Strony

poniedziałek, 21 maja 2012

12. Johnny ma randkę

Johnny drgnął lekko, słysząc ciężkie kroki Rose na schodach. Nie obudził się jednak, leżąc w spokoju i absolutnej błogości. Pewnie gdyby wiedział, co zastanie gosposia, gdy tylko wejdzie do pomieszczenia, nie byłby równie spokojny. Drzwi otworzyły się na oścież i dotarł do niego głos kobiety:
-Johnny! Johnny, wstawaj natychmiast, bo się spóź...- tyle Rose zdążyła powiedzieć, zanim zupełnie umilkła, zaszokowana tym, co ujrzała.
Szatyn przetarł powieki i podniósł się prędko do pozycji siedzącej, wbijając w nią zdumione spojrzenie. I pewnie nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby tego samego nie uczynił leżący wcześniej obok niego Keith. Rose spoglądała na nich z wyrazem absolutnego osłupienia. Oni wymienili między sobą zdezorientowane spojrzenia. Johnny nie pamiętał momentu, w którym zasnęli. Pamiętał tylko, że całował Keitha i to było takie miłe, a później leżeli obok siebie, więc nakrył ich kołdrą i go przytulił, żeby nie było mu zimno. Usiłował znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie, ale strasznie ciężko było mu cokolwiek wymyślić. Ta sytuacja przekraczała bowiem wszelkie dopuszczalne granice zawstydzenia. Nieco krępujące byłoby, gdyby Rose zastała o tej porze Keitha w jego pokoju. Krępujące byłoby, gdyby zastała Keitha śpiącego w jego łóżku. Bardzo krępujące byłoby, gdyby zobaczyła półnagiego Keitha śpiącego w jego łóżku. Ale zastanie półnagiego Keitha śpiącego w jego łóżku, którego Johnny w dodatku obejmował ramieniem, było tak strasznie jednoznaczne, że żadne wyjaśnienie nie przychodziło chłopakowi do głowy. Odkaszlnął cicho. Keith ocknął się, zerwał szybko z łóżka i poszedł po swoją koszulkę, która leżała kawałek dalej, na podłodze. Johnny musiał ją upuścić, gdy wczoraj zaczął całować ciemnowłosego.
-Ekhem... Tak... Eee... Rose...- Johnny uśmiechnął się wymuszenie do wciąż milczącej kobiety. Milcząca Rose nie oznaczała nic dobrego.- Więc... Keith... Przyszedł dać mi korepetycje... Tak... I... Hm... Wczoraj wieczorem, znaczy... Strasznie padało... Więc musiał się przebrać... Bo był przemoczony, rzecz jasna. Więc, zasnęliśmy. I... No... Tak, właśnie było!- zachichotał nerwowo.
-Tak... Tak...- potwierdził płochliwie Keith, szybko nakładając na siebie koszulkę. Był okropnie zdenerwowany i zaczerwieniony.
Rose nic nie odpowiedziała.
-Przepraszam...- odezwał się znowu ciemnowłosy.- Ja... Muszę już iść...- dodał, po czym natychmiast wyszedł z pomieszczenia.
-Czekaj, Keith, odprowadzę cię!- krzyknął za nim Johnny i rzucił się do przodu, omal nie wybijając sobie zębów przez to, że zaplątał się w kołdrę. Usłyszał trzask frontowych drzwi i podniósł się z podłogi, mimowolnie wzdychając z rozczarowaniem. Po czym przypomniał sobie o tym, że gosposia wciąż na niego spogląda.- No... Co tam, Rose...?- wyszczerzył się głupio.
Gosposia spoglądała na niego przez dłuższą chwilę, po czym mruknęła jedynie krótkie:
-Ubieraj się- a następnie zeszła na dół.
Johnny zamknął za nią drzwi, mocno zdziwiony. Nie sprawiała wrażenia zdenerwowanej ani tym bardziej wściekłej, chociaż i tak myślał, że solidnie mu się za to oberwie. Cóż, nie dało się ukryć, że sytuacja była dość... specyficzna. Wiedział, że na tym nie koniec i będzie musiał wymyślić coś bardziej wiarygodnego, by jakoś się wytłumaczyć. Nie był w końcu gejem! Zaśmiał się cicho i otworzył szafę. Jak na kogoś, kto został przed chwilą przyłapany w bardzo zawstydzających okolicznościach, humor miał wprost doskonały. Całował Keitha! Ach, jak trudno było myśleć o wyjaśnieniach, ubraniach czy fryzurze z tym wspomnieniem w głowie! Całował Keitha, a Keith był chłopakiem. Całował chłopaka. Podobało mu się to, że całował Keitha. Który był chłopakiem. Więc podobało mu się, że całował chłopaka. Ale czy to miało właściwie jakiekolwiek znaczenie...? Keith był taki uroczy, i taki miły, i tak złagodniał, i tak pięknie się rumienił, i tak dobrze się obok niego leżało, tak przyjemnie dotykało!
Pewnie gdyby Johnny był w stanie myśleć perspektywicznie i dostrzegać konsekwencje własnych działań, zacząłby się zastanawiać nad tym, co oznaczał ten pocałunek, do czego doprowadzi, czy zrobił dobrze i jak to się wszystko ma do wyzwania, którego się podjął. Ale Johnny myślał głównie o sobie, choć od niedawna jeszcze jedna osoba przychodziła mu nieustannie na myśl – Keith. Cóż więc w tym dziwnego, że nie zaprzątał sobie umysłu przyszłością, skoro miał tyle na głowie? Nie mógł przecież myśleć o wszystkim!
Ubrał się i naszykował do wyjścia, wesoły. Powoli zszedł na dół, świadom tego, że musi coś powiedzieć Rose.
Kobieta szykowała mu akurat drugie śniadanie. Gdy wszedł do kuchni, podniosła wzrok i spojrzała na niego cokolwiek pobłażliwie, po czym pokręciła głową i westchnęła ciężko.
-Słuchaj, Rose...- zaczął chłopak pewnym głosem.- Wiem, że gdy tam weszłaś... Cóż, mogło to wyglądać dziwnie i mogłaś sobie coś pomyśleć. Coś nietrafnego, rzecz jasna. Ale to nic z tych spraw, serio. Po prostu zadzwoniłem wczoraj do Keitha, żeby przyszedł i dał mi korepetycje z matematyki. Właśnie, bo dostałem trzy plus z matmy, wiesz, Rose?- uśmiechnął się pogodnie, przypominając sobie, że nie powiedział o tym gosposi.
-Ach, tak...
-W każdym razie, wieczorem bardzo padało... No i... Gdy Keith tu przyszedł, był strasznie przemoknięty, przemarznięty i w ogóle! Musiałem coś zrobić! No więc zaprosiłem go na górę i poprosiłem, żeby ściągnął swoje rzeczy, i dałem mu moją koszulkę...
-Nie miał koszulki- zauważyła Rose.
Johnny odkaszlnął cicho.
-Eee... Taak... Ponieważ... Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie jak położy się do łóżka i nakryje kołdrą- stwierdził, starając się uśmiechnąć przy tym przekonująco.- A później położyłem się obok niego... Żeby było mu cieplej, rzecz jasna.
-Rzecz jasna.
-No i zasnęliśmy.
Rose tylko coś mruknęła, krzywiąc się z niezadowolenia.
-Nic nie powiesz?- zdziwił się Johnny.
Kobieta przerwała prace i oparła jedną dłoń o blat, drugą zaś położyła na swoim biodrze.
-A co ty myślisz, Johnny, że ja żyłam w innej epoce?!- ofuknęła go z poirytowaniem. Szatyn zamrugał zdumiony. Tak mu się wydawało.- Może i nie trąbiono o tym na prawo i lewo, i ludzie zachowywali się trochę bardziej przyzwoicie, i nie było wszędzie tych seksów, ale... Przecież dobrze wiem, o co chodzi... Poza tym, nie myśl sobie, że nie wiedziałam, chłopcze... Wprost przeciwnie... To twoje... Tam... Malowanie, ubieranie się!- machnęła dłonią i pokręciła głową. Johnny spoglądał na nią bez zrozumienia.- Ci koledzy... Benny... Nie jestem aż taka stara i głupia, jak ci się wydaje, Johnny.
-Co...? A co ma do tego wszystkiego moje ubieranie się i Benny...?- szatyn spoglądał na gosposię ze zdumieniem.
-Och, już ty dobrze wiesz co...- odmruknęła kobieta.
-No co ty, Rose!- chłopak parsknął śmiechem.- Chyba nie sądzisz, że jestem... gejem?- rozbawienie szybko mu minęło, gdy Rose spojrzała na niego w znaczący sposób.- Jasne, że nie jestem! Mówiłem ci już, że z Keithem to przypadek! A poza tym... Benny? Benny przecież ma dziewczynę!
-Więc może i nie Benny, ja się tam nie wtrącam- stwierdziła kategorycznie gosposia, wzruszając ramionami.
-I ja też spotykałem się z dziewczynami... Sama przecież wiesz!
-No... Może i się spotykałeś... Ale z żadną nie przyłapałam cię w takiej sytuacji... No i ta sąsiadka ci się nie podoba...
-Jaka sąsiadka, Rose, co ty mówisz!- Johnny aż złapał się za głowę. No to się porobiło!
Bardzo zdenerwowany raz jeszcze orączkowo tłumaczył gosposi, że absolutnie źle go zrozumiała, że z Keithem to przypadek, Benny jest z Maicy (jeszcze), a on naprawdę nie jest gejem! Tylko całował się z chłopakiem i tylko mu się to podobało, ale co z tego! Wyjątki potwierdzają regułę, a Keith był wyjątkiem. Takim... Wyjątkowym wyjątkiem. Zupełnie innym od wszystkich ludzi, których Johnny znał. Rose jednak nie dawała wiary tym tłumaczeniom. Chłopak poczuł się skrępowany i w końcu, mając problemy ze znalezieniem kolejnych argumentów, szybko wziął swoją torbę i stwierdził, że musi już iść do szkoły.
-Johnny, a śniadanie, jak tak można!- zawołała za nim oburzona gosposia. Rose najwyraźniej miała to do siebie, że bardziej oburzał ją brak śniadania niż domniemane odmienne obyczaje seksualne wychowanka.
Szatyn zbiegł szybko na dół i podszedł do samochodu, ale gdy sięgnął do kieszeni, przekonał się, że nie wziął kluczyków. Spojrzał na górę, zastanawiając się nad tym, czy powinien się po nie wrócić, ale, z dziwnej przyczyny, na myśl o kontynuowaniu rozmowy z Rose poczuł się okropnie zażenowany i doszedł do wniosku, że pojedzie autobusem. Na autobusach jednak nie znał się wcale, więc minąwszy jedynie przystanek, zdecydował się, że jednak pójdzie na piechotę. Do szkoły dotarł solidnie spóźniony, czego dowodem były zupełnie puste korytarze. Musiał zobaczyć się z Keitehm i porozmawiać z nim o tym, co zaszło. Miał nadzieję, że chłopak się tego wszystkiego nie przestraszył. Wbiegł na pięto, odnalazł klasę, w której miał mieć zajęcia z chemii i nie zastanawiając się zbytnio, wszedł do środka.
-Przepraszam za spóźnienie...- rzucił pokornie, stając w progu i automatycznie rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu tej jednej twarzy.
Cała klasa wybuchnęła gromkim śmiechem.
-Pan chyba raczy sobie ze mnie żartować, panie Bradley...- odezwała się zirytowana nauczycielka.- Zostało pięć minut do dzwonka!
Johnny ledwie ją słyszał. Dostrzegł Benny'ego, który spoglądał na niego ze zdumieniem, dostrzegł Carla, jedzącego niezbyt dyskretnie swoje drugie śniadanie, dostrzegł Erica, a nawet Maicy obok której siedziała Linda, spoglądając na niego surowo i chłodno, ale na nic Johnny nie zwrócił uwagi, bo doszedł do iście potwornego wniosku. Keitha nie było.
-Panie Bradley!- warknęła znowu nauczycielka.
-Tak...?- szatyn zwrócił się w jej stronę, po czym przypomniał sobie, co powiedziała chwilę wcześniej.- Ach, tak, przepraszam...- rzucił nieco nieprzytomnie i wyszedł, pozostawiając osłupiałą nauczycielkę wraz z ryczącą ze śmiechu klasą.
Oparł się o ścianę, czekając na koniec lekcji i zaczął zastanawiać się tęsknie nad tym, czy Keith się dziś pojawi. Wrócił do domu dopiero nad ranem. Pewnie musiał bardzo tłumaczyć się mamie. Rzeczywiście zachowali się trochę nierozsądnie, ale czy któryś z nich mógł to przewidzieć? Cóż, Johnny na pewno nie. A to on z nich dwóch miał dość konkretne plany związane z wyzwaniem. Ale to nie wyzwanie tkwiło teraz w jego głowie.
Zadzwonił dzwonek i z klasy wychodziły kolejne osoby. Niektórzy uśmiechali się pogodnie do zdezorientowanego szatyna, jakby sądzili, że ten celowo robił sobie żarty. W końcu pojawił się przy nim Benny.
-Co się stało?- zapytał zdziwiony.- Samochód ci nawalił...?
-Nie, nie wziąłem go.
-Co?- blondyn uniósł brwi.
-Zapomniałem kluczyków- wyjaśnił Johnny.
Benny wpatrywał się w niego bez zrozumienia.
-To nie mogłeś po nie wrócić...?
Johnny westchnął głęboko i machnął ręką.
-To długa historia, opowiem ci później.- czyli nigdy w życiu. Chyba pierwszy raz w życiu przekonał się, że są sprawy o których nawet najlepsi kumple nie powinni wiedzieć.- A co z tobą...?- zapytał znacząco. Maicy w końcu pojawiła się w szkole.
Benny trzymał się całkiem nieźle. Uśmiechnął się krótko i wzruszył ramionami.
-Nic. Chyba. Ale wiem już, co zrobię z Maicy.
-Co takiego?
Blondyn wziął głęboki wdech i powiedział stanowczo:
-Zerwę z nią.
Johnny spojrzał na niego z niedowierzaniem.
-Co ty opowiadasz, Benny...- parsknął śmiechem, kręcąc głową.- Przecież jesteś w niej zakochany.
-Ale rozmawiałem wczoraj z Erickiem i on mówi, że to dobry pomysł- odparł blondyn, po czym widząc na wpół zdziwione, na wpół potępiające spojrzenie przyjaciela, dodał.- No co...? Nie miałem co robić. Cały czas nie mam co robić, odkąd się z nią pokłóciłem.
-Więc czemu nie zadzwoniłeś po mnie?- Johnny poczuł się tym trochę urażony.
-Miałeś swoje plany, nie chciałem zawracać ci głowy... Poza tym, musiałem pogadać z kimś, kto... No wiesz... Spojrzy na sprawę obiektywnie.
Johnny poczuł się jeszcze bardziej urażony.
-Uważasz, że Eric jest bardziej obiektywny ode mnie...?- burknął pochmurnie.
-Tak. To nic złego, Johnny- zastrzegł natychmiast, widząc minę przyjaciela.- Sam dobrze wiesz, jak to jest... Cały czas się martwisz, że będę się źle czuł i tak dalej... A czasem trzeba podjąć stanowcze i bolesne decyzje.
-Eric ci to powiedział...?- parsknął z politowaniem chłopak.
Benny skinął głową.
No tak. Szkoda tylko, że ostatnim określeniem, jakie pasowało do Erica było „obiektywny”. Nie pierwszy raz już poważnie namieszał. Nic więc dziwnego, że Johnny'emu nie podobało się ani to, że radzi takie rzeczy Benny'emu, ani to, że Benny uważa jego rady za lepsze.
-Powiedział, że jeśli z nią zerwę, to w końcu wszystko będzie jasne- stwierdził z przekonaniem blondyn, jakby rzeczywiście wierzył w te słowa.- Jeśli ma mnie gdzieś, to trudno, nie było się po co starać, jakoś to przeboleję. A jeśli nie, to może się w końcu ogarnie i zacznie zachowywać jak kiedyś.
-Nie obraź się, Benny, ale Eric nie wydaje mi się być specjalistą od kobiet... A jeśli stosował takie techniki na tej swojej, to nic dziwnego, że żaden z nas nigdy jej nie widział...
Benny zachichotał. W tym momencie podeszła do nich Maicy.
-Cześć. Cześć, Johnny- uśmiechnęła się do szatyna, po czym spojrzała na swojego chłopaka.- Możemy porozmawiać...?
Benny zbladł momentalnie. Skinął głową i odszedł razem z nią, oglądając się jeszcze za Johnny'm z przerażeniem. Szatyn obserwował ich z daleka. Dziewczyna długo coś mówiła. Nagle Benny przytulił ją do siebie mocno. I tak tulili się do końca przerwy, a widząc wesołość i ulgę na twarzy przyjaciela, Johnny nie mógł się nie uśmiechnąć. Jakoś trudno było mu sobie wyobrazić, by blondyn rzeczywiście mógł zerwać z Maicy, nawet po to, by ta się otrząsnęła.

Maicy i Benny zachowywali się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. I rzeczywiście, spoglądając na nich, nietrudno było dojść do wniosku, że spory i rozłąka, przeżywana tak przez blondyna, okazały się być ostatecznie zupełnie bez znaczenia. Pogodzona para świergotała między sobą jak dawniej, jak dawniej spędzała ze sobą dużo czasu i jak dawniej przyciągała zainteresowane spojrzenia. Johnny był z tego bardzo zadowolony, chociaż ciekawy tego, z jakiego powodu Maicy zachowywała się wcześniej w tak dziwny sposób. Gdy zapytał o to Benny'ego, usłyszał, że dziewczyna wszystko mu wyjaśniła. A mianowicie powiedziała, że źle się czuła, źle zachowywała i bardzo tego żałuje, ale to się więcej nie powtórzy, bo zależy jej na Benny'm. Szatyn odniósł wrażenie, że jest to dość oszczędne wytłumaczenie, ale skoro jego przyjacielowi wystarczyło, jemu także. Zresztą Benny był tak szczęśliwy i podekscytowany, że pewnie przyjąłby jakąkolwiek wersję, byleby tylko wszystko wróciło do normy. I wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było. Tego dnia, na stołówce usiedli razem, prawie tak jak dawniej. Prawie, bo nie było Erica. Była za to Maicy, która usadowiła się wygodnie na kolanach swojego chłopaka, uśmiechając się do niego serdecznie, głaszcząc po włosach i ze zwyczajową dla siebie cierpliwością i zrozumieniem, słuchająca jego narzekań na beznadziejną formę jakiejś piłkarskiej drużyny. Była Agatha, uśmiechająca się tylko na próby nawiązania rozmowy zarumienionego Carla. I był Johnny. Sam. Nie żeby mu to przeszkadzało, bo zdążył się już przyzwyczaić do takiej sytuacji. Ale z racji tego, że wszyscy wydawali się być zainteresowani swoimi sprawami sercowymi, on miał dużo czasu do namysłu nad innymi kwestiami. A może tymi samymi...? Właściwie co za różnica.
Pierwszy raz zamówił jedzenie w stołówce i musiał przyznać, że nie było wcale tak złe, jak głosiły plotki i napisy w szkolnych toaletach. Przeżuwając niespiesznie kawałek kotleta, zastanawiał się nad tym, czy powinien pojechać po szkole do Keitha. Nic nie wskazywało na to, by ten się pojawił, a skoro Johnny znał już jego tajemnicę... A co, jeśli chłopak znowu się zdenerwuje? Nie, to zupełnie bez sensu. Lepiej zadzwonić. Albo napisać sms-a. A co, jeśli nie odbierze i nie odpisze?
-Nad czym tak dumasz, Johnny?- zapytała uprzejmie Maicy, uśmiechając się do niego.
Szatyn podniósł wzrok i odpowiedział uśmiechem, po czym pokręcił głową.
-Nad niczym... Nad niczym szczególnym- odpowiedział, chociaż w rzeczywistości, jak na jego zwyczajowe rozważania, było to naprawdę wyjątkowe.- Miło cię znowu widzieć... To znaczy... Nie żebym wcześniej cię nie widział, ale... Wiesz, o co mi chodzi- zaśmiał się lekko.
-Wiem, wiem- odparła dziewczyna i pieszczotliwie ucałowała policzek Benny'ego, który wyglądał na bardzo zadowolonego.
-A gdzie Linda...?- dopiero wyrwany ze swoich myśli Johnny, uświadomił sobie, że dziewczyna zazwyczaj siedziała ze swoimi koleżankami albo wraz z nimi dosiadała się tutaj. Zwłaszcza odkąd zaczęła się nim poważnie interesować.
-Cóż... Sądzę, że powinniście załatwiać swoje sprawy między sobą...- stwierdziła Maicy.
Johnny uśmiechnął się do niej tylko, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co miały znaczyć te słowa.
Wreszcie skończył jeść. Benny i Maicy wciąż tulili się do siebie, okazując sobie tyle czułości, jakby zamierzali zrekompensować te wszystkie dni, kiedy się kłócili albo nie widzieli. Agatha poszła do toalety, korzystając z chwili przerwy Carl zaczął grać na telefonie, a szatyn doszedł do wniosku, że lepiej zostawić szczęśliwe pary w spokoju. Przeprosił ich, odniósł talerz i wyszedł ze stołówki. Ruszył wzdłuż korytarza wciąż pochłonięty iście filozoficznymi rozważaniami nad tym, co powinien zrobić po tym wszystkim, co się wydarzyło. Roztrząsał każdą możliwość z taką uwagą, jaką ostatni raz poświęcał temu, którą koszulę powinien wybrać. Co prawda ostatecznie kupił obie, ale w tej sytuacji nic nie było takie proste. Mieć Keitha za przyjaciela i wygrać wyzwanie. Czy to możliwe...? Wciąż wydawało mu się jeszcze, że owszem. Ale czy przyjaciela się całuje? Albo oszukuje? Pierwszy raz poczuł coś na kształt wyrzutów sumienia.
I nagle go zobaczył. Keith opierał się o ścianę przed klasą, w której mieli mieć następną lekcję. Johnny uśmiechnął się do siebie, ale zaraz mina nieco mu zrzedła. A co, jeśli Keith będzie na niego zły? Albo nie podobało mu się to wszystko, co wczoraj zaszło? A jeśli powie, że nie chce z nim więcej rozmawiać...? Johnny bardzo się zdenerwował swoimi własnymi przypuszczeniami, ale wreszcie odetchnął głęboko i podszedł do ciemnowłosego.
Keith wyprostował się gwałtownie, gdy tylko go zobaczył. Zaczerwienił się i spuścił wzrok. Odkaszlnął nerwowo, gdy Johnny się przed nim zatrzymał.
-Cześć, Keith- rzucił ostrożnie szatyn.
-Cześć- odparł cicho chłopak.
Na szczęście brunet wciąż chciał z nim rozmawiać. I nie wyglądał na wściekłego tym, co się wydarzyło.
-Wszystko w porządku...?- zapytał łagodnie Johnny. Keith skinął głową.- Twoi rodzice nie byli na ciebie źli, że tak późno wróciłeś?
-Nie. Nie, wszystko dobrze- odparł nerwowo ciemnowłosy, wreszcie spoglądając na Johnny'ego.- A... A co z Rose?- zapytał po chwili wahania.
-Wszystko dobrze- uśmiechnął się szeroko Johnny.
-To dobrze.
Johnny skinął głową i odwrócił na chwilę głowę, ku swojemu zdumieniu, dostrzegając siedzącego nieopodal na podłodze Erica, który wpatrywał się w niego lodowatym wzrokiem. Szatyn uniósł dumnie głowę i z powrotem spojrzał na Keitha, celowo dotykając jego ramienia.
-Na pewno wszystko gra...?- zapytał, uśmiechając się.
-Johnny...- chłopak wzdrygnął się lekko i odsunął jego dłoń.
-Musimy chyba o tym porozmawiać.
-Teraz...?- Keith cofnął się o kilka kroków.
Johnny parsknął śmiechem.
-Nie, no teraz nie, ale...
-To porozmawiamy później- uciął ciemnowłosy, po czym odwrócił się i szybko odszedł.
Johnny znowu spojrzał w stronę Erica. Uśmiechnął się do niego z satysfakcją. Blondyn odpowiedział mu pełnym politowania uśmiechem.
Ale Johnny już wiedział, że szybko zetrze mu go z twarzy.
Jak tylko wygra wyzwanie, rzecz jasna.

Keith chyba go unikał. Johnny doszedł do tego jakże błyskotliwego wniosku po drugiej z kolei przerwie, na której zupełnie nie był w stanie znaleźć ciemnowłosego, który zazwyczaj nie miał nic lepszego do roboty prócz siedzenia pod klasą. Brunet szybko wychodził z pomieszczenia, a Johnny nie bardzo mógł za nim biec, nie wzbudzając jednocześnie podejrzeń Benny'ego. Dopiero w czasie kolejnej, ledwie pięciominutowej przerwy, gdy szatyn wszedł do toalety, Keith akurat z niej wychodził. Natknęli się na siebie, przystanęli na chwilę, nieco zdezorientowani, ale Johnny szybko wykorzystał okazję.
-Keith, możemy porozmawiać?- zapytał natychmiast, właściwie wpychając ciemnowłosego z powrotem do toalety.
-Tutaj...?- chłopak spojrzał na niego, wyraźnie skrępowany.
W tym momencie do środka wszedł jeden z uczniów ich klasy. Zaśmiał się na widok Johnny'ego, poklepał go serdecznie po ramieniu i pogratulował porannego spóźnienia. Szatyn uśmiechnął się do niego tylko, obserwując jak ten wchodzi do kabiny i odpowiedział brunetowi:
-Nie, jasne, że nie. Mógłbyś dzisiaj przyjechać...? Wtedy moglibyśmy sobie wszystko ustalić i w ogóle...
Chłopak nie wyglądał na przekonanego.
Kumpel Johnny'ego wyszedł z kabiny, wyszczerzył się do szatyna wesoło, raz jeszcze wspominając poranne zdarzenie, umył szybko ręce i wyszedł.
-Keith, proszę!- westchnął błagalnie szatyn, gdy tylko zostali sami.- Przecież musimy o tym pogadać... Zamówię pizzę, wybiorę jakiś ciekawy film... Będzie... miło...- z niewiadomej przyczyny, Johnny sam aż zarumienił się na własne zachęty. W towarzystwie Keitha zawsze było miło. Ale wczoraj było milej niż zwykle, a Johnny właśnie zdał sobie sprawę z tego, że nie miał by nic przeciwko temu, by taka sytuacja się powtórzyła.
Brunet chyba podobnie odebrał te słowa.
-Co ty, zapraszasz mnie na... randkę...?- ostatnie słowo wymówił wyjątkowo cicho, mimo że byli sami.
-Nie, nie, no co ty!- zaprotestował natychmiast szatyn, odrobinę przerażony, ale widząc, jak ciemnowłosy unosi kącik ust w nieco rozbawionym uśmiechu, odzyskał pewność siebie.- To znaczy... Nie wiem... A zgodziłbyś się... gdyby to była randka...?- zapytał niemalże prowokująco.
Keith wzruszył ramionami.
Ha! Wzruszył ramionami! Tylko wzruszył ramionami! Nie odmówił, nawet nie pokręcił głową! Ach, Johnny nie od dziś wiedział, że jest specjalistą od tego typu spraw!
-Po prostu czekaj na mnie pod szkołą, okej?- rzucił w końcu brunet, wywołując u swojego rozmówcy istny wybuch radości.
-Jasne, Keith!- ucieszył się Johnny.
Ciemnowłosy wyszedł. Po załatwieniu naglącej potrzeby, szatyn także opuścił toaletę, chwilę po tym, jak usłyszał dźwięk dzwonka. Ruszył korytarzem niespiesznym i pogodnym krokiem, gdy nagle natknął się na kogoś, kto też się spóźnił. Na Lindę. Uśmiechnął się do niej serdecznie, ale dziewczyna zmierzyła go iście lodowatym spojrzeniem i przyspieszyła kroku, wyprzedzając go nieco. Johnny zatrzymał się na chwilę, mocno zdezorientowany, po czym, nie bardzo wiedząc, o co chodzi, ruszył w ślad za nią. I już miał zamiar zapytać, gdy ta odwróciła się w jego stronę z impetem i rzuciła zdenerwowana:
-Nie mogę w to uwierzyć! Po prostu nie mogę w to uwierzyć! Jak mogłeś mnie tak olać?!
Szatyn zamrugał oczyma, unosząc brwi, ale chwilę później uświadomił sobie o czym mowa i aż jęknął głucho. Randka. Był umówiony z Lindą. Rany, jak mógł zapomnieć o randce? Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. Cóż, nigdy wcześniej nie spotykał się w tym samym czasie z Keithem.
-Linda, przepraszam...- powiedział natychmiast, ze szczerą skruchą.- Zupełnie zapomniałem...
-Dobre sobie!- prychnęła dziewczyna.- Żadnego telefonu, nawet sms-a! Żadnej niespodziewanej wizyty u dentysty, odwiedzin u babci, ani równie kretyńskiej wymówki! Zupełnie nic! I nawet mnie nie przeprosiłeś!
-To nie tak, przysięgam!- zapewnił ją gorliwie Johnny.- Poszedłem na chwilę na górę, położyłem się do łóżka i sam nie wiem, kiedy przysnąłem. Tak było naprawdę, Linda, przepraszam...
Cóż, tak było naprawdę. Nie skłamał, a jedynie pominął skromny udział Keitha w całym tym zdarzeniu.
-Nie kłam, Johnny! Przecież do ciebie dzwoniłam!
-Dzwoniłaś...?- szatyn zrobił głupią minę i odruchowo sięgnął dłonią do kieszeni spodni. No tak. Wyszedł szybko rano, zapominając prawie wszystkiego. Komórki też nie miał. A wczoraj... Wczoraj chyba zostawił ją na dole i nie mógł nic słyszeć.- Zapodziałem gdzieś telefon. Bardzo mi przykro. Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Naprawdę szykowałem się do wyjścia.
-Jasne...- odparła z poirytowaniem dziewczyna.- Żaden inny facet nie miałby u mnie szans po czymś takim!
-Żaden inny...?- podchwycił Johnny i uśmiechnął się lekko, widząc wahanie na twarzy jasnowłosej. Szybko jednak uśmiech zamienił z powrotem na wyraz skruchy, bo tak wypadało.- Linda... Wynagrodzę ci to najwspanialszą randką na świecie...- stwierdził, biorąc dziewczynę za ręce.- Obiecuję. Tylko się już na mnie nie gniewaj... Bardzo chciałem się z tobą spotkać, nie wiem, jak to się mogło stać...
… No dobrze, to akurat było kłamstwo. Wiedział aż za dobrze.
-Gdybyś chciał, to byś nie zapomniał- odparła ze zdenerwowaniem dziewczyna.
-To nie tak! Daj mi jeszcze jedną szansę... Spotkamy się...?- uśmiechnął się czarująco, choć z konieczną dozą smutku.
-Dzisiaj nie mam czasu- odpowiedziała chłodno, chyba tylko ze względu na swoją dumę.
-A jutro...?- nalegał Johnny.
-Nie wiem... Może... Zobaczymy...- odparła wyniośle, po czym odeszła w stronę klasy.
Johnny uśmiechnął się do siebie szeroko, zadowolony.
On już wiedział, jak będzie brzmiała odpowiedź.

Johnny był bardzo poddenerwowany. Gdy jechał z Keithem do domu, wyjaśnił mu jedynie, że zapomniał samochodu i zapanowała cisza. Mieli rozmawiać, ale żaden z nich nie wiedział, od czego zacząć. Wreszcie wysiedli na odpowiednim przystanku (całe szczęście, że Keith miał go na oku, bo zamyślony Johnny nawet się nie zorientował, że pora wychodzić), a następnie dotarli do bloku Johnny'ego i weszli na górę. Szatyn zaprosił ciemnowłosego do salonu, uświadamiając sobie, że cały czas trze dłonie w nerwowym geście. Uśmiechnął się lekko do Keitha, który usiadł na kanapie, wpatrując się w niego z uwagą. Zamiast pizzy przyniósł do pokoju kilka przekąsek.
-Napijesz się czegoś?- zapytał nieco drżącym głosem.
-Tak. Wody.- nauczony doświadczeniem Keith wybrał od razu, uśmiechając się do szatyna.
Johnny przygotował więc dwie szklanki wody, postawił je na stole, usiadł obok Keitha i... I tak właśnie siedzieli. W ciszy. Johnny miał wrażenie, że to bardzo dobry moment, by coś powiedzieć. Coś odpowiedniego i na miejscu. Ale co...?
-Hm... Chciałeś o czymś rozmawiać...- przypomniał Keith, odkaszlnąwszy cicho.
-Tak...- potwierdził szatyn, bardzo skrępowany. Chwilę jeszcze zastanawiał się, jak zacząć i jak skończyć, ale ostatecznie stwierdził tylko- To ja włączę film.
I jak powiedział, tak też uczynił. Wybrał coś, co oglądał już wcześniej kilkukrotnie i usiadł obok Keitha. Nie zapytał go o to, czy propozycja mu się podoba. Obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie przyjechali tutaj oglądać czegokolwiek, ale z braku lepszych opcji, zaczęli wpatrywać się w ekran, trochę mechanicznie. Szatyn jednak powoli zaczynał się rozluźniać. Zaczął spoglądać ukradkiem na Keitha i zastanawiać się nad tym, co powinien zrobić. Z absolutnego braku pomysłów, zaczął myśleć o tym, co by zrobił, gdyby Keith był dziewczyną. Efektem tego było to, że ręka Johnny'ego wylądowała na oparciu kanapy i czekała tylko na dogodny moment, by zsunąć się na ramiona ciemnowłosego. Nim jednak zdążyło do tego dojść, Keith poruszył się odrobinę niespokojnie i mruknął:
-Johnny... Proszę...- po czym parsknął z rozbawieniem.
Szatyn zabrał więc rękę, odrobinę unieszczęśliwiony faktem, że nie wyszło tak, jak zamierzał.
-Keith, jesteś gejem?- zapytał w końcu bardzo otwarcie.
Brunet spojrzał na niego i wzruszył ramionami, czerwieniejąc na twarzy.
-Nie wiem...- odpowiedział cicho.- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie miałem powodu.
Szatyn postanowił iść za ciosem.
-A podobam ci się...?
-Johnny!- jęknął głucho chłopak, mocno zawstydzony.
Johnny przerwał na chwilę pytania i uśmiechnął się do siebie.
-Wiesz, że zostawiłeś u mnie swoją bluzę...?- zaczął znowu moment później.
-No... A sądziłeś, że po co przyszedłem...?- zażartował Keith, uśmiechając się do niego.
-Bo mnie lubisz- odparł szczerze Johnny, chyba tylko po to, by po raz kolejny obserwować uroczy rumieniec malujący się na twarzy ciemnowłosego.
Keith nie odpowiedział i zdjął na chwilę okulary, by przetrzeć szkła o koszulkę, chyba tylko po to, by ukryć swoje zażenowanie. Johnny nie zamierzał się jednak łatwo poddać.
-Ładnie bez nich wyglądasz- stwierdził prowokująco.
-Przestań...- odpowiedział nerwowo Keith.
-Naprawdę ładnie...- Johnny wyszczerzył się wesoło, nachylając się nad chłopakiem.
-Johnny...
Ciemnowłosy oparł mocno dłoń o ramię szatyna, jakby usiłując go powstrzymać, ale to wcale nie przeszkodziło Johnny'emu w tym, by go pocałować. Usta Keitha nie stawiały żadnego oporu. Oddały pocałunek natychmiast, a wszystko to, co Johnny czuł wczorajszego wieczora, wróciło ze zdwojoną siłą. Brakowało mu czasu, by dobrze zastanowić się nad tym, co robi i po co to robi. Bo czy nie dążył do tego od początku ich spotkania...? Przyczyny i motywacje wydawały się takie nieistotne! A wargi Keitha były ciepłe i przyjemne... Zatopił się w nich zupełnie. Zdawało się, że brunet również uległ temu uczuciu, ale jego palce wbijały się coraz mocniej w ramię Johnny'ego, jakby chciał go trzymać na dystans. Jednak po chwili, Johnny odsunął jego dłoń, ściskając ją w swojej. Drugą ręką chwycił się oparcia, by nie położyć się na ciemnowłosym całkowicie. W końcu Keith cofnął się, przerywając ich pocałunek.
-Nie wiem, co ja robię...- powiedział, zdezorientowany.
-Całujesz mnie- odparł Johnny, uśmiechając się szeroko.
Keith parsknął cicho, odwracając wzrok.
-Tak, ale nie wiem dlaczego...
-Bo mnie lubisz. A ja lubię ciebie.
W tym momencie lubił Keitha w bardzo szczególny, specyficzny sposób. I lubił go tak bardzo, jak chyba nikogo na świecie.
-Wiem... Wiedziałem już... od pewnego czasu...- przyznał ostrożnie Keith, a szatyn spojrzał na niego bez zrozumienia, nie wiedząc, o czym ten mówi.- Od początku zdawałem sobie sprawę z tego, że nie chodzi ci o żadne korepetycje.
Johnny dosłownie osłupiał słysząc te słowa. Przełknął ślinę, mocno zdenerwowany i wycisnął z siebie nieco przerażone:
-T... Tak...?
Czy to możliwe...? Nie, Keith przecież nie mógł wiedzieć o wyzwaniu! A jeśli...?
-Tak- potwierdził spokojnie chłopak.- Nie rozumiałem tego. Nie miałem pojęcia, czego właściwie ode mnie chcesz. Wydawało mi się, że zamierzasz mnie przekonać, żebym dawał ci ściągać albo coś w tym rodzaju... Ale później... Kiedy powiedziałeś mi, że jesteś gejem... Wtedy... Wtedy chyba zrozumiałem- ciemnowłosy odetchnął głęboko. Johnny nadal milczał, obawiając się tego, co zaraz usłyszy.- Nie wiem, czy to wszystko tak miało wyglądać, ale... Czy ja... To znaczy... Czy zaczepiłeś mnie dlatego, że wcześniej... hm... zwróciłeś na mnie uwagę, bo... bo... zainteresowałeś się... mną...?- dokończył niepewnie.
To był chyba ten moment, gdy Johnny powinien czuć ulgę, zdawszy sobie sprawę z tego, że Keith o niczym nie miał pojęcia. Ale, paradoksalnie, poczuł się źle. Coś chwyciło go za serce i przez chwilę, przez ledwie krótką chwilę, naprawdę zapragnął powiedzieć Keithowi wszystko, całą prawdę, od samego początku. Wyjaśnić mu, jak było i co nim kierowało. Ale tego nie zrobił.
-... Tak... Tak, tak właśnie było...- odparł, uśmiechając się wymuszenie.- Podobałeś mi się od samego początku.
-Dlaczego ja?- zdziwił się Keith.
-Bo byłeś... Jesteś... taki inny od wszystkich... Taki... Taki miły i... Oj, Keith!- jęknął tylko, chwytając go w ramiona i przyciskając do siebie. Keith rzeczywiście był inny od wszystkich. I rzeczywiście był miły. I gdyby nie to wyzwanie, Johnny zapewne nigdy by go tak dobrze nie poznał. Ale nie mógł powiedzieć mu prawdy. Może... Może powie mu... Powie mu, jak będzie po wszystkim.
-Przepraszam, jeśli byłem dla ciebie oschły. Nikt nigdy nie interesował się mną... w taki sposób.
Te słowa sprawiły, że Johnny poczuł się jeszcze gorzej. Spojrzał Keithowi prosto w oczy i zaraz pocałował go ponownie. W gruncie rzeczy żaden z nich nie miał pojęcia, co robią i nie potrafił zrozumieć. Szatyn nie rozumiał jeszcze do końca tego, jak wielką przyjemność sprawiała mu bliskość Keitha. A Keith nie mógł rozumieć, jak bardzo rzeczywistość odbiegała od jego przypuszczeń. Ciemnowłosy usiłował przesunąć się odrobinę, ale zamiast tego, spadł się z kanapy. Johnny, skoncentrowany na jego wargach, wylądował właściwie na nim. Obaj wybuchnęli śmiechem. Szatyn odsunął się na bok, po czym podniósł się na przedramieniu, spoglądając na chłopaka z uśmiechem.
-Całowałeś się już kiedyś z kimś, Keith...?- zapytał, zainteresowany.
-Nie.
-A podoba ci się to, jak cię całuję...?
Brunet parsknął cicho, słysząc to pytanie.
-Tak, Johnny...- odparł rozbawiony.- Podoba mi się.
Szatyn zachichotał, usatysfakcjonowany odpowiedzią. Prawda jednak była taka, że nie był pewien. Z Keithem, w przeciwieństwie do dziewcząt, niczego nie można było być pewnym. Nachylił się nad chłopakiem i przesunął lekko językiem po jego wargach. Ciemnowłosy wydawał się być zdziwiony, ale nie zaprotestował. Gdy Johnny zrobił to ponownie, wysunął koniuszek języka. Zetknęły się ze sobą na krótką chwilę. Szatyn zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu i zaraz powrócił w pocałunku do ust bruneta. Chwilę później pogłębił go. I to właśnie robili przez resztę popołudnia. Leżeli obok siebie i całowali się, absolutnie zdumieni tym, jak wielką przyjemność im tą sprawiało.
-Twoja mama się o ciebie nie martwi...?- zapytał w pewnym momencie Johnny.
-Nie wiem. Nie wziąłem telefonu...- odparł Keith.- Zresztą, tak jak wczoraj...
Szatyn odniósł wrażenie, że nie wziął go celowo.
-Ale chyba rzeczywiście powinienem iść- uświadomił sobie ciemnowłosy, wstając.
Johnny również podniósł się na nogi, trochę obolały.
-A jak Rose...?- zapytał Keith, spoglądając na niego pytająco.
-A... Daj spokój...- zaśmiał się Johnny, machnąwszy dłonią.- Podejrzewa, że jestem gejem!
-Przecież jesteś.
-... N-No... Tak...- potwierdził szatyn, odkaszlnąwszy nerwowo.- Ale... Nie mówiłem jej, bo... Nikomu jeszcze nie mówiłem, oprócz ciebie- dokończył wyjątkowo sprawnie.
Keith uśmiechnął się do niego lekko.
-Odwiozę cię- zaoferował się Johnny i wyjątkowo, nie usłyszał ani słowa protestu.
Tym razem zatrzymał się prawie przed domem Keitha. Gdy ciemnowłosy pożegnał się z nim i już zamierzał wychodzić, przyciągnął do siebie jeszcze na chwilę, wiedziony dziwnym uczuciem i ostatni raz ucałował go mocno.
-Tak... Cześć... Cześć, Johnny...- skrępowany Keith zapomniał chyba jak otwiera się drzwi i o mały włos, nie wysiadłby razem z nimi. W końcu jednak udało mu się wydostać. Spojrzał w kierunku Johnny'ego, uśmiechnął się do niego w tak ciepły i uroczy sposób, że szatynowi serce zabiło szybciej, i poszedł w kierunku domu.
Johnny spoglądał na niego jeszcze przez chwilę, po czym wyjął komórkę i wybrał numer Benny'ego.
-Cześć- rzucił, słysząc powitanie przyjaciela.- Jesteś teraz z Maicy?
-Nie, właśnie odwiozłem ją do domu, wychodzi z mamą. A co...?
-Masz chwilę?
-Jasne. I coś do opicia- zachichotał.- Spotykamy się w mieście?
-Pewnie. Coś się stało...?
-Nie, czemu?
-Masz strasznie dziwny głos. Na pewno wszystko gra?
-Pewnie, Benny...- odparł z uśmiechem Johnny.- Pewnie.
-To dobrze.
Johnny wiedział, że nie może mu nic powiedzieć, chociaż bardzo by chciał.
Bo sam już nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć.

17 komentarzy:

  1. Anonimowy4:28 PM

    Hmmm.... powiem ci ,że przez pierwsze pół opowiadania chichotałam do ekranu. Cały czas nie przerwanie, szczęśliwa z kolejnego rozdziału wyzwania i tym ,że następne opowiadanie to "LPoH".
    Johny to takie dziecko, cieszące się ze wszystkiego i swoim sposobem bycia jest komiczny :D
    Natomiast Keith jest tak niewinny i słodki ,że aż mam ochotę wejść do tego opowiadania i go sobie schować do torebki.
    I tu ironia, niby to Keith jest bardziej dojrzały, jednak jest kompletnie zielony jeśli chodzi o "te tematy", ale w sumie to też jest urocze :)
    Podobało mi się to pytanie "A podoba ci się to, jak cię całuję?"
    Było boskie :D takie podchwytliwe, przynoszące zawstydzenie :D Urocze, urocze, po sto kroć urocze <3
    I tak się rozanieliłam nad tymi postaciami , aż nagle... Bam.
    Mina mi zrzedła gdy sobie pomyślałam co się stanie gdy wszystko się wyda...
    Miałam ochotę rozerwać Johny'ego na strzępy gdy zaproponował Lindzie randkę...
    Miałam ochotę krzyczeć "Bierz Keitha! Zostaw ta głupią babe! Nie zepsuj wszystkiego!" hyh widzisz jak twoje opowiadania wpływają na ludzi.
    Powiem ci, że Wyzwanie oficjalnie i nieodwołalnie trafiło na szczyt mojej prywatnej listy opowiadań.
    Dziewczyno jesteś mistrzem, ogromny szacunek!
    Dziękuję ci za tak cudownego bloga, z tak wspaniałymi historiami o tak wyjątkowych postaciach.
    Twoja wierna fanka, czekająca następny rozdział Wyzwania, Ksy :*

    OdpowiedzUsuń
  2. "Całował Keitha, a Keith był chłopakiem. Całował chłopaka. Podobało mu się to, że całował Keitha. Który był chłopakiem. Więc podobało mu się, że całował chłopaka. Ale czy to miało właściwie jakiekolwiek znaczenie..."
    Tak, Johnny to miało znaczenie. I to wielkie. Jejku kocham tego chłopaka. Keitha też kocham i to bardzo, bardzo. I jak pomyślę co będzie, jak Keith pozna prawdę, to smutno się robi. On teraz myśli, że Johnny zaczepił go, bo mu się podobał... ech. :( I głupi Johnny myśli, że po wszystkim będą przyjaciółmi. Jak po poznaniu prawdy, Keith miałby mu zaufać? Nawet, jak Johnny się w nim zakocha, to trudno mu będzie udowodnić, że wszystko co robi, mówi, jest prawdą. Zranione serce długo się goi. Czasami na zawsze zostają na nim szramy. Boję się tego co będzie i już chciałbym, żeby wszystko się wyjaśniło, ale z drugiej strony, żeby potrwało, a Johnny uświadomił sobie prawdę.
    Lindy wciąż nie cierpię.
    Eric nadal pozostaje dla mnie tajemnicą i nie zmieniłam zdania o tym, że jest gejem i teraz sądzę, że podkochuje się w Bennym.
    Gosposia jest wspaniała. Bardzo podobało mi się to co powiedziała swojemu wychowankowi. Mądra kobieta. :D
    Ostatnia scena z całowaniem i tą całą początkową niezręcznością była cudna.
    Dzięki za kolejną garść emocji. I cieszę się, że nie czekałaś do osoby ze wstawieniem Wyzwania. Czekałam na nie z niecierpliwością. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię to opowiadanie, ale uważam, że Johnny to idiota. To, że ciągle urywa przed Keithem prawdziwe motywy swojego postępowania i zwyczajnie tchórzy, denerwuje mnie. Chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że przecież Keith kiedyś się o wszystkim dowie i... jak zareaguje. Żal mi Keitha tak szczerze powiedziawszy i mam nadzieję, że nie będziesz dla niego okrutna.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:53 PM

    Jestem ciekawa czy Johnny jeszcze długo będzie takim... takim... nierozumiejącym siebie człowiekiem. Jezu jak ja bym chciała, żeby on przestał zachowywać się w taki sposób, by skupił uwagę tylko na tej jednej osobie, na chłopcu imieniem Keith oczywiście, i był w pełni świadomy, dlaczego to robi... No bo biedny Keith!
    Ale jednocześnie, jak cudownie jest czytać, gdy Keith mówi takie rzeczy, gdy Johnny zapomina o Lidzie dla niego... Chryste, aż ciarki mnie przechodzą, gdy pomyślę co ten człowiek wyprawia i do czego to doprowadzi... No właśnie, do czego? Co Ty tam wymyślisz, Silencio? Za cholerę się nie domyślę i po prostu umieram z tęsknoty za kolejnymi rozdziałami.
    Jesteś najlepszym poprawiaczem samopoczucia ;)
    J.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zamiast zadowolenia jest jakiś mały dołek. Oczywiście nie mogłam doczekać się LPoH, więc jestem wdzięczna za to, że w końcu się pojawi, acz dzisiejszy rozdział Wyzwania... Serce się kruszy na myśl, że wszystko zmierza do tego najgorszego momentu - uświadomienia Keitha. Uwielbiam tego cudnego okularnika i po prostu nie potrafię przełknąć tego, że J. wciąż mu nie powiedział. Ale! Pewna jestem, że w końcu wszystko ładnie się ułoży.

    Na kontynuację będę czekać z utęsknieniem - jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy11:24 AM

    ooo tak!!!
    Powiedzieć ci jak wyglądała moja reakcja na ten odcinek w trakcie czytania?
    - Ale słoooodko!!!
    - Głuuuupi Johnny! Nie Linda!!
    - Awwwwwww, Keith! <3
    - BAAAAAKA Johnny! Nie Benny!
    - Awwww XD

    No i tak w kółko... Serio, aż mnie frustrowało jak gadał z Lindą... Czemu on nie może zroumieć że jest zakochany?! CZEMU!? Nie czuje tych emocji?! Czy on musi spotkac sie z Lindą, by zauważyć, że laski go nie intereszą? No please... XD A Keith ich nakryje i bedzie buuuu... Albo coś gorszego się stanie... Keith na 100% dowie sie o wyzwaniu... Swoją drogą, Benny i eric... Kryptogej i gej... Mmmm Eryczek chce Bennego dla siebie! *O* Niech no tylko zerwie z Maicy! Eric... On wie co się święci nie? Z Johnnym znaczy;D
    Podsumowując: po takiej ilości pocałunków jestem zaspokojona... na razie ;D Jak długie planujesz to opowiadnie?
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy5:12 PM

    Ja po prostu uwielbiam to opowiadanie i mogłabym je czytać, i czytać, i czytać... Świetnie zachowane charaktery, świetne dialogi, świetna ilość pocałunków. Kocham tego bloga i te opowiadania. Kocham Wyzwania, Chaos i inne. Uh!

    Zaczynam dziwnie spoglądać na moich kolegów z klasy, jeden daje drugiemu korki z matmy, bo tamten jest zagrożony hmm... To pewnie głupie i naiwne marzenia xD
    Delilah

    OdpowiedzUsuń
  8. Powinnam cię pochwalic, spisałaś się świetnie <3
    Czekałam na Wyzwanie bardzo bardzo długo i wreszcie się doczekałam a już traciłam nadzieję... Po raz kolejny to mówię, ale nie szkodzi. To opowiadanie jest twoim najlepszym, moim ulubionym, mogłabym go czytac w kółko na prawdę ;3
    Ale wiesz, jestem troszkę zasmucona i zgadzam się z poprzednimi komentarzami. Może jeszcze sporo rozdziałów, nie wiem, ale zbliża się ta chwila, kiedy ich zakład dobiegnie końca, ale co wtedy?
    Choc może nie będzie tak źle... W końcu widac, że Johnnemu zależy na brunecie...
    Mam wrażenie, że ja żyje tylko tym opowiadaniem. Jest perfekcyjne i dopracowane w każdym calu.
    Strasznie uwielbiam Keitha. Jest uroczy. Niby Johnnego też uwielbiam, ale nie ma w sobie tego czegoś czym dysponuje K...
    W komentarzu wszystko poknociłam i namieszałam, ale może zrozumiesz o co mi chodziło ^^

    Mam pytanie. Kiedy pojawi się kolejny odcinek Wyzwania? Wiem, że najpierw dodasz Chaos, Little Piece of Heaven, ale po nich?

    OdpowiedzUsuń
  9. Andri-xxx10:12 PM

    ah... jak długo czekałam na tą chwile >///<
    Keith jest taki uroczy, Johnny też ale w innym znaczeniu, z tą taką niepewnością jak podchodzi do tego wszystkiego. Rozdział genialny. Czekam z niecierpliwością na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy11:38 PM

    Ładne, a wiesz, co jest w nim najładniejsze? Że mogę jak dziecko ufać, że wszystko skończy się dobrze. To naprawdę dobre i ciepłe uczucie. Dzięki za to opowiadanie. D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy6:30 PM

    To jest przepiękne! Czytałem to 3 razy i mógłbym czytać jeszcze drugie tyle. Dawno nie czytałem nic tak świetnego, jak dla mnie jest to najlepszy rozdział "wyawania".
    Pozdrawiam :* <3
    S.S
    ...

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy8:13 PM

    Aaaaaaaaaaaaw jakie urocze te końcowe sceny ♥
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Swoją drogą ciekawa jestem jak to się dalej potoczy. Czytając Twoje opowiadania muszę stwierdzić, że jesteś taka nieprzewidywalna w tym co piszesz, że nawet jakbym cały czas zastanawiała się co będzie dalej, to niczego nie będę pewna :o
    Tak jak już zdążyliśmy (w sensie czytelnicy) zauważyć, niedługo pewnie zakończy się to opowiadanie :c A szkoda, bo naprawdę jest cudowne ♥
    Nie myślałaś, żeby napisać 2 serię, tylko z np. punktu widzenia Erick'a? Tak sobie myślałam, że chciałabym wiedzieć co w tej jego pokręconej główce się kryje. Albo zamiast 2 serii, jakiś bonus w postaci dodatkowego rozdziału? Ale to już pozostawiamy Tobie.
    Cieszę się też, że niedługo pojawi się LPoH.
    Życzę dużo weny i pozdrawiam.
    Dosia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, spokojnie ^^". Nie wiem, jak wy przeczuwacie, ale ja wcale nie planuję szybkiego końca, przynajmniej dla mnie nie jest on szybki i mogę zagwarantować, że koniec wcale nie jest bliski :D. Chyba, że autorki xD. Także jeszcze daleko do końca pierwszej serii, a o drugiej nie ma nawet co myśleć :). Poza tym od końca "Every Me" o ewentualnych kontynuacjach wypowiadam się raczej ostrożnie i powiem szczerze, że kontynuacji "Wyzwania" nie rozważałam.

      Usuń
  13. O boże... Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co to opowiadanie ze mną zrobiło :-) PRawie przez cały czas chichotałam, a jak czytałam to wczoraj o 2 w nocy, to pół domu tymi moimi wybuchami śmiechu pobdziłam :-). Uwielbiam narrację w tym opowiadaniu, jest... taka inna. NIe wiem, jak to określić, ale bardzo mi się to podoba. Już się nie mogę doczekać, co będzie później! Byle ty tylko nie zranił za bardzo Keitha... Powinien mu o wszystkim powiedzieć, o wyzwaniu też...
    PRoszę dodaj jak najszybciej następny rozdział~! Właśnie znalazłąś sobie dzięki temu opowiadaniu następną stałą czytelniczkę :-)
    Dużo weny!
    Kisielek

    OdpowiedzUsuń
  14. O boże... Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co to opowiadanie ze mną zrobiło :-) PRawie przez cały czas chichotałam, a jak czytałam to wczoraj o 2 w nocy, to pół domu tymi moimi wybuchami śmiechu pobdziłam :-). Uwielbiam narrację w tym opowiadaniu, jest... taka inna. NIe wiem, jak to określić, ale bardzo mi się to podoba. Już się nie mogę doczekać, co będzie później! Byle ty tylko nie zranił za bardzo Keitha... Powinien mu o wszystkim powiedzieć, o wyzwaniu też...
    PRoszę dodaj jak najszybciej następny rozdział~! Właśnie znalazłąś sobie dzięki temu opowiadaniu następną stałą czytelniczkę :-)
    Dużo weny!
    Kisielek

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy6:06 AM

    Today, I went to the beachfront with my kids. I found a sea shell and gave it to my 4 year old daughter
    and said "You can hear the ocean if you put this to your ear." She put the shell to
    her ear and screamed. There was a hermit crab inside and it pinched her ear.
    She never wants to go back! LoL I know this is totally off topic but I had to tell someone!
    dokładniejsze informacje znajdziesz tutaj,
    http://www.cadnix.com/xe/index.php?mid=education_info&document_srl=21242
    My web page :: dokładniejsze informacje znajdziesz tutaj

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy5:46 AM

    Κażdy ludzie, których poznаłeś – ԁοsłownie
    wszyscy – nie pоjawili się w tej okolicy
    przypadkowo. Przyszli, by Сiebіe czеgoś nauczyć.

    Ζ definicji wybieгamу sobie ludzi, któryсh mamy ѕрotkać przed naгodzіnami.

    Јednаkοwoż dzisiaj zagłębіe się
    w jedność, sρecyfiсzny roԁzaj poznania, to jest:
    Bliskoścі Inkarnacyjnej.
    Podejгzeωam, że κаżdy mа w otoczeniu oѕobę, którą znaliśmy w poрrzedniсh wсielеnіаch… Kіеԁy tо odсzuć?


    Reνieω my web blog :: http://cnits.org/the-banks-president-this-up-for-interview-candidates-jinchen-yong-elected-may-be-big/

    OdpowiedzUsuń