Strony

sobota, 14 kwietnia 2012

Rozdział 15 [Chaos]

Spory kawałek jechali powozem za wszystkimi innymi i była to bardzo nieprzyjemna podróż. Po nocnej ulewie, słońce powróciło na niebo i górowało na nim, powodując okropny upał i męcząc wędrowców, którzy raz po raz ocierali pot z twarzy i wzdychali ciężko, marząc o kropli wody. Nikt nie mówił jednak ani słowa. Amir, przezornie, wolał się nie odzywać, obawiając, że mógłby zdradzić tożsamość towarzysza, Nadim również milczał, wciąż najwyraźniej wyczuwając zagrożenie, a para młodych ludzi, wpatrywała się gdzieś przed siebie, co jakiś czas jedynie przenosząc płochliwe spojrzenie na towarzyszy drogi, ale ilekroć zostali na tym przyłapani, natychmiast odwracali wzrok w innym kierunku. Aż w pewnym momencie woźnica skręcił gwałtownie, co wywołało niemały popłoch wśród pasażerów i zapewne doprowadziło do kilku siniaków. Wjechali w leśną drogę, wąską, ale najwyraźniej uczęszczaną, ponieważ trawa w tym miejscu była całkowicie wydeptana. Drzewa ochroniły ich trochę przed okropnym gorącem, ale nawet to nie uczyniło podróży przyjemniejszą. Koła powozu raz po raz podskakiwały na wybojach, a wraz z nimi i wszyscy pasażerowie, zaś sam pojazd był w takim stanie, iż słusznymi zdawały się podejrzenia, że nie przetrwa tej drogi. Woźnica był jednak w dobrym nastroju. Biedne, umęczone klacze, zwalniały, by zaraz przyśpieszyć ponownie, dręczone jego uderzeniami. Odwracał wtedy na chwilę głowę w stronę pasażerów i uśmiechał się do nich, uśmiechem cokolwiek wybrakowanym, jakby zamierzał ich w ten sposób zapewnić, że szybko będą na miejscu.
Amir zastanawiał się nawet nad tym, by kazać mężczyźnie zatrzymać wóz i, wraz z towarzyszem, wysiąść, ale trudno było ocenić, jak bardzo potomkowie wilków byli znani w okolicznych miejscowościach, więc pojawienie się w kolejnej, w której nie wspominano ich zbyt dobrze, mogło okazać się sporym ryzykiem. Poza tym, jednak kusiło go, by zobaczyć ten „raj na ziemi”. Nie żeby w to wierzył. Nie wierzył, ani w systemy idealne, ani we władców idealnych tym bardziej. A już najdalej było mu do wiary w idealnych ludzi, a bez tego chyba nie dało się stworzyć takiego miejsca. Poza tym, gdyby rzeczywiście miejsce to było tak wspaniałe, nie siedzieliby teraz na spróchniałym powozie wraz z dwójką przerażonych, młodych ludzi, tylko pewnie pielgrzymowaliby tam razem z całymi tłumami innych, chętnych do zamieszkania w tak cudownym mieście. A co oczywiste, na to żadne cudowne miasto nie mogło sobie pozwolić.
-Nie ma żadnej innej drogi...?- odezwał się po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży Amir, spoglądając na woźnicę pytająco.
-Nie ma- odparł tamten, uśmiechając się znowu- Kiedyś była z prawdziwego zdarzenia, ale to były nędzne czasy, strasznie nędzne... A jak zmieniła się tam władza, ci się zlękli, kazali zburzyć, obwarowali... Nie ma szans przejechać i nic innego nam nie pozostaje.
-Ile będziemy musieli panu zapłacić?
Woźnica zaśmiał się chrapliwie.
-Nic- odpowiedział, rozbawiony.
-Nic?- zdumiał się Amir, po czym zmarszczył brwi i dodał z politowaniem- Chce pan powiedzieć, że robi to pan za bezcen...?
-Rzecz jasna, że nie. Zapłacą mi na miejscu.
Mężczyzna zastanowił się chwilę nad słowami człowieka.
-Płacą panu za to, że przywozi pan tam ludzi?- dopytał, a gdy woźnica skinął niecierpliwie głową, mruknął- Kiepski to raj, skoro tłumy same się tam nie garną...
Powóz podskoczył znowu i Amir z trudem utrzymał się na miejscu. Woźnica popędził konie i dopiero wtedy powiedział:
-Kiedyś tam było normalne miasto, takie jak i to tutaj. Pełno chłamu, pełno ścierwa i niesprawiedliwości. Ale wybuchł bunt. I władzę przejęli wreszcie ludzie rozsądni. A to się ceni, bo rozsądek rzadko dochodzi do władzy...- zaśmiał się wesoło.
-Niech pan powie coś więcej o tym miejscu- rzucił Nadim, zaintrygowany.
Ta prośba usatysfakcjonowała woźnicę, który zaczął opowiadać z emocjami, aczkolwiek tak płynnie i pewnie, jakby mówił o tym wcześniej setki albo i tysiące razy.
-Nie dałoby się tego określić lepiej, niż nazwać rajem właśnie. Otóż jest to miasto niezwykłe. Nie znajdziesz tam, panie, brudu, nie ma smrodu, nie potkniesz się na ulicy, o żebraków i bezdomnych, bo takowych nie ma wcale. Każdy, ktokolwiek się tam pojawi, dostanie od razu swój kawał ziemi i dom. Ziemi wszyscy mają mniej więcej tyle samo, jedynie bardziej zasłużeni i rządzący dostają więcej, ale to się samo przez się rozumie. Trzeba więc ziemię zagospodarować, chyba, że się zagarnie do innej roboty, bo roboty tam nie brakuje. Nie ma tam pieniądza – bo wiedz panie, że pieniądz jest wszelkim złem. Każdy dostaje tyle, na ile sobie zapracował. Mając swoją ziemię, może utrzymać się sam, ale jeśli stanie się jakiś wypadek albo zbierze jednego roku mniej plonów, nie zginie z głodu, bo uzyska wsparcie. Rzecz jasna, pewną część trzeba zawsze oddać, ale to oczywiste. W końcu ci, którzy budują, i ci, którzy są rzemieślnikami, urzędnikami i strażnikami, też muszą jakoś żyć.
-A arystokracja, kapłani...?- dopytał Amir, bo o tym nic nie usłyszał, a były to elementy dość istotne przy rozstrzyganiu tego, czy można jakieś państwo nazywać rajem, czy też nie.
Trudno też było mu sobie wyobrazić, by rzeczywiście władza ot tak, chętnie dawała każdemu kawał ziemi, by nie ściągała podatków i pomagała mieszkańcom jak tylko mogła. U boku Ludwika widział już zresztą, jak, nawet mając sporo ziemi, ludzie potrafią nieustannie kłócić się o więcej. Trzeba było niekiedy mierzyć dokładnie, co do centymetra albo i jeszcze lepiej, bo jeden upierał się, że drzewo stoi bardziej na jego ziemi, drugi, że to wcale nie prawda. Albo też, że sąsiad źle zbudował płot i ogrodzenie wchodzi znacznie na jego terytorium. „Znacznie” okazywało się w praktyce kawałkiem tak niewielkim, że chyba normalnemu człowiekowi szkoda byłoby czasu i chęci, na toczenie długich i mozolnych sporów, ale z racji tego, że arystokracja nie miała nic lepszego do roboty, zawsze biegała z takimi głupotami do urzędników, którzy też byli arystokratami, a skoro tak, to ostatecznie wszystko kończyło się u króla, gdzie obok zarzutu naruszenia ziemi, pojawiał się jeszcze zarzut współpracy tego czy innego urzędnika ze swoim synem, teściem czy nawet dalekim znajomym, choćby ten w całej sprawie wcale nie brał udziału.
-To największe zło, to jest właśnie przyczyna całego wyzysku!- powiedział z przekonaniem woźnica- Tyle, ile złego oni zrobili, to, panie, nawet nie da się wyliczyć! Pławili się w bogactwach i luksusach, podczas gdy ci, którzy ciężko na to pracowali, musieli sobie żałować chleba, by mieć za co wykarmić dzieci! Takie to było licho! A teraz? Ha! Teraz miej panie dzieci ile zechcesz, im więcej tym lepiej, tym więcej dostaniesz żywności, a czasem i większą ziemię! Tak czy inaczej, arystokratów nie ma. Poprzedni zostali powieszeni. Obecnie mamy kilku urzędników, różnego stopnia, bo musicie wiedzieć, że nie da się chyba wskazać jednego władcy. Rządzą ludzie. I każdy może dołączyć do rządzących, jeśli wykaże się równym im rozsądkiem. A kapłanów powiesili jeszcze szybciej niż arystokratów, bo to prawdziwe przekleństwo dla ludu! Roją im w głowie, wmawiają bzdury, zmuszają do obawy i czczenia bogów! Jakich tam znowu bogów! Zburzyli świątynie, a za majątki, zbudowali pełno domów dla ludzi! O! Gdyby tak postępowali bogowie, nie mieliby problemów ze znalezieniem sobie wyznawców! Teraz świątyń nie ma i nie ma nakazu czczenia żadnych bóstw, więc każdy może czcić co tylko zechce. W efekcie nikt nie czci niczego.
Amir powiódł wzrokiem po twarzach towarzyszących im w podróży młodych ludzi. Gdy woźnica opowiadał, w ich oczach pojawiła się jakby iskra nadziei. Mężczyzna jednak, mający i dom, i bogactwa, i znający władzę od środka, daleki był od oczarowania obietnicami rzekomej sprawiedliwości. Już sam bunt nie bardzo mu się podobał, bo choć bunty, szczególnie te znaczące, miały to do siebie, że ktoś musiał stracić głowę, mimo jego całej niechęci do arystokracji i kapłaństwa, daleki był od twierdzenia, że to co uczyniono, było słuszne. Zerknął na Nadima, ale potomek wilków nie odzywał się, a jego twarz ukryta była w cieniu kaptura i ciężko było stwierdzić, jak zareagował na te słowa.
-Skoro to tak wspaniałe miejsce, panie, czemu nie jedzie z nami więcej osób?- zapytał więc Amir.
-Bo tacy są ludzie, panie!- parsknął pełnym politowania śmiechem woźnica- Boją się! Wszystkiego się boją! Boją się nawet zmiany na lepsze, choć wszyscy twierdzą, że chcieliby, by coś się zmieniło. Ale gdy nadarza się okazja... Nic nie robią! Nic, zupełnie! Wymyślili sobie jakieś pojęcia, jakieś hasła, bez większego sensu. Wymyślili sobie jakąś „wolność” i trzymają się tego słowa kurczowo, jakby rzeczywiście miało jakikolwiek sens i znaczenie. A powiem panu prawdę. Człowiek nie jest i nigdy nie może być wolnym. Bo cóż to jest wolność? Wolność to jest czyste myślenie, to jest szczere mówienie tego, co się pomyślało i czynienie tego, cokolwiek chciało się uczynić, bez zważania na całą resztę. A jeśli człowiek nie może myśleć czysto, bo nieustannie ktoś wmawia mu, że to niedobre, jeśli boi się mówić tego, o czym pomyślał, jeśli musi się martwić o to, czy da radę się utrzymać, czy nie, nie jest wolny. Jest wtedy niewolnikiem pieniądza, niewolnikiem swoich marzeń, niewolnikiem innych ludzi, którzy go wyzyskują i wykorzystują. Sam byłem takim wyzyskiwanym właśnie, więc wiem, co mówię. A jeśli tej wolności tak naprawdę nie ma, to czy nie można poświęcić jeszcze jej odrobiny, by zapewnić sobie godne życie...?
-Pięknie o tym mówisz, panie- odezwał się Nadim, nim Amir zdążył cokolwiek odpowiedzieć- Może to miejsce rzeczywiście jest rajem...- powiedział i zsunął powoli kaptur z głowy. Jego towarzysz posłał mu potępiające spojrzenie.
Woźnica odwrócił się akurat i zamarł na chwilę, jakby nie wierząc własnym oczom, po czym wybuchnął głośnym śmiechem.
-A to... A to, a to...- powtarzał, nie mogąc skończyć zdania i śmiejąc się bez przerwy- … to dopiero! Tak, panie, to miejsce jest rajem! Rajem dla ludzi, jak mówiłem...
-Co masz na myśli?- zapytał Amir.
-Oni nigdzie nie są mile widziani, wiem to dobrze- odpowiedział woźnica. Nadim, naglony ostrym spojrzeniem kompana, naciągnął z powrotem kaptur na głowę i westchnął głęboko, jakby liczył na to, że usłyszy, że ten właśnie raj, okaże się rajem także dla niego i nie będzie musiał ani się chować, ani ukrywać przed ludźmi- Ale istnieją i cóż na to poradzić! Stawicie się na miejscu i zobaczycie, co wam powiedzą... Ha, potomek wilków! Ja to zawsze mam szczęście do dziwolągów...
Wkrótce ukazały się im mury miasta. Wyglądały może mniej imponująco, niż obwarowania poprzedniego, były też nieco niższe, ale przygotowane w taki sposób, że na samej górze, strażnicy chodzili w tę i z powrotem, obserwując okolicę i pełniąc wartę. Niewiele chyba mieli do roboty. Ożywili się na chwilę, gdy dostrzegli powóz, ale musiał być im znany, bo zaraz zatrzymali się w bezruchu albo przysiedli, znudzeni służbą. Tak jak i w poprzedniej miejscowości, tak i tutaj, wjazd do miasta był pilnie strzeżony. Jeden z pięciu stojących przed bramą strażników, podszedł do woźnicy. Musieli znać się dobrze, bo wymienili ze sobą serdeczne powitania i kilka słów, a później ten pierwszy odszedł i dał znak reszcie. Czekali chwilę, aż brama się otworzyła i przejechali przez nią, ale zaraz musieli zatrzymać się znowu, przed kolejnym ze strażników.
-Manord, już z powrotem?- zagadnął woźnicę.
-Skoro trafiła się okazja... Nic zresztą lepszego nie miałem do roboty.
-Czterech...?- dopytał strażnik, spoglądając na pasażerów, jakby miał co do tego wątpliwości.
-Kobitka i dwóch... trzech...- poprawił się, zerkając z rozbawieniem na zakapturzonego- Trzech, niech będzie, trzech mężczyzn. Zapisujesz wszystko?
-Ktoś musi. Dziś wywieszano rozporządzenia, a zaraz, na placu, jeden z ratusza przemówi do ludzi, więc nie czeka cię długa droga.
-Bardzo dobrze. Złapaliście ich już...?
-Skąd...- strażnik skrzywił się z niezadowoleniem- Musielibyśmy chociaż mieć cień pomysłu, gdzie ukrywają się te szczury, ale nigdzie, nic, ani śladu... Czasem w nocy wchodzimy do domów, muszą się gdzieś w końcu ukrywać, ale będzie dobre kilka miesięcy, jak nikogo nie znaleźliśmy. Tak czy inaczej, bywaj.
-Bywaj, druhu- pożegnał go woźnica i ruszyli dalej.
Amir zapytał dokąd jadą. Usłyszał, że ten wiezie ich do urzędnika, bo tak trzeba. Mężczyzna nie odpowiedział nic więcej, zajęty przyglądaniem się „rajskim” ulicom i domom. Póki co, nie widział w nich nic niezwykłego, uderzyła go tylko pustka tego miasta, które o tej porze powinno chyba tętnić życiem. Gdy jednak dojechali na plac, okazało się, że spora część ludności zgromadziła się właśnie na nim. Woźnica zatrzymał się i uwiązał konie. Amir zeskoczył z powozu, a jego towarzysz już po chwili wylądował obok niego.
-Co myślisz o tym miejscu...?- zapytał niepewnie Nadim, który najwyraźniej nie tak wyobrażał sobie raj.
Amir wzruszył ramionami. Woźnica pomógł zejść młodemu chłopakowi, a później dziewczynie, ale nie pozwolił się swoim pasażerom oddalić.
-Chodźcie, chodźcie...- przywołał ich gestem dłoni, nieco niecierpliwie i bez zbędnej kurtuazji przepchnął się wraz z nimi do przodu, blisko ustawianego w pośpiechu, prowizorycznego podestu. Nikt nawet nie zaprotestował- Teraz czekajcie. Będzie gadał, a jak skończy, trzeba będzie pójść do niego i załatwić, co trzeba.
-Kto...?- rzucił Nadim, który chyba już się w tym wszystkim zagubił.
W obstawie kilku strażników, do podestu podszedł wyczekiwany urzędnik. Był to mężczyzna, mający nie więcej niż trzydzieści lat, o szczupłej posturze i zdrowej, aczkolwiek niezbyt urodziwej twarzy. Ubrany był w charakterystyczny, niebieski strój, ze złotymi guzikami, ciągnącymi się od pasa, aż do szyi. Stanął przed ludźmi, nie przyglądając się wcale tłumowi, wyciągnął pergamin i zaczął czytać:
-Rozporządzenie rady miasta, numer siedemdziesiąt trzy.- Amir nie był pewien, czy ostatnie rzędy obecnych były w stanie cokolwiek usłyszeć, nawet mimo panującej ciszy, ale nikt ani nie odchodził, ani nie dopytywał, czy nie protestował- Uprasza się, by wszyscy obywatele, którzy w ciągu ostatnich miesięcy, ukończyli lat sześćdziesiąt pięć, w przypadku mężczyzn i sześćdziesiąt, w przypadku kobiet zgłosili się jutro, do ratusza, przed upływem południa. A także, by pojawiły się tam kobiety, które osiągnęły lat trzydzieści, nie doczekawszy się potomstwa i mężczyźni, którzy osiągnęli lat trzydzieści, a nie mieli żony. Łącznie dwadzieścia siedem osób. Ktokolwiek się nie pojawi, zostanie doprowadzony na miejsce w późniejszym czasie. Przypomina się przy tym o rejestrowaniu potomków. Był to dekret rady miasta, numer siedemdziesiąt trzy.- zakończył mężczyzna, po czym zszedł z podestu i razem ze strażnikami zamierzał odejść, ale szybko podszedł do niego woźnica i szepnął mu parę słów, wskazując na przybyłych z nim pasażerów.
-Ach, tak...- odpowiedział głośno urzędnik, kiwając głową- Możemy załatwić to na miejscu. Zapraszam...- zwrócił się do Nadima i Amira.
Nadim był zagubiony, co nie było dziwne, bo i Amir w całej sytuacji nie bardzo się odnajdował. Poszli w ślad za mężczyzną, a ten doprowadził ich do swojej karety. Strażnicy zatrzymali się przy niej, a oni weszli do środka. Urzędnik usiadł naprzeciwko mężczyzn, chwycił za pergamin i atrament, w którym zamoczył pióro i zaraz coś zanotował.
-Jak brzmi pana godność...?- zapytał, podnosząc na chwilę wzrok na Amira.
-Amir...- odparł mężczyzna, nieco zdezorientowany.
Urzędnik to zapisał.
-Widzę, że pan jest młody, w pełni sił. Dla młodych jest tu miejsca w sam raz. Pański dokładny wiek?
-Czy to jest konieczne...?- mruknął Amir, marszcząc brwi.
-Nawet bardzo. Dobra administracja to podstawa, a gdy podstawy są w porządku, z całą resztą też nie ma już problemu. Znamy każdego naszego obywatela.
-Jesteśmy tu tylko przejazdem- odpowiedział mężczyzna.
Urzędnik znowu zerknął na niego i powtórzył głucho:
-Przejazdem... Niech i tak będzie. Tak czy inaczej, muszę zapytać.
Amir podał mu więc swój wiek, a później i datę urodzenia. Nie powiedział dokładnie skąd pochodzi, a zmyślił jakąś miejscowość, ale i tak zauważył, że urzędnik zanotował tylko: „pochodzący z zewnątrz”. Pytał go jeszcze o kilka spraw, o ewentualne zajęcia, o to, czy jest żonaty, by ostatecznie powiedzieć, że wiele jest tutaj urodziwych kobiet i by zaczął się rozglądać. Amir powtórzył więc raz jeszcze, że nie zamierza zostać tutaj długo.
-Wierz mi, panie, że kto pojawi się tu raz, nie ma ochoty odjeżdżać- odpowiedział urzędnik z serdecznym uśmiechem. Skończywszy przepytywać mężczyznę, zwrócił się do Nadima- Pańska godność...? Proszę zdjąć kaptur. Muszę widzieć pańską twarz.
Nadim zawahał się wyraźnie. Spojrzał na swojego towarzysza, jakby szukając odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście powinien to zrobić, ale Amir nie bardzo widział inne wyjście. Skinął powoli głową. Potomek wilków zdjął kaptur.
Urzędnik wyprostował się nieco gwałtownie. Przez pierwszą chwilę miał dość specyficzny wyraz twarzy, ale zaraz, jakby przyłapawszy się na tym, rzekł:
-Pan jest potomkiem wilków.
-Tak- potwierdził Nadim, po czym dodał- Ale nie mam żadnych złych zamiarów. Nie jestem jednym z tych, którzy wcześniej tutaj byli.
-To rzecz jasna...- stwierdził urzędnik. Przyglądał się potomkowi wilków jeszcze chwilę, po czym uśmiechnął się znowu, odkładając pióro na bok- Chciałbym, by przyszedł pan jutro do ratusza. To duży budynek, prawie w centrum miasta. Jestem pewien, że nasi obywatele wskażą panu drogę... Przed południem, bardzo proszę. Byłbym bardzo rad, gdybym mógł dowiedzieć się o panu więcej, poznać pańskie zwyczaje, bo dawno już nie gościliśmy tu kogoś podobnego... A zdaje mi się, że jest to temat do dłuższej rozmowy, na którą absolutnie nie mam teraz czasu...
-O-Oczywiście...- wyjąkał Nadim, który chyba spodziewał się ostrej reakcji.
-Tymczasem wolałbym, żebyście panowie zatrzymali się w tym samym miejscu. O ile to nie problem.
-Żaden.
-Doskonale.
Wyszli z karocy.
-Jeszcze jedno...- zaczął urzędnik, spoglądając na Amira z uwagą- Musi pan oddać broń. U nas w mieście nie wolno jej posiadać.
-Oddać broń...?- powtórzył Amir, marszcząc brwi, po czym parsknął cicho- Obawiam się, że nie ma takiej możliwości.- stojący przy karocy strażnik poruszył się niespokojnie i łypnął na nich wrogo- Zresztą mówiłem już, że jesteśmy tu przejazdem.
-Niech i tak będzie...- zgodził się po chwili urzędnik, skinąwszy głową- Pomówimy o tym przy innej okazji. Choć może nam się pan jakoś przydać... Proszę jednak wiedzieć, że u nas nic panu nie grozi, nie znajdzie tu pan ani złodziei, ani morderców, można więc żyć w absolutnym spokoju.
Później urzędnik pożegnał ich ciepło, a następnie zwrócił się do jednego ze strażników, prosząc, by doprowadził „nowych obywateli” do ich domu. Amir raz jeszcze usiłował powiedzieć, że nie ma takiej potrzeby i zatrzymają się raczej w gospodzie, ale nikt nie pytał go o zdanie, co wcale mu się nie podobało. Do karocy weszła para młodych ludzi, a oni zostali poprowadzeni najpierw jedną ulicą, później kolejną, po drodze wskazano im jeszcze ratusz, i skręcili znów, i znowu, aż wreszcie burkliwy strażnik oświadczył, że są na miejscu. Wprowadził ich do jednego z kamiennych domów, rozmiarów może nie imponujących, ale całkiem sporych. Nim weszli do środka, Amir widział jeszcze, że kawałek dalej, trwa budowa kolejnego, podobnego do tego i wszystkich na tej ulicy, nie różniących się od siebie właściwie niczym. Strażnik przybił do drzwi wzięty wcześniej pergamin.
-Po co to...?- zapytał Amir ze zmarszczonymi brwiami.
-Tu będzie lista mieszkańców.- odmruknął tamten- Ktoś przyjdzie niedługo.
Po kilku pytaniach, udało się wreszcie wyciągnąć ze strażnika, że tym „kimś” będzie jeden z urzędników, który wyjaśni wszystko, co wyjaśnić trzeba. Powiedział im też, by zgłosili się do ratusza, ale najwcześniej pojutrze, bo jutro wszyscy zajęci będą „bardziej naglącymi” sprawami. I że w ratuszu dostaną prawdopodobnie potwierdzenie, że należy im się jakaś ilość żywności i z tym potwierdzeniem udadzą się do jednego z magazynów. Amir powtórzył po raz któryś z kolei, że nie zamierzają zostać tu dłużej.
-Z tym to nie do mnie, tylko do urzędnika- odpowiedział strażnik- Trzeba potwierdzenia, że można opuścić miasto.
Amir aż parsknął z niedowierzaniem.
-A bez potwierdzenia...?
-Bez potwierdzenia nie da rady.
Na próżno mężczyzna usiłował tłumaczyć, że przybyli tu raptem na kilka dni i nie zamierzają żyć dłużej w tym „raju”, bo sami są zajęci „bardziej naglącymi sprawami”. Strażnik tylko powtarzał, że to nie jego sprawa i trzeba się zgłosić do ratusza. Uprzedził ich jeszcze, że gdy zapadnie zmrok, nikt nie może się wałęsać ulicami, chyba, że ma specjalne potwierdzenie, że mu wolno. Po takie potwierdzenie także trzeba było, rzecz jasna, zgłosić się do ratusza. Bo jeśli ktoś bez pozwolenia włóczy się po mieście tak późną porą, może zostać schwytany i odpowiednio ukarany, bez pytania o cel i motywację. W końcu strażnik uciął wszelkie kolejne pytania i stwierdził, że ma ważniejsze rzeczy do roboty i że jak ktoś „odpowiedniejszy” do nich przyjdzie, to wszystko im wyjaśni, a następnie wyszedł.
-Niech to szlag...- zaklął z irytacją Amir, rozglądając się po ścianach, jakby te były jego pułapką.
Nadim, odkąd przybyli na miejsce, nie powiedział ani słowa. Rozejrzał się z wolna po pomieszczeniu, a następnie przeszedł do kolejnego, nieco mniejszego. Nie podzielając najwyraźniej obaw i trosk towarzysza, zajął się oglądaniem domu, bo zwiedził kolejno wszystkie pokoje, łącznie z tymi na piętrze. Amir, zajęty zastanawianiem się nad tym, w jakie kłopoty wpadli się tym razem, nie zwracał na to uwagi. Cóż to za przeklęte miejsce! Już tamto miasto wydało mu się szalonym, a cóż dopiero to! Urzędnicy! Wszędzie urzędnicy! Wszędzie zakazy! Z jednego więzienia uciekli wprost do drugiego. I to jeszcze gorszego, bo o ile wyminięcie straży wydaje się być zadaniem karkołomnym, to przekonanie urzędnika do swoich racji – absolutnie niemożliwym.
-Jest tylko łóżko.- powiedział Nadim, schodząc ze schodów- Na górze- dodał, widząc pytające spojrzenie towarzysza- I stół, obok.
Amir westchnął ciężko, ze zniecierpliwieniem. Co go to obchodziło?
Potomek wilków wszedł na drugi stopień, widać zamierzając powrócić na piętro.
-Czy to normalne?- zapytał.- U was też takie domy dostaje się za nic?
-A czy to ma teraz jakiekolwiek znaczenie?- mruknął niechętnie mężczyzna. Jego kompan wzruszył ramionami. Amira zaniepokoił nieodgadniony wyraz jego twarzy i zmusił się do spokojniejszej odpowiedzi- Nie. Nie do końca przynajmniej. W mieście są pobudowane domy i tam to różnie wygląda, ale ziemię trzeba najczęściej wykupić, to, co się tam zbuduje, to już niczyja sprawa. Najlepiej wkupić od króla, bo wtedy odprowadza się tylko podatki jemu, co nie jest zbyt uciążliwe, ale nie sądzę, by wielu chłopów było na to stać. Przynajmniej do niedawna, bo Ludwik wprowadził trochę inny system, pozwalając na to, by w postaci wyższych podatków albo późniejszej spłaty, rozkładanej na lata, zwracano skarbcowi należną sumę. Rzecz jasna wywołało to protest arystokracji, bo tylko arystokratów dotąd było na to stać. I oni nie odsprzedawali ziemi, a oddawali ją w użytkowanie. A więc chłopska rodzina, prócz płacenia skarbcowi, świątyniom, musiała jeszcze odpowiednią ilość plonów przeznaczać dla swoich „dobrodziejów”.
Nadim wpatrywał się w niego tak, jakby nie miał pojęcia, o czym ten mówi. Amir tylko machnął dłonią, dając mu do zrozumienia, że nie ma ochoty tego dłużej tłumaczyć.
-Mówiłeś, że w każdym społeczeństwie, nawet najbardziej równym, wykształci się w końcu arystokracja i kapłani.- odezwał się znowu potomek wilków- A tutaj tego nie ma.
-Moim zdaniem ci urzędnicy to arystokraci, tylko zwani trochę inaczej, a kapłanów nie ma... Cóż, bo nie może ich być. Zresztą, o czym my właściwie rozmawiamy?- zirytował się mężczyzna- Naprawdę, mamy o wiele większe zmartwienia na głowie. Trzeba pomyśleć o tym, jak się stąd wydostać.
Nadim spojrzał na niego i bez słowa, ruszył na górę. Mężczyzna znów westchnął, tym razem dochodząc do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumie swojego ogoniastego kompana. A, że miał ważniejsze sprawy na głowie, nie zamierzał nawet próbować.
Amir nie był pewnym, jak to wszystko wygląda, nie był też pewnym, jak funkcjonują ci ludzie, o co można by ich spytać, a o co niekoniecznie. I na zastanawianiu się nad takimi sprawami, zleciało mu całkiem sporo czasu, aż wreszcie zaczęło się ściemniać. Dopiero wtedy poszedł na górę. Nadim siedział na skraju łóżka. Podniósł głowę, gdy jego towarzysz wszedł do pomieszczenia. Wydawał się być mocno zamyślony.
-Zejdź.- poprosił spokojnie mężczyzna, a gdy jego kompan podniósł się z miejsca, zdjął z drewnianego, szerokiego łoża, bardzo liche nakrycie i wytrzepał je z kurzu.
W rogu łóżka sporej wielkości pająk już zdążył zbudować sobie piękną sieć. Spłoszył się niepotrzebnie, gdy Amir zakrywał drewniane deski i czmychnął szybko po podłodze, chociaż mężczyzna wcale nie zamierzał robić mu krzywdy. Bądź co bądź, ten dom był już z pewnością bardziej jego, niż ich. Położyli się obaj, wyjątkowo bez zbędnego gadania. Było twardo i nieprzyjemnie. Nadim okrył Amira kocem, samemu zakrywając się niedbale płaszczem.
-Dobranoc- rzucił w końcu mężczyzna, bo ta niecodzienna cisza zaczęła mu nagle okropnie przeszkadzać.
-Zauważyłeś, że nikt nie reagował na mnie wrogo...?- zapytał Nadim.
Amir spojrzał na niego ze zdumieniem. Nie, nie zauważył. Bo i nie przyglądał się zbytnio, zajęty rozmową ze strażnikiem i próbami odnalezienia się w sytuacji. Nie patrzył wcale na mijających ich ludzi, stąd nawet nie był w stanie określić, w jaki sposób ci patrzyli na potomka wilków, jaki był wyraz ich twarzy. Ale rzeczywiście, gdyby ktoś rzucił jakąś obelgą, czy nawet głośniejszym komentarzem, usłyszałby to.
-Może dlatego, że szliśmy ze strażnikiem.- wysnuł w końcu przypuszczenie.
-Może...- szepnął potomek wilków.
Widać bardzo dręczyła go ta sprawa.
-Czy to normalne?- zapytał Amira już po raz drugi tego dnia- Że zabija się tak wielu ludzi, żeby zyskać władzę?
Mężczyzna miał ochotę odpowiedzieć z drwiną, że potomek wilków sam powinien wiedzieć najlepiej, skoro nazywał ich okrutnikami na każdym kroku. Powstrzymał się jednak i odrzekł:
-Tak to bywa z przewrotami. Raz są mniej, raz bardziej brutalne i gwałtowne, ale tak czy inaczej, ktoś musi na tym ucierpieć, stracić. Najczęściej, rzecz jasna, tracą ci, których strąca się z tronu. I tracą znacznie więcej niż tylko koronę...- dodał znacząco.- Ale nie mnie to oceniać. Może są potrzebne. Może muszą nastąpić, by cokolwiek się zmieniło. Na lepsze lub gorsze, byleby się zmieniło.
-To okropne...- stwierdził Nadim, wywołując pełen politowania uśmiech na twarzy towarzysza, który już domyślał się, czego będą dotyczyć jego kolejne słowa- Że ludzie najpierw czczą królów, a później tych, którzy ich zamordowali.
-Ludzie czczą najczęściej tych, których czcić muszą. A poza tym, to nie my czcimy tyranów i oprawców jako bohaterów...
-Myślałem o tym ostatnio.
Amir spojrzał na twarz potomka wilków, zdziwiony. Nie do końca takiej odpowiedzi się spodziewał.
-O Fortisie- dodał Nadim- I o tym, co mówiłeś na jego temat.
-I...?
-I sądzę, że nie masz racji.- och, taka odpowiedź była już absolutnie w stylu Nadima!- Ja też czasem się wahałem, myśląc o tym, co uczynił, ale miałem świadomość tego, że nie miał wyboru.
-Zawsze jest wybór.
-Nie zawsze. A przynajmniej nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Fortis zrobił wiele rzeczy, które można by śmiało nazwać okrucieństwem i dopuścił się czynów, których ja nigdy bym się nie dopuścił, w imię czegokolwiek, mam nadzieję... Ale chciał tylko dobra.
-Och, nigdy w to nie wątpiłem...- zironizował Amir.- Jasne, że chciał dobra. Swojego własnego. A to całkiem naturalne i pod tym względem wcale nie różnicie się od ludzi... Możecie szermować tymi wszystkimi hasłami, bredzić o bogu, o naturze, o dobru i złu, cóż z tego, skoro ostatecznie, mając do wyboru swoje dobro, albo dobro całego świata i tak wybierzecie to pierwsze.
-To nieprawda.
-To akurat jedna z niewielu prawd, która obowiązuje zawsze i w każdym przypadku.
-Kiedy rozmawiałem o tym z Canisem, powiedział mi, że Fortis był dobry.- powiedział Nadim w taki sposób, jakby to był koronny argument dyskusji- I że nie chciał niczyjej krzywdy. Chciał za to dobra dla tych, których wcześniej chronił. Ale oni okazali się niewdzięczni i podli. A Fortis czynił tylko to, co zdawało mu się wtedy słusznym. Chciał uczynić świat lepszym.
-Bez urazy, ale wątpię, by Canis miał jakiekolwiek pojęcie o motywacji potomka wilków żyjącego setki lat temu...- zauważył Amir, unosząc brew w pobłażliwym geście.- Może i jest stary, ale na pewno nie tak stary, by to pamiętać.
-Żaden z nas nie żył w tamtych czasach i właśnie dlatego nikt nie może tego ocenić. Bo nie wiemy, jak to naprawdę było.- usiłował przekonać go Nadim- Nie bez powodu jednak, tak wielu ludzi uznawało go za bohatera. Nie bez powodu, tak wielu było gotowych dla niego zginąć. Od początku to właśnie próbuję ci powiedzieć. Nie możemy patrzeć na niego przez pryzmat naszej moralności i naszego postępowania, bo nie będziemy w stanie tego zrozumieć. Nigdy.
-Och, szkoda, że nie macie żadnego problemy z patrzeniem przez pryzmat waszej moralności i postępowania, kiedy spoglądacie na ludzi...- prychnął z poirytowaniem Amir, po raz kolejny przyłapując potomka wilków na niebywałej wprost hipokryzji.- Ale i tak uważam, że się mylisz. Możemy go oceniać. Co więcej, musimy to robić, by ktoś taki nigdy więcej już się nie pojawił i by coś takiego ponownie się nie zdarzyło. Ludwik mówi, że historia jest od tego, by uczyć się wyciągać wnioski z doświadczeń poprzedników, zamiast odczuwać skutki nierozsądnych działań na własnej skórze. A niestety, jakby na to nie spoglądać, wasz bohater wydaje się strasznie mało bohaterski... Pomijając już jego niezbyt moralny sposób dojścia do władzy i wspomaganie się siłami nieczystymi, czynił rzeczy potworne. I to nie nam, ludziom, co rzeczywiście mogłoby umknąć waszej skoncentrowanej na samych sobie uwadze. Tylko wam. Oczywiście, że jego poddani byli niewdzięczni- dodał, widząc, że Nadim otwiera usta, by coś powiedzieć- Ludzie są niewdzięczni. Nie tylko ludzie, jak widać. Są tacy z natury i nie da się już tego zmienić. Im więcej mają, tym więcej będą żądać i tym większe będzie ich niezadowolenie, jeśli tego nie otrzymają. Ale gdyby mój wuj, odrzucił na bok swój rozsądek i spokój, i zdecydował się ukarać tych, którzy nie zgadzają się z jego wolą albo śmią protestować, nazwałbyś to bez wahania potwornością. Ale żyjący kilkaset lat wcześniej potomek wilków, który wyżynał swoich bez mrugnięcia okiem, jest już dobrym władcą, który chciał jedynie wszystkiego, co najlepsze dla swoich obywateli. Jak możesz nie dostrzegać tego, jak bardzo się mylisz...?
Nadim odpowiedział w sposób mało zrozumiały, że o tym, kto się myli, dowiedzieć się można dopiero na końcu każdej historii. Rozmawiali jeszcze chwilę, po czym życzyli sobie dobrej nocy, odwracając do siebie plecami i położyli spać. Obaj chyba mieli świadomość, że choć podróż zbliżyła ich wyjątkowo i sprawiła, że dwie przeciwności zdawały się być nagle nierozerwalna jednością, mur pomiędzy nimi, zbudowany na światopoglądzie, wierze, przekonaniach i moralności, nie zdołał się nawet naruszyć. Nadim nie potrafił wziąć pod uwagę tego, że może się mylić do do oceny Fortisa, a Amir nie był w stanie zrozumieć, jak ten może nie widzieć czegoś tak oczywistego. W końcu, po długim zastanawianiu się nad słowami współtowarzysza, obaj zasnęli.
Później Amir zbudził się w nocy. Na powrót okrył Nadima płaszczem, który ten zdążył już z siebie zrzucić i przez chwilę spoglądał na jego twarz. Uśmiechnął się lekko, po czym znowu odwrócił się w drugą stronę. Długo nie mógł zmrużyć oka, a gdy wreszcie mu się udało, zdawało mu się, że obudził się dosłownie po chwili. Ale gdy uchylił powieki, zaraz przymknął je ponownie, bo dotarły do niego promienie słońca. Zwlekł się z łóżka, ziewając szeroko i zszedł na dół. Jego towarzysz najwyraźniej wstał wcześniej. Amir znalazł go w niewielkim pomieszczeniu, na parterze, w którym znajdował się mały stolik i podstawione do niego, skrzypiące jak diabli krzesła. Na jednym z tych krzeseł właśnie, Nadim odchylał się do tyłu, prezentując zaskakująco wprost dobry nastrój i podarowanym od Amira nożem, ucinał kolejne kawałki jabłka, które chwilę później zajadał z apetytem.
-Kupiłem ci ten sztylet do nieco ambitniejszych celów...- zauważył z politowaniem Amir, siadając naprzeciw niego.
-Dobry sztylet przydaje się do wszystkiego- odpowiedział Nadim z szerokim uśmiechem i podał towarzyszowi połowę jabłka- Dostałem.- dodał, widząc jego pytające spojrzenie- Od sąsiadów.
-Od sąsiadów...?- powtórzył głucho Amir.
-Tak. Bardzo mili ludzie.
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami i zjadł jabłko. Nadim również skończył. Wstał i uśmiechając się, powiedział:
-Pójdę już do tego ratusza.
-Przy okazji powiedz im jasno i dobitnie, że nie zostaniemy tutaj długo- mruknął Amir.- Co za kretyni, słowo daję... A może pójdę z tobą?
-Może lepiej nie- zaśmiał się potomek wilków- Jak na przyszłego monarchę, zupełnie nie masz podejścia do ludzi.
Amir posłał mu mordercze spojrzenie.
-Ale dobrze się na nich znam- stwierdził.
Odprowadził Nadima kawałek, po czym się pożegnali. Po drodze minęli sąsiadujący z nimi dom, a sprzątająca w ogrodzie kobieta, uśmiechnęła się do nich serdecznie i powitała ich. Potomek wilków raz jeszcze stwierdził, że to bardzo mili ludzie. I że to miejsce chyba rzeczywiście jest rajem, bo rzadko się takich spotyka. A że Amir do rajów, jak i do całej reszty, podejście miał sceptyczne, postanowił skorzystać z uprzejmości kobiety i gdy pożegnał już towarzysza, stanął przed ogrodzeniem jej domostwa.
-Dzień dobry...- przywitał się z nią po raz pierwszy, bo gdy mijali ją na początku, nie odpowiedział jej ani słowem.
-Dzień dobry- odpowiedziała, prostując się i spoglądając na niego. Nim zdążył o cokolwiek zapytać, powiedziała- Pomożemy wam we wszystkim. Mamy zapasy, więc się dziś podzielimy. A jutro wskażemy wam ratusz. Urzędnicy na pewno wkrótce się pojawią.
Rzeczywiście, była to wyjątkowa wprost serdeczność z ich strony i przez chwilę Amir był tym mocno zdziwiony.
-Ach... Tak...- bąknął, cokolwiek zdezorientowany- Chciałem zapytać o kilka spraw, jeśli pani pozwoli.
-Oczywiście- zgodziła się, spoglądając na niego z wyczekiwaniem. Ale znowu, nim zaczął, spytała- Pański towarzysz jest potomkiem wilków, tak...?
-Tak- potwierdził Amir, dostrzegając, że bardzo ją to ciekawiło- Ale teraz jest w ratuszu. Może zresztą przyjdę z nim, kiedy wróci...- dodał, wycofując się i przyznając w duchu Nadimowi rację, że on prezentował się w relacjach z ludźmi (a szczególnie z kobietami) znacznie lepiej.
Dziwny grymas wstąpił na jej twarz.
-Ale...- zaczęła, ale po chwili umilkła i uśmiechnęła się jakoś nerwowo.
-O co chodzi?- dopytał Amir.
-Ale przecież on już nie wróci.
Amir spoglądał na nią bez zrozumienia.
-Jak to „już nie wróci”?- powtórzył, nie mając pojęcia, o co chodzi.
Przełknęła nerwowo ślinę. Spojrzała w stronę swojego domu, jakby chciała do niego uciec, zamiast odpowiedzieć. Po chwili wahania powiedziała:
-Jeśli kazali mu przyjść dzisiaj to... Dziś jest bardzo szczególny dzień. Sądziłam, że wszyscy już wiedzą...
-O czym pani mówi?- ponaglił ją Amir, zniecierpliwiony.
-To w imię sprawiedliwości. Ci, którzy są nieprzydatni, nie mogą tutaj żyć i zajmować innym przestrzeni. Tak trzeba czynić- stwierdziła głosem tak nieobecnym, jakby wyuczyła się tych słów na pamięć, a sama nie rozumiała nawet ich sensu- Oni... Jak widać, oni są tutaj niepotrzebni. Może to i lepiej.
Amir skamieniał. Niewidzialna dłoń zacisnęła się na jego gardle, przez chwilę uniemożliwiając mu powiedzenie czegokolwiek, choć zdawało mu się, że musiał wszystko źle zrozumieć.
-Chce pani powiedzieć, że oni go zabiją...?- zapytał, parsknąwszy z niedowierzania- Że zabijają tam ludzi...? Przecież chyba nikt by się tutaj na to nie zgodził...
Ale jej milczenie, jej wzrok, stanowiły lepszą odpowiedź, niż jakiekolwiek słowa. Cofnął się o kilka kroków, odetchnął płytko, mając wrażenie, że to wszystko jakiś okrutny żart. Podniósł głowę. Słońce górowało już na niebie. Raz jeszcze spojrzał na kobietę, po czym ruszył biegiem w kierunku, z którego dzień wcześniej przybyli na miejsce. Usłyszał jeszcze, jak ta wołała coś za nim, ale nie potrafił zrozumieć ani słowa. Pośród stąpającego wolno, bez energii tłumu, przyciągał uwagę i budził zdumienie. Odsuwano się, ustępowano mu drogi, a on gnał przed siebie, z rosnącą paniką w sercu, obserwując wszystkich dookoła, licząc na to, że zobaczy gdzieś potomka wilków. Dotarł do ratusza. Minął przednie straże, które zerknęły na niego, ale nie zatrzymały. Wpadł do środka.
W okrągłej sali, przy biurku, siedział ubrany w charakterystyczny, niebieski strój urzędnik, inny niż ten, z którym rozmawiał dnia wczorajszego. Gdy mężczyzna wpadł do środka, podniósł na niego wzrok, później zmarszczył brwi i zerknął na leżący przed nim pergamin.
-Pańska godność...?- zapytał i zaraz raz jeszcze spojrzał na zapiski, po czym powiedział- Pan jest chyba za młody...
Amir oparł się dłońmi o biurko, z trudem łapiąc powietrze.
-Zaszło pewne... Zaszło pewne nieporozumienie...- zaczął, drżącym głosem.
-Nieporozumienie?- powtórzył urzędnik, kręcąc głową- Dziś nie jest dzień od nieporozumień. Załatwimy to ju...
Amir uderzył w blat dłońmi z taką siłą, że krępy człowiek aż podskoczył na siedzeniu i spojrzał na niego przerażony.
-Co pan wyrabia?!- rzucił z oburzeniem.
-Kazali tu dziś przyjść mojemu towarzyszowi. Na rozmowę. Przyjechaliśmy dopiero wczoraj... To jakaś pomyłka... Jesteśmy tu tylko przejazdem... To jest pomyłka...
-Drogi panie, tu jest sprawna administracja, tu pomyłek nie ma!- odparł urzędnik, energicznie stukając palcem w pergamin- Dziś jestem zajęty bardziej naglącymi sprawami, proszę nie zawracać mi głowy bez potrzeby...
-Zabijacie ludzi...?- to wydało mu się tak nieprawdopodobnym, że spytał o to raz jeszcze, w głębi serca mając nadzieję, że usłyszy inną odpowiedź- Jak możecie zabijać ludzi...?
Urzędnik poruszył się cokolwiek niespokojnie i zerknął w kierunku drzwi wejściowych, jakby zamierzał zawołać władze. Amir jednak zareagował szybciej. W sekundę wyjął miecz i zaraz jego ostrze wylądowało tuż przy krtani człowieka, który zająknął się i skamieniał, spoglądając na niego z przerażeniem.
-Gdzie on jest...?- zapytał Amir. Urzędnik odetchnął płytko- Nie będę powtarzał tego pytania po raz kolejny!
-T-Trzeba iść na górę... Na samą górę, schodami... Spokojnie, jestem pewien, że da się to załatwić bez przemocy...- rzekł, sięgając niezbyt dyskretnie pod blat biurka.
Wyjął sztylet, ale nie miał sposobności go użyć. Amir przygwoździł mocno jego dłoń do blatu, słysząc głuchy pisk protestu. I był to ostatni dźwięk, jaki wydał z siebie urzędnik, nim został uderzony rękojeścią miecza i osunął się, nieprzytomny, na podłogę. To, co Amir uczynił później, choć nosiło znamiona rozsądnego działania, w rzeczywistości było zupełnie pozbawione rozsądku, nigdy bowiem, nie czuł się równie mocno, jak w tej chwili, zdenerwowany i przerażony. Nie miał żadnego planu, żadnego pomysłu, niczego. Błądził na oślep wśród własnych przypuszczeń i obaw, nie wiedząc jeszcze, z czym dokładnie przyjdzie mu się zmierzyć, Zdjął z nieprzytomnego człowieka charakterystyczną, niebieską kamizelkę, naciągnął ją na siebie z trudem, nie zapinając jej, a urzędnika upchnął w wolnej przestrzeni pod biurkiem. Ruszył z pośpiechem na górę, nie zastanawiając się nawet nad konsekwencjami swoich poczynań.
Zabijali tu ludzi...? Nie, to niemożliwe, to zupełnie abstrakcyjne, nieprawdopodobne! Przecież takie rzeczy się nie zdarzają! Nikt nie czyni tego tak oficjalnie, otwarcie, wręcz ze stoickim spokojem, nikt nie może godzić się na to, by dobrowolnie tutaj przychodzić! Nikt! Żaden człowiek i żadna ludność nie byłaby przecież w stanie biernie spoglądać na tak okrutne prawa. Kto by chciał mieszkać w takim miejscu, choćby rzeczywiście było ono rajem...?
Wbiegł w końcu na najwyższe piętro, zderzając się na szczycie z rosłym mężczyzną.
-Uważaj sobie- warknął strażnik, mierząc go pełnym niechęci spojrzeniem i ruszył na dół.
Amir nie zareagował. Szedł przed siebie, rozglądając się chaotycznie za jakimś przejściem, pomieszczeniem, czymkolwiek. Wreszcie dostrzegł drzwi. Chwycił za klamkę i szarpnął za nią mocno, ale te ani drgnęły.
-Ej, ty...- usłyszał czyjś głos i odwrócił się odruchowo. Kolejny strażnik stał kilka kroków dalej i przyglądał mu się z uwagą- Nowy...?- dopytał po chwili, marszcząc brwi, ale nim mężczyzna zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dodał natychmiast- To ciebie nam przysłali, co...? Chodź- szarpnął go mocno za ramię, ciągnąc za sobą- Pewnie nie tak sobie wyobrażałeś urzędowanie...- zarechotał po drodze- Ale prawda jest taka, że nieprędko cię gdziekolwiek dopuszczą... A rąk do prawdziwej pracy brakuje... Każdy chciałby być urzędnikiem, ale strażnicy...?- zaśmiał się znowu- Tę robotę trzeba po prostu lubić...
Amir niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Nagle znalazł się w jakimś pokoju, okropnie zadymionym. Piekły go oczy i w pierwszej chwili nic nie był w stanie dostrzec. Dopiero gdy przyzwyczaił się i rozejrzał, zobaczył trzy ogromne, kamienne paleniska, wewnątrz których coś płonęło. W suficie, tuż nad nimi, zrobione były trzy otwory, którymi dym unosił się na zewnątrz. A obok... Stos ciał. Nawet dla Amira, wychowanego i lubującego się w opowieściach o wojnach, który nie raz już zdążył się przekonać, do jakiego okrucieństwa zdolny jest człowiek, wydały się one tak przerażające, że w pierwszej chwili zachwiał się i cofnął gwałtownie. Nie widział na nich śladów krwi, nie widział oznak brutalności, nie widział ran, nie widział zarysowanego jeszcze na twarzach cierpienia. Nic. Jakby spali. Ósemka martwych ludzi, rozebranych do naga i gotowych, by skończyć w płomieniach.
-Nowy- mruknął strażnik, który go przyprowadził do drugiego, który po chwili energicznie wrzucił jedne zwłoki do paleniska.
-Nie mają już co robić i wysyłają swoich...?- odparł z pobłażaniem tamten, po czym widząc minę Amira, zaśmiał się- Powinni tu wszyscy od czasu do czasu przychodzić i przypominać sobie, jak to jest, gdy pracuje się w takich warunkach... Chodź tu! Nie ociągaj się! Wyglądasz na silnego, nie powinieneś mieć problemu... Podnosisz ich na tym i wrzucasz... Widzisz...? Jednego po drugim, nie inaczej, bo będzie problem... Co z nim...?
Drugi wzruszył ramionami i wyszedł.
-Ej ty!- strażnik stanął przed nim, wspierając się dłońmi w pasie- Jeszcze nie jesteś tak wysoko, by tylko patrzeć, jak inni harują!
-Dlaczego to robicie?- jedyne pytanie, jakie Amir powtarzał sobie już od jakiegoś czasu, cały czas od nowa i od nowa, nie potrafiąc zupełnie znaleźć odpowiedzi. Zapomniał nagle o Nadimie, zapomniał o wszystkim, bo to, z czym się zetknął i na co spoglądał, wydało mu się tak irracjonalnym, że wciąż ledwie wierzył, że mogło mieć miejsce.
-Jak to dlaczego?- parsknął strażnik- Bo tak jest praktyczniej, co niby mamy robić z tyloma trupami...?
-Ale dlaczego ich zabijacie?
-Bo takie są rozkazy.
-Dlaczego...?- powtórzył głucho Amir, kręcąc głową. Jakieś okropne wyobrażenie zalęgło się w jego głowie i słyszał coś niby wrzaski wydobywające się z wnętrza palenisk, choć dobrze wiedział, że to zupełnie nieprawdopodobne.
-Mniej gadania więcej pracy- warknął z irytacją strażnik, wracając do ciał- Trzeba robić to, co do ciebie należy, póki masz siły. To jest sprawiedliwe. A później trzeba odejść, by zwolnić miejsce innym. Tak to musi wyglądać, nie inaczej. To, co robimy, to tylko jedno wielkie zwalnianie miejsc dla tych, którzy bardziej na nie zasługują. Albo pozbywanie się tych, którzy są całkowicie zbędni. Chorzy. Inni.
-Inni...- szepnął mężczyzna i w tym momencie stanęła mu przed oczyma twarz potomka wilków- Gdzie jest reszta?- rzucił gwałtownie. Strażnik zerknął na niego zaskoczony- Gdzie są pozostali?!- zapytał znów Amir, podchodząc do człowieka prędko.
-Jacy znów pozostali...?- tamten pokręcił głową- To przecież już wszyscy.
-Na pewno nie!- zaprotestował Amir- Szukam potomka wilków! Musi tu gdzieś być potomek wilków!
Strażnik zaśmiał się głośno.
-Chyba za dużo się nawdychałeś, chłopcze...
Amir chwycił go mocno za poły ubrania, przyciągając do siebie.
-Gdzie jest reszta?- wycedził przez zęby- Gdzie są ci, których jeszcze nie zdążyliście zabić...?
-Radzę ci się szybko uspokoić, młodziku...- warknął groźnie człowiek- I raz jeszcze powtarzam ci, że nie ma już nikogo. Przyszło dokładnie tylu, ilu przyjść miało. Dwudziestu siedmiu z dwudziestu siedmiu. Na dziś to już wszyscy.
Amir poczuł się tak, jakby coś rozrywało jego serce na strzępy. Puścił na chwilę strażnika i cofnął się, przyjmując do siebie jego słowa, które zdawały się być wyrokiem. Odetchnął płytko. Nie. Nie mógł w to uwierzyć. To zupełnie nieprawdopodobne, Nadim nie może być...
-Kłamiesz!- złapał na powrót strażnika. Ten szarpnął się i zaraz zamachnął na swojego napastnika, ale Amir uderzył go pierwszy i powalił na ziemię. Gotów był go w tym momencie zabić, byleby tylko dowiedzieć się prawdy. Jego prawdy. Tej prawdy, którą chciał usłyszeć- Mów prawdę, podły łgarzu, mów!- wrzeszczał. Odepchnął broń, po którą sięgnął mężczyzna i bił go mocno, bez zastanowienia- On musi tu gdzieś być! Gdzie on jest?! Co z nim zrobiliście?! Musi tu być! Słyszysz?! Musi tu być!
Twarz strażnika w mgnieniu oka zalała się krwią. Nawet, gdyby ten rzeczywiście chciał coś powiedzieć, nie byłby w stanie. Stracił przytomność i znieruchomiał, przez chwilę jeszcze znosząc ciosy Amira, aż ten wreszcie zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo bezsensowne i bezcelowe było jego działanie. Wyprostował się. Rozejrzał dookoła. Wyszedł. Zupełnie tak, jakby nie dochodziło do niego w jakim miejscu się znajdował i jak bardzo powinien być ostrożny. Niebieska kamizelka splamiona była krwią. Gdy zdał sobie z tego sprawę, zatrzymał się u szczytu schodów i zdjął ją z siebie z obrzydzeniem, jakby przez moment zdał sobie sprawę z tego, że stał się bliższy tym oprawcom niż kiedykolwiek zamierzał. Zszedł na dół. Dwóch strażników, zdało mu się, że jeden z tych, którzy stali na zewnątrz, a drugi, który doprowadził go do tamtego pomieszczenia, stali na parterze i kpili sobie z nieobecności urzędnika, tego samego, z którymi wcześniej miał do czynienia Amir, zupełnie nieświadomi, co naprawdę się wydarzyło.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi, gdy szedł wzdłuż pomieszczenia, a później g wychodził i przemierzał powolnym krokiem ulicę, oddalając się coraz bardziej od tego miejsca. I im dalej był, tym bardziej był świadomy, a im bardziej był świadomy, tym bardziej cierpiał. Wreszcie zatrzymał się bezradnie i oparł plecami o ścianę budynku, by osunąć się po niej i usiąść na ziemi. Zakrył twarz dłońmi. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Poczuł łzy pod powiekami. Nadal wydawało mu się to tak nieprawdopodobnym, a jednak... Nadim... Bogowie... Jak to... Jak to możliwe...? Dopiero co z nim przecież rozmawiał. Patrzył na niego, jeszcze tej samej nocy, kłócili się, zeszłego wieczora, był taki zdziwiony i taki szczęśliwy, że nikt nie wytykał go palcami. A teraz... Nie... Okropna myśl, okropna świadomość nieodwracalności tego, co się wydarzyło. Amir załkał głucho. Nie pomógł mu! A przecież mógł mu pomóc! Mógł pójść z nim! Mógł zareagować szybciej! Nigdy dotąd nie czuł podobnej rozpaczy i był to ból tak ogromny, że zdawało mu się, że serce rzeczywiście pęknie mu na pół i zginie. Lepiej byłoby mu zginąć razem z nim, niż dopuścić do tego, co się wydarzyło.
Odsunął dłonie od twarzy i podniósł wzrok, by zaraz znieruchomieć ze zdumienia. Wydawało mu się, że oszalał, zwariował do reszty z żalu, że to tylko jego wyobraźnia płata mu figle, usiłując zapalić w nim płomyk nadziei, że wszystko w porządku. Ale gdy złudzenie nie znikało wcale, a wprost przeciwnie, zbliżało się w jego kierunku, krokiem raźnym i niespiesznym, przestawał wierzyć we własne wątpliwości i podniósł się z miejsca, ruszając w jego stronę. Nadim. Cały i zdrowy. Mężczyzna zamrugał z niedowierzaniem, przyglądając mu się coraz bardziej uważnie i z każdą chwilą wmawiając sobie jeszcze silniej, że chyba postradał rozum. Ale gdy potomek wilków dostrzegł go i uśmiechnął się pogodnie, dokładnie tak, jak zawsze, a później stanął tuż przed nim i zapytał zdumiony: „Co ty tu robisz?”, Amir wreszcie uwierzył własnym oczom.
Odetchnął. Chwycił towarzysza w ramiona i uściskał go mocno, zaciskając powieki i czując pod nimi łzy wzruszenia.
-Jesteś...- szepnął, drżącym głosem, trzymając go w ramionach. Nadim poruszył się, nieco zdezorientowany- A więc jednak jesteś...
-No, trochę się spóźniłem...- potomek wilków nie rozumiał. Nie miał prawa rozumieć i nie miał prawa wiedzieć o tym, co się wydarzyło, bo nie widział tego samego i zapewne nigdy nie czuł czegoś podobnego- Miałem być wcześniej, ale dwoje dzieci bawiło się i jedno z nich ugrzęzło na drzewie, więc zostałem, by mu pomóc i straciłem zupełnie poczucie czasu...
Amir narzucił mu kaptur na głowę, ledwie słysząc, co ten mówi. Żył! Tylko to się teraz liczyło.
-Wracamy- szepnął krótko, ciągnąc go za sobą.
-Przecież muszę iść do ratusza- powiedział Nadim, spoglądając na niego bez zrozumienia.
-Nie- odparł stanowczo Amir- Nie możesz. Musimy iść. Później ci wyjaśnię... Musimy iść.
-Ale przecież obiecałem, że przyjdę...
-Nadim...
-Nie świadczyłoby o mnie najlepiej, gdybym tak po prostu odszedł... Jestem zresztą pewien, że nie zajmie to długo i...
-Posłuchaj mnie!- krzyknął Amir, chwytając go za ramiona. Potomek wilków wbił w niego pytające spojrzenie- Nie możesz tam pójść. Oni chcą cię zabić. Rozumiesz...? Kazali ci tam przyjść, żeby cię zabić...
Nadim otworzył usta i poruszył nimi bezgłośnie, wyraźnie oszołomiony. Amir ruszył do przodu, chcąc, by towarzysz poszedł za nim, ale ten stał nieruchomo i zaraz wbił w niego zdziwione spojrzenie i pokręcił głową.
-Jak to...?- zapytał, jakby nie mógł w to uwierzyć- Przecież kazali mi przyjść, żebym z nimi porozmawiał... Dlaczego mieliby chcieć mnie zabić...? Nie zrobiłem zupełnie nic złego...
Amir westchnął ze zniecierpliwieniem.
-Oni zabijają tutaj ludzi. Nie dlatego, że zrobili coś złego. Ciebie też nie chcieli zabić z tego powodu. Chodź. Musimy wracać. Musimy uciekać... Jesteś... Najważniejsze, że jesteś...
Wracali do miejsca, w którym nocowali, w pośpiechu. Amir był zlękniony. Wcale nie zdecydowałby się wrócić, gdyby nie fakt, że zostawili tam wszystkie rzeczy. Żaden z nich nie przypuszczał, że raj mógł tak szybko okazać się piekłem. Nadim nadal nie rozumiał, co się działo. W ciągu drogi dopytywał Amira kilkukrotnie o to samo, słyszał urywkowe, niecierpliwe odpowiedzi towarzysza, ale jakby wykraczało to poza granice jego wyobraźni. Amir nie mógł się temu dziwić. On sam ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół nich działo, wszystko zdawało się przypominać raczej koszmarny sen niż rzeczywistość.
-Weź tylko broń, resztkę pieniędzy i trochę jedzenia, nic więcej- mruknął półgłosem mężczyzna, gdy potomek wilków wchodził na górę.
Zatrzymał się jednak w połowie schodów i spojrzał na kompana z uwagą.
-Jesteś pewien... Jesteś pewien, że...?- umilkł w połowie zdania, jakby nie mógł go dokończyć.
-Byłem w środku, widziałem, co oni robią. Zabijają ludzi. Nie wiem w jaki sposób. Palą ich ciała. Widziałem ciała... Weź tylko broń i resztkę jedzenia...- powtórzył znów chaotycznie, przecierając czoło dłonią.
Starał się zachować zdrowy rozsądek, ale przerażenie znowu wzięło w górę, gdy odchodzili, a mieszkająca obok kobieta, wyjrzała za nimi zza ogrodzenia, przyglądając im się ze zdumieniem i uwagą. Amir czuł się tak, jakby wszyscy wokół znali jego twarz i gotowi byli go rozpoznać w każdej chwili. Póki jednak trwał dzień, snuli się ulicami, starając się nie budzić niczyich podejrzeń i nie stała im się żadna krzywda. Dopiero gdy zapadł zmrok, ulice opustoszały gwałtownie i pozostali jedynie strażnicy. Przeżyli już podobną noc w mieście, w którym znaleźli się poprzednio, ale sytuacja była nie do porównania. Ukrywanie się, by uniknąć kłopotów, a ukrywanie się, by uniknąć śmierci, jest zupełnie inne. W tym drugim mniej jest rozsądku i mniej zastanowienia nad tym, co czynić, a więcej chaotycznego miotania się, przerażenia i serca bijącego tak głośno, że zdaje się być ono zdrajcą. Wszędzie kroki. Ciężkie kroki odbijały się echem i trudno było stwierdzić, z której strony ktoś nadchodzi. Nie mogli się w żadnym miejscu zatrzymać na dłużej, bo wydawało im się, że zostaną tam zaraz odnalezieni i schwytani. Tak, więc przemykali się ciemnymi ulicami cicho, ledwie słyszalnie, jak myszy, obawiając się wciąż tego samego zagrożenia, które nadal zdawało się tak bardzo abstrakcyjne. W pewnym momencie znaleźli się zbyt blisko. Przebiegali akurat ulicą, gdy usłyszeli dochodzące z bliska śmiechy i odgłosy rozmowy. Spłoszyli się. Czmychnęli za budynek.
-Słyszałeś coś...?- dotarł do nich głos jednego ze strażników i zaraz ciężkie, szybkie kroki zbliżyły się do nich.
Amir szarpnął towarzysza za ramię i skrył się razem z nim za drewnianą skrzynią. Poczuł, że na coś nadepnął i zaraz rozległ się głośny pisk, a chwilę później, przerażone zwierzę wybiegło prosto w kierunku strażników.
-To tylko kot...- mruknął jeden z nich.
-W tym mieście tylko koty mają tyle odwagi, by włóczyć się o tej porze- odparł drugi i odeszli.
Siedzieli w tym miejscu kilkanaście minut, ale hałas w bocznej uliczce ich spłoszył i ruszyli dalej. I bogowie wiedzą, jak długo jeszcze kryliby się i uciekali, gdyby nie dostrzegli pewnego chłopaka. Stał kilka metrów dalej, tuż przed nimi i było jasne, że spogląda na nich Obaj zatrzymali się gwałtownie, nie wiedząc, co robić. Jasnym było, że nie jest to strażnik. Wreszcie ten machnął ręką w ich kierunku, jakby chciał dać mu do zrozumienia, by poszli za nim. Nie bardzo widząc lepsze wyjście, to też, po chwili wahania, uczynili. Młodzik poprowadził ich wąską dróżką za jakiś budynek, po czym klęknął na chodniku. Spojrzał na nich, jakby dopiero teraz postanowił przyjrzeć się uważnie, po czym skinął głową, jakby wyrażał na coś zgodę. Chwycił za brzegi nieco poluzowanej, dużej płyty chodnikowej i uniósł ją z trudem, ocierając sobie przy tym dłonie.
-Chodźcie, chodźcie...- szepnął do przybyszy, wskazując im dziurę.
Nadim i Amir spojrzeli po sobie. Nie było jednak na co czekać, ani nad czym się zastanawiać i potomek wilków przecisnął się bez trudu przez otwór, a następnie zeskoczył na dół. Chwilę później, to samo uczynił jego towarzysz, a wreszcie i ten młodzieniec, zamykając za nimi drogę odwrotu.
-Dziękujemy...- odezwał się Nadim, ale chłopak przystawił sobie palec do ust i znowu wskazał im, by podążyli za nim.
Tak też uczynili. Był to najwyraźniej jakiś podziemny tunel. Szerokie stopnie prowadziły na dół, ale w tych ciemnościach, nieporównywalnych wcale do ciemności nocy, Amir w ogóle ich nie dostrzegał i w pewnym momencie potknął się, a z jego ust wyrwało się głośniejsze przekleństwo. Szli jakiś czas na dół, aż wreszcie młodzian przemówił:
-Tu już nas nikt nie usłyszy.
Z niewiadomej przyczyny, słowa te zabrzmiały Amirowi cokolwiek złowrogo, a że brak mu było uroczej naiwności towarzysza i cechowała go raczej podejrzliwość, obawiał się trochę tego, dokąd jest prowadzony, choć nie spytał. Aż wreszcie, nie natrafił na kolejny stopień. W miejscu, w którym się znaleźli, podłoże było już równe. Był to szeroki korytarz, zimny jak diabli i pachnący wilgocią.
-Co tak późno?- usłyszał męski głos i zaraz bardziej wyczuł, niż zobaczył, że kilku ludzi zbliżyło się do nich. Jego wzrok zdawał się mieć wystarczająco dużo czasu, by przyzwyczaić się do ciemności, a dostrzegał ledwie zarysy sylwetek, nic więcej.
-Mówiłem ci przecież, że w ogóle nie potrafię znaleźć drogi, gdy jest widno...- odparł żartobliwie chłopak, który ich tu przyprowadził.
-Co to za jedni?- odezwał się znów głos, tym razem ostrzej.
-Jak to „co za jedni”?- powtórzył młodzieniec- Znalazłem ich, jak włóczyli się po mieście. Mieliście dużo szczęścia- zwrócił się do przybyszy, a następnie odszedł kawałek dalej, przywitał się z kilkoma osobami, Amir słyszał głosy i męskie, i kobiece, ale były dalej od niego i ciężko było mu stwierdzić, ile dokładnie ich jest.
-Przyprowadziłeś tu psa?!
Amir odwrócił się gwałtownie w stronę towarzysza i sięgnął w jego kierunku dłonią, po omacku, najpierw dotykając twarzy, a wreszcie głowy. Sapnął z irytacją. Rzecz jasna, jego towarzysz nie byłby sobą, gdyby nie zrobił czegoś absolutnie niepotrzebnego i absurdalnego, a w dodatku grożącego im utratą życia. Ach, jakże! Przyzwyczajał się do tego faktu coraz bardziej.
-Psa...?- powtórzył młodzieniec, nieco zdezorientowany- Nie wiedziałem, że to pies, a zresztą... Nawet gdyby... Co niby miałem zrobić, zostawić go tam...?
Odpowiedziało mu bardzo wymowne milczenie.
-Kim jesteście?- zapytał Amir.
-Raczej kim wy jesteście- odparł z niechęcią mężczyzna, który wydawał się być jakby przywódcą wszystkich przebywających tutaj ludzi. Nie trzeba było szczególnie się wysilać, by domyślić się, że raczej nie jest to gromada urzędników, zwiedzająca miejscowe kanały, ale prawdopodobnie uciekinierzy- Co tu robicie? Dlaczego przebywaliście w mieście o tej porze?
-Mieliśmy małe... problemy z aktualną władzą, ale zdaje się, że to dotyczy was wszystkich- odpowiedział Amir, nie zamierzając wdawać się w szczegóły, okoliczności były zresztą dość oczywiste- Przybyliśmy niedawno. Właściwie... Przybyliśmy dziś.
-Dziś...- powtórzył człowiek i parsknął głośno- Szybko się poznaliście na tym miejscu...- stwierdził tak, jakby był to zarzut.
-Do tego chyba nie potrzeba żadnych szczególnych predyspozycji...- odparł Amir.
Ich rozmówca milczał przez dłuższą chwilę, po czym najwyraźniej uznał, że należałoby wreszcie odpowiedzieć na pierwsze pytanie Amira i zaczął:
-Te tunele zostały wybudowane na życzenie wcześniej rządzącej rodziny królewskiej, choć tak naprawdę niewielu wie o ich istnieniu. Podczas buntu i walk, zawaliło się wejście w pałacu, nikt więc go nie odnalazł. Udało się ujść z życiem tylko jednej z tamtejszych kobiet, służącej. To ona wskazała nam to miejsce. Nie możemy jednak przedrzeć się stąd poza miasto, tunele nie zostały skończone. Więc musimy poruszać się tutaj. Nie zamierzam bawić się w opowiadanie historii życiowych, zupełnie nie ma na to czasu...- mruknął niecierpliwie, jakby ktokolwiek go o to prosił- Każdy z nas albo stał się dla „społeczeństwa” niepotrzebny, albo niebezpieczny dla władzy, albo też w porę zdał sobie sprawę z tego, w czym bierze udział. Niewiele zresztą możecie wiedzieć o tym miejscu i życiu tutaj. Ci, którzy mieli jeszcze cokolwiek do powiedzenia i stanowili lokalne autorytety, zostali zlikwidowani na samym początku. Tak o tym mówią. Likwidacja, nie morderstwo.
-Więc dlaczego ci mieszkańcy się na to godzą?- ta kwestia wciąż wydawała się Amirowi zupełnie niepojęta.
-Bo ludzie tacy są, nie potrafią protestować!- odparł ze zniesmaczeniem jego rozmówca- Nie wszyscy, ale większość. Z początku wielu z nas ukrywało się w domach, ale gdy to się wydało, a stało się to nie za sprawą władzy czy straż, a przeciętnych ludzi, zaczęto sprawdzać domy i karać śmiercią tych, którzy zdecydowali się dawać schron „umarłemu”. Tak o nas mówią, bo dla nich jesteśmy już martwi, bez względu na to, czy znajdą nas dziś, czy za kilka lat. Zresztą nie wątpię, że wielu ludziom taki stan rzeczy odpowiada. Nikt z początku nie mówił oficjalnie o tym, co czynią i nikt też nie chciał zwracać na to uwagi. Później to się zmieniło i stali się bardziej odważni. Ale dla wielu to spokój. Mają dach nad głową, mają jedzenie, mają coś, co wreszcie należy do nich, a czego nie posiadali wcześniej. Nazywają to sprawiedliwością. Nie myślą o przyszłości, bo są skoncentrowani na tym, co teraz. A nawet ci, którzy zdają sobie sprawę ze zła na jakie przyzwalają, nie są skorzy do działania.
-Co planujecie?
-My...?- człowiek parsknął znowu, w sposób pobłażliwy, jakby chciał dać swojemu rozmówcy do zrozumienia, że pytanie było bezsensowne- My niewiele możemy. Wychodzimy za dnia, bo tylko wtedy możemy poruszać się, nie budząc żadnych podejrzeń. Większość z nas. Niektórzy... Cóż... Niektórzy w swej naiwności za bardzo rzucili się w oczy, usiłując się stąd wydostać...- powiedział to w taki sposób, że nie ulegało wątpliwości, że sam znajdował się w tym gronie- Udaje nam się zdobyć coś do jedzenia. A oprócz tego słuchamy, słuchamy uważnie. Słuchamy co szepczą ludzie na mieście, starając się wyczuć, czy wreszcie są gotowi porzucić bierność i wszcząć walkę, która przywróci dawne porządki. Słuchamy, co szepczą między sobą strażnicy, by dowiedzieć się, czy nie zechcą w końcu postawić się przeciwko rządzącym, dając nam szanse na uwolnienie się. Słuchamy wreszcie, co szepczą sami urzędnicy, usiłując sprawdzić, czy nie walczą między sobą i nie czekają na odpowiedni moment, by się nawzajem powyrzynać. Ale do tej pory niewiele mieliśmy oznak, które mogłyby napawać nas nadzieją. Nikt nie jest jeszcze gotów do buntu. Prawda jest taka, że każdy potwór ma swoje słabe punkty. Ten także.
Ten argument wydał się Amirowi bardzo mało trafiony. Owszem, każdy potwór miał swoje słabe strony, ale i każdy dbał bardzo o to, by te słabości nigdy nie ujrzały światła dziennego, bo to oznaczało porażkę, a potwory nigdy nie godzą się z możliwością klęski. Poza tym na co oni właściwie liczyli? Że któryś z urzędników przyjdzie do nich i uprzejmie poinformuje, że w tym właśnie momencie pojawił się na szczycie pewien konflikt, a więc mają szansę uciec?
-Mamy trochę chleba...- mruknął ten człowiek, gdy nie usłyszał kolejnego pytania- Chociaż nie ukrywam, że u nas najpierw jedzą ludzie.
Amir parsknął z politowaniem.
-Nie potrzebujemy waszego chleba- odpowiedział Nadim.
-Nie dziwię się. Czy ogon przydaje się podczas kradzieży i ucieczek czy nie bardzo...?- nie wiedzieć z jakiej przyczyny, chyba tylko by sprowokować potomka wilków, ich rozmówca pozwolił sobie na tę uwagę.
-Niczego nigdy nie ukradłem- odparł stanowczo potomek wilków.
Człowiek zaśmiał się głośno.
-Oczywiście, że nie...- powiedział z politowaniem i jasnym było, jakie ma na ten temat zdanie- Tak się składa, że ja nie urodziłem się w tym przeklętym mieście. Wychowywałem się gdzie indziej. Dobrze wiem, do czego jesteście zdolni.
-Nie mogę odpowiadać za wszystkich potomków wilków. Ja nie zrobiłem niczego złego ani tobie, ani żadnemu z tych ludzi. Dlaczego więc mnie w ten sposób oceniasz...?
-Bo znam was lepiej niż wy sami siebie- wycedził przez zęby tamten.
-Dość!- rzucił ostro Amir, raczej do swojego towarzysza niż do tamtego mężczyzny. Doskonale bowiem zdawał sobie sprawę z tego, że żadne argumenty nie przekonają człowieka do słów potomka wilków, choćby nie wiadomo jak były prawdziwe. Doskonale o tym wiedział dlatego, że nie tak dawno sam mógłby ustawić się z tym człowiekiem w jednym rzędzie i powtarzać te wszystkie brednie. Tak, to w większości były brednie. Z każdą sytuacją podobną do tej, coraz wyraźniej sobie to uświadamiał.- Tak się składa, że mamy większe zmartwienia niż twoją doskonałą znajomość innych ras, więc nie ma sensu się o to kłócić.
Mężczyzna odmruknął im coś jeszcze, po czym odszedł. Czas mijał. Nadim zdrzemnął się, oparty o ścianę i okryty płaszczem, tuż obok pierwszego stopnia, a Amir przechadzał się niespiesznie w tą i z powrotem, słysząc dobiegające z oddali szepty i zastanawiał się nad tym, co powinni teraz zrobić. Bezpieczniej było zostać tutaj, przynajmniej do świtu. A dalej...? Trudno powiedzieć. Wzrok miał odpowiednio wiele czasu, by przyzwyczaić się do tego wszechogarniającego mroku, ale nadal niewiele widział. Nie zamierzał jednak odpoczywać i obawiał się zasnąć. Chyba sami bogowie tylko wiedzieli, z kim mają do czynienia i jakie intencje kierują tymi ludźmi. Po niecałej godzinie, ich przywódca znowu podszedł do Amira.
-Jeśli jesteś głodny, możemy użyczyć ci jedzenia- powiedział.- Twojemu towarzyszowi także- dodał po chwili, choć widać było, że z trudem przeszło mu to przez gardło.
-Już ci powiedział, że tego nie potrzebujemy- odparł szorstko mężczyzna.
Człowiek skinął głową i milczał dłuższą chwilę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie wiedział od czego zacząć. Teraz Amir miał okazję lepiej mu się przyjrzeć. Z pewnością nie miał więcej niż trzydzieści lat, ale jego twarz była zmęczona i naznaczona bruzdami, co sprawiało, że wyglądał starzej.
-Nie obraź się na moje słowa, ale to dość... nietypowe towarzystwo- stwierdził człowiek, wpatrując się w Amira- Mógłbym wiedzieć, co cię skłoniło do znajomości z tym... potomkiem wilków?- po raz drugi wykazał się niebywałą wprost dyplomacją, wyraźnie nie chcąc rozpoczynać żadnego sporu, a jedynie uzyskać odpowiedź na swoje pytanie.
-To nie czas na opowiadanie życiowych historii- odparł Amir z nutką złośliwości, bo na podobne wynurzenia ani nie miał ochoty, ani też nie widział w nich żadnego celu.
-Jeszcze się przekonasz, że tutaj znajduje się czas na wszystko- powiedział jego rozmówca, po czym spojrzał w stronę śpiącego potomka wilków i znów przeniósł wzrok na mężczyznę- Może zdaje ci się teraz, że moje słowa były niesłuszne albo wręcz niesprawiedliwe, ale prawda jest inna. Masz rację, tutaj mamy poważniejsze zmartwienia niż pochodzenie twojego kompana i przepraszam, jeżeli uraziłem cię w jakikolwiek sposób.- Amir miał ochotę niezbyt subtelnie zasugerować, by jednak jego rozmówca przepraszał prawdziwego urażonego, a nie jego i to najlepiej, gdy ten będzie w stanie to usłyszeć, ale tamten kontynuował.- Nie skłamałem jednak. Nie pochodzisz stąd i dobrze to widać, ale ja miałem z nimi wcześniej do czynienia. Nie sądziłem, że wielu ich się ostanie, ale jak widać kilku się to udało. Znam ich wystarczająco dobrze i wiem, jaka jest ich natura.
Amir westchnął głęboko, prawie ze znudzeniem. Może dlatego, że sam odbył kilkadziesiąt podobnych rozmów i może dlatego, że bardzo często to on wypowiadał podobne słowa, nie zrobiły na nim żadnego wrażenia, choć teraz rozumiał, dlaczego ten właśnie człowiek był liderem tych ludzi. Mówił tak, jak powinien przemawiać każdy, sprawny przywódca – w sposób emocjonalny i ciut przesadzony.
-Gdybyś dobrze ich znał, wiedziałbyś przynajmniej tyle, że nie każdy z nich jest taki sam- odpowiedział Amir.
-Bzdura. Oni wszyscy są dokładnie tacy sami. Niczym się od siebie nie różnią, zupełnie niczym. To tylko pozory. Taka jest prawda.
-W takim razie równie prawdziwym byłoby stwierdzenie, że wy też niczym nie różnicie się od waszych oprawców... Jednak nie jesteś równie śmiały, by to stwierdzić. W rzeczywistości, potomkowie wilków wcale nie różnią się wiele od nas. Kierują się w życiu tym, co uznają za opłacalne, wartościowe albo właściwe z punktu widzenia ich moralności. Nie są źli albo dobrzy. A już na pewno nie są źródłem wszelkiego zła na tym świecie. To nie przez nich się tutaj znalazłeś. Tylko przez ludzi. Czasem dobrze byłoby zachować ostrożność w ocenach- zauważył chłodno.
Jego rozmówca był wyraźnie niezadowolony z jego słów.
-Chciałem ci tylko dać do zrozumienia, że gdy będę ratował pozostałych, on będzie ostatnim, który będzie mnie obchodził- odparł dumnie, odwracając się, by odejść, ale Amir rzucił ostro:
-Tak się składa, że jak dotąd nikogo jeszcze nie uratowałeś.
-Co takiego?!- warknął człowiek, odwracając się w jego stronę gwałtownie.
Nadim drgnął lekko i podniósł głowę, obudzony jego podniesionym głosem. Spojrzał na swojego towarzysza, a później na jego rozmówcę, po czym podniósł się powoli na nogi.
-To, co słyszałeś- odparł śmiało mężczyzna- Nie uratowałeś nikogo, włącznie z samym sobą, więc przestań się wreszcie mądrzyć i wygłaszać opinie na temat spraw, o których nie masz żadnego pojęcia, a zamiast tego zabierz się w końcu do roboty. Narzekasz na tych na górze, że są bierni i nieskorzy do działania, ale ty sam i wszyscy tutaj, nie robicie niczego. Wolicie czekać na cud i moment, w którym władze same zapukają do was i poinformują was o tym, że możecie uciekać. Tak naprawdę boicie się stąd uwolnić. Liczycie na bunt i liczycie na to, że pojawi się jakiś wybawiciel, który was stąd wyciągnie, ale nie doczekacie się go. Chcesz buntu...? Rozpocznij go!
Człowiek przysunął się do niego i przez chwilę wydawało się Amirowi, że podniesie na niego rękę. Ten jednak tylko spoglądał mu prosto w oczy, oddychając ciężko i w końcu syknął z irytacją:
-Gdybyś był tu dzień dłużej... Choćby dzień dłużej... Nie byłbyś równie przemądrzały i nabrałbyś pokory...- posłał mu ostatnie, pogardliwe spojrzenie i odszedł.
Moment później, do Amira podszedł Nadim i okrył go płaszczem, klepiąc lekko po ramieniu, chyba w ramach pocieszenia. Mężczyzna westchnął głęboko.
-Strasznie ciężko jest być tobą- stwierdził, a jego kompan zaśmiał się cicho.
-Tobą też niełatwo. Szczególnie, gdy ma się takiego towarzysza.
-Co prawda to prawda.
-Powinieneś się zdrzemnąć.
-Spałem już- odparł niedbale Amir.
Spojrzał w głąb tunelu, w którym zapanowała nagle grobowa cisza. Weszli po stopniach wyżej, nie chcąc znajdować się w pobliżu tych ludzi. Nie rozmawiali ze sobą wiele. Amir nie miał żadnego pomysłu ani planu działania. Czekał na wschód słońca, by wydostać się z tych podziemi, których ciemności doprowadzały go do szału. Niemniej zresztą niż oddalone, na szczęście, towarzystwo „buntowników”. Ale co uczynią, gdy w końcu wyjdą...? Po pewnym czasie, wspięli się jeszcze wyżej. Im bliżej gruntu się znajdowali, tym cieplej i jaśniej było. Wyglądało na to, że w końcu noc ustępuje dniu i zaraz będą mogli wyjść. Nasłuchiwali odgłosów z zewnątrz, usiłując się upewnić, że już mogą się stąd wydostać.
-Amir...- Nadim spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami- Kryształy.
-Co...?- zapytał mężczyzna, sięgając odruchowo do szyi, ale woreczka na niej nie było.
Zląkł się i spojrzał za siebie, z ulgą dostrzegając go na jednym z niższych stopni. Już miał ruszyć w tamtym kierunku, gdy usłyszał ciche kroki i zaraz znalazł się przy nim jego poprzedni rozmówca. Ze zdumieniem spostrzegł woreczek, schylił się po niego, podniósł i najpierw spojrzawszy na idącego w jego stronę Amira, zajrzał do środka.
-Co to jest, do licha...?- rzucił zafascynowany, ale zaraz mężczyzna zabrał mu swoją własność z rąk. Stali przez chwilę obaj nieruchomo, aż wreszcie przywódca wyciągnął w jego kierunku dłoń w geście wyczekiwania i powiedział- Oddajcie mi to.
Amir prychnął.
-Musicie mi to oddać.- dziwny błysk pojawił się w jego oczach, jakiegoś szaleństwa, jakiego Amir nie dostrzegł w nich wcześniej- Tutaj wszystko jest wspólne.- dodał, choć wcześniej nie zabrał im przyniesionych przez nich rzeczy- Wszystkim się dzielimy. Musicie to oddać... Oddajcie!- wrzasnął nagle, ruszając w jego kierunku.
Amir cofnął się tak gwałtownie, że wywrócił się o wyższy stopień i upadł, jednak zaraz wyciągnął miecz i wymierzył nim prosto w tamtego. On przystanął nagle i rzucił:
-Nie rozumiecie... Niczego nie rozumiecie... Takie skarby nam się przydadzą... Przydadzą się do wszystkiego, trzeba w końcu coś zrobić, może dałoby się kogoś przekupić, a nawet jeśli nie...
-Jakie skarby?- Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-... to gdy uda nam się wydostać, przecież się przydadzą. Przecież musimy mieć coś cennego... Proszę, musicie mi to oddać.
-To nie są żadne skarby!- odparł szorstko mężczyzna.
-Przecież widzę, że są!- ryknął tamten, wyciągając w jego kierunku ręce.
Amir zerwał się na równe nogi i wszedł wyżej. Z mroku wyszli pozostali, zwabieni krzykiem, spoglądali na całą scenę bez zrozumienia.
-Przecz ode mnie!- warknął w kierunku przywódcy Amir- Przecz albo nie ręczę za siebie!
-Nie... To wy idźcie precz!- wrzasnął tamten- Przecz stąd! Wynocha! Chcecie skazać nas na śmierć, więc gińcie sami!
Nie trzeba im było dwa razy tego powtarzać. Amir poszedł na górę, wciąż celując mieczem w mężczyznę. Ten jednak nie szedł za nimi. Chwycił się za głowę i oparł o ścianę, oddychając z trudem. Gdy doszli do końca, Nadim uniósł płytę i wyszli obaj, zakrywając przejście. Potomek wilków szybko z powrotem wdział na siebie płaszcz. Słońce już wzeszło, ale gdy wyszli na ulicę, nie było na niej jeszcze żadnych ludzi. Szli powoli, nie chcąc ściągać na siebie podejrzeń.
-I co teraz...?- zapytał cicho Nadim.
Amir bardzo chciałby znać odpowiedź na to pytanie.
Rozwiązanie problemu pojawiło się jednak samo. W pierwszej chwili, gdy dostrzegli w bocznej alei dwóch strażników w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, zamierzali iść w innym kierunku. Ale gdy tylko Amir usłyszał fragment ich rozmowy, natychmiast dostrzegł w tym swoją szansę.
-... I powiedziałem jej: tak, ślicznotko, nie uciekaj od Manorda... Manord wie, co robić z takimi problemami...- powiedział woźnica, a strażnicy ryknęli śmiechem- Doprawdy, dziewczęta w tamtym mieście są takie urodziwe...
-Masz podejście do kobiet...- skwitował z rozbawieniem jeden ze strażników- Przywieziesz mi tamto następnym razem...? Nie wiem, kiedy przydzielą mi pozwolenie, a żona czeka... Marudzi jak zwykle...
-Powinieneś nauczyć się czegoś od Manorda- dodał drugi i zaraz na powrót wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Amir i Nadim ruszyli za nimi, zachowując bezpieczny odstęp. W pewnym momencie, dwaj strażnicy pożegnali się z woźnicą i skręcili w jedną uliczkę, on natomiast w drugą. Tam, w pobliżu jednego z domów (być może jego własnego), uwiązał konie i pozostawił powóz. Wyraźnie przygotowywał się do drogi, zaprzęgnął do niego klacze, usiadł na swoim miejscu i wyjątkowo zadowolony z siebie, a może wciąż rozbawiony rozmową ze strażnikami, nieprzerwanie chichotał wesoło. Pogodny nastrój minął mu jednak bardzo szybko, gdy potomek wilków, zachodząc go od tyłu, przystawił mu sztylet do gardła. Człowiek umilkł gwałtownie, zamierając w bezruchu. Amir usiadł obok niego.
-Pamiętasz nas jeszcze...?- zapytał ze złośliwym uśmiechem.
Woźnica odkaszlnął nerwowo, również siląc się na uśmiech.
-A jakże mógłbym nie pamiętać... Człowiek i potomek wilków... Specyficzni z was kompani...
-A pamiętasz, co mówiłeś nam o tym miejscu...?- drążył dalej Amir, a nie słysząc odpowiedzi sparaliżowanego strachem starca, dodał- Mówiłeś, że to miejsce jest rajem. Problem jednak w tym, że twoja wizja raju nieszczególnie nam się spodobała. Więc nas stąd wywieziesz. Natychmiast.
-Nie mogę- odparł tamten.- Nie mam takiej możliwości.
-Póki żyjesz, masz całą masę możliwości- przekonywał go Amir, jak sądził, dość skutecznie.- Ale ten stan bardzo szybko może się zmienić.
Woźnica chyba liczył, że ktoś zaraz przyjdzie mu na pomoc. Amir również się tego obawiał, dlatego nie zamierzał dłużej bawić się w gadaninę. Ustalili ostatecznie, że skryją się w przyczepie, zasłonią wyleniałą płachtą, a on przewiezie ich przez bramy. Nie żeby Amir żywił choćby cień zaufania do tego człowieka, bynajmniej. Nie bardzo jednak mieli inną możliwość.
-Jeżeli zdradzisz nas, jakimś słowem, czy choćby gestem... Zabiję cię- powiedział stanowczo Amir, chwilę przed tym, nim się skryli.- I uwierz mi, zrobię to, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką uczynię w swoim życiu.
Uczynili to, co uczynić mieli. Woźnica ruszył z miejsca. Nie widzieli, dokąd ich wiezie, ale Amir z mieczem w dłoni już oczekiwał momentu ewentualnej zdrady, gotów bronić się do ostatniej kropli krwi. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Woźnica witał się z kimś kilka razy, słychać było niespieszny stukot kopyt o chodnik, wóz ciągnął się powoli przed siebie.
Nagle wóz zatrzymał się w miejscu.
-Otworzyć bramę!- rozległo się głośne, jakże wyczekiwane przez towarzyszy wołanie jednego ze strażników.- Przyjemnej podróży. I szybkiego powrotu...- zachichotał, zwracając się najpewniej do Manorda.
-Ekhem... Tak... W rzeczy samej... Choć tym razem to... ciężka podróż...- stwierdził mężczyzna.
-Ciężka?- zaśmiał się strażnik.- A to dlaczego?
-Bo... Jakoś tak w ogóle... Jest mi ciężko...
Amir zacisnął zęby, przysięgając sobie, że zamorduje starucha, jeśli ten powie cokolwiek więcej.
-A to się podobno zdarza. Mniej jeść, mniej pić, tak mawiała moja matka! Jedź spokojnie.
Powóz znowu ruszył z miejsca i na chwilę w sercach mężczyzn pojawiła się ulga, ale szybko została zastąpiona przez niepokój. Woźnica, na żądanie innego strażnika, zatrzymał się znowu.
-Co ze sobą przewozisz?- zapytał, stając blisko przyczepy.
-J... Ja?- woźnica zająknął się, wyraźnie przerażony.- Nic, zupełnie nic...
-Muszę sprawdzić. Dobrze wiesz, jak teraz jest, dziwne rzeczy dzieją się w mieście, nie chciałbym żeby...
-To nie moja wina!- wrzasnął nagle woźnica, zeskakując na ziemię i uciekając przed siebie- Zmusili mnie, nie moja wina, przysięgam, że tak właśnie było!
Amir i Nadim odrzucili płachtę. Stojący obok powozu strażnik nie zdążył nawet krzyknąć, nim został powalony na ziemię przez Amira. Pozostali zdezorientowani całą sytuacją, zdawali się w pierwszej chwili zupełnie nie wiedzieć, jak zareagować, co umożliwiło towarzyszom ucieczkę. Zabrali swoje rzeczy, wskoczyli obaj na konie, odcinając uprząż od powozu i ruszyli przed siebie, jadąc w kierunku lasu.
-Na koń! Na koń...!- usłyszeli wołanie.- Strzelać, do diabła!
Przerażone klacze gnały galopem. Amir, choć wcześniej jeździł konno , zupełnie nie mógł okiełznać swojej. A gdy wjechali w leśną gęstwinę i doszedł do nich świst strzał, a te zaraz zaczęły prześlizgiwać się przez gałęzie albo wbijać w pnie – koń stanął dęba i w momencie gdy Amir chwycił się rozpaczliwie grzywy, by się na nim utrzymać, strzała trafiła go prosto w ramię. Puścił zwierzę i upadł na ziemię z głuchym jękiem. Klacz ruszyła prędko przed siebie. Nadim natychmiast zorientował się w sytuacji, zawrócił, zatrzymał spokojniejsze zwierzę i zeskoczył z niego, chwytając towarzysza w pasie.
-Zostaw... Zostaw...- mruknął Amir, sięgając dłonią do woreczka z kryształami i usiłując wcisnąć go towarzyszowi.- Bierz i jedź... Nie marnuj czasu...
-Staram się, ale wcale nie pomagasz...- odparł potomek wilków i pozwalając sobie na niezbyt uprzejme uwagi na temat „przesadzonego bohaterstwa”, wciągnął towarzysza na konia, a sam usiadł za nim, kierując klaczą i starając się utrzymać nieco chwiejącego się Amira w pozycji siedzącej.
Mężczyzna chyba w pewnym momencie nieco stracił kontakt z rzeczywistością, bo gdy ponownie do niej powrócił, zamiast świstu strzał i atmosfery lęku, wyczuwał już jedynie spokój towarzysza. Jechali lasem, słychać było tylko odgłosy natury, śpiew ptaków, szelest trawy, klacz jechała wolniej i wszystko zdawało się być zupełnie inne niż wcześniej.
-Żadnych więcej miast, Nadim... Żadnych miast...- mruknął, choć trudno było stwierdzić, czy jego towarzysz to usłyszał.
Ramię nie bolało go zbytnio, ale umysł z dziwnych przyczyn miał zamglony i myślał niejasno. Nadim najwyraźniej szukał dla nich miejsca, w którym mogliby się zatrzymać i znalazł wreszcie wprost idealne. Amir na powrót raz rozumiał więcej, raz mniej z tego, co się wokół niego działo, ale wiedział, że towarzysz pomógł zejść mu z konia, poprowadził do jaskini, rozłożył tobołek, ułożył na ziemi koc i swój płaszcz, a następnie położył na tym mężczyznę.
-Żyjemy, prawda...?- dopytał Amir, cokolwiek niepewnie, bo jednak doszedł do wniosku, że ręka powinna go boleć, a i z samej ucieczki pamiętał niewiele, więc może i słusznymi mogły być wątpliwości, czy w swoim pośpiechu nie trafili do rzeczywistego, pośmiertnego raju.
-Tak mi się wydaje- odparł Nadim, uśmiechając się lekko. Rozsunął koszulę towarzysza, odsłaniając ranę z wciąż wbitą weń strzałą, sprawczynią całego zamieszania.- Chociaż sądzę, że mieliśmy nadzwyczaj dużo szczęścia.
-Och, tak... Pewnie czuwał nad nami twój bóg... Albo twój poległy bohater, który wybłagał pośmiertnie łaski u swojego niedawno obudzonego znajomego...- zaśmiał się z politowaniem Amir.
Nadim wyjątkowo postanowił pozostawić te słowa bez komentarza. Usiadł przy towarzyszu i sięgnął do wystającego końca strzały, po czym chwycił go mocno i szarpnął za niego, usiłując wyciągnąć ją z ciała kompana. Zamiast tego jednak, promień strzały złamał się w jego dłoniach, a jej wklejka, wraz z grotem, wciąż pozostawała w ranie.
-Co zrobiłeś...?- zapytał z niepokojem Amir, bo wyraz twarzy potomka wilków bardzo mu się nie spodobał.
-Lepiej, żebyś nic już nie mówił- poradził mu Nadim, nieco zakłopotany.- I najlepiej wcale się nie ruszał...
Po tych słowach sięgnął po swój sztylet. I nim Amir zdążył choćby zapytać, co ten u diabła zamierza zrobić, przekonał się na własnej skórze, gdy ostrze wbiło się w ranę. Amir wrzasnął głośno i chyba nigdy w równie szybkim czasie nie udało mu się wypowiedzieć na głos imion tylu bogów, przekleństw i obelg kierowanych oczywiście pod adresem Nadima, który właśnie cokolwiek mało sprawnie usiłował dotrzeć do resztek strzały, uspokajając łagodnymi słowami swojego towarzysza, mimo tego, że sam na spokojnego nie wyglądał. Mężczyźnie udało się w międzyczasie wygłosić jeszcze przynajmniej kilka tyrad i zagrozić swojemu towarzyszowi śmiercią w strasznych męczarniach, jeśli ten go zabije albo choćby poważnie uszkodzi, i wcale nie zamierzał przyjąć do wiadomości, że jego zemsta mogłaby się w takim wypadku nie powieść.
A później widział już tylko twarz Nadima. Aż w końcu nie widział nic.
Obudził się nagle, podnosząc gwałtownie do pozycji siedzącej, jak po koszmarnym śnie. Rozejrzał się dookoła. Nie znajdował się w jaskini, ale w namiocie. Niepewny chwycił za swoje ramię, zaczynając mieć wątpliwości, czy to wszystko mu się nie śniło, ale gdy znalazł na nim prowizoryczny opatrunek, upewnił się, że jednak nie. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak u licha się tu znalazł. Kilka minut później do namiotu wszedł potomek wilków.
-Wstałeś wreszcie- stwierdził, uśmiechając się pogodnie.
-Tak...- potwierdził w zamyśleniu Amir, po czym przeniósł wzrok na towarzysza.- Przyniosłeś mnie tutaj...?
Nadim parsknął śmiechem.
-Nie, to byłoby ciężkie, zwłaszcza, że znajdujemy się na wzgórzu. Sam tutaj przyszedłeś. Nie pamiętasz...?- dopytał, a że Amir pokręcił głową, skołowany, dodał- Nie dziwię się. Budziłeś się jakieś pięć razy, za którymś twierdząc, że czujesz się świetnie i możemy iść, ale w końcu traciłeś przytomność.- usiadł przy mężczyźnie, po czym delikatnie rozwinął opatrunek. Amir syknął cicho.- Spokojnie...- Nadim uśmiechnął się do niego i jakaś strasznie abstrakcyjna myśl zalęgła się w głowie Amira, który nagle doszedł do wniosku, że jego towarzysz uśmiecha się tak pięknie, jak nikt inny- Chyba wszystko w porządku- stwierdził, opatrując ranę z powrotem.
Był tak blisko. Tak, to wszystko dlatego, że był tak blisko. Dlatego właśnie Amir zupełnie nie potrafił oderwać od niego wzroku, dlatego spoglądał na niego z rozchylonymi ustami, jakby na coś oczekiwał, a gdy jeszcze potomek wilków wyciągnął dłoń i pogładził go lekko po zranionym ramieniu, uśmiechając się przyjaźnie... Amir zrobił coś potwornego. Nie wiedział, czy powinien tłumaczyć to sobie swoimi skłonnościami, małą przytomnością umysłu czy po prostu okolicznościami. W każdym razie był pewien, że nie było to coś, co planował uczynić, ani nawet nie było to coś, co w ogóle uczynić zamierzał. Nie chciał tego. Nie chciał tego wcale, a jednak nie myślał o tym w tamtym momencie i podniósł się, by otarłszy się lekko o policzek Nadima, ledwie po sekundzie niezauważalnego wahania, musnąć jego wargi. I pozostawał pod wpływem tego specyficznego uroku chwili, aż wreszcie odsunął się, a gdy spojrzał na twarz Nadima, uświadomił sobie, że zapewne było to największym błędem, jakiego mógł się dopuścić. Teraz. Kiedykolwiek. W całym życiu.
Chciał coś powiedzieć. Poruszył ustami bezgłośnie, chyba chciał przepraszać, ale zaraz zmienił zdanie i postanowił wyjaśnić to racjonalnie, ale wciąz nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Najpierw pobladł, później poczerwieniał, a później miał serdeczną ochotę zamordować siebie i świadka swojego upokorzenia w osobie Nadima, ale na to też brakło mu śmiałości, więc pełen przerażenia, obserwował twarz towarzysza. A Nadim? Nadim najpierw wpatrywał się w niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, później zmarszczył brwi, a następnie wyglądał, jakby zaczynał dopiero łączyć ze sobą poszczególne fakty. Ale najbardziej Amir zdumiał się, gdy zobaczył, jak drgają kąciki jego ust. Tak, potomek wilków się uśmiechał. Poprawka. Chichotał. A chwilę później już śmiał się w głos, nie mogąc się powstrzymać i nie mając litości nad załamanym niemalże towarzyszem.
-Nie mogę... Nie mogę w to uwierzyć...- śmiał się nieprzerwanie, kręcąc głową.- Że też nie zauważyłem od razu! O boże! Kiedy cię poznałem, byłeś najbardziej nietolerancyjnym człowiekiem, a sam... Przyszły następca tronu, przeciwnik wszelkiego co inne, woli mężczyzn... A to dopiero!
-To nie tak...- usiłował tłumaczyć się Amir, ale trudno było mu znaleźć jakikolwiek argument, który wyjaśniałby takie zachowanie.
-Oczywiście, że nie...- Nadim pokręcił z rozbawieniem głową, wyczołgując się z namiotu.- Elnir chyba umrze ze śmiechu, gdy się dowie...
-Że co?!- Amir natychmiast ruszył za nim, wychodząc na zewnątrz. Było ciemno i zimno, a on sam nie miał na sobie koszuli, ale pochłonięty sprawą, nie bardzo to odczuwał.
-To, co słyszałeś.
-Nikomu nie powiesz!
-Oczywiście, że powiem- jasnym było, że Nadim jedynie drażni się z towarzyszem, ale Amir nieszczególnie był zdolny to zauważyć, nie w tym stanie przynajmniej.
-Chcesz się założyć?!- warknął mężczyzna, a potomek wilków zaśmiał się lekko i ruszył biegiem przed siebie.
Amir, wzburzony jak jeszcze nigdy, pobiegł za nim i wyjątkowo udało mu się go dogonić, a następnie powalić na ziemię. Usiadł śmiejącemu się Nadimowi na biodrach i spojrzał na niego groźnie.
-O co chodzi, Amir...?- Nadim spoglądał na niego wesoło.- Przecież to żaden powód do wstydu... No, może dla kogoś takiego jak ty, owszem, ale to już inna sprawa... W każdym razie mogłeś mi powiedzieć od razu. Uniknęlibyśmy wielu nieporozumień.
-To jest nieporozumienie!- stwierdził prędko mężczyzna.- Wszystko źle zrozumiałeś!
-Jedynym nieporozumieniem, jak sądzę, jest to, że przystawiałeś się do mnie, a potomkowie wilków raczej w twoim typie nie są... Choć nie da się ukryć, że to bardzo zabawny zbieg okoliczności...
Amir zamachnął się z całej siły, chcąc wymierzyć cios w i tak już naznaczoną śladami ostatniej bójki, twarz Nadima, ale jego pięść zatrzymała się na dłoni potomka wilków, który nie przestawał się uśmiechać w sposób absolutnie irytujący i wyprowadzający z równowagi. Korzystając z momentu dezorientacji, przeczołgał się pod towarzyszem i przewrócił go na plecy, a sam wstał prędko i dalej pobiegł przed siebie.
-Zabiję cię! Zabiję cię, jeśli piśniesz choć słówko!- wrzasnął Amir, podnosząc się na nogi.
-Chciałbym to zobaczyć!- odkrzyknął mu z daleka Nadim.
Mężczyzna sapnął wściekle i ruszył w ślad za towarzyszem
Zobaczył w końcu potomka wilków. Ten stał niemalże na samym skraju wzgórza, w milczeniu z niepokojem spoglądając na coś w oddali. Amir dobiegł do niego i już miał znowu zacząć wyjaśniać, gdy spojrzał w tym samym kierunku. Z oddali widział miasto, z którego przybyli, które tonęło w ogniu. Dym unosił się wysoko ponad drzewami.
-Co tam się dzieje, do diabła...?- zapytał cicho Amir.
Milczeli jeszcze chwilę, przyglądając się temu, po czym spojrzeli po sobie i niemalże równocześnie zadecydowali:
-Chodźmy już.
Gnani niepokojem, wzięli wszystko i wyruszyli tej samej nocy.
Na zachód, przyjacielu, na zachód.

20 komentarzy:

  1. Anonimowy9:51 PM

    Nareszcie był pocałunek. :D
    Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału, jestem ciekawa czy dojdzie do czegoś pikantniejszego. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:18 PM

    Chciałem by mój pierwszy komentarz był bardziej składny, ale... O. MÓJ. BOŻE! Amir pocałował Nadima! NARESZCIE! *-* Jestem tak podjarany że zaraz chyba oszaleję! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy11:24 PM

    KYAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!! Nie wierzę!!! *O* OMFG! KOCHAM< KOCHAM! Dzięki bogu, nadim jest tolerancyjny~~ I te słowa 'co za dziwny zbieg okoliczności' OMG! To mi dało nadzieję!!! *O* Pisz pisz skarbie!
    Lolishouta

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozpływam się nad Twoim geniuszem Silencio~
    Zrobiłaś ze mnie ciepłe kluchy z hiperwentylacją, tętnem 150, z bardzo chorobliwym buraczanym wypiekiem na twarzy oraz równie głupkowatym uśmiechem z sączącą się śliną. Jeżu najdroższy, co też jedno muśnięcie wargami może ze mną zrobić!!
    Och, jakież to okrutne, że piszesz jak wspaniale :<
    Obiecuję i uroczyście przysięgam, zabiję się, jeżeli w niedalekiej przyszłości nie będę mogła kupić Twojej książki! (A jakbym w ogóle jakimś cudem miała taki egzemplarzyk z Twoim autografem, to umarłabym z permanentnym orgazmem...)

    Uwielbiająca Cie, Twoja oddana psycho fanka
    Masae

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ci się podobało ^^. A co do książki - obawiam się, że długo przyjdzie ci czekać, o ile w ogóle się doczekasz, niestety ^^".

      Pozdrawiam serdecznie :).

      P.s. Psycho-fani są w porządku xD.

      Usuń
    2. A-ale... Ale... ;____;
      Ranisz moje i tak chorowite serce...
      Ja jestem w stanie założyć Ci konto oszczędnościowe w banku i co miesiąc wpłacać tam pieniądze!(Choć biedna jak mysz kościelna jestem) I wydawnictwo znaleźć, i redaktora przekupić, kurczę mogłabym nawet pod latarnią wystawać, co by na ten szczytny cel pieniądze zdobyć! Do mafii dołączyć, milionowe przekręty robić! Nielegalnie pliki z internetów ściągać... @___@'

      Wyobrażasz sobie w ogóle, co dla niektórych (tych bardziej psychicznych) Twoich czytelników może znaczyć takie papierkowe wydanie Chaosu na ten przykład?

      Cieszę się, że tak myślisz :3 Ba, cieszę! Latam 5cm nad ziemią <3 Kadzidełka na ołtarzyku palę, modlę się o Twoje dobre wyniki matur o dobrą przyszłość, o książkę(!!!)

      P.S. Brakuje mi tu kilku słów dla dziatwy przed rozdziałem, tak pusto tu bez tego :<

      Usuń
    3. Cóż ^^". Domyślam się, że zobaczenie opowiadania w wersji papierkowej byłoby miłe, ale wydawnictwa raczej nie są zainteresowane wydawaniem czegoś, co było/jest opublikowane, bo sądzą, że to umniejsza ich zyski. Z racji tego, że moje podejście jest nieco odmienne i uważam, że jak coś się komuś podoba, to mając możliwość i chęci, kupi to, nie sądzę, bym znalazła wydawnictwo, które by się na coś takiego zgodziło, zresztą raz już to przerabiałam, nie było to przyjemne i powtarzać tego nie zamierzam :). Tak czy inaczej jest mi miło. Dziękuję za modlitwy i przepraszam za brak tradycyjnej przemowy dwuzdaniowej, jakoś zapomniałam :).

      Usuń
  5. Franciszka11:46 PM

    Dobra, myślę, że to jest dobre miejsce na mój pierwszy komentarz. I jest mi siebie wstyd za to, że czytam Twoją twórczość tak długo (naprawdę długo), a nigdy nic nie komentuję. Obiecuję poprawę c:
    Co do rozdziału: jestem zachwycona. Jestem pod wrażeniem Twojej wyobraźni jeśli chodzi o przygody Amira i Nadima. Osobiście czuję się zafascynowana nie tylko wątkiem romantycznym tego opowiadania, ale również ich kolejnymi przygodami. Akcja w namiocie pod koniec rozłożyła mnie na łopatki. Czekałam na ich pocałunek przez 15 rozdziałów i oto jest! :3 Chociaż jestem w pełni świadoma, że jeszcze sporo czasu minie zanim poczują do siebie coś więcej i dlatego nie mogę doczekać się na więcej. Jestem absolutnie uzależniona od "Chaosu", jak dla mnie nowy rozdział mógłby pojawiać się co tydzień (mimo iż uwielbiam też inne twoje dzieła).
    Na końcu chciałam Ci podziękować, za to, że dzielisz się z nami swoją twórczością i że wkładasz w nią tyle pracy. Równie dobrze mogłabyś trzymać te opowiadania na dysku, schowane przed światem i mieć spokój z jęczącymi czytelnikami :D Dziękuję dziękuję dziękuję.
    Chyba trochę przysłodziłam, wybacz, ale to są moje uczucia właśnie. Weny Ci życzę <3
    Franciszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się odezwałaś i opowiadanie ci się podoba ^^. Nie ma za co, robaczku, na szczęście zbyt wielu jęczących czytelników się tu nie pojawia albo przynajmniej rzadko dają o sobie znać, a poza tym publikuję właśnie po to, by ktoś to czytał :). Także bardzo mi miło, że postanowiłaś się "ujawnić".

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  6. Przeczytałam rozdział wczoraj, ale już było późno i nie dałam rady skomentować.
    Po raz kolejny pochwalę Twoją bujną wyobraźnię. I niech ona u Ciebie działa, jak najdłużej. :D

    Pocałował go. *pisk radości* Co prawda to było tylko muśnięcie, ale tym samym zdradził się. I Nadim go nie odrzucił, nie wyśmiał jego odmienności. Śmiał się, ale to chodziło o co innego, a nie, żeby wyśmiać jego orientację. Kocham ich relacje, a teraz one się z czasem pogłębią. Liczę, że w przyszłości, nie uciekniesz od opisywania, ze szczegółami, tego jak się będą kochać i nie mam na myśli uczuć. Bo nadal cierpię, że nie opisałaś pierwszego razu Desmonda i Brandona. :D
    Kochana, to był idealny moment na pocałunek. I jestem tym zachwycona.

    Co do miasta, to musiało coś być nie tak. Miasto raju gdzie wszyscy żyją w pokoju, mają wszystko? Toż tylko w marzeniach takie miejsca istnieją. I to pokazało jeszcze bardziej, że nie ma rzeczy idealnych, nie ma takich ludzi. I nawet, jak z pozoru coś wydaje się piękne, to zawsze trzeba się temu głębiej przyjrzeć. Zawsze jest jakiś haczyk. A ludzie z tego miasta, byli ślepi i naiwni. Za chwilę dobrego życia potem szli na śmierć.
    Poczułam ból, kiedy Amir sądził, że Nadim nie żyje, chociaż wiedziałam, że jest inaczej. Widać, że zależy im na sobie, opiekują się sobą, choćby to okrywanie płaszczem, kocem, żeby towarzysz nie zamarzł.
    Już się nie mogę doczekać jaką nową przygodę im dostarczysz i tego jak się będą teraz do siebie odnosić. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy11:12 AM

    Co do miasta, to... Komuna utopią zwana :D
    Wiedziałam, no po prostu wiedziałam już jak ten staruch gadał, że nie ma bezprawia itede, to że sprawy niewygodne tam się likwiduje w 'prosty' sposób. I gdy urzędnik kazał Nadimowi stawić się kolejnego dnia do ratusza to w głowie miałam takie 'nieeee' i slow motion jak w filmach akcji typu zabili go i uciekł.
    Świetnie, że po raz kolejny podkreśliłaś, że nasi bohaterowie mają jakże odmienne spojrzenie na świat. Nie chodzi mi tu o stawianie między nimi barier, wręcz przeciwnie. Amir i Nadim zdają się coraz lepiej radzić sobie w sytuacjach, gdy następuje konfrontacja ich przekonań. Amir uczy się tolerancji, Nadim z kolei oducza się naiwności.
    Akcja w ratuszu była fantastyczna. Szok, strach o towarzysza i przekonanie Amira o jego śmierci wywołały w nim pewne przewartościowanie. Scena, w której ujrzał Nadima całego i zdrowego... Wiedziałam, że Amir musi Nadima przytulić.
    "-Strasznie ciężko jest być tobą- stwierdził, a jego kompan zaśmiał się cicho.
    -Tobą też niełatwo. Szczególnie, gdy ma się takiego towarzysza."
    To..to było świetne. Niby taki przekaz ogólny nie niósłby z sobą nic większego, ale, jak gdyby, między tą dwójką zawiązała się pewna...intymność. Świadcząca o pewnym przedziale czasu i pewnych doświadczeniach, które potrafiły związać ze sobą dwie osoby.
    Z resztą, wszystkie ich działania, od najprostszych rzeczy po obronę siebie nawzajem są nastawione nie tylko na przetrwanie i wykonywanie powierzonej misji, ale właśnie na zwyczajne bycie ze sobą.
    Sytuacja, w której Amir obrywa strzałą i każe Nadimowi uciekać... Hahaha. No nie, Amir jest słodki ^^
    Myślałam, że się zdradzi z czymś, gdy majaczył, ale to, co nastąpiło później... W pewnym sensie poczułam to, co Nadim po zuchwałym czynie Amira. Szok, czysty szok, nie podszyty żadnymi emocjami. I na początku poczułam się nieco zdezorientowana. Coś w stylu: "ale że już?", lecz po chwili dotarło do mnie, że na dobrą sprawę wydarzyło się już tyle, że moment był właściwy.
    Nadim ma dość luźne poglądy na kwestie seksualne w związku z tym pewne było, że nie ucieknie z krzykiem, chociaż jego reakcja była dla mnie niespodzianką. A późniejsze uciekanie przed Amirem i to, gdy ten usiadł mu na biodrach... Ekhm. Z racji, że miałam już pobudzoną wyobraźnię to w myślach widziałam, jak Amir dostaje *weirdest boner ever* ale to już by było za dużo jaki na jeden dzień :D
    Nie mogę się doczekać ich dalszych losów, zapewne ciągłych przytyków i dociekliwych pytań Nadima o sprawy męsko-męskie i irytacji Amira, ach! Jedno jest pewne- do burdelu już nie zawędrują.
    Och... Nadim jest taki otwarty i ciekawy świata... Może chcieć napastować Amira, żeby zobaczyć 'jak to jest'. Och. to takie tylko pobożne życzenie :D
    Rozdział najpierw bardzo refleksyjny, w pewnie sposób zwracający moją uwagę na przeszłość naszego kraju, później już na więź bohaterów, by na koniec uraczyć mnie rozmarzeniem.

    Podrawiam i życzę weny,
    Cannum

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że ci się podobało ^^.

      Usuń
  8. Mógłby mi ktoś przypomnieć wygląd? Chciałbym ich narysować. *w*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy rozdział, początek.

      Usuń
  9. Muśnięcie zaledwie. W tym wypadku aż muśnięcie. Naprawdę dziwnie się czułam, gdy to czytałam. Wszystko, co dziwne, jest dobre. Dla mnie, przynajmniej. Od początku wiedziałam, że raj rajem nie będzie. Palenie ciał - mocny motyw, mocne nawiązanie. Rozpacz Amira w błędnym założeniu śmierci kompana również poruszyła odpowiednią strunę. Porządnie drgnęłam, łez również parę się pokazało. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że Nadimek jednak żyje, bo co jak co, ale takiego końca dla niego nie widzę! Mimo wszystko dałam się ponieść. Heh, właściwie zawsze daję się ponieść, gdy czytam Twoje opowiadania.
    Wrócę do "pocałunku". Reakcja ogoniastego zadziałała na mnie prawie tak, jak na naszego dziedzica! Za bardzo się wczuwam, jak widać. No ale po wszystkim nieźle się uśmiałam. Chociaż płonące miasto też trochę dało do myślenia.

    Na kolejny rozdział będę czekać jak zwykle ze zniecierpliwieniem! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kurczę, trochę się zawiodłam tą Utopią... znaczy, to było tak oczywiste, że aż myślałam, że wymyślisz coś, innego, np miasto faktycznie będzie idealne ;p no ale tak, dramatyzm musi być - szczególnie przypadła mi do gustu scena "jedź beze mnie, nie marnuj czasu" xD
    Pierwszy pocałunek nie był do końca tym, na co liczyłam (bo oczywiście w myślach miałam obraz ognistej, kilkuminutowej wymiany śliny) ale po zastanowieniu stwierdzam, że był idealny - dokładnie oddaje ich charaktery. No i (mam nadzieję) zwiastuje rozwinięcie się wątku, a więc, czekam, czekam na kolejny rozdział!
    Zdrowia i weny życzę,
    V.
    (aha i jeszcze takie małym druczkiem, że lepiej brzmi od szyi do pasa, niż odwrotnie, patrzymy raczej z góry na dół, szczegół, ale trochę rozprasza czytelnika)

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy1:15 PM

    Zdradzisz jakie opowiadanie pojawi się w sobote? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie to jedynie krótki one-shot (niestety), bo w tygodniu zabrakło mi czasu na pisanie.

      Usuń
  12. Anonimowy6:10 PM

    jestem pod wrażeniem Twojego sposobu przedstawiania emocji bohaterów. a one same są zdumiewająco trafne; nigdy jeszcze nie rozczarowały mnie decyzje, reakcje czy przemyślenia twoich postaci. nigdy nie były przesadzone albo sztucznie chłodne. [piszę to pod wrażeniem tego momentu w ratuszu]

    i kocham fakt, że nie skupiasz się na opisywaniu wyglądu tych wszystkich [chłopców i mężczyzn] :-D

    OdpowiedzUsuń
  13. mysElf11:09 AM

    No, Miś. Ja tu od rana czyham :D

    OdpowiedzUsuń