Strony

sobota, 18 lutego 2012

Rozdział 12 [Chaos]

Amir stracił grunt pod nogami i nagle poczuł się tak, jakby spadał skądś z niewiarygodną szybkością. I chociaż, w ostatnim rozpaczliwym odruchu, chciał spróbować chwycić się czegoś, nie był w stanie, jakby stracił kontrolę nad swoim ciałem. Słyszał nieprzyjemny szum, a przed oczyma miał całą gamę kolorów, najpierw jaskrawych i oślepiających, później coraz bardziej stonowanych, stopniowo przechodzących w czerń. I nagle zapadał się w wszechogarniającą ciemność, zwalniając. Trudno było złapać mu oddech.
Aż wreszcie uderzył plecami w twarde podłoże. Zamroczyło go na chwilę. Odetchnął głęboko, podnosząc się powoli, czując ból w klatce piersiowej i wciąż słysząc w głowie ten dziwny jazgot, chociaż w pomieszczeniu, w którym się znalazł, panowała  grobowa wręcz cisza. Wstał na nogi i rozejrzał się dookoła. Wyglądało na to, że kimkolwiek była ta kobieta, przynajmniej w jednym nie kłamała. To rzeczywiście był zamek. A Amir chyba znajdował się w czymś na kształt holu. Kilkanaście metrów przed nim, znajdowały się stopnie, prowadzące na podwyższenie, na którym prawdopodobnie znajdował się parter. A zaraz za nimi, w dwóch przeciwnych kierunkach, rozpościerały się monumentalne schody. Amir odwrócił się, ale w miejscu, w którym powinno się znajdować wejście główne, dostrzegł tylko pustą ścianę. Nie poruszał się przez chwilę, starając zorientować w sytuacji i zdecydować, co właściwie powinien robić. Im dłużej jednak stał w miejscu, tym wyraźniej czuł przeraźliwe zimno panujące wewnątrz pałacu. Skrył ściskany w dłoni fragment kryształu za pasem, zdecydowanie woląc nie zastanawiać się teraz nad tym, jak to wszystko, do licha, się stało. Ruszył przed siebie, chwytając za miecz, ale gdy dostrzegł mężczyznę, stojącego na podwyższeniu, zatrzymał się gwałtownie. Wcześniej zupełnie go nie zauważył, a nie był wcale trudny do przeoczenia, nawet na tle krystalicznie białych ścian i podłogi. Człowiek ten stał przy wazonie z kwiatami, odwrócony do niego tyłem. Ruchami wyjątkowo powolnymi i mechanicznymi, układał wciąż i głaskał zwiędłe, przemarznięte płatki kwiatów. Amir ścisnął mocniej broń i ruszył ostrożnie przed siebie, nie będąc pewnym, czego może się spodziewać. Starał się stąpać jak najciszej, ale był to wysiłek daremny. Jego kroki odbijały się echem w całym pomieszczeniu. Mimo to, stojący przy wazonie mężczyzna, zdawał się być tak pochłonięty tym, co robi, że nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Amira ani na chwilę nie opuściła czujność, ale gdy wszedł już po stopniach i stanął właściwie tuż za tym człowiekiem, który wciąż nie zareagował w żaden sposób, zaczął się temu dziwić.
-Hej...- powiedział cicho, wpatrując się w plecy jegomościa podejrzliwie, gotów natychmiast odeprzeć ewentualny atak- Szukam tu kogoś...
Reakcji nie było.
-Wiesz w ogóle gdzie się znajdujemy?- zapytał znowu Amir, ale i tym razem nie uzyskał żadnej odpowiedzi, a nawet zapewnienia, że ten człowiek w ogóle go słyszy- Hej, ty!- rzucił z cieniem irytacji, chwytając mężczyznę za ramię i odwracając go gwałtownie w swoim kierunku.
A gdy zobaczył jego twarz, na chwilę oniemiał  zupełnie. Puste, ciemne oczy, wpatrywały się w niego martwym, pozbawionym wyrazu wzrokiem, a sine, pokryte szronem usta, poruszały bezgłośnie, jakby ten mamrotał coś sam do siebie w szaleństwie. Amir przełknął ślinę, odsuwając się. Człowiek nie powrócił jednak do swojego wcześniejszego zajęcia, a stał w miejscu, zwrócony w stronę mężczyzny.
Amir gnając parterowym korytarzem, wciąż jeszcze wyczuwał na sobie spojrzenie jego nieruchomych oczu, zastanawiając się, co tu się dzieje. Nie musiał czekać długo na odpowiedź. Wpadł na kogoś i po raz kolejny zobaczył dokładnie to samo, co przed momentem. Przystojna twarz stojącego przed nim młodzieńca, była zupełnie obojętna i pozbawiona wyrazu. Wargi popękane i nienaturalnego koloru. Ten nawet nie mówił nic do siebie i zdawało się, że wcale nie dostrzegł obecności intruza, gotów podążyć do przodu, jakby w ogóle go tam nie widział. Amir usunął mu się z drogi, idąc powoli dalej. Na korytarzu minął jeszcze kilkunastu takich mężczyzn. Ci nie reagowali zupełnie na swoją obecność, poruszali się powoli, ociężale, czasem wpadając na siebie wzajemnie i przystając, chwilowo zdezorientowani, jakby nie byli rzeczywiście ludźmi, a jedynie jakąś marną imitacją, próbą, kukłą zdolną do poruszania się i wykonywania prostych czynności. Amir zaczął otwierać znajdujące się przed nim drzwi, jedne po drugich, zaglądał nerwowo do kolejnych pomieszczeń, które były ogromne, ale wyposażone wyjątkowo ubogo. W prawie każdym z tych pokoi znajdował się jeden lub kilku takich osobników, siedząc, leżąc, poprawiając coś czy po prostu stojąc nieruchomo. Ci ludzie budzili w Amirze przerażenie. Zdawali się być pozbawieni życia, jak lodowe rzeźby uskrzydlonych wojowników, rozstawione po całym zamku i stanowiące chyba, oprócz zamarzniętych kwiatów, jedyną ozdobę. Przyglądał się uważnie każdemu człowiekowi, mając w duchu nadzieję, że nie natrafi w końcu na potomka wilków. Bo jeśli się nie mylił, jego towarzysz miał duże szanse, by skończyć dokładnie tak samo jak oni wszyscy. A to oznaczało, że tutejsza królowa miała jednak sporo towarzystwa. I najwyraźniej Nadim nie był jedyną istotą, która ją tak strasznie zafascynowała.
Amir zaczynał się robić coraz bardziej nerwowy. Wrócił do holu i zaczął biec szybko po długich, krętych schodach, w myślach to błagając samego Nadima, by jeszcze żył i miał się dobrze, to przeklinając jego durną decyzję na wszelkie możliwe sposoby. Co za kretyn, co za skończony kretyn! Owszem, dostali fragment, ale cóż im po tym fragmencie, jeśli potomek wilków zmieni się w milczącego żywego trupa! Ciekawe, co Amir miał z tym wszystkim zrobić. Bez Nadima całe te poszukiwania straciły nagle sens i cel. Przecież to on z nich dwóch wierzył w to wszystko do końca! Amir powtarzał sobie w myślach, że nie pozwoli mu zrobić krzywdy za nic w świecie. A bez względu na to, kim jest ta kobieta i co potrafi, zapłaci, jeśli chociażby go tknie.
Gdy wspiął się wreszcie na piętro, usłyszał jakieś hałasy, zupełnie nietypowe dla tego miejsca. Ruszył powoli do przodu, usiłując zlokalizować ich źródło. Gdy dotarł do podwójnych drzwi, dotarł do niego trzask bitego szkła. Otworzył je gwałtownie i wszedł do środka, gotów atakować. Przeszedł po kawałkach niedawnego wazonu, rozglądając się dookoła. Pierwsze, co dostrzegł to, że pokój okazał się sypialnią. Drugie, że Nadima nie było w środku. Trzecie, że znajdująca się tam, dobrze już mu znana kobieta, nie wygląda na zadowoloną. Ścisnął mocniej miecz, otwierając usta, ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek, ta podeszła do niego i chwyciła za gardło z taką mocą, że aż upuścił broń, a następnie bez najmniejszego problemu, przeniosła  na łóżko, dociskając do pościeli.
-Gdzie on jest?!- wrzasnęła gniewnie, a jej twarz wykrzywiona grymasem złości nie wydawała się być równie piękna, co wcześniej.
-U... Uciekł ci...?- Amir uśmiechnął się drwiąco, nie mogąc złapać oddechu- Co za przykrość...
Wściekły krzyk wydobył się z gardła kobiety, gdy bez najmniejszego problemu rzuciła nim o ścianę. Amir podniósł się natychmiast, mimo chwilowego otępienia, obolały. Oddychając płytko, przyglądał się królowej z uwagą, ale ta nie wydawała się być nim więcej zainteresowana.
-Zabrać go- rzuciła spokojnym już, lodowatym głosem do pustego pomieszczenia- Nie chcę go więcej widzieć.
Mężczyzna nie bardzo wiedział, co mają znaczyć te słowa, ale podejrzewał, że zaraz może zjawić się tutaj cała gromada jej mało ruchliwych sługusów. Podbiegł do drzwi, chwytając po drodze za swój miecz i wypadł z pomieszczenia, niczym nie zatrzymywany. Aż do tamtej chwili. Bo ledwie przeszedł przez próg, a poczuł, że coś chwyta go mocno za poły ubrania. Szarpnął się mocno, słysząc trzask rwanej koszuli i odwrócił się, ale w tym momencie poczuł mocne uderzenie i po raz drugi zatrzymał się dopiero na ścianie. Czuł krew spływającą mu z nosa i pieczenie w okolicach skroni. Tym razem jednak ani na chwilę nie puścił broni, chociaż to, co zobaczył, wprawiło go w niemałe osłupienie. To nie ta kobieta, jak podejrzewał na początku, wyszła za nim, by go powstrzymać. Nawet nie żaden z jej „towarzyszy życia”. Stał przed nim jeden z potężnych, lodowych posągów aniołów, jakich wszędzie było pełno. Tym razem chwycił on  Amira w pasie, na wpół prowadząc , na wpół wręcz ciągnąc go w kierunku schodów. Mężczyzna w miarę swoich możliwości ruchowych, usiłował zadawać mu ciosy, jeden po drugim, ale udało mu się jedynie zrobić niewielkie wyszczerbienie w ręce figury, na które ta i tak nie zareagowała. Na nic było szarpanie się i próby ucieczki. Został zwleczony na parter, a później jeszcze niżej, schodami, których wcześniej nawet nie dostrzegł. Ale prócz zastanawiania się nad tym, jak uciec, jedna myśl świtała mu w głowie. Nadim był bezpieczny. Jeszcze bezpieczny.
Pomieszczenia, do którego został wprowadzony, nie można było pomylić z żadnym innym. Było to z pewnością coś na kształt więzienia. Długi korytarz prowadził pomiędzy kolejnymi, w większości opustoszałymi celami. Dopiero w jednej z nich Amir dostrzegł, a raczej najpierw usłyszał młodego mężczyznę:
-Powiedz królowej... Powiedz, wybawco, powiedz królowej...- powtarzał chaotycznie, usiłując chwycić posąg, gdy ten przechodził obok niego- Proszę, powiedz królowej! Najwierniejszy z najwierniejszych czeka na nią! Powiedz królowej, powiedz królowej...
Amir został wrzucony do jeden z cel, znajdujących się w rzędzie naprzeciwko tej, w której znajdował się mężczyzna, o dwa pomieszczenia dalej. Lodowy pomnik zamknął drzwi, a następnie odszedł.
-Pamiętaj!- zawołał rozpaczliwie młodzieniec, wyciągając ręce zza krat- Powiedz królowej! Musisz powiedzieć królowej!
Dopiero gdy Amir oderwał wreszcie od niego spojrzenie i przeniósł je na znajdującą się przed nim celę, zauważył kogoś jeszcze. Następnego człowieka, tym razem leżącego twarzą do ziemi i drżącego spazmatycznie. Krew obficie wypływała z jego ciała, pokrywając posadzkę.
-Ej, ty!- Amir stanął tuż przy kratach, spoglądając na niego z obawą i chcąc sprawdzić, czy ten w ogóle rozumie chociaż słowo- Słyszysz mnie...?
-Nie słyszy- padła spokojna odpowiedź i w pierwszej chwili mężczyzna nie potrafił zorientować się, kto jej udzielił. Dopiero gdy jegomość podszedł bliżej krat swojej celi, Amir dostrzegł jego przystojną, młodzieńczą twarz i charakterystyczną, błazeńską czapkę.- Zostaw go. I tak nic nam już nie pomoże.
-Królowo, królowo!- wrzeszczał głośno, zachrypniętym głosem pierwszy z młodzieńców- Twój najwierniejszy rycerz czeka! Najwspanialsza, najpiękniejsza pani świata! Zechciej chociaż spojrzeć na mnie! O, królowo!
Amir wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na swojego rozmówcę. Wydawało mu się, że on jeden z tutaj obecnych, ma przynajmniej mgliste pojęcie tego, co się tutaj właściwie dzieje.
-Gdzie jesteśmy?- zapytał, ocierając stróżkę krwi sączącą się z nosa i chowając miecz.
-W zamku królowej- odparł tamten, chociaż nie takiej odpowiedzi Amir oczekiwał.
-O, pani! Twoje piękno, twój blask, oczy twoje, usta...! Chciałbym być przy tobie całą wieczność, całą wieczność spędzić u twojego boku! Czekam cierpliwie, czekam na ciebie! Przyjdź po mnie, proszę, przyjdź...
-Przymknij się!- warknął z irytacją Amir, ale tamten nadal wykrzykiwał swoje, jeszcze głośniej  i z większym zaangażowaniem niż wcześniej.
-Nie zrozumie- stwierdził błazen- Tyle czasu tutaj... Sam zresztą zobaczysz. Każdy szuka ukojenia. W śmierci lub w szaleństwie. Pewnie sam bym zwariował... Gdybym wcześniej nie był już wariatem...- zaśmiał się ochryple.
Amir wahał się chwilę, po czym zapytał:
-Co tu się dzieje? Co ona robi tym wszystkim ludziom?
Zdawało mu się, że jego rozmówca jako jedyny potrafi udzielić mu odpowiedzi na te pytania.
-Nasza królowa jest bardzo nieszczęśliwa...- westchnął z teatralnym strapieniem- Więc schodzi do świata, w którym niegdyś żyła, szukając sobie oblubieńca, który ogrzeje jej serce... Ale nikt nie potrafi tego uczynić, bowiem nasza królowa nie ma już serca, a jedynie sopel lodu tkwiący tam, gdzie powinno się ono znajdować... Ale nasza pani nie jest już człowiekiem, więc jej to w żaden sposób nie szkodzi... W przeciwieństwie do tych, których sprowadza tutaj i których serca, swoim pocałunkiem, zamraża. Widziałeś jaki los ich spotkał, prawda...?- ton rozbawienia wkradł się do głosu mężczyzny- Stan, w którym się znajdują, gorszy jest od śmierci. A królowa wciąż szuka, coraz bardziej rozpaczliwie. Wciąż jeszcze nie potrafi zrozumieć, że nic nie jest w stanie cofnąć kary za to, co niegdyś uczyniła.
Amir zmarszczył brwi.
-Więc jak wy...?
-... jak uniknęliśmy losu kalekich na duszy istot?- dopowiedział mężczyzna, śmiejąc się lekko- Mieliśmy wielkie szczęście. Albo ogromnego pecha. Nim nasza królowa odpowiednio się nami zajęła, ktoś inny przykuł jej uwagę. A gdy tak się stało, kazała nas zostawić tutaj, do dnia, gdy po nas powróci. Ale nie wróciła i to się raczej nie zmieni..- dodał, chichocąc i z pobłażliwością wyglądając na wyjącego wciąż hymny pochwalne towarzysza- Gdy raz traci zainteresowanie, już go nie odzyskuje. Nigdy tu nie zagląda.
-Jak długo tu jesteś?
-Całą wieczność. Tutaj nie ma dni i nocy. Nie czuje się głodu ani pragnienia, ciało nie starzeje się wcale, nie ma chorób, a śmierć przychodzi tylko na zawołanie...- powiedział, a Amir dostrzegł, że ciało znajdującego się przed nim człowieka zamarło w bezruchu, w kałuży krwi- Wielu ludzi tak właśnie wyobraża sobie raj. A raj jest piekłem.
Amir milczał przez chwilę, zastanawiając się nie nad słowami swojego rozmówcy, a nad tym, co się teraz dzieje z Nadimem. Może znalazł już drogę ucieczki, nieświadom tego, że znajduje się tutaj jego towarzysz. Może jest już całkowicie bezpieczny z dala od tego miejsca. Miał taką nadzieję. Ale jeśli było inaczej i on wciąż tkwił gdzieś w tym przeklętym miejscu, Amir musiał go jakoś znaleźć. A wcześniej musiał się stąd wydostać.
-Szukam swojego kompana- rzucił w kierunku błazna- Dostał się tutaj przede mną, może go widziałeś...
Mężczyzna zaczął śmiać się głośno.
-Nie słuchałeś uważnie?- spytał rozbawiony- Nie znajdziesz go. Nie takiego jak wcześniej przynajmniej.
-Nie rozumiesz. On uciekł, nim cokolwiek się stało. Wydostał się stąd albo wciąż jest gdzieś w zamku.
-Stąd nie można się wydostać- odparł z politowaniem mężczyzna- A więc jeśli twój przyjaciel stał się obiektem zainteresowania królowej, ma tylko dwie możliwości. Albo wybierze ją albo śmierć w paszczy okrutnych, potwornych bestii, które powstały z gniewu królowej i które trzyma, by karać tych, którzy ośmielili się sprzeciwić. Ha, to dopiero wybór! Ulec i zatracić się zupełnie, stać się pustym i pozbawionym świadomości, skazać się na bezsens egzystencji, czy odmówić i umierać długo, w męczarniach... Więc co jest ważniejsze...? Chęć przetrwania czy dusza? Strach przed bólem i cierpieniem czy świadomość słusznego wyboru...? Lęk przed tym, co czeka później czy nieśmiertelność będąca absurdem...? A ty co byś wybrał, gdybyś miał wybór...?
-To chyba nie jest w tym momencie ważne- odparł szorstko Amir, nie poświęcając słowom mężczyzny większej uwagi. Ale jeśli ten miał rację, Nadim wciąż był tutaj i wciąż groziło mu niebezpieczeństwo. Właściwie, jakby nie patrzeć, teraz niebezpieczeństwo groziło im obu- Posłuchaj, muszę się stąd jakoś wydostać.
-Głuchy jesteś czy zaczynasz już popadać w obłęd, wmawiając sobie niemożliwe...? Stąd nie ma ucieczki.
-Skąd możesz o tym wiedzieć, skoro nigdy nie próbowałeś?!- zdenerwował się Amir.
Błazen zachichotał cicho.
-Bo znam to miejsce lepiej niż ktokolwiek, kto się tutaj znalazł...- stwierdził niemalże z dumą- Rozejrzyj się po zamku, rozejrzyj się dobrze... Tutaj nie ma drzwi, które mogłyby cię wyprowadzić na zewnątrz. Nie ma okien. Nigdzie, prócz sypialni królowej...- Amir przysłuchiwał mu się z uwagą- Chcesz tamtędy uciec...? Ha! Spróbuj! Odsłoń zasłony i sprawdź, co zobaczysz... Ciemność! Wszędzie ciemność! Zamek unosi się w nicości!- zaśmiał się rozbawiony- Chcesz skoczyć...? Nie skacz, głupcze. Bo skończysz gorzej od tych, którzy się tu znaleźli. Znikniesz, jakbyś nigdy nie istniał.
-Posłuchaj mnie uważnie...- zaczął Amir, siląc się na cierpliwość- Trafiłem tutaj przez coś w rodzaju przejścia. Biały, błyszczący kształt, unoszący się nad ziemią...
-Wrota- stwierdził tamten, skinąwszy głową.
-Niech i będą wrota... Na pewno istnieje sposób, by otworzyć je ponownie.
Amir nie miał pełnej pewności, co do swoich słów, ale raz mu się udało. Nadal nie do końca wiedział w jaki sposób i czuł, że nie jest to odpowiednia chwila, by się nad tym zastanawiać, ale skoro dał radę się tutaj dostać, to z pewnością istniało też jakieś wyjście.
-Wrota może otworzyć tylko nasza królowa- odparł mężczyzna- Tylko ona posiada moc, by przemieszczać się pomiędzy zamkiem, a światem żywych. W obawie, że ktoś mógłby próbować ją zamknąć albo odebrać jej te umiejętności, stworzyła niedawno klucz... Nie znajdziesz klucza, bądź pewien. Nikt nie wie, jak wygląda, ani jaką dokładnie ma siłę. A jeśli jest dziełem królowej, uczyniła wszystko, by śmiertelnik, który chciałby go zdobyć, zginął nim zdążyłby go użyć.
Amir nie odpowiedział, bo w tym momencie drzwi do więzienia otworzyły się z łoskotem. Cała trójka wychyliła głowy, usiłując dostrzec, kto wszedł do środka. Lodowy posąg przeszedł niespiesznie korytarzem, zatrzymując się przy celi Amira i otworzył ją. Mężczyzna cofnął się gwałtownie, nie rozumiejąc, co się dzieje.
-Mówiłeś, że królowa o was nie pamięta- rzucił do błazna.
-O nas nie...- odpowiedział tamten, chichocąc wesoło.
Lodowa dłoń kreatury chwyciła go mocno za ramię i wyprowadziła zza krat. Tym razem Amir nie stawiał oporu. Wiedział, że to zupełnie bezcelowe.
-Ach, zapomniałem ci powiedzieć!- krzyknął jeszcze pełnym ekscytacji głosem jego rozmówca- To słudzy królowej! Głusi i ślepo posłuszni, ale niemożliwi do zniszczenia! Nie próbuj uciekać... I podejmij słuszny wybór! O ile jeszcze jakiś masz...
Gdy Amir prowadzony był w kierunku wyjścia, słyszał śmiech tego człowieka, częściowo zagłuszany przez rozpaczliwe wołania dochodzące z pierwszej zajętej celi.
-Królowo! Królowo!- wrzeszczał znowu młodzieniec, przylgnąwszy do krat- Wybierz mnie, błagam, wybierz mnie! Błagam!
Został wyciągnięty z pomieszczenia, a następnie poprowadzony wzdłuż parteru i zatargany po drugich schodach, na górę.
-Dokąd mnie prowadzisz...?- zapytał nerwowo, ale tak jak się spodziewał, odpowiedzi nie otrzymał.
Zdecydowanie nie zamierzał być kolejnym, ledwie przytomnym kochasiem tej baby. Chociaż z drugiej strony, kończenie żywota w tak młodym wieku i nastrojowym miejscu jak ten przeklęty zamek, co oczywiście zawdzięczał swojemu genialnemu towarzyszowi, też niespecjalnie mu się podobało. Gdy był prowadzony kolejnym korytarzem, zaczął tracić resztki pozornego spokoju i wyrywać się zupełnie tak jak wcześniej, aż do momentu, gdy zorientował się, że najprawdopodobniej będzie musiał urwać sobie rękę, żeby uciec od silnego uścisku lodowej dłoni. Na końcu korytarza widniały jedyne drzwi, które trzymająca go kreatura, otworzyła bez żadnego problemu, wrzuciła go do środka i zatrzasnęła z powrotem. Amir podniósł się szybko na nogi i rozejrzał dookoła. Znajdował się w pustym zupełnie pomieszczeniu, z którego jedna część, w której stał, była stosunkowo jasna, a druga, trudnych do określenia rozmiarów, pogrążona w mroku. Przełknął ślinę, słysząc dochodzące z ciemności warczenie i ryki. Podszedł szybko do drzwi i zorientował się, że z tej strony nie mają klamki. Najwyraźniej z tego pokoju nikt nie miał wyjść cało, czego Amir jeszcze nie chciał przyjąć do wiadomości, więc najpierw z całej siły zaczął uderzać w drzwi, by ostatecznie próbować je wyważyć, co zakończyło się jedynie bólem ramienia.
Odetchnął głęboko, przymykając na chwilę powieki i zastanawiając się nad tym, co dalej robić, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Ha! I tak właśnie kończą prawdziwi bohaterowie! Kretyni, którzy idą ratować towarzysza, a lądują w jakimś miejscu bez wyjścia z dziką bestią na karku!
Chyba pomyślał o tym w złą godzinę. Bo w tym właśnie momencie usłyszał stąpanie ciężkich łap, zbliżających się powoli w jego kierunku. Przełknął nerwowo ślinę, wyciągając miecz, a następnie powoli odwrócił się w kierunku zwierzęcia, którego rozmiary przerosły jego wszelkie oczekiwania. Trudno było mu nawet powiedzieć, co to właściwie jest. Wyglądało jak ogromny, całkowicie biały wilk, poruszało się na czterech łapach, ale było tak ogromne, że Amir musiał podnosić głowę, by spojrzeć na jego wielki pysk. Przycisnął się do drzwi, ściskając mocno broń w ręku, gotów zaatakować, gdy tylko bestia się bliży. Ta krążyła wokół niego, jakby przyglądając się z uwagą, po czym wreszcie podeszła do niego. Mężczyzna w pierwszej chwili zamierzał zadać cios, w drugiej – przykucnął na ziemi i czekał na odpowiedni moment, by zaatakować potwora prosto w podbrzusze. Marnie widział swoje szanse w starciu z nim, a wydawało mu się, że jedynie uderzenie w takie miejsce pozwoliłoby mu na szybkie powalenie bestii. Wstrzymał oddech, gdy stworzenie nachyliło się nad nim, a jego olbrzymi pysk znalazł się niepokojąco blisko jego twarzy. Ale gdy już miał atakować, poczuł jak jęzor bestii przesuwa się po jego twarzy. I chociaż w pierwszej chwili pomyślał, że być może ta zamierza posmakować przyszłej ofiary, gdy to zdarzyło się po raz drugi i trzeci, aż wreszcie potwór odsunął się i zaczął wydawać z siebie odgłosy podobne szczeknięciom, biegając po pomieszczeniu i podskakując wesoło z taką siłą, że cała sala zatrzęsła się w posadach, Amir otarł ślinę z twarzy i zdecydował się przyjrzeć kreaturze uważniej.
-Mały Pies...- szepnął, trudno powiedzieć, czy bardziej zdumiony, czy  przerażony, gdy dostrzegł charakterystyczny dzwonek zawieszony na szyi zwierzęcia. Na jego słowa to uradowało się jeszcze bardziej i znowu zaczęło szczekać, jakby chcąc potwierdzić, wciąż zdające się być mocno absurdalnym, przypuszczenie mężczyzny- O bogowie...- rzucił Amir, wstając- Nadim miał rację, że nazywanie ciebie w ten sposób było kretynizmem...
Mały Pies, będący jednak już mniej mały, a bardziej przypominający pupila olbrzyma, wciąż wzbudzał w Amirze niemały lęk, mimo tego, że zdecydowanie sprawiał wrażenie, jakby chciał mu okazać swoją sympatię, a nie go pożreć. Tak czy inaczej nawet to okazywanie sympatii mogło się skończyć dla mężczyzny niezbyt dobrze, szczególnie, gdy zwierzak usiłował na niego wskoczyć, z czego zapewne mężczyzna nie wyszedłby w jednym kawałku, gdyby w porę się nie odsunął.
-Dobry pies... Dobry pies...- szepnął nerwowo, klepiąc go po boku, bo wyżej sięgnąć nie mógł, po czym, co jakiś czas oglądając się z niepokojem za siebie, wrócił do prób sforsowania drzwi.
I tym razem zakończyły się one niepowodzeniem. Westchnął ciężko i odsunął się od nich na chwilę, usiłując wymyślić cokolwiek, co mogłoby mu w tej sytuacji pomóc. W tym momencie usłyszał głośny huk, który obudziłby zapewne nie tylko wszystkich żywych, ale i zmarłych w tym miejscu, a gdy się odwrócił, zauważył, że Mały Pies znalazł już sposób, by się wydostać. Razem z drzwiami i kawałkiem ściany, ale mimo wszystko. Amir uśmiechnął się do niego, wciąż woląc zachować bezpieczny dystans i wyszedł z pomieszczenia.
-O tym nie pomyślałem...- przyznał z cieniem rozbawienia. Zwierzak podrygiwał wesoło, co przy jego wielkości i tak wyglądało dość przerażająco- Zostań tutaj, dobrze?- poprosił go mężczyzna, po czym ruszył w dół po schodach.
Pies jednak nie posłuchał, co nie powinno budzić w mężczyźnie szczególnego zdumienia, skoro nawet jego własny towarzysz, mimo rzekomej inteligencji nie ustępującej ludziom, zazwyczaj zupełnie nie rozumiał, co się do niego mówi. I tak Mały Pies zaczął schodzić, a może wręcz zeskakiwać po schodach, na których, jedno po drugim, pojawiały się spore pęknięcia, dotrzymując kroku Amirowi.
-Nie wyprowadzają cię tu chyba za często na spacery, co...?- uśmiechnął się blado mężczyzna, obserwując szkody, jakie już zdążyło wyrządzić zwierzę.
Zszedł wraz z nim na dół, zastanawiając się nieustannie, gdzie mógł teraz podziewać się Nadim. Gdzie on by się schował na jego miejscu. Zdecydował się raz jeszcze zajrzeć do więzienia, przypuszczając, że może potomek wilków zdążył tam trafić w międzyczasie. Ruszył w kierunku parterowego korytarza, gdy nagle stojący obok lodowy posąg, który wcześniej w żaden sposób nie reagował na jego obecność, poruszył się w jego kierunku. Amir cofnął się gwałtownie, gdy ogromne ramię zamachnęło się do uderzenia, ale zostało nagle zatrzymane w szczękach Małego Psa, który zaatakował je z całą mocą, krusząc ogromnymi zębami lód na drobne kawałeczki. Mężczyzna stał jeszcze przez chwilę w miejscu, przyglądając się zdarzeniu, ale szybko doszedł do wniosku, że zwierzę nie będzie raczej potrzebowało jego pomocy. Pobiegł przed siebie, nadal słysząc donośne, gniewne warczenie i trzask miażdżonej figury.
I gdyby jeden z obecnych w korytarzu osobników nie przykuł jego uwagi, pewnie szukałby swojego towarzysza jeszcze długo. Zatrzymał się, gdy zauważył jednego z mężczyzn, stojących z kapturem na głowie przy wazonie kwiatów. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo i tak ubranych jegomości tutaj widział, gdyby nie fakt, że jego ruchy, mimo iż powolne, zdawały się być jednak zupełnie inne, mniej mechaniczne od poczynań pozostałych, a tuż nad miejscem, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, coś kłębiło się pod materiałem. Amir podszedł do niego bliżej i ostrożnie, chociaż niemalże pewien swego przypuszczenia, odwrócił go w swoim kierunku i odsłonił kaptur. Nadim odskoczył w pierwszej chwili, jakby zamierzał się bronić, ale gdy zobaczył swojego towarzysza, wstąpił na jego twarz wyraz zdumienia i niedowierzania.
-Co ty tu robisz...?- zapytał oszołomiony.
Amir nie odpowiedział w pierwszej chwili. Dawno już nie poczuł tak ogromnej ulgi, która w jednej chwili usunęła z niego cały niepokój i lęk. A więc Nadim żył i nadal był sobą. Nadal był tym samym, gadatliwym, irytującym i doprowadzającym go do szału potomkiem wilków, którego nie cierpiał i jednocześnie darzył trudną do określenia sympatią. Wszystko to wywołało w nim takie emocje, że przez chwilę aż chciał  chwycić towarzysza i uściskać mocno. Ale z racji tego, że jednocześnie poważnie rozważał, czy nie dać mu w łeb za jego głupotę, która ściągnęła ich obu do tego przeklętego miejsca, ostatecznie wstrzymał się od obu pomysłów.
-Przyszedłem po ciebie...- odpowiedział w końcu, odetchnąwszy głęboko.
-Oszalałeś?- Nadim spoglądał na niego bez zrozumienia.
-Tak!- odparł z irytacją mężczyzna- Oszalałem, żeby ratować szaleńca, który gotów był poświęcić swoje życie dla durnego kawałka kamienia!
-To nie jest żaden kamień!- obruszył się potomek wilków- Potrzebowaliśmy tego fragmentu.
-Tak?! I ciekawe co miałbym z nim zrobić bez ciebie?!
-Wyruszyć w dalszą podróż... A poza tym przecież zamierzałem wrócić- odpowiedział z całym przekonaniem jego towarzysz- Mówiłem ci, żebyś mi zaufał.
-Ach, więc może mi wyjaśnisz, w jaki sposób zamierzałeś stąd wyjść, co...?- Amir uniósł brew, spoglądając na kompana z politowaniem.
-Cóż...- Naidm odkaszlnął, zakłopotany- Powiedzmy, że to jest ta część planu nad którą jeszcze myślę...
Amir zacisnął wargi i pokręcił głową, znowu czując trudną do pohamowania chęć, by zdzielić go po głowie.
-Nie mamy na to czasu- stwierdził i chwycił go za nadgarstek, ciągnąc z powrotem w kierunku holu, z którego nie dochodziły już odgłosy walki, a więc wszystko wskazywało na to, że Mały Pies doskonale poradził sobie ze swoim przeciwnikiem.
Gdy znaleźli się znowu na podwyższeniu, zwierzę leżało już spokojnie, obok pozostałości po swoim lodowym oponencie. W momencie, gdy dojrzało Amira, podniosło się radośnie, ale gdy tylko dostrzegło jego towarzysza, znowu zaczęło warczeć groźnie.
-Boże...- szepnął potomek wilków, cofając się gwałtownie, gdy pies ruszył w ich kierunku.
-Spokojnie- odparł Amir, przyciskając towarzysza do ściany i stając tuż przed nim, po czym zwrócił się do zwierzęcia- To tylko Nadim. Pamiętasz Nadima, Mały Psie...?- sądząc po otwartej wrogości, wszystko wskazywało na to, że jednak pamięta- Świetnie...
-TO jest Mały Pies...?- rzucił z niedowierzaniem potomek wilków.
-Owszem- a widząc, że ten chce zadać kolejne pytanie, burknął- Chyba nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Po prostu trzymaj się blisko mnie, bo jak widzisz, wciąż nie darzy cię nadmierną sympatią, a sądząc po jego wielkości, może próbować ci odgryźć coś więcej niż tylko ucho. Chodź.
Zeszli schodkami w dół i dotarli do ściany, w której powinny znajdować się jakieś drzwi, których rzecz jasna nie było. Nadim doszedł do wniosku, że może są gdzieś ukryte i zaczął badać dłońmi jej strukturę. Amir natomiast wyjął zza pasa kryształ, chociaż nie do końca wiedział, jak udało mu się otworzyć wrota za pierwszym razem. Przymknął powieki, tak jak wtedy starając się skupić na czymś konkretnym, na wydostaniu się stąd, przywołując w myśli wszystkie bóstwa, jakie przyszły mu do głowy, demona, sam kryształ, cokolwiek, co byłoby w stanie im pomóc. Tym razem jednak, zupełnie nic się nie wydarzyło.
Uchylił powieki, gdy usłyszał, jak ktoś klaszcze. Królowa szła w ich kierunku nie spiesząc się wcale, z pobłażliwym uśmiechem na ustach, najwyraźniej oklaskując ich nieudolne próby. Nie wyglądała na zdenerwowaną ani nawet rozgniewaną, co mocno niepokoiło Amira. Mały Pies spoglądał to na nią, to na mężczyznę, jakby nie potrafił się zdecydować, czy zostać przy nim, czy jednak wrócić do swojej pani.
-Brawo- rzuciła kobieta, głosem niemalże rozbawionym- Nikt jeszcze nigdy nie zrobił tu tyle zamieszania co ty, człowieku. Możesz czuć się dumny.
Amir instynktownie, po raz kolejny zasłonił Nadima własnym ciałem.
-Co ty robisz...?- rzucił potomek wilków, usiłując się odsunąć.
-Masz broń?- warknął w jego kierunku mężczyzna, chowając kryształ i chwytając za miecz- Więc się przymknij.
-Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało ci się tutaj wejść...- mówiła dalej królowa, zbliżając się do nich powoli- Nie wiem też, jak przeżyłeś spotkanie z jednym z moich pupili i dlaczego nie urwał ci od razu głowy, do czego został stworzony, ale to właściwie nie ma żadnego znaczenia. Jak zamierzasz się stąd wydostać, co...?
-Tak samo, jak się tu dostałem- odparł stanowczo Amir, a potomek wilków skinął głową z pełnym przekonaniem, jakby w ogóle miał pojęcie, o czym ten mówi, po czym dopytał pół głosem:
-... Czyli właściwie jak?
Mężczyzna nie odpowiedział. Właściwie to tak, że wiedział i nie wiedział jednocześnie. Zdawało mu się, że to kryształ go tutaj sprowadził, ale nie potrafił użyć go ponownie.
-Nie macie o niczym pojęcia, prawda...?- drwiła kobieta, śmiejąc się lekko.
-Wypuść go- powiedział Amir, a jego towarzysz spojrzał na niego ze zdziwieniem- To, co się tutaj zdarzyło nie było jego, tylko moją winą.
-Niezła próba, człowieku. Ale to jego chciałam, a nie ciebie. Ty mogłeś dalej błąkać się po waszym świecie i w spokoju szukać tego... czego tam sobie szukaliście...- mruknęła lekceważąco, machnąwszy dłonią- Ale skoro zdecydowałeś się już tutaj pojawić, to nie licz na to, że kiedykolwiek uda ci się stąd wydostać.
Amir zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, coraz bardziej nerwowo. Zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy.
-Gdzie jest klucz?- rzucił w końcu, chyba jedynie po to, by zająć królową choć jeszcze przez chwilę.
Jej twarz stężała nagle.
-Co takiego...?
-Klucz- powtórzył Amir z pozorną śmiałością- Gdzie on jest?
-Nie ma żadnego klucza!- warknęła w odpowiedzi królowa i wstąpił w nią gniew- Chodź do mnie!- krzyknęła, spoglądając na zwierzę, ale to, wyraźnie wciąż mocno zdezorientowane, ostatecznie skuliło się i położyło przy mężczyznach, kładąc uszy po sobie. Kobieta skrzywiła się ze złości- Niech i tak będzie...- stwierdziła ozięble, podchodząc do nich, szybszym niż wcześniej krokiem.
Amir przełknął ślinę i wolną dłonią chwycił zwierzę za obrożę. Nadim stanął obok niego, gotów by atakować choćby i gołymi rękoma.
I w tym właśnie momencie, palce mężczyzny przesunęły się lekko i natrafiły na dzwoneczek, który rozbrzmiał charakterystycznym dźwiękiem. Uderzyła go oślepiająca biel i nim zdążył się zorientować, co się dzieje, znowu przedzierał się przez ciemności, tym razem jednak lecąc do góry, coraz wyżej i wyżej, aż ciemności zaczęły przekształcać się w różnorodne kolory. Znowu nie mógł się poruszyć. Czuł jedynie, że ktoś jeszcze jest obok niego, ale nie był w stanie tego sprawdzić. Jedna tylko myśl cały czas kołatała w jego głowie : byli wolni.
Z głuchym jękiem wylądował na trawie i gdy udało mu się wreszcie podnieść i zorientować w sytuacji, dostrzegł, że są w tym samym miejscu, w którym wcześniej otworzyły się wrota. Tuż obok niego upadł Nadim. Przejście zniknęło.
-Chodź. Chodź!- krzyknął, pomagając towarzyszowi podnieść się z ziemi.
Chwycił szybko za upuszczony przez kompana wcześniej tobołek, a ten zabrał swoją broń i już biegiem przedzierali się przez las, coraz dalej i dalej, nie zatrzymując się ani na chwilę, jakby coś ich goniło. Po dłuższym czasie, gdy przeszedł im pierwszy szok związany z sytuacją i zabrakło sił, zatrzymali się na polanie. Rozpalili ognisko i niewiele rozmawiając, rozłożyli namiot i zjedli posiłek.
To była zdecydowanie najdziwniejsza przygoda, jaką Amir do tej pory przeżył, a odkąd podróżował z Nadimem, nie mógł narzekać na ich brak. Człowiekowi, któremu tak ciężko było uwierzyć w wiele bardziej wiarygodnych i łatwiejszych do wytłumaczenia zjawisk, niełatwo było zrozumieć to, co mu się przydarzyło i wyjaśnić to sobie w sposób logiczny i poukładany. Ale nawet jeśli historia z zamkiem unoszącym się w nicości, królową i Małym Psem, który okazał się być zdecydowanie większy, niż powinien, była tak mało prawdopodobna, że zapewne nawet najbardziej naiwny osobnik, nie dałby jej wiary, jeszcze trudniejsza do wyjaśnienia okazała się być sprawa kryształu. W jaki sposób Amirowi udało się otworzyć wrota, nie mając wtedy jeszcze klucza? W jaki sposób udało mu się tam dostać? Jak udało mu się połączyć wszystkie fragmenty w jedną całość? Nie był w stanie nawet wysnuć przypuszczenia, na jakiej zasadzie to wszystko działało, ale póki co nie było mu to do niczego potrzebne. Nadim był teraz razem z nim. I po dłużej chwili ciszy, zaczynał wreszcie gadać zupełnie tak jak zawsze, dużo i bez sensu, opowiadał o czymś i żartował, wesoły jak zwykle.
-Jak właściwie udało ci się dostać do zamku?- zapytał z zainteresowaniem, spoglądając na swojego towarzysza pytająco.
-To trochę skomplikowane- odpowiedział Amir, wzdychając głęboko. Pewne rzeczy ciężko było wyjaśnić.
-No tak...- parsknął śmiechem potomek wilków, kręcąc głową- Bo my przecież nie mamy czasu na skomplikowane historie...
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
-To nieważne- stwierdził i by zmienić temat, dodał z rozbawieniem- W każdym razie, uregulowałem swój dług- Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia- Ty uratowałeś życie mnie, a ja tobie. Teraz jesteśmy kwita.
-Po pierwsze, nie masz żadnego długu, odkąd przyzwyczaiłeś się do mojego imienia...- odpowiedział potomek wilków, chyba z obawą, że jego towarzysz wróci do starego zwyczaju nazywania go „psem”- A po drugie... Jakie ratowanie życia? Świetnie dawałem sobie radę sam. Prędzej czy później, znalazłbym klucz- dodał zaczepnie.
-Tak?- zironizował Amir- Tuż przed tym czy po tym, jak Mały Pies zjadłby cię na obiad?
O bogowie, i pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a raz na zawsze pożegnałby się z tymi wszystkimi przekomarzaniami i uszczypliwościami. A co jeszcze dziwniejsze, naprawdę by mu tego brakowało. Wszystkiego by mu brakowało.
Nadim już otwierał usta, by coś odpowiedzieć, gdy nagle na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia.
-Zgubiłeś je...- stwierdził, spoglądając na towarzysza z paniką.
-Co...?- burknął Amir, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co chodzi.
-Kryształy!- potomek wilków zerwał się na nogi- Musimy się cofnąć i sprawdzić, gdzie są! Oby tylko nie zostały w tym zamku, bo...
Amir chwycił go za nadgarstek i siłą usadził z powrotem.
-Mam kryształy- odparł spokojnie, wsuwając dłoń za pas- To znaczy, właściwie jeden, ale...
-Jeden?! Jak to jeden?!
Amir pokręcił tylko głową i zaraz na otwartej dłoni, pokazał towarzyszowi to, co powstało z połączenia wszystkich posiadanych przez nich fragmentów . Nadim wpatrywał się w kryształ z szeroko otwartymi ustami.
-J... Jak to się stało...?- wydukał wreszcie.
Amir uśmiechnął się lekko.
-Mówiłem, że to skomplikowane.

10 komentarzy:

  1. Ten rozdział wydał mi się jakiś taki... Krótszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że taki był ;).

      Usuń
  2. OHH, ohh, ojeeej *-* Boże.. uwielbiam to. Przeczytałam strasznie szybko i wydało mi się krótkie. o.o Pęknie napisane i jak zawsze przy twoich opowiadaniach nie mogłam się oderwać nawet na chwilę. Liczę, że następny rozdział będzie równie szybko. ; )

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy6:20 PM

    Oni są świetni.
    Ich relacje są coraz bliższe i tylko czekań na pocałunek <3
    I teraz czekań dwa tygodnie na następny rozdział...

    OdpowiedzUsuń
  4. Eh, miałam nie czytać od razu żeby potem nie musieć cierpieć przez kolejne dwa tygodnie, ale oczywiście jak tylko zobaczyłam że jest, to nie mogłam się powstrzymać ;p rozdział nie wiem czy najlepszy, bo wszystkie są świetne, ale chyba najbardziej klimatyczny do tej pory... aż mi się zrobiło zimno jak czytałam :) i chociaż też nie mogę się doczekać pocałunku to z drugiej strony to naprawdę fajne, że tak powoli się rozwija - szczególnie, że ani przez chwilę nie będzie nudno. a skoro zawiązała się już między nimi przyjaźń, to może niedługo zacznie budować się miedzy nimi jakieś inne napięcie? ;> pozostaje liczyć, że ich pierwsze zbliżenie będzie warte czekania, a do tej pory, wszystko wskazuje, że nie będę zawiedziona. Zdrowia i weny, życzę! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystko pięknie opisałaś i ponownie widziałam przed oczami żywe obrazy. Zamek, postacie, nawet Małego Psa. W chwili, kiedy Amir usłyszał ciężkie stąpanie łap, wiedziałam, że to ten znaleziony psiak. I się uśmiechnęłam, na myśl, że zwierzak pewnie go pamięta i pomoże. Co dowodzi, że warto zwierzakom pomagać, nigdy nie wiadomo, kiedy się odwdzięczą. Chociaż Nadima faktycznie by zjadł. :D
    Poza tym, że uśmiałam się przy paru scenkach, np. "-Tak samo, jak się tu dostałem- odparł stanowczo Amir, a potomek wilków skinął głową z pełnym przekonaniem, jakby w ogóle miał pojęcie, o czym ten mówi, po czym dopytał pół głosem:
    -... Czyli właściwie jak?" Widziałam minę Nadima i Amira. Obaj doskonale wszystko wiedzieli, a tak naprawdę nie wiedzieli nic. I to ich spotkanie podczas którego Amir miał ochotę uścisnąć (byłabym za), lub przyłożyć towarzyszowi.
    Po raz kolejny tym opowiadaniem wyzwalasz moje emocje, tak jak to robiłaś z Every me. Płakałam, śmiałam się przy tamtym, martwiłam i tu jest to samo. No, jeszcze nie płaczę, chyba, że ze śmiechu, ale kto wie, co tam jeszcze wymyślisz. :D
    I zastanawiam się w jaki sposób Amir zdołał otworzyć wrota pod koniec poprzedniego rozdziału. Na pewno tego bardzo pragnął i może uczucia, które wtedy się w nim skumulowały pomogły w połączeniu kryształów i utworzeniu przejścia. Kolejna zagadka do rozwiązania. :D

    Weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:06 PM

    Z wyobrażeniem sobie klimatu nie miałam problemu:) Za oknem też widzę mróz, lód i śnieg, więc mogłam dobrze się wczuć w świat widziany z perspektywy Amira.
    Dzisiejsza notka, znów naładowana akcją pokazała, że nie tylko tworzysz nieszablonowych bohaterów, ale potrafisz też zaczarować ich otoczenie. I rzeczywiście, mam wrażenie, że dziś bardzo szybko dobrnęłam do końca- z tym, że w mojej opinii pływ na to miała akcja, a nie ilość słów.
    Cały czas przed oczami miałam widok królowej zaadoptowany z "Opowieści z Narnii". Tilda Swinton idealnie mi tu pasuje. I piechu wrócił! Amir mógłby go zaadoptować w roli prywatnego ochroniarza i wierzchowca :D Coś mi się wydaje, że człowiek przekornie będzie miał więcej wspólnego z magicznymi kryształami niż wierzący w smoki i jednorożce Nadim.
    A swoją drogą... Amir poznał Nadima w przebraniu po schowanym ogonie...więc gapił się na jego tyłek. Awww yea! :D

    I jeszcze drobna rzecz:
    "Amir został wrzucony do j e d e n z cel, znajdujących się w rzędzie naprzeciwko tej, w której znajdował się mężczyzna, o dwa pomieszczenia dalej." - troszkę nie po polskiemu :)

    Pozdrawiam, Cannum.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:05 AM

    Tak, tak, tak i wszyscy byli zadowoleni i kochani, ale nic sobie nie powiedzieli, bo się powstrzymali. Tak, mówiłaś, że to będzie długo się rozwijać. Bardzo ładnie napisane, a Mały Pies był nafajniejszy. D.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy1:21 PM

    Kiedy Amir zasłonił Nadima własnym ciałem, myślałam że się normalnie rozpłynę. On naprawdę jest w stanie zrobić dla niego wiele, choć zapewne nie wie jeszcze dlaczego tak jest...
    Uwielbiam sposób w jaki rozwijasz ich relacje!
    Pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  9. " Ha, to dopiero wybór! Ulec i zatracić się zupełnie, stać się pustym i pozbawionym świadomości, skazać się na bezsens egzystencji, czy odmówić i umierać długo, w męczarniach... Więc co jest ważniejsze...? Chęć przetrwania czy dusza? Strach przed bólem i cierpieniem czy świadomość słusznego wyboru...? Lęk przed tym, co czeka później czy nieśmiertelność będąca absurdem...? A ty co byś wybrał, gdybyś miał wybór...?" Bardzo spodobał mi się ten fragment :3 Ogółem, ten rozdział był genialny.

    OdpowiedzUsuń