Strony

piątek, 30 marca 2012

Dobry wieczór :)

Rozdział trochę wcześniej. Jeszcze nie jestem pewna, co w przyszłym tygodniu, pomysł mam, ale wolę nie zapeszać :P. A później... Składajcie propozycje. Może coś się da zrobić :D.

Enjoy.

Rozdział 14 [Chaos]

Nie udali się od razu do miasta, a zatrzymali nieopodal, na jeszcze jeden dzień. Pomimo tego, że żaden z nich tego nie zaproponował, i choć wcale tego nie ustalili, wydawało się, że obaj potrzebują chwili przerwy, momentu, żeby złapać oddech i przemyśleć to, co się stało. W szczególności Nadim. Nie spędzili jednak tego dnia ze sobą. Potomek wilków włóczył się po lesie, i całe szczęście, bo Amir nie bardzo chciał go oglądać. Wystarczył mu wyraz smutku goszczący na twarzy towarzysza zaraz po tym, co zaszło i łzy w jego oczach, które starał się ukryć, zupełnie nieudolnie. Amir nie czuł się dobrze w takich sytuacjach. Nie sprawdzał się wcale w roli pocieszyciela, był w tym wręcz beznadziejny. Zapewne z jego nieumiejętnych prób powiedzenia czegoś odpowiedniego nic by nie wyszło albo przerodziłyby się one w kolejny spór, a tego żaden z nich nie potrzebował. Nawet pod wieczór nie zamienili ze sobą ani słowa. Położyli się obok siebie, w zupełnej ciszy, a ta wyjątkowo, zdawała się nie przeszkadzać żadnemu z nich. Bo o czym mieliby rozmawiać? Cóż mógłby powiedzieć Nadim? Że to był akt okrucieństwa, do jakiego są w stanie posunąć się jedynie ludzie, że był rozczarowany, że nie potrafił zrozumieć? Amir odpowiedziałby mu, że tak po prostu się zdarza i że rodacy potomka wilków wcale nie są pod tym względem inni. A może jednak byli? Doprawdy, dziwne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy, gdy cały dzień zastanawia się nad tym, co się wydarzyło... Szczególnie, gdy sceptycyzm tego człowieka został wcześniej mocno zachwiany spotkaniem z tą istotą. Demonem? Albo jak sama o sobie mówiła – pozostałością demona. Amir nie chciał o tym myśleć i nawet mu się to udawało. Zresztą, była to chyba reakcja obronna jego umysłu – ilekroć coś mogło zagrozić jego zdrowiu albo przynajmniej stabilności psychicznej, ignorował to albo udawał, że tego nie widzi. Właściwie mógł sobie odpowiedzieć jedynie na dwa pytania. Czy upewnił się w istnieniu demona? Nie. Czy dopuszczał możliwość, że ten istnieje? Owszem. Ale czy można traktować poważnie słowa potwora, który znał ich wszystkie myśli i obawy?
Kolejnego ranka wszystko wróciło do normy, zupełnie tak, jakby wczorajszy dzień w ogóle nie miał miejsca. Nadim odzyskał swoją niezwykła wprost zdolność do ględzenia o wszystkim i wszędzie, a Amira dopadła migrena i to o dziwo, chyba nie przez gadanie towarzysza. Potomek wilków, prawdopodobnie, rzeczywiście był odporniejszy, a na pewno bardziej sprawny. Mężczyzna zaczynał godzić się z myślą, że to on z nich dwóch zawsze w coś się uderzył, coś sobie skręcił, przewrócił się, kasłał, kichał albo zbyt szybko opadał z sił.
Zbliżali się do murów miasta.
-Załóż kaptur...- mruknął cicho Amir, spoglądając na swojego towarzysza, odzianego w płaszcz, który był pamiątką po ich wcześniejszej podróży.
-Po co?- zapytał potomek wilków.
-Dla bezpieczeństwa.
-Ja czuję się bezpieczny.
Mężczyzna westchnął głęboko, darując sobie silenie się na logiczne argumenty, bo tych potomek wilków w ogóle nie przyjmował. Ile to już razy Amir tłuaczył mu, że ani on, ani nikt w jego obecności nie może czuć się bezpieczny? Oczywiście samo łażenie po lasach i zachodzenie za skórę jakimś pradawnym istotom też nie jest zbyt bezpieczne, ale to jednak nie to samo. Amir przynajmniej nie miał ogona, ani psich uszu, więc nie wyróżniał się i nie wzbudzał sensacji, gdziekolwiek się pojawili.
Główna brama miasta była zamknięta. Zamiast tego, otworzono mniejsze przejście, przy którym znajdował się jakiś jegomość, w obstawie strażników i chyba miał za zadanie sprawdzać, kto pojawia się w mieście. Amir i Nadim zatrzymali się tuż za kupieckim wozem, którego właściciel czekał na możliwość przejazdu. Jeden ze strażników zdjął narzutę z jego towarów, a urzędnik zaczął przyglądać im się, pytając przy tym idiotycznie:
-A więc jesteś pan kupcem...?
-Tak, panie- odparł człowiek.
-Ach, tak, tak, widzę... Pierwszy raz u nas w mieście?
-Pierwszy.
-Oby nie ostatni. Nasi kupcy nie lubią konkurencji- stwierdził jegomość, a widząc, że jego rozmówcy mina trochę zrzedła, zachichotał i dodał- Taki urzędniczy żarcik...
Kupiec zaśmiał się niemrawo. Odpowiedział jeszcze na kilka pytań i został przepuszczony. Amir stanął przed urzędnikiem. Czekając na swoją kolej, zdążył stwierdzić, że to całkowicie niepraktyczna i właściwie niepotrzebna kontrola. W jego mieście wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
-Jesteśmy podróżnikami- rzucił, nim jegomość zdążył się odezwać. Nie miał ani humoru, ani chęci na żadne dłuższe dyskusje- Zamierzamy zatrzymać się tu tylko kilka dni, a później ruszyć w dalszą drogę.
-Tak...- urzędnik zakasłał, przyglądając im się z uwagą. Milczał przez dłuższą chwilę, po czym stwierdził- Przykro mi, panie. Dostałem bezwzględny zakaz wprowadzania tu obcych.
-Jeśli dobrze usłyszałem, panie, zdawało mi się, że ten kupiec też nie pochodził stąd...- odparł Amir, jeszcze stosunkowo spokojnie.
-Nie pochodzenie miałem na myśli- sprostował dyplomatycznie urzędnik i dopiero w tym momencie mężczyzna zrozumiał, o co mu chodziło.
Zerknął ukradkiem na swojego towarzysza, który poruszył się niespokojnie, pytając:
-W czym właściwie problem?
-Nie wiem, panie- odparł niewinnie urzędnik- To nie ode mnie zależy. Zakazano mi i już.
-Wezmę za niego pełną odpowiedzialność, jeśli tak trzeba- stwierdził Amir.
-Przykro mi, panie, ale cóż mam zrobić? Jeśli chcesz, zostaw swojego towarzysza, wejdź do miasta i próbuj dyskutować z moim zwierzchnikiem, bo ja nic ci na takie reguły nie poradzę! Jestem tylko prostym urzędnikiem, na nic nie mam wpływu. Robię tylko to, co do mnie należy. Cóż... Takie życie.
Amir zaczynał tracić cierpliwość.
-Ja również robię dokładnie to, co do mnie należy- stwierdził z grymasem irytacji na twarzy- I powiem ci, szanowny panie, że pewien wysoko postawiony arystokrata, czeka w mieście na swojego niewolnika... Jeśli chcesz, panie, chętnie wejdę do miasta sam i poinformuję go, dlaczego nie doczekał... A chyba nie będzie zachwycony, gdy się dowie, czyja to zasługa...- uśmiechnął się z politowaniem, widząc, jak na urzędniczej twarzy pojawia się wahanie.
-Ach, niewolnik!- ton urzędnika zmienił się równie szybko, jak jego decyzja- Trzeba było tak od razu!
I tym oto sposobem zostali wpuszczeni do miasta. Gdy odeszli już wystarczająco daleko, by nie być obserwowanymi, Amir zarzucił swojemu kompanowi kaptur na głowę i pacnął go z całej siły w czoło.
-I nie waż się go zdejmować, kretynie- mruknął ostrzegawczo.
Głowa bolała go niemiłosiernie.
-Byłeś bardzo przekonujący- powiedział Nadim, uśmiechając się do niego- Ja nie wiedziałbym, co powiedzieć.
-Uprzedzony zawsze dogada się z uprzedzonym...- westchnął głęboko Amir- Zapamiętaj tę życiową mądrość na przyszłość i nie wychylaj się za bardzo. Przynajmniej w moim towarzystwie.
-Ach, więc przyznajesz, że byłeś uprzedzony...?- potomek wilków uśmiechnął się cwanie.
-A kto ci powiedział, że byłem...?- dokładnie takim samym uśmiechem odpowiedział mu mężczyzna.
-Wiem to. Zmieniłeś się. Nie traktujesz mnie już tak, jak na początku.
-Chyba cię wyobraźnia ponosi!- prychnął donośnie Amir. Cóż z tego, że sam zdawał sobie sprawę, jak bardzo ich relacje się zmieniły, przecież nie był kretynem, by się do tego przyznawać! Wuj zawsze twierdził, że jest niebywale uparty, ale on po prostu wychodził z założenia, że zmiana zdania jest równoznaczna z przyznaniem się do błędu, a przyznanie się do błędu wobec potomka wilków oznaczałoby także przyznanie mu racji. A wiadomo, że Nadim absolutnie racji mieć nie mógł. W niczym- To, że nie nazywam cię już „psem” wynika jedynie z tego, że byłem ci to dłużny. A to, że jestem dla ciebie trochę bardziej uprzejmy z tego, że musimy ze sobą współpracować. Nic więcej.
-Oczywiście- skomentował te słowa Nadim, z takim uśmiechem na ustach, jakby nie uwierzył w ani jedno słowo towarzysza, co zresztą nie było dziwne.
-Oczywiście- odburknął Amir, bardzo niezadowolony z faktu, że jego kompan tak otwarcie zechciał komentować zmianę ich stosunków. Może wynikało to z wychowywania się pod okiem króla, ale mężczyzna wyznawał zasadę, że pewne rzeczy są, mogą istnieć i istnieją, ale bardzo nierozsądnie jest o nich mówić. Jedną z takich spraw był niewątpliwie jego drobny defekt, który sprawiał, że swoją uwagę koncentrował głównie na przedstawicielach tej samej płci.
Nadim mówił do niego coś jeszcze, ale nawet nie miał siły go słuchać. Najchętniej odnalazłby jakąś gospodę i poszedł spać, ale że potomek wilków miał rację i musieli uzupełnić zapasy, zdecydował się skoncentrować na tym. Nie było nawet potrzeby, by pytać mieszkańców o drogę. Plac, na którym znajdowało się targowisko, odnaleźli sami. Amir czuł, że głowa zaraz mu eksploduje od hałasu i zgiełku, ale jego towarzysz (jakże daleki od wszelkiej cywilizacji!) wydawał się być zachwycony.
-Jest chyba jeszcze większy niż u was, prawda...?- zapytał, spoglądając na mężczyznę z zafascynowaniem.
-Nie wiem...- odmruknął niechętnie Amir- A byłeś w ogóle na naszym?
-Byłem. Głównie patrzyłem z daleka, ale jakiś czas temu poszedłem tam razem z Elnirem. Nikt jednak nie chciał nam nic sprzedać, więc więcej się tam nie pojawiliśmy.
Zapewne był to skutek okropnego bólu głowy, ale Amirowi nawet przez chwilę zrobiło się żal Nadima. Przez chwilę, było określeniem kluczowym, bowiem już w następnym momencie, mężczyzna doszedł do wniosku, że potomkowie wilków sami są sobie winni, a tak w ogóle, mogliby budować własne targowiska i miasta, zamiast zawracać im głowę i wpychać się tam, gdzie ich nie chcą. Tak czy inaczej, to chwilowe współczucie sprawiło, że wyjął z sakiewki kilka złotych monet i wręczył je towarzyszowi, ze słowami:
-Kup sobie strzały, czy czego tam potrzebowałeś... Tylko nie ściągaj kaptura... I trzymaj się...- Nadim w tym momencie obejrzał się za siebie i chyba dostrzegł coś, co go zaciekawiło, bo zaczął przepychać się przez tłum, zostawiając swojego towarzysza w tyle- … blisko mnie...- dokończył Amir, po czym odetchnął głęboko, tłumiąc w sobie chęć popełnienia mordu na potomku wilków i wszystkich dookoła, a w szczególności sprawcach tego okrutnego hałasu.
Przez chwilę jeszcze dostrzegał w tłumie charakterystyczny kaptur, który wkrótce zniknął mu zupełnie z oczu, pewnie dlatego, że Amirowi zakręciło się w głowie i na chwilę zagubił się zupełnie w tej przepychance. Gdy jednak omal nie został stratowany przez jakiegoś wyjątkowo sprawnego staruszka, odzyskał przytomność umysłu i ruszył przed siebie. Wrzaski i gadanina, raz na jakiś czas zlewały mu się w jeden, monotonny szum, to wyostrzały się znowu, doprowadzając go do szału. Chociaż nawet na złość nie miał siły. Jakaś handlarka omal nie udusiła go materiałem, który zarzuciła mu na szyję, chcąc go zapewne zareklamować i sprzedać, zaraz dostał się na chwilę w ręce człowieka, który w wyjątkowo szybkim tempie usiłował opowiedzieć mu o czymś, jeśli Amir dobrze zrozumiał, chyba o garnkach, dalej zatrzymał go przy sobie kupiec, który chwalił bardzo własny towar, podobno wysokiej jakości narzędzia, chociaż z tego, co zdążył zauważyć mężczyzna, prezentowały się raczej dość mizernie. Amir wiedział, że na targu trzeba zachować nie tyle nawet asertywność, co wręcz gotowość do obrony, bo zewsząd czaili się ludzie, gotowi oskubać mieszkańców z ich pieniędzy, i nie miał tu bynajmniej na myśli złodziejaszków. Wreszcie przedarł się do stoisk cieszących się mniejszym zainteresowaniem, a więc i mniej okupowanych. Nadima nie znalazł, ale zdecydował się czekać na niego tutaj, bo wciąż jeszcze w uszach brzęczał mu jazgot wykrzykiwanych głośno ofert i propozycji. Opadł z sił. Zatrzymał się przy jednym ze stoisk, na którym wystawiono broń. To chyba jako jedyne Amira zainteresowało i przez moment spoglądał na zaprezentowane towary, chociaż wzrok miał trochę nieobecny, a powieki ciężkie.
-Mogę zobaczyć?- usłyszał czyjś głos i dopiero po chwili zorientował się, że należy on do kupca, zapewne właściciela stoiska.
-Co takiego...?- zapytał niepewnie mężczyzna, spoglądając na sprzedawcę bez zrozumienia.
-Pański oręż- odpowiedział tamten, spoglądając na odstającą lekko rękojeść.
-Po co?- Amir zmarszczył brwi.
-Interesuje się trochę bronią... Jak pan zresztą widzi- dodał z rozbawieniem, wskazując na stoisko- Jestem w stanie rozpoznać dobrą robotę, i ten miecz tak właśnie wygląda... Mogę?- ponowił pytanie, a Amir, trudno powiedzieć, czy zaćmiony swoją niedyspozycją, czy po prostu zmęczony tym wszystkim, wyciągnął ostrze i podał je mężczyźnie.
Ten chwycił je w dłonie, obejrzał dokładnie, obrócił kilka razy, aż wreszcie uśmiech zadowolenia pojawił się na twarzy.
-Miałem rację...- stwierdził, kiwając głową i oddając broń właścicielowi- Świetne wykonanie, powiedziałbym wręcz, że doskonałe. Żeby stworzyć coś takiego potrzeba wielu lat praktyki, dobrego oka i talentu. Tak, talentu przede wszystkim... Pracowałem kiedyś u jednego kowala, chociaż ja raczej nie należałem do szczególnie pracowitych... Dlatego zająłem się handlem- zaśmiał się lekko, wracając na swoje miejsce- W każdym razie, tak dobry miecz musiał pewnie dużo kosztować...
-Jest bezcenny- uciął chłodno Amir, chowając ostrze.
-Jak wszystko, co idealnie pasuje do właściciela. Może jest pan czymś zainteresowany...?
-Nie, raczej nie.
Amir zastanawiał się, czy mężczyzna ma też do sprzedania strzały. Te przydałyby się potomkowi wilków. Pomyślał o Nadimie, akurat w momencie, gdy jego wzrok utknął w zawieszonym sztylecie i coś przyszło mu do głowy.
-Mogę zobaczyć ten nóż...?- zapytał handlarza.
-Oczywiście- pospieszył z odpowiedzią mężczyzna, podając go Amirowi- Doskonały gust, co zresztą wcale mnie nie dziwi...- dodał, gdy jego klient oglądał broń- Nie posądzałbym właściciela takiej broni o nic innego... Sztylet jest fantastyczny, bardzo lekki i przy tym pięknie wykonany... Och, no i całkiem drogi, ale ktoś, kogo stać na taki miecz, z pewnością nie będzie miał z tym problemu...
Rzeczywiście, nóż był diabelnie drogi, ale Amir i tak go kupił, wydając na to znaczną część tego, co otrzymali. Nawet się nie targował, chociaż naczelna zasada handlu głosiła, by z kupcami targować się zawsze. Ci mieli bowiem nawyk zawyżania cen, chyba jedynie po to, by później z nich zejść. Chociaż Amir teraz zrozumiał, że jak widać raz na jakiś czas trafiał się kretyn, któremu nawet nie chciało się wykłócać. Tak czy inaczej, sprzedawca miał rację. Sztylet z pewnością był wart swojej ceny, jego wykonanie nie pozostawiało nic do życzenia. I nie, Amir bynajmniej nie kupił go po to, by dokonać rytualnego mordu na swoim towarzyszu, chociaż bogowie mu świadkami, czasem naprawdę miał na to ochotę. Doszedł do wniosku, że może i potomek wilków świetnie posługiwał się łukiem, który mógł być bronią całkiem skuteczną, ale przy bliższym dystansie okazywał się zupełnie niepraktyczny. A że Nadim nie był wyposażony w innego rodzaju oręż, mężczyzna stwierdził, że dla bezpieczeństwa ich obu, dobrze byłoby sprawić mu taki prezent. Przywiązał sztylet do pasa i poszedł kawałek dalej, czując się wciąż fatalnie pod względem fizycznym, ale trochę lepiej na duchu.
Swojego towarzysza odnalazł jakąś godzinę później, a może raczej to jego towarzysz odnalazł Amira, bo mężczyzna po prostu usiadł przy jednym z budynków i siedział. Nadim był wyraźnie podekscytowany. Miasto, jego ogrom, hałas, zgiełk, jakże daleki od naturalności, a przy tym jakby całkowicie naturalny, zrobił na nim wrażenie. Nie po raz pierwszy zresztą Amir dostrzegł fascynację swojego kompana cywilizacją, z którą ten nie miał nic wspólnego. Chociaż może właśnie dlatego była dla niego tak interesująca. Potomek wilków poinformował go, że kupił im prowiant na dalszą drogę, a także kilka innych drobiazgów. Drobiazgów musiało być całkiem sporo, bo rozmiar niesionego przez niego tobołka mocno się powiększył. Oprócz tego rozmawiał z jednym mieszczaninem i bardzo mu zależało na tym, by udać się do jeszcze jednego miejsca, ale że Amir stanowczo odpowiedział... no, dobrze, właściwie wymamrotał, ale bardzo przekonująco!... że zamierza znaleźć gospodę i na tym jego dzisiejsza aktywność się kończy, Nadim skapitulował i zgodził się z nim.
Amir myślał, że znalezienie miejsca na nocleg w tak dużym mieście nie będzie żadnym problemem. Bardzo szybko przekonał się, że jest inaczej.
Skierowani radą jednego z mieszczuchów, weszli do pierwszej gospody. Budynek był duży, pomieszczenie, w którym się znaleźli, także, za kontuarem przysypiał potężny gospodarz, a wewnątrz, jak na tę porę dnia, było całkiem tłumnie. Amir odchrząknął głośno, a właściciel zbudził się, poruszył niespokojnie, po czym podniósł głowę i spojrzał na gości, wyraźnie niezadowolony, że ktoś przerywa mu spoczynek.
-Czego...?- warknął stosunkowo mało przyjemnie i dosyć sennie, prostując się niechętnie.
-Chcieliśmy się tutaj zatrzymać na kilka nocy- poinformował go krótko Amir- Ile?
Gospodarz otworzył usta, by odpowiedzieć i nagle zamarł. Najpierw pobladł, później pozieleniał, wreszcie zrobił się aż czerwony ze zdenerwowania. Zmrużył oczy i poruszył kilka razy wargami, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale był zbyt zdumiony i rozgniewany zarazem, by wydusić z siebie cokolwiek. I gdyby Amir nie spojrzał na swojego towarzysza, zapewne nie wiedziałby, co jest tego przyczyną. Ale gdy tylko dostrzegł Nadima, od razu to pojął. Otóż kaptur zsunął się nieco z głowy potomka wilków, ukazując jego charakterystyczne uszy.
-Przecz mi stąd!- syknął groźnie właściciel gospody- Jak was tu jeszcze raz zobaczę, to jak bogów kocham, zarżnę obu! Wynocha!
Nadim zmarszczył brwi, spoglądając na Amira bez zrozumienia, ale ten rozumiał doskonale.
-To niewolnik- spróbował raz jeszcze tej samej metody- Musimy się tutaj zatrzymać, zanim odbierze go jego właściciel.
-Niewolnik czy nie, nie chcę tu tego ścierwa! A ty, sprowadzając do miasta te wybryki natury, jesteś tak samo odpowiedzialny, jak one wszystkie! Powinieneś liczyć się z konsekwencjami, tak samo jak i głupiec, który zdecydował się go kupić!
-Dlaczego mówisz o mnie w taki sposób?- zapytał Nadim, ruszając do przodu, ale jego towarzysz chwycił go za ramię, zatrzymując w bezpiecznej odległości. Nie żeby obawiał się, że potomek wilków zrobi cokolwiek gospodarzowi, bo chociaż mężczyzna na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich obelg, podczas ich pierwszego spotkania, to Nadim, jak na kogoś, kto słyszał takie słowa nieustannie, naprawdę wydawał się być opanowanym. W przeciwieństwie do właściciela- Nie zrobiłem ci przecież nic złego.
Amir westchnął tylko głęboko. On lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, że wcale nie o to chodzi.
-Masz mnie za kretyna?!- warknął na niego gospodarz- Znam was wystarczająco dobrze! Za dużo miałem z wami do czynienia!
-Macie tu potomków wilków...?- zdumiał się Amir.
-Mieliśmy...- twarz mężczyzny wykrzywił pogardliwy uśmiech- Całą masę. Plugawcy, złodzieje i mordercy! Ale obeszliśmy się z nimi tak jak obejść się należało. Ciebie też spotka taki los, jeśli będziesz się pokazywał z jednym z nich!
-Nie szukamy problemów.
-ONI są problemem!- wykrzyknął gospodarz, zwracając tym uwagę pozostałych gości gospody, którzy odwrócili się w ich kierunku.
-Chodź- mruknął krótko Amir i obaj szybko wyszli na zewnątrz.
-Co za kłamstwa... Co za parszywe kłamstwa...- szepnął potomek wilków, poruszony, poprawiając kaptur. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco- Ten gospodarz. Kłamał na nasz temat.
-Skąd wiesz, że kłamał...?- Amir uniósł brew w geście politowania- Ach, tak!- westchnął po chwili, iście oświecony- Przecież nie przedstawiał was jako wybawców, istnych aniołów, istot najsprawiedliwszych, najcudowniejszych i bez cienia winy! O co ci chodzi, Nadim? Tak trudno ci uwierzyć w to, że twoi rodacy mogą dopuszczać się takich czynów?
-Nie o to chodzi...- mężczyzna nadal miał wrażenie, że absolutnie o to chodzi- To niemożliwe, by było nas tutaj tak wielu.
-Dlaczego?
-Skąd by się tutaj wzięli...?
Amir zastanowił się chwilę, po czym wzruszył ramionami. Akurat w tej chwili nie miał głowy do takich rozmyślań. Właściwie to zaczynał czuć się tak, jakby głowy nie miał wcale.
-Bo ja wiem. Niewielu już was zostało, ale może podobni tobie żyją gdzieś jeszcze, poza waszym lasem. Poza tym sam mi mówiłeś o tych, którzy od was odeszli.
-To było kilka stuleci temu...- och, nie! Czyżby Amir dosłyszał w głosie swojego towarzysza sceptycyzm?! Trzeba było zapamiętać ten dzień i ustanowić go dniem przełomowym, tuż obok tego, w którym kryształy połączyły się w jedno i tego, w którym mężczyzna zaczął nazywać potomka wilków po imieniu!- Poza tym, oni odeszli bardzo daleko. Żaden z nas nigdy więcej się z nimi nie spotkał, nie wiemy nawet, czy w ogóle jeszcze żyją. Chciałbym, by było nas tak wielu, jak mówił ten człowiek, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić całej „masy”, która przybywa do miasta ludzi bez żadnej przyczyny.
-Kradzieże i morderstwa to całkiem niezła przyczyna...- stwierdził teatralnym szeptem Amir.
Jego kompan posłał mu takie spojrzenie, jakby druga wymieniona przez towarzysza opcja wyjątkowo mu się spodobała i zamierzał ją wprowadzić w czyn.
I jeśli Amirowi wydawało się, że na tym kończą się ich kłopoty, a przynajmniej jego kłopoty z potomkiem wilków i jego trudną do pojęcia dumą – mylił się. Owszem, ten zgodnie z nakazem mężczyzny, przemieszczał się po mieście całkowicie zasłonięty, ale gdy weszli do kolejnej gospody, niemalże demonstracyjnie zrzucił kaptur z głowy. Amir prawie go zamordował. Ach, nie. Obaj prawie zostali zamordowani, tym razem nie tyle przez właściciela, co przez obecnych w gospodzie, aczkolwiek niezbyt trzeźwych panów, którzy wykrzykiwali coś w ich kierunku, aż w końcu przewrócili się o własne nogi i tyle z tego wszystkiego było. Amir próbował znowu tłumaczyć spokojnie temu kretynowi, że jeśli nie zacznie się ukrywać, skończą źle, a nawet jeszcze gorzej, ale Nadim pozostawał nieugięty i urządzał publiczne obnażanie, za każdym razem, gdy tylko znajdowali kolejne miejsce, w których mogliby się zatrzymać. Ich sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze. Potomkowie wilków nie mieli łatwego życia, także u nich, ale w porównaniu z tym, co działo się tutaj, rodacy Amira traktowali ich wręcz po królewsku. Niechęć do tej rasy ujawniała się dosłownie wszędzie i na każdym kroku, a mężczyzna na palcach jednej ręki mógł policzyć osoby, które nie zareagowały od razu agresją, a zachowywały się umiarkowanie czy neutralnie. Albo przynajmniej takie, które zadały im pytanie, zanim zdecydowały się rzucić w nich obelgą, splunąć albo zaatakować, choć akurat takich śmiałków było niewielu.
Późnym popołudniem znaleźli kolejną gospodę i tak jak zawsze, Nadim, wchodząc do środka, zdjął kaptur. Pomieszczenie było małe, ciasne, podłoga aż czarna od brudu, przy jednym ze stolików siedział jakiś pijaczyna, który od razu przeniósł na wchodzących wzrok. Z jego gardła wydobył się najpierw chrapliwy śmiech, a później kilka słów, będących zapewne obelgami, ale tak niewyraźnymi, że Amir niewiele z tego zrozumiał. Chwilę później, na sali pojawił się gospodarz. Gdy zobaczył potomka wilków, przystanął, zdezorientowany i niepewny. Spoglądał na obu gości przez chwilę, chyba nie wiedząc, co powiedzieć.
-Szukamy miejsca, w którym moglibyśmy się zatrzymać- powiedział Amir.
-Ja...- gospodarz zakłopotał się wyraźnie. Rozejrzał po pomieszczeniu i pokręcił głową- Ja nie wiem... Chyba nie mogę...
-Będziemy w mieście dwie, góra trzy noce. Zapłacimy dwa razy tyle, ile powinniśmy. Proszę- Amir dostrzegł wahanie na twarzy człowieka, a nie należał do wielu, którzy się nad tym zastanawiali- Przysięgam, że nie będziemy sprawiać żadnych kłopotów.
Właściciel podrapał się nerwowo po karku, po czym skinął głową. Wyjął z kieszeni pęk kluczy, z którego wybrał jeden i wręczył go Amirowi, na Nadima starając się nawet nie spoglądać, jakby z obawy.
-Pierwszy pokój przy schodach- szepnął ledwie słyszalnie.
Mężczyzna podał klucz swojemu towarzyszowi i polecił, by ten zaniósł tam swoje rzeczy. Nadim poszedł na górę, natomiast Amir został jeszcze przez chwilę na sali. Kątem oka zerknął na pijaczka, który usnął, zmęczony swoimi własnymi wrzaskami, po czym przeniósł wzrok na wyraźnie zlęknionego gospodarza.
-Nie jesteśmy stąd- wyjaśnił.
-Wiem, panie- skinął głową tamten- Tutaj nie ma już takich, jak twój towarzysz.
-Możesz mi wyjaśnić, o co właściwie chodzi...? Gdziekolwiek nie pójdziemy, jesteśmy traktowani jak najwięksi złoczyńcy.
-Kilka lat temu pojawili się tu potomkowie wilków...- zaczął ostrożnie gospodarz. Mówił powoli i cicho, jakby bał się, że ktoś może usłyszeć to, co mówi.- Było ich bardzo wielu. Nieliczni mieli jakieś pieniądze, zatrzymywali się w gospodach albo czyichś domach, ale pozostali żyli na ulicach... To nie były dobre czasy, panie...- przełknął ślinę, kręcąc głową- Trzeba było bardzo na siebie uważać. Okradali ludzi i domy. Baliśmy się o żony i dzieci, bo gotowi byli zabić za kawałek chleba. Robili potworne rzeczy.
-Ale skąd się tu wzięli?- Amir spojrzał na niego bez zrozumienia. Z tego, co mówił mężczyzna, wynikało, że musiało być ich całkiem sporo. Wykluczało to więc możliwość, by kilku czy kilkunastu odłączyło się od społeczności żyjącej w lasach, obok miasta mężczyzny. Musieliby chyba odejść wszyscy, by wywołać taki efekt.
-Przywędrowali całą gromadą, podobno z bardzo dalekiego miejsca, w którym wcześniej żyli. Tak mówiła jedna rodzina, którą tutaj gościłem, nim... zaczęły się problemy... Zatrzymali się tutaj w drodze. Podobno chcieli dotrzeć do jakiejś świętej ziemi, na której narodził się ich poległy bohater. Część z nich uznała, że to jest to jest właśnie ta ziemia, ale ci, których tutaj gościłem, byli innego zdania. Zamierzali odejść, ale nie zdążyli.
Amir zastanawiał się chwilę nad słowami mężczyzny. A więc byli to inni potomkowie wilków...? Czy to możliwe, że byli to ci, którzy przed tyloma laty odłączyli się od pozostałych i przenieśli w inne miejsce? Wszystko na to wskazywało. W końcu to Nadim i jego rodacy żyli w pobliżu miejsca, w którym narodził się Fortis.
-Co się z nimi stało...?- dopytywał jeszcze mężczyzna, chociaż odpowiedź wydawała się oczywista.
-Z początku nie radziliśmy sobie z ich inwazją, ale później się to zmieniło. Najpierw zabito tych, którzy ukrywali się w gospodach i domach. Zamknięto bramy miasta, by uniemożliwić im ucieczkę. Później, mieszkańcy utworzyli grupy i zaczęli patrolować ulice, zabijając każdego potomka wilków, jakiego napotkali na drodze. Aż w końcu pozbyliśmy się ich całkowicie. Kilkunastu, może kilkudziesięciu, którym udało się jakoś wyślizgnąć, skryło się w okolicznych wioskach, ale nie wiem, jakie były ich dalsze losy, panie.
Amir dopiero teraz skojarzył to wydarzenie z tym, co opowiedział im mąż Anny. Mówił o gromadzie potomków wilków, która tamtędy przechodziła. Widać ta gromada, była pozostałością o wiele liczniejszej grupy. Dziwna sprawa.
Mężczyzna zapłacił z góry za trzy noce, zgodnie z obietnicą, dwa razy więcej i udał się na górę, do pokoju. Był maleńki, wyposażony w tylko jedno łóżko, ale to akurat Amira nie bardzo obchodziło i rozłożył się na nim sam, ledwie wszedł do środka, nieszczególnie mając ochotę na pytanie towarzysza, czy ten przypadkiem też nie ma na to ochoty. Był wyczerpany, rozdrażniony, miał temat do rozmyślań, a przy tym czuł się tak, jakby ktoś roztrzaskał jego czaszkę. Towarzysz podszedł do niego i dotknął jego czoła.
-Chyba znowu masz gorączkę- stwierdził.
Amir strzepnął jego dłoń, sapnąwszy coś z irytacją. Bez niego w życiu by się nie domyślił! Dopiero teraz przypomniał sobie o swoim dzisiejszym zakupie, który jakoś wypadł mu z głowy, przez całe to zamieszanie.
-Kupiłem coś dla ciebie- mruknął, sięgając do pasa.
-Kupiłeś coś dla mnie...?- powtórzył ze zdumieniem Nadim.
Amir zgrzytnął zębami, ale że nie miał sił na wymyślanie jakiejś ciętej uwagi, uniósł sztylet na sznurku doczepionym do jego rękojeści i przymknął powieki.
Potomek wilków wziął od niego broń.
-Nie wiem co powiedzieć...- zaśmiał się lekko. Mężczyzna słyszał, jak ten chodzi po pomieszczeniu i uśmiechnął się mimowolnie pod nosem, nie otwierając oczu- Jest piękny. Co za szczęście, że ja też coś dla ciebie mam!
-Co?- Amir podniósł się na przedramionach, wpatrując się w towarzysza ze zdziwieniem- Kupiłeś coś dla mnie...?
Nadim sięgnął do swoich rzeczy i zaraz odwrócił się w jego stronę, z dumą podając mu... drewniany kloc. Dobrze, to nie był zwykły kloc. To była zapewne figurka, aczkolwiek nie najpiękniejsza, z wyciosaną głową i ramionami, wyciętymi, wąskimi oczyma i czymś na tułowiu, co miało zapewne wyglądać jak złączone do modlitwy dłonie. Amir zmarszczył brwi.
-Eee... A to jest...?- zapytał, zdezorientowany.
-Nie wiesz?- zdumiał się Nadim- To twój bóg!
Amir wciąż wpatrywał się w figurkę. Nie widział żadnego podobieństwa.
-Niby który?
-Bo ja wiem...- potomek wilków wzruszył bezradnie ramionami- Ten kupiec powiedział, że to piękna pamiątka.
Mężczyzna z trudem stłumił w sobie chęć wybuchnięcia śmiechem. Położył figurkę obok siebie, nie mając sił wstawać i odpowiedział, siląc się na powagę:
-Dziękuję... Chociaż nie jest to zbyt praktyczny prezent i nie licz na to, że w chwilach zagrożenia życia, pierwszym o czym pomyślę, będzie ratowanie tej szkarady...
Potomek wilków zaśmiał się serdecznie i podszedł do towarzysza, po czym sięgnął za złożony na łóżku koc i okrył nim człowieka uważnie. Poklepał go po ramieniu i szepnął cicho:
-Śpij sobie. Wrócę niedługo.
-Co?- Amir spojrzał na niego z uwagą- A gdzie ty się wybierasz?
-Na dół. Napiję się czegoś.
-Postradałeś rozum?!
-Niby dlaczego?
-”Niby dlaczego”?!- powtórzył mężczyzna, spoglądając na towarzysza z niedowierzaniem. Co za kompletny kretyn!- Sam widzisz, jak wygląda sytuacja! Narzekacie, że z nami źle wam się żyje, ale w porównaniu z tym, jak jesteście traktowani tutaj, macie tam raj na ziemi! Jeśli chcesz się wydurniać i bezsensownie narażać, przynajmniej nałóż kaptur!
-Nie.
Amir oniemiał na chwilę, rażony głupotą swojego towarzysza niczym gromem.
-Co takiego...?- syknął w końcu.
-Nie, Amir- powtórzył spokojnie potomek wilków- Nie zrobię tego. Zapłaciłem i mam prawo być tutaj tak jak każdy inny. Nie muszę się ukrywać. Nie zamierzam tego robić.
-Świetnie!- prychnął z irytacją mężczyzna- Mieliśmy nie szukać problemów, zapomniałeś?!
-I nie zamierzam ich szukać. Ale ci, którzy będą mnie niepokoić lub obrażać, z pewnością je znajdą.
-Sam ich do tego prowokujesz- odparł ostro Amir.
-Prowokuję ich...?- parsknął z politowaniem jego kompan, wpatrując się w niego z niedowierzaniem- Tak samo, jak sprowokowałem ciebie, tego dnia, gdy się poznaliśmy...?
Amir sapnął ciężko.
-Nie zaczynaj znowu- mruknął.
Z pewnością nie było to zdarzenie, z którego był dumny.
-Nie, Amir. Powiedz, czym cię sprowokowałem, co...?- Nadim podszedł do łóżka towarzysza i zatrzymał się przy nim, spoglądając na niego z góry- Tym, że mam ogon i uszy? Że ośmieliłem się wejść do waszej karczmy? Że nie siedziałem skulony z tyłu, tylko usiadłem tuż obok i że nie przepraszałem w każdym słowie za to, że w ogóle istnieję...?
Cóż... Wszystkim po trochu.
-Po pierwsze...- Amir odetchnął głęboko i zaczął raz jeszcze, bardziej spokojnie- Słuchaj, Nadim... Nie każdy zachowuje się w porządku, ja też mogłem zachować się trochę niewłaściwie. Ale to nie zmienia faktu, że sami ściągacie na siebie kłopoty, jeśli wchodzicie na cudze terytorium.
-Taki jest właśnie z wami problem. I to od wieków...- mruknął niechętnie potomek wilków, wracając do drzwi- Wydaje wam się, że wszystko należy do was, że ten kawałek ziemi to wasza własność i możecie decydować o tym, kto ma prawo tam przebywać, a kto nie... Zapominacie, że jeszcze kilkaset lat temu, ta sama ziemia była w innych rękach. A za kolejne kilkaset lat może trafić do jeszcze innych. I nie. Nie zamierzam się ukrywać tylko dlatego, że zgraja ludzi znalazła sobie we mnie i podobnych do mnie głównego wroga.
Następnym, co Amir usłyszał, był już tylko głośny trzask drzwi. Jęknął głucho, przetaczając się na brzuch i zasłaniając kocem. Nieopacznie nadział się na leżącą obok figurkę i z syknięciem bólu, odrzucił ją na podłogę, zdenerwowany. Niech idzie, niech idzie, kretyn jeden i przekona się na własnej skórze, że ślepy upór to zły doradca, a o dumie trzeba czasem zapomnieć. Bo czy to wina Amira, że jego towarzysz był potomkiem wilków? Czy to jego wina, że od zawsze byli niezbyt tolerowani, czy to jego wina, że w tym właśnie mieście, ci właśnie ludzie, mieli takie, a nie inne doświadczenia? On mógł odpowiadać jedynie za własne poglądy i czyny. Nie lubił potomków wilków – nie dało się ukryć. Ciężko mu było znieść ich obecność w jego rodzinnym mieście. A przynajmniej tak było przed wyprawą, bo odkąd towarzystwo Nadima przestało mu w jakikolwiek sposób przeszkadzać i nie patrzył już na niego przez pryzmat jego odmienności, był coraz bardziej daleki od oceniania jego uszatych towarzyszy i dyktowania im tego, co robić powinni, a czego nie. Ale w ich miejscowości potomkowie wilków mogli sobie coraz śmielej poczynać, co zresztą czynili, pokazywać się w miejscach, w których wcześniej ich nie widywano i zachowywać się niczym ludzie. Owszem, było to przez większość społeczeństwa źle widziane, owszem, pewnie niejednemu ogoniastemu osobnikowi oberwało się po głowie, zdarzały się też z pewnością przypadki, gdy potomkowie wilków skończyli gorzej, natrafiając na ludzi o nieco bardziej radykalnych w przekonaniach, i gwałtownym postępowaniu, ale za to, od czasu rządów jego wuja, groziły napastnikom takie same kary, jak za krzywdę wyrządzoną człowiekowi. Nic więcej pod tym względem nie można było dla nich zrobić. Ale tutaj? Tutaj, gdzie samosądy były na porządku dziennym, gdzie wymordowano nie tak dawno wielu jego towarzyszowi podobnych, gdzie nadal reagowano na ich obecność agresją i groźbami, Nadimowi nagle zachciało się walczyć o równe traktowanie?!
Mężczyzna wyczekiwał swojego kompana, pełen niepokoju. Ale że w pewnym momencie powieki zaczęły mu ciążyć, zamknął oczy. Zdawało mu się, że zasnął na chwilę, ledwie na chwileczkę. Ale gdy się ocknął, w pomieszczeniu panowała ciemność. Podniósł się do pozycji siedzącej, obolały i trochę nieprzytomny, rozejrzał dookoła. Jego wzrok padł na leżącą na podłodze figurkę i to przypomniało mu o wyjściu Nadima, który wciąż jeszcze nie wrócił.
Podniósł się prędko z miejsca, zaplątawszy po drodze w koc, upewnił się, że ma ze sobą broń, a następnie chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju i ruszył po schodach na dół. Z początku wydawało mu się, że na sali nie ma zupełnie nikogo. Z pewnością nie było tam gospodarza. Słabo oświetlona i pogrążona w ciszy, wydała mu się opustoszałą. Zaraz jednak dotarły do niego czyjś głos:
-... co, psie? Taki pewny siebie...? Sądzisz, że zawahałbym się przed zabiciem takiego śmiecia...?
Amir zszedł z ostatniego stopnia i rozejrzał się po pomieszczeniu. Dopiero po chwili dostrzegł stolik stojący tuż przy schodach. Siedział przy nim Nadim, a obok niego stali dwaj mężczyźni, wyraźnie mający z utrzymanym się w pionie problemy. Zresztą potomek wilków też nie wyglądał zbyt przytomnie.
-A co...?- rzucił głucho, paznokciami bębniąc w pusty, drewniany kubek, który musiał wcześniej opróżnić przynajmniej kilkukrotnie- Planujesz samobójstwo...?
-Ha...!- ten sam mężczyzna, niższy od swojego towarzysza, ciemnowłosy i wątłej postury, zarechotał głośno- Patrz go, patrz go, jaki odważny! Wiesz, ilu mieliśmy tu takich jak ty...? Setki... Tak! Całe setki! I wszystkich utopiliśmy we krwi, wszystkich, co do jednego. Starych i młodych, kobiety i dzieci, wszystkich bez wyjątku. Podpalaliśmy domy i patrzyliśmy jak płoną... Tak, tak, wtedy cała odwaga mija... Wtedy przychodzi czas błagania o pomoc i wrzasków... Miłe to były wrzaski dla uszu... A na innych wykopaliśmy duże dziury i wrzucaliśmy tam wszystkie ciała. Martwe i jeszcze żywe... Zasypywaliśmy ziemią, a ziemia się ruszała...- Nadim drgnął. Jego twarz wykrzywił grymas wściekłości, gdy skierował spojrzenie w kierunku tego człowieka- Jak będziesz miły, pozwolimy ci zobaczyć, jak to wygląda... Od wewnątrz... A jeśli nie... Nie będziesz miał okazji...
-Wynocha- mruknął krótko Amir, stając przy stole i posyłając mężczyznom ostre spojrzenie.
Ten, który wcześniej mówił, spojrzał na niego pogardliwie i podniósł rękę, ale zachwiał się i wsparł o milczącego towarzysza, po czym zaczął w końcu:
-Pomagasz psom...? Tacy kończą nie lepiej od nich...
-Wynocha.
-A co ty możesz mi zrobić, co?!
Amir sięgnął do rękojeści i lekko wyciągnął miecz. Milczący dotychczas mężczyzna, chwycił w pas swojego towarzysza i rzucił:
-Chodźmy stąd lepiej...
Obaj łypnęli na nowo przybyłego złowrogo, ale odeszli, a następnie wyszli z gospody. Amir stanął przy swoim towarzyszu, który wpatrywał się ślepo w jakiś punkt przed siebie.
-Co ty, Nadim...?- spojrzał na niego niemalże z niedowierzaniem- Upiłeś się...?
-Zostaw mnie w spokoju- odmruknął niechętnie potomek wilków, ale Amir nawet nie rozważał takiej możliwości.
Zabrał mu kubek z ręki i odstawił kawałek dalej, a później chwycił kompana w pasie i pomógł mu się podnieść. Gdy Nadim stanął na własnych nogach, okazało się, że jest w gorszym stanie, niż to z początku wyglądało. Zachwiał się, najpierw w jedną, później w drugą stronę, mruknął coś niezrozumiale, jakby zdumiony i pewnie upadłby, gdyby Amir nie podtrzymał go w ostatniej chwili.
-Chodź... Chodź, Nadim...- jęknął głucho mężczyzna, ciągnąc potomka wilków ku schodom.
Zarzucił sobie jego rękę na ramiona i trzymając go mocno w pasie, zaczął iść z nim na górę. Niewiele rozumiał z tego, co Nadim mruczał sobie pod nosem, a że ten non stop tracił równowagę, pokonanie wszystkich stopni sprawiło im obu dużo trudu. Wreszcie jednak Amir wprowadził towarzysza do wnętrza pomieszczenia. Chciał go ułożyć na łóżku, ale nim to nastąpiło, Nadim zachwiał się ponownie, a mężczyzna razem z nim i obaj runęli na podłogę.
-Nadim, wstawaj na litość bogów...- rzucił Amir, usiłując podnieść towarzysza, który wylądował na jego nogach, ale ten ani myślał się ruszyć.
-Ludzie są potworni...- odpowiedział niewyraźnie.
-Nie wiem, czy zauważyłeś, ale właśnie rozmawiasz z jednym z nich- odparł kąśliwie mężczyzna- Co więcej, jeden z nich właśnie próbuje cię podnieść, więc gdybyś łaskawie ruszył swoje cztery litery...
-Ty nie jesteś taki- przerwał mu stanowczo potomek wilków, po czym zastanowił się chwilę i dodał, pełen wątpliwości- A może jesteś...? Wszyscy jesteście... Niedługo zaczniecie nas zabijać za to, że chodzimy do waszych tawern i karczm...
Amir zaprzestał swoich marnych prób podniesienia pijanego i odetchnął głęboko.
-Co ty bredzisz, Nadim...? Podobno po alkoholu jesteś radosny...- próbował zażartować, ale nastrój potomka wilków z radością nie miał zupełnie nic wspólnego- Nikt nie będzie was za nic zabijał. A już na pewno nie za to, że chodzicie do naszych tawern i karczm... A po powrocie, jeżeli będziesz chciał...- zawahał się przez chwilę- Pójdziemy razem do Trupiarni się napić. Co ty na to?
Nadim parsknął gorzkim śmiechem.
-Nie zrobisz tego.
-Niby dlaczego?- obruszył się mężczyzna.
-Bo będziesz się bał... Będziesz się bał, że będą na ciebie krzywo patrzyli i mówili, że nam pomagasz...
-Tak się składa, że po tych naszych wspaniałych przygodach, ostatnie, czego będę się bał, to pokazanie się z tobą publicznie- odparł z pełną stanowczością Amir- A o komentarze ludzi nie dbam. Więc jeśli przeżyjemy... A jak wiesz, póki co niewiele na to wskazuje... Pójdziemy razem do Trupiarni i zalejemy się w trupa. Masz moje słowo.
Nadim podniósł się lekko i spojrzał na kompana.
-Przepraszam...- wydobył z siebie w końcu niewyraźny pomruk, po czym położył się z powrotem na jego kolanach- Głowa wciąż cię boli...?
-Nie tak bardzo jak ciebie będzie bolała rano.
-Tak... Pewnie masz rację... Pewnie masz rację, Amir...
Mężczyzna westchnął głęboko i sięgnął ręką do łóżka, ściągając z niego koc i okrywając nim siebie i towarzysza. Przymknął powieki, ściskając potomka wilków w ramionach.
Ludzie są potworni. Świat jest potworny. I tylko w ciszy serca rodzą się prawdziwe uczucia. Rodzi się człowieczeństwo.

Amir obudził się z rana. Migrena minęła, umysł miał jaśniejszy i czuł się znacznie lepiej niż wczoraj. Jego towarzysza już nie było. Mężczyzna podniósł się powoli z podłogi, zrzucając z siebie koc i pocierając obolałe plecy. Poczuł w sobie jakiś niepokój. Mimo iż bez problemu wyobraził sobie potomka wilków, schodzącego w pośpiechu po jakieś płyny (albo by płyny oddać – co kto woli), coś nie dawało mu spokoju. Zszedł szybko na dół. Sala była opustoszała. Jedynie gospodarz kręcił się po jej wnętrzu, niedbale zmiatając ze stolików tylko część grubej warstwy kurzu.
-Gdzie jest Nadim?- rzucił Amir, wpatrując się w człowieka z uwagą.
Ten przystanął gwałtownie, spojrzał na pytającego i zbladł wyraźnie.
-Nie wiem- odpowiedział płochliwie, wracając prędko za kontuar.
-Pytam o mojego towarzysza... Nie wątpię, że rzucił ci się w oczy...- zironizował mężczyzna, nie odrywając od gospodarza lodowatego wzroku- Dokąd poszedł?
-Nie wiem- powtórzył z uporem tamten i to był moment, w którym Amirowi zabrakło cierpliwości.
Chwycił człowieka za poły ubrania i szarpnął go ku sobie, aż ten uderzył z impetem w kontuar.
-Miałem nie sprawiać problemów, ale nie bardzo dajesz mi wybór...- wycedził przez zęby mężczyzna, odsłaniając rękojeść miecza.
-W... Wyszedł... Wyszedł chwilę temu... - wydusił z siebie w końcu tamten.
Amir puścił go.
-Sam...?- dopytał, bo coś mu w tej sprawie nie pasowało. Płaszcz potomka wilków leżał na górze. Nadim może i był wyjątkowo śmiały, a przy tym wyjątkowo mało rozważny, ale Amir sądził, że szczególnie po tym, co się wczoraj zdarzyło, wychodząc zabrałby go ze sobą.
-N-Nie...- wyjąkał gospodarz- Było tu dwóch mężczyzn...
Ta informacja wystarczyła Amirowi w zupełności. Wypadł błyskawicznie z gospody i rozejrzał się dookoła. Wąskie uliczki były niemalże zupełnie opustoszałe, nic nie rzuciło mu się w oczy. Poczuł lęk. Nadim był zupełnie bezbronny. Jego łuk został na górze, w pokoju, nie spodziewał się ataku. Do jego uszu dotarł jakiś przytłumiony dźwięk. Skręcił za gospodę i dopiero na jej tyłach, odnalazł swojego towarzysza. Ten sam mężczyzna, niski i czarnowłosy, który groził mu wczoraj, stał teraz nad nim, bijąc na oślep krwawiącego i ledwie przytomnego potomka wilków. Amir wyciągnął miecz i ruszył błyskawicznie do przodu, przykładając ostrze do pleców napastnika, który znieruchomiał w jeden chwili.
-Uderz go jeszcze raz...- warknął wściekle mężczyzna- A będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobisz w swoim nędznym życiu...
-Amir!- usłyszał wołanie towarzysza i spojrzał w jego kierunku, ale było już za późno.
Lodowate ostrze przywarło do jego szyi.
Ciemnowłosy mężczyzna zaśmiał się ochryple, gdy jego kompan przyłożył nóż do gardła Amira.
-Rzuć miecz- syknął mu do ucha.
-Jeśli zginę, zginie ze mną- odparł Amir.
-Nie zdążysz!
-Najpierw będziesz patrzył, jak ginie twój pies!- rzucił z niemalejącym rozbawieniem stojący przed nim człowiek.
Amir spojrzał na potomka wilków. Coś ścisnęło go za serce, gdy napotkał na jego spojrzenie, które choć zdawało się przekazywać mu coś zupełnie innego, zmusiło mężczyznę do tego, by odrzucił broń na bok. Niższy z mężczyzn odwrócił się do niego, uśmiechając się z satysfakcją.
-Nie trzeba było spuszczać go ze smyczy- parsknął, po czym z całej siły, uderzył Amira w brzuch.
Mężczyzna nawet nie jęknął, ale zgiął się lekko, a niepewnie trzymane ostrze, nim odsunęło się nieco, rozcięło lekko jego skórę, by zaraz z powrotem przycisnąć się do niej na dobre.
-Musisz lepiej obstawiać tyły...- zarechotał ciemnowłosy, ale ten rechot ugrzązł mu w gardle, gdy nagle potomek wilków skoczył na równe nogi i dobywszy ukrytego sztyletu, przystawił go do szyi swojego oprawcy.
-Ty też...- powiedział pewnym, choć nieco zamglonym głosem.
Teraz to Amir zaczął się śmiać. I śmiał się tak bardzo, że pewnym momencie prawie zabrakło mu tchu.
-Przymknij się!- warknął mężczyzna, który go trzymał, ale nietrudno było dosłyszeć w jego głosie przerażenie- Puść go! Puść go, bo go zabiję, przysięgam!- dłoń Nadima drgnęła lekko, ale Amir wpatrywał się w niego z całkowitym spokojem, dając mu jasno do zrozumienia, by nie ważył się ruszyć- Co mam robić...?- zwrócił się niepewnie do swojego kompana.
-Wypuść Amira- pospieszył z odpowiedzią Nadim.
-Ani się waż słuchać psa!- warknął ciemnowłosy- Zabij go!
-To kiepski pomysł...- zauważył z politowaniem Amir, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że napastnik nie będzie w stanie tego zrobić. Przynajmniej nie dopóki jego przyjacielowi groziło niebezpieczeństwo. Gdyby nie okoliczności, Amir nazwałby to wręcz szlachetnością! Albo całkowitą głupotą- Wtedy twój kumpel też zginie... A niewiele jesteś w stanie bez niego zrobić, prawda...?- zadrwił, uśmiechając się szeroko- No...? Co zrobisz, jeśli on zginie...?
-A co zrobi twój pies, co...?
-Nie dyskutuj z nim, kretynie! Zabij go!- wrzasnął znowu ten drugi.
-Och, odpowiedź jest całkiem prosta...- Amir był wyjątkowo rad ze swojej sytuacji. Cóż z tego, że grożono mu śmiercią, skoro robił to ktoś tak niepewny i zależny od swojego kompana...?- Najpierw zabije jego, a później przyjdzie po ciebie... Po chyba nie łudzisz się, że gdybyście nie przyciągnęli go tutaj bezbronnego siłą, miałbyś jakiekolwiek szanse...?
Mężczyzna milczał, zdezorientowany. Ale tym razem, gdy tylko Amir poczuł, że ostrze odsuwa się od jego szyi, wykorzystał sytuację błyskawicznie. Chwycił przeciwnika za rękę i najpierw odsunął ją, a chwilę później szarpnął mocno, wyłamując i rzucił mężczyznę na ścianę budynku. Ten osunął się na ziemię. Tylko wrzask bólu doszedł do uszu człowieka i zaraz zobaczył jak napastnik na oślep wymachuje sztyletem, usiłując wstać. Amir przytrzymał go nogą, sięgnął po miecz i wbił go w ciało przeciwnika, kończąc sprawę. Odwrócił się w kierunku potomka wilków. Tuż obok niego, leżał nieżywy drugi mężczyzna, z rozciętym gardłem.
-Chodź- Amir chwycił oszołomionego towarzysza za ramię, ciągnąc go za sobą.
-Musimy coś z nimi zrobić...- zaoponował Nadim- Nie możemy ich tu przecież zostawić...- a widząc pytające spojrzenie towarzysza, dodał- A jeśli ktoś ich znajdzie...? Od razu nas o to oskarżą.
Amir uśmiechnął się pobłażliwie.
-I tak by cię o to oskarżyli. Zresztą oskarżą cię o wszystko złe, co wydarzy się w tym mieście. Wiesz to zresztą lepiej ode mnie. Chodźmy.
Potomek wilków był wyraźnie skołowany, trochę przyćmiony całą sytuacją. Musiał nieźle oberwać w głowę, zresztą nie tylko. Przecięta warga, krew sącząca się z ust, rozcięta głęboko skroń, podbite oczy, napuchnięta twarz... Gdy Amir pierwszy raz go zobaczył, ledwie przypominał samego siebie. Później zajął się jego ranami i zaczął obmywać je z uwagą.
-Auć...- syknął potomek wilków, drgnąwszy lekko, gdy dłoń mężczyzny dotarła do rany na skroni.
-Co...? Boli...?- zironizował Amir- Komuś, kto tak śmiało ryzykuje własnym życiem, nie należy się łagodne traktowanie...- mruknął pod nosem, ale wbrew swoim słowom, zaczął postępować nieco subtelniej.
-Przepraszam... Nie chciałem cię narażać.
-Oczywiście, że chciałeś- odparł chłodno Amir- Odkąd ze sobą współpracujemy, narażając siebie, narażasz też mnie. Nie mów, że jeszcze tego nie zauważyłeś.
Nadim milczał ze skruchą, chociaż właściwie Amir się nie gniewał. Pewnie gdyby jego towarzysz wyszedł z tego bez szwanku, sam ledwie powstrzymywałby się  przed chęcią ukatrupienia go, ale okoliczności były inne i mężczyźnie było go żal. Tak czy inaczej, dostał nauczkę. A jeszcze lepszą dostali jego oprawcy, choć ci akurat nie będą w stanie wynieść z niej już żadnej nauki na przyszłość. No, chyba. Nie wiadomo, jakie atrakcje przygotowali dla nich po śmierci bogowie. Choć tam pewnie potomków wilków nie ma. Chociaż... Amir wyobraził sobie właśnie jak obaj trafiają do świata pełnego swoich znienawidzonych psów i aż nie mógł się nie uśmiechnąć. Pewnie tak w ich odczuciach wyglądało piekło.
-Czemu nie użyłeś sztyletu od razu, co...?- mruknął mężczyzna.
-Zapomniałem o nim...- przyznał z zawstydzeniem Nadim- Dopiero, gdy cię zobaczyłem, to mi się przypomniało...
-Głupek...- parsknął cicho Amir, ale w tych słowach więcej było rozbawienia i troski niż irytacji.
Niedługo później, wyszli z gospody. Nadim, co prawda, wciąż nie był w najlepszym stanie, ale wydawało się to trafniejszym pomysłem niż czekanie w środku. Chociaż kto wie, co było gorsze? Wychodzenie do tłumu, który zapewne gotów byłby rozszarpać potomka wilków, gdyby ten pokazał, kim naprawdę jest, czy pozostawanie w miejscu, gdzie z łatwością mogliby zostać osaczeni i odnalezieni przez kogoś, kto gdzieś ich przyuważył albo sobie o nich przypomniał. Tak czy inaczej, dla bezpieczeństwa zabrali też ze sobą swoje rzeczy, chociaż planowali wrócić do gospody na noc, o ile nie działoby się nic złego. Niewiele jednak na to wskazywało. Któż dbałby o dwóch mieszczan? Nie wyglądali ani na bogatych, ani na wpływowych. A gdyby nawet ktoś zechciał pytać o to gospodarza, Amir podejrzewał, że ten kilkukrotnie dobrze by się zastanowił, nim przyznałby się, że ugościł potomka wilków.
Nadim trzymał się blisko swojego towarzysza, wykazując się niezwykłą pokorą. Przy tym gdzieś go prowadził, a to chciał coś zobaczyć, a to uważał, że trzeba iść tą uliczką, ale lekki uśmieszek nieustannie cisnął mu się na wargi i zirytowany całą sytuacją Amir, zapytał w końcu, dokąd idą. Nie dostał jednak jednoznacznej odpowiedzi. Minęło trochę czasu, gdy potomek wilków poprosił kompana, by ten chwilę na niego zaczekał. A że należał do istot upartych i nieustępliwych, nie pozostawił Amirowi wyboru i ten jedynie obserwował, jak towarzysz znika za jednym z budynków. Wcale mu się to nie podobało. Nadim wrócił jednak szybko, wyraźnie zadowolony z siebie.
-Chodź- rzucił pogodnie do mężczyzny, ruszając do przodu.
-Dokąd...?
-To będzie niespodzianka. No co tak patrzysz...?- Nadim zaśmiał się przebiegle- Jestem pewien, że bardzo ci się spodoba...
Amir zmarszczył brwi. Już mu się nie podobała. Nie lubił niespodzianek. Wcale ich nie lubił. Nie lubił domów odnajdywanych w środku lasów i staruszek, które okazywały się demonami, czy czymże tam innym. Nie lubił też panienek, mieszkających w lodowych pałacach, a nade wszystko nie lubił tego cwanego uśmieszku na twarzy potomka wilków, bo ten nigdy nie zwiastował nic dobrego.
-Już dziś sprawiłeś mi jedną niespodziankę...- mruknął drwiąco mężczyzna- Jeśli ta spodoba mi się równie mocno, to...
-Będziesz zachwycony- odparł z pełnym przekonaniem Nadim.
Zachwycony...? Doprawdy, Amir nie potrafił znaleźć niczego, co mogłoby go w takich warunkach zachwycić i nie był pewien, czy powinien polegać na inwencji swojego kompana.
Skręcili za pobliskie domy i zaraz potomek wilków wszedł do jednego z nich, nie wyróżniających się niczym spośród pozostałych. Znaleźli się w wąskim, opustoszałym holu. Nadim przystanął i zsunął kaptur z głowy.
-Co ty wyrabiasz, kretynie?!- warknął do niego mężczyzna.
-Nie przejmuj się. Akurat tutaj nikt się tym nie przejmuje...- zachichotał potomek wilków- Tutaj przejmują się tylko pieniądzem...
Amir prychnął bez zrozumienia i pokręcił głową, ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, w korytarzyku pojawiła się kobieta w średnim wieku. Na potomka wilków nie zwróciła większej uwagi i sprawiała wrażenie, jakby była znudzona całym światem. Bez słowa wyjaśnienia machnęła ręką w kierunku drewnianych drzwi, a Nadim uśmiechnął się do towarzysza, znowu w ten charakterystyczny, jakże niepokojący sposób i wszedł do środka. Amir zawahał się, ale ostatecznie, nie bardzo widząc inne wyjście, ruszył w ślad za towarzyszem, wyciągając na wszelki wypadek miecz. Naprawdę nie miał pojęcia, gdzie właśnie się znaleźli.
-Co ty robisz...?- Nadim wybuchnął śmiechem, spoglądając na swojego towarzysza z niedowierzaniem.
Znaleźli się w pokoju, niezbyt dużym, urządzonym dość ubogo, ale przytulnie. Wewnątrz znajdowało się łoże i dwa, szerokie, drewniane siedziska, obite miękkim materiałem. Potomek wilków bez chwili zastanowienia, usiadł na jednym z nich i uśmiechnął się szeroko, znacząco, jakby był przekonany, że jego towarzysz już wie, gdzie się znajdują. Mylił się. Amir nie wiedział. Amir na razie jedynie się domyślał, ale wydawało mu się to tak mało prawdopodobne, że aż nie śmiał wypowiedzieć tego na głos.
-Mam nadzieję, że nie będziesz się przy mnie zbytnio krępował- zachichotał Nadim, ku rosnącemu osłupieniu Amira, zdejmując z siebie koszulę- No, ja przy tobie krępować się na pewno nie będę...- dodał z rozbawieniem.
-Krępować się z czym...?- dopytał mężczyzna, coraz bardziej zaniepokojony, chowając miecz.
Odpowiedź otrzymał jeszcze nim potomek wilków zdążył otworzyć usta.
Do pomieszczenia weszły dwie kobiety. Jedna smukła, wyższa od swej towarzyszki, z rudymi, długimi, kręconymi włosami i odsłoniętymi piersiami oraz prześwitującą przepaską na biodrach, która nieszczególnie zakrywała te części ciała, które zakryte być powinny; druga – ubrana tak samo, z długimi ciemnymi włosami, nieco bardziej krągła, ale i bardziej urodziwa, chociaż ocenianie ich wdzięków było ostatnim, do czego Amir miał w tym momencie głowę. Osłupiał i nie bardzo wiedział, co powiedzieć, wyjść, czy wciąż tu siedzieć, nawrzeszczeć na swojego kompana, czy może udawać, że wszystko jest tak, jak być powinno. Obie zaczęły kołysać się zmysłowo w rytm niesłyszalnej muzyki. A że nie były to widoki szczególnie miłe oku Amira, spoglądał na twarz potomka wilków, który z kolei patrzył na obie panie i był tym tak pochłonięty, że nie zauważyłby chyba, gdyby jego dzisiejsi oprawcy powstali z martwych i zechcieli wziąć na nim odwet. Amir usiadł naprzeciwko towarzysza, bo nic innego nie przychodziło mu do głowy i ciągle wpatrywał się tylko w Nadima. Ten zahaczył zaczepnie dłonią o przepaskę rudowłosej kobiety, gdy ta przechodziła obok i zaraz znalazła się u niego na kolanach. Amir nie mógł się zdecydować, czy cała sytuacja irytowała go, gorszyła czy dziwacznie ciekawiła, a może wszystko po trochu, ale zdążył już w myślach poczynić złośliwą uwagę, że jak na kogoś, kto omal nie zginął, potomek wilków wciąż miał wyjątkowo dużo energii. Szybko bowiem pozbył się resztek odzienia kobiety (o ile odzieniem można było to nazwać) i zaraz ich usta złączyły się w długim pocałunku. Moment później, wargi Nadima obrały sobie za cel inne, ciekawsze najwyraźniej miejsca i tyle Amir był w stanie zobaczyć, nim cały widok przesłonił mu obfity biust siadającej na jego kolanach kobiety. Nachyliła się w jego kierunku, by go pocałować, ale odsunął głowę, a ta niezrażona, wessała się w jego szyję. Amir zabrał jej włosy na bok i odchyliwszy się nieco, obserwował coraz śmielsze poczynania swojego towarzysza, nie bardzo zwracając uwagę na cokolwiek innego. Dopiero, gdy pieszcząca go kobieta, zaczęła jedną ręką podnosić jego koszulę, a drugą sięgnęła do jego krocza – co było zapewne reakcją na absolutną bierność mężczyzny – Amir podskoczył jak oparzony, niemalże ją z siebie zrzucając.
-Na litość bogów!- warknął, pełnym potępienia głosem, gładząc wymięte ubranie.
Aż Nadim oderwał się od swojej partnerki i spojrzał na niego zdumiony.
Amir odpowiedział mu wzrokiem pełnym niechęci i wyszedł, najpierw trzaskając drzwiami pokoju, później trzaskając drzwiami głównymi. Stanął na zewnątrz i odetchnął głęboko, spoglądając w milczeniu na ciemniejące niebo. Dopiero teraz zaczął się denerwować, chociaż ledwie chwilę wcześniej wydawał się być tak pochłonięty obserwowaniem Nadima, że w ogóle nad tym nie myślał. A to kretyn! Cóż mu strzeliło do głowy, by zabierać Amira do takiego miejsca?! Och, nawet domyślał się co takiego! Nadim i jego niegasnące zainteresowanie dzierlatkami wszelkiej maści.
Amir nie lubił kobiet. Nie lubił ich wcale. Nie znaczyło to, że nie darzył ich należnym szacunkiem – owszem. Nie podobało mu się, gdy Hadrin z lekceważeniem wypowiadał się o swojej kochance, którą tak często odwiedzał i gdy bez wstydu przyznawał się do tego, że zwodzi ją, w rzeczywistości wcale nie chcąc poślubić kogoś z niskiej warstwy społecznej, choć i tak o ich „związku” wiedziało wiele osób. Amir jednak uważał, że kobiety spełniają się właściwie w tylko kilku rolach. Rodziły dzieci, wychowywały je (przynajmniej do pewnego wieku), zajmowały się domem, ewentualnie były kapłankami, choć i to rzadko się zdarzało, i było chyba wymysłem kapłanów, by ściągać do świątyń młode, urodziwe dziewczęta, by rzekomo służyły jakimś bóstwom. Bo czy ktoś widział kobietę – wojownika? Ba, widział ktoś nawet kobietę – drwala, kobietę – kamieniarza, kobietę – kowala? Skądże znowu! Co by o nich nie mówić, nie zostały stworzone przez bogów ani do ciężkiej pracy, ani do przelewania krwi. Ot, chyba jedynie po to, by całe ich życie obracało się wokół mężczyzn i dzieci. Nie była to zresztą ich wina. Cieszyły się za to podobno wielką emocjonalnością, której mężczyźni nie byli w stanie pojąć, ale Amir (być może rzeczywiście jej nie pojmując) nie był nią wcale zainteresowany. Nie był też zainteresowany ich fizycznością i żadna z kobiet nigdy nie wydała mu się atrakcyjną, więc może dlatego, spojrzenie na tę sprawę miał jasne i nie przysłonięte żadnymi kretyńskimi miłostkami.
Amir musiał jeszcze długo czekać, nim jego towarzysz zechciał zakończyć swoją zabawę. W końcu jednak ten wyszedł ze środka, zakładając na głowę kaptur. Amir posłał mu pełne niechęci spojrzenie.
-O co chodzi?- Nadim uśmiechnął się promiennie, ruszając w ślad za towarzyszem- Coś ci nie odpowiadało...? Jeśli moja podobała ci się bardziej, wystarczyło powiedzieć...
Mężczyzna prychnął głośno.
-Ty naprawdę masz z tym jakiś problem, co...?- dopytywał potomek wilków.
-To ty masz problem!- odparł z irytacją Amir- Z głową! Po jakie licho nas tam prowadziłeś, co...?
-To chyba oczywiste... O co ci chodzi, Amir? Każdemu przyda się chwila relaksu... Szczególnie tobie...
Och, Amira aż korciło, by Nadimowi wyjaśnić dokładnie i dobitnie, o co mu chodzi, ale wiedział, że bardzo szybko by tych wyjaśnień pożałował. Bo chyba gdyby potomek wilków wiedział, co ostatnio śniło się mężczyźnie i wiedział, że po przebudzeniu ocierał się o właściwą, a nie przypadkową osobę, dwa razy by się zastanowił, przed takimi wymysłami!
-Trochę za to zapłaciłem...- mruknął Nadim, nieświadomie drażniąc swojego towarzysza jeszcze bardziej- Mogłeś chociaż rozejrzeć się za kimś innym...
-Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, w jakiej jesteśmy sytuacji?!- ofuknął go Amir- Nie mamy pieniędzy, a ty... ty... A ty marnujesz złoto na coś takiego?! A co, jeśli będziemy go jeszcze potrzebować, co?! Co wtedy?!
-Tak, tak, panowie...- odezwał się jakiś głos i obaj odwrócili się gwałtownie, przystając. Za nimi, z jednego z budynków, wyszedł stary człowiek, z siwymi, rzadkimi włosami, pomarszczony i wyraźnie zmęczony- Wszystko tutaj drogie, na wszystko trzeba mieć pieniądze, ale skąd...? No skąd, skoro pieniędzy nie ma...?
Amir nic nie odpowiedział i gotów był się oddalić, ale mężczyzna kontynuował:
-Z rana odjeżdżam i mogę was zawieźć do pobliskiego miasta... A to, chociaż bliskie, dalekie jest całkowicie pod względem zasad od tego, w którym się znajdujemy... To jest, panowie, istny raj dla ludzi!- mówił dalej staruszek, chichocąc- Nikt tam nie narzeka, że brak mu pracy! Nikomu nie brak ani jedzenia, ani miejsca do spania!
-Nam też nie brak ani jedzenia, ani miejsca do spania- odparł lodowato Amir- Do widzenia.
Starzec pożegnał się z nimi, rozczarowany i mamrocąc coś, ruszył w przeciwnym kierunku, podczas gdy oni udali się do gospody.
-Interesujące, prawda...?- zagadnął towarzysza Nadim, musząc jednak dostrzegać, że ten jest w marnym nastroju do rozmowy- Raj na ziemi... Chociaż właściwie każde miejsce byłoby rajem, gdyby ludzie żyli zgodnie z prawami natury, a nie siali zamętu...
-Każde miejsce byłoby rajem, gdybym nie musiał w nim słuchać tych twoich bredni- odciął się zdenerwowany Amir, ale zaraz doszło do niego, że niewiele brakowało, a mógł tych bredni nie usłyszeć już nigdy więcej. I mając wyrzuty sumienia, postanowił przestać się odzywać i wyjątkowo gniewał się nie otwarcie, a skrycie, pozostawiając swoje nerwy samemu sobie.
Deklaracja, że nie brak im miejsca do spania, okazała się zbyt pospieszna. Bo ledwie doszli do gospody i Amir chwycił za drzwi, by je otworzyć... te okazały się zamknięte na klucz. Odsunął się, zdumiony i załomotał w nie, oczekując. Chwilę później, te uchyliły się lekko i wyjrzała zza nich głowa gospodarza.
-Przepraszam...- powiedział cicho, z obawą- Ale nie możecie tu dłużej zostać. Bardzo mi przykro, ale gdyby ktoś się dowiedział... To niebezpieczne... Nie trzeba mi więcej kłopotów... Przepraszam- powtórzył raz jeszcze i wręczył Amirowi maleńką sakiewkę, po czym zatrzasnął drzwi na dobre.
Odeszli stamtąd, chociaż Nadim był bardzo oburzony zachowaniem człowieka i długi czas narzekał na jego postępowanie, wytykając mu tchórzostwo. Ale Amir powstrzymał się od oceny. A gdy otworzył sakiewkę i przeliczył oddane przez gospodarza pieniądze, przekonał się, że ten zwrócił całość, nie odliczając nawet kwoty za pierwszą noc. To stanowiło dla niego absolutne potwierdzenie, że ten mężczyzna nie miał złych intencji. Dla potomków wilków wszystko było takie proste, takie banalne i oczywiste, dobro i zło, miłość i nienawiść, odwaga i tchórzostwo. Mężczyzna jednak wiedział, że nie tak skonstruowany został świat. I że ryzykowanie własnego życia dla obcych, jednym może zdawać się odwagą, ale innym już głupotą.
Nie było żadnego miejsca, do którego mogliby się udać. Amir nie był pewien, czy nie zajrzeli do wszystkich tawern i gospód, nim trafili do tej jednej, a zresztą pora była już późna. Nie wiedział, co powinni w tej sytuacji zrobić. Gdy usłyszał czyjeś kroki i męskie głosy w pobliżu, chwycił towarzysza za ramię i czmychnął z nim prędko w jedną z bocznych uliczek. Trudno było powiedzieć, kto to taki. Być może strażnicy, a nocą każdy wydaje się bardziej podejrzany. A może banda zapitych mężczyzn, wracająca do domu, a może kilku chłystków, a może złodzieje, szukający łatwej okazji. Nigdzie nie byli bezpieczni. Tak, po cichu, chowając się i uciekając przez każdym głośniejszym stuknięciem, głosem, zawędrowali wreszcie chyba aż na drugi skraj miasta. I gdy wydawało się już, że nie może być gorzej i przyjdzie im spędzić całą noc, na ukrywaniu się, zaczęło padać. Żadna to była ulewa, raczej deszczyk, ale gdy na domiar złego, zaraz rozległ się głośny huk – a huk ten był tak charakterystyczny, szczególnie dla uszu Amira, że nie sposób było pomylić go z czymkolwiek innym, człowiekowi puściły nerwy.
-To wszystko twoja wina!- wrzasnął wściekle na potomka wilków, a ten podskoczył, zdumiony i zdezorientowany- Trzeba było zastanowić się dwa razy zanim nas zabrałeś do tego... tego... tego burdelu! A teraz nie mamy gdzie pójść!
-A co jedno ma z drugim wspólnego?- zapytał bez zrozumienia Nadim.
-Wszystko! Wszystko ma ze wszystkim coś wspólnego!- krzyczał Amir.
Zerwał się silny wiatr. Stojące obok nich drzewo, pozbawione jakichkolwiek liści, w specyficzny sposób przepołowione, zapewne za sprawą uderzenia pioruna, wygięło się pod jego wpływem.
Usłyszeli grzmot i coś błysnęło się kawałek dalej.
-To tylko burza...- stwierdził Nadim.
-Ty nic nie rozumiesz! Nieustannie wciągasz nas w kłopoty! Paradujesz bez kaptura, a potem ktoś próbuje mnie zabić! Bogowie!- Amir sam już właściwie nie wiedział, co mówi i na jaki temat, ale panika zżerała go coraz bardziej- Gdybyś chociaż raz zastanowił się porządnie nad tym, co wyrabiasz... Ale nie! Ty zawsze jesteś mądrzejszy! Ty zawsze jesteś odważny! Wielka mi odwaga, dać się kretyńsko zabić! A teraz kretyńsko zginiemy, bo nie mamy miejsca do spania i nic nam już nie pomoże!
-Przepraszam...- dotarł do nich kobiecy głos i obaj odwrócili się w te stronę. Z niewielkiego, piętrowego domku, stojącego nieopodal drzewa, wyszła przysadzista, ciemnowłosa kobieta. Obaj umilkli natychmiast- Panowie chyba nie mają gdzie się zatrzymać...- stwierdziła, niezbyt odkrywczo- Jeśli to problem, zapraszam do nas!
-Nie...- odparł łagodnie potomek wilków- Lepiej nie, dziękujemy...
-Ależ zapraszam, proszę! Dawno już nie mieliśmy tu żadnych gości...
Coś huknęło, błysnęło się po raz kolejny, a lepszej zachęty Amir już nie potrzebował. Szybko udał się do domu, a Nadim ruszył w ślad za nim. Kobieta zamknęła za nimi drzwi. Zatrzymali się w wąskim korytarzyku.
-Dobrze, że was usłyszałam. Zupełnie byście przemokli! Ostatnio to tylko burze u nas, i burze, cóż zrobić! Zaraz podam do stołu... Zdejmij płaszcz, panie- zwróciła się do Nadima.
-N... Nie- odparł potomek wilków, kręcąc głową- Wolałbym nie...
-Ależ panie, bez wygłupów!- ofuknęła go kobieta i zsunęła mu kaptur z głowy, a następnie... osłupiała. Spoglądała na Nadima przez dłuższą chwilę, oglądała go to z jednej, to z drugiej strony, podczas gdy Amir już przygotowywał się do wcześniejszej ewakuacji. Wreszcie chwyciła go za jedno z charakterystycznych uszu i szarpnęła, jakby sądziła, że to jakieś przebranie- O, przepraszam bardzo!- rzuciła natychmiast, gdy usłyszała jęk bólu Nadima i cofnęła się- W życiu nie widziałam kogoś takiego... A kim pan jest?
To zdziwiło Amira.
-Ja...?- jego kompan był zdezorientowany- Ja jestem potomkiem wilków...
-Potomkiem wilków?- powtórzyła kobieta, a Amir sądził, że coś jej zaraz zaświta w głowie- Ha! Nigdy nie słyszałam. Ale mniejsza, dalej panowie, dalej do jadalni, siadajcie przy stole!
Zagoniła ich do jednego z pomieszczeń. Na środku stał długi stół. Przy jednym z jego końców siedział mężczyzna, a raczej drzemał, ale jego żona łupnęła pięścią w blat, budząc go przy tym.
-Wstawaj no i patrz, że mamy gości!
Ten podniósł głowę i wzrok na przybyszy, skinął głową najpierw Amirowi, później Nadimowi, a później... Później przyjrzał się Nadimowi raz jeszcze i tak spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, aż wreszcie zerknął na żonę zbłąkanym wzrokiem.
-Za dużo wypiłem...?- zapytał.
-Głupi ty!- skarciła go kobieta- To jest nasz gość, nie człowiek, ale bratanek wilków!
-Potomek wilków- poprawił ją Nadim.
Głowa mężczyzny znowu opadła na blat.
-Wstawaj no, mówię ci!- warknęła na niego żona- Gośćmi się zajmuj, dzieci wołaj! Zaraz podam do stołu...
-Nie trzeba, pani- zaoponował potomek wilków- Naprawdę, nie trzeba. Nie chcielibyśmy się narzucać, ani sprawiać kłopotów...
-Phie! Też mi sprawianie kłopotów!- odparła energicznie kobieta i zaraz zniknęła za drzwiami.
Śpiący mąż podniósł znowu głowę i uśmiechnął się do nich lekko, acz nieco nieprzytomnie.
-Dzieci!- zawołał ociężałym głosem- Mama woła na kolację!
I zaraz doszły obecnych pospieszne kroki na schodach, ciche głosy i chichoty. Chwilę później, w pomieszczeniu pojawiła się piątka pociech. Czterech synów, z których najstarszy wyglądał na jakieś jedenaście lat i najmłodsza ze wszystkich dziewczynka, wyglądająca góra na trzy.
-A kto to, tato...?- zainteresował się jeden z chłopców, ze zrozumiałych przyczyn bardziej zainteresowany Nadimem niż drugim gościem.
-To są nasi goście. Siadajcie przy stole.
I dzieci usiadły, a następnie wszystkie wlepiły ciekawski wzrok w potomka wilków.
-Nie patrzcie się tak...- poprosił ojciec, ale dzieci ani myślały go słuchać, Nadimowi zresztą to zainteresowanie też nie przeszkadzało.
Chwilę później do pomieszczenia weszła ich matka, na stole położyła misę z ogromną szynką, która wyglądała niezwykle apetycznie, a pachniała tak, że chyba wszyscy obecni zrobili się natychmiast głodni.
-Gdzie się patrzycie, co? Przed siebie się patrzcie!- ofuknęła potomstwo matka i dopiero wtedy, wszyscy zgodnie odwrócili wzrok, nie chcąc chyba narażać się na jej gniew.
Kobieta krążyła tak jeszcze kilkakrotnie, aż przyniosła wszystko, co przynieść zamierzała. Życzyła gościom smacznego, choć sama nie usiadła, a stała i przyglądała się wszystkiemu. Stół uginał się wprost od różnorakich potraw. I chociaż Amir czuł, że żołądek zaraz wyskoczy mu z gardła, błagając o choćby kęs cudownie wyglądającego mięsa, niczego nie tknął, podobnie jak jego towarzysz, aż do momentu, gdy zdenerwowana kobieta, rzuciła:
-A panowie czego nic nie jedzą...?
-Nie chcielibyśmy sprawiać kłopotów...- powtórzył raz jeszcze Nadim, skrępowany, ale ta przerwała mu energicznie:
-Phie! Jakie kłopoty! Jedzcie, panowie, jedzcie i pijcie, jedzenia u nas dosyć i dla każdego starczy!
I po tych słowach, rzeczywiście, zaczęli jeść. A było to najsmaczniejsze pożywienie, z jakim Amir miał kiedykolwiek do czynienia. Rozkoszował się każdym kęsem, rozkoszował się nawet zapachem. Kobieta wsparła się na biodrach i uśmiechnęła do gości, z zadowoleniem, po czym po coś jeszcze wyszła. Ten moment wykorzystały jej dzieci. Trójka z synów doczepiła się do Nadima, nie reagując niczym na ospałe upomnienia ojca – dwaj usiedli mu na kolanach, trzeci zaczął szarpać go za ucho i włosy, śmiejąc się przy tym pogodnie. Amir obserwował tę zabawę z lekkim uśmiechem na ustach, widząc rozbawienie towarzysza, ale zaraz, i jemu niespodziewanie, coś zasiadło na nogach. Spojrzał w dół na szczerbaty uśmiech dziewczynki, która przysunęła do niego swój talerz i rzuciła:
-Pokrajaj mi szynkę.
Amir spoglądał na nią z lekkim zdumieniem. Z dziećmi miał wspólnego jeszcze mniej niż z kobietami (o ile to w ogóle było możliwe), stąd sytuacja była dla niego mocno dezorientująca.
Do pokoju znowu weszła kobieta.
-A co tu...!- krzyknęła z oburzeniem- Co wy robicie, gamonie?!- ofuknęła synów.
-To... To w porządku...- wydusił z siebie Nadim, podczas gdy właśnie jeden z malców wyrwał mu sporą garść włosów i z zadowoleniem pokazywał je bratu, śmiejąc się wesoło.
-No... Jak panu nie przeszkadza...
-Pokrajaj mi szynkę- powtórzyła dziewczynka, bardziej jeszcze zniecierpliwiona.
-Jak ty mówisz!- zdenerwowała się matka- Poproś chociaż!
-No przecież proszę... Krajaj szynkę.
Amir pokroił dziecku mięso, a dziewczynka podziękowała, ale zamiast zacząć jeść, spoglądała na mężczyznę z wyczekiwaniem.
-Musisz ją pogłaskać, panie...- westchnął ze zmęczeniem mąż- Bo ją to tylko głaskać i głaskać trzeba, żeby coś zrobiła albo gdzieś poszła... Taki pieszczoch się z niej zrobił...
Amir nie do końca odnajdując się w sytuacji, poklepał dziewczynkę po głowie, a ta zsunęła się z jego kolan i wraz z talerzem wróciła na swoje miejsce, wyraźnie zadowolona.
-Jedzcie, jedzcie panowie, nie żałujcie sobie niczego!- zachęcała ich dalej kobieta.
-Naprawdę... Nie chcielibyśmy...- zaczął ponownie Nadim, ale i tym razem ta mu przerwała:
-Phie! Co wy z tymi kłopotami?! To jest obowiązek, to jest prawo dane przez samych bogów, by zbłąkanych wędrowców przyjąć pod swój dach! Tak mówił mi mój ojciec, a mój mąż mówi teraz to samo naszym dzieciom! Być inaczej nie może, bo kto się bogom sprzeciwia, ten się naraża na ich gniew... A jeszcze w taką pogodę, pozwalać komuś marznąć na zewnątrz...?- kobieta pokręciła głową w wyrazie potępienia- To okrucieństwo! Trzeba przyjąć do siebie każdego, kto tego potrzebuje i tak ich ugościć, jak własną rodzinę!
I nie ulegało wątpliwości, że to właśnie ci ludzie czynili.
-Jesteś pewna, że nie słyszałaś nic o potomkach wilków, pani...?- zagadnął ją ostrożnie Amir.
-Nic a nic- odparła z pełnym przekonaniem kobieta- A miałabym słyszeć...? Bo ja to, powiem wam panowie, nie znam się w ogóle, za miasto to nigdy nie wyjeżdżałam...- przyznała jakby ze wstydem- Więc nie znam tych wszystkich okolicznych ludów...
-Tak, ale... Wielu z nich tu podobno przywędrowało, jakiś czas temu...- kontynuował powoli Amir- Ludzie wszędzie chyba o nich słyszeli.
-My to mieszkamy na uboczu... Z ludźmi się znamy, ale nic nie słyszeliśmy takiego... Ale pewna jestem tego, że każdy przybysz u nas znajdzie swoje miejsce- powiedziała, kiwając głową- Bo my mamy taką tradycję i takie zasady, by każdego obcego, który potrzebuje pomocy, przyjmować jak swego. Tak było, jest i będzie zawsze.
Amir i Nadim spojrzeli po sobie. Żaden z nich ani myślał wyjaśniać kobiecie, jak dalekie jej przypuszczenia były od prawdy.
-Może pomóc ci w czymś, pani?- zaoferował się Nadim, widząc, że kobieta rusza znowu do wyjścia.
-A gdzie tam, panie!- odparła, niemalże urażona- Ja sobie sama dam radę! To żona jest od tego, by o wszystko dbać... Wy, panowie, macie żony?
-Nie.
-Jeszcze nie.
-I całe szczęście, bo żonę trzeba wybierać z rozwagą! Męża zresztą tak samo, mąż kulał, a oni zawsze mi mówili: „nie bierz kaleki, nie bierz kaleki, całe życie zmarnowane”. Ale teraz, po latach, mówią wszyscy, że nie ma bardziej poczciwej osoby nad mojego męża i wszystkie zazdroszczą mi takiego uczciwego, pracowitego mężczyzny w domu, co się jeszcze dziećmi zajmie i zawsze chleb zapewni... Ach, panowie!- pociągnęła nosem, a w oczach pojawiły jej się przez chwilę łzy wzruszenia. Mąż zerknął na nią przez ramię i uśmiechnął się do niej leciutko- Także żonę trzeba wybierać z rozwagą! Trzeba patrzeć, czy dziewczyna serdeczna, czy pracowita, czy gotować umie... A nie tam, uroda! Uroda po latach mija, a baba w domu zostaje, a lepiej to mieć taką, co coś potrafi, a nie!
-Zgadzam się z tobą, pani- odpowiedział Nadim.
-Czyżby...?- Amir uśmiechnął się pobłażliwie- A ja sądziłem, że ty w doborze partnerek kierujesz się zupełnie innymi kategoriami...
-Ciekawe jakimi ty kategoriami będziesz się kierował, skoro jesteś taki wstrzemięźliwy...- odciął się potomek wilków- Chyba, że zamierzasz być kapłanem... Bo wasi kapłani podobno odmawiają sobie niektórych rzeczy, by mieć lepszy kontakt z bogami, chociaż ja tam akurat tego nie rozumiem...
-Widać słabo znasz naszych kapłanów, skoro podejrzewasz ich o jakąkolwiek wstrzemięźliwość...- zironizował Amir- Wstrzemięźliwość zachowują chyba jedynie wobec samej wstrzemięźliwości.
-Kapłani?- podchwyciła kobieta, widać nie słysząc całości wypowiedzi mężczyzny- Ach, wspaniali ludzie!
-Wyjątkowo...- skomentował to Amir z drwiną, którą wykrył jedynie jego towarzysz.
Nadim uśmiechnął się na te słowa rozbawiony, spoglądając na kompana.
A Amirowi jakoś cieplej zrobiło się od tego spojrzenia i tego uśmiechu.
Przyjemnie było siedzieć z tymi ludźmi, gawędzić z nimi, słuchać rozmów i przekomarzań dzieci. Przypominało to Amirowi dom i czasy, gdy wraz z Hadrinem byli dużo młodsi. Choć nie mieli tyle towarzystwa, a jedynie z wujem zasiadali w jadalni, do kolacji, mężczyzna wspominał te wieczory z rozrzewnieniem. Chyba w takich właśnie chwilach najmocniej odczuwało się, co znaczy „rodzina”. I jak bardzo było to słowo prawdziwe, choć nie miało nic wspólnego z więzami krwi, a ze specyficzną więzią emocjonalną, która sprawiała, że ci, a nie inni ludzie, siedzieli obok siebie i mimo chaosu całego świata, byli dla siebie najważniejsi. Teraz chyba jego rodziną był Nadim. Tak sobie myślał, gdy na niego patrzył, że chociaż nie istniało na tym świecie żadne stworzenie, które byłoby go w stanie bardziej zirytować i wyprowadzić z równowagi – to bez potomka wilków nic nie byłoby takie samo i być może on dziś też nie byłby taki sam. Gdyby  trafił do tego miejsca, gdyby rozmawiał z tymi ludźmi, gdyby słyszał o okropieństwach popełnianych przez podobnych Nadimowi, czy gdyby nie zdołał go poznać, nie przyjąłby tych opowieści bezrefleksyjnie, z łatwością przypisując ją do każdego potomka wilków? Zastanawiał się, czy byłby zdolny do takiego samego okrucieństwa jak ten człowiek, który zaatakował jego towarzysza. Zdawało mu się, że nie, ale im dłużej nad tym myślał, tym więcej odkrywał w sobie emocji, niepokojących emocji, które zdawały się temu przeczyć. Był impulsywny, drażliwy, pełen wściekłości i dumy, prędki do zemsty i nieskory do przebaczenia. Gdy odkrywał w sobie tą inną stronę, i gdy zdawał sobie powoli sprawę z konsekwencji jej posiadania zaczynał prawdziwie rozumieć spokój wuja, którym ten odznaczał się bez względu na sytuację.
Późno odeszli od stołu. Matka wreszcie zagoniła śpiące dzieci na górę, a następnie wskazała gościom dwa pokoje, w których mogli przenocować.
Amir rozbierał się do snu, gdy w progu sypialni stanął potomek wilków.
Mężczyzna odłożył na bok zdjętą koszulę i spojrzał na niego pytająco. Nie wyglądał, jakby przyszedł mu życzyć dobrej nocy.
-Więc co było nie tak z tą kobietą?- zapytał Nadim, jakby wciąż nie dawało mu to spokoju, a Amir westchnął ciężko czując, że zaraz szlag go trafi.
-Nic. Nic nie było nie tak.
-Coś musiało być. A może coś z tobą...? Gdy u nas, ktoś miał z tym problemy, nasze kobiety stworzyły dla niego specjalny wywar i przeprowadziły jakiś rytuał, a potem...
-Nadim...- warknął mężczyzna, a było to warknięcie ostrzegawcze i nakazujące potomkowi wilków natychmiastowe zejście z tematu.
-No co?- jego kompan uśmiechnął się wesoło, opierając o ścianę- Chcę tylko pomóc.
-Pomóż sam sobie. I pamiętaj, że jak wkłada się rękę do każdej dziury, to coś może ją w końcu odgryźć...- Amir odpowiedział towarzyszowi złośliwym uśmiechem.
Nadim zaczął się śmiać.
-Nie dziwię się, że masz z tym tak duże problemy... Może nikt ci jeszcze nie powiedział, ale kobiety nie gryzą. No...- uśmiechnął się znacząco- Przynajmniej nie od tamtej strony...
-To była przenośnia- odparł chłodno Amir, siadając na łóżku.
-Więc o co chodzi? To jakiś rytuał? Obietnica? Ślub złożony bogom...?- dopytywał Nadim, a że jego kompan nie odpowiadał, westchnął głęboko i kontynuował- Wy, ludzie, jesteście tacy dziwni... Chyba nigdy nie zrozumiem waszego postępowania. Jesteście niby tacy cywilizowani a...
-A wy podobno nie cierpicie cywilizacji, co wcale nie przeszkadza wam korzystać z jej owoców- odciął się z irytacją mężczyzna.
-Zgadzam się, chociaż tworzycie niewiele miejsc równie miłych jak tamto... Sęk w tym, że z pewnymi sprawami nie można i nie należy walczyć. To nasza natura.
-Chyba twoja.
-Akurat pod tym względem wcale się nie różnimy.
-Zdziwiłbyś się...- mruknął pod nosem Amir.
-Co?
-Nic.
-To dobra puenta tej rozmowy...- zachichotał potomek wilków- Dobranoc. Do zobaczenia rano.
-Dobranoc.
Po wyjściu towarzysza, Amir położył się na łóżku. I dopiero wtedy dotarły do niego odgłosy burzy, o której zupełnie zapomniał, będąc w tym miejscu. Zgasił świecę i zakrył głowę kołdrą, chcąc stłumić dochodzące z zewnątrz odgłosy. Łóżko, chociaż wąskie, było niezwykle wygodne, pościel cudownie miękka i pachnąca. I może właśnie dlatego, że dawno nie był w domu, wydawała mu się jeszcze bardziej przyjemna niż jego posłanie w zamku. Amir utonął w niej, zapominając o całym świecie i zasnął.
A śniły mu się piękne rzeczy. Dom, i wuj, i Hadrin... Nadim też mu się śnił.
Choć to akurat był jeden ze snów, których lepiej nie pamiętać.

-Więc mówicie, że gdzie był ten dom...?- wycharczał ochrypłym głosem jeden z uprzejmych jegomości, którego znaleźli przy pobliskiej gospodzie w stanie dalekim od trzeźwości, a który za niewielką opłatą, zechciał im pomóc i wskazać poszukiwane przez nich miejsce.
Chcieli odnaleźć dom, w którym zatrzymali się zeszłej nocy. Rano opuścili go nie całkiem przytomni, w pośpiechu, nie zdążyli ani porządnie podziękować, ani nawet nie mogli odpłacić się w żaden sposób, bo kobieta za nic nie chciała przyjąć złota za tę gościnę. Sądzili zresztą, że opuszczą miasto, ale wszystkie wejścia strzeżone były przez strażników i urzędników, a Amir obawiał się, że ktoś mógłby odkryć niezwykłość jego kompana. Ostatnie czego potrzebowali to kłopoty. Uznał więc, że dobrze będzie zostać na miejscu jeszcze na noc czy dwie, rozejrzeć się uważniej, dopytać dyskretnie mieszkańców, w końcu musiał być jakiś sposób, by wyjść z miasta niepostrzeżenie, nie budząc żadnych podejrzeń. Ale chociaż Nadim miał podobno doskonałą wprost pamięć i orientację przestrzenną, chociaż od kilku godzin chodzili wkoło, po okolicy, nigdzie nie mogli tego domu odnaleźć.
-Tu, jestem pewien, że gdzieś tutaj...- powiedział potomek wilków, wyraźnie zbłąkany.
-Nie słuchajcie go, panowie, bredzi- rzucił Amir- Chodzi nam o konkretne miejsce... Właściwie nie przyjrzałem mu się tak dokładnie z wierzchu, a jeszcze była noc, ale... Ach, wiem! Było tam drzewo, bardzo charakterystyczne...
-Tak, przepołowione!- podchwycił natychmiast Nadim.
-Przepołowione drzewo, mówicie...?- powtórzył dziadek, trochę zdumiony. Podrapał się po łysiejącej głowie i spojrzał na drugiego człowieka, po czym obaj wzruszyli ramionami- Jest tu takie niedaleko, ale... A, sami zresztą zobaczycie... Chodźcie, panowie, chodźcie...
I rzeczywiście, zaraz zostali doprowadzeni do miejsca, w którym znajdowali się wczoraj.
-Tak, to tutaj- potwierdził z pełnym przekonaniem Amir, widząc jakże specyficzne konary, ale gdy podniósł głowę, zorientował się... że prócz drzewa, niczego na tej ziemi nie było.
Żadnego domu. Pustka, zupełna pustka, inne budynki stały kawałek dalej i z pewnością żaden nie był tym, w którym spędzili noc. Amir obejrzał się na towarzysza zdezorientowany, nie rozumiejąc, czy to jemu wzrok płata takie figle, czy ma problemy z pamięcią, ale i Nadim wydawał się być kompletnie osłupiały.
-A... Ale...- bąknął potomek wilków- Ale tu był dom...
-Ano był- zgodził się, śmiejąc się poczciwie dziadek- Ale wiele lat temu! Żyła tu taka rodzinka... Ja nawet dobrze pamiętam... Mieli czwórkę dzieci, samych chłopców... Ach, nie! Piątkę... No bo im się w końcu córka urodziła, nie...?- rzucił w zamyśleniu do swojego towarzysza, a ten gorliwie pokiwał głową. Amir i Nadim spojrzeli po sobie, zaniepokojeni- No, tu mieszkali. Ale później, w czasie burzy, piorun łupnął o tu... w to drzewo właśnie najpierw... A później w ich dom. No i dom zajął się ogniem i spalił, nie było nawet co zbierać... A czemu nikt się tu nie buduje, to nawet nie wiem... Chociaż mało teraz domów potrzebnych, a po ich śmierci przyszła ta cała zaraza psów, a potem cały ten chaos i rozgardiasz, i trzeba było się zająć czym innym... No tak, ale innego takiego drzewa to w okolicy nie widziałem, więc musicie panowie powiedzieć coś więcej.
Amir doszedł do wniosku, że albo bogowie lubili mu płatać takie psikusy, albo odkąd zaczął podróżować z Nadimem, jego racjonalne próby wyjaśnienia czegokolwiek z racjonalnością przestawały mieć cokolwiek wspólnego.
-Nie mam nic więcej do powiedzenia, to było to miejsce!- upierał się potomek wilków- Gościła nas ta sama rodzina, o której mówisz panie!
-No, może i was gościła... Ale musieliście wypić jeszcze więcej od nas...
I zaśmiewając się głośno, odeszli.
Nadim stanął obok swojego towarzysza i obaj wpatrywali się w miejsce, w którym jeszcze wczoraj wieczorem stał dom. Prawdziwy dom, najprawdziwszy, z najprawdziwszymi ludźmi i najprawdziwszym jedzeniem, którym najedli się do syta. A teraz... nie pozostało po nim ani śladu. Zresztą, jaki ślad mógłby zostać po domu, który zniknął nagle, w ciągu jednej nocy? Ba, nawet nie nocy, a w ciągu godziny, może dwóch z samego rana? Amir zaczął już myśleć, że przerażony burzą, zwrócił uwagę na drzewo, a dom był w rzeczywistości gdzieś zupełnie indziej, ale mimo że krążyli jeszcze jakiś czas po okolicy, nie znaleźli żadnego, choćby podobnego, budynku.
I pewnie zaczęliby o tym rozmawiać, a może raczej, zaczęliby się na ten temat kłócić, gdyby nie natrafili na coś chwilowo znacznie bardziej godnego uwagi.
-Cofnąć się! Cofnąć się!- wykrzykiwał niski urzędnik, machając dłońmi w kierunku zgromadzonego w pobliżu ogromnej bramy ludu- Cofnąć się, powtarzam! Zaraz brama zostanie otwarta! Cofnąć się! Nie stać na drodze! Cofnąć się!
-Co tu się dzieje...?- szepnął Amir, właściwie sam do siebie.
Wrota rozchyliły się. Ustawione w kolejce wozy ruszyły, jeden po drugim.
-Kogo moje oczy widzą...- usłyszeli za sobą czyjś głos. Należał do tego samego staruszka, którego spotkali wczoraj, jeszcze przed powrotem do gospody i który z tym samym szczerbatym uśmiechem, opowiadał im o „raju dla ludzi”. Teraz siedział na wozie, do którego zaprzężone były dwie zmęczone wyraźne klacze, w ręce trzymał lejce, którymi popędzał je raz po raz. Na przyczepie znajdowała się młoda para, kobieta i mężczyzna, oboje brudni, zaniedbani i zlęknieni jak diabli- Znajoma facjata... Czyżbyście się zdecydowali przystać na propozycję starego Manorda...?
Amir zerknął raz jeszcze na urzędników, później na bramę, szereg powozów, aż w końcu na Nadima.
-Więc mówisz, panie, że jedziesz do tego raju na ziemi...?- mruknął podejrzliwie.
-Ano...- potwierdził z uśmiechem mężczyzna.
Amir westchnął głęboko, ale nie wahał się więcej. Wspiął się na powóz, a następnie podał dłoń towarzyszowi, by pomóc mu wejść, po czym dodał:
-Dla twojego własnego dobra, panie, radzę ci, byś się nie mylił.

sobota, 17 marca 2012

Dobry wieczór :)

"Wyzwanie" pojawiło się na czas (o dziwo!) a mało brakowało :D. Kolejnym opowiadaniem będzie jak zwykle "Chaos", natomiast już zapowiadam, że na kolejny rozdział będzie trzeba czekać nie tydzień, a prawdopodobnie dwa. Ale mam nadzieję, że ten rozdział czekanie wam przynajmniej trochę zrekompensuje.

Enjoy.

11. Johnny traci kontrolę [Wyzwanie]

Tego ranka Johnny został obudzony w sposób iście makabryczny. Czas zbrodni? Około czwartej trzydzieści. Miejsce? Sypialnia. Napastnik? Rose.
Tak, to właśnie jego ukochana gosposia, weszła do pokoju o tak nieludzkiej porze, zapaliła światło i zdarła z chłopaka kołdrę. Johnny jęknął cicho, jeszcze nie wiedząc, co się dzieje, skulił się i zakrył twarz, usiłując schronić się przed nieprzyjemną jasnością.
-No, już, Johnny, wstawaj!- mruknęła kobieta, zabierając mu spod głowy poduszkę.
-Co się dzieje, Rose...?- wymamrotał, gotów okryć się samym prześcieradłem, co też zaraz uczynił, ale i to zostało mu prędko odebrane, więc gdy wreszcie pozostał na całkowicie gołym łóżku, nie pozostało mu nic innego, by wrócić do świata połowicznej przynajmniej przytomności- Która godzina...?
-Wpół do piątej.
Johnny jęknął ze zgrozą.
-Czemu mnie obudziłaś...?- zapytał bez zrozumienia. Zazwyczaj i tak wstawał równo o czwartej, ale gdy tego ranka uruchomił się jego budzik, dopadła go niecodzienna niemoc (zazwyczaj wszelkie niechęci przezwyciężała myśl o źle ułożonej fryzurze albo nieodpowiednio dobranych butach), i zdecydował się pospać dłużej. O jakąś godzinkę przynajmniej.
-Muszę zrobić pranie- odburknęła Rose, wychodząc.
-Przed piątą...?- rzucił z niezrozumieniem Johnny, przecierając powieki, ale kobiety już nie było.
Westchnął głęboko. Zaraz westchnął głęboko po raz drugi. Po trzecim westchnieniu wreszcie dotarło do niego, że skoro już wstał i raczej nie miał możliwości, by położyć się z powrotem, powinien zacząć się szykować, co też powoli uczynił. Zastanawiał się, o co chodziło Rose. Kobieta najczęściej przychodziła nieco później, rzadko też zaglądała do sypialni podopiecznego, chyba, że przypuszczała, że zaspał. A już na pewno Johnny nie przypominał sobie, by  wpadła na pomysł robienia prania, gdy on jeszcze spał. Intuicja jednak podpowiadała sprytnemu Johnny'emu, że Rose nie dopuściłaby się czynu tak barbarzyńskiego bez konkretnego powodu. Dlatego gdy już odpowiednio zadbał o to, by być piękny, czysty, błyszczący i pachnący, zszedł na dół, do kuchni.
-Ekhem... Rose, coś nie tak?- zapytał otwarcie.
Kobieta położyła na stole talerz z przygotowanym dla Johnny'ego posiłkiem i szklankę jogurtu, a następnie zerknęła przelotnie na chłopaka, mruknąwszy:
-Twoja mama wczoraj do mnie dzwoniła.
I wtedy Johnny zrozumiał, co tak bardzo dręczyło Rose.
-Była dla ciebie niemiła?- zmartwił się.
-Och, już tam znowu niemiła!- prychnęła kobieta, kręcąc głową, chociaż Johnny miał świadomość tego, że jego matka miła bywała rzadko. Chociaż wynikało to raczej z jej charakteru i sposobu bycia, a nie z celowego działania- Mówiła coś o jakichś... pieniądzach... Podobno z nią o tym rozmawiałeś.
-Chciałem, żeby dała ci podwyżkę- potwierdził Johnny- Albo chociaż premię.
Rose złapała się za głowę.
-A po cóż mi podwyżka czy premia...?- parsknęła śmiechem.
Szatyn wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko.
-Żebyś pojechała do dzieci.
-Oj, Johnny, jak będziesz chciał kilku dni wolnego, to po prostu powiedz, przecież nie będę ci siedziała na głowie, jak mnie nie potrzebujesz...- stwierdziła staruszka, a chłopak zaprotestował gwałtownie na te słowa:
-Co ty mówisz, Rose! Oczywiście, że cię potrzebuję- zapewnił ją gorliwie, podchodząc do niej i obejmując ramionami. Trzepnęła go lekko po ręce, jakby chciała dać mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł, chociaż uśmiechnęła się jednocześnie- Chciałem tylko zrobić dla ciebie coś miłego... Tyle czasu spędzasz ze mną i przez to nie masz w ogóle czasu dla rodziny. Może gdybyś więcej zarabiała, to mogłabyś do nich jeździć.
-Toś sobie wymyślił, Johnny...- Rose westchnęła ze zniecierpliwieniem, odsuwając się kawałek i spoglądając na podopiecznego z pobłażaniem- Tobie się wydaje, że ja nie mam nic lepszego do roboty, tylko jeździć tam, gdzie mnie nie chcą...? No nie patrz tak, nie patrz i jedz śniadanie- kobieta machnęła na chłopaka dłonią, ale ten nie ruszył się z miejsca, trochę zakłopotany i jednocześnie zdenerwowany tym, co słyszy- Stara baba już ze mnie. Oni są młodzi, to i mogą sobie jeździć tu i z powrotem, a jakoś wcale nie mają ochoty, więc po co ja mam im się tam ładować...?
Chłopak czasem zastanawiał się nad tym, jak wyglądają relacje Rose z jej dziećmi i zawsze dochodził do wniosku, że zupełnie ich nie rozumie. Rose była taka kochana. Zawsze się o wszystko troszczyła i wszystkim zajmowała, kiedyś całą swoją rodziną i nim, a teraz już tylko Johnny'm, chociaż dzieciom też wysyłała regularnie paczki, składała im życzenia świąteczne i urodzinowe i chłopakowi wydawało się, że musiało być jej smutno (chociaż nigdy tego nie okazywała), że tak rzadko się z nimi widuje. Chyba było jej smutno jednak z trochę innego powodu.
-Rose, jestem pewien, że chcieliby cię zobaczyć...- zaczął powoli.
-Nie zawracaj sobie głowy takimi głupotami i weź się lepiej do nauki- odpowiedziała zwyczajowo Rose- I jedz wreszcie śniadanie!- ofuknęła go, a że szatyn nadal spoglądał na nią dosyć niemrawo, nie bardzo wiedząc, co mógłby powiedzieć, westchnęła i rzuciła- Słuchaj, Johnny... Ze starymi ludźmi to tak już czasem jest. Z czasem nikt ich już nie potrzebuje. Często nawet rodzina. Ja mam szczęście, bo mam jeszcze swoje zajęcia, i przychodzę tutaj... Ale też z czasem nie będziesz mnie już potrzebował.
-Nieprawda, Rose- odparł stanowczo Johnny. Pomijając fakt, że póki co zupełnie nie wyobrażał sobie funkcjonowania bez tej kobiety, nigdy nie mógłby postąpić tak jak jej dzieci. Rose była mu bliższa niż rodzona matka i mógł z nią rozmawiać o wszystkim, nawet jeśli nie rozumiała, dlaczego żel jest najwspanialszym wynalazkiem i nie wiedziała, że mężczyźni się depilują...
-Oj, Johnny...- burknęła znowu, odwracając na chwilę wzrok.
Szatyn za dobrze ją znał, by nie wiedzieć, że wzruszyła się jego słowami.
-Może dzisiaj poczekałabyś, aż wrócę ze szkoły?- zapytał, uśmiechając się pogodnie- Moglibyśmy spędzić razem trochę czasu.
-No, już nie przesadzaj! Poza tym nie mam czasu, o piętnastej zaczyna się mój serial.
-Jaki serial...?
-A, taki jeden... Może kiedyś zostanę i obejrzymy...- stwierdziła, a Johnny raz jeszcze przytulił ją mocno, uśmiechając się przy tym radośnie- No już dobrze, dobrze... A ty zamiast zajmować się głupotami, a jak widać tylko to ci w głowie, lepiej zaproś tu sobie Benny'ego.
-Benny ma ostatnio problemy z Maicy. I chyba trochę mało czasu...- odpowiedział zgodnie z prawdą szatyn.
-No to tego Keitha...
Johnny na samą myśl o brunecie poczuł dziwne ciepło i jakoś zrobiło mu się przyjemniej.
-Zapytam go...- potwierdził z uśmiechem.
-Zapytaj, zapytaj... To taki miły chłopak... I jedz wreszcie to śniadanie!
Tym razem szatyn usiadł potulnie przy stole, zabierając się do jedzenia.
Rose jak zwykle miała rację.
Keith był świetnym chłopakiem.
Gdy Johnny wjeżdżał na parking szkolny, zauważył znajomy samochód, co wyjaśniało, dlaczego jego przyjaciel nie zadzwonił wczoraj ani dziś z prośbą o podwiezienie. Uśmiechnął się do siebie lekko i zatrzymał obok niego, wysiadając. Benny był już na zewnątrz, stał oparty o swój pojazd, z plecakiem i rozmawiał przez telefon, prawdopodobnie z matką, na co wskazywał jego marudny ton i wyraźne zniecierpliwienie. Gdy zobaczył szatyna, uśmiechnął się do niego i dał mu znak dłonią, by chwilę zaczekał, po czym rozłączył się i rzucił lekko:
-Ja i mój najlepszy przyjaciel...- poklepał z czułością maskę auta- Czy można sobie wyobrazić lepszy początek dnia...?
Johnny zaśmiał się pogodnie.
-Rozumiem, że nie chodzi o mnie...?- zapytał z udawanym rozżaleniem.
Benny zachichotał i odpowiedział:
-Raczej nie, ale nie masz powodu do niepokoju... Jesteś u mnie... No, powiedzmy, w pierwszej dziesiątce najlepszych kumpli wszech czasów...
-Zaraz po telewizorze i internecie...?
Żartując, ruszyli w kierunku szkoły. Johnny wyjątkowo nie zamierzał pytać Benny'ego o Maicy. Jego przyjaciel był w stosunkowo dobrym humorze i szatyn nie chciał go za nic psuć, a skoro ten nie ogłosił jeszcze wszem i wobec, że jego wymarzona dziewczyna znowu była księżniczką, a nie czarownicą, to chyba to akurat się nie zmieniło. Benny'emu także nie umknęło, że jego kumpel miał świetny humor. Oczywiście Johnny zazwyczaj miał świetny humor, bo czym mógłby się przejmować, będąc tak wspaniałym? No, może pomijając wczorajszy koniec lekcji. Wtedy miał zły humor. Wręcz fatalny. Ale już wczorajszy wieczór był tak miły, że chłopak ciągle uśmiechał się mimowolnie, na wspomnienie rozmowy z Keithem.
-A co ty wczoraj porabiałeś...?- zapytał blondyn z wyraźną rezerwą. Chyba oczekiwał kolejnej odpowiedzi zaczynającej się od: „Keith i ja...” albo „razem z Keithem...”, ale Johnny był nieco ostrożniejszy, odkąd zdał sobie sprawę, że jego opowieści o ciemnowłosym, przynoszą skutek odwrotny od oczekiwanego.
-Umówiłem się z Lindą- odpowiedział, uśmiechając się pogodnie. To też było miłe.
Benny odetchnął teatralnie.
-Wreszcie! Mój kumpel nawrócił się na heteroseksualizm i różowy garnitur mogę wyrzucić do kosza...- zironizował jasnowłosy, a Johnny tylko spojrzał na niego i pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Bo po co miał dodawać, że umówił się z Lindą tylko dlatego, że spotkał ją akurat wracając od Keitha, którego odwoził do domu, a który mieszkał zupełnie gdzie indziej, co dręczyło szatyna przez cały wczorajszy dzień i dziś zresztą także, ale wczoraj strasznie mocno, przynajmniej dopóki ten nie zadzwonił i nie stwierdził, że wcale nie przejmuje się tym, że Johnny jest gejem?- I jak było?
-Hm... Dobrze...- stwierdził zgodnie z prawdą szatyn, ale dostrzegając, że jego przyjaciel wciąż spogląda na niego z wyczekiwaniem, zastanowił się jeszcze chwilę, po czym dodał niezbyt odkrywczo- Linda jest bardzo... interesująca...
Benny wybuchnął śmiechem.
-Wyobraź sobie, że to akurat widać na pierwszy rzut oka...- rzucił pobłażliwie, kręcąc głową- Pytam o jakieś... szczegóły, których na pierwszy rzut oka nie widać...- zachichotał, posyłając kumplowi znaczące spojrzenie.
-Eee...- Johnny nie bardzo wiedział, co powiedzieć, albo raczej, co powinien powiedzieć, więc w końcu wzruszył nieco bezradnie ramionami i odpowiedział- No... Jest... Taka... Miła jest, bardzo.
Tym razem jednak niespodziewanym wybawcą od kolejnych pytań blondyna, okazał się Eric, który przemknął przed nimi, ze słuchawkami na uszach, nawet na nich nie spoglądając, zresztą szatyn miał wrażenie, że ten z początku wcale ich nie zauważył.
-Cześć, Eric!- rzucił głośno Benny, najwyraźniej rezygnując ze swojej wczorajszej polityki absolutnego ignorowania chłopaka.
A co jeszcze dziwniejsze, sam Eric zatrzymał się zdezorientowany, rozejrzał wokoło, a gdy dostrzegł jasnowłosego, szepnął ledwie słyszalne:
-Cześć.
I odszedł szybkim krokiem.
To już wprawiło Johnny'ego w kompletne osłupienie.
-Coś mnie ominęło...?- zapytał, spoglądając na blondyna ze zdziwieniem.
-Nie, dlaczego?
-Wydawało mi się, że się do siebie nie odzywacie.
-Bo się nie odzywaliśmy. Wczoraj- zaśmiał się jasnowłosy- To znaczy ja się nie odzywałem, bo strasznie mnie wkurzał. Nadal wkurza. Ale w końcu jesteśmy kumplami, nie...? Nie takie rzeczy już znosiliśmy.
Johnny wzruszył ramionami. On rzeczywiście znosił różne akcje Erica całkiem długi czas, ale nie przypominał sobie, by działało to w obie strony.
-Może trzeba mu dać jasno do zrozumienia, że nie podoba nam się to, co robi...- powiedział ostrożnie- Może wtedy przynajmniej by się zmienił.
A jeśli nie, to jego strata! Jest tylu fajnych, miłych i przyjaznych chłopaków dookoła, z którymi można się przyjaźnić bez tworzenia idiotycznych problemów na każdym kroku. Jak na przykład... Keith, oczywiście!
-A może on potrzebuje naszej pomocy? No nie patrz tak na mnie, Johnny...- parsknął Benny, ale Johnny wciąż patrzył na niego w dokładnie taki sam sposób. Jakby ten zwariował. Owszem, jemu też już przeszło przez myśl, że Eric może mieć jakieś problemy. Poważne problemy. Może narkotyki...? Ale co niby mieli zrobić? Chociaż szatyn dostrzegał to wyraźnie dopiero teraz, Eric odsunął się od nich już jakiś czas temu. Właściwie odsuwał się regularnie, aż powstała między nimi do tak wielka przepaść. Eric nie chciał być ich przyjacielem. Nie chciał zgody- A jak twoim zdaniem powinienem się zachowywać...? Mam go olewać jak on nas? Przecież to zupełnie bez sensu... Zresztą...- blondyn uśmiechnął się gorzko- Moja własna dziewczyna ma ostatnio gorsze fazy niż on. Więc skoro toleruję ją, to chyba głupio byłoby nie tolerować najlepszego kumpla, nie...? Chociaż jego nie mogę podejrzewać o permanentny okres.
Johnny skinął głową. Zrobiło mu się trochę przykro, bo doszedł do wniosku, że Benny ma rację. Może za szybko skreślił Erica...? Po ich wczorajszej rozmowie wydawało mu się, że Eric skreślił się sam z bycia ich kumplem i bycia częścią paczki. Ale teraz... Może po prostu powinien zostawić go w spokoju? Pozwolić Benny'emu jakoś to wszystko załagodzić, skoro to on zawsze dogadywał się z nim najlepiej? To byłaby zresztą kolejna szansa, którą dał nie tyle Ericowi, co samemu sobie, na zrozumienie go.
Weszli do szkoły i stanęli przed klasą od matematyki. Chwilę później, na korytarzu pojawiła się Linda, wyjątkowo bez obstawy w postaci Maicy i Agathy, a gdy tylko dostrzegła Johnny'ego, podeszła do niego, z lekkim uśmiechem na ustach.
-Cześć, Johnny...- rzuciła, spoglądając na szatyna niemalże z uwielbieniem- O... Cześć, Benny...- zreflektowała się po chwili, zauważając blondyna, który również się z nią przywitał, a gdy ta przez dłuższą chwilę spoglądała na niego z wyraźnym wyczekiwaniem, rzucił:
-Och! No to... Pójdę... gdzieś tam- machnął dłonią i odszedł szybkim krokiem, zostawiając ich dwoje samych.
Johnny uśmiechnął się lekko do dziewczyny.
-Dziękuję za wspaniałą randkę- powiedziała, figlarnie zagryzając wargę.
-Nie masz za co, to dzięki tobie była wspaniała- odpowiedział Johnny, jak odpowiadał niemalże zawsze w takich sytuacjach.
-Dobra, dobra...- zachichotała Linda, rumieniąc się lekko- Znajdziesz dziś dla mnie czas...?
Jeśli cokolwiek w rozmowach z dziewczętami było dla Johnny'ego krępujące, to tylko i wyłącznie takie momenty. Jasnowłosa dostrzegła jednak jego wahanie, jeszcze nim zdążył wypowiedzieć choćby słowo i wycofała się prędko:
-Jeśli nie, to w porządku. Możemy się spotkać kiedy indziej.
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast szatyn- Po prostu jeszcze nie wiem- przyznał zgodnie z prawdą. A prawda była taka, że chciał się zobaczyć z Keithem. Bardzo chciał się z nim zobaczyć. I teraz, w szkole, i zaraz po niej. A po jego wieczornym telefonie, miał nadzieję, że brunet znajdzie dziś dla niego czas, mimo jego wcześniejszej zapowiedzi- Umówiłem się wstępnie z Benny'm, ale sama wiesz, jak to z nim teraz jest...- to akurat z prawdą nie miało nic wspólnego, ale przyniosło spodziewany efekt. Linda pokiwała głową ze zrozumieniem- Porozmawiamy później i ci powiem, dobra?
-Jasne.
W tym momencie zadzwonił dzwonek, a równocześnie z nim, rozbrzmiała także komórka Johnny'ego. Wszyscy zgromadzili się pod klasą, a on odszedł kawałek dalej, chcąc uniknąć nadmiernego hałasu i odebrał połączenie.
-No co jest, Carl?- rzucił do telefonu, oglądając się za siebie.
Zawsze punktualna Stevens już pojawiła się przed klasą, którą po chwili otworzyła i wpuściła wszystkich do środka. Szatyn jęknął głucho w duchu.
-Masakra, Johnny!- głos Carla brzmiał całkiem wesoło jak na „masakrę”- Jechałem do szkoły i zepsuł mi się samochód! Dasz wiarę...? Akurat teraz!
-Gdzie jesteś?- zapytał szatyn. Akurat w to uwierzyć nie było mu trudno, bo auto Carla pochodziło chyba jeszcze z czasów, gdy ludzie wynaleźli pierwsze koła- Przyjechać po ciebie?
-Nie, nie trzeba... Zadzwoniłem po mamę i zaraz tu będzie. Ale chyba nie przyjadę dziś do szkoły. No i uniknę odpytki Stevens...- Johnny zachichotał, rozumiejąc, co tak bardzo, w całej tej „masakrze”, uszczęśliwiło jego kumpla. Obawiał się jednak, że gdy on wejdzie do klasy, znajdzie się akurat na linii ognia- Powiesz Aghacie, że mnie nie będzie...? Nie mogę się do niej dodzwonić.
-Hm... Okej... Ale chyba jej nie ma...
Albo gdzieś umknęła Johnny'emu w tym całym tłumie.
-Nie ma...?- zaniepokoił się Carl- Może coś się stało...
Szatyn zaśmiał się lekko.
-Na pewno nie. Może po prostu jej nie zauważyłem. Przekażę jej, gdy ją zobaczę.
-Okej.
-Cześć.
Johnny rozłączył się pospiesznie, schował komórkę i wszedł do klasy. Odruchowo zatrzymał się na środku, czekając na zwyczajowy komentarz czy uwagę Stevens, ale siedząca przy biurku nauczycielka, spojrzała na niego jedynie i westchnęła głęboko, rzucając pełne rezygnacji:
-Siadaj, Bradley.
Zaskoczony Johnny pospiesznie zajął miejsce obok przyjaciela i obaj spojrzeli po sobie, przeczuwając, co zaraz nastąpi.
Pani Stevens podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła wzdłuż klasy, ściskając w ręce kartki, które rozdawała kolejno uczniom.
Serce Johnny'ego zabiło szybciej.
Sprawdziany.
-Po co wy w ogóle chodzicie do tej szkoły...?- zwróciła się do całej klasy, tonem tak surowym, że nikt nie śmiał choćby szepnąć- Po co marnujecie swój czas i moją cierpliwość...? Przecież to zupełnie bezcelowe!- prychnęła z politowaniem- Połowa klasy ma oceny niedostateczne. Połowa klasy! Połowa z was najwyraźniej spała przez wszystkie te lekcje, gdy tłumaczyłam wam temat! A to oznacza, że przynajmniej połowy z was powinno tu już nie być! Och, nie, drodzy państwo... Nie liczcie na to, że jeśli obudzicie się pod koniec semestru, pozwolę wam cokolwiek poprawiać, nie, nie...- Stevens zatrzymała się przy ławce Johnny'ego i Benny'ego. Umilkła na chwilę, mierząc tego pierwszego uważnym spojrzeniem, po czym podała im sprawdziany i poszła dalej, kontynuując swój karcący wywód.
Szatyn jednak nie słyszał ani tego, ani ciężkiego westchnienia przyjaciela, oszołomiony tym, co zobaczył. Trzy plus! Dostał trójkę z plusem! A trójka z plusem to prawie czwórka z minusem, a czwórka to ocena, której nigdy jeszcze nie dostał z żadnego sprawdzianu! Nie pamiętał tez zresztą, by z jakiegoś dostał w ostatnim czasie trójkę. Trzy plus! Trzy plus!!!
-Dostałem trzy...- szepnął podekscytowany, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.
-A ja jeden...- odparł kwaśno Benny- Ale nie będę się wysilał na wytykanie palcami winowajców...- dodał z politowaniem, ale Johnny był tak pochłonięty tonięciem we własnej radości, że kompletnie nie wiedział, co się wokół niego dzieje.
Szatyn odwrócił się z szerokim uśmiechem na ustach, chcąc spojrzeć na Keitha, ale... Keitha nie było. Przez chwilę wpatrywał się w jego pustą ławkę, po czym zaczął szukać chłopaka wzrokiem po całej klasie, ale nigdzie go nie dostrzegł. Brunet nie przyszedł. I świetny nastrój Johnny'ego pękł nagle niczym bańka mydlana. Gdy ponownie spojrzał na sprawdzian, trójka z plusem wydawała mu się już znacznie mniej fantastyczna niż wcześniej.
I gdy już pogodził się ze swoim rozczarowaniem i uświadomił sobie, że dziś nie zobaczy się z brunetem, ten pojawił się na kolejnej lekcji, co ponownie wzbudziło w Johnny'm istną euforię. Benny pozwolił sobie na złośliwość, że nawet Maicy ma mniej zmienne nastroje od niego. Szatyn trzymał się z przyjacielem i z początku nie bardzo miał okazję, by zamienić z Keithem choćby słowo, wiedząc, jak reaguje na to Benny. Gdy pojawili się w stołówce, by zjeść drugie śniadanie, znowu natknęli się na Erica, który wcześniej wyraźniej ich unikał.
-Hej, zjesz z nami?- zaczepił go Benny, a chociaż tamten miał minę, jakby wolał skoczyć z mostu albo spróbować szkolnego jedzenia (ohyda!),
 odmruknął:
-Jasne- po raz kolejny wzbudzając zdumienie Johnny'ego.
Podeszli do wolnego stolika i gdy już szatyn miał usiąść, zauważył Keitha, który zajął miejsce prawie na drugim końcu sali. Spoglądał na niego przez chwilę, walcząc ze samym sobą, ale ostatecznie uśmiechnął się pogodnie i ruszył w jego kierunku.
-Johnny!- rzucił za nim Benny- Gdzie ty idziesz...?
-Och...- szatyn przypomniał sobie o tym jakże drobnym szczególe w postaci oczekującego na niego przyjaciela i przystanął na chwilę- Idę z kimś pogadać- stwierdził w końcu i poszedł.
Po drodze minął stolik Lindy i odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech, który chyba miał w sobie coś z zaproszenia, czego jednak, pochłonięty własnymi myślami i emocjami Johnny, nie zauważył. Szedł tak szybko, że w pewnym momencie o mały włos nie wywrócił biednego pierwszoklasisty, który wszedł mu pod nogi. Przeprosił krótko i zaraz był już przy stoliku Keitha. Wreszcie...! Johnny uśmiechnął się do siebie z rozbawieniem, uświadamiając sobie, od ilu dni miał już ochotę zjeść lunch w jego towarzystwie.
-Dostałem trzy plus. Z matematyki- powiedział z dumą, widząc pytające spojrzenie Keitha- To dzięki tobie.
-Dzięki mnie...?- parsknął ciemnowłosy, kręcąc głową- Przecież już wcześniej dostawałeś trójki.
-To nie to samo! Poza tym nie ze sprawdzianów. Rose chyba nie uwierzy, jak się dowie! Mogę się przysiąść?- zapytał, choć jasnym było, że wcale nie oczekiwał odpowiedzi, bo już po chwili zajął miejsce obok ciemnowłosego i zaczął wypakowywać swoje drugie śniadanie.
Keith wpatrywał się w niego z rozbawieniem.
-Przysiadłeś się, bo Eric usiadł z Benny'm, prawda...?- zapytał, a Johnny po raz kolejny odniósł wrażenie, że chłopak dostrzega sporo rzeczy- Chyba wasza ostatnia rozmowa nie należała do zbyt owocnych...
-Była standardowo nieprzyjemna- przyznał szatyn, wpychając spory kawałek rogalika do buzi- Ale nie przesiadłbym się przecież do ciebie przez jakiegoś tam Erica. Po prostu chciałem z tobą zjeść. Chcesz?- oderwał część rogala i podał ją Keithowi.
-To kolejna akcja dokarmiania ze strony twojej gosposi?- uśmiechnął się ciemnowłosy, biorąc kawałek pieczywa.
-Nie. Tym razem to akcja oddolna- uśmiechnął się radośnie Johnny- Jest świeży i strasznie pyszny. Rose nie robi takich zakupów w supermarkecie, tylko w piekarni, na rogu.
-Wiem. Też tam czasem kupuję.
-Tak?
-Mhm.
-Ach... No tak, przecież mieszkasz tak blisko...- ledwie Johnny powiedział te słowa, a zaraz odkaszlnął nerwowo.
Keith skinął głową w ramach potwierdzenia, nie dostrzegając w tym na szczęście nieco nieświadomej prowokacji ze strony szatyna. Właściwie po co się nad tym tak bardzo zastanawiał...? Czemu od razu uznał, że Keith go okłamuje albo niezupełnie mówi mu prawdę? Może naprawdę musiał coś pożyczyć od sąsiadów, może tam pracował... Przy Keithie wszystko wydawało się takie proste, zupełnie nieskomplikowane, że Johnny'emu aż trudno było uwierzyć, by ten mógł go oszukiwać. Po co? Pewnie chłopak mieszkał tak naprawdę w tych blokach, ale o czymś sobie przypomniał... Na przykład o korepetycjach! Tak, korepetycje! Korepetycje wszystko wyjaśniały! Bo przecież nawet geniusze czasem ich potrzebują, prawda...?
-Czemu nie było cię na pierwszej lekcji, Keith?- zainteresował się Johnny, w międzyczasie już zdążywszy podzielić całe swoje zapasy na ich dwóch –rogalika, kanapki, jogurt, czekoladowego batona i pomarańczę.
-Ehm...- ciemnowłosy wydawał się być nieco zakłopotany tym podziałem żywności- Byłem trochę zajęty.
-Z samego rana?
-Mhm.
-Jak Rose!- zachichotał Johnny- Obudziła mnie o piątej! Musiała zmienić pościel czy coś takiego... Widzimy się dzisiaj?- zapytał niespodziewanie nawet dla samego siebie. Naprawdę starał się być odrobinę bardziej subtelny, ale przy Keithie chyba nie potrafił.
-Chyba już się widzimy.
-Tak, ale... po szkole.
Keith pokręcił głową.
-Mówiłem ci już, że jestem zajęty. Że mogę być zajęty przez dłuższy czas- mruknął cicho, obracając w dłoni połówkę obranej pomarańczy- Dziś nie mogę.
Johnny błysnął zębami w czarującym uśmiechu.
-Ale dasz się podwieźć, prawda...?

Owszem, Keith zgodził się, chociaż na pierwszy rzut oka widać było, że wcale mu to nie pasuje, ale najwyraźniej nie chciał sprawiać szatynowi przykrości. Johnny tymczasem już obmyślił cały plan. Doszedł bowiem do wniosku, że nawet jeśli to wszystko, co wczoraj widział, było tylko jednym, wielkim zbiegiem okoliczności, z Keithem spieszącym na korepetycję/chcącym pożyczyć szczyptę soli/udającym się do pracy w roli głównej, wolał się upewnić. W przeciwnym wypadku, nie dałoby mu to spokoju. Co prawda mógłby zapytać, ale po co się tak kłopotać! Zresztą obawiał się, że po jego pomysłowym wyznaniu, że jest gejem, Keith mógł się poczuć nieswojo, więc wolał, by ten nie myślał sobie, że Johnny go śledził albo coś w tym stylu. Chociaż śledzić właściwie go zamierzał.
Plan był doskonały. Johnny odjechał razem z Keithem spod szkoły, ale wcześniej poprosił Benny'ego, by ten do niego zadzwonił. Jego przyjaciel jak zwykle zadawał aż nazbyt dużo marudnych pytań, ale ostatecznie zgodził się i rzeczywiście, w drodze, Johnny odebrał od niego telefon. Odegrał rozmowę i udał, że zadzwoniła do niego Rose, i że musi szybko wracać do domu, a więc podwiezie Keitha tylko do swojego własnego osiedla. Brunet zareagował na tę informację aż nazbyt entuzjastycznie i zgodził się natychmiast, bez cienia pretensji czy zdenerwowania. I tak też się stało. Johnny zaparkował, pożegnał się z Keithem, który ruszył do domu, a następnie... poszedł w ślad za nim. I chociaż już po kilku krokach poczuł wyrzuty sumienia i zrobiło mu się strasznie nieprzyjemnie z myślą, że robi coś takiego, nie zrezygnował. Był bardzo ostrożny. Odczekiwał długo, wyglądał zza rogu, obserwował chłopaka z daleka, bojąc się tego, że mógłby zostać zauważony czy przyłapany. Ale okazało się, że to, co wczoraj zobaczył, nie było przypadkiem. Keith szybkim krokiem minął blok, przy którym zatrzymywał się Johnny, odwożąc go do domu, skręcił za budynek. I tak jak wczorajszego dnia, wszedł na teren znajdującej się tam posiadłości.
Johnny stał bezradnie w miejscu, nie wiedząc zupełnie, co powinien ze swoją wiedzą zrobić. Keith go okłamywał...? Ale po co miałby to robić? Przyszło mu do głowy kilka możliwości, ale każda wydawała mu się równie mało logiczna. I gdy chciał już wracać do domu, coś strzeliło mu do głowy. Wziął głęboki oddech i ruszył do przodu, w kierunku budynku. Nie wiedział, czy to dobry pomysł. To znaczy on miał oczywiście same dobre pomysły, które jednak najczęściej źle się kończyły. Stwierdził jednak, że pójdzie do Keitha i po prostu go zapyta. Teraz, by chłopak powiedział mu prawdę, a nie wymyślił jakąś wymówkę. Swoją drogą Johnny też chyba jakiejś potrzebował, by wyjaśnić, po jakie licho szedł za nim aż od domu.
Stanął przy barierce i omiótł wzrokiem ogród. Jedno drzewo, obok niego para kołyszących się na wietrze huśtawek, niedaleko, rozłożony na trawie koc, a na nim porozrzucane kredki i lalka. Johnny zmarszczył brwi, przypominając sobie, że Keith twierdził, że nie ma rodzeństwa. Tymczasem wyglądało to tak, jakby mieszkała tu jeszcze mała dziewczynka. Wzdrygnął się lekko, gdy usłyszał trzaśnięcie frontowych drzwi i podniósł wzrok. Z domu wybiegła dziewczyna, wyglądająca na niewiele młodszą od niego, o uśmiechniętej twarzy, o ciemnych, kręconych lekko włosach i w jesiennej, rozpiętej kurtce. Usiadła na kocu i chwyciła za lalkę. Dopiero po chwili wyczuła, że ktoś ją obserwował. Odwróciła się i zamarła w bezruchu. Dokładnie tak samo jak Johnny. Długi czas oboje wpatrywali się w siebie bez słowa, ona wyraźnie zdziwiona i lekko przestraszona, on kompletnie zdezorientowany.
-Kim jesteś...?- usłyszał w końcu zadane podejrzliwym głosem pytanie.
-Jestem... Jestem Johnny...- odparł idiotycznie, skołowany.
-A ja Angie- dziewczyna uśmiechnęła się do niego radośnie. Podniosła się z miejsca i podeszła powolnym krokiem do barierki, wpatrując się w gościa z zaintrygowaniem.
-A-Aha... Czy Keith tu mieszka...?- zapytał niepewnie chłopak.
Dziewczyna zachmurzyła się wyraźnie i wzruszyła ramionami.
-Nie wiem- burknęła buńczucznie.
-Jestem jego przyjacielem- dodał Johnny, nie mogąc oderwać od dziewczyny wzroku. Wyglądała jak nastolatka, ale nie była nastolatką. Było w niej coś nawet nie dziecinnego, ale kompletnie dziecięcego, jej gesty, jej twarz, głos, słowa, wszystko to nie pasowało zupełnie do jej wieku i wprawiało szatyna w dezorientację.
-Keith nie ma przyjaciół- odparła stanowczo- Nikt go nie lubi.
Chłopak milczał przez chwilę. Angie uśmiechnęła się do niego znowu i niespiesznym ruchem zaczęła gładzić swoją lalkę po jasnych włosach.
-Jesteś jego siostrą...?- rzucił po chwili.
-Tak...- przyznała niechętnie- Ale to zły brat. Nie lubię go. Nikt go nie lubi. Zabierzesz mnie nad rzekę?- zapytała z podekscytowaniem.
-Nad rzekę...?- powtórzył głucho Johnny.
-No. Trzeba tylko wsiąść w autobus. Zabierz mnie nad rzekę, Johnny.
Ale nim szatyn zdążył cokolwiek odpowiedzieć, z domu wyszedł nikt inny, jak sam Keith. W pierwszej chwili zatrzymał się gwałtownie, dostrzegając Johnny'ego, po czym podszedł do niego szybkim krokiem. I Johnny chyba nigdy nie widział go równie zdenerwowanego.
-Co ty tu robisz?!- warknął wściekle.
-P-Przepraszam...- wyjąkał Johnny- Przechodziłem i zobaczyłem, jak tu wchodzisz, więc...
-Więc uznałeś za słuszne, żeby tu przyleźć, tak?! Kto cię o to w ogóle prosił?!
-Nie krzycz na niego!- zaprotestowała dziewczyna.
-Wracaj do domu!
-Nie! To mój przyjaciel! Odwiedził mnie!
-Wracaj do domu, Angie!- huknął na nią ciemnowłosy, po czym zwrócił się z powrotem do Johnny'ego- Wynoś się stąd. Natychmiast.
-Ale Keith...
-Nie chcę cię tu nigdy więcej widzieć. Trzymaj się ode mnie z daleka- syknął chłopak, po czym odwrócił się na pięcie i chwycił za ramię dziewczynę, z którą poszedł do domu, nie oglądając się wcale.
A Johnny odszedł, kompletnie zdezorientowany.

To był fatalny dzień. Gdy tylko Johnny wrócił do domu, usłyszał krople deszczu bębniące w szyby i wtedy pomyślał sobie, że pogoda świetnie oddaje jego aktualny nastrój. A chwilę później rozpadało się na dobre. Szatyn westchnął głęboko, leżąc na kanapie w salonie. Odczytał sms od Benny'ego, ale nawet nie chciało mu się na niego odpisać, chociaż jeszcze przed chwilą wysłał chyba z dwadzieścia wiadomości do Keitha. Wszystkie były mniej więcej takie same, zupełnie nieskładne i chaotyczne, Johnny usiłował się jakoś wytłumaczyć, przeprosić za swoje zachowanie, chociaż problem tkwił chyba w tym, że on nie do końca wiedział, za co przeprasza. Czuł się trochę jak pies, skarcony przez swojego właściciela, który wie, że zrobił coś źle, ale nie miał pojęcia, co dokładnie. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien był śledzić Keitha, przychodzić do tego domu bez jego pozwolenia, ale czemu ciemnowłosy nie powiedział mu prawdy? Czemu kłamał mówiąc, że nie ma rodzeństwa, czemu nie zdradził mu, gdzie naprawdę mieszka? Johnny wstał z głębokim westchnieniem i podszedł do okna. Było mu przykro, że tak strasznie zawalił sprawę. Nie chciał przecież tracić sympatii Keitha, a tylko dowiedzieć się prawdy! Oparł się czołem o szybę i obserwował opustoszałą ulicę, którą czasem ktoś przemykał szybko, chcąc uchronić się przed deszczem. Spojrzał na wyświetlacz telefonu. Przez chwilę zamierzał napisać do Lindy i odwołać ich dzisiejsze spotkanie, na które umówił się z nią po tym, jak dowiedział się, że Keith nie ma dla niego czasu, ale ostatecznie dał sobie spokój. Doszedł do wniosku, że chociaż on kompletnie nie miał nastroju na randkę, może przynajmniej jedna osoba tego dnia, nie poczuje się rozczarowana albo smutna. I już miał iść na górę, by przebrać się i naszykować, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Było tak ciche, że w pierwszej chwili zdawało mu się, że było to tylko jego złudzenie, ale gdy usłyszał je ponownie, odłożył komórkę na stół i przeszedł do drugiego pomieszczenia, a następnie otworzył frontowe drzwi.
Osłupiał, gdy zobaczył w progu Keitha, w jego czarnej, kompletnie przemokniętej bluzie, z kapturem na głowie. Był tak zdumiony, że nawet nie wydobył z siebie żadnego zaproszenia, a jedynie odsunął się, by wpuścić chłopaka do środka. Ciemnowłosy wszedł do mieszkania, zatrzymując się przed szatynem.
-Przepraszam- powiedział cicho- Nie chciałem na ciebie krzyczeć ani być dla ciebie nieprzyjemnym... Źle zareagowałem- milczał przez chwilę, chyba oczekując odpowiedzi Johnny'ego, ale ten był tak zaszokowany całym zdarzeniem, że trudno mu było wycisnąć z siebie chociażby słowo- Pójdę już- szepnął Keith.
Johnny dosłownie zatrzasnął mu drzwi tuż przed nosem, uniemożliwiając wyjście z mieszkania. Ciemnowłosy spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś, Keith...?- zapytał Johnny i zdumiał się, słysząc swój własny głos, aż drżący aż od emocji- Czemu nie powiedziałeś, że tam mieszkasz...? Nie chciałem cię nachodzić. Po prostu zdziwiłem się, gdy wczoraj zobaczyłem, jak tam idziesz.
-Nie chciałem żebyś wiedział- odparł ciemnowłosy, nieco ostrym tonem. Zsunął z wilgotnych włosów mokry kaptur i zdjął na chwilę okulary, które zaparowały mu, gdy wszedł do pomieszczenia, a następnie otarł je niedbale i założył z powrotem na nos- Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział. Angie... To nie jest twoja sprawa- głos Keitha brzmiał napastliwie, ale Johnny wyczuł w nim smutek- Nie pozwolę nikomu jej skrzywdzić ani wyśmiewać się z niej.
-Dlaczego miałbym się z niej wyśmiewać...?- Johnny pokręcił głową bez zrozumienia- Nigdy bym tego nie zrobił. Nie sądzę, by ktokolwiek zrobił coś takiego. Ona jest chora, prawda?- dopytał niepewnie. Chora psychicznie. Tak się szatynowi wydawało.
-Kilka lat temu, gdy byliśmy razem nad rzeką... Wpadła do niej i uderzyła się w głowę- wyjaśnił Keith, odwracając wzrok- Od tamtej pory taka jest. Zawsze już taka będzie. Nie chcę, żeby ludzie o tym wiedzieli. Nie chcę, żeby ją źle traktowali. Nie chcę, żeby patrzyli na mnie i wiecznie myśleli o tym, że taka siostra jest dla mnie balastem. Nie potrzebuję litości.
-To dlatego miałeś tak mało czasu...- bardziej stwierdził niż zapytał szatyn. Teraz wszystko wydawało się być takie oczywiste!- Opiekujesz się nią.
-Matka zatrudniła pielęgniarkę, ale uważa, że Angie powinna spędzać jak najwięcej czasu z nami. Dlatego muszę z nią być.
-Przykro mi...- szepnął Johnny, a widząc spojrzenie Keitha, dodał- To nie jest litość, ani nic takiego... Po prostu nie spodziewałem się tego... Więc kiedy zobaczyłem, jak wchodzisz do tego domu... Gdybym wiedział, nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego bez twojego pozwolenia... Ale nie rozumiałem, dlaczego mnie oszukujesz.
-Cóż...- Keith parsknął cicho- Do tej pory nie miałem kogo oszukiwać.
Johnny uśmiechnął się do niego ciepło.
-A teraz już nie musisz. Nikomu o tym nie powiem. Przysięgam.
-Wiem- odpowiedział spokojnie Keith.
Dopiero teraz Johnny zauważył, że ciemnowłosy cały trząsł się z zimna.
-Chodź. Musisz się przebrać.
-Nie... Lepiej będę już wracał do domu...- wycofał się natychmiast brunet.
-No co, ty, Keith! W taki deszcz?- Johnny parsknął cicho i pokręcił stanowczo, głową, po czym chwycił chłopaka za rękę i zaciągnął go ze sobą na górę, do swojej sypialni. Zostawił nieco zakłopotanego Keitha na środku, a sam podszedł do szafy, szukając czegoś ciepłego- Zaraz coś dla ciebie znajdę.
-Wątpię, żebyś miał cokolwiek w moim rozmiarze...- stwierdził Keith, ściągając z siebie bluzę.
-E tam! To przecież tylko na chwilę. Odwiesimy twoje rzeczy na grzejnik i poczekamy aż wyschną...
Boże, a to dopiero. Mieć całą szafę ubrań i nic odpowiedniego. Szatyn odwrócił się w stronę chłopaka, chcąc go poprosić, by ten podszedł i sam zobaczył, czy coś mu odpowiada, ale zachichotał jedynie, widząc, że Keith zaplątał się we własną koszulkę, usiłując ją z siebie zdjąć. Podszedł do niego i pomógł mu się z niej oswobodzić. I nagle zdał sobie sprawę, zresztą chyba nie on jeden, z kłopotliwości sytuacji w jakiej się znaleźli. Stał bardzo blisko Keitha. Półnagiego Keitha. Półnagiego Keitha, który nie odsuwał się wcale, tylko wpatrywał się w niego oszołomiony. Co więcej, Johnny właśnie uświadomił sobie, że jedna z jego dłoni, wciąż bezwstydnie opierała się na biodrze ciemnowłosego. Krępujące. Bardzo krępujące. Chociaż nie tak bardzo, jak pocałunek.
Bo Johnny nawet nie widział, czy to on, wiedziony tym przyjemnym odczuciem w podbrzuszu i dreszczami na ciele, nachylił się do warg Keitha, czy to Keith podniósł się odrobinę i zainicjował to wszystko, czy może obaj zrobili to jednocześnie. Ale całowali się. On całował Keitha i Keith całował jego. Wargi bruneta były wyczuwalnie nieporadne, ale chyba i Johnny, istny mistrz w tej dziedzinie, całował go chaotycznie i niepewnie, przytłoczony tym, co się właśnie działo. Nigdy wcześniej nie całował chłopaka... Dziwna myśl, dziwne uczucie, ale jakie przyjemne. Zamknął oczy i objął ciemnowłosego wokół pasa, oddając się temu zupełnie. W pewnym momencie automatycznie, cofnął się w kierunku łóżka, ciągnąc za sobą Keitha i wreszcie położył go na nim, samemu kładąc się tuż obok.
-Johnny...- brunet najwyraźniej oprzytomniał nieco. Odsunął głowę i chwycił chłopaka za ramiona- Nie...
-Chcę cię tylko pocałować- odparł szatyn, po czym nie słysząc sprzeciwu, powrócił do warg ciemnowłosego.
Ledwie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.