Strony

sobota, 21 kwietnia 2012

Tęsknota

Dzień wydawał się całkiem zwyczajny i niewiele różniący się od poprzedniego. Tylko pogoda trochę się popsuła i można było już się domyślać, że wkrótce zacznie padać. Pośród stęków, rozmów i narzekań towarzyszy, Rufus zajmował się swoją pracą, włączając się co jakiś czas w dyskusje, pogodnie, z uśmiechem, stanowiąc już nieodłączny element tej społeczności której częścią stał się nie tak dawno temu. I prowadził spokojny żywot w tej maleńkiej osadzie, która dla przeciętnego mieszczucha przybywającego z zewnątrz mogłaby sprawiać wrażenie całkowicie odciętej od świata. Tutaj nie było miejsca ani na wielkie interesy, ani na sztukę, ani na ambicje arystokratów czy wielkich panów. Ludność żyła z dnia na dzień, pochłonięta przypisanymi sobie zadaniami, tak całkowicie, jak gdyby zostały im one nadane z chwilą narodzenia. I chociaż Rufus całe swoje wcześniejsze życie spędził w mieście, to miejsce wydawało się wprost stworzone dla niego. Spokój, cisza i ta solidarność, wynikająca z wzajemnego zrozumienia sytuacji i swojej zależności od drugiego człowieka, sprawiał, że ta osada zdawała się być dla niego wręcz rajem na ziemi.
Mężczyzna otarł pot z czoła, a następnie pozbył się gałęzi z obalonego chwilę wcześniej drzewa i zaczął ciąć pień na mniejsze części.
-Hej, Rufus!- usłyszał głos jednego z nadchodzących towarzyszy i nie przerywając, czekał na jego kolejne słowa- Ktoś czeka na ciebie w gospodzie!
Ledwie te słowa przedarły się do jego świadomości, a serce, jak gdyby reagując na nie, ruszyło nagle ze zdwojoną prędkością. Siekiera wysunęła mu się z dłoni i gdyby nie pochwycił jej w ostatniej chwili, wylądowałaby na ziemi.
-Kto...?- rzucił, pozwalając sobie na jeszcze chwilę niepewności.
-A kto może na ciebie czekać!- zaśmiał się drwal, schodząc niżej- Facet o aparycji nieroba! Ten jak mu tam... poeta!
Przez tłumek pracujących przebiegł miarowy rechot, w którym trudno było jednak znaleźć choćby nutę złośliwości. Rufus uśmiechnął się lekko i z tym uśmiechem, wrócił do pracy, po raz pierwszy od wielu dni mając powód, by się spieszyć. Gdy skończył, zabrał kawałki drewna do pobliskiego magazynu, gdzie zwyczajowo zanotowano ile tego dnia dostarczył i poinformował, że wraca do gospody. Także dwóch magazynierów zerknęło na siebie aż nazbyt znacząco, bowiem tylko przy jednej okazji Rufus kończył swoją pracę szybciej niż zwykle.
Drogę z lasu do karczmy w której pomieszkiwał pokonał niezwykle szybko, nie mając ochoty marnować ani sekundy i zaraz znalazł się we wnętrzu, które, jak zazwyczaj popołudniami, było już nieco tłoczne. Przeprosił dwóch szarpiących się ze sobą w progu rolników, którzy kulturalnie ustąpili mu drogi, by zaraz znowu wrócić do namiastki mordobicia. A że obaj byli już wiekowi i wszystkim wokół dobrze znani, nikt nawet nie trudził się by ich rozdzielać. Reszta towarzystwa zachowywała się przyzwoicie, choć oczywiście jak na warunki gospód przystało. I wśród znajomych twarzy, po momencie niecierpliwego poszukiwania, Rufus dostrzegł wreszcie tę najbardziej oczekiwaną.
Przy jednym ze stolików siedział mężczyzna, który mimo że miał niedługo przekroczyć granicę trzydziestu lat, wygląd wciąż miał bardzo młodzieńczy i świeży. Jasne, kręcone włosy i błękitne oczy, wpatrujące się teraz nieobecnym wzrokiem w okienko gospody, w połączeniu z jego nietypową, bardzo subtelną i chłopięcą wręcz urodą, sprawiały, że przypominał bardziej jakąś mityczną postać, odległą i niepodobną do wszystkich innych ludzi. Szczególnie w otoczeniu prostych robotników i chłopów, umęczonych i wyćwiczonych codzienną pracą, prezentował się wyjątkowo, niczym szlachcic, arystokrata, a może wręcz bóg. Bo Rufus sądził, że chyba właśnie tak musieli wyglądać bogowie.
Podszedł do jasnowłosego i stanął przy stoliku. Mężczyzna odwrócił powoli głowę w jego kierunku, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Podniósł się niespiesznie.
-Witaj- rzucił miękko Fotyn.
-Witaj...- odparł Rufus i zaraz zapadła między nimi cisza, dokładnie tak jak zwykle, bo tak trudno było coś zrobić, zareagować jakoś, kiedy całe ciało wręcz krzyczało, by dostać się bliżej tego drugiego, a wokół przecież tylu ludzi, tyle par oczu, tyle spojrzeń...
I choć wszyscy chyba już kojarzyli nietypowego gościa, który zjawiał się tu raz na jakiś czas i zapewne zdawali sobie, mniej lub bardziej,sprawę z przyczyn jego odwiedzin, to nikt nie czynił Rufusowi żadnych uwag, nie pozwolił sobie nawet na drobną sugestię czy potępiające spojrzenie... Wydawało się, że w imię tego solidaryzmu społecznego, spajającego osadników nicią współpracy, potrafili wybaczać sobie wzajemnie różne sprawy i przymykać oko na zachowania nie do końca jasne, a może wręcz źle widziane, dopóki te nie szkodziły ogółowi. Ale mimo braku potępienia, z jakim zapewne spotkałby się w innym otoczeniu, w imię tego samego solidaryzmu społecznego właśnie, Rufus nie odważył się nigdy przekraczać pewnych granic.
Uścisnął wyciągniętą dłoń Fotyna, a w jego brzuchu pojawiło się przyjemne, ciepłe uczucie. Jak strasznie za nim tęsknił, jak dawno go nie widział!
Fotyn tradycyjnie już poprosił karczmarza Gaudentego o wynajęcie pokoju w gospodzie. Starzec zgodził się, mrukliwie i wyraźnie niechętnie. Oko miał bystre (jedno, bo drugie stracił ponoć jeszcze w młodości, walcząc o względy jakiejś panny) i wiedział, że jest to niczym więcej jak tylko farsą i przy odrobinie szczęścia, Fotyn nie będzie miał nawet okazji do swojego pokoju zajrzeć. A że z natury nie lubił spraw kłopotliwych, uciążliwych i niepotrzebnych, nawet takie drobnostki irytowały go do żywego.
Fotyn otrzymał klucz i obaj ruszyli na górę, siląc się na spokojny krok, chociaż chaotyczność gestów już zdradzała ich zniecierpliwienie i wyczekiwanie. Rufus wpuścił jasnowłosego do swojego pokoju, niedużego, ale spełniającego całkowicie jego potrzeby i będącego mu już o wiele bliższym niż rodzinny dom. Ledwie drzwi zamknęły się za nimi, a już chwycił kochanka mocno w ramiona i przylgnął kurczowo do jego ciała, stęskniony za jego bliskością.
Gdyby mógł nie wypuszczałby go stąd wcale i z każdą jego wizytą, liczył po cichu na to, że usłyszy wreszcie słowa na które czekał od dawna. Nie chodziło bynajmniej o wyznania miłosne, jakimi Fotyn raczył go niemalże nieustannie w swej romantycznej naturze, a raczej o deklarację, że zostanie tutaj, na miejscu, albo przynajmniej gdzieś w pobliżu. Gdyby nawet zechciał mieszkać gdzie indziej, na wsi czy w mieście, zapewne Rufus zrezygnowałby ze swojego małego azylu na jego rzecz, ale nic nie wskazywało na to, by Fotyn w ogóle myślał o takich sprawach. Jako natchniony poeta, podróżował wiele, dużo czasu spędzał na dworach i zamkach panów, królów, arystokratów, tam zdobywał pieniądze i uznanie jakiego szukał i pożądał najbardziej. Tak bardzo, że Rufusowi zdawało się czasem, że ta miłość, którą Fotyn określał jako „siłę najważniejszą i największą na świecie”, przegrałaby z tym uznaniem już w pierwszym starciu. Nie w głowie było mu jednak stawianie kochankowi jakichkolwiek zarzutów.
-Pokażę ci coś...- ku rozczarowaniu Rufusa, Fotyn odsunął się nieco i z podekscytowaniem, sięgając pod płaszcz, wydobył z niego książeczkę, którą wcisnął w dłoń towarzyszowi, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Była niewielka, ale dosyć ciężka. Rufus bez szczególnego zainteresowania, a jedynie z czystej uprzejmości, otworzył ją i ruchem nieco niecierpliwym przerzucił kilka kartek, starając się bezskutecznie sprawiać wrażenie, że podoba mu się to, co widzi, cokolwiek by to nie było. Czytać umiał, ale nie lubił, było to dla niego zwykłą stratą czasu, a poezji zazwyczaj wręcz nie rozumiał, szczególnie w wykonaniu swojego kochanka.
-Wiem, że pewnie i tak tego nie przeczytasz- stwierdził Fotyn, uśmiechając się jednak całkiem pogodnie. Przyzwyczajony do poglądów Rufusa i jego, jak to zwykł mawiać, „całkowitej obojętności na prawdziwą sztukę”, nie wymagał od niego nigdy zbyt wiele. Zresztą obaj nie stawiali przed sobą żadnych oczekiwań, co wydawało się dotąd doskonałym kompromisem- W każdym razie, doszedłem do wniosku, że powinieneś mieć coś mojego...- przeszedł się niespiesznym krokiem po pokoju, a następnie zatrzymał przy szafie i obok niej, na podłodze, ułożył swoje rzeczy- Coś tak ważnego dla mnie... Będzie ci o mnie trochę przypominać i może nie będziesz tak tęsknił.
Rufus oszczędził sobie komentarza. Kilka kartek nie mogło z pewnością zastąpić jego Fotyna ani zająć mu skutecznie czasu.
-Pewnie nie wiesz, ale byłem z tym na dworze najpierw u jednego arystokraty, później u drugiego...- zaczął znowu jego kochanek, spuszczając oczy w wyrazie skromności, który wcale do niego nie pasował- Pochwalili bardzo mnie i moją sztukę, zachwycili się nią głęboko, powiedzieli, że ujęła ich serce i tchnęła w nich jakby... nowego ducha!- westchnął z przejęciem, by zaraz dodać stanowczo- Ale przecież nie mnie wierzyć w takie zapewnienia, nie od dziś wiadomo, że panowie ci z nudy gust mają nieco wypaczony i nieraz bardziej docenią jakiś chłam od prawdziwej sztuki... Bo widzisz, kochany Rufusie, prawdziwa sztuka nie budzi wszędzie zachwytu, o nie...- Fotyn pokręcił głową, tłumacząc to w sposób wyjątkowo powolny i cierpliwy, niczym mało pojętnemu uczniowi, chociaż Rufus słyszał już podobne wystąpienia wiele razy i znał je niemalże na pamięć- Prawdziwa sztuka musi budzić też gniew, o tak, gniew! Gniew słabeuszy i zazdrość tych, którzy tylko pretendują do miana prawdziwych artystów, a zajmują się jakimś... ledwie błazeństwem! Więc podróżowałem dalej, a tu wciąż tylko oklaski i pochwały, i prośby o więcej, i obietnice, i o Rufusie, gdybyś tylko to wszystko słyszał! Ktoś o wątlejszym charakterze, mógłby już dawno oddać się próżności i zapomnieć o całym świecie, ale nie ja!- Rufus uśmiechnął się z rozbawieniem, obserwując pełne ekspresji gesty jasnowłosego- Aż wreszcie któregoś dnia usłyszałem, jak ten Wulfryk, zazdrosny starzec, opowiada o mnie i o mojej sztuce rzeczy potworne i godne najwyższego potępienia! Ha! I wtedy zrozumiałem, że stworzyłem dzieło więcej niż genialne! Ledwie wczoraj znowu gościłem u jednego z wielkich panów i muszę ci powiedzieć, że słuchał mnie z ogromnym zachwytem...
-Gdyby stał przede mną taki mężczyzna, też udawałbym zachwyt, żeby móc dłużej na niego popatrzeć...- odparł z rozbawieniem Rufus, a jego kochanek zaśmiał się lekko- Chociaż słuchanie ciebie nie zawsze należy do przyjemności...- dodał żartobliwie.
Fotyn przechylił lekko głowę, a jego uśmiech poszerzył się jeszcze i zdawało się, że stał się niemalże wyrazem subtelnej prowokacji.
I,sądząc po reakcji Rufusa,w najbliższym czasie to nie rozmowa będzie tym, co będzie ich zajmowało najbardziej.

Rufus leżał nieruchomo na łóżku, obok swojego kochanka, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w kącie pogrążonego w mroku pokoju. Milczeli obaj, znużeni chwilowo rozmową, pozwalając odpocząć tymczasowo nasyconym bliskością sercom, bijącym wciąż szybciej niż zwykle, wargom, złączonym jeszcze ledwie chwilę temu w jedno, ciałom, współgrającym ze sobą niedawno, tworząc kompozycję więcej niż idealną.
Po chwili ciszy, Fotyn przysunął się do niego i objął od tyłu jego klatkę piersiową i szyję. Dłoń kochanka spoczęła w jego włosach i zaczęła przeczesywać je miarowo, wywołując u Rufusa pomruk zadowolenia.
-Kiedy...?- wymsknęło się wreszcie z jego ust pytanie, które tak czy inaczej musiało paść, chociaż brak jakichkolwiek zapewnień czy obietnic jego towarzysza sprawiał, że odpowiedź wydawała się dość oczywista.
-Jutro...- odparł cicho Fotyn i wydawało się, że również jest rozczarowany, chociaż przecież nie miał żadnych zobowiązań, żadnych zadań, które uniemożliwiałyby mu zostanie tutaj chociażby dzień, dwa dłużej. Albo na zawsze. A jednak coś nieustannie gnało go z miejsca na miejsce. Tym czymś było poszukiwanie aprobaty, uznania, może zaspokojenie własnej próżności, trudno powiedzieć. Rufus zastanawiał się nad tym wielokrotnie, ale ze swojego punktu widzenia, sposobu postrzegania świata, rzeczywistości, nigdy nie potrafił zrozumieć decyzji ani postanowień kochanka, choć dyskutowanie z nimi również wydawało mu się daremne.
W końcu dwoje ludzi nie powinno ograniczać w żaden sposób swojej wolności.
-Świat jest okropny, Rufusie...- westchnął mu do ucha Fotyn, nie przestając pieścić miarowo jego skóry- Gdybym mógł, zabrałbym cię ze sobą, ale nie mogę... Ludzie są tacy dziwni! Rozpychają się łokciami, zabierają innym przestrzeń, zupełnie niepotrzebnie, bo przecież mają własną... Mają żony i dzieci, więc cóż ich tam obchodzą inni i ich moralność czy też jej brak? Bo wiesz, że w gruncie rzeczy, my Rufusie, razem, jesteśmy bardzo niemoralni. W ogólnym odbiorze. Bo widzisz, Rufusie, niektórzy ludzie są tak zamknięci i w tym zamknięciu nieszczęśliwi, że chcą też tworzyć bariery dla innych i my musimy się im podporządkować...
-Tak już wygląda świat...- odparł nieco sennie mężczyzna. Nie w głowie były mu refleksyjne dyskusje i zastanawianie się nad tym, kto i dlaczego ten świat takim uczynił- Większość stwarza normy.
-I dlatego ten świat jest mały dla ludzi takich jak my- odparł ze smutkiem Fotyn- Bo widzisz, Rufusie, ja darzę cię uczuciem większym niż wielu mężczyzn darzyło czy darzyć będzie kiedykolwiek swe żony, kochanki czy nawet wymarzone, najwspanialsze, pierwsze ze wszystkich oblubienice, obiekty młodzieńczych westchnień i zawodów. Ale nikogo to przecież nie obchodzi i nie będzie to żaden argument, jeśli zechcą nas za to zabić...- kochanek wtulił się mocniej w plecy mężczyzny- A ty jesteś dla mnie całym światem i pierwszą myślą, jaka przychodzi mi rano do głowy, zaraz po przebudzeniu i ostatnią, jaka nachodzi mnie przed snem...- Rufus uśmiechnął się tylko i przymknął powieki, przyzwyczajony już do wywodów ukochanego- I wszystko, co robię, czy czego robić nie chcę, ma w jakiś dziwaczny, zupełnie pokrętny sposób – związek z tobą. I chociaż nie potrafię tego w żaden sposób wyjaśnić, tak właśnie jest. No i jesteś moją największą inspiracją... Z myślą o tobie piszę moje najwspanialsze wiersze...- jasnowłosy zaśmiał się miękko, muskając wargami kark mężczyzny.
Rufus uśmiechnął się lekko.
-I tak nie rozumiem z nich ani słowa- przyznał otwarcie.
-To nic...- odparł łaskawie poeta- Widzisz, Rufusie...- zaczął znowu, a jego dłonie prześlizgnęły się na plecy mężczyzny i zaczęły masować je powoli- Ty masz ciało robotnika... I umysł robotnika... Nie dla ciebie poezja i sztuka, ale nic w tym złego...
-Mhm...- wymruczał Rufus, skoncentrowany bardziej na przyjemności płynącej z odprężającego dotyku mężczyzny niż jego słowach- Teraz już wiem, czemu jeszcze się z tobą widuję...- szepnął żartobliwie.
Jasnowłosy ucałował jego szyję.
-Myślę, że to nie jedyny powód.
-Masz rację...- odparł leniwie mężczyzna- To drugie też jest całkiem przyjemne...
Jego kochanek zaśmiał się ciepło.
-Nie mówiłem o tym...
-A o czym...?
-O tym, że serce też masz robotnika. Ale ono jest już moje- Fotyn cmoknął go w ucho i zadowolony z siebie, przeciągnął na swoją stronę więcej kołdry, otulając się nią i odwracając plecami do kochanka.
Rufus uśmiechnął się tylko pod nosem. Potwierdzenie wydawało się zbędne. Miał wrażenie, że przy Fotynie stawał się niczym innym jak tylko miękką masą, którą ten mógł formować na nowo i nadawać jej kształt. I chociaż Rufus nie znał się na poezji i o uczuciach mówić ani nie lubił, ani nawet nie umiał, funkcjonowanie bez Fotyna, dni bez myślenia o nim, życie bez nieustannego zastanawiania się nad tym, kiedy wreszcie się pojawi – wydawało mu się zupełnie bezcelowe.
-Zostań trochę dłużej- poprosił.
-Nie mogę.
-A co stoi ci na przeszkodzie...?
-Sztuka, mój drogi... Sztuka...- odparł z westchnieniem trudu i dumą jednocześnie Fotyn- Ale przecież wrócę.
-Gdybyś nie wyjeżdżał, nie musiałbyś wracać- zauważył mężczyzna.
Fotyn uśmiechnął się lekko.
-Sztuka, kochany Rufusie, nie znosi rutyny.

Nie widział go już siedem miesięcy. Taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy, Fotyn, chaotyczny i zajęty swoimi sprawami, nie przyjeżdżał regularnie, raz bywał częściej, raz rzadziej, ale zawsze jednak bywał. Tym razem jego nieobecność była tak długa, że aż trudna do uwierzenia. Rufus ze zdumieniem odliczał każdego ranka kolejny dzień, który upłynął od ostatniej wizyty kochanka, zupełnie nie wiedząc, jak się w tej sytuacji zachować. Fotyn nie dawał żadnego znaku życia. Gdyby chociaż napisał list, nawet jeden list! Zdarzało się, owszem, czasem, że tego nie robił i dłuższy czas nie było od niego wiadomości, a później wpadał niespodziewanie, jak gdyby chciał zrobić Rufusowi niespodziankę. Ileż też było sytuacji, gdy listy nie docierały, co wychodziło na jaw dopiero po jego przyjeździe. Ale tak czy inaczej, Fotyn listów pisał wiele. Tak wiele, że niekiedy goniec, dopadłszy Rufusa, wręczał mu ich kilka albo i nawet kilkanaście. I chociaż listy te, podobnie jak poezja Fotyna, były dość niezrozumiałe, trudne do odczytania, przez różnego rodzaju zwroty i określenia, które, jak sądził mężczyzna, miały utrudnić komuś obcemu zrozumienie ich sensu, on też ich nie rozumiał, ale były dla niego niejako symbolem pamięci i czymś na kształt zapewnienia, że wszystko jest w porządku, czasem nawet zapowiedzią kolejnych odwiedzin. A tym razem nic. Cisza. I bezradny Rufus, chwytał się resztek nadziei i chwytał się starych listów, ukrytych pod obluzowaną deską podłogi, a następnie siadał po pracy przed kominkiem w karczmie i odczytywał je, jeden po drugim, znowu nie rozumiejąc zupełnie nic, a mimo to wzruszając się niezwykle i nieraz wręcz łzy cisnęły mu się do oczu, gdy zastanawiał się nad losem, jaki spotkał jego ukochanego. Świat Fotyna pełen był wrogów i zazdrośników, i wielkich panów, chcących mieć talent na wyłączność, i arystokratów kolekcjonerów ludzi, i wszystkich tych osób dziwnych, podejrzanych i budzących niepokój, którzy wątłemu poecie mogli wyrządzić jakąś potworną krzywdę. A oprócz tego jeszcze choroby, jeszcze zarazy, grabieże, napady... Serce bolało Rufusa, że nie zdołał dotąd przekonać kochanka do tego, by ten z nim pozostał. I dzień w dzień modlił się jedynie, by miał jeszcze okazję i wyczekiwał jego przybycia. Pracował jeszcze więcej niż do tej pory, bo tylko pracując potrafił skoncentrować się na czymkolwiek innym. Nieraz zdarzało się, że towarzysze prawie siłą zaciągali go do gospody, gdy nadchodziła noc. A tam znowu chwytał za listy i koło się zamykało.
Wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna i niemożliwa do rozwiązania. Aż do pewnego wieczora.
Rufus jak zwykle zszedł na dół, tym razem jednak zamiast listów, trzymając w rękach książkę podarowaną mu przez Fotyna. Usiadł przy kominku, zamyślony i posępny, spoglądając na dzieło poety z rozrzewnieniem. Otworzył je i zaczął czytać. Nie zwracając uwagi na rozmowy, stukot szklanek i szmer przesuwanych krzeseł, pochłaniał kolejne litery, kolejne zdania, kolejne wiersze, równie mało zrozumiałe, równie nieistotne w swej treści, co wcześniej, ale znaczące tym razem o wiele więcej. Przypominał sobie Fotyna, przypominał sobie ich pierwsze spotkanie i wszystkie kolejne, ich rozmowy i niekończące się opowieści poszukującego wiecznie sensu życia poety.
-Rufus...
Odwrócił się i spostrzegł jednego ze swoich dawnych współpracowników. Wstał, by przywitać się z nim i uściskać go przyjaźnie. Nie widzieli się już od jakiegoś czasu, gdy to wiekowy drwal postanowił stać się kupcem i wyruszył w świat.
-Nie zgadniesz, kogo spotkałem! Ha, no spróbuj zgadnąć!- zaczął od razu mężczyzna. Rufus wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się uprzejmie, nieszczególnie wiedząc, na kogo interesującego ten mógł się natknąć- Spotkałem twojego poetę! Tak, twojego poetę!- powtórzył natychmiast mężczyzna z gromkim śmiechem.
-Gdzie?- rzucił natychmiast Rufus, oszołomiony zupełnie tym, co usłyszał.
-Gdzie...?- stary drwal musiał zastanowić się chwilę i zaraz klasnął w ogromne dłonie i mówił- Tak, to było to miasto, zaraz na zachodzie... Stoję, sprzedaję na targowisku, zatrzymuję człowieka, mówię: „patrz, panie, jakie piękne materiały, jakie piękne koronki, w sam raz dla żony”, pan zatrzymał się, spogląda ciekawie, a to pan bogaty, dobrze ubrany, wystrojony, myślę sobie, byle zbić interes, a tu pan zamiast kupować to gada i gada, i gada, i gada, mówię ci, w tych miastach klientela taka, każdy by tylko paplał naokoło, zamiast pieniądze wydawał, a od czego są kupcy...?
-To był Fotyn?- przerwał mu Rufus niecierpliwym tonem.
-Poeta? Ha, a skądże znowu!- zaśmiał się znowu jego towarzysz i spokojnie kontynuował opowieść, jakby nie dostrzegał wyczekiwania i niepokoju na twarzy Rufusa- Pan mówił i mówił o wielu rzeczach, aż pyta mnie w końcu, czy ja lubię przedstawienia. Powiedziałem, że tak, dla świętego spokoju, kupiec powinien w końcu mówić to, co klient chce usłyszeć, a tu pan dalej, że tam za rogiem ustawiona scena, że chcą ze sztuką wyjść do mieszczan, że ludzi ściągają... Że różni artyści wystąpią, to aktorzy, to znowu poeci będą recytować swoje wiersze, że przyjść można, zobaczyć... To powiedziałem mu, że ja z wioski jestem, że z artystami to mam niewiele do czynienia, jednego tylko znałem poetę. Pan się zainteresował, więc mu powiedziałem, to i owo, a pan mówi nagle: „Fotyn!”. Więc i ja rozpoznałem to imię i zaraz mu mówię, że to właśnie ten, więc mnie zaprowadził na spotkanie, chociaż ten poeta to mnie wcale prawie nie kojarzył i nie był zbyt uprzejmy- kupiec wzruszył ramionami.
-Widziałeś go? Na własne oczy?- dopytał Rufus, zdenerwowany.
-Na własne oczy!
-Co z nim? Był zdrowy? Mówił ci coś o mnie?
-Spokojnie, spokojnie!- mężczyzna machnął dłonią, śmiejąc się pogodnie- On to ze mną rozmawiać nie chciał, ale dobrze wyglądał i raczej dobrze się ma, bo później mi ten pan powiedział, że on to pisze te swoje wiersze jeden za drugim i że to są dobre wiersze, chociaż ja się tam nie znam...- towarzysz Rufusa podrapał się po głowie lekko zmieszany.
Rufus usiadł, dla własnego bezpieczeństwa. Ledwie słyszał kolejne słowa mężczyzny, który opowiadał coś jeszcze, aż w końcu poszedł się witać z pozostałymi. A więc Fotyn miał się dobrze. Nawet bardzo dobrze. A więc pisał, tworzył, jeździł po dworach arystokratów, a więc zarabiał, a więc występował, recytował wiersze, a więc wszystko po staremu, wszystko dokładnie tak jak zawsze... Tylko dla Rufusa, nie wiedzieć czemu, nie było już miejsca.
Mężczyzna poczuł się okropnie. Tak bardzo wyczekiwał wiadomości, sygnału, że Fotyn żyje, że nic mu nie jest, ale teraz, gdy wreszcie się o tym przekonał, wszystko było już boleśnie jasne i nie dało się tego w żaden sposób wyjaśniać czy usprawiedliwiać. Zostawił go. Zaskakujące. Zaskakujące, że nawet nie przyszło mu to do głowy w jego licznych rozmyślaniach. Zostawił go. Tak po prostu, jak ludzie się zostawiają, tak zwyczajnie, bez słowa, bez listu, bez uprzedzenia, bez rozmów, wyjaśnień, przykrości... A mimo to, długo jeszcze Rufus siedział w milczeniu, wpatrując się w kominek, nim wreszcie to do niego dotarło. Zostawił go! Jego Fotyn, jego poeta, ten sam, który nieustannie zapewniał go o swojej miłości, który pisał o nim wiersze, który w długich listach prawił mu wyznania i wydawało się, że będzie obok już zawsze. To, co wydawało się niemożliwe, teraz stało się nagle wręcz oczywiste.
Rufus spuścił wzrok i spojrzał po raz ostatni na trzymaną przez siebie książkę. Był głupcem. Niczym więcej, jak tylko głupcem.
Opanował go gniew i z tego gniewu cisnął książką prosto w kominek, a następnie poszedł na górę.
I tej nocy rozpoczęło się w jego życiu piekło.
I tak jak wcześniej Rufus pracował wiele, tak teraz, w jednej chwili, przestał pracować wcale. Kolejne dwa miesiące spędził zamknięty w swoim pokoiku, dłużny właścicielowi gospody za wynajem, za który nie miał nawet z czego zapłacić. Umęczony, rozżalony, nie potrafił zupełnie przeboleć rozstania, aż rozchorował się ze zmartwienia. Blady, roztrzęsiony, schodził raz na jakiś czas na dół, tylko po to, by coś zjeść i zaraz wracał do siebie. Nie rozmawiał prawie z nikim, towarzystwa osadników nie mógł znieść, miał wrażenie, że wszyscy wokół śmieją się z niego i drwią z jego głupoty, z jego naiwności, łatwowierności, chociaż nikt nie dał mu powodu, by tak właśnie myślał. Nocami za to, przy bladym świetle świec, zaczynał znowu czytać te same listy i boleśnie rozdrapywać rany, które nie miały szans się zagoić. Nie potrafił pojąć, jak Fotyn mógł zrobić mu coś takiego, jak mógł postąpić wobec niego w taki właśnie sposób. I chociaż nie raz czytając znane mu już na pamięć, gorące wyznania poety, miał ochotę spalić również i te przeklęte listy, nie mógł się do tego zmusić w żaden sposób.
Nic nie wskazywało na to, by stan Rufusa miał się poprawić. Aż pewnego dnia zszedł jak zwykle na dół, z samego rana. W sali był, jak zawsze o tej porze, jedynie stary Gaudenty. Jego akurat Rufus nie unikał. Przy całej posępności tego człowieka, wątpił, by ten mógł się jeszcze śmiać z czegokolwiek. A że zazwyczaj starzec nie odzywał się do niego nawet słowem, zdumiał się, gdy usłyszał jego pytanie:
-Co się z tobą dzieje?
Spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym uśmiechnął się gorzko i wzruszył ramionami.
-Cierpię... Jak sądzę...- odparł z cichym parsknięciem, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo żałosne było to, co powiedział.
-Cierpisz?- Gaudenty zerknął na niego bez zrozumienia- A jaki ty możesz mieć powód co cierpienia, co...?
Rufus zaśmiał się cicho.
-Cierpię z miłości...- wyrecytował śpiewnie z drwiną. W jednej chwili zdał sobie sprawę z tego, jak idiotyczne było jego zachowanie. Zamykać się w pokoju i siedzieć całymi dniami samemu ze sobą, siedzieć i myśleć, tylko po co? Dla kogo? Fotyna już nie było, nie było się też nad czym zastanawiać. Miał zamiar całe życie zachowywać się jak rozżalony romantyk? To przecież raczej godne jego byłego kochanka, nie jego.
-Z miłości...- parsknął starzec, kręcąc głową- Cierpienie z miłości zostaw poetom.
Rufus uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Role się odwróciły. Teraz to nie poeci cierpieli, tylko to cierpienie zadawali. A może tak było zawsze? Czyżby najpiękniej o miłości pisali ci, którzy nie mają o niej pojęcia?
-Rozejrzyj się dookoła, wszędzie tyle panien... No, chociaż ciebie pewnie panny nie interesują...- mruknął Gaudenty, a Rufus spojrzał na niego z lekkim zakłopotaniem- A poetów u nas chyba nie znajdziesz...
-Chyba nie- zgodził się spokojnie mężczyzna.
-Z miłością tak to już jest, przychodzi, a później musi odejść, jak wszystko...- stwierdził niechętnie starzec, stawiając przed mężczyzną herbatę- Nie ma co płakać nadto z tego powodu. Ciesz się, że ci przynajmniej dwoje oczu zostało... Oczy, jak się później okazuje, są w życiu bardziej przydatne niż jakieś tam miłości.
I nie wiedzieć czemu, słowa Gaudentego coś w nim zmieniły. Tak bardzo, że kolejnego dnia przełamał się i wyszedł do pracy. A już następnego, wieczór spędził w towarzystwie znajomych i współpracowników, rozmawiając zupełnie tak jak wcześniej, śmiejąc się, pijąc i zapominając o całym świecie. I chociaż czasem wracał myślami do byłego kochanka i wciąż wywoływało to w nim ból i uczucie rozgoryczenia, wyzbywał się go szybko, pochłonięty codziennymi obowiązkami. Wydawało się Rufusowi, że już wyleczył się z tej miłości i już powoli zapomniał.
Aż pewnego późnego wieczora, usłyszał pukanie. Wstał z łóżka, mocno zdziwiony, bo gości raczej nie miewał. Otworzył drzwi na oścież i zobaczył przed nimi Fotyna. Serce zabiło mu mocniej, coś chwyciło go za gardło i w pierwszym odruchu usiłował zatrzasnąć je z powrotem, ale napotkał na opór dłoni poety, który okazał się silniejszey niż przypuszczał. A może to on nagle opadł zupełnie z sił...? Wobec własnej niemocy, cofnął się więc, wpuszczając go do środka. Nie mogąc nawet zmusić się do spojrzenia na twarz dawnego kochanka, sięgnął do poluzowanej deski i wyjął spod niej wszystkie te listy, które znał już chyba na pamięć. Bez słowa, wcisnął je w dłonie Fotynowi i wskazał mu drzwi z cichym:
-Wyjdź.
Poeta spojrzał na korespondencję i przestąpił z nogi na nogę, z wyraźnym zakłopotaniem.
-Możemy porozmawiać?
-Nie- odparł surowo mężczyzna- Wyjdź.
-Nie chcesz nawet wiedzieć, gdzie byłem...?
-Wyjdź.
Fotyn westchnął głęboko, ale rzeczywiście wyszedł z pomieszczenia i dopiero wtedy coś w Rufusie pękło. Chwycił kochanka za ramiona i siłą wciągnął z powrotem do pokoju, przyciskając zdumionego poetę do ściany i rzucił głosem zduszonym od emocji:
-Mów, gdzie byłeś?
Może przez chwilę jeszcze liczył na to, że istnieje jakieś inne wytłumaczenie dla zniknięcia kochanka. Szybko jednak przekonał się, że się pomylił.
-Na dworze pewnego arystokraty, który...
Rufus aż sapnął z gniewu i nie czekając na dalsze słowa jasnowłosego, wypchnął go z powrotem za drzwi, po czym zamknął je i przekręcił klucz, a następnie wrócił do łóżka. Nie dosłyszał jednak ani szarpania za klamkę, ani nawet pukania. Położył się, zakrywając twarz dłońmi. Wydawało się, że jeszcze nie tak dawno temu, byłby gotów wybaczyć mu wszystko i przyjąć go do siebie z powrotem bez względu na to, co się stało, gdyby tylko się pojawił, a teraz nie chciał go widzieć. Długo w nocy męczył się z własnymi myślami, wracając do stanu apatii w którym się wcześniej znajdował.
Nazajutrz, ledwie zaczęło świtać, zszedł na dół. Gaudenty czekał już na swoim stanowisku. Zerknął na schodzącego mężczyznę z uwagą.
-Chyba był tu twój poeta...- zauważył ostrożnie, chociaż jasnym było, że to on wpuścił go na górę. Rufus skinął tylko głową- Bardzo zależało mu na wynajęciu pokoju... Ale akurat nie było wolnych.
-Tutaj zawsze są wolne pokoje.
-Akurat nie było- powtórzył raz jeszcze Gaudenty, aż nazbyt znacząco.
Rufus uśmiechnął się blado.
-Ale sądzę, że znalazł sobie inne miejsce na nocleg...- stwierdził starzec- Jest dość uparty... jak na poetę.
-I dość zmienny w uczuciach, jak na poetę- odpowiedział mężczyzna.
-Raczej jak na poetę przystało...
Rufus wyszedł z gospody, przeszedł się kawałek i zanurzył się w głąb lasu. Nie było ani śladu jego współpracowników, to była zbyt wczesna pora. Wędrował niespiesznie przed siebie, usiłując uporządkować panujący w jego głowie chaos. Sam nie wiedział, czy był dumny z tego, że nie wysłuchał Fotyna czy tego żałował. Może byłoby mu łatwiej, gdyby wiedział dokładnie, co się zdarzyło. A najłatwiej byłoby, gdyby poeta nie pojawił się już tutaj wcale.
Nie minęło dużo czasu, aż usłyszał chwiejne, powolne kroki, niedaleko za sobą.
-Czego chcesz...?- rzucił jedynie, nawet się nie odwracając.
-Skąd wiedziałeś, że to ja?- zdziwił się Fotyn.
Rufus uśmiechnął się z nutą rozbawienia. Nie znał chyba drugiego mężczyzny, który poruszałby się w taki sposób, lekki, subtelny, wręcz kobiecy... Uśmiałby się, gdyby chodził w ten sposób którykolwiek z jego towarzyszy, mężczyzn ogromnych i silnych. Do Fotyna, wątłego i rozmarzonego poety, zawsze to pasowało.
-Nie sądzisz, że powinniśmy porozmawiać...?- zaczął ostrożnie jasnowłosy.
-Nie wiem, czy mamy o czym.
-Jeżeli mnie nie wysłuchasz, to się nie przekonasz.
Rufus uznał tę uwagę za słuszną i po chwili wahania, zatrzymał się wreszcie i zaczekał na poetę. Ten przystanął przed nim i uśmiechnął się szeroko, zaczynając:
-A więc może najpierw czymś ci się pochwalę...- wyjął zza połów płaszcza książkę i wręczył ją dawnemu kochankowi, który zacisnął mocno zęby, czując, że powoli szlag go trafia- To moje najnowsze dzieło, które udało mi się stworzyć, gdy...- Rufus zamachnął się i cisnął książeczką tak daleko, że ta zniknęła gdzieś w głębi lasu. Fotyn odkaszlnął nieco zdezorientowany, po czym znowu przywołał uśmiech na twarz i stwierdził- To nie było zbyt uprzejme. Wybaczam ci jednak oczywiście, bo wiem, w jakim jesteś stanie...- stwierdził wspaniałomyślnie, ale dostrzegł chyba, że i te słowa przyniosły marny skutek, więc wziął głęboki oddech i zdobył się na wyjaśnienia- Kochany Rufusie... Rozumiem, że skrzywdziłem cię bardzo i nawet nie wiesz, jak strasznie żałuję każdego dnia rozłąki, do której przyznaję, sam doprowadziłem...- Rufus poruszył się niespokojnie. On każdy ten dzień rozłąki pamiętał dokładnie i chociaż od dłuższego czasu starał się o tym nie myśleć, samo ich wspomnienie nadal wywoływało nutkę goryczy- Ale musisz wiedzieć, że ta decyzja wiązała się z moim ogromnym, niewyobrażalnym wprost cierpieniem...
Mężczyzna spojrzał na jasnowłosego z uwagą i przypomniał sobie natychmiast te wszystkie okropieństwa, jakie wyobrażał sobie, gdy go nie było. I przez chwilę pomyślał nawet, że może źle ocenił całe te zdarzenie i być może jego kochanek nie miał innego wyboru, był gdzieś przetrzymywany albo długo chorował.
-Z cierpieniem...?- powtórzył niepewnie.
-Tak- potwierdził z powagą Fotyn, skinąwszy głową i po dramatycznej pauzie, dodał- Nie miałem zdolności twórczych.
I to był ten moment, gdy Rufus odkrył w sobie instynkt mordercy.
-Nie miałeś zdolności twórczych...?- rzucił niczym echo, tonem jeszcze spokojnym, a może i wręcz obojętnym, prawdopodobnie tracąc resztki opanowania, jakie mu jeszcze pozostały po tylu miesiącach.
-Owszem- odparł Fotyn.
I dopiero wtedy wcześniejsze słowa kochanka, uderzyły Rufusa ze zdwojoną siłą.
-Nie miałeś zdolności twórczych?!- wrzasnął niepohamowanie, a drobny Fotyn aż drgnął nerwowo i cofnął się nieco, wyraźnie zdumiony. Nic dziwnego, Rufus, niezbyt wylewny w uczuciach i nieskłonny do okazywania emocji, nigdy nie krzyczał. A już na pewno nie na jasnowłosego- Nie miałeś zdolności twórczych?! Ty kretynie!- nigdy też nie obdarzył go podobnym określeniem, co jeszcze bardziej zbiło poetę z tropu- Tyle czasu, tyle miesięcy i żadnego znaku życia! Zamartwiałem się o ciebie, dzień w dzień zastanawiałem się nad tym, co ci się stało, myślałem, że ciężko zachorowałeś albo zostałeś pobity czy uprowadzony, zamordowany, a ty... Ty zabawiałeś się na dworze jakiegoś arystokraty! A może i nawet z samym arystokratą.- dodał kąśliwie.
Jednak ta uwaga nie okazała się być ciosem dla Fotyna, który tylko spuścił wstydliwie wzrok i odmruknął coś na kształt:
-Cóż...
Rufus poczuł się tak, jakby coś zmiażdżyło jego serce. Odwrócił się gwałtownie i ruszył przed siebie, żałując gorzko tego, że w ogóle zdecydował się słuchać wyjaśnień dawnego kochanka. I pomyśleć, że jak głupiec czekał na jakikolwiek znak życia, zamartwiając się, walcząc z własnymi domysłami, jak głupiec stał w miejscu, gdy każdy inny pogodziłby się z sytuacją i żył dalej, i po co to wszystko? Tylko po to, by teraz dowiedzieć się, że nie dość, że został opuszczony, to jeszcze zdradzony...? Czyż nie ironią było, że zdradzał go ten, który tyle razy szeptał mu na ucho, że nie przeżyłby, gdyby zobaczył go z kimkolwiek innym...?
-Nie rozumiesz, jak to jest!- zawołał Fotyn z wyraźną desperacją, ruszając szybkim krokiem w ślad za kochankiem- Podróżowałem i pisałem, rozmawiałem z ludźmi i pisałem, zamykałem się w czterech ścianach i pisałem, i nic, zupełnie nic! Czytałem po stokroć wersy, które godne raczej byłyby żałosnego amatora niż prawdziwego artysty i czułem się taki... taki pusty!- rzucił z charakterystyczną dla niego ekspresją- Jakbym nigdy w życiu nie miał już stworzyć nic przyzwoitego! Kartki płonęły jedna po drugiej, zabierając ze sobą moją hańbę, a ja nadal próbowałem, próbowałem, a wszystko, co powstawało, było pozbawione choćby odrobiny wartości! I zrozumiałem wtedy, że muszę wszystko zmienić, bo tak to jest, Rufusie, bo poezja nie znosi rutyny...- mężczyzna uśmiechnął się gorzko, słysząc po raz kolejny te słowa- więc... Postanowiłem wyjechać gdzieś daleko i nie pisać, nie przyjeżdżać, nie myśleć o tobie ani chwili... A nowe otoczenie, nowy kochanek...
Rufus znowu poczuł się głupcem. Tyle czekał, tyle tęsknił, tyle myślał, a dla Fotyna wszystko było całkowicie proste. Tak samo jak proste okazały się być w rzeczywistości te wszystkie piękne słowa, jakich poeta używał w swoich listach, by opisać jak bardzo wyczekuje ich kolejnego spotkania i jak potężnym uczuciem jest miłość, którą darzył swojego jedynego kochanka. Błahostki i kłamstwa.
-I rzeczywiście, pisałem!- kontynuował dalej jasnowłosy, coraz bardziej rozpaczliwie. Oddech miał coraz płytszy, trudniej było mu gonić mężczyznę, który przyspieszył jeszcze, rozgniewany i zraniony do żywego- I to, co pisałem okazało się być wreszcie godne uwagi, godne mnie samego, godne mojego talentu! I znowu poczułem w sobie chęć do życia, i znowu znalazłem uznanie w oczach odbiorców...
-Gratuluję- przerwał mu Rufus, lodowatym tonem.
-... Ale później, gdy zacząłem wgłębiać się w to, co sam stworzyłem, zdałem sobie sprawę z tego, że to ani nie nowe otoczenie, ani nowi ludzie, ani nawet nowa miłostka, nie jest moją inspiracją, ale... Tęsknota. Tęsknota za tobą.
Rufus zatrzymał się machinalnie na te słowa. Powoli, jakby walczył ze samym sobą, odwrócił się w kierunku dawnego kochanka, który zatrzymał się kilka kroków za nim, z wyraźnie malującym się na twarzy napięciem.
-Czyżby...?- szepnął ledwie słyszalnie, uśmiechając się gorzko- Więc czemu przyjechałeś, co...? Skoro tak świetnie ci szło, trzeba było nadal pisać. A może wróciłeś, żeby sobie przypomnieć jak wyglądam i zaraz wracasz tęsknić dalej...?
-Wróciłem, bo ta tęsknota okazała się nie do wytrzymania...- odpowiedział poeta, rozedrganym głosem- I dlatego chciałem, żebyś przeczytał, co napisałem, bo... Bo chociaż zapomniałem na chwilę, że ty jesteś całym moim światem, to... To tak właśnie jest. A od świata nie da się uciec. Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał mi wybaczyć... Chociaż oczywiście nie jest to tym, co chciałbym usłyszeć...- przyznał Fotyn ze zwyczajową szczerością i chociaż wargi Rufusa zastygłe nieruchomo, niezdolne były choćby drgnąć, czuł, jakby coś uśmiechnęło się w jego wnętrzu na te słowa. I był to uśmiech pełen dawnego rozczulenia- Jesteś miłością mojego życia, Rufusie. I życie bez ciebie byłoby jak życie bez świata. Zupełnie bez sensu.
Mężczyzna milczał długo, zastanawiając się nad odpowiedzią. Teraz, mając kochanka tuż przed sobą, wpatrując się w niego i widząc jego autentyczny niepokój o to, co zaraz usłyszy, miał ochotę przytulić go do siebie, jakby nic się nie stało, poczuć jego bliskość i pozbyć się uczucia tęsknoty, które zrodziło się w nim przez cały ten czas wyczekiwania. I chociaż nowo zranione serce wciąż cierpiało świeżym bólem, zdawało mu się, że gotów byłby o tym wszystkim zapomnieć. Ale zaraz przypominał sobie, jak okropne były te miesiące wyczekiwania, zakończone wielkim rozczarowaniem, które z kolei rozpoczęło etap jego całkowitej niezdolności do normalnego funkcjonowania, z którego ledwie wyszedł. Nie chciał przeżywać czegoś takiego już nigdy więcej. A bezgraniczne zaufanie, jakim niegdyś darzył Fotyna, okazało się zupełnie bezpodstawne i niełatwo było zmienić tę świadomość.
-Chcesz, żebyśmy do siebie wrócili..?- zapytał cicho.
Poeta skinął głową.
-Chcę, żeby wszystko było jak dawniej- wyjaśnił.
Rufus parsknął cicho.
-Nie wiem, czy to możliwe.
-Spróbujmy. Przysięgam, że już nigdy więcej nie zrobię ci czegoś podobnego. Przysięgam.
… Coś kusiło Rufusa, by przypomnieć kochankowi wszystkie jego przysięgi, które złamał co do jednej, w czasie swojej nieobecności, ale nie mógł się na to zdobyć.
-Pod jednym warunkiem...- zastrzegł po chwili namysłu.
-Cokolwiek zechcesz- odparł bez wahania poeta.
-Zamieszkasz tutaj. Ze mną.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była najlepszym dowodem na to, że zapewnienie Fotyna, było równie mało wiarygodne, jak jego wcześniejsze obietnice.
-A-Ale... Ale jak to...- wydukał wreszcie jasnowłosy- A moja sztuka...?
-Będziesz mógł pisać ile tylko zechcesz. I podróżować, gdy będziesz musiał. To znaczy wyjeżdżać raz na jakiś czas, a nie raz na jakiś czas wracać- zaznaczył stanowczo mężczyzna, widząc, że jego kochanek otwiera usta- Nie zamierzam być twoją rozrywką, gdy akurat znajdziesz wolną chwilę.
-Prawdziwa miłość nie stawia żadnych wymagań- zaoponował natychmiast poeta.
-Wiesz, jaka miłość nie stawia wymagań?!- zirytował się znowu Rufus- Miłość bez zobowiązań! I jeśli tym właśnie dla ciebie jestem, lepiej stąd wyjedź. O co chodzi, Fotynie...?- zapytał, znowu długo nie słysząc żadnej odpowiedzi. Jasnowłosy spoglądał na niego, kompletnie oszołomiony- Czy nie mówiłeś, że w imię naszego uczucia jesteś gotów do największych nawet poświęceń...?- zadrwił.
-Ależ jestem!- zapewnił go gorliwie kochanek- Rufusie, sam dobrze wiesz! Dla ciebie byłbym gotów zrobić niemalże wszystko, choćby i rzucić się w ogień, ale...
-I właśnie w tym problem!- przerwał mu ze zdenerwowaniem mężczyzna.- Może i stać się na ogromne poświęcenia, ale na mniejsze wcale. Nie proszę o jednorazowy, dramatyczny akt heroizmu, ale o to, żebyś był tutaj ze mną tak, jak być powinieneś. Sądziłem, że będzie to łatwiejsze i przyjemniejsze od skoku w ogień, ale zdaje mi się, że wolałbyś wybrać to drugie...- zadrwił.
Fotyn poruszył bezgłośnie ustami, chociaż ciężko było stwierdzić, jakie usiłował wymówić słowo. Wpatrywał się w twarz kochanka błagalnie i z nadzieją, jakby liczył na to, że ten zmieni zdanie, zupełnie tak, jak miał w zwyczaju zawsze, gdy łagodnie, nieśmiało pytał o to, czy poeta nie mógłby zostać na dłużej albo usiłował subtelnie i nieudolnie zarazem dać mu do zrozumienia, jak ciężko jest żyć w tym miejscu bez niego. Problem tkwił jednak w tym, że o ile Fotyn był wciąż tym samym, roztargnionym, emocjonalnym, składającym obietnice i mówiącym pięknie o niczym Fotynem, o tyle Rufus nie był już tym samym Rufusem. Rozłąka wiele w nim zmieniła, a przede wszystkim pozbawiła go złudzeń. Zweryfikowała wszystkie słowa i obietnice kochanka, w które wierzył wcześniej bez cienia wątpliwości, bez wahania i któremu był oddany jak nikomu innemu. To było coś więcej niż zwykły zawód miłosny, to było zdarzenie porównywalne niemalże do utraty wiary, a co za tym szło, do zmiany światopoglądu. Wiele trzeba było, by odbudować to, co zostało zniszczone. A do tego potrzeba było zmian. Dlatego Rufus był nieugięty. Spoglądał na kochanka łagodnie, ale i stanowczo zarazem. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest zdenerwowany i przerażony możliwością, że może usłyszeć odmowę. Fotyn z chwili na chwilę robił się coraz bardziej spanikowany, jakby kazano mu właśnie wybierać między rzuceniem się z klifu a ścięciem. Zaczynało chyba do niego docierać, że Rufus się nie wycofa, i że on sam, wobec tego, musi podjąć jakąś decyzję, a Fotyn bardzo nie lubił podejmować ważnych decyzji, decyzje były zbyt niewygodne, zbyt wiążące, bardziej niż słowo czy obietnica.
-Przyjdę tu jutro, o tej samej porze- przemówił w końcu Rufus wobec kompletnego zagubienia kochanka.- Jeśli będziesz chciał mi powiedzieć coś jeszcze, też przyjdź. Jeśli nie, będę wiedział, jak brzmi odpowiedź.
Poeta tylko skinął głową, wciąż nie mogąc wyjść ze zdumienia.
Rufus spojrzał na niego po raz ostatni i wrócił do gospody.
Tego dnia już z niej nie wychodził, jakby bał się spotkać Fotyna, co było o tyle niezrozumiałe, że długo walczył z samym sobą, by dopytać Gaudentego, czy ten nie wie, gdzie dokładnie zatrzymał się poeta, jakby sam zamierzał złożyć mu wizytę. Ostatecznie jednak za każdym razem odpychał od siebie tę myśl. A to dopiero! To on czekał tyle czasu, został porzucony, zdradzony, dowiedział się w jednej chwili jak bardzo mgliste i nierzeczywiste było to, co dotąd wydawało mu się najprawdziwsze i najważniejsze na świecie, a teraz jeszcze to jego właśnie dręczyły wyrzuty sumienia! Fotyn chyba wyuczył go tej potwornej naiwności. I chociaż nie miał pojęcia, ile to zdanie ma wspólnego z rzeczywistością, w tym momencie bardzo mu odpowiadało, bo zamiast zastanawiać się nad tym, czy powinien mu po prostu wybaczyć, zaczął zastanawiać się nad tym, jak wyglądałoby jego życie bez niego. Pierwsza odpowiedź? Fatalnie. Straszne, sama myśl o tym napawała go takim lękiem, że gdy wyobrażał sobie, że jutro może nie zobaczyć kochanka, że może nie zobaczyć go już nigdy, miał ochotę natychmiast wycofać wszystkie swoje słowa i wymagania, i po prostu udawać, że nic się nie wydarzyło. Ale gdy pomyślał nad tym dłużej uznał, że może gdyby Fotyn nie pojawił się już więcej, choć na pewno długo jeszcze pozostałby w jego pamięci, może nawet na zawsze, dałby sobie jakoś radę. Może lepiej niż tylko „jakoś”. Może wreszcie zacząłby się koncentrować na teraźniejszości, zamiast żyć na przemian wspomnieniami i wyczekiwaniem jego kolejnego przyjazdu. Zrobiłby to, co zrobić powinien dawno i żyłby normalnie, jak każdy tutaj, poświęcając swój czas pracy, odpoczynkowi, przyjaźniom i wizytom w gospodzie.
W nocy ułożył się do snu, ale ten jak na złość nie przychodził, pozostawiając go na pastwę wyobrażeń i nieustannego zastanawiania się nad tym, jak powinien postąpić i jaką odpowiedź usłyszy nazajutrz. Wpatrywał się w sufit, dłonie skrzyżował na kołdrze i, co jakiś czas, wzdychał głęboko, na przemian to uradowany wizją wspólnego życia z Fotynem, to znów strapiony i przerażony wręcz możliwością jego odejścia. A to oznaczałoby odejście na zawsze. Jeszcze nie tak dawno Rufus przeżył coś, co tym właśnie mu się wydawało i nie chciałby już do tego wracać. Pojawienie się poety, nawet na krótki czas, znów rozbudziło w nim te wszystkie emocje, zarówno szczęśliwe jak i gorzkie, nieprzyjemne, będące wspomnieniem po czasie rozłąki.
Wsłuchując się w ciszę, dosłyszał w końcu szybkie kroki na schodach. W pierwszej chwili zastanowił się nad tym, co Gaudenty może robić o tak późnej porze i czemu jeszcze nie śpi. Chciał nawet wstać i to sprawdzić, ale gdy tylko podniósł się na łokciach, drzwi jego pokoju uchyliły się i stanął w nich Fotyn. Mężczyzna spojrzał na poetę ze zdumieniem.
-Co ty tu robisz...?- zapytał, a jego kochanek podszedł do niego i usiadł mu na biodrach, całując czule w czoło.
-Przyszedłem z tobą porozmawiać- powiedział cicho Fotyn. Zachowywał się trochę inaczej niż zwykle, jakby brakowało mu tej zwyczajowej pewności siebie i swobody.
-Teraz...?
Jego kochanek skinął głową.
-Oszalałeś...? Gdyby Gaudenty cię usłyszał, pomyślałby, że jesteś złodziejem...
-Chciałem cię poprosić, żebyś to wszystko jeszcze raz przemyślał...- odparł tamten, a Rufus westchnął głęboko, kręcąc głową, jednak poeta nie pozwolił mu dojść do głosu i zaoponować.- Wiem, że okropnie cię rozczarowałem i że popełniłem najgorszy błąd, jaki mogłem popełnić. I że jesteś na mnie zły. Ale daj mi jeszcze jedną szansę...
-Próbuję- odparł cicho Rufus.
Kochanek chwycił jego twarz w dłonie i ucałował go lekko w usta.
-Jeszcze jedną szansę- powtórzył, jakby nie dosłyszał jego słów.- Przysięgam na siebie, swoją poezję, na wszystko, na co tylko zechcesz, żebym przysiągł, że to się już więcej nie powtórzy. Nigdy. Tylko niech będzie tak jak dawniej. Dobrze...?- szepnął, znowu musnąwszy wargi kochanka.- Niech będzie jak dawniej...
Pocałował Rufusa mocno, z namiętnością, którą mężczyzna wciąż pamiętał doskonale. Rufus uległ temu pięknemu wspomnieniu i równie pięknym słowom, i chwycił poetę w ramiona. Język kochanka złączył się z jego własnym, i w tym cudownym zapomnieniu, tańczyły ze sobą długo, wyzwalając rozkosz. Bardzo Rufus musiał walczyć z samym sobą, by wreszcie odsunąć się i nie powrócić do gorących warg kochanka. Gdy ten nachylił się nad nim ponownie, odwrócił głowę i powiedział ciche, ledwie słyszalne i jakże mało przekonujące, nawet dla niego samego:
-Nie.
To nie był jedynie sygnał, by Fotyn przestał, co ten zresztą chwilę później uczynił. To była odpowiedź na zadane przez niego pytanie i poeta zrozumiał to doskonale.
-Dlaczego nie...?- zapytał niemalże przerażony, by zaraz przywołać na twarz ciepły uśmiech.- Rufus...- szepnął, dotykając policzka mężczyzny.- Pamiętasz...? Pamiętasz, jak było nam dobrze...?- o tak, Rufus pamiętał doskonale.- Było nam wspaniale. Razem. Może być dokładnie tak samo. Tak jak wtedy. Rufus...
-Nie- powtórzył po raz kolejny i tym razem był już pewien swoich słów.
Fotyn odetchnął płytko, jakby kończyło mu się powietrze.
-Dlaczego nie...?- powtórzył znów to samo pytanie, znów zupełnie nie potrafiąc zrozumieć.
-Bo wcale nie było dobrze- odpowiedział spokojnie Rufus. Chwycił za dłoń kochanka i ścisnął ją w swojej własnej, przymykając na chwilę powieki. Czuł jak poeta drży lekko, w oczekiwaniu na jego słowa. Rufus czuł się dobrze tylko wtedy, gdy miał go blisko siebie, gdy Fotyn był na miejscu albo zaraz miał przyjeżdżać. Dni oczekiwania były dla niego raczej puste, pozbawione sensu, bo gdy jedynym sensem jego istnienia był kochanek, nie mogło być inaczej. A to już nie miało nic wspólnego z szeroko pojętym „dobrem”, a już na pewno nie jego własnym.- Nie jesteśmy tacy sami. Nie jesteśmy nawet podobni.
-To bardzo dobrze- wtrącił Fotyn, usiłując się uśmiechnąć, ale mężczyzna znów pokręcił głową.
-Nie. Nic nas nie łączy, zupełnie nic. Oprócz tego romansu, który wydaje się zupełnie nie pasować do tego wszystkiego. Nie żyjemy ze sobą, nie żyjemy nawet blisko siebie, ja nie rozumiem ciebie, a ty nigdy nie będziesz potrafił zrozumieć mnie. Właśnie dlatego- dodał z naciskiem.- Bo jesteśmy zupełnie inni. Zawsze wszyscy mi powtarzali, że mieszkam tu na tyle długo, by wreszcie zacząć żyć „normalnie”. Wydawało mi się, że to życie, które mam i to nieustanne wyczekiwanie jest właśnie tą „normalnością”, ale to nieprawda. Powinienem dawno już wyprowadzić się z tej gospody. Wybudować dom. Ale... Nigdy nie miałem do tego głowy, wydawało mi się to zupełnie pozbawione sensu. Myślałem, że wystarcza mi to, co mam do tej pory i że tak jest dobrze, ale jakoś... zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić swojej przyszłości. Naszej przyszłości. Nie w takim charakterze.
-Więc zbuduj dom, Rufusie- odparł gorliwie Fotyn, kiwając głową.- To świetny pomysł! Zbuduj dom. Będziesz miał się czym zajmować, gdy ja będę daleko...
-Nadal nie rozumiesz, prawda...?- westchnął głęboko mężczyzna. Wydawało mu się, że ciężko będzie mu to wszystko powiedzieć. Nigdy nie był dobry w mówieniu, a już na pewno nie w mówieniu tego, co czuje. Ale gdy zaczął, nie mógł przerwać- Nie mogę koncentrować się nad tym wszystkim. Myśląc o tobie, zapominam o całej reszcie i nie jestem w stanie... Nie jestem w stanie niczego zmienić- przyznał otwarcie.- I jeśli pozwolę, by to wszystko trwało, nigdy nie będę. Sądziłem, że myślenie o sobie jest oznaką egoizmu i nigdy, przenigdy nie pozwalałem sobie na to, by stawiać siebie ponad wszystko to, co nas łączy, ale teraz widzę to inaczej. I wiem, że jeśli ty nadal będziesz daleko, a ja będę tylko czekał, spędzę w tym oczekiwaniu całe życie, a tego nie chcę.
Fotyn milczał długo, nie wiedząc jak zareagować ani co odpowiedzieć. Wreszcie rzucił pełne zamyślenia i czegoś na kształt pretensji:
-Nigdy mi o tym nie mówiłeś, Rufusie...
-Próbowałem...- mężczyzna uśmiechnął się niepewnie.- Ale nie chciałem cię ograniczać, sądziłem, że nie wolno mi tego robić. Wydawało mi się, że ograniczenie twojej wolności będzie czymś najgorszym i niewybaczalnym, a tymczasem...
-... A tymczasem to ja ograniczałem ciebie- dokończył machinalnie Fotyn.
Rufusowi zabrakło śmiałości, by potwierdzić te słowa, chociaż tak w istocie było.
-Ale to przecież jeszcze nic nie znaczy- próbował znowu poeta, odzyskując nieco rozpaczliwy uśmiech.- Możemy nadal być ze sobą i coś zmienić. Niekoniecznie tutaj. Mogę przyjeżdżać regularnie albo... Albo ty będziesz przyjeżdżał do mnie... Wiem, że to wszystko przez to, że zniknąłem na tak długi czas, ale gwarantuję ci, Rufusie, że nie ma w tym momencie niczego, czego żałowałbym w swoim życiu równie mocno...
-To zdarzyłoby się prędzej czy później. Twoje odejście tylko sprawiło, że szybciej to sobie uświadomiłem. Nic więcej. Nic więcej, Fotynie.
Poeta przełknął ślinę. Cofnął dłoń i usiadł na brzegu łóżka, zastanawiając się długo. Aż wreszcie zadał pytanie, które powinno paść już na samym początku:
-Więc co nam teraz pozostało...?
Odpowiedziała mu głucha cisza. Rufus milczał. Serce biło szybko i boleśnie, jakby miało zaraz wyrwać się z jego piersi, ale i tak nie mógł zagłuszyć tej myśli, tej świadomości, że może... Może lepiej byłoby Fotynowi bez spokojnego Rufusa. I lepiej byłoby jemu daleko od wiecznie szukającego przygód Fotyna.
-To tylko problemy. Wszędzie są problemy- odezwał się w końcu poeta, nie kryjąc już nawet paniki, która pobrzmiewała wyraźnie w jego głosie. Przeczesał nerwowo włosy palcami, oddychał płytko i z trudem, jakby miał zaraz zacząć płakać, a tego Rufus, który łzy kochanka widział już kilka razy, choć nigdy sam do nich nie doprowadził, nie chciał najbardziej.- Uda nam się je w końcu przezwyciężyć.
Jak bardzo Rufus chciałby dać wiarę tym słowom!
-To nie są zwykłe problemy- odpowiedział, zgodnie z prawdą.- Nie uda nam się dojść do kompromisu, jeśli jedno z nas się czegoś nie wyrzeknie. Do tej pory zawsze wyrzekałem się ja. Ale teraz jest inaczej.
-Znajdziemy kompromis- odparł stanowczo Fotyn.- Na pewno. Przecież tyle razy ci mówiłem, Rufusie. Kocham cię. Jesteśmy sobie przeznaczeni.
Mężczyzna zaśmiał się na te słowa. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno traktował je niemalże jak świętość i wierzył w nie bez choćby chwili wahania.
-A co jeśli nie...?
Kochanek odwrócił głowę w jego stronę i spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Słucham...?- szepnął niepewnie.
-A co jeśli nie?- powtórzył Rufus.- Prawda jest taka, że każdy z nas oczekiwał zupełnie czegoś innego i czegoś innego się obawiał. Ja oczekiwałem dnia, w którym powiesz mi wreszcie, że chcesz zostać tutaj, ze mną, na miejscu. A ty obawiałeś się, że taki dzień kiedykolwiek nadejdzie, bo doskonale zdawałeś sobie sprawę z tego, że nawet twoja wielka miłość nie wystarczy, by się na to zgodzić. Może trzeba po prostu zapomnieć o wszystkich tych bzdurach i zacząć zastanawiać się nad tym, czy to rzeczywiście ma jakikolwiek sens.
Usłyszał, jak jego kochanek parsknął gorzko.
-Kochasz mnie jeszcze, Rufusie...?- zapytał nagle poeta.
To pytanie zaskoczyło mężczyznę. Zastanowił się nad nim chwilę i w tej właśnie chwili odpowiedział tak szczerze, jak tylko potrafił:
-Nie wiem.
Fotyn odetchnął płytko raz, później drugi. Ramiona zaczęły mu drżeć. Rufus podniósł się, by uspokoić kochanka, ale ten wstał na nogi i rzucił słabym, wilgotnym głosem:
-Cóż... Tak... To... To trochę... Trochę nieoczekiwane... I nieco zmienia postać rzeczy...- poeta stał jeszcze przez chwilę na środku pomieszczenia i wpatrywał się w mężczyznę, jakby czekał na jego kolejne słowa, może wyjaśnienie, przeprosiny...
Rufus jednak milczał.
-Żegnaj, Rufusie- powiedział wobec tego Fotyn, bez zwyczajowego tragizmu i dramatyzmu, a raczej z czymś na kształt bezradnej rozpaczy i absolutnej rezygnacji, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Czy Rufus żałował swoich słów? Nie, nie żałował. Coś ścisnęło go za gardło, ale tylko na krótką chwilę, zdawało mu się, że jego serce przestało bić, ale ledwie przez moment, ciężko było mu zebrać myśli, ale szybko się uspokoił, obrócił na drugi bok, westchnął głęboko, zastanowił się nad tym wszystkim powoli i dokładnie, racjonalnie, bez emocji. Postąpił właściwie, tak, jak postąpić należało. Któryś z nich musiał w końcu podjąć tą decyzję. Przecież nie mogli się tak zwodzić całe życie... Sen przyszedł zaskakująco łatwo i nagle. Tylko gdzieś na granicy jawy i nieświadomości, brzęczało mu w głowie nieustannie słowo „Żegnaj”, wypowiadane głosem Fotyna. I było to brzęczenie bardzo nieprzyjemne i trudne do stłumienia.
Rano przebudził się, a może właściwie raczej ocknął gwałtownie i niespodziewanie dla samego siebie. Fotyn. Odszedł. Na zawsze. Powtórzył sobie te słowa w myślach, kilkukrotnie i wydały mu się one tak nieprawdopodobne i nierealne, jakby wcale nie zgadzały się z rzeczywistością, a były częścią jakiegoś koszmaru. Zresztą cały ten czas, całe oczekiwanie, tęsknota, żal do kochanka, także wydawały się jedynie jego elementem i nagle stały się okropnie nieistotne, tak małe, że prawie niezauważalne. Fotyn odszedł. Niemożliwe! Możliwe, odszedł naprawdę. Przecież sam mu na to pozwolił. Przecież sam mu powiedział... Zrobiło mu się słabo na wspomnienie ostatnich słów, jakie powiedział do swojego kochanka. „Nie wiem”. Jak mógł? „Nie wiem”. Okropne słowa, potworne. Czy „nie wiem” będące odpowiedzią na takie pytanie, nie jest już niczym innym, jak tylko subtelniejszym „nie”? A przecież nie mógł powiedzieć, że go nie kocha. Oczywiście, że nie, kochał go, kochał wciąż jak szaleniec. Więc czemu...? Gdyby Fotyn powiedział mu coś takiego... Jak mógł?! Jak mógł wątpić we własne uczucia? Na chwilę, tylko na chwilę zapomniał o emocjach, uczuciach, pozostał przy zdrowym rozsądku i cóż mu z tego przyszło? Zerwał się z łóżka, nałożył jedynie buty i nie założywszy nic więcej, nie przebrawszy piżamy, zbiegł na dół, ścigając resztki nadziei, jakby był zupełnie innym człowiekiem niż jeszcze wczorajszej nocy.
-Gaudenty!- wykrzyknął niemalże z ulgą, widząc starszego mężczyznę na  stanowisku. Ten spojrzał na niego z uwagą, ale bez zbytniego zdziwienia.- Widziałeś Fotyna...? Wiesz, gdzie się zatrzymał...?
-Wczorajszej nocy? Tutaj. Po tym jak już skończył swoją nocną wizytę... Tak, wiem, słyszałem jak wchodził, nie był zbyt ostrożny...- zauważył odrobinę złośliwie.- Siedział na sali i nie wyglądał najlepiej, nie tak jak zwykle przynajmniej.
-Powiedziałem mu coś strasznego, okropnego...- szepnął z przejęciem Rufus, przeczesując nerwowo włosy palcami.- Gdzie teraz jest? Dokąd poszedł?
-Nie wiem. Wyszedł jakiś czas temu.
Rufus wybiegł z gospody, po czym pokonał spory kawałek lasu, w którym zbierali się powoli pracownicy, a następnie wyszedł na drogę, którą zazwyczaj wędrował jego kochanek.
-Fotyn! Fotyn!- zawołał na tyle głośno, że chyba nawet jego pracujący w oddali współpracownicy musieli to usłyszeć. Nadal nie wiedział, co mu wczoraj odbiło. Owszem, był na niego zły, był wściekły, rozczarowany, ale przecież to żaden powód! Powiedział Fotynowi, że go nie kocha. Powiedział, że nie wie, ale to właściwie to samo. A Fotyn jest taki wrażliwy... A co jeśli weźmie to sobie do serca i...- FOTYN!- wrzasnął z całych sił i biegł przed siebie, rozglądając się dookoła, ale nie usłyszał ani odpowiedzi, ani nie zobaczył mężczyzny.
Długo jeszcze krzyczał i szukał poety, ale zupełnie bezowocnie. W końcu, zmęczony tym wszystkim, przysiadł na kamieniu leżącym przy drodze i ukrył twarz w dłoniach. Fotyn odszedł. Co on zrobi bez Fotyna...? Ha! Rób, co miałeś robić! Buduj teraz dom, głupcze! Żyj normalnie, jak inni! Ale przecież nie jesteś jak inni i wcale nie chcesz taki być, nie potrafisz. Więc co teraz...? Miał swojego kochanka, miał swoją iskierkę wesołości, miał swoją miłość, na którą warto było czekać, nawet jeśli rozczarowywała i sprawiała, że tracił wiarę we wszystko, a teraz...? Teraz pozostanie z niczym, bo cóż mu po domu, cóż mu po przyjaciołach, po gospodzie, skoro to wszystko takie zwyczajne, takie bez sensu, takie bez większego celu. Jakby zupełnie stracił powód, by jakkolwiek funkcjonować.
Usłyszał kroki na drodze i automatycznie podniósł głowę. Wyraz niedowierzania i radości wstąpił na jego twarz, gdy zobaczył wracającego poetę, idącego wprost w jego kierunku. Fotyn minę miał zaciętą, a krok dumny, na widok siedzącego Rufusa przystanął na chwilę, ale zaraz przyspieszył jeszcze i uniósł głowę do góry, choć w połączeniu ze szklącymi się oczyma, wyglądało to dziwnie. Mężczyzna podbiegł do niego natychmiast.
-Fotyn...- szepnął, poruszony, stając tuż przed nim i chwytając go za ramiona. Wzruszenie chwyciło go za gardło i nie mógł powiedzieć więcej ani słowa, niż tylko kilkukrotnie powtarzane z ulgą imię ukochanego.
-Wracam do wioski- oświadczył mu głosem z pozoru chłodnym, ale w istocie aż nabrzmiałym od emocji kochanek.- Zbuduję sobie dom. Koło jeziora. I będę w nim sobie mieszkał. Samotny. Opuszczony. I nieszczęśliwy- dokończył w sposób już bardzo dla siebie charakterystyczny.
Rufus parsknął śmiechem i uściskał poetę w ramionach, czemu ten nie stawił żadnego oporu. Głupstwo, wszystko to głupstwo, zdawali się mówić sobie wzajemnie w tym geście, chociaż chwilę jeszcze trudno było powstrzymać łzy i mówić cokolwiek.
-Chodź...- szepnął w końcu mężczyzna, chwyciwszy poetę za dłoń i ściągając go z drogi do lasu.
-O co chodzi, Rufusie...?- zapytał Fotyn tonem bardzo oficjalnym i okropnie zabawnym, przynajmniej z punktu widzenia jego kochanka.
-Muszę cię przeprosić.
-Nie mógłbyś mnie przepraszać w trochę milszych okolicznościach...? Dobrze wiesz, że nie lubię lasów, a poza tym pogoda jest taka...
Rufus wpił się na dłuższą chwilę w wargi poety. Czasem był to jedyny sposób by zamilkł, a że Fotyn milczał rzadko i niezbyt długo, należało korzystać z okazji.
-Przepraszam. To, co powiedziałem...- zaczął Rufus, a jego kochanek zrobił taką minę, jakby chciał dać mu do zrozumienia, by już o tym nie wspominać.- W każdym razie, to nieprawda. Jesteś dla mnie bardzo ważny. Zupełnie nie wiem, czemu tak się zachowałem. Nie chcę od ciebie wyrzeczeń. Jeśli to, co robisz, czyni cię szczęśliwym, źle byłoby zmuszać cię do innego życia. Przepraszam. Może być dokładnie tak, jak dawniej.
Fotyn odsunął się i w zamyśleniu spoglądał na kochanka.
-Tak...- mruknął, po czym pozwoliwszy sobie na długą pauzę, dodał stanowczo- Jednak zostanę.- Rufus spojrzał na niego ze zdumieniem.- Przemyślałem parę spraw i... Tak, zdecydowanie zostanę.
-Naprawdę...?- mężczyzna zamrugał, pełen niedowierzania.- Ale... Ale twoja poezja...
-Poezja, jak wiesz, Rufusie, nie znosi rutyny- wyjaśnił mu po raz kolejny cierpliwie Fotyn.- A że moją dotychczasową rutyną było unikanie rutyny jak tylko się da, to może rutynowe życie stanie się w sposób paradoksalny pozbawione rutyny.
Rufus nie zrozumiał z tego ani słowa, zresztą zupełnie tak, jak zwykle. Znał jednak kochanka na tyle, by dostrzec, że nie chodziło już o żadną rutynę, żadną sztukę czy poezję, a o nich. A właściwie o Rufusa. I to było niesamowite uczucie, które wypełniło go całego przyjemnym ciepłem.
Chwycił kochanka za dłoń i ruszyli razem, niespiesznie, przed siebie.
-Mówię ci, Rufusie, co za świat...- westchnął poeta, kręcąc głową.- Napisałem coś tak wspaniałego, a oni i tak nic nie rozumieją... Bo wiesz, Rufusie, teraz zmienia się moda... Owszem, nie da się ukryć, że wciąż mam całe grona zwolenników, ale mimo wszystko... Pokazywałem swoje wiersze, czytałem głośno, bywałem na balach, na przyjęciach, przedstawieniach, a teraz? Sztuki! Ha! Tak sobie ubzdurali! Sztuki, mówią. „Co tam słowo, słowo to nic, teraz sztuką jest słowo połączyć z ruchem, z dynamiką, emocjami, to jest coś godnego uwagi”. Tak mi raz powiedzieli, wyobrażasz sobie? Słowo to nic! A przecież najpierw było słowo! I zawsze najpierw jest słowo! Czym byłaby ta ich sztuka bez słów...! A zresztą... Ludzie sami z siebie nigdy nic nie zrozumieją... Tak czy inaczej...
Rufus westchnął cicho i uśmiechnął się do siebie, słuchając opowieści kochanka niezbyt uważnie, ale z pewnego rodzaju rozczuleniem. Mieć Fotyna tuż obok siebie, na teraz, może nawet na zawsze... Cudowna wizja. Najpierw doszedł do wniosku, że teraz musi bardzo uważać, by niczego pomiędzy nimi nie popsuć. Ale po chwili stwierdził, że jednak nie tyle uważać, co po prostu czuć. Czuć i rozumieć, to wszystko, bo dopóki istnieją silne uczucia i istnieje zrozumienie, wszystko inne odchodzi na dalszy plan. Nie mógł być pewnym, czy to życie, do którego teraz szli, spodoba się Fotynowi. Nie mógł wiedzieć, czy rutyna pozbawiona rutyny uczyni go rzeczywiście szczęśliwym. Ale jeśli nie... Trzeba będzie znaleźć inny sposób na ich wspólne szczęście. W końcu jest tyle możliwości!
Był jednak pewien jednego – nigdy więcej już go nie zostawi.
Poeci jak widać tęsknili pięknie i twórczo.
Ale tęsknota Rufusa miała w sobie więcej z żalu, że nie może być z kochankiem.
Szkoda, że niebo jest takie pochmurne...! Ale rozjaśni się zaraz znowu, chmury rozpędzą się pod wpływem promieni słońca, rozproszą się i znikną, zastąpione jasnością.
-Będę musiał sobie znaleźć inną inspirację, niż tęsknota za tobą...- powiedział w pewnym momencie Fotyn.
Rufus uśmiechnął się do niego lekko.
On również.

7 komentarzy:

  1. Anonimowy8:21 PM

    dopiero przy relacji Rufusa odnośnie tego gdzie był zorientowałam się, że całość rozgrywa się w świecie ciut alternatywnym ;;3 woah. niektóre fragmenty czytałam po kilka razy, delektując się - cholernie rzadko coś takiego robię XD *HYPE* oneshot z dobrym zakończeniem <3 nie mogło mnie dzisiaj spotkać nic lepszego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy9:37 PM

    Zestawienie: prosty mięśniak i wrażliwy poeta.
    A skądże!
    Okazuje się, że to ten niby nieskomplikowany drwal skrywa w sobie głębię. Jest mężczyzną cichym i może dosyć ograniczonym w sferze doznań estetycznych, jednakże ma wypracowany system wartości i prezentuje tą stronę związku, która zakotwicza go, kształtuje i stabilizuje.
    Fortyn to typowy, chaotyczny sangwinik. I właściwie od początku do końca mnie irytuje. Niby prezentuje tą gwałtowną, uczuciową cześć związku, jednakże do mnie nie trafił w żadnym wypadku. Jest dokładnie tym typem człowieka, który zwykłam określać jako 'za bardzo'. Za kolorowy, za głośny, za ruchliwy, zbyt próżny itede.
    A jednak w jakiś sposób tych dwoje ma pomysł na siebie. Z początku jest to związek złudzeń, każdy widzi to, co chce i niewiele więcej dostaje w zamian. A później przychodzi kryzys i małe przewartościowanie, zderzenie z rzeczywistością i podniesienie się z dołka. I choć na miejscu drwala szybciej cisnęłabym tym wierszokletą o ścianę niż pozwoliłabym na powrót, to ta bajka nie mogła mieć innego zakończenia. Bo w happy endy trzeba wierzyć, z tym, że trzeba wiedzieć, jaki rodzaj zakończenia jest w danym momencie najbardziej szczęśliwy.
    Pozdrawiam i życzę weny,
    Cannum

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy12:24 AM

    Byłam zszokowana zakończeniem. Spodziewałam się tragicznego the endu z przesłaniem a tu joke. Ładne. D.

    OdpowiedzUsuń
  4. wouh.. Happy end :D rzadkość takie ty widzieć ^^ umiesz poruszyć.. w pewnym momencie czułam jak mi łzy do oczu napływają .__. a to było dziwne w moim przypadku >.<"

    OdpowiedzUsuń
  5. Od samego początku czekałam na dramatyczny koniec. Naprawdę sądziłam, że Fotyn, w całym swoim egocentryzmie, przesadnym usposobieniu, wrażliwości, w jakimś stopniu spokrewniony jest z Werterem. Ale ja mam chorą psychikę, to silniejsze ode mnie, że wszędzie widzę śmierć, rozpacz i takie tam. W końcówce naprawdę oczekiwałam samobójstwa Fotyna, pozostawionego przez niego listu pełnego żalu do Rufusa.
    Ale to zakończenie nie miałby sensu.
    Twoje zakończenie, przyznaje, poraziło mnie jak grom, przez chwilę pozostawiając w dezorientacji, ale w następnej już ryczałam jak bóbr. Sama nie wiem dlaczego.
    Dziękuję! To była dobra lekcja o wybaczaniu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Franciszka3:44 PM

    Woah, kocham tego oneshota :D Urzekł mnie kontrast między bohaterami: jeden twardo stąpający po ziemi, drugi nieuleczalny romantyk. Przyznam, że podobnie jak ludzie wyżej spodziewałam się jakiegoś dramatycznego zakończenia, w stylu samobójstwa Fotyna właśnie. Jednak cieszę się, że skończyło się tak, a nie inaczej, bo zważywszy na mój humor mogłabym skończyć rycząc cały wieczór :'D A tak to czuję się pozytywnie nastawiona na te wszystkie egzaminy, sprawdziany i zaliczenia. Z niecierpliwością czekam na sobotę <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy2:36 PM

    ach... cudowna przerwa na oderwanie się od malowania.

    ed.

    OdpowiedzUsuń