Strony

sobota, 28 kwietnia 2012

Rozdział 16 [Chaos]

Odkąd Amir zrobił to, co zrobił, a czego zrobić w żadnym razie nie zamierzał,  nawet nie miał ochoty nazywać tego po imieniu, zdystansował się nieco wobec potomka wilków. Nic dziwnego, Nadim, z nie do końca jasnych powodów, był chyba ostatnią osobą, przed którą Amir chciałby się w tej kwestii ujawnić i to ujawnić w TAKI sposób. Wyjątkowo zawstydzający, delikatnie mówiąc. Tak więc Amir się dystansował. Nie wdawał się zbytnio w rozmowy zaczynane przez Nadima i sam niewiele mówił. Za to czekał. A jakże! Cierpliwie oczekiwał wszystkich tych uszczypliwości i drwin, ale, o dziwo, oczekiwał zupełnie bezowocnie. Początkowo sądził w swej podejrzliwości, że potomek wilków czeka tylko na właściwą okazję, by go wykpić albo potrzebuje trochę czasu, by się z tą informacją bardziej oswoić i stać się jej pewnym, ale mijały kolejne dni, a Nadim zachowywał się dokładnie jak wcześniej. Dużo gadał, dużo łaził po lesie i bredził o bredniach podszytych bredniami, których Amir miał po dziurki w nosie. I, o dziwo, Nadim nie oddalał się od niego wcale. Gdy Amir zaczął w końcu odkładać na bok swoje zażenowanie i dumę, dostrzegł, z niemałym zdumieniem, że ta informacja, ten sekret, który jemu samemu wydawał się czymś iście szokującym i powszechnie tak bardzo źle widzianym, że aż zasługującym na potępienie, potomek wilków przyjął w taki sposób, jakby został poinformowany, że Amir ma dwie nogi, dwie ręce i głowę. Przyjął to jak coś oczywistego. Nie czynił towarzyszowi żadnych uwag na ten temat, właściwie prawie wcale go nie poruszał, zresztą nic dziwnego, bo ledwie zaczynał, a Amir pewnie wyglądał jak ktoś, kto zamierza rychło zakończyć swój żywot choćby i w najgorszych mękach. Czasem tylko się uśmiechał, ale nie był to uśmiech złośliwości, a raczej rozbawienia. Trudno zresztą było nie być rozbawionym, widząc zachowanie Amira. Mężczyźnie bowiem zaczęło nagle strasznie przeszkadzać już nie tyle nawet rozbieranie się przy towarzyszu, jak to było wcześniej, ale choćby i przebieranie się czy zdjęcie koszuli. Przeszkadzało mu też leżenie pod wspólnym kocem, ba, przeszkadzało mu nawet spanie we wspólnym namiocie, ale na to już nic nie mógł poradzić, prócz marudzenia pod nosem. Oczywiście za tym wszystkim kryło się nic innego, jak jego własne zażenowanie, które kazało mu działać w sposób budzący jak najmniej podejrzeń i jak najmniej kompromitujący, a że raz już w towarzystwie Nadima zbłaźnił się wystarczająco, nie zamierzał tworzyć do tego kolejnej okazji. Tak czy inaczej, zachowywanie dystansu okazało się czymś zbędnym, zupełnie niepotrzebnym, a po kilku dniach towarzysze drogi rozmawiali ze sobą już normalnie, choć unikając drażliwego dla Amira tematu.
Po spędzeniu kolejnego dnia w sposób niewiele różniący się od wszystkich pozostałych, jak zwykle znaleźli sobie miejsce, by rozbić namiot i przyszykowali się do snu. Amir, od aż nazbyt pamiętnego ujawnienia się, sypiał już zawsze w koszuli, a nie jak wcześniej bez niej. Gdy Nadim zobaczył to po raz pierwszy, wywołało u niego niekontrolowany wybuch śmiechu, ale powstrzymał się od komentarza, widząc udręczoną i zbolałą minę towarzysza.
Mężczyzna rzucił półgębkiem potomkowi wilków "dobranoc", a następnie przewrócił się na prawy bok, bo regułą stało się także to, że nigdy już nie zasypiał zwrócony do niego twarzą. Potomek wilków leżał na tym samym boku, zresztą bardzo blisko, tak, że Amir prawie wyczuwał jego oddech na swoim karku. Poruszył się niespokojnie.
-Mógłbyś się odwrócić...?- mruknął w końcu. Nie żeby jakoś szczególnie mu to przeszkadzało, wcześniej właściwie wcale nie zwracał na takie drobnostki uwagi (lepsze już to niż jakieś dzikie pomruki w środku nocy!), ale po całej tej sytuacji nie zamierzał doprowadzić do zdarzenia, z którego Nadim mógłby wyciągnąć błędne wnioski i następnie wyśmiewać go do końca jego dni wraz z resztą swojego plemienia. Najwyraźniej Amir uważał, że potomkowie wilków nic lepszego do roboty nie mają, jak tylko omawianie jego życiowych klęsk i porażek.
-Dlaczego...?- oczywiście jego towarzysz nie byłby sobą, gdyby zrobił od razu to, o co został poproszony.
-Ponieważ... odczuwam pewien dyskomfort...- odparł chłodno mężczyzna, siląc się na spokojny ton głosu.
Nadim parsknął śmiechem.
-TY odczuwasz dyskomfort...?- zapytał, a gdy Amir odwrócił się z powrotem w jego stronę, spojrzał na niego z rozbawieniem.- Ciekawe, co ja mam powiedzieć, co? Poza tym nie masz się czego obawiać, jeśli nie zauważyłeś mamy nieco odmienne upodobania.
-Nie, jakoś nigdy nie dałeś po sobie poznać...- skomentował to z drwiną Amir, a jego kompan zaśmiał się ponownie.
Leżeli tak chwilę, spoglądając na siebie, a raczej to Nadim spoglądał na Amira, a mężczyzna spoglądał na niego, bo tamten na niego spoglądał. I to spoglądał jakoś dziwnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale miał wątpliwości, a że wątpliwości, szczególnie co do mówienia czegokolwiek to coś, co nieczęsto towarzyszyło potomkowi wilków, Amir musiał interweniować.
-No co...?- burknął, czerwieniąc się lekko, bo miał dziwne przeczucie, że cokolwiek zechce teraz powiedzieć Nadim, będzie dotyczyło właśnie tematu jego specyficznych upodobań.
-Nic- wycofał się natychmiast potomek wilków.
-No co...?- powtórzył Amir, coraz bardziej zdumiony.
-Nic takiego, naprawdę- Nadim uśmiechnął się, sprawiając wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć i nie chciał jednocześnie.
Amir uniósł brew w pytającym geście, nic z tego nie rozumiejąc.
-Wiesz... Nie chciałbym ci robić przykrości, ale nie jesteś w moim typie...- powiedział w końcu z rozbawieniem.
Jego kompan zachichotał, a następnie dotknął swojej klatki piersiowej i szepnął z przejęciem:
-Ach, łamiesz moje serce...! To nic takiego- powiedział znowu, podnosząc się na przedramionach.- Chciałem tylko o coś zapytać. Ale to nieważne.
-No to pytaj.
Nadim otworzył usta, po czym zawahał się, jakby się nad tym zastanawiał aż w końcu rzucił tylko:
-Nie, to naprawdę nie jest istotne.
-Och, bogowie, Nadim!- zirytował się mężczyzna, po raz pierwszy nie dlatego, że potomek wilków gadał, a dlatego, że gadać nie chciał.- Po prostu pytaj. O co chodzi...? To któreś z tych irytujących, niewygodnych i zupełnie nie na miejscu pytań w stylu: „Jak to jest, gdy się jest...”...?- zironizował, chociaż właściwie dokładnie takiego pytania się spodziewał i był pewien, że prędzej czy później w końcu podobne padnie, więc lepiej teraz, niż w innych okolicznościach.
Nadim jednak wydawał się być rozbawiony jego słowami.
-Domyślam się, że jest miło...- skwitował je z lekkim uśmiechem.- To było zwykłe pytanie, nic czym powinieneś sobie zaprzątać głowę.
-No tak... A ja powinienem się domyślić, że gdyby chodziło o takie irytujące i zupełnie nie na miejscu to wcale byś się nie zastanawiał nad jego zadaniem...- zauważył złośliwie Amir.
Nadim potwierdził to skinieniem głowy, położył się z powrotem i dłuższą chwilę leżeli tak obok siebie w ciszy, a jednak oczekując słów. A przynajmniej Amir oczekiwał jakiegoś wyjaśnienia, bo ciężko było mu zasnąć wiedząc, że potomek wilków chce o coś pytać, ale z niejasnych przyczyn nie pyta, a samo to było tak niezwykłe, że musiało chodzić o coś ważnego. A jeśli nie chodziło o skłonności mężczyzny (co rzecz jasna w tej sytuacji nasuwało się jako pierwsze) to o co innego?
-Czy twój wuj wie o twoich upodobaniach?- zapytał w pewnym momencie potomek wilków.
-To o to chciałeś mnie spytać...?- mruknął mężczyzna, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi.- Oczywiście, że nie wie. Nikt nie wie. To znaczy, nikt nie wiedział- poprawił się, przypominając sobie po raz kolejny o tym okropnie niewygodnym i irytującym fakcie.- A teraz wiesz ty. Ale z racji tego, że mamy niewielkie szanse na przeżycie całej tej wędrówki, sądzę, że wkrótce przestanie być to moim zmartwieniem...
-Nikt nie wie...?- podchwycił potomek wilków, zdziwiony.- Chcesz powiedzieć, że z nikim nigdy nie byłeś...?
-Oczywiście, że byłem!- obruszył się Amir, rozgniewany, że sugeruje mu się coś podobnego.- Byłem w... Hm...- właśnie zdał sobie sprawę, że nie do końca umie określić rodzaj relacji czy też charakter ,,związków'', jakie łączyły go z innymi mężczyznami.- Miałem coś, co można nazwać romansem. Dwa romanse konkretnie. Ale nie sądzę, by któryś z moich kochanków zamierzał się tym chwalić, więc nie widzę powodu, by wliczać ich w wąski poczet wiedzących. Poza tym nie trwały zbyt długo.
-Z kim...?
-Co z kim?
-Z kim te romanse.
-A co cię obchodzi „z kim te romanse”, co?- ofuknął towarzysza Amir.
Nadim uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Po prostu jestem ciekawy, jak to wygląda z punktu widzenia kogoś, kto nie mówi o tym publicznie i o kim nikt nie wie tego „drobnego” szczegółu... Nikt prócz mnie, aktualnie.
-Wygląda to świetnie, zresztą wszystko wygląda świetnie, gdy siedzi się w zamku wiodąc spokojne życie, a nie płonie na stosie- odpowiedział Amir.
Nadim zdumiał się.
-Palą was za coś takiego na stosie...? W ogóle palą u was kogoś na stosie...?- dopytał, marszcząc brwi.
Amir sapnął niecierpliwie.
-To był tylko taki przykład. Nikogo się za to nie zabija, to jasne, zresztą nie wszyscy są w tym temacie tacy skryci, możesz mi wierzyć na słowo, że nasłuchałem się już o tym dość, przebywając w odpowiednim towarzystwie, co nie zmienia faktu, że jest to źle widziane, a jeszcze gorzej odbierane i nie należy tego rozgłaszać na prawo i lewo.
-Tak...- potwierdził w zamyśleniu Nadim.- U nas chyba jest tak samo...
-U was...?- powtórzył ze zdziwieniem Amir.
-A co...?- zaśmiał się jego towarzysz.- Sądzisz, że tego rodzaju „upodobania” są zarezerwowane jedynie dla ludzi...?
-Nie, tylko ciężko mi wyobrazić sobie twoich ogoniastych towarzyszy, którzy... Zresztą, nieważne!- mruknął, bo chyba wyobraźnia zaczęła go już ponosić i podsuwać mu obrazy cokolwiek niestosowne.- Swoją drogą, dziwne, by w twoim idealnym świecie, pełnym idealnych potomków wilków, o nieskazitelnym charakterze i mężnym sercu, występowały tego rodzaju skrzywienia...- zauważył z drwiną.
-Nigdy nie powiedziałem, że uważam to za skrzywienie.
-A za co...?
-Za nic więcej jak tylko upodobania właśnie.
Amir parsknął cicho. Nawet on uważał to za skrzywienie, czy też defekt. Skrzywienie niegroźne, w porównaniu ze wszystkimi innymi skrzywieniami tego świata, takimi jak zjadanie niemowląt czy zabijanie swoich dzieci, ale zawsze skrzywienie. Trzeba było je zaakceptować, nauczyć się z nim żyć i nie rozpowiadać o nim na prawo i lewo, by nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi.
-Więc z kim te romanse?- ponowił swoje pytanie potomek wilków, wyraźnie bardzo całą sprawą zaintrygowany.
-Pierwszy z synem pewnego arystokraty, a drugi... Drugi też z synem pewnego arystokraty- stwierdził Amir. Zresztą wielkiego wyboru nie miał, w innych środowiskach się nie obracał, a w tych najłatwiej dało się kogoś podobnego przyuważyć, bo nie każdy zachowywał to w absolutnej tajemnicy.- Nic wielkiego. Obaj byli młodzi i głupi. To znaczy ja też wtedy byłem młody i głupi, ale chyba mniej głupi od nich. Ludwik mówi, że arystokracja od pewnego pokolenia już tak ma, z drobnymi jedynie wyjątkami, więc nie powinienem się dziwić. Nie trwało to jednak długo, poza tym takie relacje dużo komplikują i są kłopotliwe- co widział nie tyle nawet na własnym przykładzie, co na przykładzie swojego brata.
-Byłeś zakochany?
Amir spojrzał na swojego towarzysza, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
-Oszalałeś...?- zapytał, marszcząc brwi.
-Dlaczego?
Hm. To było nawet dobre pytanie, bo gdy Amir zastanowił się nad wszystkim raz jeszcze, rzeczywiście trudno było mu znaleźć argument na to, co takiego szaleńczego jest w wizji jego jako osoby zakochanej. Co nie zmienia faktu, że była to wizja bardzo mało prawdopodobna. Amir dawno stwierdził, że ma zbyt racjonalne podejście do świata jak na tego rodzaju głupoty. Podobali mu się mężczyźni, tak jak innym mężczyznom kobiety, ale jakoś nigdy nie zaobserwował u siebie symptomów tej całej poetyckiej wielkiej miłości, która niegdyś, według bajek i legend, miała swoją mocą dokonywać rzeczy niemożliwych. Możliwe nawet, że była to nieodłączna cecha tychże odmiennych upodobań. Albo nieodłączna cecha rozsądku. Jeszcze nie był pewien.
-Nie mam czasu na takie sprawy- odparł zgodnie z prawdą, bo nawet jego romanse nie wynikały bynajmniej z tego, że o kogoś zabiegał czy w kimś się durzył, a raczej były niczym innym, jak tylko zbiegiem okoliczności.
-Nie masz czasu...?- powtórzył Nadim, śmiejąc się z tych słów.- A jakież to ciężkie zadania do roboty ma przyszły następca tronu, co...?
Amir spojrzał na niego gniewnie.
-Wyobraź sobie, że całkiem wiele ciężkich zadań!- odparł z irytacją.- Kiedy wy tam sobie beztrosko hasacie po tych waszych lasach, modląc się do boga, który jest wszystkim, bredząc o opiekuńczych duchach tańcujących na polanie i narzekając na ludzi, my jesteśmy zajęci poważnymi sprawami. Ani drogi, ani domy same się nie pobudują, trzeba się tym wszystkim zająć, rozwiązywać konflikty, przekonywać arystokratów, dbać o armię, o lud, o wszystko! Co wy możecie o tym wiedzieć!
-Nie wiedziałem, że następcy królów zajmują się budowaniem domów- zauważył z rozbawieniem potomek wilków.
Amir sapnął głośno.
-Wiesz, co, Nadim...?- mruknął, przewracając się z powrotem na prawy bok.- Jesteś najbardziej irytującym człowiekiem, jakiego znam.
-Nie jestem człowiekiem.
-Nieważne.
Noc minęła im spokojnie, poranek także. Trochę się ze sobą przekomarzali, późnej coś zjedli i ruszyli dalej. Tematy, które Nadim poruszył wczoraj w nocy, zostały przez niego dotknięte także w trakcie ich wędrówki, co, o dziwo, Amirowi aż tak bardzo nie przeszkadzało. Potomek wilków zadawał mu pytania dziwne i nie do końca jasne było, o co mu właściwie chodzi. Pytał na przykład, czy Amir zamierza powiedzieć o swoich “upodobaniach” wujowi, a gdy ten zapytał, po kiego diabła miałby to robić, usłyszał dość niezrozumiałe: “dobrze byłoby, gdyby wiedział”. W końcu to mężczyzna zaczął pytać o parę spraw, w tym, co bardzo go intrygowało, czy Nadim zna kogoś podobnego niemu wśród swoich. Potomek wilków odparł wyjątkowo oszczędnie, że owszem, zna, a dopytywany dodał jedynie, że “kilku jest” i nic poza tym. Z racji jego zwyczajowej wylewności, Amira zaczęło to coraz bardziej ciekawić, chociaż nie przychodził mu do głowy żaden konkretny powód tego rodzaju skrytości. Zmienili więc temat, i wbrew swojej woli, Amir był przez towarzysza raczony jakąś mało interesującą historyjką na temat żyjącego niegdyś w pobliżu ich miasta zaklętego zwierzęcia, które widzieli tylko nieliczni wybrańcy. Nadim mówił jednak o tym bez większego skupienia, trochę gubił wątek i zdawało się, że myśli o czymś zupełnie innym. W końcu dobrnął do kresu opowieści i umilkł na dobre. Zatrzymali się później na chwilę, bo Amir musiał poprawić zsuwający się z ramienia opatrunek, a gdy ruszyli dalej... Poczuł mocne szarpnięcie w okolicach szyi.
-Bogowie!- syknął z bólu, chwytając natychmiast woreczek z kryształami i ściskając je w dłoni, a drugą w tym czasie masując obolały kark. Może słabo pamiętał, ale zdawało mu się, że gdy fragmentów było mniej, nie sprawiały one takich problemów.
-Twoje ramię?- zapytał z niepokojem Nadim, odwracając się do towarzysza, ale gdy tylko na niego spojrzał, zrozumiał o co chodzi.
Zaczęli rozglądać się dookoła, idąc powoli przed siebie, aż nagle zatrzymali się tuż obok bardzo maleńkiego domu, a właściwie chatki. Na ten widok, Amir skrzywił się niemalże momentalnie, bo takie budynki, w takim miejscu, budziły w nim, z jasnych przyczyn, skojarzenia oczywiste i niezbyt przyjemne, a fakt, że gdzieś tutaj znajdował się kryształ, jeszcze bardziej zdawał się potwierdzać jego teorię o tym, że musi tu być coś groźnego i wyjątkowo potwornego. Kazał towarzyszowi wyjąć łuk, na wszelki wypadek i już chciał wejść do środka, gdy zza domku dobiegły ich odgłosy torsji. Popatrzyli na siebie, nie do końca jeszcze wiedząc, czy powinni iść sprawdzić, co to takiego, czy poczekać i nie przeszkadzać nieszczęśnikowi, ale chwilę później wszystko ucichło, a przed dom wyszła mała, chuda staruszka, pomarszczona i niemalże pozbawiona włosów. Ubranie miała zabrudzone wymiocinami i wymięte, wyglądała na wyjątkowo słabą, co wzbudziło w Nadimie (jak zwykle) bezwarunkowy odruch troski i współczucia, więc zaraz podbiegł do biednej kobiety, która nawet nie zwróciła na nich uwagi i chwycił ją za dłoń, podtrzymując.
-O... O...- wydyszała z trudem staruszka, spoglądając na niego ze zdziwieniem. Pozwoliła mu się usadzić na tobołku stojącym przed domem i zaraz kościstą dłonią, dotknęła jego uszu, widać zdumiona ich widokiem. Nie z tym wiązało się jednak jej pierwsze pytanie.- Macie wieści od mojego syna...?
-Czeka pani na syna?
-Tak, tak, poszedł do miasta, po lekarza...- potwierdziła mglistym głosem staruszka.
-Dawno...?- dopytał Nadim.
Kobieta pokręciła głową, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że nie ma to żadnego znaczenia.
-Zostawił biedną matkę, ale wróci, wróci na pewno...- szepnęła z przejęciem, kiwając się lekko w miejscu i trzymając za serce.- Dobre dzieci zawsze wracają do domu, trzeba tylko czekać cierpliwie, a to było bardzo dobre dziecko...
-Więc mieszka tu pani teraz sama?
-Tak...
-Jak daje sobie pani radę?- zdumiał się potomek wilków.
Amir przyglądał się staruszce bardzo uważnie i bardzo podejrzliwie zarazem. Staruszki od pewnego czasu kojarzyły mu się bardzo niemiło. Szczególnie te mieszkające samotnie w lesie, w tak niewielkich domkach, choć ta nie wyglądała na mającą cokolwiek wspólnego z demonami. Potwierdziła, że rzeczywiście jest tu sama i jest jej bardzo ciężko. Podczas gdy Nadim rozmawiał z nią, usiłując wypytać o szczegóły, Amir nie bawiąc się w tego typu sprawy, bez zbytnich subtelności i pytania o pozwolenie, wszedł do wnętrza chatki, rozglądając się dookoła z uwagą. Jeśli jednak oczekiwał zastania w niej przedmiotów dziwnych i niepokojących, bardzo się rozczarował. Właściwie wewnątrz było naprawdę niewiele przedmiotów. Na dole znajdowały się tylko dwa pomieszczenia, z czego jedno służyło chyba za sypialnię, bo na podłodze uszykowane było miejsce do spania, drugie być może za kuchnię, połączoną jeszcze z jadalnią i głównym pokojem, gdzie stał spory kominek i stół z kilkoma krzesłami. Piętro było wąskie i puste. Wszystkie przedmioty miały już zapewne sporo lat i daleko im było do pełnej sprawności, zresztą tak jak i ich właścicielce. Pod jednym ze stopni zalęgło się robactwo. Wszędzie tylko brud i kurz, co nie dziwiło Amira wcale, bo taka starowinka na pewno nie miała dość siły, by się tym zajmować. Usłyszał, jak Nadim wprowadza kobietę do domu, ta skarżyła mu się bardzo na to, jak jest jej zimno i że nie potrafi już sama ani uzbierać niczego na opał, ani rozpalić w kominku. Gdy Nadim pełnił swoją zwyczajową funkcję powiernika ludzkich dramatów, Amir zajmował się sprawami bardziej istotnymi i po prostu szukał kryształu. Problem jednak był taki, że najpierw, gdy szedł w jedną stronę, wydawało mu się, że ten reagował mocniej. Nagle jednak kamienie jakby zmieniały zdanie i to w innym miejscu stawały się bardziej aktywne. Nawet z pomocą potomka wilków nie dotarli do niczego konkretnego i w końcu zirytowany mężczyzna ukrył kryształy pomiędzy ich rzeczami, bo bardziej ich dezorientowały niż w czymkolwiek pomagały. Nadim zajął się przyniesieniem drewna i rozpaleniem w kominku, podczas gdy jego towarzysz w tym czasie przejrzał niemalże wszystkie miejsca, w których coś mogło się znajdować, wysłuchując przy tym narzekania staruszki, która najwyraźniej dawno już nie miała nikogo, do kogo mogłaby się odezwać. Nie znalazł nic. Potomek wilków upolował ptaka. Staruszka ożywiła się nieco, upiekła mięso i odpowiednio je naszykowała. Zjedli, a następnie naszykowali sobie na piętrze miejsce do spania.
-Gdzie jest ten przeklęty kryształ...?- zastanawiał się Amir, leżąc na posłaniu i obserwując chodzącego po pomieszczeniu towarzysza.
-Nie mam pojęcia.
-Szukałem już wszędzie!- denerwował się mężczyzna.- Nawet myślałem, że może ona go ma, a to by wiele wyjaśniało, ale nie.
-Próbowałem ją zapytać czy widziała albo ma coś podobnego, ale twierdzi, że w tym domu nie ma nic wartościowego- powiedział szeptem Nadim.- Wygląda na to, że nic o tym nie wie.
-Możliwe. Ale ten odłamek może być tak naprawdę wszędzie- zauważył Amir.- W ścianach, podłodze, we wnękach, przedmiotach, we wszystkim. Może nawet w lesie. Trzeba będzie poszukać dokładniej jutro.
Nadim zgodził się z tymi słowami skinieniem głowy. Zatrzymał się i znowu spojrzał na swojego kompana w ten charakterystyczny sposób, po czym zawahał się wyraźnie i odwrócił wzrok. Amir westchnął ciężko.
-O co ci chodzi, co?- zapytał, patrząc na potomka wilków bez zrozumienia.
-O nic.
-Znowu chodzi o to pytanie, które chcesz zadać...? Pytaj. Jeśli nie będę chciał, po prostu nie odpowiem.
-Nie w tym rzecz- odparł Nadim.
-Więc w czym...?
Potomek wilków milczał przez dłuższą chwilę.
-Wiesz o twoim wuju i Canisie?- wypalił w pewnym momencie, spoglądając na towarzysza pytająco.
-O moim wuju i Canisie...?- Amir patrzył na niego bez zrozumienia. Zastanowił się nad tym chwilę, ale nie bardzo wiedział, co dokładnie miałby o nich wiedzieć i nic też nie przychodziło mu do głowy.- A co konkretnie...?
-Ach. Więc nie wiesz- skwitował te słowa Nadim i ściągnął koszulę.
-Czego nie wiem?
Potomek wilków nie odpowiedział.
-Czego nie wiem?- powtórzył z naciskiem Amir, nie zamierzając dać za wygraną.
-Nieważne- odparł jego towarzysz.- Nie mogę ci powiedzieć.
Nadim nie mógł o czymś powiedzieć i jeszcze dotyczyło to Ludwika. Wyjątkowo niepokojące.
-Chyba powinieneś skoro dotyczy to mojego wuja, nie sądzisz...?- prychnął z poirytowaniem mężczyzna, nadal nie mając nawet cienia pomysłu, o czym właściwie potomek wilków mógłby mówić.
Jego wuj i Canis. Canis i jego wuj. Nic. Zero skojarzeń z czymkolwiek, prócz ostatniego grupowego przybycia potomków wilków do ich zamku i dyskusji o demonie.
-No nie wiem...- odparł pełnym wątpliwości głosem Nadim.
-A gdyby chodziło o Canisa i to ja nie chciałbym ci czegoś powiedzieć, co...?
-Ale to nic ważnego.
-Więc mów wreszcie, do licha!
Nadim odkaszlnął raz. Później odkaszlnął po raz drugi. Wreszcie usiadł na ziemi i wpatrując się w Amira, powiedział powoli i spokojnie:
-Canis i twój wuj byli niegdyś przyjaciółmi. Bliskimi.
Amir parsknął śmiechem.
-Wstrząsająca informacja!- skwitował to z drwiną.- Poza tym, co to znowu za brednie? Ludwik na pewno się z nim nie przyjaźnił!
-Dlaczego?
I to było kolejne bardzo trafne pytanie zadane przez potomka wilków w ostatnim czasie. Amir dobrze się nad tym zastanowił i doszedł do wniosku, że jednak nie potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Co prawda wizja Ludwika przyjaźniąca się z którymkolwiek z potomków wilków, a już w szczególności z tym, wydawała mu się wyjątkowo abstrakcyjna, ale jednak... Jego wuj nie kierował się żadnymi uprzedzeniami, a wprost przeciwnie, uprzedzenia wobec żyjącego obok nich plemienia zwalczał. Nie robił tego z pewnością bezpodstawnie i musiał jakichś potomków wilków znać. I teoretycznie to mógł być także Canis. W końcu znali się, gdy pojawił się pierwszy raz w zamku, a potomkowie wilków nie gościli w nim wcześniej.
-No dobrze...- mruknął spokojniej mężczyzna.- Więc opowiedz o tej... „przyjaźni”.
Był zresztą przekonany, że była to najwyżej znajomość i nic więcej. Jak widać staruch lubił się przechwalać kontaktami z królem.
-Spotkali się w młodości, nim twój wuj zasiadł na tronie. Właściwie to spotykali się często. A później...- Nadim umilkł na chwilę, po czym westchnął cicho.- Cóż. Twój wuj objął władzę i... Hm... Nie mogli już dłużej utrzymywać ze sobą kontaktu. Nie dziwi cię to?- dodał po krótkiej pauzie, wpatrując się w towarzysza z uwagą.
-Nie, dlaczego miałoby?- Amir uniósł pytająco brew.- Poza tym, niby czemu zerwali ze sobą kontakty...? Owszem, zapewne nie były to czasy, gdy na znajomości z wami patrzono łaskawym okiem, ale jednak był królem, sądzę, że gdyby chciał, mógłby dalej kontaktować się ze swoim „przyjacielem”... Jak widać jednak nie byli ze sobą tak blisko- dodał z ironią.
-To było coś więcej niż przyjaźń- odparł z naciskiem Nadim.
I dopiero po dłużej chwili Amir zaczął rozumieć, a raczej dopiero domyślać się, do czego dąży jego towarzysz.
-O czym ty mówisz...?- zapytał ostro.
-Wydaje mi się, że dobrze wiesz- odpowiedział spokojnie potomek wilków.
-Sugerujesz, że mój wuj i Canis mieli... romans?- Amir aż zaśmiał się głośno, tak zabawnie zabrzmiało dla niego samo to pytanie.
Nadim jednak nie sprawiał wrażenia równie rozbawionego.
-Nie wiem czy „romans” to odpowiednie słowo... Byli wtedy bardzo młodzi...
-Oszalałeś?!- warknął na niego Amir.- Upadłeś na głowę czy jak?!- naprawdę nie spodziewał się, że usłyszy podobne i równie bezczelne a zarazem bezpodstawne insynuacje.- Co to znowu za kłamstwa?!
-Nie kłamię- odparł Nadim, nie wytrącony z równowagi, w przeciwieństwie do swojego kompana, który podniósł się do pozycji siedzącej i coraz bardziej zdenerwowany krzyknął, nie bacząc na śpiącą na dole staruszkę:
-Więc ten stary pies kłamie! Co za brednie, w życiu nie słyszałem gorszych bzdur! Ludwik...? Ludwik i... Chyba do reszty postradałeś rozum, skoro uwierzyłeś w coś tak idiotycznego! I co?! Co on niby chce uzyskać rozpowiadając te bajeczki...?
-Nikomu o tym nie rozpowiada. Rozumiem, że trudno ci w to uwierzyć, ale tak było.
-Chyba w głowie Canisa!- odwarknął wściekle mężczyzna.- Nie obchodzą mnie jego głupie wymysły, mój wuj taki nie jest!
-Sam znasz go najlepiej...
Gdy potomek wilków powiedział te słowa, Amir położył się z powrotem, odwrócił do niego plecami i dał mu jasno do zrozumienia, że nie ma ochoty kontynuować tej dyskusji. Przed samym sobą stwierdził, że z powodu jej bezsensowności i absolutnego braku prawdopodobieństwa, ale gdy dobrze się zastanowił... Nie, nie chciał się zastanawiać. Idiotyzmy i wymysły, ot co!
-Właśnie dlatego nie widzieli się aż tyle lat...- powiedział cicho Nadim, jakby kończąc swoją opowieść.- Musieli się rozstać.
-A jak to sobie wyobrażałeś, co...?- odparł niechętnie Amir.- Jeśli tak rzeczywiście było, w co wątpię, Ludwik nie mógł postąpić inaczej. Król wyprawiający się do swojego ogoniastego kochanka, do lasu...?- prychnął z irytacją.- Niedorzeczność. Władcy powinni się skupiać na innych sprawach i nie przystoi im się tak wygłupiać.
-To smutne, że nie tolerujesz nawet ludzi takich jak ty- pokusił się o refleksję Nadim i było to ostatnie, co powiedział tego dnia.
Potomek wilków chyba zasnął. Amir natomiast zasnąć nie mógł, pół nocy leżał w bezruchu z otwartymi oczyma, analizując wszystko to, co usłyszał i usiłując znaleźć jakiś dowód, choćby jeden dowód na to, by uczciwie stwierdzić, że to, o czym powiedział mu potomek wilków było absolutnie niemożliwe. Problem tkwił jednak w tym, że Nadim miał rację. Mężczyzna znał swojego wuja. I rzeczywiście, chyba najlepiej ze wszystkich otaczających go ludzi. Nie przypominał sobie nigdy, by Ludwik uczynił cokolwiek dla samego siebie czy dla swojego kaprysu. Nie miał żony. Ale właściwie co z tego? Przecież sam nie raz mówił, że mógłby się ożenić, gdyby z jakichś przyczyn wymagała tego sytuacja.
… Przecież Amir nie raz dochodził do podobnego wniosku. Zastanowiło go to przez chwilę. Ludwik nie miał kochanki, a przynajmniej Amir nic o tym nie wiedział. Ale nie miał też kochanka. Albo przynajmniej Amir nic o tym nie wiedział. Właściwie Amir wiedział o swoim wuju niewiele. Nie miał pojęcia o jego przeszłości. Ludwik był skryty, niewiele chciał o tym mówić, paru spraw dowiedział się od służby i jego otoczenia, czasem dopytywał, słyszał krótkie odpowiedzi bądź też nie słyszał ich wcale. Ale czy to o czymś świadczyło? Czy skryci ludzie muszą ukrywać akurat coś takiego? O Ludwiku nie krążyły żadne plotki, żadne pogłoski. Hadrin, przebywając u swojej kochanki, prostej wieśniaczki, zdradził się na tyle, że wiedziało o tym całe królestwo. Nawet o Amirze chodziły różne opowiastki na temat jego kontaktów z tą czy inną panią, choć takich nie miewał i te, z jasnych przyczyn, umierały w końcu śmiercią naturalną. A o Ludwiku? Nic. Wynik szacunku? A może rzeczywiście nie było o czym mówić? Najwyraźniej nie było nawet czego zmyślać. Ale Canis...? Potomek wilków?! Ha! Przecież to absurd! Dlaczego następca tronu miałby spotykać się z kimś takim? A czasy młodości Ludwika nie były czasami, gdy potomkowie wilków i ludzie widywali się na co dzień. Pomijając już fakt, jak on sam zareagował na przyjście Nadima do Trupiarni, kiedyś taka wizyta byłaby nie do pomyślenia. Nieszczęśnik, a może raczej wariat, który by się ośmielił, nie wyszedłby stamtąd w jednym kawałku. Faktem było, że obecna sytuacja plemienia Nadima, wciąż niezbyt dobra, ale o wiele lepsza od poprzedniej, wynikała z działań Ludwika. Ale czy to, że poprawiło się także życie mieszczan i chłopów oznaczało, że Ludwik miewał w tej warstwie kochanków? Bardziej niż wątpliwe.
Więc skąd Canis i Ludwik się znali...? A przecież musieli się znać. Amir usiłował przypomnieć sobie ich spotkanie, wtedy, w zamku, ale nie znajdował w nim niczego dziwnego, zresztą sam słabo pamiętał, bo koncentrował się głównie na sprawie tego demona. Canis i Ludwik... Niemożliwe. Nieprawdopodobne. Nie chciał nawet dopuścić do siebie tej myśli. Dlaczego...? Dlatego, że ciężko było mu uwierzyć w preferencje Ludwika i wybór jego partnera? A może raczej dlatego, że nagle utożsamiając się z nim, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, widział dla siebie dokładnie taką samą przyszłość? I, wbrew temu, co mówił, nie była to wizja przyjemna.
W końcu zasnął i śnił o rzeczach niezbyt sympatycznych. Rano obudził go Nadim, który mało subtelnie schodził ze schodów, więc Amir musiał wreszcie wstać i jakoś uporządkować cały ten chaos, który zrodził się w jego głowie po tym, co wczoraj usłyszał. Staruszka znowu wymiotowała solidnie za chałupką, Nadim znowu roztkliwiał się niepotrzebnie nad jej losem, a Amir znowu miał wszystkiego dosyć. Poszukiwania kryształu, które miały być przecież najbardziej istotne, zeszły na dalszy plan i okazało się, że jakoś żaden z nich się do tego nie garnął, co być może spowodowane było faktem, że nie czuli, by cokolwiek mogło im w tych poszukiwaniach przeszkodzić. W końcu Nadim zaproponował, że wybiorą się do lasu i zbiorą trochę więcej drewna, by nieszczęsna kobieta miała zapas, kiedy już odejdą. Zawędrowali jednak bardzo głęboko w las i w rzeczywistości niczego nie zbierali, potrzebując po prostu czasu na rozmowę.
-Nie sądzisz, że powinniśmy z nią zostać, dopóki nie wróci jej syn...?- zapytał cicho Nadim, spoglądając na towarzysza z uwagą.
Ten parsknął cicho i pokręcił stanowczo głową.
-Przecież on nie wróci- stwierdził, jakby było to coś oczywistego.
-Skąd wiesz...?
-Nie zostawia się matki w takim stanie. Samej. W lesie.
-Ale jeśli rzeczywiście poszedł po lekarzy...- zaczął potomek wilków, bardzo naiwnie.
Amir uśmiechnął się pobłażliwie
-Żaden lekarz tu nie dotrze. Poza tym nie sądzę, by mieli czym zapłacić. Jeśli odszedł to znaczy, że wcale nie zamierzał wrócić. A ona jest już stara i jak sam dobrze widzisz, nie jest z nią najlepiej. Wkrótce umrze i nie ma co się nad tym zastanawiać.
-Biedna...- westchnął potomek wilków.
Szli dalej. Amir długo wahał się, spoglądał na towarzysza niepewnie i walczył z samym sobą, zastanawiając się, czy jest w ogóle sens o to pytać i czy chce wiedzieć. Ale chciał bardzo. Ciekawiła go ta historia i ciekawiła go przeszłość wuja, nawet, jeśli wciąż bardzo trudno było mu przyjąć to, o czym Nadim mu powiedział. Doszedł jednak do wniosku, że Canis, do którego wcześniej odnosił się pogardliwie, i coś z tej pogardy dla niego wciąż w nim pozostało, nie miał żadnych powodów, by kłamać. Bo po co? Po co zmyślać taką historię i opowiadać ją bratankowi? Gdyby był to romans z miłościwie panującą królową – czemu nie, ale schadzki z mężczyzną, królem czy nie, nie są raczej powodem do przechwałek.
-Czy ktoś oprócz ciebie wie jeszcze... O tym, co się zdarzyło pomiędzy naszymi wujami?- Amir nie przedstawiał sprawy konkretnie, bo konkrety bardzo ciężko przechodziły mu przez gardło. Póki co wolał pozostać przy tego rodzaju subtelnościach, podobnie jak wolał pozostać przy „upodobaniach”, zamiast wypowiadać się konkretniej i bardziej otwarcie.
-Oni sami, zapewne- Nadim uśmiechnął się z rozbawieniem.- No i ty. Canis nigdy tego nie powiedział, ale sądzę, że nie chciał, bym komukolwiek o tym opowiadał. Nie wiem czy dobrze zrobiłem, ale pomyślałem, że ty powinieneś wiedzieć. To bardzo ciebie dotyczy. Nie tylko z powodu wuja- dodał znacząco.
Amir nawet ze skinięciem głową w ramach potwierdzenia miał pewne problemy.
-A ty... Wiesz o tym coś więcej?- spytał z wyraźnymi oporami.
-Trochę wiem- odparł potomek wilków, wzruszając ramionami. Amir spojrzał na niego z wyczekiwaniem i ten słusznie potraktował to jako sygnał do rozwinięcia swoich słów.- Właściwie to sam nie wiem, od czego zacząć... Opowiadałem ci o tym, jak niektórzy traktowali Canisa przez jego odmienność, prawda?
-Przez którą odmienność?- zapytał złośliwie mężczyzna.- Bo chyba był nieco bardziej odmienny niż im się wydawało...
Nadim zaśmiał się cicho na te słowa.
-W każdym razie, dzieciństwo nie było dla niego dobrym czasem. O ile starsi trochę kryli się ze swoimi osądami, a przynajmniej nie czynili mu żadnej bezpośredniej krzywdy, o tyle jego rówieśnicy... Cóż. Canis miał trzynaście lat, kiedy poznał twojego wuja. To był jeden z wielu podobnych dni. Napotkał wtedy na grupkę dzieciaków, a te, rozpoznawszy odmieńca, zaczęły dręczyć go obelgami. Gdy mój wuj zaczął uciekać, pobiegły za nim. Któreś chwyciło za kamień i rzuciło w jego kierunku, a reszta poszła jego śladem.
-Och... Doskonały przykład waszej szlachetności i tolerancji!- zakpił Amir, uśmiechając się kwaśno. Oni, źli, straszni ludzie, nikogo nie kamienowali za takie drobnostki jak posiadanie ogona czy jego brak. No dobrze, teoretycznie mogło się tak zdarzyć, szczególnie w pierwszym przypadku, ale to właściwie nie miało znaczenia.
-To były tylko dzieci...- odparł Nadim.- Sam Canis nie czuje do żadnego z nich urazy. Dziś są w jego wieku i bardzo go szanują.
-Ludzie wcale nie zmieniają się z wiekiem, a przynajmniej nie zmieniają się tak bardzo, jak chcieliby się zmieniać. Wy zresztą też nie- mruknął mężczyzna z pełnym przekonaniem.- Poza tym, gdyby na miejscu waszych były ludzkie dzieci, nie tłumaczyłbyś tego w ten sposób, a bez wahania określiłbyś to jako okrucieństwo.
-Możemy na chwilę zapomnieć o tych wszystkich podziałach...?- Nadim uniósł pytająco brew, a jego towarzysz skinął łaskawie głową w ramach przyzwolenia i umilkł.- W każdym razie, Canis, ranny i przerażony, dobiegł na skraj lasu... a możesz sobie wyobrazić, że nie było to łatwe dla kogoś, kto na co dzień miał problemy z poruszaniem się... i ukrył się w krzakach. Wtedy to wszystko wyglądało inaczej, ani my nie wchodziliśmy zbyt często do miasta, ani wy nie zaglądaliście tak ochoczo do naszych lasów. To pasmo, tuż przed pierwszymi drzewami, było czymś w rodzaju granicy, którą mało kto naruszał. Tak czy inaczej, dzieciaki kpiły sobie z niego i bawiły się jeszcze chwilę w okolicy, po czym znudzone odbiegły z powrotem, najwyraźniej chcąc znaleźć sobie lepsze zajęcie. Wtedy Canis wstał. I gdy tylko podniósł wzrok, zobaczył człowieka. Młodego chłopaka. Twojego wuja- dodał potomek wilków tak, jakby trudno było się domyślić.- Tamten też na niego patrzył i wyglądało na to, że widział całe zdarzenie. Canis się przestraszył. Nic dziwnego, nie mieliście najpochlebniejszych opinii wśród naszych i myślę, że działo to w drugą stronę...- Amir miał ochotę przypomnieć, że najwyraźniej nadal działa i ma się dobrze, ale chciał wysłuchać dalszej części historii.- Skulił się i schował z powrotem, bojąc się tego, co nastąpi. Twój wuj stał jeszcze przez chwilę w miejscu, po czym wyjął coś w rodzaju chusty, podszedł do niego powoli. I dał mu ją, by otarł krew. Canis wziął ją, ale był tak przerażony, że dopóki tamten stał obok, nawet nie drgnął. W końcu jednak człowiek odwrócił się i odszedł, nie powiedziawszy ani słowa. Tak się właśnie poznali.
-Kiepskie to poznanie, skoro żadne z nich nic nie mówiło...- zauważył z politowaniem Amir.
-To był dopiero początek- odpowiedział potomek wilków, uśmiechając się lekko.- Kolejnego dnia, Canis wrócił w to samo miejsce. Kiedy zapytałem go, czemu to zrobił, powiedział, że sam nie wie, ale to chyba była po prostu ciekawość. Gdy pojawił się na miejscu, człowieka nie było. Skrył się za jednym z drzew i oczekiwał. I nie minęło dużo czasu, aż ten pojawił się na miejscu, zupełnie tak jak wczoraj. Canis nie wyszedł z ukrycia. Ale mówi, że twój wuj wiedział, że tam jest. Że patrzył kilka razy w jego kierunku. Nic jednak nie powiedział.
Delikatny, niekontrolowany uśmiech pojawił się na wargach Amira. Dziwnie było tak słuchać o swoim wuju, a jeszcze dziwniej to wszystko sobie wyobrażać i uświadamiać sobie to, że chyba już wtedy, w młodości, musiał być równie spokojny i małomówny.
-Canis zastanawiał się, czemu ten chłopiec się tam przychodzi. A przychodził każdego dnia. Parę razy Canis obserwował go jeszcze z ukrycia, po czym któregoś dnia, zostawił na trawie, w miejscu, w którym ten zazwyczaj siadał, chustę. Gdy twój wuj przyszedł, wziął ją i powiedział głośne „dziękuję”- Nadim zaśmiał się wesoło.- I wtedy Canis wyszedł z ukrycia. Usiadł kawałek od niego. I tylko na niego patrzył, bo zupełnie nie wiedział, czy może cokolwiek powiedzieć. Bardzo zastanawiał go ten chłopiec i zastanawiało go jego postępowanie. Brak niechęci. Smutek. Tak, Canis mówił, że twój wuj był bardzo smutny- powiedział potomek wilków, widząc zdumione spojrzenie towarzysza.- Później Canis przyniósł mu jabłko. Pamięta jabłko bardzo dobrze, bo tego dnia zaczęli ze sobą rozmawiać. I tak spędzali ze sobą czas. Canis nie miał pojęcia, kim dokładnie jest twój wuj. Nie wiedział, że jest następcą tronu. Mówił, że nie tym się zajmowali. Kiedy się już dobrze poznali, spędzali czas na zabawie. I tak minęło im kilka lat. Na tych spotkaniach właśnie... Canis powiedział mi, że go kochał. I że przyjaciele się tak nie kochają, a oni się kochali. Gdy byłem młodszy tego nie rozumiałem...- dodał w zamyśleniu.- Tak czy inaczej... Pewnego dnia w mieście zapanowała żałoba. Prawie wszyscy o tym wiedzieli, nawet potomkowie wilków. Król umarł. Twój wuj przestał się pojawiać na miejscu. Kilka tygodni później, przyszedł po raz ostatni. Powiedział Canisowi, że jest następcą tronu. I że wkrótce zostanie koronowany. Canis... Właściwie jak prawie my wszyscy wtedy... A może nawet i dziś... nie rozumiał tego. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z konsekwencji. Ale twój wuj powiedział, że nigdy już nie przyjdzie. I nigdy już się nie zobaczą. I rzeczywiście, już nie przyszedł... I tak... Tak to właśnie wyglądało- skończył nieco kulawo Nadim, odkaszlnąwszy cicho.
-Skąd wiesz to wszystko...?- Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Od Canisa oczywiście.- potomek wilków uśmiechnął się.- Opowiadał mi tę historię kilka razy, już od dzieciństwa.
-Że co...?- mężczyzna parsknął śmiechem i aż pokręcił głową z niedowierzaniem.- Opowiadał ci o TAKICH rzeczach, gdy byłeś dzieckiem...?- jego kompan potwierdził te słowa, jakby nie widział w tym nic dziwnego.- O bogowie, nic dziwnego, że jesteś taki nienormalny...
-A co jest niestosownego w tej historii?- zachichotał Nadim.
-A co jest w niej stosownego? Czy nie słyszał nigdy, że dzieciakom opowiada się bajki o smokach i księżniczkach, a nie męsko-męskich kontaktach pomiędzy rasami...?
-Canis mówi, że to piękna historia- odparł potomek wilków, wzruszywszy ramionami. Amir parsknął cicho. Rzeczywiście piękna!- Opowiada ją zresztą zawsze tak spokojnie, jakby go nie dotyczyła. Podziwiam go za to. Powtarza, że to jest dowodem na to, jak wielką krzywdę czynią wszystkim tego rodzaju podziały. I, że tak naprawdę się nie różnimy. Nie tak bardzo, jak niekiedy chcielibyśmy się różnić.
-Może...- mruknął Amir, wpatrując się przed siebie. Przeszłość Ludwika zawsze go ciekawiła, bo rzadko słyszał o niej coś godnego uwagi, a sam zainteresowany nie zwykł opowiadać niczego na ten temat. Odsyłał ich do historii i zawsze powtarzał, że historia jest najważniejsza, ale jakby wbrew temu, on sam o własnej historii nie wspominał nigdy.- I co się dalej wydarzyło, co?- mężczyzna zerknął na swojego towarzysza.- Canis bohatersko zniósł rozstanie, odkrył w sobie duszę lidera i postanowił dorównać Ludwikowi...?- zakpił.
Nadim uśmiechnął się niemrawo i spuścił wzrok.
-Nie- odpowiedział cicho.- Próbował się zabić.
Amir zaniemówił. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał i pożałował swoich poprzednich słów.
-Twój wuj był jedyną osobą, która go rozumiała i jedyną, do której żywił podobne uczucia. Nic dziwnego, że nie zniósł ich pożegnania „bohatersko”- wyjaśnił spokojnie potomek wilków.- Błagał twojego wuja, żeby go nie zostawiał, ale gdy ten odszedł... W dzień koronacji...- Nadim odetchnął głęboko, jakby trudno było mu kontynuować.- W dzień koronacji, podciął sobie żyły. Odtąd...- podciągnął rękaw koszuli i przesunął palcem od nadgarstka aż po miejsce zgięcia ręki.- Ma po tym dwie, wielkie blizny. Ci, którzy znaleźli go jako pierwsi w tym stanie, zatrzymali krew, ale byli przekonani, że Canis nie żyje. Mówili, że nie słyszeli bicia jego serca, że mieli pewność, że zginął. Ale gdy otworzył oczy... Powiedzieli, że to był jakby cud. Myślę, że to jest właśnie dowód na działanie siły boga- powiedział Nadim, ze swoją zwyczajową wiarą, a Amir, wyjątkowo nie pokusił się o żaden komentarz.- Canis był nam potrzebny, był potrzebny wszystkim i dlatego musiał przeżyć. Później przez kilka dni nie odzywał się, siedział w zamknięciu i wielu mówiło, że stracił zmysły. Ale wrócił do normalnego życia. Stał się tym, kim stać się miał, zaopiekował się mną po śmierci ojca, a później pokazał wreszcie siłę, która zawsze w nim tkwiła. Powiedział mi później, że twój wuj także zaopiekował się dwójką chłopców. I że to jest chyba dobry koniec tej historii.
-Skąd wiedział?- zdziwił się Amir.
-Myślę, że wtedy było o tym głośno w waszym mieście- odparł potomek wilków, wzruszając ramionami.
-Sądzisz, że dobrze, że tak to się skończyło...?
-Nie wiem. Ale myślę, że tak. Chciałbym, żeby Canis był szczęśliwy. Ale to wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby on i twój wuj nie byli dziś w tym miejscu, w którym są, nie sądzisz...?
Amir skinął w zamyśleniu głową.
-Wiesz, co się działo później z twoim wujem?- zainteresował się potomek wilków.
-Nie...- odparł cicho mężczyzna.- Nie mówił nigdy o tym, ale... Teraz... Przypomniałem sobie coś, co kiedyś usłyszałem. Jeden z arystokratów będących na koronacji, wspominał mi, że była to najbardziej ponura i nieprzyjemna uroczystość, na jakiej był i to nie tylko przez niedawną śmierć króla, która obligowała wszystkich do nieokazywania radości. Powiedział, że gdy nakładano koronę na głowę mojego wuja, ten... hm... zaczął płakać- dokończył, jakby było to coś wstydliwego i w istocie tak myślał, a przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, że taki byłby powszechny odbiór. On sam bardzo współczuł Ludwikowi, chociaż nie rozumiał do końca, z czego to wynikało.- Myślałem nad tym długo i doszedłem do wniosku, że wciąż przeżywał śmierć ojca. Ale gdy starałem się go o to wypytać, powiedział mi, że nigdy nie był z ojcem zbyt związany i nawet nie bardzo pamięta okoliczności jego śmierci. Zdziwiło mnie to. Teraz myślę... Wydaje mi się... Że to mogło mieć związek z Canisem... Albo i nie... Zapewne... Prawdopodobnie... Może...
-Twój wuj jest dobrym władcą- stwierdził Nadim, uśmiechając się łagodnie.
-Mhm... Jest...- potwierdził niemrawo mężczyzna.
Kiedy już wrócili, Amir wszedł na piętro i usiadł na podłodze, zamyśliwszy się. Nastrój popsuł mu się nagle i z początku nawet nie był w stanie określić przyczyny takiego stanu rzeczy. Niedługo później zaczęło padać. Mężczyzna myślał o swoim wuju. Ludwik został władcą, gdy był jeszcze młody, podobno panowała wtedy opinia, że stanie się niczym więcej jak tylko marionetką arystokratów i że liczni doradcy bardzo chętnie sami przejmą nad wszystkim kontrolę, usprawiedliwiając się wolą młodego i nieświadomego podejmowanych decyzji króla. A jednak stało się inaczej. A Amir...? Amir nie lubił arystokratów, ale czy naprawdę potrafiłby rządzić państwem samodzielnie? Oczywiście, że nie. Na niczym się nie znał, nie miał wiedzy, którą posiadał jego wuj, nie miał tego samego spokoju, nie miał żadnych właściwie cech, którymi można by określić dobrego władcę. Znał się tylko na walce. Lubił walkę. I nadal nie potrafił pojąć, co takiego kierowało Ludwikiem, że to w nim upatrywał swego następcę. Chciał myśleć o tym jak o próbie, ale wyczuwał coraz mocniej, że to nie była próba. Chciał wierzyć w to, że gdy wróci wszystko się zmieni, że czas zrobi swoje, wuj pozna się na Hadrinie i zrozumie, że brakiem rozwagi byłoby umieszczenie na tronie starszego z siostrzeńców. Bał się tego. Chociaż był daleko od zamku i przyszłe panowanie wydawało się być sprawą tak odległą i zupełnie nieważną w porównaniu z tym, czym się zajmowali, paradoksalnie myślał o tym bardzo często i wpadał w panikę. A teraz, gdy jeszcze dowiedział się o wuju czegoś takiego... Nie chciał skończyć tak samo. Podziwiał Ludwika i zawsze widział w nim kogoś godnego naśladowania. Ale nie wyobrażał sobie, nie był w stanie sobie wyobrazić, by mógł poświęcić wszystko dla dobra ogółu. A co z jego własnym dobrem? Czy myślenie o tym było już egoizmem?
-Co z tobą...?- Nadim zatrzymał się na szczycie schodów i spojrzał na towarzysza z uwagą.- Chodzi o Canisa...?
-Nie...- odparł Amir, kręcąc głową. Teraz nawet na tego nieszczęsnego starca patrzył jakoś inaczej niż wcześniej. Może nawet było mu go żal. Tak, to na pewno.- Zastanawiam się nad wieloma sprawami...- przyznał ostrożnie.- Boję się o Ludwika. Chciałbym wiedzieć, co się z nim teraz dzieje. Nie jest już młody, zawsze może zachorować, stracić siły. A to wszystko tak strasznie się ciągnie... Chciałbym mieć pewność, że zdołam z nim jeszcze porozmawiać. Chociażby na ten jeden temat.
-Jestem pewien, że z twoim wujem wszystko w porządku- odparł łagodnie potomek wilków.
-Nie, nie jesteś pewien, Nadim!- odwarknął z poirytowaniem mężczyzna.- I nie możesz być, chyba, że coś się od wczoraj zmieniło i odkryłeś w sobie jakieś niesamowite zdolności do przewidywania przyszłości. I nie chcę nic więcej słyszeć o tym, że wiedziałbym albo czułbym, jakby coś było nie tak- dodał ostro, chociaż potomek wilków chyba nie zamierzał nic takiego mówić.
-Chcesz zapytać go o Canisa?- rzucił, jakby to nie było oczywiste.
Amir skinął powoli głową.
-Zapytam go, a jeśli to okaże się prawdą... Wtedy... Cóż... Może i ja mu powiem. A wtedy... Wtedy może zrozumie i...
-... I uzna, że nie będziesz dobrym królem?- Nadim uniósł pytająco brew i parsknął cicho.- To chcesz powiedzieć?
-Po prostu raz jeszcze wszystko przemyśli i dojdzie do wniosku, że popełnia błąd!- odparł ze zdenerwowaniem mężczyzna.
-I tylko dlatego zamierzasz z nim o tym rozmawiać...?
-Nie, nie tylko dlatego. Chcę po prostu żeby... Chciałbym, żeby w pełni rozumiał moją sytuację- westchnął głęboko Amir, przecierając twarz dłońmi. Pomyślał sobie zaraz, że nikt nie zastanawiał się nigdy nad sytuacją Ludwika, nawet on sam. Ale czy to cokolwiek zmieniało? Czy fakt, że jego wuj nie chciał zasiadać na tronie i fakt, że nikt nie patrzył na jego potrzeby oznacza, że Amir ma być traktowany w dokładnie taki sam sposób? Ludwik nauczony własnym doświadczeniem mógłby zrozumieć, a gdyby zrozumiał, mógłby zauważyć, że jego siostrzeniec nie będzie szczęśliwy pełniąc tego rodzaju funkcję. Chociaż nie to zdawało się być w tej sprawie najbardziej istotne.
-Dlaczego tak bardzo boisz się bycia królem?- Nadim oczywiście nie rozumiał, bo i trudno było wymagać zrozumienia od kogoś, kto żyje w dziczy i zna jedynie pojęcie przywódcy, który pewnie zbyt wielu wyrzeczeń nie czyni dla swojej pozycji.
-Już ci powiedziałem...- mruknął Amir.- Nie będę dobrym władcą.
-Skąd możesz to wiedzieć, skoro jeszcze nim nie jesteś?
-Na litość bogów, Nadim! Może jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, ale wasza „logika” nie zawsze pokrywa się z rzeczywistością! Nie wszystko trzeba sprawdzić na własnej skórze! Skąd wiesz, że nie byłbyś doskonałym ptakiem czy pierwszym latającym potomkiem wilków, skoro jeszcze nie skoczyłeś z góry i nie próbowałeś latać? Bo byś się roztrzaskał. Właśnie w tym rzecz. A ja mógłbym roztrzaskać nie tylko samego siebie, ale i innych.
Nadim zamrugał oczyma.
-Jesteś strasznie dziwny...- stwierdził, przyglądając się towarzyszowi.- Myślę, że byłbyś dobrym władcą.
-Bo jestem dziwny...?- prychnął z politowaniem Amir.
-Nie. Bo masz wątpliwości.
-Rzeczywiście! Każdy dobry władca powinien mieć wątpliwości!
-Tak sądzę.
-W ogóle się na tym nie znasz!
-Być może, ale Ludwik też na pewno je miał.
-Z innych przyczyn- odparł stanowczo mężczyzna.- A poza tym, Ludwik jest dobrym władcą.
-Mógłby nim nie być, gdyby wybrał co innego.
-Ale na całe szczęście nie wybrał i jest tam, gdzie być powinien! No co tak patrzysz, co?- zirytował się Amir, widząc nieco pobłażliwe spojrzenie kompana, którym raczył go już dłuższą chwilę.- Może i Ludwik miał wątpliwości, ale na pewno ma wiele cech, które czynią z niego kogoś odpowiedniego do sprawowanej przez niego funkcji. Ja ich nie mam. Wychował mnie, ale nie jesteśmy do siebie podobni. Wcale.
-Z tego co się zorientowałem, trochę was jednak łączy...- potomek wilków uśmiechnął się lekko.
Amir sapnął ciężko.
-To akurat nie jest zaleta, która ułatwiałaby władcy życie.
-Może.
-Na pewno.
-Gdyby każdy dobry władca musiał być dokładnie taki sam jak twój wuj, mielibyśmy albo cały świat złożonych z monarchów podobnych jemu, albo niemalże cały świat monarchów złych.
-A tak nie jest...?- zapytał z drwiną Amir, odnosząc się do drugiej kwestii.
-Nie sądzę. Poza tym czemu tak bardzo przed tym uciekasz?- Nadim pokręcił głową w wyrazie braku zrozumienia.- To jeszcze cię nie dotyczy. Twój wuj bardzo dobrze wygląda i radzi sobie na swoim stanowisku. Może minąć jeszcze dużo czasu, zanim zechce, byś go zastąpił.
-Nie zrozumiesz tego- stwierdził kategorycznie Amir. Nawet on do końca nie rozumiał. Lęk póki co sprawiał wrażenie irracjonalnego, ale nadal pozostawał lękiem. Trudno było wyrzucić z głowy niepokojące myśli, szczególnie, gdy historia tak wielu znała tyranów i okrutników, którzy, z początku, wcale nie chcieli być ani jednym, ani drugim.- Nie chcę rozczarować Ludwika i nie chcę, jednocześnie, być królem. I Hadrin... Bogowie, Hadrin...- westchnął znowu, przywołując w wyobraźni twarz brata.- Mam nadzieję, że wszystko z nim dobrze... Jak on sobie beze mnie radzi...?
-A dlaczego miałby sobie radzić źle?- zainteresował się Nadim.
-Jest słaby. Zawsze wpadał w kłopoty.
-Cóż...- znaczący i mało przyjemny uśmiech pojawił się na twarzy potomka wilków.
-Słaby fizycznie!- sprostował natychmiast Amir.- O co ci chodzi, co...?
-Twój wuj także nie jest silny, a jednak nie martwisz się o jego „wpadanie w kłopoty”.
-I cóż z tego...? Mój wuj jest królem, jak już chyba zdążyłeś się zorientować i ma do swojej dyspozycji straż, więc nie musi się niczego obawiać.
-Myślałem, że twój brat także ją ma...
Amir zacisnął wargi i spojrzał na Nadima wrogo. Żaden z nich z pomocy straży nie korzystał, nie było im to potrzebne. Hadrin nie chodził w miejsca podobne Trupiarni bez swojego brata, a Amir świetnie radził sobie sam, gdziekolwiek przebywał. Świetnie też wpadał w kłopoty i równie świetnie potrafił się z nich wyplątać, dostarczając sobie przy tym masę rozrywki. Hadrin natomiast był inny, spokojniejszy i nieskory do tego typu poczynań. Władca idealny!
-Do czego zmierzasz...?- zapytał w końcu, siląc się na spokój i nim potomek wilków zdążył odpowiedzieć, dodał- Mój brat jest dobrze wykształcony, lubiany przez arystokrację, typowany na przyszłego władcę, w dodatku ma do tego niewątpliwy talent i pewne cechy wspólne z Ludwikiem, których ja, niestety, nie posiadam.
-Więc dlaczego twój wuj nie wybrał jego?
-Jeszcze nie wybrał...- odparł cicho Amir, mając nadzieję, że skończy się to inaczej.- Ale myślę, że wybierze.
-A ja myślę, że twój wuj się nie myli- odpowiedział Nadim.- I że to nie fizyczna słabość twojego brata cię tak bardzo martwi.
I to zdanie rozpętało kolejną awanturę. Amir odwarknął, że Nadim wcale nie zna jego brata, na co potomek wilków odparł dumnie, że owszem, nie zna, ale zna już trochę Amira, a nawet trochę bardziej niż inni, co świadczy niewątpliwie o jego zmyśle obserwacji. Zirytowany mężczyzna odparł, że zmysł obserwacji jego kompana jest do niczego, skoro zauważył jego skłonności dopiero po tym, gdy ten prawie namiętnie się do niego przykleił. Nadim wybuchnął śmiechem i śmiał się dobrą chwilę, po czym oświadczył, że żadnych namiętności sobie nie przypomina, ale cała sytuacja „rzeczywiście była wyjątkowo zabawna”. Najwyraźniej jednak ich poczucie humoru nieco się różniło, bo pierwsza awantura okazała się ledwie subtelnym wstępem do kolejnej. A gdy już się pokłócili, co zresztą czynili regularnie i chyba wychodziło im to na zdrowie, potomek wilków zszedł na dół, pomagać jęczącej i słabnącej staruszce, a Amir został na górze.
Nie miał tu zresztą nic ciekawego do roboty. Przeklęty kryształ mógł być wszędzie, a jakby nie było go nigdzie. Ledwie chwycił w dłoń pozostałe odłamki, a te zaczynały drżeć, mocniej i słabiej. Przysłuchiwał się krokom staruszki na dole i pogodnej gadaninie Nadima, denerwując brakiem jakichkolwiek pomysłów co do tego, gdzie może znajdować się kolejny fragment. A raczej jak może się przemieszczać. Bo skoro nie miała go ta kobieta, to kto? Odłożył woreczek z powrotem do ich rzeczy i położył się, znużony tym wszystkim, aż w końcu przysnął.
-Amir...- niedługo później został zbudzony przez swojego towarzysza, który dotknął jego ramienia. Spojrzał na potomka wilków nieprzytomnie- Chodź, znalazłem coś.
-Co...?- mruknął mężczyzna, podnosząc się powoli na nogi.
Nadim tylko kiwnął głową w kierunku schodów i zszedł po cichu na dół. Jego kompan powlókł się za nim, niezbyt subtelnie. Potomek wilków przyłożył palec do ust i dodał półgłosem, że staruszka zasnęła i nie należy jej budzić. Amir stanął mocno na ostatnim ze stopni, stwierdzając posępnie, że na jego sen nikt aż takiej uwagi nie zwraca. Między schodami, a jedną ze ścian, znajdowało się wąskie przejście. Mężczyzna widział je wcześniej, ale nie sądził, by cokolwiek tam było. Przecisnął się jednak przez nie tuż za Nadimem i na samym końcu, pod schodami właściwie, dostrzegł tkwiącą w podłodze klapę, zamkniętą na kłódkę. Spojrzał na kompana z lekkim zdziwieniem, po czym obaj klęknęli obok niej. Amir próbował ją unieść, a stare drewno jęknęło głucho, ale trzymało się solidnie na miejscu. Kazał potomkowi wilków zaczekać i sam poszedł na dół, po fragmenty kryształu. Przystawione do klapy nie wykazywały większej aktywności.
-Jak myślisz, dokąd to prowadzi?- zapytał Nadim.
-Nie wiem- Amir wzruszył ramionami, nachylając się niżej.- Może do piwnicy... Pewnie czegoś takiego.
-Ale chyba kryształu tam nie ma...- westchnął potomek wilków, rozczarowany.
Amir nie był tego wcale taki pewien, ale nim zdążył odpowiedzieć, usłyszał coś dziwnego. Jakiś huk albo uderzenie dochodzące z dołu.
-Słyszałeś...?- szepnął do towarzysza, zdumiony.
Nadim przyłożył ucho do klapy, nasłuchując.
Amir uczynił to samo. I zaraz dotarło do niego donośne stukanie a chwilę później szuranie, jakby ktoś drapał paznokciami w drewno od drugiej strony. Mężczyzna zmarszczył brwi.
-Słyszysz...?- zapytał znowu.
-Co takiego...?
-Tam ktoś chyba jest...- Amir uderzył lekko ręką w klapę. Wszystko ucichło na chwilę, ale zaraz odpowiedziało mu takie samo uderzenie.- Tam ktoś jest...- powtórzył, coraz bardziej zdziwiony.
-Skąd wiesz...?
-Posłuchaj... Nie słyszysz...?
Potomek wilków wyprostował się i wzruszył bezradnie ramionami, kręcąc głową.
-Trzeba to otworzyć- stwierdził stanowczo Amir, szarpnąwszy za kłódkę, ale nie udało mu się jej wyrwać.
-Co ty robisz... Nie można tak. Trzeba najpierw zapytać tej kobiety...
-A ten człowiek na dole...?
-Skąd wiesz, że jest tam jakiś człowiek?
-Naprawdę nie słyszysz?- prychnął ze zdenerwowaniem mężczyzna. Znowu dochodził do niego odgłos drapania. Nadim spoglądał na niego, wyraźnie zdezorientowany.- Przecież wyraźnie słychać szuranie! Coś się tam rusza!
-Ale człowiek...?- potomek wilków patrzył na niego bez zrozumienia.- Jeśli to tylko szuranie, to może to zwykłe szczury albo jakieś inne zwierzę... Poza tym, ja nic nie słyszę.
Amir zatrzymał się, przyznając towarzyszowi rację. Szczury. No tak, to mogły być szczury. A jeśli nie...?
-Kryształu chyba i tak tam nie ma...- westchnął Nadim, wstając.
-Myślę, że jest- odparł Amir. Kompan posłał mu pytające spojrzenie.- Nie zauważyłem go nigdzie w domu, a gdzieś być musi.
-Ale przecież kryształy...
-Nie wiemy, co jest na dole. To może być piwnica, ale równie dobrze... To mogą być jakieś korytarze... Albo tunele...- tunele czy podziemne korytarze w domku, w lesie, wydawały się czymś niepotrzebnym i właściwie niepraktycznym, ale licho wie, co się czaiło w tym miejscu. A gdziekolwiek były fragmenty, tam i licho było, więc wszystkie możliwości wydawały się równie prawdopodobne.- I może ktoś rzeczywiście tam jest... A jeśli tak, to wtedy wszystko byłoby jasne. No tak!- teraz wydawało się to Amirowi zupełnie oczywiste.- Dlatego kryształ tak reaguje! Ktoś... albo coś... może tam być. I się przemieszczać. Pod domem. I ma kolejny fragment.
Nadim skinął ostrożnie głową.
-To by wiele wyjaśniało- stwierdził.

-Nic tam nie ma...- odpowiedziała staruszka, wyraźnie zdziwiona faktem, że goście pytają o tę klapę. Westchnęła ciężko i podtrzymywana przez Nadima, usiadła w końcu na krześle, sapiąc głośno i zbierając siły na kolejne słowa- Na dole jest małe pomieszczenie, zupełnie puste.
-Co to za pomieszczenie?- zapytał Amir.
-To miało być coś w rodzaju spiżarni...- wyjaśniła staruszka, zbłąkanym wzrokiem spoglądając to na twarz potomka wilków, to drugiego mężczyzny.- Mój syn ją zbudował... W sam raz do trzymania mięsa...
-Jest pani pewna, że to tylko spiżarnia...?- Nadim usiadł obok niej.- A nie jakieś... korytarze albo tunele...?
Amir posłał mistrzowi dyplomacji pełne politowania spojrzenie.
-Korytarze...? Tunele...?- staruszka uniosła brwi w geście zaskoczenia, po czym nie słysząc wyjaśnień ze strony żadnego z gości, pokręciła głową.
Nadim westchnął głęboko, rozczarowany i spojrzał na kompana tak, jakby chciał mu przekazać, że muszą szukać dalej.
-A klucz...?- zapytał Amir, nie dając za wygraną.
-Klucz...?
-Klucz do kłódki. Chcielibyśmy zajrzeć do środka.
-Klucza nie ma, już od dawna... Zgubił się gdzieś... Może syn go zabrał, nie wiem... Po co chcecie tam wchodzić...? Naprawdę zupełnie nic tam nie ma.
Rzeczywiście, wersja z korytarzami i tunelami brzmiała cokolwiek absurdalnie, co nie zmienia faktu, że Amir coś słyszał. I że były to dźwięki dziwne, nawet biorąc pod uwagę opcję ze szczurami. Z drugiej strony, gdyby byli tam ludzie, raczej daliby mu bardziej oczywisty znak, że się tam znajdują zamiast stukać. Ale kryształ musiał gdzieś być.
-Jak daleko jest to miasto, do którego udał się pani syn?- zapytał kobiety Nadim, najwyraźniej bardziej pochłonięty tą sprawą, niż szukaniem jakiegoś tam, jakże przecież nieistotnego odłamka, służącego do pokonania jeszcze bardziej nieistotnego demona, który przecież nie tak dawno jedynie omal nie doprowadził do ich zagłady.
-Nie wiem... Minęło wiele lat, odkąd ostatni raz stąd wyszłam- odpowiedziała staruszka.
-A może jest tu inna osada albo wieś? Nikt pani dotąd nie odwiedzał?
-O, czasem znajdują się tacy dobrzy ludzie jak wy...- staruszka uśmiechnęła się do swoich gości z autentyczną wdzięcznością.- Było ich trochę swego czasu, ale... Któż ma czas zostać ze schorowaną kobietą...?- pokręciła głową, wzdychając płaczliwie.- Wszyscy chcieli mnie tutaj zostawić, skazać na straszną śmierć, na głód... Straszna jest śmierć z głodu...- powiedziała z przejęciem. Potomek wilków skinął głową. Kobieta uśmiechnęła się do niego raz jeszcze i drżącą dłonią chwyciła go za rękę.- Ale wy teraz jesteście... Nie zostawicie mnie tutaj samej, prawda...? Zaopiekujecie się mną...
-Nie możemy zostać- odparł stanowczo Amir, nawet nie spoglądając w stronę kobiety, zajęty raczej zastanawianiem się nad tym, gdzie szukać kolejnego fragmentu.- Mamy swoje sprawy.
Kobieta cofnęła dłoń i odwróciła wzrok, zawiedziona.
-Ale pomożemy pani!- zapewnił ją prędko Nadim.- Możemy zaprowadzić panią do jakiejś wioski albo osady...
-Nie, nie... Dziękuję, ale nie...- uśmiechnęła się gorzko, kręcąc głową.- Nie zostało mi wiele czasu... Nie, nie mogę opuścić tego miejsca, to pewne... Muszę czekać na syna.
-Więc gdy tylko znajdziemy jakąś wioskę, poprosimy, by ktoś do pani zajrzał.
-Nie ma takiej potrzeby, dziękuję, nie trzeba.
Nadim zapewnił, że tak czy inaczej, to właśnie uczyni, po czym przeprosił staruszkę i wyszedł. Amir ruszył w ślad za nim, ale zatrzymał się w przejściu i obejrzał na kobietę, zamyślony.
-Czy ktoś tam jest?- zapytał.
Zamarła w bezruchu, po czym przeniosła na niego zdumiony wzrok.
-W tym pomieszczeniu- wyjaśnił spokojnie mężczyzna.- Czy ktoś tam jest?
Staruszka nie odpowiadała dłuższą chwilę, wpatrując się w niego dziwnie.
-Nie- odpowiedziała w końcu.- Kto miałby tam być...?
Amir nie znał odpowiedzi. Uśmiechnął się więc jedynie do kobiety i wyszedł, odnajdując na zewnątrz swojego towarzysza.
-I co teraz...?- Nadim spojrzał na niego pytająco.
-Trzeba to otworzyć i zajrzeć do środka.
-Bez jej pozwolenia...?- potomek wilków pokręcił głową.- Poza tym przecież mówiła, że to tylko spiżarnia. Poszukajmy gdzie indziej.
-Trzeba to sprawdzić chociażby dla świętego spokoju- stwierdził z pełnym przekonaniem Amir.
Potomek wilków zgodził się z nim, chociaż stwierdził, że należy to zrobić raczej w „bardziej odpowiednich okolicznościach”, żeby nie niepokoić starszej pani bez potrzeby. Widać było, że nie bardzo wierzy, by rzeczywiście odłamek mógł się tam znajdować. Amir miał iść z nim do lasu, ale zmienił zdanie i po chwili drogi zawrócił z powrotem do chatki. Staruszka siedziała jeszcze przy stole. Gdy pojawił się wewnątrz domku, wyjrzała za nim z czymś na kształt obawy. Przedostał się do klapy. Klęknął obok niej, zupełnie jak wczoraj, nachylił się i nasłuchiwał. Czekał długo, ale tym razem nie usłyszał niczego, żadnego choćby szmeru, nie mówiąc już o skrobaniu czy stukaniu. Nadim musiał mieć rację. Pewnie były tam szczury, chociaż szczury w pustej spiżarni zapewne nie żyłyby długo. Śmierć z głodu, jak mówiła stara, musi być potworna, nawet dla szczurów. A może nic tam nie było...? W końcu Nadim nie słyszał tego, co jego towarzysz, a zazwyczaj słyszał o wiele więcej. A Amir był wtedy senny i zmęczony. Mogło mu się wydawać. I póki co wszystko na to wskazywało.
Wieczorem, przed snem, po raz kolejny rozmawiali ze sobą na temat kryształu. Nadim uważnie szukał w całej chatce, ale nie znalazł zupełnie niczego. Amir stwierdził, że może trzeba będzie rozebrać wszystko na części i sprawdzić dokładnie czy odłamek nie tkwi w jakimś przedmiocie albo w ścianach. Nadim z niewiadomych przyczyn uznał to za żart. Mężczyzna wcale nie żartował. Położył się, sięgnął po woreczek, który zatrząsł się charakterystycznie w jego dłoniach. Westchnął głęboko. Głupi demon. Nie mógł stworzyć czegoś łatwiejszego w obsłudze? Miał moc, żeby wskrzesić armię i wynieść na tron psiego tyrana, a odwalił fuszerkę tworząc coś rzekomo tak potężnego. Amir nie widział tej potęgi. Ot, kamyki, które czasem podrygiwały, co było, owszem, ciekawe, ale nic poza tym. Gdzie ta wielka moc? I gdzie ten demon, do licha? Chyba powinien już tu być i próbować ich wodzić na pokuszenie czy co tam demony zazwyczaj robią. Właściwie nawet nie wiedział, co dokładnie robią, prócz sympatyzowania z ogoniastymi tyranami, ale ten jeden miał niewątpliwy powód, by się nimi zająć. A skoro posiadał tak ogromną moc, mógł to uczynić szybko i bez zbędnego kłopotu. Wybrańcy! Phi! Nie zdziwiłby się wcale, gdyby cała ta historyjka okazała się jednym, wielkim wymysłem, a kryształ niczym więcej, jak tylko kawałkami bezwartościowego kamyka, których jedyną zaletą było to, że wyczuwały się wzajemnie w jakiś podejrzany, nie do końca zrozumiały, ale właściwie nieistotny sposób.
Usłyszał na dole czyjeś kroki. Zamarł na chwilę, przysłuchując się im uważniej i zastanawiając, dokąd wybiera się staruszka, choć jak na staruszkę, kroki były dość żwawe. Później doszedł do niego inny odgłos, coś jak uderzenie, nie był pewien. Kroki ucichły. Szuranie. Tak, teraz wyraźnie słyszał szuranie, jakby ktoś ciągnął coś ciężkiego po podłodze. I trzask otwieranych drzwi. A może to nie były drzwi...? Kolejny trzask.
-Mógłbyś już wreszcie przyjść po mnie...- usłyszał pełen pretensji głos.- Strasznie mi zimno...
-To się nakryj, durniu- odparł z poirytowaniem, przewracając się na drugi bok.
-Mhh...?- Nadim mruknął coś nieprzytomnie.
-Nakryj się- powtórzył Amir, nieco głośniej.- Zamiast gadać, że ci zimno...
-Nie mówiłem, że jest mi zimno...- odpowiedział sennie potomek wilków, a Amir podparł się na przedramionach i spojrzał na niego ze zdumieniem.- Właściwie to nic nie mówiłem...- dodał Nadim, przetaczając się na drugi bok i zaraz znowu spał.
Mężczyzna odłożył woreczek z kryształami i rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu, cokolwiek zaniepokojony. Nie zauważył niczego ani w pobliżu, ani na schodach. Przełknął ślinę i położył się, stwierdzając przed samym sobą, że pewnie to mu się tylko śniło. Nie przyniosło to jednak oczekiwanego spokoju i chwilę jeszcze to kładł się, to podnosił znowu i rozglądał wokół siebie ciut podejrzliwie, żeby nie powiedzieć panicznie, by upewnić się, że nic nie kryje się w ciemnościach. Wreszcie zdenerwowany tym wszystkim, przysunął się bliżej towarzysza, niemalże przylegając do niego ciałem i wsłuchany w jego spokojne bicie serca, usnął w końcu.
Nazajutrz Amir już był przekonany, że z feralną klapą trzeba coś zrobić, choćby pod nią rzeczywiście znajdowała się pusta spiżarnia ze stadem wygłodniałych szczurów. Nadimowi o tym nie powiedział i wolał, za jego wcześniejszą poradą, poczekać na odpowiedni moment, kiedy to staruszka wyjdzie, a potomek wilków bohatersko ruszy jej na pomoc. Rano zasiedli do śniadania. Kobieta kroiła nożem słabo dopieczone mięso, rozdzielając jego duże porcje pomiędzy gośćmi, a sama zasiadła za stołem, z niemalże pustym talerzykiem. Uśmiechnęła się do mężczyzn, kiwnąwszy głową, jakby życzyła im smacznego. Amir głodny jak diabli, ale odrobinę zniesmaczony (wuj zawsze powtarzał mu, że w głodzie człowiek nie wybrzydza, aczkolwiek jego, jak widać, trzymały się wciąż zwyczaje królewskie), ledwie skubnął posiłku i zaraz przyglądał się, trudno powiedzieć, czy bardziej z podziwem, czy zdumieniem, potomkowi wilków, któremu jak zwykle jakość jedzenia była zupełnie obojętna.
-Może gdyby otworzyła pani spiżarnię, upolowałbym więcej- powiedział.- Mogłaby pani trzymać tam to wszystko przez jakiś czas, gdy my już pójdziemy...
Staruszka uśmiechnęła się tylko.
-Czy mógłbyś przynieść jeszcze czegoś na opał, proszę...?- zwróciła się w pewnym momencie do potomka wilków, dotykając jego dłoni. I Nadim, i Amir, jednocześnie skierowali wzrok w kierunku leżącego przy kominku drewna. Było go wystarczająco dużo.- Tylko trochę... Żebym czuła się spokojniejsza... Proszę...
-Oczywiście- zgodził się Nadim, uśmiechając serdecznie i jak zwykle prezentując wyjątkowy wprost poziom czegoś, co podobno nazywa się dobrocią, a Amir wolał to określać mianem naiwniactwa.
Wstał od stołu i posłał swojemu towarzyszowi dziwne spojrzenie, po czym wyszedł. Amir uznał, że ten po prostu zamierzał go poprosić o towarzystwo, ale nie bardzo chciało mu się o tej porze spacerować w cieniu drzew z ględzącym Nadimem, więc z dwojga złego, wolał już posiedzieć przy staruszce, która zazwyczaj nie odzywała się do niego wcale.
-Kiedy odejdziecie...?- zapytała, spoglądając na niego pytająco.
-Niedługo- odparł Amir.- Nie wiem jeszcze dokładnie, ale mamy pewne...- umilkł, bo zdawało mu się, że nie słyszał do tej pory, by Nadim otworzył czy zamknął drzwi. Zmarszczył brwi i nasłuchiwał jeszcze chwilę. Dotarł do niego jakiś trzask. Nieco zdziwiony, kontynuował- … mamy pewne sprawy do załatwienia, nie cierpiące zwłoki. Wkrótce jednak powinniśmy sobie z nimi poradzić.
-Ach, tak...
Przez kilka minut siedzieli obok siebie w krępującej dla mężczyzny ciszy.
-Mógłbyś dorzucić drewna do kominka...?- zwróciła się do niego z prośbą staruszka- Bardzo proszę...
-Przecież się pali...- zauważył Amir, spoglądając na nią bez zrozumienia.- Poza tym jest dzień, w dzień jest tu dość ciepło, nie lepiej palić tylko w nocy...?
-Bardzo proszę- powtórzyła starsza pani.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wstał. Klęknął obok kominka i zaraz dorzucił do niego czegoś na opał, obserwując przez chwilę tlący się ogień. Kobieta wstała i stanęła za nim, chwytając kawałek drewna. Amir chciał zapytać, czy powinien go jeszcze wrzucić, gdy usłyszał krzyk towarzysza dobiegający z wnętrza domu:
-Amir!
Odwrócił na chwilę głowę, ale w tym momencie poczuł mocne uderzenie plecy. Chwycił się rozpaczliwie za kamienną ramę kominka, gdy staruszka z całej siły, która okazała się znacznie bardziej imponującą niż można było przypuszczać, zdzieliła go po raz kolejny.
-NADIM!- zawył, widząc przed sobą płomienie i z całej siły opierając się na dłoniach.
-Właź... Właź tam, ty łajzo...- syknęła gniewnie kobieta, usiłując wepchnąć do go do środka i jednocześnie uderzając go w rękę.
Amir krzyknął z bólu, ale nie cofnął jej. Zaraz usłyszał kroki towarzysza i ten wbiegł do pomieszczenia. Chwycił kobietę od tyłu i odciągnął ją kawałek dalej. Staruszka nadal krzyczała coś wściekle. Mężczyzna odsunął się od kominka i wstał powoli, oddychając głęboko, zaskoczony całą sytuacją. Nie był to jednak koniec. Babcia wyrwała się Nadimowi i rzuciła w kierunku stołu, by zaraz rzucić się na niego z nożem. Nadim uchylił się i niezbyt ostre narzędzie jedynie zahaczyło o ścianę. Amir szarpnął staruszkę i cofając się przewrócił stół, obok którego upadli oboje, w szamotaninie.
-Chcesz żebym umarła tu z głodu!- krzyczała kobieta, drapiąc go po twarzy.- Wszyscy tego chcecie, zostawić mnie na pewną śmierć, pozwolić mi umrzeć, nie będzie tak... Nie!
I nagle zamarła w bezruchu. Krew wypłynęła jej z warg. Zachwiała się i upadła na bok, ze sztyletem Nadima wbitym głęboko w plecy.
-Jesteś cały...?- zapytał potomek wilków, nachylając się do towarzysza i dotykając jego ramienia.
Amir pokiwał niemrawo głową.
-Tak... Tak...- mruknął, wpatrując się w zwłoki kobiety bez zrozumienia.
-Nie uwierzysz, co znalazłem- powiedział Nadim, wyciągając swoją broń.
-Dzisiaj uwierzę we wszystko- odparł bez wahania Amir.
Upewniwszy się, że kobieta nie żyje, potomek wilków poprowadził go do przejścia, prowadzącego do spiżarni. Zeszli w dół, pod ziemię. I rzeczywiście, pomieszczenie okazało się niczym więcej, jak tylko spiżarnią. Spiżarnią, w której znajdowały się cztery ludzkie ciała, w tym jedno obdarte prawie do nagiej kości.
-Myślisz, że jedno z nich należy do jej syna?- zapytał Nadim.
-Nie wiem...- odparł niechętnie mężczyzna.- Nie chcę wiedzieć. Idź do niej, a ja...- odetchnął głęboko.- Ja pójdę po kryształy.
I tym razem problemu nie było. Amir został doprowadzony przez fragmenty prosto do pomieszczenia, w którym leżała kobieta. I to na nią reagowały tak mocno, jak zresztą, na początku, przypuszczał. Nadim spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-I co teraz...?- zapytał niepewnie.
-Sam wiesz... Sprawdź- odmruknął Amir i odwrócił się do towarzysza plecami, krzywiąc się pod nosem.
Nadim był jednak istotą, której obrzydzenie było obce i miał stosunkowo niewielkie opory przed czymkolwiek, więc nawet rozebranie i przeszukanie ubrań martwej kobiety nie stanowiło dla niego problemu.
-Nic nie ma- stwierdził.- Więc gdzie jest...?
Amir zwrócił się w stronę towarzysza. Ich spojrzenia spotkały się.
-Chyba nie myślisz, że...- zaczął potomek wilków, ale zaraz umilkł, cofając się nieco.
Mężczyzna westchnął ciężko.
-Dawaj- mruknął, zabierając kompanowi sztylet.
-Naprawdę sądzisz, że mogłaby zjeść...- rzucił znowu Nadim i po raz kolejny uciszył się, tym razem gdy tylko Amir, nie bawiąc się w zbytnie subtelności, najpierw rozciął pionowo brzuch kobiety, a później zrobił poziome nacięcie, tym razem w okolicach podbrzusza. Wiedza anatomiczna nie była wiedzą odległą ani tajemną w miejscu, z którego pochodził, choć zgłębianą jedynie przez medyków, a co za tym szło, Amir miał o tym niewielkie pojęcie. Zresztą jakakolwiek wiedza, którą nabywało się w sposób teoretyczny a nie praktyczny, wydawała się zawsze mężczyźnie zbędna i kłopotliwa. Czyniąc to, co czynił, stwierdził to, do czego doszedł już dawno. Wnętrze człowieka było obrzydliwe. A bogowie naprawdę się nie postarali, co zresztą dowodziło tylko jednego – że zupełnie tak jak ludzie, koncentrowali się tylko na tym, co widoczne. Ewentualnie, że byli wszystkim, a więc także wnętrznościami i krwią, którą Amir pobrudził się prawie po łokcie. Nadim patrzył na niego cokolwiek potępiająco, ale nie odezwał się ani słowem. A gdy wreszcie mężczyzna znalazł to, czego szukali, wszystkie wątpliwości odeszły na bok. W ściankę żołądka, o czym Amir miał jednak mgliste albo i jeszcze mniejsze pojęcie, wbity był odłamek kryształu. Mężczyzna wyjął go i obejrzał w dłoni.
Popatrzyli po sobie.
-I co teraz..?- Nadim spojrzał na towarzysza pytająco.
Amir pokręcił tylko głową. Cofnął się i zaraz usiedli obaj pod ścianą, zmęczeni sytuacją.
-Myślę, że to czas, żebyś ty zaczął nosić kryształy- stwierdził mężczyzna, zerkając na kompana.
Potomek wilków parsknął cicho.
-Nie ma mowy. Doszedłem do wniosku, że jednak tobie wychodzi to znacznie lepiej.
-Ach, tak...- Amir uśmiechnął się pobłażliwie.
-Powinniśmy stąd iść.
-Jeszcze nie. Trzeba zająć się ciałami.
-Pochować...?
-Nie. Zjeść.
-Widzę, że poczucie humoru dopisuje ci bez względu na okoliczności...
I tak siedzieli obok siebie, przy tlącym się w kominku ogniu, ubrudzeni krwią, w towarzystwie zwłok leżących nieopodal, na podłodze, i gromadą trupów pod nią.
Nie ma to jak odpoczynek w przyjemnej atmosferze.

sobota, 21 kwietnia 2012

Cześć :)

Nie miałam zbyt wiele czasu na pisanie w tym tygodniu, więc dokończyłam tego one-shota, mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Za tydzień "Chaos", za dwa tygodnie "Gabriel" (w końcu!), później znów "Chaos", jak to zwykle bywa, a później... Piszcie :). Podejrzewam, że wyjdzie na to, że "Wyzwanie", ale jakby przypadkiem okazało się, że jednak czekacie na coś innego, to nie wahajcie się mówić :).

Enjoy.

Tęsknota

Dzień wydawał się całkiem zwyczajny i niewiele różniący się od poprzedniego. Tylko pogoda trochę się popsuła i można było już się domyślać, że wkrótce zacznie padać. Pośród stęków, rozmów i narzekań towarzyszy, Rufus zajmował się swoją pracą, włączając się co jakiś czas w dyskusje, pogodnie, z uśmiechem, stanowiąc już nieodłączny element tej społeczności której częścią stał się nie tak dawno temu. I prowadził spokojny żywot w tej maleńkiej osadzie, która dla przeciętnego mieszczucha przybywającego z zewnątrz mogłaby sprawiać wrażenie całkowicie odciętej od świata. Tutaj nie było miejsca ani na wielkie interesy, ani na sztukę, ani na ambicje arystokratów czy wielkich panów. Ludność żyła z dnia na dzień, pochłonięta przypisanymi sobie zadaniami, tak całkowicie, jak gdyby zostały im one nadane z chwilą narodzenia. I chociaż Rufus całe swoje wcześniejsze życie spędził w mieście, to miejsce wydawało się wprost stworzone dla niego. Spokój, cisza i ta solidarność, wynikająca z wzajemnego zrozumienia sytuacji i swojej zależności od drugiego człowieka, sprawiał, że ta osada zdawała się być dla niego wręcz rajem na ziemi.
Mężczyzna otarł pot z czoła, a następnie pozbył się gałęzi z obalonego chwilę wcześniej drzewa i zaczął ciąć pień na mniejsze części.
-Hej, Rufus!- usłyszał głos jednego z nadchodzących towarzyszy i nie przerywając, czekał na jego kolejne słowa- Ktoś czeka na ciebie w gospodzie!
Ledwie te słowa przedarły się do jego świadomości, a serce, jak gdyby reagując na nie, ruszyło nagle ze zdwojoną prędkością. Siekiera wysunęła mu się z dłoni i gdyby nie pochwycił jej w ostatniej chwili, wylądowałaby na ziemi.
-Kto...?- rzucił, pozwalając sobie na jeszcze chwilę niepewności.
-A kto może na ciebie czekać!- zaśmiał się drwal, schodząc niżej- Facet o aparycji nieroba! Ten jak mu tam... poeta!
Przez tłumek pracujących przebiegł miarowy rechot, w którym trudno było jednak znaleźć choćby nutę złośliwości. Rufus uśmiechnął się lekko i z tym uśmiechem, wrócił do pracy, po raz pierwszy od wielu dni mając powód, by się spieszyć. Gdy skończył, zabrał kawałki drewna do pobliskiego magazynu, gdzie zwyczajowo zanotowano ile tego dnia dostarczył i poinformował, że wraca do gospody. Także dwóch magazynierów zerknęło na siebie aż nazbyt znacząco, bowiem tylko przy jednej okazji Rufus kończył swoją pracę szybciej niż zwykle.
Drogę z lasu do karczmy w której pomieszkiwał pokonał niezwykle szybko, nie mając ochoty marnować ani sekundy i zaraz znalazł się we wnętrzu, które, jak zazwyczaj popołudniami, było już nieco tłoczne. Przeprosił dwóch szarpiących się ze sobą w progu rolników, którzy kulturalnie ustąpili mu drogi, by zaraz znowu wrócić do namiastki mordobicia. A że obaj byli już wiekowi i wszystkim wokół dobrze znani, nikt nawet nie trudził się by ich rozdzielać. Reszta towarzystwa zachowywała się przyzwoicie, choć oczywiście jak na warunki gospód przystało. I wśród znajomych twarzy, po momencie niecierpliwego poszukiwania, Rufus dostrzegł wreszcie tę najbardziej oczekiwaną.
Przy jednym ze stolików siedział mężczyzna, który mimo że miał niedługo przekroczyć granicę trzydziestu lat, wygląd wciąż miał bardzo młodzieńczy i świeży. Jasne, kręcone włosy i błękitne oczy, wpatrujące się teraz nieobecnym wzrokiem w okienko gospody, w połączeniu z jego nietypową, bardzo subtelną i chłopięcą wręcz urodą, sprawiały, że przypominał bardziej jakąś mityczną postać, odległą i niepodobną do wszystkich innych ludzi. Szczególnie w otoczeniu prostych robotników i chłopów, umęczonych i wyćwiczonych codzienną pracą, prezentował się wyjątkowo, niczym szlachcic, arystokrata, a może wręcz bóg. Bo Rufus sądził, że chyba właśnie tak musieli wyglądać bogowie.
Podszedł do jasnowłosego i stanął przy stoliku. Mężczyzna odwrócił powoli głowę w jego kierunku, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Podniósł się niespiesznie.
-Witaj- rzucił miękko Fotyn.
-Witaj...- odparł Rufus i zaraz zapadła między nimi cisza, dokładnie tak jak zwykle, bo tak trudno było coś zrobić, zareagować jakoś, kiedy całe ciało wręcz krzyczało, by dostać się bliżej tego drugiego, a wokół przecież tylu ludzi, tyle par oczu, tyle spojrzeń...
I choć wszyscy chyba już kojarzyli nietypowego gościa, który zjawiał się tu raz na jakiś czas i zapewne zdawali sobie, mniej lub bardziej,sprawę z przyczyn jego odwiedzin, to nikt nie czynił Rufusowi żadnych uwag, nie pozwolił sobie nawet na drobną sugestię czy potępiające spojrzenie... Wydawało się, że w imię tego solidaryzmu społecznego, spajającego osadników nicią współpracy, potrafili wybaczać sobie wzajemnie różne sprawy i przymykać oko na zachowania nie do końca jasne, a może wręcz źle widziane, dopóki te nie szkodziły ogółowi. Ale mimo braku potępienia, z jakim zapewne spotkałby się w innym otoczeniu, w imię tego samego solidaryzmu społecznego właśnie, Rufus nie odważył się nigdy przekraczać pewnych granic.
Uścisnął wyciągniętą dłoń Fotyna, a w jego brzuchu pojawiło się przyjemne, ciepłe uczucie. Jak strasznie za nim tęsknił, jak dawno go nie widział!
Fotyn tradycyjnie już poprosił karczmarza Gaudentego o wynajęcie pokoju w gospodzie. Starzec zgodził się, mrukliwie i wyraźnie niechętnie. Oko miał bystre (jedno, bo drugie stracił ponoć jeszcze w młodości, walcząc o względy jakiejś panny) i wiedział, że jest to niczym więcej jak tylko farsą i przy odrobinie szczęścia, Fotyn nie będzie miał nawet okazji do swojego pokoju zajrzeć. A że z natury nie lubił spraw kłopotliwych, uciążliwych i niepotrzebnych, nawet takie drobnostki irytowały go do żywego.
Fotyn otrzymał klucz i obaj ruszyli na górę, siląc się na spokojny krok, chociaż chaotyczność gestów już zdradzała ich zniecierpliwienie i wyczekiwanie. Rufus wpuścił jasnowłosego do swojego pokoju, niedużego, ale spełniającego całkowicie jego potrzeby i będącego mu już o wiele bliższym niż rodzinny dom. Ledwie drzwi zamknęły się za nimi, a już chwycił kochanka mocno w ramiona i przylgnął kurczowo do jego ciała, stęskniony za jego bliskością.
Gdyby mógł nie wypuszczałby go stąd wcale i z każdą jego wizytą, liczył po cichu na to, że usłyszy wreszcie słowa na które czekał od dawna. Nie chodziło bynajmniej o wyznania miłosne, jakimi Fotyn raczył go niemalże nieustannie w swej romantycznej naturze, a raczej o deklarację, że zostanie tutaj, na miejscu, albo przynajmniej gdzieś w pobliżu. Gdyby nawet zechciał mieszkać gdzie indziej, na wsi czy w mieście, zapewne Rufus zrezygnowałby ze swojego małego azylu na jego rzecz, ale nic nie wskazywało na to, by Fotyn w ogóle myślał o takich sprawach. Jako natchniony poeta, podróżował wiele, dużo czasu spędzał na dworach i zamkach panów, królów, arystokratów, tam zdobywał pieniądze i uznanie jakiego szukał i pożądał najbardziej. Tak bardzo, że Rufusowi zdawało się czasem, że ta miłość, którą Fotyn określał jako „siłę najważniejszą i największą na świecie”, przegrałaby z tym uznaniem już w pierwszym starciu. Nie w głowie było mu jednak stawianie kochankowi jakichkolwiek zarzutów.
-Pokażę ci coś...- ku rozczarowaniu Rufusa, Fotyn odsunął się nieco i z podekscytowaniem, sięgając pod płaszcz, wydobył z niego książeczkę, którą wcisnął w dłoń towarzyszowi, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Była niewielka, ale dosyć ciężka. Rufus bez szczególnego zainteresowania, a jedynie z czystej uprzejmości, otworzył ją i ruchem nieco niecierpliwym przerzucił kilka kartek, starając się bezskutecznie sprawiać wrażenie, że podoba mu się to, co widzi, cokolwiek by to nie było. Czytać umiał, ale nie lubił, było to dla niego zwykłą stratą czasu, a poezji zazwyczaj wręcz nie rozumiał, szczególnie w wykonaniu swojego kochanka.
-Wiem, że pewnie i tak tego nie przeczytasz- stwierdził Fotyn, uśmiechając się jednak całkiem pogodnie. Przyzwyczajony do poglądów Rufusa i jego, jak to zwykł mawiać, „całkowitej obojętności na prawdziwą sztukę”, nie wymagał od niego nigdy zbyt wiele. Zresztą obaj nie stawiali przed sobą żadnych oczekiwań, co wydawało się dotąd doskonałym kompromisem- W każdym razie, doszedłem do wniosku, że powinieneś mieć coś mojego...- przeszedł się niespiesznym krokiem po pokoju, a następnie zatrzymał przy szafie i obok niej, na podłodze, ułożył swoje rzeczy- Coś tak ważnego dla mnie... Będzie ci o mnie trochę przypominać i może nie będziesz tak tęsknił.
Rufus oszczędził sobie komentarza. Kilka kartek nie mogło z pewnością zastąpić jego Fotyna ani zająć mu skutecznie czasu.
-Pewnie nie wiesz, ale byłem z tym na dworze najpierw u jednego arystokraty, później u drugiego...- zaczął znowu jego kochanek, spuszczając oczy w wyrazie skromności, który wcale do niego nie pasował- Pochwalili bardzo mnie i moją sztukę, zachwycili się nią głęboko, powiedzieli, że ujęła ich serce i tchnęła w nich jakby... nowego ducha!- westchnął z przejęciem, by zaraz dodać stanowczo- Ale przecież nie mnie wierzyć w takie zapewnienia, nie od dziś wiadomo, że panowie ci z nudy gust mają nieco wypaczony i nieraz bardziej docenią jakiś chłam od prawdziwej sztuki... Bo widzisz, kochany Rufusie, prawdziwa sztuka nie budzi wszędzie zachwytu, o nie...- Fotyn pokręcił głową, tłumacząc to w sposób wyjątkowo powolny i cierpliwy, niczym mało pojętnemu uczniowi, chociaż Rufus słyszał już podobne wystąpienia wiele razy i znał je niemalże na pamięć- Prawdziwa sztuka musi budzić też gniew, o tak, gniew! Gniew słabeuszy i zazdrość tych, którzy tylko pretendują do miana prawdziwych artystów, a zajmują się jakimś... ledwie błazeństwem! Więc podróżowałem dalej, a tu wciąż tylko oklaski i pochwały, i prośby o więcej, i obietnice, i o Rufusie, gdybyś tylko to wszystko słyszał! Ktoś o wątlejszym charakterze, mógłby już dawno oddać się próżności i zapomnieć o całym świecie, ale nie ja!- Rufus uśmiechnął się z rozbawieniem, obserwując pełne ekspresji gesty jasnowłosego- Aż wreszcie któregoś dnia usłyszałem, jak ten Wulfryk, zazdrosny starzec, opowiada o mnie i o mojej sztuce rzeczy potworne i godne najwyższego potępienia! Ha! I wtedy zrozumiałem, że stworzyłem dzieło więcej niż genialne! Ledwie wczoraj znowu gościłem u jednego z wielkich panów i muszę ci powiedzieć, że słuchał mnie z ogromnym zachwytem...
-Gdyby stał przede mną taki mężczyzna, też udawałbym zachwyt, żeby móc dłużej na niego popatrzeć...- odparł z rozbawieniem Rufus, a jego kochanek zaśmiał się lekko- Chociaż słuchanie ciebie nie zawsze należy do przyjemności...- dodał żartobliwie.
Fotyn przechylił lekko głowę, a jego uśmiech poszerzył się jeszcze i zdawało się, że stał się niemalże wyrazem subtelnej prowokacji.
I,sądząc po reakcji Rufusa,w najbliższym czasie to nie rozmowa będzie tym, co będzie ich zajmowało najbardziej.

Rufus leżał nieruchomo na łóżku, obok swojego kochanka, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w kącie pogrążonego w mroku pokoju. Milczeli obaj, znużeni chwilowo rozmową, pozwalając odpocząć tymczasowo nasyconym bliskością sercom, bijącym wciąż szybciej niż zwykle, wargom, złączonym jeszcze ledwie chwilę temu w jedno, ciałom, współgrającym ze sobą niedawno, tworząc kompozycję więcej niż idealną.
Po chwili ciszy, Fotyn przysunął się do niego i objął od tyłu jego klatkę piersiową i szyję. Dłoń kochanka spoczęła w jego włosach i zaczęła przeczesywać je miarowo, wywołując u Rufusa pomruk zadowolenia.
-Kiedy...?- wymsknęło się wreszcie z jego ust pytanie, które tak czy inaczej musiało paść, chociaż brak jakichkolwiek zapewnień czy obietnic jego towarzysza sprawiał, że odpowiedź wydawała się dość oczywista.
-Jutro...- odparł cicho Fotyn i wydawało się, że również jest rozczarowany, chociaż przecież nie miał żadnych zobowiązań, żadnych zadań, które uniemożliwiałyby mu zostanie tutaj chociażby dzień, dwa dłużej. Albo na zawsze. A jednak coś nieustannie gnało go z miejsca na miejsce. Tym czymś było poszukiwanie aprobaty, uznania, może zaspokojenie własnej próżności, trudno powiedzieć. Rufus zastanawiał się nad tym wielokrotnie, ale ze swojego punktu widzenia, sposobu postrzegania świata, rzeczywistości, nigdy nie potrafił zrozumieć decyzji ani postanowień kochanka, choć dyskutowanie z nimi również wydawało mu się daremne.
W końcu dwoje ludzi nie powinno ograniczać w żaden sposób swojej wolności.
-Świat jest okropny, Rufusie...- westchnął mu do ucha Fotyn, nie przestając pieścić miarowo jego skóry- Gdybym mógł, zabrałbym cię ze sobą, ale nie mogę... Ludzie są tacy dziwni! Rozpychają się łokciami, zabierają innym przestrzeń, zupełnie niepotrzebnie, bo przecież mają własną... Mają żony i dzieci, więc cóż ich tam obchodzą inni i ich moralność czy też jej brak? Bo wiesz, że w gruncie rzeczy, my Rufusie, razem, jesteśmy bardzo niemoralni. W ogólnym odbiorze. Bo widzisz, Rufusie, niektórzy ludzie są tak zamknięci i w tym zamknięciu nieszczęśliwi, że chcą też tworzyć bariery dla innych i my musimy się im podporządkować...
-Tak już wygląda świat...- odparł nieco sennie mężczyzna. Nie w głowie były mu refleksyjne dyskusje i zastanawianie się nad tym, kto i dlaczego ten świat takim uczynił- Większość stwarza normy.
-I dlatego ten świat jest mały dla ludzi takich jak my- odparł ze smutkiem Fotyn- Bo widzisz, Rufusie, ja darzę cię uczuciem większym niż wielu mężczyzn darzyło czy darzyć będzie kiedykolwiek swe żony, kochanki czy nawet wymarzone, najwspanialsze, pierwsze ze wszystkich oblubienice, obiekty młodzieńczych westchnień i zawodów. Ale nikogo to przecież nie obchodzi i nie będzie to żaden argument, jeśli zechcą nas za to zabić...- kochanek wtulił się mocniej w plecy mężczyzny- A ty jesteś dla mnie całym światem i pierwszą myślą, jaka przychodzi mi rano do głowy, zaraz po przebudzeniu i ostatnią, jaka nachodzi mnie przed snem...- Rufus uśmiechnął się tylko i przymknął powieki, przyzwyczajony już do wywodów ukochanego- I wszystko, co robię, czy czego robić nie chcę, ma w jakiś dziwaczny, zupełnie pokrętny sposób – związek z tobą. I chociaż nie potrafię tego w żaden sposób wyjaśnić, tak właśnie jest. No i jesteś moją największą inspiracją... Z myślą o tobie piszę moje najwspanialsze wiersze...- jasnowłosy zaśmiał się miękko, muskając wargami kark mężczyzny.
Rufus uśmiechnął się lekko.
-I tak nie rozumiem z nich ani słowa- przyznał otwarcie.
-To nic...- odparł łaskawie poeta- Widzisz, Rufusie...- zaczął znowu, a jego dłonie prześlizgnęły się na plecy mężczyzny i zaczęły masować je powoli- Ty masz ciało robotnika... I umysł robotnika... Nie dla ciebie poezja i sztuka, ale nic w tym złego...
-Mhm...- wymruczał Rufus, skoncentrowany bardziej na przyjemności płynącej z odprężającego dotyku mężczyzny niż jego słowach- Teraz już wiem, czemu jeszcze się z tobą widuję...- szepnął żartobliwie.
Jasnowłosy ucałował jego szyję.
-Myślę, że to nie jedyny powód.
-Masz rację...- odparł leniwie mężczyzna- To drugie też jest całkiem przyjemne...
Jego kochanek zaśmiał się ciepło.
-Nie mówiłem o tym...
-A o czym...?
-O tym, że serce też masz robotnika. Ale ono jest już moje- Fotyn cmoknął go w ucho i zadowolony z siebie, przeciągnął na swoją stronę więcej kołdry, otulając się nią i odwracając plecami do kochanka.
Rufus uśmiechnął się tylko pod nosem. Potwierdzenie wydawało się zbędne. Miał wrażenie, że przy Fotynie stawał się niczym innym jak tylko miękką masą, którą ten mógł formować na nowo i nadawać jej kształt. I chociaż Rufus nie znał się na poezji i o uczuciach mówić ani nie lubił, ani nawet nie umiał, funkcjonowanie bez Fotyna, dni bez myślenia o nim, życie bez nieustannego zastanawiania się nad tym, kiedy wreszcie się pojawi – wydawało mu się zupełnie bezcelowe.
-Zostań trochę dłużej- poprosił.
-Nie mogę.
-A co stoi ci na przeszkodzie...?
-Sztuka, mój drogi... Sztuka...- odparł z westchnieniem trudu i dumą jednocześnie Fotyn- Ale przecież wrócę.
-Gdybyś nie wyjeżdżał, nie musiałbyś wracać- zauważył mężczyzna.
Fotyn uśmiechnął się lekko.
-Sztuka, kochany Rufusie, nie znosi rutyny.

Nie widział go już siedem miesięcy. Taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy, Fotyn, chaotyczny i zajęty swoimi sprawami, nie przyjeżdżał regularnie, raz bywał częściej, raz rzadziej, ale zawsze jednak bywał. Tym razem jego nieobecność była tak długa, że aż trudna do uwierzenia. Rufus ze zdumieniem odliczał każdego ranka kolejny dzień, który upłynął od ostatniej wizyty kochanka, zupełnie nie wiedząc, jak się w tej sytuacji zachować. Fotyn nie dawał żadnego znaku życia. Gdyby chociaż napisał list, nawet jeden list! Zdarzało się, owszem, czasem, że tego nie robił i dłuższy czas nie było od niego wiadomości, a później wpadał niespodziewanie, jak gdyby chciał zrobić Rufusowi niespodziankę. Ileż też było sytuacji, gdy listy nie docierały, co wychodziło na jaw dopiero po jego przyjeździe. Ale tak czy inaczej, Fotyn listów pisał wiele. Tak wiele, że niekiedy goniec, dopadłszy Rufusa, wręczał mu ich kilka albo i nawet kilkanaście. I chociaż listy te, podobnie jak poezja Fotyna, były dość niezrozumiałe, trudne do odczytania, przez różnego rodzaju zwroty i określenia, które, jak sądził mężczyzna, miały utrudnić komuś obcemu zrozumienie ich sensu, on też ich nie rozumiał, ale były dla niego niejako symbolem pamięci i czymś na kształt zapewnienia, że wszystko jest w porządku, czasem nawet zapowiedzią kolejnych odwiedzin. A tym razem nic. Cisza. I bezradny Rufus, chwytał się resztek nadziei i chwytał się starych listów, ukrytych pod obluzowaną deską podłogi, a następnie siadał po pracy przed kominkiem w karczmie i odczytywał je, jeden po drugim, znowu nie rozumiejąc zupełnie nic, a mimo to wzruszając się niezwykle i nieraz wręcz łzy cisnęły mu się do oczu, gdy zastanawiał się nad losem, jaki spotkał jego ukochanego. Świat Fotyna pełen był wrogów i zazdrośników, i wielkich panów, chcących mieć talent na wyłączność, i arystokratów kolekcjonerów ludzi, i wszystkich tych osób dziwnych, podejrzanych i budzących niepokój, którzy wątłemu poecie mogli wyrządzić jakąś potworną krzywdę. A oprócz tego jeszcze choroby, jeszcze zarazy, grabieże, napady... Serce bolało Rufusa, że nie zdołał dotąd przekonać kochanka do tego, by ten z nim pozostał. I dzień w dzień modlił się jedynie, by miał jeszcze okazję i wyczekiwał jego przybycia. Pracował jeszcze więcej niż do tej pory, bo tylko pracując potrafił skoncentrować się na czymkolwiek innym. Nieraz zdarzało się, że towarzysze prawie siłą zaciągali go do gospody, gdy nadchodziła noc. A tam znowu chwytał za listy i koło się zamykało.
Wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna i niemożliwa do rozwiązania. Aż do pewnego wieczora.
Rufus jak zwykle zszedł na dół, tym razem jednak zamiast listów, trzymając w rękach książkę podarowaną mu przez Fotyna. Usiadł przy kominku, zamyślony i posępny, spoglądając na dzieło poety z rozrzewnieniem. Otworzył je i zaczął czytać. Nie zwracając uwagi na rozmowy, stukot szklanek i szmer przesuwanych krzeseł, pochłaniał kolejne litery, kolejne zdania, kolejne wiersze, równie mało zrozumiałe, równie nieistotne w swej treści, co wcześniej, ale znaczące tym razem o wiele więcej. Przypominał sobie Fotyna, przypominał sobie ich pierwsze spotkanie i wszystkie kolejne, ich rozmowy i niekończące się opowieści poszukującego wiecznie sensu życia poety.
-Rufus...
Odwrócił się i spostrzegł jednego ze swoich dawnych współpracowników. Wstał, by przywitać się z nim i uściskać go przyjaźnie. Nie widzieli się już od jakiegoś czasu, gdy to wiekowy drwal postanowił stać się kupcem i wyruszył w świat.
-Nie zgadniesz, kogo spotkałem! Ha, no spróbuj zgadnąć!- zaczął od razu mężczyzna. Rufus wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się uprzejmie, nieszczególnie wiedząc, na kogo interesującego ten mógł się natknąć- Spotkałem twojego poetę! Tak, twojego poetę!- powtórzył natychmiast mężczyzna z gromkim śmiechem.
-Gdzie?- rzucił natychmiast Rufus, oszołomiony zupełnie tym, co usłyszał.
-Gdzie...?- stary drwal musiał zastanowić się chwilę i zaraz klasnął w ogromne dłonie i mówił- Tak, to było to miasto, zaraz na zachodzie... Stoję, sprzedaję na targowisku, zatrzymuję człowieka, mówię: „patrz, panie, jakie piękne materiały, jakie piękne koronki, w sam raz dla żony”, pan zatrzymał się, spogląda ciekawie, a to pan bogaty, dobrze ubrany, wystrojony, myślę sobie, byle zbić interes, a tu pan zamiast kupować to gada i gada, i gada, i gada, mówię ci, w tych miastach klientela taka, każdy by tylko paplał naokoło, zamiast pieniądze wydawał, a od czego są kupcy...?
-To był Fotyn?- przerwał mu Rufus niecierpliwym tonem.
-Poeta? Ha, a skądże znowu!- zaśmiał się znowu jego towarzysz i spokojnie kontynuował opowieść, jakby nie dostrzegał wyczekiwania i niepokoju na twarzy Rufusa- Pan mówił i mówił o wielu rzeczach, aż pyta mnie w końcu, czy ja lubię przedstawienia. Powiedziałem, że tak, dla świętego spokoju, kupiec powinien w końcu mówić to, co klient chce usłyszeć, a tu pan dalej, że tam za rogiem ustawiona scena, że chcą ze sztuką wyjść do mieszczan, że ludzi ściągają... Że różni artyści wystąpią, to aktorzy, to znowu poeci będą recytować swoje wiersze, że przyjść można, zobaczyć... To powiedziałem mu, że ja z wioski jestem, że z artystami to mam niewiele do czynienia, jednego tylko znałem poetę. Pan się zainteresował, więc mu powiedziałem, to i owo, a pan mówi nagle: „Fotyn!”. Więc i ja rozpoznałem to imię i zaraz mu mówię, że to właśnie ten, więc mnie zaprowadził na spotkanie, chociaż ten poeta to mnie wcale prawie nie kojarzył i nie był zbyt uprzejmy- kupiec wzruszył ramionami.
-Widziałeś go? Na własne oczy?- dopytał Rufus, zdenerwowany.
-Na własne oczy!
-Co z nim? Był zdrowy? Mówił ci coś o mnie?
-Spokojnie, spokojnie!- mężczyzna machnął dłonią, śmiejąc się pogodnie- On to ze mną rozmawiać nie chciał, ale dobrze wyglądał i raczej dobrze się ma, bo później mi ten pan powiedział, że on to pisze te swoje wiersze jeden za drugim i że to są dobre wiersze, chociaż ja się tam nie znam...- towarzysz Rufusa podrapał się po głowie lekko zmieszany.
Rufus usiadł, dla własnego bezpieczeństwa. Ledwie słyszał kolejne słowa mężczyzny, który opowiadał coś jeszcze, aż w końcu poszedł się witać z pozostałymi. A więc Fotyn miał się dobrze. Nawet bardzo dobrze. A więc pisał, tworzył, jeździł po dworach arystokratów, a więc zarabiał, a więc występował, recytował wiersze, a więc wszystko po staremu, wszystko dokładnie tak jak zawsze... Tylko dla Rufusa, nie wiedzieć czemu, nie było już miejsca.
Mężczyzna poczuł się okropnie. Tak bardzo wyczekiwał wiadomości, sygnału, że Fotyn żyje, że nic mu nie jest, ale teraz, gdy wreszcie się o tym przekonał, wszystko było już boleśnie jasne i nie dało się tego w żaden sposób wyjaśniać czy usprawiedliwiać. Zostawił go. Zaskakujące. Zaskakujące, że nawet nie przyszło mu to do głowy w jego licznych rozmyślaniach. Zostawił go. Tak po prostu, jak ludzie się zostawiają, tak zwyczajnie, bez słowa, bez listu, bez uprzedzenia, bez rozmów, wyjaśnień, przykrości... A mimo to, długo jeszcze Rufus siedział w milczeniu, wpatrując się w kominek, nim wreszcie to do niego dotarło. Zostawił go! Jego Fotyn, jego poeta, ten sam, który nieustannie zapewniał go o swojej miłości, który pisał o nim wiersze, który w długich listach prawił mu wyznania i wydawało się, że będzie obok już zawsze. To, co wydawało się niemożliwe, teraz stało się nagle wręcz oczywiste.
Rufus spuścił wzrok i spojrzał po raz ostatni na trzymaną przez siebie książkę. Był głupcem. Niczym więcej, jak tylko głupcem.
Opanował go gniew i z tego gniewu cisnął książką prosto w kominek, a następnie poszedł na górę.
I tej nocy rozpoczęło się w jego życiu piekło.
I tak jak wcześniej Rufus pracował wiele, tak teraz, w jednej chwili, przestał pracować wcale. Kolejne dwa miesiące spędził zamknięty w swoim pokoiku, dłużny właścicielowi gospody za wynajem, za który nie miał nawet z czego zapłacić. Umęczony, rozżalony, nie potrafił zupełnie przeboleć rozstania, aż rozchorował się ze zmartwienia. Blady, roztrzęsiony, schodził raz na jakiś czas na dół, tylko po to, by coś zjeść i zaraz wracał do siebie. Nie rozmawiał prawie z nikim, towarzystwa osadników nie mógł znieść, miał wrażenie, że wszyscy wokół śmieją się z niego i drwią z jego głupoty, z jego naiwności, łatwowierności, chociaż nikt nie dał mu powodu, by tak właśnie myślał. Nocami za to, przy bladym świetle świec, zaczynał znowu czytać te same listy i boleśnie rozdrapywać rany, które nie miały szans się zagoić. Nie potrafił pojąć, jak Fotyn mógł zrobić mu coś takiego, jak mógł postąpić wobec niego w taki właśnie sposób. I chociaż nie raz czytając znane mu już na pamięć, gorące wyznania poety, miał ochotę spalić również i te przeklęte listy, nie mógł się do tego zmusić w żaden sposób.
Nic nie wskazywało na to, by stan Rufusa miał się poprawić. Aż pewnego dnia zszedł jak zwykle na dół, z samego rana. W sali był, jak zawsze o tej porze, jedynie stary Gaudenty. Jego akurat Rufus nie unikał. Przy całej posępności tego człowieka, wątpił, by ten mógł się jeszcze śmiać z czegokolwiek. A że zazwyczaj starzec nie odzywał się do niego nawet słowem, zdumiał się, gdy usłyszał jego pytanie:
-Co się z tobą dzieje?
Spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym uśmiechnął się gorzko i wzruszył ramionami.
-Cierpię... Jak sądzę...- odparł z cichym parsknięciem, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo żałosne było to, co powiedział.
-Cierpisz?- Gaudenty zerknął na niego bez zrozumienia- A jaki ty możesz mieć powód co cierpienia, co...?
Rufus zaśmiał się cicho.
-Cierpię z miłości...- wyrecytował śpiewnie z drwiną. W jednej chwili zdał sobie sprawę z tego, jak idiotyczne było jego zachowanie. Zamykać się w pokoju i siedzieć całymi dniami samemu ze sobą, siedzieć i myśleć, tylko po co? Dla kogo? Fotyna już nie było, nie było się też nad czym zastanawiać. Miał zamiar całe życie zachowywać się jak rozżalony romantyk? To przecież raczej godne jego byłego kochanka, nie jego.
-Z miłości...- parsknął starzec, kręcąc głową- Cierpienie z miłości zostaw poetom.
Rufus uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Role się odwróciły. Teraz to nie poeci cierpieli, tylko to cierpienie zadawali. A może tak było zawsze? Czyżby najpiękniej o miłości pisali ci, którzy nie mają o niej pojęcia?
-Rozejrzyj się dookoła, wszędzie tyle panien... No, chociaż ciebie pewnie panny nie interesują...- mruknął Gaudenty, a Rufus spojrzał na niego z lekkim zakłopotaniem- A poetów u nas chyba nie znajdziesz...
-Chyba nie- zgodził się spokojnie mężczyzna.
-Z miłością tak to już jest, przychodzi, a później musi odejść, jak wszystko...- stwierdził niechętnie starzec, stawiając przed mężczyzną herbatę- Nie ma co płakać nadto z tego powodu. Ciesz się, że ci przynajmniej dwoje oczu zostało... Oczy, jak się później okazuje, są w życiu bardziej przydatne niż jakieś tam miłości.
I nie wiedzieć czemu, słowa Gaudentego coś w nim zmieniły. Tak bardzo, że kolejnego dnia przełamał się i wyszedł do pracy. A już następnego, wieczór spędził w towarzystwie znajomych i współpracowników, rozmawiając zupełnie tak jak wcześniej, śmiejąc się, pijąc i zapominając o całym świecie. I chociaż czasem wracał myślami do byłego kochanka i wciąż wywoływało to w nim ból i uczucie rozgoryczenia, wyzbywał się go szybko, pochłonięty codziennymi obowiązkami. Wydawało się Rufusowi, że już wyleczył się z tej miłości i już powoli zapomniał.
Aż pewnego późnego wieczora, usłyszał pukanie. Wstał z łóżka, mocno zdziwiony, bo gości raczej nie miewał. Otworzył drzwi na oścież i zobaczył przed nimi Fotyna. Serce zabiło mu mocniej, coś chwyciło go za gardło i w pierwszym odruchu usiłował zatrzasnąć je z powrotem, ale napotkał na opór dłoni poety, który okazał się silniejszey niż przypuszczał. A może to on nagle opadł zupełnie z sił...? Wobec własnej niemocy, cofnął się więc, wpuszczając go do środka. Nie mogąc nawet zmusić się do spojrzenia na twarz dawnego kochanka, sięgnął do poluzowanej deski i wyjął spod niej wszystkie te listy, które znał już chyba na pamięć. Bez słowa, wcisnął je w dłonie Fotynowi i wskazał mu drzwi z cichym:
-Wyjdź.
Poeta spojrzał na korespondencję i przestąpił z nogi na nogę, z wyraźnym zakłopotaniem.
-Możemy porozmawiać?
-Nie- odparł surowo mężczyzna- Wyjdź.
-Nie chcesz nawet wiedzieć, gdzie byłem...?
-Wyjdź.
Fotyn westchnął głęboko, ale rzeczywiście wyszedł z pomieszczenia i dopiero wtedy coś w Rufusie pękło. Chwycił kochanka za ramiona i siłą wciągnął z powrotem do pokoju, przyciskając zdumionego poetę do ściany i rzucił głosem zduszonym od emocji:
-Mów, gdzie byłeś?
Może przez chwilę jeszcze liczył na to, że istnieje jakieś inne wytłumaczenie dla zniknięcia kochanka. Szybko jednak przekonał się, że się pomylił.
-Na dworze pewnego arystokraty, który...
Rufus aż sapnął z gniewu i nie czekając na dalsze słowa jasnowłosego, wypchnął go z powrotem za drzwi, po czym zamknął je i przekręcił klucz, a następnie wrócił do łóżka. Nie dosłyszał jednak ani szarpania za klamkę, ani nawet pukania. Położył się, zakrywając twarz dłońmi. Wydawało się, że jeszcze nie tak dawno temu, byłby gotów wybaczyć mu wszystko i przyjąć go do siebie z powrotem bez względu na to, co się stało, gdyby tylko się pojawił, a teraz nie chciał go widzieć. Długo w nocy męczył się z własnymi myślami, wracając do stanu apatii w którym się wcześniej znajdował.
Nazajutrz, ledwie zaczęło świtać, zszedł na dół. Gaudenty czekał już na swoim stanowisku. Zerknął na schodzącego mężczyznę z uwagą.
-Chyba był tu twój poeta...- zauważył ostrożnie, chociaż jasnym było, że to on wpuścił go na górę. Rufus skinął tylko głową- Bardzo zależało mu na wynajęciu pokoju... Ale akurat nie było wolnych.
-Tutaj zawsze są wolne pokoje.
-Akurat nie było- powtórzył raz jeszcze Gaudenty, aż nazbyt znacząco.
Rufus uśmiechnął się blado.
-Ale sądzę, że znalazł sobie inne miejsce na nocleg...- stwierdził starzec- Jest dość uparty... jak na poetę.
-I dość zmienny w uczuciach, jak na poetę- odpowiedział mężczyzna.
-Raczej jak na poetę przystało...
Rufus wyszedł z gospody, przeszedł się kawałek i zanurzył się w głąb lasu. Nie było ani śladu jego współpracowników, to była zbyt wczesna pora. Wędrował niespiesznie przed siebie, usiłując uporządkować panujący w jego głowie chaos. Sam nie wiedział, czy był dumny z tego, że nie wysłuchał Fotyna czy tego żałował. Może byłoby mu łatwiej, gdyby wiedział dokładnie, co się zdarzyło. A najłatwiej byłoby, gdyby poeta nie pojawił się już tutaj wcale.
Nie minęło dużo czasu, aż usłyszał chwiejne, powolne kroki, niedaleko za sobą.
-Czego chcesz...?- rzucił jedynie, nawet się nie odwracając.
-Skąd wiedziałeś, że to ja?- zdziwił się Fotyn.
Rufus uśmiechnął się z nutą rozbawienia. Nie znał chyba drugiego mężczyzny, który poruszałby się w taki sposób, lekki, subtelny, wręcz kobiecy... Uśmiałby się, gdyby chodził w ten sposób którykolwiek z jego towarzyszy, mężczyzn ogromnych i silnych. Do Fotyna, wątłego i rozmarzonego poety, zawsze to pasowało.
-Nie sądzisz, że powinniśmy porozmawiać...?- zaczął ostrożnie jasnowłosy.
-Nie wiem, czy mamy o czym.
-Jeżeli mnie nie wysłuchasz, to się nie przekonasz.
Rufus uznał tę uwagę za słuszną i po chwili wahania, zatrzymał się wreszcie i zaczekał na poetę. Ten przystanął przed nim i uśmiechnął się szeroko, zaczynając:
-A więc może najpierw czymś ci się pochwalę...- wyjął zza połów płaszcza książkę i wręczył ją dawnemu kochankowi, który zacisnął mocno zęby, czując, że powoli szlag go trafia- To moje najnowsze dzieło, które udało mi się stworzyć, gdy...- Rufus zamachnął się i cisnął książeczką tak daleko, że ta zniknęła gdzieś w głębi lasu. Fotyn odkaszlnął nieco zdezorientowany, po czym znowu przywołał uśmiech na twarz i stwierdził- To nie było zbyt uprzejme. Wybaczam ci jednak oczywiście, bo wiem, w jakim jesteś stanie...- stwierdził wspaniałomyślnie, ale dostrzegł chyba, że i te słowa przyniosły marny skutek, więc wziął głęboki oddech i zdobył się na wyjaśnienia- Kochany Rufusie... Rozumiem, że skrzywdziłem cię bardzo i nawet nie wiesz, jak strasznie żałuję każdego dnia rozłąki, do której przyznaję, sam doprowadziłem...- Rufus poruszył się niespokojnie. On każdy ten dzień rozłąki pamiętał dokładnie i chociaż od dłuższego czasu starał się o tym nie myśleć, samo ich wspomnienie nadal wywoływało nutkę goryczy- Ale musisz wiedzieć, że ta decyzja wiązała się z moim ogromnym, niewyobrażalnym wprost cierpieniem...
Mężczyzna spojrzał na jasnowłosego z uwagą i przypomniał sobie natychmiast te wszystkie okropieństwa, jakie wyobrażał sobie, gdy go nie było. I przez chwilę pomyślał nawet, że może źle ocenił całe te zdarzenie i być może jego kochanek nie miał innego wyboru, był gdzieś przetrzymywany albo długo chorował.
-Z cierpieniem...?- powtórzył niepewnie.
-Tak- potwierdził z powagą Fotyn, skinąwszy głową i po dramatycznej pauzie, dodał- Nie miałem zdolności twórczych.
I to był ten moment, gdy Rufus odkrył w sobie instynkt mordercy.
-Nie miałeś zdolności twórczych...?- rzucił niczym echo, tonem jeszcze spokojnym, a może i wręcz obojętnym, prawdopodobnie tracąc resztki opanowania, jakie mu jeszcze pozostały po tylu miesiącach.
-Owszem- odparł Fotyn.
I dopiero wtedy wcześniejsze słowa kochanka, uderzyły Rufusa ze zdwojoną siłą.
-Nie miałeś zdolności twórczych?!- wrzasnął niepohamowanie, a drobny Fotyn aż drgnął nerwowo i cofnął się nieco, wyraźnie zdumiony. Nic dziwnego, Rufus, niezbyt wylewny w uczuciach i nieskłonny do okazywania emocji, nigdy nie krzyczał. A już na pewno nie na jasnowłosego- Nie miałeś zdolności twórczych?! Ty kretynie!- nigdy też nie obdarzył go podobnym określeniem, co jeszcze bardziej zbiło poetę z tropu- Tyle czasu, tyle miesięcy i żadnego znaku życia! Zamartwiałem się o ciebie, dzień w dzień zastanawiałem się nad tym, co ci się stało, myślałem, że ciężko zachorowałeś albo zostałeś pobity czy uprowadzony, zamordowany, a ty... Ty zabawiałeś się na dworze jakiegoś arystokraty! A może i nawet z samym arystokratą.- dodał kąśliwie.
Jednak ta uwaga nie okazała się być ciosem dla Fotyna, który tylko spuścił wstydliwie wzrok i odmruknął coś na kształt:
-Cóż...
Rufus poczuł się tak, jakby coś zmiażdżyło jego serce. Odwrócił się gwałtownie i ruszył przed siebie, żałując gorzko tego, że w ogóle zdecydował się słuchać wyjaśnień dawnego kochanka. I pomyśleć, że jak głupiec czekał na jakikolwiek znak życia, zamartwiając się, walcząc z własnymi domysłami, jak głupiec stał w miejscu, gdy każdy inny pogodziłby się z sytuacją i żył dalej, i po co to wszystko? Tylko po to, by teraz dowiedzieć się, że nie dość, że został opuszczony, to jeszcze zdradzony...? Czyż nie ironią było, że zdradzał go ten, który tyle razy szeptał mu na ucho, że nie przeżyłby, gdyby zobaczył go z kimkolwiek innym...?
-Nie rozumiesz, jak to jest!- zawołał Fotyn z wyraźną desperacją, ruszając szybkim krokiem w ślad za kochankiem- Podróżowałem i pisałem, rozmawiałem z ludźmi i pisałem, zamykałem się w czterech ścianach i pisałem, i nic, zupełnie nic! Czytałem po stokroć wersy, które godne raczej byłyby żałosnego amatora niż prawdziwego artysty i czułem się taki... taki pusty!- rzucił z charakterystyczną dla niego ekspresją- Jakbym nigdy w życiu nie miał już stworzyć nic przyzwoitego! Kartki płonęły jedna po drugiej, zabierając ze sobą moją hańbę, a ja nadal próbowałem, próbowałem, a wszystko, co powstawało, było pozbawione choćby odrobiny wartości! I zrozumiałem wtedy, że muszę wszystko zmienić, bo tak to jest, Rufusie, bo poezja nie znosi rutyny...- mężczyzna uśmiechnął się gorzko, słysząc po raz kolejny te słowa- więc... Postanowiłem wyjechać gdzieś daleko i nie pisać, nie przyjeżdżać, nie myśleć o tobie ani chwili... A nowe otoczenie, nowy kochanek...
Rufus znowu poczuł się głupcem. Tyle czekał, tyle tęsknił, tyle myślał, a dla Fotyna wszystko było całkowicie proste. Tak samo jak proste okazały się być w rzeczywistości te wszystkie piękne słowa, jakich poeta używał w swoich listach, by opisać jak bardzo wyczekuje ich kolejnego spotkania i jak potężnym uczuciem jest miłość, którą darzył swojego jedynego kochanka. Błahostki i kłamstwa.
-I rzeczywiście, pisałem!- kontynuował dalej jasnowłosy, coraz bardziej rozpaczliwie. Oddech miał coraz płytszy, trudniej było mu gonić mężczyznę, który przyspieszył jeszcze, rozgniewany i zraniony do żywego- I to, co pisałem okazało się być wreszcie godne uwagi, godne mnie samego, godne mojego talentu! I znowu poczułem w sobie chęć do życia, i znowu znalazłem uznanie w oczach odbiorców...
-Gratuluję- przerwał mu Rufus, lodowatym tonem.
-... Ale później, gdy zacząłem wgłębiać się w to, co sam stworzyłem, zdałem sobie sprawę z tego, że to ani nie nowe otoczenie, ani nowi ludzie, ani nawet nowa miłostka, nie jest moją inspiracją, ale... Tęsknota. Tęsknota za tobą.
Rufus zatrzymał się machinalnie na te słowa. Powoli, jakby walczył ze samym sobą, odwrócił się w kierunku dawnego kochanka, który zatrzymał się kilka kroków za nim, z wyraźnie malującym się na twarzy napięciem.
-Czyżby...?- szepnął ledwie słyszalnie, uśmiechając się gorzko- Więc czemu przyjechałeś, co...? Skoro tak świetnie ci szło, trzeba było nadal pisać. A może wróciłeś, żeby sobie przypomnieć jak wyglądam i zaraz wracasz tęsknić dalej...?
-Wróciłem, bo ta tęsknota okazała się nie do wytrzymania...- odpowiedział poeta, rozedrganym głosem- I dlatego chciałem, żebyś przeczytał, co napisałem, bo... Bo chociaż zapomniałem na chwilę, że ty jesteś całym moim światem, to... To tak właśnie jest. A od świata nie da się uciec. Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał mi wybaczyć... Chociaż oczywiście nie jest to tym, co chciałbym usłyszeć...- przyznał Fotyn ze zwyczajową szczerością i chociaż wargi Rufusa zastygłe nieruchomo, niezdolne były choćby drgnąć, czuł, jakby coś uśmiechnęło się w jego wnętrzu na te słowa. I był to uśmiech pełen dawnego rozczulenia- Jesteś miłością mojego życia, Rufusie. I życie bez ciebie byłoby jak życie bez świata. Zupełnie bez sensu.
Mężczyzna milczał długo, zastanawiając się nad odpowiedzią. Teraz, mając kochanka tuż przed sobą, wpatrując się w niego i widząc jego autentyczny niepokój o to, co zaraz usłyszy, miał ochotę przytulić go do siebie, jakby nic się nie stało, poczuć jego bliskość i pozbyć się uczucia tęsknoty, które zrodziło się w nim przez cały ten czas wyczekiwania. I chociaż nowo zranione serce wciąż cierpiało świeżym bólem, zdawało mu się, że gotów byłby o tym wszystkim zapomnieć. Ale zaraz przypominał sobie, jak okropne były te miesiące wyczekiwania, zakończone wielkim rozczarowaniem, które z kolei rozpoczęło etap jego całkowitej niezdolności do normalnego funkcjonowania, z którego ledwie wyszedł. Nie chciał przeżywać czegoś takiego już nigdy więcej. A bezgraniczne zaufanie, jakim niegdyś darzył Fotyna, okazało się zupełnie bezpodstawne i niełatwo było zmienić tę świadomość.
-Chcesz, żebyśmy do siebie wrócili..?- zapytał cicho.
Poeta skinął głową.
-Chcę, żeby wszystko było jak dawniej- wyjaśnił.
Rufus parsknął cicho.
-Nie wiem, czy to możliwe.
-Spróbujmy. Przysięgam, że już nigdy więcej nie zrobię ci czegoś podobnego. Przysięgam.
… Coś kusiło Rufusa, by przypomnieć kochankowi wszystkie jego przysięgi, które złamał co do jednej, w czasie swojej nieobecności, ale nie mógł się na to zdobyć.
-Pod jednym warunkiem...- zastrzegł po chwili namysłu.
-Cokolwiek zechcesz- odparł bez wahania poeta.
-Zamieszkasz tutaj. Ze mną.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była najlepszym dowodem na to, że zapewnienie Fotyna, było równie mało wiarygodne, jak jego wcześniejsze obietnice.
-A-Ale... Ale jak to...- wydukał wreszcie jasnowłosy- A moja sztuka...?
-Będziesz mógł pisać ile tylko zechcesz. I podróżować, gdy będziesz musiał. To znaczy wyjeżdżać raz na jakiś czas, a nie raz na jakiś czas wracać- zaznaczył stanowczo mężczyzna, widząc, że jego kochanek otwiera usta- Nie zamierzam być twoją rozrywką, gdy akurat znajdziesz wolną chwilę.
-Prawdziwa miłość nie stawia żadnych wymagań- zaoponował natychmiast poeta.
-Wiesz, jaka miłość nie stawia wymagań?!- zirytował się znowu Rufus- Miłość bez zobowiązań! I jeśli tym właśnie dla ciebie jestem, lepiej stąd wyjedź. O co chodzi, Fotynie...?- zapytał, znowu długo nie słysząc żadnej odpowiedzi. Jasnowłosy spoglądał na niego, kompletnie oszołomiony- Czy nie mówiłeś, że w imię naszego uczucia jesteś gotów do największych nawet poświęceń...?- zadrwił.
-Ależ jestem!- zapewnił go gorliwie kochanek- Rufusie, sam dobrze wiesz! Dla ciebie byłbym gotów zrobić niemalże wszystko, choćby i rzucić się w ogień, ale...
-I właśnie w tym problem!- przerwał mu ze zdenerwowaniem mężczyzna.- Może i stać się na ogromne poświęcenia, ale na mniejsze wcale. Nie proszę o jednorazowy, dramatyczny akt heroizmu, ale o to, żebyś był tutaj ze mną tak, jak być powinieneś. Sądziłem, że będzie to łatwiejsze i przyjemniejsze od skoku w ogień, ale zdaje mi się, że wolałbyś wybrać to drugie...- zadrwił.
Fotyn poruszył bezgłośnie ustami, chociaż ciężko było stwierdzić, jakie usiłował wymówić słowo. Wpatrywał się w twarz kochanka błagalnie i z nadzieją, jakby liczył na to, że ten zmieni zdanie, zupełnie tak, jak miał w zwyczaju zawsze, gdy łagodnie, nieśmiało pytał o to, czy poeta nie mógłby zostać na dłużej albo usiłował subtelnie i nieudolnie zarazem dać mu do zrozumienia, jak ciężko jest żyć w tym miejscu bez niego. Problem tkwił jednak w tym, że o ile Fotyn był wciąż tym samym, roztargnionym, emocjonalnym, składającym obietnice i mówiącym pięknie o niczym Fotynem, o tyle Rufus nie był już tym samym Rufusem. Rozłąka wiele w nim zmieniła, a przede wszystkim pozbawiła go złudzeń. Zweryfikowała wszystkie słowa i obietnice kochanka, w które wierzył wcześniej bez cienia wątpliwości, bez wahania i któremu był oddany jak nikomu innemu. To było coś więcej niż zwykły zawód miłosny, to było zdarzenie porównywalne niemalże do utraty wiary, a co za tym szło, do zmiany światopoglądu. Wiele trzeba było, by odbudować to, co zostało zniszczone. A do tego potrzeba było zmian. Dlatego Rufus był nieugięty. Spoglądał na kochanka łagodnie, ale i stanowczo zarazem. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest zdenerwowany i przerażony możliwością, że może usłyszeć odmowę. Fotyn z chwili na chwilę robił się coraz bardziej spanikowany, jakby kazano mu właśnie wybierać między rzuceniem się z klifu a ścięciem. Zaczynało chyba do niego docierać, że Rufus się nie wycofa, i że on sam, wobec tego, musi podjąć jakąś decyzję, a Fotyn bardzo nie lubił podejmować ważnych decyzji, decyzje były zbyt niewygodne, zbyt wiążące, bardziej niż słowo czy obietnica.
-Przyjdę tu jutro, o tej samej porze- przemówił w końcu Rufus wobec kompletnego zagubienia kochanka.- Jeśli będziesz chciał mi powiedzieć coś jeszcze, też przyjdź. Jeśli nie, będę wiedział, jak brzmi odpowiedź.
Poeta tylko skinął głową, wciąż nie mogąc wyjść ze zdumienia.
Rufus spojrzał na niego po raz ostatni i wrócił do gospody.
Tego dnia już z niej nie wychodził, jakby bał się spotkać Fotyna, co było o tyle niezrozumiałe, że długo walczył z samym sobą, by dopytać Gaudentego, czy ten nie wie, gdzie dokładnie zatrzymał się poeta, jakby sam zamierzał złożyć mu wizytę. Ostatecznie jednak za każdym razem odpychał od siebie tę myśl. A to dopiero! To on czekał tyle czasu, został porzucony, zdradzony, dowiedział się w jednej chwili jak bardzo mgliste i nierzeczywiste było to, co dotąd wydawało mu się najprawdziwsze i najważniejsze na świecie, a teraz jeszcze to jego właśnie dręczyły wyrzuty sumienia! Fotyn chyba wyuczył go tej potwornej naiwności. I chociaż nie miał pojęcia, ile to zdanie ma wspólnego z rzeczywistością, w tym momencie bardzo mu odpowiadało, bo zamiast zastanawiać się nad tym, czy powinien mu po prostu wybaczyć, zaczął zastanawiać się nad tym, jak wyglądałoby jego życie bez niego. Pierwsza odpowiedź? Fatalnie. Straszne, sama myśl o tym napawała go takim lękiem, że gdy wyobrażał sobie, że jutro może nie zobaczyć kochanka, że może nie zobaczyć go już nigdy, miał ochotę natychmiast wycofać wszystkie swoje słowa i wymagania, i po prostu udawać, że nic się nie wydarzyło. Ale gdy pomyślał nad tym dłużej uznał, że może gdyby Fotyn nie pojawił się już więcej, choć na pewno długo jeszcze pozostałby w jego pamięci, może nawet na zawsze, dałby sobie jakoś radę. Może lepiej niż tylko „jakoś”. Może wreszcie zacząłby się koncentrować na teraźniejszości, zamiast żyć na przemian wspomnieniami i wyczekiwaniem jego kolejnego przyjazdu. Zrobiłby to, co zrobić powinien dawno i żyłby normalnie, jak każdy tutaj, poświęcając swój czas pracy, odpoczynkowi, przyjaźniom i wizytom w gospodzie.
W nocy ułożył się do snu, ale ten jak na złość nie przychodził, pozostawiając go na pastwę wyobrażeń i nieustannego zastanawiania się nad tym, jak powinien postąpić i jaką odpowiedź usłyszy nazajutrz. Wpatrywał się w sufit, dłonie skrzyżował na kołdrze i, co jakiś czas, wzdychał głęboko, na przemian to uradowany wizją wspólnego życia z Fotynem, to znów strapiony i przerażony wręcz możliwością jego odejścia. A to oznaczałoby odejście na zawsze. Jeszcze nie tak dawno Rufus przeżył coś, co tym właśnie mu się wydawało i nie chciałby już do tego wracać. Pojawienie się poety, nawet na krótki czas, znów rozbudziło w nim te wszystkie emocje, zarówno szczęśliwe jak i gorzkie, nieprzyjemne, będące wspomnieniem po czasie rozłąki.
Wsłuchując się w ciszę, dosłyszał w końcu szybkie kroki na schodach. W pierwszej chwili zastanowił się nad tym, co Gaudenty może robić o tak późnej porze i czemu jeszcze nie śpi. Chciał nawet wstać i to sprawdzić, ale gdy tylko podniósł się na łokciach, drzwi jego pokoju uchyliły się i stanął w nich Fotyn. Mężczyzna spojrzał na poetę ze zdumieniem.
-Co ty tu robisz...?- zapytał, a jego kochanek podszedł do niego i usiadł mu na biodrach, całując czule w czoło.
-Przyszedłem z tobą porozmawiać- powiedział cicho Fotyn. Zachowywał się trochę inaczej niż zwykle, jakby brakowało mu tej zwyczajowej pewności siebie i swobody.
-Teraz...?
Jego kochanek skinął głową.
-Oszalałeś...? Gdyby Gaudenty cię usłyszał, pomyślałby, że jesteś złodziejem...
-Chciałem cię poprosić, żebyś to wszystko jeszcze raz przemyślał...- odparł tamten, a Rufus westchnął głęboko, kręcąc głową, jednak poeta nie pozwolił mu dojść do głosu i zaoponować.- Wiem, że okropnie cię rozczarowałem i że popełniłem najgorszy błąd, jaki mogłem popełnić. I że jesteś na mnie zły. Ale daj mi jeszcze jedną szansę...
-Próbuję- odparł cicho Rufus.
Kochanek chwycił jego twarz w dłonie i ucałował go lekko w usta.
-Jeszcze jedną szansę- powtórzył, jakby nie dosłyszał jego słów.- Przysięgam na siebie, swoją poezję, na wszystko, na co tylko zechcesz, żebym przysiągł, że to się już więcej nie powtórzy. Nigdy. Tylko niech będzie tak jak dawniej. Dobrze...?- szepnął, znowu musnąwszy wargi kochanka.- Niech będzie jak dawniej...
Pocałował Rufusa mocno, z namiętnością, którą mężczyzna wciąż pamiętał doskonale. Rufus uległ temu pięknemu wspomnieniu i równie pięknym słowom, i chwycił poetę w ramiona. Język kochanka złączył się z jego własnym, i w tym cudownym zapomnieniu, tańczyły ze sobą długo, wyzwalając rozkosz. Bardzo Rufus musiał walczyć z samym sobą, by wreszcie odsunąć się i nie powrócić do gorących warg kochanka. Gdy ten nachylił się nad nim ponownie, odwrócił głowę i powiedział ciche, ledwie słyszalne i jakże mało przekonujące, nawet dla niego samego:
-Nie.
To nie był jedynie sygnał, by Fotyn przestał, co ten zresztą chwilę później uczynił. To była odpowiedź na zadane przez niego pytanie i poeta zrozumiał to doskonale.
-Dlaczego nie...?- zapytał niemalże przerażony, by zaraz przywołać na twarz ciepły uśmiech.- Rufus...- szepnął, dotykając policzka mężczyzny.- Pamiętasz...? Pamiętasz, jak było nam dobrze...?- o tak, Rufus pamiętał doskonale.- Było nam wspaniale. Razem. Może być dokładnie tak samo. Tak jak wtedy. Rufus...
-Nie- powtórzył po raz kolejny i tym razem był już pewien swoich słów.
Fotyn odetchnął płytko, jakby kończyło mu się powietrze.
-Dlaczego nie...?- powtórzył znów to samo pytanie, znów zupełnie nie potrafiąc zrozumieć.
-Bo wcale nie było dobrze- odpowiedział spokojnie Rufus. Chwycił za dłoń kochanka i ścisnął ją w swojej własnej, przymykając na chwilę powieki. Czuł jak poeta drży lekko, w oczekiwaniu na jego słowa. Rufus czuł się dobrze tylko wtedy, gdy miał go blisko siebie, gdy Fotyn był na miejscu albo zaraz miał przyjeżdżać. Dni oczekiwania były dla niego raczej puste, pozbawione sensu, bo gdy jedynym sensem jego istnienia był kochanek, nie mogło być inaczej. A to już nie miało nic wspólnego z szeroko pojętym „dobrem”, a już na pewno nie jego własnym.- Nie jesteśmy tacy sami. Nie jesteśmy nawet podobni.
-To bardzo dobrze- wtrącił Fotyn, usiłując się uśmiechnąć, ale mężczyzna znów pokręcił głową.
-Nie. Nic nas nie łączy, zupełnie nic. Oprócz tego romansu, który wydaje się zupełnie nie pasować do tego wszystkiego. Nie żyjemy ze sobą, nie żyjemy nawet blisko siebie, ja nie rozumiem ciebie, a ty nigdy nie będziesz potrafił zrozumieć mnie. Właśnie dlatego- dodał z naciskiem.- Bo jesteśmy zupełnie inni. Zawsze wszyscy mi powtarzali, że mieszkam tu na tyle długo, by wreszcie zacząć żyć „normalnie”. Wydawało mi się, że to życie, które mam i to nieustanne wyczekiwanie jest właśnie tą „normalnością”, ale to nieprawda. Powinienem dawno już wyprowadzić się z tej gospody. Wybudować dom. Ale... Nigdy nie miałem do tego głowy, wydawało mi się to zupełnie pozbawione sensu. Myślałem, że wystarcza mi to, co mam do tej pory i że tak jest dobrze, ale jakoś... zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić swojej przyszłości. Naszej przyszłości. Nie w takim charakterze.
-Więc zbuduj dom, Rufusie- odparł gorliwie Fotyn, kiwając głową.- To świetny pomysł! Zbuduj dom. Będziesz miał się czym zajmować, gdy ja będę daleko...
-Nadal nie rozumiesz, prawda...?- westchnął głęboko mężczyzna. Wydawało mu się, że ciężko będzie mu to wszystko powiedzieć. Nigdy nie był dobry w mówieniu, a już na pewno nie w mówieniu tego, co czuje. Ale gdy zaczął, nie mógł przerwać- Nie mogę koncentrować się nad tym wszystkim. Myśląc o tobie, zapominam o całej reszcie i nie jestem w stanie... Nie jestem w stanie niczego zmienić- przyznał otwarcie.- I jeśli pozwolę, by to wszystko trwało, nigdy nie będę. Sądziłem, że myślenie o sobie jest oznaką egoizmu i nigdy, przenigdy nie pozwalałem sobie na to, by stawiać siebie ponad wszystko to, co nas łączy, ale teraz widzę to inaczej. I wiem, że jeśli ty nadal będziesz daleko, a ja będę tylko czekał, spędzę w tym oczekiwaniu całe życie, a tego nie chcę.
Fotyn milczał długo, nie wiedząc jak zareagować ani co odpowiedzieć. Wreszcie rzucił pełne zamyślenia i czegoś na kształt pretensji:
-Nigdy mi o tym nie mówiłeś, Rufusie...
-Próbowałem...- mężczyzna uśmiechnął się niepewnie.- Ale nie chciałem cię ograniczać, sądziłem, że nie wolno mi tego robić. Wydawało mi się, że ograniczenie twojej wolności będzie czymś najgorszym i niewybaczalnym, a tymczasem...
-... A tymczasem to ja ograniczałem ciebie- dokończył machinalnie Fotyn.
Rufusowi zabrakło śmiałości, by potwierdzić te słowa, chociaż tak w istocie było.
-Ale to przecież jeszcze nic nie znaczy- próbował znowu poeta, odzyskując nieco rozpaczliwy uśmiech.- Możemy nadal być ze sobą i coś zmienić. Niekoniecznie tutaj. Mogę przyjeżdżać regularnie albo... Albo ty będziesz przyjeżdżał do mnie... Wiem, że to wszystko przez to, że zniknąłem na tak długi czas, ale gwarantuję ci, Rufusie, że nie ma w tym momencie niczego, czego żałowałbym w swoim życiu równie mocno...
-To zdarzyłoby się prędzej czy później. Twoje odejście tylko sprawiło, że szybciej to sobie uświadomiłem. Nic więcej. Nic więcej, Fotynie.
Poeta przełknął ślinę. Cofnął dłoń i usiadł na brzegu łóżka, zastanawiając się długo. Aż wreszcie zadał pytanie, które powinno paść już na samym początku:
-Więc co nam teraz pozostało...?
Odpowiedziała mu głucha cisza. Rufus milczał. Serce biło szybko i boleśnie, jakby miało zaraz wyrwać się z jego piersi, ale i tak nie mógł zagłuszyć tej myśli, tej świadomości, że może... Może lepiej byłoby Fotynowi bez spokojnego Rufusa. I lepiej byłoby jemu daleko od wiecznie szukającego przygód Fotyna.
-To tylko problemy. Wszędzie są problemy- odezwał się w końcu poeta, nie kryjąc już nawet paniki, która pobrzmiewała wyraźnie w jego głosie. Przeczesał nerwowo włosy palcami, oddychał płytko i z trudem, jakby miał zaraz zacząć płakać, a tego Rufus, który łzy kochanka widział już kilka razy, choć nigdy sam do nich nie doprowadził, nie chciał najbardziej.- Uda nam się je w końcu przezwyciężyć.
Jak bardzo Rufus chciałby dać wiarę tym słowom!
-To nie są zwykłe problemy- odpowiedział, zgodnie z prawdą.- Nie uda nam się dojść do kompromisu, jeśli jedno z nas się czegoś nie wyrzeknie. Do tej pory zawsze wyrzekałem się ja. Ale teraz jest inaczej.
-Znajdziemy kompromis- odparł stanowczo Fotyn.- Na pewno. Przecież tyle razy ci mówiłem, Rufusie. Kocham cię. Jesteśmy sobie przeznaczeni.
Mężczyzna zaśmiał się na te słowa. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno traktował je niemalże jak świętość i wierzył w nie bez choćby chwili wahania.
-A co jeśli nie...?
Kochanek odwrócił głowę w jego stronę i spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Słucham...?- szepnął niepewnie.
-A co jeśli nie?- powtórzył Rufus.- Prawda jest taka, że każdy z nas oczekiwał zupełnie czegoś innego i czegoś innego się obawiał. Ja oczekiwałem dnia, w którym powiesz mi wreszcie, że chcesz zostać tutaj, ze mną, na miejscu. A ty obawiałeś się, że taki dzień kiedykolwiek nadejdzie, bo doskonale zdawałeś sobie sprawę z tego, że nawet twoja wielka miłość nie wystarczy, by się na to zgodzić. Może trzeba po prostu zapomnieć o wszystkich tych bzdurach i zacząć zastanawiać się nad tym, czy to rzeczywiście ma jakikolwiek sens.
Usłyszał, jak jego kochanek parsknął gorzko.
-Kochasz mnie jeszcze, Rufusie...?- zapytał nagle poeta.
To pytanie zaskoczyło mężczyznę. Zastanowił się nad nim chwilę i w tej właśnie chwili odpowiedział tak szczerze, jak tylko potrafił:
-Nie wiem.
Fotyn odetchnął płytko raz, później drugi. Ramiona zaczęły mu drżeć. Rufus podniósł się, by uspokoić kochanka, ale ten wstał na nogi i rzucił słabym, wilgotnym głosem:
-Cóż... Tak... To... To trochę... Trochę nieoczekiwane... I nieco zmienia postać rzeczy...- poeta stał jeszcze przez chwilę na środku pomieszczenia i wpatrywał się w mężczyznę, jakby czekał na jego kolejne słowa, może wyjaśnienie, przeprosiny...
Rufus jednak milczał.
-Żegnaj, Rufusie- powiedział wobec tego Fotyn, bez zwyczajowego tragizmu i dramatyzmu, a raczej z czymś na kształt bezradnej rozpaczy i absolutnej rezygnacji, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Czy Rufus żałował swoich słów? Nie, nie żałował. Coś ścisnęło go za gardło, ale tylko na krótką chwilę, zdawało mu się, że jego serce przestało bić, ale ledwie przez moment, ciężko było mu zebrać myśli, ale szybko się uspokoił, obrócił na drugi bok, westchnął głęboko, zastanowił się nad tym wszystkim powoli i dokładnie, racjonalnie, bez emocji. Postąpił właściwie, tak, jak postąpić należało. Któryś z nich musiał w końcu podjąć tą decyzję. Przecież nie mogli się tak zwodzić całe życie... Sen przyszedł zaskakująco łatwo i nagle. Tylko gdzieś na granicy jawy i nieświadomości, brzęczało mu w głowie nieustannie słowo „Żegnaj”, wypowiadane głosem Fotyna. I było to brzęczenie bardzo nieprzyjemne i trudne do stłumienia.
Rano przebudził się, a może właściwie raczej ocknął gwałtownie i niespodziewanie dla samego siebie. Fotyn. Odszedł. Na zawsze. Powtórzył sobie te słowa w myślach, kilkukrotnie i wydały mu się one tak nieprawdopodobne i nierealne, jakby wcale nie zgadzały się z rzeczywistością, a były częścią jakiegoś koszmaru. Zresztą cały ten czas, całe oczekiwanie, tęsknota, żal do kochanka, także wydawały się jedynie jego elementem i nagle stały się okropnie nieistotne, tak małe, że prawie niezauważalne. Fotyn odszedł. Niemożliwe! Możliwe, odszedł naprawdę. Przecież sam mu na to pozwolił. Przecież sam mu powiedział... Zrobiło mu się słabo na wspomnienie ostatnich słów, jakie powiedział do swojego kochanka. „Nie wiem”. Jak mógł? „Nie wiem”. Okropne słowa, potworne. Czy „nie wiem” będące odpowiedzią na takie pytanie, nie jest już niczym innym, jak tylko subtelniejszym „nie”? A przecież nie mógł powiedzieć, że go nie kocha. Oczywiście, że nie, kochał go, kochał wciąż jak szaleniec. Więc czemu...? Gdyby Fotyn powiedział mu coś takiego... Jak mógł?! Jak mógł wątpić we własne uczucia? Na chwilę, tylko na chwilę zapomniał o emocjach, uczuciach, pozostał przy zdrowym rozsądku i cóż mu z tego przyszło? Zerwał się z łóżka, nałożył jedynie buty i nie założywszy nic więcej, nie przebrawszy piżamy, zbiegł na dół, ścigając resztki nadziei, jakby był zupełnie innym człowiekiem niż jeszcze wczorajszej nocy.
-Gaudenty!- wykrzyknął niemalże z ulgą, widząc starszego mężczyznę na  stanowisku. Ten spojrzał na niego z uwagą, ale bez zbytniego zdziwienia.- Widziałeś Fotyna...? Wiesz, gdzie się zatrzymał...?
-Wczorajszej nocy? Tutaj. Po tym jak już skończył swoją nocną wizytę... Tak, wiem, słyszałem jak wchodził, nie był zbyt ostrożny...- zauważył odrobinę złośliwie.- Siedział na sali i nie wyglądał najlepiej, nie tak jak zwykle przynajmniej.
-Powiedziałem mu coś strasznego, okropnego...- szepnął z przejęciem Rufus, przeczesując nerwowo włosy palcami.- Gdzie teraz jest? Dokąd poszedł?
-Nie wiem. Wyszedł jakiś czas temu.
Rufus wybiegł z gospody, po czym pokonał spory kawałek lasu, w którym zbierali się powoli pracownicy, a następnie wyszedł na drogę, którą zazwyczaj wędrował jego kochanek.
-Fotyn! Fotyn!- zawołał na tyle głośno, że chyba nawet jego pracujący w oddali współpracownicy musieli to usłyszeć. Nadal nie wiedział, co mu wczoraj odbiło. Owszem, był na niego zły, był wściekły, rozczarowany, ale przecież to żaden powód! Powiedział Fotynowi, że go nie kocha. Powiedział, że nie wie, ale to właściwie to samo. A Fotyn jest taki wrażliwy... A co jeśli weźmie to sobie do serca i...- FOTYN!- wrzasnął z całych sił i biegł przed siebie, rozglądając się dookoła, ale nie usłyszał ani odpowiedzi, ani nie zobaczył mężczyzny.
Długo jeszcze krzyczał i szukał poety, ale zupełnie bezowocnie. W końcu, zmęczony tym wszystkim, przysiadł na kamieniu leżącym przy drodze i ukrył twarz w dłoniach. Fotyn odszedł. Co on zrobi bez Fotyna...? Ha! Rób, co miałeś robić! Buduj teraz dom, głupcze! Żyj normalnie, jak inni! Ale przecież nie jesteś jak inni i wcale nie chcesz taki być, nie potrafisz. Więc co teraz...? Miał swojego kochanka, miał swoją iskierkę wesołości, miał swoją miłość, na którą warto było czekać, nawet jeśli rozczarowywała i sprawiała, że tracił wiarę we wszystko, a teraz...? Teraz pozostanie z niczym, bo cóż mu po domu, cóż mu po przyjaciołach, po gospodzie, skoro to wszystko takie zwyczajne, takie bez sensu, takie bez większego celu. Jakby zupełnie stracił powód, by jakkolwiek funkcjonować.
Usłyszał kroki na drodze i automatycznie podniósł głowę. Wyraz niedowierzania i radości wstąpił na jego twarz, gdy zobaczył wracającego poetę, idącego wprost w jego kierunku. Fotyn minę miał zaciętą, a krok dumny, na widok siedzącego Rufusa przystanął na chwilę, ale zaraz przyspieszył jeszcze i uniósł głowę do góry, choć w połączeniu ze szklącymi się oczyma, wyglądało to dziwnie. Mężczyzna podbiegł do niego natychmiast.
-Fotyn...- szepnął, poruszony, stając tuż przed nim i chwytając go za ramiona. Wzruszenie chwyciło go za gardło i nie mógł powiedzieć więcej ani słowa, niż tylko kilkukrotnie powtarzane z ulgą imię ukochanego.
-Wracam do wioski- oświadczył mu głosem z pozoru chłodnym, ale w istocie aż nabrzmiałym od emocji kochanek.- Zbuduję sobie dom. Koło jeziora. I będę w nim sobie mieszkał. Samotny. Opuszczony. I nieszczęśliwy- dokończył w sposób już bardzo dla siebie charakterystyczny.
Rufus parsknął śmiechem i uściskał poetę w ramionach, czemu ten nie stawił żadnego oporu. Głupstwo, wszystko to głupstwo, zdawali się mówić sobie wzajemnie w tym geście, chociaż chwilę jeszcze trudno było powstrzymać łzy i mówić cokolwiek.
-Chodź...- szepnął w końcu mężczyzna, chwyciwszy poetę za dłoń i ściągając go z drogi do lasu.
-O co chodzi, Rufusie...?- zapytał Fotyn tonem bardzo oficjalnym i okropnie zabawnym, przynajmniej z punktu widzenia jego kochanka.
-Muszę cię przeprosić.
-Nie mógłbyś mnie przepraszać w trochę milszych okolicznościach...? Dobrze wiesz, że nie lubię lasów, a poza tym pogoda jest taka...
Rufus wpił się na dłuższą chwilę w wargi poety. Czasem był to jedyny sposób by zamilkł, a że Fotyn milczał rzadko i niezbyt długo, należało korzystać z okazji.
-Przepraszam. To, co powiedziałem...- zaczął Rufus, a jego kochanek zrobił taką minę, jakby chciał dać mu do zrozumienia, by już o tym nie wspominać.- W każdym razie, to nieprawda. Jesteś dla mnie bardzo ważny. Zupełnie nie wiem, czemu tak się zachowałem. Nie chcę od ciebie wyrzeczeń. Jeśli to, co robisz, czyni cię szczęśliwym, źle byłoby zmuszać cię do innego życia. Przepraszam. Może być dokładnie tak, jak dawniej.
Fotyn odsunął się i w zamyśleniu spoglądał na kochanka.
-Tak...- mruknął, po czym pozwoliwszy sobie na długą pauzę, dodał stanowczo- Jednak zostanę.- Rufus spojrzał na niego ze zdumieniem.- Przemyślałem parę spraw i... Tak, zdecydowanie zostanę.
-Naprawdę...?- mężczyzna zamrugał, pełen niedowierzania.- Ale... Ale twoja poezja...
-Poezja, jak wiesz, Rufusie, nie znosi rutyny- wyjaśnił mu po raz kolejny cierpliwie Fotyn.- A że moją dotychczasową rutyną było unikanie rutyny jak tylko się da, to może rutynowe życie stanie się w sposób paradoksalny pozbawione rutyny.
Rufus nie zrozumiał z tego ani słowa, zresztą zupełnie tak, jak zwykle. Znał jednak kochanka na tyle, by dostrzec, że nie chodziło już o żadną rutynę, żadną sztukę czy poezję, a o nich. A właściwie o Rufusa. I to było niesamowite uczucie, które wypełniło go całego przyjemnym ciepłem.
Chwycił kochanka za dłoń i ruszyli razem, niespiesznie, przed siebie.
-Mówię ci, Rufusie, co za świat...- westchnął poeta, kręcąc głową.- Napisałem coś tak wspaniałego, a oni i tak nic nie rozumieją... Bo wiesz, Rufusie, teraz zmienia się moda... Owszem, nie da się ukryć, że wciąż mam całe grona zwolenników, ale mimo wszystko... Pokazywałem swoje wiersze, czytałem głośno, bywałem na balach, na przyjęciach, przedstawieniach, a teraz? Sztuki! Ha! Tak sobie ubzdurali! Sztuki, mówią. „Co tam słowo, słowo to nic, teraz sztuką jest słowo połączyć z ruchem, z dynamiką, emocjami, to jest coś godnego uwagi”. Tak mi raz powiedzieli, wyobrażasz sobie? Słowo to nic! A przecież najpierw było słowo! I zawsze najpierw jest słowo! Czym byłaby ta ich sztuka bez słów...! A zresztą... Ludzie sami z siebie nigdy nic nie zrozumieją... Tak czy inaczej...
Rufus westchnął cicho i uśmiechnął się do siebie, słuchając opowieści kochanka niezbyt uważnie, ale z pewnego rodzaju rozczuleniem. Mieć Fotyna tuż obok siebie, na teraz, może nawet na zawsze... Cudowna wizja. Najpierw doszedł do wniosku, że teraz musi bardzo uważać, by niczego pomiędzy nimi nie popsuć. Ale po chwili stwierdził, że jednak nie tyle uważać, co po prostu czuć. Czuć i rozumieć, to wszystko, bo dopóki istnieją silne uczucia i istnieje zrozumienie, wszystko inne odchodzi na dalszy plan. Nie mógł być pewnym, czy to życie, do którego teraz szli, spodoba się Fotynowi. Nie mógł wiedzieć, czy rutyna pozbawiona rutyny uczyni go rzeczywiście szczęśliwym. Ale jeśli nie... Trzeba będzie znaleźć inny sposób na ich wspólne szczęście. W końcu jest tyle możliwości!
Był jednak pewien jednego – nigdy więcej już go nie zostawi.
Poeci jak widać tęsknili pięknie i twórczo.
Ale tęsknota Rufusa miała w sobie więcej z żalu, że nie może być z kochankiem.
Szkoda, że niebo jest takie pochmurne...! Ale rozjaśni się zaraz znowu, chmury rozpędzą się pod wpływem promieni słońca, rozproszą się i znikną, zastąpione jasnością.
-Będę musiał sobie znaleźć inną inspirację, niż tęsknota za tobą...- powiedział w pewnym momencie Fotyn.
Rufus uśmiechnął się do niego lekko.
On również.