posyłając swojemu towarzyszowi karcące spojrzenie. Stali przez chwilę nieruchomo w miejscu, z głośno bijącym sercem nasłuchując czyichś głosów czy kroków, nic takiego jednak do nich nie dotarło. Zeszli na dół. Teraz, nocą, w krypcie było wręcz lodowato. Panujący wokół mrok wywołał w Amirze poczucie grozy całej tej sytuacji. W tej atmosferze, rzeczywistym nawet zdawać się mogło, że nieszczęsna denatka rzeczywiście zaraz powstanie. Podeszli jednak do ustawionej na katafalku trumny i co Amir odnotował z niezwykłą wprost ulgą – władczyni wciąż znajdowała się wewnątrz, równie nieruchoma i równie nieżywa, co jeszcze kilka godzin temu.
-Trzeba to otworzyć...- mruknął odkrywczo Nadim, usiłując unieść wieko trumny.
Amir przechylił głowę, dostrzegając jakieś zamknięcie. Chwycił za nie i szarpnął mocno, ale nawet nie drgnęło. Wyczuł opuszkami palców miejsce na klucz. Zaklął cicho.
-Świetnie!- syknął gniewnie- Trzeba było wpaść na to, że raczej nie wystawili jej tu jako łatwy cel rabunku!
-Więc trzeba to będzie czymś rozbić...- potomek wilków zaczął rozglądać się dookoła.
-Oszalałeś, psie?!- skarcił go mężczyzna.
Huk frontowych drzwi nie pozwolił im jednak na dokończenie sporu. Spojrzeli po sobie płochliwie, po czym zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Gdy usłyszeli kroki na schodach, nie mieli już wielu możliwości. Amir uniósł szybko płótno osłaniające podwyższenie trumny i wszedł pod nie prędko razem ze swoim towarzyszem. Skulili się mocno, przylegając do siebie kurczowo i z głośno bijącymi sercami, oczekując. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Przez niewielkie wolne miejsce, tuż nad posadzką, mężczyzna dostrzegł buty i skrawek szaty szamana. Potomek wilków zakrył usta dłonią. Amir poruszył się nieznacznie. Wszystko wskazywało na to, że pozostali niezauważeni.
Usłyszał, jak szaman przesuwa coś w stronę trumny. Amir starał się oddychać najciszej jak mógł, zastanawiając się co za dziwne rytuały można odprawiać nad czyimiś zwłokami. Odpowiedź uzyskał szybciej niż by chciał. Najpierw usłyszał kilka głębszych, chrapliwych oddechów człowieka, a zaraz później serię pojękiwań i gardłowych westchnień. Aż rozdziawił usta ze zdziwienia, w pierwszej chwili aż nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Dłoń jego towarzysza opadła na bok, odsłaniając wargi, które rozchyliły się ze zdumienia.
-O bogowie...- szepnął Amir, sparaliżowany.
Potomek wilków zdzielił go w kolano, nie mając możliwości innego ruchu.
Trumna nad nimi zaczęła przesuwać się ze stukotem.
-O bogowie...- rzucił znowu mężczyzna, tym razem już głośniej i z jawnym obrzydzeniem.
Wargi Nadima ułożyły się w bezgłośne: „Milcz”, ale Amir to zignorował.
-O bogowie...- zawtórował mu tym razem szaman. Trumna przestała się w końcu poruszać. Człowiek stanął z powrotem na posadzce, sapiąc głośno i starając się opanować. Chwilę jeszcze pokręcił się po pomieszczeniu i w końcu wyszedł. Gdy kolejny huk drzwi zasygnalizował jego wyjście, Amir natychmiast wyczołgał się spod trumny, blady i oburzony.
-To było nieco... zaskakujące...- stwierdził Nadim, bardziej rozbawiony niż wzburzony.
-Obrzydliwe!- warknął tylko mężczyzna, nie będąc w stanie wydobyć z siebie nic więcej. Odszedł nieco i oparł się o jeden z filarów, nachylając do przodu. Zrobiło mu się niedobrze.
-Zostawił stołek, widziałeś?- zachichotał potomek wilków- I... Amir! Zostawił ją otwartą!
Mężczyzna spojrzał na niego przez ramię bez zrozumienia.
-Chodzi mi o trumnę- wyjaśnił pospiesznie Nadim- Może zamierza wrócić! Chodź tu, pomóż mi!- dodał, otwierając wieko trumny, ale jego towarzysz tylko pokręcił słabo głową, odwracając się z powrotem- Amir!
Mężczyzna odetchnął płytko. O bogowie, o bogowie, niechże będą trupy, nawet wędrujące po zaświatach trupy, nawet powstające z zmarłych trupy, ale bez przesady! O bogowie, o bogowie, o bogowie!!!
-Amir, na litość boską!
Amir odetchnął raz jeszcze i chwiejnym nieco krokiem, podszedł do swojego towarzysza, ale ledwie spojrzał na nieszczęsną denatkę, a odwrócił wzrok z głuchym jękiem. Potomek wilków zaśmiał się lekko widząc jego reakcję, usiłując jednocześnie zerwać z szyi kobiety zamocowany na grubym sznurze kryształ, co nie wychodziło mu wcale. Zaczął przeszukiwać swoje kieszenie, chcąc zapewne znaleźć sztylet albo coś ostrego.
-Masz miecz?- zwrócił się do mężczyzny w końcu.
-Zawsze mam miecz...- odmruknął Amir, wyjątkowo nieprzytomnie i odruchowo sięgnął do pasa, ale... Miecza nie było. Zamrugał, zdumiony, usiłując sobie przypomnieć, gdzie też mógł go zostawić i doszedł do wniosku, że chyba rzeczywiście, przebierając się prędko i odkładając wszystkie rzeczy, nie wziął w końcu broni.
-Cholera, nie mogę tego rozedrzeć... Spróbuj ty- Nadim odsunął się, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Mężczyzna spojrzał na niego niemalże z oburzeniem.
-Nie zamierzam...- odwarknął tylko z niesmakiem.
-Amir! On może tu zaraz wrócić!
Ta myśl po raz wtóry wywołała u mężczyzny mdłości, ale ostatecznie nachylił się nad zmarłą i bez zbytniej subtelności, szarpnął mocno za sznurek, niemalże wyrywając kobietę z trumny. Jego towarzysz posłał mu karcące spojrzenie, ale Amir zignorował to, odsuwając nieco trumnę i sadzając bezwładne ciało na brzegu podwyższenia. Potomek wilków po raz kolejny próbował rozerwać sznurek, nawet chwycił go w końcu zębami, ale znowu przerwał im huk frontowych drzwi. Amir gotów był włożyć zmarłą z powrotem do trumny, ale jego towarzysz przerzucił ją sobie przez ramię i jak gdyby nigdy nic, ukrył się za jednym z filarów.
-Co ty wyrabiasz?!- syknął bez zrozumienia mężczyzna, stając tuż obok potomka wilków, który dał mu znak, by ten był cicho.
Znowu ktoś wkroczył do pomieszczenia, tym razem krokiem niepewnym i zlęknionym.
-Panie...?- usłyszeli głos, który z pewnością nie należał do szamana, a do jakiegoś młodego mężczyzny- Panie, jesteś tu...?
Amir przymknął powieki. Świetnie. Za chwilę zauważy brak władczyni, zrobi szum i cała wioska się tutaj zleci. Rzeczywiście, do szczęścia brakowało im już tylko linczu.
Mieszkaniec wioski zrobił jeszcze kilka kroków, aż w końcu zatrzymał się gwałtownie i rzucił zduszonym głosem:
-O bogowie... O bo... O bogowie!- i zawrócił nagle, wybiegając na zewnątrz.
-Zabieramy się stąd- zasądził Nadim, ruszając wraz z denatką w stronę schodów.
-Co ty, psie, postradałeś rozum?!- skarcił go surowo mężczyzna- Zabierz jej ten przeklęty kryształ i zostaw ją tutaj!
-Zauważą, że kryształ zniknął!
Amir aż parsknął z niedowierzaniem.
-Rzeczywiście- zironizował- Za to jej zniknięcia z pewnością nikt nie zauważy!
Potomek wilków najwyraźniej miał jednak na ten temat inne zdanie, bo już biegł po schodach, niosąc ciało denatki. Amir sapnął z irytacją, ruszając prędko w ślad za nim. Opuścili kamienny budynek i biegiem ruszyli naokoło z powrotem do swojego tymczasowego domu. Słychać już było jakieś krzyki i głosy dochodzące z wioski. Mężczyzna przeklinał się w duchu za to, że nie wziął broni. Zginą, zginą marnie i to jak najgorsi z najgorszych, bez najmniejszych nawet szans na obronę. Dotarli jednak do chatki żywi. Amir zatrzasnął za nimi drzwi, chwycił natychmiast miecz, gotów już wybiec, iść, walczyć, ale jego towarzysz, jak gdyby nic, całkiem spokojnie, wciąż trzymając nieszczęśnicę przewieszoną przez ramię, nachylił się nad ich tobołkiem i zaczął szukać noża.
-Co ty zrobiłeś, psie...?- jęknął głucho Amir, wpatrując się w niego bez zrozumienia- Nie mogłeś jej tam zostawić...? Przecież nas za to zabiją!
A przynajmniej szaman to zrobi. Bądź, co bądź, zabrali mu jego kochankę. Ta myśl znowu wywołała u mężczyzny taką reakcję, że aż musiał usiąść. Widział już wiele dziwactw na tym świecie, ale nigdy czegoś podobnego i równie obrzydliwego.
-Nie zabiją- odparł zdecydowanie Nadim, po czym widząc pytające spojrzenie swojego towarzysza, wyjaśnił- Oni wierzą w to, że ona pewnego dnia „powróci”, prawda...? Właśnie dlatego zatrzymali jej ciało. Więc dlaczego nie miałaby powrócić tej właśnie nocy...?
-Co ty bredzisz, psie...- Amir jęknął raz jeszcze, kręcąc głową- Nikt w to nie wierzy. To tylko bajuchy, zabobony, element kultury, może nawet młodej tradycji... Ludzie zachowują się dziwnie i robią jeszcze dziwniejsze rzeczy, ale to jeszcze nic nie znaczy. Tak samo jak nikt nie wierzy w to, że kilku mężczyzn w śmiesznych strojach, potrafi wybłagać cokolwiek u poszczególnych bóstw, płaszcząc się przed nimi i układając równie śmieszne formułki, ale nikomu nie przeszkadza to w składaniu im jeszcze śmieszniejszych ofiar. To kwestia... przyzwyczajenia. Ewentualnie naiwności czy głupoty, ale nie prawdziwej wiary. A już na pewno szaman nie wierzy w jej powrót...
I akurat powód zatrzymania jej ciała był w tej sytuacji aż nazbyt oczywisty.
-Skąd wiesz?- zachichotał Nadim- Może napełnia ją życiodajnymi sokami...
-Jesteś obrzydliwy, psie...- Amir skrzywił się okropnie, kręcąc głową i spoglądając na swojego towarzysza karcąco. Ten jednak, nie przejmując się niczym, rzucił ciało denatki na łóżku tuż obok szafy- Psie!- wrzasnął znowu mężczyzna, jeszcze bardziej oburzony- To moje łóżko!
-I co?- nie rozumiał potomek wilków.
-Kładziesz trupa na moim łóżku!
-Nie musisz tu spać- odparł potomek wilków, jak zawsze bezproblemowo. Amir wzniósł oczy ku sufitowi. Czuł, że to wszystko nie skończy się dobrze- Weźmiesz moje...
Nadim chwycił za sztylet i sprawnym ruchem rozciął sznur, a następnie chwycił zawieszony na nim fragment kryształu i obrócił go w dłoniach, uśmiechając się lekko. Jego pogodny nastrój doprowadzał Amira do szału, ale im więcej czasu mijało, tym bardziej przekonywał się, że potomek wilków mógł mieć rację. Do tej pory nikt jeszcze do nich nie przyszedł, nie słychać było nawet żadnych głosów czy kroków.
-Schowaj go- rzucił do mężczyzny Nadim, podając mu kryształ- Później spróbujemy je jakoś rozdzielić...
-Mhm...- mruknął w odpowiedzi Amir, biorąc od niego kamień i dochodząc do wniosku, że trzymanie tylu kryształów, zapakowanych osobno i reagujących na siebie wzajemnie będzie wyjątkowo uciążliwe. Nim jednak wsunął fragment do pojemnika, coś jakby go powstrzymało. Obejrzał go bardzo dokładnie, a później zerknął na dwa pozostałe kawałki. Nie wiedział, co wzbudziło w nim nagle taką podejrzliwość. Ten kawałek wyglądał niemalże identycznie jak tamte. Niemalże. Brakowało mu czegoś, ale jakby się dobrze przypatrzeć, nawet nie potrafił określić czego.
Nie zastanawiając się już nad tym dłużej, wrzucił fragment do szklanego słoiczka i odczekał chwilę, obserwując szczątki kryształu. I nagle stało się coś, co zupełnie go sparaliżowało. Dwa pozostałe fragmenty rozbłysły szkarłatem i pojawił się między nimi płomień. Nim jednak mężczyzna zdążył jakkolwiek zareagować, poczuł, jak pojemniczek parzy jego dłoń. Puścił go odruchowo, a ten przylgnął do jego szyi. Palący ból przeszył jego skórę. Amir wrzasnął i chaotycznym ruchem zerwał zbiornik z szyi i odrzucił go na łóżko. Potomek wilków podszedł do niego prędko, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Mężczyzna potarł poparzone, naznaczone niewielkimi bąblami miejsce i spojrzał w kierunku fragmentów, zupełnie oszołomiony. Po trzecim kawałku kryształu nie było już nawet śladu, zostały jedynie pozostałe dwa. Płomień też zniknął. Jedynym śladem na to, że w ogóle się pojawił, była widniejąca na szkle sadza.
-Co się stało...?- Nadim spojrzał na niego, wyraźnie zdezorientowany- Kryształ spłonął...?
-Nie... Nie kryształ...- odpowiedział cicho mężczyzna, kręcąc głową- To nie był prawdziwy fragment. To dlatego pozostałe nie reagowały. To nie był fragment kryształu.
-Jak to nie?
Amir poczuł gniew. Świetnie, po prostu doskonale! Potarł raz jeszcze obolałe miejsce, po czym wziął chłodny już pojemniczek i zawiesił go z powrotem na szyi, wstając. Niech to wszystko szlag trafi! Czemu nie zorientowali się od razu? Zamiast tego stracili czas, ryzykowali życiem, a w dodatku nasłuchali się tych wszystkich obrzydliwości i w końcu postanowili wykraść ukochane, w sensie niestety dosłownym, martwe ciało władczyni.
Mężczyzna wziął szybko tobołek i wszystko, co tylko mógł, gotów wychodzić.
-Dokąd idziesz?- jego towarzysz mierzył go pełnym niezrozumienia spojrzeniem, jakby rzeczywiście robił coś dziwnego.
-Zabieramy się stąd.
-Co takiego?!
-I to szybko- dodał znacząco Amir- Nim ktokolwiek zdąży się zorientować, że to nasza sprawka.
-Oszalałeś...?- rzeczywiście, potomek wilków spoglądał na niego jak na szaleńca- Znaleźliśmy fałszywy fragment kryształu, wiesz co to znaczy...?
-Tak, wiem!- odparł z irytacją mężczyzna- To znaczy, że zmarnowaliśmy czas i ryzykowaliśmy życiem za nic. Po prostu zostaw ją tutaj, psie i uciekajmy, póki jeszcze mamy możliwość. To nie skończy się dobrze.
-Myślisz, że ci ludzie przypadkowo stworzyli coś identycznego?
Amir westchnął głęboko.
-Myślę, że to nie ma teraz większego znaczenia. Po tylu setkach lat, komuś mogło wyjść coś podobnego...
-A ja myślę, że to nie jest przypadek- odparł stanowczo potomek wilków- I że prawdziwy kryształ też może gdzieś tu być. Poczekajmy jeszcze trochę, chociażby jeden dzień. Może coś się wyjaśni.
Mężczyzna parsknął śmiechem. Jasne, że się wyjaśni. Wyjaśni się, że to oni, jako „przybysze”, zabrali ciało kobiety i ukryli je tutaj, za co z pewnością zostaną zabici, ale jak widać jego towarzysz niezbyt się tym faktem przejmował. Amir najchętniej zabrałby wszystko i odszedł stąd już teraz, ale wiedział jednocześnie, że Nadim zostałby tutaj tak czy inaczej. A zostawiać go przecież nie chciał. Kto wie, co durnemu psu strzeli do głowy, poza tym pomagali sobie do tej pory, a zostawienie go tutaj samego, byłoby jednak przejawem braku honoru. A honor Amir miał. Odwagę zresztą również, chociaż daleko mu było do aktów samobójczych.
-Psie, oni nas zabiją...- westchnął głęboko, odkładając tobołek na bok i siadając na wolnym łóżku.
-Nie sądzę- odparł tylko potomek wilków, jakby jego sądzenie miało w tej sytuacji jakiekolwiek znaczenie. Wziął nieszczęsną denatkę na ręce i uniósł ją ponownie.
-Co z nią zrobimy...?- Amir wpatrywał się w niego badawczo. Ta kwestia chyba wymagała ustalenia.
-Schowamy ją gdzieś tutaj.
-Co takiego?!
O bogowie, mężczyzna sądził raczej, że wyniosą ją gdzieś do lasu, zakopią, cokolwiek, zostawianie jej w tym pomieszczeniu było tak idiotyczne, że aż przekraczało wszelkie granice głupoty. Gdyby ktokolwiek chciał ją znaleźć, z pewnością by to zrobił, a poza tym...
-Nie zamierzam spać z trupem- oświadczył buntowniczo, jakby rzeczywiście ta kwestia była najbardziej istotna.
-Gdyby było inaczej, zacząłbym się o ciebie martwić...- Nadima najwyraźniej wciąż nie opuszczał dobry humor. Jego towarzysz posłał mu mordercze spojrzenie- Daj spokój, Amir. To tylko kobieta.
-Martwa kobieta- zaznaczył mężczyzna. Nawet z żywymi niewiele miał do czynienia, a co dopiero mówić o tych, będących już w stanie wiecznego spoczynku.
-Tym lepiej dla nas- Nadim wzruszył ramionami, otwierając szafę i bez chwili zastanowienia, wsadzając do niej bezwładne zwłoki władczyni- Raczej się nie poskarży na złe warunki, prawda...?

Rzeczywiście, kobieta na warunki może się i nie skarżyła, co nie przeszkadzało jej wcale wylecieć z szafy z hukiem, w środku nocy, wywołując u Amira stan bliski zawałowi, a u jego towarzysza – po raz kolejny – gromki śmiech. W tych okolicznościach doszło więc do kolejnej zamiany łóżek, bo z dwojga złego, Amir wolał już spać tam, gdzie leżał trup, niż spać naprzeciwko szafy, w której ten się znajdował. Przeklinając w duchu i tak już przeklętego psa, w najbardziej możliwie przeklęty sposób, udało mu się w końcu zasnąć snem płytkim i wyjątkowo niespokojnym. Nie nękany niczym, obudził się dopiero z samego rana. Od razu postanowili obaj zorientować się w sytuacji, która wyglądała nieco zaskakująco. Bo choć poważny i rozgniewany szaman, ostudził pozornie zapały rozentuzjazmowanego tłumu, ogłaszając, że ciało władczyni zostało skradzione (w tym momencie posłał zresztą „przybyszom” takie spojrzenie, że nietrudno było zgadnąć, kogo podejrzewa o ten „ohydny występek”), to zdawało się, że padł on ofiarą stworzonej przez siebie legendy. Bo owszem, chociaż okoliczna ludność wyraziła potępienie dla ewentualnego sprawcy, w rzeczywistości – nikt w tego sprawcę nie wierzył. Chłop, który wczoraj, wieczorną porą wybrał się do krypty i jako pierwszy zobaczył opustoszałą trumnę stał w centrum zainteresowania, racząc wypytujących go wieśniaków coraz to bardziej rozbudowaną i wymyślną historią. Początkowo mówił jeszcze, że dostrzegł jedynie trumnę, później zaczął już sobie przypominać, że wychodząc, zobaczył chyba, jak jakaś tajemnicza postać znika w lesie, a gdy i to rozniosło się w okolicy, opowiadał, że to już nawet nie była postać, a z pewnością sama władczyni, którą poznał oczywiście bez najmniejszego nawet problemu, mimo panującej wokół ciemności. I nagle oprócz niego, jeszcze inni mieszkańcy osady zaczynali sobie przypominać, jak to słyszeli jakieś podejrzane kroki albo to znowu widzieli kobiecą postać, przemykającą pomiędzy chatami. Zdawać się mogło, że szaman nic nie mógł poradzić na te rozrastające się wciąż i żyjące niemalże własnym życiem plotki i nawet autorytet jakim się cieszył, niewiele dawał.
-Dzień dobry...- potomek wilków zaczepił jedną z wieśniaczek, zatrzymując się przy niej na chwilę. Amir nie do końca wiedział, czy to jego uprzedzenia, czy po prostu sposób bycia jego towarzysza, ale za każdym razem, gdy ten zwracał się do kobiety, nawet w sposób najbardziej uprzejmy, spokojny i wyważony, mężczyźnie pobrzmiewało to niestosownie- Słyszeliśmy, co się stało z władczynią. Kto mógłby to zrobić?
Amir zacisnął wargi, z trudem powstrzymując się od uszczypliwego komentarza. Jeśli będą w ten sposób wypytywać każdego przechodnia, z pewnością jeszcze szybciej ściągną na siebie podejrzenia.
-Wiesz, panie...- wieśniaczka ściszyła głos i kontynuowała nieśmiało- My wiemy, że nasz szaman ma bardzo dużo racji i rzadko się myli... Ale myślimy sobie, że to naprawdę nasza pani już wróciła... Czekaliśmy już na nią jakiś czas... A ona chyba zdążyła już zrobić wszystko co zamierzała... Nie rozumiem tylko, czemu jeszcze do nas nie przyszła... Myślę, że powinniśmy otworzyć skarbiec... Wszyscy tak teraz mówią- dodała, jakby wstydziła się swoich słów- Ale szaman się nie zgodzi, bo myśli, że to nieprawda. A nasza pani chyba bardzo tego potrzebuje.
-Skarbiec...?
-Wszystko, co należało do naszej pani, czeka tutaj na nią- wyjaśniła kobieta, bez najmniejszych oporów- Szaman ukrył to już dawno temu, tuż po jej śmierci.
-A co jest w tym skarbcu?- wypytywał dalej potomek wilków, jakby nie dostrzegał ostrzegającego spojrzenia swojego towarzysza- Jakieś... złoto? Kosztowności?
Amir chrząknął znacząco.
-Wszystko, co należało do naszej pani- odpowiedziała raz jeszcze wieśniaczka, wzruszając bezradnie ramionami. Widać było, że sama nie orientuje się zbytnio w zawartości „skarbca”.
-Wasza pani miała bardzo piękną biżuterię...
Amir aż parsknął z niedowierzaniem, słysząc słowa potomka wilków. Śmiało, niech powie coś jeszcze! Na przykład coś w stylu: „miała też bardzo ładny, niebieski kryształ, dokładnie taki, jak te dwa, które wiszą na szyi mojego towarzysza, co prawda porwaliśmy jej zwłoki, ale kryształ okazał się fałszywy, więc gdzie znajdziemy właściwy?”. Co za idiotyzm! Nawet paradowanie po wiosce z jej zwłokami było bardziej dyskretne!
-To wszystko zrobiliśmy sami, tuż po jej śmierci...- wyjaśniła kobieta- Nie daliśmy jej nic cennego, szaman nie chciał, by ktoś czuł pokusę... Chociaż my właściwie nawet nie mielibyśmy co z tym wszystkim zrobić... Nasza pani miała ulubiony naszyjnik, więc ktoś zrobił bardzo podobny.
-A... A prawdziwe rzeczy ma... szaman...?
-Nie, panie. Wszystko, co należało do naszej pani, czeka na nią w skarbcu.
-Dziękuję- Nadim uśmiechnął się do niej i razem z Amirem odeszli.
Potomek wilków nie krył triumfu, ale Amir traktował tę informację z dystansem. To była jedynie niewielka wioska, położona w dodatku z daleka od innych osad, miast czy ośrodków. Więc skąd miałyby wziąć się tutaj te wszystkie bogactwa, skąd te cenne rzeczy...? Mężczyzna podejrzewał, że skarbiec należący do władczyni, jest równie prawdziwy, jak pogłoski o jej zmartwychwstaniu. Szczególnie, że nikt chyba nawet nie wiedział, gdzie ten rzekomy skarbiec się znajduje i chociaż Nadim dwoił się i troił, usiłując w jakiś sprytny sposób zagadać tego czy innego mieszkańca wioski – żadnej konkretnej odpowiedzi nie dostał. Większość jedynie słyszała, że gdzieś jakiś skarbiec się znajduje, ale niewiele wiedzieli o jego dokładniejszym położeniu czy zawartości. To jeszcze bardziej upewniło Amira w jego przekonaniu – w końcu sam szaman nie stworzyłby jakiegoś ogromnego skarbca, o którym im opowiadano, potrzebował do tego jakiegoś wsparcia, ludzi, a jeśli nikt nic o tym nie wiedział, to wniosek mógł być tylko jeden. Mimo wszystko, pies mógł mieć jednak trochę racji. I może zamiast ogromnego skarbca istniała jakaś kryjówka, skrytka, w której chowano kosztowności pozostałe po władczyni. Chociaż najbardziej prawdopodobne wydawało się, że te znajdują się u samego szamana. Brakowało im jednak jakiegokolwiek pomysłu, jak można by to sprawdzić.
Nadim zniknął gdzieś po południu, zostawiając swojego towarzysza samego. Ten krążył nerwowo po pomieszczeniu, wyglądając przez okna i zerkając co jakiś czas w kierunku szafy. Nadal był zdania, że powinni byli wynieść się stąd już wczorajszej nocy. Może i mieszkańcy osady byli naiwni, ale nie byli głupi i nawet oni musieli w końcu dostrzec bezsensowność własnych wierzeń. Chociaż być może wszystkie wierzenia oparte były na bezsensowności.
W końcu, gdy na dworze już się ściemniło, w pomieszczeniu pojawił się Nadim, wyraźnie zmęczony, z lekko zaczerwienionymi policzkami i przyspieszonym oddechem, ale zarazem z uśmiechem wyrażającym zadowolenie.
-Co ty ro...- zaczął Amir, ale gdy dostrzegł sukienkę, którą jego towarzysz trzymał w dłoniach, jego wargi wykrzywiły się w pełnym potępienia grymasie i warknął- Psie, naprawdę mógłbyś sobie darować, chociażby z uwagi na okoliczności...
-Załóż to.
Mężczyzna parsknął cicho, w pierwszej chwili będąc przekonanym, że się przesłyszał.
-Załóż to- powtórzył znowu potomek wilków, wpatrując się w niego takim wzrokiem, że ten aż cofnął się odruchowo, nieco zdenerwowany.
-Odbiło ci do reszty...?
-Wiem, co zrobimy- stwierdził z entuzjazmem Nadim.
Amir cofnął się jeszcze.
-Nic nie zamierzam z tobą robić...- odparł, już nieco zlękniony.
-Mam plan!- potomek wilków uśmiechnął się szeroko, nie bardzo zwracając uwagę na to, że jego towarzysz zupełnie nie rozumiał, co się wokół niego dzieje- Oni oczekują nadejścia swojej pani, tak?- Amir skinął głową, zdezorientowany- Więc im ją pokażmy!
Mężczyzna spojrzał na twarz Nadima, a później na trzymaną przez niego sukienkę. Później raz jeszcze na jego twarz, znowu na sukienkę i na szafę. I nadal nic nie rozumiał, chociaż już zaczynał się domyślać i wcale mu się to nie podobało.
-Więc ją im pokaż, jest tam.
Nadim pokręcił głową z westchnieniem.
-Posłuchaj... Oni będą dzisiaj wypatrywać śladów władczyni, gdzieś w pobliżu krypty. Liczą na to, że się pojawi. Jeżeli ją zobaczą... To będą pewni jej powrotu. A jeżeli będą pewni jej powrotu, będą nalegać na to, by szaman otworzył skarbiec.
-... Ale on tego nie zrobi, bo sam w to nie uwierzy- parsknął z pobłażaniem mężczyzna.
-Zrobi to chociażby po to, żeby udowodnić, że się nie myli.
-Psie...- Amir uniósł brew w geście politowania- Może on jest dewiantem, ale na pewno nie jest idiotą. Poza tym... Jak u licha zamierzasz im pokazać władczynię, co...? Bo chyba nie w takim stanie...
Nadim uśmiechnął się szeroko, machając suknią w bardzo sugestywny sposób, co stanowiło chyba najlepszą odpowiedź.
-Przebierzesz się w to- dodał wesoło.
-Nawet nie zaczynaj, psie- warknął groźnie mężczyzna.
-Dlaczego?
-Czy ja według ciebie wyglądam jak kobieta?!
-Gdy się w to przebierzesz, będziesz wyglądał- potomek wilków nie przestawał się uśmiechać, tym razem niemalże złośliwie.
-Nie ma mowy!- zaprotestował gwałtownie Amir, nie kryjąc oburzenia- Skąd ty w ogóle wytrzasnąłeś tą sukienkę?!
-Zabrałem- Nadim wzruszył ramionami- Leżała przed domem jakiejś chłopki. Czy to ważne...? Po prostu się przebierz... Obiecuję, że nie będę o tym opowiadał, gdy już wrócimy...- lekki uśmieszek znowu zagościł na jego wargach- … zbyt wiele.
-Przebieranie się za kobietę jest poniżej wszelkiej godności- odparł wyniośle.
-Nie chodzi o godność, chodzi o kryształ. Musimy się dostać do skarbca.
-Nie istnieje żaden skarbiec, na litość bogów! A poza tym, popatrz na mnie! Czy ja ci ją w ogóle przypominam...? Przecież od razu się zorientują, że to podstęp!
-Jest ciemno. I trochę mgliście- wyjaśnił spokojnie potomek wilków- Moje uszy jakoś umknęły uwadze Eldira, więc i twoja postura nie powinna się rzucać aż tak bardzo w oczy...
-Więc sam się przebierz- odparł szorstko mężczyzna- Jesteś ode mnie smuklejszy, zresztą to twój pomysł...
-No właśnie- jego towarzysz posłał mu znaczące i zdecydowane spojrzenie- To mój pomysł. Twoim pomysłem było zwabianie mordercy do wymyślonego dziedzica. I wtedy to ja musiałem go udawać, narażając swoje życie, więc gdybyś mógł...
-Nie narażałeś swojego życia!- żachnął się Amir. Też coś! Był tuż obok! W szafie! Och, bogowie, czuł, że po tej historii do żadnej już nigdy nie wejdzie, ale mimo wszystko! Nie dałby mu zrobić krzywdy.
-Ty też nie będziesz- Nadim wyciągnął w jego kierunku sukienkę, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem.
Amir zacisnął mocno zęby, milcząc. Aż sam nie mógł uwierzyć, że w ogóle się nad tym zastanawia, ale mimo wszystko... Przeklęty Nadim! Że też musiało mu przyjść do głowy coś tak idiotycznego! Mężczyzna chaotycznie usiłował wymyślić coś innego, ale zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy. A jeśli pies się nie mylił i to rzeczywiście mogło odnieść skutek...? Tylko co dalej, co dalej? Skarbiec nie istnieje, a nawet gdyby istniał, szaman nigdy go nie otworzy. Lud znajdzie jedynie potwierdzenie dla swoich opowiastek, ale i tak nie będzie w stanie działać samodzielnie, więc co za różnica?
Potomek wilków nie odrywał od niego uważnego spojrzenia. Amir westchnął głęboko, po chwili wahania, biorąc od niego suknię i wychodząc do pomieszczenia obok, kompletnie zrujnowanego. Nie mówiąc ani słowa, zdjął z siebie swoje rzeczy, rozplątał znajdujące się z tyłu sukienki sznurki i założył ją na siebie z niemałym trudem. Materiał rozdarł się na jego ramionach i popękał w kilku innych miejscach. Mężczyzna rozpuścił jeszcze włosy, nie przestając się zastanawiać, co on najlepszego wyprawia. Gdy wreszcie udało mu się nieco stłumić narastające poczucie zażenowania, przeszedł z powrotem do sypialni, ukazując się swojemu towarzyszowi w pełnej krasie. Tym razem Nadim darował sobie wybuch śmiechu, na jego ustach błąkał się jedynie złośliwy, rozbawiony uśmieszek, gdy podszedł do mężczyzny i chwycił za związujące suknię sznurki.
-Psie, jeżeli to zrobisz, będę cię nienawidził do końca życia- ostrzegł Amir, ale było już za późno. Jego towarzysz pociągnął za nie mocno, a te zacisnęły się boleśnie na skórze mężczyzny. Amir jęknął głucho. Odsunął się od potomka wilków i poruszając się chwiejnie i z niemałym trudem, dotarł do swojego łóżka i nachylił się, by sięgnąć po miecz.
Jego towarzysz zareagował jednak szybko i pierwszy sięgnął po broń, odkładając ją na bok.
-Księżniczki nie noszą ze sobą broni- dodał z uśmiechem.
-A powinny...- mruknął grobowo Amir, raz jeszcze przypominając sobie zdarzenie, którego byli świadkiem w krypcie. Wzdrygnął się mimowolnie.
Nadim zachichotał.
-Obejdziesz las i wyjdziesz gdzieś w pobliżu krypty. Tam powinni czekać ludzie. Będę czekał razem z nimi. Tylko nie zbliżaj się za bardzo... Lepiej żeby nie widzieli zbyt wiele.
-Wiem, co mam robić...- odparł Amir, nieco poirytowany. Zerknął na swojego towarzysza ukradkiem- Na co się patrzysz, co...? Zauważyłem, że podnieca cię widok każdej spódnicy, ale nie przesadzaj...- och, nie mógł sobie podarować tej uszczypliwości!
Nadim uśmiechnął się tylko, niewzruszony.
-Nie martw się, mnie bardziej interesuje, co jest pod nią- odpowiedział niewinnie.
Amir parsknął cicho, ruszając w stronę wyjścia.
-Powinieneś chyba poruszać się bardziej... dostojnie...- rzucił jeszcze potomek wilków.
Mężczyzna zgrzytnął zębami z wściekłości, darując sobie cisnące mu się na usta przekleństwo i wyszedł. Też coś. Ciekawe, z jaką dostojnością paradowałby ten pies, gdyby miał na sobie coś podobnego... Chociaż on miał z pewnością więcej do czynienia z tego typu strojami niż Amir.
Na zewnątrz wcale nie było „trochę mgliście”. Mgła była taka, że gdy wszedł do lasu i zrobił ledwie kilkanaście kroków, już nie wiedział, skąd dokładnie przyszedł. Rozglądał się wokół chaotycznie, ale jego pole widzenia było mocno ograniczone. Podwinął suknię i ruszył w kierunku krypty, a taką przynajmniej miał nadzieję. Starał się iść szybko, ale nieustannie to potykał się o coś, to zahaczał materiałem stroju o gałęzie drzew. W końcu dotarł na skraj lasu. Podszedł powoli do przodu, widząc już zarys kamiennego budynku, ale nic więcej. Nie słyszał niczyich głosów, nie dostrzegał ludzi, zupełnie nikogo. Opuścił nerwowo poły materiału i cofnął się nieco. Dopiero teraz nerwy zaczęły ustępować nieco, a on coraz bardziej wyczuwał panujący wokół chłód. Oparł się o jedno z drzew i czekał, mając nadzieję, że plan Nadima był jednak trochę bardziej dopracowany i zakładał coś więcej, niż tylko wciśnięcie go w ten idiotyczny strój. Po kilkunastu minutach, zaczął słyszeć głosy ludzi. Nie widział ich jednak z miejsca, w którym stał i trudno było mu powiedzieć, jak wielu ich przyszło. Miał też nadzieję, że gdzieś tam jest potomek wilków, który będzie całą sytuację kontrolował. Odetchnął głęboko i przymknął na chwilę powieki, po czym przełamał się wreszcie i wyszedł znowu na skraj lasu. Znowu, widział kamienną budowlę, a wokół niej jakieś niewyraźne sylwetki, postaci. Poszedł do przodu jeszcze o kilka kroków, nie do końca wiedząc, w którym momencie powinien się zatrzymać.
-Jest... Jest...!- usłyszał przytłumiony, pełen ekscytacji głos i dopiero wtedy przystanął, rozglądając się dookoła i nie mając pojęcia, co właściwie powinien robić.
-Gdzie?
-Tam! Tam! O, pani! Nasza pani!
-Pani!
Zewsząd rozległy się wołania, to pełne nadziei, to niemalże rozpaczliwe. Amir przełknął nerwowo ślinę i poruszył się niespokojnie. Powinien już odejść czy wciąż tutaj stać? A jeżeli odejdzie, to czy nie pójdą za nim?
-Pani, wróć do nas! Wróć do nas, pani!- ktoś wystąpił nagle z tłumu, zbliżając się nieco.
I w ślad za tym kimś poszła cała reszta, skowyczących i jęczących, wyciągających ręce w kierunku nieszczęsnego Amira, który nie bardzo wiedział, co począć. Ale wielkiego wyboru nie miał, bo zaraz wszyscy ci ludzie, rzucili się do przodu, jakby chcieli swoją władczynię pochwycić i siłą sprowadzić ją do wioski. Mężczyzna osłupiał w pierwszej chwili, po czym odwrócił się błyskawicznie i ruszył biegiem do lasu. Raz po raz potykał się o rąbek sukni, która cała była już poszarpana i zniszczona, to znów zahaczał o jakąś gałąź czy korzeń, ledwie powstrzymując się przed upadkiem. Gnał jednak wciąż na oślep, słysząc wciąż za sobą wołania naiwnego ludu. W końcu zatrzymał się przy jednym z drzew i chwytając się kolejnych gałęzi, wspiął się na nie wysoko. Oplótł nogami chudy pień i czekał, wisząc w górze, przeklinając w duchu geniusz swojego towarzysza.
Długo jeszcze mieszkańcy osady przeszukiwali las, zanim zdali sobie sprawę z tego, że wszystkie ich wysiłki nie przynosiły żadnego rezultatu. Amir słyszał jeszcze jakieś zawodzące, pełne niezrozumienia głosy, gdy rozchodzili się i oddalali stopniowo do swoich domostw. Gdy wreszcie wokół zapanowała zupełna cisza, skostniały z zimna, zszedł powoli z drzewa, trzęsąc się i ledwie trzymając na nogach. Mgła była już nieco mniejsza niż wcześniej, ale nadal rozglądając się wokół, widział niewiele i nie bardzo wiedział, w którą stronę powinien iść. Oparł się na chwilę o pień i odetchnął, usiłując uporządkować myśli, gdy nagle usłyszał czyjeś kroki.
Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł przed sobą szamana, który spoglądał na niego lodowato. Chyba spodziewał się, że go tutaj zastanie.
-Kto by pomyślał...- mruknął rozgniewany- Wpuścić przybyszy, ugościć ich i dostać takie podziękowanie... Nic, co miała przy sobie nie było cenne. Na nic wam się nie przyda... Gdzie ona jest?- zapytał surowo.
-Nie wiem- odparł automatycznie Amir.
-Gdzie ona jest...?- rzucił znowu szaman, tym razem groźniej, zbliżając się do mężczyzny jeszcze.
-Nie wiem, o czym mówisz- odpowiedział po raz kolejny Amir.
-Drwisz sobie ze mnie?!- człowiek wydobył spod szaty sztylet i wymierzył go w stronę Amira, który odruchowo sięgnął do pasa, szukając miecza, zanim przypomniał sobie, że go ze sobą nie wziął. Cofnął się nieco- Co z nią zrobiliście?! Możecie kpić sobie z głupców, ale nie ze mnie, nie na mojej ziemi! Mów, gdzie jest albo zginiesz!
-Wolałbym nie... Nie jest bezpiecznie być martwym w twojej obecności...
W oczach szamana najpierw pojawiło się zdumienie, a w ślad za nim gniew. Syknął coś wściekle i zamachnął się, zamierając jednak ze sztyletem uniesionym w dłoni i wpatrując się w kogoś ponad ramieniem Amira. Mężczyzna zerknął za siebie i dostrzegł we mgle kobiecą postać, która zmierzała w ich kierunku powoli.
-Kobieto!- krzyknął szaman, opuszczając na chwilę sztylet- Wracaj do domu! Nie macie tu już czego szukać!
Postać jednak nie zareagowała wcale. Kroczyła dalej przed siebie, krokiem spokojnym i niespiesznym.
-Kobieto!- zawołał znowu tamten, ale odpowiedziała mu jedynie cisza.
Istota bez cienia lęku zbliżała się do nich, wciąż pozostając ledwie wyraźną, przypominającą jakąś marę czy zjawę. Było w niej coś mistycznego, tajemniczego, coś, co zupełnie sparaliżowało i szamana i samego Amira, który spoglądał na tą kobietę z osłupieniem, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Czy to możliwe...? Czy to w ogóle możliwe...? Szaman przystąpił kilka kroków do przodu, mijając mężczyznę, ale zaraz zawahał się i wycofał z powrotem. Oczy miał rozszerzone z lęku, nie odrywał ich od zbliżającej się postaci. Oddech spłycił mu się wyraźnie. Chwycił się nagle za klatkę piersiową i oparł o drzewo, łapiąc z trudem powietrze i osuwając się powoli na ziemię. Amir nie potrafił odwrócić wzroku od tej niesamowitej istoty, aż do momentu...
Aż do momentu, gdy dostrzegł, że „niesamowita istota” ma uszy. Psie uszy.
I tym oto sposobem stanął twarzą w twarz ze swoim własnym towarzyszem, ubranym w suknię.
-Psie...!- Amir aż jęknął głucho, czując, że opuszcza go lęk. I tak właśnie powstają te wszystkie legendy i naiwne historyjki, do diabła! Wystarczy mgła, noc, odpowiednia atmosfera i jakiś kretyn przebrany w sukienkę!
-Wszystko w porządku?- Nadim spojrzał na swojego towarzysza z uwagą.
Amir skinął głową, po czym przypomniał sobie o szamanie, który wciąż siedział przy drzewie, oddychając coraz płycej i z coraz większym trudem. Nachylił się nad nim, nie bardzo jednak wiedząc, co mógłby zrobić.
-Amir, zostaw!- zatrzymał go potomek wilków- On wprowadza się w trans!
Mężczyzna spojrzał na niego krzywo.
-Że co...?
-Wprowadza się w trans. Niektórzy szamani mają takie umiejętności.
-Psie, co ty bredzisz, on umiera!- żachnął się Amir.
-Wcale nie!
W tym jednak momencie szaman po raz ostatni złapał powietrze w płuca, a jego głowa opadła na klatkę piersiową i znieruchomiał zupełnie. Mężczyzna posłał swojemu towarzyszowi pełne politowania spojrzenie.
Nadim odkaszlnął cicho.
-Miałeś rację. Chyba jednak nie żyje- stwierdził, niemalże ze skruchą- Nic ci nie zrobił...?
-Nie. Co z nim zrobimy...?- Amir podniósł się powoli, stając obok potomka wilków.
-Nie wiem. Raczej go tu nie zostawimy.
-Raczej nie.
-Szafa jest już zajęta...
Amir spojrzał na swojego towarzysza ostro, nim zorientował się, że ten żartuje. Parsknął śmiechem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z dziwaczności sytuacji w której się znaleźli. Obaj stali w środku nocy, w lesie, w damskich ubraniach. Jeśli dodać jeszcze do tego zwłoki szamana, leżące pod drzewem, ktoś postronny musiałby sobie pomyśleć, że to najdziwniejszy rytuał religijny świata.
-Po co się w to w ogóle ubrałeś?- nie rozumiał mężczyzna.
-Nie wiem- Nadim zachichotał, wzruszając ramionami- To było pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Amir parsknął pobłażliwie.
-Jeżeli pierwsze, co przychodzi ci do głowy w sytuacji zagrożenia to przebranie się w sukienkę, zaczynam się o ciebie obawiać.
Potomek wilków uśmiechnął się lekko.
-Niepotrzebnie.
Amir przyjrzał mu się nieco uważniej. Sukienka wydawała mu się dziwnie znajoma.
-Skąd ty ją w ogóle masz...?- zapytał podejrzliwie.
-Zdjąłem z władczyni.
Amir zaniemówił na dłuższą chwilę.
-Że co?!- wydusił z siebie w końcu, odskakując od towarzysza.
-O co chodzi...?
-Rozebrałeś ją, psie?! Na litość bogów! Zostań szamanem!
-Amir, to tylko suknia...
-O bogowie...- szepnął z udawaną zgrozą.
-Amir!
-O bogowie...
-Amir, nie zrobiłem niczego złego! Amir, na litość boga!- potomek wilków wciąż powtarzał chaotycznie jego imię, idąc w ślad za tłumiącym z trudem śmiech mężczyzną- Dokąd biegniesz...?
Żartowanie z psa było najlepszą rozrywką na świecie.

Ciało szamana, wraz z ciałem władczyni, pochowali w lesie, w sposób raczej nieszczególnie uroczysty, ale i nie pozbawiony godności. Złożyli ich we wspólnym grobie, mimo wielu wątpliwości co do rzeczywistej woli zmarłych, a szczególnie zmarłej. Ostatecznie jednak doszli do wniosku, że chociaż szaman wciąż był sztywny, tym razem miało to trwać już na wieki wieków i raczej ręce świerzbić go nie będą. Tak więc nieszczęśnik spoczął tuż przy swej ukochanej nieszczęśnicy. Oczywiście nikogo z wioski o pochówku nie informowali. Sami wieśniacy niezbyt przejęli się nagłym zniknięciem szamana, które potraktowali jako kolejny znak i dowód na swoją teorię o powrocie, choćby chwilowym, władczyni.
-Sądzę, że nasza pani go ze sobą zabrała- powiedziała im ta sama kobieta, z którą rozmawiali dnia wczorajszego- On tak bardzo nie chciał w to uwierzyć... Poszedł z nami do lasu i został tam najdłużej ze wszystkich... Myślę, że ona na niego czekała. Może wróciła tylko na chwilę, bo potrzebowała jego pomocy. Będziemy więc czekać na nich dwoje.
Później weszli razem do chaty kapłana, która okazała się jeszcze bardziej skromną i maleńką od ich zniszczonego domku. Urządzona surowo i ubogo, położona na drugim krańcu wioski, przypominała raczej miejsce pustelnika. Nie znaleźli tam zupełnie nic, ani żadnych śladów skarbca, ani skrzyni, ani nawet jednej rzeczy, którą można by uznać za cenną. Mężczyzna był wobec tego przekonany, że potwierdziły się jego przypuszczenia i żaden skarbiec nie mógł w rzeczywistości istnieć.
Aż w końcu, wciąż pewny siebie potomek wilków, znalazł kogoś, kto twierdził, że miejsce skarbca zna. Amir przyjął tę informację wyjątkowo sceptycznie.
-Więc gdzie jest ten skarbiec...?- zapytał przyprowadzonego przez Nadima mężczyznę.
-No... Panie... Jest... Tam...- ten miał wyraźny problem z wypowiedzeniem się. Machnął gdzieś dłonią w kierunku lasu, po czym wzruszył ramionami- Nie pamiętam... Aż tak... Ale blisko... Blisko pani bardzo...
-Blisko pani...?- podchwycił Nadim- Blisko krypty...?
-Tak... Tak sądzę...
-Ten skarbiec znajdował się w jakimś budynku...? Był gdzieś zakopany...?
-Nie... Nie, nie... Znajdował się... Gdzieś się znajdował na pewno... Nie, nie był zakopany... Nie w budynku... Nie pamiętam... Zbyt dobrze...
-Tracimy czas- mruknął półgębkiem Amir.
Nadim jednak postanowił to sprawdzić. Tym sposobem wylądowali po raz kolejny przy kamiennym budynku i zaczęli poszukiwania, w które mężczyzna nie angażował się zbytnio, przekonany o ich bezsensowności. Potomek wilków wszedł do pobliskiej jaskini, ale i tam nic nie znalazł. I wydawało się, że gotów był już przyznać swojemu towarzyszowi rację, gdy jego uwagę zwrócił nagle stojący tuż przy wzgórzu, ogromny, pokryty mchem głaz.
-Odsuńmy to- rzucił, wywołując u Amira gwałtowny śmiech.
-Nie odsuniemy tego we dwóch, psie...- mruknął tylko, rozkładając się leniwie na trawie.
Nadim jednak się nie poddawał. Po kilkunastu minutach, przyprowadził kilku mieszkańców osady, którzy pomogli mu kamień odsunąć. A gdy to wreszcie uczynili, oczom wszystkich, ukazało się wejście do jaskini. Dopiero w tym momencie, Amir wstał, nieco zdumiony. Podszedł do swojego towarzysza, który wziął od jednego z chłopów pochodnię i obaj weszli do środka. I nie musieli iść długo, by przekonać się, że znaleźli nic innego, jak właśnie legendarny skarbiec. Chociaż z pewnością nie takich widoków się spodziewali.
Światło pochodni umożliwiło im dostrzeżenie znajdujących się niemalże wszędzie, martwych ciał. Kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt trupów, ułożonych w taki sposób, że oczywistym było, że musieli żyć, gdy ich tutaj zamykano. I w tym momencie absolutnie jasne stały się słowa tamtej wieśniaczki. Wszystko, co należało do ich pani, czekało na nią tutaj. Włącznie z jej służbą.
Ta jednak nie miała szansy zachować się w równie dobrym stanie, co jej pani. Zewsząd spoglądały na nich puste oczodoły, ciała zmarłych były przeraźliwie chude, ciemnobrązowa lub wręcz sczerniała skóra przylegała ściśle do kości. A wokół zwłok piękne stroje i kufry, część z nich była otwarta, wszystko wskazywało na to, że przez tych, którym przyszło spędzić tutaj ostatnie dni swojego życia. Na ziemi porozsypywane były jakieś monety, minęli pięknie zdobione naczynia, przewrócone złote puchary, biżuterię... Amir nie mógł wyjść ze zdumienia. Spojrzał ukradkiem na swojego towarzysza, który z mieszaniną niedowierzania i przerażenia przyglądał się temu, co są w stanie zrobić ludzie.
Mężczyzna westchnął głęboko. A więc wyjaśniła się tajemnica skarbca. Musieli go stworzyć, od początku do końca ci, którzy sami się tutaj znaleźli. Prawdopodobnie czynili to z własnej woli, a jeśli tak było – zapewne liczyli na to, że powrócą razem z władczynią i dane im będzie żyć wiecznie. Ciekawe, jak szybko przekonali się o tym, że opowieści szamana nie miały nic wspólnego z prawdą. Amir ruszył powoli dalej. Nie rozumiał wciąż, skąd wzięły się tutaj te wszystkie bogactwa, te kosztowności, piękne tkaniny i niespotykane wyroby. Wiele jednak wskazywało na to, że władza tejże pani nie była jedynie pozorna, a może rozciągała się jeszcze na dalsze krainy. Ciężko było teraz stwierdzić, jak wyglądała ta wioska przed trzema laty, chociaż okoliczni mieszkańcy musieli to dobrze pamiętać. Może właśnie dlatego, osoba władczyni, nawet po śmierci budziła w nich takie odczucia. Amir poczuł znajome szarpnięcie. Pojemniczek z kryształami uniósł się nieco, a znajdujące się w nim fragmenty, rozbłysły charakterystycznie. Kryształ był tutaj.
-Nadim...- szepnął Amir, wybudzając swojego towarzysza z osłupienia. Ten podszedł do niego powoli.
Mężczyzna ruszył dalej i wkrótce natrafili na koniec jaskini. Tuż przy jej ścianie, znajdował się, ustawiony na podwyższeniu, otwarty, pusty kuferek. A obok podwyższenia leżały ostatnie zwłoki. Amir nachylił się nad nimi i spomiędzy chudych palców wydobył kawałek kryształu. Schował go do pojemnika. Pozostałe fragmenty uspokoiły się natychmiast.
-Chodźmy stąd.
A wszystko, co za sobą zostawiali, było przerażająco obce.

8 komentarzy:

  1. Mr.Canister10:44 PM

    Uważam, że ta powoli rozgrywająca się akcja jest właśnie jednym z atutów tego opowiadania. Fabuła bezapelacyjnie wciąga. Akcje i przygody naszej dwójki przyjemnie się czyta. Do tego stopnia, że nie przeszkadza brak gdzieś wcześniej zacytowanego "dzikiego seksu w zaroślach". ;-) A mino wszystko - napięcie miedzy głównymi bohaterami i drobne gesty pozwalają wyobrażać sobie rodzącą się między nimi więź.
    Od pierwszego przeczytanego rozdziału stało się to moje ulubione opowiadanie twojego autorstwa! Pokochałam obydwóch złośników i nigdy nie mogę doczekać się nowej części "Chaosu". ;-)(Uczysz mnie cierpliwości ;-p)
    Życzę wiele weny i cierpliwości w tworzeniu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy10:00 AM

    O. Skądś znam ten rysunek :D
    Coś mi się wydaje, że ten szaman miał konto na sadistic.pl :)
    Nie wierzę, że Amir dał się namówić na ubranie sukienki. To, że później Nadim sam w jednej paradował, to jakoś mnie nie nie dziwi, zastanawiam się, czy on ma jakiekolwiek hamulce. Nie mam pojęcia, skąd bierzesz pomysły na ich przygody, ale jeśli ta seria ma mieć dużo rozdziałów, to bardzo się cieszę, ze akurat taką scenerie i fabułę wybrałaś.
    I ta scena w namiocie...
    "Już po chwili poczuł jednak, jak Nadim przysuwa się do niego bliżej, również nakrywa go materiałem, klepiąc lekko po biodrze."
    *perv mode mactivated* mwahahaha :)
    Co prawda to nie to samo, co dziki seks w zaroślach gdzieś na polance (:D), ale jestem zadowolona.

    Pozdrawiam,
    Cannum.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy12:42 AM

    Gratuluję opowiadania i obiecuję ładnie, że nie będę już narzekać na brak akcji, bo to może nawet lepiej. Jestem zbyt marudna, a przecież jak akcja się powoli rozwija, to kiedy się już rozwinie czyta się to sto razy lepiej. D.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten rozdział był na prawdę świetny! Potrafisz tak zmanipulować czytelnikiem, że kompletnie nie może przewidzieć co nastąpi. Ale po koli :)
    Oczywiście scena w namiocie, może nie jakaś wielka ale zawsze serce rozgrzeje. Och niewinna burza, mokry Nadim i dobry pretekst aby się wspólnie ogrzać. Gdybym nie miała psychiki spaczonej gejami, to taka scena była by czymś normalnym. Od co dwóch wędrowców zastała burza, jeden pzemukł więc aby nie zachorował dobrym rozwiązaniem jest zdjąć ubiór. A żeby się ogrzać najlepiej aby było drugie ciało. Nic nadzwyczajnego. Ale jak to opowiadanie o wiadomej tematyce, od razy wszystko nabiera innych odcieni w oczach czytelnika. Dla mnie napisałaś to i wplotłaś w tak odpowiednim momencie, że wyszło bardzo naturalnie. Obaj panowie nie żywili do siebie uprzedzeń, a zwłaszcza Amir,który jeszcze niedawno za coś takiego to gotów by był zabić potomka wilków. Teraz jednak z innym nastawieniem wszystko poszło bardzo gładko i naturalnie. Widać, że panowie się zżyli. Bardzo podobał mi się ten fragment na początku gdzie Amir właśnie cieszy sie w duchu, że Nadim jest z nim. I to w jakiś sposób można nazwać namiastką przyjaźni. Nie trzeba wielkich tematów aby dobrze się czuć z kimś, nawet milczenie jest przyjemne jesli w ogóle ktoś jest obok. Chociaż można by się zastanowić czy jesli był by to ktoś innyc, to Amir także poczuł by nić sympatii? ;)
    Ok dalej :D Przyznam, że rozwaliłąś mnie tą sceną jak panowie byli świadkami bezczeszczenia zwłok. Przyznam szczerze, że zanim do tego doszło w głowie pomyślałam sobie o czymś takim. A kiedy to się stało to nie wierzyłam! Ogólnie wyszło na plus! To było takie abstrakcyjne, takie obrzydzające nawet bardziej niż matka zabijająca swe dzieci. Al naszczęście jest to w małych ilościach i uważam, że na fabuły to jest dobrze, bo nie skupiasz się na tym bardzo, nie próbujesz tłumaczyć czemu tak się stało itp. I to mi się podoba. Nawet nie mam żalu, że dokładnie nie było wyjąśnione jak to się stało, że ta królowa nadal była taka piękan. Można oczywiście podsuwać tutaj magię itp Ale to, że nie tłumaczysz wszystkiego jest bardzo fajne. Zostawiasz nić tajemnicy, której nie potrafią nawet bohaterzy zgłębić. To nadaje całemu obrazowi świata, w którym podróżują złowrogi charakter, magiczny gdzie nie ma możlwiości odgadnąć jakie siły działają. Nic nie jest z góry określone, nadane tylko z każdą nową podróżą odkywamym nowe, przedziwne gałęzie tych praw. To jest bardzo kuszące:)
    Oh ale scena obu bohaterów w sukniech mocno wyryła mi się w pamięci! Przynajmniej Amir nie będzie musiał obawiać się żartów na ten temat bo będzie mógł się odciąć tym samym. Jesli znajdę siły to tą piękną scenę narysuje :)
    Pięknie, pięknie <3 I może rozdział bardzo długi ale teraz myślę, że to dobrze bo zamykasz jedną historię i potem zaczynasz kolejną, a nie rozciągasz ją na parę odcinków. Zazdroszczę Ci pisania tak długich xD
    To tylę ^__^ Dzięki temu opowiadaniu czuję wenę do pisania swojego dzieła i pokazujesz mi , że nie wszytko musi mieć swoje rozwiązanie :)

    Pozdrawiam,

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  5. Co do piękna władczyni pozostawiam dowolność interpretacji, ale w moim zamierzeniu to nie miała być żadna magia, a po prostu balsamowanie zwłok :). Może przynajmniej jedną zagadkę rozwiążę xD.

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie przekonałam się do tego opowiadania, chociaż wcześniej jakoś mnie nie porwało. Historia opowiedziana w tym rozdziale naprawdę mi się spodobała.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9:46 PM

    Jakie to słodkie… Amir boi się burzy, szkoda, że ten fragment nie był bardziej rozwinięty, i N. sobie trochę dłużej z niego nie pokpił, choć wiem, że A. nie można tak bardzo upokarzać, bo by się załamał biedaczek...:) Po tym dłuższym wstępie tak myślałam, że coś się zmieni między nimi, już ósmy odcinek, a oni się nie całują, nie przytulają, trochę mi tego brakuje...:) ale nie jest aż tak niezbędne, bo akcja jest niesamowicie rozbudowana i wciąga. Bardzo mi się podoba ten inny, dawny świat oraz niesamowicie rozbudowane odcinki.

    Czekałam na ocieplenie stosunków pomiędzy naszymi bohaterami i (najwyższy czas) Amir zaczął wreszcie lepiej mysleć o Nadime. (skąd bierzesz takie imiona? Oczywiście nie chodzi o to że mi się nie podobają, bo podobają, ale tak piszę komentarz i się zastanawiam). Choć to, że Amir nie może zasnąć bez Nadima też jest słodkie. Odnośnie przyszłości, mam nadzieję, że A. będzie na ,,dole”. Jak wspominałam, nie brakuje mi między nimi seksu, ale też nim nie pogardzę;).

    Tak sobie myślę: 8 rozdziałów (wiem, że jest już 11, ale czytam, czytam i dalej tylko czytam i muszę jakoś wyrazić swoje zdanie, bo z natury jestem gadułą a tu już 7 rozdziałów milczę i tak być nie może!), 3 kryształy z 13, później coś będzie jeszcze trzeba będzie zrobić z tym demonem… zapowiada się długość jak Every Me. Dobrze myślę? Im dłuższe tym bardziej chcę już poznać zakończenie, a z drugiej strony więcej rozdziałów = więcej radości z czytania. Szczerze, to za Chaos wzięłam się dlatego, że aktualnie się nim zajmujesz i stwierdziłam, że może szybciej doczekam się kolejnych rozdziałów (ja to jestem interesowna…) i… znowu wpadłam:( kolejne opowiadanie mnie wciągnęło i już się pogubiłam, którego opowiadania najchętniej bym widziała ciąg dalszy. Chaosu a pewno, ale również czekam na Anything for you (bo uwielbiam klimaty jak w tym opowiadaniu). A nawiasem pytając: Jak tam Eyes on wings i jego kontynuacja?

    Nana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na ocieplenie stosunków w sensie fizyczności i okolic, trzeba będzie jeszcze poczekać :). Tak, opowiadanie będzie mniej więcej długości "Every Me", chociaż raczej nie pod względem ilości rozdziałów, bo te są dłuższe, tylko ogólnie treści. Co do imion... Cóż ^^'. Nie lubię, jak imiona moich bohaterów powtarzają się w opowiadaniach, dlatego szukam nowych. Co do "Eyes of Wings" myślę nad tym, myślę bardzo intensywnie :). Chyba odzyskałam trochę chęci, bo mówiąc szczerze, nie spodziewałam się, że ktoś się tym zainteresuje. Ale niestety nie mogę powiedzieć, kiedy pojawi się coś nowego i kiedy w ogóle dodam opowiadanie. Podejrzewam, że najwcześniej dopiero wtedy, gdy skończę jedno z już prowadzonych, bo wiem, że tyle opowiadań do ogarnięcia to dla niektórych problem i postanowiłam już nie dokładać kolejnego :D. Bardzo dziękuję za komentarz i nie absolutnie nie bój się odzywać :).

      Usuń