Strony

sobota, 17 marca 2012

11. Johnny traci kontrolę [Wyzwanie]

Tego ranka Johnny został obudzony w sposób iście makabryczny. Czas zbrodni? Około czwartej trzydzieści. Miejsce? Sypialnia. Napastnik? Rose.
Tak, to właśnie jego ukochana gosposia, weszła do pokoju o tak nieludzkiej porze, zapaliła światło i zdarła z chłopaka kołdrę. Johnny jęknął cicho, jeszcze nie wiedząc, co się dzieje, skulił się i zakrył twarz, usiłując schronić się przed nieprzyjemną jasnością.
-No, już, Johnny, wstawaj!- mruknęła kobieta, zabierając mu spod głowy poduszkę.
-Co się dzieje, Rose...?- wymamrotał, gotów okryć się samym prześcieradłem, co też zaraz uczynił, ale i to zostało mu prędko odebrane, więc gdy wreszcie pozostał na całkowicie gołym łóżku, nie pozostało mu nic innego, by wrócić do świata połowicznej przynajmniej przytomności- Która godzina...?
-Wpół do piątej.
Johnny jęknął ze zgrozą.
-Czemu mnie obudziłaś...?- zapytał bez zrozumienia. Zazwyczaj i tak wstawał równo o czwartej, ale gdy tego ranka uruchomił się jego budzik, dopadła go niecodzienna niemoc (zazwyczaj wszelkie niechęci przezwyciężała myśl o źle ułożonej fryzurze albo nieodpowiednio dobranych butach), i zdecydował się pospać dłużej. O jakąś godzinkę przynajmniej.
-Muszę zrobić pranie- odburknęła Rose, wychodząc.
-Przed piątą...?- rzucił z niezrozumieniem Johnny, przecierając powieki, ale kobiety już nie było.
Westchnął głęboko. Zaraz westchnął głęboko po raz drugi. Po trzecim westchnieniu wreszcie dotarło do niego, że skoro już wstał i raczej nie miał możliwości, by położyć się z powrotem, powinien zacząć się szykować, co też powoli uczynił. Zastanawiał się, o co chodziło Rose. Kobieta najczęściej przychodziła nieco później, rzadko też zaglądała do sypialni podopiecznego, chyba, że przypuszczała, że zaspał. A już na pewno Johnny nie przypominał sobie, by  wpadła na pomysł robienia prania, gdy on jeszcze spał. Intuicja jednak podpowiadała sprytnemu Johnny'emu, że Rose nie dopuściłaby się czynu tak barbarzyńskiego bez konkretnego powodu. Dlatego gdy już odpowiednio zadbał o to, by być piękny, czysty, błyszczący i pachnący, zszedł na dół, do kuchni.
-Ekhem... Rose, coś nie tak?- zapytał otwarcie.
Kobieta położyła na stole talerz z przygotowanym dla Johnny'ego posiłkiem i szklankę jogurtu, a następnie zerknęła przelotnie na chłopaka, mruknąwszy:
-Twoja mama wczoraj do mnie dzwoniła.
I wtedy Johnny zrozumiał, co tak bardzo dręczyło Rose.
-Była dla ciebie niemiła?- zmartwił się.
-Och, już tam znowu niemiła!- prychnęła kobieta, kręcąc głową, chociaż Johnny miał świadomość tego, że jego matka miła bywała rzadko. Chociaż wynikało to raczej z jej charakteru i sposobu bycia, a nie z celowego działania- Mówiła coś o jakichś... pieniądzach... Podobno z nią o tym rozmawiałeś.
-Chciałem, żeby dała ci podwyżkę- potwierdził Johnny- Albo chociaż premię.
Rose złapała się za głowę.
-A po cóż mi podwyżka czy premia...?- parsknęła śmiechem.
Szatyn wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko.
-Żebyś pojechała do dzieci.
-Oj, Johnny, jak będziesz chciał kilku dni wolnego, to po prostu powiedz, przecież nie będę ci siedziała na głowie, jak mnie nie potrzebujesz...- stwierdziła staruszka, a chłopak zaprotestował gwałtownie na te słowa:
-Co ty mówisz, Rose! Oczywiście, że cię potrzebuję- zapewnił ją gorliwie, podchodząc do niej i obejmując ramionami. Trzepnęła go lekko po ręce, jakby chciała dać mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł, chociaż uśmiechnęła się jednocześnie- Chciałem tylko zrobić dla ciebie coś miłego... Tyle czasu spędzasz ze mną i przez to nie masz w ogóle czasu dla rodziny. Może gdybyś więcej zarabiała, to mogłabyś do nich jeździć.
-Toś sobie wymyślił, Johnny...- Rose westchnęła ze zniecierpliwieniem, odsuwając się kawałek i spoglądając na podopiecznego z pobłażaniem- Tobie się wydaje, że ja nie mam nic lepszego do roboty, tylko jeździć tam, gdzie mnie nie chcą...? No nie patrz tak, nie patrz i jedz śniadanie- kobieta machnęła na chłopaka dłonią, ale ten nie ruszył się z miejsca, trochę zakłopotany i jednocześnie zdenerwowany tym, co słyszy- Stara baba już ze mnie. Oni są młodzi, to i mogą sobie jeździć tu i z powrotem, a jakoś wcale nie mają ochoty, więc po co ja mam im się tam ładować...?
Chłopak czasem zastanawiał się nad tym, jak wyglądają relacje Rose z jej dziećmi i zawsze dochodził do wniosku, że zupełnie ich nie rozumie. Rose była taka kochana. Zawsze się o wszystko troszczyła i wszystkim zajmowała, kiedyś całą swoją rodziną i nim, a teraz już tylko Johnny'm, chociaż dzieciom też wysyłała regularnie paczki, składała im życzenia świąteczne i urodzinowe i chłopakowi wydawało się, że musiało być jej smutno (chociaż nigdy tego nie okazywała), że tak rzadko się z nimi widuje. Chyba było jej smutno jednak z trochę innego powodu.
-Rose, jestem pewien, że chcieliby cię zobaczyć...- zaczął powoli.
-Nie zawracaj sobie głowy takimi głupotami i weź się lepiej do nauki- odpowiedziała zwyczajowo Rose- I jedz wreszcie śniadanie!- ofuknęła go, a że szatyn nadal spoglądał na nią dosyć niemrawo, nie bardzo wiedząc, co mógłby powiedzieć, westchnęła i rzuciła- Słuchaj, Johnny... Ze starymi ludźmi to tak już czasem jest. Z czasem nikt ich już nie potrzebuje. Często nawet rodzina. Ja mam szczęście, bo mam jeszcze swoje zajęcia, i przychodzę tutaj... Ale też z czasem nie będziesz mnie już potrzebował.
-Nieprawda, Rose- odparł stanowczo Johnny. Pomijając fakt, że póki co zupełnie nie wyobrażał sobie funkcjonowania bez tej kobiety, nigdy nie mógłby postąpić tak jak jej dzieci. Rose była mu bliższa niż rodzona matka i mógł z nią rozmawiać o wszystkim, nawet jeśli nie rozumiała, dlaczego żel jest najwspanialszym wynalazkiem i nie wiedziała, że mężczyźni się depilują...
-Oj, Johnny...- burknęła znowu, odwracając na chwilę wzrok.
Szatyn za dobrze ją znał, by nie wiedzieć, że wzruszyła się jego słowami.
-Może dzisiaj poczekałabyś, aż wrócę ze szkoły?- zapytał, uśmiechając się pogodnie- Moglibyśmy spędzić razem trochę czasu.
-No, już nie przesadzaj! Poza tym nie mam czasu, o piętnastej zaczyna się mój serial.
-Jaki serial...?
-A, taki jeden... Może kiedyś zostanę i obejrzymy...- stwierdziła, a Johnny raz jeszcze przytulił ją mocno, uśmiechając się przy tym radośnie- No już dobrze, dobrze... A ty zamiast zajmować się głupotami, a jak widać tylko to ci w głowie, lepiej zaproś tu sobie Benny'ego.
-Benny ma ostatnio problemy z Maicy. I chyba trochę mało czasu...- odpowiedział zgodnie z prawdą szatyn.
-No to tego Keitha...
Johnny na samą myśl o brunecie poczuł dziwne ciepło i jakoś zrobiło mu się przyjemniej.
-Zapytam go...- potwierdził z uśmiechem.
-Zapytaj, zapytaj... To taki miły chłopak... I jedz wreszcie to śniadanie!
Tym razem szatyn usiadł potulnie przy stole, zabierając się do jedzenia.
Rose jak zwykle miała rację.
Keith był świetnym chłopakiem.
Gdy Johnny wjeżdżał na parking szkolny, zauważył znajomy samochód, co wyjaśniało, dlaczego jego przyjaciel nie zadzwonił wczoraj ani dziś z prośbą o podwiezienie. Uśmiechnął się do siebie lekko i zatrzymał obok niego, wysiadając. Benny był już na zewnątrz, stał oparty o swój pojazd, z plecakiem i rozmawiał przez telefon, prawdopodobnie z matką, na co wskazywał jego marudny ton i wyraźne zniecierpliwienie. Gdy zobaczył szatyna, uśmiechnął się do niego i dał mu znak dłonią, by chwilę zaczekał, po czym rozłączył się i rzucił lekko:
-Ja i mój najlepszy przyjaciel...- poklepał z czułością maskę auta- Czy można sobie wyobrazić lepszy początek dnia...?
Johnny zaśmiał się pogodnie.
-Rozumiem, że nie chodzi o mnie...?- zapytał z udawanym rozżaleniem.
Benny zachichotał i odpowiedział:
-Raczej nie, ale nie masz powodu do niepokoju... Jesteś u mnie... No, powiedzmy, w pierwszej dziesiątce najlepszych kumpli wszech czasów...
-Zaraz po telewizorze i internecie...?
Żartując, ruszyli w kierunku szkoły. Johnny wyjątkowo nie zamierzał pytać Benny'ego o Maicy. Jego przyjaciel był w stosunkowo dobrym humorze i szatyn nie chciał go za nic psuć, a skoro ten nie ogłosił jeszcze wszem i wobec, że jego wymarzona dziewczyna znowu była księżniczką, a nie czarownicą, to chyba to akurat się nie zmieniło. Benny'emu także nie umknęło, że jego kumpel miał świetny humor. Oczywiście Johnny zazwyczaj miał świetny humor, bo czym mógłby się przejmować, będąc tak wspaniałym? No, może pomijając wczorajszy koniec lekcji. Wtedy miał zły humor. Wręcz fatalny. Ale już wczorajszy wieczór był tak miły, że chłopak ciągle uśmiechał się mimowolnie, na wspomnienie rozmowy z Keithem.
-A co ty wczoraj porabiałeś...?- zapytał blondyn z wyraźną rezerwą. Chyba oczekiwał kolejnej odpowiedzi zaczynającej się od: „Keith i ja...” albo „razem z Keithem...”, ale Johnny był nieco ostrożniejszy, odkąd zdał sobie sprawę, że jego opowieści o ciemnowłosym, przynoszą skutek odwrotny od oczekiwanego.
-Umówiłem się z Lindą- odpowiedział, uśmiechając się pogodnie. To też było miłe.
Benny odetchnął teatralnie.
-Wreszcie! Mój kumpel nawrócił się na heteroseksualizm i różowy garnitur mogę wyrzucić do kosza...- zironizował jasnowłosy, a Johnny tylko spojrzał na niego i pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Bo po co miał dodawać, że umówił się z Lindą tylko dlatego, że spotkał ją akurat wracając od Keitha, którego odwoził do domu, a który mieszkał zupełnie gdzie indziej, co dręczyło szatyna przez cały wczorajszy dzień i dziś zresztą także, ale wczoraj strasznie mocno, przynajmniej dopóki ten nie zadzwonił i nie stwierdził, że wcale nie przejmuje się tym, że Johnny jest gejem?- I jak było?
-Hm... Dobrze...- stwierdził zgodnie z prawdą szatyn, ale dostrzegając, że jego przyjaciel wciąż spogląda na niego z wyczekiwaniem, zastanowił się jeszcze chwilę, po czym dodał niezbyt odkrywczo- Linda jest bardzo... interesująca...
Benny wybuchnął śmiechem.
-Wyobraź sobie, że to akurat widać na pierwszy rzut oka...- rzucił pobłażliwie, kręcąc głową- Pytam o jakieś... szczegóły, których na pierwszy rzut oka nie widać...- zachichotał, posyłając kumplowi znaczące spojrzenie.
-Eee...- Johnny nie bardzo wiedział, co powiedzieć, albo raczej, co powinien powiedzieć, więc w końcu wzruszył nieco bezradnie ramionami i odpowiedział- No... Jest... Taka... Miła jest, bardzo.
Tym razem jednak niespodziewanym wybawcą od kolejnych pytań blondyna, okazał się Eric, który przemknął przed nimi, ze słuchawkami na uszach, nawet na nich nie spoglądając, zresztą szatyn miał wrażenie, że ten z początku wcale ich nie zauważył.
-Cześć, Eric!- rzucił głośno Benny, najwyraźniej rezygnując ze swojej wczorajszej polityki absolutnego ignorowania chłopaka.
A co jeszcze dziwniejsze, sam Eric zatrzymał się zdezorientowany, rozejrzał wokoło, a gdy dostrzegł jasnowłosego, szepnął ledwie słyszalne:
-Cześć.
I odszedł szybkim krokiem.
To już wprawiło Johnny'ego w kompletne osłupienie.
-Coś mnie ominęło...?- zapytał, spoglądając na blondyna ze zdziwieniem.
-Nie, dlaczego?
-Wydawało mi się, że się do siebie nie odzywacie.
-Bo się nie odzywaliśmy. Wczoraj- zaśmiał się jasnowłosy- To znaczy ja się nie odzywałem, bo strasznie mnie wkurzał. Nadal wkurza. Ale w końcu jesteśmy kumplami, nie...? Nie takie rzeczy już znosiliśmy.
Johnny wzruszył ramionami. On rzeczywiście znosił różne akcje Erica całkiem długi czas, ale nie przypominał sobie, by działało to w obie strony.
-Może trzeba mu dać jasno do zrozumienia, że nie podoba nam się to, co robi...- powiedział ostrożnie- Może wtedy przynajmniej by się zmienił.
A jeśli nie, to jego strata! Jest tylu fajnych, miłych i przyjaznych chłopaków dookoła, z którymi można się przyjaźnić bez tworzenia idiotycznych problemów na każdym kroku. Jak na przykład... Keith, oczywiście!
-A może on potrzebuje naszej pomocy? No nie patrz tak na mnie, Johnny...- parsknął Benny, ale Johnny wciąż patrzył na niego w dokładnie taki sam sposób. Jakby ten zwariował. Owszem, jemu też już przeszło przez myśl, że Eric może mieć jakieś problemy. Poważne problemy. Może narkotyki...? Ale co niby mieli zrobić? Chociaż szatyn dostrzegał to wyraźnie dopiero teraz, Eric odsunął się od nich już jakiś czas temu. Właściwie odsuwał się regularnie, aż powstała między nimi do tak wielka przepaść. Eric nie chciał być ich przyjacielem. Nie chciał zgody- A jak twoim zdaniem powinienem się zachowywać...? Mam go olewać jak on nas? Przecież to zupełnie bez sensu... Zresztą...- blondyn uśmiechnął się gorzko- Moja własna dziewczyna ma ostatnio gorsze fazy niż on. Więc skoro toleruję ją, to chyba głupio byłoby nie tolerować najlepszego kumpla, nie...? Chociaż jego nie mogę podejrzewać o permanentny okres.
Johnny skinął głową. Zrobiło mu się trochę przykro, bo doszedł do wniosku, że Benny ma rację. Może za szybko skreślił Erica...? Po ich wczorajszej rozmowie wydawało mu się, że Eric skreślił się sam z bycia ich kumplem i bycia częścią paczki. Ale teraz... Może po prostu powinien zostawić go w spokoju? Pozwolić Benny'emu jakoś to wszystko załagodzić, skoro to on zawsze dogadywał się z nim najlepiej? To byłaby zresztą kolejna szansa, którą dał nie tyle Ericowi, co samemu sobie, na zrozumienie go.
Weszli do szkoły i stanęli przed klasą od matematyki. Chwilę później, na korytarzu pojawiła się Linda, wyjątkowo bez obstawy w postaci Maicy i Agathy, a gdy tylko dostrzegła Johnny'ego, podeszła do niego, z lekkim uśmiechem na ustach.
-Cześć, Johnny...- rzuciła, spoglądając na szatyna niemalże z uwielbieniem- O... Cześć, Benny...- zreflektowała się po chwili, zauważając blondyna, który również się z nią przywitał, a gdy ta przez dłuższą chwilę spoglądała na niego z wyraźnym wyczekiwaniem, rzucił:
-Och! No to... Pójdę... gdzieś tam- machnął dłonią i odszedł szybkim krokiem, zostawiając ich dwoje samych.
Johnny uśmiechnął się lekko do dziewczyny.
-Dziękuję za wspaniałą randkę- powiedziała, figlarnie zagryzając wargę.
-Nie masz za co, to dzięki tobie była wspaniała- odpowiedział Johnny, jak odpowiadał niemalże zawsze w takich sytuacjach.
-Dobra, dobra...- zachichotała Linda, rumieniąc się lekko- Znajdziesz dziś dla mnie czas...?
Jeśli cokolwiek w rozmowach z dziewczętami było dla Johnny'ego krępujące, to tylko i wyłącznie takie momenty. Jasnowłosa dostrzegła jednak jego wahanie, jeszcze nim zdążył wypowiedzieć choćby słowo i wycofała się prędko:
-Jeśli nie, to w porządku. Możemy się spotkać kiedy indziej.
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast szatyn- Po prostu jeszcze nie wiem- przyznał zgodnie z prawdą. A prawda była taka, że chciał się zobaczyć z Keithem. Bardzo chciał się z nim zobaczyć. I teraz, w szkole, i zaraz po niej. A po jego wieczornym telefonie, miał nadzieję, że brunet znajdzie dziś dla niego czas, mimo jego wcześniejszej zapowiedzi- Umówiłem się wstępnie z Benny'm, ale sama wiesz, jak to z nim teraz jest...- to akurat z prawdą nie miało nic wspólnego, ale przyniosło spodziewany efekt. Linda pokiwała głową ze zrozumieniem- Porozmawiamy później i ci powiem, dobra?
-Jasne.
W tym momencie zadzwonił dzwonek, a równocześnie z nim, rozbrzmiała także komórka Johnny'ego. Wszyscy zgromadzili się pod klasą, a on odszedł kawałek dalej, chcąc uniknąć nadmiernego hałasu i odebrał połączenie.
-No co jest, Carl?- rzucił do telefonu, oglądając się za siebie.
Zawsze punktualna Stevens już pojawiła się przed klasą, którą po chwili otworzyła i wpuściła wszystkich do środka. Szatyn jęknął głucho w duchu.
-Masakra, Johnny!- głos Carla brzmiał całkiem wesoło jak na „masakrę”- Jechałem do szkoły i zepsuł mi się samochód! Dasz wiarę...? Akurat teraz!
-Gdzie jesteś?- zapytał szatyn. Akurat w to uwierzyć nie było mu trudno, bo auto Carla pochodziło chyba jeszcze z czasów, gdy ludzie wynaleźli pierwsze koła- Przyjechać po ciebie?
-Nie, nie trzeba... Zadzwoniłem po mamę i zaraz tu będzie. Ale chyba nie przyjadę dziś do szkoły. No i uniknę odpytki Stevens...- Johnny zachichotał, rozumiejąc, co tak bardzo, w całej tej „masakrze”, uszczęśliwiło jego kumpla. Obawiał się jednak, że gdy on wejdzie do klasy, znajdzie się akurat na linii ognia- Powiesz Aghacie, że mnie nie będzie...? Nie mogę się do niej dodzwonić.
-Hm... Okej... Ale chyba jej nie ma...
Albo gdzieś umknęła Johnny'emu w tym całym tłumie.
-Nie ma...?- zaniepokoił się Carl- Może coś się stało...
Szatyn zaśmiał się lekko.
-Na pewno nie. Może po prostu jej nie zauważyłem. Przekażę jej, gdy ją zobaczę.
-Okej.
-Cześć.
Johnny rozłączył się pospiesznie, schował komórkę i wszedł do klasy. Odruchowo zatrzymał się na środku, czekając na zwyczajowy komentarz czy uwagę Stevens, ale siedząca przy biurku nauczycielka, spojrzała na niego jedynie i westchnęła głęboko, rzucając pełne rezygnacji:
-Siadaj, Bradley.
Zaskoczony Johnny pospiesznie zajął miejsce obok przyjaciela i obaj spojrzeli po sobie, przeczuwając, co zaraz nastąpi.
Pani Stevens podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła wzdłuż klasy, ściskając w ręce kartki, które rozdawała kolejno uczniom.
Serce Johnny'ego zabiło szybciej.
Sprawdziany.
-Po co wy w ogóle chodzicie do tej szkoły...?- zwróciła się do całej klasy, tonem tak surowym, że nikt nie śmiał choćby szepnąć- Po co marnujecie swój czas i moją cierpliwość...? Przecież to zupełnie bezcelowe!- prychnęła z politowaniem- Połowa klasy ma oceny niedostateczne. Połowa klasy! Połowa z was najwyraźniej spała przez wszystkie te lekcje, gdy tłumaczyłam wam temat! A to oznacza, że przynajmniej połowy z was powinno tu już nie być! Och, nie, drodzy państwo... Nie liczcie na to, że jeśli obudzicie się pod koniec semestru, pozwolę wam cokolwiek poprawiać, nie, nie...- Stevens zatrzymała się przy ławce Johnny'ego i Benny'ego. Umilkła na chwilę, mierząc tego pierwszego uważnym spojrzeniem, po czym podała im sprawdziany i poszła dalej, kontynuując swój karcący wywód.
Szatyn jednak nie słyszał ani tego, ani ciężkiego westchnienia przyjaciela, oszołomiony tym, co zobaczył. Trzy plus! Dostał trójkę z plusem! A trójka z plusem to prawie czwórka z minusem, a czwórka to ocena, której nigdy jeszcze nie dostał z żadnego sprawdzianu! Nie pamiętał tez zresztą, by z jakiegoś dostał w ostatnim czasie trójkę. Trzy plus! Trzy plus!!!
-Dostałem trzy...- szepnął podekscytowany, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.
-A ja jeden...- odparł kwaśno Benny- Ale nie będę się wysilał na wytykanie palcami winowajców...- dodał z politowaniem, ale Johnny był tak pochłonięty tonięciem we własnej radości, że kompletnie nie wiedział, co się wokół niego dzieje.
Szatyn odwrócił się z szerokim uśmiechem na ustach, chcąc spojrzeć na Keitha, ale... Keitha nie było. Przez chwilę wpatrywał się w jego pustą ławkę, po czym zaczął szukać chłopaka wzrokiem po całej klasie, ale nigdzie go nie dostrzegł. Brunet nie przyszedł. I świetny nastrój Johnny'ego pękł nagle niczym bańka mydlana. Gdy ponownie spojrzał na sprawdzian, trójka z plusem wydawała mu się już znacznie mniej fantastyczna niż wcześniej.
I gdy już pogodził się ze swoim rozczarowaniem i uświadomił sobie, że dziś nie zobaczy się z brunetem, ten pojawił się na kolejnej lekcji, co ponownie wzbudziło w Johnny'm istną euforię. Benny pozwolił sobie na złośliwość, że nawet Maicy ma mniej zmienne nastroje od niego. Szatyn trzymał się z przyjacielem i z początku nie bardzo miał okazję, by zamienić z Keithem choćby słowo, wiedząc, jak reaguje na to Benny. Gdy pojawili się w stołówce, by zjeść drugie śniadanie, znowu natknęli się na Erica, który wcześniej wyraźniej ich unikał.
-Hej, zjesz z nami?- zaczepił go Benny, a chociaż tamten miał minę, jakby wolał skoczyć z mostu albo spróbować szkolnego jedzenia (ohyda!),
 odmruknął:
-Jasne- po raz kolejny wzbudzając zdumienie Johnny'ego.
Podeszli do wolnego stolika i gdy już szatyn miał usiąść, zauważył Keitha, który zajął miejsce prawie na drugim końcu sali. Spoglądał na niego przez chwilę, walcząc ze samym sobą, ale ostatecznie uśmiechnął się pogodnie i ruszył w jego kierunku.
-Johnny!- rzucił za nim Benny- Gdzie ty idziesz...?
-Och...- szatyn przypomniał sobie o tym jakże drobnym szczególe w postaci oczekującego na niego przyjaciela i przystanął na chwilę- Idę z kimś pogadać- stwierdził w końcu i poszedł.
Po drodze minął stolik Lindy i odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech, który chyba miał w sobie coś z zaproszenia, czego jednak, pochłonięty własnymi myślami i emocjami Johnny, nie zauważył. Szedł tak szybko, że w pewnym momencie o mały włos nie wywrócił biednego pierwszoklasisty, który wszedł mu pod nogi. Przeprosił krótko i zaraz był już przy stoliku Keitha. Wreszcie...! Johnny uśmiechnął się do siebie z rozbawieniem, uświadamiając sobie, od ilu dni miał już ochotę zjeść lunch w jego towarzystwie.
-Dostałem trzy plus. Z matematyki- powiedział z dumą, widząc pytające spojrzenie Keitha- To dzięki tobie.
-Dzięki mnie...?- parsknął ciemnowłosy, kręcąc głową- Przecież już wcześniej dostawałeś trójki.
-To nie to samo! Poza tym nie ze sprawdzianów. Rose chyba nie uwierzy, jak się dowie! Mogę się przysiąść?- zapytał, choć jasnym było, że wcale nie oczekiwał odpowiedzi, bo już po chwili zajął miejsce obok ciemnowłosego i zaczął wypakowywać swoje drugie śniadanie.
Keith wpatrywał się w niego z rozbawieniem.
-Przysiadłeś się, bo Eric usiadł z Benny'm, prawda...?- zapytał, a Johnny po raz kolejny odniósł wrażenie, że chłopak dostrzega sporo rzeczy- Chyba wasza ostatnia rozmowa nie należała do zbyt owocnych...
-Była standardowo nieprzyjemna- przyznał szatyn, wpychając spory kawałek rogalika do buzi- Ale nie przesiadłbym się przecież do ciebie przez jakiegoś tam Erica. Po prostu chciałem z tobą zjeść. Chcesz?- oderwał część rogala i podał ją Keithowi.
-To kolejna akcja dokarmiania ze strony twojej gosposi?- uśmiechnął się ciemnowłosy, biorąc kawałek pieczywa.
-Nie. Tym razem to akcja oddolna- uśmiechnął się radośnie Johnny- Jest świeży i strasznie pyszny. Rose nie robi takich zakupów w supermarkecie, tylko w piekarni, na rogu.
-Wiem. Też tam czasem kupuję.
-Tak?
-Mhm.
-Ach... No tak, przecież mieszkasz tak blisko...- ledwie Johnny powiedział te słowa, a zaraz odkaszlnął nerwowo.
Keith skinął głową w ramach potwierdzenia, nie dostrzegając w tym na szczęście nieco nieświadomej prowokacji ze strony szatyna. Właściwie po co się nad tym tak bardzo zastanawiał...? Czemu od razu uznał, że Keith go okłamuje albo niezupełnie mówi mu prawdę? Może naprawdę musiał coś pożyczyć od sąsiadów, może tam pracował... Przy Keithie wszystko wydawało się takie proste, zupełnie nieskomplikowane, że Johnny'emu aż trudno było uwierzyć, by ten mógł go oszukiwać. Po co? Pewnie chłopak mieszkał tak naprawdę w tych blokach, ale o czymś sobie przypomniał... Na przykład o korepetycjach! Tak, korepetycje! Korepetycje wszystko wyjaśniały! Bo przecież nawet geniusze czasem ich potrzebują, prawda...?
-Czemu nie było cię na pierwszej lekcji, Keith?- zainteresował się Johnny, w międzyczasie już zdążywszy podzielić całe swoje zapasy na ich dwóch –rogalika, kanapki, jogurt, czekoladowego batona i pomarańczę.
-Ehm...- ciemnowłosy wydawał się być nieco zakłopotany tym podziałem żywności- Byłem trochę zajęty.
-Z samego rana?
-Mhm.
-Jak Rose!- zachichotał Johnny- Obudziła mnie o piątej! Musiała zmienić pościel czy coś takiego... Widzimy się dzisiaj?- zapytał niespodziewanie nawet dla samego siebie. Naprawdę starał się być odrobinę bardziej subtelny, ale przy Keithie chyba nie potrafił.
-Chyba już się widzimy.
-Tak, ale... po szkole.
Keith pokręcił głową.
-Mówiłem ci już, że jestem zajęty. Że mogę być zajęty przez dłuższy czas- mruknął cicho, obracając w dłoni połówkę obranej pomarańczy- Dziś nie mogę.
Johnny błysnął zębami w czarującym uśmiechu.
-Ale dasz się podwieźć, prawda...?

Owszem, Keith zgodził się, chociaż na pierwszy rzut oka widać było, że wcale mu to nie pasuje, ale najwyraźniej nie chciał sprawiać szatynowi przykrości. Johnny tymczasem już obmyślił cały plan. Doszedł bowiem do wniosku, że nawet jeśli to wszystko, co wczoraj widział, było tylko jednym, wielkim zbiegiem okoliczności, z Keithem spieszącym na korepetycję/chcącym pożyczyć szczyptę soli/udającym się do pracy w roli głównej, wolał się upewnić. W przeciwnym wypadku, nie dałoby mu to spokoju. Co prawda mógłby zapytać, ale po co się tak kłopotać! Zresztą obawiał się, że po jego pomysłowym wyznaniu, że jest gejem, Keith mógł się poczuć nieswojo, więc wolał, by ten nie myślał sobie, że Johnny go śledził albo coś w tym stylu. Chociaż śledzić właściwie go zamierzał.
Plan był doskonały. Johnny odjechał razem z Keithem spod szkoły, ale wcześniej poprosił Benny'ego, by ten do niego zadzwonił. Jego przyjaciel jak zwykle zadawał aż nazbyt dużo marudnych pytań, ale ostatecznie zgodził się i rzeczywiście, w drodze, Johnny odebrał od niego telefon. Odegrał rozmowę i udał, że zadzwoniła do niego Rose, i że musi szybko wracać do domu, a więc podwiezie Keitha tylko do swojego własnego osiedla. Brunet zareagował na tę informację aż nazbyt entuzjastycznie i zgodził się natychmiast, bez cienia pretensji czy zdenerwowania. I tak też się stało. Johnny zaparkował, pożegnał się z Keithem, który ruszył do domu, a następnie... poszedł w ślad za nim. I chociaż już po kilku krokach poczuł wyrzuty sumienia i zrobiło mu się strasznie nieprzyjemnie z myślą, że robi coś takiego, nie zrezygnował. Był bardzo ostrożny. Odczekiwał długo, wyglądał zza rogu, obserwował chłopaka z daleka, bojąc się tego, że mógłby zostać zauważony czy przyłapany. Ale okazało się, że to, co wczoraj zobaczył, nie było przypadkiem. Keith szybkim krokiem minął blok, przy którym zatrzymywał się Johnny, odwożąc go do domu, skręcił za budynek. I tak jak wczorajszego dnia, wszedł na teren znajdującej się tam posiadłości.
Johnny stał bezradnie w miejscu, nie wiedząc zupełnie, co powinien ze swoją wiedzą zrobić. Keith go okłamywał...? Ale po co miałby to robić? Przyszło mu do głowy kilka możliwości, ale każda wydawała mu się równie mało logiczna. I gdy chciał już wracać do domu, coś strzeliło mu do głowy. Wziął głęboki oddech i ruszył do przodu, w kierunku budynku. Nie wiedział, czy to dobry pomysł. To znaczy on miał oczywiście same dobre pomysły, które jednak najczęściej źle się kończyły. Stwierdził jednak, że pójdzie do Keitha i po prostu go zapyta. Teraz, by chłopak powiedział mu prawdę, a nie wymyślił jakąś wymówkę. Swoją drogą Johnny też chyba jakiejś potrzebował, by wyjaśnić, po jakie licho szedł za nim aż od domu.
Stanął przy barierce i omiótł wzrokiem ogród. Jedno drzewo, obok niego para kołyszących się na wietrze huśtawek, niedaleko, rozłożony na trawie koc, a na nim porozrzucane kredki i lalka. Johnny zmarszczył brwi, przypominając sobie, że Keith twierdził, że nie ma rodzeństwa. Tymczasem wyglądało to tak, jakby mieszkała tu jeszcze mała dziewczynka. Wzdrygnął się lekko, gdy usłyszał trzaśnięcie frontowych drzwi i podniósł wzrok. Z domu wybiegła dziewczyna, wyglądająca na niewiele młodszą od niego, o uśmiechniętej twarzy, o ciemnych, kręconych lekko włosach i w jesiennej, rozpiętej kurtce. Usiadła na kocu i chwyciła za lalkę. Dopiero po chwili wyczuła, że ktoś ją obserwował. Odwróciła się i zamarła w bezruchu. Dokładnie tak samo jak Johnny. Długi czas oboje wpatrywali się w siebie bez słowa, ona wyraźnie zdziwiona i lekko przestraszona, on kompletnie zdezorientowany.
-Kim jesteś...?- usłyszał w końcu zadane podejrzliwym głosem pytanie.
-Jestem... Jestem Johnny...- odparł idiotycznie, skołowany.
-A ja Angie- dziewczyna uśmiechnęła się do niego radośnie. Podniosła się z miejsca i podeszła powolnym krokiem do barierki, wpatrując się w gościa z zaintrygowaniem.
-A-Aha... Czy Keith tu mieszka...?- zapytał niepewnie chłopak.
Dziewczyna zachmurzyła się wyraźnie i wzruszyła ramionami.
-Nie wiem- burknęła buńczucznie.
-Jestem jego przyjacielem- dodał Johnny, nie mogąc oderwać od dziewczyny wzroku. Wyglądała jak nastolatka, ale nie była nastolatką. Było w niej coś nawet nie dziecinnego, ale kompletnie dziecięcego, jej gesty, jej twarz, głos, słowa, wszystko to nie pasowało zupełnie do jej wieku i wprawiało szatyna w dezorientację.
-Keith nie ma przyjaciół- odparła stanowczo- Nikt go nie lubi.
Chłopak milczał przez chwilę. Angie uśmiechnęła się do niego znowu i niespiesznym ruchem zaczęła gładzić swoją lalkę po jasnych włosach.
-Jesteś jego siostrą...?- rzucił po chwili.
-Tak...- przyznała niechętnie- Ale to zły brat. Nie lubię go. Nikt go nie lubi. Zabierzesz mnie nad rzekę?- zapytała z podekscytowaniem.
-Nad rzekę...?- powtórzył głucho Johnny.
-No. Trzeba tylko wsiąść w autobus. Zabierz mnie nad rzekę, Johnny.
Ale nim szatyn zdążył cokolwiek odpowiedzieć, z domu wyszedł nikt inny, jak sam Keith. W pierwszej chwili zatrzymał się gwałtownie, dostrzegając Johnny'ego, po czym podszedł do niego szybkim krokiem. I Johnny chyba nigdy nie widział go równie zdenerwowanego.
-Co ty tu robisz?!- warknął wściekle.
-P-Przepraszam...- wyjąkał Johnny- Przechodziłem i zobaczyłem, jak tu wchodzisz, więc...
-Więc uznałeś za słuszne, żeby tu przyleźć, tak?! Kto cię o to w ogóle prosił?!
-Nie krzycz na niego!- zaprotestowała dziewczyna.
-Wracaj do domu!
-Nie! To mój przyjaciel! Odwiedził mnie!
-Wracaj do domu, Angie!- huknął na nią ciemnowłosy, po czym zwrócił się z powrotem do Johnny'ego- Wynoś się stąd. Natychmiast.
-Ale Keith...
-Nie chcę cię tu nigdy więcej widzieć. Trzymaj się ode mnie z daleka- syknął chłopak, po czym odwrócił się na pięcie i chwycił za ramię dziewczynę, z którą poszedł do domu, nie oglądając się wcale.
A Johnny odszedł, kompletnie zdezorientowany.

To był fatalny dzień. Gdy tylko Johnny wrócił do domu, usłyszał krople deszczu bębniące w szyby i wtedy pomyślał sobie, że pogoda świetnie oddaje jego aktualny nastrój. A chwilę później rozpadało się na dobre. Szatyn westchnął głęboko, leżąc na kanapie w salonie. Odczytał sms od Benny'ego, ale nawet nie chciało mu się na niego odpisać, chociaż jeszcze przed chwilą wysłał chyba z dwadzieścia wiadomości do Keitha. Wszystkie były mniej więcej takie same, zupełnie nieskładne i chaotyczne, Johnny usiłował się jakoś wytłumaczyć, przeprosić za swoje zachowanie, chociaż problem tkwił chyba w tym, że on nie do końca wiedział, za co przeprasza. Czuł się trochę jak pies, skarcony przez swojego właściciela, który wie, że zrobił coś źle, ale nie miał pojęcia, co dokładnie. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien był śledzić Keitha, przychodzić do tego domu bez jego pozwolenia, ale czemu ciemnowłosy nie powiedział mu prawdy? Czemu kłamał mówiąc, że nie ma rodzeństwa, czemu nie zdradził mu, gdzie naprawdę mieszka? Johnny wstał z głębokim westchnieniem i podszedł do okna. Było mu przykro, że tak strasznie zawalił sprawę. Nie chciał przecież tracić sympatii Keitha, a tylko dowiedzieć się prawdy! Oparł się czołem o szybę i obserwował opustoszałą ulicę, którą czasem ktoś przemykał szybko, chcąc uchronić się przed deszczem. Spojrzał na wyświetlacz telefonu. Przez chwilę zamierzał napisać do Lindy i odwołać ich dzisiejsze spotkanie, na które umówił się z nią po tym, jak dowiedział się, że Keith nie ma dla niego czasu, ale ostatecznie dał sobie spokój. Doszedł do wniosku, że chociaż on kompletnie nie miał nastroju na randkę, może przynajmniej jedna osoba tego dnia, nie poczuje się rozczarowana albo smutna. I już miał iść na górę, by przebrać się i naszykować, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Było tak ciche, że w pierwszej chwili zdawało mu się, że było to tylko jego złudzenie, ale gdy usłyszał je ponownie, odłożył komórkę na stół i przeszedł do drugiego pomieszczenia, a następnie otworzył frontowe drzwi.
Osłupiał, gdy zobaczył w progu Keitha, w jego czarnej, kompletnie przemokniętej bluzie, z kapturem na głowie. Był tak zdumiony, że nawet nie wydobył z siebie żadnego zaproszenia, a jedynie odsunął się, by wpuścić chłopaka do środka. Ciemnowłosy wszedł do mieszkania, zatrzymując się przed szatynem.
-Przepraszam- powiedział cicho- Nie chciałem na ciebie krzyczeć ani być dla ciebie nieprzyjemnym... Źle zareagowałem- milczał przez chwilę, chyba oczekując odpowiedzi Johnny'ego, ale ten był tak zaszokowany całym zdarzeniem, że trudno mu było wycisnąć z siebie chociażby słowo- Pójdę już- szepnął Keith.
Johnny dosłownie zatrzasnął mu drzwi tuż przed nosem, uniemożliwiając wyjście z mieszkania. Ciemnowłosy spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś, Keith...?- zapytał Johnny i zdumiał się, słysząc swój własny głos, aż drżący aż od emocji- Czemu nie powiedziałeś, że tam mieszkasz...? Nie chciałem cię nachodzić. Po prostu zdziwiłem się, gdy wczoraj zobaczyłem, jak tam idziesz.
-Nie chciałem żebyś wiedział- odparł ciemnowłosy, nieco ostrym tonem. Zsunął z wilgotnych włosów mokry kaptur i zdjął na chwilę okulary, które zaparowały mu, gdy wszedł do pomieszczenia, a następnie otarł je niedbale i założył z powrotem na nos- Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział. Angie... To nie jest twoja sprawa- głos Keitha brzmiał napastliwie, ale Johnny wyczuł w nim smutek- Nie pozwolę nikomu jej skrzywdzić ani wyśmiewać się z niej.
-Dlaczego miałbym się z niej wyśmiewać...?- Johnny pokręcił głową bez zrozumienia- Nigdy bym tego nie zrobił. Nie sądzę, by ktokolwiek zrobił coś takiego. Ona jest chora, prawda?- dopytał niepewnie. Chora psychicznie. Tak się szatynowi wydawało.
-Kilka lat temu, gdy byliśmy razem nad rzeką... Wpadła do niej i uderzyła się w głowę- wyjaśnił Keith, odwracając wzrok- Od tamtej pory taka jest. Zawsze już taka będzie. Nie chcę, żeby ludzie o tym wiedzieli. Nie chcę, żeby ją źle traktowali. Nie chcę, żeby patrzyli na mnie i wiecznie myśleli o tym, że taka siostra jest dla mnie balastem. Nie potrzebuję litości.
-To dlatego miałeś tak mało czasu...- bardziej stwierdził niż zapytał szatyn. Teraz wszystko wydawało się być takie oczywiste!- Opiekujesz się nią.
-Matka zatrudniła pielęgniarkę, ale uważa, że Angie powinna spędzać jak najwięcej czasu z nami. Dlatego muszę z nią być.
-Przykro mi...- szepnął Johnny, a widząc spojrzenie Keitha, dodał- To nie jest litość, ani nic takiego... Po prostu nie spodziewałem się tego... Więc kiedy zobaczyłem, jak wchodzisz do tego domu... Gdybym wiedział, nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego bez twojego pozwolenia... Ale nie rozumiałem, dlaczego mnie oszukujesz.
-Cóż...- Keith parsknął cicho- Do tej pory nie miałem kogo oszukiwać.
Johnny uśmiechnął się do niego ciepło.
-A teraz już nie musisz. Nikomu o tym nie powiem. Przysięgam.
-Wiem- odpowiedział spokojnie Keith.
Dopiero teraz Johnny zauważył, że ciemnowłosy cały trząsł się z zimna.
-Chodź. Musisz się przebrać.
-Nie... Lepiej będę już wracał do domu...- wycofał się natychmiast brunet.
-No co, ty, Keith! W taki deszcz?- Johnny parsknął cicho i pokręcił stanowczo, głową, po czym chwycił chłopaka za rękę i zaciągnął go ze sobą na górę, do swojej sypialni. Zostawił nieco zakłopotanego Keitha na środku, a sam podszedł do szafy, szukając czegoś ciepłego- Zaraz coś dla ciebie znajdę.
-Wątpię, żebyś miał cokolwiek w moim rozmiarze...- stwierdził Keith, ściągając z siebie bluzę.
-E tam! To przecież tylko na chwilę. Odwiesimy twoje rzeczy na grzejnik i poczekamy aż wyschną...
Boże, a to dopiero. Mieć całą szafę ubrań i nic odpowiedniego. Szatyn odwrócił się w stronę chłopaka, chcąc go poprosić, by ten podszedł i sam zobaczył, czy coś mu odpowiada, ale zachichotał jedynie, widząc, że Keith zaplątał się we własną koszulkę, usiłując ją z siebie zdjąć. Podszedł do niego i pomógł mu się z niej oswobodzić. I nagle zdał sobie sprawę, zresztą chyba nie on jeden, z kłopotliwości sytuacji w jakiej się znaleźli. Stał bardzo blisko Keitha. Półnagiego Keitha. Półnagiego Keitha, który nie odsuwał się wcale, tylko wpatrywał się w niego oszołomiony. Co więcej, Johnny właśnie uświadomił sobie, że jedna z jego dłoni, wciąż bezwstydnie opierała się na biodrze ciemnowłosego. Krępujące. Bardzo krępujące. Chociaż nie tak bardzo, jak pocałunek.
Bo Johnny nawet nie widział, czy to on, wiedziony tym przyjemnym odczuciem w podbrzuszu i dreszczami na ciele, nachylił się do warg Keitha, czy to Keith podniósł się odrobinę i zainicjował to wszystko, czy może obaj zrobili to jednocześnie. Ale całowali się. On całował Keitha i Keith całował jego. Wargi bruneta były wyczuwalnie nieporadne, ale chyba i Johnny, istny mistrz w tej dziedzinie, całował go chaotycznie i niepewnie, przytłoczony tym, co się właśnie działo. Nigdy wcześniej nie całował chłopaka... Dziwna myśl, dziwne uczucie, ale jakie przyjemne. Zamknął oczy i objął ciemnowłosego wokół pasa, oddając się temu zupełnie. W pewnym momencie automatycznie, cofnął się w kierunku łóżka, ciągnąc za sobą Keitha i wreszcie położył go na nim, samemu kładąc się tuż obok.
-Johnny...- brunet najwyraźniej oprzytomniał nieco. Odsunął głowę i chwycił chłopaka za ramiona- Nie...
-Chcę cię tylko pocałować- odparł szatyn, po czym nie słysząc sprzeciwu, powrócił do warg ciemnowłosego.
Ledwie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

37 komentarzy:

  1. Anonimowy7:27 PM

    o boże kocham ten delikatny zawrót głowy kiedy po raz kolejny odświeżam stronę i widzę nowy rozdział; kocham *>
    itadakimasu!~

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy7:43 PM

    JESZCZE, JESZCZE, JESZCZE <33333333333333333333

    OdpowiedzUsuń
  3. Super!! ale przerwałaś w takim momencie! jak mogłaś! teraz będę usychać za kolejnym rozdziałem :(

    OdpowiedzUsuń
  4. To niewątpliwie najlepszy rozdział jaki w życiu spotkałam. Gdybym wiedziała, nie czytałabym go teraz tylko razem z 12 częścią Wyzwania...
    Nie spodziewałam się, że tak szybko nastąpi interakcja miedzy nimi.
    Uwielbiam tą myśl, że Johnnemu już wcale nie o wyzwanie chodzi.
    Kocham <3
    Twoja oddana psycho-fanka
    Masae

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy8:27 PM

    Droga Silencio, dziś jest bardzo przełomowy dzień. Przełom w pogodzie, bo wreszcie jest pięknie i -przynajmniej u mnie- gorrrąco! I chociaż już temperatura spada za oknem, to mi się chwilę temu zrobiło cholernie gorąco.
    "Wyzwanie" było do tej pory jednym, z opowiadań, które widziałam w kategorii 'miłe dla oka' - czyli ciut poniżej tych moich ulubionych. Ale.. cóż. Stało się, mam kolejnego ulubieńca :) Johnny z każdym odcinkiem ciut zyskiwał, by w końcu- zdobyć mnie swoim charakterem. A ostatnia akcja odcinka tylko wzmocniła pozycję 'Wyzwania' w moim prywatnym rankingu. Keith mnie wciąż zaskakuje. Wygląda na to, że ta cicha woda ma różki :)
    W jakiś pokręcony sposób cały czas to opowiadanie kojarzy mi się z 'Every-me'. Gdzieś czają się cienie Brandona, Desmonda, Blaise'a, Marthy... Nie wiem skąd to wrażenie, bynajmniej nie przeszkadza mi w odbiorze treści. Pewnie to wyraz mojej tęsknoty za tamtą historią:)

    Pozdrawiam i życzę weny,
    Cannum

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy8:44 PM

    Genialne, cudowne...! Jejku, uwielbiam to opowiadanie. Nie, ja je KOCHAM. Mam nadzieję, że kontynuacja pojawi się stosunkowo szybko, bo przerwałaś w takim momencie, że aż żal serce ściska. :C

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak mogłaś skończyć w takim momencie? Błagam nie pozwól, abyśmy czekały długo na kolejny rozdział.
    Widać, że Johnny pokierował się instynktem i niech słucha go i zapomni o wyzwaniu, bo zrani Keitha, gdy ten się o tym dowie, a może zacznie coś czuć i podwójnie będzie go to boleć. Nie uwierzy nawet, kiedy Johnny powie, że zrobiło to bo chciał.
    W pewnym sensie rozumiem Keitha, że chciał chronić siostrę. Niestety ludzie bywają okrutni i potrafią wyśmiewać się z takich osób jak Angie.
    Rose jest fajna. Linda, niech spada na drzewo.
    A Eric nadal jest dla mnie tajemnicą. Wydaje mi się, że jest gejem i dlatego się odsuwa od nich.
    A Johnnyego uwielbiam. Opowiadanie też. :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Oh my... cała się trzęsę... jeszcze to do mnie nie dotarło.. oh my.. będzie mi się to dzisiaj śnić *-* holender nie wiem co powiedzieć normalnie xD końcówka była... Oh my Gazette... Oh my Gackt... Oh my Girugamesh *-*

    OdpowiedzUsuń
  9. btw.. mówiłam już, że to moje ulubione opowiadanie? *-*

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy12:15 AM

    Popieram, JESZCZE, JESZCZE, JESZCZE~!

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy1:37 AM

    Ja chcę więcej! :) Fenomenalne, bez dwóch zdań. Moment na przerwanie naprawdę kiepski, bo było mi tak gorąco, że ach. Tak niemiłosiernie ciężko będzie wytrwać bez kolejnego rozdziału dłużej niż tydzień, że aż sobie nie chcę tego wyobrażać. ^^ Keitha naprawdę lubię, a i Johnny jest cudowny. Jeśli o Ericu mowa, to tak, też wydaje mi się, że jest gejem, a ta jego rzekoma dziewczyna z innej szkoły to taka niby przykrywka. I snuję domysły, że Benny jest tym, w którym się buja. *-* Jeszczeeee. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wszyscy ci mówią, że cię kochają... TO CHYBA JAKIŚ ŻART! Ja cię zamorduje! W takim momencie?! Czy TY CHCESZ mnie zabić!? ?! ?! Nienawidzę cię!! ZAMORDUJE! GYAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! Dziękuję, to tyle mojej refleksji. Ostatnio masz wzięcie na przełomowe odcinki huh? Nie mogę się doczekać Chaosu. Chce wyzwanie najszybciej jak to możliwe! :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy2:10 AM

    O matko.... piękne świetne idealne po prostu. Kocham cię :**

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy6:45 AM

    Superrrrrr !! Perry chce więcej. Hehe.Czemu przerwałaś w takim momencie ? Czekam na następny rozdział.Proszę dodaj go szybko :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Andri-xxx11:19 AM

    Mówił ci ktoś że jesteś niesamowita? Pewnie tak ale ja powiem to jeszcze raz: Jesteś świetna! Ale wytłumacz mi prosze czemu kończysz w takim momencie! Ja chce jeszcze! To opowiadanie idzie w bardzo ciekawym kierunku >u<

    OdpowiedzUsuń
  16. Generalnie wszyscy piszą yaoi w klimatach fantastycznych (tak, ja też *wzdech*). A w gruncie rzeczy moim ulubionym gatunkiem są dramatyczne gejowskie telenowele, i cóż, "Wyzwanie" plasuje się wysoko w moim rankingu. Bardzo prosty zabieg - odwrócić role w klasycznym, amerykańskim romansie dla nastolatek, po prostu zrobić z dziewczyny chłopaka - i nagle wszystko staje się fajniejsze. Jak się zresztą z czasem okazuje, Johnny nie jest głupi jak kilo gwoździ (i choć to również wpisuje się idealnie w kanon tego typu opowieści, to jednak jakoś mnie to nie uwiera).
    No. Generalnie podoba mi się rozwój tej historii, i zdecydowanie będę czekać na więcej.

    OdpowiedzUsuń
  17. Anonimowy1:33 PM

    CUDO!
    Wyzwanie jest moim ulubionym opowiadaniem tutaj! nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału!! :DDD

    OdpowiedzUsuń
  18. Anonimowy1:50 PM

    a mi podoba się to, że tak nagle to urwałaś, przez to jest bardziej urocze i niedopowiedziane :D no i nie mogę się doczekać następnego rozdziału!

    OdpowiedzUsuń
  19. myslałam o tym całą noc i doszłam do wniosku: bedą się kisssać a potem Johnnemu stanie! I się zdziwi na maksa. Będzie coś w stylu: "Jak to..? Dlaczego?" A Keith się zaśmieje i powie, że to chyba normalne, a Johnny na to, że nie może być... z facetem... No i Keith się skapnie że coś jest niehalo. To dlatego tu przerwałaś! Żebyśmy żyli w tej błogiej niewiedzy na temat tego, jak to Keith nabluzga na Johnnego za jego kłamstwa. LUB widzę też akcję, jak Johnny gada o tym Bennyemu i po prostu ten nie wierzy i chce to zobaczyc a Johnny się zgadza, jednak poźniej wszystko się wydaje... Przez ciebie wymyślam najgorsze teorie spiskowe! Widzisz jak się kończą takie sytuacje?! Nienawidzę cię jeszcze bardziej, bo szczęśliwe zakończenie w tym wypadku nie nastąpi na 100% w next notce -.- Pisz dalej. Ja wciąż chcę more!

    OdpowiedzUsuń
  20. Anonimowy7:49 PM

    Jeden z najlepszych rozdziałów tego opowiadania!
    A przez moją ostatnio nabytą nieumiejętność pisania komentarzy, na tym krótkim stwierdzeni skończę wypowiedź za co przepraszam. :*
    Dziękuję, pozdrawiam i życzę weny!
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  21. Anonimowy7:41 AM

    Eeeee.... a...ale...
    Jak można przerwać w takim momencie?
    Och...
    Dobrze wdech, wydech, wdech...
    Nie...
    ON GO POCAŁOWAŁ!
    Nareszcie, już myślałam ,że Keith zawsze będzie taki oziębły Brrry.
    Czyli Johny wygraną ma już zapewne w kieszeni.
    Tylko nie chce nawet myśleć co się stanie jak Keith się o tym dowie :(
    On mu nie wybaczy :((.
    Biedny Johny... powinien się szybko wycofać bo będzie nie fajnie... zresztą ... jestem ciekawa czy sam się przyzna Keithowi, kiedy się zorientuje ,że go kocha (Musi go kochać!) ,czy wygada się jakiś z jego kolegów.
    Uh ależ jest w mojej głowie spekulacji.
    A kiedy można się spodziewać następnej części?
    Wiesz, ja wiem ,że rozdział pojawił się w sobotę, a już wiele osób chce ciąg dalszy, i zdaję sobie sprawę z tego ,że masz naprawde wiele opowiadań...
    Ale ja bym chciała wiedzieć kiedy tak mniej więcej pojawi się nastepna część?
    Może, za 3 tygodnie, może miesiąc?
    Hmmmm? :)
    Pozdrawiam, Czekoladowy Mello.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem ;). Nic innego odpowiedzieć nie mogę.

      Usuń
  22. Anonimowy5:41 PM

    Uff, gorąco.

    Nawet nie wiem od czego zacząć. Cudowny rozdział, chyba najlepszy w historii Wyzwania. Musisz mi wybaczyć, że nieco zwlekałam z komentarzem, ale w sobotę spowodowałaś u mnie niemalże stan przedzawałowy, musiałam ochłonąć. Aż się boję pomyśleć co będzie przy kolejnym rozdziale.

    Znaczy nie sądzę, że nasze gołąbki pójdą na całość – w ogóle to dla mnie ogromne zaskoczenie, że KEITH wykazał się jakąś inicjatywą. Nie spodziewałam się, że Johnny oczaruje Keitha TAK SZYBKO. Myślałam, że to Bradley będzie bardziej naciskał, ale no cóż … to bardzo miłe zaskoczenie. Chociaż jestem niemal pewna, że coraz coś się popsuje. I albo Johnny powie coś bardzo nieodpowiedniego w nieodpowiednim czasie, albo warunki zewnętrze zmuszą ich do przerwania radosnego migdalenia. No i jest zawsze opcja Lindy wyskakującej spod dywanu i „chodźmy na tą randkę, Johnny!”. Jestem strasznie ciekawa jak to teraz będzie wyglądać – czy ich relacje się zmienią, czy potraktują ten pocałunek jako wypadek.

    Jezu, jesteś okropna, że przerywasz w takim momencie! Teraz znowu będę z dobry miesiąc czekała i obgryzała pazury, myśląc „co dalej, CO DALEJ?”.

    Ciekawa sprawa z siostrą Keitha. Coś od początku czułam, że Keith kręci z tym „ja wcale nie mam rodzeństwa” ale nie spodziewałam się, że to może chodzić o chorą siostrę. Zresztą siostrzyczka już wyhaczyła Johnny’ego i chyba łatwo nie odpuści. Także na dniach tylko czekać, aż Johnny zostanie zaproszenie na obiad do Keitha. W ogóle historia Angie jest strasznie smutna. Jestem ciekawa czemu nie lubi brata.

    Hm, wyszło na to, że Keith jednak jest całkiem zamożny? Dziwne, pamiętam, że w którymś rozdziale mówił, że jego rodzice są rozwiedzeni i ojciec nie ma na alimenty, więc matka ciężko haruje – automatycznie nasunęło mi się, że Keith wiedzie raczej umiarkowanie komfortowe życie. Ciekawe.

    A na Erica to nie mam już siły. Chodząca zagadka, cholera. On coś chyba z Benny’m ma jakieś nie wyjaśnione sprawy. Na początku myślałam, że to o Johnny’ego chodzi, ale teraz to zacznę się Benny’emu uważniej przyglądać.

    No i bym zapomniała - CHCĘ POZNAĆ MAMĘ JOHNNY’EGO! Wygląda na haha, miłą i sympatyczną babkę : > Aż ciekawa jestem po kim Johnny odziedziczył ten swój uroczy charakterek.

    Pozdrawiam,

    V.

    OdpowiedzUsuń
  23. Anonimowy10:44 PM

    Ile emocji daje zobaczenie kolejnego rozdziału na Twoim blogu zaczynającego się od "Johnny..."! A co dopiero zapoznanie się z jego treścią.
    Oni. Się. Całowali.
    Nie mogę w to wprost uwierzyć! Myślałam, że będzie trzeba czekać na to całe wieki!
    Pani Silencio, jeśli Pani szybko nie napisze kolejnego rozdziału, to umrę na serce z żalu i tęsknoty.;D
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję.
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy1:11 PM

      A pani chyba nie chce mieć człowieka na sumieniu hmm? :)
      Mail

      Usuń
  24. Witaj, Silencio :)

    Dałam sobie trochę czasu na przetrawienie tego wszystkiego, co stało się w tym rozdziale. Więc piszę komentarz dopiero teraz, choć nadal czuję gdzieś w żołądku pozostałości szoku, jakiego doświadczyłam.

    Od początku podobało mi się "Wyzwanie", bo wydawało mi się niezwykle nam bliskie, realistyczne. Nie zawiodłam się, bo nadal mam wrażenie, jakby historia Johnny'ego rzeczywiście działa się gdzieś obok mnie. Dlatego niezwykle wczuwam się w życie bohaterów.

    Keith'a polubiłam od początku, ponieważ uwielbiam spokojne, nieco tajemnicze postacie. Jego samotność i fakt, że nie miał przyjaciół nie wydawała mi się ani trochę żałosna. Jestem po prostu zdania, że nie każdy musi odstawiać teatrzyk pt. "Bądźmy przyjaciółmi, pobawmy się w dom" jeśli nie ma na to ochoty.

    Co do błędów, jeden rzucił mi się w oczy:
    "-Dlaczego mi nie powiedziałeś, Keith...?- zapytał Johnny i zdumiał się, słysząc swój własny głos, aż drżący aż od emocji- Czemu nie powiedziałeś, że tam mieszkasz...?" Powtórzenie "aż". Nic innego nie znalazłam.

    Byłam u koleżanki, gdy czytałam jedenasty rozdział i choć kultura nakazuje, by nie olewać swoich przyjaciół, to jej nie mogłam zignorować, podczas gdy czytałam "Wyzwanie".
    Po przeczytaniu ostatniej linijki zasłoniłam twarz, popatrzyłam na moją znajomą i wydusiłam "Będę płakać, Balba". Po czym naprawdę się popłakałam. Możesz mnie uważać za lekko "szajbniętą", bo w końcu nie stało się nic złego. A jednak natłok emocji po prostu we mnie wybuchł i nie mogłam się opanować.

    Myślę, że relacja między Johnny'm, a Keith'em jest niezwykle zawiła, a jednocześnie naturalna, bo przecież obaj nie wiedzą tak naprawdę co nimi kieruje. I będą w tym pewnie niezwykle zagubieni.

    Chciałabym, by to opowiadanie nie skończyło się tak szybko, jak większość. W swojej wyobraźni widzę ich parę, gdy obaj są już w podeszłym wieku i siedzą naprzeciwko siebie, wpatrzeni w swoje twarze ze spokojem.
    Smutne jest to, że większość yaoistek nie przepada za czytaniem o parach w starszym wieku, bo wydaje im się to nieprzyjemne, a często nawet obrzydliwe. Ja nie boję się tego tematu. To przecież naturalna kolej rzeczy, następstwo radosnej młodości.

    Miło by więc było, byś urzeczywistniła moją wizję :)

    Pozdrawiam.
    Kajna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy12:01 PM

      W pełni się zgadzam z Kajną. Chociaż ja się nie popłakałam, tylko zaczęłam piszczeć i przytulać niczemu nie winnego psa. XD
      Jeśli chodzi o długość tego opowiadania, to również nie chciałabym, żeby się szybko skończyło, bo jestem osobą, która się szybko przywiązuje do bohaterów, a potem naprawdę trudno mi się pogodzić z końcem ostatniego rozdziału. Bardzo jestem zadowolona z 11 części. Od razu mam lepszy humor, i naprawdę uśmiecham się teraz jak głupia, ale cóż poradzić na to, że emocje się udzielają... i jak już zauważyłam po innych komentarzach, nie tylko mi. Dobrze jest wiedzieć, że nie reaguje się tak samemu.
      Yaoistki, łączmy się~! :D

      Pozdrawiam doooosiia :3

      Usuń
  25. Anonimowy1:30 AM

    O ludzie na świecie, UWIELBIAM CIĘ. Tak, wiem, to dziwne, ale to wino tak na mnie działa. I końcówka tego opowiadania. Padłam. Tobie do stóp. Twoje opowiadania nigdy mi się nie znudzą. D.

    OdpowiedzUsuń
  26. Anonimowy1:36 AM

    A, ponieważ mam Dzień Jarania się: wyobraziłam sobie przełomowy odcinek Chaosu i umarłam ostatecznie. Kocham Johnny'ego, kocham Chaos, kocham wino i Ciebie i Twój talent do wprowadzania ludzi w stan przedzawałowy. D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo miłości na raz, ale bardzo się cieszę :D.

      Usuń
  27. Anonimowy7:34 PM

    Rany, Normalnie prawie popłakałam się ze szczęścia, na końcu, kiedy się pocałowali. A teraz zacieszam jak głupia do monitora. xD "Wyzwanie" to twoje najlepsze opowiadanie, naprawdę. Wstawałam rano, przed szkołą i je czytałam a później się nim zachwycałam, bo faktycznie jest czym. Mam prośbę, więcej uwagi poświęc może właśnie temu opowiadaniu? Oczywiście reszta też jest świetna ale to jest wyjątkowe, najlepsze. Po za tym twój styl pisania, GENIALNIE, zazdroszcze ci tylu pomysłów. Mój jeden rozdział wygląda jak dwie szóste twojego xD Po za tym chcę więcej takich scen jak ta ostatnia, haha później to już wgl nieogarnięta będę chodzic ^^ Ale masz nową fankę, z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział tego opowiadania : 3 pozdrawiam, Uszati xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  28. Anonimowy5:07 PM

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  29. Anonimowy8:14 PM

    O matko~! To opowiadanie jest świetne *o* niczego lepszego nigdy nie czytałam! Ten pomysł z siostrą Keith'a jest świetny *u* zazdroszczę ci pomysłów i stylu pisania *3*
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział~!
    Twoja gorąca fanka- Ilikejam x3

    OdpowiedzUsuń
  30. Anonimowy9:35 PM

    Po prostu łał. Piszę komentarz pierwszy raz, bo pomyślałam, że to nie kulturalnie czytać i nawet Cię nie pochwalić. xD
    To opowiadanie mnie niesamowicie oczarowało i będę codziennie zaglądać tutaj w poszukiwaniu numeru '12'. Jej, nic mnie tak nigdy nie wciągnęło.

    Powodzenia i weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  31. Anonimowy12:26 PM

    O kurcze, to bylo niesamowite.az humor mi sie poprawil xD johny johny...ale kate tez jest poddatny, nie oczekiwalam tego po nim..kiedy next?! O.o
    ~sarahmi

    OdpowiedzUsuń
  32. Anonimowy4:57 PM

    Następny chyba dopiero za miesiąc, to szkoda wchodzić -.-

    OdpowiedzUsuń