Strony

sobota, 31 grudnia 2011

Rozdział 9 [Chaos]

Amir przemierzał niespiesznie długi, ciemny korytarz. Jego powolne kroki odbijały się echem od pustych, popękanych, zniszczonych ścian, których nie rozpoznawał i nie mógł skojarzyć z żadnym znanym mu miejscem. Gdzieś w oddali, jakby na końcu tej drogi, majaczyła sylwetka jakiegoś człowieka.
-Wuju...?- szepnął mężczyzna ze zdumieniem, nagle odkrywając w tej tajemniczej postaci Ludwika- Wuju!- krzyknął już bardziej pewnie i rzucił się biegiem przed siebie. Ludwik stał przy balustradzie ich tarasu, wychylając się przez nią niebezpiecznie i z lękiem spoglądając na to, co znajdowało się na dole- Wuju, wuju!- krzyczał wciąż Amir, nie zatrzymując się nawet na chwilę, ale i zarazem nie przybliżając się do mężczyzny wcale. I chociaż widział go tak dokładnie, jakby ten stał tuż obok niego, droga, która prowadziła do Ludwika, była długa i niezależnie od przebytej odległości, dokładnie taka sama.
Biegnąc, wyminął swojego brata, dostrzegłszy go ledwie kątem oka. Zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku, wołając go po imieniu, ale Hadrin nie zareagował wcale, jak gdyby w ogóle go nie słyszał. Zdenerwowany Amir nie szedł za nim, ale znowu zwrócił się w stronę wuja. Tym razem jednak nie znajdował się już na korytarzu, ale stał na tarasie, tuż obok Ludwika.
-Wuju...?- rzucił znowu, spoglądając na niego z uwagą, ale ten wciąż wychylał się przez barierkę i z niezrozumiałym wręcz przerażeniem, spoglądał w dół, nie zwracając na swojego siostrzeńca najmniejszej uwagi- Wuju?- zniecierpliwiony Amir dotknął ramienia Ludwika, ale i to pozostało bez żadnej odpowiedzi. Westchnął bezradnie i dopiero w tym momencie, sam podszedł bliżej balustrady i spojrzał w dół.
Osłupiał momentalnie. Obserwował swoje własne ciało, leżące nieruchomo na królewskim dziedzińcu, powyginane i otoczone krwią.
Zerwał się gwałtownie do pozycji siedzącej i rozejrzał wokół siebie chaotycznie. Dopiero, gdy dostrzegł potomka wilków, śpiącego tuż obok niego, uświadomił sobie, że to, co widział, było niczym więcej, jak tylko snem. Westchnął głęboko, starając się uspokoić szalejące emocje. Przetarł gorące czoło i zerknął raz jeszcze na swojego towarzysza, uśmiechając się lekko pod nosem. Nadim jak zwykle wypoczywał w jakiejś dziwacznej i zupełnie nienaturalnej pozycji, co nie było niczym niespotykanym. Amir zauważył, że ten potrafił budzić się kilkukrotnie w nocy, przewracając z boku na bok, układając raz jeszcze, przodem, tyłem, z rękoma na kocu, pod kocem, pod głową, na głowie... Nie raz już zbudził mężczyznę jakimś nieuważnym ruchem, co z początku zawsze kończyło się awanturą, a teraz reakcje Amira ograniczały się najczęściej jedynie do ciężkiego westchnienia i obrócenia na drugi bok.
Mężczyzna zsunął z siebie ostrożnie koc i wyczołgał się powoli z namiotu. Ostatnimi czasy śniło mu się wiele koszmarów, nic więc dziwnego, że Nadim stał się dla niego znakiem świata rzeczywistego. Chociaż właściwie potomek wilków też mu się śnił. Ale to były inne sny, spokojne, wręcz monotonne. Najczęściej wędrowali po prostu razem, po lasach, wzgórzach i dolinach, bez rozmów i bez celu. Ale te sny były dobre, odprężające. Oprócz nich była cała masa innych, niezrozumiałych i bezsensownych. Widział oczyma wyobraźni różnego rodzaju kształty i kolory, i przedmioty i ludzi, przeplatających się ze sobą w szaleńczych kombinacjach. Aż dziwne, że jeszcze przed wyjazdem, ledwie pamiętał poszczególne sny i nie przywiązywał do nich najmniejszej wagi. Teraz rozpamiętywał każdy jeden, analizował je, czasem przez całe dnie męczącego marszu. Stały się one dla niego sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, na chwilę zapomnienia o otaczającym go świecie i niekończącej się wędrówce.
Wstał powoli, krzywiąc się mimowolnie i z trudem powstrzymując jęk bólu, cisnący mu się na wargi. Wędrować zresztą też było im ciężej, bo Amir kilka dni temu skręcił nogę. Poruszał się wolniej, mniej sprawnie i musiał częściej wypoczywać. Na domiar złego, zaczął gorączkować. I chociaż w swoim życiu doświadczył już niejednej rany czy urazu, znacznie poważniejszego od tego, był to chyba najbardziej uciążliwy i nieznośny rodzaj bólu z jakim się zetknął. Ciężko było o nim zapomnieć, a co za tym szło, ciężko było również chodzić, siedzieć, nawet leżeć, ciężko było zasypiać, ciężko było w ogóle funkcjonować, szczególnie w takich warunkach.
Kulejąc, przeszedł kilka metrów i usiadł nad rzeką. Jęknął głucho, pocierając opuchniętą i zaczerwienioną kostkę, obwiniętą jakimiś szmatami, stanowiącymi prowizoryczny opatrunek. Co prawda potomek wilków biegał za nim z początku, to z liściem takiej rośliny, to znów innej, przekonując, że to zmniejszy ból, ale ostatecznie nic nie pomagało, a Nadim z zawstydzeniem przyznał, że nigdy nie interesował się specjalnie tego typu sprawami, więc radzili sobie tak, jak mogli. Amir rozplątał materiał i odłożył go na bok, z przymkniętymi powiekami, masując nieustannie obolałe miejsce.
Myślał o wuju i Hadrinie. Za dnia, podczas wędrówki, całkiem wyczerpany, zapominał o swojej tęsknocie i nie wracał do nich pamięcią równie często, co wcześniej. Ale oni wracali do niego, w snach, w wyobrażeniach, w różnego rodzaju obawach. Zastanawiał się, jak im się wiedzie bez niego, czy dają sobie radę... No cóż, wuj z pewnością dawał sobie radę, gorzej z Hadrinem. Chociaż z drugiej strony, Ludwik nie był już młody. Mógł zachorować. Chociaż wtedy z pewnością znalazłby oparcie w swoim drugim siostrzeńcu. A ten, w razie potrzeby, w wuju. Więc chyba żyło im się dobrze...
Usłyszał szmer i nim zdążył się odwrócić, już dostrzegł Nadima, siadającego tuż obok niego, na trawie. Spojrzał na niego pytająco.
-Noga ci dokucza...?- zainteresował się potomek wilków, wpatrując się w niego z uwagą.
-Nie- skłamał cicho Amir. Wolał zostać sam- Chciałbym odetchnąć świeżym powietrzem...
-Uniemożliwiam ci oddychanie...?- zachichotał Nadim, niczym nie zrażony.
Amir parsknął z rozbawieniem i pokręcił głową.
-Nie rozumiesz subtelnej aluzji, żebyś sobie poszedł, prawda...?
Potomek wilków zaśmiał się znowu, najwyraźniej rozumiejąc, ale bezczelnie wcale nie zamierzając odchodzić. Chwycił za zniszczony materiał, służący za opatrunek mężczyzny i podszedł bliżej rzeki. Zwilżył go wodą i podał Amirowi. Ten przyłożył go sobie do kostki i syknął z bólu, czując jak lodowaty dreszcz przebiega przez całe jego ciało. Już po chwili zaczął jednak odczuwać ulgę.
-Jest gorzej niż było- ocenił Nadim, siadając z powrotem przy swoim towarzyszu- Myślę, że powinniśmy tu zostać na dzień albo dwa... Niedobrze byłoby, gdybyś zrobił sobie coś poważnego. W końcu mamy jeszcze dużo czasu...
Amir prychnął cicho.
-Och, jasne... W optymistycznej wersji, jakieś siedemdziesiąt lat...
Nadim uniósł kąciki ust i pokręcił głową.
-Przecież mamy już trzy kryształy.
Amir zamyślił się na chwilę.
-No tak...- odparł wreszcie- Sądząc, po czasie w jakim udało nam się je zdobyć, siedemdziesiąt lat może przy odrobinie szczęścia rzeczywiście wystarczyć...
Nadim zaśmiał się lekko i położył, opierając głowę na rękach i spoglądając w niebo. Amir zerknął na niego ukradkiem. Ciekawe, czy pies tęsknił za domem równie mocno, jak on. Za Canisem, swoimi przyjaciółmi, rodziną... Zresztą, czy on miał w ogóle jakąś rodzinę, poza wujem? Aż dziwne, że do tej pory o to nie zapytał. Poruszali najdziwniejsze tematy świata, a żadnemu z nich nie przyszło do głowy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o swoim towarzyszu.
-Piękne dziś niebo...- westchnął Nadim z łagodnym uśmiechem- Tyle gwiazd... My wierzymy, że jest ich dokładnie tyle, ile istot żyjących na ziemi- zdawało się, że słowa potomka wilków są niczym więcej, jak tylko kolejną prowokacją do rozmowy- Że stworzył je nasz bóg, by uczcić swoje dzieło... Dlatego ja nie boję się, że nie zdążymy odnaleźć fragmentów na czas. Jestem pewien, że nasz bóg... Nasi bogowie...- poprawił się po chwili, spoglądając znacząco na mężczyznę- Nas wspierają.
Amir parsknął tylko, uśmiechając się z politowaniem. Przyzwyczaił się już, że jego towarzysz od czasu do czasu, w iście melancholijnym uniesieniu, powtarzał tego rodzaju rzeczy i niespecjalnie miał już ochotę się o to spierać.
-O co chodzi?- zapytał Nadim- Przecież wy też wierzycie, że wasi bogowie was wspierają, prawda? Nie macie legend, opowieści...?
-Owszem, mamy...- odparł leniwie Amir. On sam na wszelki wypadek, od czasu do czasu, gdy sobie przypomniał, zwracał się do bogów z prośbą o to, by nie szykowali im zbyt okrutnych niespodzianek. Robił to właściwie przez przezorność, by nie narazić się na ich gniew, chociaż w duchu sam niespecjalnie wierzył w skuteczność swoich modłów- Ale te opowieści zawsze wydawały mi się mocno przesadzone...- z tego samego powodu, przesadzone wydawały mu się rytuały, obrzędy, świątynie, kapłani i cała reszta spraw związanych z kultem poszczególnych bóstw- W końcu dlaczego bogowie mieliby zajmować się istotami, które stworzyli przez przypadek...?
Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Jak to?- zdumiał się.
-Skoro bogowie stworzyli ludzi przez przypadek, nie sądzę, by interesowali się specjalnie ich losem, a w ich dobre intencje wątpię coraz bardziej...- mruknął Amir, a że ziemia nie drżała i nie usłyszał żadnych gromów, kontynuował już śmielej- Jestem raczej gotów uwierzyć w to, że bawią się ich życiem, albo w ogóle w nie nie ingerują... Sądzę, że nieśmiertelne istoty, mają lepsze rzeczy do roboty, niż obserwować błahe konflikty i starania nędznych śmiertelników...
-Nie rozumiem...- odparł potomek wilków, marszcząc brwi- My wierzymy, że nasz bóg stworzył nas celowo... Że po skończeniu swojego idealnego dzieła, jakim był świat, postanowił umieścić w nim istoty, które mogłyby cieszyć się na co dzień jego pięknem...
-A my wierzymy, że zostaliśmy stworzeni przez przypadek- powtórzył dobitnie mężczyzna.
Milczeli obaj przez chwilę.
-No tak...- odezwał się w końcu Nadim, parsknąwszy pobłażliwie- To o czymś świadczy...
-Owszem- zgodził się kąśliwie Amir- Na przykład o przyczynach waszego przekonania o własnej wyższości...
-Albo o mentalności waszych bogów. Śmiechu warte, słowo daję, najwyższe i najpotężniejsze istoty, które tworzą cokolwiek przez przypadek, o mój boże... Co to w ogóle za bogowie?
-Tacy, którzy istnieją- odpowiedział z ironicznym uśmiechem mężczyzna- I tacy, którzy nie są wszystkim.
-To zupełnie nie ma sensu.
-Mylisz się, psie, ale z racji tego, że mylisz się nieustannie, nie zwracam już na to najmniejszej uwagi... Wysil się chociaż raz i pomyśl racjonalnie... Dlaczego jakaś istota, która jest w stanie zrobić wszystko i to najlepiej, jak tylko potrafi, miałaby stworzyć inne istoty, małe, słabe, śmiertelne, irytujące jak diabli, które w dodatku będą się do niej zwracać z każdą pierdołą, przez całe wieki, aż do końca świata...? Jeżeli wasz bóg zrobił coś takiego celowo, to albo jest masochistą albo kretynem. Ach, no i jeszcze ewentualnie nie istnieje, ale tego jakoś nie bierzesz pod uwagę, więc...
-Nasz bóg stworzył wszystko według swojego planu- odparł Nadim, wyraźnie oburzony słowami towarzysza- On jest doskonały i to, co powstało z jego rąk, także takie jest.
-Przebywając w twoim towarzystwie jakoś nie zwróciłem uwagi...
-Szkoda.
-Wiesz, co ci powiem, psie?- zaczął Amir, wzdychając ciężko- Wymyśliliście sobie tego twojego boga, bo potrzebujecie mieć świadomość kontroli. Potrzebujecie wierzyć w to, że jest jakaś sprawiedliwa siła, która stworzyła świat, was i trzyma nad wszystkim piecze. Jesteście tak bardzo słabi, że boicie się przyznać, że wasz los jest w waszych rękach.
-A wiesz, po co wy wymyśliliście waszych bogów?- Nadim spojrzał na niego lodowato- Żeby mieć na wszystko doskonałą wymówkę. Bo jeżeli sami bogowie są jacy są, toczą nieustanne wojny, konflikty, są słabi, pełni wad i dopuszczają się okrucieństw, jakich świat nie widział, cóż dopiero mówić o ich wyznawcach? Więc czujecie się dobrze z myślą, że wyrżnęliście niegdyś całe plemiona, bo przecież wasi bogowie gotowi byliby uczynić dokładnie to samo, czyż nie...? W gruncie rzeczy to wy jesteście zbyt słabi, zbyt mali, żeby wyjść poza wasze proste rozumowanie i uwierzyć w coś znacznie większego i bardziej skomplikowanego...
-Za to wy wierzycie w coś tak wielkiego i skomplikowanego, że aż sami nie jesteście w stanie tego wytłumaczyć...- zaśmiał się z politowaniem Amir- Bo wy wierzycie w boga, który jest wszystkim! Wszystkim! Boga, który jest tobą, który jest chodzącą po tobie mrówką i który jest tym nieszczęsnym ptakiem, którego upolowałeś rano i zjadłeś na śniadanie!- czy naprawdę tylko on widział, że to jest zupełnie bezsensowne?- Twój bóg jest wszystkim, może wszystko i wszystko kontroluje, a co więcej – robi to wszystko celowo, z zamysłem. A wiesz, co to znaczy? To znaczy, że z własnej woli dopuszcza do wojen, konfliktów, morderstw, gwałtów i grabieży, i że to wszystko jest doskonałe i wynika jasno z jego planu. A skoro tak jest, to może zanim następnym razem zaczniesz nas oskarżać o mordowanie twoich przodków, pogadasz ze stwórcą tego świata i ponarzekasz na jego pojmowanie dobra i sprawiedliwości, co?
-Za to wy wierzycie w bogów, którzy są dokładnie tacy jak wy – są złośliwi, namolni, okrutni, chciwi, nie znający granic, podli, podstępni, zdradliwi, zadufani w sobie i perfidni- Amir uśmiechnął się lekko pod nosem, słysząc jak Nadim w jednym zdaniu streścił wszystko to, co o nim myślał- A co za tym idzie, czcicie istoty, które same w sobie są symbolem waszych słabości. Hołdujecie swoim wadom i przez to nie chcecie się ich wyzbywać, a wręcz umacniacie w sobie przekonanie, że są one naturalne, bo w końcu wasi bogowie czynią dokładnie tak samo. Brak wam odpowiednich wzorców.
Mężczyzna skwitował ten wywód ironicznym uśmiechem. Za to potomkowie wilków mieli idealny wzorzec w postaci ich największego ciemiężyciela, którego wciąż traktowali bardziej jak bohatera niż tyrana – Fortisa. Oprócz tego mieli jeszcze boga, który jest wszystkim, a więc boga, który sam w sobie był także owym ciemiężycielem i wszystkimi innymi ciemiężycielami, którzy kiedykolwiek chodzili na tym świecie. Oczywiście był przy tym także wszystkimi wybawicielami i dobroczyńcami, co samo w sobie już świadczyło o tym, że chyba ma nie do końca po kolei w głowie.
-Nie powinniśmy się chyba spierać o takie rzeczy...- odezwał się w końcu Nadim, spoglądając na swojego towarzysza z uwagą. Uśmiechnął się do niego lekko, natrafiając na jego wzrok- Wiesz, może różnimy się pod wieloma względami, mamy inną kulturę, inne obyczaje, wierzymy w coś innego... I może nasi bogowie też są pozornie różni, ale w gruncie rzeczy może ich łączyć więcej, niż sądzimy, więc... Więc może pozostańmy przy naszym rozumieniu pewnych kwestii, skupiając się na tym, co najważniejsze.
-Czyli na czym...?
-Na tym, z czym walczą i nasi bogowie i my wszyscy.
-Czyli...?- nie rozumiał wciąż mężczyzna.
-Myślę, że chodzi o zło.
-Zło- powtórzył głucho Amir. Zło, podobnie jak dobro, było dla niego słowem o dość mglistym znaczeniu, które każdy przypisywał do różnych zachowań i ludzi, wedle własnych upodobań i systemu wartości.
-Mhm...- potwierdził spokojnie potomek wilków, wpatrując się w niebo. I nie minęła dłuższa chwila, nim zaczął mówić- Kiedy byłem mały, Canis powiedział mi, że w momentach strachu, powinienem zamknąć oczy, leżeć w bezruchu i nie reagować na nic, co będę czuł lub słyszał.
-I czemu to niby miało służyć...?- zaśmiał się z politowaniem mężczyzna.
-Canis zawsze mówił, że zło atakuje nasze zmysły. Usiłuje nas przerazić albo skusić. Dlatego często tuż przed snem słyszymy w swojej głowie jakieś głosy albo czujemy czyjś dotyk... To próba zwrócenia naszej uwagi.
-Wiesz, jeżeli czujesz czyjś dotyk przed snem, proponuję się obudzić...- odparł pobłażliwie Amir- Zawsze może to być jakiś szaman, który uznał, że nie żyjesz...
Nadim zachichotał cicho.
-Tak czy inaczej, miał rację. Od tamtej pory, gdy coś mnie przerażało, gdy widziałem coś, czego nie potrafiłem sobie wyjaśnić albo wydawało mi się, że coś znajduje się blisko mnie, ukryte w ciemnościach... Zamykałem oczy i usiłowałem zasnąć.
Amir parsknął cicho. Więc szkoda, że potomek wilków nie zrobił tego samego tej nocy, której rzekomo widział te dziwne kreatury, tańczące na leśnej polanie. Może wtedy zrozumiałby, że nie były niczym więcej, jak tylko jego wyobrażeniem i nie opowiadał podobnych bzdur kolejnym pokoleniom.
-Twoim zdaniem tak wygląda zło, psie...?- rzucił, kręcąc z niedowierzaniem głową i wzdychając głęboko. Nadim spojrzał na niego z zainteresowaniem- Twoim zdaniem zło to jakieś głosy, obrazy, dźwięki...?- uniósł brew w geście politowania- Zło, psie, to nie są złudzenia czy wyobrażenia zmęczonego umysłu. Zło to nie jest jakaś mityczna siła, która chce cię zniewolić czy przerazić. Wiesz czym jest zło? Zło to matka, która zabija własne dzieci. Zło to szaman, który zajmuje się zwłokami w sposób, w jaki zwłokami zajmować się nie powinno. Zło to bierność ludzi, którzy pozwalają na to, by ich bliskim działa się krzywda. A nie jakieś tańcujące, śmieszne stworki czy demony- wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i zapominając o wszystkim, podniósł się gwałtownie i aż wrzasnął z bólu, by zaraz zachwiać się i upaść z powrotem na trawę- Przeklęty psie...- wycedził przez zęby z trudem- Tak bardzo mnie denerwujesz, że aż zapominam o...
-... skręconej kostce?- dokończył potomek wilków, uśmiechając się niemalże z satysfakcją.
Amir potwierdził jego słowa skinieniem głowy.
-Chociaż ty zapewne potraktowałeś to jako komplement, co...?- jego towarzysz uśmiechnął się bezczelnie w odpowiedzi- Masz szczęście, że tak bardzo mnie boli, bo powiedziałbym ci coś niemiłego...
Potomek wilków zaśmiał się lekko, wstając.
-Chodź- rzucił, wyciągając w jego kierunku dłoń- Pomogę ci.
-Zachowaj tego rodzaju uprzejmości dla wiejskich dziewoi...- odmruknął niechętnie Amir.
-Uprzejmość jest moją cechą wrodzoną i jestem pewien, że nie zabraknie mi jej dla nikogo- odparł gładko Nadim, uśmiechając się pogodnie.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę, po czym oparł się na dłoni towarzysza i wstał. Potomek wilków objął go mocno wokół pasa, odprowadzając powoli z powrotem do namiotu.
I to była niemalże pełnowymiarowa współpraca.

Amir usiadł przed namiotem i z niewielkiego zawiniątka wyjął kawałek suchego pieczywa. Wgryzł się w nie, ze znudzeniem obserwując krzątającego się dookoła Nadima. Ich poranki też zazwyczaj wyglądały dokładnie tak samo, szykowali się do wędrówki albo zajmowali zdobywaniem pożywienia. Tym razem jednak miało być inaczej. Potomek wilków postanowił już, że zostaną na miejscu jeszcze dzień czy dwa i chociaż Amir zapierał się początkowo rękami i nogami (a właściwie jedną nogą, bo druga nie była w najlepszym stanie), w rzeczywistości nawet mu to odpowiadało. Potrzebował czasu, by złapać oddech i wypocząć po kolejnych rewelacjach serwowanych im przez bogów, niebiosa czy też przeznaczenie, co kto woli. Chociaż z drugiej strony, niewiele miał do roboty, a i jego stan nie bardzo umożliwiał mu znalezienie sobie jakiegoś twórczego zajęcia. A że nie umiał długo usiedzieć na jednym miejscu, wstał w końcu i oświadczył swojemu towarzyszowi:
-Idę się wykąpać.
-Poczekaj- odparł Nadim, przynosząc z pobliskiego lasku drewno na opał.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Na co?
-Na mnie- potomek wilków zatrzymał się na chwilę i uśmiechnął do niego lekko- Obrócę jeszcze dwa razy w tę i z powrotem i pójdziemy razem.
Mężczyzna aż zaniemówił, sam nie do końca potrafiąc określić, czy poczuł się oburzony, czy zażenowany.
-Jak to... „na mnie”...?- powtórzył, marszcząc brwi.
Nadim spojrzał na niego i widząc jego minę, wybuchnął śmiechem.
-No po prostu- odpowiedział, jakby jego propozycja była czymś najbardziej naturalnym w świecie- Nie gubię masowo sierści, jak zdążyłeś zauważyć, więc to chyba nie będzie problem- dodał z rozbawieniem, najwyraźniej sądząc, że to tak obruszyło mężczyznę.
-Nie zamierzam się z tobą kąpać!- prychnął Amir, coraz bardziej zdenerwowany i zawstydzony jednocześnie. Na jego twarzy pojawił się wyraźny rumieniec.
-Dlaczego nie?- zdziwił się Nadim.
-Bo... Bo... Co to jest w ogóle za pytanie?!- huknął na niego mężczyzna. Potomek wilków zamrugał, nieco zdezorientowany, wzruszając bezradnie ramionami- To... To... To jest co najmniej niestosowne!- stwierdził kategorycznie Amir, nie potrafiąc jednak znaleźć żadnych bardziej trafnych argumentów.
-Co jest niestosowne...?- Nadim spoglądał na swojego towarzysza z taką miną, jakby poważnie martwił się o jego zdrowie psychiczne- Kąpiel dwóch mężczyzn jest niestosowna...?- z niewiadomych powodów, Amir spąsowiał jeszcze bardziej- To chyba normalne... Gdybym był kobietą miałbyś się czego wstydzić, ale skoro obaj jesteśmy...
-Psie, po prostu nie mam na to ochoty!- przerwał mu z irytacją mężczyzna.
-Na kąpiel...?
-Na kąpiel z tobą!
-W porządku, w porządku...- potomek wilków zaśmiał się lekko, unosząc dłonie w obronnym geście- Jak wolisz.
-Świetnie...- burknął jedynie Amir.
Jego towarzysz rozsiadł się wygodnie na trawie, przed namiotem, spoglądając na niego z uwagą.
-Czy chcesz mi powiedzieć, że masz z tym... mały problem...?- zapytał, a na jego wargach pojawił się złośliwy uśmieszek.
-Że co?- zdumiał się mężczyzna.
Nadim poruszył brwiami w sposób aż nazbyt znaczący.
Amir nie miał pojęcia, czy zawstydzenie ma jakiekolwiek granice, ale jego chyba osiągnęło szczyty.
-Nie mam pojęcia, o czym ty bredzisz, psie...- wycedził przez zęby ze złością- A zresztą... To nie twój interes...
-Masz rację... Twój interes należy tylko i wyłącznie do ciebie...
-Kretyn.
-Panna na wydaniu.
Po odbyciu tradycyjnej wymiany uprzejmości, Amir ruszył wzdłuż rzeki, szukając dla siebie odpowiedniego miejsca do kąpieli. Przez odpowiednie miejsce rozumiał przede wszystkim miejsce z daleka od potomka wilków, bo jego obecność w pewnych kwestiach stawała się dla niego co najmniej krępująca. Ale czy było w tym coś dziwnego? Też coś! To Nadim był dziwaczny z tymi swoimi niestosownymi propozycjami w których rzekomo nie widział nic niewłaściwego! A może w tym rzeczywiście nie było nic niewłaściwego...? Czyżby Amir patrzył na tę sytuację przez pryzmat swoich... nieco... nietypowych skłonności? Już sama myśl o tym zawstydziła go znowu potwornie, aż obejrzał się za siebie, chociaż odszedł już stosunkowo daleko od namiotu. Nie, z pewnością nie mogło o to chodzić. Może i owszem bywał nieco... nieco dziwniejszy... od innych dziwnych ludzi... pod wieloma równie dziwnymi względami... ale z psem...? Parsknął nerwowym śmiechem. To by dopiero było dziwactwo!
Dokuśtykał wreszcie do miejsca, które mu odpowiadało. Zatrzymał się przy krzakach, rozebrał, a następnie wszedł powoli do lodowatej wody, zanurzając się w niej do pasa. I rozmyślając wciąż o sprawach skomplikowanych i wstydliwych zarazem, obmywał bez pośpiechu swoje ciało, przymykając leniwie powieki. Po kilku minutach usłyszał jakiś dźwięk i choć w pierwszej chwili odniósł wrażenie, że mu się przesłyszało, nie minęła dłuższa chwila, aż doszedł go jakiś szmer. Odwrócił się gwałtownie w stronę lądu i dostrzegł, jak krzaki obok których zostawił ubrania, poruszają się w nienaturalny sposób.
-Psie!- wrzasnął z przerażeniem i rzeczywiście, niczym panna na wydaniu przyłapana w krępującej sytuacji, cofnął się gwałtownie, zapominając z tego wszystkiego o skręconej kostce. Ból przeszył całe jego ciało, a on zachwiał się gwałtownie i upadł do wody. Wynurzył się szybko, krztusząc się wodą i odsuwając z twarzy mokre włosy.
W krzakach wciąż coś poruszało się niespokojnie. Amir po chwili wahania, wyszedł z wody i z trudem naciągnął ubrania na mokre ciało, mając przeczucie graniczące niemalże z pewnością, że to wbrew jego pierwszym przypuszczeniom, nie jego towarzysz wybrał się na przechadzkę, żeby podglądać go z brzegu. Z najwyższą ostrożnością zbliżył się do rośliny, rozsunął powoli liście i... i zobaczył psa. Nie, nie Nadima, nie potomka wilków, ale po prostu psa, zwyczajnego szczeniaka. Chociaż może słowo „zwyczajny” nie najlepiej do niego pasowało, bo Amir nigdy dotąd nie widział równie pięknego zwierzęcia. Sierść miał idealnie białą, gładką, czystą, mimo tego, że wokół było pełno piasku i ziemi. Na jego szyi, zawieszony na nitce, wisiał maleńki, złoty dzwoneczek. Ten jednak nie wydał z siebie nawet jednego dźwięku, chociaż poruszał się za każdym razem, gdy szczeniak potrząsał głową. Amir chwycił psa na ręce i uniósł go do góry. Szczeniak szczeknął wesoło i polizał go po twarzy. Mężczyzna skrzywił się mimowolnie, opuszczając go nieco i przecierając twarz. Rozejrzał się dookoła, zdezorientowany. Minęło już kilka dni odkąd po raz ostatni natrafili na jakiegoś człowieka. W pobliżu nie było żadnej wioski czy osady. A przecież ten pies z pewnością nie był bezpański. Szanse na to, że przywędrował tutaj sam z daleka, też były niewielkie.
-Jest tu ktoś?!- krzyknął Amir, odczekując chwilę na odpowiedź- Hej! Jest tu ktoś?!
Cisza.
Mężczyzna spojrzał w dół, na trzymanego psa, a ten spoglądał na niego dużymi, czarnymi oczyma.
-I co ja mam z tobą zrobić, co...?- mruknął Amir z cichym westchnieniem, jakby oczekiwał odpowiedzi.
Szczeniak szczeknął radośnie.
Amir parsknął cicho i pogłaskał go po głowie. No to mu się trafiło znalezisko... Odczekał jeszcze chwilę, po czym ułożył psa na przedramionach i ruszył wraz z nim z powrotem do namiotu.
-Psie!- krzyknął, docierając na miejsce- Psie!- zawołał znowu, zaglądając do namiotu, ale jego towarzysza w nim nie było- Psie!- po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że zwracanie się w taki sposób do potomka wilków jest jednak nieco dziwaczne. Szczególnie, że szczeniak spoglądał na niego tak, jakby uważał, że chodzi o niego- Nadim!- zreflektował się mężczyzna, ale nie było odpowiedzi. Odetchnął głęboko.
Oczywiście, gdy miał ochotę zostać sam, potomek wilków był dosłownie wszędzie, ale gdy akurat był potrzebny – nie można było go znaleźć.
-Pewnie zaraz przyjdzie...- rzucił, zerkając na psa, jak gdyby ten mógł zrozumieć jego słowa. Postawił go na ziemi. Zwierzak zaczął biegać wokół niego, obszczekując go wesoło i merdając ogonem. Amir westchnął cicho. W końcu szczeniak zatrzymał się przed nim. Stanął na tylnych łapach, przednie opierając na nogach mężczyzny i spoglądając na niego z wyczekiwaniem- Zostań tutaj, dobrze?- zapytał Amir, cofając się odrobinę i jakby rzeczywiście było to potrzebne, dodał- Pójdę poszukać Nadima.
Ale ledwie zrobił kilka kroków, a szczeniak już był przy nim, znowu szczekając i krążąc wokół niego. Amir chwycił go i zaniósł z powrotem do namiotu, ale po raz kolejny nie udało mu się odejść daleko. Za trzecim razem, wyjął z zawiniątka resztkę chleba i podsunął ją zwierzęciu.
-Jesteś głodny...?- mruknął cicho, wpatrując się w psa z uwagą. O bogowie, nie znał się na zwierzętach. Nigdy nie czuł potrzeby, żeby jakieś posiadać, zawsze wydawało mu się to niepotrzebnym obciążeniem.
Szczeniak spoglądał na niego jeszcze przez chwilę z zaciekawieniem, po czym trącił nosem kawałek pieczywa, a następnie zaczął nadgryzać je lekko, wyraźnie jednak nie zainteresowany posiłkiem.
-Świetnie... Zostań tu- powtórzył znowu Amir i wyszedł szybko z namiotu.
Akurat w tym momencie, z lasu wynurzył się Nadim, nucąc coś pogodnie. Gdy dostrzegł swojego towarzysza, całego przemoczonego, parsknął śmiechem, ale nim zdążył chociaż otworzyć usta, by o coś zapytać, odezwał się Amir:
-Znalazłem psa.
-Co?- zdumiał się potomek wilków.
-Znalazłem psa. Zwykłego psa, na litość bogów, psie! Nadim!
Jego towarzysz uniósł brwi, ale już po chwili przechylił głowę, przyglądając się czemuś za plecami Amira. Mężczyzna odwrócił się, dostrzegając głowę szczeniaka, wyglądającego z namiotu.
-Śliczny jest...- rzucił z zachwytem Nadim- I z pewnością nie jest dziki... Gdzie go znalazłeś?
-W krzakach. Zresztą... mniejsza z tym. Pewnie się zgubił albo komuś uciekł. Ruszymy jutro w drogę i zostawimy go w jakiejś osadzie czy wiosce.
-Daj spokój, Amir- zaprotestował jego towarzysz- Przecież może zostać z nami... Tylko popatrz na niego... Chodź... No chodź...- Nadim klepnął się w uda i zagwizdał, ale pies nie zareagował z początku, a gdy w końcu się ruszył, podszedł do Amira i zatrzymał się przy jego nogach.
-Przypominam ci, że nie mamy na to czasu- mężczyzna skrzywił się mimowolnie. Ach, zresztą, komu on to tłumaczył! Temu, który jako jedyny z nich wierzył całkowicie w powrót strasznego demona i który, logicznie rozumując, powinien się go bać najbardziej, ale tracił czas na zabawy i romanse!
-Przestań... No chodź, chodź piesku...
Ale piesek nie podszedł, a zamiast tego zaczął groźnie warczeć. Amir spojrzał na niego z lekkim zdumieniem. Potomek wilków zaśmiał się serdecznie.
-Dziwne. Zazwyczaj zwierzęta mnie lubią.
-Najwyraźniej ten zna się na ludziach... i psach- odparł złośliwie mężczyzna.
-Nie, to tylko kwestia oswojenia- odparł spokojnie Nadim. Powolnym krokiem, zaczął zbliżać się w kierunku szczeniaka, który warczał coraz głośniej. Zatrzymał się przed nim wreszcie, nachylił się i wyciągnął w jego kierunku dłoń, zapewne chcąc pozwolić mu ją obwąchać. Cofnął ją jednak natychmiast, na moment przed tym, nim drobne zęby zacisnęły się gwałtownie w powietrzu. Zamrugał zdumiony.
Amir uśmiechał się wciąż, niemalże usatysfakcjonowany.
-Coraz bardziej zaczynam go lubić- stwierdził.
I chociaż przez cały dzień Nadim starał się oswoić psa, przynosiło to marne skutki. Mówił do niego, próbował do niego podejść, nawet przyniósł mu coś do jedzenia. Na nic się to jednak nie zdało. Szczeniak nadal reagował na jego widok otwartą wrogością, co wyglądało niezmiernie zabawnie, szczególnie z perspektywy Amira. Pies z niewiadomych przyczyn bardzo polubił jego towarzystwo i o ile stronił od potomka wilków, za mężczyzną biegał nieustannie, siedział przy nim, obszczekiwał go, usiłował mu wskoczyć na kolana i nie dawał się w żaden sposób przegonić. I choć z początku jego obecność i hałaśliwość budziła irytację Amira, szybko zdążył się do tego przyzwyczaić i nawet polubić towarzystwo zwierzaka.
Wieczorem, gdy ułożył się już do spania, pies położył się tuż obok niego i zaczął trącać go łapą, domagając się pieszczot. Mężczyzna głaskał go leniwie za uchem, nieco znużony, oczekując na przyjście Nadima, który zajmował się ogniskiem. Ledwie jednak potomek wilków rozchylił poły namiotu, szczeniak doskoczył do niego i na przemian to szczekając głośno, to obnażając groźnie kły, nie pozwalał się odsunąć od wejścia.
-Amir...- zaczął potomek wilków, a w jego głosie można było usłyszeć irytację- Czy mógłbyś z nim coś zrobić, proszę...?
-Mógłbym- odparł spokojnie mężczyzna.
-Więc...?- rzucił Nadim po dłuższej chwili oczekiwania.
-... Ale nie chcę...- dodał z leniwym uśmiechem Amir, ale dostrzegając rosnącą niecierpliwość swojego towarzysza, poklepał w końcu miejsce obok siebie i mruknął- Chodź tu, Mały Psie...
Szczeniak, jakby rozumiejąc doskonale, spojrzał raz jeszcze na Nadima wrogo i ułożył się znowu obok mężczyzny, przyciskając się kurczowo do jego boku. Ledwie jednak potomek wilków wszedł do namiotu i położył się na swoim miejscu, pies zaczął wyglądać przez ramię Amira i warczeć cicho.
-Nazwałeś szczeniaka Małym Psem...?- zapytał ze politowaniem Nadim.
-Mhm...
-Co za kretynizm...
-Kretynizmem byłoby nazywanie go wiewiórką. Dopóki nazywam małego psa Małym Psem, chyba wszystko jest w porządku, nie sądzisz?- Amir zerknął na niego przez ramię, sennym wzrokiem, nie mogąc jednak opanować cisnącego mu się na usta uśmieszku- A poza tym muszę was jakoś rozróżniać...
-Wiesz... Hm...- Nadim zmieszał się nieco- Myślę, że powinniśmy znaleźć dla... Małego Psa... jakiś dobry dom...
-Och, czyżby...? Czy to nie ty mówiłeś niedawno, że powinniśmy go zatrzymać...?
-Khem... Taaak... Cóż... Ale doszedłem do wniosku, że to nie są najlepsze warunki dla zwierząt...
-Mhm... Sam wiesz o tym najlepiej, więc wierzę na słowo...
Nadim zachichotał i zdzielił swojego towarzysza w plecy.
Wywołało to natychmiastową reakcję psa, który rzuciłby się na niego w obronie Amira, gdyby nie został przez niego w ostatniej chwili pochwycony.
Zapowiadała się długą noc.

Ledwie zaczynało świtać, gdy Amir poczuł, jak coś liże go po twarzy. Szybko zorientował się, że to raczej nie nieujawniony dotąd fetysz jego towarzysza. Przekręcił się na drugi bok, marszcząc brwi i krzywiąc się mimowolnie. Machnął dłonią na oślep, starając się odgonić zwierzaka, który należał jednak (jak wszystkie psy), do osobników wyjątkowo upartych.
-Mały Psie...- jęknął ze zgrozą mężczyzna, zakrywając twarz dłońmi- Idź pomęczyć kogoś innego... Idź pomęczyć Nadima...
Mały Pies, jakby rzeczywiście rozumiał jego słowa, już po chwili znudził się mężczyzną i skoczył na potomka wilków, na przemian szczekając na niego i szarpiąc nogawkę jego spodni.
-Amir, do licha...- wymamrotał jego towarzysz, podkuliwszy nogi- Zrób z nim coś.
-Niby co...?- rzucił sennie mężczyzna.
-Nie wiem. Może jest głodny.
Amir leżał jeszcze przez chwilę nieruchowo, po czym uniósł się na przedramionach, zdając sobie sprawę z tego, że chyba nie dane będzie mu spać dłużej. Szczeniak nie sprawiał wrażenia głodnego, raczej skorego do zabawy. Nie mogąc się zdecydować, to podchodził do mężczyzny, wskakiwał na niego, obwąchiwał go raz po raz, usiłował lizać po twarzy i rękach, to znów podbiegał do swojego największego wroga w postaci zupełnie niewinnego Nadima, warcząc na niego, szturchając małą łapą jego ucho, zahaczając zębami za jego rękę...
-Chodź tu, Mały Psie...- rzucił w końcu mężczyzna, poklepując miejsce obok siebie. Zwierzak spojrzał na niego zdezorientowany, jakby nie wiedział, czy nadal męczyć nieszczęsnego potomka wilków, czy podejść jednak do Amira. W końcu jednak wybrał to drugie, spoglądając na niego z ciekawością i oczekiwaniem.
Mężczyzna poklepał go po głowie i sięgnął po kawałek chleba, który dał mu wczoraj. Jednak i tym razem, pies ledwie szturchnął go nosem, nadgryzł raz czy dwa i nie jadł więcej.
Amir wyciągnął w jego kierunku dłoń i dotknął lekko złotego dzwoneczka, chcąc go dokładniej obejrzeć. Ten jednak nagle rozbrzmiał krótkim, pięknym dźwiękiem. Mężczyzna osłupiał ze zdumienia.
-Słyszałeś, psie...?- rzucił, tym razem do swojego towarzysza- Ten dzwonek zadzwonił...
Nadim parsknął śmiechem.
-No przecież jest dzwonkiem, nie...?
-Tak, ale...
Z zewnątrz doszedł go gwałtowny szum, jakby nagle zerwał się wiatr. Jednak ledwie po chwili znowu zapanowała zupełna cisza. Amir zmarszczył brwi. Ani jego towarzysz, który dalej usiłował zasnąć, ani kręcący się po namiocie szczeniak, nie zwrócili na to szczególnej uwagi. Aż w pewnym momencie, dotarł do nich chrzęst uginającej się pod czyimiś krokami trawy.
-Nadim...- syknął ostrzegawczo mężczyzna, chwytając miecz.
Jego towarzysz podniósł się natychmiast do pozycji siedzącej, wciąż zaspany i mocno zdezorientowany. Obaj spoglądali w kierunku wejścia do namiotu, które rozchyliło się nagle i ukazało im przybysza.
A raczej przybyszkę, co zapewne musiało niezmiernie uradować serce potomka wilków. Była to kobieta młoda, smukła, tak piękna, że Amir biorąc nawet pod uwagę ich nocną przygodę w gospodzie i krwiożercze towarzyszki, mógł śmiało powiedzieć, że nigdy nie widział piękniejszej. Suknię miała długą, białą i również idealnie czystą. Włosy długie i ciemne, twarz owalną, kolorem ledwie odróżniającym się od stroju. Oczy miała jasnobłękitne, duże, okolone wianuszkiem rzęs, nos maleńki i prosty, usta bladoróżowe. I chociaż nawet nie widział twarzy swojego towarzysza, zbyt pochłonięty przyglądaniem się kobiecie, już oczyma wyobraźni dostrzegał jego minę. Skoro nawet na nim ta pani zrobiła tak duże wrażenie, jego towarzysz pewnie już postradał rozum.
-Wybaczcie, panowie...- rzuciła jedwabistym, lekko rozbawionym głosem- Ale chyba macie mojego pieska...- i powiedziawszy to, wyprostowała się i odeszła nieco, jakby na nich oczekując.
Obaj spojrzeli na siebie, mocno zaszokowani. Nadim chyba dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że jest ubrany zaledwie w spodnie i chociaż nigdy specjalnie nie przeszkadzało mu paradowanie wszem i wobec w strojach dziwacznych, niekompletnych, a nawet w ogóle bez żadnego stroju, budząc zgorszenie swojego towarzysza, nagle przejął się bardzo. Chwycił szybko za koszulę i zaczął się pospiesznie ubierać, odgarnął splątane włosy z twarzy, wygładził pomięte nogawki. Amir przyglądał się temu z mieszaniną politowania i niesmaku, niemalże w geście swoistego protestu, nie przebierając się wcale, chwycił po prostu za szczeniaka, chcąc go podać towarzyszowi, ale ten, jakby zapominając o psie, już wyczołgał się z namiotu.
-Ona nie mówiła o tobie...- wycedził przez zęby Amir. Szczeniak spojrzał na niego spojrzeniem, wyrażającym niemalże współczucie. Mężczyzna westchnął głęboko.
Wychodząc z namiotu, usłyszał słowa kobiety:
-To pan odnalazł mojego psa...? Bardzo dziękuję...
-To ja go odnalazłem- przerwał jej szorstko Amir, wstając- I nie ma za co.
Kobieta spojrzała na niego chłodno i bez zbytniej uwagi, ignorując zupełnie jego słowa. Uśmiechnęła się do potomka wilków, wyciągając w jego kierunku dłoń, którą ten uścisnął aż nazbyt ochoczo, a następnie ucałował lekko, wywołując uśmiech satysfakcji na twarzy przybyszki.
-Bardzo miło mi pana poznać... Nigdy chyba dotąd nie miałam okazji spotkać istoty tak... fascynującej i...
-Cała przyjemność po naszej stronie- mężczyzna stanął przed Nadimem i wcisnął ciemnowłosej w dłonie jej zwierzaka- Do widzenia.
Spojrzała na niego z oburzeniem i nagle, jej wzrok zatrzymał się na klatce piersiowej mężczyzny. Gdy Amir zorientował się, na co patrzy, było już za późno.
Na jej wargach pojawił się lekki uśmiech.
-Wiem, czego szukacie...- stwierdziła, akurat w momencie, gdy Amir chwycił za pojemnik z kryształami, chcąc ukryć go w dłoni.
-Wiesz, pani, gdzie są fragmenty kryształu...?- zainteresował się Nadim, a jego towarzysz spojrzał na niego z poirytowaniem. Co za kretyn, co za kompletny kretyn!
Kobieta skinęła głową.
-Mogę wam pomóc.
Nim Nadim zdążył choćby otworzyć usta, Amir warknął:
-Nie dziękuję, pomożemy sobie sami. Do widzenia- powtórzył stanowczo.
-Amir!- potomek wilków posłał mu karcące spojrzenie.
-Jak wolicie, panowie... Jak wolicie...- pani wzruszyła ramionami i odwróciła się, a następnie niespiesznym krokiem ruszyła w kierunku lasu.
Amir zatrzymał przy sobie swojego towarzysza i syknął półgębkiem:
-Padło ci na głowę...? Co ty wyrabiasz?
-Co ty wyrabiasz?- Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia. Wyrwał mu się i ruszył biegiem za kobietą, która już zniknęła w lesie.
Mężczyzna wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i ruszył wzdłuż rzeki. Był wściekły. Przeklęty Nadim. Żeby go szlag trafił i jego idiotyczne zachowanie! Wystarczy, żeby się pojawiła jakaś siksa i już mu odbija! Na co demon, na co podstępne sztuczki, na co knucie! Wystarczy Nadimowi podesłać panienkę i już całą ostrożność diabli biorą!
-Amir! Amir!- usłyszał wołanie towarzysza, ale nie odwrócił się nawet, a wręcz przyspieszył kroku. Potomek wilków dogonił go, idąc tuż obok niego- Jesteś z siebie zadowolony?- rzucił, rozgniewany- Nie mogłem jej znaleźć, nie wiem, gdzie zniknęła.
-Całe szczęście.
-Ona mogła nam pomóc!
-Albo poważnie zaszkodzić.
-Jaki masz znowu problem?
Amir zatrzymał się gwałtownie.
-Chcesz wiedzieć, jaki mam problem?!- warknął, zdenerwowany- Mam problem z tobą! Gdyby na jej miejscu stał facet, dwa razy zastanowiłbyś się nad tym, co wyrabiasz i doskonale byś rozumiał, o co mi chodzi! Ale to jest kobieta, a ty na widok kobiety tracisz rozum!
-O czym ty w ogóle mówisz?!- prychnął bez zrozumienia Nadim- Wiedziała, gdzie są kryształy!
-Tak...?- mężczyzna uśmiechnął się drwiąco- Dziwne, że przypomniała sobie o tym dopiero, gdy je zobaczyła. A może raczej dopiero, gdy jej o nich wypaplałeś!
-Może trzeba było chociaż wysłuchać, co ma do powiedzenia!
-Ciekawe po co?
-Bo mamy zebrać wszystkie kryształy!
-No właśnie Mamy zebrać kryształy, a nie romansować z jakimiś panienkami- odparł lodowato Amir- Mam wrażenie, że coraz częściej o tym zapominasz.
Nadim parsknął tylko, kręcąc głową.
-W ogóle nie rozumiem, o co ci chodzi- stwierdził.- Przyszła tutaj, może chciała się odwdzięczyć za odnalezienie psa...
-... Och, rzeczywiście! Że też na to nie wpadłem!...
-... a ty zacząłeś zachowywać się jak kretyn! Nie miałeś żadnych podstaw, żeby jej chociażby nie wysłuchać!
-Nie miałem?- Amir udał zdumienie- Hm... Zastanówmy się chwilę... Pojawia się tutaj jakaś panienka, nie wiadomo skąd, a zgodzisz się ze mną, że nie wyglądała raczej na zbłąkanego wędrowca i od razu oferuje nam swoją pomoc. Uważasz, że to normalne?
-A dlaczego miałaby mieć złe zamiary?- nie rozumiał wciąż potomek wilków.
Amir warknął coś gniewnie pod nosem.
-Ponieważ, psie...- wycedził w końcu przez zęby, siląc się na spokój- … o czym powinieneś wiedzieć najlepiej, ludzie nie zawsze mają dobre zamiary, a śmiem twierdzić, że przez te kilka minut nie poznałeś jej jeszcze na tyle dobrze, by wiedzieć, o co jej chodzi. Zresztą, nawet nie wiemy czy była człowiekiem...
Nadim prychnął z oburzenia.
-Ach, tak...- odparł kwaśno- Więc o to chodzi.
-O co chodzi...?- zapytał Amir, zbity z tropu.
-Jesteś uprzedzony!- krzyknął jego towarzysz, dezorientując go jeszcze bardziej- Jeśli to człowiek, to owszem, można mu wierzyć, ale jeśli potomek wilków albo... albo jakaś leśna nimfa to...
-Leśna nimfa!- mężczyzna wybuchnął gromkim śmiechem- A to dopiero! Masz niezłą fantazję, psie, doprawdy! Leśna nimfa! Lepiej módl się do tego twojego boga, żeby rzeczywiście tak było, bo jak na moje oko, to z lasami miała ona niewiele wspólnego!
-Nie zmieniaj tematu!- warknął Nadim- Przez ciebie mogliśmy stracić szansę na odnalezienie kolejnego fragmentu!
-Albo ocaliłem nam życie, ale to jak widać nie przyszło ci do głowy, o jaśnie nie-uprzedzony psie- odparł ironicznie Amir.
-A w jaki niby sposób twoje zachowanie miało ocalić nam życie?!- parsknął z niedowierzaniem potomek wilków- Może mi to wreszcie wyjaśnisz, co?
-Bardzo chętnie- warknął Amir, przez chwilę rozważając najskuteczniejszą metodę wyjaśniania – za pomocą pięści. W końcu jednak opanował się i zaczął- Pomyśl przez chwilę, psie... Wiem, że jest ci trudno, bo twoją główkę zaprząta teraz raczej jakaś leśna nimfa, ale mimo wszystko postaraj się...- uśmiechnął się drwiąco- To ty wierzysz w powrót tego demona. Więc, logicznie rzecz biorąc, to ty powinieneś kierować się większą ostrożnością, czyż nie? Bo w końcu ten demon chyba będzie się starał nas jakoś powstrzymać prawda...? Mamy już trzy fragmenty. Nie jeden, nie dwa, więc chyba trudno uznać, że wpadły nam w ręce przez przypadek. W dodatku jesteśmy wybrańcami. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że pradawna, potężna istota, jest na tyle durna, by nie zorientować się, że ktoś szuka fragmentów albo nie próbować zebrać ich samodzielnie? A tak właściwie, to gdzie jest ten cały demon, co?- zapytał otwarcie.
-Co masz na myśli...?
-Chyba powinien nam jakoś dać o sobie znać, nie sądzisz...? W końcu obudził się po tak długim czasie i póki co, jego numerem popisowym było zaćmienie słońca, którym, jak sądzę, chciał dać nam znak, że żyje- zironizował- A teraz nic, cisza. Ani zaćmienia, ani deszczy, ani gromów, niczego. Naprawdę się nami nie przejmuje? Jeszcze się nie zorientował, że zapewne ktoś będzie chciał go powstrzymać? Czym jest tak bardzo zajęty, co? Uciął sobie drzemkę, popija herbatkę z twoim bogiem, który jest wszystkim...?
-Co ty w ogóle wygadujesz...- Nadim pokręcił głową, wpatrując się w niego z rozczarowaniem.
-Mówię prawdę- odparł szorstko mężczyzna- Ten demon to jedna wielka bajka, nikt w niego nie wierzy, nawet ty sam, bo wtedy zachowywałbyś się trochę bardziej odpowiedzialnie.
-Od samego początku wiedziałem, że tak będzie...- potomek wilków cofnął się nieco.
-Jak będzie?
-Jesteś uprzedzony, małostkowy, brak ci wiary w cokolwiek!- wybuchnął Nadim- Sądziłem, że nasza współpraca będzie niemożliwa i jak widać, wcale się nie pomyliłem!
-Więc trzeba sobie było znaleźć innego współpracownika!- odparł z wściekłością Amir- Och, wybacz, zapomniałem! Przecież jestem „wybrańcem”! Co w wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej tyle, że byłem jedynym człowiekiem, który mimo braku wiary w te wszystkie bzdury, które wygadujecie, był gotów dla świętego spokoju zareagować!
-Posłuchaj mnie uważnie...- wycedził przez zęby Nadim, przysuwając się do niego- Nie musisz mnie lubić, nie musisz mnie nawet szanować, nie musisz wierzyć w demona ani rozumieć tego, w czym uczestniczysz. Ale nie wchodź mi w drogę. Bo dla mnie, to coś więcej niż tylko brednie i zabawa. I jeżeli nie chcesz, wcale nie musisz ze mną współpracować.
-Świetnie- odparł szorstko Amir.
-Świetnie!- prychnął Nadim.
Obaj rozeszli się w dwie różne strony, Nadim w kierunku lasu, Amir wzdłuż rzeki.
I obu dopadło uczucie przygnębienia, które przesłaniane chwilowo przez gniew, jeszcze nie dało o sobie znać.

Leżeli obaj zwróceni do siebie plecami, przyciśnięci kurczowo do przeciwnych końców namiotu, chcąc uniknąć chociażby przypadkowego dotknięcia. Pomiędzy nimi leżał zmięty koc, którego żaden z nich nie ruszył, jakby w obawie, że ten drugi będzie sobie rościł do niego pretensje. I chociaż była już późna noc – żaden z nich nie spał.
Amir nie potrafił zmrużyć oka. Rozdrażniony do granic możliwości, czekał chociaż na jedno słowo potomka wilków, a każda kolejna minuta ciszy doprowadzała go do szału. I sam już otwierał usta, chcąc rzucić jakieś przekleństwo czy obelgę w kierunku towarzysza, ale zaraz powstrzymywał się przed tym, jak gdyby miało być to kapitulacją, jego porażką. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego zaistniała sytuacja denerwuje go tak bardzo. W końcu jako człowiek kłótliwy i dość pamiętliwy, przyzwyczajony już było do naprawdę poważnych sporów, w dodatku zakończonych niekiedy zerwaniem stosunków z jegomościem, czasem nawet dobrym znajomym, który pozwolił sobie na coś niedopuszczalnego. Teraz chodziło jednak o psa. I o spór, który można by określić mianem dziecinnego niemalże. Nawet, jeśli nie będzie się odzywał, cóż z tego? Czy to im do czegoś potrzebne? Przynajmniej Amir nie będzie musiał wysłuchiwać tych bredni, bajek, opowieści, potępiających słów względem własnej rasy i pełnych zachwytu względem potomków wilków. A więc same pozytywy! Odpocznie trochę od niego, nie będzie później rozpamiętywał tego, co usłyszał, może będzie nieco bardziej samotny, ale żadna strata! I chociaż nieustannie powtarzał to sobie w myślach, uczucie poirytowania wciąż go nie opuszczało.
-Psie...- zaczął w końcu powoli, a w tych okolicznościach, wiele kosztowało go odezwanie się pierwszemu.
-Hm...?- usłyszał cichy pomruk towarzysza.
-Śpisz?
I tak wiedział, że ten przez równie długi czas nie zmrużył oka. Za dobrze znał potomka wilków i jego zachowania, by nie zdawać sobie z tego sprawy.
-Nie...- padła ostrożna odpowiedź, ale w głosie Nadima nie dało się już wyczuć ani gniewu ani zdenerwowania.
Amir milczał długą chwilę, znowu walcząc ze samym sobą, o każde słowo, które cisnęło mu się na usta. A pomysłów miał bardzo wiele, od zwykłych przeprosin, które wydawały mu się jednak nie do przełknięcia, aż po wszczęcie kolejnego, równie bezowocnego sporu. Żadna z opcji mu się nie podobała i nie potrafił ich ze sobą pogodzić.
-Pomyślałem sobie...- zaczął więc z wahaniem- Pomyślałem sobie, że mógłbyś mi opowiedzieć o Fortisie...
Usłyszał, jak potomek wilków przewraca się na drugi bok. Zrobił dokładnie to samo i na twarzy towarzysza zobaczył zdumienie.
-O Fortisie...?- powtórzył Nadim.
-Mhm... Doszedłem do wniosku, że... że może... może łatwiej będzie mi uwierzyć, jeśli usłyszę, o co dokładnie chodziło...- odkaszlnął z zażenowaniem.
Potomek wilków parsknął z niedowierzaniem.
-Naprawdę nie znasz tej historii...?
-Obiła mi się o uszy- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna- Ale chyba zdążyłeś zauważyć, psie, że bajki nieszczególnie mnie interesują...
Cóż, może gdyby wiedział, jak szybko okaże się, że mają wpływ na jego życie, interesowałby się nimi bardziej.
-Zauważyłem...- potwierdził z rozbawieniem Nadim. Milczał przez chwilę, jakby zastanawiał się od czego zacząć- Więc... Hm... Myślę, że powinieneś przede wszystkim zdawać sobie sprawę z tego, jak wyglądał wtedy nasz świat. Bo nie wszystko było takie, jak teraz... Nie byliśmy wtedy jednym plemieniem- przyznał cicho, jakby ze wstydem- Można by więc powiedzieć, że jedynym dobrym skutkiem waszej inwazji było nasze zjednoczenie...- dodał, uśmiechając się ironicznie- W każdym razie, każda osada miała swoje własne sprawy, swoje interesy... Jedne były silniejsze i bardziej wpływowe, inne słabsze... Niektóre posiadały własną armię, wojowników, ale zazwyczaj służyli oni wyłącznie demonstracji siły. Wojny, czy też raczej walki, jakie toczyły się pomiędzy plemionami nie miały na celu podboju nowych ziem czy zwiększania wpływów. To był najczęściej pokaz potęgi i nic więcej. W rzeczywistości panował wtedy niemalże zupełny pokój. Fortis żył w nadmorskiej osadzie, bardzo niewielkiej i spokojnej. I chociaż w pozostałych miejscowościach, potomkowie wilków mieli z ludźmi niewiele wspólnego, mieszkańcy tej osady dobrze ich znali. Ludzie przypływali łodziami, by z nimi handlować, czasem zatrzymywali się na dłużej. Nie było między nimi większych konfliktów.
Amir skinął głową w milczeniu. Dobrze słuchało się ściszonego lekko głosu Nadima i patrzyło się na jego skupioną twarz.
-Fortis miał dwadzieścia lat, gdy musiał stanąć twarzą w twarz z własnym przeznaczeniem. Od zawsze wykazywał się niezwykłą wprost odwagą i nadmierną śmiałością, którą ówcześnie żyjący z chęcią mu wypominali...- Nadim uśmiechnął się lekko- Nie był wojownikiem. Zajmował się polowaniem, całe dnie spędzał w lesie, oddalonym nieco od osady. Walczyć jednak lubił. Pojedynkował się niekiedy, często o względy pań, a właściwie jednej... Co do której tożsamości nie ma jasności, ale podobno rzeczywiście istniała...- Amir parsknął cicho. No tak. Historia bez wątku miłosnego była historią straconą. Okropieństwo.- W każdym razie, wtedy pewnie nic jeszcze nie wskazywało na to, że stanie się największą i najważniejszą postacią w całej naszej historii. W dniu, w którym to wszystko się zaczęło, zasiedział się w lesie. Wrócił dopiero pod wieczór i już z dala dostrzegł trzy ogromne statki, stojące przy brzegu. Nie był to codzienny widok, potomkowie wilków nie budowali tego rodzaju machin, do łowienia ryb wystarczały im nieduże łódki, a i tych było niewiele. Fortis dotarł do osady i... Dostrzegł coś, co zapewne dręczyło go w snach już do końca życia. Zwłoki swojej rodziny i przyjaciół, znajomych i bliskich... To była mała miejscowość. Znał właściwie wszystkich, którzy tam mieszkali. I poznał także oprawców. Jak później twierdził, nigdy nie widział równie potężnej i ogromnej armii... Chociaż wynikało to zapewne z tego, że nigdy wcześniej nie widział żadnej. Potem okazało się, że starły się ze sobą oddziały jeszcze potężniejsze niż te, które wtedy spotkał. Dostrzegło go kilku żołnierzy. Fortis zaczął uciekać i udało mu się to. Gdy dostał się bowiem do lasu, nikt nie był w stanie go dogonić ani odnaleźć. Znał to miejsce lepiej niż ktokolwiek inny, a ludzie, nieprzyzwyczajeni do tego rodzaju warunków, zagubili się albo wrócili na zdobyte nadbrzeże. Fortis dotarł do najbliższej osady i powiedział przywódcy o tym, co się wydarzyło. Później zawędrował do kolejnej i jeszcze jednej, i jeszcze... Wszyscy jednak reagowali dokładnie tak samo. Albo nie wierzyli w jego opowieści o potędze najeźdźców albo uznawali, że to wyłączna sprawa ich sąsiadów i że im to nie zagraża. Potomkowie wilków, przyzwyczajeni do pokoju, nie potrafili ani zrozumieć, ani nawet wyobrazić sobie, by ktokolwiek mógł go rzeczywiście zakłócić. Szybko jednak przyszło im zmierzyć się z rzeczywistością.
-Czy mógłbyś... przejść do sedna, proszę...?- ponaglił go Amir, nie kryjąc znudzenia.
Nadim spojrzał na niego z politowaniem.
-Chciałeś opowieści czy suchych faktów?
-Nie sądzę, żeby w tej sprawie istniały jakiekolwiek „suche fakty”, więc kontynuuj- odpowiedział z cichym westchnieniem Amir.
Potomek wilków uśmiechnął się i mówił dalej.
-W końcu Fortis dotarł do samego centrum. Do największej miejscowości jaka wtedy istniała, najpotężniejszej, najbardziej rozwiniętej, posiadającej własną armię i mającej wpływ na to, co się dookoła działo. I stanął przed jej przywódcą, słynącym ze swej inteligencji i bardzo starym.
-Tak bardzo jak Canis?- wtrącił mężczyzna.
-Nie bądź przykry...- rzucił ostrzegawczo potomek wilków.
-Nie zamierzam. Chcę tylko wiedzieć, jak bardzo był stary.
-Bardzo.
-To znaczy ile miał lat?
Nadim westchnął ciężko ze zniecierpliwieniem.
-Nie wiem. To ma jakiekolwiek znaczenie?
-No cóż... Jeżeli trudno ustalić, ile lat miał przywódca największej osady, za to wiesz dokładnie, że pierwszą rzeczą, jaką zobaczył Fortis były statki ludzi to...
-To jest opowieść, w porządku?- przerwał mu Nadim z cieniem irytacji- Chcesz ją usłyszeć czy nie?
Amir pokiwał jedynie głową, nie chcąc kontynuować sporu.
-Pojawienie się Fortisa zbiegło się w czasie z kolejnymi najazdami ludzi. Przesuwali się w głąb kontynentu, podbijając na swojej drodze każdą osadę, jaką napotkali. Rozmowa z przywódcą wydawała się najbardziej rozsądnym rozwiązaniem, miał bowiem wpływ właściwie na wszystko, co działo się wtedy w naszym świecie i żadna poważna decyzja nie mogła zostać podjęta bez jego wiedzy i zgody. On uwierzył w słowa Fortisa, zignorował jednak jego prośby o wysłanie pomocy zagrożonym miejscowościom. Rozstawił wojowników na granicach własnej osady, uznając, że jej bezpieczeństwo jest najważniejsze. Fortis pozostał na miejscu, chcąc obserwować rozwój sytuacji. Tej nocy miał sen, w którym widział, jak ludzie mordują w sposób niezwykle okrutny całe rzesze jego pobratymców. Na drugi dzień powiedział o tym przywódcy, ale ten już wcześniej zadecydował o zmianie zdania. Odpowiedział na prośby czterech, równie wielkich osad, podzielił ogromne wojsko na cztery oddziały i wysłał każdy z nich do innej miejscowości. Fortis dołączył wtedy do nich i pojechał na południe. Ale nawet najbardziej liczna armia nie miałaby szans w starciu z ludźmi. Potomkowie wilków nie byli wyszkoleni ani przyzwyczajeni do walki, w przeciwieństwie do ludzi, posiadających jeszcze lepsze wyposażenie, lepszą broń. W dodatku nie potomkowie wilków nie mieli żadnego dowódcy. Na polach bitew panował zupełny chaos. Część wojowników rozpierzchła się jeszcze przed pierwszym uderzeniem. Niemalże wszystkie oddziały zostały natychmiast rozgromione, prócz tego, w którym znajdował się Fortis. Sam wysunął się na przywództwo i dowodził swoimi towarzyszami. Zmusił ludzi do walki na terenach, których nie znali i na których nie potrafili się poruszać. Odnosił coraz większe sukcesy, ale ludzi ciągle przybywało. Wobec tego musiał wycofać się z powrotem do centrum, ratując jednak dużą część okolicznej ludności i przyprowadzając ją ze sobą. Ta natychmiast okrzyknęła go mianem bohatera, a wieść o jego sukcesach rozprzestrzeniała się szybko i obrastała niemalże w legendy.
-Widzę...- mruknął sceptycznie Amir.
Nadim zignorował to i mówił dalej.
-W każdym razie został uznany za dowódcę wojska, teraz już dużo mniejszego, bo pozostałe oddziały poniosły klęskę. Wobec tego, przywódca osady, zwykłej ludności ogłosił najpierw jedynie możliwość zgłoszenia się do wojska, ale potomkowie wilków wcale nie chcieli walczyć i zdecydowała się na to jedynie garstka. A gdy tak się stało, zmusił wszystkich mężczyzn i chłopców do tego, by przyłączyli się do armii pod dowództwem Fortisa. Armia znowu stała się potężna pod względem liczby, ale wciąż równie słaba pod względem wyszkolenia i gotowości do walki. Spośród tych wszystkich „wojowników”, Fortis wybrał sobie pięćdziesięciu. A byli to najsilniejsi i najodważniejsi wojownicy, jacy chodzili po tym świecie i jacy już nigdy się nie narodzą...- Amir znowu westchnął cichutko, w formie ledwie słyszalnego protestu. Jako człowiek z natury sceptyczny, otrzymywał za mało dowodów, a za dużo opowiastek o wątpliwej wiarygodności- Tak czy inaczej, chciał zastosować swoją strategię, chciał walczyć z ludźmi. Jednak przywódca osady sprzeciwiał się temu mocno, wracając do swoich wcześniejszych obaw. Wojska ludzi były blisko. Chciał mieć armię przy sobie. Fortis protestował przeciwko temu, prowadził z nim bezowocne spory, starał mu się wyjaśnić, że pokonanie ludzi w otwartym starciu będzie niemożliwe, ale starzec pozostawał nieugięty. Gdy wracał do domu, rozczarowanemu i wściekłemu, Fortisowi ukazała się pewna postać, którą opisał później swoim towarzyszą jako „kobietę o twarzy potwora”- Nadim uśmiechnął się lekko- Powiedziała mu, że nie ma przyszłości dla jego narodu. I chociaż zniknęła niczym mara, złudzenie, Fortis potraktował to jako wróżbę. Następnego dnia, ostatni raz zdecydował się na rozmowę ze starcem. A gdy ten po raz kolejny wyraził protest wobec jego planów, Fortis nie zważając na tę decyzję, zbuntował się i wraz z całym oddziałem opuścił osadę. Jej przywódca cieszył się dużym szacunkiem, więc decyzja Fortisa spotkała się początkowo z ostrym sprzeciwem społeczeństwa, w któremu w dodatku wmówiono, że zostało pozostawione bez żadnej pomocy i wsparcia. Fortis jednak miał plan i działał dokładnie tak, jak zamierzał. Pozwolił ludziom przedostawać się dalej i zajmować kolejne osady, a sam, z niewielkimi oddziałami, przemykał się na ich tyły i dopiero wtedy atakował. Spalone zostały ich statki, ich obozowiska zniszczone. I chociaż ludzie wciąż przypływali, zaczynało brakować im pożywienia i zapasów broni. Prędzej czy później, zmuszało ich to do odwrotu, do ponownego zdobywania tego, co wcześniej było w ich posiadaniu, a co zdobyli na powrót potomkowie wilków. Centrum było bezpieczne. Fortis zaczął szykować się do większego ataku, ale wtedy nastąpiło coś, czego się nie spodziewał. Do armii przedostały się informacje, że dowódca realizował swoje plany wbrew woli przywódcy centrum. Część wojowników zbuntowała się i uciekła. Wszyscy zostali jednak schwytani i przykładnie ukarani śmiercią.
-Przykładnie ukarani śmiercią...- Amir parsknął śmiechem- To dopiero łaska...
-Czy wy nie robicie dokładnie tego samego?- przerwał mu ostro Nadim.
-Ale my jesteśmy przecież według was barbarzyńcami i okrutnikami, więc nam wolno więcej- stwierdził obojętnie, wzruszywszy ramionami. Obrońcy moralności powinni zachowywać się nieskazitelnie, czyż nie?
-W każdym razie, starcia z ludźmi, zaowocowały czymś jeszcze. Przywieźli oni ze sobą na kontynent choroby, z którymi potomkowie wilków nigdy wcześniej się nie zetknęli i które stały się przyczyną ich porażki. Zachorowała część wojowników Fortisa, a gdy minął tydzień – nie ostał się nawet jeden. Dowódca został sam, z garstką swoich pobratymców, którzy nie mogli mu jednak pomóc. Sam ułożył ciała swoich pięćdziesięciu wojowników w lesie, jedno obok drugiego, jakby już przeczuwał, co się wydarzy. Pozostałe, kazał zakopać. Wydawało się, że porażka jest nieunikniona, zrozpaczony Fortis nie zamierzał jednak wracać. Chciał stanąć twarzą w twarz z armią ludzi i zginąć, jeśli to było jego przeznaczeniem. Ale los chciał inaczej. Tej nocy, odwiedziła go istota, co do której wyglądu nikt właściwie nie ma żadnych informacji... Fortis przeraził się jej i chwycił za miecz, ale miecz zamienił się w popioły. Istota przywitała się z nim, ukłoniła nisko i powiedziała, że jest w stanie mu pomóc. Obiecała mu zwycięstwo w walce i ocalenie swojego narodu. Fortis nie był jednak głupcem. Pytał o konsekwencje decyzji, którą miał podjąć i o jej skutki, a gdy istota zaprzeczała wciąż, jakoby chciała czegoś w zamian, podejrzliwy dowódca zażądał czegoś na dowód prawdziwości jej słów i deklaracji. To zaimponowało demonowi, który ujawnił przed Fortisem swoją rzeczywistą postać. Ani człowiek, ani żadna inna istota, nie ośmieliła się bowiem stawiać mu jakichkolwiek warunków, a wręcz kuszona obietnicą spełnienia swoich marzeń, przestawała myśleć o tym, jaka będzie ich cena. Demon, jako żądany dowód, stworzył kryształ, który stał się jednak czymś znacznie więcej. Pradawna istota przelała w niego całą swoją moc. I ten klejnot właśnie stanowił połączenie pomiędzy nią a Fortisem. Fortis czerpał więc z niego potęgę, z jaką nie zetknął się wcześniej żaden człowiek czy potomek wilków, a demon, czerpał potęgę z samego Fortisa. Stali się nagle jakby jednym organizmem, połączonym tym właśnie kryształem, obaj potężniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Tej nocy, pięćdziesięciu najodważniejszych wojowników Fortisa, powstało, jak gdyby nigdy nie zginęli. I stanęło naprzeciw armii ludzi, którzy na widok garstki żołnierzy, wybuchnęli gromkim śmiechem. Gdy jednak okazało się, że wojowników nie można zabić ani nawet zranić, śmiech szybko przerodził się w panikę. Armia ludzi poniosła całkowitą klęskę i w kilka dni, dowódca wraz ze swym małym oddziałem, pozbyli się ich z całego kontynentu, oddając go z powrotem w ręce potomków wilków. I znowu Fortis wrócił do łask i znowu, stał się bohaterem. Przywódca centrum szybko zauważył w nim zagrożenie, ale Fortis wyczuł podstęp i zabił starca, nim ten jakkolwiek mu zaszkodził. Społeczeństwo nie szukało winnego. I chociaż Fortis z początku nie myślał nawet o władzy, naciskany zewsząd przez rozentuzjazmowanych rodaków, zgodził się w końcu na objęcie kontroli nad wszystkimi ziemiami potomków wilków. Tak rozpoczęło się nasze wielkie zjednoczenie. Fortis rządził początkowo dobrze, jego rodakom niczego nie brakowało. Dzięki swej mocy zapewnił im dobrobyt, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkali. Ale początkowy zachwyt i wdzięczność minęły, jak to zwykle bywa. Niektórzy potomkowie wilków zaczęli głośno krytykować postępowanie Fortisa, poddawać pod wątpliwość jego moralność, podejrzewać o zbrodnię popełnioną na poprzednim przywódcy... Fortis, początkowo nie reagował na te obelgi, ale wkrótce, widząc, że skłania się ku nim coraz większa część społeczeństwa, a pozostali, łakną wciąż więcej i więcej, zaczął otwarcie mordować swoich przeciwników. Od tamtej chwili zaczęła się w nim przemiana, która z dnia na dzień czyniła go coraz bardziej okrutnym. Z czasem zaczął być podejrzliwy i zabijać nawet tych, którzy nie występowali przeciwko niemu w widoczny sposób. Przejął niemalże całkowitą kontrolę nad życiem obywateli, którzy po krótkotrwałym buncie, ucichli zupełnie, przerażeni potęgą, z jaką przyszło im się mierzyć. Jedynie nieśmiertelni wojownicy cieszyli się niemijającym wciąż szacunkiem i łaską dowódcy. W pełni oddani, wykonywali jego wszystkie rozkazy. Na naszych ziemiach zapanowały straszne czasy. I chociaż poddanym niczego z pozoru nie brakowało, wolność w rzeczywistości nie istniała. Fortis rósł w siłę. Widział wszystko, wszystko wiedział, z wszystkiego zdawał sobie sprawę... Nie było ani ucieczki ani możliwości uwolnienia się od jego rządów. Aż do momentu, gdy na kontynencie ponownie pojawili się ludzie.
Amir ułożył się wygodniej. Tę część opowieści lubił najbardziej.
-Mimo iż plotki o nieśmiertelnej, niepokonanej armii Fortisa dotarły do nich już dawno temu, zdecydowali się z nim zmierzyć. Plotki okazały się jednak prawdą. Fortis ze spokojem, a może wręcz radością, przyjął kolejną inwazję. Wraz ze swoją armią ruszył do ataku i zadawał swoim liczniejszym przeciwnikom skuteczne ciosy, uniemożliwiając im działanie i wzbudzając wśród nich popłoch. Na miejscu pozostali tylko najbardziej odważni i żądni sukcesów. Jeden z nich, wyzwał Fortisa na pojedynek. Nakazał mu zrezygnować z mocy, którą posiadał, zrezygnować z armii i by udowodnić swoją godność, walczyć z nim niczym równy z równym. Przekonany o swoim zwycięstwie Fortis, zgodził się na to. Rozpoczęła się walka, która rzeczywiście była starciem równego z równym. Ale człowiek męczył się coraz bardziej, a Fortis, mimo chwilowej rezygnacji ze swych szczególnych umiejętności, w ogóle nie czuł znużenia. Z chwili na chwilę stawał się coraz silniejszy i wydawało się, że pokona człowieka bez najmniejszego problemu, gdy ten nagle zamachnął się mieczem i... i ugodził w kryształ zawieszony na szyi legendarnego dowódcy. Ten pękł na dwie części i doprowadził do śmierci Fortisa i klęski jego armii. Doprowadził też do upadku demona, jak się okazało, ledwie chwilowego, bowiem ten, pozbawiony mocy, zapadł w sen.
-Widzisz, psie?- Amir uśmiechnął się z wyższością- Nawet wasze legendy mówią, że gdyby nie my, nadal żylibyście pod panowaniem tego tyrana...
-Co do tej części legendy nie ma akurat pewności...- rzucił ostrożnie Nadim- Niektórzy mówią, że to nie ludzie, ale potomkowie wilków, więc...
-Och, tak, jak zwykle...- przerwał mu z drwiną Amir, przewróciwszy oczyma- Jeżeli zrobimy coś złego, reagujecie natychmiast, ale jak uda nam się coś dobrego, staracie się nasze sukcesy przypisać sobie albo uznajecie je za nieistotne...
-Za to wy uważacie, że wasze pojedyncze sukcesy są w stanie zamazać zbrodnie i okrucieństwa, których się dopuszczaliście i oczekujecie nieustannej wdzięczności- odparował Nadim i jak zwykle wydawało się, że na tych odmiennych opiniach zakończy się ich dyskusja na ten temat- Tak czy inaczej, Fortis zginął. Potomkowie wilków wyzwolili się spod jego władzy. Dwie części kryształu usiłowali zniszczyć, ale udało im się tylko podzielić je na trzynaście fragmentów, które później ukryli. Ciało Fortisa, byli poddani, potraktowali z okrucieństwem. Zhańbione, zostawili na rozszarpanie dzikich zwierząt, nie chcąc organizować mu pochówku. Mniejsza część społeczeństwa zareagowała na to protestem. Byli to ci, którzy wspierali Fortisa i widzieli w nim jedyną nadzieję dla potomków wilków. Pod wpływem sporu, opuścili swój kraj i założyli osady zupełnie gdzieś indziej, czcząc zmarłego niczym boga. Pozostali, dopiero po kilku latach i przeżyciu kolejnych inwazji ludzi, którzy zaczęli przejmować kontrolę nad wszystkim, zdali sobie sprawę z tego, że ich postępowanie i ocena sytuacji nie mogło być obiektywne. Zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że Fortis był bohaterem.
-Bohaterem?!- powtórzył Amir, prychnąwszy z niedowierzaniem. Dobre sobie- Przecież mordował waszych!
-To był błąd.
-Świetnie, więc kiedy wasz... bohater...- wymówił to słowo z największą pogardą- … zabija was i dopuszcza się czynów, które potępiacie, jest to błąd, ale nasze działanie jest już okrucieństwem?
Nadim pokręcił głową w taki sposób, jakby zamierzał dać do zrozumienia swojemu towarzyszowi, że on i tak nie pojmie tak skomplikowanej i wielce złożonej kwestii.
-Fortis nas wybawił- stwierdził.
-Och, jasne...- odparł ironicznie mężczyzna- W takim razie możesz śmiało powiedzieć, że my też, idąc jego przykładem, „wybawialiśmy” was przez całe stulecia, z nieco mniejszą skutecznością, bo wybacz, nie mieliśmy za pomocnika demona...
-Posłuchaj mnie uważnie... Fortis dopuścił się czynów, które zasługują na potępienie, ale to było jedynie konsekwencją waszych działań... Gdyby nie wasze ataki, gdyby nie wasze okrucieństwo, wasze podstępy, Fortis nigdy by się na to nie zdecydował. Niezależnie od tego, jak postąpił i jakie decyzje podjął, jest największym bohaterem, jakiego kiedykolwiek mieliśmy.
-Jasne, że jest...- Amir uśmiechnął się kwaśno- Wiesz co, psie...?- potomek wilków spojrzał na niego pytająco- Nie znam się na waszych kategoriach określania tego, co jest bohaterstwem, a co nim nie jest... Może też nie zrozumiem waszej mentalności, waszej kultury ani waszego spojrzenia na świat, ale wiem jedno. Bohater, który by czynić dobro, potrzebuje pomocy zła, jest żadnym bohaterem. A bohater, który kolejne pokolenia skazuje na zmaganie się z tym, do czego sam doprowadził, nie zasługuje na to miano. Dobranoc.
I powiedziawszy to, odwrócił się na bok. Czekał jeszcze przez chwilę na ripostę potomka wilków, nie mając najmniejszej ochoty toczyć tej dyskusji, ale po dłuższym czasie usłyszał jedynie ciche:
-Dobranoc, Amir.

14 komentarzy:

  1. Anonimowy6:41 PM

    Ok. Szybciutko, bo wychodzę:
    Pierwszaaaa!:D
    ...
    Jeden komentarz, a ty mnie o brak klepki posądzasz, no! *udaje focha*
    I...
    -Masz rację... Twój interes należy tylko i wyłącznie do ciebie...
    - Kretyn.
    - Panna na wydaniu.
    Hehehe, ach te rozmowy "między nami facetami"!x)
    Szczęśliwego nowego roku!
    Anemic
    Ps.: Żeby nie było. Chomik nie gadał... Najnormalniej w świecie zasuwał na swoim kółeczku. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. no ro laska, ktora spotkali jest tym demonem co pomagal fortisowi :D Czad :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię wasze interpretacje XD.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy12:27 PM

    Wszystkie Twoje opowiadania, są napisane z niezwykłą lekkością. Masz piękny styl i dziwię się, że jeszcze nie wydałaś swojej własnej książki.
    Nie mogę jedynie pojąć, jak w ciągu tego marnego tygodnia dajesz radę napisać tak długie odcinki, a do tego tak dobrze? Może niech to pozostanie tajemnicą..? ^ ^
    No, i tak co do treści. Wydaje mi się, że Nadim powoli mięknie. Przez ten chwilowy spór, który - o na Boga - przerwał Amir. Nadim, w stosunku do kobiet, jest bardzo oddany i łatwowierny, za to, Amir nie stracił zdrowego rozsądku, dzięki czemu ma u mnie duży plus. Jednak, w stosunku do "leśnej nimfy", czuję niedosyt.
    Opowieść o Fortisie była długa, jednak wcale mnie nie nudziła. Mogę nawet powiedzieć, że czytałam ją ze szczerą ciekawością.
    Z uwielbieniem czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam i życzę szczęśliwego Nowego Roku!
    Spiritt.

    P.S Bądź ze mnie dumna, że udało mi się to napisać po MIŁO spędzonym sylwestrze. XD

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy2:38 PM

    Szkoda, ze Mały Pies z nimi nie został. Chociaż... może to i lepiej, bo w bardzo odległej przyszłości mógłby zbyt zaciekle bronić tyłka Amira przed Nadimem :D
    Spodobała mi się ta poważniejsza kłótnia pomiędzy mężczyznami, to napięcie, różnice filozofii życiowych. Nie ma sielanki :)Znów pojawiło się objaśnienie zagłębiające czytelnika w świat historii. To sprawia, ze chcę więcej i więcej.
    "-Czy chcesz mi powiedzieć, że masz z tym... mały problem...?- zapytał, a na jego wargach pojawił się złośliwy uśmieszek.
    -Że co?- zdumiał się mężczyzna.
    Nadim poruszył brwiami w sposób aż nazbyt znaczący."
    Za ten fragment przybijam Ci high five :D

    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku,
    Cannum.

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam to opowiadanie.
    Amir i Nadim mają do siebie dystans, ale mam nadzieję, że wkrótce dojdzie pomiędzy nimi do czegoś. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. ja tam nadal twierdzę, że pierwsze ich jakiekolwiek zbliżenie (kiss, albo wspolne spanie w wyrku a potem tulu tulu) będzie po pijaku xD

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:03 PM

    Całkiem ciekawy pomysł na pierwszy pocałunek itd. po pijaku pójdzie im łatwiej. Ładny rozdział. D.

    OdpowiedzUsuń
  9. potem będą uważali że nic nie pamiętają! I przy jakiejś kłótni się któryś wygada, pewnie Amir, bo on taki kryptotsundere xD

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy9:38 PM

    ...Ta koncepcja zbliżenia to sylwestrem inspirowana? :P

    Tak na serio, to bardzo sensowny pomysł. Szczególnie patrząc na charakterek Amira.


    Cannum.

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy9:34 PM

    Coś niesamowitego! Nie jestem zaskoczona faktem, że to opowiadanie jest iście wspaniałe (bo które Twoje historie nie są?), ale aż chce się krzyczeć do wszystkich wokół jak bardzo to jest rewelacyjne! A dialogi? Błogość. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam.
    Najpiękniejsze w tym opowiadaniu jest to, że to co zachodzi między bohaterami rozwija się tak... powoli. Bez pośpiechu. Tak, że z lubością czytam ich rozmowy dopatrując się jakichś drobnych objawów troski o swojego towarzysza... Coś wspaniałego. Zajmującego myśli na całe godziny.
    Czyli po prostu - coś Twojego:)
    Pozdrawiam serdecznie!
    I czekam na kolejne rozdziały (starając się zachować cierpliwość:))!
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję ^^. Cieszę się, że opowiadanie przypadło ci do gustu, nowe rozdziały dodaję co dwa tygodnie, tego akurat opowiadania regularnie, więc mam nadzieję, że tutaj nie będzie problemu ze zbyt długimi odstępami czasu :).

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  12. Mało się działo w sensie akcji jako takiej ale patrząc na to z drugiej strony sporo było. Ja z ciekawością śledzę,jak zmienia się relacja między nimi i jak wpływają na siebie. Na dal nie widzę szansy aby do czegoś między nimi doszło, nawet po pijaku i jestem niezmiernie ciekawa jak to rozegrasz :D Będzie to na pewno coś zmyślnego i wynikającego z czegoś tam. A raczej już się zaczyna, bo zaczyna się od podstaw i małych kroczków.

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy8:32 AM

    Ten rozdział zaczął się znowu tak, ze aż prawie zaczęłam się trząść ze strachu. Wiesz, ta nieziemska atmosfera. Co prawda przy poprzednich rozdziałach mi się to już zdarzyło i musiałam szczelnie przykryć się kołdrą, żeby mi nic koło nóg nie wyskoczyło i gdzieś nie pociągnęło, a jak rodzinka wracała do domu to najpierw się bezpiecznie upewniłam, że to oni… Tak na wszelki wypadek. Wiem, wiem, że to tylko opowiadanie (w domu też mi mówią np. to tylko film). Ale i tak zakopuję się bezpiecznie w pościeli. Lepiej mieć pewność, że nic się nagle nie pojawi. A jak pojawi to ja i tak siedzę głęboko w pościeli i ha! wszystkie nagle wyskakujące stworki mogą mi podskoczyć, bo j a j e s t e m p o d k o ł d r ą. Ehh, co za dorosłe rozumowanie. Nie mówię, że trudno mnie przestraszyć, bo łatwo i od kilku lat nie oglądam horrorów bo śnią mi się po nocach, ale możesz przyjąć do wiadomości – tobie się udało, ciarki mnie przeszły. Jak będzie mi się coś złego śniło, to teraz wiem do kogo się zwrócić *odkrywczo wytyka palcem ekran* :P.

    I, i, i wreszcie było coś o ,,nietypowych skłonnościach Amira. Myślałam, że on sam nie zdaje sobie z tego sprawy, że to dopiero tak bardzo polubi Nadima, ale jednak nie. Jak mi się podobało jego zawstydzenie i rumieńce. Cudne.

    A ten szczeniak od razu wydał mi się podejrzany, biały, czysty, radosny, i nie lubiący Nadima, ciekawe co to było?
    Cieszę się z opowieści o Fortisie, bardzo interesująca i fajnie się ją czytało i jak to bywa z Amirem, nie jest w stanie przyznać się do błędów ludzi. Cóż, ma na to czas;).

    Dobrze, że to opko pojawia się co 2 tyg, wiem kiedy czekać:) Ale naprawdę cię podziwiam, nie przeczytałam jeszcze wszystkich opowiadań, a już pewne rzeczy zapominam, jak ty to wszystko spamiętujesz?

    Nana

    OdpowiedzUsuń