Strony

sobota, 14 stycznia 2012

10. Johnny zostaje odrzucony

Johnny zatrzymał się przed domem swojego przyjaciela. Leniwym ruchem wyłączył radio i zaczął stukać palcami w kierownicę, w rytm piosenki, która pobrzmiewała mu jeszcze w głowie. Po chwili oczekiwania, zobaczył jak Benny wychodzi z domu, a następnie kieruje się w jego stronę. Blondyn wsiadł do samochodu i rzucił swój plecak na tylne siedzenie.
-Cześć- rzucił pogodnie Johnny.
Benny odpowiedział mu zapewne tym samym, chociaż było to trudne do ustalenia, bo jego słowa zostały stłumione przez ziewnięcie.
-Sorry, że zawracam ci głowę, Johnny- odezwał się znowu po chwili- Mam nadzieję, że dzisiaj będę miał już z powrotem swój samochód... Znalazłbym jakieś inne rozwiązanie, ale nie chcę, żeby matka podwoziła mnie do szkoły, a ten rzęch Carla... Myślałem, że mnie wczoraj wytrzęsie.
Chłopak zaśmiał się lekko.
-Nie ma sprawy, Benny, wiesz, że dla mnie to żaden problem- odparł zgodnie z prawdą.
Ruszyli. Przez dłuższą chwilę żaden się nie odzywał, Johnny pochłonięty przyglądaniem się sobie w lusterku samochodu, Benny – wyraźnie zaspany i niezbyt skory do rozmów. Szatyn zerknął na niego ukradkiem, ostrożnie usiłując się zorientować, w jakim nastroju jest jego przyjaciel. Wydawało się jednak, że ten niewiele zmienił się od wczoraj.
-Rozmawiałeś z Maicy...?- zapytał, nie mogąc się powstrzymać. To było zresztą ostatnio najczęstsze z pytań, jakie zadawał Benny'emu.
-Zależy, co rozumiesz przez „rozmawiałeś”...- odburknął niechętnie Benny, wpatrując się w szybę- Bo nie wiem, czy te awantury mieszczą się jeszcze w pojęciu „rozmowy”, ale tak, kłóciliśmy się, jeśli o to pytasz.
-I co...?
-Wiesz, że ona cały czas podejrzewała mnie o zdradę? Podejrzewała, też coś!- prychnął donośnie- Ona jest wręcz o niej przekonana!- stwierdził z poirytowaniem w głosie- Podobno jej koleżanka widziała mnie z inną dziewczyną. Jeszcze przed całą aferą z tym naszym wypadem...
Johnny pokręcił głową w wyrazie absolutnego potępienia i solidaryzmu ze swoim przyjacielem.
-I uwierzyła w te kłamstwa...?- zapytał, oburzony.
-Wiesz... Sęk w tym, że to nie były kłamstwa...- przyznał ostrożnie Benny, wzruszywszy ramionami- Ktoś rzeczywiście mógł nas widzieć w tej kawiarni... Ale czy ja już nie mogę widywać się z żadną dziewczyną?!- wykrzyknął ze złością- Czy rozpoczynając z nią związek podpisywałem jakiś pakt, czy co? Nie wolno mi już nawet z żadną rozmawiać?!
-Ale z kim ty się spotkałeś...?- zapytał ze zdumieniem Johnny, spoglądając na swojego przyjaciela. Nie przypominał sobie, by ten mu coś na ten temat wspominał.
-Z moją sąsiadką...- szatyn wciąż spoglądał na przyjaciela pytająco- Och, no tą! Przecież ją znasz! No... Tą z czerwonego domku... Jak jej tam... Greta?
-Z Grubą Gretą?- Johnny wybuchnął śmiechem.
-Taa...
-Po co się z nią spotykałeś?- zdziwił się chłopak, wciąż chichocąc. A to sobie Maicy znalazła powód do zazdrości, no naprawdę!
-Ona dużo rozmawia z moją mamą... A wiesz jaka jest moja matka, nie?- Benny westchnął ciężko, przewracając oczyma- Prosiła mnie, żebym ją zagadywał, był dla niej miły i tak dalej, bo ma dużo kompleksów i czuje się osamotniona... Więc tak robiłem. Zresztą Greta jest całkiem miła. A tego dnia nie miałem akurat nic lepszego do roboty, wszyscy byli zajęci, więc zaproponowałem jej, żebyśmy się gdzieś przeszli... I chyba nawet przypominam sobie, że spotkałem wtedy Monicę z naszej klasy, więc...
-Ale przecież Greta ma czternaście lat!- zauważył z rozbawieniem Johnny.
Jego przyjaciel pokiwał posępnie głową.
-Powiedz to Maicy...- burknął.
-Więc jej to wyjaśnij.
Benny westchnął tylko smętnie, machnąwszy dłonią w taki sposób, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że nie warto.
-Chciałbym wiedzieć, co się właściwie stało z moją Maicy... Przecież kiedy zaczynaliśmy ze sobą być, nie stawiała mi żadnych warunków, żadnych wymagań...!- pokręcił głową w geście tęsknoty i westchnął znowu z rozżaleniem- Nie chodziło o brak zobowiązań, bo przecież jej nie zdradzałem i nawet nie chciałem, ale to jednak było zupełnie co innego... Rozmawialiśmy ze sobą prawie o wszystkim, nie obrażała się, nie stroiła fochów... Nawet jak zdarzyło mi się zrobić coś naprawdę durnego, raczej przymykała na to oko albo mówiła jasno, o co jej chodzi. Kiedy słyszałem opowieści innych o tym, że ich dziewczyny urządzają im mega afery za nic albo nieustannie czegoś od nich oczekują, sądziłem, że trafiłem na anioła. A teraz ten anioł zmienił się krwiożerczą bestię, dosłownie... Cokolwiek zrobię i tak zawsze wychodzi na złe. Jeżeli do niej dzwonię – nie odbiera, jeżeli nie dzwonię – to ją olewam. Jeśli sterczę pod jej domem jak kretyn to mi nie otwiera, ale gdy mnie tam nie ma to pewnie zajmuję się kimś innym. Nie przepraszam jej? Jestem winien. Przepraszam? Też jestem winien, bo gdybym nie był winien, to bym nie przepraszał. I jeszcze te ciągłe jej gadki...- blondyn skrzywił się z niechęcią- „Zachowuj się jak dorosły mężczyzna, Benny!”. A czy ona zachowuje się jak dorosła kobieta...? Bo jeśli tak, to ja podziękuję, wolę pozostać na etapie dzieciństwa...- stwierdził kategorycznie i po dłuższej chwili milczenia dodał mrukliwie- I nie pozostanie mi nic innego, jak tylko spotykać się z Grubą Gretą...
Johnny zachichotał.
Dotarli do szkoły, wysiedli z samochodu i weszli do budynku. Rozmawiając i żartując, wyjęli z szafek potrzebne książki, a następnie zatrzymali się przed klasą, w której mieli mieć pierwszą lekcję. Zostało im jeszcze kilka minut do dzwonka. Przywitali się z kilkoma znajomymi, Benny, wypytywany o kolejną imprezę wdał się w nieco nerwową rozmowę z jedną z dziewcząt, wypatrując jednocześnie, czy na horyzoncie nie pojawiła się Maicy albo któraś z jej koleżanek. Sytuacja wydawała się naprawdę napięta. A Johnny już kilka razy doszedł do wniosku, którego nie zamierzał jednak sformułować głośno, że jeśli wykluczyć podmianę przez kosmitów, opętanie przez demona i chorobę psychiczną, chyba można byłoby wytłumaczyć zachowanie Maicy jej odkochaniem się. Chociaż z drugiej strony, czy chłopakowi, którego się nie kocha, robi się awantury o zdrady? Sam już nie wiedział. Dziewczyny, w pewnym stadium rozwoju związkowego, jak to mówił Benny, bywały strasznie skomplikowane.
Chwilę po odejściu koleżanki, co blondyn odebrał z wyjątkową ulgą, pojawił się Eric. Twarz Benny'ego stężała nieco. Johnny nie do końca wiedział, o co chodzi, ale nie podejrzewał, by jego przyjaciel starał się wyjaśnić z Erickiem sprawę jego kłamstw. Benny był chyba zły o to, że Eric przez cały wczorajszy dzień olewał nie tylko Johnny'ego i Carla, jak miał w zwyczaju, ale również jego samego.
-Cześć- rzucił w kierunku nadchodzącego Johnny.
Eric nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, przeszedł obok nich dumnym krokiem, zatrzymał się spory kawałek dalej przy ścianie, włożył słuchawki do uszu i zaczął robić to, co wychodziło mu najlepiej – ignorować cały świat.
Johnny wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę. Nigdy by nie powiedział, że martwi się, czy niepokoi o tego dupka. Nigdy się szczególnie nie lubili. A po tym, co ostatnio wyrabiał, zdecydowanie nie zasługiwał na jakiekolwiek zainteresowanie. Nie dało się jednak ukryć, że nigdy wcześniej sytuacja nie wyglądała równie źle. Tylko trudno było Johnny'emu znaleźć powody takiego stanu rzeczy.
-Myślałem, że się do niego nie odzywasz...- mruknął Benny.
Johnny uśmiechnął się lekko, wzruszając ramionami.
-Pomyślałem, że mógłbym z nim pogadać i wyjaśnić parę spraw...- odparł zgodnie z prawdą. Zastanawiał się nad tym trochę od wczorajszego wieczora i stwierdził, że rozmowa z Erickiem nie jest wcale złym pomysłem- Keith mi to doradził- dodał po chwili, nie wiedzieć czemu.
-Ach...- Benny mlasnął z niesmakiem, po czym uśmiechnął się kwaśno. Imię bruneta niemalże automatycznie sprawiało, że krzywił się z dezaprobatą, chociaż Johnny przez cały czas starał się raczej uzyskać odwrotny efekt. Jego przyjaciel nie żywił chyba niechęci do samego Keitha, ale starania szatyna w kwestii wyzwania, nie napawały go szczególną radością- No tak, skoro Keith ci poradził... Ja mówiłem ci to od kilku lat, ale oczywiście nie jestem Keithem...- spojrzał na przyjaciela złośliwie- Ale przynajmniej dzięki twoim relacjom z Erickiem poznałem wreszcie kolejną, wielką życiową prawdę i już na to nie naciskam.
-Jaką prawdę?- parsknął z rozbawieniem szatyn.
-Że niektórzy ludzie nigdy w życiu się nie polubią. Po prostu- Benny wzruszył ramionami w geście bezradności- Mogą mieć podobne poglądy, zainteresowania, nawet podobny charakter, a i tak jest coś takiego, co sprawia, że będą się wprost nie cierpieć. Ty i Eric jesteście tego doskonałym przykładem. Nie potrafię nawet zliczyć, ile razy próbowaliśmy już was godzić, a nigdy nic z tego na dłuższą metę nie wychodziło.
-A może raczej chodzi o to, że niektórych ludzi najzwyczajniej w świecie nie da się lubić- odpowiedział Johnny. Nie był nigdy typem osoby, która szukała sobie wrogów, właściwie mógł śmiało powiedzieć, że żadnych nie miał, a właściwie żadnych, o których wiedział, bo nie wątpił, że istnieli na tym świecie ludzie, którzy zazdrościli mu jego wyglądu, uroku osobistego i inteligencji. Tak czy inaczej, podchodził do ludzi raczej uprzejmie, był powszechnie lubiany i na pewno nie przypominał charakterem Erica. I wcale nie było prawdą, że nie znosił chłopaka od samego początku. To Eric go nie znosił, a Johnny przez znaczną część ich znajomości starał się sobie odpowiedzieć na pytanie z jakiego powodu, ale odpowiedź okazała się najwyraźniej zbyt skomplikowana- Nie miałbym nic przeciwko niemu, gdyby nie zachowywał się jak ostatni kretyn.
-Fakt, ostatnio mu odbija...- zgodził się z nim przyjaciel, zamyślony- Ale wy naprawdę nigdy się nie lubiliście.
-Ale nigdy nie traktował nas w taki sposób.
-No... W sumie... Kiedyś traktowaliście się przynajmniej jak kumple...
Johnny skinął głową, zgadzając się z przyjacielem w milczeniu. Eric zawsze traktował go z dystansem, był dla niego nieprzyjemny, wredny, nie starał się nawet ukrywać swojej niechęci, szczególnie, gdy zostawali sam na sam. Zawsze jednak łączyła ich solidarność związana z tym, że są razem w paczce, są kumplami i potrafią sobie pomagać w trudnych sytuacjach. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, tak to właśnie wyglądało. Jeśli ktoś podpadł jednemu z nich, podpadał automatycznie całej paczce. A jeśli ktoś im podpadał, Eric z największym umiłowaniem, zajmował się tym, by bał się to zrobić po raz kolejny. A teraz...? Nic już z tego nie zostało. Chyba coś zaczęło się kruszyć już w momencie tego całego łączenia się w pary, Benny i Maicy, Agatha i Carl... Później było tylko coraz gorzej. A nawet na tyle źle, że Ericowi odbiło i zaczął zajmować się uprzykrzaniem życia swoim przyjaciołom. A jeśli robił na złość Benny'emu, którego zawsze lubił najbardziej, to co dopiero mówić o pozostałych.
Benny odkaszlnął znacząco. Johnny spojrzał na niego bez zrozumienia. Benny odkaszlnął raz jeszcze. Szatyn uniósł brwi.
-Boże, odwróć się po prostu...- burknął z cieniem irytacji chłopak, a szatyn zerknął za siebie i zobaczył zbliżającego się w ich kierunku Keitha. Gdyby uśmiech, jaki pojawił się w tym momencie na twarzy Johnny'ego był jeszcze choćby odrobinę szerszy, chyba rozerwałby mu szczękę.
-Cześć, Keith- rzucił pogodnie- Co tam?
Brunet zatrzymał się przy nich na chwilę, zdezorientowany.
-W porządku...- odpowiedział ostrożnie.
-To super! To jest Benny- powiedział Johnny, wskazując na swojego przyjaciela.
-Wiem...- ciemnowłosy uniósł brew w geście politowania- Chodzimy ze sobą do jednej klasy od trzech lat...
-N-No tak, ale pomyślałem sobie, że... że...- szatyn dostrzegł mordercze spojrzenie Benny'ego i doszedł do wniosku, że chyba lepiej nie mówić, co sobie pomyślał- No... Taaak...- zachichotał nerwowo i machnął dłonią- Do zobaczenia później, Keith.
Chłopak nic nie odpowiedział i odszedł.
-Co to miało w ogóle być?!- burknął z irytacją blondyn.
-Oj, daj spokój, Benny... Tak mi się tylko... powiedziało...
Chciał wreszcie ich ze sobą zapoznać, tak porządnie i normalnie. Chciał, żeby Benny zobaczył, że Keith jest fajny i żeby Keith polubił Benny'ego. A w dłuższej perspektywie chciał kopnąć Erica w cztery litery i chciał, żeby to Keith się z nimi trzymał. Ale póki co, nie miał żadnego pomysłu, żeby to zrealizować i wydawało się, że jego próby przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego.
-Jąkasz się przy nim, kręcisz, sam nie wiesz, co gadasz...- blondyn pokręcił głową w geście potępienia.
-Zdarza się.
-O tak, mi się zdarzało... Jak uganiałem się za Maicy- dodał, spoglądając na swojego przyjaciela znacząco- Wtedy zdarzało mi się to często. Gadać bzdury, zagadywać ją bez potrzeby, przejęzyczać się... Mam już zacząć szykować garnitur na wasz romantyczny, gejowski ślub...? Różowy...?
Johnny uśmiechnął się tylko, oszczędzając sobie odpowiedzi. Benny mruknął coś jeszcze pod nosem, mało zrozumiale, chociaż była to pewnie kolejna czepialska uwaga. Bo to było przecież zwykłe czepianie się i nic więcej. Johnny lubił Keitha. Ot, co. Lubił go po prostu. Czy było w tym coś złego? Lubił go trochę inaczej niż Benny'ego, inaczej niż Carla, i inaczej niż Erica, którego właściwie nie lubił wcale, więc nie było to trudne. Lubił go inaczej niż jakąkolwiek inną osobę, jaką znał. Bo też Keith nie przypominał nikogo, z kim Johnny się do tej pory zadawał. Uświadomił sobie zresztą, że chociaż znali się od niedawna, powiedział mu już kilka bardzo istotnych rzeczy, tak istotnych, że nie wspominał o tym, za bardzo, nawet Benny'emu, chociaż przecież znali się tak dobrze, że mówili sobie właściwie o wszystkim.
Zaraz po tym, jak rozbrzmiał dzwonek, pojawiła się nauczycielka, która wpuściła ich do klasy. Pani Hemington, ucząca ich biologii, była osobą strasznie cichą i nerwową, nie cierpiała hałasu i ponad wszystko nie lubiła, gdy ktoś jej przeszkadzał. Całe lekcje spędzała przy tablicy i swoim drobnym pismem sporządzała na niej dokładne notatki, wyjaśniając coś przy tym mrukliwie pod nosem, chociaż nikt jej nie rozumiał. Była starą panną i cieszyła się powszechnie opinią dziwaczki.
Benny rozejrzał się po całej klasie z wyjątkową uwagą. Johnny zerknął w kierunku siedzącego z tyłu Keitha i gdy ten podniósł wzrok, uśmiechnął się do niego lekko. Tym razem chłopak zareagował nieco inaczej niż zazwyczaj. Spuścił nerwowo wzrok i zaczął pisać coś w zeszycie, pąsowiejąc wyraźnie. Szatyn zdumiał się nieco. Przypomniała mu się ich wczorajsza rozmowa i jego... ekhem... dość nietypowe wyznanie. Keith wydawał się być tym skrępowany. Może trochę się z tym pospieszył...? A może raczej w ogóle nie powinien był o tym mówić? Co też mu przyszło do głowy? Przecież teraz to wyglądało tak, jakby go podrywał!
… Chwila. Przecież chciał go poderwać.
Johnny zwrócił się przodem do tablicy, mocno zdezorientowany. Był zażenowany faktem, że Keith podejrzewał go o zainteresowanie swoją osobą, chociaż do tej pory robił właśnie wszystko, by mu to zainteresowanie udowodnić i by zobaczyć jego reakcję. To wszystko wyglądało dziwacznie i aż nazbyt oczywiście. Wyznał mu, że jest gejem, uśmiechał się do niego, zagadywał, zapraszał do siebie do domu, oglądał z nim filmy... Boże. Aż zaśmiał się w duchu, gdy uświadomił sobie, że to rzeczywiście wyglądało tak, jakby się w nim zakochał. Ale on po prostu świetnie udawał. Tak świetnie, że chciał spędzać z Keithem coraz więcej czasu, było mu dobrze w jego towarzystwie, świetnie mu się z nim rozmawiało, chciał go lepiej poznać i zastanawiał się nad tym, jakby to było się z nim całować. Och, był doprawdy doskonałym aktorem.
-Maicy nie ma...- mruknął grobowym tonem Benny, wciąż rozglądając się wokół podejrzliwie, jakby dziewczyna miała zaraz wyskoczyć spod biurka i urządzić mu dziką awanturę.
Johnny wyrwał się z zamyślenia i dopiero po chwili dostrzegł, że siedząca dwie ławki przed nimi Linda, jest sama.
-Zapytaj ją...- szepnął blondyn, wskazując na dziewczynę- Tobie przecież powie...
Szatyn zerknął na pannę Hemington, bardzo pochłoniętą pisaniem i wychylił się nieco, rzucając ciche:
-Hej... Linda...
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę błyskawicznie, nie mając najwyraźniej trudu z usłyszeniem jego słów. Uśmiechnęła się do niego ładnie, spoglądając na niego pytająco i zawijając kosmyk włosów za ucho.
-Gdzie jest Maicy?- zapytał Johnny.
Uśmiech Lindy zrzedł w jednej chwili i wydawała się już mniej serdeczna niż ledwie chwilę temu.
-Nie wiem...- odparła kwaśno, odwracając się, urażona.
Szatyn spojrzał na swojego przyjaciela i wzruszył ramionami.
-Carl...- Benny odwrócił się do siedzącego za nimi chłopaka- Zapytaj Agathy, co się dzieje z Maicy...
Chłopak skinął głową i odwrócił się do swojej dziewczyny, szepcząc coś do niej, a po chwili spojrzał na Benny'ego bezradnie i odparł:
-Mówi, że nie wie...
Blondyn łupnął książką w stół.
-Jasne, jak chodzi o to, czy jestem w klubie, czy mnie w nim nie ma, to wszystkie poinformowane, ale nagle nie wiedzą, gdzie się podziewa ich najlepsza przyjaciółka!- rzucił głośno, wywołując nie tylko pełne politowania spojrzenie Lindy, ale i reakcję pani Hemington, która odwróciła się gwałtownie i zmierzyła go surowym wzrokiem- Przepraszam...- burknął gniewnie, a nauczycielka spoglądała na niego jeszcze przez moment, jak na irytującego insekta, którego należałoby się pozbyć. Uspokojona ciszą panującą w klasie, odwróciła się wreszcie i powróciła i do pisania, i do mamrotania, a uczniowie zgodnie powrócili do sms-owania pod ławką albo rysowania czegoś na marginesach zeszytu- A tak właściwie co u ciebie i Lindy, co?- zapytał szeptem jasnowłosy.
-W porządku.
-To znaczy jak bardzo w porządku...?- parsknął cicho Benny, a szatyn wzruszył ramionami, uśmiechając się tylko. Właściwie nie wiedział, jak bardzo- Kiedy znowu się spotykacie...?
-Eee... Cóż... W sumie to jeszcze się nie umówiliśmy...
-Jeszcze się nie umówiliście?- syknął chłopak, spoglądając na przyjaciela jak na szaleńca- Ty chyba naprawdę zmieniłeś orientację, co?
-Przestań, po prostu jakoś nie było okazji- wyjaśnił spokojnie Johnny, nie widząc w tym żadnego problemu.
-Stary, nie potrzebujesz żadnej okazji, żeby się z nią umawiać, ona na ciebie leci! Każdy facet by skorzystał! Oczywiście wolny facet...- zaznaczył natychmiast, jakby w obawie, że ktoś ich podsłuchuje- Wcale się nie dziwię, że jest na ciebie cięta, skoro ją olewasz.
-Wcale nie jest na mnie cięta- zaprotestował Johnny. ŻADNA dziewczyna nie była na niego cięta. Przynajmniej do czasu, aż się rozstawali. Później bywało różnie. Ale tak czy inaczej, ŻADNA dziewczyna nie była na niego cięta, był zbyt cudowny, by można się było na niego gniewać.
-Ale będzie- odparł Benny, tonem znawcy- Tak to już z nimi jest, zapomnisz raz o rocznicy, miesięcznicy, tygodniówce, cholera wie o czym jeszcze i już awantura gotowa... Głupie baby...
Pech chciał, że ostatnie dwa słowa powiedział na tyle głośno, że dotarły one do pani Hemington, która odwróciła się w ich stronę i przez dłuższą chwilę spoglądała na nich z iście zbolałą miną.
-Może zamiast przeszkadzać, zacząłbyś sporządzać notatkę...- odezwała się surowo.
-Nie mogę...- odparł z irytacją Benny- Nie widzę.
-W takim razie słuchaj tego, co dyktuję.
-Nie słyszę.
-Gdybyś nie rozmawiał, to byś słyszał- rzuciła szorstko nauczycielka.
-Zacząłem rozmawiać, bo nie słyszałem. Baby...- dodał cicho pod nosem, co jednak usłyszeli wszyscy obecni. Przez klasę przebiegł chichot pomieszany z pomrukiem niezadowolenia obruszonych dziewczyn.
Twarz pani Hemington stężała wyraźnie.
-Chciałabym to z tobą przedyskutować na długiej przerwie.

Johnny wszedł do szkolnej stołówki i przystanął na środku, rozglądając się dookoła. Benny, chcąc nie chcąc, musiał udać się do panny Hemington, by odbyć rozmowę na temat jego „niestosownego zachowania” podczas porannej lekcji. A mimo iż nauczycielka mówiła cicho, mówić lubiła bardzo i jasne było, że Benny nie wróci przed końcem przerwy na lunch. Carl usiadł z Lindą i Agathą, po czym pomachał dłonią w kierunku Johnny'ego, zapraszając go do nich, ale chłopak uśmiechnął się tylko. Blondynka spoglądała na niego z wyczekiwaniem, co jakoś mu umknęło, chociaż wydawało się, że wcześniej doskonale odczytywał kobiece nastroje i zawsze wiedział, jak powinien się zachować. On czekał jednak na kogoś innego.
Dopiero po chwili udało mu się dostrzec Erica, który usiał przy jednym ze stołów, wypędzając stamtąd wcześniej jakiegoś pierwszoklasistę. Johnny westchnął głęboko. Chociaż jeszcze rano wydawało mu się to świetnym pomysłem, miał przed tą rozmową duże opory. Sam nie do końca potrafił to wyjaśnić. Nie bał się przecież Erica, ani nic w tym stylu, ale chłopak zawsze wzbudzał w nim nie do końca przyjemne emocje. A poza tym, szatyn moment wcześniej dostrzegł Keitha, który siedział sobie samotnie na drugim końcu sali i dałby sobie uciąć głowę, że przez chwilę, choćby nawet przez kilka sekund, ciemnowłosy spoglądał z uwagą w jego kierunku... Och, rany, o ile bardziej wolałby przysiąść się do niego niż do tego dupka!
W końcu jednak przełamał się i ruszył powolnym krokiem w kierunku stolika przy którym siedział Eric. Blondyn przeniósł na niego spojrzenie lodowatych oczu. Johnny usiadł naprzeciwko niego i rzucił krótkie:
-Cześć- po czym sięgnął do swojej torby i jakby jedynie dla zachowania pozorów, wyjął jogurt i przyszykowane przez Rose kanapki.
Eric parsknął z politowaniem.
-Czego tu chcesz, Bradley...?- rzucił chłodno.
-Pogadać- odparł otwarcie szatyn.
-Nie mamy o czym.
Johnny wziął głęboki oddech. Wiedział, że pogadanka z Erickiem wcale nie będzie łatwa.
-Słuchaj... Hm... Zmieniłeś się ostatnio...- powiedział ostrożnie. Na wargach blondyna wymalował się drwiący uśmieszek- Wiesz... No... Jak coś jest nie tak, to zawsze możemy o tym pogadać, nie...? Masz jakieś problemy? Albo... Albo...
-Jaja sobie robisz?- Eric parsknął szorstkim, nieprzyjemnym śmiechem- Bawisz się w dobrego kumpla?
Johnny wzruszył ramionami, nieco bezradnie.
-No przecież byliśmy kumplami...- nie był pewien, czy słowo „jesteśmy” było jeszcze adekwatne w tej sytuacji.
-Nie przypominam sobie.
Szatyn milczał. Tyle razy już zastanawiał się, dlaczego Eric traktował go z dystansem, a czasem wręcz nieskrywaną niechęcią. Dał mu jakiś powód? Starał się sobie przypomnieć jakąś rozmowę czy zdarzenie, które mogłoby to spowodować, ale nigdy nie odnalazł w pamięci niczego takiego. Chłopak zdawał się nie lubić go od samego początku, chociaż wtedy jeszcze Johnny nie odczytywał tego w taki sposób. Wydawało mu się po prostu, że Eric ma taki sposób bycia, że lubi się kłócić i robić innym na złość.
-Czemu traktujesz mnie w taki sposób?- zapytał, wpatrując się w blondyna z uwagą.
-Bo się dosiadłeś...- odpowiedział z politowaniem Eric- Gdybyś się nie dosiadł, nie musiałbym traktować cię w żaden sposób i oszczędziłbym na tym trochę czasu...
Ta rozmowa chyba zmierzała donikąd.
-Dlaczego mnie nie lubisz?- to pytanie nurtowało Johnny'ego najbardziej.
-Po prostu, Bradley...- Eric uśmiechnął się znowu, równie nieprzyjemnie, co wcześniej. Nie wyglądał na kogoś, kto rzeczywiście ma jakieś poważne problemy. A już na pewno nie na kogoś, kto szukałby zgody- Stoimy na różnych poziomach.
-A Benny?
-Co „Benny”?- zaśmiał się chłopak- Benny też stoi na wyższym poziomie niż ty. Zresztą w twoim przypadku, to wcale nie jest trudne...
-Pytam o to, dlaczego przestałeś lubić jego- uśmiech nie znikał z twarzy Erica, ale wydało się, że przygasł nieco- Przecież wcześniej było inaczej. Nie byliśmy może najbardziej zgraną paczką pod słońcem, ale jakoś się dogadywaliśmy... Więc po co to wszystko? Mścisz się na nas za coś?
-Myślisz, że marnowałbym na was swój czas...? Żałosny jesteś, Bradley... Czemu nie jestem zdziwiony...
-Zawsze byłeś wygadany i złośliwy. Ale jest różnica pomiędzy byciem wygadanym, a byciem podłym dupkiem i kłamcą, który kopie dołki pod własnymi kumplami- wyrzucił z siebie Johnny. Słowa Erica nie robiły na nim szczególnego wrażenia, nawet, gdy traktowali się jak koledzy, tego typu uprzejmości były na porządku dziennym, zdążył przywyknąć. Ale na pewno nie przywyknął jeszcze do Erica intryganta i nie potrafił tego zrozumieć- Cały czas wyśmiewasz się z Carla, a Benny ma przez ciebie problemy. Jeśli nie chcesz się z nami zadawać, po prostu to powiedz, ale odpuść sobie takie głupie zagrywki.
Eric wstał gwałtownie z miejsca. Chwycił swój plecak i podszedł do Johnny'ego. Szatyn również podniósł się odruchowo. Przez chwilę miał wrażenie, że blondyn chce się z nim bić. Ale ten tylko stanął tuż naprzeciw niego i rzucił z pobłażliwym uśmiechem:
-Skup się lepiej na swoich zagrywkach, Bradley... I pospiesz się. Bo czas ucieka. A nie chcesz mi chyba powiedzieć, że się poddałeś, co...?
Johnny nie odpowiedział.
Chłopak uśmiechnął się z satysfakcją, po czym ruszył do wyjścia.
Szatyn spojrzał w kierunku Keitha.
Wyzwanie trwało.

Oczywiście rozmowa z Erickiem nie przyniosła żadnego rezultatu, co było całkiem łatwe do przewidzenia. Johnny nie przejął się tym zbytnio. Chyba musiał się po prostu przyzwyczaić do faktu, że niektórzy ludzie go nie lubią. Albo ewentualnie czekać na kolejną, równie zaskakującą i nieuzasadnioną zmianę nastroju Ericka. Miał ochotę pogadać o tym z Keithem. W ogóle miał ochotę z nim pogadać. Właściwie miał ochotę gadać z nim ciągle. Niecierpliwił się przez cały dzień, czekając na koniec lekcji, uśmiechał się do niego, gdy tylko go widział, zerkał na niego od czasu do czasu, a na ostatniej godzinie angielskiego, myślał już tylko o nim.
Gdy zadzwonił dzwonek, szybko pożegnał się z Benny'm, machnął dłonią Carlowi i wybiegł z klasy w ślad za Keithem, który wyszedł z niej jako pierwszy. Odszukał go wzrokiem na zatłoczonym korytarzu, po czym dopchnął się do niego i chwycił go za ramię.
-Zwolnij trochę...- rzucił z rozbawieniem.
Keith zatrzymał się i odwrócił w jego stronę. Johnny nie przestawał się uśmiechać, ale chłopak wydawał się być raczej zakłopotany.
-Hm... Słuchaj...- zaczął powoli, koncentrując wzrok na zamku od torby, który nieustannie nerwowo odpinał i zapinał z powrotem- Nie mogę dzisiaj z tobą jechać. Jestem trochę zajęty.
-Och...- rzucił szatyn, oszołomiony. W pierwszej chwili zupełnie nie wiedział, jak na to zareagować, ani co powiedzieć. Nie spodziewał się, że usłyszy coś podobnego. Niby nic takiego, bo przecież Keith już tyle razy mówił o tym, że ma dużo zajęć, swoich spraw, ale... W obliczu tego, o czym wczoraj rozmawiali... Johnny przełknął ślinę. Poczuł się mocno zaniepokojony i niepewny. Zdobył się jednak na uśmiech i zapytał z pozorną lekkością- Jesteś pewien, że nie będziesz miał nawet chwilki czasu...? Albo moglibyśmy gdzieś pojechać, może zjeść jakiś obiad, jeśli byś chciał...
-Naprawdę nie mam czasu- odparł cicho brunet, nawet na niego nie patrząc.
Johnny z chwili na chwilę denerwował się coraz bardziej. Dopiero teraz dotarło do niego z całą mocą, jak bardzo kretyńskie było to, co wczoraj powiedział Keithowi. Może to jednak nie był odpowiedni czas. A może raczej odpowiedniego czasu nie było wcale. Po co mówił mu, że jest gejem? A raczej – po co kłamał, że nim jest? Przecież chyba każdy przeraził by się takiego wyznania... Odetchnął głęboko, z trudem ukrywając narastające w nim uczucie paniki.
-Ale... Stało się coś... szczególnego?- starał się dopytywać.
-Nie, po prostu jestem zajęty- odpowiedział brunet. On też sprawiał wrażenie wytrąconego z równowagi.
-No, w porządku...- szatyn zaśmiał się nerwowo- W końcu to tylko jeden dzień, nie? Wiedzy mi raczej nie ubędzie...- usiłował zażartować, z nędznym skutkiem- No to... Zobaczymy się jutro, tak...?
-... i mogę być zajęty przez dłuższy czas...- dopowiedział Keith i to wydawało się być już wystarczająco jasną odpowiedzią.
Johnny poczuł się koszmarnie. Właściwie tak, jak nie czuł się jeszcze nigdy wcześniej. Odrzucony, a właściwie wręcz odepchnięty i... niezrozumiany...? Dziwne uczucie. Strasznie dziwne i strasznie nieprzyjemne uczucie.
-Chodzi o to, co ci wczoraj powiedziałem, tak...?- zapytał półgłosem, zażenowany.
-Co...?- dopiero w tym momencie Keith podniósł na niego wzrok i zaczął spoglądać na niego ze zdumieniem- Nie- parsknął cicho- Oczywiście, że nie.
Johnny nie dał temu wiary. Jego uśmiech przypominał już teraz raczej nerwowy grymas, chociaż z całej siły starał się sprawiać wrażenie, że nic się nie stało. Bo przecież właściwie to nic takiego. Z Benny'm też zdarzało mu się nie widzieć dzień czy dwa... Tylko, że Benny'emu nie powiedział, że jest gejem, nie rozmawiał z nim o tak dziwnych sprawach i nie zachowywał się jakby był w nim zakochany.
-Zresztą... Słuchaj... Uważam po prostu, że... te korepetycje odniosły skutek, prawda...?- rzucił Keith, też nie wiedząc jak powinien się zachować. Teraz mina szatyna zrzedła kompletnie- Oczywiście wszystko okaże się po sprawdzianie...- dodał chłopak- I jeśli coś będzie nie w porządku, będziemy mogli się spotkać... Ale na razie chyba nie ma takiej potrzeby.
Teraz Johnny poczuł się nie jak odrzucony, a jak porzucony. I słowa Keitha wcale go nie pocieszały – wprost przeciwnie. Bo to już nawet nie znaczyło, że nie spotkają się przez jakiś czas, bo Keith ma na głowie inne sprawy. To znaczyło, że MOŻE spotkają się raz na jakiś czas, bo Keith nie chce mieć na głowie jego.
I jeszcze to wyzwanie... Właściwie to czemu pomyślał o tym dopiero na końcu? Przecież od tego wszystko się zaczęło, przecież to wyzwanie miało być najważniejsze... I właściwie dlaczego niczego nie zrobił? Podrywał już dziewczyny, pakował się czasem w tarapaty, potrafił skorzystać ze swojego uroku i łatwo wybrnąć z problemów, użyć siły perswazji, przekonać bardziej oporne... Więc czemu, u licha, stał teraz i milczał, z iście zrozpaczoną miną, zamiast wydusić z siebie chociażby słowo? Nic, zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy.
-O... Okej...- udało mu się wreszcie wyartykułować.
-Johnny...- Keith chyba zauważył, co się dzieje. Wpatrywał się w szatyna z uwagą i wyjaśnił stanowczo- Naprawdę nie chodzi o to, co mi powiedziałeś, w porządku?
-Mhm... Mhm, w porządku- zreflektował się chłopak, przywołując wymuszony uśmiech na twarz- To może przynajmniej dasz się podwieźć, co?
Keith zawahał się wyraźnie, ale w końcu skinął głową, zgadzając się najwyraźniej po to, by nie robić Johnny'emu przykrości.
Wyszli razem ze szkoły i wsiedli do samochodu. Przez całą drogę mało ze sobą rozmawiali. Johnny był w takim nastroju, że ciężko było mu zaczynać rozmowę, Keith rzadko to robił. Zresztą on też sprawiał wrażenie przygnębionego. Może było mu po prostu żal. Żal biednego, Johnny'ego geja... Boże, przecież on nie jest gejem. Przecież tu w ogóle nie o to chodzi. Przecież chodzi o wzywanie, o jego i Keitha, o to, żeby go poderwać, żeby zrobić na złość Erickowi... I... I... Rany, co się z nim w ogóle działo?
Zatrzymał się tam gdzie zwykle, przed blokiem, w którym mieszkał Keith. Siedzieli przez chwilę obaj nieruchomo we wnętrzu samochodu, nie wiedząc, czy należałoby coś jeszcze powiedzieć, czy już się pożegnać. Sprawa rozwiązała się jednak sama, bo nim Johnny zdążył wymyślić cokolwiek sensownego, usłyszał dzwonek komórki. O dziwo, tym razem swojej. Odruchowo sięgnął do kieszeni, ale przypomniało mu się, że przełożył telefon do torby. Wychylił się i wziął ją z tylnego siedzenia, szukając komórki.
-Do zobaczenia jutro- rzucił Keith, wychodząc z samochodu.
-Keith!- zawołał jeszcze za nim Johnny, ale chłopak już wszedł do bloku. Szatyn westchnął głęboko, wygrzebując telefon i odebrał go- O co chodzi, Benny?
-Matka przyjechała po mnie jakiś kwadrans temu, czekała przed szkołą i wyobraź sobie, kto akurat się napatoczył...?- Johnny milczał, jakby nie dosłyszał pytania, bo rzeczywiście, jego głowę zaprzątało w tym momencie co innego- Pani, o nie, przepraszam, PANNA Hemington. Wyobrażasz to sobie...?- parsknął z politowaniem- Oczywiście nie mogła sobie darować opowieści o tym, jak bardzo okropnie zachowywałem się na lekcji. I zgadnij co teraz robią...? Ucinają sobie pogawędkę jak obecny psycholog z niedoszłym. Dasz wiarę...? Hemington minęła się z powołaniem, bo zawsze „marzyło jej się” o tym, żeby zostać psychologiem... Nic dziwnego, że tyle świrów na tym świecie, skoro tacy ludzie pchają się do zawodu, nie...?- zachichotał blondyn- Ej... Johnny?
Johnny również zaśmiał się, chociaż daleko mu było do rozbawienia.
-Skoczymy gdzieś dzisiaj po południu?- zapytał Benny- Maicy raczej się nie odezwie, a Carl ma wolne... Agatha znowu pojechała gdzieś do rodziny... Nie wydaje ci się, że ona ostatnio ciągle gdzieś wyjeżdża...?- parsknął śmiechem blondyn- Na miejscu Carla zacząłbym się martwić...- zażartował- Tak czy inaczej, możemy trochę pokręcić się po mieście i może znaleźć nową miejscówkę... Johnny...? Johnny, masz czas czy nie?
Ale Johnny nie słyszał tego pytania. Bo akurat podniósł wzrok i dostrzegł, jak Keith skręca i znika za rogiem. Oniemiał ze zdumienia, w pierwszej chwili mając wrażenie, że coś mu się przewidziało.
-Benny, zadzwonię do ciebie później- bąknął tylko, rozłączając się.
Wyszedł z samochodu i śladem Keitha, skręcił za stojący naprzeciwko budynek. A gdy tylko to zrobił, upewnił się, że nic mu się nie przewidziało. Ciemnowłosy szedł szybkim krokiem wzdłuż chodnika. Na końcu ulicy znajdował się duży dom, nie pasujący wcale do okolicznych blokowisk. Johnny nie widział go zbyt dobrze, ale sprawiał wrażenie bardzo eleganckiego, więc nic dziwnego, że na widok Keitha, wchodzącego przez bramę do ogrodu, po raz kolejny tego dnia, kompletnie osłupiał.
Stał jeszcze przez chwilę w miejscu, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, po czym chwiejnym krokiem wrócił do samochodu i ruszył, mając mętlik w głowie. O co właściwie chodziło...? Keith tam mieszkał...? Na samą myśl o tym, Johnny parsknął śmiechem. Nie. Na pewno nie! Ten dom wyglądał jak rezydencja jakiegoś bogacza, a Keith bogaty przecież nie był... To znaczy Johnny nigdy nie wnikał w to jakoś szczególnie, bo nie wydawało mu się to istotne, ale przecież wystarczyło na niego spojrzeć! Biedny Keith, zawsze chodzący w tych samych, powyciąganych bluzach i swetrach, mający zapewne dwie pary dżinsów na krzyż. Przecież on nawet nie miał żadnych markowych ciuchów. To dopiero godne pożałowania! Więc po co tam niby poszedł...? Raczej nie po to, by pożyczyć od bogatych sąsiadów trochę soli czy cukru. Ale jeśli rzeczywiście tam mieszkał, czemu nie powiedział tego Johnny'emu? Czemu kazał mu się podwozić pod jakiś blok? Czemu udawał, że do niego wchodzi? Szatyn westchnął głęboko. Nic z tego nie rozumiał. Po raz kolejny odniósł wrażenie, że ten zwykły, szary, samotny Keith, jest o wiele bardziej intrygujący niż to się na początku mogło wydawać.
Jadąc, Johnny dostrzegł Lindę, idącą niespiesznym krokiem przed siebie. Upewnił się, że nikt za nim nie jedzie i zwolnił nieco, uchylając szybę.
-Cześć, Linda- rzucił, uśmiechając się wesoło- Wsiadaj, podrzucę cię do domu.
-Nie, dzięki...- odpowiedziała dziewczyna, dumnie unosząc głowę- Pójdę na autobus, niedaleko przystanek...
Nie dało się ukryć, że była obrażona. Johnny przypomniał sobie słowa swojego przyjaciela i doszedł do wniosku, że chyba rzeczywiście nieco o Lindzie zapomniał. A nie zdarzało mu się to wcale często, bo z dziewczynami, mimo tego, że nie miał żadnej na stałe, radził sobie w sferze krótkodystansowej najlepiej z jego wszystkich kumpli. Ale teraz Keith i całe to zamieszanie z wyzwaniem... Jakoś nawet nie miał głowy, by myśleć o randkach.
-A co byś powiedziała na to, gdyby jakiś przystojniak zaprosił cię na obiad...?- szatyn uśmiechnął się czarująco. Dziewczyna zerknęła na niego z ukosa, ale zdawało się, że sukces jest już przesądzony. Jemu się nie odmawiało.
-No nie wiem...- odparła z pozorną ostrożnością- Zależy jaki przystojniak...
-Najprzystojniejszy ze wszystkich- zaśmiał się Johnny, zatrzymując się na chwilę- Wsiadaj.
Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem i weszła do samochodu.
Johnny uśmiechnął się do niej raz jeszcze, ruszając w stronę swojej ulubionej restauracji.
A w jego głowie cały czas siedział ktoś zupełnie inny...

Linda była miłą dziewczyną. Zjedli razem obiad, Johnny'emu świetnie wychodziło udawanie, że jest w doskonałym humorze, chociaż sprawa Keitha, tego domu, tej przerwy, nie dawała mu spokoju. By jakoś zebrać myśli i skoncentrować się na czymś innym, pojechał później z dziewczyną do kina, a następnie wstąpili na chwilę do centrum handlowego na małe zakupy. Kiedy podjechali pod dom Johnny'ego, była już prawie dwudziesta. Przeszli się ze sobą kawałek, rozmawiając o szkole i znajomych. Pewnie to spotkanie, ta randka byłaby dla Johnny'ego fantastycznym czasem, gdyby nie fakt, że tak bardzo przejmował się Keithem i wszystkim tym, co zaszło. A Linda byłaby pewnie jeszcze bardziej fantastyczną kandydatką na jego dziewczynę, mieli w końcu podobne poglądy na wiele spraw, dobrze się z nią czuł, potrafiła go rozbawić... W dodatku była bardzo ładna i całkiem inteligentna, pasowaliby do siebie doskonale i stanowili niemalże wzorcową parę, taką, na którą przyjemnie się patrzy, a jeszcze bardziej przyjemnie czeka się na wszelkie pikantne nowinki i plotki na jej temat. Ale jakoś nie potrafił tego dostrzec i wcale o tym nie myślał.
-To co...?- Johnny uśmiechnął się lekko, zatrzymując się przy swojej klatce. Linda stanęła tuż przed nim, uśmiechając się ładnie i wpatrując się w niego z wyczekiwaniem- Do zobaczenia jutro w szkole, tak?
-Już...?- dziewczyna parsknęła z rozbawieniem- Sądziłam, że zaprosisz mnie na górę...
-Sądziłem, że jesteś grzeczną dziewczynką, Lindo...- odparł z figlarnym uśmiechem szatyn, wpatrując się w błyszczące oczy dziewczyny.
-Zaraz pokażę ci jak bardzo- wymruczała blondynka, po czym uniosła się na palcach i musnęła wargami usta chłopaka. Johnny objął ją wokół pasa, oddając pocałunek, ale ona odsunęła się nagle, spoglądając na niego z powagą- Johnny, nim cokolwiek się wydarzy, muszę wiedzieć... Czy my jesteśmy parą?- zapytała, wpatrując się w niego z uwagą. Chłopak zamrugał ze zdumieniem- Albo przynajmniej czy ty zamierzasz ze mną chodzić? Nie chcę się angażować w nic, co jest dla ciebie tylko zabawą, a wybacz, nie przejawiałeś dotąd zbytniej inicjatywy... Mam czasem wrażenie, że ci się narzucam.
-No co ty, Linda...- parsknął z zakłopotaniem chłopak.
No co ty, Linda, przecież to nie twoja wina.
No co ty, przecież chodzi tylko i wyłącznie o Keitha.
No co ty, przecież chodzi o ten dom, do którego wszedł i o to, że przeraził się tego, że jestem gejem, a ja wcale nie jestem gejem, ale powiedziałem, że jestem gejem, żeby go poderwać, czego wcale nie muszę robić, ale chcę, bo chcę się z nim przyjaźnić i jednocześnie zrealizować wyzwanie, żeby dać nauczkę Erickowi, wykopać go z paczki i być z Keithem. W paczce w sensie.
O tak, takie wytłumaczenie byłoby z pewnością bardzo zrozumiałe.
Blondynka spoglądała na niego z wyczekiwaniem, zapewne chcąc usłyszeć jasną deklarację.
Johnny odetchnął głęboko.
-Widzisz, bo... Chodzi o całe to wyzwanie...- wyjaśnił ostrożnie, widząc, że na sam dźwięk tego słowa, dziewczyna krzywi się z niechęcią- Ten cały Keith... Wiesz zresztą sama...- zaśmiał się z pozorną lekkością- Nie mogę teraz zbytnio... Rozumiesz... Pokazywać się z tobą, bo on to zobaczy i przegram.
-Johnny, błagam cię, tylko mi nie mów, że jeszcze nie skończyłeś z tym kretynizmem...- dziewczyna pokręciła głową w potępiającym geście- To najgłupsze wyzwanie o jakim słyszałam! Nawet, jeśli zaczęło się ode mnie. Wcale mi się to nie podoba. A jak ktoś ze szkoły się dowie...?- rzuciła półgłosem- I uznają cię za geja...? Pamiętasz tą historię z Allison...? Teraz wszyscy się śmieją, że umawiała się z facetem, który w tym samym czasie umawiał się z jej bratem. To wcale nie jest fajne. Nie chcę, żeby później wytykali mnie palcami.
-Nie będą. Linda, przysięgam, nie zrobię niczego głupiego- stwierdził stanowczo Johnny, chociaż w rzeczywistości wcale nie był tego taki pewien. Cóż... Wszystko zależało od zdefiniowania słowa „głupi”- Nikt się o tym nawet nie dowie, obiecuję. Chodzi tylko o to, żeby dokopać Erickowi. Linda, nie złość się na mnie- szatyn zaśmiał się cicho, biorąc twarz dziewczyny w dłonie i całując ją krótko w usta.
-No nie wiem...- mruknęła sceptycznie, po czym westchnęła cicho- Zresztą... Okej... Ale jak to się skończy, jesteś mi dłużny naprawdę fantastyczną randkę...- stwierdziła, uśmiechając się lekko- Albo baaaardzo długie zakupy... Czyli to, czego faceci nie lubią najbardziej.
-Zakupy są świetne- odparł Johnny. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości swoich kumpli, lubił chodzić po sklepach, nawet z dziewczynami. W końcu świetnie znał się na tym, co modne, zresztą lubił ubrania i kosmetyki... Żadna katorga.
-Jesteś naprawdę wyjątkowy- parsknęła z rozbawieniem dziewczyna- I nie ma mowy, żebym cię wypuściła...
Johnny zaśmiał się lekko, obejmując Lindę ponownie, a ona wpiła się w jego wargi. Całowali się przez chwilę, nim dziewczyna odsunęła się ponownie.
-No dobrze...- odkaszlnęła, chichocąc- Więc... Pójdę już. I mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na kolejne zaproszenie...
Johnny uśmiechnął się pogodnie.
-Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym cię podwiózł...?
-Nie, i tak idę do Maicy- odparła dziewczyna, wzruszając ramionami- Dzięki raz jeszcze.
-Nie ma sprawy. Pozdrów ją ode mnie.
-Zrobię to. Cześć, Johnny.
-Cześć, Linda.
Chłopak przyglądał się jeszcze przez chwilę odchodzącej dziewczynie, po czym wszedł do bloku, a następnie do swojego mieszkania. Wewnątrz było zupełnie ciemno. Nie chciało mu się nawet włączać światła. Zajrzał do lodówki i zobaczył, że Rose zostawiła mu obiad, ale nie był głodny. Zamknął ją i stanął przy oknie, obserwując rozświetloną latarniami ulicę. Wyciągnął telefon z kieszeni i odruchowo odszukał numer Keitha. Zadzwonić...? Zapytać...? Dopiero wtedy się przerazi. Nie dość, że ktoś mu się narzuca i go podrywa, to jeszcze na dodatek śledzi. Johnny zaśmiał się cicho. Odpisał na sms-a Benny'emu, po czym zaczął odczytywać wcześniejsze wiadomości od Keitha. Uśmiechnął się do siebie lekko. W tym momencie usłyszał dźwięk telefonu. Przeszedł do salonu i wziął słuchawkę z podpórki, po czym odebrał.
-Słucham...?- mruknął, wracając do kuchni i siadając na parapecie.
-Cześć, Johnny- usłyszał głos matki- Co u ciebie? Jak w szkole?
-W porządku- odparł szatyn. Rozmawiali ze sobą rzadko, szczególnie od czasu wyjazdu rodziców, nie miał z nimi zbyt wiele kontaktu. Zresztą nigdy nie przypominali klasycznej rodziny, w której mamusia zajęta jest gotowaniem obiadów i chodzeniem za zebrania, a ojciec gra z synem w piłkę po godzinach pracy.
-To świetnie. Rozmawiałam z Rose i mówiła, że znalazłeś sobie jakiegoś korepetytora... Mówiłam już wcześniej, żebyś wykupił sobie prywatne lekcje.
-Moim korepetytorem jest kolega z klasy- odpowiedział spokojnie Johnny- Keith- dodał po chwili, jakby to rzeczywiście było istotne.
-Nie sądzisz, że lepiej byłoby znaleźć jakiegoś nauczyciela...? A zresztą, rób jak uważasz- stwierdziła matka. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało- Więc... Hm...- z racji tego, że nigdy dobrze się nie znali, nawet telefoniczne rozmowy przebiegały nienaturalnie i trudno. Jego mama na siłę szukała jakiegoś tematu, a on na siłę starał się coś odpowiedzieć i tak to wyglądało- A jak tam... No wiesz... Twoje prywatne sprawy... Znalazłeś sobie może dziewczynę?
-Właściwie to jest ktoś...
-Kto?
-Linda.
-Sympatyczna dziewczyna...?
-Tak, bardzo...
-Fantastycznie.
I znowu cisza.
-Mamo...?- odezwał się tym razem Johnny- Pomyślałem sobie...- zawahał się odrobinę- Pomyślałem, że może powinnaś wysłać Rose trochę więcej pieniędzy... Taką... Premię na przykład...
-Po co...? Przecież wysyłam ci wystarczająco dużo pieniędzy.
-Chodzi o to, żebyś wysłała pieniądze jej. Mogłaby... No nie wiem... Pojechać gdzieś do rodziny...- Johnny i tak dobrze wiedział, że Rose dużo swoich pieniędzy przeznacza na niego. Nikt jej nie odwiedzał, a ona na pewno tęskniła za bliskimi. Już kilka razy chciał o tym porozmawiać z którymś z rodziców, ale nie lubił z nimi poruszać takich tematów.
-Johnny, przecież my nie będziemy płacić innym za to, że gdzieś wyjeżdżają czy podróżują!- jego matka parsknęła z pobłażaniem- A poza tym Rose całkiem nieźle zarabia jak na zwykłą gosposię... Nie jest to ciężkie zajęcie, nawet dla starszej pani... Prosiła cię o to...?- rzuciła podejrzliwie.
-Mamo...- Johnny jęknął głucho- Jasne, że mnie nie prosiła...
W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Szatyn chwycił ją wolną dłonią i gdy zobaczył na wyświetlaczu imię Keitha, aż serce zabiło mu szybciej z radości.
-Mamo, poczekaj chwilę- rzucił, odbierając- Keith?
-Cześć...- usłyszał cichy głos ciemnowłosego.
-Poczekaj chwilę, dobra?- zapytał podekscytowany, po czym wrócił do drugiej słuchawki- Dobra, mamo, muszę już kończyć, pogadamy innym razem, pa- wyrzucił z siebie na jednym tchu z taką prędkością, że trudno było powiedzieć, czy jego rodzicielka zrozumiała chociaż słowo. Rozłączył się i chwycił za komórkę- Co jest, Keith?
-Hm... Nie przeszkadzam ci...?
-Nie, spoko- zaprzeczył zdecydowanym głosem szatyn- To tylko moja mama.
-Tak, słyszałem...- parsknął brunet- Hm... Tak czy inaczej... Słuchaj...- Johnny słuchał cierpliwie, ale Keith wyraźnie miał duże problemy z powiedzeniem tego, co powiedzieć chciał, a nie zdarzało mu się to często- Johnny... Wiem, że... Hm... Chodzi mi o to, że mogłeś mnie źle zrozumieć... Nie byłem chyba... Zbyt miły... Nie chodziło mi o to, żebyśmy wcale się nie widywali... Zresztą, dzwonię, żeby ci powiedzieć... Co ja właściwie chciałem ci powiedzieć...?- zaśmiał się nerwowo- Ach... Tak... Nie chodzi o to, co mi powiedziałeś. Nie powinieneś się tego wstydzić, ani nic w tym stylu, mnie to naprawdę nie przeszkadza... Chyba tylko nie jestem odpowiednią osobą... To znaczy... Sam nie wiem... Nie wiem, czy dobrze cię zrozumiałem, ale... Rany...- westchnął głęboko. Johnny uśmiechnął się lekko do siebie, a w jego serce wlało się nagle uczucie ulgi- Możemy się spotkać... Jak będę miał czas... I jak będziesz chciał. Tak... Hm... Tak, właśnie po to chyba zadzwoniłem.
-Cieszę się, Keith- odpowiedział Johnny, uśmiechając się szeroko z radości- Naprawdę się cieszę.
-Ekhem... Tak, ja też... T-To do zobaczenia jutro- pożegnał się z nim brunet- Cześć.
-Cześć...
Johnny odłożył telefon na bok, nie mogąc przestać cieszyć się do siebie.
Działo się z nim coś bardzo dziwnego.

20 komentarzy:

  1. Nie mogłam się doczekać kolejnego rozdziału tego opowiadania i teraz pewnie znów będę musiała trochę poczekać, ale naprawdę warto ;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy8:15 PM

    Oh... *.* Wiesz, w tym opowiadaniu to nie Johny jest moim ulubionym bohaterem, a właśnie niepozorny, mały, słodki, kochany... Keith. *.*
    Co do odcinka... Nie lubię Lindy. Nie lubię, ot, co. Wkurza mnie... Tak samo Eric. Już, gdzieś na dnie mojej podświadomości, powstał taki króciutki - i troszeczkę zboczony - scenariusz, co do Erica i Johnnego, chociaż według mnie, w ogóle do siebie nie pasują! Nie wiem czemu, tak po prostu. xD
    Czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy8:43 PM

    cudowne cudowne cudowne!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy9:54 PM

    dawno już nie miałam takiego dobrego humoru jak czytałam blogi, świetne, uwielbiam to opowiadanie :D czekam z niecierpliwością na następny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:41 PM

    Wspaniale tak długo czekałam i nareszcie jest !
    Bardzo fajnie i miło się czytało i mam nadzieje że niebawem będzie kolejny rozdział.
    To moje ulubione opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Andri-xxx.deviantart11:58 PM

    yes yes YES!
    Nareszcie. To był taaaaakie... ale nie takie, tylko TAAAKIE *.*
    Ja chce ciąg dalszy. prose,prose,prose >///<

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:04 AM

    O Boże, jak cudownie. Nareeeeeeeeeeeeszcie. Mam nadzieję, że nie zostawisz mnie na kolejną wieczność, żebym czekała na dalszy ciąg. Świetna notka, pozdrawiam. D.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy3:27 PM

    Cudowne!!!
    Mam nadzieję, że niedługo kolejny rozdział <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy10:50 PM

    O mój Boże, jak ja dawno tu nie byłam! I na przywitanie widzę "Wyzwanie..." Mamo świata, żebyś Ty Silencio wiedziała jak bardzo poprawiłaś mi tym humor. Teraz rzadko mam dostęp do internetu, dlatego dziś gdy go mam, całą noc zamierzam spędzić tutaj, ot co!
    Jesteś niesamowita, błagam szybko o kolejną część! Błagam, błagam, błagam! Bo nic więcej zrobić w tej sprawie nie mogę.
    Strasznie będę tęsknić za Johnnym, och bardzo. Mam nadzieję, że gdy następnym razem uda mi się tu zajrzeć, zobaczę właśnie rozdział 11 :)
    Pozdrawiam serdecznie
    ! :):)
    J.

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy11:27 PM

    nie umiem komentować, ale to bardzo dobry tekst.
    nie wiem co sprawia, że to właśnie na ‘wyzwanie’ czekam z taką niecierpliwością. nie umiałabym odpowiedzieć dlaczego ciągle wracam do czytania tego opowiadania, wciąż od początku i co dokładnie rozróżnia je od całej reszty. już dawno nie zdarzyło mi się, żebym po przeczytaniu jakiegoś tekstu, zaraz na następny dzień wracała do pierwszych rozdziałów. co ze mną zrobiłaś?
    dobra, może na początek pod lupę wezmę bohaterów. Johnny B. –rozpuszczony nastolatek, o wielkim sercu. myślę, że nie przesadzę ze stwierdzeniem, że Bradley jest głupkiem jakich mało na tym bożym świecie, myli się niemal w każdej sprawie, uroczo naiwny, nagminny łamacz damskich. Johnny ma w zasadzie racje w jednej, jedynej kwestii – naprawdę nie da się go nie lubić (no chyba, że jest się Erykiem, ale jemu też do końca nie warto wierzyć.) jego relacje z otaczającym go światem są cudowne – to jak odnosi się do Lindy, szczególnie, gdy gdzieś na horyzoncie pojawia się roztrzepany czerep Keitha. jest też prawdziwym przyjacielem, Benny naprawdę ma fart, że taki egzemplarz na kumpla mu się trafił. och, i coś co interesuje mnie najbardziej – czyli linia frontu Johnny – Keith. to, że Bradley zachowuje się jak zakochana nastolatka zauważył już nawet Benny, więc tego tematu maglować nie będę. dużo bardziej interesuje mnie postać i uczucia Keitha. jest on chyba najbardziej skomplikowaną osobą w tym opowiadaniu. ciężko powiedzieć co tak naprawdę czuje do Johnny’ego. Keith nie jest głupi, wie, że nagłe zainteresowanie jego osobą ma swoje źródła. jestem ciekawa czy podejrzewa, że mógłby być obiektem jakiegoś żartu – ale z drugiej strony skoro podejrzewałby taką sytuacje to chyba nie pozwoliłby zabrnąć rzeczy tak daleko? Keith, jesteś jedną wielką zagadką, no! i teraz pojawiła się jeszcze kwestia zamieszkania, nie mam pomysłu co to może być. znaczy inaczej – po co Keith miałby kłamać. kogo mamy dalej, może Eric? zdecydowanie, moja ulubiona postać drugoplanowa. nie mam pojęcia co ta mała menda może knuć, ale bez względu na wszystko, absolutnie go kocham. mój zniszczony gejowskimi pornolami umysł szepcze mi, że za tą niechęcią do Johnny’ego może kryć się coś więcej, no ale coś czuje, że niedługo moje marzenia zostaną pogrzebane. dalej, hmm Benny i Maicy. Maicy i Benny, ich nie da się rozdzielić, więc ‘zaliczę’ ich za jednym machnięciem. są całkiem miłym w odbiorze zapychaczem, a niektóre opisy kłótni naprawdę zabawne i fajnie się czasem oderwać od Johnny’ego i Keitha, na rzecz tej dwójki. bardzo lubię też Lindę. absolutnie mi nie przeszkadza, przeciwnie, myślę, że na swój sposób jest tutaj niezbędna. taka kobieca odmiana Bradley’a. tak naprawdę to trochę mi jej szkoda.
    dobra, zmęczyłam już wystarczająco mózg, resztę komentarza nt innych cosiów w ‘wyzwaniu’ dodam pod kolejnym rozdziałem.
    jezu, nigdy nie piszę komentarzy. nigdy-nigdy. ale chciałam dać Ci znać, że jest tam gdzieś na świecie kolejna wierna czytelniczka, usychająca z tęsknoty za nowym rozdziałem, więc jak będziesz miała czas pomyśl o mnie i skrobnij coś : ( martwią mnie trochę odstępy czasowe między rozdziałami, ale nieraz udowodniłaś, że potrafisz zaczęte rzeczy doprowadzić do końca, więc totalnie Ci ufam. chociaż mój mózg, spragniony Johnny’ego i Keitha woła ciągle „moar!”.

    V.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nigdy nie piszesz komentarzy, bo ten czytało się naprawdę bardzo miło :). Rzadko można natrafić na tak rozbudowany, a uwierz mi, że dla autora to naprawdę wiele znaczy. Zdaję sobie sprawę z tego, że odstępy czasowe (nie tylko zresztą w tym opowiadaniu) mogą przerażać, ale naprawdę robię co w mojej mocy i będę się starała dodać rozdział "Wyzwania" jak najszybciej.

      Usuń
  11. Anonimowy5:01 PM

    nie piszę komentarzy, bo uważam, że napisanie krótkiego "fajne, kiedy się ruchną?, czekam na nexta!oneone" jest nieco poniżej mojego poziomu (kogokolwiek poziomu w sumie), a na jakieś dłuższe elaboraty nie mam często siły i czasu (zresztą wiesz o co chodzi, też masz mature w tym roku, pjonteczka!) więc w rezultacie nie piszę nic. ale skoro mój elokwentny bełkot sprawił Ci jakąś tam przyjemność to mogę obiecać, że pod każdym następnym rozdziałem 'wyzwania' walne takie rozprawki, że nie uwierzysz! mam nadzieję, że zawsze to jakaś motywacja : D
    tak patrzę na swój poprzedni komentarz i łapie się za głowę, o ilu rzeczach zapomnialam. ale tak to jest, że jak chce się napisać wszystko, to wychodzi kupa. jak mogłam zapomnieć o słodkiej, kochanej Rose! i o rodzicach Johnny'ego,strasznie jestem ich ciekawa. Po kim Johnny odziedziczył taki cudowny charakter (po odnoszę wrażenie, że raczej nie po matce) o, mogliby wpaść na chwilę do domu na wspólni obiadek. znając Bradleya Juniora to pewnie zaprosiłby Keitha (oczywiście tylko i wyłącznie ze względu na wyzwanie~) naturalnie nic wcześniej mu nie mówiąc o niespodziewanych gościach, stawiajac go juz przed faktem dokonanym. chciałabym zobaczyć reakcje : D o i jeszcze Rose, gdzieś w tle. no cudownie by było, cała rodzinka w komplecie : )
    "Sam nie wiem... Nie wiem, czy dobrze cię zrozumiałem" < tak się zastanawiam co do tego zdania ... hm, Keith już wie, że Johnny jest w nim zakochany? nie posądzam Bradleya, żeby się domyślił, ale Keith w sumie czemu nie ;> Ozesz, ale się teraz podchodzy zaczną.

    V.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, czytanie takich komentarzy też z pewnością nie należy do przyjemności. Rozumiem też i brak czasu, i zmęczenie :). Oczywiście obietnica komentarza jest dobrą motywacją, chociaż moja wena jest chyba jednak odporna na takie sprawy. Obecnie koncentruję się bardziej na innych opowiadaniach (co zresztą zapewne widać) i nie wiem, kiedy dokładnie rozdział "Wyzwania" się pojawi.

      Usuń
  12. Z komentowaniem mnie ostatnio kiepsko. Chociaż powinnam się wziąć w garść, wiedząc, jak działają komentarze czytelników.

    Kocham Wyzwanie i Johnny'ego oraz Keitha. Mogę to powtarzać ciągle. Moja buźka się uśmiecha, jak widzę, ze wrzuciłaś to opowiadanie. Chciałoby się, by ono pojawiało się częściej, ale wiadomo czas i nie zawsze jest wena na pisanie konkretnej rzeczy. W przyszłości licze na dokończenie Drag Queen.

    Ale co do rozdziału, to zadałaś nam zagadkę. Dlaczego Keith okłamuje Johnny'ego?
    Ja mam parę opcji, nie wiem, czy trafnych. Tak naprawę Keith jest bogaty,ale udaje biedaka, bo jest zdania, że w ten sposób, jak zdobędzie przyjaciół, to prawdziwych, nie tych, co pragną kasy. Chociaż bardziej przychylałabym się do opcji drugiej: Keith z mamą, czy kimś tam mieszka w tym domu i pracuje. Jego mama być może jest służącą, a chłopak się tego wstydzi i udaje, że mieszka gdzieś indziej. Nie pamiętam, czy Eric jest bogaty, jeżeli tak i Johnny nie wie, gdzie on mieszka, to może, to jest dom Erica. Skądś Keith i Eric muszą mieć jakieś bliższe relacje.
    W ogóle Eric jest dla mnie zagadką. Dziwnie się zachowuje, coś ukrywa (mija yaoiowa dusza, chciałaby by był gejem). Wyjątkowo nie cierpi Johnny'ego, a może to tylko pokaz, a w rzeczywistości jest inaczej. Hm. :D
    Linda, nie lubię jej. Ja wiem, że ona jest potrzebna w opowiadaniu, ale dla mnie mogłaby spadać na drzewo.
    Johnny się zakochał. Jeszcze o tym nie wie, ale...
    Smutno się zrobiło, jak został "odrzucony". Przytuliłabym go wtedy.

    Życzę Ci dużo weny, czasu na pisanie i czekam na szybkie Wyzwanie. :D

    Dziś się rozpisałam, a czasem tak ciężko się zabrać za pisanie. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :). Cieszę się, że wreszcie na blogspocie pojawiła się opcja odpowiedzi na komentarze, teraz jakoś łatwiej tak bezpośrednio odpisać ^^.

      Pozdrawiam serdecznie :).

      Usuń
    2. Mnie też się podoba funkcja odpowiedzi. :D

      Usuń
  13. Geass2143:33 PM

    Okropnie ciesze się z powodu nowej części Johnny'ego ;) Uwielbiam to opowiadanie i nie mogę się już doczekać kolejnych części, a przede wszystkim rozstrzygnięcia wszystkich zaistniałych tam spraw. Pozdrawiam i mam nadzieje, że powrót Johnny'ego jest powrotem na stałe ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy10:35 PM

    o kurcze, wlasnie skonczylam czytac cale to opowiadanie i nie moge doczekac sie kolejnego rzodzilu:D
    strasznie mi sie podoba:D
    pozdrawiam i zycze mnostwa weny:**





    katrin

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy4:37 PM

    Aww.Johny sie zakochal ^^ biedna linda, ma czcza nadzieje na zwiazek z johnym, mimo, ze jest calkiem fajna. To chyba pierwszy raz, kiedy czytalam opis pocalunku hetero w twoich opowiadaniach xD czekam na new.
    ~sarahmi

    OdpowiedzUsuń
  16. nie wiem jak mogłam przegapić ten rozdział, przecież to moje wyzwanie!!super, naprawdę. Johnny jest taki uroczy w tym zakochaniu. I uwielbiam ten jego egocentryzm i narcyzm:)
    kiedy następny rozdział??

    OdpowiedzUsuń