Strony

wtorek, 15 maja 2012

Rozdział 17 [Chaos]

Ostatnie doświadczenia nie należały do najprzyjemniejszych, za to do wyjątkowo zapadających w pamięć. Szczególnie Amirowi utkwił w głowie pewien, jak mu się zdawało, szczegół, o którym jednak ani myślał jakkolwiek wspominać czy roztrząsać go wspólnie z towarzyszem. Zdarzenie ze staruszką uznał po prostu za idealny przykład kompletnego szaleństwa i nieuzasadnionego niczym okrucieństwa, i zdecydował się o tym więcej nie myśleć. Co nawet mu się udawało, bo jego myśli zaprzątał wyjątkowo skutecznie pewien ogoniasty osobnik. Rozleniwili się trochę, wędrowali krócej, noce były chłodniejsze niż wcześniej i trzeba było się do nich lepiej przygotowywać. Wreszcie znaleźli dogodne miejsce i zdecydowali się na dłuższy postój.
Amir wyszedł z namiotu i usiadł na trawie, odetchnąwszy głęboko. Obejrzał się za siebie, mimowolnie, doskonale wiedząc, kogo tam zobaczy. Nadim stał odwrócony do niego tyłem i przyglądał się iście zafascynowany jakiemuś drzewu albo czemuś, co się na tym drzewie znajdowało, licho wie, Amira w ogóle to nie interesowało. Interesowały go za to sprawy wyjątkowo wstydliwe i cokolwiek niepokojące, przynajmniej w jego własnym mniemaniu. Dostrzegł na przykład, że jego towarzysz jest przystojny. Nie żeby wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, musiałby być kompletnie ślepy, ale jakoś nie zastanawiał się nad tym w ten sam sposób, co teraz. Dostrzegł też, co również widział już wcześniej, ale jakby zupełnie inaczej, że Nadim bardzo ładnie się porusza. Zwinnie. Lekko. Kiedyś go to drażniło, teraz przyciągało jego uwagę. W ogóle była masa rzeczy i cech, które w potomku wilków wciąż okropnie go denerwowały. Tak bardzo, że niekiedy miał chęć udusić go gołymi rękami. Ale chwilę później, dokładnie te same cechy, mniej już przypominały wady, a bardziej zalety. Amir był zaszokowany swoimi odczuciami. Po raz kolejny przyłapał się na tym, że przyglądał się potomkowi wilków zdecydowanie zbyt długo, by można było to uznać za normalne. Tym razem jednak przyłapał go także Nadim, który odwrócił się i napotkawszy wzrok kompana, uniósł brew i uśmiechnął się lekko.
Amir odchrząknął nerwowo, pąsowiejąc i zwracając twarz z powrotem w stronę namiotu. Potomek wilków przemknął obok i zaraz stanął tuż przed mężczyzną, spoglądając na niego z góry. Teraz ciężko było na niego nie patrzeć. Pomimo tego Amir starał się jak mógł, choć mogło wyglądać to zabawnie.
-Przemyślałeś tą sprawę?- zaczął Nadim.
-Co takiego?- Amir nastroszył się lekko.
-Sprawę twojego wuja. I Canisa.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-O czym tu dużo myśleć...?- zapytał obojętnie, tak, jakby nie analizował tej historii po stokroć, odkąd ją usłyszał.- Jak coś między nimi było to... było. A jak nie było, to nie. Przecież nie mam na to wpływu.
Miał za to bardzo dużo pytań do Ludwika. Ale nie był pewien, czy rzeczywiście miałby odwagę je zadać, stając z wujem twarzą w twarz.
-Zastanawia mnie, dlaczego nie powiedziałeś wujowi o twoich upodobaniach- odezwał się Nadim.
Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-A po co miałbym mu to mówić?- zapytał, kręcąc głową.
-To chyba ważne rzeczy.
-Może i ważne.- zgodził się Amir.- Ale dla mnie, a nie dla niego. To znaczy teraz, kiedy wiem, że pod tym względem jesteśmy dość podobni, to może też, ale gdy nie wiedziałem, nie było potrzeby, by mu mówić.
Nadim przycupnął przed nim.
-Ja bym powiedział Canisowi- oświadczył, bynajmniej, nie wzbudzając w mężczyźnie zaskoczenia.
-Domyślam się- odparł z drwiną.
Potomek wilków przyglądał mu się w taki sposób, że Amir zawstydził się jeszcze bardziej. Jego twarz musiała teraz przypominać kolorem intensywnie czerwone róże, rosnące w królewskim ogrodzie i nie był to raczej powód do zadowolenia. I chociaż wcześniej czerwienił się przez towarzysza, to głównie ze złości.
-Jesteś taki skryty...- powiedział Nadim, nie odrywając od niego uważnego spojrzenia.- Nigdy nie chcesz o niczym rozmawiać...
-Za to ty chcesz o rozmawiać o wszystkim!- odparł z irytacją mężczyzna.
Nadim uśmiechnął się łagodnie.
-Tacy już jesteśmy- odpowiedział ze spokojem.- Rozmawiamy ze sobą o wszystkim.
-Zauważyłem- zadrwił Amir. Nadal uważał, że opowiadanie dziecku historyjek o własnych, miłosnych przygodach, w dodatku, co tu dużo mówić, dość specyficznych, jest mało wychowawcze.
-Coś w tym złego...?
-Nic. Ale jeśli twoi rodacy są przynajmniej w połowie tak gadatliwi jak ty, nie dziwię się, że wasza cywilizacja stoi w miejscu...
Nadim zachichotał.
I znowu to samo, znowu to spojrzenie. I znowu fala gorąca i pieczenie policzków, absolutnie nieznośne. O bogowie. Źle było z Amirem, naprawdę bardzo źle, skoro trudno było mu znieść spojrzenie potomka wilków. I to Nadima! A przecież znał go już długo, spał w nim w jednym namiocie, widzieli się nawzajem w sytuacjach może i przekraczających nieco intymność, ale dalekich od przyjemnych, znali się już jako tako, a zabójcze staruszki średnio pomagały w tworzeniu romantycznej atmosfery. Więc co jest, do licha...? Nic się przecież nie zmieniło. Nadim był dokładnie taki sam, jak na początku. Już wtedy był przystojny, już wtedy ładnie się poruszał i już wtedy mógłby zasłużyć na miano atrakcyjnego, ale jakoś Amir nigdy nie myślał o nim w tych kategoriach. Już wtedy był... psem. No tak. A teraz był... Nadimem. Okropnie skomplikowane!
-Zdejmij to- powiedział potomek wilków.
-Co?- Amir cofnął się odruchowo i spojrzał na niego zaskoczony.
Nadim nachylił się w jego kierunku i chwycił za woreczek z kryształami, musnąwszy przy tym paznokciami skórę mężczyzny w okolicach mostka. I od tego miejsca, rozeszły się po całym ciele mężczyzny przyjemne iskierki.
-Nie, nie- zaprotestował Amir, odsuwając jego dłoń.- Wolę nie.
-Dlaczego...? Teraz reagują mocniej niż wcześniej. Ostatnio cię przecież zabolało...
-Czuję się bezpiecznie, gdy mam je przy sobie- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir i na tym stanęło.
Później Nadim oświadczył, że przygotuje ognisko i poszedł do lasu. Amir mu nie towarzyszył, zresztą nie sądził, by potomek wilków sobie tego życzył. Wzajemne towarzystwo było o tyle korzystne dla nich obu, że zawsze mogli ze sobą porozmawiać i współpracować albo choćby tylko pobyć ze sobą. Ale nawet towarzyskiemu Nadimowi ciężko było spędzać cały czas u boku Amira i odwrotnie. Momentami każdy z nich potrzebował chwili spokoju. Długiego spokoju. I ciszy.
Potomek wilków wrócił, niedługo później zapadł zmierzch i Amir schował się do namiotu, pozostawiając rozpalenie ogniska na głowie kompana. Paradoksalnie, choć przez cały dzień nie robił nic wyczerpującego, czuł się zmęczony. Słyszał, że Nadim mówi coś z zewnątrz, ale nawet nie miał ochoty słuchać. Ułożył się na plecach i przymknął powieki, po czym odetchnął głęboko. Siedem kryształów. Aż tyle. Niewiele im już zostało, może wkrótce będą wracać. Nie myślał o tym z równym wyczekiwaniem, co wcześniej. Wciąż bardzo tęsknił za domem, chciał zobaczyć wuja i brata, porozmawiać z nimi, ale... Czy będzie się jeszcze widział z Nadimem? Ach, głupie, natrętne myśli! Co za różnica! Chociaż było to mało prawdopodobne... On był potomkiem wilków, a Amir przyszłym władcą, choć liczył, że to akurat ulegnie zmianie. Nie, bynajmniej nie chciał z przyszłego władcy zostawać władcą obecnym. Chciałby zostać co najwyżej bratem przyszłego władcy. Odwrotna rola mu nie odpowiadała.
Usłyszał szelest i poczuł, jak towarzysz kładzie się obok niego.
-Dobranoc, Nadim...- mruknął jedynie, mając nadzieję, że ten wyczerpał swój limit irytujących pytań na dzisiejszy dzień.
-Myślisz czasem o śmierci...?- usłyszał cichy, rozedrgany głos.
-Gratuluję wyboru doskonałego i nie cierpiącego zwłoki tematu...- wycedził przez zęby mężczyzna, nie otwierając oczu.
-Ja myślę o tym często... Bardzo się boję... Bardzo...
Amir poruszył się niespokojnie. Chciał uchylić powieki, ale w tym momencie poczuł czyjś dotyk na swojej dłoni i zamarł w bezruchu.
-Tak strasznie nie chciałem umierać...- ktoś szepnął mu wprost do ucha.
Przełknął ślinę, otwierając oczy i odwracając głowę w kierunku mówiącego. Nikogo nie zobaczył. Był w namiocie zupełnie sam. A tymczasem coś wciąż trzymało go za dłoń... Wrzasnął i podskoczył gwałtownie. Później wrzasnął raz jeszcze, cofając się tak bardzo, jak tylko mógł. A później już wrzeszczał nieustannie:
-Nadim! NADIM!
Chwilę później potomek wilków zajrzał do namiotu.
-Co się stało...?- zapytał, zdezorientowany, a jego towarzysz wciągnął go gwałtownie do środka, chwytając go mocno za ramiona i wciąż rozglądając się dookoła.- Amir...? Amir, o co chodzi...?
Widząc pytające spojrzenie Nadima, uspokoił się trochę i doszedł do wniosku, że musi jakoś wyjaśnić swoje zachowanie. Co wcale nie znaczyło, że się nie bał. Był przerażony jak diabli.
-Nic... Nic...- powiedział, cofnąwszy dłonie.- Miałem... Chyba śniło mi się coś złego.- stwierdził.
-Co takiego?
-Nieważne- odetchnął płytko mężczyzna i pokręcił głową.- Po prostu chodźmy już spać.
-Zaczekaj.
-Dokąd idziesz?!- zdenerwował się Amir widząc, że jego towarzysz próbuje wycofać się z namiotu.
-Muszę sprawdzić czy wszystko w porządku z ogniskiem...
-Nie! Zostaniesz tutaj!- krzyknął mężczyzna i w sposób absolutnie zdumiewający dla nich obu, po raz kolejny już uczepił się towarzysza, tym razem w taki sposób, jakby zamierzał go siłą zostawić przy sobie.
Nadim był wyraźnie zdumiony.
-Boże...- parsknął z rozbawieniem, ale Amirowi wcale nie było do śmiechu.- Amir...- zaczął takim tonem, jakby zwracał się do małego dziecka albo kogoś nie całkiem rozumnego.- Muszę zająć się ogniskiem. Inaczej coś może się zapalić. Może to tylko plotki, ale podobno palenie się żywcem nie jest zbyt przyjemne...
-Tak... Tak, nie jest, rzeczywiście...- mężczyzna opanował się nieco, zawstydzony swoim zachowaniem. Puścił potomka wilków i skinął głową- Idź. Tylko wracaj szybko.
-Co z tobą?- Nadim zaśmiał się i zaraz opuścił namiot. Amir usłyszał jeszcze jak ten woła złośliwie- Burza idzie, czy co...?
-Przymknij się- mruknął tylko Amir, co raczej do potomka wilków nie dotarło.
Nie położył się z powrotem. Siedział i czekał, aż jego kompan powróci, rozglądając się po wnętrzu namiotu z niepokojem, jakby rzeczywiście mógł znajdować się tutaj ktoś, kto umknąłby jego uwadze. Bogowie, naprawdę zaczynał tracić rozum. To musiał być tylko sen i nic więcej. Nie od dziś wiadomo, że umysł na granicy jawy i snu potrafi niekiedy płatać tego rodzaju sztuczki. A on przysypiał, więc coś mu się przesłyszało. Później poczuł ten dotyk i wpadł w panikę, jak ostatni idiota wydzierając się wniebogłosy. Nadim rzeczywiście wrócił szybko i nie omieszkając rzucić nieco złośliwej uwagi, która jednak nie dotarła do zamyślonego mężczyzny, położył się obok. Raz jeszcze zapytał Amira o to, co mu się śniło, ale ten tylko pokręcił głową. Absurd. Ludziom zawsze śnią się absurdy. Nie wiedzieć czemu, przywołał jednak do siebie sytuację z domu tej staruszki. Szmer paznokci drapiących w wieko. Odgłosy w nocy. Ten szept... Wzdrygnął się mimowolnie. Kretyn! Dlaczego miałby się tego bać? Złudzenia i przypadki, ot co! A nawet jeśli nie, to cóż z tego! Dawał sobie radę z latającymi monstrami, żłopiącymi krew istotami i kapłanami o dziwnych upodobaniach, a miałby sobie nie poradzić z... duchami?
Dobrze, zaczynał się bać. Nie żeby w to wierzył. Nie żeby w ogóle wierzył w duchy... Dusze trafiają do świata zmarłych, a stamtąd nie ma powrotu. Chyba.
-Nadim...- zaczął cicho, a jego towarzysz spojrzał na niego pytająco.- Myślisz czasem o śmierci...?- zapytał w ślad za głosem ze swojego snu. Serce biło mu szybciej ze strachu. Może słyszał takie rzeczy, bo sam się nad tym zastanawiał.
-O śmierci...?- Nadim wydawał się mocno zdziwiony tym pytaniem.- Może czasem... Ale po co o tym myśleć? To przecież całkiem naturalne, kiedyś trzeba odejść... Zresztą, jeszcze mnie to nie dotyczy...- Amir zerknął na kompana bez zrozumienia.- Jestem młody. Niczego jeszcze nie dokonałem, niczego nie zrobiłem. Nie dokończyłem swojej misji, nie mam dzieci, nawet się nie zakochałem... Jeszcze nie czas umierać!- dodał z uśmiechem.
-Byli młodsi od ciebie i też nie zdołali niczego takiego uczynić- zauważył Amir.
-Owszem.- zgodził się potomek wilków.- Ale... My jesteśmy wybrańcami- uśmiechnął się szeroko.
Mężczyzna nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
-I co z tego?- zapytał, rozbawiony.
-Jak to co? Bóg... Albo twoi bogowie, jak wolisz... nie pozwolą nam zginąć.
-Skąd ta pewność? Może po prostu potrzebują nas do swojego celu, a gdy go osiągniemy, staniemy się niepotrzebni...?
-Nie- odparł z pełnym przekonaniem Nadim- Bóg nie zabawia się naszym losem w ten sposób.
Nie? Dziwne. Może bóg Nadima nie, ale Amir miał wrażenie, że jego bogowie nie robią nic innego. Uświadamiał sobie to za każdym razem, gdy zdawał sobie sprawę z tego, jak wielką ironią było wyruszenie w wyprawę ze swoim wrogiem, następnie polubienie tego wroga, co więcej, polubienie całej rzeszy wrogów, a przynajmniej nieprzyjaciół, czym byli z początku dla niego potomkowie wilków, aż wreszcie... Aż wreszcie pewnego rodzaju zawstydzające zainteresowanie tymże osobnikiem. Bogowie musieli być doprawdy ubawieni do łez!
-Poza tym, zgodnie z naszymi legendami, bóg zawsze nagradza wybranych. Rekompensuje im wcześniejsze poświęcenia długim życiem i szczęściem rodzinnym- dodał Nadim.
-Tak...?- Amir uśmiechnął się ironicznie.- Jakoś nie zauważyłem...- mruknął, mając na myśli przykład Fortisa.
-Cóż...- Nadim uśmiechnął się niewinnie.- Demony mają najwyraźniej inne sposoby działania. Trzeba umiejętnie wybierać stronę po której się staje...
-Czyżby...? Może to tylko plotki, ale podobno ogoniaste osobniki mają z tym duży problem...
-Jeśli chodzi o Fortisa...
Amir sapnął gniewnie.
-Jeszcze jeden hymn pochwalny na jego temat, a przysięgam, że sprawdzę jak bardzo twój bóg cię chroni- ostrzegł lojalnie.
Nadim, wbrew jego przypuszczeniom, wcale nie kontynuował tematu. Uśmiechnął się tylko i znowu na niego patrzył. W taki sposób! Bogowie, już drugi dowód na to, że stracił zmysły! Przecież trudno było nie patrzeć na kogoś, kto leżał tuż przed nim, poza tym patrzył tak też wcześniej i Amirowi nigdy to nie przeszkadzało! Ba, sam na niego patrzył bez żadnego skrępowania, bez durnych myśli i bez czerwonej twarzy!
-Jeszcze nie tak dawno nie spodziewałem się, że kiedykolwiek powiem te słowa, ale...- Nadim pozwolił sobie na długą pauzę, chyba jedynie po to, by wpędzić swojego towarzysza w stan rozedrgania emocjonalnego połączonego z zupełnie niezrozumiałą palpitacją serca.- Cieszę się, że to ty ze mną wyruszyłeś.
Amir chyba zdumiałby się mniej, gdyby usłyszał wierszowane wyznanie miłosne pod swoim adresem.
-Ja...?- bąknął, zdziwiony.- Niby dlaczego?
-Sądziłem, że nigdy się nie dogadamy i że jesteś draniem. Ale jesteś dobrym człowiekiem. Cieszę się, że mogłem cię poznać. A przede wszystkim cieszę się, że ty mogłeś poznać mnie i dzięki temu zmienić podejście do nas wszystkich- dodał skromnie.
-Gdybyś wyruszył z kimkolwiek innym, pewnie efekt byłby ten sam...- stwierdził Amir.- Poza tym, z pewnością wolałbyś tu być z którymś z twoich rodaków. To raczej naturalne.
-Nie- odparł stanowczo Nadim.- Wtedy nie miałbym okazji zdobyć nowego przyjaciela. I zmienić... nieco...- zaznaczył natychmiast.- … mojego podejścia do was.
-Ach... Więc jesteśmy przyjaciółmi...?- Amir uśmiechnął się lekko. Nie żeby miał co do tego większe wątpliwości, choć on nie postawiłby sprawy tak jasno i bezpośrednio.
-A nie...?
-Nie wiem... Nie przyjaźnie się z istotami, które mają ogon, takie mam zasady...- rzucił z czystej przekory.
-Niektóre zasady należy złamać. A inne łamią się same, przez zmieniające się okoliczności...- zaśmiał się Nadim.- Poza tym, wiem o tobie rzeczy, których nie wie nikt inny. To cecha przyjaciela.
-Albo szantażysty...- Amir uśmiechnął się pobłażliwie, ale zaraz spoważniał i dodał.- Co do tych rzeczy... Nie mów nikomu. Proszę. Nie chcę, by ktokolwiek wiedział.
-Daj spokój, nie mam powodu, by komukolwiek mówić- odparł Nadim.
-Na pewno...?
-Na pewno.
-Przysięgnij.
-Przysięgam.
Amir odetchnął z ulgą. Widać nawet „mówienie o wszystkim” w wykonaniu Nadima miało swoje granice.
-Dobranoc- powiedział mężczyzna.
-Dobranoc, przyjacielu- odparł serdecznie potomek wilków.
Amir parsknął cicho, przewracając się na bok. Rzeczywiście, bogowie musieli bawić się przednio!
Musiał jednak przyznać, że Nadim rzeczywiście był jego przyjacielem. Chyba zresztą najlepszym, jakiego miał w całym swoim życiu, co trudno było uznać za powód do radości, ale w jego sytuacji było jak najbardziej usprawiedliwione. Oczywiście, że miał przyjaciół. Przyjaciół oficjalnych i nieoficjalnych, co należało zaznaczyć. Przyjaciółmi oficjalnymi byli najczęściej zbliżeni do niego wiekiem arystokraci, synowie możnych, ludzie wpływowi, do których należało odnosić się z uprzejmością, sztucznym uśmiechem odpowiadać na ich sztuczny uśmiech i deklarować zażyłe i jakże serdeczne stosunki. Rzecz jasna, przyjaciele nieoficjalni byli cenniejsi od tych pierwszych. I takich Amir też posiadał. Do dziesiątego roku życia, mniej więcej. Później nie miał na to czasu. A że nie był istotą szczególnie towarzyską, wystarczał mu wuj, brat i kilku mniej lub bardziej cenionych znajomych, z którymi miło było się napić i porozmawiać o niezbyt istotnych sprawach. Nadim był na tym tle chlubnym wyjątkiem. Choć ,początkowo, perspektywy ich znajomości nie wyglądały obiecująco.
Gdy Amir obudził się rano, jego towarzysza już przy nim nie było. Korzystając z okazji, że Nadim po raz pierwszy chyba wymknął się na tyle subtelnie, by nie zbudzić przy tym wszystkiego, co żyje, mężczyzna zdrzemnął się jeszcze na trochę, a później wyszedł i zdecydował się rozejrzeć za ogoniastym osobnikiem. Ruszył niespiesznie przed siebie, spokojnym krokiem i ziewając, usiłował przypomnieć sobie ostatni sen. Zastanawiał się, jak daleko odszedł jego kompan. Potomek wilków nadal był wyjątkowo mało ostrożny i mimo ostrzeżeń Amira, zachowywał się tak swobodnie, jakby jego rasa była najbardziej uwielbianą i szanowaną pod słońcem. Mężczyzna westchnął głęboko, przystając pośród drzew i nasłuchując. Stał tak dłuższy moment, aż w końcu wzruszył ramionami i zamierzał zawrócić.
-Nie patrz na niego- usłyszał czyjś głos i odwrócił się gwałtownie.
-Nadim...?- zapytał cicho, rozglądając się dookoła z uwagą.
Coś poruszyło się w pobliskich zaroślach. Amir zbliżył się do nich i omal nie umarł ze strachu, gdy nagle, spomiędzy liści wyskoczył zając, który uciekł szybko przed mężczyzną. Odetchnął płytko i pokręcił głową, wmawiając sobie, że było to jedynie przesłyszenie.
Ruszył do przodu, ale zaraz zatrzymał się znowu.
-Cicho... Nic nie mów, on nas słyszy...- dotarł do niego ten sam głos.
-Nadim!- krzyknął tym razem, choć miał już pewność, że to nie był jego towarzysz. Potomkowi wilków do głowy nie przyszłyby równie durne żarty, nie mówiąc już o tym, że Amir szybko by go rozpoznał. Musiał tu być ktoś jeszcze.- Nadim!- zawołał znowu, odwracając się powoli. Jego serce gwałtownie biło ze strachu. Sam nie wiedział, czemu wciąż powtarza imię kompana. Chciał go przywołać albo dać do zrozumienia komukolwiek, kto się tutaj znajduje, że nie jest sam. Chwycił za miecz, ale pierwszy raz jego posiadanie nie dodało mu wcale odwagi ani pewności siebie.
Coś przebiegło ze świstem tuż za nim, w niezwykle szybkim tempie. Gdy odwrócił się w tamtą stronę, niczego już nie ujrzał. Przestraszył się tak bardzo, że zachwiał się na nogach i omal nie stracił równowagi. Wciąż z wyciągniętym mieczem, zaczął wycofywać się z lasu, zagubiony niczym dziecko, rozglądając się dookoła z przerażeniem.
-Tak... Nadim... Będę już wracał... Zobaczymy się później...- powiedział słabo i zaraz ruszył biegiem w kierunku ich obozu.
Pech jednak chciał, że potknął się o wystający korzeń i spadł z niewielkiego podwyższenia prosto w jakiejś krzaki. Jeszcze nie wiedział, czy powinien to traktować jako kolejny dowód na boskie poczucie humoru, czy na własnego pecha, ale gdy długie kolce powbijały się gwałtownie w jego ciało, cały las wypełnił wrzask, a chwilę później najbardziej obelżywe i okropne słowa, jakie kiedykolwiek zostały wymyślone.
-Uważaj, co robisz!- wycedził przez zaciśnięte zęby Amir, podczas gdy potomek wilków, usiadłszy za nim, wyciągał z jego pleców powbijane głęboko kolce.
Na własne szczęście udało się mężczyźnie samodzielnie wyplątać spośród pnączy, jednak było to wyjątkowo bolesne i skończyło się tymi właśnie śladami heroicznej walki, które powbijały się chyba we wszystkie możliwe części jego ciała. PRAWIE wszystkie możliwe części jego ciała, na szczęście ta strategiczna i wiążąca się z dużym bólem pozostała nietknięta. I bardzo dobrze, bo obnażanie się przed potomkiem wilków było ostatnim, na co miał w tym momencie ochotę.
-Co to była za roślina...?- zapytał ze zdziwieniem Nadim.
-Skąd niby mam wiedzieć?- warknął w odpowiedzi jego towarzysz. Sam właśnie wyjmował sobie spory kolec z uda i nie zastanawiał się zbytnio nad takimi szczegółami.- Poza tym to ty łazisz ciągle po lasach, chyba powinieneś wiedzieć, co...?
-Nigdy się z taką nie spotkałem- odparł potomek wilków.
-Więc masz powody do radości...- westchnął głęboko Amir, udręczony swoim nieszczęściem.
-Musisz uważać, jak chodzisz. Niektóre rośliny mogą być niebezpieczne.
Amir posłał swojemu towarzyszowi pełne politowania spojrzenie. Naprawdę?! Nigdy by nie przypuszczał! Powiedział mu, że wszystko było efektem jego nieuwagi. Nie zamierzał się przyznawać przed czym uciekał, ani co dokładnie słyszał. Może dlatego, że nie wiedział, przed czym uciekał, ani co dokładnie słyszał. Wiedział za to, że słyszenie głosów nie jest oznaką zdrowia psychicznego.
-Powinieneś przemyć dokładnie wszystkie ślady- powiedział Nadim, gdy już uporali się ze skutkami szaleństw mężczyzny.- Chodź ze mną, pomogę ci.
-Sam sobie poradzę- odparł krótko Amir, wchodząc do namiotu. Jęknął, narzucając na siebie koszulę.
-Jak chcesz- odparł pozostający na zewnątrz potomek wilków.- Idę coś upolować. Jakieś szczególne życzenia...?
-Jedno. Daj mi święty spokój- odparł z irytacją Amir, wyjątkowo źle znosząc poczucie humoru towarzysza.
Potomek wilków życzenie spełnił i wkrótce się oddalił. Amir został sam ze swoimi myślami. I ze swoim strachem. Pożałował nagle, że nie zdecydował się pójść razem z Nadimem. A zaraz pożałował tego, że dręczyły go tak abstrakcyjne lęki jak jakieś tam... głosy. Czy też duchy. Wzdrygnął się i poczuł, jak lodowaty dreszcz przechodzi mu po plecach. Rozejrzał się dookoła, absolutnie świadom tego, że zaczyna popadać w paranoję i w końcu zdecydował się rzeczywiście znaleźć jakiś staw, by odpędzić od siebie natrętne myśli.
I zaraz poczuł się jakoś lepiej, spokojniej. Strach i troski odeszły. Uśmiechnął się do siebie, zadowolony, choć zupełnie nie wiedział, co napawa go taką wesołością. Wyczołgał się z namiotu i zaraz zachichotał. Poszedł kilka kroków dalej i zaśmiał się znowu, tym razem głośniej. Co za dzień! Co za pogoda, co za świat! Wszystko było takie przyjazne, dobre i miłe. I takie zabawne! Opanował się wreszcie i zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę z tego, że nie ma zbytnich powodów do radości. Uśmiech jednak wciąż jakby sam cisnął się na jego usta. Powstrzymując go, ruszył w stronę pobliskich drzew. Nim jednak do nich dotarł, zakręciło mu się w głowie. Odetchnął głęboko, gdy moment później wszystko wróciło do normy, ale zaraz znowu okoliczny krajobraz zaczął wirować mu przed oczyma, by po chwili zbliżać się i wyginać w sposób dziwaczny i absolutnie nienaturalny. Amir stracił świadomość i nie do końca wiedział nawet, gdzie jest góra, a gdzie dół. Zmusił się jednak do tego, by usiąść na ziemi w obawie, że zaraz się przewróci. Gdy już raz usiadł, nie mógł się podnieść i tylko wyciągając ręce, usiłował doczołgać się z powrotem w stronę namiotu, który to oddalał się, to znów przybliżał. W końcu, tracąc resztki sił, legł na brzuchu i zamknął oczy. I leżał tak bez sił, pośród nienaturalnej ciszy i nie czując żadnego niepokoju.
Wreszcie poruszył dłońmi. Wyczuł pod opuszkami coś chłodnego i miękkiego, jakby... śnieg...? Ale gdy usiłował chwycić jego garść w dłonie, ten przesypał się przez palce mężczyzny gładko niczym piasek. Co to było...? Chciał otworzyć oczy, ale długo nie był w stanie. Po chwili jednak widział zupełnie normalnie. Nie leżał już wcale, ale stał, rozglądając się dookoła. Zieleń podłoża przypominała trawę, ale miało ono dziwną strukturę. Amir zmarszczył brwi i rozejrzał się dookoła. Wokół niego była tylko przestrzeń, ani jednego drzewa, ani jednego człowieka, zupełnie nic. Dopiero, gdy spojrzał przed siebie, dostrzegł niekończącą się rzekę, oddzielającą pustkowie od drugiego brzegu. A tam, w oddali, dostrzegał wyraźnie pasmo gór, dostrzegał łąki, najróżniejszych ludzi, wspaniałe budynki, cudowne, rosnące wysoko rośliny, a nawet zwierzęta. I bardzo podobał mu się ten świat .Przyglądał się mu zafascynowany, zbliżając się do rzeki i usiłując odszukać jakąś kładkę lub most, ale nic takiego nie znalazł. I gdy gotów już był skoczyć do wody, zatrzymał się gwałtownie, dostrzegając tuż przed sobą Ludwika. Wydało mu się to bardziej nierzeczywiste, niż niż te rośliny, te domy i w pewnym momencie przestraszył się, że umarł. Zamknął oczy, a gdy je otworzył, po lewej stronie wuja, dostrzegł Hadrina. Mrugnął ponownie i tym razem po prawicy Ludwika pojawił się Nadim. Więcej już nie mrugał, bo bał się, co jeszcze zobaczy, zresztą ta trójka w zupełności mu wystarczyła.
-Wuju...- szepnął rozczulony, podchodząc do swojego opiekuna i chwytając go za dłonie. Tak dawno już go nie widział! Spojrzał na twarz brata, a później na potomka wilków. Obaj uśmiechali się do niego serdecznie.
Ludwik także się uśmiechał. Amir wzruszył się tak bardzo, że aż nie wiedział, co powiedzieć. Zamiast tego wtulił się mocno w kochanego wuja, ciesząc się z jego bliskości.
-Muszę opowiedzieć ci pewną historię...- usłyszał tuż przy uchu umęczony głos, który nie należał wcale do Ludwika.
Amir podniósł wzrok i zorientował się, że przytula się do Canisa. Odsunął się gwałtownie i rozejrzał dookoła. Nie było już ani zieleni, ani rzeki, ani znajdującego się za nią wspaniałego świata. Wuja, Hadrina i Nadima też już nie było. Tylko stary Canis, który spoglądał na niego z wyczekiwaniem.
-Gdzie się wszyscy podziali...?- zapytał Amir.
-Muszę opowiedzieć ci pewną historię- powtórzył Canis.
-Daruj sobie, ja już znam tę historię.
-Tej historii jeszcze nie znasz...- zapewnił go potomek wilków, a gdy Amir odwrócił się z powrotem w jego stronę, ten siedział na królewskim tronie, z koroną Ludwika na głowie. Mężczyzna spojrzał na niego zdumiony. Starzec wyjął księgę, którą otworzył sprawnym ruchem i zaczął czytać szybko:
-Dawno, dawno temu, istniał pewien demon, który lubował się w kryształach. Aż wreszcie stworzył taki, w którym zakochał się szaleńczo. A gdy kryształ zniszczono, umarł z żalu. Koniec.
Amir spoglądał na niego z niedowierzaniem.
-Co ty bredzisz...?- prychnął.
-To ty bredzisz- odpowiedział Canis.
-Ja bredzę...?
-Tak.
Amir zmarszczył brwi i pokręcił głową, odwracając się tyłem do potomka wilków i rozglądając się w poszukiwaniu tego, co zniknęło mu z oczu.
-Dlaczego tak często na mnie patrzysz...?
Odwrócił się znowu, słysząc wyjątkowo znajomy głos.
Nadim stał tuż przed nim, przyglądając mu się z uśmiechem rozbawienia.
-O czym ty mówisz...?- zapytał Amir, trochę nerwowo.
-Sądzisz, że nie zauważyłem...? Ślepy by zauważył...- Amir zaśmiał się lekko i podszedł do niego powolnym krokiem. Zatrzymał się przed mężczyzną i spojrzał mu w oczy, pesząc go jeszcze bardziej.- Podobam ci się...? Ja...? Ciekawy zbieg okoliczności...
-N... Nadim...- Amir miał coś powiedzieć, ale właśnie zdał sobie sprawę z pewnego krępującego faktu i zaniemówił zupełnie. Otóż jego towarzysz stał przed nim dokładnie taki, jakim go jego wszechobecny bóg stworzył.- Nadim...- wykrztusił w końcu, czując jak ręce potomka wilków obejmują go bezwstydnie wokół szyi.- Ty jesteś nagi...
-Nie, nie jestem- odparł spokojnie jego kompan- Tylko sobie wyobrażasz, że jestem.
-Ach...- podchwycił Amir, zastanawiając się nad jego słowami.- Więc to tylko sen...?
-Tak- Nadim uśmiechnął się łagodnie.- To tylko sen.
-Więc... Skoro nie jesteś nagi...- mężczyzna uspokoił się nieco tymi słowami i nachylił się nad potomkiem wilków.
-Jesteś moim przyjacielem- usłyszał szept Nadima.- Najlepszym przyjacielem. Bratem.
-Bratem...?- Amir odsunął się odruchowo, ale gdy tylko to uczynił, zorientował się, że nie ma już do czynienia z potomkiem wilków.- Hadrin...?- zapytał, zdezorientowany, widząc przed sobą brata, przyodzianego w wojskowy strój, z drewnianym mieczem w dłoni, co stanowiło widok absolutnie groteskowy.
-To wszystko twoja wina!- krzyknął jego brat.
-Co takiego?- zdumiał się mężczyzna.
-Mówili mi, że będę królem! Wszyscy tak mówili... Ale ty! Zabrałeś mi wszystko!
-Więc już wiesz...?- zmartwił się Amir, widząc roztrzęsienie brata.- To wszystko nie tak. Postaram się to odkręcić, ja też o tym nie wiedziałem, przysięgam! Musimy porozmawiać z Ludwikiem! Jestem pewien, że zrozumie...
Hadrin pokręcił głową. Łzy pociekły mu po policzkach.
-Już z nim rozmawiałem...- odparł głosem drżącym od emocji.- Nie zmieni zdania.
-Ale...
-Popatrz na mnie!- wrzasnął wściekle mężczyzna, prezentując broń.- To wszystko przez ciebie! Ludwik chce, żebyś był królem! A ja... Ja będę dowodził wojskiem!
-Co takiego?!- Amir parsknął z niedowierzaniem.- Jakim wojskiem, przecież ty nie umiesz nawet walczyć!
-Właśnie...- zachlipał z przejęciem Hadrin.- Wysłali mnie na pewną śmierć! Umrę przez ciebie, nie zobaczę więcej dzieci ani żony...
-Ty nie masz dzieci ani żony!
-Ale mógłbym mieć!- wrzasnął rozpaczliwie mężczyzna i rzucił się na zdumionego Amira z dzikim okrzykiem, wymachując mało groźną bronią.
Ten tylko zdołał zasłonić się rękoma, ale nie poczuł ani jednego uderzenia. Gdy odsunął je z powrotem, Hadrina już nie było. Rozejrzał się dookoła ze zdziwieniem. Kawałek dalej, kucała na ziemi pewna istota, którą jednak poznał od razu. Demon. Resztka demona, czy czymkolwiek to było, słabo pamiętał. Pamiętał za to aż za dobrze gust kulinarny tego straszydła, które prezentowało mu się teraz w swojej najbardziej szkaradnej formie.
-A ty co tu robisz...?- zdumiał się Amir. Doprawdy, dziwne były jego sny.
-Skąd mam wiedzieć...?- istota uśmiechnęła się swoim paskudnym uśmiechem. Wyprostowała się i spojrzała na mężczyznę z rozbawieniem.- Może zgłodniałeś...? Akurat szykowałem kolację...
Amir skrzywił się z obrzydzenia.
-Jesteś chory.
-Nie- odparła szczerze kreatura.- To ty jesteś chory.
Z racji tego, że rzecz działa się w jego głowie, Amir wyjątkowo mógł przyznać istocie rację.
-Gdzie są wszyscy?- zapytał.
-Tutaj.
Amir westchnął ciężko.
-Posłuchaj uważnie, muszę się stąd wydostać.
-Więc to zrób- odparła spokojnie kreatura.
-Niby jak?
-Obudź się.
-Nie jesteś zbyt pomocny...- warknął Amir.
Bestia uśmiechnęła się niewinnie.
-Po prostu otwórz oczy- powiedziała w taki sposób, jakby było to oczywiste.
Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem.
-Mam otwarte oczy- uświadomił ją z irytacją.
-Nie. Nie masz.
-Nie mam...?- powtórzył Amir, nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.
-Nie.
Czując, że to wyjątkowo głupi pomysł, ostatni raz spojrzał na uśmiechniętego potwora, zacisnął powieki i całą siłą woli skoncentrował się na tym, by otworzyć oczy. I rzeczywiście to uczynił. Tym razem jednak dostrzegł tuż nad sobą przerażoną i nieco niewyraźną twarz Nadima. Leżał na trawie, głowę ułożoną miał na jakimś podwyższeniu, a potomek wilków przyglądał mu się z obawą.
-Amir!- krzyknął z ulgą, gdy ten tylko otworzył oczy.- Amir, co ci się stało...?
Mężczyzna spoglądał na Nadima z uwagą. W końcu podniósł powoli dłoń. Ciężko było mu się poruszać, czuł się tak, jakby nie potrafił kontrolować własnego ciała. Serce biło mu szybko. Opuszkami palców dotknął wystającego ucha potomka wilków. Zachichotał. Nadim spojrzał na niego ze zdumieniem. Amira rozbawiło to jeszcze bardziej, więc chichot przerodził się w śmiech.
-Amir!- Nadim chwycił go mocno za ramiona i potrząsnął nim, co przyniosło raczej skutek odwrotny od wyczekiwanego, bo mężczyzna zamiast się opanować, zaczął śmiać się tak mocno, że w pewnym momencie prawie zabrakło mu tchu.
Zupełnie nie rozumiał powagi, a wręcz przerażenia malującego się na twarzy towarzysza. Przecież wszystko wokół było takie wesołe! Drzewa machały mu z daleka, chciał im odmachać, ale nie miał siły unieść ręki po raz drugi. Pogodne niebo uśmiechało się do niego wesoło. Trawa szeptała mu miłe rzeczy. Tylko Nadim był jakiś dziwny, ale i tak bardzo zabawny.
-Amir, powiedz, co ci się stało, błagam cię, powiedz, co się stało...- powtarzał chaotycznie, dotykając twarzy towarzysza.
-Masz piękne uszy...- odparł Amir, przyglądając się kompanowi z szerokim i cokolwiek szaleńczym uśmiechem.- Podobają mi się twoje uszy...
-Przestań, ocknij się! Ocknij się, do licha! Coś ci się stało, ale nie wiem co! Jesteś chory! Dziwnie się zachowujesz!
Nieprawda, to potomek wilków dziwnie się zachowywał, on był po prostu wesoły. A poza tym wcale nie czuł się chory. Czuł się doskonale! Lekko i przyjemnie. Na krótką chwilę znowu stracił kontakt z rzeczywistością, zaraz jednak obudził się, nucił pod nosem jakąś piosenkę, później znowu śmiał się z Nadima, próbował się podnieść, ale nie mógł, chociaż Ludwik wołał go z głębi lasu... Powiedział o tym Nadimowi, Nadim się przestraszył i zakazał mu się ruszać, co było okropnie zabawne. Brakowało mu jednak sił na śmiech. Potomek wilków to oddalał się kawałek, jakby zamierzał po coś pójść, to znów wracał z powrotem, obawiając się pozostawić towarzysza bez opieki. Wreszcie klęknął przy kompanie, zrozpaczony i bezradny, a następnie nachylił się nad nim.
-Błagam cię, nie umieraj...- szepnął ze łzami w oczach.- Proszę, Amir... Nie teraz, kiedy w końcu cię polubiłem...
To wywołało u mężczyzny ponowny napad śmiechu.
-Co ty, zatrułeś się czymś...?- zapytał z niedowierzaniem, chichocąc.
A później znowu wszystko się rozpłynęło. Tym razem nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje. Przez chwilę wydawało mu się, że się unosi, a chwilę później, z pozycji obserwatora, zaglądał przez uchylone lekko drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Widział kraniec stołu, siedzącego przy nim mężczyznę i puste krzesło na samym krańcu, odsunięte od stołu i oczekujące na Ludwika, który stał przy oknie, wpatrując się w nie nieruchomo. Wuj był młodszy i jakiś inny niż teraz. Milczał długo w zamyśleniu, a z wnętrza pomieszczenia dobiegło coś na kształt niecierpliwego chrząkania. Jedyny człowiek, którego Amir był w stanie dostrzec, opierał twarz na dłoni, wyraźnie znudzony.
 -Taka jest moja decyzja- powiedział wreszcie Ludwik i w sali zapanowała cisza. Jegomość siedzący naprzeciw drzwi skrzywił się z niezadowoleniem i spojrzał na bok, zapewne na współtowarzyszy.- Trzeba będzie teraz starać się uczynić wszystko, by podobne zbrodnie i okrucieństwa nie wydarzyły się nigdy więcej z naszej przyczyny. Żyć w nimi zgodzie, a przynajmniej nie być im wrogim. Zniesienie barier zajmie dużo czasu, ale w końcu przyniesie korzyści dla nas wszystkich.
-Ależ, szanowny królu, o czym mówisz...?- odezwał się piskliwy głos z wnętrza sali.- Musisz wiedzieć, że ja żyję na tym świecie kilka wiosen dłużej niż ty, a mój ojciec, którego reprezentuję pod jego nieobecność, służył dzielnie u boku twojego i poznał dobrze całe to królestwo. Źle byłoby przekreślać wszystko przez działania nierozsądne, wynikające zapewne, o szanowny, raczej z braku doświadczenia niż ze złej woli... Chociaż może to właśnie dobrej woli u ciebie zbyt wiele, królu... Oni żyją tu bezprawnie. Bez niczyjej zgody.
 -Żyli tutaj jeszcze zanim my stworzyliśmy swoje prawa.
-Być może, szanowny królu, ale świat się zmienia! Ci, którzy nie potrafią się dostosować, muszą... Cóż... Powiedzmy, że muszą pójść na pewne ustępstwa, ale im to przecież nie w głowie! Nie bez powodu przez lata toczyliśmy między sobą wojny, a przynajmniej spory. Przecież rozsądek nakazywałby pozbyć się tego, co stwarza kłopoty...
-Rozsądek nakazywałby raczej nie szukać kłopotów na siłę- odpowiedział chłodno Ludwik.
-Żaden z nas tego nie czyni! Pytamy cię tylko, szanowny królu, jak mamy rozumieć twoje słowa i prawa, które zamierzasz ustanowić...? Jak mamy traktować tych, którzy patrzą na nas jak na swoich przeciwników, którzy obmyślają plany, a kto wie... Może którzy zechcą zaatakować w najbliższej przyszłości...? Wszak już im się to zdarzało przed wiekami...
 -Są znacznie mniej liczni od nas.
-Cóż z tego...? Mam ci przypomnieć, szanowny królu, o pewnej legendarnej wyspie, wyspie Altair, na którym żyły opisywane w baśniach mityczne istoty...? Podobno był to istny raj, a ziemie te nigdy nie były objęte żadną wojną, choć miały najbardziej bitne armie na całym świecie... Wszyscy mówili, że głupotą byłoby zaatakować taką potęgę. Ich król też tak uważał, dlatego większość wojska podzielił i wysłał na pomoc swoim sojusznikom, którzy nie pomogli mu w potrzebie... A ledwie grupa zbłąkanych barbarzyńców i bandytów, nie wiedzących nawet, że trafili na ową cudowną wyspę, pojawiła się tam, złupili ją i wprowadzili taki chaos, i zamęt, że wkrótce w ślad za nimi, znaleźli się tam też pozostali, aż wreszcie doprowadziło to do upadku tej niezrównanej potęgi! Jak więc widzisz, najszanowniejszy królu, kto był w tej historii większym głupcem można ocenić dopiero po skutkach...
-To bardzo dobry przykład, Fryderyku. Pokazuje bowiem, że ludzie kierujący się okrucieństwem i żądzą zysku, są w stanie zniszczyć wszystko.
-Ależ szanowny królu! To tylko legenda służąca niczemu innemu, jak jedynie zobrazowaniu sytuacji!
-Zastanawiające, że w tak wielu legendach nasz obraz jest podobny...
-Powiedz nam zatem, królu, jak mamy ich traktować? Jak przyjaciół...? Ha!
-Jak ludzi.
Sala zatrzęsła się od gwałtownego śmiechu.
-Przecież oni nie są ludźmi!- mruknął ktoś inny.
-Nie są- zgodził się Ludwik.- Ale wy traktujcie ich w taki sposób. Nawet jak najbardziej dziwnych i najbardziej nieprzyjemnych waszym zdaniem ludzi na świecie, ale wciąż ludzi. Może wtedy będziecie w stanie widzieć to samo, co ja. I zastanowicie się kilka razy nad podejmowanymi działaniami i wysuwanymi wnioskami.
-Brednie! Wybacz, królu, same brednie!- huknął mężczyzna siedzący naprzeciw drzwi.- Może trzeba wreszcie odejść od tych wszystkich dyrdymałów, moralności i tego typu spraw, a zdać sobie sprawę z tego, co było oczywiste dla naszych przodków. Bracia, dobrze znamy sytuację! Należy w końcu uświadomić sobie to, co jasne dla każdego, kto myśli normalnie, ale co odpychamy od siebie w imię narzuconych z góry zasad i konwenansów! Nigdy nie będzie zgody między człowiekiem a psem. Zawsze będziemy toczyć wojny, aż wreszcie któraś ze stron wygra! I moim zdaniem, powinniśmy działać jak najszybciej! Oni nie są wcale tacy słabi, przez wieki nie dali się stąd wypędzić, nie będzie z nimi łatwo. Szykują się do ataku, przygotowują się cierpliwie, wychowują potomków w nienawiści do nas! Należy wyplenić paskudztwo raz na zawsze!
-Należy przede wszystkim szukać sojuszników, nie wrogów. Szczególnie daleko. Bowiem jak pokazują liczne przykłady, prawdziwi wrogowie lokują się znacznie bliżej... A za jakiś czas może się okazać, że tak samo jak potomkowie wilków, którzy musieli zmierzyć się z Fortisem, staniemy przed zadaniem, które będzie od nas wymagało uświadomienia sobie, że nasze poglądy na świat i podział na dobro i zło, może okazać się zupełnie pozbawione sensu...
-Szanowny królu, ależ mój przedmówca ma rację! Wrogowie czy nie, lepiej nam będzie bez nich! Trzeba się w końcu odizolować raz a dobrze! Miasto będzie się rozrastać, a oni tylko przeszkadzają! Nie mówię o morderstwach czy okrucieństwie, ale każmy im po prostu się wynieść pod groźbą najazdu...
-Nie zgodzą się na to. To ich ziemie. Będą walczyć.
-Cóż, tym gorzej dla nich! W takim razie sprawa będzie oczywista! Jeśli po dobroci się nie da, trzeba gwałtem!
Ludwik odwrócił się w końcu w stronę swoich rozmówców.
-Dopóki żyję, każdy, ktokolwiek wyrządzi krzywdę jednemu z nich, będzie sądzony na równi z tym, którzy skrzywdził człowieka.
Na sali przez chwilę panowała cisza.
-Szanowny królu...- odezwał się po raz kolejny Fryderyk.- Musisz wiedzieć, że królowie, którzy składają tego rodzaju deklarację, nie wiodą długiego żywota...
-Za to są dobrze zapamiętani, w przeciwieństwie do tych, którzy w podejmowaniu decyzji kierują się strachem...- odparł spokojnie Ludwik i zaraz odwrócił twarz w kierunku drzwi.- Amir...?- zapytał łagodnie.- Co ty tu robisz...?
I zapadła ciemność. Amir nie mógł się ruszyć ani powiedzieć czegokolwiek. Słyszał za to kolejny głos, tym razem głos brata:
Po co tak strasznie się upierasz...? Ludwik został wychowany w innych warunkach, zresztą ma już swoje lata i swoje dziwactwa... Mam o nich dokładnie takie samo zdanie, ale nie ma sensu się z nim sprzeczać... Mów mu po prostu to, co chce usłyszeć... Dla świętego spokoju...
Amir uchylił powieki. Zobaczył wokół siebie troje mężczyzn, przybranych w dziwne stroje. Uśmiechnął się do nich półprzytomnie. To musiała być chyba część jego snu. Również odpowiedzieli wesołym uśmiechem. Tylko Nadim spoglądał na niego z uwagą i z niepokojem.
-Czym się martwisz, skoro tylko mi się śnisz i nawet nie jesteś nagi...?- zapytał bez zrozumienia Amir, po czym po raz kolejny nie dane mu było doczekać się odpowiedzi towarzysza, bo znowu stracił kontakt z rzeczywistością.
Nagle poczuł się tak, jakby odlepiał się od własnego ciała. Uniósł się w górę, wyleciał w przestworza, podróżował nad lądami i oceanami z niezwykłą szybkością, widząc różne cuda. Dotarł na kraniec świata, zsunął się z niego, do otaczającego go wiecznego morza, ogarnęło go uczucie błogości i spełnienia. A później zasnął i śnił długo, o najróżniejszych rzeczach, tonąc w wieczności.
Aż wreszcie...
Otworzył oczy. Poruszył się lekko, rozglądając dookoła. Leżał w namiocie, przykryty kocem. Tuż obok niego drzemał potomek wilków, sprawiając dość mizerne wrażenie. Musiał czuwać przy nim długi czas. Chyba właśnie zaczynało świtać. Świat przestał być tak strasznie zabawny i przyjemny, chociaż Amir czuł się zadziwiająco dobrze i spokojnie, co z uwagi na jego zwyczajowy nastrój, było zjawiskiem interesującym. Dopiero teraz mężczyzna zaczął się zastanawiać, co się właściwie stało. Doszedł do wniosku, że musiał zachorować i mieć zwidy w czasie gorączki. Odetchnął głęboko i dopiero wtedy, jego towarzysz poruszył się nieznacznie, by zaraz otworzyć oczy i spojrzeć na mężczyznę.
-Dobrze się czujesz...?- zapytał powoli.
-Mhm...- potwierdził Amir.- Miałem strasznie dziwny sen...
Nadim skrzywił się z irytacją.
-To nie był sen- odparł ostro.
-Nie...?- zdumiał się mężczyzna.- Naprawdę dałem sobie radę z dwunastoma na raz...?
Z niewiadomych przyczyn, to pytanie jeszcze bardziej zirytowało potomka wilków.
-To akurat był sen, zboczeńcu.
Amir parsknął śmiechem i spojrzał na niego z politowaniem.
-Mówiłem o walce... Śniła mi się walka- uświadomił zdenerwowanego kompana.- I kto tu jest zboczeńcem...?
 Nadim nie wyglądał na równie rozbawionego.
-Co się właściwie stało...?- mruknął niepewnie Amir, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Myślałem, że dzieje się z tobą coś złego i poszedłem po pomoc... Na szczęście napotkałem kilku osadników z pobliskiej wioski i bardzo chętnie zgodzili się mi pomóc... A później powiedzieli mi, że z rosnącej w tym lesie rośliny... Chyba domyślasz się której?... Ich szamani przyrządzają sobie pewien wywar, który wdychają, by skontaktować się z bogami...
-Doprawdy...?- zdumiał się Amir. A to dopiero!- Nie widziałem żadnych bogów.
-Na twoje szczęście- odparł surowo Nadim i chwilę później wydostał się z namiotu.
Amir powiódł za nim pełnym niezrozumienia wzrokiem. Westchnął ciężko i nie bardzo wiedząc, o co się rozchodzi, ruszył w ślad za nim.
-Co się z tobą dzieje, co...?- zapytał.
-A jak myślisz?!- warknął ze złością Nadim, co stanowiło raczej marną odpowiedź.
-Sęk w tym, że nie mam pojęcia!
-Myślałem, że umierasz, kretynie!
-Skoro to ty tak myślałeś, to czemu ja jestem kretynem?!
Potomek wilków prychnął tylko w odpowiedzi.
-Do licha, przecież nie zrobiłem nic złego!- zdenerwował się w końcu Amir.- To nie moja wina, sam mogłeś wpaść w to durne zielsko! Te słowa uspokoiły nieco jego kompana. Nadim podszedł powoli do mężczyzny.
-Wiem- powiedział wreszcie.- Po prostu mnie przestraszyłeś. Nie wiedziałem, co mam robić, gdybyś zginął...
-Och, czyżbyś przestał wierzyć w nieśmiertelność wybrańców...?- przerwał mu z drwiną Amir.
-Nawet nie żartuj w ten sposób!- krzyknął potomek wilków, niespodziewanie chwytając mocno zdezorientowanego towarzysza za ramiona.
Amir spoglądał kompana ze zdumieniem. Chyba rzeczywiście poważnie go przestraszył, bo potomek wilków pierwszy raz był tak mocno poruszony. Nadim chwilę później puścił mężczyznę i przeprosił go za swoje zachowanie, a następnie, jak zwykle zresztą, zniknął w leśnej gęstwinie. Amir o tyle był w stanie go zrozumieć, że sam nie tak dawno przez krótką chwilę wierzył w śmierć towarzysza. Natomiast nie spodziewał się, że Nadim... Hm... Że Nadim co? Troszczył się o niego? To oczywiste, w końcu nie czynił tego po raz pierwszy, troszczyli się o siebie nawzajem. Choć może Amir nie tak to sobie wyobrażał. I może przyznając się przed sobą otwarcie do tego, że Nadim stał się dla niego bliską osobą, sam nie do końca rozumiał, że równie bliski stał się dla potomka wilków.
Zaśmiał się cicho pod nosem, wracając do namiotu.
 I przyszło mu bez najmniejszych oporów myśleć o Nadimie jako o przyjacielu.
Błogi nastrój Amira nie trwał długo, co było łatwe do przypuszczenia. Nadim również powrócił do swojego zwyczajowego zachowania, ku uldze towarzysza, którego zdążył zresztą później kilkukrotnie wytrącić z równowagi. Na przykład opowiadając mu idiotyczną historię o cudownie ozdrowiałym potomku wilków, który wcześniej, dręczony nieznaną nikomu chorobą, omal nie zginął. Amir ze złością odparł, że wszystkim potomkom wilków przydałoby się cudowne ozdrowienie, najlepiej na tle umysłowym, ale chwilę później uśmiechał się z rozbawieniem, słysząc zwyczajowe zapewnienia Nadima o tym, jak bardzo ta historia jest prawdziwa, a może jeszcze prawdziwsza.

    Cały dzień spędzili w swoim towarzystwie, dopiero pod wieczór Amir udał się do lasu, by się umyć. Tym razem zwracał uwagę na to, dokąd idzie, a wszelkie dziwne rośliny omijał szerokim łukiem. wykąpał się w stawie, ubrał z powrotem i już przypinał miecz do pasa, gdy usłyszał za sobą szelest trawy. Odwrócił się gwałtownie. Przestraszył się na chwilę, ale doszedł do wniosku, że mogło to być jakieś zwierzę, które umknęło jego uwadze albo zdążyło się schować. Przypomniały mu się jednak wszelkie te dziwne odgłosy, które słyszał ostatnimi czasy i pożałował pory, jaką wybrał sobie na przechadzkę. Nie zdążył odejść nawet kilku kroków, gdy coś przeszło tak blisko niego, że niemalże poczuł, jak ociera się o jego ramię. Wzdrygnął się i rozejrzał, chwytając za miecz. Doszedł go dźwięk, jakby gałąź drzewa ułamała się nagle i to gdzieś w pobliżu, ale nic takiego nie dostrzegł. Wyraźnie słyszał odgłosy kroków, a nawet coś na kształt szeptu.
-Kto tu jest?!- krzyknął głośno. Przypomniał sobie osadników, o których wspominał Nadim i doszedł do wniosku, że i teraz, i rano, mogli to być oni.- Pokażcie się! No, śmiało!- wykrzykiwał hardym głosem, chociaż serce łomotało mu jak oszalałe. Powoli ruszył przed siebie, rozglądając się z uwagą.- Gdzie jesteście?!
-Wszędzie- usłyszał czyjś głos.
 Zaczął kręcić się w miejscu, usiłując odnaleźć jego właściciela. Nieskutecznie.
-Pokaż się!- zażądał raz jeszcze. Wśród szumu drzew znowu udało mu się usłyszeć kroki. Nie jednego człowieka, całej grupy ludzi, nie mógł stwierdzić, jak bardzo licznej.- Wszyscy się pokażcie! Kim jesteście?! To ty...? Miłośnik kryształów...?- zadrwił, nadaremnie oczekując odpowiedzi.- Chcesz mnie przestraszyć...? Dobre sobie! Myślisz, że się ciebie boję?! Nie jestem tchórzem! Nie boję się! Niczego się nie boję!
W tym momencie coś dotknęło jego ramienia. Wrzasnął głośno, odwracając się i uderzając mieczem na oślep, ale ostrze trafiło w zupełną pustkę. Głośny śmiech, liczny śmiech zerwał się nagle w całym lesie. To przeraziło Amira jeszcze bardziej. Tu przecież musiał ktoś być! Teraz sądził, że więcej niż tylko drobna grupa ludzi. Setki... Może nawet tysiące... Przeraziło go to.
-Nie będzie wam tak wesoło, jak w końcu się z wami policzę!- zagroził, chociaż jego głos pobrzmiewał coraz mniej odważnie.- Śmiało, tchórze! Gadajcie, kim jesteście!
-Powinieneś już wiedzieć.
 -Głupiec z ciebie.
-... nie podoba mi się ten drugi, stanowczo mi się nie podoba...
-Gdybym był człowiekiem, zabrałbym mu kryształy razem z sercem, ale już nie mogę...
-Wróci...?
-... czekać cierpliwie, nic więcej nam nie trzeba, tylko czekać cierpliwie...
Mnogość głosów zlała się zaraz z szumem wiatru. Amir niewiele z tego wszystkiego zrozumiał.
-Kim jesteście?!- powtórzył raz jeszcze.
-Tymi, którzy umieją godnie znosić swoje potępienie.
-Jesteście martwi...?
-Daleko nam do żywych.
Amir przełknął ślinę.
 -Dlaczego nie mogę was zobaczyć...?- zapytał. Chociaż czy nie było to oczywiste...? Czy można zobaczyć ducha...?
 -Nie chcesz nas zobaczyć, przyjacielu. Ale tym lepiej dla ciebie... Nie chcemy cię przerazić jeszcze bardziej...
 -Właśnie, że chcę!- odparł stanowczo Amir.- Myślisz, że się was boję...? Mylisz się! Nie przestraszę się żadnego z was!
 -W takim razie odwróć się, odważny głupcze...
Amir zamarł na dłuższą chwilę w bezruchu. Wreszcie odwrócił się powoli w stronę, z której dobiegał głos. Miecz omal nie wysunął mu się z dłoni. Usta rozchyliły się w wyrazie zdumienia. Nawet nie krzyknął.
Natychmiast ruszył biegiem w przeciwnym kierunku, tak szybko, że prawie potykał się o własne nogi.
Las zatrząsł się od śmiechu.

9 komentarzy:

  1. ta scena w umyśle Amira, to było tak wspaniale surrealistyczne! Silencio jesteś geniuszem. chyba najlepszy rozdział do tej pory *łyka łzy wzruszenia* tak strasznie chwilami się bałam...

    coraz bardziej zdumiewa mnie celowość wszystkich wydarzeń i głębia........

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział Silencio jak zawsze boski, a te wszystkie sny powodując komplikacje w dalszej akcji, były niesamowicie dobrze opisane.
    Życzę weny i cierpliwości.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy11:16 PM

    OJ! Jak mogłaś przestać w takim momencie?! NIENAWIDZĘ CIĘ!!! D: Amiiiir! Nie wariuj! to tylko duchy... troche brzydkie, ale tylko duchy xD Nadim ci pomoże. Biednij do niego, wtul się w jego ramiona...
    zboczuchy we jedne xD 12 na raz? hahahahahhaa xDDD Nadiiiim <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy4:05 PM

    Świetny rozdział. Jak każdy zresztą. :D
    Chociaż miałam nadzieję, że dojdzie między nimi do czegoś więcej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy9:22 PM

    Fajnie rozwija się akcja i zabawniej się czyta te niedopowiedzenia między nimi niż późnirj, gdy już sytuacja jest jasna. I podoba mi się motyw z duchami. D.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Biednij do niego, wtul się w jego ramiona..." Jestem jak najbardziej za. :D

    Dobra, pora napisać komentarz, bo rozdział czytałam zaraz po ukazaniu się, ale jakoś tak wyszło, że potem zapomniałam o zostawieniu po sobie śladu.

    Straszyłaś w tym rozdziale Amira. Te duchy musiały być przerażające, jak on zareagował ucieczką. W sumie i tak był odważny, jak bym zwiała od razu. I tak najstraszniejsza scena to była ta w namiocie, kiedy to coś położyło się obok Amira. Czytając o tym, aż mnie dreszcze przeszły i to nie te przyjemne. To przez te kamienie. Czym więcej ich jest tym zaczynają w jakiś sposób działać na tego kto je nosi. Wyzwalają jakieś moce i przyciągają dusze tych co polegli.
    I pomysł z tą rośliną o działaniu narkotycznym i czymś tam więcej, był dobry. Niby taka zwykła sytuacja,przewrócenie się itd. a tu z Amirem działy się dziwne rzeczy. Nadim naprawdę musiał się wystraszyć. Widać, że bardzo zależy mu na Amirze. Co prawda jako na przyjacielu, ale z czasem poczuje coś więcej. Podoba mi się, jak Amir na niego patrzy i to, że Nadim to widzi. Mrrrr. :D

    Ile przewidujesz rozdziałów, tak mniej więcej?

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9:37 AM

    Przerażające, naprawdę.
    Najlepszy był moment gdy w tym "śnie"(?) Amira Nadim spytał o śmierć... Jezu, co to było! ja to czytałam w nocy Silencio i chciałam zasnąć, doprawdy... ;D
    Oby następny Chaos pojawił się jak najszybciej!
    J.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy11:49 AM

    postacie podobają mi się coraz bardziej. ładnie budujesz charaktery. no i lubię długie rozdziały. akcja z duchami świetna!

    kunoichi-
    www.slodkiswiatyaoi.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy5:24 PM

    Chaos to pierwsze twoje opowiadanie które czytam. Słyszałam że inne nie są od niego gorsze więc szybko nadganiam :) Jesteś świetna! K.

    OdpowiedzUsuń