Strony

poniedziałek, 21 maja 2012

Dzień dobry :)

Rozdział jest trochę wcześniej, bo wiem, że długo na niego czekaliście.
Co do głosowania, doliczyłam się osiemnastu głosów oddanych na "Little Piece of Heaven" i to właśnie opowiadanie uznaję za zwycięskie. Pojawi się po "Chaosie".

Jeśli macie jakieś "ale", piszcie ;).

Enjoy.

12. Johnny ma randkę

Johnny drgnął lekko, słysząc ciężkie kroki Rose na schodach. Nie obudził się jednak, leżąc w spokoju i absolutnej błogości. Pewnie gdyby wiedział, co zastanie gosposia, gdy tylko wejdzie do pomieszczenia, nie byłby równie spokojny. Drzwi otworzyły się na oścież i dotarł do niego głos kobiety:
-Johnny! Johnny, wstawaj natychmiast, bo się spóź...- tyle Rose zdążyła powiedzieć, zanim zupełnie umilkła, zaszokowana tym, co ujrzała.
Szatyn przetarł powieki i podniósł się prędko do pozycji siedzącej, wbijając w nią zdumione spojrzenie. I pewnie nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby tego samego nie uczynił leżący wcześniej obok niego Keith. Rose spoglądała na nich z wyrazem absolutnego osłupienia. Oni wymienili między sobą zdezorientowane spojrzenia. Johnny nie pamiętał momentu, w którym zasnęli. Pamiętał tylko, że całował Keitha i to było takie miłe, a później leżeli obok siebie, więc nakrył ich kołdrą i go przytulił, żeby nie było mu zimno. Usiłował znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie, ale strasznie ciężko było mu cokolwiek wymyślić. Ta sytuacja przekraczała bowiem wszelkie dopuszczalne granice zawstydzenia. Nieco krępujące byłoby, gdyby Rose zastała o tej porze Keitha w jego pokoju. Krępujące byłoby, gdyby zastała Keitha śpiącego w jego łóżku. Bardzo krępujące byłoby, gdyby zobaczyła półnagiego Keitha śpiącego w jego łóżku. Ale zastanie półnagiego Keitha śpiącego w jego łóżku, którego Johnny w dodatku obejmował ramieniem, było tak strasznie jednoznaczne, że żadne wyjaśnienie nie przychodziło chłopakowi do głowy. Odkaszlnął cicho. Keith ocknął się, zerwał szybko z łóżka i poszedł po swoją koszulkę, która leżała kawałek dalej, na podłodze. Johnny musiał ją upuścić, gdy wczoraj zaczął całować ciemnowłosego.
-Ekhem... Tak... Eee... Rose...- Johnny uśmiechnął się wymuszenie do wciąż milczącej kobiety. Milcząca Rose nie oznaczała nic dobrego.- Więc... Keith... Przyszedł dać mi korepetycje... Tak... I... Hm... Wczoraj wieczorem, znaczy... Strasznie padało... Więc musiał się przebrać... Bo był przemoczony, rzecz jasna. Więc, zasnęliśmy. I... No... Tak, właśnie było!- zachichotał nerwowo.
-Tak... Tak...- potwierdził płochliwie Keith, szybko nakładając na siebie koszulkę. Był okropnie zdenerwowany i zaczerwieniony.
Rose nic nie odpowiedziała.
-Przepraszam...- odezwał się znowu ciemnowłosy.- Ja... Muszę już iść...- dodał, po czym natychmiast wyszedł z pomieszczenia.
-Czekaj, Keith, odprowadzę cię!- krzyknął za nim Johnny i rzucił się do przodu, omal nie wybijając sobie zębów przez to, że zaplątał się w kołdrę. Usłyszał trzask frontowych drzwi i podniósł się z podłogi, mimowolnie wzdychając z rozczarowaniem. Po czym przypomniał sobie o tym, że gosposia wciąż na niego spogląda.- No... Co tam, Rose...?- wyszczerzył się głupio.
Gosposia spoglądała na niego przez dłuższą chwilę, po czym mruknęła jedynie krótkie:
-Ubieraj się- a następnie zeszła na dół.
Johnny zamknął za nią drzwi, mocno zdziwiony. Nie sprawiała wrażenia zdenerwowanej ani tym bardziej wściekłej, chociaż i tak myślał, że solidnie mu się za to oberwie. Cóż, nie dało się ukryć, że sytuacja była dość... specyficzna. Wiedział, że na tym nie koniec i będzie musiał wymyślić coś bardziej wiarygodnego, by jakoś się wytłumaczyć. Nie był w końcu gejem! Zaśmiał się cicho i otworzył szafę. Jak na kogoś, kto został przed chwilą przyłapany w bardzo zawstydzających okolicznościach, humor miał wprost doskonały. Całował Keitha! Ach, jak trudno było myśleć o wyjaśnieniach, ubraniach czy fryzurze z tym wspomnieniem w głowie! Całował Keitha, a Keith był chłopakiem. Całował chłopaka. Podobało mu się to, że całował Keitha. Który był chłopakiem. Więc podobało mu się, że całował chłopaka. Ale czy to miało właściwie jakiekolwiek znaczenie...? Keith był taki uroczy, i taki miły, i tak złagodniał, i tak pięknie się rumienił, i tak dobrze się obok niego leżało, tak przyjemnie dotykało!
Pewnie gdyby Johnny był w stanie myśleć perspektywicznie i dostrzegać konsekwencje własnych działań, zacząłby się zastanawiać nad tym, co oznaczał ten pocałunek, do czego doprowadzi, czy zrobił dobrze i jak to się wszystko ma do wyzwania, którego się podjął. Ale Johnny myślał głównie o sobie, choć od niedawna jeszcze jedna osoba przychodziła mu nieustannie na myśl – Keith. Cóż więc w tym dziwnego, że nie zaprzątał sobie umysłu przyszłością, skoro miał tyle na głowie? Nie mógł przecież myśleć o wszystkim!
Ubrał się i naszykował do wyjścia, wesoły. Powoli zszedł na dół, świadom tego, że musi coś powiedzieć Rose.
Kobieta szykowała mu akurat drugie śniadanie. Gdy wszedł do kuchni, podniosła wzrok i spojrzała na niego cokolwiek pobłażliwie, po czym pokręciła głową i westchnęła ciężko.
-Słuchaj, Rose...- zaczął chłopak pewnym głosem.- Wiem, że gdy tam weszłaś... Cóż, mogło to wyglądać dziwnie i mogłaś sobie coś pomyśleć. Coś nietrafnego, rzecz jasna. Ale to nic z tych spraw, serio. Po prostu zadzwoniłem wczoraj do Keitha, żeby przyszedł i dał mi korepetycje z matematyki. Właśnie, bo dostałem trzy plus z matmy, wiesz, Rose?- uśmiechnął się pogodnie, przypominając sobie, że nie powiedział o tym gosposi.
-Ach, tak...
-W każdym razie, wieczorem bardzo padało... No i... Gdy Keith tu przyszedł, był strasznie przemoknięty, przemarznięty i w ogóle! Musiałem coś zrobić! No więc zaprosiłem go na górę i poprosiłem, żeby ściągnął swoje rzeczy, i dałem mu moją koszulkę...
-Nie miał koszulki- zauważyła Rose.
Johnny odkaszlnął cicho.
-Eee... Taak... Ponieważ... Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie jak położy się do łóżka i nakryje kołdrą- stwierdził, starając się uśmiechnąć przy tym przekonująco.- A później położyłem się obok niego... Żeby było mu cieplej, rzecz jasna.
-Rzecz jasna.
-No i zasnęliśmy.
Rose tylko coś mruknęła, krzywiąc się z niezadowolenia.
-Nic nie powiesz?- zdziwił się Johnny.
Kobieta przerwała prace i oparła jedną dłoń o blat, drugą zaś położyła na swoim biodrze.
-A co ty myślisz, Johnny, że ja żyłam w innej epoce?!- ofuknęła go z poirytowaniem. Szatyn zamrugał zdumiony. Tak mu się wydawało.- Może i nie trąbiono o tym na prawo i lewo, i ludzie zachowywali się trochę bardziej przyzwoicie, i nie było wszędzie tych seksów, ale... Przecież dobrze wiem, o co chodzi... Poza tym, nie myśl sobie, że nie wiedziałam, chłopcze... Wprost przeciwnie... To twoje... Tam... Malowanie, ubieranie się!- machnęła dłonią i pokręciła głową. Johnny spoglądał na nią bez zrozumienia.- Ci koledzy... Benny... Nie jestem aż taka stara i głupia, jak ci się wydaje, Johnny.
-Co...? A co ma do tego wszystkiego moje ubieranie się i Benny...?- szatyn spoglądał na gosposię ze zdumieniem.
-Och, już ty dobrze wiesz co...- odmruknęła kobieta.
-No co ty, Rose!- chłopak parsknął śmiechem.- Chyba nie sądzisz, że jestem... gejem?- rozbawienie szybko mu minęło, gdy Rose spojrzała na niego w znaczący sposób.- Jasne, że nie jestem! Mówiłem ci już, że z Keithem to przypadek! A poza tym... Benny? Benny przecież ma dziewczynę!
-Więc może i nie Benny, ja się tam nie wtrącam- stwierdziła kategorycznie gosposia, wzruszając ramionami.
-I ja też spotykałem się z dziewczynami... Sama przecież wiesz!
-No... Może i się spotykałeś... Ale z żadną nie przyłapałam cię w takiej sytuacji... No i ta sąsiadka ci się nie podoba...
-Jaka sąsiadka, Rose, co ty mówisz!- Johnny aż złapał się za głowę. No to się porobiło!
Bardzo zdenerwowany raz jeszcze orączkowo tłumaczył gosposi, że absolutnie źle go zrozumiała, że z Keithem to przypadek, Benny jest z Maicy (jeszcze), a on naprawdę nie jest gejem! Tylko całował się z chłopakiem i tylko mu się to podobało, ale co z tego! Wyjątki potwierdzają regułę, a Keith był wyjątkiem. Takim... Wyjątkowym wyjątkiem. Zupełnie innym od wszystkich ludzi, których Johnny znał. Rose jednak nie dawała wiary tym tłumaczeniom. Chłopak poczuł się skrępowany i w końcu, mając problemy ze znalezieniem kolejnych argumentów, szybko wziął swoją torbę i stwierdził, że musi już iść do szkoły.
-Johnny, a śniadanie, jak tak można!- zawołała za nim oburzona gosposia. Rose najwyraźniej miała to do siebie, że bardziej oburzał ją brak śniadania niż domniemane odmienne obyczaje seksualne wychowanka.
Szatyn zbiegł szybko na dół i podszedł do samochodu, ale gdy sięgnął do kieszeni, przekonał się, że nie wziął kluczyków. Spojrzał na górę, zastanawiając się nad tym, czy powinien się po nie wrócić, ale, z dziwnej przyczyny, na myśl o kontynuowaniu rozmowy z Rose poczuł się okropnie zażenowany i doszedł do wniosku, że pojedzie autobusem. Na autobusach jednak nie znał się wcale, więc minąwszy jedynie przystanek, zdecydował się, że jednak pójdzie na piechotę. Do szkoły dotarł solidnie spóźniony, czego dowodem były zupełnie puste korytarze. Musiał zobaczyć się z Keitehm i porozmawiać z nim o tym, co zaszło. Miał nadzieję, że chłopak się tego wszystkiego nie przestraszył. Wbiegł na pięto, odnalazł klasę, w której miał mieć zajęcia z chemii i nie zastanawiając się zbytnio, wszedł do środka.
-Przepraszam za spóźnienie...- rzucił pokornie, stając w progu i automatycznie rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu tej jednej twarzy.
Cała klasa wybuchnęła gromkim śmiechem.
-Pan chyba raczy sobie ze mnie żartować, panie Bradley...- odezwała się zirytowana nauczycielka.- Zostało pięć minut do dzwonka!
Johnny ledwie ją słyszał. Dostrzegł Benny'ego, który spoglądał na niego ze zdumieniem, dostrzegł Carla, jedzącego niezbyt dyskretnie swoje drugie śniadanie, dostrzegł Erica, a nawet Maicy obok której siedziała Linda, spoglądając na niego surowo i chłodno, ale na nic Johnny nie zwrócił uwagi, bo doszedł do iście potwornego wniosku. Keitha nie było.
-Panie Bradley!- warknęła znowu nauczycielka.
-Tak...?- szatyn zwrócił się w jej stronę, po czym przypomniał sobie, co powiedziała chwilę wcześniej.- Ach, tak, przepraszam...- rzucił nieco nieprzytomnie i wyszedł, pozostawiając osłupiałą nauczycielkę wraz z ryczącą ze śmiechu klasą.
Oparł się o ścianę, czekając na koniec lekcji i zaczął zastanawiać się tęsknie nad tym, czy Keith się dziś pojawi. Wrócił do domu dopiero nad ranem. Pewnie musiał bardzo tłumaczyć się mamie. Rzeczywiście zachowali się trochę nierozsądnie, ale czy któryś z nich mógł to przewidzieć? Cóż, Johnny na pewno nie. A to on z nich dwóch miał dość konkretne plany związane z wyzwaniem. Ale to nie wyzwanie tkwiło teraz w jego głowie.
Zadzwonił dzwonek i z klasy wychodziły kolejne osoby. Niektórzy uśmiechali się pogodnie do zdezorientowanego szatyna, jakby sądzili, że ten celowo robił sobie żarty. W końcu pojawił się przy nim Benny.
-Co się stało?- zapytał zdziwiony.- Samochód ci nawalił...?
-Nie, nie wziąłem go.
-Co?- blondyn uniósł brwi.
-Zapomniałem kluczyków- wyjaśnił Johnny.
Benny wpatrywał się w niego bez zrozumienia.
-To nie mogłeś po nie wrócić...?
Johnny westchnął głęboko i machnął ręką.
-To długa historia, opowiem ci później.- czyli nigdy w życiu. Chyba pierwszy raz w życiu przekonał się, że są sprawy o których nawet najlepsi kumple nie powinni wiedzieć.- A co z tobą...?- zapytał znacząco. Maicy w końcu pojawiła się w szkole.
Benny trzymał się całkiem nieźle. Uśmiechnął się krótko i wzruszył ramionami.
-Nic. Chyba. Ale wiem już, co zrobię z Maicy.
-Co takiego?
Blondyn wziął głęboki wdech i powiedział stanowczo:
-Zerwę z nią.
Johnny spojrzał na niego z niedowierzaniem.
-Co ty opowiadasz, Benny...- parsknął śmiechem, kręcąc głową.- Przecież jesteś w niej zakochany.
-Ale rozmawiałem wczoraj z Erickiem i on mówi, że to dobry pomysł- odparł blondyn, po czym widząc na wpół zdziwione, na wpół potępiające spojrzenie przyjaciela, dodał.- No co...? Nie miałem co robić. Cały czas nie mam co robić, odkąd się z nią pokłóciłem.
-Więc czemu nie zadzwoniłeś po mnie?- Johnny poczuł się tym trochę urażony.
-Miałeś swoje plany, nie chciałem zawracać ci głowy... Poza tym, musiałem pogadać z kimś, kto... No wiesz... Spojrzy na sprawę obiektywnie.
Johnny poczuł się jeszcze bardziej urażony.
-Uważasz, że Eric jest bardziej obiektywny ode mnie...?- burknął pochmurnie.
-Tak. To nic złego, Johnny- zastrzegł natychmiast, widząc minę przyjaciela.- Sam dobrze wiesz, jak to jest... Cały czas się martwisz, że będę się źle czuł i tak dalej... A czasem trzeba podjąć stanowcze i bolesne decyzje.
-Eric ci to powiedział...?- parsknął z politowaniem chłopak.
Benny skinął głową.
No tak. Szkoda tylko, że ostatnim określeniem, jakie pasowało do Erica było „obiektywny”. Nie pierwszy raz już poważnie namieszał. Nic więc dziwnego, że Johnny'emu nie podobało się ani to, że radzi takie rzeczy Benny'emu, ani to, że Benny uważa jego rady za lepsze.
-Powiedział, że jeśli z nią zerwę, to w końcu wszystko będzie jasne- stwierdził z przekonaniem blondyn, jakby rzeczywiście wierzył w te słowa.- Jeśli ma mnie gdzieś, to trudno, nie było się po co starać, jakoś to przeboleję. A jeśli nie, to może się w końcu ogarnie i zacznie zachowywać jak kiedyś.
-Nie obraź się, Benny, ale Eric nie wydaje mi się być specjalistą od kobiet... A jeśli stosował takie techniki na tej swojej, to nic dziwnego, że żaden z nas nigdy jej nie widział...
Benny zachichotał. W tym momencie podeszła do nich Maicy.
-Cześć. Cześć, Johnny- uśmiechnęła się do szatyna, po czym spojrzała na swojego chłopaka.- Możemy porozmawiać...?
Benny zbladł momentalnie. Skinął głową i odszedł razem z nią, oglądając się jeszcze za Johnny'm z przerażeniem. Szatyn obserwował ich z daleka. Dziewczyna długo coś mówiła. Nagle Benny przytulił ją do siebie mocno. I tak tulili się do końca przerwy, a widząc wesołość i ulgę na twarzy przyjaciela, Johnny nie mógł się nie uśmiechnąć. Jakoś trudno było mu sobie wyobrazić, by blondyn rzeczywiście mógł zerwać z Maicy, nawet po to, by ta się otrząsnęła.

Maicy i Benny zachowywali się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. I rzeczywiście, spoglądając na nich, nietrudno było dojść do wniosku, że spory i rozłąka, przeżywana tak przez blondyna, okazały się być ostatecznie zupełnie bez znaczenia. Pogodzona para świergotała między sobą jak dawniej, jak dawniej spędzała ze sobą dużo czasu i jak dawniej przyciągała zainteresowane spojrzenia. Johnny był z tego bardzo zadowolony, chociaż ciekawy tego, z jakiego powodu Maicy zachowywała się wcześniej w tak dziwny sposób. Gdy zapytał o to Benny'ego, usłyszał, że dziewczyna wszystko mu wyjaśniła. A mianowicie powiedziała, że źle się czuła, źle zachowywała i bardzo tego żałuje, ale to się więcej nie powtórzy, bo zależy jej na Benny'm. Szatyn odniósł wrażenie, że jest to dość oszczędne wytłumaczenie, ale skoro jego przyjacielowi wystarczyło, jemu także. Zresztą Benny był tak szczęśliwy i podekscytowany, że pewnie przyjąłby jakąkolwiek wersję, byleby tylko wszystko wróciło do normy. I wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było. Tego dnia, na stołówce usiedli razem, prawie tak jak dawniej. Prawie, bo nie było Erica. Była za to Maicy, która usadowiła się wygodnie na kolanach swojego chłopaka, uśmiechając się do niego serdecznie, głaszcząc po włosach i ze zwyczajową dla siebie cierpliwością i zrozumieniem, słuchająca jego narzekań na beznadziejną formę jakiejś piłkarskiej drużyny. Była Agatha, uśmiechająca się tylko na próby nawiązania rozmowy zarumienionego Carla. I był Johnny. Sam. Nie żeby mu to przeszkadzało, bo zdążył się już przyzwyczaić do takiej sytuacji. Ale z racji tego, że wszyscy wydawali się być zainteresowani swoimi sprawami sercowymi, on miał dużo czasu do namysłu nad innymi kwestiami. A może tymi samymi...? Właściwie co za różnica.
Pierwszy raz zamówił jedzenie w stołówce i musiał przyznać, że nie było wcale tak złe, jak głosiły plotki i napisy w szkolnych toaletach. Przeżuwając niespiesznie kawałek kotleta, zastanawiał się nad tym, czy powinien pojechać po szkole do Keitha. Nic nie wskazywało na to, by ten się pojawił, a skoro Johnny znał już jego tajemnicę... A co, jeśli chłopak znowu się zdenerwuje? Nie, to zupełnie bez sensu. Lepiej zadzwonić. Albo napisać sms-a. A co, jeśli nie odbierze i nie odpisze?
-Nad czym tak dumasz, Johnny?- zapytała uprzejmie Maicy, uśmiechając się do niego.
Szatyn podniósł wzrok i odpowiedział uśmiechem, po czym pokręcił głową.
-Nad niczym... Nad niczym szczególnym- odpowiedział, chociaż w rzeczywistości, jak na jego zwyczajowe rozważania, było to naprawdę wyjątkowe.- Miło cię znowu widzieć... To znaczy... Nie żebym wcześniej cię nie widział, ale... Wiesz, o co mi chodzi- zaśmiał się lekko.
-Wiem, wiem- odparła dziewczyna i pieszczotliwie ucałowała policzek Benny'ego, który wyglądał na bardzo zadowolonego.
-A gdzie Linda...?- dopiero wyrwany ze swoich myśli Johnny, uświadomił sobie, że dziewczyna zazwyczaj siedziała ze swoimi koleżankami albo wraz z nimi dosiadała się tutaj. Zwłaszcza odkąd zaczęła się nim poważnie interesować.
-Cóż... Sądzę, że powinniście załatwiać swoje sprawy między sobą...- stwierdziła Maicy.
Johnny uśmiechnął się do niej tylko, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co miały znaczyć te słowa.
Wreszcie skończył jeść. Benny i Maicy wciąż tulili się do siebie, okazując sobie tyle czułości, jakby zamierzali zrekompensować te wszystkie dni, kiedy się kłócili albo nie widzieli. Agatha poszła do toalety, korzystając z chwili przerwy Carl zaczął grać na telefonie, a szatyn doszedł do wniosku, że lepiej zostawić szczęśliwe pary w spokoju. Przeprosił ich, odniósł talerz i wyszedł ze stołówki. Ruszył wzdłuż korytarza wciąż pochłonięty iście filozoficznymi rozważaniami nad tym, co powinien zrobić po tym wszystkim, co się wydarzyło. Roztrząsał każdą możliwość z taką uwagą, jaką ostatni raz poświęcał temu, którą koszulę powinien wybrać. Co prawda ostatecznie kupił obie, ale w tej sytuacji nic nie było takie proste. Mieć Keitha za przyjaciela i wygrać wyzwanie. Czy to możliwe...? Wciąż wydawało mu się jeszcze, że owszem. Ale czy przyjaciela się całuje? Albo oszukuje? Pierwszy raz poczuł coś na kształt wyrzutów sumienia.
I nagle go zobaczył. Keith opierał się o ścianę przed klasą, w której mieli mieć następną lekcję. Johnny uśmiechnął się do siebie, ale zaraz mina nieco mu zrzedła. A co, jeśli Keith będzie na niego zły? Albo nie podobało mu się to wszystko, co wczoraj zaszło? A jeśli powie, że nie chce z nim więcej rozmawiać...? Johnny bardzo się zdenerwował swoimi własnymi przypuszczeniami, ale wreszcie odetchnął głęboko i podszedł do ciemnowłosego.
Keith wyprostował się gwałtownie, gdy tylko go zobaczył. Zaczerwienił się i spuścił wzrok. Odkaszlnął nerwowo, gdy Johnny się przed nim zatrzymał.
-Cześć, Keith- rzucił ostrożnie szatyn.
-Cześć- odparł cicho chłopak.
Na szczęście brunet wciąż chciał z nim rozmawiać. I nie wyglądał na wściekłego tym, co się wydarzyło.
-Wszystko w porządku...?- zapytał łagodnie Johnny. Keith skinął głową.- Twoi rodzice nie byli na ciebie źli, że tak późno wróciłeś?
-Nie. Nie, wszystko dobrze- odparł nerwowo ciemnowłosy, wreszcie spoglądając na Johnny'ego.- A... A co z Rose?- zapytał po chwili wahania.
-Wszystko dobrze- uśmiechnął się szeroko Johnny.
-To dobrze.
Johnny skinął głową i odwrócił na chwilę głowę, ku swojemu zdumieniu, dostrzegając siedzącego nieopodal na podłodze Erica, który wpatrywał się w niego lodowatym wzrokiem. Szatyn uniósł dumnie głowę i z powrotem spojrzał na Keitha, celowo dotykając jego ramienia.
-Na pewno wszystko gra...?- zapytał, uśmiechając się.
-Johnny...- chłopak wzdrygnął się lekko i odsunął jego dłoń.
-Musimy chyba o tym porozmawiać.
-Teraz...?- Keith cofnął się o kilka kroków.
Johnny parsknął śmiechem.
-Nie, no teraz nie, ale...
-To porozmawiamy później- uciął ciemnowłosy, po czym odwrócił się i szybko odszedł.
Johnny znowu spojrzał w stronę Erica. Uśmiechnął się do niego z satysfakcją. Blondyn odpowiedział mu pełnym politowania uśmiechem.
Ale Johnny już wiedział, że szybko zetrze mu go z twarzy.
Jak tylko wygra wyzwanie, rzecz jasna.

Keith chyba go unikał. Johnny doszedł do tego jakże błyskotliwego wniosku po drugiej z kolei przerwie, na której zupełnie nie był w stanie znaleźć ciemnowłosego, który zazwyczaj nie miał nic lepszego do roboty prócz siedzenia pod klasą. Brunet szybko wychodził z pomieszczenia, a Johnny nie bardzo mógł za nim biec, nie wzbudzając jednocześnie podejrzeń Benny'ego. Dopiero w czasie kolejnej, ledwie pięciominutowej przerwy, gdy szatyn wszedł do toalety, Keith akurat z niej wychodził. Natknęli się na siebie, przystanęli na chwilę, nieco zdezorientowani, ale Johnny szybko wykorzystał okazję.
-Keith, możemy porozmawiać?- zapytał natychmiast, właściwie wpychając ciemnowłosego z powrotem do toalety.
-Tutaj...?- chłopak spojrzał na niego, wyraźnie skrępowany.
W tym momencie do środka wszedł jeden z uczniów ich klasy. Zaśmiał się na widok Johnny'ego, poklepał go serdecznie po ramieniu i pogratulował porannego spóźnienia. Szatyn uśmiechnął się do niego tylko, obserwując jak ten wchodzi do kabiny i odpowiedział brunetowi:
-Nie, jasne, że nie. Mógłbyś dzisiaj przyjechać...? Wtedy moglibyśmy sobie wszystko ustalić i w ogóle...
Chłopak nie wyglądał na przekonanego.
Kumpel Johnny'ego wyszedł z kabiny, wyszczerzył się do szatyna wesoło, raz jeszcze wspominając poranne zdarzenie, umył szybko ręce i wyszedł.
-Keith, proszę!- westchnął błagalnie szatyn, gdy tylko zostali sami.- Przecież musimy o tym pogadać... Zamówię pizzę, wybiorę jakiś ciekawy film... Będzie... miło...- z niewiadomej przyczyny, Johnny sam aż zarumienił się na własne zachęty. W towarzystwie Keitha zawsze było miło. Ale wczoraj było milej niż zwykle, a Johnny właśnie zdał sobie sprawę z tego, że nie miał by nic przeciwko temu, by taka sytuacja się powtórzyła.
Brunet chyba podobnie odebrał te słowa.
-Co ty, zapraszasz mnie na... randkę...?- ostatnie słowo wymówił wyjątkowo cicho, mimo że byli sami.
-Nie, nie, no co ty!- zaprotestował natychmiast szatyn, odrobinę przerażony, ale widząc, jak ciemnowłosy unosi kącik ust w nieco rozbawionym uśmiechu, odzyskał pewność siebie.- To znaczy... Nie wiem... A zgodziłbyś się... gdyby to była randka...?- zapytał niemalże prowokująco.
Keith wzruszył ramionami.
Ha! Wzruszył ramionami! Tylko wzruszył ramionami! Nie odmówił, nawet nie pokręcił głową! Ach, Johnny nie od dziś wiedział, że jest specjalistą od tego typu spraw!
-Po prostu czekaj na mnie pod szkołą, okej?- rzucił w końcu brunet, wywołując u swojego rozmówcy istny wybuch radości.
-Jasne, Keith!- ucieszył się Johnny.
Ciemnowłosy wyszedł. Po załatwieniu naglącej potrzeby, szatyn także opuścił toaletę, chwilę po tym, jak usłyszał dźwięk dzwonka. Ruszył korytarzem niespiesznym i pogodnym krokiem, gdy nagle natknął się na kogoś, kto też się spóźnił. Na Lindę. Uśmiechnął się do niej serdecznie, ale dziewczyna zmierzyła go iście lodowatym spojrzeniem i przyspieszyła kroku, wyprzedzając go nieco. Johnny zatrzymał się na chwilę, mocno zdezorientowany, po czym, nie bardzo wiedząc, o co chodzi, ruszył w ślad za nią. I już miał zamiar zapytać, gdy ta odwróciła się w jego stronę z impetem i rzuciła zdenerwowana:
-Nie mogę w to uwierzyć! Po prostu nie mogę w to uwierzyć! Jak mogłeś mnie tak olać?!
Szatyn zamrugał oczyma, unosząc brwi, ale chwilę później uświadomił sobie o czym mowa i aż jęknął głucho. Randka. Był umówiony z Lindą. Rany, jak mógł zapomnieć o randce? Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. Cóż, nigdy wcześniej nie spotykał się w tym samym czasie z Keithem.
-Linda, przepraszam...- powiedział natychmiast, ze szczerą skruchą.- Zupełnie zapomniałem...
-Dobre sobie!- prychnęła dziewczyna.- Żadnego telefonu, nawet sms-a! Żadnej niespodziewanej wizyty u dentysty, odwiedzin u babci, ani równie kretyńskiej wymówki! Zupełnie nic! I nawet mnie nie przeprosiłeś!
-To nie tak, przysięgam!- zapewnił ją gorliwie Johnny.- Poszedłem na chwilę na górę, położyłem się do łóżka i sam nie wiem, kiedy przysnąłem. Tak było naprawdę, Linda, przepraszam...
Cóż, tak było naprawdę. Nie skłamał, a jedynie pominął skromny udział Keitha w całym tym zdarzeniu.
-Nie kłam, Johnny! Przecież do ciebie dzwoniłam!
-Dzwoniłaś...?- szatyn zrobił głupią minę i odruchowo sięgnął dłonią do kieszeni spodni. No tak. Wyszedł szybko rano, zapominając prawie wszystkiego. Komórki też nie miał. A wczoraj... Wczoraj chyba zostawił ją na dole i nie mógł nic słyszeć.- Zapodziałem gdzieś telefon. Bardzo mi przykro. Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Naprawdę szykowałem się do wyjścia.
-Jasne...- odparła z poirytowaniem dziewczyna.- Żaden inny facet nie miałby u mnie szans po czymś takim!
-Żaden inny...?- podchwycił Johnny i uśmiechnął się lekko, widząc wahanie na twarzy jasnowłosej. Szybko jednak uśmiech zamienił z powrotem na wyraz skruchy, bo tak wypadało.- Linda... Wynagrodzę ci to najwspanialszą randką na świecie...- stwierdził, biorąc dziewczynę za ręce.- Obiecuję. Tylko się już na mnie nie gniewaj... Bardzo chciałem się z tobą spotkać, nie wiem, jak to się mogło stać...
… No dobrze, to akurat było kłamstwo. Wiedział aż za dobrze.
-Gdybyś chciał, to byś nie zapomniał- odparła ze zdenerwowaniem dziewczyna.
-To nie tak! Daj mi jeszcze jedną szansę... Spotkamy się...?- uśmiechnął się czarująco, choć z konieczną dozą smutku.
-Dzisiaj nie mam czasu- odpowiedziała chłodno, chyba tylko ze względu na swoją dumę.
-A jutro...?- nalegał Johnny.
-Nie wiem... Może... Zobaczymy...- odparła wyniośle, po czym odeszła w stronę klasy.
Johnny uśmiechnął się do siebie szeroko, zadowolony.
On już wiedział, jak będzie brzmiała odpowiedź.

Johnny był bardzo poddenerwowany. Gdy jechał z Keithem do domu, wyjaśnił mu jedynie, że zapomniał samochodu i zapanowała cisza. Mieli rozmawiać, ale żaden z nich nie wiedział, od czego zacząć. Wreszcie wysiedli na odpowiednim przystanku (całe szczęście, że Keith miał go na oku, bo zamyślony Johnny nawet się nie zorientował, że pora wychodzić), a następnie dotarli do bloku Johnny'ego i weszli na górę. Szatyn zaprosił ciemnowłosego do salonu, uświadamiając sobie, że cały czas trze dłonie w nerwowym geście. Uśmiechnął się lekko do Keitha, który usiadł na kanapie, wpatrując się w niego z uwagą. Zamiast pizzy przyniósł do pokoju kilka przekąsek.
-Napijesz się czegoś?- zapytał nieco drżącym głosem.
-Tak. Wody.- nauczony doświadczeniem Keith wybrał od razu, uśmiechając się do szatyna.
Johnny przygotował więc dwie szklanki wody, postawił je na stole, usiadł obok Keitha i... I tak właśnie siedzieli. W ciszy. Johnny miał wrażenie, że to bardzo dobry moment, by coś powiedzieć. Coś odpowiedniego i na miejscu. Ale co...?
-Hm... Chciałeś o czymś rozmawiać...- przypomniał Keith, odkaszlnąwszy cicho.
-Tak...- potwierdził szatyn, bardzo skrępowany. Chwilę jeszcze zastanawiał się, jak zacząć i jak skończyć, ale ostatecznie stwierdził tylko- To ja włączę film.
I jak powiedział, tak też uczynił. Wybrał coś, co oglądał już wcześniej kilkukrotnie i usiadł obok Keitha. Nie zapytał go o to, czy propozycja mu się podoba. Obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie przyjechali tutaj oglądać czegokolwiek, ale z braku lepszych opcji, zaczęli wpatrywać się w ekran, trochę mechanicznie. Szatyn jednak powoli zaczynał się rozluźniać. Zaczął spoglądać ukradkiem na Keitha i zastanawiać się nad tym, co powinien zrobić. Z absolutnego braku pomysłów, zaczął myśleć o tym, co by zrobił, gdyby Keith był dziewczyną. Efektem tego było to, że ręka Johnny'ego wylądowała na oparciu kanapy i czekała tylko na dogodny moment, by zsunąć się na ramiona ciemnowłosego. Nim jednak zdążyło do tego dojść, Keith poruszył się odrobinę niespokojnie i mruknął:
-Johnny... Proszę...- po czym parsknął z rozbawieniem.
Szatyn zabrał więc rękę, odrobinę unieszczęśliwiony faktem, że nie wyszło tak, jak zamierzał.
-Keith, jesteś gejem?- zapytał w końcu bardzo otwarcie.
Brunet spojrzał na niego i wzruszył ramionami, czerwieniejąc na twarzy.
-Nie wiem...- odpowiedział cicho.- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie miałem powodu.
Szatyn postanowił iść za ciosem.
-A podobam ci się...?
-Johnny!- jęknął głucho chłopak, mocno zawstydzony.
Johnny przerwał na chwilę pytania i uśmiechnął się do siebie.
-Wiesz, że zostawiłeś u mnie swoją bluzę...?- zaczął znowu moment później.
-No... A sądziłeś, że po co przyszedłem...?- zażartował Keith, uśmiechając się do niego.
-Bo mnie lubisz- odparł szczerze Johnny, chyba tylko po to, by po raz kolejny obserwować uroczy rumieniec malujący się na twarzy ciemnowłosego.
Keith nie odpowiedział i zdjął na chwilę okulary, by przetrzeć szkła o koszulkę, chyba tylko po to, by ukryć swoje zażenowanie. Johnny nie zamierzał się jednak łatwo poddać.
-Ładnie bez nich wyglądasz- stwierdził prowokująco.
-Przestań...- odpowiedział nerwowo Keith.
-Naprawdę ładnie...- Johnny wyszczerzył się wesoło, nachylając się nad chłopakiem.
-Johnny...
Ciemnowłosy oparł mocno dłoń o ramię szatyna, jakby usiłując go powstrzymać, ale to wcale nie przeszkodziło Johnny'emu w tym, by go pocałować. Usta Keitha nie stawiały żadnego oporu. Oddały pocałunek natychmiast, a wszystko to, co Johnny czuł wczorajszego wieczora, wróciło ze zdwojoną siłą. Brakowało mu czasu, by dobrze zastanowić się nad tym, co robi i po co to robi. Bo czy nie dążył do tego od początku ich spotkania...? Przyczyny i motywacje wydawały się takie nieistotne! A wargi Keitha były ciepłe i przyjemne... Zatopił się w nich zupełnie. Zdawało się, że brunet również uległ temu uczuciu, ale jego palce wbijały się coraz mocniej w ramię Johnny'ego, jakby chciał go trzymać na dystans. Jednak po chwili, Johnny odsunął jego dłoń, ściskając ją w swojej. Drugą ręką chwycił się oparcia, by nie położyć się na ciemnowłosym całkowicie. W końcu Keith cofnął się, przerywając ich pocałunek.
-Nie wiem, co ja robię...- powiedział, zdezorientowany.
-Całujesz mnie- odparł Johnny, uśmiechając się szeroko.
Keith parsknął cicho, odwracając wzrok.
-Tak, ale nie wiem dlaczego...
-Bo mnie lubisz. A ja lubię ciebie.
W tym momencie lubił Keitha w bardzo szczególny, specyficzny sposób. I lubił go tak bardzo, jak chyba nikogo na świecie.
-Wiem... Wiedziałem już... od pewnego czasu...- przyznał ostrożnie Keith, a szatyn spojrzał na niego bez zrozumienia, nie wiedząc, o czym ten mówi.- Od początku zdawałem sobie sprawę z tego, że nie chodzi ci o żadne korepetycje.
Johnny dosłownie osłupiał słysząc te słowa. Przełknął ślinę, mocno zdenerwowany i wycisnął z siebie nieco przerażone:
-T... Tak...?
Czy to możliwe...? Nie, Keith przecież nie mógł wiedzieć o wyzwaniu! A jeśli...?
-Tak- potwierdził spokojnie chłopak.- Nie rozumiałem tego. Nie miałem pojęcia, czego właściwie ode mnie chcesz. Wydawało mi się, że zamierzasz mnie przekonać, żebym dawał ci ściągać albo coś w tym rodzaju... Ale później... Kiedy powiedziałeś mi, że jesteś gejem... Wtedy... Wtedy chyba zrozumiałem- ciemnowłosy odetchnął głęboko. Johnny nadal milczał, obawiając się tego, co zaraz usłyszy.- Nie wiem, czy to wszystko tak miało wyglądać, ale... Czy ja... To znaczy... Czy zaczepiłeś mnie dlatego, że wcześniej... hm... zwróciłeś na mnie uwagę, bo... bo... zainteresowałeś się... mną...?- dokończył niepewnie.
To był chyba ten moment, gdy Johnny powinien czuć ulgę, zdawszy sobie sprawę z tego, że Keith o niczym nie miał pojęcia. Ale, paradoksalnie, poczuł się źle. Coś chwyciło go za serce i przez chwilę, przez ledwie krótką chwilę, naprawdę zapragnął powiedzieć Keithowi wszystko, całą prawdę, od samego początku. Wyjaśnić mu, jak było i co nim kierowało. Ale tego nie zrobił.
-... Tak... Tak, tak właśnie było...- odparł, uśmiechając się wymuszenie.- Podobałeś mi się od samego początku.
-Dlaczego ja?- zdziwił się Keith.
-Bo byłeś... Jesteś... taki inny od wszystkich... Taki... Taki miły i... Oj, Keith!- jęknął tylko, chwytając go w ramiona i przyciskając do siebie. Keith rzeczywiście był inny od wszystkich. I rzeczywiście był miły. I gdyby nie to wyzwanie, Johnny zapewne nigdy by go tak dobrze nie poznał. Ale nie mógł powiedzieć mu prawdy. Może... Może powie mu... Powie mu, jak będzie po wszystkim.
-Przepraszam, jeśli byłem dla ciebie oschły. Nikt nigdy nie interesował się mną... w taki sposób.
Te słowa sprawiły, że Johnny poczuł się jeszcze gorzej. Spojrzał Keithowi prosto w oczy i zaraz pocałował go ponownie. W gruncie rzeczy żaden z nich nie miał pojęcia, co robią i nie potrafił zrozumieć. Szatyn nie rozumiał jeszcze do końca tego, jak wielką przyjemność sprawiała mu bliskość Keitha. A Keith nie mógł rozumieć, jak bardzo rzeczywistość odbiegała od jego przypuszczeń. Ciemnowłosy usiłował przesunąć się odrobinę, ale zamiast tego, spadł się z kanapy. Johnny, skoncentrowany na jego wargach, wylądował właściwie na nim. Obaj wybuchnęli śmiechem. Szatyn odsunął się na bok, po czym podniósł się na przedramieniu, spoglądając na chłopaka z uśmiechem.
-Całowałeś się już kiedyś z kimś, Keith...?- zapytał, zainteresowany.
-Nie.
-A podoba ci się to, jak cię całuję...?
Brunet parsknął cicho, słysząc to pytanie.
-Tak, Johnny...- odparł rozbawiony.- Podoba mi się.
Szatyn zachichotał, usatysfakcjonowany odpowiedzią. Prawda jednak była taka, że nie był pewien. Z Keithem, w przeciwieństwie do dziewcząt, niczego nie można było być pewnym. Nachylił się nad chłopakiem i przesunął lekko językiem po jego wargach. Ciemnowłosy wydawał się być zdziwiony, ale nie zaprotestował. Gdy Johnny zrobił to ponownie, wysunął koniuszek języka. Zetknęły się ze sobą na krótką chwilę. Szatyn zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu i zaraz powrócił w pocałunku do ust bruneta. Chwilę później pogłębił go. I to właśnie robili przez resztę popołudnia. Leżeli obok siebie i całowali się, absolutnie zdumieni tym, jak wielką przyjemność im tą sprawiało.
-Twoja mama się o ciebie nie martwi...?- zapytał w pewnym momencie Johnny.
-Nie wiem. Nie wziąłem telefonu...- odparł Keith.- Zresztą, tak jak wczoraj...
Szatyn odniósł wrażenie, że nie wziął go celowo.
-Ale chyba rzeczywiście powinienem iść- uświadomił sobie ciemnowłosy, wstając.
Johnny również podniósł się na nogi, trochę obolały.
-A jak Rose...?- zapytał Keith, spoglądając na niego pytająco.
-A... Daj spokój...- zaśmiał się Johnny, machnąwszy dłonią.- Podejrzewa, że jestem gejem!
-Przecież jesteś.
-... N-No... Tak...- potwierdził szatyn, odkaszlnąwszy nerwowo.- Ale... Nie mówiłem jej, bo... Nikomu jeszcze nie mówiłem, oprócz ciebie- dokończył wyjątkowo sprawnie.
Keith uśmiechnął się do niego lekko.
-Odwiozę cię- zaoferował się Johnny i wyjątkowo, nie usłyszał ani słowa protestu.
Tym razem zatrzymał się prawie przed domem Keitha. Gdy ciemnowłosy pożegnał się z nim i już zamierzał wychodzić, przyciągnął do siebie jeszcze na chwilę, wiedziony dziwnym uczuciem i ostatni raz ucałował go mocno.
-Tak... Cześć... Cześć, Johnny...- skrępowany Keith zapomniał chyba jak otwiera się drzwi i o mały włos, nie wysiadłby razem z nimi. W końcu jednak udało mu się wydostać. Spojrzał w kierunku Johnny'ego, uśmiechnął się do niego w tak ciepły i uroczy sposób, że szatynowi serce zabiło szybciej, i poszedł w kierunku domu.
Johnny spoglądał na niego jeszcze przez chwilę, po czym wyjął komórkę i wybrał numer Benny'ego.
-Cześć- rzucił, słysząc powitanie przyjaciela.- Jesteś teraz z Maicy?
-Nie, właśnie odwiozłem ją do domu, wychodzi z mamą. A co...?
-Masz chwilę?
-Jasne. I coś do opicia- zachichotał.- Spotykamy się w mieście?
-Pewnie. Coś się stało...?
-Nie, czemu?
-Masz strasznie dziwny głos. Na pewno wszystko gra?
-Pewnie, Benny...- odparł z uśmiechem Johnny.- Pewnie.
-To dobrze.
Johnny wiedział, że nie może mu nic powiedzieć, chociaż bardzo by chciał.
Bo sam już nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć.

wtorek, 15 maja 2012

Dzień dobry :)

Jak informowałam wcześniej, w następną sobotę (nie tą, tylko tą w kolejnym tygodniu) pojawi się "Wyzwanie". Może uda się wcześniej, ale nie gwarantuję. A teraz chciałabym zapytać was o zdanie, które z PONIŻSZYCH (nie, nie "Wyzwanie") opowiadań chcielibyście przeczytać jako kolejne:

1. Drag Queen
2. Little Piece of Heaven
3. Książę


Głosujcie :)

Rozdział 17 [Chaos]

Ostatnie doświadczenia nie należały do najprzyjemniejszych, za to do wyjątkowo zapadających w pamięć. Szczególnie Amirowi utkwił w głowie pewien, jak mu się zdawało, szczegół, o którym jednak ani myślał jakkolwiek wspominać czy roztrząsać go wspólnie z towarzyszem. Zdarzenie ze staruszką uznał po prostu za idealny przykład kompletnego szaleństwa i nieuzasadnionego niczym okrucieństwa, i zdecydował się o tym więcej nie myśleć. Co nawet mu się udawało, bo jego myśli zaprzątał wyjątkowo skutecznie pewien ogoniasty osobnik. Rozleniwili się trochę, wędrowali krócej, noce były chłodniejsze niż wcześniej i trzeba było się do nich lepiej przygotowywać. Wreszcie znaleźli dogodne miejsce i zdecydowali się na dłuższy postój.
Amir wyszedł z namiotu i usiadł na trawie, odetchnąwszy głęboko. Obejrzał się za siebie, mimowolnie, doskonale wiedząc, kogo tam zobaczy. Nadim stał odwrócony do niego tyłem i przyglądał się iście zafascynowany jakiemuś drzewu albo czemuś, co się na tym drzewie znajdowało, licho wie, Amira w ogóle to nie interesowało. Interesowały go za to sprawy wyjątkowo wstydliwe i cokolwiek niepokojące, przynajmniej w jego własnym mniemaniu. Dostrzegł na przykład, że jego towarzysz jest przystojny. Nie żeby wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, musiałby być kompletnie ślepy, ale jakoś nie zastanawiał się nad tym w ten sam sposób, co teraz. Dostrzegł też, co również widział już wcześniej, ale jakby zupełnie inaczej, że Nadim bardzo ładnie się porusza. Zwinnie. Lekko. Kiedyś go to drażniło, teraz przyciągało jego uwagę. W ogóle była masa rzeczy i cech, które w potomku wilków wciąż okropnie go denerwowały. Tak bardzo, że niekiedy miał chęć udusić go gołymi rękami. Ale chwilę później, dokładnie te same cechy, mniej już przypominały wady, a bardziej zalety. Amir był zaszokowany swoimi odczuciami. Po raz kolejny przyłapał się na tym, że przyglądał się potomkowi wilków zdecydowanie zbyt długo, by można było to uznać za normalne. Tym razem jednak przyłapał go także Nadim, który odwrócił się i napotkawszy wzrok kompana, uniósł brew i uśmiechnął się lekko.
Amir odchrząknął nerwowo, pąsowiejąc i zwracając twarz z powrotem w stronę namiotu. Potomek wilków przemknął obok i zaraz stanął tuż przed mężczyzną, spoglądając na niego z góry. Teraz ciężko było na niego nie patrzeć. Pomimo tego Amir starał się jak mógł, choć mogło wyglądać to zabawnie.
-Przemyślałeś tą sprawę?- zaczął Nadim.
-Co takiego?- Amir nastroszył się lekko.
-Sprawę twojego wuja. I Canisa.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-O czym tu dużo myśleć...?- zapytał obojętnie, tak, jakby nie analizował tej historii po stokroć, odkąd ją usłyszał.- Jak coś między nimi było to... było. A jak nie było, to nie. Przecież nie mam na to wpływu.
Miał za to bardzo dużo pytań do Ludwika. Ale nie był pewien, czy rzeczywiście miałby odwagę je zadać, stając z wujem twarzą w twarz.
-Zastanawia mnie, dlaczego nie powiedziałeś wujowi o twoich upodobaniach- odezwał się Nadim.
Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-A po co miałbym mu to mówić?- zapytał, kręcąc głową.
-To chyba ważne rzeczy.
-Może i ważne.- zgodził się Amir.- Ale dla mnie, a nie dla niego. To znaczy teraz, kiedy wiem, że pod tym względem jesteśmy dość podobni, to może też, ale gdy nie wiedziałem, nie było potrzeby, by mu mówić.
Nadim przycupnął przed nim.
-Ja bym powiedział Canisowi- oświadczył, bynajmniej, nie wzbudzając w mężczyźnie zaskoczenia.
-Domyślam się- odparł z drwiną.
Potomek wilków przyglądał mu się w taki sposób, że Amir zawstydził się jeszcze bardziej. Jego twarz musiała teraz przypominać kolorem intensywnie czerwone róże, rosnące w królewskim ogrodzie i nie był to raczej powód do zadowolenia. I chociaż wcześniej czerwienił się przez towarzysza, to głównie ze złości.
-Jesteś taki skryty...- powiedział Nadim, nie odrywając od niego uważnego spojrzenia.- Nigdy nie chcesz o niczym rozmawiać...
-Za to ty chcesz o rozmawiać o wszystkim!- odparł z irytacją mężczyzna.
Nadim uśmiechnął się łagodnie.
-Tacy już jesteśmy- odpowiedział ze spokojem.- Rozmawiamy ze sobą o wszystkim.
-Zauważyłem- zadrwił Amir. Nadal uważał, że opowiadanie dziecku historyjek o własnych, miłosnych przygodach, w dodatku, co tu dużo mówić, dość specyficznych, jest mało wychowawcze.
-Coś w tym złego...?
-Nic. Ale jeśli twoi rodacy są przynajmniej w połowie tak gadatliwi jak ty, nie dziwię się, że wasza cywilizacja stoi w miejscu...
Nadim zachichotał.
I znowu to samo, znowu to spojrzenie. I znowu fala gorąca i pieczenie policzków, absolutnie nieznośne. O bogowie. Źle było z Amirem, naprawdę bardzo źle, skoro trudno było mu znieść spojrzenie potomka wilków. I to Nadima! A przecież znał go już długo, spał w nim w jednym namiocie, widzieli się nawzajem w sytuacjach może i przekraczających nieco intymność, ale dalekich od przyjemnych, znali się już jako tako, a zabójcze staruszki średnio pomagały w tworzeniu romantycznej atmosfery. Więc co jest, do licha...? Nic się przecież nie zmieniło. Nadim był dokładnie taki sam, jak na początku. Już wtedy był przystojny, już wtedy ładnie się poruszał i już wtedy mógłby zasłużyć na miano atrakcyjnego, ale jakoś Amir nigdy nie myślał o nim w tych kategoriach. Już wtedy był... psem. No tak. A teraz był... Nadimem. Okropnie skomplikowane!
-Zdejmij to- powiedział potomek wilków.
-Co?- Amir cofnął się odruchowo i spojrzał na niego zaskoczony.
Nadim nachylił się w jego kierunku i chwycił za woreczek z kryształami, musnąwszy przy tym paznokciami skórę mężczyzny w okolicach mostka. I od tego miejsca, rozeszły się po całym ciele mężczyzny przyjemne iskierki.
-Nie, nie- zaprotestował Amir, odsuwając jego dłoń.- Wolę nie.
-Dlaczego...? Teraz reagują mocniej niż wcześniej. Ostatnio cię przecież zabolało...
-Czuję się bezpiecznie, gdy mam je przy sobie- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir i na tym stanęło.
Później Nadim oświadczył, że przygotuje ognisko i poszedł do lasu. Amir mu nie towarzyszył, zresztą nie sądził, by potomek wilków sobie tego życzył. Wzajemne towarzystwo było o tyle korzystne dla nich obu, że zawsze mogli ze sobą porozmawiać i współpracować albo choćby tylko pobyć ze sobą. Ale nawet towarzyskiemu Nadimowi ciężko było spędzać cały czas u boku Amira i odwrotnie. Momentami każdy z nich potrzebował chwili spokoju. Długiego spokoju. I ciszy.
Potomek wilków wrócił, niedługo później zapadł zmierzch i Amir schował się do namiotu, pozostawiając rozpalenie ogniska na głowie kompana. Paradoksalnie, choć przez cały dzień nie robił nic wyczerpującego, czuł się zmęczony. Słyszał, że Nadim mówi coś z zewnątrz, ale nawet nie miał ochoty słuchać. Ułożył się na plecach i przymknął powieki, po czym odetchnął głęboko. Siedem kryształów. Aż tyle. Niewiele im już zostało, może wkrótce będą wracać. Nie myślał o tym z równym wyczekiwaniem, co wcześniej. Wciąż bardzo tęsknił za domem, chciał zobaczyć wuja i brata, porozmawiać z nimi, ale... Czy będzie się jeszcze widział z Nadimem? Ach, głupie, natrętne myśli! Co za różnica! Chociaż było to mało prawdopodobne... On był potomkiem wilków, a Amir przyszłym władcą, choć liczył, że to akurat ulegnie zmianie. Nie, bynajmniej nie chciał z przyszłego władcy zostawać władcą obecnym. Chciałby zostać co najwyżej bratem przyszłego władcy. Odwrotna rola mu nie odpowiadała.
Usłyszał szelest i poczuł, jak towarzysz kładzie się obok niego.
-Dobranoc, Nadim...- mruknął jedynie, mając nadzieję, że ten wyczerpał swój limit irytujących pytań na dzisiejszy dzień.
-Myślisz czasem o śmierci...?- usłyszał cichy, rozedrgany głos.
-Gratuluję wyboru doskonałego i nie cierpiącego zwłoki tematu...- wycedził przez zęby mężczyzna, nie otwierając oczu.
-Ja myślę o tym często... Bardzo się boję... Bardzo...
Amir poruszył się niespokojnie. Chciał uchylić powieki, ale w tym momencie poczuł czyjś dotyk na swojej dłoni i zamarł w bezruchu.
-Tak strasznie nie chciałem umierać...- ktoś szepnął mu wprost do ucha.
Przełknął ślinę, otwierając oczy i odwracając głowę w kierunku mówiącego. Nikogo nie zobaczył. Był w namiocie zupełnie sam. A tymczasem coś wciąż trzymało go za dłoń... Wrzasnął i podskoczył gwałtownie. Później wrzasnął raz jeszcze, cofając się tak bardzo, jak tylko mógł. A później już wrzeszczał nieustannie:
-Nadim! NADIM!
Chwilę później potomek wilków zajrzał do namiotu.
-Co się stało...?- zapytał, zdezorientowany, a jego towarzysz wciągnął go gwałtownie do środka, chwytając go mocno za ramiona i wciąż rozglądając się dookoła.- Amir...? Amir, o co chodzi...?
Widząc pytające spojrzenie Nadima, uspokoił się trochę i doszedł do wniosku, że musi jakoś wyjaśnić swoje zachowanie. Co wcale nie znaczyło, że się nie bał. Był przerażony jak diabli.
-Nic... Nic...- powiedział, cofnąwszy dłonie.- Miałem... Chyba śniło mi się coś złego.- stwierdził.
-Co takiego?
-Nieważne- odetchnął płytko mężczyzna i pokręcił głową.- Po prostu chodźmy już spać.
-Zaczekaj.
-Dokąd idziesz?!- zdenerwował się Amir widząc, że jego towarzysz próbuje wycofać się z namiotu.
-Muszę sprawdzić czy wszystko w porządku z ogniskiem...
-Nie! Zostaniesz tutaj!- krzyknął mężczyzna i w sposób absolutnie zdumiewający dla nich obu, po raz kolejny już uczepił się towarzysza, tym razem w taki sposób, jakby zamierzał go siłą zostawić przy sobie.
Nadim był wyraźnie zdumiony.
-Boże...- parsknął z rozbawieniem, ale Amirowi wcale nie było do śmiechu.- Amir...- zaczął takim tonem, jakby zwracał się do małego dziecka albo kogoś nie całkiem rozumnego.- Muszę zająć się ogniskiem. Inaczej coś może się zapalić. Może to tylko plotki, ale podobno palenie się żywcem nie jest zbyt przyjemne...
-Tak... Tak, nie jest, rzeczywiście...- mężczyzna opanował się nieco, zawstydzony swoim zachowaniem. Puścił potomka wilków i skinął głową- Idź. Tylko wracaj szybko.
-Co z tobą?- Nadim zaśmiał się i zaraz opuścił namiot. Amir usłyszał jeszcze jak ten woła złośliwie- Burza idzie, czy co...?
-Przymknij się- mruknął tylko Amir, co raczej do potomka wilków nie dotarło.
Nie położył się z powrotem. Siedział i czekał, aż jego kompan powróci, rozglądając się po wnętrzu namiotu z niepokojem, jakby rzeczywiście mógł znajdować się tutaj ktoś, kto umknąłby jego uwadze. Bogowie, naprawdę zaczynał tracić rozum. To musiał być tylko sen i nic więcej. Nie od dziś wiadomo, że umysł na granicy jawy i snu potrafi niekiedy płatać tego rodzaju sztuczki. A on przysypiał, więc coś mu się przesłyszało. Później poczuł ten dotyk i wpadł w panikę, jak ostatni idiota wydzierając się wniebogłosy. Nadim rzeczywiście wrócił szybko i nie omieszkając rzucić nieco złośliwej uwagi, która jednak nie dotarła do zamyślonego mężczyzny, położył się obok. Raz jeszcze zapytał Amira o to, co mu się śniło, ale ten tylko pokręcił głową. Absurd. Ludziom zawsze śnią się absurdy. Nie wiedzieć czemu, przywołał jednak do siebie sytuację z domu tej staruszki. Szmer paznokci drapiących w wieko. Odgłosy w nocy. Ten szept... Wzdrygnął się mimowolnie. Kretyn! Dlaczego miałby się tego bać? Złudzenia i przypadki, ot co! A nawet jeśli nie, to cóż z tego! Dawał sobie radę z latającymi monstrami, żłopiącymi krew istotami i kapłanami o dziwnych upodobaniach, a miałby sobie nie poradzić z... duchami?
Dobrze, zaczynał się bać. Nie żeby w to wierzył. Nie żeby w ogóle wierzył w duchy... Dusze trafiają do świata zmarłych, a stamtąd nie ma powrotu. Chyba.
-Nadim...- zaczął cicho, a jego towarzysz spojrzał na niego pytająco.- Myślisz czasem o śmierci...?- zapytał w ślad za głosem ze swojego snu. Serce biło mu szybciej ze strachu. Może słyszał takie rzeczy, bo sam się nad tym zastanawiał.
-O śmierci...?- Nadim wydawał się mocno zdziwiony tym pytaniem.- Może czasem... Ale po co o tym myśleć? To przecież całkiem naturalne, kiedyś trzeba odejść... Zresztą, jeszcze mnie to nie dotyczy...- Amir zerknął na kompana bez zrozumienia.- Jestem młody. Niczego jeszcze nie dokonałem, niczego nie zrobiłem. Nie dokończyłem swojej misji, nie mam dzieci, nawet się nie zakochałem... Jeszcze nie czas umierać!- dodał z uśmiechem.
-Byli młodsi od ciebie i też nie zdołali niczego takiego uczynić- zauważył Amir.
-Owszem.- zgodził się potomek wilków.- Ale... My jesteśmy wybrańcami- uśmiechnął się szeroko.
Mężczyzna nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
-I co z tego?- zapytał, rozbawiony.
-Jak to co? Bóg... Albo twoi bogowie, jak wolisz... nie pozwolą nam zginąć.
-Skąd ta pewność? Może po prostu potrzebują nas do swojego celu, a gdy go osiągniemy, staniemy się niepotrzebni...?
-Nie- odparł z pełnym przekonaniem Nadim- Bóg nie zabawia się naszym losem w ten sposób.
Nie? Dziwne. Może bóg Nadima nie, ale Amir miał wrażenie, że jego bogowie nie robią nic innego. Uświadamiał sobie to za każdym razem, gdy zdawał sobie sprawę z tego, jak wielką ironią było wyruszenie w wyprawę ze swoim wrogiem, następnie polubienie tego wroga, co więcej, polubienie całej rzeszy wrogów, a przynajmniej nieprzyjaciół, czym byli z początku dla niego potomkowie wilków, aż wreszcie... Aż wreszcie pewnego rodzaju zawstydzające zainteresowanie tymże osobnikiem. Bogowie musieli być doprawdy ubawieni do łez!
-Poza tym, zgodnie z naszymi legendami, bóg zawsze nagradza wybranych. Rekompensuje im wcześniejsze poświęcenia długim życiem i szczęściem rodzinnym- dodał Nadim.
-Tak...?- Amir uśmiechnął się ironicznie.- Jakoś nie zauważyłem...- mruknął, mając na myśli przykład Fortisa.
-Cóż...- Nadim uśmiechnął się niewinnie.- Demony mają najwyraźniej inne sposoby działania. Trzeba umiejętnie wybierać stronę po której się staje...
-Czyżby...? Może to tylko plotki, ale podobno ogoniaste osobniki mają z tym duży problem...
-Jeśli chodzi o Fortisa...
Amir sapnął gniewnie.
-Jeszcze jeden hymn pochwalny na jego temat, a przysięgam, że sprawdzę jak bardzo twój bóg cię chroni- ostrzegł lojalnie.
Nadim, wbrew jego przypuszczeniom, wcale nie kontynuował tematu. Uśmiechnął się tylko i znowu na niego patrzył. W taki sposób! Bogowie, już drugi dowód na to, że stracił zmysły! Przecież trudno było nie patrzeć na kogoś, kto leżał tuż przed nim, poza tym patrzył tak też wcześniej i Amirowi nigdy to nie przeszkadzało! Ba, sam na niego patrzył bez żadnego skrępowania, bez durnych myśli i bez czerwonej twarzy!
-Jeszcze nie tak dawno nie spodziewałem się, że kiedykolwiek powiem te słowa, ale...- Nadim pozwolił sobie na długą pauzę, chyba jedynie po to, by wpędzić swojego towarzysza w stan rozedrgania emocjonalnego połączonego z zupełnie niezrozumiałą palpitacją serca.- Cieszę się, że to ty ze mną wyruszyłeś.
Amir chyba zdumiałby się mniej, gdyby usłyszał wierszowane wyznanie miłosne pod swoim adresem.
-Ja...?- bąknął, zdziwiony.- Niby dlaczego?
-Sądziłem, że nigdy się nie dogadamy i że jesteś draniem. Ale jesteś dobrym człowiekiem. Cieszę się, że mogłem cię poznać. A przede wszystkim cieszę się, że ty mogłeś poznać mnie i dzięki temu zmienić podejście do nas wszystkich- dodał skromnie.
-Gdybyś wyruszył z kimkolwiek innym, pewnie efekt byłby ten sam...- stwierdził Amir.- Poza tym, z pewnością wolałbyś tu być z którymś z twoich rodaków. To raczej naturalne.
-Nie- odparł stanowczo Nadim.- Wtedy nie miałbym okazji zdobyć nowego przyjaciela. I zmienić... nieco...- zaznaczył natychmiast.- … mojego podejścia do was.
-Ach... Więc jesteśmy przyjaciółmi...?- Amir uśmiechnął się lekko. Nie żeby miał co do tego większe wątpliwości, choć on nie postawiłby sprawy tak jasno i bezpośrednio.
-A nie...?
-Nie wiem... Nie przyjaźnie się z istotami, które mają ogon, takie mam zasady...- rzucił z czystej przekory.
-Niektóre zasady należy złamać. A inne łamią się same, przez zmieniające się okoliczności...- zaśmiał się Nadim.- Poza tym, wiem o tobie rzeczy, których nie wie nikt inny. To cecha przyjaciela.
-Albo szantażysty...- Amir uśmiechnął się pobłażliwie, ale zaraz spoważniał i dodał.- Co do tych rzeczy... Nie mów nikomu. Proszę. Nie chcę, by ktokolwiek wiedział.
-Daj spokój, nie mam powodu, by komukolwiek mówić- odparł Nadim.
-Na pewno...?
-Na pewno.
-Przysięgnij.
-Przysięgam.
Amir odetchnął z ulgą. Widać nawet „mówienie o wszystkim” w wykonaniu Nadima miało swoje granice.
-Dobranoc- powiedział mężczyzna.
-Dobranoc, przyjacielu- odparł serdecznie potomek wilków.
Amir parsknął cicho, przewracając się na bok. Rzeczywiście, bogowie musieli bawić się przednio!
Musiał jednak przyznać, że Nadim rzeczywiście był jego przyjacielem. Chyba zresztą najlepszym, jakiego miał w całym swoim życiu, co trudno było uznać za powód do radości, ale w jego sytuacji było jak najbardziej usprawiedliwione. Oczywiście, że miał przyjaciół. Przyjaciół oficjalnych i nieoficjalnych, co należało zaznaczyć. Przyjaciółmi oficjalnymi byli najczęściej zbliżeni do niego wiekiem arystokraci, synowie możnych, ludzie wpływowi, do których należało odnosić się z uprzejmością, sztucznym uśmiechem odpowiadać na ich sztuczny uśmiech i deklarować zażyłe i jakże serdeczne stosunki. Rzecz jasna, przyjaciele nieoficjalni byli cenniejsi od tych pierwszych. I takich Amir też posiadał. Do dziesiątego roku życia, mniej więcej. Później nie miał na to czasu. A że nie był istotą szczególnie towarzyską, wystarczał mu wuj, brat i kilku mniej lub bardziej cenionych znajomych, z którymi miło było się napić i porozmawiać o niezbyt istotnych sprawach. Nadim był na tym tle chlubnym wyjątkiem. Choć ,początkowo, perspektywy ich znajomości nie wyglądały obiecująco.
Gdy Amir obudził się rano, jego towarzysza już przy nim nie było. Korzystając z okazji, że Nadim po raz pierwszy chyba wymknął się na tyle subtelnie, by nie zbudzić przy tym wszystkiego, co żyje, mężczyzna zdrzemnął się jeszcze na trochę, a później wyszedł i zdecydował się rozejrzeć za ogoniastym osobnikiem. Ruszył niespiesznie przed siebie, spokojnym krokiem i ziewając, usiłował przypomnieć sobie ostatni sen. Zastanawiał się, jak daleko odszedł jego kompan. Potomek wilków nadal był wyjątkowo mało ostrożny i mimo ostrzeżeń Amira, zachowywał się tak swobodnie, jakby jego rasa była najbardziej uwielbianą i szanowaną pod słońcem. Mężczyzna westchnął głęboko, przystając pośród drzew i nasłuchując. Stał tak dłuższy moment, aż w końcu wzruszył ramionami i zamierzał zawrócić.
-Nie patrz na niego- usłyszał czyjś głos i odwrócił się gwałtownie.
-Nadim...?- zapytał cicho, rozglądając się dookoła z uwagą.
Coś poruszyło się w pobliskich zaroślach. Amir zbliżył się do nich i omal nie umarł ze strachu, gdy nagle, spomiędzy liści wyskoczył zając, który uciekł szybko przed mężczyzną. Odetchnął płytko i pokręcił głową, wmawiając sobie, że było to jedynie przesłyszenie.
Ruszył do przodu, ale zaraz zatrzymał się znowu.
-Cicho... Nic nie mów, on nas słyszy...- dotarł do niego ten sam głos.
-Nadim!- krzyknął tym razem, choć miał już pewność, że to nie był jego towarzysz. Potomkowi wilków do głowy nie przyszłyby równie durne żarty, nie mówiąc już o tym, że Amir szybko by go rozpoznał. Musiał tu być ktoś jeszcze.- Nadim!- zawołał znowu, odwracając się powoli. Jego serce gwałtownie biło ze strachu. Sam nie wiedział, czemu wciąż powtarza imię kompana. Chciał go przywołać albo dać do zrozumienia komukolwiek, kto się tutaj znajduje, że nie jest sam. Chwycił za miecz, ale pierwszy raz jego posiadanie nie dodało mu wcale odwagi ani pewności siebie.
Coś przebiegło ze świstem tuż za nim, w niezwykle szybkim tempie. Gdy odwrócił się w tamtą stronę, niczego już nie ujrzał. Przestraszył się tak bardzo, że zachwiał się na nogach i omal nie stracił równowagi. Wciąż z wyciągniętym mieczem, zaczął wycofywać się z lasu, zagubiony niczym dziecko, rozglądając się dookoła z przerażeniem.
-Tak... Nadim... Będę już wracał... Zobaczymy się później...- powiedział słabo i zaraz ruszył biegiem w kierunku ich obozu.
Pech jednak chciał, że potknął się o wystający korzeń i spadł z niewielkiego podwyższenia prosto w jakiejś krzaki. Jeszcze nie wiedział, czy powinien to traktować jako kolejny dowód na boskie poczucie humoru, czy na własnego pecha, ale gdy długie kolce powbijały się gwałtownie w jego ciało, cały las wypełnił wrzask, a chwilę później najbardziej obelżywe i okropne słowa, jakie kiedykolwiek zostały wymyślone.
-Uważaj, co robisz!- wycedził przez zaciśnięte zęby Amir, podczas gdy potomek wilków, usiadłszy za nim, wyciągał z jego pleców powbijane głęboko kolce.
Na własne szczęście udało się mężczyźnie samodzielnie wyplątać spośród pnączy, jednak było to wyjątkowo bolesne i skończyło się tymi właśnie śladami heroicznej walki, które powbijały się chyba we wszystkie możliwe części jego ciała. PRAWIE wszystkie możliwe części jego ciała, na szczęście ta strategiczna i wiążąca się z dużym bólem pozostała nietknięta. I bardzo dobrze, bo obnażanie się przed potomkiem wilków było ostatnim, na co miał w tym momencie ochotę.
-Co to była za roślina...?- zapytał ze zdziwieniem Nadim.
-Skąd niby mam wiedzieć?- warknął w odpowiedzi jego towarzysz. Sam właśnie wyjmował sobie spory kolec z uda i nie zastanawiał się zbytnio nad takimi szczegółami.- Poza tym to ty łazisz ciągle po lasach, chyba powinieneś wiedzieć, co...?
-Nigdy się z taką nie spotkałem- odparł potomek wilków.
-Więc masz powody do radości...- westchnął głęboko Amir, udręczony swoim nieszczęściem.
-Musisz uważać, jak chodzisz. Niektóre rośliny mogą być niebezpieczne.
Amir posłał swojemu towarzyszowi pełne politowania spojrzenie. Naprawdę?! Nigdy by nie przypuszczał! Powiedział mu, że wszystko było efektem jego nieuwagi. Nie zamierzał się przyznawać przed czym uciekał, ani co dokładnie słyszał. Może dlatego, że nie wiedział, przed czym uciekał, ani co dokładnie słyszał. Wiedział za to, że słyszenie głosów nie jest oznaką zdrowia psychicznego.
-Powinieneś przemyć dokładnie wszystkie ślady- powiedział Nadim, gdy już uporali się ze skutkami szaleństw mężczyzny.- Chodź ze mną, pomogę ci.
-Sam sobie poradzę- odparł krótko Amir, wchodząc do namiotu. Jęknął, narzucając na siebie koszulę.
-Jak chcesz- odparł pozostający na zewnątrz potomek wilków.- Idę coś upolować. Jakieś szczególne życzenia...?
-Jedno. Daj mi święty spokój- odparł z irytacją Amir, wyjątkowo źle znosząc poczucie humoru towarzysza.
Potomek wilków życzenie spełnił i wkrótce się oddalił. Amir został sam ze swoimi myślami. I ze swoim strachem. Pożałował nagle, że nie zdecydował się pójść razem z Nadimem. A zaraz pożałował tego, że dręczyły go tak abstrakcyjne lęki jak jakieś tam... głosy. Czy też duchy. Wzdrygnął się i poczuł, jak lodowaty dreszcz przechodzi mu po plecach. Rozejrzał się dookoła, absolutnie świadom tego, że zaczyna popadać w paranoję i w końcu zdecydował się rzeczywiście znaleźć jakiś staw, by odpędzić od siebie natrętne myśli.
I zaraz poczuł się jakoś lepiej, spokojniej. Strach i troski odeszły. Uśmiechnął się do siebie, zadowolony, choć zupełnie nie wiedział, co napawa go taką wesołością. Wyczołgał się z namiotu i zaraz zachichotał. Poszedł kilka kroków dalej i zaśmiał się znowu, tym razem głośniej. Co za dzień! Co za pogoda, co za świat! Wszystko było takie przyjazne, dobre i miłe. I takie zabawne! Opanował się wreszcie i zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę z tego, że nie ma zbytnich powodów do radości. Uśmiech jednak wciąż jakby sam cisnął się na jego usta. Powstrzymując go, ruszył w stronę pobliskich drzew. Nim jednak do nich dotarł, zakręciło mu się w głowie. Odetchnął głęboko, gdy moment później wszystko wróciło do normy, ale zaraz znowu okoliczny krajobraz zaczął wirować mu przed oczyma, by po chwili zbliżać się i wyginać w sposób dziwaczny i absolutnie nienaturalny. Amir stracił świadomość i nie do końca wiedział nawet, gdzie jest góra, a gdzie dół. Zmusił się jednak do tego, by usiąść na ziemi w obawie, że zaraz się przewróci. Gdy już raz usiadł, nie mógł się podnieść i tylko wyciągając ręce, usiłował doczołgać się z powrotem w stronę namiotu, który to oddalał się, to znów przybliżał. W końcu, tracąc resztki sił, legł na brzuchu i zamknął oczy. I leżał tak bez sił, pośród nienaturalnej ciszy i nie czując żadnego niepokoju.
Wreszcie poruszył dłońmi. Wyczuł pod opuszkami coś chłodnego i miękkiego, jakby... śnieg...? Ale gdy usiłował chwycić jego garść w dłonie, ten przesypał się przez palce mężczyzny gładko niczym piasek. Co to było...? Chciał otworzyć oczy, ale długo nie był w stanie. Po chwili jednak widział zupełnie normalnie. Nie leżał już wcale, ale stał, rozglądając się dookoła. Zieleń podłoża przypominała trawę, ale miało ono dziwną strukturę. Amir zmarszczył brwi i rozejrzał się dookoła. Wokół niego była tylko przestrzeń, ani jednego drzewa, ani jednego człowieka, zupełnie nic. Dopiero, gdy spojrzał przed siebie, dostrzegł niekończącą się rzekę, oddzielającą pustkowie od drugiego brzegu. A tam, w oddali, dostrzegał wyraźnie pasmo gór, dostrzegał łąki, najróżniejszych ludzi, wspaniałe budynki, cudowne, rosnące wysoko rośliny, a nawet zwierzęta. I bardzo podobał mu się ten świat .Przyglądał się mu zafascynowany, zbliżając się do rzeki i usiłując odszukać jakąś kładkę lub most, ale nic takiego nie znalazł. I gdy gotów już był skoczyć do wody, zatrzymał się gwałtownie, dostrzegając tuż przed sobą Ludwika. Wydało mu się to bardziej nierzeczywiste, niż niż te rośliny, te domy i w pewnym momencie przestraszył się, że umarł. Zamknął oczy, a gdy je otworzył, po lewej stronie wuja, dostrzegł Hadrina. Mrugnął ponownie i tym razem po prawicy Ludwika pojawił się Nadim. Więcej już nie mrugał, bo bał się, co jeszcze zobaczy, zresztą ta trójka w zupełności mu wystarczyła.
-Wuju...- szepnął rozczulony, podchodząc do swojego opiekuna i chwytając go za dłonie. Tak dawno już go nie widział! Spojrzał na twarz brata, a później na potomka wilków. Obaj uśmiechali się do niego serdecznie.
Ludwik także się uśmiechał. Amir wzruszył się tak bardzo, że aż nie wiedział, co powiedzieć. Zamiast tego wtulił się mocno w kochanego wuja, ciesząc się z jego bliskości.
-Muszę opowiedzieć ci pewną historię...- usłyszał tuż przy uchu umęczony głos, który nie należał wcale do Ludwika.
Amir podniósł wzrok i zorientował się, że przytula się do Canisa. Odsunął się gwałtownie i rozejrzał dookoła. Nie było już ani zieleni, ani rzeki, ani znajdującego się za nią wspaniałego świata. Wuja, Hadrina i Nadima też już nie było. Tylko stary Canis, który spoglądał na niego z wyczekiwaniem.
-Gdzie się wszyscy podziali...?- zapytał Amir.
-Muszę opowiedzieć ci pewną historię- powtórzył Canis.
-Daruj sobie, ja już znam tę historię.
-Tej historii jeszcze nie znasz...- zapewnił go potomek wilków, a gdy Amir odwrócił się z powrotem w jego stronę, ten siedział na królewskim tronie, z koroną Ludwika na głowie. Mężczyzna spojrzał na niego zdumiony. Starzec wyjął księgę, którą otworzył sprawnym ruchem i zaczął czytać szybko:
-Dawno, dawno temu, istniał pewien demon, który lubował się w kryształach. Aż wreszcie stworzył taki, w którym zakochał się szaleńczo. A gdy kryształ zniszczono, umarł z żalu. Koniec.
Amir spoglądał na niego z niedowierzaniem.
-Co ty bredzisz...?- prychnął.
-To ty bredzisz- odpowiedział Canis.
-Ja bredzę...?
-Tak.
Amir zmarszczył brwi i pokręcił głową, odwracając się tyłem do potomka wilków i rozglądając się w poszukiwaniu tego, co zniknęło mu z oczu.
-Dlaczego tak często na mnie patrzysz...?
Odwrócił się znowu, słysząc wyjątkowo znajomy głos.
Nadim stał tuż przed nim, przyglądając mu się z uśmiechem rozbawienia.
-O czym ty mówisz...?- zapytał Amir, trochę nerwowo.
-Sądzisz, że nie zauważyłem...? Ślepy by zauważył...- Amir zaśmiał się lekko i podszedł do niego powolnym krokiem. Zatrzymał się przed mężczyzną i spojrzał mu w oczy, pesząc go jeszcze bardziej.- Podobam ci się...? Ja...? Ciekawy zbieg okoliczności...
-N... Nadim...- Amir miał coś powiedzieć, ale właśnie zdał sobie sprawę z pewnego krępującego faktu i zaniemówił zupełnie. Otóż jego towarzysz stał przed nim dokładnie taki, jakim go jego wszechobecny bóg stworzył.- Nadim...- wykrztusił w końcu, czując jak ręce potomka wilków obejmują go bezwstydnie wokół szyi.- Ty jesteś nagi...
-Nie, nie jestem- odparł spokojnie jego kompan- Tylko sobie wyobrażasz, że jestem.
-Ach...- podchwycił Amir, zastanawiając się nad jego słowami.- Więc to tylko sen...?
-Tak- Nadim uśmiechnął się łagodnie.- To tylko sen.
-Więc... Skoro nie jesteś nagi...- mężczyzna uspokoił się nieco tymi słowami i nachylił się nad potomkiem wilków.
-Jesteś moim przyjacielem- usłyszał szept Nadima.- Najlepszym przyjacielem. Bratem.
-Bratem...?- Amir odsunął się odruchowo, ale gdy tylko to uczynił, zorientował się, że nie ma już do czynienia z potomkiem wilków.- Hadrin...?- zapytał, zdezorientowany, widząc przed sobą brata, przyodzianego w wojskowy strój, z drewnianym mieczem w dłoni, co stanowiło widok absolutnie groteskowy.
-To wszystko twoja wina!- krzyknął jego brat.
-Co takiego?- zdumiał się mężczyzna.
-Mówili mi, że będę królem! Wszyscy tak mówili... Ale ty! Zabrałeś mi wszystko!
-Więc już wiesz...?- zmartwił się Amir, widząc roztrzęsienie brata.- To wszystko nie tak. Postaram się to odkręcić, ja też o tym nie wiedziałem, przysięgam! Musimy porozmawiać z Ludwikiem! Jestem pewien, że zrozumie...
Hadrin pokręcił głową. Łzy pociekły mu po policzkach.
-Już z nim rozmawiałem...- odparł głosem drżącym od emocji.- Nie zmieni zdania.
-Ale...
-Popatrz na mnie!- wrzasnął wściekle mężczyzna, prezentując broń.- To wszystko przez ciebie! Ludwik chce, żebyś był królem! A ja... Ja będę dowodził wojskiem!
-Co takiego?!- Amir parsknął z niedowierzaniem.- Jakim wojskiem, przecież ty nie umiesz nawet walczyć!
-Właśnie...- zachlipał z przejęciem Hadrin.- Wysłali mnie na pewną śmierć! Umrę przez ciebie, nie zobaczę więcej dzieci ani żony...
-Ty nie masz dzieci ani żony!
-Ale mógłbym mieć!- wrzasnął rozpaczliwie mężczyzna i rzucił się na zdumionego Amira z dzikim okrzykiem, wymachując mało groźną bronią.
Ten tylko zdołał zasłonić się rękoma, ale nie poczuł ani jednego uderzenia. Gdy odsunął je z powrotem, Hadrina już nie było. Rozejrzał się dookoła ze zdziwieniem. Kawałek dalej, kucała na ziemi pewna istota, którą jednak poznał od razu. Demon. Resztka demona, czy czymkolwiek to było, słabo pamiętał. Pamiętał za to aż za dobrze gust kulinarny tego straszydła, które prezentowało mu się teraz w swojej najbardziej szkaradnej formie.
-A ty co tu robisz...?- zdumiał się Amir. Doprawdy, dziwne były jego sny.
-Skąd mam wiedzieć...?- istota uśmiechnęła się swoim paskudnym uśmiechem. Wyprostowała się i spojrzała na mężczyznę z rozbawieniem.- Może zgłodniałeś...? Akurat szykowałem kolację...
Amir skrzywił się z obrzydzenia.
-Jesteś chory.
-Nie- odparła szczerze kreatura.- To ty jesteś chory.
Z racji tego, że rzecz działa się w jego głowie, Amir wyjątkowo mógł przyznać istocie rację.
-Gdzie są wszyscy?- zapytał.
-Tutaj.
Amir westchnął ciężko.
-Posłuchaj uważnie, muszę się stąd wydostać.
-Więc to zrób- odparła spokojnie kreatura.
-Niby jak?
-Obudź się.
-Nie jesteś zbyt pomocny...- warknął Amir.
Bestia uśmiechnęła się niewinnie.
-Po prostu otwórz oczy- powiedziała w taki sposób, jakby było to oczywiste.
Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem.
-Mam otwarte oczy- uświadomił ją z irytacją.
-Nie. Nie masz.
-Nie mam...?- powtórzył Amir, nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.
-Nie.
Czując, że to wyjątkowo głupi pomysł, ostatni raz spojrzał na uśmiechniętego potwora, zacisnął powieki i całą siłą woli skoncentrował się na tym, by otworzyć oczy. I rzeczywiście to uczynił. Tym razem jednak dostrzegł tuż nad sobą przerażoną i nieco niewyraźną twarz Nadima. Leżał na trawie, głowę ułożoną miał na jakimś podwyższeniu, a potomek wilków przyglądał mu się z obawą.
-Amir!- krzyknął z ulgą, gdy ten tylko otworzył oczy.- Amir, co ci się stało...?
Mężczyzna spoglądał na Nadima z uwagą. W końcu podniósł powoli dłoń. Ciężko było mu się poruszać, czuł się tak, jakby nie potrafił kontrolować własnego ciała. Serce biło mu szybko. Opuszkami palców dotknął wystającego ucha potomka wilków. Zachichotał. Nadim spojrzał na niego ze zdumieniem. Amira rozbawiło to jeszcze bardziej, więc chichot przerodził się w śmiech.
-Amir!- Nadim chwycił go mocno za ramiona i potrząsnął nim, co przyniosło raczej skutek odwrotny od wyczekiwanego, bo mężczyzna zamiast się opanować, zaczął śmiać się tak mocno, że w pewnym momencie prawie zabrakło mu tchu.
Zupełnie nie rozumiał powagi, a wręcz przerażenia malującego się na twarzy towarzysza. Przecież wszystko wokół było takie wesołe! Drzewa machały mu z daleka, chciał im odmachać, ale nie miał siły unieść ręki po raz drugi. Pogodne niebo uśmiechało się do niego wesoło. Trawa szeptała mu miłe rzeczy. Tylko Nadim był jakiś dziwny, ale i tak bardzo zabawny.
-Amir, powiedz, co ci się stało, błagam cię, powiedz, co się stało...- powtarzał chaotycznie, dotykając twarzy towarzysza.
-Masz piękne uszy...- odparł Amir, przyglądając się kompanowi z szerokim i cokolwiek szaleńczym uśmiechem.- Podobają mi się twoje uszy...
-Przestań, ocknij się! Ocknij się, do licha! Coś ci się stało, ale nie wiem co! Jesteś chory! Dziwnie się zachowujesz!
Nieprawda, to potomek wilków dziwnie się zachowywał, on był po prostu wesoły. A poza tym wcale nie czuł się chory. Czuł się doskonale! Lekko i przyjemnie. Na krótką chwilę znowu stracił kontakt z rzeczywistością, zaraz jednak obudził się, nucił pod nosem jakąś piosenkę, później znowu śmiał się z Nadima, próbował się podnieść, ale nie mógł, chociaż Ludwik wołał go z głębi lasu... Powiedział o tym Nadimowi, Nadim się przestraszył i zakazał mu się ruszać, co było okropnie zabawne. Brakowało mu jednak sił na śmiech. Potomek wilków to oddalał się kawałek, jakby zamierzał po coś pójść, to znów wracał z powrotem, obawiając się pozostawić towarzysza bez opieki. Wreszcie klęknął przy kompanie, zrozpaczony i bezradny, a następnie nachylił się nad nim.
-Błagam cię, nie umieraj...- szepnął ze łzami w oczach.- Proszę, Amir... Nie teraz, kiedy w końcu cię polubiłem...
To wywołało u mężczyzny ponowny napad śmiechu.
-Co ty, zatrułeś się czymś...?- zapytał z niedowierzaniem, chichocąc.
A później znowu wszystko się rozpłynęło. Tym razem nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje. Przez chwilę wydawało mu się, że się unosi, a chwilę później, z pozycji obserwatora, zaglądał przez uchylone lekko drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Widział kraniec stołu, siedzącego przy nim mężczyznę i puste krzesło na samym krańcu, odsunięte od stołu i oczekujące na Ludwika, który stał przy oknie, wpatrując się w nie nieruchomo. Wuj był młodszy i jakiś inny niż teraz. Milczał długo w zamyśleniu, a z wnętrza pomieszczenia dobiegło coś na kształt niecierpliwego chrząkania. Jedyny człowiek, którego Amir był w stanie dostrzec, opierał twarz na dłoni, wyraźnie znudzony.
 -Taka jest moja decyzja- powiedział wreszcie Ludwik i w sali zapanowała cisza. Jegomość siedzący naprzeciw drzwi skrzywił się z niezadowoleniem i spojrzał na bok, zapewne na współtowarzyszy.- Trzeba będzie teraz starać się uczynić wszystko, by podobne zbrodnie i okrucieństwa nie wydarzyły się nigdy więcej z naszej przyczyny. Żyć w nimi zgodzie, a przynajmniej nie być im wrogim. Zniesienie barier zajmie dużo czasu, ale w końcu przyniesie korzyści dla nas wszystkich.
-Ależ, szanowny królu, o czym mówisz...?- odezwał się piskliwy głos z wnętrza sali.- Musisz wiedzieć, że ja żyję na tym świecie kilka wiosen dłużej niż ty, a mój ojciec, którego reprezentuję pod jego nieobecność, służył dzielnie u boku twojego i poznał dobrze całe to królestwo. Źle byłoby przekreślać wszystko przez działania nierozsądne, wynikające zapewne, o szanowny, raczej z braku doświadczenia niż ze złej woli... Chociaż może to właśnie dobrej woli u ciebie zbyt wiele, królu... Oni żyją tu bezprawnie. Bez niczyjej zgody.
 -Żyli tutaj jeszcze zanim my stworzyliśmy swoje prawa.
-Być może, szanowny królu, ale świat się zmienia! Ci, którzy nie potrafią się dostosować, muszą... Cóż... Powiedzmy, że muszą pójść na pewne ustępstwa, ale im to przecież nie w głowie! Nie bez powodu przez lata toczyliśmy między sobą wojny, a przynajmniej spory. Przecież rozsądek nakazywałby pozbyć się tego, co stwarza kłopoty...
-Rozsądek nakazywałby raczej nie szukać kłopotów na siłę- odpowiedział chłodno Ludwik.
-Żaden z nas tego nie czyni! Pytamy cię tylko, szanowny królu, jak mamy rozumieć twoje słowa i prawa, które zamierzasz ustanowić...? Jak mamy traktować tych, którzy patrzą na nas jak na swoich przeciwników, którzy obmyślają plany, a kto wie... Może którzy zechcą zaatakować w najbliższej przyszłości...? Wszak już im się to zdarzało przed wiekami...
 -Są znacznie mniej liczni od nas.
-Cóż z tego...? Mam ci przypomnieć, szanowny królu, o pewnej legendarnej wyspie, wyspie Altair, na którym żyły opisywane w baśniach mityczne istoty...? Podobno był to istny raj, a ziemie te nigdy nie były objęte żadną wojną, choć miały najbardziej bitne armie na całym świecie... Wszyscy mówili, że głupotą byłoby zaatakować taką potęgę. Ich król też tak uważał, dlatego większość wojska podzielił i wysłał na pomoc swoim sojusznikom, którzy nie pomogli mu w potrzebie... A ledwie grupa zbłąkanych barbarzyńców i bandytów, nie wiedzących nawet, że trafili na ową cudowną wyspę, pojawiła się tam, złupili ją i wprowadzili taki chaos, i zamęt, że wkrótce w ślad za nimi, znaleźli się tam też pozostali, aż wreszcie doprowadziło to do upadku tej niezrównanej potęgi! Jak więc widzisz, najszanowniejszy królu, kto był w tej historii większym głupcem można ocenić dopiero po skutkach...
-To bardzo dobry przykład, Fryderyku. Pokazuje bowiem, że ludzie kierujący się okrucieństwem i żądzą zysku, są w stanie zniszczyć wszystko.
-Ależ szanowny królu! To tylko legenda służąca niczemu innemu, jak jedynie zobrazowaniu sytuacji!
-Zastanawiające, że w tak wielu legendach nasz obraz jest podobny...
-Powiedz nam zatem, królu, jak mamy ich traktować? Jak przyjaciół...? Ha!
-Jak ludzi.
Sala zatrzęsła się od gwałtownego śmiechu.
-Przecież oni nie są ludźmi!- mruknął ktoś inny.
-Nie są- zgodził się Ludwik.- Ale wy traktujcie ich w taki sposób. Nawet jak najbardziej dziwnych i najbardziej nieprzyjemnych waszym zdaniem ludzi na świecie, ale wciąż ludzi. Może wtedy będziecie w stanie widzieć to samo, co ja. I zastanowicie się kilka razy nad podejmowanymi działaniami i wysuwanymi wnioskami.
-Brednie! Wybacz, królu, same brednie!- huknął mężczyzna siedzący naprzeciw drzwi.- Może trzeba wreszcie odejść od tych wszystkich dyrdymałów, moralności i tego typu spraw, a zdać sobie sprawę z tego, co było oczywiste dla naszych przodków. Bracia, dobrze znamy sytuację! Należy w końcu uświadomić sobie to, co jasne dla każdego, kto myśli normalnie, ale co odpychamy od siebie w imię narzuconych z góry zasad i konwenansów! Nigdy nie będzie zgody między człowiekiem a psem. Zawsze będziemy toczyć wojny, aż wreszcie któraś ze stron wygra! I moim zdaniem, powinniśmy działać jak najszybciej! Oni nie są wcale tacy słabi, przez wieki nie dali się stąd wypędzić, nie będzie z nimi łatwo. Szykują się do ataku, przygotowują się cierpliwie, wychowują potomków w nienawiści do nas! Należy wyplenić paskudztwo raz na zawsze!
-Należy przede wszystkim szukać sojuszników, nie wrogów. Szczególnie daleko. Bowiem jak pokazują liczne przykłady, prawdziwi wrogowie lokują się znacznie bliżej... A za jakiś czas może się okazać, że tak samo jak potomkowie wilków, którzy musieli zmierzyć się z Fortisem, staniemy przed zadaniem, które będzie od nas wymagało uświadomienia sobie, że nasze poglądy na świat i podział na dobro i zło, może okazać się zupełnie pozbawione sensu...
-Szanowny królu, ależ mój przedmówca ma rację! Wrogowie czy nie, lepiej nam będzie bez nich! Trzeba się w końcu odizolować raz a dobrze! Miasto będzie się rozrastać, a oni tylko przeszkadzają! Nie mówię o morderstwach czy okrucieństwie, ale każmy im po prostu się wynieść pod groźbą najazdu...
-Nie zgodzą się na to. To ich ziemie. Będą walczyć.
-Cóż, tym gorzej dla nich! W takim razie sprawa będzie oczywista! Jeśli po dobroci się nie da, trzeba gwałtem!
Ludwik odwrócił się w końcu w stronę swoich rozmówców.
-Dopóki żyję, każdy, ktokolwiek wyrządzi krzywdę jednemu z nich, będzie sądzony na równi z tym, którzy skrzywdził człowieka.
Na sali przez chwilę panowała cisza.
-Szanowny królu...- odezwał się po raz kolejny Fryderyk.- Musisz wiedzieć, że królowie, którzy składają tego rodzaju deklarację, nie wiodą długiego żywota...
-Za to są dobrze zapamiętani, w przeciwieństwie do tych, którzy w podejmowaniu decyzji kierują się strachem...- odparł spokojnie Ludwik i zaraz odwrócił twarz w kierunku drzwi.- Amir...?- zapytał łagodnie.- Co ty tu robisz...?
I zapadła ciemność. Amir nie mógł się ruszyć ani powiedzieć czegokolwiek. Słyszał za to kolejny głos, tym razem głos brata:
Po co tak strasznie się upierasz...? Ludwik został wychowany w innych warunkach, zresztą ma już swoje lata i swoje dziwactwa... Mam o nich dokładnie takie samo zdanie, ale nie ma sensu się z nim sprzeczać... Mów mu po prostu to, co chce usłyszeć... Dla świętego spokoju...
Amir uchylił powieki. Zobaczył wokół siebie troje mężczyzn, przybranych w dziwne stroje. Uśmiechnął się do nich półprzytomnie. To musiała być chyba część jego snu. Również odpowiedzieli wesołym uśmiechem. Tylko Nadim spoglądał na niego z uwagą i z niepokojem.
-Czym się martwisz, skoro tylko mi się śnisz i nawet nie jesteś nagi...?- zapytał bez zrozumienia Amir, po czym po raz kolejny nie dane mu było doczekać się odpowiedzi towarzysza, bo znowu stracił kontakt z rzeczywistością.
Nagle poczuł się tak, jakby odlepiał się od własnego ciała. Uniósł się w górę, wyleciał w przestworza, podróżował nad lądami i oceanami z niezwykłą szybkością, widząc różne cuda. Dotarł na kraniec świata, zsunął się z niego, do otaczającego go wiecznego morza, ogarnęło go uczucie błogości i spełnienia. A później zasnął i śnił długo, o najróżniejszych rzeczach, tonąc w wieczności.
Aż wreszcie...
Otworzył oczy. Poruszył się lekko, rozglądając dookoła. Leżał w namiocie, przykryty kocem. Tuż obok niego drzemał potomek wilków, sprawiając dość mizerne wrażenie. Musiał czuwać przy nim długi czas. Chyba właśnie zaczynało świtać. Świat przestał być tak strasznie zabawny i przyjemny, chociaż Amir czuł się zadziwiająco dobrze i spokojnie, co z uwagi na jego zwyczajowy nastrój, było zjawiskiem interesującym. Dopiero teraz mężczyzna zaczął się zastanawiać, co się właściwie stało. Doszedł do wniosku, że musiał zachorować i mieć zwidy w czasie gorączki. Odetchnął głęboko i dopiero wtedy, jego towarzysz poruszył się nieznacznie, by zaraz otworzyć oczy i spojrzeć na mężczyznę.
-Dobrze się czujesz...?- zapytał powoli.
-Mhm...- potwierdził Amir.- Miałem strasznie dziwny sen...
Nadim skrzywił się z irytacją.
-To nie był sen- odparł ostro.
-Nie...?- zdumiał się mężczyzna.- Naprawdę dałem sobie radę z dwunastoma na raz...?
Z niewiadomych przyczyn, to pytanie jeszcze bardziej zirytowało potomka wilków.
-To akurat był sen, zboczeńcu.
Amir parsknął śmiechem i spojrzał na niego z politowaniem.
-Mówiłem o walce... Śniła mi się walka- uświadomił zdenerwowanego kompana.- I kto tu jest zboczeńcem...?
 Nadim nie wyglądał na równie rozbawionego.
-Co się właściwie stało...?- mruknął niepewnie Amir, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Myślałem, że dzieje się z tobą coś złego i poszedłem po pomoc... Na szczęście napotkałem kilku osadników z pobliskiej wioski i bardzo chętnie zgodzili się mi pomóc... A później powiedzieli mi, że z rosnącej w tym lesie rośliny... Chyba domyślasz się której?... Ich szamani przyrządzają sobie pewien wywar, który wdychają, by skontaktować się z bogami...
-Doprawdy...?- zdumiał się Amir. A to dopiero!- Nie widziałem żadnych bogów.
-Na twoje szczęście- odparł surowo Nadim i chwilę później wydostał się z namiotu.
Amir powiódł za nim pełnym niezrozumienia wzrokiem. Westchnął ciężko i nie bardzo wiedząc, o co się rozchodzi, ruszył w ślad za nim.
-Co się z tobą dzieje, co...?- zapytał.
-A jak myślisz?!- warknął ze złością Nadim, co stanowiło raczej marną odpowiedź.
-Sęk w tym, że nie mam pojęcia!
-Myślałem, że umierasz, kretynie!
-Skoro to ty tak myślałeś, to czemu ja jestem kretynem?!
Potomek wilków prychnął tylko w odpowiedzi.
-Do licha, przecież nie zrobiłem nic złego!- zdenerwował się w końcu Amir.- To nie moja wina, sam mogłeś wpaść w to durne zielsko! Te słowa uspokoiły nieco jego kompana. Nadim podszedł powoli do mężczyzny.
-Wiem- powiedział wreszcie.- Po prostu mnie przestraszyłeś. Nie wiedziałem, co mam robić, gdybyś zginął...
-Och, czyżbyś przestał wierzyć w nieśmiertelność wybrańców...?- przerwał mu z drwiną Amir.
-Nawet nie żartuj w ten sposób!- krzyknął potomek wilków, niespodziewanie chwytając mocno zdezorientowanego towarzysza za ramiona.
Amir spoglądał kompana ze zdumieniem. Chyba rzeczywiście poważnie go przestraszył, bo potomek wilków pierwszy raz był tak mocno poruszony. Nadim chwilę później puścił mężczyznę i przeprosił go za swoje zachowanie, a następnie, jak zwykle zresztą, zniknął w leśnej gęstwinie. Amir o tyle był w stanie go zrozumieć, że sam nie tak dawno przez krótką chwilę wierzył w śmierć towarzysza. Natomiast nie spodziewał się, że Nadim... Hm... Że Nadim co? Troszczył się o niego? To oczywiste, w końcu nie czynił tego po raz pierwszy, troszczyli się o siebie nawzajem. Choć może Amir nie tak to sobie wyobrażał. I może przyznając się przed sobą otwarcie do tego, że Nadim stał się dla niego bliską osobą, sam nie do końca rozumiał, że równie bliski stał się dla potomka wilków.
Zaśmiał się cicho pod nosem, wracając do namiotu.
 I przyszło mu bez najmniejszych oporów myśleć o Nadimie jako o przyjacielu.
Błogi nastrój Amira nie trwał długo, co było łatwe do przypuszczenia. Nadim również powrócił do swojego zwyczajowego zachowania, ku uldze towarzysza, którego zdążył zresztą później kilkukrotnie wytrącić z równowagi. Na przykład opowiadając mu idiotyczną historię o cudownie ozdrowiałym potomku wilków, który wcześniej, dręczony nieznaną nikomu chorobą, omal nie zginął. Amir ze złością odparł, że wszystkim potomkom wilków przydałoby się cudowne ozdrowienie, najlepiej na tle umysłowym, ale chwilę później uśmiechał się z rozbawieniem, słysząc zwyczajowe zapewnienia Nadima o tym, jak bardzo ta historia jest prawdziwa, a może jeszcze prawdziwsza.

    Cały dzień spędzili w swoim towarzystwie, dopiero pod wieczór Amir udał się do lasu, by się umyć. Tym razem zwracał uwagę na to, dokąd idzie, a wszelkie dziwne rośliny omijał szerokim łukiem. wykąpał się w stawie, ubrał z powrotem i już przypinał miecz do pasa, gdy usłyszał za sobą szelest trawy. Odwrócił się gwałtownie. Przestraszył się na chwilę, ale doszedł do wniosku, że mogło to być jakieś zwierzę, które umknęło jego uwadze albo zdążyło się schować. Przypomniały mu się jednak wszelkie te dziwne odgłosy, które słyszał ostatnimi czasy i pożałował pory, jaką wybrał sobie na przechadzkę. Nie zdążył odejść nawet kilku kroków, gdy coś przeszło tak blisko niego, że niemalże poczuł, jak ociera się o jego ramię. Wzdrygnął się i rozejrzał, chwytając za miecz. Doszedł go dźwięk, jakby gałąź drzewa ułamała się nagle i to gdzieś w pobliżu, ale nic takiego nie dostrzegł. Wyraźnie słyszał odgłosy kroków, a nawet coś na kształt szeptu.
-Kto tu jest?!- krzyknął głośno. Przypomniał sobie osadników, o których wspominał Nadim i doszedł do wniosku, że i teraz, i rano, mogli to być oni.- Pokażcie się! No, śmiało!- wykrzykiwał hardym głosem, chociaż serce łomotało mu jak oszalałe. Powoli ruszył przed siebie, rozglądając się z uwagą.- Gdzie jesteście?!
-Wszędzie- usłyszał czyjś głos.
 Zaczął kręcić się w miejscu, usiłując odnaleźć jego właściciela. Nieskutecznie.
-Pokaż się!- zażądał raz jeszcze. Wśród szumu drzew znowu udało mu się usłyszeć kroki. Nie jednego człowieka, całej grupy ludzi, nie mógł stwierdzić, jak bardzo licznej.- Wszyscy się pokażcie! Kim jesteście?! To ty...? Miłośnik kryształów...?- zadrwił, nadaremnie oczekując odpowiedzi.- Chcesz mnie przestraszyć...? Dobre sobie! Myślisz, że się ciebie boję?! Nie jestem tchórzem! Nie boję się! Niczego się nie boję!
W tym momencie coś dotknęło jego ramienia. Wrzasnął głośno, odwracając się i uderzając mieczem na oślep, ale ostrze trafiło w zupełną pustkę. Głośny śmiech, liczny śmiech zerwał się nagle w całym lesie. To przeraziło Amira jeszcze bardziej. Tu przecież musiał ktoś być! Teraz sądził, że więcej niż tylko drobna grupa ludzi. Setki... Może nawet tysiące... Przeraziło go to.
-Nie będzie wam tak wesoło, jak w końcu się z wami policzę!- zagroził, chociaż jego głos pobrzmiewał coraz mniej odważnie.- Śmiało, tchórze! Gadajcie, kim jesteście!
-Powinieneś już wiedzieć.
 -Głupiec z ciebie.
-... nie podoba mi się ten drugi, stanowczo mi się nie podoba...
-Gdybym był człowiekiem, zabrałbym mu kryształy razem z sercem, ale już nie mogę...
-Wróci...?
-... czekać cierpliwie, nic więcej nam nie trzeba, tylko czekać cierpliwie...
Mnogość głosów zlała się zaraz z szumem wiatru. Amir niewiele z tego wszystkiego zrozumiał.
-Kim jesteście?!- powtórzył raz jeszcze.
-Tymi, którzy umieją godnie znosić swoje potępienie.
-Jesteście martwi...?
-Daleko nam do żywych.
Amir przełknął ślinę.
 -Dlaczego nie mogę was zobaczyć...?- zapytał. Chociaż czy nie było to oczywiste...? Czy można zobaczyć ducha...?
 -Nie chcesz nas zobaczyć, przyjacielu. Ale tym lepiej dla ciebie... Nie chcemy cię przerazić jeszcze bardziej...
 -Właśnie, że chcę!- odparł stanowczo Amir.- Myślisz, że się was boję...? Mylisz się! Nie przestraszę się żadnego z was!
 -W takim razie odwróć się, odważny głupcze...
Amir zamarł na dłuższą chwilę w bezruchu. Wreszcie odwrócił się powoli w stronę, z której dobiegał głos. Miecz omal nie wysunął mu się z dłoni. Usta rozchyliły się w wyrazie zdumienia. Nawet nie krzyknął.
Natychmiast ruszył biegiem w przeciwnym kierunku, tak szybko, że prawie potykał się o własne nogi.
Las zatrząsł się od śmiechu.

sobota, 5 maja 2012

Cześć

Po "Chaosie" pojawi się "Wyzwanie", z tym, że nie wiem, ile zajmie mi pisanie tego pierwszego. W przyszłym tygodniu mam kolejne matury i już z "Gabrielem" miałam spore problemy (a to tylko polski), więc naprawdę trudno mi ocenić, czy zdążę.

Enjoy.

~ 12 ~ [Gabriel]

Gabriel zakopał się pod kołdrą, wstrzymując oddech na dłuższą chwilę i zaciskając powieki. Przypominały mu się czasy dzieciństwa, tuż po śmierci ojca. Za każdym razem, gdy budził się rano, robił dokładnie to samo, jakby mając nadzieję, że w pewnym momencie umrze, tak po prostu, bezboleśnie, bezproblemowo, że zabraknie mu tchu i najzwyczajniej w świecie zaśnie, nie budząc się już więcej. Nigdy nie wytrzymywał. Odetchnął wreszcie. Gdyby tylko mógł, nie wyszedłby stąd już nigdy. Nie chciał nikogo oglądać, nie chciał się z nikim spotykać, a już na pewno nie z Kevinem czy Tomem. Na samą myśl o nich poczuł w sobie gniew i rozgoryczenie. Przecież mieli być jego przyjaciółmi...! Nawet, jeżeli Tom nigdy nie zasłużył sobie na to miano, to przecież Kevin na początku traktował go dobrze... Kłamstwo, potworne kłamstwo, najgorsze ze wszystkich kłamstw, bo dające nadzieję i łudzące! Od początku chciał go skrzywdzić, wykorzystać, oni wszyscy chcieli! Damon miał rację, żaden z nich nigdy nie potrafił go zrozumieć. Mieli go za wariata, szaleńca, rozchwianego psychicznie i niegodnego uwagi... Ale to oni byli szaleńcami! Ślepymi szaleńcami, którzy nie widzieli tego, co on! Którzy nie byli w stanie tego dostrzec! Ta myśl wywołała w nim jakąś trudną do wyjaśnienia radość i satysfakcję. W końcu to on był wybranym. W końcu to do niego Damon przyszedł. Nie powinien się więc nimi przejmować, ale nie potrafił przestać. Z jednej strony nieustannie wracał myślami do demona, powtarzał sobie, że ten jest dla niego najważniejszy, że koncentruje się wyłącznie na nim, na jego bliskości, miłości, a z drugiej nie był w stanie oderwać się od tego wszystkiego, co go otaczało. Nie potrafił zapomnieć ani słów Toma, które raniły go równie mocno, jak w chwili, gdy je słyszał, nie potrafił też zapomnieć spojrzenia Kevina, wtedy, w klasie, gdy usiłował go przeprosić, jego chłodu, obojętności, gniewu... Ale czy miał rzeczywiście prawo się na niego złościć? Czuć urazę? Słyszał w swojej głowie ten boleśnie prawdziwy głos, który powtarzał mu na okrągło, że Kevin jest tylko zdrajcą, że go wykorzystał, że tak naprawdę nigdy nie był jego przyjacielem i chciał mu zrobić krzywdę... Ale w ślad za tym głosem, podążał inny, który mówił coś zupełnie odwrotnego. Że przecież Kevin nie jest taki. Że nigdy dotąd nie zrobił mu czegoś podobnego. Że tak długo starał się dowiedzieć, co się dzieje z Gabrielem, dlaczego się zmienił. Że może nawet byłby w stanie zrozumieć... Ale ten głos wywoływał w rudowłosym wyrzuty sumienia i lęk. Co mógł o nim sądzić Damon, jeżeli znał jego myśli...? Przecież jeszcze wczoraj utrzymywał, że wszystkich ich nienawidzi. Przecież wstydził się tego, że wybrał Kevina, nawet ten jeden raz, zamiast czekać na Damona. A teraz go usprawiedliwiał, usiłował wybielić, mimo tego, że demon zawsze był wobec niego dobry, a Kevin...
Nie, Kevin nie był wart nawet sekundy jego uwagi. Żałował każdej chwili, którą spędził w jego towarzystwie, każdej minuty, którą na niego stracił, którą zmarnował na myślenie o nim. Damon zawsze był wobec niego uczciwy. A nawet... A nawet, jeśli nie do końca... To i tak miał swoje powody. A on? Jak mu się odwdzięczył? Może i miał prawo czuć się urażony czy zły, ale to niczego nie zmieniało. Damon nigdy nie zrobiłby mu czegoś podobnego.
Rudowłosy ubrał się i zszedł do stołówki, na śniadanie. Usiadł na swoim zwyczajowym miejscu, sam, z dala od wszystkich. Nie był jedynym, który pamiętał zdarzenia z wczorajszego wieczora. Widział, jak pozostali wychowankowie spoglądają na niego, jak uśmiechają się głupio, szepcząc coś później do siebie, śmieją się... Rudowłosy spuścił wzrok, dłubiąc widelcem w swojej jajecznicy. Wiedział, że ich kpiny nie potrwają długo. Zawsze znajdzie się w końcu ciekawszy temat, zawsze ktoś ośmieszy się jeszcze bardziej, ale mimo wszystko... Tom nie pierwszy raz upokorzył go w ten sposób, ale teraz było to szczególnie bolesne, nie tylko dlatego, że zrobił to przed całą gromadą osób, ale głównie przez to, że Kevin w ogóle nie zareagował. Rudowłosy uniósł płochliwie wzrok, chcąc odnaleźć chłopaka, ale nie było go na sali. Dostrzegł natomiast Toma i Mike'a. Siedzieli przy stoliku z innymi wychowankami, nie odzywając się do siebie zbytnio. W takim razie, gdzie był teraz Kevin? Gabriel westchnął głęboko, wracając do jedzenia i starając się pozbyć tej myśli, ale nie potrafił przestać się nad tym zastanawiać. W końcu jasnowłosy próbował to naprawić. Przeprosił go. Wyszedł za nim... Żałował swojego zachowania.
Co to właściwie zmieniało?! I tak został ośmieszony, jego przeprosiny były zupełnie bez znaczenia! Ale jeżeli rzeczywiście było mu przykro... Przecież mógł popełnić błąd... Przecież jest tylko człowiekiem.
No właśnie. Tylko człowiekiem. Tak samo jak Gabriel, który po raz kolejny poczuł wyrzuty sumienia wobec Damona. Ludzie cały czas popełniają błędy. Te same błędy. Dlatego wcale nie warto im wybaczać. Kevin zrobił coś takiego raz, ale to wcale nie znaczy, że nie zrobi tego ponownie, gdy znowu się na niego zdenerwuje. Tak samo jak i rudowłosy, chociaż ledwie chwilę temu przysięgał sobie, że blondyn będzie mu zupełnie obojętny, że będzie całkowicie oddany Damonowi, teraz znowu roztrząsał dokładnie to samo. Demon miał rację, ludzie byli tacy słabi... Jego matka, która nieustannie piła, przepraszała, i znowu piła, znajdowała sobie jakichś kochanków, którzy bili ją i jego, a później przepraszała, by znowu zrobić to samo... Nigdy jej przecież tak naprawdę nie obchodził. To wszystko nie miało najmniejszego sensu. Po co się przejmować? Po co się przejmować Tomem, Kevinem, tymi wszystkimi ludźmi? Niech się śmieją! Niech drwią z niego! Niech nim pogardzają, tak samo jak zwykle! Przecież jego już tu niedługo nie będzie! Przecież nie będzie musiał się więcej męczyć, nie będzie musiał znosić upokorzeń, nie będzie musiał cierpieć! Uśmiechnął się na tę myśl jak szaleniec. Przez cały ten czas tak bardzo pragnął czyjejś bliskości, zrozumienia, akceptacji i miłości, bezgranicznej miłości, która nie pytałaby ani o to, co zrobił, ani go nie oskarżała, ani nie próbowała oceniać... Ani jego matka, ani Kevin, ani żaden inny człowiek, którego napotkał na swojej drodze, nie był zdolny do takiej miłości. Wcześniej wydawało mu się, że dlatego właśnie ludzie wymyślają bogów, by mieć poczucie, że ktoś kocha ich tak bardzo, bez względu na wszystko... Ale teraz w ten sposób kochał go Damon. I ta myśl dawała mu siłę.
Bo on odejdzie, a oni pozostaną.
Bo on był wreszcie tym ważniejszym, a nie tym pogardzanym.
Bo on, wreszcie, zasłużył sobie na czyjąś miłość, która różniła się od ułomnej, ludzkiej miłości, opartej zawsze na fałszu, niepewności i lęku przed samotnością.
I nic już nie wydawało się takie straszne, jak wcześniej.
Po śniadaniu, przeszedł razem z pozostałymi na piętro. Dwie pierwsze lekcje prowadziła pani Risby. Kevin nie pojawił się także na nich. Rudowłosy wpatrywał się w jego puste miejsce, czując mieszaninę wątpliwości i niechęci do samego siebie. Miał ochotę zapytać  opiekunki, co się dzieje z jasnowłosym, bo przecież musiała wiedzieć. Z drugiej strony po raz kolejny zdał sobie sprawę z własnej słabości. Znowu o nim myślał. Znowu to roztrząsał? Po co to wszystko...? Ale jeżeli Kevin żałował naprawdę i jeżeli Gabriel również miał powody, by wstydzić się swojego wcześniejszego zachowania, to czy nie powinien mu mimo wszystko wybaczyć, porozmawiać z nim raz jeszcze, dać szansę wyjaśnienia...?
Lekcje się skończyły. Gabriel został w tyle, pakując się powoli i obserwując, jak pozostali wychowankowie wychodzą. Zawsze tak robił, nie chciał wychodzić razem z nimi, nie lubił ich spojrzeń ani komentarzy, szczególnie teraz, gdy mieli co komentować. Mimo ogromnych chęci, nie zapytał pani Risby o Kevina. Wyszedł z klasy. Postanowił zaczekać, aż spotkają się ponownie. O ile jeszcze się spotkają... Wszystko jednak wskazywało na to, że Damon potrzebował jeszcze trochę czasu, więc... Sytuacja mogła rozwiązać się sama. Lepiej byłoby odejść, zostawiając wszystkie sprawy załatwione.
Był już blisko schodów, gdy dostrzegł Toma i Mike'a, idących powoli i rozmawiających ze sobą szeptem. Najwyraźniej oni również woleli zaczekać, aż wszyscy inni zejdą na dół. Gabriel zatrzymał się odruchowo i zarumienił się ze wstydu, spuszczając wzrok. Oni dwaj również przystanęli na chwilę, milknąc. Rudowłosy z bijącym szybko sercem czekał na ich słowa i kpiny, ale Tom tylko spojrzał na niego lodowato, a Mike płochliwie odwrócił spojrzenie i razem ruszyli do przodu. Gabriel szedł kawałek za nimi, wpatrując się w ich plecy.
-Czujesz, jak coś cuchnie, Mike...? Czy tylko mi się wydaje...?- rzucił pogardliwie Tom, ale jego towarzysz nie odpowiedział.
Gabriel poczuł w sobie coś dziwnego. I nie był to gniew czy rozżalenie, spowodowane słowami chłopaka, ale coś zupełnie innego. Jakiś rodzaj niepokoju i przerażenia, jakby coś w jednej chwili ścisnęło go za serce. I wtedy to się stało.
Tom schodził po schodach, gdy nagle jego stopa omsknęła się, nie trafiając na kolejny stopień. Rudowłosy jak w zwolnionym tempie, widział jeszcze zdumienie malujące się na twarzy chłopaka, nim ten runął z impetem w dół.
Zdawało się, że czas stanął w miejscu. I Mike, i cała reszta wychowanków, zmarła nagle w bezruchu i ciszy. Wszyscy spoglądali z zaskoczeniem i lękiem w kierunku leżącego na samym dole chłopaka, który nie poruszał się wcale. Gabriel przymknął powieki, opierając się całym ciężarem ciała o poręcz. Nie mógł w to uwierzyć... Po prostu nie mógł w to uwierzyć...
-Tom...?- rzucił niepewnie Mike- Tom!- wykrzyknął, zbiegając na sam dół i klękając przy jasnowłosym- Tom, co ci jest...?
Gabriel wciąż nie otwierał oczu. On już wiedział.
Widział nadal w swojej wyobraźni bezwładne ciało Toma, jego wygiętą pod nienaturalnym kątem szyję, twarz zastygłą w wyrazie zdumienia, nieruchomą, pustą, martwą... Nogi ugięły się pod nim.
-Tom...? Tom! Tom! Pomocy! Niech ktoś wezwie pomoc! Gabriel!- pełen przerażenia, wilgotny głos Mike'a przywrócił go do rzeczywistości- Gabriel, wezwij pomoc!
Pokiwał głową i odwrócił się chwiejnie, wpadając na kogoś. Ledwie widział przez napływające mu do oczu łzy. Dopiero po chwili zorientował się, kto trzymał go w ramionach. Skamieniał.
-Proszę o spokój... Proszę o spokój!- powtórzył surowo Damon, wymijając rudowłosego i schodząc niespiesznym krokiem na dół. Dobiegające z parteru pełne przerażenia głosy i krzyki, ucichły w jednej chwili. Tylko Mike łkał wciąż nieprzerwanie, wtulając się mocno w ciało jasnowłosego.
-Panie profesorze... On... On spadł... Spadł z góry... Z góry... Ja nie wiem... Ja nie wiem...- powtarzał chaotycznie, płacząc coraz głośniej i zaciskając mocno palce na koszuli chłopaka- Proszę mu pomóc... Proszę mu pomóc...
Damon pochylił się nad Tomem na chwilę.
-Nie mogę mu pomóc- odpowiedział w końcu bez cienia emocji- On nie żyje.
Gabriel natrafił wzrokiem na złote oczy Damona, które spoglądały prosto na niego. Jego twarz była nieruchoma, poważna, ale chłopak dostrzegał w tym spojrzeniu coś na kształt uśmiechu. Cofnął się. Był w takim szoku, że na dłuższą chwilę zupełnie stracił świadomość tego, co się dzieje. Ktoś przeszedł tuż obok niego, ktoś coś powiedział, pojawiły się pytania i głosy: „zabrać stąd wszystkich”, „trzeba dzwonić...”... Oprzytomniał dopiero niedaleko izolatki, prowadzony przez jednego z wychowanków. Wzdrygnął się i spojrzał na chłopaka, który ściskając go mocno za przedramię, prowadził go wzdłuż korytarza. Gdy dostrzegł wzrok rudowłosego, zatrzymał się nagle.
-To twoja wina- warknął nienawistnie.- Wszyscy wiedzą, że to twoja wina... Morderco... Lepiej módl się, żeby cię przenieśli, bo nie będziesz miał tu życia!
Odszedł, pozostawiając Gabriela zdezorientowanego i jeszcze mniej pewnego tego, co widział, niż kiedykolwiek wcześniej. Wszedł do izolatki i rozejrzał się dookoła, zbłąkanym wzrokiem. Morderca. Zabił Toma. Damon był mordercą...? Nie... Niemożliwe... To przecież wypadek. Zbieg okoliczności, przecież po prostu się potknął. A później... Umarł. Nie żyje. Nie żyje...? Niemożliwe... A Mike? A Kevin...? Co teraz będzie? Im więcej czasu mijało i im bardziej stawał się świadomy tego, co się wydarzyło, tym bardziej jego lęk narastał. Przypomniało mu się to uczucie, które pojawiło się w nim na chwilę przed tragicznym zdarzeniem. Zbieg okoliczności. Za dużo zbiegów okoliczności! Ale Damon nie mógł tego zrobić! Jak bardzo chciałby być tego pewnym! Rozpaczliwe przywoływał go w myślach, raz po raz, nie słysząc żadnej odpowiedzi. Tak bardzo chciał go zobaczyć i usłyszeć zapewnienie, że nie miał z tym nic wspólnego. Przyjdź, przyjdź, powtarzał coraz mniej błagalnie, a coraz bardziej rozkazująco, nie mogąc już wytrzymać niepewności, oczekiwania i wyrzutów sumienia.
Drzwi uchyliły się i wreszcie do pomieszczenia wszedł demon.
-O co chodzi, Gabrielu...?- zapytał, spoglądając na rudowłosego.- Moja rola zobowiązuje do pewnych działań, a co za tym idzie, nie jest to najlepszy czas na rozmowę...
-Powiedz, że tego nie zrobiłeś!- chłopak doskoczył do niego, zaciskając mocno palce na  jego koszuli. Twarz Damona była spokojna, wręcz obojętna.- Nie zabiłeś go, prawda...? Powiedz, że go nie zabiłeś!
-Oczywiście, że go nie zabiłem...- słowa, które w pierwszej chwili przyniosły coś na kształt ukojenia, zaraz przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.- Przecież tam byłeś, Gabriel. Widziałeś to. Nie popchnąłem go. Nie uderzyłem. Jak zatem miałbym go zabić...?- uśmiech politowania pojawił się na wargach mężczyzny. Chłopak drgnął, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Zrobiłem jedynie to, co należało uczynić.
-Więc... To twoja wina...- Gabriel cofnął się o kilka kroków.- Doprowadziłeś do jego śmierci... Dlaczego?!
-Doskonale znasz odpowiedź. Poniósł karę za swoje postępowanie. Nie mów, że ci go żal, Gabrielu... Po tym jak cię potraktował...?
-On... To była tylko kłótnia! Nie musiałeś go za to zabijać!- spoglądał na mężczyznę i bał się go. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.- Przecież i tak miał stąd wkrótce odejść! Nie zrobiłby mi nic więcej!
-Zrobiłem to, o co mnie prosiłeś- odpowiedział spokojnie Damon.- Nic więcej.
Gabriel skamieniał na chwilę.
-Nieprawda!- krzyknął w końcu.- Wcale cię o to nie prosiłem.
-Oczywiście, że prosiłeś, Gabrielu, błagałeś mnie o to w myślach, a ja dobrze znam twoje myśli...- odparł Damon z nutką zniecierpliwienia. Rudowłosy odetchnął płytko. Był wczoraj wściekły na Toma i na całą resztę, ale nie chciał, wcale nie chciał ich śmierci!- Spełniłem jedynie twoją wolę. Zresztą nie rozumiem, z jakiej przyczyny jest ci go szkoda... Był zupełnie bezwartościowy, jak i wszyscy tutaj.
-Byłem zdenerwowany! Nie chciałem, żeby umierał! Nie chciałem, żebyś go zabijał!
-Już ci tłumaczyłem, że go nie zabiłem. Wy ludzie, możecie wyrzynać się wzajemnie, ale my mamy nieco inne zwyczaje...- odparł lodowato mężczyzna.- Nie dziwią mnie jednak twoje słowa... Masz wyrzuty sumienia, bo sam dobrze wiesz, co przychodziło ci na myśl... Próbujesz je od siebie odsunąć, ale bezskutecznie. Zresztą, tego mogłem się po tobie spodziewać...
Demon sięgnął dłonią w kierunku chłopaka, jakby chciał dotknąć jego policzka, ale ten wycofał się gwałtownie pod samą ścianę. Gabriel czuł się zagubiony. Ten sam mężczyzna, który jeszcze wczoraj wydawał mu się osobą najbliższą na świecie i jedyną, która była go w stanie zrozumieć, nagle stał się obcy, a jego zachowanie niezrozumiałe i budzące lęk. Wszystko to, co w głowie rudowłosego dotąd układało się w jasną całość, w zaplanowaną wcześniej historię, której nie potrafił do końca pojąć, zrzucając to na swoje człowieczeństwo, teraz zdawało się być wybrakowane, pełne znaków zapytania. Nie przypuszczał dotąd, by Damon mógł kogokolwiek zabić. Kogokolwiek prócz niego samego, bo to właśnie miało wyniknąć z ich bliskości. Ale Tom...? Dlaczego go zabił, skoro niedługo mieli obaj odejść? Po co?! A jeśli zabił jego to...
-Ile osób zginęło z twojego powodu...?- zapytał cicho Gabriel, spoglądając na demona.
Mężczyzna wydawał się być całą sytuacją coraz bardziej rozdrażniony.
-A jakie to ma znaczenie, Gabrielu...?- parsknął cicho, po czym uśmiechnął się, stając bliżej kochanka, ale nie dotykając go.- To tylko ludzie. Są nieważni.
-Dla ciebie...- szepnął ledwie słyszalnie chłopak i nagle jego własne słowa dotarły do niego z taką mocą, jakby dopiero w tym momencie zdał sobie z tego sprawę.
-... Dla ciebie też powinni być...- dopowiedział Damon, nie przestając się uśmiechać, ale nie był to jego zwyczajowy uśmiech. Widać było w nim zdenerwowanie, które demon nieczęsto dawał po sobie poznać. Dotknął twarzy chłopaka, który wzdrygnął się na ten gest, ale nie odtrącił dłoni mężczyzny.- Przyszedłem po ciebie. Czy tego chcesz, czy nie, Gabrielu, teraz liczymy się tylko my dwaj.
-Odpowiedz na moje pytanie!- krzyknął chłopak z irytacją.
Damon cofnął dłoń. Wyglądał na zdziwionego. Sam Gabriel miał świadomość tego, że nigdy nie odezwał się do kochanka w podobny sposób. Nie chciał tego, a gdyby nawet, brakłoby mu odwagi, ale teraz...
-Nie okłamuj mnie...- dodał już ciszej.
-Nigdy cię nie okłamałem! Nigdy!- warknął wściekle Damon i był to chyba pierwszy raz, gdy jego spokój, jego uśmiech, jego pozory, zniknęły, zastąpione emocjami, które zazwyczaj zdawał się idealnie wprost kontrolować.- Właśnie taka jest różnica pomiędzy mną, a tymi, za którymi teraz się wstawiasz! Oni będą kłamać całe życie, ale ja... Ja od początku mówiłem ci prawdę! Dobrze wiesz, czemu tu przybyłem! Dobrze wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko! Zniszczyłbym wszystko i każdego, kto tylko stanąłby mi na drodze!
-Odpowiedz na moje pytanie- powtórzył raz jeszcze Gabriel, mniej emocjonalnie, ale stanowczo.
Damon uspokoił się i parsknął z politowaniem.
-Musiałem się jakoś do ciebie dostać.
Rudowłosy nie wiedział, jak ma rozumieć te słowa. Pierwszym, co przyszło mu na myśli, było...
-... Pan Richards...?
A jednak brzmiało to tak nieprawdopodobnie, zupełnie nierealnie. Był pewien, że demon zaprzeczy, ale nie zrobił tego. Spoglądał na Gabriela w sposób nie pozwalający chłopakowi na dalsze złudzenia. Pokręcił głową z trudem łapiąc powietrze. Gdyby nie było za nim ściany, chyba uciekłby z tego miejsca. Poczuł łzy pod powiekami.
-Dlaczego...?- zapytał bez zrozumienia, drżącym głosem. Odpowiedź wcale nie była oczywista.- Przecież to był dobry człowiek! I jego rodzina... Jak mogłeś to zrobić...?
Damon złagodniał. Westchnął cicho, przysuwając się do kochanka i wziął jego twarz w dłonie, po czym ucałował go w czoło, a następnie przycisnął do siebie, nie bacząc wcale na mierny opór, stawiony przez rudowłosego. Gabriel znalazł się w jego uścisku. W uścisku Węża. Czuł jak strasznie bije mu serce, jak bardzo się boi... Nigdy nie bał się w ten sposób nawet Głosu. I chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że Głos był właśnie Damonem, teraz widział to w zupełnie inny sposób niż wcześniej.
-Jesteś przywiązany do tego, co wydaje ci się istotne i wartościowe, ale to, co mówisz, nie ma w gruncie rzeczy żadnego sensu- szepnął mu do ucha Damon.- Życie tych ludzi... Przecież sam dobrze wiesz, jak niewiele są warci. Ty jesteś wyjątkowy. Dlatego poświęciłem wszystko i byłbym gotów poświęcić to raz jeszcze, byleby tylko znaleźć się obok ciebie... Jak myślisz, ilu z nich wytrzymałoby to samo, co ty? Nigdy nie zdaliby podobnej próby. A ty...- Damon przesunął delikatnie opuszkami palców po jego szyi.- Tyle przeszedłeś... I nie zatraciłeś się, nie zatraciłeś ani przez chwilę... Nie ma w tobie okrucieństwa ani nienawiści... Nie zawiodłeś mnie. Nie rozczarowałeś. Ani przez chwilę.
-W taki sposób mnie testowałeś...? Zabiłeś mojego ojca...?- zapytał chłopak, pełen wątpliwości.
Damon odsunął się znowu. Był zdenerwowany. Nic zresztą dziwnego, jeśli znał myśli Gabriela, miał powody do gniewu. Rudowłosy po raz pierwszy nie myślał o nim z podziwem, z szacunkiem, z nadzieją i wyczekiwaniem, nawet nie ze strachem, a z czymś na kształt obrzydzenia i niechęci.
-Przyspieszyłem to, co było nieuniknione- odparł lodowato mężczyzna.
-Boże...- szepnął rudowłosy.
-Bóg?!- prychnął z wściekłością Damon.- Wzywaj go, jeśli łudzisz się, że ci pomoże! Sądzisz, że on jest tym dobrym...?- wykrzywił wargi w okropnym grymasie i pokręcił głową w pobłażliwym geście.- Popatrz na mnie! To ciało, które mam teraz, należało wcześniej do kogoś innego... Do pewnego mężczyzny, który gdyby nie zginął wtedy, kilka tygodni później wjechałby w grupkę nastolatków wychodzących z tego miejsca... Ty byłbyś jednym z nich! Wzywaj więc dalej tego, który kładzie na szali życie kilku młodych, ocalając jednocześnie tego, który doprowadziłby do tragedii, zresztą nie pierwszej w swoim życiu!
Gabriel nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Całe jego życie, pełne okrutnych przypadków, pomyłek i zbiegów okoliczności stało się nagle jeszcze bardziej straszne niż mu się wydawało. Był nieszczęśliwy odkąd tylko pamiętał, a Damon przestał przypominać wybawiciela, stając się zamiast tego sprawcą całego nieszczęścia. Gabriel był zdruzgotany i zdezorientowany. Nie było w nim nienawiści...? Przecież mógłby przysiąc, że nienawidzi tych wszystkich ludzi, że nienawidzi matki, nienawidzi tych, którzy go tutaj doprowadzili, tego nauczyciela, tego, który go zamordował... Damona...? Nie... Nie potrafił go nienawidzić. Może w istocie nie potrafił nienawidzić kogokolwiek? Czuł tylko żal. I ten żal, który wzbierał się w nim tak długi czas, który kazał mu nieustannie zadawać sobie pytanie: „dlaczego?”, gdy wreszcie odnalazł odpowiedź, wezbrał się w nim z całą mocą.
-Zniszczyłeś mi życie...- powiedział, drżącym głosem.
-Nie- odparł stanowczo mężczyzna.- Nadałem mu sens.
-Moja matka! I to wszystko, co się wydarzyło... Nie wydarzyłoby się bez ciebie! To ty sprawiłeś, że zaczęła pić, a później...
-Przestań się łudzić, Gabrielu- stwierdził oschle demon.- Wasze ludzie decyzje to wasza sprawa. Nie miałem na to wpływu.
-Ale to wszystko przez śmierć mojego ojca! Ty do tego doprowadziłeś! Mówiłeś, że chcesz mojego szczęścia, że wyzwolisz mnie od cierpienia! Od tego, które sam na mnie sprowadziłeś?!- aż parsknął z niedowierzania, wypowiadając te słowa. Jak mógł być tak naiwny? Tak zaślepiony?
Demon skrzywił się, jakby ta uwaga go zabolała.
-Nie jesteś w stanie zrozumieć- odparł wyniośle.- Ten świat jest tylko cierpieniem. Nic tutaj nie da ci prawdziwego szczęścia, bo wszystko jest tylko złudzeniem. Ofiarowałem ci coś, co jest nieosiągalne dla innych śmiertelników... Bo ludzie...- uśmiechnął się drwiąco i odwrócił na chwilę wzrok.- Tak, ludzie są słabi. Ale nawet wśród mas zepsutych i nieużytecznych, znajdzie się ktoś tak wyjątkowy. Jestem jedynym, który jest w stanie to docenić.
-Bzdura!- krzyknął w emocjach chłopak.- To przez ciebie tu jestem! To ty do tego doprowadziłeś! Straszyłeś mnie! Sprawiałeś, że myślałem, że oszalałem, postradałem zmysły! To ty zabiłeś tego nauczyciela, tylko po to, żeby sprowadzić mnie tutaj!
-Nie zrobiłem tego. Nie miałem powodu, by to uczynić.
-Więc kto?!
-Nie wiesz...?- Damon uśmiechnął się z politowaniem, po czym parsknął nieprzyjemnym śmiechem.- Oczywiście, że nie wiesz... Nawet nie przeszło ci to przez myśl, prawda...? A przyznasz, że to była to zbrodnia idealna w swojej prostocie...- rudowłosy spoglądał na niego bez zrozumienia.- Zastanów się, Gabrielu. Zastanów się dobrze. Kto mógłby mieć w tym cel...?
Chłopak pokręcił głową, zbłąkany.
-Nie wiem...- szepnął niepewnie.- Nie znałem go.
-Ale znałeś mordercę...
-Nie zrobiłem tego.
-Wiem. Obaj dobrze o tym wiemy. Więc? Kto to zrobił...?
-Przestań się ze mną bawić! Powiedz mi wreszcie!
-Twoja matka...- słowa wypowiedziane przez demona uderzyły go z całą mocą, rozdarły blizny i przywołały wspomnienia.- To było tak proste i oczywiste... Zadzwoniła do niego tego ranka, z waszego telefonu. Poprosiła go, żeby się z nią spotkał... Bała się go, prawda...? Widzisz, co strach robi z ludźmi, Gabrielu...? Nie podobało mu się, że ją nachodzi. Niepokoi. Że grozi jej sądem, grozi jej aktualnemu kochankowi, że doniesie na to, jak postępuje względem ciebie... Chciała z nim porozmawiać. On zgodził się na spotkanie. Przed wyjściem powiedział swojej żonie, że idzie spotkać się z tobą. Tak po prostu, właściwie bez większego powodu, nie czując potrzeby, by wdawać się w szczegóły... To nie był dla nich najlepszy czas... Ostatni czas, jaki ze sobą spędzili... „Biedna kobieto, któraś gotowa oddać życie za najgorsze z dzieci!”- rzucił, uśmiechając się z drwiną.- Biedna kobieto, któraś gotowa oddać jedynego syna za butelkę alkoholu!
Gabriel oparł się całym ciałem o ścianę. Czuł, że nogi drżą pod nim. Spuścił wzrok. Nie miał sił dłużej tego słuchać.
-Czy ona wstawiła się za tobą?- pytał demon, spoglądając na chłopaka z uwagą.- Czy przyznała się do winy wiedząc, że jesteś oskarżony? Czy chociażby pojawiła się w sądzie...? A może wyjaśniła ci wszystko i przeprosiła cię po całym tym czasie...? Nie. Oczywiście, że nie. Nigdy cię nie rozumiała. Żaden z ludzi nie będzie w stanie cię zrozumieć, bo nie widzi tego wszystkiego, co dostrzegam ja. Będą chcieli cię wykorzystać. To, co tak bardzo cię boli, Gabrielu, co masz mi za złe i co w swej niewiedzy gotów jesteś nazywać nawet zbrodnią czy... grzechem...- parsknął z politowaniem.- … Jest tak naprawdę nieistotne. To wszystko dotyczy nas.
-Nie odejdę z tobą- powiedział nagle chłopak.
Damon spojrzał na niego ze zdziwieniem, jakby nie spodziewał się podobnych słów. Jego wargi drgnęły lekko, zdradzając poirytowanie, ale odezwał się ze spokojem:
-Oczywiście, że odejdziesz. To nie jest kwestia twojej woli.
-Obyś miał rację...- odparł Gabriel.- Bo jeśli nie, odejdziesz stąd sam.
-Przyszedłem po ciebie i odejdę tylko z tobą!- syknął niepohamowanie Damon, zbliżając się znowu do chłopaka.- Zresztą... Dobrze wiesz, że tego właśnie pragniesz.
-Nie zawsze chodzi o to, czego się pragnie.
-Ach...- demon uśmiechnął się z rozbawieniem.- A o co chodzi, Gabrielu...? O dobro ogółu...? Tego ogółu, który wczoraj doprowadził cię do takiego stanu...? Który drwił z ciebie? Który sprawił, że wylądowałeś w tym miejscu...? Jeśli rzeczywiście chcesz dobra ludzi, lepiej uczynisz odchodząc ze mną.
Rudowłosy pokręcił głową. Wyminął mężczyznę i wyszedł z pomieszczenia, czując w sobie nagły przypływ sił. Nie spodziewał się, że mógłby mu stawić jakikolwiek opór. Damon nie wyszedł za nim. Cóż w tym dziwnego...? Przecież znał doskonale jego myśli. Przecież wiedział, że słowa Gabriela nie były niczym innym, jak tylko rozpaczliwą i niezbyt umiejętną próbą buntu, a nie miał wielu możliwości, by zbuntować się przeciwko sile, o której nic nie wiedział i której nie dało się kontrolować. Która okazała się tak groźna. Nie chciał zostać w tym świecie. Ani dla siebie, ani dla nikogo innego. Nie podobało mu się życie tutaj. Nie podobało mu się cierpienie ani upokorzenia. Nie chciał tego znosić już nigdy więcej. Ale czy to nie Damon winny był temu wszystkiemu...? Nie potrafił jeszcze znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
-Właśnie po ciebie szłam, chłopcze...- powiedziała June, gdy zobaczyła go, jak schodził po schodach. Zatrzymał się gwałtownie. Serce zabiło mu szybciej ze strachu i spojrzał na opiekunkę płochliwie. Niewiele wyjaśniając, chwyciła go za ramię i poprowadziła ze sobą.
Zaprowadziła chłopaka do jednego pomieszczenia i powiedziała, żeby poczekał tutaj zresztą, po czym odeszła. Kevin i Mike siedzieli w środku. Rudowłosy stanął przy drzwiach, nie mając pojęcia, co zrobić. Popatrzyli na niego i on też patrzył na nich, zastanawiając się, czy widzą w nim winnego. Przecież był winny. Wszystko zdarzyło się z jego powodu.
-Przepraszam...- odezwał się w końcu wilgotnym głosem, spoglądając na Mike'a.- Tak bardzo mi przykro...
Mike skinął głową.
-Rodzice Toma zaraz tu będą...- powiedział, roztrzęsiony, przenosząc wzrok na swoje kolana.
Kevin podniósł się z miejsca. Gabriel cofnął się odruchowo, jakby chciał uciec. Czuł ulgę widząc, że jasnowłosemu nic się nie stało. Nie chciał niczyjej krzywdy. Jego szczególnie.
-Bardzo mi przykro, Gabriel- odezwał się znowu Mike.- Jestem pewien, że on nie chciał być taki dla ciebie... Tylko był uparty... Strasznie uparty...
Rudowłosy poczuł łzy pod powiekami. Blondyn stanął obok niego i nieporadnie, objął go ramionami.
Miał chyba przyjść do nich psycholog, ale w końcu nie przyszedł nikt. Później Risby zabrała gdzieś Mike'a, a z nimi porozmawiała przez chwilę, po czym poprosiła, żeby poszli do swoich pokojów. Chwilę później szli obok siebie korytarzem. Ciężko było wymówić choćby słowo po tym, co się stało. W Gabrielu zrodziła się nagła chęć, by powiedzieć wszystko Kevinowi i zrzucić z siebie ten ciężar. Tak samo jak powiedział mu o morderstwie, którego nie dokonał, o rodzinie, o wszystkim innym... Nie mógł. Co by się stało z Kevinem, gdyby wiedział...? Co się stanie z Kevinem, jeśli Damon już wie...?
-To straszne... Takie przypadki...- jasnowłosy odetchnął głęboko.- To chyba najgorszy rodzaj śmierci jaki istnieje... Umrzeć... Tak po prostu... Bez żadnego powodu... Mając całe życie przed sobą. Umrzeć przez drobny wypadek, zbieg okoliczności...
Gabriela bolały te słowa. Czy ktoś mógłby mu uwierzyć, że to nie był żaden wypadek? Żaden zbieg okoliczności?
-Przepraszam, Gabriel... Nie chciałem robić ci przykrości- szepnął Kevin, zatrzymując go. Rudowłosy pokręcił tylko głową. To wydawało się teraz nieistotne.- Byłem tylko zdenerwowany, ale... Obiecuję, że nigdy już tego nie zrobię. Nigdy. Cieszę się... Cieszę się, że to nie byłeś ty, Gabriel...- dodał w końcu i więcej już ze sobą nie rozmawiali.
Gabriel poszedł na górę. Ciężko było mu zebrać myśli. Demona nie było już w jego pokoju, tak, jak się spodziewał. Ale przyjdzie, na pewno przyjdzie w nocy, w końcu zawsze przychodzi. Rudowłosy bał się ponownego spotkania z nim. Wieczór nadszedł szybko. Czekał, nieprzebrany, stojąc przy ścianie, jakby chciał się przed czymś obronić. Każda kolejna sekunda zdawała się trwać wieczność. Każdy nawet najcichszy dźwięk wydawał mu się być odgłosem kroków. Nie był to pierwszy raz, kiedy oczekiwał na jego przybycie. Tym razem jednak nie było to oczekiwanie pełne niecierpliwości i chęci zobaczenia demona.
Nie wytrzymał tego. Wyszedł szybko z pomieszczenia i gnany lękiem, zbiegł po schodach na dół, nie oglądając się za siebie. Błądził ciemnymi korytarzami, całkowicie zdezorientowany, mając wrażenie, że zaraz natknie się gdzieś na mężczyznę. Usłyszał kroki przed sobą. Znieruchomiał. Zapaliło się światło.
-Gabriel...? Dobry Boże, przestraszyłeś mnie...- szepnęła pani Risby, podchodząc do chłopaka.- Co tu robisz...?
-Byłem w toalecie- skłamał rudowłosy. Nie wolno było im chodzić po nocy.
Pani Risby jednak nie wyglądała na kogoś, kto chciałby mu wymierzyć karę. Spoglądała na niego przez chwilę, po czym uśmiechnęła się blado, objęła go i poprowadziła do pokoju opiekunów.
-Usiądź sobie- powiedziała łagodnie, nie przestając się uśmiechać serdecznie w kierunku rudowłosego, który niepewnie zajął miejsce przy stole. Włączyła elektryczny czajnik.- Napijesz się czegoś...? Nie ma zbyt dużego wyboru... Może być herbata...?
Gabriel machinalnie skinął głową, spoglądając na kobietę z lekkim zdumieniem.
Poczekała aż woda się zagotuje i zalała wrzątkiem dwa kubki, jeden z nich podając chłopakowi. Usiadła naprzeciwko niego.
-Jak się czujesz?- zapytała spokojnie.
Rudowłosy podejrzewał, że przyprowadziła go tutaj, bo się o niego martwiła. Ale sądził również, że nie był to jedyny powód. Pani Risby sprawiała wrażenie, jakby bardzo nie chciała być sama.
-Dobrze- odparł krótko.
Kobieta westchnęła głęboko.
-Zdaję sobie sprawę z tego, że ostatni czas jest dla was wszystkich bardzo trudny... Najpierw pan Richards, teraz Tom... Wypadki chodzą po ludziach. To okropne, naprawdę okropne... Wystarczy chwila nieuwagi, przypadek i... Straszna świadomość- wzdrygnęła się, kręcąc głową.
Gabriel spoglądał na nią w milczeniu.
-A co, jeśli to nie był przypadek...?- zapytał w końcu.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
-O czym ty mówisz?
Nie odpowiedział.
-Gabriel...?- ponagliła go, spoglądając na niego pytająco.- O co chodzi...? Widziałeś jego śmierć, prawda...? Chcesz mi coś powiedzieć...? Coś się stało...? Ktoś go popchnął...? Podobno nikogo nie było wtedy na górze, oprócz...- wyprostowała się nagle.- … ciebie...- dokończyła, jakby zdumiona własnymi słowami.- Gabriel- zwróciła się do niego ponownie, gdy chłopak odwrócił wzrok.- Słyszałam, że niedawno się pokłóciliście... Co... Co się dokładnie wydarzyło?
Nie wiedział, jak ma odpowiedzieć na to pytanie, więc w końcu nie odpowiedział nic. Cokolwiek by nie powiedział, nie uwierzono by mu. Nowy wychowawca go zabił. Jest demonem. Przyszedł po mnie. Żeby mnie zabić. Zabrać stąd. Ocalić. Czy może istnieć coś bardziej szalonego...?
-Zresztą... Jutro na pewno porozmawia z wami pani psycholog- uśmiechnęła się wymuszenie.- To wypadek, więc... Nie obwiniaj się... Jeśli to wypadek... To nie twoja wina.
Gabriel pokręcił tylko głową.
Zaczynał sobie coraz lepiej uświadamiać, że wszystko, co się wokół niego działo, było jego winą.