Strony

wtorek, 28 lutego 2012

Ogłoszenie

Niestety, muszę przesunąć publikację kolejnego rozdziału. Pojawi się najprawdopodobniej w następną środę albo sobotę, to zależy od tego, jak będzie z moim czasem. Trochę się jednak przeliczyłam i nawet przy najbardziej optymistycznym spojrzeniu, nie uda mi się go skończyć do tej soboty. Będzie dość długi, a ja wróciłam do szkoły i nie mam całego dnia na pisanie.

Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia za tydzień ;*.

sobota, 25 lutego 2012

Dobry wieczór

Zapomniałam, że dzisiaj sobota, więc rozdział trochę później, niż planowałam, ale jest.
Za tydzień "Chaos", później myślę, że uda mi się napisać "Wyzwanie", później znowu "Chaos", a jeśli chcecie coś konkretnego, to możecie pisać pod tym rozdziałem propozycje, postaram się na kolejny wolny "termin" wrzucić coś, na co czekacie :).

Enjoy.

§ 13 § [YFM]

Ostatnie dni były najstraszniejszymi, jakie przeżył Absalom  . Stan Mortalisa stale się zmieniał, raz był przytomny, całkowicie świadom tego, co się wokół niego dzieje, to znów słabł, dostawał wysokiej temperatury, mamrotał coś bez większego sensu, jakby nie zdawał sobie w ogóle sprawy z tego, gdzie się znajduje. Absalom czuwał przy nim cały czas, obawiając się zmrużyć oka chociażby na chwilę. Gdy mężczyzna zasypiał, chłopak wciąż siedział u jego boku, wsłuchując się w jego nierówny, płytki oddech. Bał się tego, że Mortalis mógłby umrzeć. Ganił samego siebie za to, że pozwolił mu wyruszyć, zupełnie tak jak zwykle, że zbyt słabo się temu przeciwstawiał... Nie miał pojęcia, jak mógłby zmienić Mortalisa i jego nastawienie, wątpił, by miał na niego jakikolwiek wpływ, ale i tak czuł się winny. Łzy zbierały się w jego oczach, gdy zmieniał opatrunki mężczyzny, obmywał uważnie jego ciało, oglądał rany, które wcale nie wyglądały lepiej niż tuż po jego powrocie... I myślał, zastanawiał się, jeszcze bardziej intensywnie niż kiedykolwiek wcześniej. Jak dobrze byłoby mieć obok siebie kogoś jeszcze, kogoś, kto byłby im w stanie pomóc w takiej sytuacji. Edalis z pewnością by to zrobił, ale był zbyt daleko. Nie wiedział, co się tutaj dzieje, a Absalom nie mógł udać się do miasta i zostawić mężczyzny w takim stanie. Ale gdyby mieszkali w mieście... Przecież byłoby im o wiele łatwiej! Dookoła pełno ludzi, są medycy, uzdrowiciele, jest gospoda Edalisa, który był bardzo szanowany przez okolicznych mieszkańców i znał wiele osób... Absalom mógłby zająć się jakąś pracą i pomóc Mortalisowi w bardziej konkretny sposób. Mężczyzna mógłby szybko dojść do siebie i może... Może zmienić coś. Cokolwiek. Nie robić tego, co robił do tej pory. Zrezygnować raz na zawsze, dla własnego dobra. Przecież kiedyś w końcu trzeba powiedzieć „dość”, prawda...?
Po niecałym tygodniu ytuacja nieco się polepszyła. Gdy Absalom przebudził się z samego rana, po krótkiej drzemce, Mortalis również już nie spał. Usiłował podnieść się do pozycji siedzącej. Z jego warg wydobyło się ciche stęknięcie. Chwycił się za brzuch.
-Poczekaj- szepnął pospiesznie Absalom, podchodząc do niego i pomagając mu usiąść. Odgarnął chaotycznym ruchem włosy z czoła, wpatrując się w mężczyznę z uwagą. Mortalis był wyraźnie słaby i chory. Skórę miał bladą, oczy zmęczone, nawet jego ciało wydawało się jakby bardziej wątłe, nie sprawiało już wrażenia tak silnego jak wcześniej.
-Absa, nie jestem kaleką...- rzucił ledwie słyszalnie, bez cienia pretensji czy irytacji w głosie, raczej z czymś na kształt zrezygnowania. Od jego ostatniego powrotu, wydawał się być raczej sfrustrowany, wściekły na samego siebie. Czasem pozwalał sobie na jakieś uwagi, nawet przesiąknięte czymś na kształt złośliwości, jakich chłopak nigdy wcześniej od niego nie usłyszał. Robiło mu się przykro, ale chwilę później zdawał sobie sprawę z sytuacji mężczyzny, rozumiejąc trochę jego zachowanie. Mortalis zawsze był samodzielny, zupełnie niezależny, nawet, gdy działo się coś poważnego, Absalom najczęściej w ogóle o tym nie wiedział. A teraz... Teraz wszystko było inaczej. Na szczęście. Chłopak nie chciał nawet myśleć, bo byłoby, gdyby został tego dnia dłużej w mieście albo zignorował własne przeczucia, nie chcąc rozgniewać mężczyzny.
-Jeszcze chwila...- szatyn uśmiechnął się do niego blado i podszedł do łóżka stojącego przy ścianie, w którym wcześniej nocował Mortalis, po czym wziął z niego poduszkę i podłożył ją pod plecy mężczyzny, by ten mógł się wygodnie oprzeć- Tak jest dobrze...?
-Nie jestem kaleką- powtórzył tylko głucho ciemnowłosy, odwracając wzrok w kierunku okna. W chwilach świadomości wyglądał przez nie prawie przez cały czas, jakby czegoś oczekiwał. Wydawał się wtedy pełen napięcia, bywał nieprzyjemny, szorstki.
Może obawiał się, że chłopak wbrew jego woli ściągnie tu kogoś. Absalom nie miał pojęcia. Wolał nie pytać.
Przystanął na chwilę na środku pokoju i zawahał się, po czym chwycił za stół i z łoskotem przesunął go bliżej łóżka w którym spoczywał Mortalis. Postawił na nim talerz, który wcześniej otarł pospiesznie z kurzu, przygotował mu resztkę chleba, jaka została z ostatnich zakupów w mieście i szklankę wody.
-Pomyślałem sobie, że dzisiaj pójdę do miasta- poinformował go, siląc się na słaby uśmiech. Mortalis zerknął na niego uważnie- Zrobię jakieś zakupy i zobaczę, co u Edalisa...- a raczej poinformuje Edalisa o tym, co się wydarzyło, bo taki właśnie miał zamiar- Dobrze się czujesz...?- zapytał z troską.
Mortalis skinął głową.
-Dobrze- odpowiedział, łagodniejąc nieco. Znowu odwrócił wzrok w kierunku okna.
Absalom spoglądał na niego przez chwilę w milczeniu. Tyle miał mu do powiedzenia... W tych chwilach, kiedy wydawało mu się, że mężczyzna może nie przeżyć, miał ochotę szeptać mu do ucha to wszystko, czego teraz wstydził się z siebie wydusić, to wszystko, co tkwiło w nim już od dawna, te emocje, które nim targały i których nie potrafił określić. Których nie chciał określić, bo chociaż dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co mogą oznaczać, bał się konsekwencji własnych uczuć, które nie były odpowiednie. Ale czy nie byłoby to egoizmem...? I czy nie byłoby egoizmem mówienie o tym teraz, gdy mężczyzna potrzebował raczej spokoju, odpoczynku i niczego więcej?
… A może jego milczenie nie było oznaką troski, ale zwykłego tchórzostwa, lęku przed odrzuceniem?
Sam już nie wiedział.
Spoglądał na Mortalisa jeszcze przez chwilę, po czym wpadł mu do głowy pewien pomysł. Podszedł do półki ze swoimi książkami i przejrzał je uważnie, po czym wybrał jedną z nich i położył ją na stoliku, tuż obok śniadania.
-Jeżeli będziesz czuł się samotny albo będzie ci się nudziło, to możesz ją przeczytać- poinformował mężczyznę, pozornie wesołym tonem- Wiem, że nie przepadasz za tymi historiami, ale ta nie jest wcale taka naiwna jak wszystkie pozostałe... Jest o... O pewnym chłopcu, który musiał opuścić swoją wioskę po epidemii i wyruszył na wyprawę, a następnie...
-Chłopiec ginie na końcu, prawda?- mruknął mężczyzna, wciąż patrząc na zewnątrz.
-Tak...- szepnął Absalom, spoglądając na niego ze zdumieniem- Skąd wiesz?
-Opowiadałeś mi już tą historię.
Opowiadał. Bardzo dawno temu.
… Więc pamiętał?
Absalomowi zrobiło się cieplej na sercu. Uśmiechnął się delikatnie i podszedł do mężczyzny, po czym ucałował go czule w czoło.
-Nie ruszaj się stąd- bardziej poprosił niż polecił- Będę niedługo.
Mortalis poruszył się niespokojnie, mierząc go badawczym wzrokiem.
-Masz swój sztylet...?
-Hm...?- Absalom uniósł brwi, po czym sięgnął do pasa- Tak, mam.
Mężczyzna skinął głową w milczeniu.
-O co chodzi...?- zapytał niepewnie chłopak.
-O nic...- odparł Mortalis.
Absalom wzruszył ramionami i otworzył drzwi. W progu zatrzymał go jeszcze na chwilę głos mężczyzny:
-Uważaj na siebie.
Edalis wysiadł z powozu, nakazując młodemu woźnicy czekać na swój powrót i ruszył wraz z chłopakiem w głąb lasu, stąpając z trudem, sapiąc i podpierając plecy niczym kobieta przy nadziei. Absalom uśmiechnął się do niego lekko, starając się iść równo z nim i nie przyspieszać, co wcale nie było łatwe. Sam fakt, że mężczyzna zgodził się odwiedzić Mortalisa, biorąc pod uwagę to, że na co dzień nie ruszał się z gospody, już świadczył o jego trosce. Nawet, jeśli przez całą drogę wypowiadał się o rannym mężczyźnie raczej niezbyt przychylnie, a nawet twierdził, że ten mógłby ze sobą skończyć raz, a dobrze, a nie zawracać porządnym ludziom głowę. Absalom przywykł już do tej skomplikowanej, trudnej do opisania przyjaźni, która łączyła tych dwóch i nie zamierzał protestować.
-Jesteś pewien, że nie powinniśmy wezwać medyka...?- zapytał cicho, spłoszony, jakby jego opiekun mógł go usłyszeć, chociaż byli jeszcze daleko od domu. Wiedział, że Mortalisowi by się to nie spodobało. Nie był nawet pewien, czy spodoba mu się wizyta Edalisa.
-Aj tam, chłopcze!- Edalis sapnął głośno i machnął dłonią w lekceważącym geście, z trudem łapiąc oddech- Powiem ci to, co powie ci każdy medyk... Póki oddycha i gada, znaczy, że wszystko jest w porządku... Chociaż w jego przypadku, chodzi tylko o oddychanie...
Absalom uśmiechnął się blado. Milczał przez dłuższą chwilę, nie będąc pewnym, czy podzielić się z towarzyszem wątpliwościami, jakie się w nim zrodziły. Edalis był dobry, pomagał mu już wiele razy, zawsze służył swoją radą, ale jednocześnie potrafił we wszystkim tak skutecznie namieszać, że czasem chłopak wahał się długo, nim zdecydował się mu powiedzieć o czymś istotnym dla niego samego. Ale przecież to on zawsze przekonywał go do przeniesienia się do miasta. Więc... Właściwie, może Mortalisa też mógłby przekonać... Absalom byłby w stanie pogodzić się ze wszystkim, z tłokiem, hałasem, byleby tylko mieć świadomość, że są bezpieczni, że z Mortalisem wszystko w porządku. A może w swojej naiwności łudził się, że taka zmiana sprawi, że mężczyzna z nim zostanie i będą żyli normalnie. Jak wszyscy.
-Edalis...- zaczął powoli, ważąc każde słowo.- Czy mógłbym cię o coś prosić...?
Mężczyzna omiótł go uważnym spojrzeniem i odetchnął głęboko.
-Jasne... Jasne, że mógłbyś... chłopcze... Wiesz o tym dobrze... Ale sam fakt, że pytasz, upewnia mnie w przekonaniu, że nie będzie to prośba łatwa do spełnienia...
-Chciałbym, żebyś porozmawiał o czymś z Mortalisem- przyznał chłopak. Edalis posłał mu pytające spojrzenie.- To, co się zdarzyło... Nie chcę być źle zrozumianym- dodał natychmiast, rumieniąc się niczym winowajca. Bo czy nie był winowajcą...? Sam już nie wiedział, jak na to wszystko reagować. Chciał pomóc Mortalisowi, czy chciał pomóc sobie...?- Po prostu martwię się o niego... I wydaje mi się, że gdybyśmy mieszkali w innym miejscu...- spuścił wstydliwie wzrok.- … może byłoby chociaż trochę inaczej... Gdyby było więcej ludzi... I... I... Sam wiesz, o co mi chodzi. Chciałbym, żebyśmy się gdzieś przeprowadzili... Do miasta.
Przeniósł spojrzenie na swojego towarzysza, który przystanął na chwilę, by wybuchnąć gwałtownym śmiechem, nim ruszył dalej. To aż za dobrze wyrażało opinię Edalisa na ten temat.
-On... do miasta?- rechotał wciąż nieprzerwanie, mając trudności ze złapaniem oddechu.- O, chłopcze... O, chłopcze... Chcesz zabić nieszczęsnego grubasa...? Czekaj no...- przystanął znowu i odczekał chwilę- Tak, chodźmy dalej... Ta gnida nigdy nie zamieszka w mieście, wśród ludzi. On nie lubi ludzi. W ogóle nie lubi towarzystwa.
-Przecież ma mnie- zauważył Absalom.
-No nie ukrywam, sam się na początku zdziwiłem, że ktoś taki wziął się za wychowywanie dzieciaka... Zresztą sam wiesz, co o tym sądziłem... Ale to jednak co innego, chłopcze.
-Właściwie dlaczego tak bardzo się izoluje?
-A bo ja wiem...? Nie pytałem go o to nigdy, a on też zbyt gadatliwy nie jest... Może ma jakiś uraz albo to po prostu dziwactwo, jakich na tym świecie wiele... Myślisz, że zamieszkał w środku lasu, bo w głębi duszy jest taki towarzyski...? Ha, ha, nie, chłopcze... Każdy, ale nie on.
-Przecież mieszkanie w mieście nie zmieniłoby aż tak wiele- usiłował go przekonać Absalom, naiwnie wierząc w swoje własne słowa.- Ja mógłbym zacząć pracować. A gdyby coś się stało, pomoc zawsze byłaby blisko. Nie musiałby się martwić, zostawiając mnie samego.
-Chłopcze, to jest morderca- stwierdził Edalis, a słowa te poruszyły chłopaka do żywego, zupełnie tak, jakby były fałszywym oskarżeniem, a nie zwyczajnym stwierdzeniem faktu.- Jak to sobie wyobrażasz, co...? Wieści o nim roznoszą się szybko i obrastają w legendy, może nie każdy pozna się na nim od razu, nie dojrzy z kim ma do czynienia, ale pokiereszowana buźka nie zapewni mu raczej opinii dobrego obywatela... Mieszkanie w mieście nie jest żadnym problemem dla kogoś takiego jak ty, ale dużym problemem dla kogoś, kto woli zająć się robotą po cichu.
-On już nie będzie tego robił- odparł stanowczo chłopak.
Wywołało to kolejny wybuch śmiechu u jego towarzysza, a Absalom spuścił wzrok, nie wiedząc, jak powinien na to zareagować. Niezależnie od wszystkiego, jednego był pewien, nie pozwoli Mortalisowi pracować i funkcjonować tak jak wcześniej. Może do tej pory był za mało skuteczny, za mało pewny własnych słów. Zbyt przerażony, zlękniony, gdy mężczyzna stawał się nagle szorstki, gdy odpychał go, odchodził jak zawsze... Nie pozwoli mu na to już nigdy więcej.
-Chłopcze, to nie jest zwykły zawód...- Edalis pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem- Narobił już sobie znajomości, a znajomości rozpoczęte w taki sposób nie urywają się łatwo i trudno zapewnić sobie spokój, nawet na odludziu... A uwierz mi na słowo, że rzadko miał do czynienia z równie sympatycznymi ludźmi jak ja...- zaśmiał się.- Poza tym, i tak by nie zrezygnował. To jest jak nawyk, może nawet nałóg...
-To nieprawda!- zaprotestował gwałtownie Absalom- Mortalis tak myśli i właśnie dlatego to wszystko jest takie trudne! Przestań powtarzać takie bzdury!
-Naprawdę sądzisz, że on o tym myśli, chłopcze...?- Edalis zarechotał znowu, nieprzyjemnie, jakby z drwiną, politowaniem. Absalom spojrzał na niego bez zrozumienia- Wierzysz w to, że on ma jakieś zasady moralne, jakieś reguły? Że ma sumienie? On kieruje się instynktem. Jak zwierzę- chłopak obruszył się na te słowa, ale jego towarzysz kontynuował, jakby w ogóle tego nie dostrzegł- Człowiek, który zabija innych ludzi, nie jest już do końca człowiekiem i nigdy nim nie będzie. Ty widzisz w nim człowieka i patrzysz na niego przez ten pryzmat, dlatego tak trudno ci zrozumieć, kim jest naprawdę i co robi. Pewnie ci się wydaje, że walczy ze sobą, że nieustannie łamie własne zasady, żałuje tego, co uczynił... Nie jest tak. Niezależnie od tego, co sobie wyobrażasz. On nie ma reguł i nie ma sumienia. W momencie, gdy człowiek zabija innego człowieka, zaczyna sobie uświadamiać, że cała ta... idea człowieczeństwa, jak dumnie się to określa, jest bajką. I że ludzie nie różnią się niczym od zwierząt. A kiedy się to dostrzega, moralność jest tylko pustym słowem.
-Musisz coś o tym wiedzieć- odparł ostro Absalom- W końcu sam jesteś jednym z tych, który zlecał mu te potworności.
-I widzisz, chłopcze...- Edalis uśmiechnął się lekko- Kiedy zrozumiesz, dlaczego mu je zlecałem, a nie robiłem tego samodzielnie... Zaczniesz rozumieć, kim on jest.
Absalom nie potrafił znaleźć odpowiedzi na te słowa. Nigdy nie mógł pojąć, dlaczego Mortalis robi takie rzeczy. Trudno było mu znaleźć dla tych czynów usprawiedliwienie, chociaż tłumaczył to sobie często tym, co mężczyzna musiał przejść, jakie miał doświadczenia, jak bardzo zawiedli go ludzie i cały świat. Wierzył w to, że Mortalis ma wyrzuty sumienia, być może dlatego, że chciał w to wierzyć. Przecież musiało go dręczyć wiele spraw. Tak wiele trosk malowało się na jego twarzy, w jego milczeniu było coś niesamowicie tragicznego, jego wzrok, gdy spoglądał na chwilę gdzieś przed siebie, nieobecny i zamyślony, budził czasem w Absalomie przerażenie. Ale czy Mortalis naprawdę żałował chociaż jednej swojej zbrodni...? Nigdy tego nie powiedział. Nie było w nim żadnego zrozumienia, żadnego szacunku dla człowieka, jako istoty, szacunku do jego życia, do zachowań, emocji... Jakby to nie miało żadnego znaczenia. Ale Absalom nadal nie rozumiał, jak jego opiekun mógł się dopuszczać takich czynów. Przecież nie był zły. Przecież zawsze traktował go dobrze. Kiedy wymawiał w myślach jego imię i zestawiał je ze słowem „morderca”, czuł wyrzuty sumienia, chociaż wiedział, że Mortalis nie obraziłby się wcale na to określenie.
-Ciągnie cię do miasta, chłopcze- stwierdził z pełnym przekonaniem Edalis, kiwając głową- Dobrze o tym wiem. I dam ci dobrą radę: zabieraj się stąd tak szybko, jak tylko możesz. Znajdzie się dla ciebie miejsce w mojej gospodzie, bądź tego pewien. Życie tutaj ogranicza ciebie i twoje możliwości.
-Nieprawda- Absalom odwrócił wzrok z zawstydzeniem.
Przecież jeszcze niedawno pomyślał dokładnie to samo... Jak mógł wykazać się takim egoizmem...? Nigdy wcześniej nie przeszło mu to nawet przez myśl, ale ostatnimi czasy tyle się zmieniło... I coraz częściej zaczynał uświadamiać sobie boleśnie, że nigdy nie będzie tym, kim chciałby być.
-Oczywiście, że prawda. Mnie nie oszukasz, chłopcze. Jego zresztą też nie. On wie.
-Nie chcę odchodzić!- odparł pospiesznie Absalom, spoglądając na swojego towarzysza z lękiem- Nie zostawię Mortalisa.
-A któż ci go każe zostawiać...?- Edalis najwyraźniej nie widział w tym problemu- Przecież będziesz mógł go odwiedzać w tym jego lasku... Ty akurat masz większe możliwości ode mnie i nie będzie to aż tak trudne...- zacharczał, przystając znowu na moment- Zresztą, będzie dokładnie jak teraz, ale będziesz miał możliwość pracy i normalnego życia, zamiast tego, co on ci zagwarantował. I tak go nie ma całymi dniami. A tak zajmiesz się przynajmniej czymś konstruktywnym.
-Nie zostawię Mortalisa- powtórzył raz jeszcze chłopak.
-To bardzo lojalne z twojej strony, ale... Cóż. Zdaję sobie sprawę z tego, że wasza sytuacja jest specyficzna- Absalom spojrzał na niego z lekką obawą, nim zorientował się, o co chodziło jego rozmówcy- Czasem trudno opuścić nawet dom rodzinny, ojca, a on przecież twoim ojcem nie jest. Znalazł cię tylko i wychował- chłopak parsknął cicho. Słowo „tylko” kiepsko w tym miejscu pasowało- Ale chciałbyś mu się pewnie odwdzięczyć, wiem to. Ale wiem też, że nigdy ci się to nie uda i że on też tego wcale nie oczekuje.
-Nie chcę mu się odwdzięczyć- odparł stanowczo Absalom. Wiedział, że nigdy nie zdoła. Mortalis zrobił dla niego tyle rzeczy, ocalił go przed śmiercią, dał mu dach nad głową i właściwie wszystko, czego ten mógł oczekiwać. Czasem chciał tylko jakoś zaimponować mężczyźnie. Udowodnić mu swoją wartość. Ale w jaki sposób...?- Poza tym, nie mogę odejść. Mam tu wiele obowiązków... Zajmuję się domem i...
-Ha! Pierzesz i sprzątasz, co?- Edalis zachichotał nieco słabym głosem i pokręcił głową- Chłopcze, to jest zadanie dla kobiet! Przeprowadzisz się do miasta to sam zobaczysz! I znajdziesz sobie taką, która będzie to robiła za ciebie.
-Nie chcę kobiet- odmruknął niechętnie chłopak, odwracając wzrok.
Zaczynał się poważnie zastanawiać nad tym, czy jego dziwactwo Edalis będzie potrafił równie łatwo wyjaśnić, jak osobliwość Mortalisa. Miał wrażenie, że jednak nie do końca.
-Ależ tam znowu! Młody jesteś jeszcze, to gadasz bzdury. Kobiety są potrzebne i chociaż ciężko się z nimi dogadać to bez nich ciężko funkcjonować... Zresztą, sam się o tym przekonasz, jak trochę dorośniesz. Przyda ci się jakaś dziewczyna, bo i dzieci urodzi, i domem się zajmie... One są w końcu od tego, żeby dopełniać nasze życie. No i żeby zajmować się wszystkim...- Edalis uśmiechnął się lekko- Ale gdy będziesz podrywał jakąś młódkę, lepiej użyj pierwszego argumentu.
Absalom westchnął ciężko. I jak miał się zachowywać w takich warunkach? Co miał zrobić? Wykrzyczeć desperacko całemu światu, że dziewczęta go nie interesują, że nikt go nie interesuje, nikt prócz Mortalisa...? Nawet nie wiedział, czy ktoś potraktowałby jego słowa poważnie. No bo czy to możliwe, żeby darzyć takim uczuciem mężczyznę...? A przecież nie miał pojęcia o miłości. Znał ją tylko z książek i tam zawsze była taka sama. Piękna, nieśmiertelna, przezwyciężająca wszystkie przeszkody. Kończyła się szczęśliwie lub tragicznie, ale i tak była czymś silniejszym nawet od śmierci. Ale świat był zupełnie inny. Obserwował w mieście ludzi, ich zwykłe zajęcia, snujące się niespiesznie ulicami pary, młodzieńców zakradających się pod okna dziewcząt, żeby je podglądać, kobiety, ciągnące do domów pijanych mężów i sam już nie wiedział, jak to wszystko ma wyglądać. Mortalis był jedyną osobą, którą darzył tak silnym uczuciem. Ale nie było to uczucie zupełnie czyste, biorąc pod uwagę myśli, jakie coraz częściej kłębiły mu się w głowie i sny, które nawiedzały go tak często...
Dotarli wreszcie do chatki, co Edalis przyjął z niesamowitą ulgą.
-Szczęście, że udało mi się trochę schudnąć, a i chodzę więcej, bo tak, przysięgam ci chłopcze, w połowie już by mi brakło sił...- wycharczał, chociaż, szczerze mówiąc, zmian w jego posturze Absalom nie odnotował- A to takie zadupie... Ani tu dojechać, ani kogoś posłać... Co za kretyn wybiera sobie takie miejsce do życia!- rzucił, a chłopak odniósł wrażenie, że te słowa celowo powiedział głośno, by dosłyszał go Mortalis.
Absalom wszedł do środka, otwierając Edalisowi drzwi, przez które ten ledwie się przepchnął. Chłopak uśmiechnął się delikatnie do mężczyzny, leżącego na łóżku i spoglądającego w kierunku gościa bez szczególnego entuzjazmu. Nie wyglądał jednak na zdenerwowanego tymi odwiedzinami, więc chłopakowi natychmiast ulżyło.
Zapadła cisza, dla której nawet miano „niezręcznej” wydawało się niezbyt odpowiednie.
-Czego tu chcesz...?- mruknął Mortalis.
-To tak się teraz wita przyjaciela?- odparł Edalis i chociaż obaj mężczyźni wciąż spoglądali na siebie w sposób wyjątkowo chłodny, Absalom patrząc na nich, poczuł się rozbawiony, a nie zaniepokojony. Miny mieli jak młodzieńcy, którzy pokłóciwszy się wcześniej o jakąś błahostkę, chcieli się pogodzić i bali odpuścić jednocześnie.
-Przyjaciela...? Nie zauważyłem, wybacz. Musiałeś go zasłonić.
-O tak, śmiej się z grubasa... Ja przynajmniej mogę się jeszcze ruszać...- sapnął Edalis, opadając ciężko na jedno z krzesełek dokładnie w momencie, w którym wypowiadał te słowa. Drewno skrzypnęło mocno pod jego ciężarem.
-Czego tu chcesz?- powtórzył Mortalis.
Absalom przyglądał się tej scenie, czując coraz większą chęć, by wybuchnąć śmiechem.
-Słyszałem, że zdychasz, więc przyszedłem popatrzeć- odparł złośliwie mężczyzna.
-Źle słyszałeś. Przykro mi cię rozczarowywać.
-Nie szkodzi, poczekam...
-Pójdę się przejść- stwierdził Absalom, uśmiechając się lekko i ruszając do wyjścia. Chyba lepiej było zostawić ich samych.
-Absa...- Mortalis podniósł się nieco, spoglądając na niego z uwagą- Nie odchodź za daleko.
-A ty co, w ojca się bawisz...?- rzucił z pobłażaniem Edalis, a mimo tego, że został właśnie przez swojego przyjaciela obdarzony takim spojrzeniem, że Absalom na jego miejscu zamarłby ze strachu, kontynuował- To duży chłopak. Idź, idź, Absa.
Absalom spoglądał jeszcze przez chwilę na twarz opiekuna, na której dostrzegł tłumiony, ale jednak, grymas bólu.
-Dobrze się czujesz...?- zapytał cicho.
-Och, no, następny!- parsknął śmiechem Edalis- Idź, chłopcze! Przy mnie nie zginie... Chyba, że mnie zezłości za bardzo, ale za to już nie odpowiadam... Idź, idź. Daj staruchom pogadać w spokoju.
Absalom wyszedł z domku i zatrzymał się na chwilę przed drzwiami.
-Coś ty się zrobił taki troskliwy, co...?- usłyszał pełne rozbawienia pytanie Edalisa i poczuł, jak rumieńce wkradają się na jego twarz.
W tym momencie jednak zawstydził się jeszcze bardziej i pouczył w myślach, że podsłuchiwanie pod drzwiami nie należy z pewnością do grzecznych zachowań.
Odszedł.
Spacerował po lesie dłużej niż zamierzał. Potrzebował chyba chwili wytchnienia, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy albo do czego nie chciał się przed sobą przyznać. Ostatnie dni wymagały od niego wykazania się dojrzałością i stanowczością, względem samego siebie i względem swojego opiekuna. I zobaczył Mortalisa, jakiego nigdy wcześniej nie znał. Równie cichego, równie milczącego, ale mniej spokojnego, zdenerwowanego, zirytowanego, że miał go przy sobie, że nie był z tym wszystkim sam, jakby mógł sobie poradzić bez czyjejkolwiek pomocy. Nie znał mężczyzny od tej strony. To zawsze on miał jakieś kłopoty, potrzebował wsparcia, rozmowy... Mortalis zdawał się być gdzieś daleko od tego wszystkiego. Nigdy nie mówił o swoich uczuciach, tłumił w sobie wszystko, chował tak głęboko, że trudno go było czasem zmusić, by powiedział choć słowo, a przy tym zawsze był tak opanowany i rozważny, że Absalom czuł się przy nim całkowicie bezpieczny. Teraz to się zmieniło. Bo teraz, to Mortalis potrzebował jego. Może najbardziej w całym swoim życiu. I Absalom musiał zrobić wszystko, by mu pomóc. Nie chodziło tylko o to, by opatrzyć i wyleczyć rany ciała. Chodziło o to, by chociażby opatrzyć rany duszy, jeśli nie dało się z nimi zrobić już nic więcej. I pomóc mu zmienić to wszystko, przekonać, by został na miejscu. I wtedy pewnie Absalom przestałby myśleć o mieście, jako o miejscu odpowiednim dla siebie. I mógłby tutaj z nim być, być już na zawsze, zajmując się swoimi codziennymi obowiązkami i czerpać z nich tak wielką radość, jak wcześniej.
Wrócił do domu, gdy zaczęło się ściemniać. Edalisa już nie było.
-Witaj...- przywitał się z Mortalisem, uśmiechając się do niego lekko. Mężczyzna spojrzał na niego z uwagą, a na jego twarz wstąpiło coś na kształt ulgi- Dawno wyszedł...?
-Jakiś czas temu.
Bardziej konkretnej odpowiedzi trudno było chyba od niego wymagać.
-Ciekawe, jak się ma jego woźnica... Dasz wiarę, że kazał mu czekać tuż pod lasem, dopóki nie wróci...?- chłopak zaśmiał się lekko, chcąc jedynie poprawić jakoś nastrój opiekuna, ale ten tylko znowu odwrócił wzrok i nic nie odpowiedział- Porozmawialiście sobie...?- głos Absaloma stawał się coraz bardziej nerwowy. Zachowanie Mortalisa zupełnie wytrącało go z równowagi.
A gdy znowu odpowiedziało mu jedynie milczenie, przeszedł do pomieszczenia obok, by sprawdzić, ile jeszcze zostało opatrunków, ale tego akurat nie brakowało. Najwyraźniej i na to Mortalis był przygotowany.
-Porozmawialiśmy...- usłyszał wreszcie cichą odpowiedź, gdy wrócił do izby, z bandażami i wodą- Chyba na temat ważny dla ciebie.
Absalom odwrócił się w jego stronę i zamarł w bezruchu. Przełknął nerwowo ślinę. No tak. Sam przecież prosił Edalisa, ale... Słysząc jego śmiech i kpiny spodziewał się, że ten obróci to wszystko w żart albo w ogóle nie poruszy tego wątku. Odłożył przyniesione przez siebie rzeczy na drugie łóżko i stanął obok Mortalisa, spoglądając na niego niepewnie. Mężczyzna był równie spokojny, co zawsze, ale Absalom czuł się wyjątkowo nieswojo. Jeszcze nie tak dawno przekonywał Edalisa wszystkimi argumentami, które wymyślił, że przeprowadzka do miasta jest świetnym pomysłem. Teraz, patrząc na swojego opiekuna, czuł się jak winowajca.
-Zgadzam się- rzucił w końcu cicho mężczyzna.
-Mortalis, ja naprawdę nie...- Absalom umilkł w połowie zdania, gdy zrozumiał, co przed chwilą powiedział Mortalis. A gotów był właśnie wytłumaczyć mu, że to wszystko nie tak, że coś strzeliło mu do głowy, ale to właściwie nieistotne... Uśmiechnął się, wciąż jeszcze oszołomiony słowami, które usłyszał- To... To świetnie...- stwierdził, biorąc głęboki oddech.
-Owszem. Edalis wszystko przygotuje. Zapewnił, że znajdziesz sobie miejsce u niego w gospodzie, ale jeśli nie będzie ci to odpowiadało, na pewno da się to załatwić inaczej. Pieniądze zabierzesz stąd. Bycie dłużnikiem Edalisa nie jest najprzyjemniejsze, a on zawsze upomina się o swoje.
Po chwilowej euforii, Absalom znowu poczuł się zdezorientowany.
-Co takiego...?- zapytał niepewnie- A... A ty?
-Co ja?- mruknął obojętnie mężczyzna.
Dopiero w tym momencie chłopak zrozumiał, że jego chwilowa radość była zupełnie nieuzasadniona. Zdenerwował się tym wszystkim. Winą natychmiast obarczył Edalisa. Jak zwykle musiał przekręcić każde jego słowo.
-Mortalis, nie rozumiesz...- szepnął z paniką w głosie, kręcąc gwałtownie głową. Doprawdy, wręcz niewiarygodne, do jakiego stanu potrafił go doprowadzić ten mężczyzna, jednym słowem, jednym stwierdzeniem, chociaż w jego głosie nie było cienia pretensji, żalu czy złości.- Nie chciałem się stąd wyprowadzać, nie bez ciebie. To wszystko zupełnie nie tak...- odetchnął płytko, przeczesując nerwowo włosy palcami- Chciałem tylko... Owszem, poprosiłem Edalisa, żeby z tobą porozmawiał, ale... Nie chcę stąd odchodzić. Nie tak to miało wyglądać. Sądziłem, że może razem...
-Razem?- przerwał mu Mortalis, wpatrując się w niego pobłażliwie- Naprawdę myślałeś, że przeprowadzę się z tobą do miasta...?- Absalom spuścił wzrok- Nie, Absa. Wcale tak nie myślałeś. Brakuje ci tego.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie chłopak, chociaż w duchu sam już nie wiedział. Może... Może ostatnio poczuł coś na kształt tęsknoty za tym wszystkim, za ludźmi, otoczeniem... Albo raczej za możliwością pokazania swoich umiejętności, zrobienia wreszcie czegoś przydatnego, godnego uwagi... Ale na pewno nie było to więcej warte niż bliskość Mortalisa- Zresztą, sam dobrze wiesz! Nie chcę stąd odchodzić!
-Gdybyś nie chciał, nie rozmawiałbyś o tym z Edalisem.
-To nie tak, to wszystko nie tak!- trząsł się cały, mimo że jego rozmówca wciąż prezentował zaskakujący wprost spokój- Przecież tyle razy ci mówiłem! Nie cierpię miasta!
-Widać nie tak bardzo, jak sądziłem.
I znowu cisza, którą tak ciężko było przerwać choćby jednym słowem.
-Przepraszam- szepnął wreszcie Absalom, przełykając nerwowo ślinę.- Zapomnijmy o tym, w porządku?
Mortalis parsknął cicho.
-Zamierzasz uciekać przed tym, czego naprawdę chcesz...?
-Nie chcę tego! Dobrze wiesz, że nie ruszyłbym się stąd nigdzie bez ciebie!
-Och, tak... Edalis wspominał, że czujesz względem mnie pewne... zobowiązania... Nie powinieneś. Postąpiłem tak, jak postąpić należało. Nie wymagam od ciebie wdzięczności.
-Moja wdzięczność nie jest odpowiedzią na wymagania!- Absalom z chwili na chwilę robił się coraz bardziej nerwowy. Żałował, że w ogóle poruszył ten temat z Edalisem, żałował, że chociaż przez moment myślał o tym, by zacząć żyć inaczej niż do tej pory- A poza tym, to nie dlatego tutaj jestem! Chcę z tobą być!- wyrzucił z siebie to, co przez tak długi czas dusił w sobie, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest to deklaracja, którą Mortalis mógłby zrozumieć inaczej, niż jedynie poprzez sympatię i przywiązanie wynikające z ich specyficznych relacji.
-Absa, nie jesteś już dzieckiem- stwierdził mężczyzna. Chłopak czuł rozżalenie, słysząc, z jaką obojętnością, opanowaniem, mówi o jego odejściu. Ostatnim razem, gdy o tym rozmawiali, było zupełnie inaczej- Więc zacznij wreszcie robić to, co robić chcesz, bez oglądania się za siebie.
-Owszem, nie jestem już dzieckiem, więc przestań mi wreszcie wmawiać, że wiesz lepiej ode mnie, co miałem na myśli! A jeśli chcesz się mnie pozbyć, powiedz mi to prosto w oczy!- wykrzyczał niepohamowanie i zupełnie niespodziewanie dla samego siebie.
Mortalis spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
Absalom cofnął się nieco i zakrył na chwilę usta dłonią, jakby wyrwało mu się jakieś obrzydliwe przekleństwo.
-Przepraszam...- wydusił z siebie w końcu.
-Niepotrzebnie.
-Nie chciałem cię zdenerwować.
-Nie zdenerwowałeś.
-Po prostu mówiłeś, że jestem tu potrzebny...- wyjaśnił powoli chłopak- A teraz chcesz, żebym odszedł.
-Jesteś mi potrzebny.
-Potrzebnym ludziom nie pozwala się odejść, ot tak.
-Absa, nie chcę, żebyś obudził się za jakiś czas i zorientował, że znajdujesz się w niewłaściwym miejscu i że zmarnowałeś swój czas- odpowiedział Mortalis, przyglądając mu się z uwagą i czymś na kształt troski- Jesteś wystarczająco dorosły, by zająć się samym sobą i wystarczająco młody, by osiągnąć to, co zamierzasz. Nie mów mi, że twoją ambicją jest spędzenie samotnego życia z dala od całego świata. Nie jesteś mną.
-Ale moje miejsce jest tutaj- odparł z pełnym przekonaniem.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że będąc tutaj, razem z Mortalisem, będzie musiał zrezygnować z wielu rzeczy i zapewne nigdy nie stanie się tym, kim chciał być. A kim chciał być...? Może i dorósł, ale w jego głowie wciąż kłębiły się jedynie dziecięce marzenia. Marzenia o tym, by być bohaterem, może nie takim, który walczy ze smokami i ratuje księżniczki, ale takim, który robi coś dla innych, poprawia ich życie, pomaga... Kimś, kto jest godny zainteresowania i podziwu, chociaż bohaterowie w książkach zawsze byli skromni i nigdy nie mieli takich oczekiwań. On  bardzo chciał zobaczyć uznanie w oczach tego jednego mężczyzny. Ale nigdy nie będzie potrafił mu dorównać ani w żaden sposób zaimponować. Na zawsze pozostanie tym dzieckiem, które ten wyratował wtedy z płonącej wioski, które potrzebowało opieki i chociaż od zawsze starało się zrobić coś, by tajemnicza zjawa spojrzała na niego inaczej niż zwykle, nigdy mu się to nie udało.
Mortalis odetchnął płytko i przymknął powieki. Absalom usiadł prędko na brzegu łóżka, odchylając kołdrę i przesuwając palcami po zakrywających rany bandażach.
-Mortalis?- zapytał niepewnie.
Odpowiedział mu niewyraźny pomruk. Wstał, by wziąć misę z wodą i materiały, po czym przysiadł przy nim ponownie i ostrożnie zaczął rozplątywać stare opatrunki. Po raz kolejny, dokładnie obmył ślady walki. Mężczyzna chwycił nagle jego dłoń, zatrzymując ją na swojej klatce piersiowej.
-Idź, Absa- szepnął na wpół przytomnie- To nie jest miejsce dla ciebie. Tu nie jest bezpiecznie. A ja któregoś dnia już nie wrócę.

sobota, 18 lutego 2012

Dobry wieczór :)

A więc wygrało "You Found Me" i to tego opowiadania możecie się spodziewać w przyszłym tygodniu :).

Enjoy.

Rozdział 12 [Chaos]

Amir stracił grunt pod nogami i nagle poczuł się tak, jakby spadał skądś z niewiarygodną szybkością. I chociaż, w ostatnim rozpaczliwym odruchu, chciał spróbować chwycić się czegoś, nie był w stanie, jakby stracił kontrolę nad swoim ciałem. Słyszał nieprzyjemny szum, a przed oczyma miał całą gamę kolorów, najpierw jaskrawych i oślepiających, później coraz bardziej stonowanych, stopniowo przechodzących w czerń. I nagle zapadał się w wszechogarniającą ciemność, zwalniając. Trudno było złapać mu oddech.
Aż wreszcie uderzył plecami w twarde podłoże. Zamroczyło go na chwilę. Odetchnął głęboko, podnosząc się powoli, czując ból w klatce piersiowej i wciąż słysząc w głowie ten dziwny jazgot, chociaż w pomieszczeniu, w którym się znalazł, panowała  grobowa wręcz cisza. Wstał na nogi i rozejrzał się dookoła. Wyglądało na to, że kimkolwiek była ta kobieta, przynajmniej w jednym nie kłamała. To rzeczywiście był zamek. A Amir chyba znajdował się w czymś na kształt holu. Kilkanaście metrów przed nim, znajdowały się stopnie, prowadzące na podwyższenie, na którym prawdopodobnie znajdował się parter. A zaraz za nimi, w dwóch przeciwnych kierunkach, rozpościerały się monumentalne schody. Amir odwrócił się, ale w miejscu, w którym powinno się znajdować wejście główne, dostrzegł tylko pustą ścianę. Nie poruszał się przez chwilę, starając zorientować w sytuacji i zdecydować, co właściwie powinien robić. Im dłużej jednak stał w miejscu, tym wyraźniej czuł przeraźliwe zimno panujące wewnątrz pałacu. Skrył ściskany w dłoni fragment kryształu za pasem, zdecydowanie woląc nie zastanawiać się teraz nad tym, jak to wszystko, do licha, się stało. Ruszył przed siebie, chwytając za miecz, ale gdy dostrzegł mężczyznę, stojącego na podwyższeniu, zatrzymał się gwałtownie. Wcześniej zupełnie go nie zauważył, a nie był wcale trudny do przeoczenia, nawet na tle krystalicznie białych ścian i podłogi. Człowiek ten stał przy wazonie z kwiatami, odwrócony do niego tyłem. Ruchami wyjątkowo powolnymi i mechanicznymi, układał wciąż i głaskał zwiędłe, przemarznięte płatki kwiatów. Amir ścisnął mocniej broń i ruszył ostrożnie przed siebie, nie będąc pewnym, czego może się spodziewać. Starał się stąpać jak najciszej, ale był to wysiłek daremny. Jego kroki odbijały się echem w całym pomieszczeniu. Mimo to, stojący przy wazonie mężczyzna, zdawał się być tak pochłonięty tym, co robi, że nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Amira ani na chwilę nie opuściła czujność, ale gdy wszedł już po stopniach i stanął właściwie tuż za tym człowiekiem, który wciąż nie zareagował w żaden sposób, zaczął się temu dziwić.
-Hej...- powiedział cicho, wpatrując się w plecy jegomościa podejrzliwie, gotów natychmiast odeprzeć ewentualny atak- Szukam tu kogoś...
Reakcji nie było.
-Wiesz w ogóle gdzie się znajdujemy?- zapytał znowu Amir, ale i tym razem nie uzyskał żadnej odpowiedzi, a nawet zapewnienia, że ten człowiek w ogóle go słyszy- Hej, ty!- rzucił z cieniem irytacji, chwytając mężczyznę za ramię i odwracając go gwałtownie w swoim kierunku.
A gdy zobaczył jego twarz, na chwilę oniemiał  zupełnie. Puste, ciemne oczy, wpatrywały się w niego martwym, pozbawionym wyrazu wzrokiem, a sine, pokryte szronem usta, poruszały bezgłośnie, jakby ten mamrotał coś sam do siebie w szaleństwie. Amir przełknął ślinę, odsuwając się. Człowiek nie powrócił jednak do swojego wcześniejszego zajęcia, a stał w miejscu, zwrócony w stronę mężczyzny.
Amir gnając parterowym korytarzem, wciąż jeszcze wyczuwał na sobie spojrzenie jego nieruchomych oczu, zastanawiając się, co tu się dzieje. Nie musiał czekać długo na odpowiedź. Wpadł na kogoś i po raz kolejny zobaczył dokładnie to samo, co przed momentem. Przystojna twarz stojącego przed nim młodzieńca, była zupełnie obojętna i pozbawiona wyrazu. Wargi popękane i nienaturalnego koloru. Ten nawet nie mówił nic do siebie i zdawało się, że wcale nie dostrzegł obecności intruza, gotów podążyć do przodu, jakby w ogóle go tam nie widział. Amir usunął mu się z drogi, idąc powoli dalej. Na korytarzu minął jeszcze kilkunastu takich mężczyzn. Ci nie reagowali zupełnie na swoją obecność, poruszali się powoli, ociężale, czasem wpadając na siebie wzajemnie i przystając, chwilowo zdezorientowani, jakby nie byli rzeczywiście ludźmi, a jedynie jakąś marną imitacją, próbą, kukłą zdolną do poruszania się i wykonywania prostych czynności. Amir zaczął otwierać znajdujące się przed nim drzwi, jedne po drugich, zaglądał nerwowo do kolejnych pomieszczeń, które były ogromne, ale wyposażone wyjątkowo ubogo. W prawie każdym z tych pokoi znajdował się jeden lub kilku takich osobników, siedząc, leżąc, poprawiając coś czy po prostu stojąc nieruchomo. Ci ludzie budzili w Amirze przerażenie. Zdawali się być pozbawieni życia, jak lodowe rzeźby uskrzydlonych wojowników, rozstawione po całym zamku i stanowiące chyba, oprócz zamarzniętych kwiatów, jedyną ozdobę. Przyglądał się uważnie każdemu człowiekowi, mając w duchu nadzieję, że nie natrafi w końcu na potomka wilków. Bo jeśli się nie mylił, jego towarzysz miał duże szanse, by skończyć dokładnie tak samo jak oni wszyscy. A to oznaczało, że tutejsza królowa miała jednak sporo towarzystwa. I najwyraźniej Nadim nie był jedyną istotą, która ją tak strasznie zafascynowała.
Amir zaczynał się robić coraz bardziej nerwowy. Wrócił do holu i zaczął biec szybko po długich, krętych schodach, w myślach to błagając samego Nadima, by jeszcze żył i miał się dobrze, to przeklinając jego durną decyzję na wszelkie możliwe sposoby. Co za kretyn, co za skończony kretyn! Owszem, dostali fragment, ale cóż im po tym fragmencie, jeśli potomek wilków zmieni się w milczącego żywego trupa! Ciekawe, co Amir miał z tym wszystkim zrobić. Bez Nadima całe te poszukiwania straciły nagle sens i cel. Przecież to on z nich dwóch wierzył w to wszystko do końca! Amir powtarzał sobie w myślach, że nie pozwoli mu zrobić krzywdy za nic w świecie. A bez względu na to, kim jest ta kobieta i co potrafi, zapłaci, jeśli chociażby go tknie.
Gdy wspiął się wreszcie na piętro, usłyszał jakieś hałasy, zupełnie nietypowe dla tego miejsca. Ruszył powoli do przodu, usiłując zlokalizować ich źródło. Gdy dotarł do podwójnych drzwi, dotarł do niego trzask bitego szkła. Otworzył je gwałtownie i wszedł do środka, gotów atakować. Przeszedł po kawałkach niedawnego wazonu, rozglądając się dookoła. Pierwsze, co dostrzegł to, że pokój okazał się sypialnią. Drugie, że Nadima nie było w środku. Trzecie, że znajdująca się tam, dobrze już mu znana kobieta, nie wygląda na zadowoloną. Ścisnął mocniej miecz, otwierając usta, ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek, ta podeszła do niego i chwyciła za gardło z taką mocą, że aż upuścił broń, a następnie bez najmniejszego problemu, przeniosła  na łóżko, dociskając do pościeli.
-Gdzie on jest?!- wrzasnęła gniewnie, a jej twarz wykrzywiona grymasem złości nie wydawała się być równie piękna, co wcześniej.
-U... Uciekł ci...?- Amir uśmiechnął się drwiąco, nie mogąc złapać oddechu- Co za przykrość...
Wściekły krzyk wydobył się z gardła kobiety, gdy bez najmniejszego problemu rzuciła nim o ścianę. Amir podniósł się natychmiast, mimo chwilowego otępienia, obolały. Oddychając płytko, przyglądał się królowej z uwagą, ale ta nie wydawała się być nim więcej zainteresowana.
-Zabrać go- rzuciła spokojnym już, lodowatym głosem do pustego pomieszczenia- Nie chcę go więcej widzieć.
Mężczyzna nie bardzo wiedział, co mają znaczyć te słowa, ale podejrzewał, że zaraz może zjawić się tutaj cała gromada jej mało ruchliwych sługusów. Podbiegł do drzwi, chwytając po drodze za swój miecz i wypadł z pomieszczenia, niczym nie zatrzymywany. Aż do tamtej chwili. Bo ledwie przeszedł przez próg, a poczuł, że coś chwyta go mocno za poły ubrania. Szarpnął się mocno, słysząc trzask rwanej koszuli i odwrócił się, ale w tym momencie poczuł mocne uderzenie i po raz drugi zatrzymał się dopiero na ścianie. Czuł krew spływającą mu z nosa i pieczenie w okolicach skroni. Tym razem jednak ani na chwilę nie puścił broni, chociaż to, co zobaczył, wprawiło go w niemałe osłupienie. To nie ta kobieta, jak podejrzewał na początku, wyszła za nim, by go powstrzymać. Nawet nie żaden z jej „towarzyszy życia”. Stał przed nim jeden z potężnych, lodowych posągów aniołów, jakich wszędzie było pełno. Tym razem chwycił on  Amira w pasie, na wpół prowadząc , na wpół wręcz ciągnąc go w kierunku schodów. Mężczyzna w miarę swoich możliwości ruchowych, usiłował zadawać mu ciosy, jeden po drugim, ale udało mu się jedynie zrobić niewielkie wyszczerbienie w ręce figury, na które ta i tak nie zareagowała. Na nic było szarpanie się i próby ucieczki. Został zwleczony na parter, a później jeszcze niżej, schodami, których wcześniej nawet nie dostrzegł. Ale prócz zastanawiania się nad tym, jak uciec, jedna myśl świtała mu w głowie. Nadim był bezpieczny. Jeszcze bezpieczny.
Pomieszczenia, do którego został wprowadzony, nie można było pomylić z żadnym innym. Było to z pewnością coś na kształt więzienia. Długi korytarz prowadził pomiędzy kolejnymi, w większości opustoszałymi celami. Dopiero w jednej z nich Amir dostrzegł, a raczej najpierw usłyszał młodego mężczyznę:
-Powiedz królowej... Powiedz, wybawco, powiedz królowej...- powtarzał chaotycznie, usiłując chwycić posąg, gdy ten przechodził obok niego- Proszę, powiedz królowej! Najwierniejszy z najwierniejszych czeka na nią! Powiedz królowej, powiedz królowej...
Amir został wrzucony do jeden z cel, znajdujących się w rzędzie naprzeciwko tej, w której znajdował się mężczyzna, o dwa pomieszczenia dalej. Lodowy pomnik zamknął drzwi, a następnie odszedł.
-Pamiętaj!- zawołał rozpaczliwie młodzieniec, wyciągając ręce zza krat- Powiedz królowej! Musisz powiedzieć królowej!
Dopiero gdy Amir oderwał wreszcie od niego spojrzenie i przeniósł je na znajdującą się przed nim celę, zauważył kogoś jeszcze. Następnego człowieka, tym razem leżącego twarzą do ziemi i drżącego spazmatycznie. Krew obficie wypływała z jego ciała, pokrywając posadzkę.
-Ej, ty!- Amir stanął tuż przy kratach, spoglądając na niego z obawą i chcąc sprawdzić, czy ten w ogóle rozumie chociaż słowo- Słyszysz mnie...?
-Nie słyszy- padła spokojna odpowiedź i w pierwszej chwili mężczyzna nie potrafił zorientować się, kto jej udzielił. Dopiero gdy jegomość podszedł bliżej krat swojej celi, Amir dostrzegł jego przystojną, młodzieńczą twarz i charakterystyczną, błazeńską czapkę.- Zostaw go. I tak nic nam już nie pomoże.
-Królowo, królowo!- wrzeszczał głośno, zachrypniętym głosem pierwszy z młodzieńców- Twój najwierniejszy rycerz czeka! Najwspanialsza, najpiękniejsza pani świata! Zechciej chociaż spojrzeć na mnie! O, królowo!
Amir wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na swojego rozmówcę. Wydawało mu się, że on jeden z tutaj obecnych, ma przynajmniej mgliste pojęcie tego, co się tutaj właściwie dzieje.
-Gdzie jesteśmy?- zapytał, ocierając stróżkę krwi sączącą się z nosa i chowając miecz.
-W zamku królowej- odparł tamten, chociaż nie takiej odpowiedzi Amir oczekiwał.
-O, pani! Twoje piękno, twój blask, oczy twoje, usta...! Chciałbym być przy tobie całą wieczność, całą wieczność spędzić u twojego boku! Czekam cierpliwie, czekam na ciebie! Przyjdź po mnie, proszę, przyjdź...
-Przymknij się!- warknął z irytacją Amir, ale tamten nadal wykrzykiwał swoje, jeszcze głośniej  i z większym zaangażowaniem niż wcześniej.
-Nie zrozumie- stwierdził błazen- Tyle czasu tutaj... Sam zresztą zobaczysz. Każdy szuka ukojenia. W śmierci lub w szaleństwie. Pewnie sam bym zwariował... Gdybym wcześniej nie był już wariatem...- zaśmiał się ochryple.
Amir wahał się chwilę, po czym zapytał:
-Co tu się dzieje? Co ona robi tym wszystkim ludziom?
Zdawało mu się, że jego rozmówca jako jedyny potrafi udzielić mu odpowiedzi na te pytania.
-Nasza królowa jest bardzo nieszczęśliwa...- westchnął z teatralnym strapieniem- Więc schodzi do świata, w którym niegdyś żyła, szukając sobie oblubieńca, który ogrzeje jej serce... Ale nikt nie potrafi tego uczynić, bowiem nasza królowa nie ma już serca, a jedynie sopel lodu tkwiący tam, gdzie powinno się ono znajdować... Ale nasza pani nie jest już człowiekiem, więc jej to w żaden sposób nie szkodzi... W przeciwieństwie do tych, których sprowadza tutaj i których serca, swoim pocałunkiem, zamraża. Widziałeś jaki los ich spotkał, prawda...?- ton rozbawienia wkradł się do głosu mężczyzny- Stan, w którym się znajdują, gorszy jest od śmierci. A królowa wciąż szuka, coraz bardziej rozpaczliwie. Wciąż jeszcze nie potrafi zrozumieć, że nic nie jest w stanie cofnąć kary za to, co niegdyś uczyniła.
Amir zmarszczył brwi.
-Więc jak wy...?
-... jak uniknęliśmy losu kalekich na duszy istot?- dopowiedział mężczyzna, śmiejąc się lekko- Mieliśmy wielkie szczęście. Albo ogromnego pecha. Nim nasza królowa odpowiednio się nami zajęła, ktoś inny przykuł jej uwagę. A gdy tak się stało, kazała nas zostawić tutaj, do dnia, gdy po nas powróci. Ale nie wróciła i to się raczej nie zmieni..- dodał, chichocąc i z pobłażliwością wyglądając na wyjącego wciąż hymny pochwalne towarzysza- Gdy raz traci zainteresowanie, już go nie odzyskuje. Nigdy tu nie zagląda.
-Jak długo tu jesteś?
-Całą wieczność. Tutaj nie ma dni i nocy. Nie czuje się głodu ani pragnienia, ciało nie starzeje się wcale, nie ma chorób, a śmierć przychodzi tylko na zawołanie...- powiedział, a Amir dostrzegł, że ciało znajdującego się przed nim człowieka zamarło w bezruchu, w kałuży krwi- Wielu ludzi tak właśnie wyobraża sobie raj. A raj jest piekłem.
Amir milczał przez chwilę, zastanawiając się nie nad słowami swojego rozmówcy, a nad tym, co się teraz dzieje z Nadimem. Może znalazł już drogę ucieczki, nieświadom tego, że znajduje się tutaj jego towarzysz. Może jest już całkowicie bezpieczny z dala od tego miejsca. Miał taką nadzieję. Ale jeśli było inaczej i on wciąż tkwił gdzieś w tym przeklętym miejscu, Amir musiał go jakoś znaleźć. A wcześniej musiał się stąd wydostać.
-Szukam swojego kompana- rzucił w kierunku błazna- Dostał się tutaj przede mną, może go widziałeś...
Mężczyzna zaczął śmiać się głośno.
-Nie słuchałeś uważnie?- spytał rozbawiony- Nie znajdziesz go. Nie takiego jak wcześniej przynajmniej.
-Nie rozumiesz. On uciekł, nim cokolwiek się stało. Wydostał się stąd albo wciąż jest gdzieś w zamku.
-Stąd nie można się wydostać- odparł z politowaniem mężczyzna- A więc jeśli twój przyjaciel stał się obiektem zainteresowania królowej, ma tylko dwie możliwości. Albo wybierze ją albo śmierć w paszczy okrutnych, potwornych bestii, które powstały z gniewu królowej i które trzyma, by karać tych, którzy ośmielili się sprzeciwić. Ha, to dopiero wybór! Ulec i zatracić się zupełnie, stać się pustym i pozbawionym świadomości, skazać się na bezsens egzystencji, czy odmówić i umierać długo, w męczarniach... Więc co jest ważniejsze...? Chęć przetrwania czy dusza? Strach przed bólem i cierpieniem czy świadomość słusznego wyboru...? Lęk przed tym, co czeka później czy nieśmiertelność będąca absurdem...? A ty co byś wybrał, gdybyś miał wybór...?
-To chyba nie jest w tym momencie ważne- odparł szorstko Amir, nie poświęcając słowom mężczyzny większej uwagi. Ale jeśli ten miał rację, Nadim wciąż był tutaj i wciąż groziło mu niebezpieczeństwo. Właściwie, jakby nie patrzeć, teraz niebezpieczeństwo groziło im obu- Posłuchaj, muszę się stąd jakoś wydostać.
-Głuchy jesteś czy zaczynasz już popadać w obłęd, wmawiając sobie niemożliwe...? Stąd nie ma ucieczki.
-Skąd możesz o tym wiedzieć, skoro nigdy nie próbowałeś?!- zdenerwował się Amir.
Błazen zachichotał cicho.
-Bo znam to miejsce lepiej niż ktokolwiek, kto się tutaj znalazł...- stwierdził niemalże z dumą- Rozejrzyj się po zamku, rozejrzyj się dobrze... Tutaj nie ma drzwi, które mogłyby cię wyprowadzić na zewnątrz. Nie ma okien. Nigdzie, prócz sypialni królowej...- Amir przysłuchiwał mu się z uwagą- Chcesz tamtędy uciec...? Ha! Spróbuj! Odsłoń zasłony i sprawdź, co zobaczysz... Ciemność! Wszędzie ciemność! Zamek unosi się w nicości!- zaśmiał się rozbawiony- Chcesz skoczyć...? Nie skacz, głupcze. Bo skończysz gorzej od tych, którzy się tu znaleźli. Znikniesz, jakbyś nigdy nie istniał.
-Posłuchaj mnie uważnie...- zaczął Amir, siląc się na cierpliwość- Trafiłem tutaj przez coś w rodzaju przejścia. Biały, błyszczący kształt, unoszący się nad ziemią...
-Wrota- stwierdził tamten, skinąwszy głową.
-Niech i będą wrota... Na pewno istnieje sposób, by otworzyć je ponownie.
Amir nie miał pełnej pewności, co do swoich słów, ale raz mu się udało. Nadal nie do końca wiedział w jaki sposób i czuł, że nie jest to odpowiednia chwila, by się nad tym zastanawiać, ale skoro dał radę się tutaj dostać, to z pewnością istniało też jakieś wyjście.
-Wrota może otworzyć tylko nasza królowa- odparł mężczyzna- Tylko ona posiada moc, by przemieszczać się pomiędzy zamkiem, a światem żywych. W obawie, że ktoś mógłby próbować ją zamknąć albo odebrać jej te umiejętności, stworzyła niedawno klucz... Nie znajdziesz klucza, bądź pewien. Nikt nie wie, jak wygląda, ani jaką dokładnie ma siłę. A jeśli jest dziełem królowej, uczyniła wszystko, by śmiertelnik, który chciałby go zdobyć, zginął nim zdążyłby go użyć.
Amir nie odpowiedział, bo w tym momencie drzwi do więzienia otworzyły się z łoskotem. Cała trójka wychyliła głowy, usiłując dostrzec, kto wszedł do środka. Lodowy posąg przeszedł niespiesznie korytarzem, zatrzymując się przy celi Amira i otworzył ją. Mężczyzna cofnął się gwałtownie, nie rozumiejąc, co się dzieje.
-Mówiłeś, że królowa o was nie pamięta- rzucił do błazna.
-O nas nie...- odpowiedział tamten, chichocąc wesoło.
Lodowa dłoń kreatury chwyciła go mocno za ramię i wyprowadziła zza krat. Tym razem Amir nie stawiał oporu. Wiedział, że to zupełnie bezcelowe.
-Ach, zapomniałem ci powiedzieć!- krzyknął jeszcze pełnym ekscytacji głosem jego rozmówca- To słudzy królowej! Głusi i ślepo posłuszni, ale niemożliwi do zniszczenia! Nie próbuj uciekać... I podejmij słuszny wybór! O ile jeszcze jakiś masz...
Gdy Amir prowadzony był w kierunku wyjścia, słyszał śmiech tego człowieka, częściowo zagłuszany przez rozpaczliwe wołania dochodzące z pierwszej zajętej celi.
-Królowo! Królowo!- wrzeszczał znowu młodzieniec, przylgnąwszy do krat- Wybierz mnie, błagam, wybierz mnie! Błagam!
Został wyciągnięty z pomieszczenia, a następnie poprowadzony wzdłuż parteru i zatargany po drugich schodach, na górę.
-Dokąd mnie prowadzisz...?- zapytał nerwowo, ale tak jak się spodziewał, odpowiedzi nie otrzymał.
Zdecydowanie nie zamierzał być kolejnym, ledwie przytomnym kochasiem tej baby. Chociaż z drugiej strony, kończenie żywota w tak młodym wieku i nastrojowym miejscu jak ten przeklęty zamek, co oczywiście zawdzięczał swojemu genialnemu towarzyszowi, też niespecjalnie mu się podobało. Gdy był prowadzony kolejnym korytarzem, zaczął tracić resztki pozornego spokoju i wyrywać się zupełnie tak jak wcześniej, aż do momentu, gdy zorientował się, że najprawdopodobniej będzie musiał urwać sobie rękę, żeby uciec od silnego uścisku lodowej dłoni. Na końcu korytarza widniały jedyne drzwi, które trzymająca go kreatura, otworzyła bez żadnego problemu, wrzuciła go do środka i zatrzasnęła z powrotem. Amir podniósł się szybko na nogi i rozejrzał dookoła. Znajdował się w pustym zupełnie pomieszczeniu, z którego jedna część, w której stał, była stosunkowo jasna, a druga, trudnych do określenia rozmiarów, pogrążona w mroku. Przełknął ślinę, słysząc dochodzące z ciemności warczenie i ryki. Podszedł szybko do drzwi i zorientował się, że z tej strony nie mają klamki. Najwyraźniej z tego pokoju nikt nie miał wyjść cało, czego Amir jeszcze nie chciał przyjąć do wiadomości, więc najpierw z całej siły zaczął uderzać w drzwi, by ostatecznie próbować je wyważyć, co zakończyło się jedynie bólem ramienia.
Odetchnął głęboko, przymykając na chwilę powieki i zastanawiając się nad tym, co dalej robić, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Ha! I tak właśnie kończą prawdziwi bohaterowie! Kretyni, którzy idą ratować towarzysza, a lądują w jakimś miejscu bez wyjścia z dziką bestią na karku!
Chyba pomyślał o tym w złą godzinę. Bo w tym właśnie momencie usłyszał stąpanie ciężkich łap, zbliżających się powoli w jego kierunku. Przełknął nerwowo ślinę, wyciągając miecz, a następnie powoli odwrócił się w kierunku zwierzęcia, którego rozmiary przerosły jego wszelkie oczekiwania. Trudno było mu nawet powiedzieć, co to właściwie jest. Wyglądało jak ogromny, całkowicie biały wilk, poruszało się na czterech łapach, ale było tak ogromne, że Amir musiał podnosić głowę, by spojrzeć na jego wielki pysk. Przycisnął się do drzwi, ściskając mocno broń w ręku, gotów zaatakować, gdy tylko bestia się bliży. Ta krążyła wokół niego, jakby przyglądając się z uwagą, po czym wreszcie podeszła do niego. Mężczyzna w pierwszej chwili zamierzał zadać cios, w drugiej – przykucnął na ziemi i czekał na odpowiedni moment, by zaatakować potwora prosto w podbrzusze. Marnie widział swoje szanse w starciu z nim, a wydawało mu się, że jedynie uderzenie w takie miejsce pozwoliłoby mu na szybkie powalenie bestii. Wstrzymał oddech, gdy stworzenie nachyliło się nad nim, a jego olbrzymi pysk znalazł się niepokojąco blisko jego twarzy. Ale gdy już miał atakować, poczuł jak jęzor bestii przesuwa się po jego twarzy. I chociaż w pierwszej chwili pomyślał, że być może ta zamierza posmakować przyszłej ofiary, gdy to zdarzyło się po raz drugi i trzeci, aż wreszcie potwór odsunął się i zaczął wydawać z siebie odgłosy podobne szczeknięciom, biegając po pomieszczeniu i podskakując wesoło z taką siłą, że cała sala zatrzęsła się w posadach, Amir otarł ślinę z twarzy i zdecydował się przyjrzeć kreaturze uważniej.
-Mały Pies...- szepnął, trudno powiedzieć, czy bardziej zdumiony, czy  przerażony, gdy dostrzegł charakterystyczny dzwonek zawieszony na szyi zwierzęcia. Na jego słowa to uradowało się jeszcze bardziej i znowu zaczęło szczekać, jakby chcąc potwierdzić, wciąż zdające się być mocno absurdalnym, przypuszczenie mężczyzny- O bogowie...- rzucił Amir, wstając- Nadim miał rację, że nazywanie ciebie w ten sposób było kretynizmem...
Mały Pies, będący jednak już mniej mały, a bardziej przypominający pupila olbrzyma, wciąż wzbudzał w Amirze niemały lęk, mimo tego, że zdecydowanie sprawiał wrażenie, jakby chciał mu okazać swoją sympatię, a nie go pożreć. Tak czy inaczej nawet to okazywanie sympatii mogło się skończyć dla mężczyzny niezbyt dobrze, szczególnie, gdy zwierzak usiłował na niego wskoczyć, z czego zapewne mężczyzna nie wyszedłby w jednym kawałku, gdyby w porę się nie odsunął.
-Dobry pies... Dobry pies...- szepnął nerwowo, klepiąc go po boku, bo wyżej sięgnąć nie mógł, po czym, co jakiś czas oglądając się z niepokojem za siebie, wrócił do prób sforsowania drzwi.
I tym razem zakończyły się one niepowodzeniem. Westchnął ciężko i odsunął się od nich na chwilę, usiłując wymyślić cokolwiek, co mogłoby mu w tej sytuacji pomóc. W tym momencie usłyszał głośny huk, który obudziłby zapewne nie tylko wszystkich żywych, ale i zmarłych w tym miejscu, a gdy się odwrócił, zauważył, że Mały Pies znalazł już sposób, by się wydostać. Razem z drzwiami i kawałkiem ściany, ale mimo wszystko. Amir uśmiechnął się do niego, wciąż woląc zachować bezpieczny dystans i wyszedł z pomieszczenia.
-O tym nie pomyślałem...- przyznał z cieniem rozbawienia. Zwierzak podrygiwał wesoło, co przy jego wielkości i tak wyglądało dość przerażająco- Zostań tutaj, dobrze?- poprosił go mężczyzna, po czym ruszył w dół po schodach.
Pies jednak nie posłuchał, co nie powinno budzić w mężczyźnie szczególnego zdumienia, skoro nawet jego własny towarzysz, mimo rzekomej inteligencji nie ustępującej ludziom, zazwyczaj zupełnie nie rozumiał, co się do niego mówi. I tak Mały Pies zaczął schodzić, a może wręcz zeskakiwać po schodach, na których, jedno po drugim, pojawiały się spore pęknięcia, dotrzymując kroku Amirowi.
-Nie wyprowadzają cię tu chyba za często na spacery, co...?- uśmiechnął się blado mężczyzna, obserwując szkody, jakie już zdążyło wyrządzić zwierzę.
Zszedł wraz z nim na dół, zastanawiając się nieustannie, gdzie mógł teraz podziewać się Nadim. Gdzie on by się schował na jego miejscu. Zdecydował się raz jeszcze zajrzeć do więzienia, przypuszczając, że może potomek wilków zdążył tam trafić w międzyczasie. Ruszył w kierunku parterowego korytarza, gdy nagle stojący obok lodowy posąg, który wcześniej w żaden sposób nie reagował na jego obecność, poruszył się w jego kierunku. Amir cofnął się gwałtownie, gdy ogromne ramię zamachnęło się do uderzenia, ale zostało nagle zatrzymane w szczękach Małego Psa, który zaatakował je z całą mocą, krusząc ogromnymi zębami lód na drobne kawałeczki. Mężczyzna stał jeszcze przez chwilę w miejscu, przyglądając się zdarzeniu, ale szybko doszedł do wniosku, że zwierzę nie będzie raczej potrzebowało jego pomocy. Pobiegł przed siebie, nadal słysząc donośne, gniewne warczenie i trzask miażdżonej figury.
I gdyby jeden z obecnych w korytarzu osobników nie przykuł jego uwagi, pewnie szukałby swojego towarzysza jeszcze długo. Zatrzymał się, gdy zauważył jednego z mężczyzn, stojących z kapturem na głowie przy wazonie kwiatów. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo i tak ubranych jegomości tutaj widział, gdyby nie fakt, że jego ruchy, mimo iż powolne, zdawały się być jednak zupełnie inne, mniej mechaniczne od poczynań pozostałych, a tuż nad miejscem, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, coś kłębiło się pod materiałem. Amir podszedł do niego bliżej i ostrożnie, chociaż niemalże pewien swego przypuszczenia, odwrócił go w swoim kierunku i odsłonił kaptur. Nadim odskoczył w pierwszej chwili, jakby zamierzał się bronić, ale gdy zobaczył swojego towarzysza, wstąpił na jego twarz wyraz zdumienia i niedowierzania.
-Co ty tu robisz...?- zapytał oszołomiony.
Amir nie odpowiedział w pierwszej chwili. Dawno już nie poczuł tak ogromnej ulgi, która w jednej chwili usunęła z niego cały niepokój i lęk. A więc Nadim żył i nadal był sobą. Nadal był tym samym, gadatliwym, irytującym i doprowadzającym go do szału potomkiem wilków, którego nie cierpiał i jednocześnie darzył trudną do określenia sympatią. Wszystko to wywołało w nim takie emocje, że przez chwilę aż chciał  chwycić towarzysza i uściskać mocno. Ale z racji tego, że jednocześnie poważnie rozważał, czy nie dać mu w łeb za jego głupotę, która ściągnęła ich obu do tego przeklętego miejsca, ostatecznie wstrzymał się od obu pomysłów.
-Przyszedłem po ciebie...- odpowiedział w końcu, odetchnąwszy głęboko.
-Oszalałeś?- Nadim spoglądał na niego bez zrozumienia.
-Tak!- odparł z irytacją mężczyzna- Oszalałem, żeby ratować szaleńca, który gotów był poświęcić swoje życie dla durnego kawałka kamienia!
-To nie jest żaden kamień!- obruszył się potomek wilków- Potrzebowaliśmy tego fragmentu.
-Tak?! I ciekawe co miałbym z nim zrobić bez ciebie?!
-Wyruszyć w dalszą podróż... A poza tym przecież zamierzałem wrócić- odpowiedział z całym przekonaniem jego towarzysz- Mówiłem ci, żebyś mi zaufał.
-Ach, więc może mi wyjaśnisz, w jaki sposób zamierzałeś stąd wyjść, co...?- Amir uniósł brew, spoglądając na kompana z politowaniem.
-Cóż...- Naidm odkaszlnął, zakłopotany- Powiedzmy, że to jest ta część planu nad którą jeszcze myślę...
Amir zacisnął wargi i pokręcił głową, znowu czując trudną do pohamowania chęć, by zdzielić go po głowie.
-Nie mamy na to czasu- stwierdził i chwycił go za nadgarstek, ciągnąc z powrotem w kierunku holu, z którego nie dochodziły już odgłosy walki, a więc wszystko wskazywało na to, że Mały Pies doskonale poradził sobie ze swoim przeciwnikiem.
Gdy znaleźli się znowu na podwyższeniu, zwierzę leżało już spokojnie, obok pozostałości po swoim lodowym oponencie. W momencie, gdy dojrzało Amira, podniosło się radośnie, ale gdy tylko dostrzegło jego towarzysza, znowu zaczęło warczeć groźnie.
-Boże...- szepnął potomek wilków, cofając się gwałtownie, gdy pies ruszył w ich kierunku.
-Spokojnie- odparł Amir, przyciskając towarzysza do ściany i stając tuż przed nim, po czym zwrócił się do zwierzęcia- To tylko Nadim. Pamiętasz Nadima, Mały Psie...?- sądząc po otwartej wrogości, wszystko wskazywało na to, że jednak pamięta- Świetnie...
-TO jest Mały Pies...?- rzucił z niedowierzaniem potomek wilków.
-Owszem- a widząc, że ten chce zadać kolejne pytanie, burknął- Chyba nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Po prostu trzymaj się blisko mnie, bo jak widzisz, wciąż nie darzy cię nadmierną sympatią, a sądząc po jego wielkości, może próbować ci odgryźć coś więcej niż tylko ucho. Chodź.
Zeszli schodkami w dół i dotarli do ściany, w której powinny znajdować się jakieś drzwi, których rzecz jasna nie było. Nadim doszedł do wniosku, że może są gdzieś ukryte i zaczął badać dłońmi jej strukturę. Amir natomiast wyjął zza pasa kryształ, chociaż nie do końca wiedział, jak udało mu się otworzyć wrota za pierwszym razem. Przymknął powieki, tak jak wtedy starając się skupić na czymś konkretnym, na wydostaniu się stąd, przywołując w myśli wszystkie bóstwa, jakie przyszły mu do głowy, demona, sam kryształ, cokolwiek, co byłoby w stanie im pomóc. Tym razem jednak, zupełnie nic się nie wydarzyło.
Uchylił powieki, gdy usłyszał, jak ktoś klaszcze. Królowa szła w ich kierunku nie spiesząc się wcale, z pobłażliwym uśmiechem na ustach, najwyraźniej oklaskując ich nieudolne próby. Nie wyglądała na zdenerwowaną ani nawet rozgniewaną, co mocno niepokoiło Amira. Mały Pies spoglądał to na nią, to na mężczyznę, jakby nie potrafił się zdecydować, czy zostać przy nim, czy jednak wrócić do swojej pani.
-Brawo- rzuciła kobieta, głosem niemalże rozbawionym- Nikt jeszcze nigdy nie zrobił tu tyle zamieszania co ty, człowieku. Możesz czuć się dumny.
Amir instynktownie, po raz kolejny zasłonił Nadima własnym ciałem.
-Co ty robisz...?- rzucił potomek wilków, usiłując się odsunąć.
-Masz broń?- warknął w jego kierunku mężczyzna, chowając kryształ i chwytając za miecz- Więc się przymknij.
-Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało ci się tutaj wejść...- mówiła dalej królowa, zbliżając się do nich powoli- Nie wiem też, jak przeżyłeś spotkanie z jednym z moich pupili i dlaczego nie urwał ci od razu głowy, do czego został stworzony, ale to właściwie nie ma żadnego znaczenia. Jak zamierzasz się stąd wydostać, co...?
-Tak samo, jak się tu dostałem- odparł stanowczo Amir, a potomek wilków skinął głową z pełnym przekonaniem, jakby w ogóle miał pojęcie, o czym ten mówi, po czym dopytał pół głosem:
-... Czyli właściwie jak?
Mężczyzna nie odpowiedział. Właściwie to tak, że wiedział i nie wiedział jednocześnie. Zdawało mu się, że to kryształ go tutaj sprowadził, ale nie potrafił użyć go ponownie.
-Nie macie o niczym pojęcia, prawda...?- drwiła kobieta, śmiejąc się lekko.
-Wypuść go- powiedział Amir, a jego towarzysz spojrzał na niego ze zdziwieniem- To, co się tutaj zdarzyło nie było jego, tylko moją winą.
-Niezła próba, człowieku. Ale to jego chciałam, a nie ciebie. Ty mogłeś dalej błąkać się po waszym świecie i w spokoju szukać tego... czego tam sobie szukaliście...- mruknęła lekceważąco, machnąwszy dłonią- Ale skoro zdecydowałeś się już tutaj pojawić, to nie licz na to, że kiedykolwiek uda ci się stąd wydostać.
Amir zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, coraz bardziej nerwowo. Zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy.
-Gdzie jest klucz?- rzucił w końcu, chyba jedynie po to, by zająć królową choć jeszcze przez chwilę.
Jej twarz stężała nagle.
-Co takiego...?
-Klucz- powtórzył Amir z pozorną śmiałością- Gdzie on jest?
-Nie ma żadnego klucza!- warknęła w odpowiedzi królowa i wstąpił w nią gniew- Chodź do mnie!- krzyknęła, spoglądając na zwierzę, ale to, wyraźnie wciąż mocno zdezorientowane, ostatecznie skuliło się i położyło przy mężczyznach, kładąc uszy po sobie. Kobieta skrzywiła się ze złości- Niech i tak będzie...- stwierdziła ozięble, podchodząc do nich, szybszym niż wcześniej krokiem.
Amir przełknął ślinę i wolną dłonią chwycił zwierzę za obrożę. Nadim stanął obok niego, gotów by atakować choćby i gołymi rękoma.
I w tym właśnie momencie, palce mężczyzny przesunęły się lekko i natrafiły na dzwoneczek, który rozbrzmiał charakterystycznym dźwiękiem. Uderzyła go oślepiająca biel i nim zdążył się zorientować, co się dzieje, znowu przedzierał się przez ciemności, tym razem jednak lecąc do góry, coraz wyżej i wyżej, aż ciemności zaczęły przekształcać się w różnorodne kolory. Znowu nie mógł się poruszyć. Czuł jedynie, że ktoś jeszcze jest obok niego, ale nie był w stanie tego sprawdzić. Jedna tylko myśl cały czas kołatała w jego głowie : byli wolni.
Z głuchym jękiem wylądował na trawie i gdy udało mu się wreszcie podnieść i zorientować w sytuacji, dostrzegł, że są w tym samym miejscu, w którym wcześniej otworzyły się wrota. Tuż obok niego upadł Nadim. Przejście zniknęło.
-Chodź. Chodź!- krzyknął, pomagając towarzyszowi podnieść się z ziemi.
Chwycił szybko za upuszczony przez kompana wcześniej tobołek, a ten zabrał swoją broń i już biegiem przedzierali się przez las, coraz dalej i dalej, nie zatrzymując się ani na chwilę, jakby coś ich goniło. Po dłuższym czasie, gdy przeszedł im pierwszy szok związany z sytuacją i zabrakło sił, zatrzymali się na polanie. Rozpalili ognisko i niewiele rozmawiając, rozłożyli namiot i zjedli posiłek.
To była zdecydowanie najdziwniejsza przygoda, jaką Amir do tej pory przeżył, a odkąd podróżował z Nadimem, nie mógł narzekać na ich brak. Człowiekowi, któremu tak ciężko było uwierzyć w wiele bardziej wiarygodnych i łatwiejszych do wytłumaczenia zjawisk, niełatwo było zrozumieć to, co mu się przydarzyło i wyjaśnić to sobie w sposób logiczny i poukładany. Ale nawet jeśli historia z zamkiem unoszącym się w nicości, królową i Małym Psem, który okazał się być zdecydowanie większy, niż powinien, była tak mało prawdopodobna, że zapewne nawet najbardziej naiwny osobnik, nie dałby jej wiary, jeszcze trudniejsza do wyjaśnienia okazała się być sprawa kryształu. W jaki sposób Amirowi udało się otworzyć wrota, nie mając wtedy jeszcze klucza? W jaki sposób udało mu się tam dostać? Jak udało mu się połączyć wszystkie fragmenty w jedną całość? Nie był w stanie nawet wysnuć przypuszczenia, na jakiej zasadzie to wszystko działało, ale póki co nie było mu to do niczego potrzebne. Nadim był teraz razem z nim. I po dłużej chwili ciszy, zaczynał wreszcie gadać zupełnie tak jak zawsze, dużo i bez sensu, opowiadał o czymś i żartował, wesoły jak zwykle.
-Jak właściwie udało ci się dostać do zamku?- zapytał z zainteresowaniem, spoglądając na swojego towarzysza pytająco.
-To trochę skomplikowane- odpowiedział Amir, wzdychając głęboko. Pewne rzeczy ciężko było wyjaśnić.
-No tak...- parsknął śmiechem potomek wilków, kręcąc głową- Bo my przecież nie mamy czasu na skomplikowane historie...
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
-To nieważne- stwierdził i by zmienić temat, dodał z rozbawieniem- W każdym razie, uregulowałem swój dług- Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia- Ty uratowałeś życie mnie, a ja tobie. Teraz jesteśmy kwita.
-Po pierwsze, nie masz żadnego długu, odkąd przyzwyczaiłeś się do mojego imienia...- odpowiedział potomek wilków, chyba z obawą, że jego towarzysz wróci do starego zwyczaju nazywania go „psem”- A po drugie... Jakie ratowanie życia? Świetnie dawałem sobie radę sam. Prędzej czy później, znalazłbym klucz- dodał zaczepnie.
-Tak?- zironizował Amir- Tuż przed tym czy po tym, jak Mały Pies zjadłby cię na obiad?
O bogowie, i pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a raz na zawsze pożegnałby się z tymi wszystkimi przekomarzaniami i uszczypliwościami. A co jeszcze dziwniejsze, naprawdę by mu tego brakowało. Wszystkiego by mu brakowało.
Nadim już otwierał usta, by coś odpowiedzieć, gdy nagle na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia.
-Zgubiłeś je...- stwierdził, spoglądając na towarzysza z paniką.
-Co...?- burknął Amir, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co chodzi.
-Kryształy!- potomek wilków zerwał się na nogi- Musimy się cofnąć i sprawdzić, gdzie są! Oby tylko nie zostały w tym zamku, bo...
Amir chwycił go za nadgarstek i siłą usadził z powrotem.
-Mam kryształy- odparł spokojnie, wsuwając dłoń za pas- To znaczy, właściwie jeden, ale...
-Jeden?! Jak to jeden?!
Amir pokręcił tylko głową i zaraz na otwartej dłoni, pokazał towarzyszowi to, co powstało z połączenia wszystkich posiadanych przez nich fragmentów . Nadim wpatrywał się w kryształ z szeroko otwartymi ustami.
-J... Jak to się stało...?- wydukał wreszcie.
Amir uśmiechnął się lekko.
-Mówiłem, że to skomplikowane.

sobota, 11 lutego 2012

Dzień dobry :)

Za tydzień "Chaos", jak zwykle :). Sytuacja jest taka, że mam do połowy napisany rozdział "Gabriela" (no, prawie do połowy) i "You Found Me". Liczę na to, że któreś skończę na kolejny termin i to Was pytam teraz, co bardziej chcielibyście zobaczyć :). Piszcie, a ja postaram się skończyć to, co wybierzecie.

Enjoy.

16. Remont [LPoH]

Ostatnie kilka dni było dla mnie tak frustrujące, że doprowadziło mnie niemalże na skraj rozpaczy. Oczywiście wszystko związane było z drobnym remontem i urządzaniem nowego pokoju Andy'ego, za co mógłbym zabrać się sam, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że przy moich licznych, ostatnimi czasy, wpadkach i pomyłkach, lepiej będzie wynająć jakąś firmę i oddać robotę w ręce fachowców, żeby wszystko było tak, jak należy. Kolejnego dnia przyjechało więc dwóch młodych panów, którzy wzięli się za malowanie pokoju. Ich przerwy trwały, co prawda, dłużej niż cały czas pracy, ale postanowiłem nie robić za natrętnego gospodarza i zostawiłem ich w spokoju, czekając w salonie aż skończą. Zresztą Andy, który zaglądał do nich co jakiś czas, z zadowoleniem twierdził, że wszystko jest w porządku i wygląda doskonale, więc sądziłem, że nie ma się czym przejmować. Do czasu aż panowie wyszli, a ja zajrzałem do pomieszczenia. Przy listwach i suficie widać było maleńkie albo całkiem widoczne białe plamy. Ze zdenerwowaniem pomalowałem je, klnąc w duchu na wszystkie świętości.
-O co ci chodzi, Mitch?- dopytywał bez zrozumienia Andy, tak zachwycony tym, co widział, że w ogóle nie dostrzegał wszelkich niedociągnięć, podczas gdy ja miałem ochotę skoczyć z okna- O co ci chodzi...?
Tę noc rudzielec znowu spędził w moim łóżku, a ja, jak poprzednio, na kanapie, co wcale nie rozwiązało problemu moich reakcji na jego osobę, a wprost przeciwnie. Śniło mi się, że z namaszczeniem malowałem nagiego Andy'ego czerwoną farbą. Obudziłem się całkowicie twardy i kompletnie przerażony swoim stanem psychicznym. Tego dnia znowu czekał nas najazd „fachowców”, którzy zajęli się podłogą, tym razem jednak pod moim czujnym okiem, więc nikt niczego nie zepsuł. Jeszcze bardziej radosny Andy stwierdził, że panele rzeczywiście wyglądają dużo lepiej niż kafelki i że miałem doskonały pomysł, co poprawiło mi nastrój, niestety, tylko chwilowo. Tej nocy też śniły mi się jakieś dziwactwa, ale przynajmniej nie obkładałem nagiego Andy'ego panelami, co już wskazywało na pewną poprawę. Kolejnego dnia, dowieziono nowe meble, które dwaj cudowni specjaliści wnosili, postękując i rozmawiając w międzyczasie o wczorajszym meczu. I znowu, dzięki mojej kontroli, niemalże wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden, mały drobiazg... Łóżko nie zmieściło się w drzwiach. Z istnym niedowierzaniem, zacząłem sobie przypominać wszystkie spisywane wymiary i obliczanie wszystkiego tak, by na nic nie zabrakło miejsca, nie mogąc zrozumieć, jak mogłem zapomnieć o czymś tak idiotycznym, jak zmierzeniu drzwi wejściowych...!
-No... Panie architekcie...- chichotał Andy, niczym nie zrażony, podczas gdy ja zaczynałem popadać w depresję. Przecież chciałem, żeby wszystko było idealnie!
W końcu ze zirytowaniem uświadomiłem siłujących się w wejściu z meblem panów, że nie są Jezusami i łóżka samą dobrą wolą nie zmniejszą, więc w końcu rozłożyli je na części i  dopiero wtedy wnieśli do środka. Co prawda po ponownym złożeniu zostało jeszcze kilkadziesiąt śrubek, których nie mogli nigdzie wcisnąć, ale wszystko zdawało się wyglądać jak należy. Pozostała jeszcze kwestia zamówionej lampy, która jednak wydawała się w porównaniu z tym wszystkim takim drobiazgiem, że zdenerwowany, odesłałem pracowników i postanowiłem się tym zająć sam. Przeżyłem niemałe zaskoczenie, gdy po otwarciu paczki, chwyciłem za łańcuch i... i okazało się, że łańcuch ma całe siedem metrów! Wesołość rudzielca kontrastowała aż nazbyt wyraźnie z moim wisielczym nastrojem. Zadzwoniłem do sprzedawczyni i poinformowałem ją, że zaszła pomyłka, a ja zamawiałem lampę do normalnego mieszkania, a nie cholernego Białego Domu. Pani odpowiedziała jednak, że z tego, co ma zapisane, taką właśnie lampę zamówiliśmy i taka jest. Na nic więc zdały się tłumaczenia, szczególnie, że sam już nie wiedziałem, czy w tym całym chaosie zwróciłem w ogóle uwagę na coś tak „nieistotnego” jak długość łańcucha. Ten jednak, na szczęście, dało się skrócić. Jednak nawet po skróceniu, lampa nie do końca pasowała i zwisała smętnie, dużo niżej niż powinna, na irytująco widocznym, białym kablu.
Gdy wreszcie już wszystko było gotowe, nie miałem ani siły, ani ochoty oglądać efektu końcowego. Ułożyłem się na kanapie, męcząc się z nieznośnym bólem głowy i mając ogromną ochotę ją sobie odstrzelić. Wiedziałem, że Andy jest zadowolony. Słyszałem jego wesołe komentarze, dobiegające z wyremontowanej sypialni, ale i tak nie mogło to poprawić mojego samopoczucia. Przecież to wszystko nie tak miało wyglądać! Przecież miało być idealnie, Boże, chociaż raz mogłem zrobić coś, na czym powinienem się chociaż trochę znać, a i tak wyszło beznadziejnie.
-Hej...- rudzielec pojawił się przy mnie, ze szklanką w jednej dłoni, a pudełkiem tabletek w drugiej, najwyraźniej decydując się ratować moje marne istnienie.
Podziękowałem mu z autentyczną wdzięcznością i zażyłem kapsułkę, popijając ją łykiem wody, po czym położyłem się z powrotem, przymykając powieki i nie odzyskując bynajmniej chęci do życia. Wiecie, co sobie uświadomiłem...? Że ostatni raz łykałem przeciwbólówki w pracy i to stosunkowo dawno temu. Widać porażki na gruncie domowym były równie stresujące.
-Chyba gorączka ci wróciła- chłodna dłoń chłopaka spoczęła na chwilę na moim czole- Jesteś strasznie blady.
O tak... Niektóre sytuacje potrafią doprowadzić człowieka do gorączki. Białej gorączki.
-Nic mi nie jest, Andy- odpowiedziałem smętnie. Uchyliłem powieki i spojrzałem na niego, wzdychając cicho. Jak to się dzieje, że przy jedynym człowieku na świecie, któremu kiedykolwiek chciałem naprawdę zaimponować, zupełnie nic mi nie wychodzi?
-Pokój jest świetny- rzucił pogodnie chłopak, chyba doskonale zdając sobie sprawę z przyczyn mojego wisielczego nastroju.- Serio, Mitch. Strasznie mi się podoba. Jest idealny!
Na to określenie wydałem z siebie coś na kształt łkania i zakryłem twarz dłońmi. O, tak, „strasznie” było określeniem świetnym do opisania tego, co się wydarzyło, ale „idealnie” zupełnie nie pasowało. Podniosłem się z kanapy i wstałem.
-Muszę się przejść- oświadczyłem, czując, że jeszcze chwila, a zwariuję. Albo zwariuję i się popłaczę, a chociaż pierwsza możliwość jest bardziej dramatyczna, druga byłaby już właściwie żałosna.
Nie patrząc nawet na rudowłosego, ruszyłem szybko do drzwi, zatrzymując się jedynie na chwilę w przedpokoju, by założyć buty i narzucić na siebie płaszcz, po czym nim się obejrzałem, byłem na zewnątrz.
Na dworze było zimno i pochmurnie. Wsunąłem dłonie w kieszenie i zacząłem iść przed siebie. Przecież znałem tylu ludzi...! No dobrze, moje kontakty ograniczały się zazwyczaj wyłącznie do spraw czysto zawodowych, ale nawet jeśli, to Hugo znał wielu ludzi. Mogłem z tym trochę dłużej poczekać, zastanowić się dobrze, wynająć kogoś odpowiedniego, a nie zadzwonić do pierwszej firmy, na jaką się natknąłem... Ale tak bardzo się spieszyłem i chciałem, żeby wszystko było w porządku, że nawet nie zwróciłem na to uwagi. Na nic nie zwróciłem uwagi. Nawet na długość cholernego łańcucha, a to nie miało nic wspólnego z doborem odpowiedniej ekipy. Nie potrafiłem sobie poradzić nawet z wyremontowaniem małego pokoju w moim własnym mieszkaniu. Nawet słowo „żałosne” nie oddaje w pełni poniesionej przeze mnie porażki.
-Ej, Mitch...- odwróciłem się i zobaczyłem za sobą Andy'ego, który szybko zrównał się ze mną krokiem. Nie miał na sobie kurtki- Wszystko okej?
-Andy, przeziębisz się- rzuciłem, mierząc go zaniepokojonym spojrzeniem- Wracaj do domu.
-Nie puszczę cię samego przecież- zaśmiał się lekko. Chwycił mnie pod ramię i ruszyliśmy razem przed siebie- Wyglądasz jakbyś miał zaraz zemdleć, serio...
Nie. Wyglądam tak, jakbym miał zaraz kogoś zabić. Jestem pewien, że tak właśnie wyglądają ludzie, którzy mają zamiar chwycić pierwszą lepszą rzecz, jaką mają pod ręką i zamordować jakiegoś „specjalistę” od remontów. Albo producenta lamp. A później się dziwić, że tyle jest zbrodni w afekcie!
-Przepraszam, Andy...- rzuciłem cicho, patrząc pod nogi. Czułem, że miałem za co, nawet, jeśli on się cieszył. Ale sęk w tym, że cieszyłby się ze wszystkiego, w końcu jeszcze nie dawno nie miał się gdzie podziać. A ja chciałem udowodnić mu, że o wszystko zadbam, że zależy mi na tym, żeby został, że wszystko będzie najlepiej, jak może być... Boże, dlaczego nigdy mi nie wychodzi?!- Wiem, że mogłem to wszystko lepiej zorganizować... Postaram się tym zająć, obiecuję...- chłopak zmarszczył brwi, wpatrując się we mnie bez zrozumienia- Sam wiesz... Te ściany, lampa...
-Mitch, rany!- Andy wybuchnął śmiechem i śmiał się tak dłuższą chwilę, patrząc na mnie jak na wariata. Słusznie, jak sądzę.- To psuje ci humor...? Jakieś tam ściany? I lampa?- zachichotał znowu, kręcąc z niedowierzaniem głową- No co jest nie tak z tą lampą?- zapytał, a ja aż jęknąłem głucho- No dobra, odstaje trochę, ale co z tego... Przynajmniej wygląda no wiesz... oryginalnie, nie?- uśmiechnął się wesoło.
Czy do oryginalnego wystroju wnętrz można także zaliczyć krzywo pomalowane ściany i łóżko, w którym brakowało części...?
-Jesteś jakimś maniakalnym estetą...?- rzucił z rozbawieniem chłopak- Przypominam ci, że jeszcze nie tak dawno spałem na podłodze, więc naprawdę niespecjalnie mnie obchodzi, że coś jest krzywo, a coś innego odstaje. Wyluzuj, Mitch.
I chyba wyluzowałem. W końcu robiłem to wszystko dla Andy'ego, a skoro on był zadowolony, to ja też powinienem być. Co nie zmienia faktu, że nie tak to sobie wyobrażałem, ale chyba zaczynałem się przyzwyczajać, że w jego towarzystwie absolutnie nic mi nie wychodzi. Spacerowaliśmy ze sobą jeszcze chwilę, rozmawiając. W pewnym momencie minęliśmy panią Wilcox, a ja chciałem się odsunąć, ale rudzielec mi na to nie pozwolił. Najwyraźniej jednak argument wujostwa przemówił do niej tak bardzo, że zupełnie nie zwróciła uwagi na to, że zmarznięty Andy niemalże tulił się do mojego boku. Mimo zimna, wcale nie chciał wracać. Nie zmienił też zdania, gdy zaczęło lekko kropić, a jak w końcu rozpadało się na dobre, byliśmy daleko od domu. Zaciągnąłem go szybko pod zadaszone przejście pomiędzy blokami i narzuciłem na niego swój płaszcz.
-Dzięki, Mitch- rzucił, uśmiechając się do mnie lekko i patrząc na mnie w taki sposób, że w jednej chwili zapomniałem i o krzywo wiszącej lampie, i o tym wszystkim, co jeszcze chwilę temu zawracało mi głowę.
Uśmiechnąłem się nerwowo, gdy przysunął się do mnie i objął w pasie, wpatrując się prosto w oczy. Wstrzymałem oddech, gdy jego usta znalazły się niepokojąco blisko moich. I był taki śliczny, jeszcze bardziej niż zwykle, taki uroczy, milczący, jakby było w tym coś sugestywnego, jakby oczekiwał na mój krok, na mój gest... Boże, pocałowałbym go. Przysięgam, że bym go pocałował, gdyby nie mój wrodzony lęk przed wszystkim. Ale chociaż moje serce biło w szalonym tempie, a w głowie słyszałem głos, który wręcz wrzeszczał, żebym wreszcie coś zrobił, zaraz zacząłem zastanawiać się nad tym, co będzie jeśli ktoś się tu pojawi, jeśli ktoś nas razem zobaczy, jeśli Andy wcale tego wszystkiego nie chce, jeśli to tylko prowokacja albo wytwór mojej chorej wyobraźni... I ta chora wyobraźnia przegrała z obawami, bo zamiast zrobić to, o czym myślałem za każdym razem, gdy na niego patrzyłem, nie zrobiłem nic. Po chwili ciszy, wtulił się w moją klatkę piersiową, a ja objąłem go delikatnie, zanurzając dłoń w jego pięknych włosach i sam nie wiedząc, czy powinienem tego żałować, czy może czuć się dumny z tego, że po raz kolejny przezwyciężyłem samego siebie.
Gdy pogoda trochę się poprawiła, wróciliśmy do mieszkania, nie rozmawiając wiele. Z beznadziejnego humoru popadłem w nastrój refleksyjno-pesymistyczny i zacząłem się zastanawiać nad tym, jak długo uda mi się jeszcze ukrywać, to co czuję do Andy'ego. Czy teraz udaje mi się to ukrywać. I co ja właściwie czuję. Nie mogę przecież nazwać tego zwykłą sympatią. Nie mogę tego określić uczuciem troski, czymś na kształt opieki ojcowskiej, bo zdecydowanie nie miało to zbyt zdrowego charakteru. Nie mogę też powiedzieć, że tylko go pożądam, bo chyba jednak nie o to mi chodzi. Chyba. Sam nie wiem. Kiedy jestem przy nim, czuję takie emocje, jakich nikt dotąd nie potrafił we mnie wzbudzić. A kiedy jestem daleko od niego, wyobrażam sobie takie rzeczy, jakie do tej pory nawet nie przychodziły mi do głowy. A więc byłem zakochany. Czemu nie. Wszystko świetnie i wspaniale, tylko, że ja mam trzydzieści dwa lata. Nie mówię, że jestem na to wszystko za stary. Ludzie w moim wieku też się zakochują, ale... Chyba jednak nie w szesnastolatkach. Więc co to jest? Obłęd? Obsesja? Jeszcze nie marzę o tym, żeby poćwiartować jego ciało i schować je w piwnicy, więc nie wiem, czy powinienem się martwić. Właściwie chciałbym żeby, najzwyczajniej w świecie było między nami dobrze, ale nie wiem, co to „dobrze” miałoby oznaczać. Tak, jak jest teraz, też jest dobrze, ale ciągle czegoś mi brakuje. Ale wydaje mi się, że gdybym mu o wszystkim powiedział dobrze by nie było, bo zdawałby sobie sprawę z moich prawdziwych intencji. To znaczy pomyślałby, że moją prawdziwą intencją jest fascynacja jego osobą. A może tak rzeczywiście jest...? Licho wie.
-Siadaj, Mitch- Andy zdjął mój płaszcz i odwiesił go na miejsce, a następnie skręcił do kuchni- Zrobię coś do jedzenia.
Skinąłem niemrawo głową, wchodząc do salonu. Usiadłem w fotelu i przymknąłem powieki, odetchnąwszy głęboko. Chyba potrzebuję psychologa. Albo już nawet psychiatry...
Po chwili usłyszałem, jak rudzielec wchodzi do pomieszczenia. Otworzyłem oczy, spoglądając na niego uważnie. Andy uśmiechnął się do mnie lekko i uklęknął obok mnie, opierając dłonie na moich kolanach. Spojrzałem na niego zdezorientowany.
-Coś się stało...?- zapytałem niepewnie.
-Nic w sumie...- odpowiedział powoli, nie odrywając ode mnie oczu- Lubię cię, Mitch, wiesz?
Uśmiechnąłem się do niego, czując jak robi mi cię cieplej na sercu.
-Ja też cię lubię, Andy- odparłem, mając jednak pełną świadomość, że słowo „lubię” nawet w jednej setnej nie oddawało tego, co czułem do chłopaka. Lubić mogłem uprzejmą kasjerkę z supermarketu czy sekretarkę szefa. Lubić mogłem Hugo i paru znajomych z pracy, ale Andy...
… Andy usadowił się między moimi nogami i rozpiął powoli moje spodnie, co, nie da się ukryć, sparaliżowało mnie na chwilę tak bardzo, że nie potrafiłem zareagować i tylko wbiłem w niego przerażone spojrzenie.
-A-A-Andy...- wydukałem, osłupiały.
-Spoko, Mitch- uśmiechnął się, wyswabadzając mój członek z bielizny. Wykonałem taki ruch, jakbym chciał cofnąć się gwałtownie, co omal nie zakończyło się moim upadkiem do tyłu, wraz z całym fotelem- Nie bój się. Możesz sobie być nawet hetero... Nie powinieneś czuć żadnej różnicy.
Moja męskość stwardniała momentalnie w jego dłoni.
-A-Andy, co ty robisz...?- zapytałem, raczej nie po to, by uzyskać odpowiedź, która była oczywista, ale by go jakoś zatrzymać.
Tylko chyba nie chciałem go zatrzymywać, bo zamiast odsunąć go od siebie albo wstać, wbiłem mocno paznokcie w oparcia fotela i z gardłowym jękiem odchyliłem głowę do tyłu, gdy poczułem jego wargi na swoim przyrodzeniu. Straciłem zupełnie kontrolę nad tym, co się dzieje, jakbym wyłączył na chwilę wszystkie swoje myśli i skupił się jedynie na rozkoszy. Oderwany od rzeczywistości, słyszałem własne urywane westchnienia i czułem, jak fala przyjemności zalewa moje ciało. Zacząłem poruszać lekko biodrami, nie patrząc nawet na chłopaka, aż w końcu doszedłem w jego wargach i dopiero po chwili, dotarło do mnie, co właściwie się zdarzyło.
Andy otarł twarz i wyprostował się, a ja wbiłem w niego zdezorientowane spojrzenie. Czułem, że muszę coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa.
-No... Chyba było nieźle, nie, Mitch?- rzucił chłopak, uśmiechając się tylko i wyszedł szybko z pomieszczenia.
Długo jeszcze siedziałem nieruchomo ze wszystkim na wierzchu, nim opanowałem się chociażby na tyle, by wstać, naciągnąć na siebie bieliznę i zapiąć spodnie. Jestem kretynem. Boże, jestem kompletnym kretynem. Co ja zrobiłem...? No dobrze, ja nic nie zrobiłem. Dosłownie nic. Ja po prostu siedziałem i jęczałem, a nie jest to szczególny przejaw aktywności. Ale przecież mogłem jakoś zareagować. Przecież to wszystko jest zupełnie nie tak, zupełnie nie tak... Nie chciałem tego. I chciałem jednocześnie, ale nie w taki sposób. To nie był w końcu mój kolejny idiotyczny sen.
Czułem, że muszę to wszystko wyjaśnić, że muszę go przeprosić, powiedzieć, że to wszystko zupełnie nie tak, że przecież nie o to mi chodziło... Przeszedłem do jego sypialni. Gdy wszedłem do środka, siedział na łóżku. Przeniósł na mnie wzrok i podniósł się niespiesznie, uśmiechając jakoś inaczej niż zwykle.
-Co jest, Mitch?- zapytał z pozorną lekkością.
Czułem, że jest między nami jakieś napięcie, z którym zupełnie nie potrafiłem sobie poradzić. Otwarłem usta, ale milczałem, bo żadne słowo nie przychodziło mi do głowy. Patrzyłem tylko na niego, trochę spanikowany, trochę jeszcze oszołomiony tym, co się wydarzyło, za szybko i zbyt nieoczekiwanie, bym mógł to zrozumieć.
-Pokój jest super- powiedział, jakbym przyszedł tu w tej sprawie- Naprawę. Nie przejmuj się lampą i wszystkim... Tak... No... Jest super...
I znowu cisza. Pierwszy raz miałem wrażenie, że widzę Andy'ego zdenerwowanego w moim towarzystwie. Uśmiechnął się znowu, równie mało pogodnie i wyminął mnie, a następnie przeszedł do łazienki.
A ja znowu przez kilkanaście minut stałem w miejscu jak ostatni kretyn.
Nie wiedziałem, jak to wszystko odkręcić.

Do wieczora próbowałem z nim nawiązać kontakt, ale jego szczytem okazało się zapytanie przy kolacji, czy woli sok pomarańczowy, czy jabłkowy i czy mu smakuje. Wiedziałem, że w końcu coś schrzanię. Zawsze muszę coś schrzanić. Tylko nie sądziłem, że to stanie się aż tak szybko. Andy usiłował się zachowywać tak, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło, ale nawet po nim widać było, że coś się zmieniło. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że niedawno robił ze mną to, co ze mną robił... I sam nie wiem, jak powinienem to odbierać. To była próba? Jego własna chęć? A może forma zapłaty...? Może uznał, że właśnie to powinien zrobić, żeby mi się odwdzięczyć. Ale nie wymagałem tego od niego, udawałem, że w ogóle o tym nie myślę. Udawałem, ale on wiedział, że udaję. Trudno było się nie domyślić, jeśli trzydziestoletni facet ugania się za małolatem, wzdycha na jego widok, czerwieni się się na każdą dwuznaczną wzmiankę i nie potrafi logicznie wyjaśnić, o co mu właściwie chodzi. No i wyszło z tego to, co wyszło. Gdybym powiedział, że tego nie chciałem, skłamałbym, bo moje wszystkie dziwne myśli, wyobrażenia i sny świadczyły o czymś zupełnie innym. Ale skłamałbym też mówiąc, że tego chciałem, bo przecież to wszystko nie tak miało wyglądać. W ogóle miało nie wyglądać, ale skoro już było... Och, Boże. Znacie ten stan? Połączenie dezorientacji, zażenowania, wściekłości na samego siebie, niepewności i całej masy różnych, skrajnych emocji, których w ogóle nie dało się uporządkować. Kradzież cukierka nie może być usprawiedliwiona pragnieniem jego posiadania i to pragnienie zdecydowanie nie usuwa wyrzutów sumienia. Ale z drugiej strony, jeśli cukierek sam do nas przychodzi... A my po prostu bierzemy to, co dostajemy, to... Cholera jasna! Andy nie jest żadnym cukierkiem! Jest nastolatkiem z problemami, którego do siebie przygarnąłem, kierując się niekoniecznie czystymi intencjami i powinienem z nas dwóch wykazać się większą dojrzałością i przerwać to, co nie było z pewnością wyrazem jego głębokich uczuć względem mojej osoby. Wstydziłem się tego, co pomiędzy nami zaszło i wiedziałem, że po przekroczeniu tej granicy, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.
Położyłem się do łóżka i nerwowo sięgnąłem po jakąś starą gazetę, próbując się skupić na czymkolwiek innym niż wyrzuty sumienia, które paliły mnie od środka i zmuszały niemalże do tego, by coś zrobić i naprawić to, co z taką łatwością zepsułem. Dłonie zaczynały drżeć mi lekko na każde wspomnienie tego, co między nami zaszło, a serce bić szybciej, ale nie było to miłe uczucie. Bo to nie rozkosz, jaką czułem przy nim utkwiła mi w głowie, a moja zupełna bierność, brak reakcji, która doprowadziła do tego, do czego doprowadziła.
-Dobrej nocy, Mitch- Andy pojawił się na chwilę w progu pomieszczenia i dopiero wtedy coś we mnie pękło.
-Andy!- zatrzymał go mój głos. Spojrzał na mnie pytająco- Mógłbyś...? Mógłbyś przyjść tu na chwilę...?- zapytałem ostrożnie, odkładając gazetę na bok.
Wszedł do pokoju i usiadł na łóżku, nie odrywając ode mnie wzroku.
-Posłuchaj... Nie wiem, jak do tego wszystkiego doszło, ale...
-Nie, ty słuchaj, Mitch- przerwał mi stanowczo chłopak- To ja to zrobiłem, tak? Więc nie musisz się chyba tym martwić, nie? To nie jest twój problem- spoglądałem na niego bez zrozumienia. To zdecydowanie był mój problem- Nie musisz czuć się winny i tak dalej...- przewrócił oczyma, parsknąwszy cicho, jakby lekceważąco, ale fakt, że nie patrzył mi w oczy, nie świadczył raczej o tym, że mówi szczerze- Chciałem, więc to zrobiłem i tyle. Nic wielkiego.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
-Andy...
-Dobra, nie gadajmy o tym- odparł niechętnie, wstając, ale chwyciłem go za dłoń, zatrzymując przy sobie.
Wpatrywałem się w niego przez chwilę, zastanawiając się nad tym, co powinienem powiedzieć, ale w końcu szepnąłem tylko prośbę:
-Zostań tutaj na noc.
Rudowłosy spojrzał na mnie, mocno zdziwiony, ale skinął głową. Położył się obok mnie, a ja zgasiłem światło. Nie mogłem udawać, że nic się nie stało, ani nie mogłem zapomnieć. Mogłem jedynie próbować wszystko to odkręcić i udowodnić mu, że wcale nie postrzegałem go w taki sposób, jak myślał. Że nie chodzi mi o seks, ale o niego. O całego Andy'ego, z jego płomiennym charakterem, niesamowitym temperamentem, śmiałością, pięknem...
Coś wstąpiło we mnie i nie mogąc powstrzymać tego uczucia, nachyliłem się nad nim i nieśmiało ucałowałem go w usta. W odpowiedzi musnął delikatnie moje wargi. I dotarło do mnie, że to właśnie był nasz pierwszy pocałunek. Dopiero teraz. Tak subtelny i niepozorny, że niemalże niezauważalny, a rozgrzał moje serce jak nic innego.
Andy uśmiechnął się lekko, po czym przymknął powieki i wtulił się we mnie mocno.
A ja wciąż czułem, że tamto było błędem.
I, że właśnie tak to wszystko powinno się rozpocząć.

sobota, 4 lutego 2012

Dobry wieczór :)

 Rozdział 11 "Chaosu" ze specjalną dedykacją dla Luany, bo chyba nie mam innej możliwości podziękowania jej za wnikliwy komentarz, zresztą nie tylko ten jeden, za wszystkie te komentarze, niemalże od początku mojej twórczości ;).

Pozdrawiam cię serdecznie, robaczku :*.

Enjoy.

Rozdział 11 [Chaos]

  Z dedykacją dla Luany.

Zanurzyli się znowu w niekończącej się gęstwinie lasów, gubiąc poprzednią drogę i tracąc z oczu rzekę. Drzewa rosły bardzo blisko siebie, a ich korony, górujące wysoko nad podróżującymi, rzadko dopuszczały do nich promienie słońca, musieli więc wędrować w niemalże zupełnym mroku. I chociaż Nadim nie wspominał już o swoich podejrzeniach (a wciąż pozostawał wyjątkowo czujny, co było łatwe do zauważenia), Amirowi, zapewne ze względu na nietypowy klimat miejsca, w którym się poruszali, zaczynał powoli udzielać się jego nastrój, a może i dziwaczne przeczucia, noszące niemal znamiona paranoi. Zdawało mu się niekiedy, że widzi jakby jakiś kształt, przemykający  pomiędzy konarami, lecz ledwie mrugnął oczyma – kształt znikał. To znowu słyszał kroki, wyraźnie, jakby za sobą, ale gdy się odwracał – nikogo tam nie było. Innym razem, docierało do niego coś podobnego do szeptu, który był zapewne niczym więcej, jak tylko szmerem wiatru, a reszta była efektem pracy wyobraźni mężczyzny, ale czasem mógłby przysiąc, że słyszy swoje własne imię, wydobywające się z głębi lasu. Nieraz, gdy Nadim przyuważył, jak jego towarzysz podskakuje nerwowo, albo często ogląda się za siebie, uśmiechał się do niego pogodnie i rozpoczynał opowieść. Opowiadał wiele, a każda z przedstawionych przez niego historii była równie barwna, i równie mało wiarygodna. Mówił o istotach zamieszkujących od zawsze lasy, o nimfach i driadach, dobrych i złych duchach, potworach i bestiach, tych okrutnych i tych, które mimo przerażającej powłoki, były całkiem łagodne, a czasem wręcz przyjazne człowiekowi. Amir z lekkim politowaniem przyjmował pełne naiwnej wiary słowa potomka wilków, ale trzeba przyznać, że czasem i jemu zdarzała się chwila zwątpienia. Gdy zdawało mu się, że czuje czyjś oddech na swoim karku i jakiś przeraźliwy ryk wydobywał się nagle z mroku. Albo gdy spoglądał na trawę i wydawało mu się, że pośród niej śpi jakaś mała wróżka. Ale gdy tylko zbliżył się, by to sprawdzić, okazywało się, że wróżka jest jedynie wątłym kwiatem, któremu udało się cudem pochwycić nieco słońca. Rzadko zdarzało im się natrafić na jakąś polanę. Gdy jednak tak się już stało, i wyłaniali się z ciemności, można było odnieść wrażenie, jakby wkraczało się do zupełnie innego świata. Niestety wtedy często przeszkadzało im palące słońce, a przyzwyczajone do wędrówki w mroku oczy, z trudem przystosowywały się z powrotem do światła. Tym razem było inaczej. Gdy wyszli na polanę, słońce chyliło się już ku zachodowi. Nadim ziewnął szeroko i przeciągnął się tak, jakby się chwilę temu przebudził, a nie miał zamiar szykować do snu.
-Ciepły dziś dzień- stwierdził. Rzucił na ziemię trzymane przez siebie rzeczy i spojrzał w górę, uśmiechając się lekko- Noc też będzie ciepła. Co powiesz na spanie pod gołym niebem...?
-Wybacz, ale nie mam ochoty stać się przekąską dla okolicznego robactwa- odmruknął Amir, siadając. Opatrunek spełnił swoją rolę, usztywniona noga nie bolała aż tak bardzo, mimo długiego marszu i zdawała się stopniowo regenerować.
-Więc sam rozkładaj namiot- odparł pogodnym tonem Nadim i bez choćby słowa wyjaśnienia, chwycił tylko za upuszczony chwilę wcześniej łuk i pognał znowu w głąb lasu, nie wiadomo w jakim celu.
Amir przez dłuższą chwilę spoglądał na drzewa, za którymi zniknął jego towarzysz, po czym westchnął głęboko, odchylając głowę i wpatrując się w ciemniejące stopniowo niebo. A to się porobiło...
Potomek wilków wrócił niedługo, wyjątkowo zadowolony z siebie. Zatrzymał się jeszcze na chwilę na skraju lasu, spoglądając w gwiazdy. Mężczyzna odwrócił głowę i zaczął przyglądać mu się w sposób, w jaki ostatnio patrzył na niego całkiem często. Kiedy Nadim poruszał się w tych lasach, kiedy opowiadał mu o czymś, kiedy polował – było w nim coś wyjątkowego i fascynującego niemalże. Absolutna swoboda, lekkość i coś, co sprawiało, że zdawał się być częścią otaczającej go natury, a nie intruzem, jakim czuł się Amir. Poza tym potomek wilków był w takich chwilach tak przyciągający, że ciężko było oderwać od niego wzrok. Mężczyźnie przypominały się wtedy obrazy wiszące w zamku, na które jako dziecko, spoglądał z oczarowaniem i zachwytem, choć nie miał pojęcia, co przedstawiają, ani jaką mają wartość. Były piękne. Piękne po prostu. Amir zawsze czuł coś na kształt wstydu, gdy zerkał na towarzysza płochliwie, ale z uwagą, i jednocześnie nie rozumiał, skąd w nim takie odczucia.
-Wnioskuję, że skoro nie rozłożyłeś namiotu, śpimy tu?- zapytał wesoło Nadim.
Amir odwrócił wzrok i wzruszył ramionami.
Zauważył, że potomek wilków wydawał się aż nazbyt pogodny, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że przepadł jeden z fragmentów kryształu. Oczywiście Nadim powtarzał nieustannie, że są wybrańcami, że czuwa nad nimi bóg (tudzież bogowie), że prędzej czy później i tak zbiorą wszystkie części. Mówił to z takim przekonaniem, jakby rzeczywiście wierzył w swoje własne słowa, chociaż Amir zaczynał się zastanawiać, czy nie jest to jedynie maska, którą potomek wilków przybierał, by ukryć swoje własne zdenerwowanie i zaniepokojenie. Bo jeśli nie pozyskali jednego z trzynastu fragmentów, to czy jest w ogóle sens kontynuowania wędrówkę? Amir, człowiek wyjątkowo małej wiary, miał co do tego wątpliwości od samego początku, gdy wszystko zdawało się być zupełnie proste. Teraz sprawa dodatkowo się komplikowała.
-Powinieneś wyjąć sobie koc- rzucił spokojnie potomek wilków, po czym sam odwinął tobołek i rzucił materiał swojemu towarzyszowi- Okryj się. Jeszcze zmarzniesz...
-Spadaj- burknął tylko Amir i umilkł po chwili, czując, że czegoś bardzo mu brakuje, by jego słowa miały odpowiedni sens i wydźwięk.
Nawet doskonale wiedział czego. Brakowało mu słowa „psie”, wrzucanego dosłownie wszędzie tam, gdzie wrzucić je można było. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zwracanie się do potomka wilków po imieniu będzie aż tak trudne. Nie chodziło o przyzwyczajenie, bynajmniej. To słowo było po prostu wygodne i adekwatne do wszystkiego – do każdej sytuacji i każdych okoliczności. Pozwalało uporządkować uczucia i zachować odpowiedni dystans. Ale odkąd pies stał się na stałe Nadimem, zrobiło się bardzo nietypowo, można by wręcz rzec, nazbyt intymnie. Amira drażniły wszystkie te uprzejmości, a za samą uprzejmość uznawał zwracanie się do niego po imieniu, toteż najczęściej mówił po prostu per „ty”. Ale i to nie wystarczało. Czuł się tak, jakby tracił nad czymś kontrolę i nie mógł nawet udawać, że wszystko jest dokładnie takie samo, jak na początku. Może powinien się z tym po prostu pogodzić...? Może prędzej czy później musieli się zaprzyjaźnić, bo zbyt wiele czasu spędzali ze sobą i zbyt dobrze się znali, by tak się nie stało...? Ha, śmieszne! On miałby się przyjaźnić z tym psem...? Z Nadimem... Cholera, świadomość, że uratował mu życie, była momentami naprawdę ciążąca! Mogli być kompanami, towarzyszami drogi, współpracującymi dla wyższego celu, ale nic poza tym, nie! Nie z potomkiem wilków, nie z tym potomkiem wilków, do licha wszelkiego! W końcu i tak cały czas się kłócili. Spory były u nich na porządku dziennym, jak zwykle. I może wcale aż tak dobrze się nie znali – znali coraz lepiej swoje odmienne rasy, kultury i wierzenia, bo o tym zwykli dyskutować najbardziej żarliwie. Rzadko kiedy rozmowy schodziły na tematy prywatne. Ale ostatnio i to się zdarzało. A Nadim potrafił nagle, w trakcie drogi, odwrócić się do niego i uśmiechnąć tak serdecznie, przyjaźnie, że Amir nie mógł nie uczynić dokładnie tego samego, jakby na chwilę wyłączało się w nim myślenie i reagował zupełnie odruchowo. Chwilę później zastanawiał się już poważnie nad tym, czemu zamiast skupić się na myśleniu o tym, nad czym zastanawiał się zazwyczaj, szczerzy się do swojego towarzysza, ale to wcale nie przeszkadzało mu robić tego ponownie, przy kolejnej okazji. A może przyjaźń była nieunikniona? Nie dało się zaprzeczyć ani nie zauważyć, że ich relacje zacieśniają się stale i tworzy się między nimi więź wyjątkowo specyficzna. Więź osób, którye łączą już wspólne przeżycia, przygody, wspólne chwile strachu, wspólny cel... Trochę tak jak z towarzyszami broni, z wojownikami, którzy powracają z wojen i choćby chcieli wytłumaczyć komuś, z czego żartują, co wspominają, dlaczego reagują w ten czy inny sposób – nikt prócz ich kompanów tego nie zrozumie, bo nikt tego nie przeżył. Tak więc i oni żartowali sobie czasem niewybrednie, Amir przypominał potomkowi wilków, by sprawdzał, czy jego kochanki na pewno oddychają, nim za cokolwiek się zabierze, a ten zaraz odwdzięczał mu się pytaniem, czy wygodnie mu było spacerować w sukience. I chociaż zdawało się ich dzielić niemalże wszystko, z ich uprzedzeniami na czele, to, co ich połączyło, stanowiło niepodważalny fundament relacji tak ścisłej, jakiej Amir nie wytworzył dotąd z żadną inną osobą.
Mężczyzna wzdrygnął się lekko i z obrzydzeniem strzepnął z twarzy wędrującego po nim robaka. Cały już zresztą został zapewne obleziony owadami wszelkiej maści i wcale mu się to nie podobało.
-Mówiłem ci, że tak będzie...- warknął niechętnie, drapiąc swędzące od ugryzienia ramię- Wierz lub nie, ale nie marzę o tym, by zostać pożartym przez robaki...
-Więc uprzedź je- odparł Nadim i przysunął się bliżej towarzysza, który spoglądał na niego ze zdumieniem. Z lekkim uśmiechem, zdjął wspinającą się po ramieniu mężczyzny gąsienicę i bez chwili wahania, wsunął ją sobie do ust.
-O nie...- Amir skrzywił się mimowolnie, po czym parsknął śmiechem, gdy usłyszał jak potomek wilków mlasnął z zadowoleniem. Nadim również zaśmiał się lekko i położył na trawie, układając ręce pod głową- Tylko mi nie mów, że to jest twój sposób na podrywanie wiejskich dziewoi, bo jeśli tak, wiedz, że powinieneś sobie darować...
-To tylko zabawa z dzieciństwa- wyjaśnił z rozbawieniem jego towarzysz. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco- Nigdy się tak nie bawiłeś z pozostałymi...?- nie czekając na odpowiedź nieco zdezorientowanego Amira, kontynuował- Czasem, gdy nam się nudziło i wędrowaliśmy bez celu po lesie, zaczynaliśmy szukać miejsc, gdzie może znajdować się dużo owadów. Czasem wystarczyło odsunąć jedynie odstającą lekko od drzewa korę, czasem odkopać nieco ziemi... Im więcej i im różnorodniejsze były, tym lepiej. A później już tylko zakładaliśmy się i sprawdzaliśmy, który z nas będzie najodważniejszy... Pamiętam, jak Elnir zjadł kiedyś żuka wielkości pięści... To dopiero był widok...
Amir parsknął cichutko, nie wiedząc nawet, czy powinien żałować czy cieszyć się, że etap takich zabaw bezpowrotnie go ominął.
-A ty?- Nadim spojrzał na niego z zainteresowaniem- W co się bawiłeś?
-A jakie to ma znaczenie?- odmruknął Amir, przyglądając się z bliska twarzy towarzysza.
-Cóż... Po twojej minie wnioskuję, że nie zajmowałeś się zjadaniem robactwa, a poza tym ciekawią mnie, jakie rozrywki mają w tym wieku królewscy dziedzice...- odparł potomek wilków, uśmiechając się lekko.
Amir zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią. Dobrze wspominał swoje dzieciństwo, wydawało mu się, że niczego mu nie brakowało, chociaż trudno mu było przypomnieć sobie jakieś konkretne zabawy. Nie miał na to zbyt wiele czasu.
-Nie spędzałem zbyt wiele czasu z rówieśnikami- przyznał. Ale widząc spojrzenie Nadima, które zdawało się być niemalże współczujące, poczuł, że musi to wyjaśnić- Nie dlatego, że nie mogłem. Zdarzało się nam bawić z innymi, synami arystokratów, a nawet zwykłymi dzieciakami... Wuj nigdy nas nie izolował. Zawsze powtarzał, że w takich warunkach można wychować co najwyżej szaleńców, a nie przyszłych królów. Ale mieliśmy dużo nauki i dużo od nas wymagano, a co za tym szło, rzadko mogliśmy znaleźć czas i siły na cokolwiek innego. Kiedyś wuj przyniósł nam drewniane miecze, wystrugane z najwyższą starannością przez najlepszego rzemieślnika w mieście...- Amir uśmiechnął się mimowolnie pod nosem na to wspomnienie- Fantastyczna zabawka. Najlepsza, jaką kiedykolwiek dostałem. Miecze były doskonałe, idealnie pasujące, z naszymi imionami, wyrytymi na maleńkich rękojeściach...- pamiętał je bardzo dokładnie, mimo minionego czasu i mówił o nich z rozrzewnieniem- Ale Hadrin nie lubił walczyć. Zresztą, zostało mu to do tej pory. Płakał za każdym razem, gdy przegrywał, albo gdy uderzyłem go przypadkowo... Za to uczył się świetnie, w przeciwieństwie do mnie. Czytanie przyswoił tak szybko, że nauczyciele byli zdumieni i bardzo chwalili go za sumienność i staranność... Ja natomiast opanowywałem tą sztukę przez kilka lat, z dużymi trudnościami... Wuj nie był zadowolony.
-Złościł się na ciebie?- zainteresował się Nadim.
-Nie, nie...- Amir zaśmiał się cicho, chwytając dłonią za pojemnik z kryształami i obracając go niespiesznie w dłoniach. Odłamki mieniły się w świetle księżyca niezwykłym blaskiem- Wuj się nie złości. Raczej... bywa zagniewany. Albo rozczarowany. Tak, chyba to słowo pasuje do niego najlepiej. Ja rozczarowywałem go niemalże nieustannie...- dodał półgłosem- Hadrin nigdy.
-Ale to ciebie wybrał na swojego następce- stwierdził potomek wilków.
-I tego właśnie nie rozumiem. Co to ma być? Jakaś próba...?
-Może dowód zaufania.
Amir uśmiechnął się gorzko pod nosem. Wolałby, żeby wuj udowodnił mu swoje zaufanie w inny sposób.
-Więc co właściwie chciałbyś robić, co...?- dopytywał dalej Nadim- Co robiłbyś teraz, gdyby nas tutaj nie było? Masz jakieś konkretne plany, marzenia?
Mężczyzna wahał się przez dłuższą chwilę, nie będąc do końca przekonanym, czy w ogóle powinien odpowiadać. W końcu jednak westchnął głęboko i zaczął powoli, z wyraźnym zawstydzeniem:
-Czasem... Widzę oczyma wyobraźni wielką armię. Tak wielką, jakiej świat jeszcze nie widział. Nawet tej twój Fortis- dodał, parsknąwszy lekceważąco, jakby chciał ukryć swoje zażenowanie. Potomek wilków się nie śmiał. Spoglądał na niego z uwagą, wyraźnie wyczekując jego kolejnych słów- Armia jest gotowa i wyczekuje rozkazu. Ja stoję na jej czele i daję znak do ataku.
Ot, marzycielska wizja, nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością, która nawiedzała go właściwie już od czasów dzieciństwa, gdy większość jego rówieśników marzyła o tym, by być wielkimi wojownikami. Wtedy jeszcze wszystko wydawało się proste, zdawało się, że nie trzeba mieć nic więcej, prócz chęci, spoglądało się w przyszłość z wyczekiwaniem, będąc niemalże przekonanym, że dorosłość przyniesie spełnienie tych marzeń. Ignorowało się pobłażliwe uśmiechy dorosłych i ich narzekanie na życie. Dorośli mogli przecież robić, co tylko zechcieli. Ale im starsi byli, tym bardziej jasne stawało się, że niektóre cele na zawsze pozostaną nieosiągalne, a do innych droga będzie znacznie dłuższa, niż im się niegdyś wydawało.
-Tak potężna armia, potrzebuje równie potężnego przeciwnika- stwierdził potomek wilków- Kto mógłby wam zagrażać...?
-Nikt. Nie wiem...- Amir poruszył się niespokojnie- To tylko marzenie i nic więcej- mruknął szorstko- Wolałbym stokroć bardziej, nie posunąć się do przodu ani trochę, albo i nawet zasiąść na tronie, niż patrzeć na to, jak moim bliskim dzieje się krzywda. Nie chcę, by cokolwiek im zagrażało.
-To dlatego tu jesteś...- Nadim uśmiechnął się do niego lekko- Muszę przyznać, że bardzo mnie to zastanawiało... Wszystko poddawałeś pod wątpliwość, nie wierzyłeś w demona, nie wierzyłeś w słowa Fortisa, w moc kryształu... A jednak się zgodziłeś. Początkowo sądziłem, że chciałeś to zrobić dla świętego spokoju, ale wytrzymałeś stanowczo zbyt długo, żebym mógł uznać tę teorię za prawdziwą... Doszedłem więc do wniosku, że to zapewne autorytet twojego wuja skłonił cię do zaangażowania się w poszukiwania. Ale teraz wiem, że jest inaczej. Troszczysz się o rodzinę. Założyłeś więc istnienie demona, bo jeśli masz rację i naprawdę nie istnieje, i tak nic im nie zagrozi, ale jeśli się mylisz, mógłbyś ściągnąć na nich cierpienie, rezygnując. Jesteś tutaj po to, by nie martwić się o ich los.
-Nawet będąc tutaj i tak nieustannie się martwię- odparł cicho Amir- Skąd mam wiedzieć, czy nie dzieje im się krzywda...? Właśnie teraz, kiedy ja, zamiast być przy nich, zajmuję się poszukiwaniem czegoś, co może okazać się zupełnie bezwartościowe?
-Gdyby stało im się coś złego, czułbyś to- stwierdził z pełnym przekonaniem potomek wilków.
Amir parsknął gorzkim śmiechem.
-Świetnie. Więc musi im się dziać wiele rzeczy, bo niepokój nie odstępuje mnie na krok.
Nadim uśmiechnął się na te słowa nieco pobłażliwie i odparł łagodnie:
-Cóż, jak widać, wy ludzie, już tak macie. Zapewne teraz, gdy ty martwisz się o twoją rodzinę, twoja rodzina, zupełnie niepotrzebnie, martwi się o ciebie.
-Tak, p... Nadim?- poprawił się w ostatniej chwili mężczyzna, chociaż imię potomka wilków pasowało mu do odpowiedzi znacznie mniej niż klasyczne „psie”- A twoja rodzina co teraz robi, co? Cieszy się, że ma cię z głowy?
-Na pewno też się o mnie martwią. Ale mają swoje obowiązki i muszą się na nich skupić- ach, tak. Amir uśmiechnął się kwaśno. Za to ludzie nie mają żadnych obowiązków.- I mają świadomość zadania, jakie przede mną stoi. Niepokój potrafi zatruć umysł i serce, powstrzymywać od działania, a to w niczym nie pomaga.
Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad słowami towarzysza.
-A tak właściwie, czym ty będziesz się zajmował, gdy wrócimy...?- zapytał po chwili, zdając sobie sprawę z tego, że nawet nie bardzo wie cokolwiek o planach swojego kompana- Czym chciałbyś się zajmować?
Potomek wilków uśmiechnął się znowu, choć tym razem jego uśmiech wydawał się mniej szczery niż zwykle. Zaczął tonem z pozoru lekkim, chociaż dalekim od radości:
-My żyjemy w innych warunkach. Nigdy nie będę miał aż tak szerokiego wyboru, jak królewski dziedzic czy chociażby zwykły mieszczanin...- zironizował.- Nie muszę się zastanawiać, czy wolę być przyszłym królem, czy dowódcą armii. Ani nawet, czy wolę być piekarzem czy kupcem- parsknął cicho.- Oczywiście, każdy ma swoje marzenia i ambicje, ale nasza społeczność jest ściśle uporządkowana. To, czym będę się zajmował, będzie zależało od potrzeby chwili. Wszyscy mężczyźni szkoleni są u nas dość podobnie, choć nie każdy nadaje się do określonych zadań, stąd później następują drobne rozgraniczenia, ale tak naprawdę każdy z nas ma obowiązek służyć wspólnocie. Naszym zadaniem jest uczyć dzieci i chronić starców, opiekować się kobietami i pomagać chorym. Kiedyś role się odwrócą i to my staniemy się starzy lub niezdolni do pracy i wtedy opiekować się nami będą kolejne pokolenia.
-W takim razie ja z kolei wiem, dlaczego ty tu jesteś- odpowiedział z uśmieszkiem satysfakcji Amir- Nie chodzi o te całe brednie o demonie, prawda? Nie mówię, że w nie nie wierzysz...- dodał, widząc, że jego towarzysz zamierza zaprotestować- Ale gdybyś nie wyruszył i został wśród swoich, byłbyś jednym z wielu, zajmowałbyś się tym, czym reszta, czym ta cała „wspólnota”... A tak robisz coś wyjątkowego. Masz szansę poznać trochę świata, oderwać się od pozostałych... A może liczysz nawet na to, że jeśli spiszesz się wystarczająco dobrze, zaczną cię czcić jako bohatera...- uśmiechnął się kpiąco.
Nadim również odpowiedział uśmiechem, nie protestując.
-Może- przyznał spokojnie.- Ty nigdy nie chciałeś być bohaterem?
Amir poruszył się nieco, po czym odparł dumnie:
-Z pewnych marzeń się wyrasta. Po prostu w pewnym momencie człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że ważniejsze od jakiegoś tam bohaterstwa, jest bycie przydatnym swojej rodzinie, ludziom, na którym mu zależy... Wspólnocie, jak wolisz. Poza tym, poznałem historie zbyt wielu bohaterów, by się nimi zachwycać i by chcieć zostać ustawionym z nimi w jednym szeregu. Szczególnie, że najłatwiej tworzy się legendy o tych, którzy dopuszczali się czynów okrutnych i skazywali na cierpienia kolejne pokolenia...- dodał znacząco.
Potomek wilków zdawał się nie przejąć tym ani trochę.
-Może o nas też będą kiedyś opowiadać legendy- odpowiedział, a Amir zareagował na te słowa śmiechem.
-Och, jasne... I jak myślisz, kogo będą woleli, co...? Gadatliwego i upartego potomka wilków czy sceptycznego, złośliwego człowieka...?
Nadim uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności, rzecz jasna, zamierzał uniknąć sprostowania dotyczącego charakteru towarzysza.
-Tak myślałem- skwitował to z cieniem rozbawienia mężczyzna- Też wolałbym człowieka...
-Myślę, że masz zadatki na bohatera- rzucił po chwili Nadim, przyglądając się towarzyszowi z uwagą.
-Ależ nie, nie przeceniaj mnie aż tak... Jeszcze nie zamordowałem aż tylu istot, bym godzien był zapisania na tę listę...
Potomek wilków parsknął śmiechem, po czym ziewnął szeroko i mruknął sennie:
-Dobra... Tak czy inaczej, dobrej nocy. A gdybyś miał znowu problem z robactwem, albo byłoby ci zimno... Wiesz, gdzie mnie szukać- stwierdził, obracając się do niego plecami.
Amir mimowolnie zmierzył go uważnym spojrzeniem.
-... I mówi mi to ktoś, kto sam leży z odkrytym tyłkiem- skwitował.- Jesteś pewien, że nie chcesz koca...?
-Jestem pewien.
-W takim razie dobrej nocy.

-I tak oto, gadatliwy i uparty potomek wilków, oraz jego niezmordowany towarzysz, sceptyczny i złośliwy człowiek, wyruszyli w dalszą, niesamowitą i przerażającą wędrówkę...- rzucił tajemniczym szeptem Nadim, gdy przemierzali kolejną część lasu.
Teraz drzewa rozstawione były już mniej gęsto, więc i promienie słońca przenikające miejscami przez ich korony, dawały przyjemne, poranne ciepło.
-Przymknij się...- mruknął Amir, wyprzedzając nieco kompana- Musisz ględzić od rana...? A poza tym, dlaczego to ja miałbym być „niezmordowanym towarzyszem” głównego bohatera, a nie odwrotnie?- rzucił, udając rozgniewanie.
-A co to za różnica...?
-Główni bohaterowie są zazwyczaj bardziej interesujący, nie sądzisz...?
-Sądzę. Dlatego ja nim jestem- odparł potomek wilków, śmiejąc się pogodnie.
Amir zerknął na niego przez ramię i w tym momencie, koc, w który jego towarzysz zawinął część rzeczy, rozplątał się i wszystko upadło na ziemię. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę, westchnąwszy głęboko.
-I tak się właśnie kończy ględzenie od rana...- stwierdził pouczająco.
-Trzymaj- potomek wilków podał mu łuk i zaraz zabrał się do zbierania i ponownego pakowania niesionych przez siebie przedmiotów.
Amir ruszył powolnym krokiem przed siebie. Przesunął delikatnie dłonią po ramionach łuku i obejrzał go dokładnie. Akurat na tym zupełnie się nie znał. Trudno mu było nawet stwierdzić, czy ten został wykonany z należytą precyzją, chociaż wyglądał na dość solidny.
-Możesz go oglądać, nawet wypróbować, nie krępuj się...- rzucił z pobłażaniem Nadim, jakby towarzysz pytał go o zdanie.- Ja akurat nie jestem aż tak bardzo przewrażliwiony na punkcie swojej broni...
Broni... Amir uśmiechnął się pod nosem drwiąco, zwalniając jeszcze bardziej kroku, ale się nie zatrzymując. Też mu broń! Kawałek drewna i włókno!
-Nie masz dobrego zdania o łucznikach, co...?- Nadim dogonił swojego towarzysza, spoglądając na niego z cieniem rozbawienia. Amir posłał mu pytające spojrzenie, oddając mu jego własność- Widziałem jak na mnie patrzyłeś. Wtedy, kiedy mieliśmy się pojedynkować. Gdy trzymałem łuk, uśmiechałeś się złośliwie.
-Mam dobre zdanie o łucznikach...- odparł oszczędnie mężczyzna, chociaż i w tym zdaniu dało się odnaleźć nutkę politowania.- Mogą być bardzo przydatnym elementem w armii, łuki nie są drogie w produkcji, strzały także, strzelać z nich można przede wszystkim szybko, a nawet całkiem celnie, szczególnie, gdy ma się dobre oko i trochę wprawy...
-... Ale?- podchwycił Nadim, zaciekawiony.
-... Ale to broń dla każdego. Nawet dla kobiet- parsknął cicho Amir- To co innego, niż walka mieczem. Do tego nie trzeba żadnych szczególnych umiejętności, ani nawet siły fizycznej.
-Mylisz się- odpowiedział potomek wilków.- Nigdy nie uczyłeś się strzelać, prawda...?
-Nie miałem potrzeby.
-Szkoda. To przydatna umiejętność. I wcale nie tak prosta do nabycia, jak ci się zdaje... Może chciałbyś spróbować?
Amir zaśmiał się tylko, co stanowiło chyba najlepszą odpowiedź. Łuk bywał owszem, bronią skuteczną, ale nie kojarzył się mężczyźnie zbyt dobrze. Co innego walka wręcz, co innego spotkanie dwóch ostrzy, taniec mieczy, to były prawdziwe emocje, to była prawdziwa potyczka, wymagająca strategii, skuteczności, odwagi i jasnego umysłu. Chociaż musiał przyznać, że potomek wilków i z mieczem radził sobie bardzo dobrze. Szczególnie jak na kogoś, kogo interesowało głównie łucznictwo... Czasem aż go kusiło, by raz jeszcze pojedynkować się z potomkiem wilków i sprawdzić, jak by się to ostatecznie skończyło... Oby nie ciemniejącym niebem, tym razem. Chociaż biorąc pod uwagę to, jak długo walczyli ostatnio, rzeczywiście mogłoby się zacząć ściemniać.
Mężczyzna dostrzegł przed sobą coś, co w pierwszej chwili wydało mu się ledwie przewidzeniem, ale gdy wciąż szli do przodu, widział to coraz wyraźniej i wzbudzało w nim to rosnące zdumienie. W końcu przystanął, dłonią zatrzymując też swojego towarzysza, który również to dostrzegł. Wyglądało tak, jakby znajdujące się przed nimi drzewa, były ledwie malowidłem, pośrodku którego utworzyło się rozdarcie, ukazujące biel płótna. Albo jakby promień słońca, w swej wędrówce na ziemię, zamarł nagle w bezruchu, kilka metrów nad nią, błyszcząc i mieniąc się oślepiającą białością.
-Co to jest, u licha...?- szepnął ze zdumieniem Amir, bojąc się postąpić choćby krok do przodu.
W przeciwieństwie do Nadima, który zaintrygowany, ruszył powoli.
-Oszalałeś?!- mężczyzna chwycił towarzysza za ramiona i przyciągnął go z powrotem do siebie.
Obaj milczeli przez chwilę, zupełnie nie wiedząc, co powinni zrobić, ani jak zareagować na tę dziwaczność. Spoglądali na siebie, Amir raczej ostrzegająco, Nadim tak, jakby wciąż miał ochotę na własnej skórze sprawdzić, co to takiego.
-Witajcie, panowie- dotarł do nich melodyjny, kobiecy głos i obaj odwrócili się gwałtownie, widząc przed sobą znajomą postać.
Stała przed nimi ta sama kobieta, która przyszła do nich wtedy, by odebrać swą zgubę. Wciąż w tej samej, śnieżnobiałej sukni, wciąż równie blada i równie piękna. Tym razem jednak nawet Nadim wydawał się być mocno wycofany i oszołomiony, nie zareagował na jej nagłe pojawienie się równie entuzjastycznie, co wtedy. Amir nie potrafił zrozumieć, co się dzieje. Wbił mocno palce w ramię towarzysza, obawiając się chyba, że ten może zaraz zrobić coś niewyobrażalnie głupiego i instynktownie chcąc go przed tym powstrzymać.
-Witaj... pani...- odezwał się wreszcie potomek wilków, po dłuższej chwili ciszy. Nie rwał się szczególnie, ani do całowania jej rąk, ani nawet w ogóle, do zbliżania się do niej- Co cię tu sprowadza...?
-Znalazłam coś, co zapewne może was zainteresować- stwierdziła i wyciągnęła przed siebie brązowe pudełko, które Amir rozpoznał bez najmniejszego problemu.
-Co to takiego?- zdumiał się potomek wilków, chociaż jego towarzysz już wiedział. A gdy przybyszka podeszła do nich jeszcze o kilka kroków, a pojemnik z kryształami na szyi mężczyzny zaczął drgać charakterystycznie, nie miał już żadnych wątpliwości.
Odsłoniła wieczko i wyjęła ze środka jeden z fragmentów, pokazując im go na bladej dłoni. Pudełko odrzuciła na bok, a to uderzyło w ziemię z taką siłą, że rozpadło się na drobne kawałki. Uśmiechnęła się do nich delikatnie, jakby chcąc im okazać serdeczność, ale Amir ani myślał wierzyć w jej dobre intencje. Rozejrzał się dookoła mimowolnie, jakby szukał dobrej drogi ucieczki. Wolną dłonią odruchowo dotknął rękojeści miecza, gotów w każdej chwili do obrony. Starał się dać jakiś znak Nadimowi, albo chociażby porozumieć się z nim spojrzeniem, ale ten nie odrywał uważnego wzroku od kobiety.
-Skąd to masz, pani...?- zapytał ostrożnie.
-Natrafiłam na niego i sądziłam, że może będę w stanie wam pomóc i odwdzięczyć chociaż trochę...
-W takim razie dziękuję, pani- stwierdził Nadim i już ruszył do przodu, ale jego towarzysz zatrzymał go znowu przy sobie, nie pozwalając mu odejść.
-Czego chcesz w zamian?- zapytał ostro mężczyzna.
-Amir!- potomek wilków syknął głucho, posyłając mu karcące spojrzenie.
-Właściwie twój towarzysz ma rację, panie...- odpowiedziała lekko kobieta, nie przestając się uśmiechać- Jest coś, czego oczekuję, chociaż nie będzie to raczej rewanż, a dodatkowa nagroda...-  zbliżyła się do nich jeszcze. Amir usiłował odciągnąć swojego towarzysza, ale ten tym razem stawił mu opór. Ciemnowłosa, dłonią w której ściskała odłamek, pogładziła delikatnie twarz potomka wilków, a ten zatrząsł się lekko.- Chciałabym zabrać cię do mojego zamku. To piękne miejsce, piękniejsze, niż cokolwiek, co istnieje na tej ziemi, ale... Czuję się w nim bardzo samotna...
Amir odepchnął gwałtownie jej dłoń. Chłód jej skóry przeniknął go do głębi i sprawił, że ten zadrżał. Chwycił swojego towarzysza za przedramię i cofnął się z nim, wciąż trzymając go przy sobie kurczowo. Ktokolwiek spoglądałby z zewnątrz na tę scenę, i oglądałby jak dwóch silnych mężczyzn cofa się przed smukłą kobietą, bawiłby się świetnie, ale Amir z chwili na chwilę czuł się coraz bardziej zaniepokojony.
-Dlaczego interesuje cię moje towarzystwo, pani?- zwrócił się do niej znowu Nadim, jakby nie czuł, że ta rozmowa powinna być już skończona.
-Jesteś najbardziej fascynującą istotą, jaką kiedykolwiek spotkałam...- odpowiedziała spokojnie, nie ruszając się z miejsca.- Twoja odwaga, siła i wiedza, zaimponowała mi, jak nic innego... Zgódź się. Mój świat jest tak cudowny, że nikt, kto pojawiłby się tam raz, nie chciałby się już z niego wydostać... Pozwól twojemu towarzyszowi kontynuować wędrówkę samotnie. Chyba, że ten kamień nie jest wam właściwie do niczego potrzebny...- subtelne, napełnione sztuczną wątpliwością słowa, były w rzeczywistości niczym innym jak groźbą.
Nadim wyraźnie nie wiedział, co zrobić, chociaż Amir nie wahałby się na jego miejscu ani chwili. Powinni stąd uciekać. Natychmiast.
-Jak... Jak nas właściwie znalazłaś, pani...?- zapytał wreszcie, jakby na siłę starał się przedłużyć ich dyskusję.
-To oczywiste, do licha!- warknął wściekle mężczyzna, posyłając kobiecie nienawistne spojrzenie, które ona zupełnie zignorowała.- Miałeś rację, ktoś nas obserwował! Ona to robiła!- wykrzyknął, ale i tym razem, przybyszka nie zareagowała w żaden sposób, spoglądając na niego obojętnie, a może wręcz pogardliwie- Zabieraj ten swój kamień i rób z nim cokolwiek zechcesz, i odczep się od nas ty... ty... czarownico!
Na twarzy kobiety wymalował się pobłażliwy uśmiech.
-Zgadzam się- rzucił nagle Nadim, wpatrując się w nią i wprowadzając w zupełne osłupienie swojego towarzysza.- Pójdę z tobą, pani.
-Postradałeś zmysły?!- wrzasnął na niego mężczyzna. Chwycił go za przedramiona tak mocno, że zaczęły go boleć palce. Wpatrywał mu się prosto w oczy, jakby usiłował zrozumieć, co ten właściwie wyrabia.
-Oto wrota do mojego zamku, panie...- stwierdziła kobieta, jakby nie zauważyła ich sporu i stanęła blisko jaskrawobiałego, podłużnego rozcięcia.
-Zupełnie ci odbiło...? Normalne kobiety już ci nie wystarczają, musisz sobie szukać jakiegoś... dziwadła?!- warknął głośniej mężczyzna, by jego słowa dotarły do kobiety.
-Nie o to chodzi- odparł szeptem potomek wilków.- Potrzebujemy kryształu.
-Znajdziemy go, do licha! Nawet bez niej! Jesteśmy wybrańcami, pamiętasz?- rzucił desperacko.- Sam mówiłeś, że znajdziemy fragmenty bez względu na wszystko, że zawsze trafi się szansa!
-Może to jest właśnie nasza szansa.
-Nadim! Nie rób tego, do licha, nie rób tego...- w głosie mężczyzny dało się wyczuć już nie tyle prośbę, co wręcz błaganie. Ogarnęła go nagle zupełna panika.
-Zaufaj mi.
-Ani myślę!
Potomek wilków wyrwał się wreszcie z jego uścisku. Amir pokręcił głową, wciąż wpatrując się w niego, jakby liczył na to, że ten wycofa się jeszcze. Ale Nadim spojrzał na niego ostatni raz, odrzucił tobołek na trawę, po czym ruszył w kierunku kobiety. Obdarzył ją uśmiechem i zbliżył się do wrót. Amir nawet nie zauważył, jak przez nie przechodzi. Nagle zniknął po prostu i nie było już po nim śladu.
-Co z nim zrobiłaś?!- krzyknął panicznie, biegnąc w tamtym kierunku- Co z nim zrobiłaś, wiedźmo?!
Ale ona zaśmiała się tylko, odrzuciła fragment kryształu na ziemię, po czym zbliżyła się do przejścia i zniknęła razem z nim.
Amir zatrzymał się nagle, rozglądając dookoła zupełnie zdezorientowany. Poszedł o kilka kroków przed siebie i cofnął się znowu, nie mogąc wyjść z osłupienia. Wszystko zniknęło... Wszystko zniknęło... Jedynym śladem, który świadczył o tym, że to wszystko w ogóle się zdarzyło, był fragment kryształu.
-Nadim!- krzyknął rozpaczliwie mężczyzna.- Nadim! Nadim!
Długo jeszcze wołał go i szukał dookoła, zupełnie nieporadnie, zupełnie niepotrzebnie, nie mogąc pogodzić się z tym, co się stało, będąc całkowicie bezradnym, całkowicie bezsilnym... Gniew zapłonął w nim nagle i z wrzaskiem wściekłości, zerwał z szyi szklany pojemnik z błyszczącymi, drżącymi kryształami i cisnął nim z całej siły w najbliższe drzewo. Szkło pękło, a fragmenty upadły na ziemię, ciemniejąc i zamierając w bezruchu, tak bardzo zwykłe i niepozorne, że przypadkowy wędrowiec nie byłby w stanie odróżnić ich od  kamieni. Skrył twarz w dłoniach i osunął się na ziemię, nie wiedząc, co powinien zrobić. Co mógł w ogóle zrobić teraz, bez Nadima...? Wydawało mu się, że powinien go zatrzymać, za wszelką cenę, że powinien był zachować się inaczej, zrobić coś innego... Wszystko przepadło, wszystko przepadło!
Po kilkunastu minutach podniósł się dopiero na nogi i powoli, mechanicznie, zaczął zbierać kawałki kryształu, fragment po fragmencie. Gdy pierwszy dostał się w jego dłonie, wszystkie pozostałe odnalazł już bez trudu. Oparł się o jedno z drzew, ściskając je wszystkie w dłoni tak mocno, że ostre krawędzie wbijały się mocno w jego skórę, raniąc ją.
Jeśli jacyś bogowie naprawdę istnieli... Albo i bóg... Cokolwiek podobnego bogu czy też bogom... Jeśli istniała jakakolwiek siła, jakakolwiek moc, cokolwiek, co byłoby w stanie mu teraz pomoc... Jeśli ten cały kryształ rzeczywiście skrywał w sobie taką potęgę, a nie było to ledwie wymysłem, fałszem... Niech da temu dowód... Niech da temu dowód... Niech pomoże mu uwolnić Nadima...
I chociaż nigdy w życiu nie pomyślał ani nawet nie uwierzył chyba w coś równie irracjonalnego. Nagle poczuł większy jeszcze ból w dłoni, coś błysnęło, oślepiając go na chwilę, a tuż przed nim, pojawił się ten sam blask, te same wrota, w których zniknął wcześniej jego towarzysz. Amir cofnął się gwałtownie, w pierwszej chwili przerażony i gotów do ucieczki. Otworzył dłoń i ze zdumieniem dostrzegł na niej już nie cztery małe fragmenty, ale jeden, duży kawałek kryształu, wyglądający niemalże identycznie jak te mniejsze.
Podniósł się na nogi, zupełnie oszołomiony. Czuł, że o ile wyjdzie z tego wszystkiego żywy, będzie musiał to mocno przemyśleć...
Podszedł powoli do jaśniejącego kształtu. Uderzył go przeszywający chłód i przeraźliwe zimno. Wyciągnął dłoń przed siebie, chcąc najpierw sprawdzić, zbadać, co to takiego, ale ledwie ta zbliżyła się do wrót, było już za późno. Poczuł tylko, jakby coś wciągało go do środka z zawrotną prędkością.
Cały świat zawirował mu przed oczyma.
Zniknął.