Strony

sobota, 11 lutego 2012

16. Remont [LPoH]

Ostatnie kilka dni było dla mnie tak frustrujące, że doprowadziło mnie niemalże na skraj rozpaczy. Oczywiście wszystko związane było z drobnym remontem i urządzaniem nowego pokoju Andy'ego, za co mógłbym zabrać się sam, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że przy moich licznych, ostatnimi czasy, wpadkach i pomyłkach, lepiej będzie wynająć jakąś firmę i oddać robotę w ręce fachowców, żeby wszystko było tak, jak należy. Kolejnego dnia przyjechało więc dwóch młodych panów, którzy wzięli się za malowanie pokoju. Ich przerwy trwały, co prawda, dłużej niż cały czas pracy, ale postanowiłem nie robić za natrętnego gospodarza i zostawiłem ich w spokoju, czekając w salonie aż skończą. Zresztą Andy, który zaglądał do nich co jakiś czas, z zadowoleniem twierdził, że wszystko jest w porządku i wygląda doskonale, więc sądziłem, że nie ma się czym przejmować. Do czasu aż panowie wyszli, a ja zajrzałem do pomieszczenia. Przy listwach i suficie widać było maleńkie albo całkiem widoczne białe plamy. Ze zdenerwowaniem pomalowałem je, klnąc w duchu na wszystkie świętości.
-O co ci chodzi, Mitch?- dopytywał bez zrozumienia Andy, tak zachwycony tym, co widział, że w ogóle nie dostrzegał wszelkich niedociągnięć, podczas gdy ja miałem ochotę skoczyć z okna- O co ci chodzi...?
Tę noc rudzielec znowu spędził w moim łóżku, a ja, jak poprzednio, na kanapie, co wcale nie rozwiązało problemu moich reakcji na jego osobę, a wprost przeciwnie. Śniło mi się, że z namaszczeniem malowałem nagiego Andy'ego czerwoną farbą. Obudziłem się całkowicie twardy i kompletnie przerażony swoim stanem psychicznym. Tego dnia znowu czekał nas najazd „fachowców”, którzy zajęli się podłogą, tym razem jednak pod moim czujnym okiem, więc nikt niczego nie zepsuł. Jeszcze bardziej radosny Andy stwierdził, że panele rzeczywiście wyglądają dużo lepiej niż kafelki i że miałem doskonały pomysł, co poprawiło mi nastrój, niestety, tylko chwilowo. Tej nocy też śniły mi się jakieś dziwactwa, ale przynajmniej nie obkładałem nagiego Andy'ego panelami, co już wskazywało na pewną poprawę. Kolejnego dnia, dowieziono nowe meble, które dwaj cudowni specjaliści wnosili, postękując i rozmawiając w międzyczasie o wczorajszym meczu. I znowu, dzięki mojej kontroli, niemalże wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden, mały drobiazg... Łóżko nie zmieściło się w drzwiach. Z istnym niedowierzaniem, zacząłem sobie przypominać wszystkie spisywane wymiary i obliczanie wszystkiego tak, by na nic nie zabrakło miejsca, nie mogąc zrozumieć, jak mogłem zapomnieć o czymś tak idiotycznym, jak zmierzeniu drzwi wejściowych...!
-No... Panie architekcie...- chichotał Andy, niczym nie zrażony, podczas gdy ja zaczynałem popadać w depresję. Przecież chciałem, żeby wszystko było idealnie!
W końcu ze zirytowaniem uświadomiłem siłujących się w wejściu z meblem panów, że nie są Jezusami i łóżka samą dobrą wolą nie zmniejszą, więc w końcu rozłożyli je na części i  dopiero wtedy wnieśli do środka. Co prawda po ponownym złożeniu zostało jeszcze kilkadziesiąt śrubek, których nie mogli nigdzie wcisnąć, ale wszystko zdawało się wyglądać jak należy. Pozostała jeszcze kwestia zamówionej lampy, która jednak wydawała się w porównaniu z tym wszystkim takim drobiazgiem, że zdenerwowany, odesłałem pracowników i postanowiłem się tym zająć sam. Przeżyłem niemałe zaskoczenie, gdy po otwarciu paczki, chwyciłem za łańcuch i... i okazało się, że łańcuch ma całe siedem metrów! Wesołość rudzielca kontrastowała aż nazbyt wyraźnie z moim wisielczym nastrojem. Zadzwoniłem do sprzedawczyni i poinformowałem ją, że zaszła pomyłka, a ja zamawiałem lampę do normalnego mieszkania, a nie cholernego Białego Domu. Pani odpowiedziała jednak, że z tego, co ma zapisane, taką właśnie lampę zamówiliśmy i taka jest. Na nic więc zdały się tłumaczenia, szczególnie, że sam już nie wiedziałem, czy w tym całym chaosie zwróciłem w ogóle uwagę na coś tak „nieistotnego” jak długość łańcucha. Ten jednak, na szczęście, dało się skrócić. Jednak nawet po skróceniu, lampa nie do końca pasowała i zwisała smętnie, dużo niżej niż powinna, na irytująco widocznym, białym kablu.
Gdy wreszcie już wszystko było gotowe, nie miałem ani siły, ani ochoty oglądać efektu końcowego. Ułożyłem się na kanapie, męcząc się z nieznośnym bólem głowy i mając ogromną ochotę ją sobie odstrzelić. Wiedziałem, że Andy jest zadowolony. Słyszałem jego wesołe komentarze, dobiegające z wyremontowanej sypialni, ale i tak nie mogło to poprawić mojego samopoczucia. Przecież to wszystko nie tak miało wyglądać! Przecież miało być idealnie, Boże, chociaż raz mogłem zrobić coś, na czym powinienem się chociaż trochę znać, a i tak wyszło beznadziejnie.
-Hej...- rudzielec pojawił się przy mnie, ze szklanką w jednej dłoni, a pudełkiem tabletek w drugiej, najwyraźniej decydując się ratować moje marne istnienie.
Podziękowałem mu z autentyczną wdzięcznością i zażyłem kapsułkę, popijając ją łykiem wody, po czym położyłem się z powrotem, przymykając powieki i nie odzyskując bynajmniej chęci do życia. Wiecie, co sobie uświadomiłem...? Że ostatni raz łykałem przeciwbólówki w pracy i to stosunkowo dawno temu. Widać porażki na gruncie domowym były równie stresujące.
-Chyba gorączka ci wróciła- chłodna dłoń chłopaka spoczęła na chwilę na moim czole- Jesteś strasznie blady.
O tak... Niektóre sytuacje potrafią doprowadzić człowieka do gorączki. Białej gorączki.
-Nic mi nie jest, Andy- odpowiedziałem smętnie. Uchyliłem powieki i spojrzałem na niego, wzdychając cicho. Jak to się dzieje, że przy jedynym człowieku na świecie, któremu kiedykolwiek chciałem naprawdę zaimponować, zupełnie nic mi nie wychodzi?
-Pokój jest świetny- rzucił pogodnie chłopak, chyba doskonale zdając sobie sprawę z przyczyn mojego wisielczego nastroju.- Serio, Mitch. Strasznie mi się podoba. Jest idealny!
Na to określenie wydałem z siebie coś na kształt łkania i zakryłem twarz dłońmi. O, tak, „strasznie” było określeniem świetnym do opisania tego, co się wydarzyło, ale „idealnie” zupełnie nie pasowało. Podniosłem się z kanapy i wstałem.
-Muszę się przejść- oświadczyłem, czując, że jeszcze chwila, a zwariuję. Albo zwariuję i się popłaczę, a chociaż pierwsza możliwość jest bardziej dramatyczna, druga byłaby już właściwie żałosna.
Nie patrząc nawet na rudowłosego, ruszyłem szybko do drzwi, zatrzymując się jedynie na chwilę w przedpokoju, by założyć buty i narzucić na siebie płaszcz, po czym nim się obejrzałem, byłem na zewnątrz.
Na dworze było zimno i pochmurnie. Wsunąłem dłonie w kieszenie i zacząłem iść przed siebie. Przecież znałem tylu ludzi...! No dobrze, moje kontakty ograniczały się zazwyczaj wyłącznie do spraw czysto zawodowych, ale nawet jeśli, to Hugo znał wielu ludzi. Mogłem z tym trochę dłużej poczekać, zastanowić się dobrze, wynająć kogoś odpowiedniego, a nie zadzwonić do pierwszej firmy, na jaką się natknąłem... Ale tak bardzo się spieszyłem i chciałem, żeby wszystko było w porządku, że nawet nie zwróciłem na to uwagi. Na nic nie zwróciłem uwagi. Nawet na długość cholernego łańcucha, a to nie miało nic wspólnego z doborem odpowiedniej ekipy. Nie potrafiłem sobie poradzić nawet z wyremontowaniem małego pokoju w moim własnym mieszkaniu. Nawet słowo „żałosne” nie oddaje w pełni poniesionej przeze mnie porażki.
-Ej, Mitch...- odwróciłem się i zobaczyłem za sobą Andy'ego, który szybko zrównał się ze mną krokiem. Nie miał na sobie kurtki- Wszystko okej?
-Andy, przeziębisz się- rzuciłem, mierząc go zaniepokojonym spojrzeniem- Wracaj do domu.
-Nie puszczę cię samego przecież- zaśmiał się lekko. Chwycił mnie pod ramię i ruszyliśmy razem przed siebie- Wyglądasz jakbyś miał zaraz zemdleć, serio...
Nie. Wyglądam tak, jakbym miał zaraz kogoś zabić. Jestem pewien, że tak właśnie wyglądają ludzie, którzy mają zamiar chwycić pierwszą lepszą rzecz, jaką mają pod ręką i zamordować jakiegoś „specjalistę” od remontów. Albo producenta lamp. A później się dziwić, że tyle jest zbrodni w afekcie!
-Przepraszam, Andy...- rzuciłem cicho, patrząc pod nogi. Czułem, że miałem za co, nawet, jeśli on się cieszył. Ale sęk w tym, że cieszyłby się ze wszystkiego, w końcu jeszcze nie dawno nie miał się gdzie podziać. A ja chciałem udowodnić mu, że o wszystko zadbam, że zależy mi na tym, żeby został, że wszystko będzie najlepiej, jak może być... Boże, dlaczego nigdy mi nie wychodzi?!- Wiem, że mogłem to wszystko lepiej zorganizować... Postaram się tym zająć, obiecuję...- chłopak zmarszczył brwi, wpatrując się we mnie bez zrozumienia- Sam wiesz... Te ściany, lampa...
-Mitch, rany!- Andy wybuchnął śmiechem i śmiał się tak dłuższą chwilę, patrząc na mnie jak na wariata. Słusznie, jak sądzę.- To psuje ci humor...? Jakieś tam ściany? I lampa?- zachichotał znowu, kręcąc z niedowierzaniem głową- No co jest nie tak z tą lampą?- zapytał, a ja aż jęknąłem głucho- No dobra, odstaje trochę, ale co z tego... Przynajmniej wygląda no wiesz... oryginalnie, nie?- uśmiechnął się wesoło.
Czy do oryginalnego wystroju wnętrz można także zaliczyć krzywo pomalowane ściany i łóżko, w którym brakowało części...?
-Jesteś jakimś maniakalnym estetą...?- rzucił z rozbawieniem chłopak- Przypominam ci, że jeszcze nie tak dawno spałem na podłodze, więc naprawdę niespecjalnie mnie obchodzi, że coś jest krzywo, a coś innego odstaje. Wyluzuj, Mitch.
I chyba wyluzowałem. W końcu robiłem to wszystko dla Andy'ego, a skoro on był zadowolony, to ja też powinienem być. Co nie zmienia faktu, że nie tak to sobie wyobrażałem, ale chyba zaczynałem się przyzwyczajać, że w jego towarzystwie absolutnie nic mi nie wychodzi. Spacerowaliśmy ze sobą jeszcze chwilę, rozmawiając. W pewnym momencie minęliśmy panią Wilcox, a ja chciałem się odsunąć, ale rudzielec mi na to nie pozwolił. Najwyraźniej jednak argument wujostwa przemówił do niej tak bardzo, że zupełnie nie zwróciła uwagi na to, że zmarznięty Andy niemalże tulił się do mojego boku. Mimo zimna, wcale nie chciał wracać. Nie zmienił też zdania, gdy zaczęło lekko kropić, a jak w końcu rozpadało się na dobre, byliśmy daleko od domu. Zaciągnąłem go szybko pod zadaszone przejście pomiędzy blokami i narzuciłem na niego swój płaszcz.
-Dzięki, Mitch- rzucił, uśmiechając się do mnie lekko i patrząc na mnie w taki sposób, że w jednej chwili zapomniałem i o krzywo wiszącej lampie, i o tym wszystkim, co jeszcze chwilę temu zawracało mi głowę.
Uśmiechnąłem się nerwowo, gdy przysunął się do mnie i objął w pasie, wpatrując się prosto w oczy. Wstrzymałem oddech, gdy jego usta znalazły się niepokojąco blisko moich. I był taki śliczny, jeszcze bardziej niż zwykle, taki uroczy, milczący, jakby było w tym coś sugestywnego, jakby oczekiwał na mój krok, na mój gest... Boże, pocałowałbym go. Przysięgam, że bym go pocałował, gdyby nie mój wrodzony lęk przed wszystkim. Ale chociaż moje serce biło w szalonym tempie, a w głowie słyszałem głos, który wręcz wrzeszczał, żebym wreszcie coś zrobił, zaraz zacząłem zastanawiać się nad tym, co będzie jeśli ktoś się tu pojawi, jeśli ktoś nas razem zobaczy, jeśli Andy wcale tego wszystkiego nie chce, jeśli to tylko prowokacja albo wytwór mojej chorej wyobraźni... I ta chora wyobraźnia przegrała z obawami, bo zamiast zrobić to, o czym myślałem za każdym razem, gdy na niego patrzyłem, nie zrobiłem nic. Po chwili ciszy, wtulił się w moją klatkę piersiową, a ja objąłem go delikatnie, zanurzając dłoń w jego pięknych włosach i sam nie wiedząc, czy powinienem tego żałować, czy może czuć się dumny z tego, że po raz kolejny przezwyciężyłem samego siebie.
Gdy pogoda trochę się poprawiła, wróciliśmy do mieszkania, nie rozmawiając wiele. Z beznadziejnego humoru popadłem w nastrój refleksyjno-pesymistyczny i zacząłem się zastanawiać nad tym, jak długo uda mi się jeszcze ukrywać, to co czuję do Andy'ego. Czy teraz udaje mi się to ukrywać. I co ja właściwie czuję. Nie mogę przecież nazwać tego zwykłą sympatią. Nie mogę tego określić uczuciem troski, czymś na kształt opieki ojcowskiej, bo zdecydowanie nie miało to zbyt zdrowego charakteru. Nie mogę też powiedzieć, że tylko go pożądam, bo chyba jednak nie o to mi chodzi. Chyba. Sam nie wiem. Kiedy jestem przy nim, czuję takie emocje, jakich nikt dotąd nie potrafił we mnie wzbudzić. A kiedy jestem daleko od niego, wyobrażam sobie takie rzeczy, jakie do tej pory nawet nie przychodziły mi do głowy. A więc byłem zakochany. Czemu nie. Wszystko świetnie i wspaniale, tylko, że ja mam trzydzieści dwa lata. Nie mówię, że jestem na to wszystko za stary. Ludzie w moim wieku też się zakochują, ale... Chyba jednak nie w szesnastolatkach. Więc co to jest? Obłęd? Obsesja? Jeszcze nie marzę o tym, żeby poćwiartować jego ciało i schować je w piwnicy, więc nie wiem, czy powinienem się martwić. Właściwie chciałbym żeby, najzwyczajniej w świecie było między nami dobrze, ale nie wiem, co to „dobrze” miałoby oznaczać. Tak, jak jest teraz, też jest dobrze, ale ciągle czegoś mi brakuje. Ale wydaje mi się, że gdybym mu o wszystkim powiedział dobrze by nie było, bo zdawałby sobie sprawę z moich prawdziwych intencji. To znaczy pomyślałby, że moją prawdziwą intencją jest fascynacja jego osobą. A może tak rzeczywiście jest...? Licho wie.
-Siadaj, Mitch- Andy zdjął mój płaszcz i odwiesił go na miejsce, a następnie skręcił do kuchni- Zrobię coś do jedzenia.
Skinąłem niemrawo głową, wchodząc do salonu. Usiadłem w fotelu i przymknąłem powieki, odetchnąwszy głęboko. Chyba potrzebuję psychologa. Albo już nawet psychiatry...
Po chwili usłyszałem, jak rudzielec wchodzi do pomieszczenia. Otworzyłem oczy, spoglądając na niego uważnie. Andy uśmiechnął się do mnie lekko i uklęknął obok mnie, opierając dłonie na moich kolanach. Spojrzałem na niego zdezorientowany.
-Coś się stało...?- zapytałem niepewnie.
-Nic w sumie...- odpowiedział powoli, nie odrywając ode mnie oczu- Lubię cię, Mitch, wiesz?
Uśmiechnąłem się do niego, czując jak robi mi cię cieplej na sercu.
-Ja też cię lubię, Andy- odparłem, mając jednak pełną świadomość, że słowo „lubię” nawet w jednej setnej nie oddawało tego, co czułem do chłopaka. Lubić mogłem uprzejmą kasjerkę z supermarketu czy sekretarkę szefa. Lubić mogłem Hugo i paru znajomych z pracy, ale Andy...
… Andy usadowił się między moimi nogami i rozpiął powoli moje spodnie, co, nie da się ukryć, sparaliżowało mnie na chwilę tak bardzo, że nie potrafiłem zareagować i tylko wbiłem w niego przerażone spojrzenie.
-A-A-Andy...- wydukałem, osłupiały.
-Spoko, Mitch- uśmiechnął się, wyswabadzając mój członek z bielizny. Wykonałem taki ruch, jakbym chciał cofnąć się gwałtownie, co omal nie zakończyło się moim upadkiem do tyłu, wraz z całym fotelem- Nie bój się. Możesz sobie być nawet hetero... Nie powinieneś czuć żadnej różnicy.
Moja męskość stwardniała momentalnie w jego dłoni.
-A-Andy, co ty robisz...?- zapytałem, raczej nie po to, by uzyskać odpowiedź, która była oczywista, ale by go jakoś zatrzymać.
Tylko chyba nie chciałem go zatrzymywać, bo zamiast odsunąć go od siebie albo wstać, wbiłem mocno paznokcie w oparcia fotela i z gardłowym jękiem odchyliłem głowę do tyłu, gdy poczułem jego wargi na swoim przyrodzeniu. Straciłem zupełnie kontrolę nad tym, co się dzieje, jakbym wyłączył na chwilę wszystkie swoje myśli i skupił się jedynie na rozkoszy. Oderwany od rzeczywistości, słyszałem własne urywane westchnienia i czułem, jak fala przyjemności zalewa moje ciało. Zacząłem poruszać lekko biodrami, nie patrząc nawet na chłopaka, aż w końcu doszedłem w jego wargach i dopiero po chwili, dotarło do mnie, co właściwie się zdarzyło.
Andy otarł twarz i wyprostował się, a ja wbiłem w niego zdezorientowane spojrzenie. Czułem, że muszę coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa.
-No... Chyba było nieźle, nie, Mitch?- rzucił chłopak, uśmiechając się tylko i wyszedł szybko z pomieszczenia.
Długo jeszcze siedziałem nieruchomo ze wszystkim na wierzchu, nim opanowałem się chociażby na tyle, by wstać, naciągnąć na siebie bieliznę i zapiąć spodnie. Jestem kretynem. Boże, jestem kompletnym kretynem. Co ja zrobiłem...? No dobrze, ja nic nie zrobiłem. Dosłownie nic. Ja po prostu siedziałem i jęczałem, a nie jest to szczególny przejaw aktywności. Ale przecież mogłem jakoś zareagować. Przecież to wszystko jest zupełnie nie tak, zupełnie nie tak... Nie chciałem tego. I chciałem jednocześnie, ale nie w taki sposób. To nie był w końcu mój kolejny idiotyczny sen.
Czułem, że muszę to wszystko wyjaśnić, że muszę go przeprosić, powiedzieć, że to wszystko zupełnie nie tak, że przecież nie o to mi chodziło... Przeszedłem do jego sypialni. Gdy wszedłem do środka, siedział na łóżku. Przeniósł na mnie wzrok i podniósł się niespiesznie, uśmiechając jakoś inaczej niż zwykle.
-Co jest, Mitch?- zapytał z pozorną lekkością.
Czułem, że jest między nami jakieś napięcie, z którym zupełnie nie potrafiłem sobie poradzić. Otwarłem usta, ale milczałem, bo żadne słowo nie przychodziło mi do głowy. Patrzyłem tylko na niego, trochę spanikowany, trochę jeszcze oszołomiony tym, co się wydarzyło, za szybko i zbyt nieoczekiwanie, bym mógł to zrozumieć.
-Pokój jest super- powiedział, jakbym przyszedł tu w tej sprawie- Naprawę. Nie przejmuj się lampą i wszystkim... Tak... No... Jest super...
I znowu cisza. Pierwszy raz miałem wrażenie, że widzę Andy'ego zdenerwowanego w moim towarzystwie. Uśmiechnął się znowu, równie mało pogodnie i wyminął mnie, a następnie przeszedł do łazienki.
A ja znowu przez kilkanaście minut stałem w miejscu jak ostatni kretyn.
Nie wiedziałem, jak to wszystko odkręcić.

Do wieczora próbowałem z nim nawiązać kontakt, ale jego szczytem okazało się zapytanie przy kolacji, czy woli sok pomarańczowy, czy jabłkowy i czy mu smakuje. Wiedziałem, że w końcu coś schrzanię. Zawsze muszę coś schrzanić. Tylko nie sądziłem, że to stanie się aż tak szybko. Andy usiłował się zachowywać tak, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło, ale nawet po nim widać było, że coś się zmieniło. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że niedawno robił ze mną to, co ze mną robił... I sam nie wiem, jak powinienem to odbierać. To była próba? Jego własna chęć? A może forma zapłaty...? Może uznał, że właśnie to powinien zrobić, żeby mi się odwdzięczyć. Ale nie wymagałem tego od niego, udawałem, że w ogóle o tym nie myślę. Udawałem, ale on wiedział, że udaję. Trudno było się nie domyślić, jeśli trzydziestoletni facet ugania się za małolatem, wzdycha na jego widok, czerwieni się się na każdą dwuznaczną wzmiankę i nie potrafi logicznie wyjaśnić, o co mu właściwie chodzi. No i wyszło z tego to, co wyszło. Gdybym powiedział, że tego nie chciałem, skłamałbym, bo moje wszystkie dziwne myśli, wyobrażenia i sny świadczyły o czymś zupełnie innym. Ale skłamałbym też mówiąc, że tego chciałem, bo przecież to wszystko nie tak miało wyglądać. W ogóle miało nie wyglądać, ale skoro już było... Och, Boże. Znacie ten stan? Połączenie dezorientacji, zażenowania, wściekłości na samego siebie, niepewności i całej masy różnych, skrajnych emocji, których w ogóle nie dało się uporządkować. Kradzież cukierka nie może być usprawiedliwiona pragnieniem jego posiadania i to pragnienie zdecydowanie nie usuwa wyrzutów sumienia. Ale z drugiej strony, jeśli cukierek sam do nas przychodzi... A my po prostu bierzemy to, co dostajemy, to... Cholera jasna! Andy nie jest żadnym cukierkiem! Jest nastolatkiem z problemami, którego do siebie przygarnąłem, kierując się niekoniecznie czystymi intencjami i powinienem z nas dwóch wykazać się większą dojrzałością i przerwać to, co nie było z pewnością wyrazem jego głębokich uczuć względem mojej osoby. Wstydziłem się tego, co pomiędzy nami zaszło i wiedziałem, że po przekroczeniu tej granicy, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.
Położyłem się do łóżka i nerwowo sięgnąłem po jakąś starą gazetę, próbując się skupić na czymkolwiek innym niż wyrzuty sumienia, które paliły mnie od środka i zmuszały niemalże do tego, by coś zrobić i naprawić to, co z taką łatwością zepsułem. Dłonie zaczynały drżeć mi lekko na każde wspomnienie tego, co między nami zaszło, a serce bić szybciej, ale nie było to miłe uczucie. Bo to nie rozkosz, jaką czułem przy nim utkwiła mi w głowie, a moja zupełna bierność, brak reakcji, która doprowadziła do tego, do czego doprowadziła.
-Dobrej nocy, Mitch- Andy pojawił się na chwilę w progu pomieszczenia i dopiero wtedy coś we mnie pękło.
-Andy!- zatrzymał go mój głos. Spojrzał na mnie pytająco- Mógłbyś...? Mógłbyś przyjść tu na chwilę...?- zapytałem ostrożnie, odkładając gazetę na bok.
Wszedł do pokoju i usiadł na łóżku, nie odrywając ode mnie wzroku.
-Posłuchaj... Nie wiem, jak do tego wszystkiego doszło, ale...
-Nie, ty słuchaj, Mitch- przerwał mi stanowczo chłopak- To ja to zrobiłem, tak? Więc nie musisz się chyba tym martwić, nie? To nie jest twój problem- spoglądałem na niego bez zrozumienia. To zdecydowanie był mój problem- Nie musisz czuć się winny i tak dalej...- przewrócił oczyma, parsknąwszy cicho, jakby lekceważąco, ale fakt, że nie patrzył mi w oczy, nie świadczył raczej o tym, że mówi szczerze- Chciałem, więc to zrobiłem i tyle. Nic wielkiego.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
-Andy...
-Dobra, nie gadajmy o tym- odparł niechętnie, wstając, ale chwyciłem go za dłoń, zatrzymując przy sobie.
Wpatrywałem się w niego przez chwilę, zastanawiając się nad tym, co powinienem powiedzieć, ale w końcu szepnąłem tylko prośbę:
-Zostań tutaj na noc.
Rudowłosy spojrzał na mnie, mocno zdziwiony, ale skinął głową. Położył się obok mnie, a ja zgasiłem światło. Nie mogłem udawać, że nic się nie stało, ani nie mogłem zapomnieć. Mogłem jedynie próbować wszystko to odkręcić i udowodnić mu, że wcale nie postrzegałem go w taki sposób, jak myślał. Że nie chodzi mi o seks, ale o niego. O całego Andy'ego, z jego płomiennym charakterem, niesamowitym temperamentem, śmiałością, pięknem...
Coś wstąpiło we mnie i nie mogąc powstrzymać tego uczucia, nachyliłem się nad nim i nieśmiało ucałowałem go w usta. W odpowiedzi musnął delikatnie moje wargi. I dotarło do mnie, że to właśnie był nasz pierwszy pocałunek. Dopiero teraz. Tak subtelny i niepozorny, że niemalże niezauważalny, a rozgrzał moje serce jak nic innego.
Andy uśmiechnął się lekko, po czym przymknął powieki i wtulił się we mnie mocno.
A ja wciąż czułem, że tamto było błędem.
I, że właśnie tak to wszystko powinno się rozpocząć.

17 komentarzy:

  1. Anonimowy4:58 PM

    O cholera... O cholera... Umarłam. Kocham Cię! Uwielbiam to opowiadanie, wyszło Ci naprawdę bezbłędnie.

    I ja osobiście wolałabym YFM. ;)

    Natt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałem już o tym opowiadaniu... ale najs. Lubię Mitcha, jest taki inny niż reszta twoich bohaterów, aww.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy7:04 PM

    Ooooo.. rety. Zawsze jak się zabieram za LPoH to wiem, że czeka mnie lawina niespodzianek. Ale dziś to mnie zmiażdżyłaś :)
    Coś mi się wydaje, że zamiast się wszystko ustabilizować, będzie jeszcze więcej skoków napięcia. Biedny Mitch. Zejdzie na zawał jeszcze przed czterdziestką, jak go Andy nadal będzie tak molestować :D

    Pozdrawiam, Cannum

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. chcę to samo również w przyszłym tygodniu 3#
    delektowałam się tą notką, kurcze... już dawno mi się coś takiego nie zdarzyło. czytać p o w o l i

    i pomyśleć że pierwsze rozdziały LPoH przeszłam jak tornado. w sensie, na wyrywki i co chwila odrywając wzrok od monitora, żeby zebrać się w sobie i nabrać śmiałości. opowiadanie było cudowne, więc nie wybaczyłabym sobie gdybym je tak zostawiła, ale...
    ale ono jest pisane z perspektywy Mitcha!!! który myśli o sobie negatywnie, więc czytelnik dostaje wypaczony obraz rzeczywistości i zaczyna kibicować głównemu bohaterowi w jego próbach ukrycia swoich uczuć względem Andy'ego.
    no i Mitcha zbyt łatwo zrozumieć ~ zawsze strasznie się wczuwam ]; to jedna z niewielu postaci z całego yaoi [tak mang też], która jest mi bliska. i w pojedynkę tak samo wyjątkowa ;^

    OdpowiedzUsuń
  6. "I, że właśnie tak to wszystko powinno się rozpocząć." Tak powinno, ale Mitch nigdy by nie zrobił pierwszego kroku, więc Andy poszedł na całość. Jeszcze nie do końca, ale i tak dużo zrobił. :D Oby faktycznie chłopak nie myślał, że tak musiał mu zapłacić. Ale ten pocałunek raczej udowodnił mu, że Mitchowi nie o to chodzi.

    Co chwila, w czasie remontu pokoju, się śmiałam. Mitch, chciał, aby było wszystko zrobione idealnie, a tu... Rozchorował by się gdyby Andy go nie zapewnił, że pokój się super. Ciekawe o czym myślał Mitch, kiedy zamawiał lampę. O, Andym i pewnie nawet nie zwrócił uwagi, co zamawia.

    Cały rozdział, był odjazdowy, ale końcówka przeurocza. Jak ja lubię takie scenki, kiedy dwóch bohaterów zasypia wtulonych w siebie. Ach :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:29 PM

    może Johny? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy10:33 PM

    To było po prostu piękne, jestś najlepsza ... Aż nie wiem co powiedzieć często czytam to opowiadanie bo to moje ulubione, ale ten rozdział podoba mi się szczególnie kocham Go i Ciebie! :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy10:41 PM

    Wiem, że ostatnio żadko się odzywami bardzo żałuję, ale tak jakoś nie było okazji... sam nie wiem, ale gdy przeczytałem ten rozdział to czułem po prostu, że muszę się odezwać i podziękować, że go napisałaś, tak więc DZIĘKUJĘ :*.
    "Co ja zrobiłem...? No dobrze, ja nic nie zrobiłem. Dosłownie nic. Ja po prostu siedziałem i jęczałem (...)" - Myślałem, że padne ze śmiechu! A końcówka była tak słodka, że brak mi słów. Właśnie za to Cię kocham, że raz mogę tarzać się ze śmichu czytając twoje opowiadania a kilka linijek później ocierać łzy wzruszenia.
    Więc na końiec dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam:
    S.S (pamiętasz jeszcze?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z moją pamięcią nie jest tak źle :). Pamiętam i dziękuję, że się odezwałeś.

      Usuń
  10. Za każdym razem kiedy czytam kolejny odcinek tego opowiadania, mam ochotę chwycić Mitcha za barki i potrząsnąć nim mocno, żeby się ogarnął ;).

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy12:23 AM

    Wchodzę sobie radośnie na Twojego bloga spodziewając się czegoś spokojnego i miłego i w ogóle a tu JEB. Zostałam rozwalona na kawałki, pozabierałam się a potem rozpłynęłam. Dziękuję. Naprawdę lubię takie niespodzianki i mam nadzieję, że nie rzucić pisania przez kolejne trzy stulecia. D.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy11:34 AM

    Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę jakie zaskoczenie wywołałaś u mej osoby takim rozwinięciem ich relacji. Coś pięknego. Nie sądziłam, że tak szybko pozwolisz nam, czytelnikom, ''zobaczyć'' takie sceny między nimi.
    Ale mimo iż tyle się między nimi tutaj zdarzyło, to wiesz co? Najpiękniejsza była scena w tym deszczu, gdy oni tylko stali naprzeciw siebie nic nie mówiąc, nic nie robiąc... Coś pięknego.
    Ty chyba nigdy nie przestaniesz zaskakiwać i zachwycać, naprawdę.
    Pozdrawiam Cię serdecznie.
    J.

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy8:52 AM

    Chyba po raz pierwszy czytając jedno z twoich opowiadań, śmieję się a nie płaczę lub wpatruję się tępo w monitor. Chyba pierwszy raz w mojej głowie nie odbywa się wojna niezrozumienia (Ale...ale jak to? Eeeee cooo?)
    To było boskie... haha Mitch mnie rozwala i to konkretnie...
    No nie no... powiem wprost ... jest ZAJEBISTY .
    Czekam ,czekam na następną część....
    Kssy

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy2:06 AM

    TO OPO JEST DELIKATNIE MÓWIĄC ZAJEBISTE!!! KIEDY BĘDZIE DALSZA CZEŚĆ? BŁAGAM PISZ SZYBKO!!!!

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy7:56 PM

    Hej, właśnie skończyłam czytać LPoH i bardzo mi się spodobało ;) Wiesz może kiedy napiszesz dalszą część? Jeżeli byś mogła, to było by fajnie jak najszybciej ;D Nie mogę się doczekać co dalej będzie między Mitchem, a Andym. ;)

    OdpowiedzUsuń