Strony

sobota, 2 czerwca 2012

Rozdział 18 [Chaos]

To nie był dobry czas dla nieszczęsnego Amira, którego świat odwrócił się po raz kolejny do góry nogami i który wciąż jeszcze naiwnie i bardzo nieudolnie, usiłował dopasować to, czego był świadkiem, do swojej poukładanej wizji racjonalnego życia, która i tak zaczęła się kruszyć już nieco wcześniej. Teraz jednak dosłownie waliła mu się na głowę i sam już nie wiedział, jak ją podtrzymać. Pewnie dla wielu ludzi, którzy znaleźliby się na jego miejscu, bardziej szokującym byłoby napotkanie na swojej drodze tych wszystkich dziwacznych istot, lodowych czarownic, pozostałości demonów, czy czegokolwiek tam jeszcze, ale on wszystko to potrafił sobie jeszcze jakoś wyjaśnić, a nawet jeśli nie, nie budziło to w nim tak ogromnego lęku, jak to, czego był świadkiem. Duchy. Czy wierzył w duchy? Oczywiście, że nie. Ale, co odkrył z niemałym zdumieniem, brak wiary wcale nie stanowił żadnej przeszkody w widzeniu tego, co, w jego mniemaniu, wcale nie istniało. Zawsze uważał to zresztą za dobre wyjaśnienie – wychowany na legendach i opowiastkach Nadim żył w świecie pełnym cudów, magii i potworków tańcujących na leśnych polanach. Przez nic innego, jak swoją wiarę właśnie. A on, człowiek rozsądny, roztropny i racjonalny... On widział duchy. Oszalał. Musiał oszaleć, a jeśli jeszcze tego nie zrobił, to pewnie wkrótce oszaleje, zadręczając się tymi myślami i samemu sobie wmawiając obłęd. Problem w tym, że jakkolwiek bliskie obłędu było to, co widział, było to jednocześnie okropnie rzeczywiste. Przerażająco rzeczywiste. Straszne. Gdyby ktokolwiek kazał mu to opisać, nie potrafiłby. Zresztą słowo „straszne” wydawało się najbardziej adekwatne. Pomyślał sobie, że gdyby zmaterializować samo uczucie strachu, tak właśnie musiałoby wyglądać. Zastępy ludzi, istot, duchów, czymkolwiek by nie byli, chociaż ludzi akurat przypominali najmniej. Umarłych i żywych jednocześnie. Zastępy śmierci, zastępy robactwa, krwi, okrucieństwa, brzydoty, zastępy ciał, które nie były w istocie ciałami i okaleczonych duchów. Bał się o siebie i bał się o Nadima. Zresztą od tamtej pory starał się nie oddalać zbytnio od towarzysza, a już na pewno nie zostawiać go samego. Co prowadziło niekiedy do sytuacji krępujących, jak ta, w której właśnie się znalazł.
Siedział na trawie, odwrócony tyłem do jeziora i kąpiącego się w nim beztrosko Nadima. Potomek wilków był równie rozluźniony i zadowolony z życia jak zawsze. Może dlatego, że Amir wcale nie zamierzał podzielić się z nim tymi wszystkimi rewelacjami, choć jego kompan domyślał się, że coś jest nie w porządku.
-Co się z tobą ostatnio dzieje...?- zagadnął go. Amir chciał odruchowo odwrócić głowę, by na niego spojrzeć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
-Co masz na myśli...?- mruknął.
-Ciągle za mną chodzisz. Zazwyczaj nie bywasz równie towarzyski...
Mężczyzna usłyszał chlupot wody. Przechylił lekko głowę, odwracając ją powoli i tym razem nie miało to wiele wspólnego z odruchem, ale znowu się opamiętał.
-Amir...?- ponaglił go potomek wilków, najwyraźniej nieświadomy tego, z jakimi pokusami zmaga się właśnie jego towarzysz.
-Miałem ochotę się przejść, to wszystko.
Nadim zaśmiał się nagle.
-Wiesz... Zastanawiało mnie to, czemu jesteś skryty w... niektórych sprawach... A teraz już rozumiem... I te obawy przed wspólną kąpielą...
-Phie, co ty myślisz...- odparł wyniośle Amir.- Że oglądanie nagich mężczyzn sprawia mi przyjemność...?
Po chwili zastanowił się dobrze nad tymi słowami. Jego kompan zaśmiał się ponownie.
-Tak, tak właśnie myślę.
Amir uśmiechnął się tylko pod nosem i pokręcił głową.
-Wychodzę- obwieścił wszem i wobec Nadim i zaczął zbliżać się do brzegu.
Mężczyzna czekał cierpliwie, usiłując skoncentrować swoją uwagę na drzewach, trawie i pięknie otaczającej go przyrody, jak zwykł to określać jego kompan. Nie bardzo mu wychodziło, ale jak się okazało, wcale nie musiał go podglądać by widzieć to i owo. Jego wyobraźnia się tym zajęła, wbrew woli absolutnie niewinnego i trochę zdezorientowanego Amira. A, że bronił się przed tym usilnie i, jak się okazało, całkiem skutecznie, zaczął myśleć o rzeczach mniej przyjemnych. A wręcz bardzo nieprzyjemnych. Od tamtego zdarzenia w lesie, słyszał jeszcze kilka razy dziwne odgłosy, szepty, ale nic poza tym. Nabawił się jakiegoś okropnego przewrażliwienia i zdawało mu się, że jest nieustannie obserwowany. Sam jednak nie widział niczego dziwnego. Nadima cała sprawa w ogóle nie dotyczyła. Nie dał po sobie znać, by cokolwiek było nie w porządku, a z uwagi na jego gadatliwość, można było przypuszczać, że raczej nie ukrywałby tego długo. Więc czemu Amir to widział? I czy jeśli coś widzi tylko jedna osoba, nie jest to najlepszym dowodem na to, że ma nie do końca po kolei w głowie?
Coś dotknęło jego ramienia i Amir podskoczył gwałtownie.
-Oszalałeś?!- warknął, widząc półnagiego i zdumionego jego reakcją towarzysza.- Nie strasz mnie tak!
-Przestraszyłem cię?- zdziwił się Nadim.
Amir podniósł się z miejsca i odetchnął głęboko.
-Nie. Tylko... trochę się zamyśliłem... Nic się nie stało, nieważne...
Zdecydowanie był przewrażliwiony.
Do wieczora nie wydarzyło się nic, co mogłoby go zaniepokoić. Nic, co mogłoby go poważnie zaniepokoić, bo trzeba było dodać, że od ostatniego zdarzenia, Amira niepokoiło wszystko, począwszy od szmeru wiatru, przez zwykły szelest trawy, co nawet jemu samemu wydawało się mocno nienormalne. Dobrze, załóżmy więc, że widział duchy. Sam. A wcześniej je słyszał. Sam. Nadim niczego nie widział i niczego nie słyszał. I w jego towarzystwie, Amir też niczego nie widział ani niczego nie słyszał. Raz, ale wtedy potomek wilków spał. Nawet przyjmując, że rzeczywiście, w sposób zupełnie irracjonalny, on jeden dostrzegał duchy zmarłych, to czy nie powinien ich widzieć i słyszeć ciągle, bez względu na towarzystwo?
-Powiedz mi.- Nadim po raz kolejny dowodził swej niezwykłej dociekliwości, by nie nazwać tego dosadniej.
-Niby o czym?- Amir dobrze wiedział o czym, ale nie uśmiechało mu się zbytnio opowiadanie kompanowi o tym, jak to widzi i słyszy coś, czego nikt inny nie jest w stanie dostrzec. I co, logicznie rzecz biorąc, wcale nie powinno istnieć. Z jednej strony obawiał się nieco, że Nadim dojdzie do takiego wniosku, jak on sam – że kompletnie mu odbiło. Ale jeszcze trudniejsze było przyznanie się do tego, że się mylił. Mylił się już wcześniej. Mylił się w wielu sprawach, ale człowiek racjonalny ma w końcu prawo się mylić. Ma prawo się mylić w stosunku do wielu spraw, ale nie do tych podstawowych, które budują jego światopogląd.
-Wiesz o czym. Powiedz mi.
Amir prychnął cicho. Wczołgał się do namiotu, nakrył kocem i, dokładnie tak jak się spodziewał, potomek wilków zaraz pojawił się obok niego, nie dając za wygraną.
-Powiedz mi.- naciskał jak ciekawskie dziecko, upierdliwy i irytujący jak zawsze. On sam pewnie nazwałby to „troską”, ale Amir nie lubił, gdy troszczono się o niego w taki właśnie sposób. W ogóle nie lubił, gdy się o niego troszczono. Troska rodzi zobowiązania.
-Nie mam ochoty.
-Dlaczego?
-Bo nie.
-Więc jednak coś się stało...?
-Nadim!- warknął głucho mężczyzna.
-Przecież podróżujemy razem, jesteśmy ze sobą prawie cały czas.- zauważył niezbyt odkrywczo potomek wilków.- Ostatnio nawet cały czas, bo zacząłeś się dziwnie zachowywać. Nie musisz wszystkiego w sobie tłumić, powinieneś mi powiedzieć. Chyba muszę wiedzieć, jeśli coś się z tobą dzieje. Chodzi o twój dom, o Ludwika...?
Nadim nauczył się przemawiać do Amira w sposób, jakiego mężczyzna nie mógł zbyć ani ominąć – racjonalny i logiczny. I nauczył się patrzeć na niego w tak, że Amir krępował się i czuł bezpiecznie jednocześnie. A może zawsze tak patrzył...?
-Nie. Posłuchaj...- mężczyzna zastanowił się długo nad tym, co dokładnie zamierza powiedzieć.- Kiedy byliśmy u tej staruszki i przyglądaliśmy się tej klapie w podłodze, słyszałem dobiegające z niej odgłosy. Powiedziałeś wtedy, że to szczury.
Nadim wpatrywał się w niego bez słowa.
Mężczyzna wziął głęboki oddech.
-... ale ja słyszałem coś innego. Jakby... drapanie albo... nie wiem, uderzanie, nie jestem pewien...
Potomek wilków skinął głową.
-To brzmiało jak człowiek.
-Przecież oni wszyscy byli martwi- zauważył Nadim.- Nikt nie mógłby...
-Wiem.- przerwał mu nieco niecierpliwie towarzysz.- Wiem o tym dobrze. Uznałem, że coś mi się przesłyszało. Ale to nie wszystko. Kilka razy słyszałem różne dziwne odgłosy... I kilka razy coś do mnie... mówiło...- dla Amira brzmiało to wyjątkowo idiotycznie, ale Nadim wciąż spoglądał na niego ze spokojem.- Kiedy spałeś albo... Niedawno, gdy byłeś na zewnątrz, coś dotknęło mojej dłoni, a wcześniej zapytało, czy myślę o śmierci...
-To ty zapytałeś mnie, czy myślę o śmierci- zauważył Nadim, unosząc brew.
-Nie! To znaczy... Tak, zapytałem, ale dlatego, że on zapytał pierwszy... Ten ktoś. Nie patrz na mnie jak na wariata!
-Wcale tak nie patrzę.
-Sam dobrze wiem, jak to brzmi! I dobrze wiem, co sobie teraz myślisz!
-Myślę, że to duchy.- odparł Nadim, w sposób iście rozbrajający.
Jego kompan spojrzał na niego i aż parsknął śmiechem.
-No tak... Mogłem się domyślić...- mruknął z ironią.- Ze wszystkich, dużo bardziej racjonalnych i prawdopodobnych rozwiązań, tobie przyszło do głowy akurat to najbardziej absurdalne...
-A tobie co przyszło do głowy?
Do licha. Problem w tym, że o ile mógł uznać te głosy, szmery czy stukoty za zwykłe omamy, o tyle to, co wtedy widział... To było za bardzo realne. I ciężko było mu to sobie wytłumaczyć, nawet przedłużonym działaniem tej przeklętej rośliny.
-Nie wiem.- przyznał po chwili wahania.- Pomyślałem, że zwariowałem. Ale chyba jednak nie. Naprawdę sądzisz, że to duchy...? Jak to w ogóle możliwe, przecież... To znaczy... Jak to u was wygląda?- zapytał, spoglądając na Nadima z uwagą.- Co według was dzieje się po śmierci?
-Po śmierci łączymy się z naszym bogiem.- odpowiedział z uśmiechem potomek wilków.- Stajemy się częścią jednego, wielkiego ducha, jednej, potężnej siły, która kieruje całym tym światem.
-No i gdzie w tym sens...? Skoro stajecie się częścią jednego bytu, jak mogą istnieć duchy...?
-Mogą. Wierzymy głęboko, że czuwają nad nami duchy naszych przodków.
Amir nic już z tego nie rozumiał. Doszedł do wniosku, że wiara jego towarzysza pozostanie dla niego do końca sprawą zupełnie irracjonalną i pozbawioną sensu. Jak się okazuje, potomkowie wilków nie tylko wierzyli w jednego boga i to boga, który był wszystkim, ale wierzyli, że jednocząc się z nim po śmierci, mogą jednocześnie wciąż „czuwać” nad swoimi bliskimi. Idiotyzm.
-Wiem, że oni tutaj są.- dodał z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Nigdy ich nie widziałem, ale słyszałem wiele historii.
-Ale jak coś, co jest waszym bogiem, a po śmierci staje się jego częścią...- idiotyzm.- … może jednocześnie ukazywać się wam czy wam pomagać? Zupełnie tego nie rozumiem.
-Nikt nie rozumie i nikt nie wie do końca jak to wygląda, bo żaden z nas nie umierał dwa razy.- Nadim uśmiechnął się łagodnie.- Nikt też nie wie wszystkiego. Możemy się opierać tylko na wiedzy starszych, ale i oni nie wszystkiego są pewni. To, co przed nami, jeszcze nie jest jasne. Ale wśród nas żyła pewna kobieta, której mąż był ciężko chory. W ciągu ostatnich dni swojego życia, leżał jedynie i tylko przewracał się z boku na bok, nie mogąc ani chodzić, ani nawet wstać. Kiedy wreszcie umarł i pochowano jego zwłoki, ta kobieta nocą słyszała stukoty w jego pokoju i skrzypienie łóżka. I tak było przez długi czas. Wiele razy to sprawdzała, nigdy go nie zobaczyła, ale czuła jego obecność i wciąż słyszała to samo. Te hałasy i jego ciężki oddech. Możesz mówić, że to tęsknota albo szaleństwo, ale moim zdaniem to nieprawda.
-I co się z nią stało...?- zapytał Amir.
-Nic. W końcu przeniosła się w inne miejsce i tam już żyła spokojnie. W jej domu zamieszkał ktoś inny, ale on już tego nie słyszał.
-Więc tęsknota albo szaleństwo.- podsumował mężczyzna.
-Nie.- odparł spokojnie i stanowczo zarazem Nadim.- Ani jedno ani drugie. Opowiem ci więc inną historię. Córka opiekowała się swoją konającą matką. Jednej nocy, obudziła się, bo poczuła, jak ktoś mocno szarpie ją za rękę. Nikogo jednak nie zauważyła i oczywiście uznała, że to zdarzyło się we śnie. Gdy jednak rano poszła do swojej matki, ta powiedziała jej, że w nocy miała dziwny sen. Śniło jej się, że umiera, ale nie chciała odejść sama, więc poszła do swojej córki. Zaczęła szarpać ją za rękę, żeby wybudzić ją ze snu i chciała zabrać ją ze sobą. Ale nie mogła tego zrobić i nagle obudziła się z powrotem w swoim ciele.
-A co to niby ma znaczyć?- nie rozumiał Amir.
-Tylko tyle, że niczego nie możemy być pewni. I, że nie wszystko da się wyjaśnić w sposób racjonalny. Na tym świecie dzieją się rzeczy niepojęte dla nas. I niezależnie od tego, czy stoi za tym mój bóg, twoi bogowie, bogowie kogokolwiek na tym świecie, duchy, demony czy jakiekolwiek inne istoty i siły, nie będziemy w stanie tego pojąć. Możemy w to wierzyć albo możemy starać się znajdować wytłumaczenie dla tego, co, w istocie, niewytłumaczalne.
-Ale nie rozumiem, jak to możliwe, by ci, którzy umarli, wciąż tu byli.- drążył dalej Amir.- Nasi kapłani uczą nas czegoś innego. Mówią, że po śmierci wszystkie duchy trafiają do jednego miejsca. Do zaświatów. I tam pozostają. Na zawsze.
-A co, jeśli ktoś nie chce odejść...?
-A co, jeśli ktoś nie chce umrzeć?- prychnął Amir.- To nie jest kwestia woli albo jej braku! Albo się jest żywym albo się jest martwym!
-Może nie wszystko na tym świecie umiera.
-Nie umiera tylko to, co nigdy nie żyło.
-A dusza...?
-Co ma robić dusza bez ciała?
-Dlaczego tak się tego boisz?- zdumiał się Nadim.
-Czego znowu?
-Tych duchów.
-Po pierwsze, nie mogę nawet mieć pewności, że rzeczywiście nimi są. A po drugie... Wcale się nie boję.
-Nie opuszczasz mnie na krok. Aż tak bardzo cię przeraziły?- potomek wilków uniósł brew i zaśmiał się cicho.- Jesteś jednym z najodważniejszych ludzi jakich znam i razem mierzyliśmy się z różnymi zagrożeniami. Nigdy się nie spodziewałem, że tak bardzo przestraszysz się czegoś, czego nawet nie widzisz... A może w tym właśnie sęk? Że ich nie widzisz? Nie możesz sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć, nie możesz tego kontrolować i to budzi twój strach...
-A może sęk w tym, że je zobaczyłem?- odparł lodowato Amir.
-Zobaczyłeś je...?- Nadim spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Tak.
-Jak wyglądały...?
-Nie chcę o tym mówić- mruknął mężczyzna, przewracając się na drugi bok.
-Powiedz! Mówiły, czego od ciebie chcą...?
-Nie.
Nadim był wyraźnie podekscytowany.
-Bardzo chciałbym je zobaczyć.
-Nie chciałbyś- odpowiedział z pełnym przekonaniem Amir.
-Ale jakie dokładnie były...? Wyglądały tak... normalnie? Jak ja i ty?
-Wyglądali jak martwi.
-Czyli jak ja i ty...?
Amir spojrzał na towarzysza przez ramię z politowaniem.
-Chodzi mi o to, czy nie byli jacyś... inni. Wyglądali jak ludzie? I czy to byli sami ludzie?
-Nie wiem. Nie przyglądałem się im zbytnio.
-Nie przyglądałeś się duchom?!
-Nie, nie przyglądałem się duchom!- odparł ze złością Amir.- I uwierz mi, że ty na moim miejscu też byś się im nie przyglądał!
Nadim wypytywał dalej i ostatecznie, nieco niechętnie, Amir opowiedział mu po kolei o tym, co słyszał, a później także widział, nie wdając się w szczegóły. Nadal się bał. I jego lęk kontrastował z istną ekscytacją potomka wilków. Zresztą, nie powinien się temu dziwić, dawno już doszedł do wniosku, że nie zrozumie swojego towarzysza. Jego cała ta sytuacja bynajmniej nie bawiła, ani nawet nie ciekawiła. Może dlatego, że to on był tym, który to wszystko widział i słyszał. Za to jedynym, co słyszał Nadim, były głupie opowiastki. Nie widział tego i nie mógł pojąć, dlaczego Amir się bał. Chociaż właściwie mężczyzna też nie do końca rozumiał swój lęk.
-A co jeśli... Jeśli po śmierci nic nie ma?- zapytał wreszcie cicho.- Jeśli nie ma ani boga, ani bogów, ani zaświatów i wszyscy zostajemy tutaj...?
-Wtedy zostajemy w dobrym towarzystwie.- zaśmiał się serdecznie Nadim.
-Jak to?- zapytał Amir.
-W zaświatach spotkałbyś się ze swoją rodziną, prawda?- rzucił potomek wilków, a jego towarzysz skinął głową.- Więc co za różnica, czy będziesz z nimi tam, czy tutaj? I tak będziesz szczęśliwy mając ich przy sobie.
-No nie wiem... Oni nie wyglądali na szczególnie szczęśliwych...- zironizował Amir.
I co, to go tak przeraziło? Gdybanie na temat życia wiecznego lub jego braku? Przecież sam niejednokrotnie gotów był dojść do wniosku, że żadnego nie ma. Kapłani gadali swoje, cóż mogły znaczyć ich słowa, skoro żaden z nich nigdy nie zginął i nie poszedł sprawdzić tego, co rzekomo objawili mu bogowie, też nie zawsze prawdomówni. Zresztą, co to za różnica? Wydawało mu się, że gdy umrze będzie mu już obojętnie. Nic? Dobrze, niech będzie nic! Zaświaty? Świetnie, niech będą zaświaty! Łączenie się z duchem boga, który jest wszystkim? To kretynizm, ale czemu nie! Nie dało się jednak ukryć, że forma spędzenia wieczności, z którą się zetknął, nie bardzo mu odpowiadała.
-Śpij dobrze, Amir.- powiedział Nadim, uśmiechając się do niego.
-... Tak...- odparł w zamyśleniu mężczyzna.
O ile w ogóle będzie spał.

Przemieszczali się po mokradłach, w gęstej mgle i ponurej atmosferze. Nadim powtarzał nieustannie swojemu kompanowi, by ten trzymał się blisko niego i uważał, żeby nie zostać w tyle i nie stracić go z oczu. Zdenerwowany Amir odpowiedział, że uważa i żeby potomek wilków przestał w końcu ględzić, bo nie może się na niczym skupić. Grunt był nierówny i miękki. Nie było widać, co się przed nimi znajduje. Mężczyzna był niespokojny.
W pewnym momencie usłyszał głośny dźwięk i przystanął odruchowo, odwracając się w tamtą stronę. Dopiero po chwili pełnej napięcia i nasłuchiwania, uświadomił sobie, że nie było to nic innego, jak tylko pohukiwanie sowy. Odetchnął głęboko i odwrócił się z powrotem do swojego towarzysza, chcąc mu o tym powiedzieć, ale wtedy uświadomił sobie, że Nadima już przy nim nie było. Zdenerwował się i ruszył szybciej przed siebie, nie bardzo bacząc na to, po czym stąpa i licząc, że szybko dogodni kompana.
-Amir!- usłyszał w pewnym momencie wołanie kompana.- Amir!
Starał się skierować w stronę, z której dochodził głos.
-Amir!- dotarł do niego znowu, niczym echo, krzyk towarzysza, lecz tym razem dobiegał z innej strony i z miejsca znacznie bliżej niego. Przystanął, skołowany.- Amir! Amir!
-Gdzie jesteś?!- zawołał, zdezorientowany.
Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Słyszał czyjeś kroki, szmery i szepty. Znów szmery i szepty. Czuł się jak osaczony. Cofnął się o kilka kroków i odwrócił. Rozejrzał niepewnie dookoła, nie wiedząc już, w którą stronę powinien iść, ale nie chciał zostać w tym miejscu. Już miał ruszyć przed siebie, gdy dostrzegł jakiś błysk. Światełko, które bez problemu przedarło się przez mgłę, które zbliżyło się najpierw do niego, by zaraz oddalić w bardzo krótkim czasie. Amir nie wiedział, co to takiego. W pierwszej chwili przyszło mu do głowy, że to jego towarzysz rozpalił ogień, by dać mu znak, ale doszedł do wniosku, że to mało prawdopodobne, a i to, co widział, nie bardzo przypominało ogień, bardziej błysk, iskrę jasności, która gnała do przodu, to znów zawracała, jakby chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
-Amir...- usłyszał znów głos towarzysza. Tym razem brzmiał ciszej, trochę jak szept, szept który docierał do niego z oddali.- Amir...
Nie wahał się dłużej. Poszedł w ślad za światłem, którego źródła nie mógł odnaleźć. Ilekroć się do niego zbliżał, błysk znowu oddalał się, uciekał dalej i dalej. Amira przeszedł dreszcz. Wpatrywał się nieustannie w jasny punkt przed nim, ale kątem oka widział jakieś sylwetki we mgle. Oddychał płytko i nierówno, gubiąc wciąż krok.
-Nadim!- krzyknął znowu.
-Amir, Amir, Amir...- odpowiedział mu jak poprzednio głos towarzysza.
-Gdzie jesteś?! Nadim!
Przyspieszył kroku. Wpadł jedną nogą w wodę, zaraz uwolnił się z niej, by utknąć w zapadającym się gruncie, z którego udało mu się w końcu oswobodzić. Światło zatrzymało się kawałek dalej. Podszedł do niego, zrezygnowany i zmęczony, po raz pierwszy zatrzymując się tak blisko, że miał je na wyciągnięcie ręki.
-Amir, Amir, Amir...
Spojrzał w dół. W płytkiej wodzie leżało zanurzone całkowicie, nagie ciało kobiety. Nie przypominała jednak człowieka, a raczej istotę, o jakiej można by snuć opowieści i legendy. Z długimi, śnieżnymi włosami, oplatającymi prawie całe jej ciało, porcelanową twarzą, białą skórą, spoglądała na niego równie białymi, otwartymi szeroko oczyma. Jej usta poruszały się miarowo i wychodziło z nich wciąż to samo słowo, jego imię, wymawiane jednak głosem  towarzysza.
-Amir, Amir, Amir...- powtarzała wciąż istota. Niewielkie bąbelki pojawiły się na powierzchni zabrudzonej wody.
Mężczyzna w pierwszym odruchu nachylił się nad nią. Co to było, do licha...?
W tym momencie kobieta uniosła się gwałtownie. Białe ręce wystrzeliły z wody i chwyciły go mocno za przedramiona, wciągając mężczyznę do siebie. Nagle znalazł się w głębinach. Oddychał i widział wszystko normalnie. Chciał płynąć do góry, ale ta sama istota, otoczyła go swoim długim ciałem, jedną ręką chwyciła za szyję, drugą za włosy, szarpiąc mocno. Moment później znalazły się przy nim dwie identyczne kreatury. W wodzie poruszały się bardzo zwinnie i lekko. Jedna złapała jego ręce, druga objęła mocno nogi, jakby chciały go w ten sposób skrępować. Amir szarpał się przez chwilę, usiłując uwolnić z uścisku długich, silnych palców, ale nie przynosiło to żadnego skutku. Wreszcie zamarł w bezruchu, spoglądając na tę z istot, która znajdowała się najbliżej niego.
-Witaj, Amirze.- powiedziała.
-Witaj, szlachetny!- zawtórowała jej druga.
-Witaj, naiwny...- szepnęła trzecia.
-Precz ode mnie!- warknął Amir, raz jeszcze usiłując się oswobodzić, ale przestał, gdy poczuł, jak dłoń mocniej zaciska się na jego gardle.
-Pomożemy ci znaleźć odpowiedzi na twoje pytania...- rzuciła białowłosa.- Lubimy takich śmiertelników... Lubimy bardzo, mówić im, co ich wkrótce czeka... Wszystko, co będzie, zostało powiedziane, a my wiemy, wiemy, co się wydarzy...
-... Więc szepnij, powiedz choć słówko...
-Powiedz, że chcesz znać swoją przyszłość, a zdradzimy ci wszystko.
-Niczego od was nie chcę!- krzyknął znowu mężczyzna.- Przecz!
-Nie odpychaj kobiety, bo zranione serce pali żywym bólem...- zaśmiała mu się do ucha kreatura.- A zemsta koi najlepiej...
-... Spójrz na tego zdrajcę, który czeka cierpliwie na swoją kolej...
-... I żałuj go, współczuj mu jego losu, bowiem zasługuje już tylko na litość...
-Nie chcę was więcej słyszeć!- odparł stanowczo Amir. Zbyt dobrze wiedział, że mamiły go, prowokowały celowo, wzbudzały ciekawość i wątpliwości, tylko po to, by zapytał. Tylko po to, by poprosił o to, co chciały osiągnąć. On nie wierzył jednak w żadne przepowiednie. I nie chciał znać przyszłości, ani swojej, ani nikogo innego. To, co raz powiedziane, zostaje w pamięci na zawsze. Dlatego bohaterowie wielu legend kończyli tragicznie. Bo chcąc osiągnąć albo uniknąć tego, co zostało im zapowiedziane, nieświadomie sprowadzali na siebie katastrofę.
-Powiedz! Powiedz, co chcesz od nas usłyszeć, my powiemy ci wszystko!- syknęła mu do ucha białowłosa.
-Powiedz, wojowniku! Przecież chcesz wiedzieć, kiedy zakończysz swój żywot...
-My ci zdradzimy...
-Dobrze wiem, co mi zdradzicie...- odparł chłodno Amir i zaraz uśmiechnął się pobłażliwie.- Tylko głupiec zadałby pytanie o moment własnej śmierci, bez świadomości tego, jaką usłyszy odpowiedź... Odpowiedź będzie brzmiała „teraz”, prawda...?
-Mądry jesteś jak na głupca...- zaśmiała się jedna z istot.
-Najbardziej przebiegłym i cwanym, jak się okazuje, najtrudniej przewidzieć własną klęskę...
-... Chcesz wiedzieć, czy poniesiesz klęskę...? Powiedz! Powiedz cokolwiek!
Amir zacisnął wargi, nie odzywając się wcale. Nie wiedział kim są te kobiety, ani czego od niego chcą. Wydawało mu się, że dążą do tego, by go zgładzić, a jednak wciąż trzymały go przy życiu. Czego więc od niego chciały? Bawiły się z nim? A może czekały na jego błąd, pomyłkę, na nieświadome przyzwolenie...? Spoglądały na niego łakomie. Uśmiechały się do siebie nawzajem, w sposób niepokojący. Trzymały go mocno, jak ofiarę, zachowywały się, jakby czekały na odpowiedni moment do ataku. Jeśli miał tu zginąć, zginie tak czy inaczej. Nie zamierzał dawać im satysfakcji.
-One lubią krew...- przemówiła znowu białowłosa istota.
-Ale nie twoją...
-... Twoja już im zbrzydła.
-Nie chcesz mówić...?- odezwała się kobieta, trzymająca go za szyję.- Więc będziesz słuchał...- syknęła i zatkała mu dłonią usta, szarpnąwszy go mocniej za włosy.- Nikt, nawet on, nie wyrwie cię teraz z naszego uścisku... Zostaniesz tu z nami na zawsze...
-Lepiej ci będzie zginąć tu na dole, niż żyć tam pośród wrogów i zdrajców...- przemówiła druga.
-Więc słuchaj uważnie, póki jeszcze możesz...
Przycisnęły się do niego jeszcze bardziej i zaraz zaczęły mówić, jedna po drugiej:
-Ten, który zdradził, zdradzi raz jeszcze...
-...Zdradzony jest zbyt próżny, by zrozumieć, że chodzi o niego...
-... Zdrada będzie nosiła imię poległego bohatera...
-Duchy tych, którzy powinni na wieki zostać uwięzieni, wydostaną się na wolność...
-... Potwory wyjdą na żer...
-... Kryształ spłynie szkarłatem...
-Ciała zmarłych powstaną, ale ci, do których należały, nigdy już do nich nie powrócą...
-Podoba ci się ta przepowiednia...? Nie troskaj się o nic, ty zostaniesz z nami...- uśmiechnęła się druga z istot.- Lubimy mieszać w wyrokach losu...
Amir spojrzał na nią i nagle poczuł, jak uścisk kobiet rozluźnia się. Zaczął unosić się lekko w górę, prawie wyswobadzając się z ich silnych rąk.
-Nie!- ryknęła rozpaczliwie białowłosa.- Nie zabieraj nam go!
-Zostań! Zostań!- wrzeszczała kolejna kreatura, szarpiąc Amira za nogi i ciągnąc go ku dołowi, ale na nic się to zdało.
-Zostań, śmierć już blisko!
Spojrzał w górę i zobaczył nad sobą jasne światło. Usłyszał zawodzący jęk. Wyrwał się nagle z rąk bezradnych kobiet i znów unosił się i unosił. Okropny wrzask wyrwał się z ust tych stworzeń, które ruszyły za nim natychmiast, usiłując go przy sobie zatrzymać. Wyglądało jednak na to, że nie są w stanie nic zrobić. Aż nagle jedna z nich z okrzykiem wściekłości, wgryzła się Amirowi w szyję. Ten krzyknął, choć nawet nie poczuł bólu. Jej towarzyszki, jak na sygnał, rzuciły się na mężczyznę. Długimi szponami szarpały jego ciało jak w obłędzie, zdzierały z niego skórę i odrywały ciało od kości. Woda w mgnieniu oka zaczerwieniła się od krwi. Wszystko trwało mniej niż kilka sekund. Amir chciał wrzasnąć raz jeszcze, ale tym razem poczuł, że nie może. Zaczął się krztusić. Uderzył plecami o coś twardego i poczuł, jak ktoś unosi jego głowę. Zaczął kaszleć i wypluwać resztki wody. Uchylił powieki i dostrzegł nad sobą zatroskaną twarz przyjaciela. Szybko podniósł się do pozycji siedzącej i obejrzał swoje ciało, z ulgą dostrzegając, że nic mu się nie stało. Spojrzał w kierunku wody, z której wyciągnął go towarzysz. Była płytka i mętna, nie dostrzegł w niej nikogo.
-Jesteś cały...?- potomek wilków spoglądał na niego z uwagą, trzymając go za ramię.
-Tak...- potwierdził niemalże z niedowierzaniem Amir.- Wygląda na to, że jestem.

Opowiedział Nadimowi o tym, co zobaczył i co usłyszał. Pokrótce, nie wgłębiając się zbytnio w szczegóły, bo sam nie wszystko dokładnie pamiętał. Był w końcu przekonany, że wkrótce zginie, nie w głowie było mu wsłuchiwanie się w to, co opowiadały. Przecież nie mógł być nawet pewien, że to prawda. A jednak tego wieczoru, siedząc nieopodal opartego o drzewo Nadima, nie mógł wyrzucić ich słów z pamięci i nie mógł nie spoglądać na niego inaczej niż wcześniej. Ten, który zdradził, zdradzi raz jeszcze. Zdrada będzie nosiła imię poległego bohatera. Te słowa pamiętał bardzo dobrze. To Fortis był poległym bohaterem. To on jako pierwszy zdradził swój lud, zdradził wszystkich, czyniąc to, co uczynił. Ale Fortis był martwy. Nie mógł im zaszkodzić ani powtórzyć swoich dawnych błędów. Jednak ta przepowiednia nie wydała się wcale Amirowi absurdalna. Zastanawiał się nad tym i doszedł do nieco nieprzyjemnego wniosku, że on zna kogoś, kto pasowałby do tych słów. Właściwie znał całą grupę takich istot – ale tego jednego najlepiej. To potomkowie wilków czcili Fortisa. Może nie niczym boga, ale nie wahali się wcale, by nazywać go bohaterem, jakby zapomnieli o tym, jaką krzywdę im uczynił. A zatem imię poległego bohatera wcale nie musiało oznaczać imienia. Pewien symbol, coś charakterystycznego, może właśnie przynależność rasową. Ten, który zdradził, zdradzi raz jeszcze. Raz uczynił to potomek wilków i tym razem może też tak będzie. A jeśli chodziło o Nadima? Pomyślał o tym nie bez wyrzutów sumienia, ale miał swoje powody. Kilka już razy, podczas ich rozmów, bardziej kpiąco i z irytacją zastanawiał się nad tym, czy gdyby wojna z Fortisem rozgrywała się w dzisiejszych czasach, Nadim stałby po tej stronie, po której stoi teraz, czy raczej dołączyłby do tego, którego tak podziwiał. Amir nie był pewnym, czy podziw to adekwatne określenie, ale nie dało się ukryć, że Nadim cenił Fortisa, uważał go za bohatera, za kogoś wręcz godnego naśladowania i raczej skrzywdzonego niż krzywdzącego. Gotów był unikać wszystkich rozsądnych argumentów, odpychać je banałami i bronić przeklętego zbrodniarza do ostatniej chwili. Bliższy był potępienia tych, którzy w przypływie szału zbezcześcili jego zwłoki, niż tego, który dopuszczał się najgorszych zbrodni, jakby martwi byli ważniejsi od żywych. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym uważniej przyglądał się towarzyszowi i tym bardziej się wahał. Ale gdy otwarcie postawił sobie pytanie, czy Nadim mógłby go zdradzić, odpowiedź była jedna. Nie. Nie, nie potrafił sobie tego nawet wyobrazić. Nadim był naiwny, wierzył opowieściom i legendom, którym podporządkował swoje postrzeganie świata. Jak i reszta jego rasy, postrzegał Fortisa jako tego, który gotów był zrobić wszystko, by powstrzymać ataki ludzi, a nie jako tego, który gotów był zrobić wszystko, by utrzymać się przy władzy. Ale czy mógłby postąpić w taki sposób? Wystąpić przeciwko własnemu wujowi? Bratać się z demonem, którego, wbrew własnej opinii na temat Fortisa, obwiniał o wiele zła? To zupełnie do niego nie pasowało. Może i Nadim bywał niekiedy okropnym głupcem i nie rozumiał świata, ale był też uczciwy. I kierował się zawsze, skomplikowanym z punktu widzenia Amira, poczuciem sprawiedliwości. Gdy Amir zdał sobie z tego sprawę, zaczęło mu być przykro z powodu wcześniejszych podejrzeń. Doszedł do wniosku, że jeśli nie mógł ufać Nadimowi, nie mógł też ufać nikomu innemu. Ani tym istotom, ani Canisowi, ani swojemu wujowi, ani nawet samemu sobie.
-Czemu na mnie patrzysz?- zapytał z rozbawieniem potomek wilków, nie mogąc nie dostrzec spojrzenia towarzysza.
Amir uśmiechnął się niemrawo.
-Plecy mnie bolą. Położę się.- stwierdził, podnosząc się z ziemi i kierując do namiotu.
Prędzej odgryzłby sobie język, niż przyznał się do swoich bezpodstawnych podejrzeń. Bardzo dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze nie tak dawno, pewnie nie wahałby się ich wykrzyczeć Nadimowi prosto w twarz. Wiedział jednak, że nawet cień przypuszczenia byłby dla jego kompana bolesny i z tego też powodu, było mu okropnie wstyd przez to, co o nim myślał, mimo że jedynie przez krótką chwilę.
Wszedł do wnętrza namiotu, zdjął koszulę i położył się na brzuchu, ot tak, jakby na dowód swoich wcześniejszych słów, które niewiele miały wspólnego ze stanem faktycznym. Moment później, potomek wilków również pojawił się w środku. Klęknął obok kompana i bez słowa, najpierw oparł dłonie o jego ramiona, a później zsunął je niżej i kilkukrotnie powtórzył ten ruch. Amir poruszył się niespokojnie.
-Co ty robisz?- zapytał cicho, przerażony swoim przerażeniem.
-Masuję ci plecy.- odparł potomek wilków, jakby było to coś oczywistego.
-Dlaczego...?
Nadim parsknął śmiechem.
-Bo powiedziałeś, że cię bolą.
… No dobrze, to było nawet oczywiste. Amir miał coś powiedzieć, ale wstrzymał oddech, gdy po raz kolejny poczuł dotyk potomka wilków na swojej skórze i jakoś ciężko było zaprotestować. Nadim miał zręczne dłonie. Jego ruchy były niezbyt subtelne, ale niosły ukojenie dla zmęczonego ciała.
-Wy, ludzie, we wszystkim dopatrujecie się czegoś niestosownego...- powiedział spokojnie potomek wilków, nie przerywając masażu. Mężczyzna zerknął na niego ukradkiem, zastanawiając się, co ten ma na myśli.- Unikacie bliskości, jak tylko możecie. U nas to coś zupełnie naturalnego. W ten sposób okazujemy sobie sympatię i szacunek.
-Zdążyłem zauważyć.- odparł kpiąco Amir, bynajmniej nie odnosząc się do ostatniego zdania kompana.- Ty akurat w sferze BLISKOŚCI nie masz żadnych zahamowań...
-Co w tym złego...?
Nic... Zupełnie nic... Amir zdążył już nieco oderwać się od rzeczywistości za sprawą działań potomka wilków i jakoś brakło mu chęci do sporów w tym temacie. Przymknął powieki i ułożył się jeszcze wygodniej, absolutnie rozleniwiony. W pewnym momencie, z jego ust wyrwało się mimowolne westchnienie. Przeraził się, świadom tego, że Nadim musiał to usłyszeć. Spąsowiał w przeciągu chwili, nie wiedząc co powiedzieć.
-Zadrapałem cię?- zmartwił się Nadim, przerywając.
-T... T-Tak... Zadrapałeś... W ogóle to dosyć tego, wcale się na tym nie znasz.- dodał z pozorną obojętnością, szybko przechodząc do pozycji siedzącej.
-Przepraszam.- odparł szczerze jego towarzysz.
-Nic się nie stało.
-Po co mi zahamowania?- zapytał Nadim. Oczywiście! Drążył i drążył, zawsze musiał drążyć! Nie mógł zakończyć rozmowy na przyjemnym temacie i pozwolić im obu żyć w szczęściu i spokoju.
-Po to, żeby przestrzegać ogólnie przyjętych norm.- odpowiedział Amir, mając nadzieję, że to utnie dyskusję.
-Jakich norm...?
-Jakich norm, jakich norm!- prychnął mężczyzna, spoglądając ze zdenerwowaniem na twarz zaintrygowanego wyraźnie tym tematem kompana.- Nie musisz się tak ostentacyjnie obnosić z tym, że żadnych nie posiadasz! Chodzi o pewne obowiązujące powszechnie zasady, do których należy się stosować, żeby nie czynić nikomu krzywdy.
-A po co te zasady...? Nie lepiej dać wszystkim absolutną wolność wyboru?- zapytał potomek wilków tak naiwnie, że Amirowi prawie zebrało się na współczucie dla towarzysza i jego kompletnej nieznajomości ludzkiej natury. I nie tylko ludzkiej.- Wtedy sami będą musieli podejmować decyzje, niezależnie od zasad czy ich braku. Bo nawet bez tych zasad są w stanie wybrać.
-Oczywiście.- zgodził się gładko Amir.- I wybierają. Zazwyczaj źle.
-A w waszym uporządkowanym i pełnym zasad świecie zawsze wybierają dobrze?- Nadim uśmiechnął się z politowaniem. Pewnie sam nie raz na własnej skórze odczuł, że było inaczej.
-Rzecz jasna, że nie. Zasady nie odbierają nikomu własnej woli. Ale nie jest to tylko puste stwierdzenie: „nie powinieneś”. Jest to zawsze: „nie powinieneś, bo...”. Kiedyś, jeśli złodziej kogoś okradał, mógł się liczyć z tym, że co najwyżej zostanie przyłapany i ktoś zechce uciąć mu łeb. Dzisiaj, taki złodziej wie, że jeśli uczyni komukolwiek jakąś szkodę, będzie musiał ponieść tego konsekwencje. To samo wie właściciel, który czai się na niego z siekierą. Obie strony pomyślą więc dwa razy, zanim uczynią to, co przyszło im do głowy. I na tym to właśnie polega. Na pomyśleniu dwa razy. Zastanowieniu się nad tym, czy warto.
-Więc sam przyznajesz, że to niczego nie rozwiązuje.- odpowiedział Nadim.- Jeśli ktoś chce postąpić źle, zrobi to, niezależnie od zakazów i praw. A jeśli chce postąpić dobrze, także to uczyni. Po co więc tworzenie sztucznych barier...?
Co za... Nadim. Bo chyba tylko jego towarzysz cechował się tak dziwacznym i kompletnie odrealnionym podejściem do otaczającego go świata. Amirowi czasem po prostu brakowało dla niego słów i zastanawiał się, czy w ogóle warto je tracić.
-Zastanów się dobrze, ilu z nas szczerze was nie znosi.- zaproponował więc, siląc się na spokój. Jako, że sam już nie zaliczał się od pewnego czasu do grupy „nie znoszących”, za to przyłączył się do: „absolutnie nie rozumiejących”, takie porównania przychodziły mu z łatwością. Potomek wilków skinął głową, aby kompan kontynuował.- Zastanów się teraz, ilu z tych, którzy was nie znoszą, przy pierwszym spotkaniu, zechciałoby to wam zademonstrować dużo bardziej otwarcie niż tylko obelgami. Zapewniam cię, że wielu.- dodał, ponad wszelką wątpliwość, chociaż akurat Nadima chyba w tym twierdzeniu upewniać nie było potrzeby. Odczuł to na własnej skórze.- Pewnie kilku, gdyby zbytnio ich poniosło, zdecydowałoby się na działania podobne do tych z tamtego miasta. Na lincze i masowe morderstwa. Do niczego takiego jednak nie dochodzi i to nie tylko dlatego, że przez tyle wieków zdążyliśmy się przyzwyczaić do waszych zawszonych tyłków w naszych lasach. Bo mamy prawa. Te właśnie prawa stanowią o karze dla tych, którzy postąpią nieodpowiednio nawet wobec was...- Nadim skrzywił się lekko na „nawet”.- Dlatego, jeśli ktoś was zobaczy, pomyśli dwa razy, czy aby na pewno warto wam uciąć ogon. A niektórym myślenie zajmuje dużo czasu, więc z pewnością zdążycie uciec.- dodał z uroczym uśmiechem.
Nadim odpowiedział mu dokładnie tym samym, po czym stwierdził:
-Dokonaliście wielu zbrodni. I wielu zbrodniarzy wciąż jest bezkarnych, w obliczu waszych praw i zasad także.
-To rzecz jasna... Ciężko jest karać tych, którzy wywodzą się z szanowanych rodów albo utrzymują kontakty z bogami...- zironizował Amir, uśmiechając się kwaśno.- A jeszcze trudniej im cokolwiek zarzucać, chociaż odkąd głupota stała się plagą pośród naszych możnych, przestaje to już być problemem. Są także ci, których odnaleźć trudno. I ci, którzy omijają prawo, ale robią to w sposób na tyle inteligentny i sprytny, że trudno ich na tym przyłapać.
-A więc jednak...- powiedział Nadim, prawie triumfalnie.
-Owszem. I nic nie da się z tym zrobić, a nawet nie trzeba.
-Co by powiedział twój wuj, gdyby to słyszał?- potomek wilków uniósł brew.
-Mój wuj jest dobrym władcą, a co za tym idzie, jest rozsądny i dobrze zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę.- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna.- Co więcej, potrafi to wykorzystać. I dlatego on nadaje się, by rządzić ciemnym ludem, a ja nie. Ja nadaję się raczej do tego, by mną rządzono.
-Dlaczego tak uważasz?
-Będąc wojskowym, byłbym podporządkowany królewskim decyzjom. Nawet w randze dowódcy, chociaż miałbym pewną autonomię i mógłbym podejmować wiele własnych wyborów, ostatecznie odpowiadałbym przed władcą.
-Z Fortisem było inaczej.- powiedział w zamyśleniu Nadim. Ta uwaga zdenerwowała mocno jego towarzysza, który z trudem powstrzymał się, by nie wypowiedzieć głośno tego, co myśli o uwielbianym przez potomka wilków „bohaterze”.- Sprzeciwił się rozkazom czyniąc to, co uważał za słuszne.
-Fortis odpowiada obecnie jedynie przez bogiem... bogami... czymkolwiek, więc nie bardzo mnie interesuje.- uciął wyjątkowo spokojnie Amir, chociaż wewnątrz prawie wrzał. Po co? Po co, do licha, wciąż o nim wspominał? Jak można być tak bardzo wyczulonym na dawne błędy ludzi, będąc jednocześnie zupełnie ślepym na własne?- Tak czy inaczej, to nie dla mnie, już ci zresztą mówiłem. Nie nadaję się do wydawania rozkazów. Wolałbym prosty układ. Dostać polecenie i działać.
-A ja myślę, że byłbym świetnym władcą.- powiedział jakże skromnie Nadim.- Nie żebym chciał nim zostać, ale właściwie nie miałbym nic przeciwko. Na pewno dobrze bym sobie poradził.- stwierdził z pełnym przekonaniem. Amir parsknął cicho pod nosem. Tego rodzaju przekonania zawsze mu brakowało, a jego było wprost przeciwne. Ale jak wielka jest różnica między rządzeniem garstką istot, mieszkających w lesie, wychowanych w podobny sposób, a  rządzeniem wieloma ludźmi. Chłopami, mieszczanami, arystokratami, kapłanami, mającymi środki i możliwości by przeciwdziałać różnego rodzaju decyzjom.- Ty też byłbyś dobrym królem. Nie powinieneś się niepokoić. Jesteś dobrym człowiekiem. Wiedziałem od samego początku.
Amir spojrzał na niego z politowaniem.
-Czyżby...- mruknął, kpiąco.
-Owszem. Nie wyrządziłeś mi żadnej krzywdy, chociaż miałeś ku temu okazję i niewątpliwą chęć.
Rzeczywiście, niewątpliwą.
-A wiesz, że Canis opowiadał mi, że Fortis również nie zamierzał zostać władcą?- odezwał się Nadim i po raz wtóry, Amira niemalże szlag trafił.- Nie chciał władzy i bał się jej. Ale w końcu uznał, że jest jedynym, który może ją w ówczesnej sytuacji sprawować. I zdecydował się to zrobić, dla dobra wszystkich.
Mężczyzna westchnął głęboko. Czasem miał ochotę chwycić towarzysza za ramiona i trząść nim tak długo, aż w końcu coś doszłoby do jego unoszącego się w obłoczku fantazji i mitów umysłu.
-Mam rozumieć, że życzysz mi podobnego końca, czy może podobnego losu moim poddanym...?- zironizował mężczyzna.
-Ani jednego, ani drugiego. Tak tylko mówię. Fortis...
-Dobranoc!- warknął niepohamowanie Amir i odwrócił się do kompana plecami, mając wrażenie, że jeśli ta rozmowa potoczy się dalej, to wyrządzenie potomkowi wilków krzywdy przyjdzie mu z zaskakującą łatwością.

-Więc, skoro macie prawa i zakazy, które i tak wszyscy łamią, jeśli tylko mają pewność, że nikt ich nie złapie...- snuł swoje iście filozoficzne rozważania Nadim, rozłożony na trawie. Amir właśnie wyszedł z namiotu i spojrzał na niego ukradkiem, machnąwszy dłonią. Niech sobie gada.- … to oznacza, że w istocie wcale nie tworzycie sprawiedliwego państwa. Ani uczciwych obywateli. Ale obywateli, którzy umieją te prawa omijać. Krótko mówiąc, złoczyńców.
-Ale sprytnych i rozsądnych złoczyńców.- skwitował Amir. Wreszcie jego kompan powiedział coś, co mieściło się w granicach rozsądku. Chyba miał na niego zbawczy wpływ.- I bardzo dobrze, bo to oni sprawiają, że ten świat gna do przodu.
-Jak to?- obruszył się potomek wilków.
-Knują i spiskują, dokonują wielkich przewrotów, sami zajmują trony, zakazują tego, co wcześniej czynili tylko po to, by ci bardziej sprytni, odnaleźli drogę, by sobie z tym poradzić i uczynili w przyszłości dokładnie to samo. Albo zajmują się sprawami mniej widocznymi, ale równie wpływowymi i istotnymi. Jedni pozbawiają potęgi drugich, obmyślają coraz to nowsze plany i zwyciężają, a co za tym idzie, radykalnie bądź też stopniowo zmieniają świat.
-Okropieństwo.- prychnął Nadim.
-... I właśnie dlatego wy wciąż hasacie ochoczo po lasach, gdy my budujemy coraz to potężniejsze cywilizacje.- Amir uśmiechnął się do towarzysza pobłażliwie i podszedł do niego powoli.
Nadim spoglądał na mężczyznę z uwagą.
-Wolę hasać po lasach niż żyć w takim świecie.- odparł.
-Tak...? Dziwne, bo za każdym razem, gdy jesteśmy w jakimś mieście, z uwielbieniem korzystasz z tego, co jest efektem działań tego czy innego cwanego „złoczyńcy”...
-To nie to samo!- zaprotestował gwałtownie Nadim, wyraźnie urażony i podniósł się z miejsca.- Choćbyście tworzyli rzeczy piękniejsze i bardziej doskonałe od dzieł samego boga, liczy się to, w jaki sposób to czynicie! I jak wychowujecie wasze dzieci! W naszym towarzystwie przynajmniej nikt nie musi się niczego obawiać!
Amir wybuchnął śmiechem i pokręcił głową w geście politowania.
-Doprawdy...? Tamci mieszczanie, którzy tak bardzo nienawidzili wszystkiego, co ma ogon i porusza się na dwóch nogach wspominali coś o morderstwach, gwałtach i grabieżach...- dodał drwiąco, udając zamyślenie.- Ale pewnie masz rację, nie było się czego obawiać. Przecież to zawsze wina ludzi, prawda...?
-Żebyś wiedział, że tak!- zacietrzewił się potomek wilków. Ten moment w ich sporze był bardzo charakterystyczny. Dyskusja wciąż pozostawała jeszcze dyskusją, dopóki Nadim, który zazwyczaj, mimo opinii na temat roli ludzi w ich sytuacji, wyrażał poglądy raczej umiarkowane,nie zaczynał gadać jak radykał. Czyli bredzić od rzeczy.- Wszędzie przynosicie zło i wcale się nie dziwię, skoro macie takie postrzeganie świata! Przyzwalacie na nie!
-My przynosimy zło?!- parsknął z politowaniem mężczyzna.- Bardzo ryzykowne stwierdzenie z ust kogoś, kto czci istotę, która z samym złem podobno ściśle współpracowała!
-Fortis był...
-Fortis, Fortis, Fortis!- wściekł się Amir, jakby sam nie poruszył tego wątku. Nienawidził tego. Tej nutki podziwu w głosie towarzysza za każdym razem, gdy zaczynał o nim mówić.- Nie obchodzi mnie on! Nie żyje i bardzo dobrze, dla nas i dla całego świata także!- na te słowa Nadim drgnął wyraźnie.- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że to on jest winien tego, co się wokół nas dzieje, a nie ludzie, nie wy, ani nikt inny?! Nie można usprawiedliwiać okrutnych działań okrucieństwem kogoś innego! W żadnej sprawie!
-Fortis uczynił złe rzeczy, ale był dobry...
-Czy ty siebie w ogóle słuchasz, Nadim?! Czynił złe rzeczy ale był dobry?- Amir spojrzał na swojego towarzysza bez zrozumienia i pokręcił głową.- Ktoś, kto czyni złe rzeczy, jest zły! Nie ma innych kategorii oceniania kogoś niż tylko na podstawie jego czynów! Intencje się nie liczą! Czy ten, który zabija, bo uważa, że robi to dla wyższego celu, różni się czymś od tego, który zabija z mniej „szlachetnych” pobudek?!
-Fortis był idealistą!
-FORTIS BYŁ ZBRODNIARZEM!- wrzasnął Amir, nie mogąc już słuchać tych bzdur.- Zbrodniarzem i tchórzem, skoro musiał schować się za plecami demona! I gdybym miał możliwość, sam odciąłbym mu łeb!
-Jak śmiesz!- Nadim pchnął mężczyznę, a ten aż cofnął się o kilka kroków, zdezorientowany. Potomek wilków był wściekły.- Mówisz o nim, chociaż w ogóle go nie znałeś!
-Och, za to ty go znałeś!
-Słyszałem opowieści!
-Wasze opowieści są formułowane tak, by zrobić z niego nieszczęśliwego, pokrzywdzonego przez ludzi i nie mającego wyjścia bohatera, a nie tego, kim był naprawdę! Potwora, nie lepszego od tego, z którym się zadał!
-To wy jesteście potworami!- odparł Nadim z taką gwałtownością, że mężczyzna myślał przez chwilę, że ten go uderzy.- I każdy dzień spędzony z tobą, jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu!- dodał w gniewie.
-Świetnie!- zironizował Amir, uśmiechając się kpiąco.- Poczekaj chwilę, jeszcze tylko sprzedam duszę jakiemuś demonowi, żeby stać się znowu uczciwym i nieskazitelnym...
Nadim aż zadrżał z wściekłości.
-Brzydzę się tobą!- syknął, stając tuż przed kompanem.
Ich twarze dzieliły ledwie centymetry. Amir nie przestawał uśmiechać się w sposób co najmniej prowokujący, chociaż stan do jakiego doprowadził towarzysza, bez żadnych intencji, trochę go zdziwił. Jego spokojny kompan, który w sposób opanowany i wyważony potrafił przyjmować większość informacji i uwag, wybuchał w najmniej oczekiwanym przez mężczyznę momencie.
-I nie zamierzam spędzić z tobą choćby jednego dnia dłużej.- odparł dumnie potomek wilków i odwrócił się demonstracyjnie, gotów odejść, ale Amir chwycił go za ramię, nie dając mu takiej możliwości.
-Zostaniesz tutaj.- stwierdził stanowczo, szarpnąwszy go w swoim kierunku.
-Bo co?!- zakpił Nadim, spoglądając na niego pobłażliwie.- Bo boisz się tego, czemu jeszcze chwilę temu nie dawałeś wiary?!
-Bo boję się o ciebie!- krzyknął niepohamowanie mężczyzna.
I to ich otrzeźwiło. Najpierw samego Amira, który zastanowił się dobrze nad tym, co właśnie wyszło z jego ust. Później potomka wilków, który cofnął się odrobinę, najwyraźniej szczerze zdumiony tym, co usłyszał. Patrzyli na siebie przez chwilę zdumieni i obaj doszli do tego samego wniosku. To było zupełnie bez sensu. Usiedli jednocześnie na trawie, jakby przytłoczeni tym, co zdążyli sobie w nierozsądku powiedzieć w czasie kłótni. Amirowi było wstyd, że dał się tak bardzo ponieść emocjom i nie zareagował w inny sposób. Nadim położył uszy po sobie i oparł głowę na podkulonych kolanach. Nie odzywali się, ale doskonale rozumieli, że powiedzieli o parę słów za dużo. W końcu popatrzyli na siebie przez chwilę i zaraz podnieśli się, w ciszy zabierając się za mało istotne zajęcia.
Słowo przepraszam nie padło.
Strasznie ciężko jest przepraszać. Zwłaszcza wtedy, gdy obie strony ślepo wierzą w to, że mają rację.

Atmosfera, jaka się pomiędzy nimi wytworzyła, była nieprzyjemna i trudna do przezwyciężenia. Zbudowana po części z poczucia winy, po części z rozżalenia, bo przykro było powiedzieć, to, co się powiedziało i równie przykro usłyszeć to, co obaj od siebie usłyszeli. Amir był świadom, że jutro obudzą się znowu obok siebie i wszystko wróci do normy. Trzeba będzie iść dalej, rozmawiać ze sobą, naturalnie, zupełnie tak jak zwykle i zapomnieć, że zachowali się jak kompletni kretyni, przynajmniej do następnego razu. Bo nie ulegało wątpliwości, że w końcu sytuacja się powtórzy. Za wiele było między nimi różnic w poglądach i podobieństw w charakterze. Przynajmniej jeśli chodziło o obronę tego, co uważali za prawdę.
Gdy mężczyzna wszedł do namiotu, jego kompan spał. Amir przysiadł tuż obok niego, przez chwilę wsłuchując się w spokojny oddech potomka wilków. Wreszcie, nie wiedzieć czemu, powolnym gestem, odgarnął mu włosy z twarzy i dotknął delikatnie jego policzka. Szybko spłoszył się i cofnął dłoń. Co on by zrobił bez Nadima? Tkwiłby tutaj samotny i zupełnie bezradny. Samotny przede wszystkim.
-Przepraszam.- szepnął ledwie słyszalnie.
Nie powiedziałby tego, gdyby jego kompan rzeczywiście mógł to usłyszeć. Bo wtedy musiałby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przeprasza. Musiałby powiedzieć, że nie ma racji, ale przecież uważał, że ma rację. Albo powiedzieć, że jest mu przykro, ale dlaczego komuś, kto ma rację, ma być przykro? A jednak było mu z tym wszystkim źle. Kłócić się o kogoś, kto bogom dzięki, od dawna nie chodzi już po tym świecie...? Bez sensu.
Amir już miał się kłaść obok kompana, gdy usłyszał kroki zbliżające się do namiotu. Skamieniał na dłuższą chwilę, nasłuchując z niepokojem. Ktoś zatrzymał się tuż przy wejściu. Mężczyzna odwrócił się w kierunku Nadima, już chcąc go obudzić, ale w ostatniej chwili się opamiętał. Odetchnął głęboko. Pełen wahania, wyciągnął dłoń i powoli rozchylił wejście. Gdy dostrzegł tuż przed sobą twarz kucającego przed namiotem człowieka, miał wrażenie, że serce zatrzymało mu się z przerażenia. Przyglądał się przez chwilę bladej twarzy i podkrążonym oczom gościa, który wpatrywał się w niego z zaciekawieniem. Nie wyglądał jak tamci, których Amir widział w lesie. Właściwie w pierwszej chwili, gdyby nie lęk, mógłby nawet uznać, że patrzy na kogoś żywego.
-Nadim...- rzucił słabym głosem.
-Cicho!- szepnął przybysz, kręcąc głową.- Nie budź go. Bo będę musiał stąd iść.
Dla Amira, który aktualnie nie marzył o niczym innym, nie był to żaden argument, ale sam fakt, że ten człowiek zwrócił się bezpośrednio do niego sprawił, że na chwilę zamarł w bezruchu i nie robił zupełnie nic, nie wiedząc, czego może się spodziewać.
-Chodź za mną.- powiedział przybysz, po czym wyprostował się, odwrócił i ruszył niespiesznym krokiem przed siebie.
Amir aż rozchylił usta ze zdziwienia, gdy dostrzegł na jego plecach głęboką ranę, z której żywo sączyła się krew. Wstrzymał oddech i spojrzał na Nadima, a później znowu w kierunku mężczyzny, który zatrzymał się kawałek dalej, spoglądając na niego z wyczekiwaniem. Z przodu nie wyglądał wcale lepiej. Spod postrzępionej i porozdzieranej koszuli, wyraźnie widać było liczne rany i cięcia.
-Bogowie...- szepnął Amir. A nie zdarzało mu się wzywać ich często.
-Idziesz wreszcie?- popędził go duch.
Amir przymknął na chwilę powieki, ale w końcu wyszedł z namiotu i podążył za tym człowiekiem. Krok miał cokolwiek słaby i chwiejny, sam zresztą nie był pewien, czy zaraz nie zdecyduje się zawrócić i krzyczeć wniebogłosy, ale doszedł do wniosku, że musi sprawdzić, co to za licho. Musi wiedzieć i musi przestać się bać. Ta istota nie wydawała się mieć wobec niego żadnych złych zamiarów ani nawet możliwości wyrządzenia mu jakiejkolwiek krzywdy, ale Amir i tak się lękał. Nie tyle nietypowego kompana, co samej sytuacji. Samego faktu istnienia czegoś, co nie powinno przecież w żadnym razie istnieć.
Wreszcie duch zatrzymał się pomiędzy drzewami. Usiadł na ułamanym pniu. Uśmiechnął się. Zupełnie jak człowiek. Jak żywy człowiek. Amir spoglądał na niego w milczeniu, pobladły i kompletnie zdezorientowany.
-Nie cierpię ich.- odezwał się duch, wskazując dłonią w kierunku namiotu.- Nie cierpiałem ich za życia i po śmierci tak mi zostało.- zachichotał.
Amir skinął niemrawo głową.
-Nie musisz się mnie obawiać.- dodała istota.- Nie mogę nikogo skrzywdzić. Uwierz mi, próbowałem...- uśmiechnął się szeroko, ale akurat ostatnia uwaga Amira nie uspokoiła.
-Czego ode mnie chcesz...?- zapytał, drżącym lekko głosem.
-A czego zmarli mogą chcieć od żywych?- odpowiedział pytaniem duch. Amir nie znał na nie odpowiedzi.- Rozmowy. Nie możesz mi pomóc, ale jesteś bardziej interesujący od moich zwyczajowych towarzyszy... Bardziej żywy.- zachichotał człowiek.- Wybacz. Przez te wszystkie lata, poczucie humoru trochę mi się stępiło...
Amir dostrzegł kątem oka jakichś ruch i odwrócił się w tamtą stronę. Ze zdumieniem dostrzegł człowieka, z odciśniętym mocno śladem na szyi, który zawieszał pętlę na konarze drzewa. Bez wahania, wsadził weń głowę i zaraz odepchnąwszy się stopami od podpórki, zawisł i wisząc tak, z uwagą przyglądał się rozmawiającym.
-Co widzisz?- zainteresował się rozmówca Amira.- Kolejnego...?
-Ty... Nie widzisz pozostałych...?- zdumiał się mężczyzna.
-Niektórych widzę... A niektórych nie.- duch wzruszył ramionami.- Nie wiem, od czego to zależy. Ale czuję ich obecność, wiem, że są inne ode mnie.
Amir przełknął ślinę i oderwał wzrok od wisielca, by spojrzeć z powrotem na swojego rozmówcę.
-Co ci się stało?- zapytał.
-Umarłem!- zaśmiał się głośno mężczyzna.- Bardzo dawno temu. Mieszkałem daleko stąd, w pewnej wiosce, z rodziną, chociaż niezbyt dobrze się między nami układało. Mieli mnie za darmozjada, bo z pracą było ciężko. Później pracowałem w innej osadzie. Gdy z niej wracałem, spotkałem kilku jegomości... o nie do końca trzeźwych umysłach.- skwitował dyplomatycznie.- Chcieli pieniędzy. Zgubiłem sakiewkę w drodze. Zawsze miałem potwornego pecha. Może gdybym im ją dał, skończyłoby się to dla mnie lepiej. Ale że nie mogłem... Cóż, powiedzmy, że nie obeszli się ze mną zbyt litościwie.- uśmiechnął się wręcz pogodnie, jakby wcale nie opowiadał o momencie własnej śmierci i to z pewnością nie bezbolesnej.- Moje ciało ukryli za drzewami, tam, kawałek dalej... A ja wciąż byłem tutaj. Poszedłem do mojej rodziny... Wtedy jeszcze mogłem, bo z czasem jest coraz trudniej... Chciałem, żeby mnie szukali. Sądziłem, że jeśli przygotują mi godny pochówek, udam się do świata zmarłych. Ale rodzina nie przejęła się zbytnio moją śmiercią. „Gdzie jest ta łajza” - o, tak powiedzieli. A ja nie mogłem już dłużej z nimi zostać. Musiałem tu wrócić, nie miałem wyboru. Teraz też go nie mam. Muszę tu tkwić. Byłem zapomniany za życia i po śmierci skończyłem dokładnie tak samo. Wtedy zapomnieli o mnie ludzie, teraz bogowie.
-Jak to możliwe, że...- zaczął Amir, urywając w połowie zdania. Wciąż tak trudno było w to uwierzyć!
-... że tu jestem?- dopowiedział duch.- Jestem pomyłką bogów. Tak o sobie myślę.
-Których bogów?
-A których wolisz?- jego rozmówca uśmiechnął się szeroko.- Nie widziałem żadnego z nich, jeśli o to pytasz... Początkowo łudziłem się jeszcze, że do zaświatów muszą być długie kolejki... Ale minęło już tak dużo czasu...!- westchnął, strapiony.
Amir milczał długo, zastanawiając się nad tym, co powinien powiedzieć. Zauważył, że nieszczęsny samobójca, nie wisiał już, a stał nieopodal, spoglądając na niego z nieodgadnioną twarzą.
-Gdzie jest twoje ciało?- zapytał wreszcie swego rozmówcy. Uznał, że może rzeczywiście, gdyby pochował zwłoki, duch mógłby odejść w spokoju.
-Dobre masz serce i wielce jesteś łaskawy, ale obawiam się, że nie uświadczysz go już w jednym kawałku...- mężczyzna uśmiechnął się.- Choć i tak nie sądzę, by to cokolwiek zmieniło. Pochowany czy nie, skończyłbym tak samo... Zżarty przez robactwo i zapewne tak samo zapomniany...
Amir znowu zwrócił wzrok w kierunku samobójcy. Ze zdumieniem dostrzegł, że ten po raz wtóry, idzie z pętlą do tego samego drzewa, zawiązuje ją na konarze i powtarza te same czynności, co wcześniej, nie spuszczając z rozmawiających uważnego spojrzenia.
-Co on takiego robi, co...?- zainteresował się duch.
-Wiesza się.- odpowiedział Amir.- Drugi raz.
-Ach, samobójca! Pamiętam jakiegoś! Był tu chyba z... pół wieku temu...- pokiwał w zamyśleniu głową mężczyzna.- Długo, oj długo wisiało jego ciało, aż zlitowali się nad nimi jacyś wędrowcy! Kto by pomyślał, że wciąż tu jest, nieszczęśnik! Pewnie żałuje, że z pośmiertnego życia nie da się uciec równie łatwo jak z tego pierwszego, ha, ha! Głupiec! Ach, dziwi cię jego postępowanie...?- przypomniał sobie duch, widząc wciąż goszczące na twarzy rozmówcy niedowierzanie.- Nic w tym dziwnego. Niektórzy odtwarzają moment swojej śmierci. Sam też to czyniłem. Właściwie nie wiem czemu...- stwierdził w zamyśleniu.- To wraca, jak echo. Trzeba umierać jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz... Aż w końcu się przyzwyczaisz i zrozumiesz. Tak myślę. A może ja też jeszcze nie rozumiem...?
-Naprawdę wolałbym tego nie widzieć...- stwierdził Amir, nie mogąc już patrzeć na tego, który dyndał wciąż na tej samej gałęzi i spoglądał na niego tak, jakby był bardzo zdezorientowany.
-Właśnie dlatego tu jestem.- odparł wesoło duch.- Zdobądź kolejny, a to minie.
-Jak to...?- zdumiał się Amir i dopiero po chwili zrozumiał, o czym ten mówi.- Chodzi o kryształy...? W jaki sposób...?
-Nie wiem.- przerwał mu ten człowiek.- Słyszałem tylko... pogłoski. Duchy po śmierci niewiele mają do roboty, prócz podsłuchiwania żywych. Te kamienie mogą działać tylko razem. Wyczuwają się wzajemnie, ale póki ostatecznie się nie połączą, dezaktywują się wzajemnie. Moc ma tylko najsilniejszy.
-Więc... Widzę was przez jeden z kryształów?- upewnił się Amir.
-Widzisz nas, bo musisz nas widzieć. Jest ci to potrzebne. Nie wiem dlaczego, w końcu duchy nie mają odłamków...
Amir wpatrywał się w niego bez zrozumienia. Duch podniósł się z miejsca.
-I trzymaj się blisko tego... psa...- mruknął z wyraźną niechęcią.
-Dlaczego...?
Wzruszył ramionami.
-Jest w nim coś... niewinnego. Niepokojąco niewinnego. Nie zbliżamy się do takich jak on.
-Niewinnego...?- powtórzył z rozbawieniem Amir.- W Nadimie...?
-Na to wygląda. Uważaj na siebie.- jego rozmówca ukłonił mu się uprzejmie.- I na nas także.
-Mówiłeś, że nie możecie nam nic zrobić.- zauważył Amir.
-Tacy jak ja nie mogą. Ale mówiłem ci już, że są inni. Nie wiem, jak bardzo się różnimy. Żegnaj, Amirze. Myślę, że już się nie zobaczymy.- dodał z uśmiechem i odszedł powolnym krokiem w kierunku drzew.
Amir utkwił wzrok w miejscu, w którym widział wcześniej wisielca, ale jego także już nie było. Został sam. Wrócił do namiotu, spokojniejszy, chociaż bardzo niepewny co do tego, co usłyszał. Spojrzał na Nadima i poczuł nagle wobec niego tak wielką wdzięczność, że aż miał ochotę go uściskać. Zamiast tego przysunął się do niego bliżej, z uśmiechem wsłuchując się w pomruki towarzysza, któremu najwyraźniej coś się śniło. I to coś bardzo przyjemnego, o czym przekonał się Amir, gdy w swojej dobroci, zamierzał nakryć towarzysza kocem. I wtedy właśnie dostrzegł rysujący się pod materiałem spodni kompana, wyraźny wzwód.
Amir westchnął z politowaniem i pokręcił głową.
Rzeczywiście, trafiło mu się niewiniątko.

14 komentarzy:

  1. Zdecydowanie w ostatnim czasie, bardzo przypadł mi do gustu "Chaos". Jestem więc prze szczęśliwa, że w dość krótkich odstępach czasowych pojawiły się 4 ostatnie rozdziały. Choć praktycznie nic się jeszcze nie wydarzyło między naszymi bohaterami, opowiadanie jest bardzo wciągające. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się kolejny rozdział. Weny ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:29 AM

    MUAHAHAHAHHAHAHAHHAHAHHA!!!! O nie wierzeeee! W TAKIM momencie?! Wzwód :D:D:D:D:D::D:D:D hahahahahha xDDDD Powinien go obudzić, nooooo... Mam nadzieję, że za tydzień lub 2 znowu chaos :D Czuję more podtekstów, more kissów (choć był tylko jeden)! A w ogole, jak sie kłócili to przez małą chwilkę miałam wrażenie ze sie na siebie rzucą i Amirowi stanie... wybacz mi mów zboczony umysł XD
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej :)

    Pewnie jak wszystkich czytających zżera mnie ciekawość, gdy myślę jak będzie wyglądało pierwsze "zbliżenie" Amira i Nadima. I o dziwo, pomimo tego, że nic specjalnego nie działo się między nimi do tej pory, opowiadanie wciąga jak mało które. Rzadko zdarza się, by jakikolwiek twór był tak skuteczny w przyciąganiu czytelników, bez równoczesnego wątku miłosnego. Mam nadzieję, że wena będzie Ci dopisywała :)

    Pozdrawiam,
    Kajna.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:18 AM

    Świetne jak zwykle. :D
    A końcówka najlepsza, mam nadzieję, że niedługo coś zacznie się dziać między nimi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czyli z każdym dołożeniem kamienia Amir będzie odczuwał lub otrzymywał jakąś właściwość kryształu. to ciekawe co będzie po kolejnym kawałku. Jak czytałam o tych duchach to mi ponownie ciarki przechodziły. A czytałam w nocy po północy. Ciemno, ja sama... Wytworzyłaś fajną atmosferę. :D

    W czasie tej kłótni sądziłam, że zaraz się rzuca na siebie i zaczną całować. :D Jestem już wytęskniona za ich bardziej zbliżonymi stosunkami. A to jak Nadim masował mu plecy Awwww. Oni są tacy specyficzni, jedyni w swoim rodzaju, że czytanie o tej parze sprawia wielką przyjemność. Podobnie czułam się przy Every me. Tak na marginesie znów to czytam i się zachwycam. To się nazywa uzależnienie. :D
    A końcówka... Nadim niewinny... hahaha. Amir poradził by sobie z jego wzwodem. Marzy mi się coś takiego, że budzą się obok siebie, wtuleni jeden w drugiego (Amirowi znów może się coś śnić, jak w którymś ze wcześniejszych rozdziałów), budzą się, a potem ta niezręczność... Cały czas zastanawiam się, jak Ty ich ze sobą połączysz, czyli kiedy, jak, w jakiej sytuacji, i nic mi do głowy nie przychodzi. Pewnie zaskoczysz nas tak jak z tym pocałunkiem. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba jeden z lepszych rozdziałów :) klimat jak zwykle niesamowity, szczególnie podobała mi się ta przepowiednia i przyznam, że jestem naprawdę ciekawa co tak naprawdę oznacza. Scena z masowaniem pleców - cudowna ("taaak, zadrapałeś...");D Nadim w niektórych kwestiach jest rozbrajająco niedomyślny - a może celowo prowokuje biednego Amira? Fajnie, że zaczęły pojawiać się między nimi te dwuznaczności - przy takich scenach automatycznie zaczynam się głupio szczerzyć xD Oczywiście, czekam na więcej!
    Pozdrawiam,
    V.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy7:20 PM

    Hm... Dziś wyraźnie wyczuwałam klimat serialu Supernatural. Echo śmierci, jej odtwarzanie... Zapachniało mi Winchesterami ;)
    "Boję się o ciebie!"- o tak. Kolejna bariera została przełamana. Podoba mi się, że wybrałaś Amira na osobę, na której skupią się najważniejsze wydarzenia. I to, że Nadim będzie osobą, która będzie swego rodzaju filarem, na którym Amir może się oprzeć. Dziś odniosłam wrażenie, że człowiek jest kruchy. Dobrze, bo mam uczulenie na superbohaterów, niepokonanych Mary Sue.
    Uwielbiam ich filozoficzne dialogi. Te dwa różne spojrzenia na świat i idee. Co do tej rozmowy o byciu królem... Zasianie ziarna niepewności w Amirze pewnie podgrzeje sytuację nie raz, nie dwa. Już bałam się, że do samego końca odcinku Amir wyrobi sobie spiskową teorię odnośnie Nadima, który mógłby zostać nowym "złym gościem" i ich stosunki się baaardzo ochłodzą. Na szczęście końcówka o niewiniątku mnie uspokoiła.
    Ach, i nie mogę zapomnieć o kąpieli Nadima i masażu pleców! I o odgarnięciu śpiącemu Nadimowi włosów z czoła. I przykrywaniu śpiącego kocykiem, nie pierwszy z resztą raz. Biedaczek Amir, sam się nieświadomie wpędza w hormonalną pułapkę. Nie, żeby Nadim mu tego nie ułatwiał...
    Cóż. Wychodzi na to, że 'Chaos' stał się moim ulubionym dwutygodnikiem :)

    Jak tam sytuacja po maturach? Wierzę, że dobrze.

    Pozdrawiam, Cannum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klimat absolutnie niezamierzony, bo serialu nigdy nie oglądałam :). Po maturach ustnych bardzo dobrze, mam nadzieję, że z pisemnymi będzie równie wspaniale, ale wątpię xD. A jak u ciebie?

      Dziękuję bardzo i pozdrawiam serdecznie :).

      Usuń
    2. Anonimowy8:35 PM

      No to wow, bo historia z duchami niemalże identyczna- zjawisko echa śmierci było chyba w trzecim sezonie :)
      U mnie wszystko było śpiewająco aż do matury z chemii. Chyba spaprałam sobie szansę na studia, na które chciałabym pójść w tym roku. Ale, co będzie to będzie ^^

      Cannum.

      Usuń
    3. Ciekawy zbieg okoliczności xD. Mam nadzieję, że poszło ci bardzo dobrze i ze studiami też będzie tak, jak to sobie zaplanowałaś :).

      Usuń
  8. Anonimowy8:44 AM

    Boże, jak oni zaczęli się kłócić to ja tylko trzymałam się za serce modląc się prawie na głos "żeby się tylko nie pobili, żeby nie powiedzieli czegoś, czego będą bardzo żałować!".
    Ale końcowe zdanie "Bo boję się o ciebie"... Nie do opisania.
    Jestem ogromnie ciekawa jak zakończysz ich historię. Ale Szczerze? Już nie wyobrażam sobie kolejnych dni bez czekania z niecierpliwością na kolejny ''Chaos''. To jest coś podobnego jak przy Brandonie i Desmondzie - bardzo ciężko było mi pogodzić się z końcem tej historii, jest tak wspaniała. Tu będzie tak samo i aż boję się tego dnia, gdy postawisz pod rozdziałem wielkie "KONIEC".
    Lecz nie ma co przeżywać na razie, nie? Przygotujesz jeszcze parę rozdzialików..?:)
    pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy4:51 PM

    Bardzo podobają mi się Twoja opowiadania choć muszę przyznać że za "Chaosem" nie przepadam, bo wydaje mi się, że jest bardzo rozwleczony i długi (choć zazwyczaj lubię długie opowiadania). Co do innych, to wręcz kocham "Wyzwanie", bo postacie są moim zdanie bardzo realne. Poza tym ma w sobie "to coś". Na Twojego bloga zaglądam bardzo często, szczególnie po przeczytaniu "Every me". Postać Desmonda zupełnie mnie urzekła i muszę przyznać, że było to najlepsze opowiadanie jakie kiedykolwiek przeczytałam (zajęło mi to prawie 3 dni ale zdecydowanie było warto  ).
    Wprost nie mogę się już doczekać kolejnego rozdziału (nawet jeżeli to będzie „Chaos” )
    Pozdrawiam soy-fung
    P.S. Biorę udział w konkursie z niemieckiego i będę bardzo wdzięczna za wszelkie głosy  (http://tydzienjezykow.pl/letswin.php/prace/779/glosuj)

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy11:19 PM

    CHAOS!! Yay, jak ja na to czekałam *__* To moje ulubione opowiadanie zaraz po Brandonie i Desmondzie ;D

    Mia ^^

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy1:48 PM

    Chaos jest bardzo interesujący, wątek Armira i Nadima jest ciekawy dlatego, że to są tylko fragmenty które budują ciekawość czytelnika, kiedy wydarzy się między nimi coś więcej, a myślę, że już niedługo. Z drugiej strony ta opowieść o kryształach - niby dzieje się bardzo powoli i dużo jest jeszcze do wyjaśnienia, ale podejrzewam, że koniec wart jest oczekiwania. I nawet chcę następny rozdział Chaosu, jak nadarzy się okazja. D.

    OdpowiedzUsuń