Strony

sobota, 25 lutego 2012

§ 13 § [YFM]

Ostatnie dni były najstraszniejszymi, jakie przeżył Absalom  . Stan Mortalisa stale się zmieniał, raz był przytomny, całkowicie świadom tego, co się wokół niego dzieje, to znów słabł, dostawał wysokiej temperatury, mamrotał coś bez większego sensu, jakby nie zdawał sobie w ogóle sprawy z tego, gdzie się znajduje. Absalom czuwał przy nim cały czas, obawiając się zmrużyć oka chociażby na chwilę. Gdy mężczyzna zasypiał, chłopak wciąż siedział u jego boku, wsłuchując się w jego nierówny, płytki oddech. Bał się tego, że Mortalis mógłby umrzeć. Ganił samego siebie za to, że pozwolił mu wyruszyć, zupełnie tak jak zwykle, że zbyt słabo się temu przeciwstawiał... Nie miał pojęcia, jak mógłby zmienić Mortalisa i jego nastawienie, wątpił, by miał na niego jakikolwiek wpływ, ale i tak czuł się winny. Łzy zbierały się w jego oczach, gdy zmieniał opatrunki mężczyzny, obmywał uważnie jego ciało, oglądał rany, które wcale nie wyglądały lepiej niż tuż po jego powrocie... I myślał, zastanawiał się, jeszcze bardziej intensywnie niż kiedykolwiek wcześniej. Jak dobrze byłoby mieć obok siebie kogoś jeszcze, kogoś, kto byłby im w stanie pomóc w takiej sytuacji. Edalis z pewnością by to zrobił, ale był zbyt daleko. Nie wiedział, co się tutaj dzieje, a Absalom nie mógł udać się do miasta i zostawić mężczyzny w takim stanie. Ale gdyby mieszkali w mieście... Przecież byłoby im o wiele łatwiej! Dookoła pełno ludzi, są medycy, uzdrowiciele, jest gospoda Edalisa, który był bardzo szanowany przez okolicznych mieszkańców i znał wiele osób... Absalom mógłby zająć się jakąś pracą i pomóc Mortalisowi w bardziej konkretny sposób. Mężczyzna mógłby szybko dojść do siebie i może... Może zmienić coś. Cokolwiek. Nie robić tego, co robił do tej pory. Zrezygnować raz na zawsze, dla własnego dobra. Przecież kiedyś w końcu trzeba powiedzieć „dość”, prawda...?
Po niecałym tygodniu ytuacja nieco się polepszyła. Gdy Absalom przebudził się z samego rana, po krótkiej drzemce, Mortalis również już nie spał. Usiłował podnieść się do pozycji siedzącej. Z jego warg wydobyło się ciche stęknięcie. Chwycił się za brzuch.
-Poczekaj- szepnął pospiesznie Absalom, podchodząc do niego i pomagając mu usiąść. Odgarnął chaotycznym ruchem włosy z czoła, wpatrując się w mężczyznę z uwagą. Mortalis był wyraźnie słaby i chory. Skórę miał bladą, oczy zmęczone, nawet jego ciało wydawało się jakby bardziej wątłe, nie sprawiało już wrażenia tak silnego jak wcześniej.
-Absa, nie jestem kaleką...- rzucił ledwie słyszalnie, bez cienia pretensji czy irytacji w głosie, raczej z czymś na kształt zrezygnowania. Od jego ostatniego powrotu, wydawał się być raczej sfrustrowany, wściekły na samego siebie. Czasem pozwalał sobie na jakieś uwagi, nawet przesiąknięte czymś na kształt złośliwości, jakich chłopak nigdy wcześniej od niego nie usłyszał. Robiło mu się przykro, ale chwilę później zdawał sobie sprawę z sytuacji mężczyzny, rozumiejąc trochę jego zachowanie. Mortalis zawsze był samodzielny, zupełnie niezależny, nawet, gdy działo się coś poważnego, Absalom najczęściej w ogóle o tym nie wiedział. A teraz... Teraz wszystko było inaczej. Na szczęście. Chłopak nie chciał nawet myśleć, bo byłoby, gdyby został tego dnia dłużej w mieście albo zignorował własne przeczucia, nie chcąc rozgniewać mężczyzny.
-Jeszcze chwila...- szatyn uśmiechnął się do niego blado i podszedł do łóżka stojącego przy ścianie, w którym wcześniej nocował Mortalis, po czym wziął z niego poduszkę i podłożył ją pod plecy mężczyzny, by ten mógł się wygodnie oprzeć- Tak jest dobrze...?
-Nie jestem kaleką- powtórzył tylko głucho ciemnowłosy, odwracając wzrok w kierunku okna. W chwilach świadomości wyglądał przez nie prawie przez cały czas, jakby czegoś oczekiwał. Wydawał się wtedy pełen napięcia, bywał nieprzyjemny, szorstki.
Może obawiał się, że chłopak wbrew jego woli ściągnie tu kogoś. Absalom nie miał pojęcia. Wolał nie pytać.
Przystanął na chwilę na środku pokoju i zawahał się, po czym chwycił za stół i z łoskotem przesunął go bliżej łóżka w którym spoczywał Mortalis. Postawił na nim talerz, który wcześniej otarł pospiesznie z kurzu, przygotował mu resztkę chleba, jaka została z ostatnich zakupów w mieście i szklankę wody.
-Pomyślałem sobie, że dzisiaj pójdę do miasta- poinformował go, siląc się na słaby uśmiech. Mortalis zerknął na niego uważnie- Zrobię jakieś zakupy i zobaczę, co u Edalisa...- a raczej poinformuje Edalisa o tym, co się wydarzyło, bo taki właśnie miał zamiar- Dobrze się czujesz...?- zapytał z troską.
Mortalis skinął głową.
-Dobrze- odpowiedział, łagodniejąc nieco. Znowu odwrócił wzrok w kierunku okna.
Absalom spoglądał na niego przez chwilę w milczeniu. Tyle miał mu do powiedzenia... W tych chwilach, kiedy wydawało mu się, że mężczyzna może nie przeżyć, miał ochotę szeptać mu do ucha to wszystko, czego teraz wstydził się z siebie wydusić, to wszystko, co tkwiło w nim już od dawna, te emocje, które nim targały i których nie potrafił określić. Których nie chciał określić, bo chociaż dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co mogą oznaczać, bał się konsekwencji własnych uczuć, które nie były odpowiednie. Ale czy nie byłoby to egoizmem...? I czy nie byłoby egoizmem mówienie o tym teraz, gdy mężczyzna potrzebował raczej spokoju, odpoczynku i niczego więcej?
… A może jego milczenie nie było oznaką troski, ale zwykłego tchórzostwa, lęku przed odrzuceniem?
Sam już nie wiedział.
Spoglądał na Mortalisa jeszcze przez chwilę, po czym wpadł mu do głowy pewien pomysł. Podszedł do półki ze swoimi książkami i przejrzał je uważnie, po czym wybrał jedną z nich i położył ją na stoliku, tuż obok śniadania.
-Jeżeli będziesz czuł się samotny albo będzie ci się nudziło, to możesz ją przeczytać- poinformował mężczyznę, pozornie wesołym tonem- Wiem, że nie przepadasz za tymi historiami, ale ta nie jest wcale taka naiwna jak wszystkie pozostałe... Jest o... O pewnym chłopcu, który musiał opuścić swoją wioskę po epidemii i wyruszył na wyprawę, a następnie...
-Chłopiec ginie na końcu, prawda?- mruknął mężczyzna, wciąż patrząc na zewnątrz.
-Tak...- szepnął Absalom, spoglądając na niego ze zdumieniem- Skąd wiesz?
-Opowiadałeś mi już tą historię.
Opowiadał. Bardzo dawno temu.
… Więc pamiętał?
Absalomowi zrobiło się cieplej na sercu. Uśmiechnął się delikatnie i podszedł do mężczyzny, po czym ucałował go czule w czoło.
-Nie ruszaj się stąd- bardziej poprosił niż polecił- Będę niedługo.
Mortalis poruszył się niespokojnie, mierząc go badawczym wzrokiem.
-Masz swój sztylet...?
-Hm...?- Absalom uniósł brwi, po czym sięgnął do pasa- Tak, mam.
Mężczyzna skinął głową w milczeniu.
-O co chodzi...?- zapytał niepewnie chłopak.
-O nic...- odparł Mortalis.
Absalom wzruszył ramionami i otworzył drzwi. W progu zatrzymał go jeszcze na chwilę głos mężczyzny:
-Uważaj na siebie.
Edalis wysiadł z powozu, nakazując młodemu woźnicy czekać na swój powrót i ruszył wraz z chłopakiem w głąb lasu, stąpając z trudem, sapiąc i podpierając plecy niczym kobieta przy nadziei. Absalom uśmiechnął się do niego lekko, starając się iść równo z nim i nie przyspieszać, co wcale nie było łatwe. Sam fakt, że mężczyzna zgodził się odwiedzić Mortalisa, biorąc pod uwagę to, że na co dzień nie ruszał się z gospody, już świadczył o jego trosce. Nawet, jeśli przez całą drogę wypowiadał się o rannym mężczyźnie raczej niezbyt przychylnie, a nawet twierdził, że ten mógłby ze sobą skończyć raz, a dobrze, a nie zawracać porządnym ludziom głowę. Absalom przywykł już do tej skomplikowanej, trudnej do opisania przyjaźni, która łączyła tych dwóch i nie zamierzał protestować.
-Jesteś pewien, że nie powinniśmy wezwać medyka...?- zapytał cicho, spłoszony, jakby jego opiekun mógł go usłyszeć, chociaż byli jeszcze daleko od domu. Wiedział, że Mortalisowi by się to nie spodobało. Nie był nawet pewien, czy spodoba mu się wizyta Edalisa.
-Aj tam, chłopcze!- Edalis sapnął głośno i machnął dłonią w lekceważącym geście, z trudem łapiąc oddech- Powiem ci to, co powie ci każdy medyk... Póki oddycha i gada, znaczy, że wszystko jest w porządku... Chociaż w jego przypadku, chodzi tylko o oddychanie...
Absalom uśmiechnął się blado. Milczał przez dłuższą chwilę, nie będąc pewnym, czy podzielić się z towarzyszem wątpliwościami, jakie się w nim zrodziły. Edalis był dobry, pomagał mu już wiele razy, zawsze służył swoją radą, ale jednocześnie potrafił we wszystkim tak skutecznie namieszać, że czasem chłopak wahał się długo, nim zdecydował się mu powiedzieć o czymś istotnym dla niego samego. Ale przecież to on zawsze przekonywał go do przeniesienia się do miasta. Więc... Właściwie, może Mortalisa też mógłby przekonać... Absalom byłby w stanie pogodzić się ze wszystkim, z tłokiem, hałasem, byleby tylko mieć świadomość, że są bezpieczni, że z Mortalisem wszystko w porządku. A może w swojej naiwności łudził się, że taka zmiana sprawi, że mężczyzna z nim zostanie i będą żyli normalnie. Jak wszyscy.
-Edalis...- zaczął powoli, ważąc każde słowo.- Czy mógłbym cię o coś prosić...?
Mężczyzna omiótł go uważnym spojrzeniem i odetchnął głęboko.
-Jasne... Jasne, że mógłbyś... chłopcze... Wiesz o tym dobrze... Ale sam fakt, że pytasz, upewnia mnie w przekonaniu, że nie będzie to prośba łatwa do spełnienia...
-Chciałbym, żebyś porozmawiał o czymś z Mortalisem- przyznał chłopak. Edalis posłał mu pytające spojrzenie.- To, co się zdarzyło... Nie chcę być źle zrozumianym- dodał natychmiast, rumieniąc się niczym winowajca. Bo czy nie był winowajcą...? Sam już nie wiedział, jak na to wszystko reagować. Chciał pomóc Mortalisowi, czy chciał pomóc sobie...?- Po prostu martwię się o niego... I wydaje mi się, że gdybyśmy mieszkali w innym miejscu...- spuścił wstydliwie wzrok.- … może byłoby chociaż trochę inaczej... Gdyby było więcej ludzi... I... I... Sam wiesz, o co mi chodzi. Chciałbym, żebyśmy się gdzieś przeprowadzili... Do miasta.
Przeniósł spojrzenie na swojego towarzysza, który przystanął na chwilę, by wybuchnąć gwałtownym śmiechem, nim ruszył dalej. To aż za dobrze wyrażało opinię Edalisa na ten temat.
-On... do miasta?- rechotał wciąż nieprzerwanie, mając trudności ze złapaniem oddechu.- O, chłopcze... O, chłopcze... Chcesz zabić nieszczęsnego grubasa...? Czekaj no...- przystanął znowu i odczekał chwilę- Tak, chodźmy dalej... Ta gnida nigdy nie zamieszka w mieście, wśród ludzi. On nie lubi ludzi. W ogóle nie lubi towarzystwa.
-Przecież ma mnie- zauważył Absalom.
-No nie ukrywam, sam się na początku zdziwiłem, że ktoś taki wziął się za wychowywanie dzieciaka... Zresztą sam wiesz, co o tym sądziłem... Ale to jednak co innego, chłopcze.
-Właściwie dlaczego tak bardzo się izoluje?
-A bo ja wiem...? Nie pytałem go o to nigdy, a on też zbyt gadatliwy nie jest... Może ma jakiś uraz albo to po prostu dziwactwo, jakich na tym świecie wiele... Myślisz, że zamieszkał w środku lasu, bo w głębi duszy jest taki towarzyski...? Ha, ha, nie, chłopcze... Każdy, ale nie on.
-Przecież mieszkanie w mieście nie zmieniłoby aż tak wiele- usiłował go przekonać Absalom, naiwnie wierząc w swoje własne słowa.- Ja mógłbym zacząć pracować. A gdyby coś się stało, pomoc zawsze byłaby blisko. Nie musiałby się martwić, zostawiając mnie samego.
-Chłopcze, to jest morderca- stwierdził Edalis, a słowa te poruszyły chłopaka do żywego, zupełnie tak, jakby były fałszywym oskarżeniem, a nie zwyczajnym stwierdzeniem faktu.- Jak to sobie wyobrażasz, co...? Wieści o nim roznoszą się szybko i obrastają w legendy, może nie każdy pozna się na nim od razu, nie dojrzy z kim ma do czynienia, ale pokiereszowana buźka nie zapewni mu raczej opinii dobrego obywatela... Mieszkanie w mieście nie jest żadnym problemem dla kogoś takiego jak ty, ale dużym problemem dla kogoś, kto woli zająć się robotą po cichu.
-On już nie będzie tego robił- odparł stanowczo chłopak.
Wywołało to kolejny wybuch śmiechu u jego towarzysza, a Absalom spuścił wzrok, nie wiedząc, jak powinien na to zareagować. Niezależnie od wszystkiego, jednego był pewien, nie pozwoli Mortalisowi pracować i funkcjonować tak jak wcześniej. Może do tej pory był za mało skuteczny, za mało pewny własnych słów. Zbyt przerażony, zlękniony, gdy mężczyzna stawał się nagle szorstki, gdy odpychał go, odchodził jak zawsze... Nie pozwoli mu na to już nigdy więcej.
-Chłopcze, to nie jest zwykły zawód...- Edalis pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem- Narobił już sobie znajomości, a znajomości rozpoczęte w taki sposób nie urywają się łatwo i trudno zapewnić sobie spokój, nawet na odludziu... A uwierz mi na słowo, że rzadko miał do czynienia z równie sympatycznymi ludźmi jak ja...- zaśmiał się.- Poza tym, i tak by nie zrezygnował. To jest jak nawyk, może nawet nałóg...
-To nieprawda!- zaprotestował gwałtownie Absalom- Mortalis tak myśli i właśnie dlatego to wszystko jest takie trudne! Przestań powtarzać takie bzdury!
-Naprawdę sądzisz, że on o tym myśli, chłopcze...?- Edalis zarechotał znowu, nieprzyjemnie, jakby z drwiną, politowaniem. Absalom spojrzał na niego bez zrozumienia- Wierzysz w to, że on ma jakieś zasady moralne, jakieś reguły? Że ma sumienie? On kieruje się instynktem. Jak zwierzę- chłopak obruszył się na te słowa, ale jego towarzysz kontynuował, jakby w ogóle tego nie dostrzegł- Człowiek, który zabija innych ludzi, nie jest już do końca człowiekiem i nigdy nim nie będzie. Ty widzisz w nim człowieka i patrzysz na niego przez ten pryzmat, dlatego tak trudno ci zrozumieć, kim jest naprawdę i co robi. Pewnie ci się wydaje, że walczy ze sobą, że nieustannie łamie własne zasady, żałuje tego, co uczynił... Nie jest tak. Niezależnie od tego, co sobie wyobrażasz. On nie ma reguł i nie ma sumienia. W momencie, gdy człowiek zabija innego człowieka, zaczyna sobie uświadamiać, że cała ta... idea człowieczeństwa, jak dumnie się to określa, jest bajką. I że ludzie nie różnią się niczym od zwierząt. A kiedy się to dostrzega, moralność jest tylko pustym słowem.
-Musisz coś o tym wiedzieć- odparł ostro Absalom- W końcu sam jesteś jednym z tych, który zlecał mu te potworności.
-I widzisz, chłopcze...- Edalis uśmiechnął się lekko- Kiedy zrozumiesz, dlaczego mu je zlecałem, a nie robiłem tego samodzielnie... Zaczniesz rozumieć, kim on jest.
Absalom nie potrafił znaleźć odpowiedzi na te słowa. Nigdy nie mógł pojąć, dlaczego Mortalis robi takie rzeczy. Trudno było mu znaleźć dla tych czynów usprawiedliwienie, chociaż tłumaczył to sobie często tym, co mężczyzna musiał przejść, jakie miał doświadczenia, jak bardzo zawiedli go ludzie i cały świat. Wierzył w to, że Mortalis ma wyrzuty sumienia, być może dlatego, że chciał w to wierzyć. Przecież musiało go dręczyć wiele spraw. Tak wiele trosk malowało się na jego twarzy, w jego milczeniu było coś niesamowicie tragicznego, jego wzrok, gdy spoglądał na chwilę gdzieś przed siebie, nieobecny i zamyślony, budził czasem w Absalomie przerażenie. Ale czy Mortalis naprawdę żałował chociaż jednej swojej zbrodni...? Nigdy tego nie powiedział. Nie było w nim żadnego zrozumienia, żadnego szacunku dla człowieka, jako istoty, szacunku do jego życia, do zachowań, emocji... Jakby to nie miało żadnego znaczenia. Ale Absalom nadal nie rozumiał, jak jego opiekun mógł się dopuszczać takich czynów. Przecież nie był zły. Przecież zawsze traktował go dobrze. Kiedy wymawiał w myślach jego imię i zestawiał je ze słowem „morderca”, czuł wyrzuty sumienia, chociaż wiedział, że Mortalis nie obraziłby się wcale na to określenie.
-Ciągnie cię do miasta, chłopcze- stwierdził z pełnym przekonaniem Edalis, kiwając głową- Dobrze o tym wiem. I dam ci dobrą radę: zabieraj się stąd tak szybko, jak tylko możesz. Znajdzie się dla ciebie miejsce w mojej gospodzie, bądź tego pewien. Życie tutaj ogranicza ciebie i twoje możliwości.
-Nieprawda- Absalom odwrócił wzrok z zawstydzeniem.
Przecież jeszcze niedawno pomyślał dokładnie to samo... Jak mógł wykazać się takim egoizmem...? Nigdy wcześniej nie przeszło mu to nawet przez myśl, ale ostatnimi czasy tyle się zmieniło... I coraz częściej zaczynał uświadamiać sobie boleśnie, że nigdy nie będzie tym, kim chciałby być.
-Oczywiście, że prawda. Mnie nie oszukasz, chłopcze. Jego zresztą też nie. On wie.
-Nie chcę odchodzić!- odparł pospiesznie Absalom, spoglądając na swojego towarzysza z lękiem- Nie zostawię Mortalisa.
-A któż ci go każe zostawiać...?- Edalis najwyraźniej nie widział w tym problemu- Przecież będziesz mógł go odwiedzać w tym jego lasku... Ty akurat masz większe możliwości ode mnie i nie będzie to aż tak trudne...- zacharczał, przystając znowu na moment- Zresztą, będzie dokładnie jak teraz, ale będziesz miał możliwość pracy i normalnego życia, zamiast tego, co on ci zagwarantował. I tak go nie ma całymi dniami. A tak zajmiesz się przynajmniej czymś konstruktywnym.
-Nie zostawię Mortalisa- powtórzył raz jeszcze chłopak.
-To bardzo lojalne z twojej strony, ale... Cóż. Zdaję sobie sprawę z tego, że wasza sytuacja jest specyficzna- Absalom spojrzał na niego z lekką obawą, nim zorientował się, o co chodziło jego rozmówcy- Czasem trudno opuścić nawet dom rodzinny, ojca, a on przecież twoim ojcem nie jest. Znalazł cię tylko i wychował- chłopak parsknął cicho. Słowo „tylko” kiepsko w tym miejscu pasowało- Ale chciałbyś mu się pewnie odwdzięczyć, wiem to. Ale wiem też, że nigdy ci się to nie uda i że on też tego wcale nie oczekuje.
-Nie chcę mu się odwdzięczyć- odparł stanowczo Absalom. Wiedział, że nigdy nie zdoła. Mortalis zrobił dla niego tyle rzeczy, ocalił go przed śmiercią, dał mu dach nad głową i właściwie wszystko, czego ten mógł oczekiwać. Czasem chciał tylko jakoś zaimponować mężczyźnie. Udowodnić mu swoją wartość. Ale w jaki sposób...?- Poza tym, nie mogę odejść. Mam tu wiele obowiązków... Zajmuję się domem i...
-Ha! Pierzesz i sprzątasz, co?- Edalis zachichotał nieco słabym głosem i pokręcił głową- Chłopcze, to jest zadanie dla kobiet! Przeprowadzisz się do miasta to sam zobaczysz! I znajdziesz sobie taką, która będzie to robiła za ciebie.
-Nie chcę kobiet- odmruknął niechętnie chłopak, odwracając wzrok.
Zaczynał się poważnie zastanawiać nad tym, czy jego dziwactwo Edalis będzie potrafił równie łatwo wyjaśnić, jak osobliwość Mortalisa. Miał wrażenie, że jednak nie do końca.
-Ależ tam znowu! Młody jesteś jeszcze, to gadasz bzdury. Kobiety są potrzebne i chociaż ciężko się z nimi dogadać to bez nich ciężko funkcjonować... Zresztą, sam się o tym przekonasz, jak trochę dorośniesz. Przyda ci się jakaś dziewczyna, bo i dzieci urodzi, i domem się zajmie... One są w końcu od tego, żeby dopełniać nasze życie. No i żeby zajmować się wszystkim...- Edalis uśmiechnął się lekko- Ale gdy będziesz podrywał jakąś młódkę, lepiej użyj pierwszego argumentu.
Absalom westchnął ciężko. I jak miał się zachowywać w takich warunkach? Co miał zrobić? Wykrzyczeć desperacko całemu światu, że dziewczęta go nie interesują, że nikt go nie interesuje, nikt prócz Mortalisa...? Nawet nie wiedział, czy ktoś potraktowałby jego słowa poważnie. No bo czy to możliwe, żeby darzyć takim uczuciem mężczyznę...? A przecież nie miał pojęcia o miłości. Znał ją tylko z książek i tam zawsze była taka sama. Piękna, nieśmiertelna, przezwyciężająca wszystkie przeszkody. Kończyła się szczęśliwie lub tragicznie, ale i tak była czymś silniejszym nawet od śmierci. Ale świat był zupełnie inny. Obserwował w mieście ludzi, ich zwykłe zajęcia, snujące się niespiesznie ulicami pary, młodzieńców zakradających się pod okna dziewcząt, żeby je podglądać, kobiety, ciągnące do domów pijanych mężów i sam już nie wiedział, jak to wszystko ma wyglądać. Mortalis był jedyną osobą, którą darzył tak silnym uczuciem. Ale nie było to uczucie zupełnie czyste, biorąc pod uwagę myśli, jakie coraz częściej kłębiły mu się w głowie i sny, które nawiedzały go tak często...
Dotarli wreszcie do chatki, co Edalis przyjął z niesamowitą ulgą.
-Szczęście, że udało mi się trochę schudnąć, a i chodzę więcej, bo tak, przysięgam ci chłopcze, w połowie już by mi brakło sił...- wycharczał, chociaż, szczerze mówiąc, zmian w jego posturze Absalom nie odnotował- A to takie zadupie... Ani tu dojechać, ani kogoś posłać... Co za kretyn wybiera sobie takie miejsce do życia!- rzucił, a chłopak odniósł wrażenie, że te słowa celowo powiedział głośno, by dosłyszał go Mortalis.
Absalom wszedł do środka, otwierając Edalisowi drzwi, przez które ten ledwie się przepchnął. Chłopak uśmiechnął się delikatnie do mężczyzny, leżącego na łóżku i spoglądającego w kierunku gościa bez szczególnego entuzjazmu. Nie wyglądał jednak na zdenerwowanego tymi odwiedzinami, więc chłopakowi natychmiast ulżyło.
Zapadła cisza, dla której nawet miano „niezręcznej” wydawało się niezbyt odpowiednie.
-Czego tu chcesz...?- mruknął Mortalis.
-To tak się teraz wita przyjaciela?- odparł Edalis i chociaż obaj mężczyźni wciąż spoglądali na siebie w sposób wyjątkowo chłodny, Absalom patrząc na nich, poczuł się rozbawiony, a nie zaniepokojony. Miny mieli jak młodzieńcy, którzy pokłóciwszy się wcześniej o jakąś błahostkę, chcieli się pogodzić i bali odpuścić jednocześnie.
-Przyjaciela...? Nie zauważyłem, wybacz. Musiałeś go zasłonić.
-O tak, śmiej się z grubasa... Ja przynajmniej mogę się jeszcze ruszać...- sapnął Edalis, opadając ciężko na jedno z krzesełek dokładnie w momencie, w którym wypowiadał te słowa. Drewno skrzypnęło mocno pod jego ciężarem.
-Czego tu chcesz?- powtórzył Mortalis.
Absalom przyglądał się tej scenie, czując coraz większą chęć, by wybuchnąć śmiechem.
-Słyszałem, że zdychasz, więc przyszedłem popatrzeć- odparł złośliwie mężczyzna.
-Źle słyszałeś. Przykro mi cię rozczarowywać.
-Nie szkodzi, poczekam...
-Pójdę się przejść- stwierdził Absalom, uśmiechając się lekko i ruszając do wyjścia. Chyba lepiej było zostawić ich samych.
-Absa...- Mortalis podniósł się nieco, spoglądając na niego z uwagą- Nie odchodź za daleko.
-A ty co, w ojca się bawisz...?- rzucił z pobłażaniem Edalis, a mimo tego, że został właśnie przez swojego przyjaciela obdarzony takim spojrzeniem, że Absalom na jego miejscu zamarłby ze strachu, kontynuował- To duży chłopak. Idź, idź, Absa.
Absalom spoglądał jeszcze przez chwilę na twarz opiekuna, na której dostrzegł tłumiony, ale jednak, grymas bólu.
-Dobrze się czujesz...?- zapytał cicho.
-Och, no, następny!- parsknął śmiechem Edalis- Idź, chłopcze! Przy mnie nie zginie... Chyba, że mnie zezłości za bardzo, ale za to już nie odpowiadam... Idź, idź. Daj staruchom pogadać w spokoju.
Absalom wyszedł z domku i zatrzymał się na chwilę przed drzwiami.
-Coś ty się zrobił taki troskliwy, co...?- usłyszał pełne rozbawienia pytanie Edalisa i poczuł, jak rumieńce wkradają się na jego twarz.
W tym momencie jednak zawstydził się jeszcze bardziej i pouczył w myślach, że podsłuchiwanie pod drzwiami nie należy z pewnością do grzecznych zachowań.
Odszedł.
Spacerował po lesie dłużej niż zamierzał. Potrzebował chyba chwili wytchnienia, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy albo do czego nie chciał się przed sobą przyznać. Ostatnie dni wymagały od niego wykazania się dojrzałością i stanowczością, względem samego siebie i względem swojego opiekuna. I zobaczył Mortalisa, jakiego nigdy wcześniej nie znał. Równie cichego, równie milczącego, ale mniej spokojnego, zdenerwowanego, zirytowanego, że miał go przy sobie, że nie był z tym wszystkim sam, jakby mógł sobie poradzić bez czyjejkolwiek pomocy. Nie znał mężczyzny od tej strony. To zawsze on miał jakieś kłopoty, potrzebował wsparcia, rozmowy... Mortalis zdawał się być gdzieś daleko od tego wszystkiego. Nigdy nie mówił o swoich uczuciach, tłumił w sobie wszystko, chował tak głęboko, że trudno go było czasem zmusić, by powiedział choć słowo, a przy tym zawsze był tak opanowany i rozważny, że Absalom czuł się przy nim całkowicie bezpieczny. Teraz to się zmieniło. Bo teraz, to Mortalis potrzebował jego. Może najbardziej w całym swoim życiu. I Absalom musiał zrobić wszystko, by mu pomóc. Nie chodziło tylko o to, by opatrzyć i wyleczyć rany ciała. Chodziło o to, by chociażby opatrzyć rany duszy, jeśli nie dało się z nimi zrobić już nic więcej. I pomóc mu zmienić to wszystko, przekonać, by został na miejscu. I wtedy pewnie Absalom przestałby myśleć o mieście, jako o miejscu odpowiednim dla siebie. I mógłby tutaj z nim być, być już na zawsze, zajmując się swoimi codziennymi obowiązkami i czerpać z nich tak wielką radość, jak wcześniej.
Wrócił do domu, gdy zaczęło się ściemniać. Edalisa już nie było.
-Witaj...- przywitał się z Mortalisem, uśmiechając się do niego lekko. Mężczyzna spojrzał na niego z uwagą, a na jego twarz wstąpiło coś na kształt ulgi- Dawno wyszedł...?
-Jakiś czas temu.
Bardziej konkretnej odpowiedzi trudno było chyba od niego wymagać.
-Ciekawe, jak się ma jego woźnica... Dasz wiarę, że kazał mu czekać tuż pod lasem, dopóki nie wróci...?- chłopak zaśmiał się lekko, chcąc jedynie poprawić jakoś nastrój opiekuna, ale ten tylko znowu odwrócił wzrok i nic nie odpowiedział- Porozmawialiście sobie...?- głos Absaloma stawał się coraz bardziej nerwowy. Zachowanie Mortalisa zupełnie wytrącało go z równowagi.
A gdy znowu odpowiedziało mu jedynie milczenie, przeszedł do pomieszczenia obok, by sprawdzić, ile jeszcze zostało opatrunków, ale tego akurat nie brakowało. Najwyraźniej i na to Mortalis był przygotowany.
-Porozmawialiśmy...- usłyszał wreszcie cichą odpowiedź, gdy wrócił do izby, z bandażami i wodą- Chyba na temat ważny dla ciebie.
Absalom odwrócił się w jego stronę i zamarł w bezruchu. Przełknął nerwowo ślinę. No tak. Sam przecież prosił Edalisa, ale... Słysząc jego śmiech i kpiny spodziewał się, że ten obróci to wszystko w żart albo w ogóle nie poruszy tego wątku. Odłożył przyniesione przez siebie rzeczy na drugie łóżko i stanął obok Mortalisa, spoglądając na niego niepewnie. Mężczyzna był równie spokojny, co zawsze, ale Absalom czuł się wyjątkowo nieswojo. Jeszcze nie tak dawno przekonywał Edalisa wszystkimi argumentami, które wymyślił, że przeprowadzka do miasta jest świetnym pomysłem. Teraz, patrząc na swojego opiekuna, czuł się jak winowajca.
-Zgadzam się- rzucił w końcu cicho mężczyzna.
-Mortalis, ja naprawdę nie...- Absalom umilkł w połowie zdania, gdy zrozumiał, co przed chwilą powiedział Mortalis. A gotów był właśnie wytłumaczyć mu, że to wszystko nie tak, że coś strzeliło mu do głowy, ale to właściwie nieistotne... Uśmiechnął się, wciąż jeszcze oszołomiony słowami, które usłyszał- To... To świetnie...- stwierdził, biorąc głęboki oddech.
-Owszem. Edalis wszystko przygotuje. Zapewnił, że znajdziesz sobie miejsce u niego w gospodzie, ale jeśli nie będzie ci to odpowiadało, na pewno da się to załatwić inaczej. Pieniądze zabierzesz stąd. Bycie dłużnikiem Edalisa nie jest najprzyjemniejsze, a on zawsze upomina się o swoje.
Po chwilowej euforii, Absalom znowu poczuł się zdezorientowany.
-Co takiego...?- zapytał niepewnie- A... A ty?
-Co ja?- mruknął obojętnie mężczyzna.
Dopiero w tym momencie chłopak zrozumiał, że jego chwilowa radość była zupełnie nieuzasadniona. Zdenerwował się tym wszystkim. Winą natychmiast obarczył Edalisa. Jak zwykle musiał przekręcić każde jego słowo.
-Mortalis, nie rozumiesz...- szepnął z paniką w głosie, kręcąc gwałtownie głową. Doprawdy, wręcz niewiarygodne, do jakiego stanu potrafił go doprowadzić ten mężczyzna, jednym słowem, jednym stwierdzeniem, chociaż w jego głosie nie było cienia pretensji, żalu czy złości.- Nie chciałem się stąd wyprowadzać, nie bez ciebie. To wszystko zupełnie nie tak...- odetchnął płytko, przeczesując nerwowo włosy palcami- Chciałem tylko... Owszem, poprosiłem Edalisa, żeby z tobą porozmawiał, ale... Nie chcę stąd odchodzić. Nie tak to miało wyglądać. Sądziłem, że może razem...
-Razem?- przerwał mu Mortalis, wpatrując się w niego pobłażliwie- Naprawdę myślałeś, że przeprowadzę się z tobą do miasta...?- Absalom spuścił wzrok- Nie, Absa. Wcale tak nie myślałeś. Brakuje ci tego.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie chłopak, chociaż w duchu sam już nie wiedział. Może... Może ostatnio poczuł coś na kształt tęsknoty za tym wszystkim, za ludźmi, otoczeniem... Albo raczej za możliwością pokazania swoich umiejętności, zrobienia wreszcie czegoś przydatnego, godnego uwagi... Ale na pewno nie było to więcej warte niż bliskość Mortalisa- Zresztą, sam dobrze wiesz! Nie chcę stąd odchodzić!
-Gdybyś nie chciał, nie rozmawiałbyś o tym z Edalisem.
-To nie tak, to wszystko nie tak!- trząsł się cały, mimo że jego rozmówca wciąż prezentował zaskakujący wprost spokój- Przecież tyle razy ci mówiłem! Nie cierpię miasta!
-Widać nie tak bardzo, jak sądziłem.
I znowu cisza, którą tak ciężko było przerwać choćby jednym słowem.
-Przepraszam- szepnął wreszcie Absalom, przełykając nerwowo ślinę.- Zapomnijmy o tym, w porządku?
Mortalis parsknął cicho.
-Zamierzasz uciekać przed tym, czego naprawdę chcesz...?
-Nie chcę tego! Dobrze wiesz, że nie ruszyłbym się stąd nigdzie bez ciebie!
-Och, tak... Edalis wspominał, że czujesz względem mnie pewne... zobowiązania... Nie powinieneś. Postąpiłem tak, jak postąpić należało. Nie wymagam od ciebie wdzięczności.
-Moja wdzięczność nie jest odpowiedzią na wymagania!- Absalom z chwili na chwilę robił się coraz bardziej nerwowy. Żałował, że w ogóle poruszył ten temat z Edalisem, żałował, że chociaż przez moment myślał o tym, by zacząć żyć inaczej niż do tej pory- A poza tym, to nie dlatego tutaj jestem! Chcę z tobą być!- wyrzucił z siebie to, co przez tak długi czas dusił w sobie, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest to deklaracja, którą Mortalis mógłby zrozumieć inaczej, niż jedynie poprzez sympatię i przywiązanie wynikające z ich specyficznych relacji.
-Absa, nie jesteś już dzieckiem- stwierdził mężczyzna. Chłopak czuł rozżalenie, słysząc, z jaką obojętnością, opanowaniem, mówi o jego odejściu. Ostatnim razem, gdy o tym rozmawiali, było zupełnie inaczej- Więc zacznij wreszcie robić to, co robić chcesz, bez oglądania się za siebie.
-Owszem, nie jestem już dzieckiem, więc przestań mi wreszcie wmawiać, że wiesz lepiej ode mnie, co miałem na myśli! A jeśli chcesz się mnie pozbyć, powiedz mi to prosto w oczy!- wykrzyczał niepohamowanie i zupełnie niespodziewanie dla samego siebie.
Mortalis spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
Absalom cofnął się nieco i zakrył na chwilę usta dłonią, jakby wyrwało mu się jakieś obrzydliwe przekleństwo.
-Przepraszam...- wydusił z siebie w końcu.
-Niepotrzebnie.
-Nie chciałem cię zdenerwować.
-Nie zdenerwowałeś.
-Po prostu mówiłeś, że jestem tu potrzebny...- wyjaśnił powoli chłopak- A teraz chcesz, żebym odszedł.
-Jesteś mi potrzebny.
-Potrzebnym ludziom nie pozwala się odejść, ot tak.
-Absa, nie chcę, żebyś obudził się za jakiś czas i zorientował, że znajdujesz się w niewłaściwym miejscu i że zmarnowałeś swój czas- odpowiedział Mortalis, przyglądając mu się z uwagą i czymś na kształt troski- Jesteś wystarczająco dorosły, by zająć się samym sobą i wystarczająco młody, by osiągnąć to, co zamierzasz. Nie mów mi, że twoją ambicją jest spędzenie samotnego życia z dala od całego świata. Nie jesteś mną.
-Ale moje miejsce jest tutaj- odparł z pełnym przekonaniem.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że będąc tutaj, razem z Mortalisem, będzie musiał zrezygnować z wielu rzeczy i zapewne nigdy nie stanie się tym, kim chciał być. A kim chciał być...? Może i dorósł, ale w jego głowie wciąż kłębiły się jedynie dziecięce marzenia. Marzenia o tym, by być bohaterem, może nie takim, który walczy ze smokami i ratuje księżniczki, ale takim, który robi coś dla innych, poprawia ich życie, pomaga... Kimś, kto jest godny zainteresowania i podziwu, chociaż bohaterowie w książkach zawsze byli skromni i nigdy nie mieli takich oczekiwań. On  bardzo chciał zobaczyć uznanie w oczach tego jednego mężczyzny. Ale nigdy nie będzie potrafił mu dorównać ani w żaden sposób zaimponować. Na zawsze pozostanie tym dzieckiem, które ten wyratował wtedy z płonącej wioski, które potrzebowało opieki i chociaż od zawsze starało się zrobić coś, by tajemnicza zjawa spojrzała na niego inaczej niż zwykle, nigdy mu się to nie udało.
Mortalis odetchnął płytko i przymknął powieki. Absalom usiadł prędko na brzegu łóżka, odchylając kołdrę i przesuwając palcami po zakrywających rany bandażach.
-Mortalis?- zapytał niepewnie.
Odpowiedział mu niewyraźny pomruk. Wstał, by wziąć misę z wodą i materiały, po czym przysiadł przy nim ponownie i ostrożnie zaczął rozplątywać stare opatrunki. Po raz kolejny, dokładnie obmył ślady walki. Mężczyzna chwycił nagle jego dłoń, zatrzymując ją na swojej klatce piersiowej.
-Idź, Absa- szepnął na wpół przytomnie- To nie jest miejsce dla ciebie. Tu nie jest bezpiecznie. A ja któregoś dnia już nie wrócę.

18 komentarzy:

  1. Anonimowy6:43 PM

    Tak sobie myślę, że rozłąka mogłaby być całkiem fajnym elementem. Dobra okazja, by Absalom się zmienił, zmężniał (taaak, wiadomo, że o seksowną klatę się rozchodzi), miał parę własnych przygód.. I żeby Mortalis ujrzał go w innym świetle.
    Ciekawi mnie, co jest Mortalisowi, kto go tak zranił i czy ta osoba/stworzenie pojawi się ponownie. I to, jak dalej potoczą się losy Absaloma. Zasiałaś ziarno niepewności :)

    Pozdrawiam, Cannum

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały rozdział, szkoda że Absalom jeszcze do końca nie zdaje sobie sprawy z uczucia, jak się dowie może być za późno. No ale genialny ten rozdział(czy ja się nie powtarzam?).

    OdpowiedzUsuń
  3. "A ja któregoś dnia już nie wrócę." Sama zdaję sobie sprawę z tego, że może tak się stać, ale po przeczytaniu tych słów, aż się smutno zrobiło.
    Nie chciałabym, aby się rozstali. Niby to mogło, by im wyjść na dobre, ale ja z trudem znoszę chwile, kiedy Mortalis znika, a co dopiero, kiedy Absa zamieszkałby w mieście.
    Jak Edalis mówił o tym, co robi Mortalis uświadomiłam sobie, że faktycznie facet jest mordercą, zabija ludzi. To coś co powinno być tępione, karane, a tu chcę, żeby nikt Mortalisa nie skrzywdził. Pragnę, aby był z Absą i żyli długo i szczęśliwie.
    W ogóle to Mortalis dziwnie się zachowuje. Boi się tego czegoś, kogoś, kto go poranił czy też sam czuje coś do wychowanka. Nie mogę się doczekać, kiedy, nawet w nerwach, Absa wyzna swoje uczucia Mortalisowi. Dziś już było blisko, tylko facet inaczej to zrozumiał.
    Dziękuję za tak wytęskniony i wyczekiwany rozdział. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy8:25 PM

    Czuję niedosyt. Ale to jak zawsze po przeczytaniu tego, co napisałaś. Chciałabym, żeby coś między nimi w końcu zaskoczyło, by Absa zrozumiał, co w nim siedzi, by Mortalis... No. Wiesz, o co chodzi. Strasznie lubię to opowiadanie. Nie tak bardzo, jak Chaos albo Wyzwanie, ale i tak. Dlatego właśnie - dziękuję za dodanie i czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy8:26 PM

    Trochę literówek. A nawet sporo. Ale jest ok.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy12:02 AM

    Literówki literówkami ale te teksty o odchodzeniu i nie wracaniu są przygnębiające. D.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy3:53 PM

    Obiecałam długi komentarz pod poprzednią notką, ale z powodów osobistych nie dałam rady, więc piszę teraz. :3
    Co do wcześniej wspomnianych literówek: wyłapałam jedną, może dwie. Nie zwracałam na nie większej uwagi, bo byłam zbyt pochłonięta tekstem i wartościami jakie przekazujesz.
    Początek tego rozdziału wywołał u mnie ogromny smutek, po prostu czułam jak narządy wewnętrze robią fikołki, kręcą się i skaczą, i bynajmniej nie ze szczęścia. Sama miałam podobną sytuację do Absaloma i wiem jak to jest. Rozpacz, żal, drgawki i łzy. Znowu zachowanie Mortalisa można powiedzieć, że bardziej mnie zdenerwowało. Kiedy odpowiadał półsłówkami, wpatrywał się w szarość za szybą i to jak traktował Absaloma... Miałam ochotę wejść do komputera, do tej historii i skopać ten jego kościsty zad (zapewne krągły i tak dalej...). Ale powstrzymałam się przed wyrwaniem ekranu i rozbicia go z trzeciego piętra i przeszłam do momentu, kiedy to Absalom wracał z miasta. Ach, a tutaj miałam ochotę uderzyć głową w biurko. Dlaczego? Tylko te trzy słowa powinny wszystko wyjaśnić: ZA DUŻO EDALISA. Krótko, a na temat, prawda? Jego sapanie, zmęczenie i wyobrażany śmiech… Także rozmowa Mortalisa i Edalisa doprowadziła mnie do niepohamowanego śmiechu i wyobrażeń, jak to tłuściutka świnka siedząca na o wiele mniejszym od niej stołeczku, mówi - co chwilę przegryzając marchewkę (Tak, wiem… Świnie nie jedzą marchewek… Chyba…) – do wilka w gipsie. Absalom – jako owieczka – stoi obok z pilotem w ręku do składanego łóżka, na którym leży Mortalis i bawi się nim, wbijając wilka w ścianę. Tak jak to w głupich telenowelach bywa… Och, nie ważne… Mój głupi humor ujawnia się wraz z ostatnim dniem ferii… Następnie, powrót Absaloma do kaleki: i znów taka wizja, jak to nieśmiały chłopiec wdrapuje się na łóżko do Mortalisa i przyciskając go do siebie zapada w głęboki sen… Ale tak się nie stało – niech mój JESZCZE funkcjonujący mózg to doceni, bo gdyby tak było to umysł yaoistki już dawno wariowałby i nie wiem, czy dobrze by się skończyło to w szkole. xD Na samym końcu, z przeczytaniem ostatniego zdania miałam ochotę wyć do księżyca (który jeszcze się nie pojawił) i prosić o to, aby Mortalis wreszcie zmądrzał i zajął się swoim podopiecznym!
    Tak, to chyba tyle. : D Przepraszam za moje głupie i niestworzone historyjki, ale nie mogłam się oprzeć. xD
    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy3:19 PM

    A można prosić o Drag Queen? Skoro już i tak się kończy to miło by było jak najszybciej poznać zakończenie.:D

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy1:10 AM

    Fajnie by było, gdyby coś między nimi było. Choćby pod wpływem chwili. *.* Ale rozdział świetny, nie mogę doczekać się następnego!! xD

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy7:09 PM

    Fajnie by było gdyby byli razem. Nie mogę się doczekać kiedy Absa wreście powie co do niego czuje i mam nadzieję, że się nie przeprowadzi (no może na troszkę, ale tylko na tyle żeby Mortalis zrozumiał, że coś do niego czuje ^^). Rozdział świetny, rzeczywiście było ciut za dużo Edalisa, no i skończyłaś go takimi słowami, że czuję niedosyt. Było by miło gdybyś jak najszybciej dodała nowy rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Silencio jesteś balsamem na moją duszę.Tak się cieszę, że znalazłam twój nowy blog.Ostatnio się nudziłam i przeczytałam kilka blogów na onecie, niektóre zostawiły chyba trwałe ślady w mojej psychice.Wszędzie gwałty, krew i brutalny seks od pierwszego rozdziału.Nie mówiąc już o kalekim języku jakim były napisane.A najciekawsze było to że im więcej przemocy, tym więcej komentarzy pod rozdziałami.UFF.Musiałam sobie ulżyć.
    Lubię twoje opowiadania bo mówią o uczuciach w sposób logiczny i realistyczny.Akcja toczy się powoli a bohaterowie dojrzewają, zmieniają się pod wpływem wydarzeń.czuję, że naprawdę żyją.Absalom przypomina mi trochę bohatera z ,,Every me''. Swoją drogą skąd ty bierzesz te imiona? I mam pytanie.Czy ty planujesz naprzód swoje opowiadania, masz jakąś koncepcję do której dążysz?
    Jeśli masz czas zajrzyj do mnie-yaoi fantasy http://strega-tsm.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absalom to akurat biblijne imię, ale co do wyboru reszty, jest bardzo różnie. Niektóre wymyślam, na niektóre natrafiam i zapadają mi w pamięć. Tak, zawsze mam pewną koncepcję tworząc opowiadanie, właściwie dość ścisły plan, który rzadko się zmienia, ale i tak się zdarza :).

      Usuń
  12. Hm.. Od dłuższego czasu przyglądałam się przebiegu Pani stylu. Podziwiam, i to bardzo. Jest bardzo dojrzały, rzadko popełnia Pani jakiekolwiek błędy i doskonale zastępuje słowa. Co do treści cholernie zazdroszczę pani pomysłów. Jak usiadłam przy komputerze, kliknęłam na Pani blog, zaniemówiłam. Naprawdę, wielokrotnie rozdziawiałam usta, gdyż to co pani pisze jest tak cholernie realne i piękne, aż człowiek chłonie każde zdanie. Ciężko jest mi znielubić jakiekolwiek opowiadanie. Wszystkie śledzę z zapałem i przyglądam się dalszym wydarzeniom. Co do YFM jestem tak cholernie ciekawa czy Absalom do końca zrozumie swoje uczucia i będzie wstanie wyjawić je dla opiekuna. Tyle przeżył, dusząc się ze samym sobie. Sądzę, że Absalom darzy go miłością, gdyż był zdolny wielu, ale to wieelu wyrzeczeń. Denerwuje mnie to, że Mortalis jest tak przepełniony rządzą zabijania, iż nie potrafi dostrzec prawdziwego skarbu przy sobie. Tylko może tego skarbu zabraknąć.
    Oj, rozpisałam się. No cóż.
    Bardzo chciałabym ujrzeć kolejny rozdział opowiadania ,,Wyzwanie'', ale to Pani wyznacza terminy dodania. : )
    Cóż, jedyne co mogę zrobić, to jedynie pokazać pani blog prowadzony przeze mnie i moją znajomą, który jest bardzo świeży. Tak samo jak mój styl. Niech się Pani nie przerazi.

    Obserwująca Katherine

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy8:02 PM

      moja Wielka Trójca się spotkała!! [chyba xD]

      Usuń
  13. Anonimowy10:43 PM

    Tego zawsze jest za mało, zawsze chce się więcej i jest się gotowym na to czekać.
    Jak Ty to robisz, Silencio?
    Że to co czują Twoi bohaterowie tak bardzo przekłada się na uczucia czytelników...
    Biedny Absalom. Mortalis mógłby w końcu się jakoś odblokować, bardziej, mocniej, tak żeby Absa to wyraźnie poczuł...
    Cóż, wszystko w Twych rękach.
    Pozdrawiam.
    J.
    ;]

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy7:59 PM

    http://olivierheban.deviantart.com/gallery/#/d4lvuwk

    pomyślałam o ich domu kiedy zobaczyłam to na deviantarcie
    chociaż wyobrażałam go sobie trochę inaczej xD ale cóż w owym czasie byłam świeżo na haju po przeczytaniu tej historii.

    komentarz bez znaczenia, ale chciałam się podzielić >;

    OdpowiedzUsuń
  15. Kiedy w końcu dodasz tutaj coś nowego? Dodaj jakiś nowy rozdzialik!

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy10:29 PM

    Kiedy ukaże się kolejny rozdział tego opowiadania?

    OdpowiedzUsuń