Strony

sobota, 7 kwietnia 2012

# 10 # [Theodore]

Theodore otworzył oczy.
Głośny, przeszywający dźwięk wdarł się do jego świadomości, płosząc resztki snu i przywracając niepokój. Zacisnął powieki. Jak bardzo chciałby zasnąć znowu, zasnąć, zapomnieć, nie pamiętać... Uporczywy dźwięk powtarzał się raz po raz, nie dając mu spokoju, irytował, wytrącał z równowagi, wwiercał się głęboko w jego czaszkę, przepoławiając ją bólem, doprowadzał do szaleństwa... Zatkał uszy i skulił się w pościeli, jakby chciał w niej zniknąć.
I zaraz... cisza. Znowu cisza. W tym domu zawsze było tak potwornie cicho... A w takiej ciszy, dziwne myśli przychodzą człowiekowi do głowy. I jakiś irracjonalny lęk lęgnie się w sercu.
Leżał przez chwilę nieruchomo, aż w końcu uchylił powieki i spojrzał przed siebie. Ze zdumieniem wpatrywał się kolejno w obcy sufit, obce ściany, obcą podłogę, meble... Gdzie go zabrali...? Gdzie go zabrali, do diabła...? Czy już do reszty stracił rozum...? Postradał zmysły i zamknęli go gdzieś daleko, w klinicznej bieli tego przerażającego pomieszczenia, które zdawało się mu tak ciasne jak klatka...? Ale biel zaczęła stopniowo nabierać kolorów, a wszystkie przedmioty znajomych kształtów.
Jego sypialnia... Jego własna sypialnia... Ha! Spędził tu prawie całe swoje życie, całe swoje życie poświęcił temu miejscu, a teraz nawet nie potrafił rozpoznać własnego pokoju! Zwariował! Z pewnością zwariował!
Przewrócił się na bok. Zmrużył oczy pod wpływem jasności. W pokoju panował półmrok, okna były zasłonięte, choć w jednym miejscu nie wystarczająco dokładnie i promienie słońca wdarły się do środka, padając prosto na twarz mężczyzny. Syknął, jakby z bólu i zakrył oczy dłońmi, nie mogąc znieść światła.
I znowu ten dźwięk.
Podniósł się na nogi. Powoli i niepewnie, bo nogi jakby wcale nie należały do niego, gotowe były w każdej chwili odmówić mu posłuszeństwa. Wyszedł z pokoju. Poruszał się ociężale i z trudem. Cicho. Wszędzie cicho. Tylko ten dźwięk...! Rozglądał się po korytarzu, usiłując zlokalizować jego źródło. I choć wszystko, co widział wokół siebie było mu dobrze znane, choć cały ten dom znał tak dobrze, że mógłby poruszać się w nim w zupełnych ciemnościach, nie wiedzieć czemu, czuł się tu intruzem. Cisza. Wszędzie cisza. Kilka kroków przed nim, na niewielkim stoliku, znajdował się telefon, rozbrzmiewający raz po raz charakterystycznym dźwiękiem. Theodore wyciągnął drżącą dłoń i chwycił słuchawkę, a następnie przyłożył ją sobie do ucha.
-... Theodore?- padło po dłuższej chwili ciszy pytanie- To ty?
-Tak...- potwierdził tylko mężczyzna. Rozpoznał ten głos. Głos starego Grakcha. Nie, nie, nie starego. Stary przecież nie żyje. Jego brata. Tak, z pewnością jego brata.
-Wszystko w porządku? Dzwoniłem dwa razy, ale nikt nie odbierał... Trochę się to przeciągnęło, przepraszam, ale myślę, że pojutrze będę już mógł po niego przyjechać.
-Dobrze- odparł mechanicznie Theodore.
-Jest może gdzieś w pobliżu...?
-Kto?
-Felix.
Theodore wzdrygnął się, jakby coś go zabolało. To imię przywróciło go na chwilę do rzeczywistości, wywołało falę wspomnień, okropnych, przerażających wspomnień. Ktoś, kto ma takie wspomnienia, nie mógł żyć w spokoju. Musiałby chyba oszaleć.
-Nie- odparł stanowczo, tego jednego będąc pewnym bardziej, niż czegokolwiek innego- Nie ma go.
-Pozdrów go ode mnie. Powiedz, że wszystko już przygotowałem. Będę mógł poświęcić mu cały swój czas, dokładnie tak, jak mi mówiłeś... Przyjadę rano. Dopilnuj wszystkiego i spakuj go, dobrze?
-Oczywiście- odpowiedział Theodore- Proszę się nie martwić, Oliver będzie gotowy na czas.
-Oliver...?
Mężczyzna rozłączył się i odłożył słuchawkę, nie na aparat, a obok, na stolik. Nie chciał już więcej słyszeć tego dźwięku, nie chciał już słyszeć czegokolwiek. Chciał tylko spać. Bardzo długo, całą wieczność, o ile to było możliwe. Spać i nie pamiętać. Zupełnie niczego.
-Theo?
Serce zabiło mu szybciej. Chłodny dreszcz przeszedł mu po plecach i chwilę się wahał nim wreszcie odwrócił w stronę pytającego. Felix. Theodore odetchnął głęboko, spoglądając na twarz chłopaka z niedowierzaniem. A przecież jeszcze chwilę, jeszcze kilka sekund temu, był pewien, że zobaczy kogoś zupełnie innego! Rudowłosy stał kilka kroków dalej, naprzeciwko niego. Uśmiechnął się lekko, taki rzeczywisty, realny, niepokojąco żywy, zbyt mocno wiarygodny. A może wcale nie...? Theodore parsknął pod nosem z rozbawieniem i przymknął powieki. Nie, Felix nie mógł istnieć. To tylko sen. Wszystko to tylko straszny sen. Sen o kochankach, sen o milionerze, który na łożu śmierci przypomina sobie o swoim biologicznym synu, sen o wychowanku domu dziecka, który nagle staje się dziedzicem fortuny, który zajmuje miejsce swojego poprzednika... Ha! Takie rzeczy przecież nie dzieją się naprawdę! Obudzi się i wszystko zrozumie. Opowie Oliverowi. Będą się razem śmiać z tego urojonego absurdu.
Mężczyzna poczuł, jak ktoś chwyta go za dłoń i odsunął się, spoglądając na stojącego przy nim rudzielca. Ten dotyk go otrzeźwił. Wywołał na powrót falę stłumionego żalu, oszukanej rozpaczy. A więc jednak nie śnił...?
-Theo...- Felix ponownie złapał go za rękę i poprowadził w stronę pokoju.
Mężczyzna nie opierał się wcale. Nadal jeszcze nie potrafił zrozumieć, co się wokół niego dzieje. Błędnym wzrokiem rozglądał się dookoła, poszukując jakiegoś znaku, czegokolwiek, co upewniłoby go o rzeczywistości. Chociaż wcale nie chciał być jej pewnym. Gdyby miał teraz wybór, nie wahałby się wcale. Gdyby miał wybór, cofnąłby czas i wszystko byłoby zupełnie inne... Poświęciłby wszystko i każdego, byleby tylko znowu go zobaczyć.
-Gdzie są wszyscy...?- zapytał, gdy znaleźli się obaj w pomieszczeniu, a on usiadł na łóżku, spoglądając na rudowłosego uważnie, z napięciem.
-Pani Carmen powiedziała, że to dzień wolny, więc wszyscy wyszli. To znaczy nie wszyscy, dwie dziewczyny, które tutaj sprzątają zostały na dole, ale chyba też zaraz wyjdą- odpowiedział pogodnie Felix, spoglądając na mężczyznę z troską- Połóż się, Theo. Nie wyglądasz dobrze. Strasznie długo spałeś. Prawie szesnaście godzin! Powinniśmy chyba zadzwonić po lekarza.
-Twój wuj... Twój wuj dzwonił...- powiedział powoli Theodore, przełykając ślinę- Mówił, że... przyjedzie pojutrze. Muszę cię spakować...
-Nie można tego jakoś przełożyć?- zapytał niepewnie Felix.
-Dlaczego?
-Jesteś chory, wolałbym cię teraz nie zostawiać- odpowiedział z zawstydzeniem chłopak.
Theodore odetchnął głęboko, kładąc się na łóżku. Chory czy szalony...? Tylko wariat może nie rozróżniać snu od jawy. Albo ktoś, komu sen odpowiada dużo bardziej od niej. Ta rzeczywistość wcale mu się nie podobała. Ale różnica między rzeczywistością a snem polegała na tym, że ta pierwsza pozostawała niezmienna.
-A może mógłbyś pojechać ze mną...?- usłyszał pytanie chłopaka i jakiś chłód przeniknął go do głębi.
-Nie...- odparł twardo, kuląc się na pościeli- Nie opuszczę tego domu. Nigdy.
-Co ty mówisz, Theo?- zaśmiał się Felix, dotykając jego czoła- Wciąż masz gorączkę. To niedobrze. Naprawdę byłoby lepiej, gdybym po kogoś zadzwonił.
-Chcę spać.
-Dobrze. Już idę.
-Zasłoń okna...- mruknął Theodore, zakrywając twarz przed uciążliwą jasnością.
-Są zasłonięte.
-Zasłoń je!
-A... Już, już, Theo... Piękny dzisiaj dzień, prawda?- gawędził dalej Felix- Chyba najpiękniejszy jak do tej pory! Wreszcie pojawiło się słońce! Szkoda, że tak źle się czujesz, moglibyśmy gdzieś wyjść...- w pokoju w jednej chwili zapanowała ciemność- Zauważyłeś, jak cicho tutaj jest, gdy nikogo nie ma...? To trochę straszne.
Theodore nie odpowiadał. Skulił się pod kołdrą, zaciskając powieki.
Rudowłosy podszedł do niego i ucałował go delikatnie, płochliwie.
-Śpij dobrze. Będę w pobliżu.
Odgłos zamykanych drzwi.
Kroki na korytarzu.
I cisza.
Znów tylko cisza.

Przebudził się nagle. Obrócił się na plecy i podniósł na przedramionach, spoglądając wprost na zamknięte drzwi. Miał ochotę zawołać Felixa, ale gdy tylko otworzył usta poczuł, że nie będzie w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Odetchnął głęboko, a jego oddech brzmiał głośno, świszcząco i nieprzyjemnie. Przymknął na chwilę powieki. Wsłuchiwał się bicie własnego serca, szybkie i nierytmiczne.
Czuł na sobie czyjś wzrok. Kątem oka dostrzegł kogoś stojącego tuż przy oknie. Odwrócił się powoli w tamtą stronę.
Oliver. Stał tam blady i nieruchomy, wpatrując się w niego z tym samym uśmiechem, co wtedy...
Theodore przewrócił się gwałtownie na drugi bok i nakrył kołdrą, modląc się, pierwszy raz od bardzo dawna, modląc się, nie wiedział sam, do kogo i o co. Gorączkowo powtarzał nieustannie te same słowa: „Odejdź, odejdź”, szeptał, krzyczał w myślach, gdy kołdra zsuwała się z niego powoli, odsłaniając wreszcie to, kim był naprawdę. Tchórzem. Czy nie powinien raczej błagać: „zostań”, skoro tak bardzo za nim tęsknił...? „Zostań albo weź mnie ze sobą”.
Nie. Jego nie było stać na takie poświęcenia.
Wszystko się uspokoiło. Zasnął.
Obudził się po raz kolejny. W pokoju było jeszcze ciemniej niż wcześniej. Rozejrzał się nerwowo dookoła, podniósł się z trudem do pozycji siedzącej, skrajnie zmęczony i drżący, z zimna, z bólu, z przerażenia... Głowa pulsowała okropnie. Zaschło mu w gardle. Potrzebował się czegoś napić.
-Felix! Felix...!- zawołał, ale był to krzyk cichy, słaby, trudno powiedzieć, czy wychodzący w ogóle poza ściany tego pomieszczenia.
Wyczekiwał chwilę na jakąś odpowiedź czy choćby nawet kroki na korytarzu, ale w końcu, pełen zrezygnowania, opadł na pościel, oddychając płytko i zamykając oczy. Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Serce Theodore'a zabiło szybciej z nerwów. Chciał zobaczyć, kto wszedł do środka, chciał się upewnić, że to nikt inny, nikt inny jak tylko sam Felix, ale za bardzo się bał. Nie usłyszał żadnego słowa, żadnego pytania, żadnego głosu. Udawał, że śpi, leżąc nieruchomo i zaciskając powieki z całej siły.
Drzwi zamknęły się z powrotem.
Już spał.

Ktoś szarpnął go za ramiona, wybudzając gwałtownie ze snu. Szarpnął się w pierwszym odruchu, ale gdy się odsunął i zobaczył przed sobą rudowłosego, uspokoił się na chwilę.
-Czego chcesz, Felix...?- zapytał bez zrozumienia, wpatrując się w jego uśmiechniętą, pogodną twarz.
-Wstawaj, Theo. Chodź ze mną.
-Dokąd...?
-Przygotowałem to, o co mnie prosiłeś.
-Co takiego...?- Theodore przetarł twarz, usiłując sobie przez dłuższą chwilę przypomnieć, o czym mówi chłopak- Co ty bredzisz, Felix, o nic cię nie prosiłem...
-Prosiłeś- odparł stanowczo chłopak. Złapał mężczyznę za dłoń, cofając się powoli i zmuszając Theodore'a, by ten również się podniósł- Jest już gotowy. Sam zobacz.
-Co jest gotowe...?- mężczyzna ruszył biernie w kierunku drzwi, za prowadzącym go Felixem, nie mając pojęcia, co się dzieje.
-Jak to co?- rudowłosy zatrzymał się nagle i spojrzał na niego, zdziwiony- Sznur.
Theodore skamieniał w jednej chwili. Odetchnął płytko, a następnie cofnął się gwałtownie, wyrywając chłopakowi, który spoglądał na niego z uwagą. Pokręcił z niedowierzaniem głową, wpatrując się w twarz rudzielca.
-To jest sen...- stwierdził drżącym głosem, bardziej jednak chcąc uzyskać potwierdzenie niż będąc pewnym- To nie dzieje się naprawdę... Oszalałem... To nie dzieje się naprawdę...
-To nie jest sen, Theo. Przecież sam mnie prosiłeś. Prosiłeś mnie, żebym ci pomógł. Nie musisz się bać, Theo. To wcale nie boli.
Felix zbliżył się do niego niespiesznym krokiem, wciąż uśmiechnięty . Theodore cofnął się pod ścianę, wpatrując się w niego z przerażeniem. Spojrzał ponad ramieniem chłopaka na drzwi, ale choć taka myśl pojawiła się w jego głowie, wcale nie próbował uciekać. Przełknął ślinę, bliski płaczu i zapytał niepewnie, jakby z nadzieją:
-Skąd możesz wiedzieć...? Skąd możesz mieć pewność, że to nie boli...?
-Sprawdziłem.
Theodore zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
Jakby na dowód swoich słów, Felix podwinął rękawy bluzki i uniósł ręce. Głębokie rany znajdowały się na obu jego przedramionach, rany, z których obficie sączyła się świeża, szkarłatna krew. Theodore krzyknął i chwycił chłopaka za ręce, usiłując zatamować krwawienie, zrobić cokolwiek, ale płyn wylewał się spod jego dłoni, plamiąc je i naznaczając przerażającą czerwienią.
-Co ty zrobiłeś, Felix...?!- powtarzał rozpaczliwie- Co ty zrobiłeś?!
-Ty mi to zrobiłeś, Theodore.
To nie był głos Felixa. Theodore zatrzymał się na chwilę, po czym podniósł wzrok wprost na twarz Olivera. Krzyk zamarł mu na ustach. Zakrwawione dłonie chwyciły go mocno za szyję, powaliły na ziemię i przygwoździły, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Wrzeszczał nieprzerwanie, ale był to wrzask niemy, którego nikt nie był w stanie usłyszeć. Próbował się szarpać, ale nie miało to żadnego sensu.
I nagle usłyszał swój własny, zachrypnięty krzyk. Zerwał się gwałtownie do pozycji siedzącej, uświadamiając sobie, że wciąż leży na łóżku, że to, co przed chwilą się zdarzyło, rzeczywiście było jedynie snem, marą skołatanego umysłu. Chwilę później do pokoju wbiegł Felix. Zapalił lampkę nocną, stojącą w pobliżu łóżka i oświetlającą część pomieszczenia.
-Wszystko dobrze, Theo?- zapytał niepewnie, spoglądając na mężczyznę z zaniepokojeniem.
Theodore wyciągnął ręce w jego kierunku, prosząc go tym gestem, by się do niego zbliżył. Felix usiadł na brzegu łóżka, nadal wpatrując się w kochanka z wyraźną obawą. Mówił coś, ale jego słowa zupełnie nie trafiały do Theodore'a, który pół przytomnie chwycił go w ramiona i wciągnął w głąb łóżka. Przylgnął do niego całym sobą. Wtulił twarz w szyję chłopaka, wdychając jego zapach, zimne dłonie wsunął pod koszulkę rudzielca, rozkoszując się ciepłem jego ciała. Bliskość Felixa przyniosła mu poczucie bezpieczeństwa, w jednej chwili wygnała wszystkie okropieństwa lęgnące się w myślach mężczyzny, ale nie dawała już wcześniejszej ulgi. Strach pozostał. Tu, tuż przy nim był Felix, ale tam dalej, obok, w ciemnościach, zaraz za drzwiami, czekało na niego coś strasznego. Jego własne sumienie wyciągało w jego kierunku splamione dłonie i kazało mu myśleć, nieustannie myśleć, wciąż o tym samym.
-Masz lodowate ręce, Theo- powiedział chłopak, obejmując kochanka.
Theodore był zagubiony. Łzy cisnęły mu się do oczu i nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Co się z nim działo...? Kiedy wszystko wokół stało się tak przerażające, że rzeczywistość nie różniła się wcale od najpotworniejszych koszmarów...?
-Przyniosę ci coś dla zbicia gorączki i twoje tabletki. Dobrze? Dobrze, Theo...?- Felix nieco nieporadnie usiłował się wyplątać z uścisku mężczyzny, wreszcie wstając.
-Nie idź...- zaprotestował cicho Theodore, chwytając go za dłoń.
-Przecież zaraz wrócę. Poczekaj tutaj...- szepnął miękko rudowłosy.
Mężczyzna trzymał go tak mocno, że gdy ten wyrwał dłoń z jego uścisku, pozostały na niej ślady jego paznokci. Felix uśmiechnął się do niego raz jeszcze, chociaż w tym uśmiechu ujawniał się cały jego niepokój i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Theodore wbił w nie uważne spojrzenie, po czym powoli, podejrzliwie, omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Przetarł zmęczoną twarz dłońmi. Zsunął się na skraj łóżka i usiadł.
Wariat. Zwariował, to pewne. Nigdy nie czuł się tak bliski szaleństwa jak w tej właśnie chwili. Te sny... A może to też był sen? A może to wszystko po prostu mu się śniło? Ciężko się obudzić, gdy raz już się zaśnie. Dlatego ciężko wyleczyć wariatów. Nawet tych, którzy rozpaczliwie chcieliby już skończyć śnić.
Coś poruszyło się w ciemności. Theodore podniósł głowę. Serce zabiło mu szybciej. Spoglądał wprost na pogrążony w mroku kąt pomiędzy szafą, a ścianą. Ktoś tam był. Wiedział to, choć nie potrafił go dostrzec. Wiedział dokładnie, kto taki. Odwrócił wzrok w kierunku drzwi, chcąc w pierwszym odruchu zawołać Felixa, ale powoli, ponownie zwrócił twarz w stronę wnęki. Chciałby mieć odwagę, by móc spojrzeć temu wszystkiemu prosto w twarz. Chciałby mieć odwagę, by przyznać się do wszystkiego bez wahania i zrozumieć. Ale to było zbyt trudne.
-Czego chcesz...?- zapytał, zaciskając mocno dłonie na kołdrze, wydobywając z siebie tą resztkę siły, która jeszcze mu pozostała, choć paniczny strach zjadał go od środka- Czego chcesz...?- powtórzył znowu, nie słysząc odpowiedzi. Ciemność drgnęła. Poruszyła się, spoglądała wprost na niego, cierpliwie, z oczekiwaniem- Nie potrafię... zmienić... Nie potrafię cofnąć tego, co się wydarzyło... Chciałbym, dałbym wszystko, ale nie potrafię...- z mroku wydobyło się coś na kształt chichotu. Nie, nie z mroku. To coś w nim śmiało się z tych słów, jakby z nich drwiło i podważało ich prawdziwość- Gdybym miał wybór, postąpiłbym inaczej. Wiesz przecież, że postąpiłbym inaczej!- zawołał rozpaczliwie, ale znowu w jego głowie rozległ się ten okropny śmiech, tym razem przepełniony goryczą i rozżaleniem- A teraz...- Theodore odetchnął głęboko- Teraz jest już za późno. Gdybym wiedział...- rzucił wilgotnym głosem i urwał w połowie, po czym dodał ciszej- Ale nie wiedziałem. I co mam teraz zrobić...? Co chcesz, żebym zrobił...? Chcesz, żebym się zabił...?- umilkł, jakby oczekiwał odpowiedzi, która nie nadeszła- Nie zrobię tego. Jeśli chcesz, przyjdź tu i zabij mnie sam...
Theodore usłyszał kroki na korytarzu. Odwrócił się w stronę drzwi, w których pojawił się Felix, z tacą w jednej dłoni. Zapalił górne światło, które oświetliło cały pokój. Mężczyzna skierował wzrok z powrotem na wnękę. Niczego tam nie było. Zupełnie niczego. Theodore rozejrzał się po pokoju, zbłąkanym wzrokiem, po czym zrezygnowany spojrzał na Felixa. Niczego już nie rozumiał.
-Przepraszam, że tak długo, próbowałem po kogoś zadzwonić z dołu, ale telefon chyba nie działa...- wytłumaczył się rudowłosy, kładąc na stoliku nocnym tacę, na której znajdował się talerz z kromką chleba, szklanka wody i tabletki- Zjedz coś, Theo. A później weź tabletki. Powinno pomóc.
Theodore wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę w milczeniu, aż w końcu ściągnął chłopaka na kolana i przytulił się do niego ponownie.
-Theo, najpierw zjedz...- usiłował go przekonać Felix, ale mężczyzna wcale go nie słuchał.
Przymknął powieki, zatracając się zupełnie w bliskości chłopaka. Musnął wargami jego szyję, później szczękę i policzek, ucałował jego czoło, powrócił znów ustami do szyi, a później zsunął się na jego ramiona. Zamarł się na chwilę, by zaraz zacząć od nowa, całował go mocno, obłąkańczo, pełen tęsknoty, miłości i tych wszystkich strasznych uczuć, które tkwiły w nim już od dawna. Dłonie kochanka zacisnęły się mocno na jego ramionach. Theodore zatrzymał wargi tuż przy uchu jego uchu i szepnął do niego rozpaczliwie:
-Kocham cię... Bardzo mi przykro... Tak bardzo cię kocham... Nie mogłem... Przepraszam... Jesteś wszystkim, co mam...- mówił gorączkowo, a żal ściskał go za gardło z każdym kolejnym słowem- Wybacz mi, proszę... Kocham cię... Oliver...
Chłopak drgnął i podniósł się szybko.
-Theo!- Felix stanął przed nim i szarpnął go za ramiona- Theo, popatrz na mnie!- patrzył. Widział pełną zaniepokojenia twarz rudowłosego. Rozejrzał się powoli dookoła. A gdzie...?- Theo, to ja! Felix! Theo!- mężczyzna wciąż milczał, wodząc wzrokiem po ścianach. Rudzielec klęknął przy nim, opierając dłonie o jego uda- Poznajesz mnie...? Nie ma tu Olivera. Nie jestem nim.
Ostatnie zdanie przedarło się do świadomości Theodore'a. Przeniósł wzrok z powrotem na chłopaka i skinął powoli głową.
-Nie jesteś nim...- powtórzył, ale zaraz zrodziła się w jego umyśle irracjonalna wątpliwość- Nie jesteś nim...?- zapytał jego albo samego siebie, trudno powiedzieć. Felix spoglądał na niego z uwagą, wyczekując jego kolejnych słów- Dziwne. Powinieneś nim być- wpatrywał się w rudowłosego z niechęcią- Mieszkasz w jego domu... Śpisz w jego pokoju... Kąpiesz się w jego wannie... Kąpiesz się w jego krwi. Tak, powinieneś nim być...
Theodore wszedł do łóżka i przykrył się kołdra.
Felix był wyraźnie wstrząśnięty tym, co usłyszał.
-O czym ty mówisz, Theo...?- zapytał niepewnie.
Mężczyzna milczał.
-Masz gorączkę. Mówisz strasznie dziwne rzeczy...- powiedział Felix- Zjedz coś, Theo. A później weź tabletki. Na pewno zrobi ci się lepiej.
Lepiej...? Theodore uśmiechnął się gorzko. Ależ lepiej być już nie mogło! Zaśmiał się pod nosem i śmiejąc się wciąż, wychylił się z łóżka. Sięgnął po tabletki i włożył je do ust, a następnie popił haustem wody. Odstawił pustą szklankę na tacę. Przewrócił się na drugi bok, przymykając powieki i nie mówiąc ani słowa.
Felix powiedział coś cicho i wyszedł.

Theodore zszedł do kuchni. Ze zdumieniem spostrzegł, jak woda wylewa się  ze zlewu, zapełnianego ciągle od nowa, sączącą się z kranu, brudną cieczą. Podszedł do niego szybko i chwycił za kurek, usiłując go zakręcić, ale nie przyniosło to żadnego efektu.
-Co jest, do diabła...- mruknął, rozglądając się za jakąś ścierką czy ręcznikiem- Carmen! Carmen, chodź tuta...- urwał, gdy jego wzrok spoczął na jednej z kuchennych ścian, zdających się jednak teraz doskonałym odwzorowaniem tej z korytarza. I tak jak tam, wysoko, na środku, wisiał ten sam obraz. Obraz rodziny Grekchów.
Theodore zaniemówił.
Drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem. Obrócił się w tamtą stronę. Postękując i marudząc pod nosem, Carmen weszła do środka, ciągnąc za sobą jakiś długi wór. Wreszcie zatrzymała się, wyprostowała i odetchnęła, odgarniając zbłąkane pasemka z czoła. Mężczyzna spoglądał na nią z niepokojem. Wzrok miała obłąkańczy, nieprzytomny, twarz wykrzywioną dziwacznym grymasem, włosy rozczochrane, ubrania brudne i pomięte.
-Jesteś wreszcie...- mruknęła na jego widok, głosem zachrypniętym i nieprzyjemnym. Wyminęła osłupiałego Theodore'a i podeszła na chwilę do obrazu. Z czułością pogładziła nieruchomą twarz Olivera, a następnie wróciła, chwyciła znowu za tobołek i z wielkim wysiłkiem, podniosła go i położyła na stole.
-Co ty robisz, Carmen...?- zapytał mężczyzna, wpatrując się w nią z uwagą- Dobrze się czujesz?
-Świetnie- odwróciła się w jego stronę z szerokim uśmiechem- Doskonale.
-Co to jest...?- Theodore spojrzał na worek, a następnie przeniósł wzrok na obraz- Po co go tutaj przyniosłaś? Carmen?- zapytał łagodnie, widząc, jak kobieta podciąga rękawy i z tym samym szaleństwem na twarzy, podchodzi do szafek, szukając w nich czegoś zawzięcie- Carmen... Chyba potrzebujesz pomocy.
-Tak, tak, musisz mi pomóc- potwierdziła stanowczo kobieta. Z jednej z szuflad wyjęła długi nóż i podeszła z nim do mężczyzny. Cofnął się, spoglądając na nią z przerażeniem- Trzymaj- mruknęła, usiłując mu go podać.
-Nie chcę.
-Trzymaj, mówię!- warknęła, wciskając mu nóż w ręce- Bez ciebie nic się nie uda, jesteś mi bardzo potrzebny...- jakąś nadludzką siłą rozerwała materiał worka, a to, co znajdowało się w środku, sprawiło, że Theodore zadrżał.
-Felix!- krzyknął przerażony, odrzucając nóż. Podbiegł do nieruchomego, nieprzytomnego chłopaka i szarpnął go za ramiona, chcąc go obudzić- Co ty mu zrobiłaś?! Oszalałaś?! Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! Felix!
Carmen spoglądała na niego z wyraźnym zniecierpliwieniem. Nikt nie nadchodził.
-Musimy go przywrócić- powiedziała poważnym tonem kobieta- Nadszedł już czas, musimy to zrobić.
-Przywrócić kogo...?- zapytał bez zrozumienia Theodore.
-Olivera. Znalazłam sposób. Znalazłam sposób i teraz możemy już go przywrócić. Tylko trzeba go zabić. Zabij bękarta, a Oliver wróci.
Zwariowała. Kompletnie zwariowała. Mężczyzna cofnął się, przełykając ślinę.
-Carmen, doskonale wiem, jak strasznie jest ci ciężko...- zaczął powoli, nie odrywając wzroku od jej twarzy- Ale to nie jest żadne rozwiązanie. Oliver nie żyje- kobieta podniosła nóż z podłogi- Nie rób tego. To niczego nie zmieni, rozumiesz? Nie możemy go przywrócić!
-Musimy to zrobić!- wrzasnęła ostro, podając sztylet mężczyźnie- Ty musisz to zrobić! Zabij bachora! A wszystko będzie dokładnie takie, jak dawniej...- uśmiechnęła się szaleńczo, jakby była przekonana o słuszności swoich słów.
-Mylisz się, Carmen...- zaprotestował Theodore, cofając się pod ścianę. Oparł się plecami o część obrazu- Śmierć Felixa niczego nie zmieni. Nie potrzeba nam kolejnej tragedii. Oliver nie może wrócić.
-Może...- przekonywała go kobieta, kiwając głową- Posłuchaj uważnie... Słyszysz? Już tu idzie...
Theodore pokręcił głową.
-Nic nie słyszę, Carmen...
-Słuchaj...
I rzeczywiście, w tej chwili Theodore usłyszał. Ciężkie kroki, odbijające się echem na korytarzu, coraz bliższe i bliższe... Wstrzymał oddech. Blada dłoń wyłoniła się powoli zza uchylonych lekko drzwi.
Podskoczył gwałtownie na łóżku. Oddychał szybko, z trudem łapiąc powietrze. Rozejrzał się z uwagą po pokoju, oświetlonym słabym światłem palącej się wciąż lampki nocnej. Przeczesał nerwowo włosy i przetarł mokrą od potu twarz. Chciało mu się pić. Z nadzieją chwycił stojącą przy łóżku, pustą szklankę i przechylił ją do ust, jakby liczył na to, że została tam choćby kropelka. Odłożył ją na bok, zrezygnowany i spragniony. Podniósł się z trudem z łóżka i wstał, a następnie wyszedł powoli z pomieszczenia. Szedł korytarzem i rozglądał się wokół siebie z uwagą, wzrokiem śledził każdy fragment ściany, badał każdy obraz, każde drzwi i ozdobę, szukając czegoś niezwykłego, nienaturalnego. Bał się, że znowu śni. Nie mógł osiągnąć spokoju. Jakby rzeczywistość nie była wystarczająco przerażająca, jeszcze jego umysł bezlitośnie podsuwał mu przerażające wizje i sceny. Podszedł do drzwi pokoju Felixa i otworzył je, zaglądając do środka, ale chłopaka nie było w pomieszczeniu. Zatrzymał się na chwilę i zastanowił. Śnił...? Nie wiedział, nie był pewien. Poszedł dalej. Zbłąkany, trafił pod drzwi łazienki. Widział, że pali się w niej światło. Słyszał szum lecącej do wanny wody. Wyciągnął dłoń w kierunku klamki, chciał coś powiedzieć, ale zawahał się i cofnął. Śnił...? Przecież nie mógł być pewien. Dotarł do schodów i zszedł na dół. Dom był pogrążony w ciemności, a on po raz pierwszy nie był pewien, dokąd właściwie idzie. Trzymał się kurczowo poręczy jak ślepiec, uważając na każdy kolejny krok. Wreszcie udało mu się dotrzeć na dół. Skręcił w jeden z korytarzy.
-... cały Theodore. Ale przecież każdy wiedział, że to musi się tak skończyć...- usłyszał dziewczęcy głos, dobiegający zza zamkniętych drzwi, który wydał mu się głosem jednej ze służących.
-To było oczywiste- odpowiedziała jej Mirtha.
-No i teraz postradał rozum.
-A słyszałaś te pogłoski...? Najpierw tamten, a teraz...
Theodore otworzył gwałtownie drzwi, które okazały się być wejściem do schowka. Nikogo tam nie było. Cofnął się i odwrócił, zdezorientowany, nasłuchując. Zdawało mu się, że słyszy drwiące śmiechy i szepty, krążące gdzieś wokół niego...
Pokręcił głową, jakby chciał wyrzucić to ze swojej głowy i ruszył szybko dalej.
Wszedł do kuchni i zapalił światło. Znowu rozejrzał się po całym pomieszczeniu dokładnie i choć wydało mu się zupełnie zwyczajne, ten śmiech, który wciąż rozbrzmiewał równie wyraźnie i głośno, co wcześniej, kazał mu wątpić w prawdziwość tego, co wokół siebie widzi. Kierowany nagłym impulsem, sięgnął do szuflady. Wyjął z niej niewielki nóż. Spojrzał na drugą dłoń i powoli, bardzo precyzyjnie, przesunął ostrzem po jej wewnętrznej części. Obserwował, jak w tym miejscu powstaje podłużna rana, jak wycieka z niej krew, coraz bardziej obficie. Syknął cicho. Ból. Taki ból zawsze jest rzeczywisty. Zacisnął dłoń w pięść. Zaraz też wróciła jego migrena, w głowie słyszał nieprzyjemny szum, zachwiał się na nogach i w ostatniej chwili chwycił lady, utrzymując równowagę. Oddychał powoli z przymkniętymi powiekami, usiłując się uspokoić. Krew przeciekła przez palce i poplamiła blat. Potrzebował swoich tabletek. Gdzie były jego tabletki, do licha...? Zaczął otwierać kolejne szafki, znacząc wszystko, czego się dotknął. Carmen znowu coś poprzestawiała? Natrafił wreszcie na miejsce, w którym znajdowały się leki, przejrzał kolejne pudełka i opakowania, ale nie znalazł tego, czego poszukiwał. Przeglądał szuflady i koszyki, ale nic, nigdzie ani śladu. Załkał z wściekłości i usiadł przy stole, w geście bezsilności zakrywając twarz dłońmi. Musiał coś ze sobą zrobić. Musiał coś w końcu zmienić, żeby do reszty nie oszaleć. Ale co...? Wyjechać stąd...? To dopiero szaleńcza myśl! Nie wyjedzie! Nie może! Ten dom był całą jego wolną przestrzenią, nie miał nic prócz niego! Nic...
Zupełnie nic...
I zaraz zerwał się gwałtownie z miejsca. I zaraz pędził schodami na górę, prosto do Felixa. Chciał mu coś powiedzieć, musiał mu coś powiedzieć, coś ważnego! Co...? Nie wiedział, nie był pewnym, ale musiał, w tej właśnie chwili! Dotarł pod jego drzwi i zamarł w bezruchu, słysząc głos pytanie chłopaka:
-Jesteś pewien...?
-Całkowicie- odpowiedział znajomy głos. Głos Richarda. Theodore przełknął ślinę i poczuł, jak dreszcz przechodzi mu po plecach. Co mu powiedział...?- Theodore... Nie miej mi za złe, ale... Nie powinieneś się do niego zbliżać. On nie jest normalny.
Mężczyzna drgnął.
-No nie wiem...- odparł cicho Felix- Wydawało mi się... Zresztą... Co właściwie łączyło go z Oliverem?
-Byli ze sobą blisko. Bliżej niż być powinni. O co chodzi Felix...? Chcesz mi coś powiedzieć...?
-Theodore zachowuje się czasem... dziwnie...- powiedział powoli rudowłosy- W stosunku do mnie.
-W jakim sensie „dziwnie”...?
-Co się stało z Oliverem?- zapytał chłopak, jakby nie chcąc odpowiadać mężczyźnie.
-To niełatwy temat... To, co się wydarzyło... Nie chciałbym tego mówić, ale Theodore bardzo się do tego przyczynił... Jeśli mam być szczery... Uważam, że to nie jest już dłużej miejsce dla niego. Powinieneś go stąd wyrzucić.
-Wiedziałem!- warknął ze złością Theodore, wchodząc do środka. Majordomus cofnął się o kilka kroków. Rudowłosy wbił w niego zdumione spojrzenie- Wiedziałem, od początku wiedziałem! Przeklęty staruchu! Knujesz przeciwko mnie, cały czas to robiłeś!
-Theodore...- zaczął Richard, kręcąc głową- Nikt przeciwko tobie nie knuje...
-Tylko rozmawialiśmy!- dodał prędko Felix, patrząc na mężczyznę z przerażeniem.
-Milcz, Felix!- warknął z poirytowaniem Theodore- Doskonale słyszałem, co za bzdury wygadywałeś! Co mu chciałeś powiedzieć, co...?
-Prawdę. Nic więcej.
-Bzdura!- wybuchnął Theodore, zbliżając się do majordomusa o jeszcze kilka kroków.
-Theo!- zawołał rozpaczliwie rudowłosy, stając pomiędzy mężczyznami.
-Bronisz go- rzucił mężczyzna ze wzburzeniem w kierunku rudowłosego- Uważasz, że mówi prawdę...? A ty...- spojrzał pogardliwie na Richarda i prychnął- Nic już tu nie znaczysz, zupełnie nic!
-Wszystko, co powiedziałem, Theodore, powiedziałem dla twojego dobra- usiłował go przekonywać Richard.
-Ty głupcze! Nigdy nie chciałeś mojego dobra! Od początku tylko mąciłeś i sprawiałeś problemy, od samego początku... Powinienem był to zrobić już dawno...
Odepchnął Felixa i zamachnął się mocno, uderzając mężczyznę w twarz.
-Theo!- rudzielec zalał się łzami i chwycił go mocno za ramię, usiłując odciągnąć- Theo, przestań! Przestań!
Theodore ocknął się z głową opartą o blat stołu. Spojrzał na swoją rozciętą dłoń. Wstał. Wytarł niedbale krew o spodnie i ruszył z powrotem do góry, jeszcze bardziej zbłąkany i zdezorientowany niż wcześniej. Położył się do łóżka. Zakrył kołdrą. Długo wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą, aż po jakimś kwadransie, do pomieszczenia wszedł Felix. Był przebrany w piżamę, włosy miał lekko wilgotne i zmierzwione.
-Mogę z tobą zostać na noc, Theo?- zapytał równie bezpośrednio i otwarcie co zwykle.
Mężczyzna skinął głową, ledwie zauważalnie.
Chłopak uśmiechnął się do niego lekko i wślizgnął się pod kołdrę, siadając obok niego. Theodore zsunął się nieco i oparł głowę na udach Felixa. Po chwili poczuł błądzącą we włosach dłoń rudowłosego. Westchnął cicho.
-Gdzie jest Richard, Felix...?- zapytał z wahaniem.
-Pojechał do wnuka. Dzwonił do niego wczoraj. Bardzo chciał się z nim zobaczyć i pytał, czy może pojechać... Poprosiłem Carlosa żeby go zawiózł- powiedział Felix, po czym po dłuższej chwili milczenia, dodał- To wcale nie jest dzień wolny, prawda, Theo? Pani Carmen tak powiedziała, zaraz po tym, jak wyjechali.
-A więc go nie ma...?
-Nie. Teraz nikogo już nie ma.
Theodore milczał.
-Theo...- głos chłopaka drgnął lekko i słychać w nim było wahanie, jakby ten nie był pewien, czy chce kontynuować- Co... Co dokładnie stało się z Oliverem...?
Theodore powtórzył to samo pytanie w myślach, przymykając powieki.
-Nie jestem pewien...- odpowiedział w zamyśleniu- Sądzę, że go zabiłem...
Dłoń Felixa zatrzymała się nagle.
-Co takiego...?- zapytał niepewnie- Nikogo nie zabiłeś, Theo.
Mężczyzna westchnął głęboko. Przed swoimi oczyma widział dziwne obrazy, jasne światła wyłaniające się z ciemności, rozmazane twarze i przedmioty...
-Mam krew na rękach- powiedział.
-Nic już nie mów, Theo. Masz gorączkę.
-Mam krew na rękach, jestem pewien...- powtórzył znowu, uparcie, po czym dodał z przerażeniem- Zobacz... Zobacz na moje ręce, Felix...
-Wszystko dobrze, Theo. Tylko ci się wydaje.
Mężczyzna wysunął dłoń spod kołdry i usłyszał jak Felix pisnął cicho.
-Jezu, Theo!- rzucił z przerażeniem, chwytając go za krwawiącą wciąż rękę- Skaleczyłeś się...? Poczekaj chwilę, zaraz przyjdę...
-Nie trzeba...- odparł mgliście mężczyzna- To nie moja...
Felix wybiegł z pomieszczenia. Theodore czekał w milczeniu. Chłopak wrócił, usiadł na brzegu łóżka, pospiesznie przemył rozcięcie wodą utlenioną i zaraz opatrzył je bandażem.
-Strasznie mocno się skaleczyłeś, Theo- powiedział gdy skończył i dotknął znów jego czoła- Wszędzie w kuchni są ślady krwi.
Theodore pokręcił głową.
-Łazienka...- szepnął ze zmęczeniem- W łazience jest tak dużo krwi...
-W łazience też...? Nie martw się, Theo. Zaraz wszystko posprzątam, jeszcze nim wszyscy wrócą. Wszystkim się zajmę. Niczym nie musisz się martwić.
Theodore opadł z sił.
Nie dasz rady, Felix. Nie będziesz w stanie.

12 komentarzy:

  1. Ten rozdział idealnie pasuje do mojego tematu maturalnego. Jest wspaniały <3 Po prostu majstersztyk.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy8:50 PM

    i jak to ma się teraz dobrze skończyć ?!
    chociaż moje słowa nie oddadzą...
    och :::::

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, Silencio.

    Dodam jakiś sensowny komentarz, gdy będę w stanie zebrać myśli.

    Kajna.

    OdpowiedzUsuń
  4. DaughterOfWind2:01 AM

    I jak ja mam sie teraz wyspac na sniadanie wielkanocne...? A do tego, jesli przez noc zeswiruje to zostawie list by rodzina wiedziala kogo obwiniac i zebys juz nigdy nikomu takiej bani nie zrobila. Amen ;p

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy6:36 PM

    To jest świetne, nie wiem czy podoba mi się to dlatego, że coś ze mną nie tak, czy po prostu to jest taki dobry rozdział...
    Dziękuję, że to właśnie Theodore :* Już sie nie mogłem doczekać!
    Pozdrawiam i dziękuję:
    S.S :***

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy9:09 PM

    Niezły motyw, przeplatanie urojeń z rzeczywistością. Dość przerażające i troszeczkę przypomina mi Desmonda i Brandona, ale tylko takim przyjemnym echem. D.

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny rozdział. Biedny Theo. Powinien z kimś porozmawiać. Wyrzucić z siebie wszystko. Powiedzieć co się stało. Co takiego zrobił Olivierowi, ze teraz tak bardzo się obwinia? Porzucił go? W jaki sposób zranił i to tak głęboko, żeby...
    Po tym rozdziale już nie wiem co jest prawdą, a co przywidzeniami, snami, marami, strachami, czy jako to tam nazwać, tym co dręczy Theodore. Teraz wydaje mi się, że to nie skończy się szczęśliwie.
    Ponownie mam ochotę przeczytać Every Me. :D Nie wiem, który już raz. To się nazywa uzależnienie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Super rozdział. Strasznie poplątany, miejscami sie gubiłam co jest snem, a co rzeczywistością. Ale naprawdę mi sie podoba ;)
    Chciałam pogratulować wydania Twojego opowiadania! ;d dostałam Antologię na urodziny i już wszystko przeczytałam xp

    OdpowiedzUsuń
  9. mysElf12:57 AM

    Jestem trochę rozczarowana fabularnie, na szczęście nadrabiasz dużo stylem i klimatem. Udało Ci się napędzić mi stracha ;). Rozglądam się teraz uważnie po pustym ciemnym mieszkaniu i spodziewam się zobaczyć gdzieś Olivera.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wszystko super, pięknie ale już nie mogę doczekac się kolejnego rozdziału Wyzwania albo Sunrise, moje ulubione <3. a moją opinię na temat stylu pisania już znasz, kocham za to jak piszesz, co piszesz, jesteś świetna : * [tina-kawaii]

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy12:23 AM

    Och.... i tak po raz który doszłam do 10 rozdziału o którym nie wiem co napisać.
    Tak cholernie mi szkoda Theodora. Szczerze to się boję następnego rozdziału .
    Cóż albo Feliks za sprawą czarodziejskiej różdżki którą posiadają tylko takie rudowłose elfy , sprawi ,że Theodor zapomni o Olivierze i jednak pokocha Feliksa lub całkowicie się załamie i zabiję albo siebie albo kogoś innego. Cóż , wszystko zależy od ciebie :)
    Uhh aż łzy cisną mi się do oczu... ogólnie mało rzeczy mnie wzrósza , widać twoje opowiadania to wyjątki.
    Wiesz.... od dłuższego czasu chodzą za mną słowa "Nikt nie chce umierać samotnie" ... nawet nie wiesz jak głęboki sens ma dla mnie to zdanie.
    Feliks powinien ograniczyć swoją ciekawość i otworzyć oczy by zauważyć ,że wspomnienie Oliviera nie jest najlepszym posunięciem. Ale cóż , taki charakterek postaci.
    Ehh powtórzę po raz trzeci, kocham cię tygrysku :D
    "...oczy są ślepe. Trzeba patrzeć sercem."
    Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń