Strony

sobota, 28 stycznia 2012

Dobry wieczór ;).

Tym razem udało mi się dotrzymać "obietnicy" i oto jest - przedostatni rozdział "Drag Queen". Nie wiem, kiedy pojawi się końcowy, ale mam nadzieję, że nie będziecie na niego długo czekać. Za tydzień - "Chaos" :).


Enjoy.

~ . 21 . ~ [Drag Queen]

Przebudziłem się, chyba jedynie po to, by nakryć się zsuwającą się z łóżka kołdrą i pewnie poszedłbym spać dalej, gdyby nie fakt, że było mi wyjątkowo chłodno i jakoś nieprzyjemnie. Z cichym pomrukiem, obróciłem się i chciałem wtulić w ciało Nathana, ale gdy przesunąłem się spory kawałek i nadal na niego nie natrafiłem, zdałem sobie wreszcie sprawę z tego, że coś jest nie w porządku. Podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem po sypialni. Ciemność. Wszędzie ciemność. I nie było w tym absolutnie nic dziwnego, szczególnie, że zegarek pokazywał dopiero piątą rano, natomiast nie jest to zdecydowanie pora, w której uzasadnione byłoby budzenie się w pustym łóżku. Gdzie u licha podziewał się Nathan...?
Odczekałem jeszcze chwilę, w bezruchu, oczekując, że może jest w łazience, ale przez uchylone drzwi widziałbym zapewne dobiegające z przedpokoju światło.
-Nathan!- zawołałem, przecierając oczy. Nie uzyskałem odpowiedzi.
Wiecie, co właśnie sobie uświadomiłem? Że tak zaczynają się te wszystkie horrory. Ktoś budzi się samotnie w łóżku, zdaje sobie sprawę, że kochanki czy kochanka nie ma obok, więc najpierw woła go kilka razy, aż w końcu postanawia zacząć szukać. Horrory mają to do siebie, że zawsze wyglądają tak samo – albo postać znajduje swojego ukochanego martwego, z wywalonymi na wierzch wnętrznościami, albo sama kończy w taki sposób.
… Co, nie da się ukryć, skutecznie odwiodło mnie od pomysłu wstawania z łóżka.
Dajcie spokój, nie jestem kretynem! Nadrzędna zasada horrorów głosi : kto pierwszy wykaże minimum odwagi, tudzież bezmyślności, ten pierwszy zginie. Przecież akcja musi się jakoś kręcić, nie?
-Nathan! Nathan...
Dobra, ta cisza jest przerażająca.
Nie zrozumcie mnie źle, cisza o tej porze jest czymś zdecydowanie normalnym i pewnie przeraziłbym się jeszcze bardziej, gdyby zza szafy wyszedł nagle skąpo odziany, zakrwawiony pan i oznajmił, że chce zagrać ze mną w bierki. Co nie zmienia faktu, że mój Nathan gdzieś przepadł, a nie jest to pora, w której ludzie wychodzą na krótki spacer albo robią wypad do sklepu. Mocno zaniepokojony, sięgnąłem w końcu po swoją komórkę i wybrałem numer mężczyzny. Nie usłyszałem dźwięku telefonu nigdzie w pomieszczeniu, więc najwyraźniej go tam nie było.
-Słucham?- usłyszałem wreszcie głos Nathana, który nie brzmiał zdecydowanie jak głos człowieka obserwującego własne wnętrzności, więc odetchnąłem z ulgą.
-Gdzie ty jesteś?- zapytałem zdziwiony.
-W pracy. Miałem parę rzeczy do załatwienia.
-O piątej rano...?- jęknąłem głucho, opadając z powrotem na posłanie.
-O czwartej trzydzieści...- zaśmiał się lekko mężczyzna, a ja westchnąłem głęboko z dezaprobatą. No i niech ktoś jeszcze próbuje mi wmówić, że to nie jest pracoholizm- Przepraszam, Alex, nie chciałem cię budzić. Nie dam chyba rady po ciebie przyjechać, mam trochę spraw na głowie... I Bookchera- dodał żartobliwie.
-Bookchera...?- mruknąłem z niezadowoleniem. Nic na to nie poradzę, nie lubię tego drania. Co więcej, mam całą masę powodów, przez które mam pełne prawo go nie lubić, ale niestety nie mogę powiedzieć o nich Nathanowi, bo wtedy musiałbym wspomnieć o kilku niewygodnych szczegółach, a wątpię, żeby puścił mimo uszu informację, że od czasu do czasu paradowałem w kobiecych strojach.
-Czyżbym słyszał zazdrość w twoim głosie...?- Nathan zaśmiał się znowu, rozbawiony.
-Jasne...- parsknąłem z politowaniem. Jedyne, o co mogę być w tym wypadku zazdrosny, to o czas jaki mój partner poświęca temu dupkowi, zamiast poleżeć jeszcze trochę u mojego boku.
-Nie martw się i uwierz w jego heteroseksualizm.
-Wierzę- parsknąłem, uśmiechając się do siebie lekko. Chociaż właściwie, jakby na to spojrzeć... Nie, Bookcher był zdecydowanie heteroseksualny. W końcu to nie jego wina, że z umiłowaniem chwycił za sztuczne piersi i próbował dobierać się do faceta... Powiedzmy, że okoliczności go usprawiedliwiają- Wiesz, że nawet nie poczułem, jak wstajesz...?
-To dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że z trudem się od ciebie odkleiłem...
Zaśmiałem się lekko.
-Nathan...
-Chyba muszę wracać. Porozmawiamy jak przyjedziesz, dobrze?
-Ale jak mam...
-Klucze są na stoliku- przerwał mi mężczyzna, jakby czytał mi w myślach i rozłączył się.
Sięgnąłem dłonią w kierunku szafki stojącej przy łóżku i rzeczywiście udało mi się je wyczuć, zaraz obok moich okularów. Naprawdę, gdybym ja miał wychodzić gdziekolwiek o tak skandalicznej porze, pewnie zapomniałbym własnej głowy, a Nathan potrafił uwinąć się szybko, nie budząc mnie i jeszcze o wszystkim pamiętał. Ten facet nawet nie jest ideałem. Mówię wam, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że przyleciał tu kiedyś z odległej galaktyki, rozbił się na naszej planecie, a później zdał sobie sprawę ze swoich boskich zdolności i... Zaczął pracować w banku. Niezbyt bohaterskie, przyznaję, ale co tam. Superman też w końcu nie latał na co dzień w czerwonej pelerynie i rajtach.
Ścisnąłem klucze w dłoni i raz jeszcze zerknąłem na wyświetlacz telefonu, po czym wyłączyłem go i odłożyłem na szafkę – chyba dla świętego spokoju. Wiecie, mój superman nie miał mocy telepatycznej, ale za to był wyjątkowo nadgorliwy i pewnie zechciałby mnie obudzić dziesięć minutek przed czasem „tak dla pewności”. Rozejrzałem się po raz ostatni po pomieszczeniu, a gdy doszedłem do wniosku, że nic nie czai się za drzwiami, ani nie czyha na mój żywot – zasnąłem ponownie.
Gdy się obudziłem i zerknąłem na zegarek, nieco zdumiony faktem, że nie była to pobudka zwyczajowo hałaśliwa i gwałtowna, zrozumiałem, że wyłączenie telefonu nie było chyba najlepszą decyzją. Bardzo możliwe, że dlatego, że wczorajszego dnia najwyraźniej zapomniałem o nastawieniu budzika. Więc była już prawie dziesiąta. Więc spóźniłem się do pracy i to sporo. Więc prawdopodobieństwo, że mój szef i kochanek w jednej osobie, planuje właśnie wyjątkowo okrutne morderstwo, wzrastało z każdą chwilą.
… Co nie przeszkadzało mi poleżeć jeszcze przez dziesięć minut w mięciutkim łóżku. No wiecie, skoro i tak się spóźniłem...
W dłoni wciąż trzymałem klucze. Wstałem i poszedłem do łazienki, wziąłem prysznic, ubrałem się i oczywiście zostawiłem je na pralce, o czym zupełnie zapomniałem i przez następne dwadzieścia minut, szukałem ich jak wariat po całej sypialni, zanim zdałem sobie z tego sprawę. W końcu jednak, po długich zmaganiach z jakże nieprzyjemnym, strasznym losem, udało mi się wyjść z domu, zamknąć mieszkanie i wybrać się na autobus. Później straszny los najwyraźniej sobie odpuścił, bo do pracy dotarłem już bez większych przeszkód. Stojąc w windzie, przypomniałem sobie o włączeniu telefonu. Ilość sms-ów i połączeń od Nathana wywołała u mnie jęk zażenowania.
W końcu znalazłem się na piętrze, na którym znajdował się oddział i nieco płochliwym krokiem, ruszyłem w kierunku swojego biura, uśmiechając się do współpracownic. Nie zdziwiłem się wcale, gdy zobaczyłem Nathana, kręcącego się po korytarzu. On chyba też nie zdziwił się moim widokiem. Przystanął i uniósł brew w geście oczekiwania, spoglądając na mnie z politowaniem.
-Nathan!- uśmiechnąłem się szeroko, tak jakby godzina dwunasta była odpowiednią porą, by się tu pojawić- Wiesz, miałem drobne problemy...
-Wierzę...- drwiący uśmiech pojawił się na wargach mojego szefa- Naszło mnie przypuszczenie, że możesz leżeć gdzieś w środku miasta, ograbiony i zamordowany...
-... nie wydajesz się być tym przypuszczeniem zbytnio zaniepokojony...
-... ale później przypomniałem sobie, że jakiś czas temu należałeś do grona pracowników... Nie, przepraszam... Byłeś właściwie jedynym pracownikiem, dla którego godziny pracy nie stanowiły żadnej przeszkody i nie czułeś się w obowiązku przestrzegać jakichkolwiek reguł...- dopowiedział stosunkowo spokojnie.
-To nie moja wina!- postanowiłem iść w zaparte, wzruszając ramionami w geście niewinnej bezradności- Byłbym na czas, ale co ja mam poradzić, skoro słabo znam okolicę...? Zawsze ty podwoziłeś mnie do pracy, a tak musiałem znaleźć przystanek i odpowiedni autobus i w ogóle...
-Mieszkam w środku miasta, a nie na pustyni... A poza tym, mogę wiedzieć, co się stało z twoim telefonem...?
-Jakoś tak... wyłączyłem go... odruchowo...- zachichotałem nerwowo, oddając mu klucze.
-Odruchowo...- powtórzył, a na jego wargach wciąż widniał nieco złośliwy uśmieszek. Nie wyglądał jednak na wytrąconego z równowagi czy wściekłego, a przynajmniej ani razu nie nazwał mnie po nazwisku. Jak do tej pory- Wiesz, co, Alex...?- och, jak dobrze usłyszeć własne imię... Nathan rozejrzał się dookoła, po czym nachylił lekko w moim kierunku i mruknął- Masz spore szczęście, że jesteś kochankiem szefa...
Wyszczerzyłem się radośnie. Jakbym o tym nie wiedział...
-Czy mam to odczytać jako faworyzowanie pracownika...?- mruknąłem, wpatrując się w niego zmrużonymi oczyma- To chyba nie jest zbyt uczciwe...
-A zamierzasz to gdziekolwiek zgłaszać...?
-Może...
Boże, uwielbiam go. Uwielbiam go tak szaleńczo i maniakalnie, że jeśli któregoś dnia postanowi mnie zostawić, co jest całkiem prawdopodobne, chyba zwiążę go, wpakuję do bagażnika i przewiozę do jakiejś ponurej, wilgotnej piwnicy, w której będę go męczył swoją osobą aż do końca świata. Chwila... Nathan chyba nie ma piwnicy... A zresztą, nad czym ja się właściwie zastanawiam?!
-A może dałoby się to załatwić jakoś inaczej...?- Nathan uśmiechnął się tak cudownie, tak pięknie, że gdybym był postacią z kreskówki, moje gałki oczne zamieniłyby się w dwa, pikające serduszka i wylatywały z oczodołów. Boże, Nathan, chcę być twoją kreskówkową postacią! Wtedy przynajmniej wszystko byłoby proste. Oczy w kształcie serduszek to może niezbyt poważna deklaracja, ale zawsze jakaś! A biorąc pod uwagę fakt, że mam trudności z tym, żeby sklecić dwa słowa, które w obecności mojego ukochanego mężczyzny przewijają mi się w głowie niemalże non stop – zawsze byłoby to jakieś ułatwienie- Chociażby... Kolacją? Po pracy?
-Po pracy raczej powinniśmy iść na obiad, chyba, że zamierzasz tu siedzieć do wieczora- parsknąłem cicho.
-Właściwie to będę musiał zostać trochę dłużej- przyznał Nathan- Nie martw się, niewiele dłużej. Ale jeśli zaczekasz, gwarantuję, że ci to wynagrodzę...
-Zgadzam się- odpowiedziałem, uśmiechając się jak kompletny kretyn. Rozanielony, rozmarzony, unoszący się pięć metrów nad ziemią kretyn. Zakochany kretyn. Zakochany kretyn, który jest kretynem, bo nawet nie jest w stanie wydusić z siebie wyznania, chociaż inni zakochani kretyni robią to non stop, nawet w dużo trudniejszych warunkach i nie mając u swojego boku oddanego faceta- Chociaż następnym razem może będziesz musiał postarać się bardziej, niż tylko rezerwując miejsca w restauracji...
-Coś mi mówi, że dam radę- Nathan zaśmiał się lekko, po czym zerknął na zegarek i rzucił jeszcze krótkie- Do roboty- a następnie odwrócił się w stronę swojego gabinetu i odszedł.
Ach, więc kwadrans dla ulubieńca skończony.
A mój superman znowu zmienił się w pracoholicznego szefa.
Ale w tej wersji też go uwielbiam.

Odbębniłem kilka spotkań z klientami, uzupełniłem to, co uzupełnić miałem i już wyczekiwałem niecierpliwie obiecanej obiadokolacji. Cały czas jednak dręczyła mnie sprawa tego wyznania. Serio, świadomość tego, że jesteśmy razem już niemało czasu i sprawa jest właściwie oczywista, a ja nadal nie wydusiłem z siebie durnego „kocham” doprowadzała mnie do szału. Dlaczego, dlaczego nie mogę tego powiedzieć?! Kocham Nathana! Kocham siebie! Kocham cały świat! Nigdy nie miałem problemu z rzewnym okazywaniem swoich uczuć, tych przyjemniejszych i tych zdecydowanie mniej. Nie miałem problemu by o tym mówić, ale gdy jestem blisko Nathana... Pomijając już fakt, że mimo tego całego czasu, nadal miękną mi przy nim nogi, a mój mózg zapewne przypomina galaretkę, nie jestem w stanie powiedzieć tego TAK PO PROSTU. Tak po prostu mówi się to mamie, siostrze, przyjaciółce, a nie facetowi, którego darzy się skrajnym uwielbieniem już od pierwszego dnia. Ale co mam u licha zrobić, skoro żadne okoliczności nie wydają się odpowiednie, a gdy w końcu udaje mi się przełamać i tak, siła wyższa, jakby przeczuwając katastrofę, przerywa mi w najmniej odpowiednim momencie? Co mam zrobić, jeśli nie jestem w stanie mu tego normalnie powiedzieć? Napisać notatkę, do licha?!
… Chociaż to właściwie nie byłby taki zły pomysł. W końcu w filmach też tak robią. Zostawiają komuś list, w którym opisują swoją dozgonną miłość. Ta druga postać czyta go, wzrusza się niezmiernie, uświadamia sobie, że tak naprawdę od początku kochała tą pierwszą i rusza w dziki wyścig z czasem, zjawiając się tuż przed odlotem samolotu, w którym miał się znajdować ukochany... Oczywiście w tym wypadku nie ma o tym mowy. Chociaż to już będzie zależało od Nathana. Jeśli wybuchnie gwałtownym śmiechem, czytając moje łzawe wyznania, chyba rzeczywiście rozważę daleką podróż. Do Zimbabwe na przykład.
Co nie zmieniało faktu, że list wydawał się być odpowiednią formą wyrazu dla kogoś takiego jak ja, chociaż zawsze więcej gadałem niż pisałem. Tak czy inaczej, sięgnąłem po czystą kartkę i zastanowiłem się chwilę, po czym zacząłem: „Drogi Nathanie.” Po chwili przyglądania się temu, co napisałem, pokręciłem jednak głową i skreśliłem słowo „drogi”. Wiecie, to jednak zbyt oficjalne i takie... takie zupełnie pospolite! Tak pisze się do ciotki, której nie widziało się od kilku lat albo ewentualnie znajomej, ale nie do mężczyzny swojego życia. Co prawda mężczyzna mojego życia jest jednocześnie moim szefem, więc właściwie oficjalne zwroty nie byłyby takie złe... „Szanowny Nathanie...” ?
Syknąłem z irytacją i zmiąłem kartkę, po czym wyrzuciłem ją do kosza. Co to ma być, u diabła?! Podanie o pracę?!
Ekhem, dobrze, raz jeszcze. „Najdroższy Nathanie”. I znowu tandeta. Najdroższy...? W jakim sensie najdroższy...? Poza tym, tak zwracają się do swoich narzeczonych w tych brazylijskich serialach. Nathan nie jest moim narzeczonym. Jeszcze. I bardzo możliwe, że nigdy nim nie będzie, jeśli długo będę się zastanawiał nad tym, jak powinienem go tytułować w liście.
Sięgnąłem po nową kartkę.
„Kochany Nathanie”.
… Czy to nie jest zbyt oczywiste...? Serio, piszę list z wyznaniem miłosnym do mojego mężczyzny i od razu zaczynam od słowa „kochany”? To po co w ogóle u licha czytać resztę?! Skreśliłem ostatecznie słowo „kochany” i zostało samo „Nathanie”. Kartki już nie zmieniałem. Zdałem sobie sprawę z tego, że będzie mi potrzebne coś w formie brudnopisu, skoro głupie napisanie nagłówka sprawiło mi aż takie problemy. Aż strach, co będzie dalej.
Ach, no ale piszmy...
„Chcę ci napisać, że w dniu, kiedy cię spotkałem...”.
W dniu kiedy cię spotkałem co? Rany, nie spodziewałem się, że pisanie może być aż takie skomplikowane! Hej, a co powiecie na to: „w dniu, kiedy cię spotkałem, od razu się zakochałem, aż się zorientowałem, że gdzieś cię już wcześniej widziałem”, muahaha...
Och, dajcie spokój. Jestem pewien, że Szekspir wcale nie zaczynał inaczej.
„Chcę ci napisać, że w dniu, kiedy cię spotkałem, wszystko się w moim życiu zmieniło...”
Co za brednie! Właściwie co się zmieniło? Spałem jak dawniej, jadłem jak dawniej, wszystkie pozostałe funkcje życiowe w normie, więc co u licha miało się zmienić? Oglądanie się na korytarzu za odchodzącym szefem to nie jest jeszcze druzgocąca zmiana. A jest się za czym oglądać, wierzcie mi!
… Boże, jakie to żałosne. Nie dość, że nie jestem w stanie nic powiedzieć, to i sklecenie kilku logicznych zdań przychodzi mi z dużym trudem.
„Bardzo szybko zdałem sobie sprawę z tego, że jesteś dla mnie ważny”.
Oby nie za szybko, bo jeszcze uzna mnie za jakiegoś szaleńca (którym jestem, ale cicho, on nie musi wiedzieć).
„Dość szybko, zdałem sobie sprawę z tego, że jesteś dla mnie ważny”.
Raz jeszcze przeczytałem wszystko to, co udało mi się do tej pory nabazgrać i doszedłem do wniosku, że to absolutnie bez sensu. Wyrzuciłem kolejną kartkę i wstałem, z głębokim westchnieniem. Wiecie co? Postanowiłem oddać się w ręce losu. Jeżeli  los chce ze mnie uczynić nieszczęsnego nieszczęśnika, który nie był w stanie przełamać się na tyle, by powiedzieć miłości swojego życia, że nią jest – niech i tak będzie!
… A jeśli ma inne plany, to zawsze istnieje szansa, że powiem mu to na dzisiejszej kolacji.
Drzwi otworzyły się i w progu stanęła Sarah.
-Idziesz?- zapytała, dopinając kurtkę.
-Dokąd...?- odparłem, lekko zbity z tropu.
-Przecież umawialiśmy się wczoraj, że pogadamy z szefem Scylli. Dzwoniłam do ciebie.
A więc nici z kolacji.
… I powiedzcie mi, że to jest przypadek, cholera!
-Faktycznie...- mruknąłem, niepocieszony. Ubrałem kurtkę, wziąłem telefon i resztę swoich rzeczy- Poczekaj chwilę, muszę tylko powiedzieć Nathanowi...
-Nathan wyszedł gdzieś z Bookcherem.
-W takim razie chodź. Zadzwonię do niego po drodze- stwierdziłem i razem wyszliśmy z biurowca.
Poszliśmy na autobus i gdy już siedzieliśmy w środku, wyjąłem komórkę i wybrałem numer Nathana.
-Alex, gdzie się podziewasz?- rzucił do słuchawki.
-Przepraszam, ale chyba nici z naszej kolacji- odpowiedziałem, siadając na miejscu obok Sarah, która przyglądała mi się ciekawie- Coś mi wypadło, muszę na chwilę wyskoczyć na miasto.
-Sam...?
Ohoho! Uśmiech sam cisnął się na moje wargi.
-Czyżbym słyszał zazdrość w twoim głosie?- zapytałem złośliwie- Z Sarah.
-Ach, z Sarah...
-Daj spokój, Nathan i uwierz w jej heteroseksualizm- parsknąłem, zanim zdałem sobie sprawę z tego, co właściwie powiedziałem- To jest... Uhm...- moja przyjaciółka uniosła brew w pytającym geście- No... Wiesz, o co mi chodziło!- burknąłem w końcu, do śmiejącego się Nathana.
-W porządku... O której będziesz z powrotem?
-Nie jestem pewien.
-W takim razie kolacja będzie czekała w domu.
… Och, Nathanie Mason, przysięgam, że kiedyś stworzę twój ołtarzyk i będę się przy nim modlił każdego ranka!
-O co chodzi z tym moim heteroseksualizmem?- zapytała Sarah, gdy schowałem telefon.
-Ach, szkoda gadać!- zaśmiałem się lekko, machnąwszy ręką- Po prostu droczę się trochę z Nathanem.
… Co wychodzi mi jednak gorzej niż jemu. Cholera.
-W sumie zastanawiałam się nad tym trochę...- odparła jasnowłosa, odwracając wzrok w stronę okna.
-Zastanawiałaś się nad czym...?- rzuciłem bez zrozumienia.
-No wiesz... W dzisiejszych czasach, początkującym artystom nie jest łatwo... I czasem potrzebują skandalu... Więc związek z kobietą, nawet pozorowany...
-Chyba żartujesz- przerwałem jej, wybuchając śmiechem, ale sądząc, po wyrazie jej twarzy,w cale nie żartowała- Co ty, Sarah?- pokręciłem z niedowierzaniem głową. Była ostatnią osobą którą podejrzewałbym o zastanawianie się nad własną orientacją. Ewentualnie o zastanawianie się nad pozorowaniem innej orientacji- Chcesz się dzięki temu wybić?
-Czemu nie? Gdybym wróciła do śpiewania, na szerszą skalę, może zaczęła gdzieś występować... Pewnie ktoś w końcu by mnie zauważył.
-Sarah, takie rzeczy są dobre dla przestarzałych gwiazdek, które wypadły z obiegu, ale nikt nie będzie zwracał uwagi na jakąś tam śpiewającą lesbijkę...- stwierdziłem z pełnym przekonaniem- Jestem pewien, że związanie się z kimś tej samej płci znajduje się w podręczniku: „Jak odzyskać popularność?”, zaraz po adoptowaniu dziecka z Afryki i tuż przed wrzuceniem do internetu własnego, amatorskiego porno, ale robienie na tym sławy to zupełnie co innego. Poza tym... tobie nigdy nie podobały się dziewczyny.
-Nie chcę spędzić reszty życia, pracując jako sekretarka biura kochanka swojego najlepszego przyjaciela- odmruknęła, niezadowolona.
-Więc zacznij śpiewać. Do tego wydumany homoseksualizm nie jest ci potrzebny.
Wzruszyła tylko ramionami, jakby poczuła się urażona moją opinią.
-Właściwie czego chce od nasz szef, co?
-Mówiłam ci przecież, że Evan niczego nie wyjaśniał, ale zgodziłam się. W sumie, sama nie wiem, po co... Dobrze byłoby z nim pogadać... Nie zamykać za sobą wszystkich drzwi...- westchnęła głęboko, przeczesując włosy palcami- Ty jesteś pewien, że nigdy nie będziesz chciał wrócić, Alex?
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
-Dawno niczego nie byłem tak pewien w swoim życiu- przyznałem otwarcie- A poza tym, mam poważne obawy, co do tego, co zamierza nam powiedzieć... A właściwie mi... Wiesz, po tej całej aferze z Bookcherem, kiedy wszystko wyszło na jaw... Nie sądzę, żeby kiedykolwiek zaproponował mi znowu pracę... Szczerze mówiąc, trochę się obawiam... Nie masz gdzieś pod ręką kamizelki kuloodpornej...?
Sarah zachichotała w odpowiedzi.
Chociaż właściwie nie było się czego obawiać. Szef zachowywał się czasem dziwacznie, czasem ekscentrycznie (czego przykładem było zatrudnienie mnie), ale bądź co bądź, wiedział co robi. I nie należał raczej do ludzi agresywnych (wbrew temu, co głosiły niektóre opowieści), więc pewnie gdybym go naprawdę zdenerwował, nie chciałby mnie widzieć. A zresztą... Trudno było za nim nadążyć.
Dotarliśmy do Scylli i bez większego problemu, udało nam się wejść tylnym wejściem. Znaleźliśmy się na wąskim korytarzu, tuż za sceną, przebiegającym  pomiędzy garderobami. Mimo że do wieczoru było jeszcze daleko, panował tam spory tłok, aż nienaturalny, jak na tę porę.
-Evan!- krzyknęła Sarah, dostrzegając mężczyznę i zaprosiła go do nas gestem dłoni.
Spojrzał na nas, po czym rzucił coś cicho do swojej rozmówczyni i podszedł bliżej, nerwowo ściskając w dłoniach notatnik. Uśmiechnąłem się do niego, odpowiedział tym, samym, chociaż jego uśmiech zdawał się być dużo bledszy i jakby niepewny.
Och, dobra, nie ma się co dziwić. Facet uświadomił sobie w końcu, że podkochiwał się w innym mężczyźnie. Dla tych „normalnych”, to musi być rzeczywiście traumatyczne przeżycie, wiecie?
-Cześć... Chodźcie, chodźcie stąd na chwilę...- ruszył przed siebie, zagarniając nas rękoma i wypychając niemalże na zewnątrz. Wyszliśmy przez budynek. Rozejrzał się dookoła z uwagą, jakby szukał kogoś wzrokiem.
-Co jest, Evan?- rzuciłem pogodnie- Jest szef?
-Nie... Nie, nie- mężczyzna pokręcił głową- Coś mu wypadło, nie może przyjść.
-Jak to nie może przyjść?- zdziwiła się Sarah- Przecież mówiłeś, że chciał się z nami widzieć.
-Tak, ale... Miał jakąś ważną sprawę do załatwienia... Zadzwoni jak skończy.
-Możemy poczekać- stwierdziłem, wzruszając ramionami.
-Nie, lepiej nie- pokręcił głową, machnąwszy dłonią w lekceważącym geście- Mamy tu dzisiaj zamieszanie... Niedobrze by było... Więc... Właściwie możecie wracać... Przepraszam, że was tutaj ściągnąłem i...- pobladł nagle, spoglądając na coś ponad moim ramieniem.
Odwróciłem się i dostrzegłem szefa, idącego w naszą stronę.
-Chyba już jest wolny- uśmiechnąłem się do Evana, który wyglądał na niemalże przerażonego- Dzień dobry- rzuciłem do mojego dawnego pracodawcy.
-Alex... Sarah...- on również uśmiechnął się na nasz widok i aż klasnął w dłonie. Więc chyba rzeczywiście nie zamierzał mnie zamordować. Dobra informacja- Cieszę się, że was widzę... Co was właściwie tu sprowadza...?
Spojrzeliśmy po sobie, zdezorientowani, po czym skierowaliśmy wzrok na Evana, który nie był już blady, a wręcz purpurowy. Uniosłem brew w geście zdumienia.
-Nie chciałeś się z nami widzieć, szefie...?- zapytałem niepewnie.
-Ja...? Oczywiście, że chciałem, ale sądziłem, że to ja będę musiał dopraszać się o spotkania- zaśmiał się lekko.
-Ale...- Sarah zaniemówiła przez chwilę, jakby zastanawiała się, czy dobrze zrozumiała całą sytuację- Evan dzwonił do mnie wczoraj i mówił, że chce się szef z nami zobaczyć. Dzisiaj.
-Ja?- powtórzył znowu mężczyzna, po czym pokręcił głową- Nie, nic takiego nie planowałem... Mam dziś strasznie zabiegany dzień, dopiero co wróciłem z banku, a zaraz muszę odebrać córkę, ale mam jeszcze chwilę... Nie gniewajcie się na Evana, pewnie znowu coś przekręcił- stwierdził, po czym klepnął pracownika po ramieniu.
-Tak, coś mi się pomyliło...- odparł cicho tamten.
-Zapraszam...
Szef wskazał nam dłonią wejście, więc z powrotem wkroczyliśmy do Scylli. Raz jeszcze spojrzeliśmy na siebie, mocno zdziwieni całą tą sytuacją. Przeszliśmy do pokoju mężczyzny. Zajął swoje miejsce, Sarah usiadła na krześle przed biurkiem, a ja stanąłem obok niej.
-To co?- rzucił pogodnie- Napijecie się czegoś?
Wskazał dłonią na półeczkę z trunkami.
-Nie, dzięki- odpowiedziałem za nas dwoje.
-To co was tu sprowadza...? Ach, to znaczy...- machnął dłonią, śmiejąc się- Sprowadził was pewnie Evan... Rozkojarzony ten chłopak ostatnio, co...? Tak czy inaczej, cieszę się, że przyszliście. Hm... Macie teraz jakieś konkretne zajęcia... Pracę?
-Ja tam gdzie zwykle- parsknąłem cicho.
-Ja też pracuję z Alexem- dodała Sarah.
-I jak...- szef obrócił się lekko na fotelu, wpatrując się w nas z uwagą- Podoba wam się tam...? Dobrze was traktują?
Uśmiechnąłem się lekko. Lepiej chyba nigdy nie było.
-Jest dobrze...- odpowiedziała ostrożnie Sarah.
-Widzicie...- mężczyzna umilkł na chwilę, po czym uśmiechnął się szeroko, zaczynając- Właściwie to nie obraziłbym się wcale, gdybyście wrócili... Ha, wiecie zresztą, o co mi chodzi... Bardzo bym się ucieszył... Myślę, że mógłbym ci nawet zacząć płacić, Alex... Co by nie mówić, dobra robota...
-Dobra robota...?- powtórzyłem niepewnie, zdezorientowany- Z czym konkretnie...?
-Z całokształtem, rzecz jasna! Dobrze wiedziałem, że warto cię było zatrudnić! No, co tak patrzysz...?- rzucił, widząc moje zdumienie- Owszem, trochę się przeraziłem po tym całym wybryku, ale... Nigdy wcześniej nie mieliśmy tutaj tylu gości... I podejrzewam, że wielu z nich chciałoby cię jeszcze zobaczyć na scenie... Czasem nawet wypytują... Niezła afera z tego wyszła- zachichotał, zadowolony- Nawet jakiś dziennikarz był tu dzisiaj i pytał mnie o to wszystko.
Parsknąłem śmiechem. No tak. Tego nie przewidziałem. Sarah uśmiechnęła się do mnie znacząco, jakby właśnie dostała genialny argument na potwierdzenie swojej teorii o tym, że do rozkręcenia kariery potrzebny jest skandal.
-Alex, gdyby udało ci się nadal przyciągać takie zainteresowanie, myślę, że nasza współpraca mogłaby się jeszcze pogłębić...- stwierdził.
Milczałem przez dłuższą chwilę i to bynajmniej nie dlatego, że zastanawiałem się nad jego propozycją. Milczałem właśnie dlatego, że zastanawiałem się, dlaczego wcale się nad nią nie zastanawiam! Przypominałem sobie ten czas, gdy wizyty w klubie były dla mnie najwspanialszą odskocznią i wydawało mi się, że skończę jako pomarszczony pajac, tańcujący w babskich ciuszkach aż do śmierci, a teraz... Nawet nie kusiło mnie, by wracać. Sarah też nie wyglądała na zachwyconą, zresztą ona w końcu zrezygnowała z własnej woli i nie chciała tu dłużej pracować – czemu trudno się dziwić, patrząc na jej wcześniejsze zarobki. Scylla była fantastycznym miejscem, dopóki ja byłem zakompleksionym, zamkniętym w sobie, usychającym z nieszczęśliwej miłości urzędasem. Teraz wydawała się być zupełnie zbędna.
-Chyba... nie...- odpowiedziałem powoli- Nie chciałbym tu wracać... A już na pewno nie jako drag queen... A poza tym... Lubię moją pracę- stwierdziłem, zaskakując sam siebie.
Dobra, ściema.
Lubiłem Nathana, ale skoro on był częścią mojej pracy, to do niej też czułem nić sympatii.
-Jesteś pewien...? Tu miejsce zawsze się znajdzie... Poza tym, przecież możesz przychodzić po pracy, tak samo, jak zawsze...
-Obawiam się, że nie mogę- stwierdziłem z rozbawieniem- Awansowałem.
-Naprawdę?- zdziwił się szef- Na kogo?
-Na kochanka dyrektora.
-Och...- mężczyzna uniósł brew, po czym skinął głową- Cóż... Chyba, że tak...
Pogawędziliśmy jeszcze trochę, nim szef musiał zbierać się do wyjścia i sami też poszliśmy. Co prawda chcieliśmy jeszcze zamienić słówko z Evanem, ale on chyba nie chciał z nami rozmawiać. Gdy tylko minęliśmy go na korytarzu, zaczepił nagle jedną z przechodzących kelnerek i zaczął z nią o czymś rozmawiać, chociaż nie sprawiała wrażenia zainteresowanej jego towarzystwem. Wydawało mi się, że gdy opuszczałem Scyllę, Evan jednak nie zaliczał się do grona dziwaków. Na pewno nie aż takich.
-I co?- zagadnęła mnie Sarah, gdy opuściliśmy klub- Burzliwa i zakończona skandalem kariera drag queen...?
-Dobrze, że nie rozpoczęta skandalem- spojrzałem na nią znacząco, uśmiechając się lekko pod nosem.
-Hm... Myślisz, że szef byłby zainteresowany przyjęciem tutaj homoseksualnej piosenkarki...?
Zerknąłem na nią z nieskrywaną irytacją.
-Dobrze, dobrze, żartowałam!- zaśmiała się lekko, unosząc dłonie w obronnym geście- Żebyś widział swoją minę...
-Skończ z tym gadaniem o lesbijkach, a znajdź sobie wreszcie porządnego faceta- poradziłem jej szczerze.
-Nie mogę- odpowiedziała.
Spojrzałem na nią pytająco.
-Jedyny porządny facet, jakiego znam, został zajęty przez ciebie- dodała, chichocąc.
Uśmiechnąłem się dumnie, jak na posiadacza najbardziej porządnego partnera przystało.
-Akurat tego współczuć ci nie będę.

Później pojechałem z Sarah do miasta, na krótkie zakupy – które w efekcie wcale takie krótkie nie były i właściwie bawiliśmy się jak za starych, dobrych czasów. Z tym, że tym razem głównym tematem naszych rozmów nie były pozostałe kelnerki ze Scylli, a nasze obecne współpracownice, nie omawialiśmy z rozbawieniem nieudanych zaczepek Evana, a nachalny podryw Bookchera i nie zastanawiałyśmy się nad ekscentrycznym zachowaniem dawnego szefa, a nad moim kochanym Nathanem. Sarah chyba dobrze się z nim rozumiała. Aż za dobrze... Już oczyma wyobraźni widziałem scenę, gdy uciekają razem wśród strzałów i wrzasków, a ja biegnę za nimi z bazooką... Muahahaha...
… Dobrze, jestem nienormalny, ale to kwestia dziedziczna, naprawdę.
A tak poważnie, miałem dziwne przeczucie, że Sarah wie więcej, niż mi mówi. Ale czego się spodziewać po niedawnych wspólnikach we włamaniu do mojego domu...
Wróciłem do mieszkania późnym wieczorem. Drzwi otworzył mi mój partner, ubrany już w piżamę i gotowy do snu.
-Jak było?- zapytał, witając mnie krótkim całusem.
-Umieram ze zmęczenia...- przyznałem, uśmiechając się do niego.
Och, Nathanie Mason... Gdybyś wiedział, jak często wzdycham do ciebie w myślach, nie musiałbym mówić nawet słowa. Ani tych dwóch słów – w szczególności.
-Kolacja czeka w kuchni. A ja zaczekam w sypialni- dodał rozbawiony, po czym skręcił do pomieszczenia obok.
Stałem jeszcze przez chwilę w miejscu, po czym całkiem raźnie i ochoczo (jak na kogoś, komu nogi prawie odmawiały posłuszeństwa), zdjąłem kurtkę i buty, a następnie przeszedłem do kuchni. Zjadłem szybko to, co dla mnie przygotował, a później wziąłem prysznic i przebrałem się do snu.
Wszedłem do sypialni. Nathan, przy lampce nocnej, czytał jeszcze jakąś książkę. Podniósł wzrok i spojrzał na mnie z tym swoim zupełnie rozbrajającym uśmiechem, po którym była mi potrzebna niemalże reanimacja. Wślizgnąłem się pod kołdrę i wtuliłem się w niego, przymykając powieki.
Parsknął cicho, ściągając mi z twarzy okulary i odkładając je na stolik, razem ze swoją książką.
-Co u Sarah?- zagadnął mnie, obejmując ramieniem.
-Och, świetnie... Poza tym, że wpadła na pomysł, żeby zmienić orientację seksualną- zaśmiałem się cicho.
-Co takiego?- zdumiał się Nathan.
-Ach, dużo by mówić... Sam wiesz, jak to jest... Na takie rzeczy zwraca się większą uwagę, nie?- uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Pewnie dla mojego szefa, który z trudem przyznał się nie tak dawno do swoich skłonności, wyglądało to całkiem inaczej- Pomyśleć, że jeszcze niedawno był to powód do wstydu, a teraz... Część ludzi sama wymyśla sobie takie rzeczy, dla sławy albo zysków... A ty, co o tym myślisz?- zapytałem, nieco znużony.
-O zmianie orientacji seksualnej?- zaśmiał się pogodnie.
-Nie... O ludziach, którzy robią takie rzeczy... Albo na przykład te dziewczyny, które udają, że zachowanie Bookchera im nie przeszkadza... Tak na marginesie powinieneś coś z tym zrobić- dodałem. Nathan chyba nigdy nie traktował jego zaczepek poważnie. Ha! Ciekawe co byś zrobił, panie Mason, gdybyś dowiedział się, że ten skurczybyk trzymał mnie za piersi! Nie moje, ale jednak, liczy się fakt- Wiesz, pracownice, które podlizują się do szefów, mizdrzą się, później zostają ich kochankami...- Nathan uśmiechnął się z politowaniem- No co?- wtuliłem się w niego mocniej, rozbawiony- Co byś zrobił, gdyby jakiś pracownik udawał homoseksualnego, znając skłonności szefa, grał romantycznego i bardzo nierozważnego, rozkochał go w sobie i...- poruszyłem znacząco brwiami.
-Z romantyzmem jakoś ci nie wyszło, a z brakiem rozwagi stanowczo przesadziłeś- odpowiedział z uśmiechem Nathan- Jeśli uważasz, że cel był warty trudu, to chyba powinienem być zadowolony...
-Zdecydowanie powinieneś być...- zagryzłem figlarnie wargę, by po chwili musnąć krótko jego usta.
Oddał pocałunek, czyniąc go bardziej namiętnym i przez chwilę prowadziliśmy dyskusję w języku, a raczej językiem uniwersalnym dla całej ludzkości.
-Ej, a tak właściwie...- zacząłem znowu żartobliwie, odsuwając się nieco- Zauważyłeś, że cycate kochanki szefów w filmach zawsze są specjalnie traktowane, dostają awanse, podwyżki, drogie samochody i ubrania...? A ja?- rozłożyłem bezradnie ręce- Co dostałem w zamian...?
-Ty nie jesteś cycatą pracownicą, więc i zyski mniejsze. Dostałeś mieszkanie i mężczyznę w pakiecie- Nathan mrugnął do mnie wesoło.
-Mieszkanie może być, ale facet...- skrzywiłem się, po czym zaśmiałem się znowu i położyłem ręce pod głowę, uśmiechając się do sufitu.
-A co do Sarah... Możesz jej przekazać, że w naszym biurze ma spore szanse na odnalezienie „tej jedynej”... W końcu większość to kobiety.
-Większość to kobiety zakochane w tobie- zauważyłem z cieniem pretensji, jakbym sam nie należał niedawno do tego grona. Chociaż ja nie jestem kobietą. Haha! Ahaha! Rodzynek zawsze wygrywa!- Więc w sumie racja, odkąd wiedzą, że nie mają u ciebie szans, mogą się poczuć nieco zdesperowane...
-A skąd wiedzą, że nie mają szans...?- Nathan uniósł pytająco brew, spoglądając na mnie z zainteresowaniem.
-Nic nie mówiłem- zarzekłem się natychmiast- Serio. Absolutnie nic. Ale wiesz... Ślepe nie są... Widzą to i owo... Zresztą, wiem, jak na mnie patrzą...
-Jesteś przystojnym mężczyzną, Alex, dlaczego miałyby nie patrzeć...?
Uśmiechnąłem się pobłażliwie. No teraz przesadziłeś, Nathanie Mason, na całej linii.
-Jakoś nim rozpocząłem romans z moim szefem, nie przyglądały mi się szczególnie- pozwoliłem sobie zauważyć.
-Ja tam patrzyłem od początku- przyznał Nathan z lekkim uśmieszkiem.
-Ty jesteś gejem, a facetów do wyboru miałeś niewielu. Mogłeś patrzeć albo na mnie, albo na Bookchera, ja modelem nie jestem, ale na twoim miejscu też wolałbym siebie- zachichotałem.
Pokręcił tylko głową i przyciągnął mnie do siebie, sięgając ręką do tyłu i gasząc lampkę.
-Mnie się podobasz- szepnął mi do ucha, muskając je lekko wargami.
A ja cię kocham, Nathanie Mason.

sobota, 21 stycznia 2012

Dzień dobry :D

Pod spodem czeka na was nowy rozdział "Chaosu". Co do przyszłego tygodnia - zamierzam zabrać się za "Drag Queen", bo dawno nie było już nowej części, a niewiele zostało do końca. Wiem, że obiecywałam, że skończę je w tamtym roku, ale nie dotrzymanie słowa nie wynikało z tego, że nie chciałam, tylko z tego, że musiałam się ograniczyć do pisania jednego rozdziału tygodniowo. Trochę się ostatnio nad tym zastanawiałam, bo źle się czuję z tym, że piszę mniej niż pisałam, ale po dłuższym zastanowieniu zdałam sobie sprawę, że ja wcale nie piszę mniej. Kiedyś moje rozdziały miały 5-6 stron, jak miały 8, to były już długie, teraz przeciętnie, mają po 10-12 stron, nawet więcej, więc wszystko się inaczej rozkłada, muszę nad nimi trochę więcej myśleć, więcej pracować. Także nie wiem, czy szybko wrócę do systemu dwa rozdziały tygodniowo, możliwe, że po prostu nie będę w stanie.

Tak czy inaczej, pozdrawiam Was serdecznie :)

I pamiętajcie o babciach i dziadkach :P

Enjoy.

Rozdział 10 [Chaos]

Kolejne dni zeszły im na wyczerpującej wędrówce. Udało im się odnaleźć rzekę i od tamtej pory, szli wzdłuż niej, mimo, że nie zdecydowali się zejść do jej doliny i wciąż przemieszczali się lasami, które z jakichś względów wydawały im się bezpieczniejsze. Nie natrafili na żadne wioski, mimo że w pewnym momencie minęli dość prymitywną tamę, co wskazywałoby na istnieniu gdzieś w pobliżu osadnictwa. Tak czy inaczej, podążanie wzdłuż rzeki okazało się korzystne. Amir miał przynajmniej pewność, że idą przed siebie, a nie krążą w koło i nie był już zdany wyłącznie na świetną orientację przestrzenną swojego towarzysza. Noga wciąż dokuczała mu okropnie, pewnie dlatego, że nie zrobili dłuższego postoju, by miała szansę się zregenerować. Amir nie lubił siedzieć w miejscu. Irytowało go to. Miał wrażenie, że nic nie robi, że marnuje kolejne godziny, podczas których mógłby zrobić coś pożytecznego, na przykład odnaleźć kryształy, co zbliżyłoby wizję powrotu do domu. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego myślenie jest pozbawione sensu. Nie mieli pojęcia, gdzie szukać fragmentów klejnotu, co nieustannie doprowadzało go do frustracji. Mogli natrafić na kolejny za dzień, za tydzień, za rok, mógł być na północy, a może na południu, w wiosce, którą ominęli, albo w miejscu, do którego nigdy nie dotarli i być może nie dane im będzie dotrzeć. A jednak... Mieli już trzy kawałki. I gdyby dobrze się zastanowić, jak na możliwość miejsc, w których mogli je znaleźć... To była naprawdę duża liczba. Niewiele brakowało, a Amir gotów byłby przyznać, że rzeczywiście sprzyja im jakaś nadludzka siła. Jego towarzysz oczywiście nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Czas mijał im właściwie tak samo jak zwykle – na kłótniach, sporach, mniej i bardziej żywiołowych dyskusjach i opowieściach. Amir jednak coraz bardziej rozumiał korzyści jakie płynęły z ich współpracy. Nie chodziło już nawet o przydatne umiejętności, które Nadim posiadał, ani nie o samo jego towarzystwo. Potomek wilków, świadom upartości swojego towarzysza, potrafił jednocześnie odpowiednio go dopilnować, jak Amir myślał nieraz z przekąsem – darzył go niemalże troską. Gdy widział, że człowiek krzywi się z bólu i ledwo idzie, zdając sobie sprawę z dumy Amira, która nie pozwoliłaby mu przyznać się do zmęczenia, sam, pod jakimś pretekstem, decydował o postoju.
Tak było i tym razem.
Gdy tylko znaleźli odpowiednio dużą polanę, Amir opadł na ziemię i chwycił się za obolałą nogę, a następnie zaczął rozplątywać brudne opatrunki. Odetchnął głęboko, odsuwając włosy z czoła. Nadal gorączkował, chociaż zdarzało mu się to rzadziej i mniej intensywnie, co uznał za oznakę powrotu do zdrowia.
-Jak twoja noga...?- potomek wilków stanął przed nim i spojrzał na niego z uwagą.
-Dobrze...- wycedził z trudem przez zęby mężczyzna- Pytałeś mnie o to już setki razy...
-Może dlatego, że zawsze odpowiadasz w taki właśnie sposób...
Amir prychnął tylko. Nic mu nie było, potrzebował jedynie chwili odpoczynku. I świętego spokoju, o co w towarzystwie potomka wilków było jednak trudno. Podmuch wiatru poruszył okolicznymi drzewami i omiótł wędrowców, przynosząc mężczyźnie ulgę. Nadim poruszył się odrobinę niespokojnie i rozejrzał dookoła. Amir już w czasie wędrówki dostrzegł, że jego towarzysz stał się jakby ostrożniejszy, co uznał, z zadowoleniem, za efekt ich wcześniejszej rozmowy.
-Nie masz wrażenia...- zaczął potomek wilków i umilkł zaraz, wpatrując się w okoliczne drzewa, jakby spodziewał się, że kogoś tam zobaczy. Amir spojrzał na niego pytająco- Sam nie wiem... Od pewnego czasu czuję się tak, jakby ktoś nas obserwował...
Mężczyzna uśmiechnął się złośliwie pod nosem.
-Nawet wiem kto...- stwierdził, a jego towarzysz spojrzał na niego ze zdumieniem- Twój bóg. W końcu jest wszystkim.
Nadim przechylił lekko głowę i uśmiechnął się pobłażliwie.
-Po pierwsze, doskonale wiesz, że nie o tym mówiłem... A po drugie, jestem pewien, że jeśli twoi bogowie istnieją, oni także cię obserwują- odparł tonem godnym upartego kapłana, zamierzającego wmówić na siłę niewiernemu, że jednak nie ma racji.
-A niby dlaczego mieliby to robić, co...?- parsknął śmiechem mężczyzna- Mają tyle ciekawszych rzeczy do oglądania, katastrofy, klęski żywiołowe... roznegliżowane leśne nimfy, wychodzące z kąpieli...- dodał złośliwie. Nadim uśmiechnął się lekko- Skąd pomysł, że chcieliby oglądać akurat nas?
-Bo bez względu na to, czy w to wierzysz, czy nie, jesteś wybrańcem- odpowiedział mu spokojnie towarzysz, wywołując u Amira zwyczajowe, głębokie westchnienie- Obaj nimi jesteśmy. I musimy przeciwstawić się demonowi, który zagraża nie tylko naszym bliskim, ale może nawet całemu istnieniu. I wszystkie dobre siły, jakie istnieją na tym świecie, zjednoczyły się ze sobą i będą nas wspierać.
-Nie zauważyłem...- odmruknął z politowaniem mężczyzna.
Czy te wszystkie dobre siły, zamiast ich obserwować, mogłyby ich wspierać w bardziej praktyczny sposób...? Choćby zebrać wszystkie fragmenty kryształu...? Cóż to znowu dla problem dla istot, dla których nie istnieją żadne bariery, ani czasu, ani śmierci i które mają moce, o których ludziom nawet się nie śniło. Zresztą, jak to jest, że jakiś tam demon schodzi na ziemię i jak gdyby nigdy nic, rządzi przez kilka lat bez żadnej reakcji bogów...? Może odpowiedź jest prosta i bogów najzwyczajniej w świecie to nie obchodzi. Albo lubią sobie popatrzeć na takie krwawe przedstawienia, w końcu chyba nie zdarzyło się jeszcze w historii ludzkości, by przerwali jakieś wojny czy klęski, pomijając idiotyczne wierzenia, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. A zresztą... Co to za demon, który godzi się na przymierze z psem? Czy ta wielka, pradawna istota postradała rozum? Nie mogła sobie znaleźć lepszej ofiary od narwanego, samozwańczego wodza, który swoją głupotą doprowadził ich obydwu do klęski?
-A tak właściwie, to jaką masz pewność, że jesteśmy jedynymi wybrańcami...?- zapytał Amir, spoglądając na swojego towarzysza z drwiącym uśmiechem- I jaką masz pewność, że to jedyny demon, jaki istnieje...? Chyba to mało prawdopodobne, nie sądzisz...? Szczególnie, że akurat demony występują dość powszechnie w różnego rodzaju wierzeniach i przesądach...
-Idę się rozejrzeć- oświadczył Nadim, ruszając niespiesznie przed siebie.
-Nie odpowiadasz na moje pytania...- odparł z satysfakcją mężczyzna.
Potomek wilków zatrzymał się i odwrócił w jego stronę.
-Bo twoje pytania są tendencyjne i nie zamierzam tracić na nie czasu- rzucił lekkim tonem.
-Albo najzwyczajniej w świecie nie znasz odpowiedzi...- Amir nie przestawał się uśmiechać z zadowoleniem- A tak poza tym, uważam, że powinniśmy znaleźć sobie lepszy temat do sporów, przynajmniej dla przerwy... Kłótnie o bogów i tak zazwyczaj kończą się tak samo...
-Ależ masz wiele tematów do sporów. Na przykład... Hm...- Nadim udał, że się zastanawia- Chociażby niektóre części mojego ciała, które z niewiadomych przyczyn ci przeszkadzają...
-Psie, ustaliliśmy już chyba, że twoje części ciała mnie nie obchodzą, o ile nie zajmują mojej części namiotu.
-Ustaliliśmy już chyba, że nie ma czegoś takiego jak twoja część namiotu- odparował spokojnie potomek wilków- Przykro mi cię informować, ale nie żyjemy w zbyt luksusowych warunkach... To nie jest pałac... Książę...- dodał, ze złośliwym uśmiechem.
-Ani nie busz.
-Idę się rozejrzeć- powtórzył Nadim, co oznaczało zapewne koniec tego tematu- A ty przez ten czas rozłóż namiot.
-Dlaczego ja mam rozkładać namiot, kiedy ty włóczysz się dookoła...?- mruknął niechętnie mężczyzna.
-Bo ty włóczyć się nie możesz, kuśtyku.
-Jak mnie nazwałeś?!- obruszył się Amir.
-Kuśtyk- Nadim uśmiechnął się niewinnie, wzruszając ramionami- Kuśtyk brzmi dużo lepiej niż kaleka.
-Masz szczęście, że siedzę, psie...
Potomek wilków zaśmiał się lekko, znikając pomiędzy drzewami.
Amir prychnął cicho pod nosem, podnosząc się z trudem. Kaleka. Też coś! Niespiesznie i nieco nieporadnie, zabrał się za rozstawianie namiotu i przygotowania do nocy. Nadim wrócił po niecałej godzinie, oczywiście nie znalazłszy nikogo ani niczego godnego uwagi. Zjedli razem ostatni tego dnia posiłek, po czym weszli do namiotu i ułożyli się do snu.
-Dobranoc- rzucił zwyczajowo potomek wilków, odwracając się do niego plecami.
-Dobranoc...- odparł sennie Amir. Obaj chyba nie mieli już dzisiaj chęci na rozmowy. Mężczyzna był potwornie zmęczony całym dniem wędrówki, a noga pulsowała nieprzyjemnym, przeszywającym bólem. W dodatku, nie był zbyt przytomny.
Przymknął powieki i zapadł w coś w rodzaju półsnu, co zdarzało mu się często, gdy miał gorączkę. Słyszał jeszcze płytki, nerwowy oddech swojego towarzysza i zastanawiał się, na granicy rzeczywistości i snu, czemu ten jeszcze nie śpi. Nie minęło długo, a usłyszał, jak Nadim podnosi się gwałtownie z posłania. Amir ocknął się i usiadł odruchowo, spoglądając zaspanym wzrokiem na potomka wilków. Jego uszy poruszały się lekko, a on sam zdawał się nasłuchiwać.
-Co się z tobą dzieje, psie...?- mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Cały czas mam wrażenie, że ktoś jest gdzieś blisko.
-Przecież nikogo nie znalazłeś...- mruknął niechętnie Amir, kładąc się z powrotem. Nie miał ochoty na słuchania dziwactw Nadima i zajmowanie się jego irracjonalnymi przeczuciami.
Potomek wilków siedział jeszcze chwilę w zupełnej ciszy, po czym rzucił:
-Idę to sprawdzić.
I wyszedł z namiotu.
Amir nie zdążył go zatrzymać.
-Psie!- zawołał jeszcze, ale oczywistym było, że jego towarzysz nie zareaguje.
Westchnął głęboko, przewracając się na drugi bok i zaczął wyczekiwać na powrót potomka wilków. Ten jednak, jak zwykle, nie spieszył się, w obliczu czego, Amir zmusił się do wyczołgania z namiotu, co w jego sytuacji wcale nie było łatwe, ale stosunkowo bolesne. Przeklinając swojego towarzysza w duchu i określając go najgorszymi obelgami, jakie tylko udało mu się na poczekaniu wymyślić, pokuśtykał do lasu. Nie lubił momentów, gdy przegrywał ze swoimi złymi przeczuciami. A może raczej nie lubił momentów, w których, chcąc nie chcąc, udowadniał, że Nadim nie jest mu obojętny i że w sposób zupełnie dla Amira niezrozumiały, bardzo się do niego przywiązał.
Na szczęście potomek wilków nie odszedł daleko. Po chwili Amir dostrzegł go pomiędzy drzewami. Jego towarzysz stał nieruchomo i w zamyśleniu wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą. Zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto czegoś szuka. Mężczyzna nie odrywał od niego wzroku i szybko uświadomił sobie coś, na co wcześniej nie zwracał aż tak bardzo uwagi, pochłonięty bardziej swoimi sprawami. Przecież Nadim też musiał tęsknić. Nie okazywał tego na co dzień w żaden sposób, sprawiał wręcz wrażenie kogoś, kto żyje tylko i wyłącznie chwilą obecną, na dodatek jego skłonności do kobiet i zabaw, które Amir dawno już określił mianem hedonistycznych, jeszcze bardziej utwierdzały mężczyznę w tym przekonaniu. A przecież potomek wilków też miał bliskich. Amir nie interesował się jego życiem na tyle, by wiedzieć, kim byli, ale był w końcu ten pies, Canis, i ten sekundant, z którym żegnał się przed ich wyprawą. Kto wie, czy nie oczekiwała go też jakaś kobieta, chociaż było to wysoce wątpliwe. Raczej wiele kobiet. A jeśli nawet, to Nadim żadnej z nich nie traktował poważnie. Tak czy inaczej – tęsknił. I pewnie rozmyślaniom o domu poświęcał równie dużo czasu, co Amir. Czemu mężczyzna do tej pory tego nie zauważył...?
Podszedł niespiesznym krokiem do Nadima i chwycił go za ramię.
-Hej- szepnął cicho.
-Hej, Amir...- parsknął z rozbawieniem Nadim, odwracając się w jego kierunku- Coś nie tak...?
-Nie...- Amir czuł się nieswojo i nie do końca wiedział, co powiedzieć- Znalazłeś kogoś...?- zapytał w końcu głupio.
Jego towarzysz zaśmiał się serdecznie.
-Nie. Nikogo. Chyba rzeczywiście zaczynam reagować trochę zbyt nerwowo... Wracamy?
Mężczyzna skinął głową.
Nadim uśmiechnął się lekko i objął go w pasie, ułatwiając swojemu towarzyszowi dojście do namiotu. Położyli się z powrotem, plecami do siebie, po raz kolejny życzyli sobie dobrej nocy i zaczęli zasypiać. Ogon Nadima prześlizgnął się po plecach mężczyzny, wywołując u niego grymas irytacji. Chwilę później zdarzyło się to znowu i raz jeszcze, aż w końcu zdenerwowany Amir, wyciągnął rękę i chciał zdzielić lekko ogon towarzysza, ale ręka mu się omsknęła i zamiast tego, uderzył go w pośladek. Odchrząknął zażenowany. Nadim zdawał się zupełnie tego nie poczuć. Zażenowanie Amira ustąpiło, gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, jak komicznie wyglądała ta sytuacja. Zaczął trząść się ze śmiechu, z trudem powstrzymując się od roześmiania się w głos.
-Co ty... Śmiejesz się...?- potomek wilków obrócił się i zerknął nieprzytomnie na swojego towarzysza przez ramię.
-Śpij, psie...- odparł jedynie tamten, zduszonym od chichotu głosem.
-Śmiejesz się ze mnie...?- dopytywał zdezorientowany Nadim.
Amir pokręcił głową, skrywając twarz w dłoniach.
Dobrze było mieć Nadima przy sobie.

Amir obudził się z rana, a raczej został przebudzony, przez swojego towarzysza, który majstrował coś niezbyt subtelnie przy jego obolałej kostce. Mężczyzna wymruczał pod nosem coś, czego sam nawet nie zrozumiał i uniósł się na łokciach, przyglądając się poczynaniom Nadima z uwagą.
-Co ty wyrabiasz...?- zapytał w końcu.
-Patrzę na twoją nogę- odparł niczym nieskrępowany potomek wilków, kończąc już zawiązywać prowizoryczny opatrunek.
-Znajdź sobie własną...- rzucił z politowaniem mężczyzna i nie wiedzieć czemu, w tym właśnie momencie przypomniała mu się scena z wczorajszej nocy i wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
Nadim wpatrywał się w niego ze zdumieniem. Rzadko widywał swojego towarzysza w równie dobrym nastroju.
-Jesteś pijany...?- zapytał z rozbawieniem, nie odrywając od Amira wzroku.
-Niestety nie...- odparł mężczyzna, uspokajając się powoli. Pijany, też coś, od razu pijany. Tyle czasu już włóczyli się zupełnie bez sensu, nie mając zbytnich powodów do śmiechu, że musiał w końcu jakoś odreagować- A poza tym, po alkoholu nie jest mi wesoło. Wprost przeciwnie... Robię się podobno dość... ponury...
-Naprawdę...? Myślałem, że ludzie tyle piją, właśnie dlatego, że jest im weselej. Mi przynajmniej jest. Jak wypije się odpowiednio dużo, przestaje się myśleć.
-W moim przypadku, jak wypije się odpowiednio dużo to i za dużo się myśli- odmruknął Amir, odwracając się na drugi bok.
Potomek wilków nie dał mu od siebie uciec i zawisł nad nim, nie przestając się uśmiechać.
-A masz jeszcze jakieś ponure wizje, prócz tej, że któregoś dnia włożą ci na głowę królewską koronę, pozwolą ci robić, co tylko zechcesz i będziesz żyć w dostatku do końca swych dni...?
Mężczyzna parsknął cicho. Jak pokazały ich ostatnie doświadczenia, monarchowie rzeczywiście żyli w dostatku do końca swych dni. Ale zazwyczaj ten koniec następował bardzo szybko.
-Idź sobie...- mruknął leniwie, przymykając powieki.
-Chodź. Musimy się zbierać.
-Za chwilę...
-Jasne. Pożyczę twój miecz, w porządku?
-Ta... Co?! Nadim!- nie było chyba lepszego sposobu na wyciągnięcie Amira z namiotu. Jego towarzysz już czmychnął na zewnątrz wraz z bronią mężczyzny, a ten nie zważając na ból, z głuchym jękiem, wyszedł za nim.
Potomek wilków, uzyskawszy efekt, o jaki mu chodziło, odrzucił oręż na trawę i zajął się składaniem namiotu.
-Uważaj no sobie!- warknął w jego kierunku Amir, z najwyższą pieczą unosząc broń i przypinając ją do pasa. Pogłaskał czule rękojeść, rzucając w kierunku swojego towarzysza wrogie spojrzenie- Jeszcze jeden taki numer, psie, a ostrzegam cię, że niektóre twoje irytujące części ciała, długo twoje nie pozostaną...
Nadim tylko uśmiechnął się uroczo w odpowiedzi, szykując ich do dalszej drogi. Przekomarzali się tak już nie raz i nie dwa, czasem zdarzało im się nawet lekko poszturchać, ale nie zrobili sobie dotąd nic poważnego, co można było uznać za niewątpliwy sukces, biorąc pod uwagę ich pierwotne nastawienie. Potomek wilków przyzwyczaił się do awanturniczego charakteru towarzysza, a Amir przywykł do niektórych komentarzy Nadima, które wcześniej doprowadzały go niemalże do furii. Oczywiście w doprowadzaniu go do furii Nadim nadal był specjalistą, ale teraz zdarzało się to już znacznie rzadziej. Można by wręcz powiedzieć, że obaj zaczęli tolerować wzajemnie swoją obecność, ba, nawet swoje odmienne przekonania. Oczywiście do pewnego stopnia. Owszem, Amir tolerował przekonania swojego towarzysza. Co wcale nie znaczyło, że nie zamierzał mu od czasu do czasu przypominać o tym, jak bardzo są kretyńskie.
Opuścili las i wędrowali dalej, po płaskim terenie, dużo mniej zwodniczym i przyjemniejszym. Z daleka widać było linię rzeki, słońce górowało na niebie, jednak otrzeźwiający wiatr sprawiał, że nie dało się odczuć gorąca. Amir czuł się znacznie lepiej niż wczoraj. Nawet jego myśli zaprzątały sprawy bardziej błahe, ale za to milsze, niż zwyczajowy niepokój o bliskich czy zastanawianie się nad sensem i celem ich podróży. Szli wolno, nie spiesząc się, głównie ze względu na stan mężczyzny. Obaj zagadywali się od czasu do czasu, żartowali nawet, wspominali... Ha, bo w końcu już mieli co wspominać. Amir nie wiedział, jak potoczą się ich dalsze losy i nawet nie chciał się zastanawiać. Był natomiast pewien jednego. Z uwagi na wszystkie te okoliczności i przygody, jakie ich dotąd spotkały, z pewnością nie zapomni potomka wilków do końca swojego życia. Życia zawodowego wojownika, miał nadzieję, nie mającego z władzą nic wspólnego.
Po dwóch godzinach wędrówka już tak przyjemna nie była. Zaczęli iść pod górę, słońce raziło ich w oczy, a wiatr stał się łagodniejszy i niemalże nieodczuwalny. Ból nogi znowu zaczynał dawać o sobie znać. Amir zatrzymywał się co jakiś czas na chwilę, pod byle pretekstem. Jego towarzysz doskonale to rozumiał i widział, że trudno będzie mu iść dalej, ale miejsce, w którym się znajdowali, trudno było uznać za odpowiednie do odpoczynku. Nie było więc rady. Przemierzali kolejne metry, nie odzywając się już do siebie ani jednym słowem. Aż nagle Amir poczuł gwałtowny, przeszywający ból, dużo silniejszy od tego, który odczuwał wcześniej. Znieruchomiał momentalnie, a gdy ból stał się jeszcze ostrzejszy, wrzasnął, upadając na ziemię i chwytając za nogę. Nadim podszedł do niego prędko i klęknął obok.
-Co się dzieje?- zapytał z niepokojem.
-Nie wiem...- wycedził przez zęby mężczyzna, odchylając głowę do tyłu i zaraz krzyknął znowu, a na jego twarz wstąpił grymas. Wziął kilka głębszych oddechów, chcąc się uspokoić. W jednej chwili zalała go fala gorąca. Stłumił z trudem cisnący mu się na usta jęk.
Nadim wpatrywał się w niego bezradnie, wyraźnie nie wiedząc, co zrobić.
-Coś się stało...? Zrobiłeś sobie jakąś krzywdę? Źle stanąłeś...? A może...
-PSIE!- jego słowa złączyły się z kolejnym wrzaskiem bólu, którego nie mógł zatrzymać. Zacisnął powieki, drżąc.
-Znałem tylko jedną osobę, która aż tak bardzo krzyczała z cierpienia...- rzucił potomek wilków.
Amir spojrzał na niego nieprzytomnie.
-Co mu było...?- zapytał z niepokojem.
-Jej. Rodziła.
-To nie jest zabawne, psie...
Nadim uśmiechnął się blado. Starał się najwyraźniej skupić uwagę swojego towarzysza na rozmowie, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Usiłował mu jakoś pomóc, chwycił nawet za opatrunki, ale gdy tylko dotknął bolącej nogi, Amir wyrwał mu się natychmiast, wyjąc niemalże z cierpienia.
-Pójdę po pomoc- odezwał się nagle potomek wilków, wstając.
-Oszalałeś?!- syknął Amir- Nikogo tu przecież nie znajdziesz!
Nadim ruszył jednak biegiem przed siebie, nie zważając zupełnie na protest swojego nieszczęsnego towarzysza. Niedługo później zupełnie zniknął mu z widzenia. Amir został sam. Ledwie przytomny z bólu, trząsł się tylko i nie miał już nawet siły krzyczeć czy wołać potomka wilków. A ten długo nie wracał. Mężczyzna czekał i czekał, coraz mniej świadomy tego, co się wokół niego dzieje. W pewnym momencie miał nawet wrażenie, że ból osłabł, a wręcz przestał go zupełnie odczuwać. Ledwie jednak zmusił się do tego, by wstać, a wszystko zaczęło się od nowa.
-Amir! Amir!- gdy usłyszał dobiegające z oddali wołanie, miał wrażenie, że to omamy wywołane przez gorączkę. Wkrótce jednak pojawił się przy nim Nadim- Znalazłem wioskę. Chodź, wstań, pomogą ci...
-Wioskę...?- powtórzył głucho mężczyzna.
-Tak... Tak, Amir, oprzyj się o mnie... Czekaj... Poczekaj chwilę... Chodź... Chodź, Amir, ostrożnie...
I tak Nadim szedł dalej, z jednej strony trzymając wszystkie ich rzeczy, z drugiej ciągnąc niemalże wspartego o jego ramię Amira, który niezbyt zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje.
-Dokąd idziemy...?- rzucił w końcu, ale odpowiedź potomka wilków do niego nie dotarła.
 Nadim prowadził go bardzo długo, co z pewnością nie było łatwe, nim oczom mężczyzny ukazały się pierwsze, dość prymitywne budowle. Zobaczył wokół siebie gromadę ludzi, którzy przyglądali im się z pewnej odległości.
-Dokąd ty mnie zaprowadziłeś...?- zapytał ze zdumieniem i to pytanie długo pobrzmiewało echem w jego głowie.
Resztę widział jak przez mgłę. Zbliżyło się do niego kilka kobiet, które pochwyciły go i zaprowadziły do jednej z chat. Słyszał wokół siebie różne głosy, ale nagle strasznie męczące wydawało mu się wsłuchiwanie w nie i próba zrozumienia, o czym mówią. Rozglądał się tylko nerwowo w poszukiwaniu swojego towarzysza. Nadim był cały czas w pobliżu, dopiero w momencie, gdy Amira ułożono na sienniku, gdy zrobiono mu okład z zimnej wody, zniknął gdzieś nagle, nie wiedzieć gdzie. Mężczyzna wołał go i usiłował wstać, ale silne ręce uniemożliwiły mu choćby podniesienie się. Miotał się długo, starając się pojąć, co się wokół niego dzieje. Widział jedynie obce twarze, nachylające się nad nim, szepczące coś między sobą, przerażające.
W ostatnim odruchu ścisnął nerwowo pojemnik z kryształami.
Zasnął.

Amir przebudził się dopiero następnego poranka. Uchylił powieki i rozejrzał się po pomieszczeniu uważnie, początkowo wytrącony z równowagi, bo nie mógł sobie przypomnieć, jak znalazł się w tym obcym miejscu. Gdy dostrzegł swojego towarzysza, śpiącego na podłodze, w kącie pomieszczenia, wszystko zaczęło mu się powoli przypominać. Nogi właściwie nie czuł, co początkowo wzbudziło w nim całkiem uzasadnioną obawę i aż nachylił się, by sięgnąć do niej w nieco panicznym geście, ale gdy tylko przekonał się, że jest na swoim miejscu, odetchnął z ulgą i ułożył się wygodniej na posłaniu. Poczuł ból dopiero, gdy nią poruszył, nie był to jednak ból równie dokuczliwy i trudny do zniesienia, jak wczoraj. Ktoś zrobił mu opatrunek, kostkę obłożył deseczkami, które usztywniały i stabilizowały jego staw, a te obwiązał jeszcze jakimś materiałem. Wyglądało na to, że wszystko było w porządku.
Mężczyzna na powrót przymknął powieki. Nie chciał się odzywać ani nawet poruszać, by nie zbudzić śpiącego nieopodal Nadima. Swoją drogą, chyba miał mu za co podziękować... Ciekawe co by zrobił bez niego i jego pomocy. Mimo wszystko, dobry towarzysz mu się trafił. Nawet, jeśli był psem.
Dopiero, gdy odruchowo sięgnął dłonią do swojej szyi i nie natrafił ani na rzemyk, ani na pojemnik z kryształami, dopadło go uczucie zaniepokojenia. Podniósł się do pozycji siedzącej i skierował wzrok na potomka wilków.
-Nadim...- rzucił niepewnie, a jego towarzysz poruszył się lekko, otwierając oczy i spoglądając na niego sennie- Wziąłeś je...?
-Słucham...?
-Wziąłeś kryształy?
Potomek wilków zmarszczył brwi.
-Nie... Niczego od ciebie nie brałem...
Ta odpowiedź wystarczyła, by Amir oprzytomniał zupełnie. Zerwał się gwałtownie z łóżka, nie reagując na protest Nadima, który z kolei obudził się w jednej chwili, widząc poczynania swojego towarzysza.
-Amir!- rzucił ostrzegawczo, chwytając go w pasie i podtrzymując, chociaż mężczyzna był w stanie chodzić samodzielnie- Nie sądzę, żebyś powinien teraz wstawać...- dodał, jakby zupełnie nie rozumiał, co się wydarzyło.
-Gdzie jest mój miecz?- Amir zaczął rozglądać się chaotycznie po pomieszczeniu, usiłując uwolnić się od swojego towarzysza, który jednak w ogóle mu na to nie pozwalał- Nadim! Gdzie mój miecz, do licha?!
Nadim poprowadził go do ich rzeczy i zza tobołków, wyjął broń, którą następnie podał mężczyźnie. Ledwie Amir ją chwycił, a już gnał do wyjścia, rozjuszony. Trudno było właściwie powiedzieć, kto tu kogo podtrzymuje i kto kim kieruje. Potomek wilków starał się utrzymać Amira, chociaż ten miotał się we wszystkich kierunkach, klnąc głośno i kierując oręż w stronę każdego mijanego przez nich wieśniaka.
-Gdzie one są? Gdzie?!- wrzeszczał raz po raz mężczyzna, spotykając się tylko ze spojrzeniami pełnymi lęku i niezrozumienia. Ludzie cofali się i odchodzili od niego, przerażeni i wyraźnie zdezorientowani. Ciężko było stwierdzić, czy w ogóle rozumieją jego pytania. Dopiero któryś z chłopców, wskazał niepewnie dłonią na jedną z chat i czmychnął prędko do swojego domu.
Amir wpadł do wskazanego przez dziecko budynku wraz ze swoim towarzyszem, wzbudzając wśród obecnych popłoch. To była niewielkich rozmiarów sala, niemalże pusta. Na jej końcu stało obleczone zwierzęcą skórą krzesło, na którym siedział jakiś starzec. Jako jedyny zdawał się nie przerazić najściem, a wprost przeciwnie, spoglądał na przybyszów bez najmniejszych emocji, stąd Amirowi od razu zdało się, że pewnie słabo kojarzy, co się wokół niego dzieje. Był mały, pomarszczony, włosy miał całkowicie białe, opadały mu aż do pasa, a długie paznokcie wbijał w oparcie. Oprócz niego, w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze dwóch chłopów i trzy kobiety, rosłe, potężne, na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że do ich obowiązków nie należy z pewnością wyłącznie rodzenie dzieci, a pewnie nie różniły się one wcale od obowiązków mężczyzn. Cała piątka cofnęła się gwałtownie, gdy tylko Amir i Nadim pojawili się w środku i spoglądała na nich z przerażeniem. A niedaleko przed nimi, na podwyższeniu, znajdowały się trzy fragmenty kryształu. Mężczyzna aż zatrząsł się ze złości, gdy to zobaczył. Owszem, mógł sceptycznie podchodzić do ich rzeczywistej mocy, mógł nawet nie wierzyć, że w ogóle jakąś posiadają, ale to wcale nie znaczy, że zamierzał dać się okradać z czegoś, czego tak długo szukał!
-A niech się tylko któreś ruszy...!- zagroził gniewnie, dopiero w tym momencie wyrywając się swojemu towarzyszowi, który sprawiał wrażenie lekko zagubionego. Amir machnął groźnie mieczem, w formie ostrzeżenia, chociaż wieśniacy zdecydowanie nie sprawiali wrażenia, jakby zamierzali z nim o cokolwiek walczyć. Obserwował ich jednak uważnie, zabierając fragmenty kryształu ze stolika- Gdzie jest słoik...?- zapytał ostro. Nim uzyskał odpowiedź, zobaczył jednak szklany pojemniczek, wiszący jak gdyby nigdy nic na szyi starca. Podszedł do niego i szybkim ruchem ściągnął naczynie, wrzucając do środka kawałki. Wycofał się, stając z powrotem u boku swojego towarzysza.
Starzec wskazał na niego sękatym palcem i rzucił ochryple:
-Zło.
-Zło?- obruszył się Amir, wytrącony z równowagi- Zło?! A jak nazwiesz przywłaszczanie sobie cudzej własności bez pozwolenia, co starcze? To jest dobro?!
Sędziwy człowiek spoglądał na niego z zupełną obojętnością.
-N... Nie mówił o tobie, panie...- szepnęła nieśmiało jedna z kobiet, spoglądając na niego z lękiem- Ojciec wioski... Stary człowiek. Stary. On mówi już mało i mało pamięta. Ale widzi dużo i dużo wie. My... My też wiemy...- mówiła niepewnie, a konstruowanie kolejnych zdań przychodziło jej z wyraźnym trudem. Amir dopiero teraz rozejrzał się po pomieszczeniu nieco uważniej i dostrzegł coś, co go zaintrygowało. Ściany sali pokryte były w większości przeróżnymi, szkarłatnymi malunkami- Wiemy, co to za kamienie. Wiemy, czego są częścią.
Mężczyzna spojrzał na wieśniaczkę z lekkim zdumieniem. Nadim wystąpił powoli do przodu, pytając łagodnie:
-Znacie historię Fortisa...?
Temu akurat Amir wcale by się nie zdziwił. W końcu większość okolicznych osad, wiosek, miast i tak wywodziła się pierwotnie z tego samego narodu, który przybył tu rzekomo wieki temu, stając do walki z zamieszkującymi te tereny potomkami wilków. Patrząc na to z tego punktu widzenia, prawdopodobnym było, że ta legenda wciąż żyła w niektórych miejscach.
Kobieta zawahała się wyraźnie.
-Znamy historię wojownika, który sprzymierzył się z demonem...- powiedziała powoli- I historię demona, który stworzył kryształ. Kryształ jest potężny i ma wielką moc... Ale... Ale głupcem jest ten, który sądzi, że będzie w stanie go kontrolować... Jedyny, który to potrafił, zginął razem z demonem...
-Nie poszukujemy fragmentów dla własnych celów czy korzyści- wyjaśnił stanowczo Nadim. Amir nie odzywał się wcale. Jako osoba wątpiąca we wszystko, z istnieniem tego demona na czele, nie bardzo odnajdywał się w tej dyskusji, zresztą był pewien, że jego towarzysz świetnie sobie poradzi. Co jak co, ale poruszanie się w tematyce legend i mitów, wychodziło mu świetnie. Ba, bywał nawet dosyć przekonujący- Robimy to, bo zostaliśmy wysłani, by je odnaleźć. Ten demon powrócił.
W sali zapanowała grobowa cisza. Spojrzenie starca zwróciło się w stronę potomka wilków i ten począł przyglądać mu się ciekawie.
-... I zagraża nam wszystkim...- mówił dalej potomek wilków, zauważając, że nikt nie spieszy się z odpowiedzią. Amir zaczął przechadzać się niespiesznym krokiem po pomieszczeniu, spoglądając na znajdujące się na ścianach obrazki. Rysunki były krzywe, czasem wręcz niemożliwe do rozpoznania, wyglądały tak, jakby tworzyło je dziecko. Dziwaczne, zupełnie bezsensowne, niełączące się ze sobą w żaden sposób, przedstawiały różnego rodzaju postaci, stworzenia, zjawiska i przedmioty- Jedynym sposobem na to, by go powstrzymać, jest znalezienie wszystkich części kryształu. Jeżeli tego nie zrobimy, on odrodzi się równie silny, co kiedyś. Nie możemy do tego dopuścić.
Amir uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem, słuchając płomiennej przemowy swojego towarzysza. On nawet nie potrafił potraktować jego słów poważnie. Miał wrażenie, że Nadim utknął w zupełnie innej rzeczywistości, rzeczywistości stworzonej przez niego samego, gdzie wiedźmy, potworne stworzenia, duchy, demony i zjawy były na porządku dziennym. Co prawda im również udało się spotkać istoty co najmniej niecodzienne, ale to w niczym mężczyzny nie utwierdzało, a już z pewnością nie stanowiło dowodu istnienia jakiegoś potężnego bytu. Szczególnie, że ten byt jakoś nie dawał o sobie znać.
-Panie... Ale jak miałoby go powstrzymać odtworzenie kryształu...?- kobieta spoglądała na niego bez zrozumienia- Za nic nie można połączyć fragmentów w całość, nie, nie... Ten kamień jest gwarantem jego siły. On powstał z niego i należy tylko do niego... Tylko jego posłucha... I jeżeli rzeczywiście powrócił, będzie szukał jego części wszędzie, gdzie tylko zdoła. I znajdzie je.
Amir nie przysłuchiwał się rozmowie zbyt uważnie. Pochłonięty był akurat przyglądaniem się jednemu z malunków. Przedstawiał chyba uroczystość, zdawało mu się, że pogrzeb. Za pudłem, będącym być może trumną, zarysowane były postaci, chude i niewyraźne. Tylko jedna z nich była większa i narysowana ze starannością. Człowiek o dwóch głowach wystających z jednego ciała. Jedna, zwrócona w stronę pozostałych zebranych, miała twarz smutną, druga, przechylona na bok – radosną.
-To nieprawda- zaprotestował Nadim z taką pewnością, że jego towarzysz aż spojrzał na niego ze zdumieniem. Potomek wilków musiał naprawdę wierzyć w to, co mówił. Odwrócił się od kobiety i podszedł do starca. Ukłonił się najpierw przed nim, a później klęknął u jego boku- Ojcze...- zaczął powoli, wpatrując się w niego. Amir wzniósł oczy ku sufitowi, wzdychając głęboko. No tak... Najlepiej zwracać się do kogoś, kto ledwie zdaje sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje...- Nie ma innego wyjścia. Zaufaj nam. Jesteśmy wybrańcami. Zostaliśmy tu wysłani przez nasze narody. Przez dwie nacje, które najpierw współuczestniczyły w potędze demona...- Amir prychnął z oburzeniem. No to już przesada- … a później wspólnie doprowadziły do jego klęski...- a to już ZDECYDOWANIE przesada...- Demona nie da się pokonać żadną ludzką siłą. Dlatego trzeba użyć do tego jego własnej mocy. Nasi przodkowie zgładzili go za pomocą kryształu i nam też się to uda. Ale żeby to zrobić, potrzebujemy odnaleźć wszystkie fragmenty. A wy macie jeden z nich, prawda...?
Amir spojrzał na niego ze zdumieniem.
Starzec spoglądał na potomka wilków przez dłuższą chwilę, jakby nie zrozumiał ani słowa (czemu Amir zresztą wcale by się nie zdziwił), po czym nagle rozwarł wargi w bezzębnym uśmiechu i poklepał Nadima po głowie. Następnie przeniósł wzrok na wyraźnie niepewną kobietę i skinął głową, jakby w formie przyzwolenia.
Potomek wilków podniósł się powoli, kierując na nią pełne wyczekiwania spojrzenie.
-Nasi przodkowie myśleli, że ten kamień jest darem bogów...- odezwała się wreszcie cicho druga z kobiet, wychodząc na przód- Mylili się. My poznaliśmy prawdę. Nie mogliśmy go dłużej czcić ani trzymać tutaj. Chcieliśmy go zniszczyć, ale nie daliśmy rady...
-Co z nim zrobiliście?- przerwał jej Amir, zniecierpliwiony tym wszystkim.
-Ukryliśmy i zakopaliśmy nad rzeką- przyznała ostrożnie.
-Gdzie?
Wzruszyła tylko ramionami.
-Kiedy?- dopytywał dalej mężczyzna.
-Jakiś czas temu.
Parsknął z politowaniem.
-To znaczy kiedy? Tydzień temu, miesiąc, rok, pięć lat...?
-Jakiś czas temu- powtórzyła znowu.
-Świetnie...- mruknął kwaśno Amir, chowając miecz. Jak zwykle, nadmiar informacji niemalże zwalił go z nóg- Możemy chociaż liczyć na pomoc...?- cisza, jaka wciąż panowała w pomieszczeniu i niepokój, który powrócił na twarze zebranych, upewnił tylko mężczyznę w tym, że liczyć mogą jedynie na siebie- Albo przynajmniej na łopatę...?
Owszem, łopatę dostali, małą, drewnianą i wyglądającą tak, jakby została stworzona jeszcze w czasach Fortisa. Amir jednak nie zamierzał prosić o nic więcej. Gdy tylko dostał ją w swoje ręce, wyszedł z chaty i już kuśtykał żwawo w kierunku rzeki. Nadim zrównał się z nim krokiem.
-Amir, nie powinieneś się teraz przemęczać... Jak twoja noga?
-Na swoim  miejscu- odparł pogodnym tonem mężczyzna, a widząc minę swojego towarzysza parsknął śmiechem- Nie patrz tak, psie, wszystko w porządku- stwierdził i właściwie nie minął się z prawdą. Noga bolała mniej niż zwykle, zresztą koncentrował się wyłącznie na znalezieniu kryształu- Skąd wiedziałeś, że mają fragment, co?- zapytał, zaintrygowany.
-Dużo wiedzieli. A poza tym musieli rozpoznać kryształ, skoro go zabrali, a jeśli go rozpoznali, to zapewne mieli z nim do czynienia.
-W każdym razie byłeś bardzo przekonujący- Amir uśmiechnął się lekko pod nosem, zerkając na potomka wilków- Chociaż opowiadanie bajek rzeczywiście wychodzi ci dobrze...
-Powiedziałem im prawdę.
-Powiedziałeś im to, co powiedział tobie Canis.
-A ja w to wierzę- odpowiedział spokojnie i z pełnym przekonaniem Nadim.
-Psie, twoja wiara czy jej brak, nie ma w gruncie rzeczy żadnego znaczenia i z pewnością niczego nie zmienia- parsknął z politowaniem Amir i obejrzał się za siebie. Dostrzegł trzech mężczyzn, którzy znajdowali się w pewnym oddaleniu od nich, ale wyraźnie szli za nimi- Oczywiście...- mruknął z niezadowoleniem, odruchowo dotykając rękojeści miecza- Zawsze są z nimi kłopoty...
-Daj spokój, Amir, to zwykli rolnicy. Pewnie chcą tylko dopilnować, żebyśmy nie zrobili niczego złego.
-Szkoda, że nie garną się równie chętnie do pomocy... Swoją drogą, jeśli wierzą w tego całego demona i kryształ, nie sądzisz, że powinni zachowywać się trochę inaczej...? A nie traktować nas jak intruzów?
Nadim wzruszył ramionami w zamyśleniu.
-Oni chyba się czegoś boją.
Zeszli ze obaj ze skarpy, niżej, do dość niewielkiej doliny rzeki. Teren był nierówny i niełatwo było Amirowi się po nim poruszać. Mężczyźni, którzy za nimi szli, również dotarli na miejsce. Zatrzymali się na wzniesieniu i przyglądali im się z uwagą, choć nieco płochliwie.
-Masz jakiś pomysł, gdzie powinniśmy szukać...?- mruknął półgłosem do Nadima, spoglądając na obserwatorów z nieskrywaną niechęcią. Jego towarzysz pokręcił głową- Hej, wy!- rzucił w stronę chłopów mężczyzna- Gdzie mamy tego szukać, co...?- tak jak się spodziewał, nie uzyskał odpowiedzi- Durnie...- prychnął pogardliwie.
-Nie czuję się zbyt... dobrze...- rzucił nagle potomek wilków. I rzeczywiście, wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Zbladł, a w jego oczach pojawił się niepokój. Oddech miał płytki i niespokojny.
-Co się stało?- zapytał ze zdziwieniem Amir, ale ten tylko pokręcił głową, przymykając na chwilę powieki. Mężczyzna poklepał go lekko po ramieniu i mruknął- Idź, usiądź gdzieś. I tak mi się teraz nie przydasz...
Potomek wilków wspiął się z powrotem na górę i usiadł.
Amir ruszył powoli przed siebie. Zamierzał się przechadzać po okolicy, liczył chyba na to, że kryształy wkrótce wyczują się wzajemnie i będzie przynajmniej wiedział, w którym miejscu zacząć poszukiwania.
-Piłeś coś wczoraj...?- rzucił do potomka wilków.
-Nie wiem...- wybełkotał niemalże Nadim- Nie wiem, nie pamiętam.
Amir zaśmiał się cicho.
-Czyli piłeś...- stwierdził rozbawiony.
-Nie... Nie, nie... Nie...- powtórzył znowu Nadim i zaraz otoczył kolana ramionami i skulił się, kładąc uszy po sobie.
Amir zatrzymał się na chwilę, mierząc go badawczym spojrzeniem, po czym ruszył dalej. Dziwne. Nie widział nigdy wcześniej Nadima w takim stanie. Początkowo nawet pomyślał sobie, że może potomek wilków poczuł się urażony jego wcześniejszymi słowami i najzwyczajniej w świecie się zdenerwował. Szybko jednak zdał sobie sprawę z tego, że Nadim denerwował się niezwykle rzadko, a nawet jeśli, raczej nie przejawiał skłonności do zamykania się w sobie. Może rzeczywiście po prostu źle się poczuł. Albo złapał jakąś chorobę, w końcu o to nie było trudno, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób się odżywiali, a i odporność, jaką Nadim deklarował z pewnością miała niewiele wspólnego z prawdą.
Minęła ponad godzina, bezsensownego chodzenia w te i wewte, a kryształy wciąż nie reagowały. Amir z chwili na chwilę irytował się coraz bardziej. Nawet tamci mężczyźni znudzili się już nieco obserwowaniem ich. Na górze pozostał tylko jeden, siedzący w pewnej odległości od potomka wilków. Pozostali dwaj zeszli na dół, usiedli przy rzece, wylegiwali się na słońcu, rozmawiali. Cała wieś żyła własnym życiem. Dzieci bawiły się przy wodzie i śpiewały, co jakiś czas przechodziły obok też kobiety. A Nadim, jak siedział, tak siedział, rzadko wysilając się nawet na tyle, by odpowiedzieć na jakieś pytanie Amira, który z coraz większym niepokojem usiłował nakłonić go do rozmowy, chyba tylko po to, by sprawdzić, czy ten jeszcze w ogóle jest przytomny.
-Nic z tego...- stwierdził w końcu mężczyzna, zatrzymując się w miejscu- Nie przemierzymy przecież całej doliny, a tutaj niczego nie ma... Zresztą, diabli wiedzą, gdzie to zakopali!- warknął rozgniewany- Może tu, może gdzieś dalej, może nawet po drugiej stronie... A nawet jeśli, to jest tutaj, to pewnie jest zbyt głęboko. O ile w ogóle jest, bo kto wie, co z tym tak naprawdę zrobili...
Odpowiedzi nie uzyskał. Po chwili zastanawiania się nad tym, co robić dalej, zmienił strategię. Odłożył łopatę na ziemię i zdjął z szyi pojemnik z kryształami, a następnie nachylił się i zaczął trzymać go tuż nad ziemią. I znowu ruszył przed siebie, chociaż z każdym kolejnym metrem wątpił coraz bardziej, by ta metoda była jakkolwiek skuteczna. Co jakiś czas oglądał się na swojego towarzysza, który położył się na boku, zakrywając twarz i głowę rękoma. Nie miał pojęcia, co się z nim działo. I nagle – choć w pierwszej chwili wydawało mu się, że to tylko jego wyobraźnia – pojemniczek drgnął i szarpnął się lekko w kierunku gruntu. Amir aż nie mógł uwierzyć we własne szczęście.
-Mam go!- krzyknął do potomka wilków- Mam go, słyszysz?!
Nawet, jeśli ten słyszał, najwyraźniej nie uznał za potrzebne, by reagować. Amir ustalił miejsce, w którym kryształ wykazywał największą aktywność, zaznaczył je, a następnie pobiegł po łopatę.
-Nadim, chodź! Nadim!
-Nie chcę...- wymamrotał nieskładnie jego towarzysz.
Amir westchnął ze zniecierpliwieniem.
-Sam mówiłeś, że jestem kaleką, więc byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś zechciał się ruszyć i zrobić cokolwiek...- i znowu, reakcji nie było- A zresztą, rób co chcesz, dupku...- dodał pod nosem mężczyzna i powrócił do wcześniejszego miejsca.
Wbił łopatę w ziemię, dociskając ją zdrową nogą i opierając cały ciężar ciała na skręconej, co owocowało bólem, na który nie zwracał jednak uwagi, zbyt pochłonięty kopaniem. Szybko znalazła się przy nim dwójka dzieci, która najpierw bawiła się jedynie w oddali, przyglądając mu się, a później bardziej już odważnie, zbliżyła się do niego i z mniejszej odległości obserwowała ciekawie jego poczynania. Łopata uderzyła w coś twardego. Amir odsunął włosy z czoła i zajrzał do niewielkiego dołu. Dostrzegł brązowe wieko jakiejś skrzyni, a może raczej pudełka. Uklęknął i zaczął rozgrzebywać resztę ziemi rękoma. Dzieci stanęły za jego plecami.
-To skarb...?- zapytała nieśmiało dziewczynka.
-Nie... To coś rzadkiego, niespotykanego i podobno całkiem cennego... Ale ze skarbem ma raczej niewiele wspólnego...- odparł, przerywając na chwilę, zmęczony.
-Ale pudełko jest ładne- zauważył chłopak.
Amir usiadł, podpierając się rękoma z tyłu i zerknął w kierunku swojego towarzysza.
-Idźcie się bawić gdzie indziej, co...?- rzucił w kierunku dzieci- Na przykład pomęczcie tego psa.
-Psa...?
-Tego pana z dziwnymi uszami?- dopytał niepewnie chłopiec.
-Tak, jego... To pies. Wilk. Jak wolicie- parsknął śmiechem mężczyzna.
-Nie lubię wilków- uśmiechnął się smutno dzieciak, pokazując rękę naznaczoną licznymi bliznami- Gryzą.
-On nie gryzie- zapewnił go Amir- Tylko gada bzdury. Ale to akurat da się znieść.
-Wygląda, jakby nie żył...- mruknęła dziewczynka.
-Serio...?- w tym momencie mężczyzna zaniepokoił się bardziej. Ale że potomek wilków od czasu do czasu kręcił się w te i we wte, jak to zwykle miał w zwyczaju, chyba jednak nie było z nim tak źle- Więc może dajcie mu spokój i po prostu bawcie się gdzie indziej... A jak skończę, dostaniecie pudełko.
Argument najwyraźniej poskutkował, bo dzieci pobiegły kawałek dalej. Amir powrócił do pracy, odkopał już niemalże całe wieko, ale pojemnik tkwił tak głęboko w ziemi, że nie był go w stanie wyjąć.
-Amir! Amir!- usłyszał paniczny wrzask swojego towarzysza i odwrócił się zdumiony. Nadim biegł w jego kierunku, ale nim mężczyzna zdążył wyrzucić z siebie choćby słowo, ten chwycił go mocno i zaczął go ciągnąć na górę.
-Co ty wyrabiasz, do diabła?!- Amir szarpnął się wściekle, chcąc mu się wyrwać, ale w tym momencie zahaczył skręconą nogą o coś wystającego z ziemi i aż zawył z bólu, przestając się na chwilę szamotać.
Nadim siłą zaciągnął go na wzniesienie, przyciskając go mocno do ziemi.
-Złaź ze mnie... Złaź, do licha...!- sapnął gniewnie Amir, usiłując go z siebie zrzucić. W końcu przetoczył się z nim na bok, zyskując na chwilę panowanie nad sytuacją, ale zaraz Nadim znowu przygwoździł go do podłoża, nie pozwalając mu się ruszyć- Co ci znowu odbiło, kretynie?!
Ale w tym momencie usłyszał głośny szum. Odwrócił głowę i dostrzegł falę, która z niezwykłą prędkością przetoczyła się obok nich, zalewając całą dolinę i pochłaniając wszystko, co się w niej znajdowało. Amir osłupiał zupełnie, zamierając w ramionach potomka wilków, który sam wydawał się być zdumiony tym, co przed chwilą zobaczył. Mężczyzna spojrzał na twarz swojego towarzysza, a zaraz później znowu na zanurzoną pod wodą dolinę. Prócz nich na szczycie skarpy nie było już nikogo.
-Co to... Co to miało być...?- wyjąkał Amir.
-Nie wiem...- Nadim odsunął się od niego, klękając kawałek dalej- Po prostu... Po prostu miałem dziwne przeczucie...
Mężczyzna parsknął, oszołomiony.
-Chyba muszę zwracać większą uwagę na twoje przeczucia...- stwierdził.
Właściwie dopiero teraz zdał sobie sprawę z całą mocą z tego, co się tu wydarzyło. Nadim ocalił mu życie. Uratował go. Nie miał pojęcia, w jaki sposób i jakim cudem, ale tak właśnie było.
-Poczułem się dziwnie... Źle... A później coś we mnie... Jakbym musiał uciekać, jak najszybciej...- powiedział ostrożnie potomek wilków, przecierając twarz dłońmi- Więc wróciłem po ciebie. Nie miałem pojęcia, co się dzieje... Ale podobno czujemy czasem takie sprawy... Naturę... Silniej niż inni...
-Instynkt samozachowawczy godny pozazdroszczenia- skomentował to Amir, wciąż nie mogąc wyjść ze zdumienia tym, czego był przed chwilą świadkiem. Mało brakowało, a by zginął. Mało brakowało, a nie wróciłby do domu już nigdy i być może nikt nawet nie dowiedziałby się o tym, jaki los go spotkał. Mało brakowało, a wszystko to, czego pragnął, co myślał i w co wierzył, przestałoby mieć jakiekolwiek znaczenie, zginęłoby razem z nim. Mało brakowało...
Nadim podniósł się na nogi, spoglądając na zatopioną dolinę.
-Kryształ przepadł, prawda...?- zapytał cicho.
-Tak. Ale ja jestem cały. I wolę tą wersję od odwrotnej...- parsknął Amir, chwytając za wyciągniętą dłoń towarzysza i podnosząc się.
Nadim uśmiechnął się do niego lekko.
-Ja też. Chyba trzeba wrócić i powiedzieć im, co się tutaj wydarzyło...
Ale gdy wrócili do wioski, wyglądało na to, że wszyscy już wiedzą. Zresztą minęła ich grupa wieśniaków, biegnących w kierunku rzeki i wołających coś rozpaczliwie. Gdy tylko weszli do chaty, w której poprzednio znaleźli kryształy, Amir dostrzegł tego mężczyznę, który siedział na skarpie i ich obserwował.
-Coście zrobili?!- krzyknęła w ich stronę kobieta, z którą rozmawiali tego ranka- Coście zrobili?! Sprowadziliście na nas zagładę!
-Że co znowu?!- prychnął z poirytowaniem Amir.
-Nim tutaj przybyliście, wszystko było dobrze! Idźcie, idźcie stąd, proszę!- jęknęła błagalnie, mając łzy w oczach.
Siedzący na krześle starzec odchrząknął i zaczął stukać palcami w oparcie. Kobieta odwróciła się w jego kierunku i zawahała się przez chwilę, po czym odeszła, by wrócić zaraz z niewielką miseczką, którą podała wstającemu. Ten chwiejnym i powolnym krokiem, podszedł do jednej ze ścian. Zamoczył palce w szkarłatnej cieczy, znajdującej się w naczyniu i na wolnym kawałku, zaczął coś malować. Coś, co najpierw Amirowi przypominało oczy, górujące nad nakreślonym pasem, może rzeką, a później już raczej chmury, gdy pomiędzy nimi znalazło się coś na kształt słońca. A może księżyca...? Starzec tworzył dalej różne kształty i znaki, które właściwie w oczach Amira nie znaczyły zupełnie nic i w końcu przestał zawracać sobie głowę próbą ich interpretacji. To nie miało najmniejszego sensu. W końcu białowłosy skończył i wrócił na swoje miejsce, z bezzębnym uśmiechem zadowolenia na twarzy.
Kobieta milczała przez dłuższą chwilę, spoglądając na przywódcę wioski, po czym rzuciła cicho i spokojniej niż wcześniej:
-Przepraszam. Możecie tu zostać, jeszcze tej nocy, ale później, proszę, odejdźcie.
-Skąd ta zmiana zdania...?- zapytał bez zrozumienia Nadim.
Zawahała się wyraźnie.
-Jeśli zło reaguje w taki sposób, to znaczy, że może idziecie właściwą drogą...- stwierdziła, a w jej głosie wciąż krył się lęk. Amir nie bardzo rozumiał, o co jej chodzi- Przeznaczenie musi się wypełnić.
-To znaczy...?- zapytał mężczyzna.
-To, co ma się stać, stanie się.
-Czyli co się stanie...?
-To, co stać się miało.
Amir uśmiechnął się pobłażliwie. Och, jakże uwielbiał tego typu wieszczenie. Zupełnie jak przepowiednie na zasadzie : przytrafi ci się to, co ci się akurat przytrafi. Zresztą, miał wrażenie, że wszystkie brednie i idiotyzmy funkcjonują na podobnych zasadach.
-Możecie tu zostać jeszcze dziś- powtórzyła kobieta i spojrzała na nich niemalże błagalnie- Ale później odejdźcie. I nie wracajcie już nigdy więcej. Proszę.
Amir i Nadim spojrzeli po sobie, po czym wyszli z budynku. Odeszli kilka kroków dalej i skierowali się do chatki, w której zostawili wszystkie swoje rzeczy.
-I co...?- zapytał w pewnym momencie potomek wilków, wpatrując się w swojego towarzysza z uwagą- Nadal uważasz, że zagrożenie ze strony demona jest tylko moim wymysłem...?
-A coś się zmieniło?- Amir uniósł brew w pytającym geście- Przegapiłem jakieś objawienie albo jego wizytę...?
Nadim prychnął poirytowany.
-Chcesz udawać, że to, co się wydarzyło było normalne?
-A co się wydarzyło...?
-Ta... fala... W momencie, w którym wydobywałeś kryształ! Nie mów, że to był przypadek!
-To BYŁ przypadek- odpowiedział z pełnym przekonaniem Amir. I tak to jest, jedno wydarzenie, które zgra się z innym i już – tłumy głupców będą wierzyć, że to przeznaczenie albo zemsta bogów czy też innej siły, w tym przypadku demona. Nadim zaśmiał się tylko i pokręcił głową- Chcesz mi udowodnić, że było inaczej...?- Amir zatrzymał się. Jego towarzysz również przystanął, wpatrując się w niego z zainteresowaniem- Kilka dni temu, mijaliśmy tamę...- przypomniał mu mężczyzna- Jestem gotów zaryzykować i stracić te kilka dni, żeby wrócić do tamtego miejsca i sprawdzić, czy nie pękła. Zresztą, jestem gotów ręczyć własnym życiem, że tak właśnie było. Więc jak...?- wyciągnął dłoń w kierunku potomka wilków, z satysfakcją dostrzegając jego niepewność i wahanie. -Nawet, jeśli to tama... To nie uważasz, że to dziwne, że zniszczyła się w takim momencie...?
-Nie. Zniszczyła się zapewne trochę wcześniej- odparł Amir, wzruszając ramionami i ruszył dalej- Czego skutkiem było to, czego byliśmy świadkami.
-Och. I nazywasz to przypadkiem...?
Amir westchnął ciężko.
-Psie, nazywaj to jak tylko zechcesz, ale nie próbuj mi wmawiać tych swoich bzdur, stosując tak idiotyczną argumentację...- spojrzał na swojego towarzysza z uśmiechem politowania- Idąc twoim tokiem rozumowania, gdybyś zaczął mnie szarpać kilka chwil później, czego oczywiście nie mam ci za złe, zdążyłbym zapewne wydobyć kryształ i uciec. Więc może powinieneś sprawdzić, czy nie jesteś przypadkiem opętany.
Nadim umilkł, trudno powiedzieć, czy z braku odpowiedzi, czy uznając spór za bezsensowny. Weszli do zajmowanej przez nich chatki i dopiero w tym momencie Amir poczuł się jakoś nieswojo. Potomek wilków uratował mu życie. Ta świadomość znowu uderzyła w niego z całą mocą i zdawała się wręcz wymagać, by jakoś zareagował. Podziękował, zrobił coś, powiedział... Tylko wydawało mu się to z jakiejś przyczyny zupełnie nie na miejscu. Czuł się wręcz zażenowany.
-Dzisiaj ty śpisz na łóżku- rzucił do swojego towarzysza.
-Nie, dziękuję. Masz chorą nogę, powinieneś wypoczywać.
-Wypocznę na ziemi- odparł stanowczo mężczyzna- Nie czuję się źle, a poza tym, wczoraj ja tam spałem, dziś twoja kolej...
Ale potomek wilków już usadowił się w kącie, zupełnie tak jak wczorajszej nocy.
-Nie ma takiej potrzeby- odparł, uśmiechając się lekko- Mówiłem już, że powinieneś wypocząć. A poza tym, ja jestem przyzwyczajony do warunków dalekich od luksusu królewskiego pałacu, więc nie mam z tym problemu...
Przekomarzali się jeszcze trochę, aż w końcu, gdy ściemniło się zupełnie, Amir ułożył się na sienniku. Nie dręczyły go myśli ani o pozostawionej w państwie rodzinie, ani o celu ich wyprawy, ani o przebiegu ich jutrzejszej wędrówki. Czuł się nieswojo i w obliczu tego wszystkiego, co się wydarzyło, miał wręcz poczucie winy. Ale czy mógł podejrzewać, że coś takiego się wydarzy...? Gdyby tego dnia, gdy poznał Nadima, ktoś powiedział mu, że ten przeklęty pies kiedyś uratuje mu życie, pewnie śmiałby się z tego i nie dałby tym słowom ani krztyny wiary. A teraz...? Jakoś to wszystko ułożyło się inaczej, niż z początku podejrzewał. I pies też był jakiś inny, niż to kiedyś widział. I ta wędrówka, to wszystko, sprawiło, że on sam stawał się inny i sam już do końca nie pojmował, co jest właściwie rzeczywiste, a co urojone i która niechęć jest uzasadniona, a która wydumana i podparta strachem albo brakiem zrozumienia. A przecież jeszcze nie tak dawno miał tyle poglądów, przekonań i wierzył w nie z równą mocą, jak Nadim w te swoje brednie i opowieści starego psa. I sam już nie wiedział, ile z tego zostało.
-Dziękuję...- szepnął w końcu ledwie słyszalnie, bo i nie wiedział, czy chce być słyszany i przewrócił się na drugi bok.
-Za co...?- dopytał potomek wilków, jakby rzeczywiście nie wiedział.
-Za ocalenie mi życia.
Nadim parsknął z rozbawieniem.
-Nie żeby był to pierwszy raz...- skomentował zaczepnie.
-To był pierwszy raz!- odpowiedział stanowczo mężczyzna- A jeśli już, te pozostałe razy...
-... te których nie było?
-... były wynikiem naszej współpracy i... To po prostu nie to samo!
Zdecydowanie nie. Co innego ucieczka, co innego walka, a co innego uratowanie przed czymś takim, przed czym Amir sam nie zdołałby z pewnością uciec ani uchronić się w żaden inny sposób.
-Tak czy inaczej, psie...- odkaszlnął z zażenowaniem mężczyzna, starając się dobrać odpowiednie słowa do zaistniałej sytuacji, a wcale nie było to łatwe- Zdaję sobie sprawę z tego, że traktujesz ludzi jako istoty pozbawione honoru... Ale ja swój honor mam. I mam wobec ciebie ogromny dług, który, co wiem doskonale, nie będzie łatwy do spłaty... Więc... Gdybyś kiedyś miał... Jakieś potrzeby... prośby czy życzenia... Nie wahaj się mówić...
-Właściwie, skoro już zacząłeś... Mam jedno życzenie- stwierdził Nadim.
-Tak...?- Amir zdumiał się nieco- Jakie?
-Zwracaj się do mnie po imieniu. Zawsze. I nie nazywaj mnie już psem.
Gdy Amir usłyszał te słowa, miał ochotę parsknąć śmiechem. A to dopiero! Potomek wilków ratuje mu życie i jedyne, czego chce w zamian to coś tak banalnego...?
-No teraz to przesadziłeś... Nie ma mowy- odpowiedział z udawaną surowością- Sądziłem raczej, że zechcesz pośmiertnie złożyć moje ciało na ofiarę swojemu bogowi albo w imię jakiegoś krwawego rytuału obedrzeć mnie ze skóry, ale coś takiego...?
-Wiedziałem...- szepnął Nadim, jakby nie zrozumiał zupełnie ironii w wypowiedzi swojego towarzysza.
-To dobrze... Hm... Tak więc... Dobranoc, Nadim- rzucił, widząc niemalże oczyma wyobraźni wyraz zdziwienia, jaki musiał malować się teraz na twarzy potomka wilków- Będę chyba musiał powoli się do tego przyzwyczajać...
-Dobranoc, Amir.

Amir przechadzał się, czy też raczej, kuśtykał po wiosce, czekając na swojego towarzysza. Nadim, od rana w jeszcze lepszym humorze niż zwykle, uśmiechnięty od ucha do ucha i żartujący jak nigdy, zaczynał powoli doprowadzać go do szału, więc mężczyzna wolał zostawić go samego z przygotowaniami do podróży i poszukiwaniem prowiantu. Chociaż właściwie, on też czuł się dobrze. I fizycznie, bo nowy rodzaj opatrunku chyba skutkował lepiej niż poprzedni, ale było mu też jakoś miło ze świadomością, że zrobił potomkowi wilków przyjemność. Nawet tak błahą w porównaniu z tym, co ten uczynił dla niego. Choć rzeczywiście, zrezygnowanie z określania go „psem”, nie przyszło mu łatwo. Ale właściwie... Nadim... Cóż to w końcu za imię! Dla psa idealne! Więc... Co tam znowu... Wyjdzie na jedno i to samo.
Przy jednym z budynków dostrzegł starca, przywódcę wioski. Ten miał przy sobie długi kij, na którym zapewne podpierał się chodząc, a w tym momencie, kreślił nim coś na piasku, pochłonięty tym do reszty. Amir uniósł brew i stanął obok niego, usiłując zobaczyć, co ten rysuje. Tym razem było to zapewne zwierzę. Albo człowiek na czworakach. Albo człowiek na czworakach trzymający na głowie zwierzę. Trudno powiedzieć.
-Dobry pies...- powiedział nagle starzec, kiwając głową- Dobry pies...
Amir parsknął cicho i uśmiechnął się pobłażliwie.
-Tak, tak, dziadku... Tak, tak...- mruknął tylko, nieco rozbawiony.
A w tym momencie, staruszek zamachnął się i z całej siły, która wcale nie okazała się mała, uderzył Amira w brzuch trzymanym kijem. Mężczyzna aż jęknął z bólu, zginając się w pół, podczas gdy ojciec wioski pokuśtykał w prawo, zaśmiewając się głośno.
-Gotowy...?- Nadim wyłonił się zza jednej z chat i z lekkim zdumieniem przyglądał się towarzyszowi, który pocierał obolałe od uderzenia miejsce- Co ci się właściwie stało...?
-Nic...- syknął w odpowiedzi tamten- Zupełnie nic. Chodźmy.
Ruszyli.
-Wiesz, Amir...- zaczął nagle potomek wilków, podając mu zwinięty namiot- Może to tylko moje odczucia, ale... Nie masz wrażenia, że ktoś jest gdzieś w pobliżu...
Amir aż złapał się za głowę.
-O litościwi bogowie, błagam, nie znowu!
-Ale...
-Nie.
-Chodzi mi tylko o to, że...
-Nie!
Opuścili wioskę, w której to wszystko się zdarzyło.
I do której mieli nigdy już nie powrócić.

sobota, 14 stycznia 2012

Dobry wieczór :)

Miałam dodać dzisiaj dwa rozdziały, ale jak zwykle nie wyszło. Nie wiem, czy wyjdzie też w przyszłym tygodniu, bo dodaję "Chaos", ale mam już prawie skończony jeden one-shot, który prawdopodobnie wrzucę dodatkowo w jakiś dzień. Rozdział, jaki jest, każdy widzi.

Buziak i mam nadzieję, że w tym tygodniu obejdzie się bez niespodzianek ;*

Enjoy.

10. Johnny zostaje odrzucony

Johnny zatrzymał się przed domem swojego przyjaciela. Leniwym ruchem wyłączył radio i zaczął stukać palcami w kierownicę, w rytm piosenki, która pobrzmiewała mu jeszcze w głowie. Po chwili oczekiwania, zobaczył jak Benny wychodzi z domu, a następnie kieruje się w jego stronę. Blondyn wsiadł do samochodu i rzucił swój plecak na tylne siedzenie.
-Cześć- rzucił pogodnie Johnny.
Benny odpowiedział mu zapewne tym samym, chociaż było to trudne do ustalenia, bo jego słowa zostały stłumione przez ziewnięcie.
-Sorry, że zawracam ci głowę, Johnny- odezwał się znowu po chwili- Mam nadzieję, że dzisiaj będę miał już z powrotem swój samochód... Znalazłbym jakieś inne rozwiązanie, ale nie chcę, żeby matka podwoziła mnie do szkoły, a ten rzęch Carla... Myślałem, że mnie wczoraj wytrzęsie.
Chłopak zaśmiał się lekko.
-Nie ma sprawy, Benny, wiesz, że dla mnie to żaden problem- odparł zgodnie z prawdą.
Ruszyli. Przez dłuższą chwilę żaden się nie odzywał, Johnny pochłonięty przyglądaniem się sobie w lusterku samochodu, Benny – wyraźnie zaspany i niezbyt skory do rozmów. Szatyn zerknął na niego ukradkiem, ostrożnie usiłując się zorientować, w jakim nastroju jest jego przyjaciel. Wydawało się jednak, że ten niewiele zmienił się od wczoraj.
-Rozmawiałeś z Maicy...?- zapytał, nie mogąc się powstrzymać. To było zresztą ostatnio najczęstsze z pytań, jakie zadawał Benny'emu.
-Zależy, co rozumiesz przez „rozmawiałeś”...- odburknął niechętnie Benny, wpatrując się w szybę- Bo nie wiem, czy te awantury mieszczą się jeszcze w pojęciu „rozmowy”, ale tak, kłóciliśmy się, jeśli o to pytasz.
-I co...?
-Wiesz, że ona cały czas podejrzewała mnie o zdradę? Podejrzewała, też coś!- prychnął donośnie- Ona jest wręcz o niej przekonana!- stwierdził z poirytowaniem w głosie- Podobno jej koleżanka widziała mnie z inną dziewczyną. Jeszcze przed całą aferą z tym naszym wypadem...
Johnny pokręcił głową w wyrazie absolutnego potępienia i solidaryzmu ze swoim przyjacielem.
-I uwierzyła w te kłamstwa...?- zapytał, oburzony.
-Wiesz... Sęk w tym, że to nie były kłamstwa...- przyznał ostrożnie Benny, wzruszywszy ramionami- Ktoś rzeczywiście mógł nas widzieć w tej kawiarni... Ale czy ja już nie mogę widywać się z żadną dziewczyną?!- wykrzyknął ze złością- Czy rozpoczynając z nią związek podpisywałem jakiś pakt, czy co? Nie wolno mi już nawet z żadną rozmawiać?!
-Ale z kim ty się spotkałeś...?- zapytał ze zdumieniem Johnny, spoglądając na swojego przyjaciela. Nie przypominał sobie, by ten mu coś na ten temat wspominał.
-Z moją sąsiadką...- szatyn wciąż spoglądał na przyjaciela pytająco- Och, no tą! Przecież ją znasz! No... Tą z czerwonego domku... Jak jej tam... Greta?
-Z Grubą Gretą?- Johnny wybuchnął śmiechem.
-Taa...
-Po co się z nią spotykałeś?- zdziwił się chłopak, wciąż chichocąc. A to sobie Maicy znalazła powód do zazdrości, no naprawdę!
-Ona dużo rozmawia z moją mamą... A wiesz jaka jest moja matka, nie?- Benny westchnął ciężko, przewracając oczyma- Prosiła mnie, żebym ją zagadywał, był dla niej miły i tak dalej, bo ma dużo kompleksów i czuje się osamotniona... Więc tak robiłem. Zresztą Greta jest całkiem miła. A tego dnia nie miałem akurat nic lepszego do roboty, wszyscy byli zajęci, więc zaproponowałem jej, żebyśmy się gdzieś przeszli... I chyba nawet przypominam sobie, że spotkałem wtedy Monicę z naszej klasy, więc...
-Ale przecież Greta ma czternaście lat!- zauważył z rozbawieniem Johnny.
Jego przyjaciel pokiwał posępnie głową.
-Powiedz to Maicy...- burknął.
-Więc jej to wyjaśnij.
Benny westchnął tylko smętnie, machnąwszy dłonią w taki sposób, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że nie warto.
-Chciałbym wiedzieć, co się właściwie stało z moją Maicy... Przecież kiedy zaczynaliśmy ze sobą być, nie stawiała mi żadnych warunków, żadnych wymagań...!- pokręcił głową w geście tęsknoty i westchnął znowu z rozżaleniem- Nie chodziło o brak zobowiązań, bo przecież jej nie zdradzałem i nawet nie chciałem, ale to jednak było zupełnie co innego... Rozmawialiśmy ze sobą prawie o wszystkim, nie obrażała się, nie stroiła fochów... Nawet jak zdarzyło mi się zrobić coś naprawdę durnego, raczej przymykała na to oko albo mówiła jasno, o co jej chodzi. Kiedy słyszałem opowieści innych o tym, że ich dziewczyny urządzają im mega afery za nic albo nieustannie czegoś od nich oczekują, sądziłem, że trafiłem na anioła. A teraz ten anioł zmienił się krwiożerczą bestię, dosłownie... Cokolwiek zrobię i tak zawsze wychodzi na złe. Jeżeli do niej dzwonię – nie odbiera, jeżeli nie dzwonię – to ją olewam. Jeśli sterczę pod jej domem jak kretyn to mi nie otwiera, ale gdy mnie tam nie ma to pewnie zajmuję się kimś innym. Nie przepraszam jej? Jestem winien. Przepraszam? Też jestem winien, bo gdybym nie był winien, to bym nie przepraszał. I jeszcze te ciągłe jej gadki...- blondyn skrzywił się z niechęcią- „Zachowuj się jak dorosły mężczyzna, Benny!”. A czy ona zachowuje się jak dorosła kobieta...? Bo jeśli tak, to ja podziękuję, wolę pozostać na etapie dzieciństwa...- stwierdził kategorycznie i po dłuższej chwili milczenia dodał mrukliwie- I nie pozostanie mi nic innego, jak tylko spotykać się z Grubą Gretą...
Johnny zachichotał.
Dotarli do szkoły, wysiedli z samochodu i weszli do budynku. Rozmawiając i żartując, wyjęli z szafek potrzebne książki, a następnie zatrzymali się przed klasą, w której mieli mieć pierwszą lekcję. Zostało im jeszcze kilka minut do dzwonka. Przywitali się z kilkoma znajomymi, Benny, wypytywany o kolejną imprezę wdał się w nieco nerwową rozmowę z jedną z dziewcząt, wypatrując jednocześnie, czy na horyzoncie nie pojawiła się Maicy albo któraś z jej koleżanek. Sytuacja wydawała się naprawdę napięta. A Johnny już kilka razy doszedł do wniosku, którego nie zamierzał jednak sformułować głośno, że jeśli wykluczyć podmianę przez kosmitów, opętanie przez demona i chorobę psychiczną, chyba można byłoby wytłumaczyć zachowanie Maicy jej odkochaniem się. Chociaż z drugiej strony, czy chłopakowi, którego się nie kocha, robi się awantury o zdrady? Sam już nie wiedział. Dziewczyny, w pewnym stadium rozwoju związkowego, jak to mówił Benny, bywały strasznie skomplikowane.
Chwilę po odejściu koleżanki, co blondyn odebrał z wyjątkową ulgą, pojawił się Eric. Twarz Benny'ego stężała nieco. Johnny nie do końca wiedział, o co chodzi, ale nie podejrzewał, by jego przyjaciel starał się wyjaśnić z Erickiem sprawę jego kłamstw. Benny był chyba zły o to, że Eric przez cały wczorajszy dzień olewał nie tylko Johnny'ego i Carla, jak miał w zwyczaju, ale również jego samego.
-Cześć- rzucił w kierunku nadchodzącego Johnny.
Eric nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, przeszedł obok nich dumnym krokiem, zatrzymał się spory kawałek dalej przy ścianie, włożył słuchawki do uszu i zaczął robić to, co wychodziło mu najlepiej – ignorować cały świat.
Johnny wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę. Nigdy by nie powiedział, że martwi się, czy niepokoi o tego dupka. Nigdy się szczególnie nie lubili. A po tym, co ostatnio wyrabiał, zdecydowanie nie zasługiwał na jakiekolwiek zainteresowanie. Nie dało się jednak ukryć, że nigdy wcześniej sytuacja nie wyglądała równie źle. Tylko trudno było Johnny'emu znaleźć powody takiego stanu rzeczy.
-Myślałem, że się do niego nie odzywasz...- mruknął Benny.
Johnny uśmiechnął się lekko, wzruszając ramionami.
-Pomyślałem, że mógłbym z nim pogadać i wyjaśnić parę spraw...- odparł zgodnie z prawdą. Zastanawiał się nad tym trochę od wczorajszego wieczora i stwierdził, że rozmowa z Erickiem nie jest wcale złym pomysłem- Keith mi to doradził- dodał po chwili, nie wiedzieć czemu.
-Ach...- Benny mlasnął z niesmakiem, po czym uśmiechnął się kwaśno. Imię bruneta niemalże automatycznie sprawiało, że krzywił się z dezaprobatą, chociaż Johnny przez cały czas starał się raczej uzyskać odwrotny efekt. Jego przyjaciel nie żywił chyba niechęci do samego Keitha, ale starania szatyna w kwestii wyzwania, nie napawały go szczególną radością- No tak, skoro Keith ci poradził... Ja mówiłem ci to od kilku lat, ale oczywiście nie jestem Keithem...- spojrzał na przyjaciela złośliwie- Ale przynajmniej dzięki twoim relacjom z Erickiem poznałem wreszcie kolejną, wielką życiową prawdę i już na to nie naciskam.
-Jaką prawdę?- parsknął z rozbawieniem szatyn.
-Że niektórzy ludzie nigdy w życiu się nie polubią. Po prostu- Benny wzruszył ramionami w geście bezradności- Mogą mieć podobne poglądy, zainteresowania, nawet podobny charakter, a i tak jest coś takiego, co sprawia, że będą się wprost nie cierpieć. Ty i Eric jesteście tego doskonałym przykładem. Nie potrafię nawet zliczyć, ile razy próbowaliśmy już was godzić, a nigdy nic z tego na dłuższą metę nie wychodziło.
-A może raczej chodzi o to, że niektórych ludzi najzwyczajniej w świecie nie da się lubić- odpowiedział Johnny. Nie był nigdy typem osoby, która szukała sobie wrogów, właściwie mógł śmiało powiedzieć, że żadnych nie miał, a właściwie żadnych, o których wiedział, bo nie wątpił, że istnieli na tym świecie ludzie, którzy zazdrościli mu jego wyglądu, uroku osobistego i inteligencji. Tak czy inaczej, podchodził do ludzi raczej uprzejmie, był powszechnie lubiany i na pewno nie przypominał charakterem Erica. I wcale nie było prawdą, że nie znosił chłopaka od samego początku. To Eric go nie znosił, a Johnny przez znaczną część ich znajomości starał się sobie odpowiedzieć na pytanie z jakiego powodu, ale odpowiedź okazała się najwyraźniej zbyt skomplikowana- Nie miałbym nic przeciwko niemu, gdyby nie zachowywał się jak ostatni kretyn.
-Fakt, ostatnio mu odbija...- zgodził się z nim przyjaciel, zamyślony- Ale wy naprawdę nigdy się nie lubiliście.
-Ale nigdy nie traktował nas w taki sposób.
-No... W sumie... Kiedyś traktowaliście się przynajmniej jak kumple...
Johnny skinął głową, zgadzając się z przyjacielem w milczeniu. Eric zawsze traktował go z dystansem, był dla niego nieprzyjemny, wredny, nie starał się nawet ukrywać swojej niechęci, szczególnie, gdy zostawali sam na sam. Zawsze jednak łączyła ich solidarność związana z tym, że są razem w paczce, są kumplami i potrafią sobie pomagać w trudnych sytuacjach. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, tak to właśnie wyglądało. Jeśli ktoś podpadł jednemu z nich, podpadał automatycznie całej paczce. A jeśli ktoś im podpadał, Eric z największym umiłowaniem, zajmował się tym, by bał się to zrobić po raz kolejny. A teraz...? Nic już z tego nie zostało. Chyba coś zaczęło się kruszyć już w momencie tego całego łączenia się w pary, Benny i Maicy, Agatha i Carl... Później było tylko coraz gorzej. A nawet na tyle źle, że Ericowi odbiło i zaczął zajmować się uprzykrzaniem życia swoim przyjaciołom. A jeśli robił na złość Benny'emu, którego zawsze lubił najbardziej, to co dopiero mówić o pozostałych.
Benny odkaszlnął znacząco. Johnny spojrzał na niego bez zrozumienia. Benny odkaszlnął raz jeszcze. Szatyn uniósł brwi.
-Boże, odwróć się po prostu...- burknął z cieniem irytacji chłopak, a szatyn zerknął za siebie i zobaczył zbliżającego się w ich kierunku Keitha. Gdyby uśmiech, jaki pojawił się w tym momencie na twarzy Johnny'ego był jeszcze choćby odrobinę szerszy, chyba rozerwałby mu szczękę.
-Cześć, Keith- rzucił pogodnie- Co tam?
Brunet zatrzymał się przy nich na chwilę, zdezorientowany.
-W porządku...- odpowiedział ostrożnie.
-To super! To jest Benny- powiedział Johnny, wskazując na swojego przyjaciela.
-Wiem...- ciemnowłosy uniósł brew w geście politowania- Chodzimy ze sobą do jednej klasy od trzech lat...
-N-No tak, ale pomyślałem sobie, że... że...- szatyn dostrzegł mordercze spojrzenie Benny'ego i doszedł do wniosku, że chyba lepiej nie mówić, co sobie pomyślał- No... Taaak...- zachichotał nerwowo i machnął dłonią- Do zobaczenia później, Keith.
Chłopak nic nie odpowiedział i odszedł.
-Co to miało w ogóle być?!- burknął z irytacją blondyn.
-Oj, daj spokój, Benny... Tak mi się tylko... powiedziało...
Chciał wreszcie ich ze sobą zapoznać, tak porządnie i normalnie. Chciał, żeby Benny zobaczył, że Keith jest fajny i żeby Keith polubił Benny'ego. A w dłuższej perspektywie chciał kopnąć Erica w cztery litery i chciał, żeby to Keith się z nimi trzymał. Ale póki co, nie miał żadnego pomysłu, żeby to zrealizować i wydawało się, że jego próby przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego.
-Jąkasz się przy nim, kręcisz, sam nie wiesz, co gadasz...- blondyn pokręcił głową w geście potępienia.
-Zdarza się.
-O tak, mi się zdarzało... Jak uganiałem się za Maicy- dodał, spoglądając na swojego przyjaciela znacząco- Wtedy zdarzało mi się to często. Gadać bzdury, zagadywać ją bez potrzeby, przejęzyczać się... Mam już zacząć szykować garnitur na wasz romantyczny, gejowski ślub...? Różowy...?
Johnny uśmiechnął się tylko, oszczędzając sobie odpowiedzi. Benny mruknął coś jeszcze pod nosem, mało zrozumiale, chociaż była to pewnie kolejna czepialska uwaga. Bo to było przecież zwykłe czepianie się i nic więcej. Johnny lubił Keitha. Ot, co. Lubił go po prostu. Czy było w tym coś złego? Lubił go trochę inaczej niż Benny'ego, inaczej niż Carla, i inaczej niż Erica, którego właściwie nie lubił wcale, więc nie było to trudne. Lubił go inaczej niż jakąkolwiek inną osobę, jaką znał. Bo też Keith nie przypominał nikogo, z kim Johnny się do tej pory zadawał. Uświadomił sobie zresztą, że chociaż znali się od niedawna, powiedział mu już kilka bardzo istotnych rzeczy, tak istotnych, że nie wspominał o tym, za bardzo, nawet Benny'emu, chociaż przecież znali się tak dobrze, że mówili sobie właściwie o wszystkim.
Zaraz po tym, jak rozbrzmiał dzwonek, pojawiła się nauczycielka, która wpuściła ich do klasy. Pani Hemington, ucząca ich biologii, była osobą strasznie cichą i nerwową, nie cierpiała hałasu i ponad wszystko nie lubiła, gdy ktoś jej przeszkadzał. Całe lekcje spędzała przy tablicy i swoim drobnym pismem sporządzała na niej dokładne notatki, wyjaśniając coś przy tym mrukliwie pod nosem, chociaż nikt jej nie rozumiał. Była starą panną i cieszyła się powszechnie opinią dziwaczki.
Benny rozejrzał się po całej klasie z wyjątkową uwagą. Johnny zerknął w kierunku siedzącego z tyłu Keitha i gdy ten podniósł wzrok, uśmiechnął się do niego lekko. Tym razem chłopak zareagował nieco inaczej niż zazwyczaj. Spuścił nerwowo wzrok i zaczął pisać coś w zeszycie, pąsowiejąc wyraźnie. Szatyn zdumiał się nieco. Przypomniała mu się ich wczorajsza rozmowa i jego... ekhem... dość nietypowe wyznanie. Keith wydawał się być tym skrępowany. Może trochę się z tym pospieszył...? A może raczej w ogóle nie powinien był o tym mówić? Co też mu przyszło do głowy? Przecież teraz to wyglądało tak, jakby go podrywał!
… Chwila. Przecież chciał go poderwać.
Johnny zwrócił się przodem do tablicy, mocno zdezorientowany. Był zażenowany faktem, że Keith podejrzewał go o zainteresowanie swoją osobą, chociaż do tej pory robił właśnie wszystko, by mu to zainteresowanie udowodnić i by zobaczyć jego reakcję. To wszystko wyglądało dziwacznie i aż nazbyt oczywiście. Wyznał mu, że jest gejem, uśmiechał się do niego, zagadywał, zapraszał do siebie do domu, oglądał z nim filmy... Boże. Aż zaśmiał się w duchu, gdy uświadomił sobie, że to rzeczywiście wyglądało tak, jakby się w nim zakochał. Ale on po prostu świetnie udawał. Tak świetnie, że chciał spędzać z Keithem coraz więcej czasu, było mu dobrze w jego towarzystwie, świetnie mu się z nim rozmawiało, chciał go lepiej poznać i zastanawiał się nad tym, jakby to było się z nim całować. Och, był doprawdy doskonałym aktorem.
-Maicy nie ma...- mruknął grobowym tonem Benny, wciąż rozglądając się wokół podejrzliwie, jakby dziewczyna miała zaraz wyskoczyć spod biurka i urządzić mu dziką awanturę.
Johnny wyrwał się z zamyślenia i dopiero po chwili dostrzegł, że siedząca dwie ławki przed nimi Linda, jest sama.
-Zapytaj ją...- szepnął blondyn, wskazując na dziewczynę- Tobie przecież powie...
Szatyn zerknął na pannę Hemington, bardzo pochłoniętą pisaniem i wychylił się nieco, rzucając ciche:
-Hej... Linda...
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę błyskawicznie, nie mając najwyraźniej trudu z usłyszeniem jego słów. Uśmiechnęła się do niego ładnie, spoglądając na niego pytająco i zawijając kosmyk włosów za ucho.
-Gdzie jest Maicy?- zapytał Johnny.
Uśmiech Lindy zrzedł w jednej chwili i wydawała się już mniej serdeczna niż ledwie chwilę temu.
-Nie wiem...- odparła kwaśno, odwracając się, urażona.
Szatyn spojrzał na swojego przyjaciela i wzruszył ramionami.
-Carl...- Benny odwrócił się do siedzącego za nimi chłopaka- Zapytaj Agathy, co się dzieje z Maicy...
Chłopak skinął głową i odwrócił się do swojej dziewczyny, szepcząc coś do niej, a po chwili spojrzał na Benny'ego bezradnie i odparł:
-Mówi, że nie wie...
Blondyn łupnął książką w stół.
-Jasne, jak chodzi o to, czy jestem w klubie, czy mnie w nim nie ma, to wszystkie poinformowane, ale nagle nie wiedzą, gdzie się podziewa ich najlepsza przyjaciółka!- rzucił głośno, wywołując nie tylko pełne politowania spojrzenie Lindy, ale i reakcję pani Hemington, która odwróciła się gwałtownie i zmierzyła go surowym wzrokiem- Przepraszam...- burknął gniewnie, a nauczycielka spoglądała na niego jeszcze przez moment, jak na irytującego insekta, którego należałoby się pozbyć. Uspokojona ciszą panującą w klasie, odwróciła się wreszcie i powróciła i do pisania, i do mamrotania, a uczniowie zgodnie powrócili do sms-owania pod ławką albo rysowania czegoś na marginesach zeszytu- A tak właściwie co u ciebie i Lindy, co?- zapytał szeptem jasnowłosy.
-W porządku.
-To znaczy jak bardzo w porządku...?- parsknął cicho Benny, a szatyn wzruszył ramionami, uśmiechając się tylko. Właściwie nie wiedział, jak bardzo- Kiedy znowu się spotykacie...?
-Eee... Cóż... W sumie to jeszcze się nie umówiliśmy...
-Jeszcze się nie umówiliście?- syknął chłopak, spoglądając na przyjaciela jak na szaleńca- Ty chyba naprawdę zmieniłeś orientację, co?
-Przestań, po prostu jakoś nie było okazji- wyjaśnił spokojnie Johnny, nie widząc w tym żadnego problemu.
-Stary, nie potrzebujesz żadnej okazji, żeby się z nią umawiać, ona na ciebie leci! Każdy facet by skorzystał! Oczywiście wolny facet...- zaznaczył natychmiast, jakby w obawie, że ktoś ich podsłuchuje- Wcale się nie dziwię, że jest na ciebie cięta, skoro ją olewasz.
-Wcale nie jest na mnie cięta- zaprotestował Johnny. ŻADNA dziewczyna nie była na niego cięta. Przynajmniej do czasu, aż się rozstawali. Później bywało różnie. Ale tak czy inaczej, ŻADNA dziewczyna nie była na niego cięta, był zbyt cudowny, by można się było na niego gniewać.
-Ale będzie- odparł Benny, tonem znawcy- Tak to już z nimi jest, zapomnisz raz o rocznicy, miesięcznicy, tygodniówce, cholera wie o czym jeszcze i już awantura gotowa... Głupie baby...
Pech chciał, że ostatnie dwa słowa powiedział na tyle głośno, że dotarły one do pani Hemington, która odwróciła się w ich stronę i przez dłuższą chwilę spoglądała na nich z iście zbolałą miną.
-Może zamiast przeszkadzać, zacząłbyś sporządzać notatkę...- odezwała się surowo.
-Nie mogę...- odparł z irytacją Benny- Nie widzę.
-W takim razie słuchaj tego, co dyktuję.
-Nie słyszę.
-Gdybyś nie rozmawiał, to byś słyszał- rzuciła szorstko nauczycielka.
-Zacząłem rozmawiać, bo nie słyszałem. Baby...- dodał cicho pod nosem, co jednak usłyszeli wszyscy obecni. Przez klasę przebiegł chichot pomieszany z pomrukiem niezadowolenia obruszonych dziewczyn.
Twarz pani Hemington stężała wyraźnie.
-Chciałabym to z tobą przedyskutować na długiej przerwie.

Johnny wszedł do szkolnej stołówki i przystanął na środku, rozglądając się dookoła. Benny, chcąc nie chcąc, musiał udać się do panny Hemington, by odbyć rozmowę na temat jego „niestosownego zachowania” podczas porannej lekcji. A mimo iż nauczycielka mówiła cicho, mówić lubiła bardzo i jasne było, że Benny nie wróci przed końcem przerwy na lunch. Carl usiadł z Lindą i Agathą, po czym pomachał dłonią w kierunku Johnny'ego, zapraszając go do nich, ale chłopak uśmiechnął się tylko. Blondynka spoglądała na niego z wyczekiwaniem, co jakoś mu umknęło, chociaż wydawało się, że wcześniej doskonale odczytywał kobiece nastroje i zawsze wiedział, jak powinien się zachować. On czekał jednak na kogoś innego.
Dopiero po chwili udało mu się dostrzec Erica, który usiał przy jednym ze stołów, wypędzając stamtąd wcześniej jakiegoś pierwszoklasistę. Johnny westchnął głęboko. Chociaż jeszcze rano wydawało mu się to świetnym pomysłem, miał przed tą rozmową duże opory. Sam nie do końca potrafił to wyjaśnić. Nie bał się przecież Erica, ani nic w tym stylu, ale chłopak zawsze wzbudzał w nim nie do końca przyjemne emocje. A poza tym, szatyn moment wcześniej dostrzegł Keitha, który siedział sobie samotnie na drugim końcu sali i dałby sobie uciąć głowę, że przez chwilę, choćby nawet przez kilka sekund, ciemnowłosy spoglądał z uwagą w jego kierunku... Och, rany, o ile bardziej wolałby przysiąść się do niego niż do tego dupka!
W końcu jednak przełamał się i ruszył powolnym krokiem w kierunku stolika przy którym siedział Eric. Blondyn przeniósł na niego spojrzenie lodowatych oczu. Johnny usiadł naprzeciwko niego i rzucił krótkie:
-Cześć- po czym sięgnął do swojej torby i jakby jedynie dla zachowania pozorów, wyjął jogurt i przyszykowane przez Rose kanapki.
Eric parsknął z politowaniem.
-Czego tu chcesz, Bradley...?- rzucił chłodno.
-Pogadać- odparł otwarcie szatyn.
-Nie mamy o czym.
Johnny wziął głęboki oddech. Wiedział, że pogadanka z Erickiem wcale nie będzie łatwa.
-Słuchaj... Hm... Zmieniłeś się ostatnio...- powiedział ostrożnie. Na wargach blondyna wymalował się drwiący uśmieszek- Wiesz... No... Jak coś jest nie tak, to zawsze możemy o tym pogadać, nie...? Masz jakieś problemy? Albo... Albo...
-Jaja sobie robisz?- Eric parsknął szorstkim, nieprzyjemnym śmiechem- Bawisz się w dobrego kumpla?
Johnny wzruszył ramionami, nieco bezradnie.
-No przecież byliśmy kumplami...- nie był pewien, czy słowo „jesteśmy” było jeszcze adekwatne w tej sytuacji.
-Nie przypominam sobie.
Szatyn milczał. Tyle razy już zastanawiał się, dlaczego Eric traktował go z dystansem, a czasem wręcz nieskrywaną niechęcią. Dał mu jakiś powód? Starał się sobie przypomnieć jakąś rozmowę czy zdarzenie, które mogłoby to spowodować, ale nigdy nie odnalazł w pamięci niczego takiego. Chłopak zdawał się nie lubić go od samego początku, chociaż wtedy jeszcze Johnny nie odczytywał tego w taki sposób. Wydawało mu się po prostu, że Eric ma taki sposób bycia, że lubi się kłócić i robić innym na złość.
-Czemu traktujesz mnie w taki sposób?- zapytał, wpatrując się w blondyna z uwagą.
-Bo się dosiadłeś...- odpowiedział z politowaniem Eric- Gdybyś się nie dosiadł, nie musiałbym traktować cię w żaden sposób i oszczędziłbym na tym trochę czasu...
Ta rozmowa chyba zmierzała donikąd.
-Dlaczego mnie nie lubisz?- to pytanie nurtowało Johnny'ego najbardziej.
-Po prostu, Bradley...- Eric uśmiechnął się znowu, równie nieprzyjemnie, co wcześniej. Nie wyglądał na kogoś, kto rzeczywiście ma jakieś poważne problemy. A już na pewno nie na kogoś, kto szukałby zgody- Stoimy na różnych poziomach.
-A Benny?
-Co „Benny”?- zaśmiał się chłopak- Benny też stoi na wyższym poziomie niż ty. Zresztą w twoim przypadku, to wcale nie jest trudne...
-Pytam o to, dlaczego przestałeś lubić jego- uśmiech nie znikał z twarzy Erica, ale wydało się, że przygasł nieco- Przecież wcześniej było inaczej. Nie byliśmy może najbardziej zgraną paczką pod słońcem, ale jakoś się dogadywaliśmy... Więc po co to wszystko? Mścisz się na nas za coś?
-Myślisz, że marnowałbym na was swój czas...? Żałosny jesteś, Bradley... Czemu nie jestem zdziwiony...
-Zawsze byłeś wygadany i złośliwy. Ale jest różnica pomiędzy byciem wygadanym, a byciem podłym dupkiem i kłamcą, który kopie dołki pod własnymi kumplami- wyrzucił z siebie Johnny. Słowa Erica nie robiły na nim szczególnego wrażenia, nawet, gdy traktowali się jak koledzy, tego typu uprzejmości były na porządku dziennym, zdążył przywyknąć. Ale na pewno nie przywyknął jeszcze do Erica intryganta i nie potrafił tego zrozumieć- Cały czas wyśmiewasz się z Carla, a Benny ma przez ciebie problemy. Jeśli nie chcesz się z nami zadawać, po prostu to powiedz, ale odpuść sobie takie głupie zagrywki.
Eric wstał gwałtownie z miejsca. Chwycił swój plecak i podszedł do Johnny'ego. Szatyn również podniósł się odruchowo. Przez chwilę miał wrażenie, że blondyn chce się z nim bić. Ale ten tylko stanął tuż naprzeciw niego i rzucił z pobłażliwym uśmiechem:
-Skup się lepiej na swoich zagrywkach, Bradley... I pospiesz się. Bo czas ucieka. A nie chcesz mi chyba powiedzieć, że się poddałeś, co...?
Johnny nie odpowiedział.
Chłopak uśmiechnął się z satysfakcją, po czym ruszył do wyjścia.
Szatyn spojrzał w kierunku Keitha.
Wyzwanie trwało.

Oczywiście rozmowa z Erickiem nie przyniosła żadnego rezultatu, co było całkiem łatwe do przewidzenia. Johnny nie przejął się tym zbytnio. Chyba musiał się po prostu przyzwyczaić do faktu, że niektórzy ludzie go nie lubią. Albo ewentualnie czekać na kolejną, równie zaskakującą i nieuzasadnioną zmianę nastroju Ericka. Miał ochotę pogadać o tym z Keithem. W ogóle miał ochotę z nim pogadać. Właściwie miał ochotę gadać z nim ciągle. Niecierpliwił się przez cały dzień, czekając na koniec lekcji, uśmiechał się do niego, gdy tylko go widział, zerkał na niego od czasu do czasu, a na ostatniej godzinie angielskiego, myślał już tylko o nim.
Gdy zadzwonił dzwonek, szybko pożegnał się z Benny'm, machnął dłonią Carlowi i wybiegł z klasy w ślad za Keithem, który wyszedł z niej jako pierwszy. Odszukał go wzrokiem na zatłoczonym korytarzu, po czym dopchnął się do niego i chwycił go za ramię.
-Zwolnij trochę...- rzucił z rozbawieniem.
Keith zatrzymał się i odwrócił w jego stronę. Johnny nie przestawał się uśmiechać, ale chłopak wydawał się być raczej zakłopotany.
-Hm... Słuchaj...- zaczął powoli, koncentrując wzrok na zamku od torby, który nieustannie nerwowo odpinał i zapinał z powrotem- Nie mogę dzisiaj z tobą jechać. Jestem trochę zajęty.
-Och...- rzucił szatyn, oszołomiony. W pierwszej chwili zupełnie nie wiedział, jak na to zareagować, ani co powiedzieć. Nie spodziewał się, że usłyszy coś podobnego. Niby nic takiego, bo przecież Keith już tyle razy mówił o tym, że ma dużo zajęć, swoich spraw, ale... W obliczu tego, o czym wczoraj rozmawiali... Johnny przełknął ślinę. Poczuł się mocno zaniepokojony i niepewny. Zdobył się jednak na uśmiech i zapytał z pozorną lekkością- Jesteś pewien, że nie będziesz miał nawet chwilki czasu...? Albo moglibyśmy gdzieś pojechać, może zjeść jakiś obiad, jeśli byś chciał...
-Naprawdę nie mam czasu- odparł cicho brunet, nawet na niego nie patrząc.
Johnny z chwili na chwilę denerwował się coraz bardziej. Dopiero teraz dotarło do niego z całą mocą, jak bardzo kretyńskie było to, co wczoraj powiedział Keithowi. Może to jednak nie był odpowiedni czas. A może raczej odpowiedniego czasu nie było wcale. Po co mówił mu, że jest gejem? A raczej – po co kłamał, że nim jest? Przecież chyba każdy przeraził by się takiego wyznania... Odetchnął głęboko, z trudem ukrywając narastające w nim uczucie paniki.
-Ale... Stało się coś... szczególnego?- starał się dopytywać.
-Nie, po prostu jestem zajęty- odpowiedział brunet. On też sprawiał wrażenie wytrąconego z równowagi.
-No, w porządku...- szatyn zaśmiał się nerwowo- W końcu to tylko jeden dzień, nie? Wiedzy mi raczej nie ubędzie...- usiłował zażartować, z nędznym skutkiem- No to... Zobaczymy się jutro, tak...?
-... i mogę być zajęty przez dłuższy czas...- dopowiedział Keith i to wydawało się być już wystarczająco jasną odpowiedzią.
Johnny poczuł się koszmarnie. Właściwie tak, jak nie czuł się jeszcze nigdy wcześniej. Odrzucony, a właściwie wręcz odepchnięty i... niezrozumiany...? Dziwne uczucie. Strasznie dziwne i strasznie nieprzyjemne uczucie.
-Chodzi o to, co ci wczoraj powiedziałem, tak...?- zapytał półgłosem, zażenowany.
-Co...?- dopiero w tym momencie Keith podniósł na niego wzrok i zaczął spoglądać na niego ze zdumieniem- Nie- parsknął cicho- Oczywiście, że nie.
Johnny nie dał temu wiary. Jego uśmiech przypominał już teraz raczej nerwowy grymas, chociaż z całej siły starał się sprawiać wrażenie, że nic się nie stało. Bo przecież właściwie to nic takiego. Z Benny'm też zdarzało mu się nie widzieć dzień czy dwa... Tylko, że Benny'emu nie powiedział, że jest gejem, nie rozmawiał z nim o tak dziwnych sprawach i nie zachowywał się jakby był w nim zakochany.
-Zresztą... Słuchaj... Uważam po prostu, że... te korepetycje odniosły skutek, prawda...?- rzucił Keith, też nie wiedząc jak powinien się zachować. Teraz mina szatyna zrzedła kompletnie- Oczywiście wszystko okaże się po sprawdzianie...- dodał chłopak- I jeśli coś będzie nie w porządku, będziemy mogli się spotkać... Ale na razie chyba nie ma takiej potrzeby.
Teraz Johnny poczuł się nie jak odrzucony, a jak porzucony. I słowa Keitha wcale go nie pocieszały – wprost przeciwnie. Bo to już nawet nie znaczyło, że nie spotkają się przez jakiś czas, bo Keith ma na głowie inne sprawy. To znaczyło, że MOŻE spotkają się raz na jakiś czas, bo Keith nie chce mieć na głowie jego.
I jeszcze to wyzwanie... Właściwie to czemu pomyślał o tym dopiero na końcu? Przecież od tego wszystko się zaczęło, przecież to wyzwanie miało być najważniejsze... I właściwie dlaczego niczego nie zrobił? Podrywał już dziewczyny, pakował się czasem w tarapaty, potrafił skorzystać ze swojego uroku i łatwo wybrnąć z problemów, użyć siły perswazji, przekonać bardziej oporne... Więc czemu, u licha, stał teraz i milczał, z iście zrozpaczoną miną, zamiast wydusić z siebie chociażby słowo? Nic, zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy.
-O... Okej...- udało mu się wreszcie wyartykułować.
-Johnny...- Keith chyba zauważył, co się dzieje. Wpatrywał się w szatyna z uwagą i wyjaśnił stanowczo- Naprawdę nie chodzi o to, co mi powiedziałeś, w porządku?
-Mhm... Mhm, w porządku- zreflektował się chłopak, przywołując wymuszony uśmiech na twarz- To może przynajmniej dasz się podwieźć, co?
Keith zawahał się wyraźnie, ale w końcu skinął głową, zgadzając się najwyraźniej po to, by nie robić Johnny'emu przykrości.
Wyszli razem ze szkoły i wsiedli do samochodu. Przez całą drogę mało ze sobą rozmawiali. Johnny był w takim nastroju, że ciężko było mu zaczynać rozmowę, Keith rzadko to robił. Zresztą on też sprawiał wrażenie przygnębionego. Może było mu po prostu żal. Żal biednego, Johnny'ego geja... Boże, przecież on nie jest gejem. Przecież tu w ogóle nie o to chodzi. Przecież chodzi o wzywanie, o jego i Keitha, o to, żeby go poderwać, żeby zrobić na złość Erickowi... I... I... Rany, co się z nim w ogóle działo?
Zatrzymał się tam gdzie zwykle, przed blokiem, w którym mieszkał Keith. Siedzieli przez chwilę obaj nieruchomo we wnętrzu samochodu, nie wiedząc, czy należałoby coś jeszcze powiedzieć, czy już się pożegnać. Sprawa rozwiązała się jednak sama, bo nim Johnny zdążył wymyślić cokolwiek sensownego, usłyszał dzwonek komórki. O dziwo, tym razem swojej. Odruchowo sięgnął do kieszeni, ale przypomniało mu się, że przełożył telefon do torby. Wychylił się i wziął ją z tylnego siedzenia, szukając komórki.
-Do zobaczenia jutro- rzucił Keith, wychodząc z samochodu.
-Keith!- zawołał jeszcze za nim Johnny, ale chłopak już wszedł do bloku. Szatyn westchnął głęboko, wygrzebując telefon i odebrał go- O co chodzi, Benny?
-Matka przyjechała po mnie jakiś kwadrans temu, czekała przed szkołą i wyobraź sobie, kto akurat się napatoczył...?- Johnny milczał, jakby nie dosłyszał pytania, bo rzeczywiście, jego głowę zaprzątało w tym momencie co innego- Pani, o nie, przepraszam, PANNA Hemington. Wyobrażasz to sobie...?- parsknął z politowaniem- Oczywiście nie mogła sobie darować opowieści o tym, jak bardzo okropnie zachowywałem się na lekcji. I zgadnij co teraz robią...? Ucinają sobie pogawędkę jak obecny psycholog z niedoszłym. Dasz wiarę...? Hemington minęła się z powołaniem, bo zawsze „marzyło jej się” o tym, żeby zostać psychologiem... Nic dziwnego, że tyle świrów na tym świecie, skoro tacy ludzie pchają się do zawodu, nie...?- zachichotał blondyn- Ej... Johnny?
Johnny również zaśmiał się, chociaż daleko mu było do rozbawienia.
-Skoczymy gdzieś dzisiaj po południu?- zapytał Benny- Maicy raczej się nie odezwie, a Carl ma wolne... Agatha znowu pojechała gdzieś do rodziny... Nie wydaje ci się, że ona ostatnio ciągle gdzieś wyjeżdża...?- parsknął śmiechem blondyn- Na miejscu Carla zacząłbym się martwić...- zażartował- Tak czy inaczej, możemy trochę pokręcić się po mieście i może znaleźć nową miejscówkę... Johnny...? Johnny, masz czas czy nie?
Ale Johnny nie słyszał tego pytania. Bo akurat podniósł wzrok i dostrzegł, jak Keith skręca i znika za rogiem. Oniemiał ze zdumienia, w pierwszej chwili mając wrażenie, że coś mu się przewidziało.
-Benny, zadzwonię do ciebie później- bąknął tylko, rozłączając się.
Wyszedł z samochodu i śladem Keitha, skręcił za stojący naprzeciwko budynek. A gdy tylko to zrobił, upewnił się, że nic mu się nie przewidziało. Ciemnowłosy szedł szybkim krokiem wzdłuż chodnika. Na końcu ulicy znajdował się duży dom, nie pasujący wcale do okolicznych blokowisk. Johnny nie widział go zbyt dobrze, ale sprawiał wrażenie bardzo eleganckiego, więc nic dziwnego, że na widok Keitha, wchodzącego przez bramę do ogrodu, po raz kolejny tego dnia, kompletnie osłupiał.
Stał jeszcze przez chwilę w miejscu, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, po czym chwiejnym krokiem wrócił do samochodu i ruszył, mając mętlik w głowie. O co właściwie chodziło...? Keith tam mieszkał...? Na samą myśl o tym, Johnny parsknął śmiechem. Nie. Na pewno nie! Ten dom wyglądał jak rezydencja jakiegoś bogacza, a Keith bogaty przecież nie był... To znaczy Johnny nigdy nie wnikał w to jakoś szczególnie, bo nie wydawało mu się to istotne, ale przecież wystarczyło na niego spojrzeć! Biedny Keith, zawsze chodzący w tych samych, powyciąganych bluzach i swetrach, mający zapewne dwie pary dżinsów na krzyż. Przecież on nawet nie miał żadnych markowych ciuchów. To dopiero godne pożałowania! Więc po co tam niby poszedł...? Raczej nie po to, by pożyczyć od bogatych sąsiadów trochę soli czy cukru. Ale jeśli rzeczywiście tam mieszkał, czemu nie powiedział tego Johnny'emu? Czemu kazał mu się podwozić pod jakiś blok? Czemu udawał, że do niego wchodzi? Szatyn westchnął głęboko. Nic z tego nie rozumiał. Po raz kolejny odniósł wrażenie, że ten zwykły, szary, samotny Keith, jest o wiele bardziej intrygujący niż to się na początku mogło wydawać.
Jadąc, Johnny dostrzegł Lindę, idącą niespiesznym krokiem przed siebie. Upewnił się, że nikt za nim nie jedzie i zwolnił nieco, uchylając szybę.
-Cześć, Linda- rzucił, uśmiechając się wesoło- Wsiadaj, podrzucę cię do domu.
-Nie, dzięki...- odpowiedziała dziewczyna, dumnie unosząc głowę- Pójdę na autobus, niedaleko przystanek...
Nie dało się ukryć, że była obrażona. Johnny przypomniał sobie słowa swojego przyjaciela i doszedł do wniosku, że chyba rzeczywiście nieco o Lindzie zapomniał. A nie zdarzało mu się to wcale często, bo z dziewczynami, mimo tego, że nie miał żadnej na stałe, radził sobie w sferze krótkodystansowej najlepiej z jego wszystkich kumpli. Ale teraz Keith i całe to zamieszanie z wyzwaniem... Jakoś nawet nie miał głowy, by myśleć o randkach.
-A co byś powiedziała na to, gdyby jakiś przystojniak zaprosił cię na obiad...?- szatyn uśmiechnął się czarująco. Dziewczyna zerknęła na niego z ukosa, ale zdawało się, że sukces jest już przesądzony. Jemu się nie odmawiało.
-No nie wiem...- odparła z pozorną ostrożnością- Zależy jaki przystojniak...
-Najprzystojniejszy ze wszystkich- zaśmiał się Johnny, zatrzymując się na chwilę- Wsiadaj.
Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem i weszła do samochodu.
Johnny uśmiechnął się do niej raz jeszcze, ruszając w stronę swojej ulubionej restauracji.
A w jego głowie cały czas siedział ktoś zupełnie inny...

Linda była miłą dziewczyną. Zjedli razem obiad, Johnny'emu świetnie wychodziło udawanie, że jest w doskonałym humorze, chociaż sprawa Keitha, tego domu, tej przerwy, nie dawała mu spokoju. By jakoś zebrać myśli i skoncentrować się na czymś innym, pojechał później z dziewczyną do kina, a następnie wstąpili na chwilę do centrum handlowego na małe zakupy. Kiedy podjechali pod dom Johnny'ego, była już prawie dwudziesta. Przeszli się ze sobą kawałek, rozmawiając o szkole i znajomych. Pewnie to spotkanie, ta randka byłaby dla Johnny'ego fantastycznym czasem, gdyby nie fakt, że tak bardzo przejmował się Keithem i wszystkim tym, co zaszło. A Linda byłaby pewnie jeszcze bardziej fantastyczną kandydatką na jego dziewczynę, mieli w końcu podobne poglądy na wiele spraw, dobrze się z nią czuł, potrafiła go rozbawić... W dodatku była bardzo ładna i całkiem inteligentna, pasowaliby do siebie doskonale i stanowili niemalże wzorcową parę, taką, na którą przyjemnie się patrzy, a jeszcze bardziej przyjemnie czeka się na wszelkie pikantne nowinki i plotki na jej temat. Ale jakoś nie potrafił tego dostrzec i wcale o tym nie myślał.
-To co...?- Johnny uśmiechnął się lekko, zatrzymując się przy swojej klatce. Linda stanęła tuż przed nim, uśmiechając się ładnie i wpatrując się w niego z wyczekiwaniem- Do zobaczenia jutro w szkole, tak?
-Już...?- dziewczyna parsknęła z rozbawieniem- Sądziłam, że zaprosisz mnie na górę...
-Sądziłem, że jesteś grzeczną dziewczynką, Lindo...- odparł z figlarnym uśmiechem szatyn, wpatrując się w błyszczące oczy dziewczyny.
-Zaraz pokażę ci jak bardzo- wymruczała blondynka, po czym uniosła się na palcach i musnęła wargami usta chłopaka. Johnny objął ją wokół pasa, oddając pocałunek, ale ona odsunęła się nagle, spoglądając na niego z powagą- Johnny, nim cokolwiek się wydarzy, muszę wiedzieć... Czy my jesteśmy parą?- zapytała, wpatrując się w niego z uwagą. Chłopak zamrugał ze zdumieniem- Albo przynajmniej czy ty zamierzasz ze mną chodzić? Nie chcę się angażować w nic, co jest dla ciebie tylko zabawą, a wybacz, nie przejawiałeś dotąd zbytniej inicjatywy... Mam czasem wrażenie, że ci się narzucam.
-No co ty, Linda...- parsknął z zakłopotaniem chłopak.
No co ty, Linda, przecież to nie twoja wina.
No co ty, przecież chodzi tylko i wyłącznie o Keitha.
No co ty, przecież chodzi o ten dom, do którego wszedł i o to, że przeraził się tego, że jestem gejem, a ja wcale nie jestem gejem, ale powiedziałem, że jestem gejem, żeby go poderwać, czego wcale nie muszę robić, ale chcę, bo chcę się z nim przyjaźnić i jednocześnie zrealizować wyzwanie, żeby dać nauczkę Erickowi, wykopać go z paczki i być z Keithem. W paczce w sensie.
O tak, takie wytłumaczenie byłoby z pewnością bardzo zrozumiałe.
Blondynka spoglądała na niego z wyczekiwaniem, zapewne chcąc usłyszeć jasną deklarację.
Johnny odetchnął głęboko.
-Widzisz, bo... Chodzi o całe to wyzwanie...- wyjaśnił ostrożnie, widząc, że na sam dźwięk tego słowa, dziewczyna krzywi się z niechęcią- Ten cały Keith... Wiesz zresztą sama...- zaśmiał się z pozorną lekkością- Nie mogę teraz zbytnio... Rozumiesz... Pokazywać się z tobą, bo on to zobaczy i przegram.
-Johnny, błagam cię, tylko mi nie mów, że jeszcze nie skończyłeś z tym kretynizmem...- dziewczyna pokręciła głową w potępiającym geście- To najgłupsze wyzwanie o jakim słyszałam! Nawet, jeśli zaczęło się ode mnie. Wcale mi się to nie podoba. A jak ktoś ze szkoły się dowie...?- rzuciła półgłosem- I uznają cię za geja...? Pamiętasz tą historię z Allison...? Teraz wszyscy się śmieją, że umawiała się z facetem, który w tym samym czasie umawiał się z jej bratem. To wcale nie jest fajne. Nie chcę, żeby później wytykali mnie palcami.
-Nie będą. Linda, przysięgam, nie zrobię niczego głupiego- stwierdził stanowczo Johnny, chociaż w rzeczywistości wcale nie był tego taki pewien. Cóż... Wszystko zależało od zdefiniowania słowa „głupi”- Nikt się o tym nawet nie dowie, obiecuję. Chodzi tylko o to, żeby dokopać Erickowi. Linda, nie złość się na mnie- szatyn zaśmiał się cicho, biorąc twarz dziewczyny w dłonie i całując ją krótko w usta.
-No nie wiem...- mruknęła sceptycznie, po czym westchnęła cicho- Zresztą... Okej... Ale jak to się skończy, jesteś mi dłużny naprawdę fantastyczną randkę...- stwierdziła, uśmiechając się lekko- Albo baaaardzo długie zakupy... Czyli to, czego faceci nie lubią najbardziej.
-Zakupy są świetne- odparł Johnny. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości swoich kumpli, lubił chodzić po sklepach, nawet z dziewczynami. W końcu świetnie znał się na tym, co modne, zresztą lubił ubrania i kosmetyki... Żadna katorga.
-Jesteś naprawdę wyjątkowy- parsknęła z rozbawieniem dziewczyna- I nie ma mowy, żebym cię wypuściła...
Johnny zaśmiał się lekko, obejmując Lindę ponownie, a ona wpiła się w jego wargi. Całowali się przez chwilę, nim dziewczyna odsunęła się ponownie.
-No dobrze...- odkaszlnęła, chichocąc- Więc... Pójdę już. I mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na kolejne zaproszenie...
Johnny uśmiechnął się pogodnie.
-Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym cię podwiózł...?
-Nie, i tak idę do Maicy- odparła dziewczyna, wzruszając ramionami- Dzięki raz jeszcze.
-Nie ma sprawy. Pozdrów ją ode mnie.
-Zrobię to. Cześć, Johnny.
-Cześć, Linda.
Chłopak przyglądał się jeszcze przez chwilę odchodzącej dziewczynie, po czym wszedł do bloku, a następnie do swojego mieszkania. Wewnątrz było zupełnie ciemno. Nie chciało mu się nawet włączać światła. Zajrzał do lodówki i zobaczył, że Rose zostawiła mu obiad, ale nie był głodny. Zamknął ją i stanął przy oknie, obserwując rozświetloną latarniami ulicę. Wyciągnął telefon z kieszeni i odruchowo odszukał numer Keitha. Zadzwonić...? Zapytać...? Dopiero wtedy się przerazi. Nie dość, że ktoś mu się narzuca i go podrywa, to jeszcze na dodatek śledzi. Johnny zaśmiał się cicho. Odpisał na sms-a Benny'emu, po czym zaczął odczytywać wcześniejsze wiadomości od Keitha. Uśmiechnął się do siebie lekko. W tym momencie usłyszał dźwięk telefonu. Przeszedł do salonu i wziął słuchawkę z podpórki, po czym odebrał.
-Słucham...?- mruknął, wracając do kuchni i siadając na parapecie.
-Cześć, Johnny- usłyszał głos matki- Co u ciebie? Jak w szkole?
-W porządku- odparł szatyn. Rozmawiali ze sobą rzadko, szczególnie od czasu wyjazdu rodziców, nie miał z nimi zbyt wiele kontaktu. Zresztą nigdy nie przypominali klasycznej rodziny, w której mamusia zajęta jest gotowaniem obiadów i chodzeniem za zebrania, a ojciec gra z synem w piłkę po godzinach pracy.
-To świetnie. Rozmawiałam z Rose i mówiła, że znalazłeś sobie jakiegoś korepetytora... Mówiłam już wcześniej, żebyś wykupił sobie prywatne lekcje.
-Moim korepetytorem jest kolega z klasy- odpowiedział spokojnie Johnny- Keith- dodał po chwili, jakby to rzeczywiście było istotne.
-Nie sądzisz, że lepiej byłoby znaleźć jakiegoś nauczyciela...? A zresztą, rób jak uważasz- stwierdziła matka. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało- Więc... Hm...- z racji tego, że nigdy dobrze się nie znali, nawet telefoniczne rozmowy przebiegały nienaturalnie i trudno. Jego mama na siłę szukała jakiegoś tematu, a on na siłę starał się coś odpowiedzieć i tak to wyglądało- A jak tam... No wiesz... Twoje prywatne sprawy... Znalazłeś sobie może dziewczynę?
-Właściwie to jest ktoś...
-Kto?
-Linda.
-Sympatyczna dziewczyna...?
-Tak, bardzo...
-Fantastycznie.
I znowu cisza.
-Mamo...?- odezwał się tym razem Johnny- Pomyślałem sobie...- zawahał się odrobinę- Pomyślałem, że może powinnaś wysłać Rose trochę więcej pieniędzy... Taką... Premię na przykład...
-Po co...? Przecież wysyłam ci wystarczająco dużo pieniędzy.
-Chodzi o to, żebyś wysłała pieniądze jej. Mogłaby... No nie wiem... Pojechać gdzieś do rodziny...- Johnny i tak dobrze wiedział, że Rose dużo swoich pieniędzy przeznacza na niego. Nikt jej nie odwiedzał, a ona na pewno tęskniła za bliskimi. Już kilka razy chciał o tym porozmawiać z którymś z rodziców, ale nie lubił z nimi poruszać takich tematów.
-Johnny, przecież my nie będziemy płacić innym za to, że gdzieś wyjeżdżają czy podróżują!- jego matka parsknęła z pobłażaniem- A poza tym Rose całkiem nieźle zarabia jak na zwykłą gosposię... Nie jest to ciężkie zajęcie, nawet dla starszej pani... Prosiła cię o to...?- rzuciła podejrzliwie.
-Mamo...- Johnny jęknął głucho- Jasne, że mnie nie prosiła...
W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Szatyn chwycił ją wolną dłonią i gdy zobaczył na wyświetlaczu imię Keitha, aż serce zabiło mu szybciej z radości.
-Mamo, poczekaj chwilę- rzucił, odbierając- Keith?
-Cześć...- usłyszał cichy głos ciemnowłosego.
-Poczekaj chwilę, dobra?- zapytał podekscytowany, po czym wrócił do drugiej słuchawki- Dobra, mamo, muszę już kończyć, pogadamy innym razem, pa- wyrzucił z siebie na jednym tchu z taką prędkością, że trudno było powiedzieć, czy jego rodzicielka zrozumiała chociaż słowo. Rozłączył się i chwycił za komórkę- Co jest, Keith?
-Hm... Nie przeszkadzam ci...?
-Nie, spoko- zaprzeczył zdecydowanym głosem szatyn- To tylko moja mama.
-Tak, słyszałem...- parsknął brunet- Hm... Tak czy inaczej... Słuchaj...- Johnny słuchał cierpliwie, ale Keith wyraźnie miał duże problemy z powiedzeniem tego, co powiedzieć chciał, a nie zdarzało mu się to często- Johnny... Wiem, że... Hm... Chodzi mi o to, że mogłeś mnie źle zrozumieć... Nie byłem chyba... Zbyt miły... Nie chodziło mi o to, żebyśmy wcale się nie widywali... Zresztą, dzwonię, żeby ci powiedzieć... Co ja właściwie chciałem ci powiedzieć...?- zaśmiał się nerwowo- Ach... Tak... Nie chodzi o to, co mi powiedziałeś. Nie powinieneś się tego wstydzić, ani nic w tym stylu, mnie to naprawdę nie przeszkadza... Chyba tylko nie jestem odpowiednią osobą... To znaczy... Sam nie wiem... Nie wiem, czy dobrze cię zrozumiałem, ale... Rany...- westchnął głęboko. Johnny uśmiechnął się lekko do siebie, a w jego serce wlało się nagle uczucie ulgi- Możemy się spotkać... Jak będę miał czas... I jak będziesz chciał. Tak... Hm... Tak, właśnie po to chyba zadzwoniłem.
-Cieszę się, Keith- odpowiedział Johnny, uśmiechając się szeroko z radości- Naprawdę się cieszę.
-Ekhem... Tak, ja też... T-To do zobaczenia jutro- pożegnał się z nim brunet- Cześć.
-Cześć...
Johnny odłożył telefon na bok, nie mogąc przestać cieszyć się do siebie.
Działo się z nim coś bardzo dziwnego.