Strony

piątek, 22 czerwca 2012

Rozdział 19 [Chaos]

Minęło sporo czasu, odkąd znaleźli ostatni fragment kryształu. Amir niecierpliwił się bardzo, chociaż akurat na nudę narzekać absolutnie nie mógł. Nie tylko ze względu na towarzystwo Nadima, które już samo w sobie było wystarczająco zajmujące, ale i ze względu na wszystko to, co się wokół niego działo. A działo się wiele. Dla Amira, który maniakalnie wręcz usiłował wszystko przetłumaczyć sobie na tyle racjonalnie, by cokolwiek z tego miało sens, stanowiło to niemały problem. Ostatnie dwie noce spędzili w pobliskiej wiosce. Później udało im się przedostać przez bramy miasta. Szybko odnaleźli gospodę.
-Zostań tutaj.- mruknął do zakapturzonego kompana mężczyzna, a sam ruszył do kontuaru.
O dziwo, Nadimowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Oparł się o futrynę otwartych drzwi, z zainteresowaniem śledząc wzrokiem przechodzących ludzi. Nie pierwszy raz Amir odniósł wrażenie, że jego kompan czuje się dużo lepiej w zgiełku miasta niż on sam. Kiedy przedzierali się przez ulice, widzieli gromady wesołych, roześmianych ludzi, kobiet ubranych, jak na gust Amira, zdecydowanie zbyt skąpo (to ogoniaste niewiniątko nie podzielało, oczywiście, jego opinii), słyszeli dźwięki muzyki i śpiewy, potomek wilków wypytywał o to, co będzie miało tu miejsce. Amir sam nie był pewien. Odpowiedział oszczędnie, że może święto, może jakiś festyn czy uliczna zabawa. To zaciekawiło Nadima jeszcze bardziej, więc pytał o to, czemu to służy, czemu ludzie są tacy szczęśliwi, jak to wygląda, co ludzie robią, z jakiego powodu i pytał wciąż, pytał tak długo, że Amirowi zabrakło cierpliwości, by odpowiadać i warknął jedynie, że powinni znaleźć sobie miejsce na nocleg. Było w tym w gruncie rzeczy coś zabawnego, a może nawet ironicznego. Nadima to fascynowało. Podobało mu się to. Podobały mu się kolory na ulicach miast, przebierańcy, kwiaty, śpiewy, ogólna radość i zabawa. Nie żeby ostatnio z takim upodobaniem twierdził, że wszystko, co człowiek stworzył, oparte jest w gruncie rzeczy na złu i przez to bezwartościowe. Amir nie był na tyle okrutny, by mu to wypominać. Ale w takich chwilach, jego towarzysz nie wyglądał na skłonnego, by mówić o barbarzyńcach, okrutnikach i mordercach. Wprost przeciwnie, zachowywał się raczej jak ktoś, kto został nagle wpuszczony do zupełnie innego, niezwykłego świata, któremu wszystko się podoba i który sam ma ochotę wszystkiego spróbować.
-Macie wolne pokoje?- Amir zwrócił się z pytaniem do młodego, jasnowłosego chłopaka, stojącego za kontuarem.
-Tak jest, panie.- potwierdził tamten, wysokim głosem.
-Ja i mój towarzysz chcielibyśmy się tutaj zatrzymać.- stwierdził mężczyzna, wskazawszy głową na stojącego przy drzwiach kompana.
Chłopak zerknął na niego z zaciekawieniem, po czym znowu potwierdził:
-Tak jest, panie. Na ile dni?
-Na tę noc. Póki co.
Rosły mężczyzna w średnim wieku wyszedł z pomieszczenia obok i ziewając tak głośno, że zagłuszył zupełnie słowa młodzieńca, oparł się o kontuar z przymkniętymi oczyma. Uchylił powieki i zerknął na Amira cokolwiek nieprzytomnie, po czym mruknął do niego:
-Coś ty za jeden...?
Amir zmarszczył brwi, poirytowany, mając ochotę zapytać dokładnie o to samo.
-Pan życzy sobie wolnego pokoju.- poinformował tamtego chłopak.
Wyglądało na to, że mężczyzna jest gospodarzem.
-A, no chyba że...- ziewnął po raz kolejny i skinął głową, w ramach niemalże łaskawego przyzwolenia.- Pan z daleka...? To nawet trochę widać... W dobrym czasie pan przyjechał, mówię panu! Chociaż... przyznam szczerze, że jeśli zależy panu na odpoczynku, to kiepskie wybrał pan sobie miejsce... Ale jeśli zależy panu na zabawie, to witamy serdecznie!- gospodarz uśmiechnął się szeroko, klepnąwszy zdezorientowanego Amira w ramię.
-Z jakiego powodu...?- zapytał jedynie, cofnąwszy się nieco.
-Z powodu święta, ma się rozumieć! Świętujemy pojawienie się bogini naszego miasta, Flaminae, która zrodziła się z płodnych soków boga wszechświata, Amatorisa... Tak... Chyba tak to właśnie było...- dodał w zamyśleniu.- Nie pamiętam zresztą! Całe miasto będzie w najbliższych dniach się bawiło! Najwspanialsze pieśni, tańce, najbardziej smakowite trunki i kobiety... Tak, kobiety w istocie też najbardziej smakowite.- zachichotał w lubieżny sposób gospodarz.- Będzie pan zachwycony.
-Rzeczywiście...- odmruknął cicho Amir. Szczególnie ostatni aspekt cieszył go niezmiernie. Zwłaszcza, że już widział oczyma wyobraźni reakcję swojego kompana.
-A to co za dziwak?- zdumiał się gospodarz, spoglądając w kierunku drzwi.
Amirowi aż serce podskoczyło do gardła, podejrzewając w pierwszej chwili, że jego towarzysz po raz kolejny, niezbyt rozważnie, postanowił ujawnić swoją naturę. Nadim jednak stał jak wcześniej, w kapturze, oglądając z zainteresowaniem to, co działo się na ulicach.
-To mój towarzysz.- odparł Amir, nie będąc jeszcze pewnym, czy gospodarz nie dostrzegł jakiejś cechy, która zdradziła potomka wilków.
-Żeby tak się ubierać, w tak piękną pogodę?!- gospodarz zaśmiał się głośno, po czym dopytał szeptem- Co z nim jest nie tak...?
Amir zmierzył mężczyznę lodowatym spojrzeniem, chcąc dać mu jasno do zrozumienia, że to nie jego sprawa, ale gospodarz nie wyglądał na człowieka, który rzeczywiście zrozumiałby tego rodzaju przekaz.
-Cóż... Jest dość... nietypowy...- wyjaśnił więc jedynie Amir, chcąc zakończyć rozmowę.
-Jak bardzo nietypowy?- dopytywał ciekawie człowiek.
-Niegroźnie nietypowy.- uciął chłodno jego rozmówca.- To jakiś problem?
Gospodarz zaśmiał się raz jeszcze i znowu klepnął Amira po ramieniu.
-Ależ skąd, żaden problem, panie... O ile płaci pan z góry, rzecz jasna...
Ostatecznie Amir zapłacił z góry za dwie noce, chociaż nie bardzo podobał mu się ten pomysł. Po namyśle doszedł jednak do wniosku, że właściwie im obu przyda się chwila oddechu, a wobec tego, że wyjątkowo, nikt jeszcze nie próbował ich spalić, udusić czy zjeść, miasto nie wydawało się być problemem. Zresztą sama atmosfera jakoś nie bardzo sprzyjała linczowi. Przechadzając się po mieście, widzieli roześmiane kobiety z koszami kwiatów, obsypane płatkami ulice, tancerzy, aktorów, odgrywających rolę poszczególnych bóstw, i tłumy przebierańców. Wszystko mało przypominało święta, które obchodzono w królestwie Amira. Było zbyt hałaśliwie i kolorowo, co przywodziło na myśl raczej jakiegoś rodzaju festyn czy zabawę. Tak czy inaczej, radość była wszechobecna.
-Świętują narodziny bogini opiekuńczej miasta.- poinformował kompana Amir.
Dla potomka wilków wszystko było nowe i nieznane. Amir aż nie mógł wyjść ze zdumienia, że ten rzeczywiście mieszkał ledwie kawałek od ich miasta i w dodatku zdarzało mu się w nim bywać. Z drugiej jednak strony rozumiał jego ekscytację i ciekawość. Zetknięcie się z czymś zupełnie nowym, czymś, co trudno zbyć po prostu słowem „barbarzyństwo”, a co jest w taki sposób interesujące i przyjemne, musiało budzić zaintrygowanie jego towarzysza.
-Bogini opiekuńczej miasta...?- powtórzył Nadim. Amir uśmiechnął się tylko, dostrzegając brak zrozumienia na twarzy towarzysza. Nie zamierzał mu tego wyjaśniać, bo pewnie i tak by nie zrozumiał. Zresztą sam nie bardzo wiedział, z jakiego powodu, jakieś bóstwo ma okazywać swoje względy akurat temu, a nie innemu miejscu, tylko dlatego, że jakiś człowiek sobie tak wymyślił.- Narodziny...?- widać, było wiele kwestii, które potomkowi wilków wydawały się absurdalne.- To bardzo piękne miasto, ludzie także, ale czy robią to, żeby uszczęśliwić ich boginię?
-Raczej żeby oddać jej cześć.- wyjaśnił Amir.
-Po co?
-Cóż, to niewątpliwie dobra okazja, żeby wyprosić o jeszcze kilka spraw...- zachichotał Amir.
-Strasznie próżni muszą być wasi bogowie, skoro chcą, by na ich cześć urządzano święta i w ten sposób składano im hołdy.- skomentował to Nadim.
-A wy nie oddajecie czci swojemu... Ach, przepraszam...- westchnął teatralnie Amir, kładąc rękę na sercu.- Trudno byłoby w końcu czcić wszystko dookoła.
-Oddajemy mu cześć poprzez dostosowywanie się do zasad, które rządzą tym światem i które sam niegdyś ustanowił.- wyjaśnił bez cienia zdenerwowania potomek wilków.- Jesteśmy posłuszni jego woli. Nie ma większej oznaki szacunku niż posłuszeństwo i pokora właśnie. Wszystkie siły pozostają po stronie tych, którzy je rozumieją i są gotowi zaakceptować.
-Te demoniczne także...?- dopytał ironicznie Amir, unosząc kącik ust w lekkim uśmiechu, ale że wywoływanie tematu Fortisa, zwłaszcza po tym, jak zakończyła się ich ostatnia rozmowa na ten temat, wcale mu nie odpowiadało, dodał- Tego rodzaju święta to okazja do zabawy dla ludzi. Częściej czysto hedonistycznej zabawy, niż rzeczywistego angażowania się w sprawy religijne. A z racji tego, że ludzie, wbrew temu, co mówią, bardzo lubią i cenią sobie hedonizm, trudno przegapić tak wspaniałą okazję.
Zawsze tak zresztą było. Sam dobrze pamiętał wszelkiego rodzaju święta. Najczęściej spędzał je z wujem i bratem, bo Ludwik nie przepadał za demonstracyjną zabawy i oddawaniem czci, w przeciwieństwie do części arystokratów i możnych. Ewentualnie w towarzystwie znajomych, w zależności od tego, jakiego rodzaju była to zabawa.
-Tylko pamiętaj, nie odsłaniaj się- pouczył kompana, widząc niegasnący entuzjazm potomka wilków. Nadim spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.- I nie wdawaj się w zbędne rozmowy. A jeśli coś się wydarzy to...
-Nie jestem dzieckiem, Amir.- poinformował go łagodnie Nadim.
Mężczyzna skinął głową z głębokim westchnieniem. Uwagę o tym, że naiwność potomka wilków rzeczywiście przywodziła na myśl jedynie dzieci postanowił sobie darować. W ogóle darował sobie wszelkie uwagi. Kierowany trudną do wyjaśnienia skruchą, postanowił w ostatnich dniach, że spróbuje okazać Nadimowi tyle serdeczności i cierpliwości, ile ten zazwyczaj okazuje jemu. A przynajmniej tyle, ile okazać jest w stanie. Nie zamierzał prowokować kłótni. Przechadzali się uliczkami miasta, trochę gubiąc się i oddalając w ogarniającym tłumie. Amir kilka razy przywoływał do siebie potomka wilków, kilka razy sam do niego dobiegł, widząc, że ten umknął mu gdzieś pośród kolorowych postaci. W końcu jednak stracił go z oczu. Wałęsał się przez chwilę, słysząc śmiechy i krzyki. Starał się wypatrzeć kompana, nie mogąc jednak pozbyć się wrażenia, że Nadim celowo chciał mu umknąć. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Może potrzebował chwili spokoju. Może Amir za bardzo na niego naciskał. Tak czy inaczej, nie powinien być sam. Nie w tych okolicznościach i nie wśród ludzi, na pewno. Amira dopadło uczucie osamotnienia i pustki. Wokół niego było tylu ludzi, ale żadnej znajomej twarzy, żadnej istoty, która mogłaby mu się wydawać choć trochę bliska, choć trochę podobna do niego. Nikogo, kto by zrozumiał. Ostatnio nawet Nadim nie rozumiał. Trudno w końcu, by pojmował coś, z czego sam Amir zdawał sobie sprawę jedynie mgliście. Czasem bardzo ciężko jest się przełamać i przyznać, że wróg staje się przyjacielem. A przyjaciel...
I choć Amir powinien raczej skoncentrować się na tym, by znaleźć swojego ogoniastego kompana, nim ktoś wspaniałomyślnie zechce nabić go na pal, pogrążył się w dość melancholijnym, by nie rzec, że wręcz ponurym nastroju. Przechadzał się chwilę, ale Nadima już nie znalazł. W końcu zrezygnował i zawrócił powolnym krokiem, dochodząc do wniosku, że poczeka na niego w gospodzie. Wracając, trącił przez przypadek kobietę niosącą dzban wina. Wypuściła go z rąk i ten roztrzaskał się na drobne kawałki, wywołując falę wściekłych przekleństw jasnowłosej. Amir wyminął ją szybko, ale zatrzymał się, słysząc zachrypnięty, paniczny wręcz śmiech, dochodzący spod jednego z budynków. Tam, wsparty plecami o ścianę, siedział stary mężczyzna, który rechotał tak głośno, że trudno było nie zwrócić na niego uwagi. Wygląd zresztą też miał osobliwy. Był zupełnie łysy i tak chudy, że jego brązowawa skóra, zdawała się przylegać do kości. Odziany był jedynie w skąpą przepaskę, zasłaniającą niedokładnie przyrodzenie. Obok leżało coś na kształt drewnianego półmiska, do którego najwyraźniej zbierał pieniądze. Ten był zupełnie pusty. Amir zlitował się nad tym człowiekiem i podszedł bliżej niego. Żebrak zamarł i ze zdumieniem spojrzał w kierunku mężczyzny. Ten wyjął sakiewkę i wrzucił jedną z niewielu monet, jaka mu już pozostała. Usłyszał brzdęk. Moneta uderzyła o bruk. Amir zamrugał oczyma, nie rozumiejąc, gdzie podział się półmisek. Spojrzał ponownie na żebraka, który trzymał go już w swoich dłoniach i znowu śmiał się do rozpuku.
-Ty jesteś martwy...- Amir jeszcze nie był pewien, ale nie potrafił znaleźć innego wytłumaczenia dla faktu, że jako jedyny z całej zgrai ludzi, zwraca uwagę na kogoś, kto zachowywał się w taki sposób.
-Śmiertelnie martwy, synu!- chichotał obłąkańczo starzec.- A ty jesteś dziwny, strasznie dziwny! Nie żyję, ale wcale mi to nie przeszkadza, odkąd już nie jestem głodny. I niech mnie wszyscy bogowie cmokną w dupę, nie zamierzam się stąd ruszać, o nie! Zawsze powtarzałem, że będę tu siedział do śmierci... Ale skoro mogę jeszcze dłużej...- i znów śmiał się okropnie.
Amir spojrzał na niego z góry, nie bardzo rozumiejąc.
-Nie ma mowy, żebym się stąd ruszył.- stwierdził znowu żebrak.- Widziałem jak miasto płonie! Ha, ale niestety, wtedy się nie udało! Teraz się uda! Będę tu czekał, czekał cierpliwie i tak długo, aż zobaczę w końcu, jak wszystko dookoła trawi ogień! Tak, tak! Albo choroba! Albo głód! O, modlę się do bogów, by zesłali tym głupcom głód! Niech giną wszyscy, niech giną, chętnie to zobaczę! Może jakaś wojenka...? Ha, też by się przydała! Tak, tak, mój synu, będę czekał cierpliwie na ich zagładę! Myślisz, że jestem okrutny...?- wyszczerzył się z zadowoleniem starzec, jakby wręcz pragnął, by mężczyzna tak sądził.- Myślisz, że jestem zły...?
-Myślę, że jesteś obłąkany.- uciął Amir, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.
-Nie jestem, bogowie niech mi będą świadkiem, nie jestem! Czekaj! Nie zapytasz dlaczego...? Zapytaj mnie dlaczego! Błagam! Błagam, zapytaj mnie dlaczego!
Amir wrócił do gospody. Usiadł przy jednym ze stolików i mimowolnie słuchając mało ciekawej rozmowy gospodarza z jednym z jego klientów, pił niespiesznie alkohol. Słychać było odgłosy dochodzące z ulicy, ale wewnątrz było jeszcze spokojnie, by nie powiedzieć wręcz, że monotonnie. Wynajęty przez właściciela muzyk, przysypiając z głową położoną na stole, brzdękał co chwilę w niezidentyfikowany przez Amira instrument. A gdy gospodarz wyszedł i wszelkie gadaniny ustały, zrobiło się zupełnie cicho. Po jakimś czasie ludzie zaczęli się schodzić. Początkowo nie przypominało to niczego innego, jak zwyczajowego, miejskiego popołudnia w miejscu zaopatrzonym w alkohol. Jednak po pojawieniu się sporej liczby kobiet i uaktywnieniu się sennego pieśniarza, sytuacja się zmieniła. Amir wypił dużo, choć mieściło się to jeszcze w granicach jego wytrzymałości. Lekko zakręciło mu się w głowie, gdy wstawał, więc opadł z powrotem na krzesło, czekając aż gospodarz albo któryś z jego pracowników podejdzie do niego, proponując mu dolewkę. Pod wpływem trunku, zmartwienie o los kompana, jakoś zupełnie wypadło mu z głowy. Pojawiły się za to inne. Nie pierwszy zresztą raz siedział ponury i samotny, podczas, gdy inni się bawili. Dziwne, że Nadim mimo swojej inności, był w stanie dopasować się wszędzie. Przeklęty Nadim. Znowu on. Że też musiał tak bezczelnie wkradać się do jego myśli przy każdej możliwej okazji. I gdzie właściwie się podziewał? Bawił się, oczywiście! W końcu całe życie to dla niego nic więcej jak tylko zabawa, kobiety i wieczna zabawa! Żeby go szlag trafił! Gdyby bohaterowie jego legend mieli takich kompanów jak on, pewnie niczego nie zdołaliby uzyskać, zajęci czekaniem na swoich współtowarzyszy, którzy akurat zainteresowali się jakąś urodziwą „leśną nimfą”. A może po prostu go nie rozumiał? W końcu wszystko wiecznie kręci się wokół tego samego. Wokół zabawy, pieniędzy i kobiet właśnie. A, że Amira kobiety nie interesowały w żadnym stopniu i nie jawiły mu się one ani jako ewentualne kochanki, a już tym bardziej jako, o bogowie, ewentualne rozmówczynie, śmiesznym i żałosnym wydawały mu się wszystkie zaloty, miłosne podboje i romanse. Zresztą, niech Nadim robi co zechce! Niech znajdzie sobie taką leśną nimfę, która będzie znosiła jego idiotyczne poglądy i osobliwy charakter! Chociaż to pewnie nie będzie trudne, wszak nie od dziś wiadomo, że kobiety cechują się dużo mniejszymi umiejętnościami intelektualnymi i nie są przeznaczone do tego, by za dużo myśleć.
Pogrążony na tego rodzaju rozważaniach, nie zauważył nawet nadejścia kompana, który usiadł naprzeciw niego, wyraźnie podekscytowany. Kaptur zsunął mu się lekko z głowy, jednak nie na tyle, by uwidocznić rysujące się lekko pod materiałem uszy.
-Chcesz wiedzieć, co mi się przytrafiło?- zapytał, uśmiechając się szeroko.
Amir odsunął od siebie pusty kubek, spoglądając na niego obojętnie.
-A moje chęci mają jakiekolwiek znaczenie...?- mruknął tylko.
-Przechadzałem się po mieście, kiedy zaczepił mnie jeden z mieszkańców. Kupiec. Chyba było mu na imię Garret.- dodał po chwili namysłu, po czym machnął dłonią, jakby chciał dać do zrozumienia, że to mało istotne. Amir mało przytomnym wzrokiem spoglądał w stół, nie bardzo zainteresowany jakże „fascynującą” opowieścią kompana.- Powiedział, że wie, kim jestem. Powiedział, że wie, czego szukam. I że ma jeden z tych kamieni, na których nam zależy.
Dopiero wtedy Amir podniósł wzrok na towarzysza i zamrugał z niedowierzania.
-Rozumiesz? Ma kryształ.- powtórzył z radością Nadim.- Nie mógł mi go dać. Powiedział, że wyjaśni wszystko nam obu, jeśli spotkamy się z nim jutro. Obaj.
Amir patrzył na potomka wilków, patrzył na niego i napatrzeć się wprost nie mógł, nie dając jednocześnie wiary temu co usłyszał.
-Oszalałeś...?- zapytał jeszcze stosunkowo spokojnie.
-O co chodzi?
Cholerny Nadim! On naprawdę niczego nie rozumiał!
-Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to zasadzka!- prychnął z politowaniem Amir.
-Nieprawda. Ten człowiek ma kryształ. Tak przynajmniej twierdził. Musimy to przecież sprawdzić.
-Och, jasne!- zironizował mężczyzna. Chwycił za pusty kubek, jakby liczył na to, że znajdzie w nim jeszcze choćby kroplę, ale przekonawszy się, że jest inaczej, odstawił go na stolik z głośnym hukiem. Nadim drgnął lekko.- Może od razu przynieś mu moją głowę, co...? Będzie szybciej! Zacznij w końcu myśleć, do licha!- ofuknął gniewnie zdziwionego jego zachowaniem kompana.- Mamy masę problemów na głowie, no i jakiegoś, pożal się boże, rzekomo istniejącego, demona, a ty nie widzisz nic dziwnego w tym, że zaczepia cię obcy człowiek, który wie z kim podróżujesz, w jakim celu, czego poszukujesz i jeszcze jest cię w stanie rozpoznać mimo tego, że byłeś w tym płaszczu?!- Amir spojrzał na niego surowo, ale wzrok jakim odpowiedział mu potomek wilków, zmusił go do chwili zastanowienia nad ostatnimi słowami.- Ty... Nie miałeś na sobie kaptura, prawda...?- dopytał, chociaż widząc minę Nadima miał już właściwie pewność.
-Owszem.- odparł z zadziwiającą wprost pewnością siebie potomek wilków, zdejmując go demonstracyjnie. Amir aż zacisnął zęby z wściekłości.- Nie było potrzeby, żebym go na sobie miał.
-Nie było potrzeby?! Odbiło ci do reszty?! Już zapomniałeś, co nas spotkało ostatnim razem, gdy doszedłeś do tego jakże genialnego wniosku?!
-Nie zamierzam się ukrywać, szczególnie, jeśli nie ma takiej potrzeby!- odparł stanowczo Nadim.- Nie masz powodów do złości, nic mi się nie stało. Ludzie dobrze mnie przyjęli. Widok ich zdumiał, ale nic poza tym. Część uznała mnie za przebierańca, pozostali również byli serdeczni. Nie wszyscy muszą obchodzić się z nami tak jak wy.
-Choćby większość ludzi cię wielbiła, zawsze znajdzie się ktoś, komu nie spodoba się obcy, szczególnie obcy z ogonem i psimi uszami!- uświadomił mu po raz kolejny Amir.
-I choćby większość ludzi wielbiła ciebie, zawsze znajdzie się ktoś, komu nie podoba się twój wygląd, broń czy pełna sakiewka!- odpowiedział Nadim.
-Naprawdę nie widzisz różnicy?! Prawdopodobieństwo, że spośród setki innych ludzi, ktoś taki wybierze mnie jest znikome! A jakie jest prawdopodobieństwo, że wybierze ciebie spośród... hm... Pomyślmy... Spośród jednego, jedynego potomka wilków w okolicy? Zresztą, jak sam widziałeś, to może nas łatwo zdradzić!
-Nie robisz tego ani z troski, ani z obawy!- odpowiedział ze złością Nadim, podnosząc się z miejsca.- Robisz to ze wstydu! Po prostu wstydzisz się pokazać publicznie z psem!
-Wstydzę się pokazać publicznie z takim kretynem!
-Świetnie! Zatem doskonale cię rozumiem!
Pewnie gdyby nie wszechobecny hałas i zabawa, staliby się atrakcją wieczoru, ale na szczęście obecni w gospodzie goście mieli o wiele ciekawsze zajęcia, niż przysłuchiwanie się ich kłótni. Amir nie wiedział, jak ma przemówić kompanowi do rozsądku. Och, a może legendą...? Opowiedziałby mu o idiotycznym potomku wilków, który zawsze wpędzał swojego towarzysza w kłopoty i może dopiero wtedy Nadim zrozumiałby ten jakże prosty i oczywisty przekaz.
-Zasadzka czy nie, musimy to sprawdzić.- powiedział Nadim.
-Jasne!- parsknął ze śmiechem mężczyzna.- Zawsze osobiście sprawdzam wszystkie zasadzki!
-Jeśli ma kryształ, to bez znaczenia.
-JEŚLI ma kryształ. Rozumiem, że ci go pokazał...?
Potomek wilków pokręcił głową.
-Powiedziałem ci już, że nie mógł. Chciał spotkać się z tobą.
-A zastanowiłeś się chociaż przez chwilę, skąd w ogóle o nas wiedział...?
Nadim sprawiał wrażenie mocno zniecierpliwionego postawą kompana.
-Może jest po prostu człowiekiem posiadającym dużą wiedzę o wielu sprawach. Na pewno nam to jutro wyjaśni.
Człowiekiem posiadającym dużą wiedzę o wielu sprawach! Istny mędrzec się znalazł! Ciekawe, czy Nadim wpadł na ten pomysł przeanalizowawszy wcześniej, czy jego rozmówca nie jest aby leśną nimfą, czy też nie. Do tej pory Amirowi wydawało się, że głupota kompana uaktywnia się w towarzystwie urodziwych kobiet, ale jak widać, jego naiwność nie potrzebowała żadnych szczególnych warunków.
-Weźmiesz kryształy i po prostu sprawdzisz, czy ma jeden z fragmentów przy sobie! Co to w ogóle za problem...?- nie rozumiał potomek wilków.- To duże miasto, wokół pełno ludzi, co może nam się stać...? I od kiedy to tak bardzo się wszystkiego boisz...?
-Od kiedy mam powody do strachu!- odparł impulsywnie Amir.- Czyli mniej więcej od momentu, w którym cię poznałem!
-Nie mogę pozwolić, żebyśmy stracili szansę na znalezienie kolejnego kawałka tylko przez twój irracjonalny lęk.
-Za to możesz pozwolić, żebyśmy stracili życie przez twoje irracjonalne spojrzenie na świat?!- wściekł się mężczyzna.
-Kryształy są ważniejsze od naszego życia!
-Och...?- Amir odchylił się lekko na krześle, uśmiechając z politowaniem. Odzyskał na chwilę resztki nadszarpniętego mocno spokoju, chyba jedynie przez to, że słowa kompana zabrzmiały dla niego po prostu śmiesznie.- Czyżby...? Chyba tylko wtedy, gdy zakłada się, że nasz wspaniałomyślny, wszechobecny bóg obdarzył nas nieśmiertelnością...
-Naprawdę chcesz to tak po prostu zostawić?- zapytał z niedowierzaniem Nadim.
-Tak. I ty też to zostawisz. Odejdziemy stąd jutro, z samego rana. Skoro ktoś o nas wie, to nie jest dobrze. Niezależnie od tego, jak wielką wiedzę na jak bardzo tajemne tematy posiada...- dodał mężczyzna z ironią, podnosząc się z miejsca.
Alkohol jednak dał mu się we znaki. Nie czuł się zbyt dobrze. Jednak, co wcale go nie dziwiło, umysł miał wciąż bardziej trzeźwy od potomka wilków, który znów bredził tak, jakby uderzył się mocno w głowę. Trudno było powiedzieć, czy Nadim rzeczywiście cokolwiek zrozumiał, czy po prostu śmiertelnie się obraził i uznał wszelkie dalsze rozmowy za bezcelowe, w każdym razie, gdy wrócili do pokoju, nie przekonywał już dłużej Amira i nie reagował na jego słowa.
-Słyszysz mnie?- zdenerwował się wreszcie mężczyzna, siadając na brzegu jednego z pięciu znajdujących się w pomieszczeniu łóżek. Minę miał nietęgą, a i ochotę do dyskusji niewielką, bo naprawdę czuł, że to, co wypił, wyjdzie z niego tą samą drogą, którą to w siebie wlał.- Nie pozwalam ci więcej tam wracać. Ani wałęsać się po mieście, ot tak. Jeśli naprawdę chcesz znaleźć wszystkie fragmenty i dotrzeć do domu w jednym kawałku, powinieneś dobrze zastanowić się nad tym, z kim wdajesz się w tego rodzaju dyskusje. Mam nadzieję, że nic mu nie powiedziałeś. Nadim...? Nadim, do licha!
-Nie.- odparł w zamyśleniu potomek wilków, lekko wytrącony z równowagi.- Oczywiście, że nie.
-I mam nadzieję, że tam nie pójdziesz... Prawda...?- powtórzył raz jeszcze Amir.
-Nie jestem przecież kretynem!- zdenerwował się Nadim i tyle wyszło z ich rozmowy.
Amira odpowiedź umiarkowanie usatysfakcjonowała. Położył się prędko, usiłując stłumić mdłości, ale na szczęście ten wieczór odbył się dla niego bez tego rodzaju rewelacji i w końcu zasnął, szczerze licząc na to, że Nadim zrozumiał, o co mu chodziło. Wiedział, że muszą wynieść się z miasta. Może to sprawa wypitego alkoholu, może złości, ale w pierwszej chwili bardziej skoncentrował się na osobie kompana i jego zachowaniu, niż na ich sytuacji. Tak czy inaczej, nie było dobrze. Wszystko wskazywało na to, że ktoś rzeczywiście o nich wiedział. Jak dużo wiedział i czego chciał – tego mężczyzna nie był w stanie stwierdzić, ale z zasady nie wierzył w bezinteresowną pomoc. Więc jeśli ktoś zaczepił Nadima, to albo chciał zdobyć kryształy, albo wyeliminować obu z ich poszukiwania. Ewentualnie jedno i drugie naraz. Trzeba było się wynieść z miasta, najlepiej zwracając na siebie jak najmniej uwagi, co ostatnio wychodziło im miernie. A może... Może wreszcie się zaczęło... Ten demon i cała reszta... Chociaż ktoś zaczepiający Nadima na ulicy, w biały dzień, to raczej mało sprytny sposób, żeby schwytać przeciwników. Równie dobrze ten demon mógłby pojawić się przed nimi, odtańczyć triumfalny taniec radości i oświadczyć, że jak jutro się z nim spotkają, to łaskawie ich obu zabije. Chociaż zawsze istniała możliwość, że ktoś inny szuka kryształów. Tylko po jakie licho...? Tak czy inaczej, kimkolwiek był ich ewentualny wróg (a Amir daleki był od przyjęcia wersji, że to serdeczny, przyjazny mędrzec zechciał im pomóc), nie był zbyt dyskretny.

Amir obudził się dość późno, odczuwając jeszcze skutki wczorajszego wieczoru. Znowu zebrało mu się na mdłości, tym razem jedynie chwilowo. Westchnął cicho, wspominając wczorajszą, „czułą” rozmowę z towarzyszem i doszedł do nieco dołującego wniosku, że nawet postanowiwszy sobie bycie bardziej miłym i tolerancyjnym dla Nadima, nie był w stanie tego zrobić. Nie wynikła z tego, co prawda, ogromna awantura, ale i ta kłótnia była niepotrzebna. Z doświadczenia wiedział, że potomkowi wilków lepiej było powiedzieć coś spokojnie, choćby i sto razy, choćby i wpędzając samego siebie w skłonności samobójcze, niż tłumaczyć mu cokolwiek krzykiem. Amir któryś raz zdał sobie sprawę z tego, że trudno jest mu opanować swoje emocje. I, że ich spory dotyczą właściwie ciągle tego samego. Nie, nie tajemniczych jegomości zaczepiających Nadima. Ale jego pochodzenia. Ukrywania się. Bogów. Przekonań. Idei. Z racji tego, że ani bogowie, ani przekonania, ani idee, nie grały żadnej roli w pełnionej przez nich misji, istotne wydawało się być jedyne to pierwsze. Nadim sądził, że Amir się go wstydzi. A Amir nie wstydził się wcale. Tylko bał się o tego durnia, chociaż na jego miejscu, też szlag by go trafił, gdyby ktoś nieustannie wisiał mu nad głową, nie dawał chwili spokoju i kazał ukrywać swoją tożsamość. A w ten sposób ostatnimi czasy rzeczywiście się zachowywał. Zerknął na łóżko, w którym spał wcześniej towarzysz, ale, jak wcześniej dostrzegł, to było już puste. Może i dobrze. Będzie miał przynajmniej chwilę czasu żeby się nad wszystkim zastanowić i przygotować ich do drogi, zamiast wysilać się na pokrętne przeprosiny. Dokąd Nadim mógł się udać...? W pierwszej chwili przyszło mu do głowy, że na spotkanie z tym człowiekiem. Jak jednak sam potomek wilków powiedział, nie był kretynem. Poza tym, podobno mieli iść tam razem. Pewnie więc siedział w sali obok albo chodził po mieście. Amir postanowił dać mu trochę czasu i cierpliwie poczekać, zamiast zwyczajowo wpadać w panikę i wychodzić z siebie, byleby tylko go znaleźć. Nadim nie był dzieckiem. Fizycznie przynajmniej. A co za tym szło, Amir krążąc wokół niego i powtarzając cały czas te same przestrogi, jakże słuszne w jego opinii, wpadał nieświadomie w rolę surowego opiekuna, którego ostrzeżenia spotykają się jedynie z lekceważeniem albo i buntem jego wychowanka. A przecież Nadim nie był głupi. Zdarzało mu się, owszem, robić rzeczy tak kretyńskie, że wydawały się one przekraczać wszelkie dopuszczalne granice braku rozsądku, ale w gruncie rzeczy, Amir miał do niego zaufanie. Na tyle duże, by bez wahania powierzyć mu swoje życie.
Amir podniósł się, ubrał, raz jeszcze wrócił myślami do potomka wilków... I nagle poczuł, że czegoś mu brakuje. I nie, nie był to efekt nagłej tęsknoty za ogoniastym towarzyszem. Rozejrzał się dokładnie po całym pomieszczeniu. Czuł się tak, jakby zapomniał o czymś istotnym, ale do licha, naprawdę nie mógł sobie przypomnieć o czym. Stał tak chwilę, kompletnie zdezorientowany, aż niemalże odruchowo, sięgnął dłonią do woreczka z kryształami. Poprawka. Sięgnął tam, gdzie powinien się on znajdować. Ale na jego szyi już go nie było. W pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć. Sprawdził pod łóżkiem i w swoich rzeczach, kompletnie oszołomiony. Ale szybko stało się absolutnie jasne, co, a raczej kto, był przyczyną zniknięcia fragmentów.
-Jesteś kretynem, Nadim...- syknął gniewnie Amir, zaciskając pięści ze złości.- Jesteś cholernym kretynem!- warknął do siebie, wychodząc z pomieszczenia. Wszedł na salę, potykając się o leżącego w przejściu mężczyznę.
Młodzik, jak i wczorajszego dnia, stał za kontuarem i jako jedyny z całego obecnego wewnątrz, nielicznego towarzystwa, wydawał się być trzeźwy. Gospodarz przysiadł obok niego, na stołku, skupiwszy wzrok na wchodzącym mężczyźnie.
-Widziałeś jak mój kompan wychodził?- zwrócił się do niego nerwowo Amir.
-Hę...? Twój kompan...?- gospodarz uśmiechnął się szeroko.- Ten z uszami jak pies...?
Amir skinął głową.
-Rzeczywiście jest specyficzny, ha, ha! Powiedz mi...- człowiek nachylił się w kierunku mężczyzny i szepnął konspiracyjnie- Czy jego matka miała jakąś... tego... słabość do zwierząt...?
-Nigdy nie słyszeliście tu o potomkach wilków?- mruknął Amir, wzdychając ze zniecierpliwienia.
-Nigdy!
-Więc macie szczęście.- stwierdził, przypominając sobie, z jaką radością powitali Nadima ci, którzy mieli do czynienia z jego rodakami. Nie żeby ta radość nie była usprawiedliwiona.- Więc widziałeś kiedy wychodził?
-Ja...? Skąd!
-Ja widziałem, panie.- odezwał się spokojnie młodzik.- Wyszedł z samego rana. Nie wrócił od tamtej pory. Nie mówił dokąd idzie.
To akurat było oczywiste. Chociaż w przypadku Nadima niekoniecznie. On był tak tajemniczy w swoich poczynaniach, że Amir wcale by się nie zdziwił, gdyby wykrzyknął wszem i wobec, że wbrew woli przyjaciela idzie do pradawnego mędrca, który wręczy mu fragmenty kryształów, potrzebne mu do pokonania demona. Istny bohater się znalazł, do diabłów wszelkich! Zapomniał już chyba o wszystkich pozostałych wspaniałych istotach i ludziach, których spotkali do tej pory na swojej drodze. Amir nie przypominał sobie, by któryś z nich był równie przyjazny. Ale nie! Nadim musiał wszystko sprawdzić osobiście! Głupek, przeklęty głupek, oby nie musiał się przekonać na własnej skórze o swojej pomyłce!
Wyszedł szybko z gospody, ale ledwie kilka kroków dalej, dostrzegł zmierzającego w swoim kierunku kompana. Nadim spojrzał na niego, po czym gotów był chyba wyminąć go bez słowa, gdyby mężczyzna nie zatrzymał go przy sobie.
-Co ci odbiło, do diabła?!- wrzasnął na niego, chwytając go za ramiona.
-O co ci znowu chodzi?- zapytał chłodno Nadim.
-Zabrałeś kryształy! Kompletnie zwariowałeś?! Zapomniałeś już o tym, co ci wczoraj powiedziałem?!
-Byłeś pijany. Bredziłeś.
-Nie szukaj sobie wymówek! Powiedziałeś, że tam nie pójdziesz!
-Wcale nie.- sprostował uparcie Nadim.- Powiedziałem, że nie jestem kretynem. I w przeciwieństwie do ciebie, zamierzam znaleźć wszystkie kryształy, bez podejrzewania każdego przyjaznego nam człowieka o złe zamiary.
-Po jakie licho je ze sobą wziąłeś?!- nie rozumiał mężczyzna.
-Chciałem sprawdzić czy ma ze sobą fragment, ale najwyraźniej go nie miał. I udowodnić kim jestem, ale chciał rozmawiać z tobą.- mruknął Nadim.- Ale oczywiście ty jesteś tak uparty i...
-A więc masz kryształy?- przerwał mu z ulgą Amir.
-Oczywiście, że tak!- odparł z cieniem irytacji potomek wilków, wsadzając dłoń do kieszeni.- Masz mnie za...- ale w tym momencie umilkł, a na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Przełknął ślinę. Przeszukał drugą kieszeń, a później raz jeszcze wrócił do tamtej... Sięgnął do trzymanego przez siebie płaszcza, śledzony coraz bardziej niespokojnym wzrokiem kompana. I gdy wreszcie po raz trzeci już chyba z kolei sprawdził wszelkie możliwe miejsca, stało się jasne, że kryształy przepadły.- Nie wiem, jak to się stało...- powiedział Nadim, wyraźnie zagubiony.- Miałem je cały czas przy sobie, później mu je pokazywałem, przecież zabrałem je z powrotem... Nie wiem... Przecież bym ich nie zgubił...
-TY KRETYNIE! TY SKOŃCZONY KRETYNIE!- to było zdecydowanie zbyt wiele jak na wytrzymałość Amira. Zacisnął mocno palce na ramionach kompana i zaczął szarpać nieszczęśnika, jakby łudząc się, że cokolwiek w ten sposób uzyska. Nadim był kompletnie zdezorientowany.- ZABIJĘ CIĘ! TY IDIOTO, JA CIĘ PO PROSTU ZABIJĘ!- wrzeszczał wciąż mężczyzna, wściekając się coraz bardziej tym, że nie słyszał żadnej odpowiedzi.
Nadim chyba naprawdę przeraził się tych deklaracji.
-Mówiłeś, że nasze życie jest ważniejsze od kryształów.- zauważył, odrobinę płochliwym głosem.
-Niech cię szlag!- zaklął Amir, puszczając towarzysza i odsuwając się nieco. Czuł, że zaraz komuś przywali, a z racji tego, że jedynym obiektem w okolicy był aktualnie jego towarzysz i główny winowajca całego zajścia, nie wróżyło to niczego dobrego. Musiał się uspokoić. Musiał się po prostu uspokoić i chwilę pomyśleć...- Pokazałeś je tylko temu... kupcowi?- upewnił się Amir, przypominając sobie to, co mówił mu wczoraj potomek wilków.- To był kupiec, tak?
-Tak.- potwierdził Nadim ze skinieniem głowy.- Tylko jemu.
-Kiedy wracałeś... Sprawdzałeś, czy masz kryształy...?
-Nie... Nie, chyba nie...- przyznał z zawstydzeniem Nadim.- Ale nie wróciłem od razu do gospody. Trochę się pałętałem... Tu i tam...
Amir westchnął ciężko.
-Chodźmy do miejsca, w którym się z nim spotkałeś.- zarządził.
Nadim szybko zrozumiał swój błąd. Kiedy szli miastem, kajał się i przepraszał, mówił, że absolutnie się tego nie spodziewał i był już prawie pewien, że został oszukany i okradziony. Amir po prostu milczał. Milczenie, jak się czasem okazywało, było lepszym rozwiązaniem niż poćwiartowanie swojego kompana. Chociaż drugą opcję, mężczyzna też jeszcze brał pod uwagę. Oczywiście w miejscu, w którym Nadim umówił się z kupcem, mężczyzny już nie było. Nie pozostało im więc nic innego, jak udać się na targowisko, o tej porze niemalże opustoszałe, zarówno z klientów, jak i kupców. Nic dziwnego, wszelkie święta miały to do siebie, że dało się za jednym zamachem, i dużo zarobić, i dobrze wyspać. Nie było potrzeby rozkładania interesu, podczas gdy ewentualni zainteresowani sami rozłożyli się gdzieś nad ranem albo właśnie budzili się z okropnym bólem głowy... a czasem nawet innych partii ciała, co zawsze budziło pewnego rodzaju dezorientację. Tak czy inaczej, udało im się trafić akurat na dwoje mniej zabawowych kupców.
-Szukamy człowieka o imieniu Garret.- poinformował Amir jednego z nich.- Ma tutaj swoje stanowisko...?
-Garret?- powtórzył zdumiony mężczyzna.- Tutaj...?
-Chodzi mi o kupca.
-Garret kupiec?- zdziwił się drugi, po czym obaj popatrzyli po sobie i parsknęli śmiechem.- Jedyny Garret jakiego znam to pijak i łajdak! Próbował coś z początku z własnym interesem, podobno nawet zajmował się lichwą, chociaż nie wiem w jaki sposób, skoro nie miał grosza przy duszy... Lepiej trzymać się od niego z daleka. Ma lepkie ręce, a żaden przyzwoity zawód się takich nie trzyma.
-Och. Więc nie jest mędrcem...?- zapytał z ironią Amir.
Nadim spojrzał na niego niemalże błagalnie. No dobrze, nie kopie się leżącego.
-Co takiego...?- nie rozumieli kupcy.
-Nic a nic. Gdzie możemy znaleźć tego... Garreta?
Pierwszy z mężczyzn wzruszył ramionami. Drugi w pierwszej chwili uczynił to samo, ale po chwili namysłu powiedział:
-W sumie kręci się cały czas w tej okolicy... Ale jest taki dom, kawałek stąd... Zdaję się, że tam ukrywał się po raz ostatni, kiedy miał kłopoty... Może wciąż jeszcze tam pomieszkuje...?
Amir poprosił o dokładniejsze objaśnienia i wkrótce udali się we wskazanym przez kupca kierunku. Jedynym, co pocieszało mężczyznę, był fakt, że cały ten Garret nie wydawał się ani szczególnie inteligentny, ani szczególnie groźny. Z opisu przypominał raczej pierwszego lepszego chłystka i złodzieja. Trudno było uznać takiego za poważnego przeciwnika, a jeszcze trudniej było Amirowi wyobrazić sobie, że ten rzeczywiście próbował zastawić na nich pułapkę. Chociaż nadal niewyjaśnionym pozostawało to, skąd mężczyzna wiedział o nich i o kamieniach. Jeśli Nadim niczego nie pokręcił, ten rzekomy kupiec, zwany też mędrcem, tudzież łajzą, doskonale orientował się w sytuacji.
Znaleźli opisany przez kupców budynek i weszli do środka. Była to zwykła rudera, okropnie cuchnąca moczem i zgnilizną. Na parterze znajdowały się dwa pomieszczenia, z czego oba były puste. Amir usłyszał jednak kroki na piętrze i tam też się udali. Po cichu otworzyli drzwi i oczom mężczyzny ukazał się rudowłosy człowiek w średnim wieku. Kucał nad jakąś skrzynką, odwrócony do nich plecami. Nadim skinął głową, dając kompanowi znak, że to z nim miał do czynienia.
To całkowicie wystarczyło Amirowi, który natychmiast podszedł do mężczyzny, po czym przydusił go do podłogi, nie omieszkając przy tym uderzyć o nią jego twarzą. Tamten krzyknął, zdezorientowany.
-Czego chcesz...? Czego chcesz...?- zapytał przerażony, usiłując obejrzeć się za siebie i dostrzec twarz napastnika.
-Gdzie są kryształy?- rzucił Amir.
-Co takiego...?
-Gdzie są kryształy?- powtórzył raz jeszcze mężczyzna, sięgając po miecz i przysuwając jego ostrze do gardła leżącego na brzuchu mężczyzny.
-C-Co...?- bąknął tamten.
Amir przewrócił go gwałtownie na plecy, wciąż mierząc wprost w jego szyję.
-Nie zapytam po raz kolejny.- syknął ostrzegawczo.
Mężczyzna wbił w niego przerażone spojrzenie, po czym zerknął na potomka wilków.
-Och! To ty!- zawołał, po czym przeniósł wzrok na Amira.- Więc ty musisz być tym, o którego jej chodziło...
-O czym ty mówisz...?- zapytał bez zrozumienia Amir.
-Chodzi wam o te dziwne kamienie...?- dopytał człowiek.
-Gdzie one są...?
-Nie mam ich!- odparł natychmiast mężczyzna.
Amir sapnął z poirytowaniem.
-Mam nadzieję, że nie miałeś w planach żyć długo i szczęśliwie...- warknął, uzyskując natychmiastową reakcję:
-Nie, nie, błagam, mówię prawdę, przysięgam, mówię prawdę!- wyrzucił z siebie na jednym oddechu rzekomy kupiec.- Ukradłem je, tak, ale ich nie mam! Zresztą... To wszystko jej wina!- dodał, przenosząc pełny paniki wzrok to na jednego, to na drugiego z kompanów.- Tej kobiety! To ona wszystko wymyśliła! Nawet zapłaciła...- dodał, wskazując na stojącą obok skrzynię.
Amir dał towarzyszowi znak, by ten do niej zajrzał. Była wypełniona złotem. Mężczyzna nadal nic z tego nie rozumiał.
-Zapłaciła ci, żebyś ukradł kryształy...?- zapytał Amir, nie będąc pewnym znaczenia słów złodziejaszka.
Ten umilkł na chwilę, po czym odparł:
-No... Nie... Zapłaciła, żebym przyprowadził tego drugiego! To znaczy ciebie najwyraźniej!- stwierdził, spoglądając na Amira.
-Co takiego...?- zdumiał się mężczyzna.- Z jakiego powodu...?
-Nie wiem, nie pytałem! Kto by pytał za taką sumę...?- dodał, chociaż sprawiał wrażenie człowieka, który nie pytałby za żadną sumę.- Po prostu przyszła tu któregoś dnia. Zaczepiła mnie. Powiedziała mi w czym rzecz i zapłaciła, a obiecała jeszcze więcej... Mówiła, że nie chce zamieszania.
-To ona ci powiedziała o kryształach...?
-Pokazała mi, kogo mam zaczepić. Tego, z ogonem.- rzucił, spoglądając na Nadima, jakby ktokolwiek mógł mieć wątpliwości o kim mowa.- Powiedziała, żebym z nim porozmawiał. Mówiła, że mam powiedzieć o tym, że mam kamień, którego szukają, więc powiedziałem. Nie wiedziałem o co chodzi, ale gdy z nim rozmawiałem, mówił coś o pozostałych... Domyśliłem się, że jest ich więcej.
-Ale skąd ona o nas wiedziała?- Amir kompletnie tego nie pojmował. Gotów był nawet w pierwszej chwili przypuszczać, że cała historyjka jest niczym innym, jak tylko wymysłem, za pomocą którego złodziej chce zrzucić z siebie winę, ale zarzucenie mu przebiegłości byłoby kiepskim żartem. Poza tym musiał skądś o wszystkim usłyszeć.
-Nie wiem! Mówię przecież, że wcale jej nie znałem! A to była dobra robota i jaka łatwa! Miałem tylko ściągnąć tego drugiego... Ciebie... Ale nie przyszedłeś...
-Jak wyglądała?- zapytał Nadim.
-Bo ja wiem... Nie przyglądałem jej się aż tak dobrze... To była taka... bogata pani... Arystokratka, tak myślę. Ale taka arystokrata bez powozu, i bez służby, przyszła zupełnie sama.
-A bardziej szczegółowo?- zapytał ze zniecierpliwieniem Amir.
-No mówię, nie przyglądałem się jej.
-Nie przyglądałeś się komuś, kto zapłacił ci takie pieniądze?!
-A po co się miałem przyglądać...? Zbyt urodziwa to ona nie była...- dodał cicho pod nosem.
Amir i Nadim popatrzyli po sobie. Mężczyzna liczył, że może chociaż jego kompan będzie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, ale ten wyglądał na równie zdziwionego całą sytuacją. Jeśli ta kobieta pytała o niego, to chyba Amir powinien wiedzieć najlepiej, kto to taki. Z tym, że on z kobietami nie miał nic wspólnego.
-A co z kryształami?- rzucił Amir, spoglądając na złodzieja surowo.
Ten odkaszlnął nerwowo.
-Jak już ten z ogonem przyszedł i w dodatku sam... I pokazał mi te kamienie... Przecież wiedziałem, że muszą być dużo warte, no! Miałem przegapić okazję...?
-Wyszłoby ci to na zdrowie...- syknął Amir.- Pytam po raz ostatni, gdzie one są...?
-Nie mam ich, przysięgam! Ta... kobieta... przyszła tutaj później. Zaraz po tym, jak wróciłem. Chyba mnie obserwowała. Zabrała kamienie ze sobą.
-Och... I tak po prostu jej na to pozwoliłeś...?- zironizował Amir.
-A miałem wybór...? Nie chcę mieć problemów z takimi jak ona!
-Gdzie mogę ją znaleźć?
-Bo ja wiem... Biedny człowiek ze mnie...- złodziejaszek chyba zapomniał o sytuacji w jakiej się znajduje i nagle zebrało mu się na odwagę.
-Mam mało pieniędzy, a jeszcze mniej cierpliwości...- ostrzegł go w odpowiedzi Amir.
-Kazała mi cię przyprowadzić do tej spalonej dzielnicy. Nie wiecie...? Same zgliszcza, kiedyś wybuchł tam pożar i część miasta się spaliła, do tej pory tego nie odbudowali... Spotkałem ją tam pierwszy raz. Niczego więcej już nie wiem, naprawdę!
Wyglądało na to, że rzeczywiście nie dowiedzą się już niczego więcej. Amir puścił mężczyznę i obaj wyszli z budynku, nie mając innej możliwości, jak tylko udać się we wskazane przez niego miejsce. Żaden z nich nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Ktoś ich szukał. Ktoś wiedział o kryształach. W dodatku kobieta? Dziwne.
-Nie rozumiem, jak mogłeś uznać tą łajzę za „człowieka posiadającego wielką wiedzę”...- zironizował Amir, spoglądając na swojego kompana z politowaniem.
-Był bardziej przekonujący, gdy rozmawiał ze mną.- odparł ze skruchą Nadim.
-Trzeba było przyłożyć mu ostrze do gardła. W takich okolicznościach, ludzie stają się zazwyczaj trochę bardziej prawdomówni... Ciekawe dlaczego...
Szli chwilę w milczeniu. Miasto znowu budziło się do życia i kolorowy tłum lgnął na ulicę, nie znużony wcale wczorajszym dniem. Znów słychać było śpiewy i muzykę. Amir nadal nie potrafił pojąć, z jakiej przyczyny ktoś miałby go szukać. Pomijając sprawę kryształów, oczywiście. Chociaż przecież mogło chodzić wyłącznie o nie. Jeśli ktoś ich obserwował, mógł dobrze zdawać sobie sprawę z tego, który z nich je przy sobie ma. Ale skoro tak łatwo było je wykraść, czy nie lepiej było uczynić to od razu, zamiast bawić się w tego rodzaju podchody...?
-Nie masz pojęcia, co to za kobieta, prawda...?- zapytał Nadim, jakby sprawa nie była oczywista.
-Wyobraź sobie, że nie mam zbyt wiele wspólnego z kobietami.- zauważył pobłażliwie Amir.- A co, myślałeś, że to moja była, obecna albo przyszła kochanka...?
-Raczej nie.
-Gdyby chodziło o ciebie, sprawa byłaby prostsza. Chociaż nie... Wtedy musiałbyś się wysilać i przypominać sobie, która z twoich dam może cię szukać, a miałeś ich tyle, że pewnie połowy nie pamiętasz...
-Wcale nie miałem ich tak wielu.- zaprotestował potomek wilków, po czym dodał złośliwie- Chociaż nie ograniczyłem się jedynie do dwóch...
Amir nie mógł puścić tej uwagi mimo uszu. Zerknął na kompana morderczo.
-Ja nie rzucam się na wszystko dookoła.- odparł wyniośle.- Biorę to, co najlepsze.
-Ja też.- Nadim uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.- Jak widać mnie „najlepsze” trafia się częściej...
Mężczyzna jeszcze raz zmierzył towarzysza spojrzeniem dalekim od pełnego miłości i nie mogąc wymyślić żadnej riposty, ostatecznie umilkł. Dotarli do tej części miasta, w której niegdyś wybuchł pożar. Rzeczywiście, wokół widać było głównie zgliszcza i pozostałości domów, które wyglądały tak, jakby lada chwila miały ostatecznie runąć. Tutaj zabawa nie sięgała. Amir nie dostrzegł nikogo, chociaż wydawało mu się, że byłoby to idealne miejsce dla wszelkiej maści rzezimieszków, którzy nie mieli się gdzie podziać. Ale do arystokratki nie pasowało wcale.
-Co ta kobieta miałaby robić w takim miejscu...?- zapytał właściwie samego siebie, mając problemy ze znalezieniem odpowiedzi. Wydawało mu się, że umknął mu jakiś istotny szczegół.
-Raczej tu nie mieszka. Pewnie wybrała je jedynie po to, by spotkać się z tamtym człowiekiem.
-Jeśli ma pieniądze i pozycję, chyba powinna się trzymać z daleka od takich okolic... I od takich ludzi także. Nie mogła znaleźć kogoś lepszego, kto załatwiłby wszystko bardziej skutecznie...?
-Może dopiero co tu przyjechała. Nie musi przecież wszystkich znać.
To akurat było logiczne. Jeśli o nich wiedziała, to musiała ich obserwować. A jeśli tak, pewnie przybyła za nimi. Ale czy to możliwe, żeby nie udało im się zorientować, że są obserwowani? Zresztą, w jakim właściwie miejscu mieliby na nią natrafić? Ostatnio tułali się głównie po lasach, czasem natrafiali na wioski, ale tam raczej trudno odnaleźć wysoko urodzone kobiety ze skrzyniami pełnymi złota.
-Jeśli szukała ciebie, może to ktoś z twojego królestwa.- odezwał się w zamyśleniu Nadim.- Może twój wuj kogoś wysłał.
-Mój wuj...?- Amir spojrzał na niego z politowaniem i parsknął śmiechem.- Nie powiedziałby nikomu o kryształach. A nawet jeśli uznałby to za konieczne, to tylko komuś zaufanemu. A już na pewno nie kobiecie!
-Nie do końca rozumiem twoją awersję do kobiet.- przyznał potomek wilków.
-To nie awersja. Po prostu nie jestem zainteresowany.
-Ja jestem, ale przez to nie patrzę na każdego mężczyznę z pogardą.
-Za to patrzysz na każdą kobietę jak na potencjalną kochankę, przez co kompletnie durniejesz. Tak czy inaczej, kimkolwiek była, naprawdę nie sądzę by jeszcze mogła...
Nagle coś zasłoniło słońce. Obaj zatrzymali się i wznieśli oczy ku niebu. To, co zobaczyli, zaszokowało ich obu. Usta Amira rozchyliły się ze zdumienia.
-Niech to szlag...- zdołał jedynie wydusić, widząc nad sobą ogromne skrzydła, które załopotały nagle, a chwilę później, szpony zacisnęły się na jego ramionach i wzniósł się w powietrze, nadal ledwie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
Z niewiarygodną szybkością, przeleciał ponad kilkoma nadpalonymi i zniszczonymi budynkami, by wreszcie zostać upuszczony nad jednym z nich. Przeleciał przez ledwie trzymający się dach i upadł na podłogę, na którymś z pięter. Ta zatrzeszczała ostrzegawczo pod jego ciężarem. Dźwignął się z trudem na nogi. Drzazgi powbijały mu się w dłonie, gdy się podnosił. Znajoma mu kobieta, chociaż w tej formie, Amir nie był pewien, czy rzeczywiście słusznym było określanie jej tym mianem, wylądowała nagle obok niego, wciąż w swojej ptasiej postaci. Chwycił błyskawicznie za miecz. Usiłował się nim zamachnąć, ale nie zdążył, bo istota ruszyła wprost na niego, powalając go na ziemię i wytrącając jego broń, która chwilę później została przez nią odrzucona na bok. Zagrodziła mu do niej drogę. Mężczyzna cofnął się pod ścianę i spojrzał na nią, nie wiedząc, co dalej robić. Obserwowała go przez chwilę, nie mówiąc ani słowa, aż nagle pióra zaczęły powoli zanikać, rysy twarzy zrobiły się łagodniejsze, szpony na powrót zamieniły się w stopy. Szlachcianka z gospody. Stała przed nim tak samo jak pierwszego dnia, gdy się spotkali. Elegancko ubrana i pozornie niegroźna. Tylko patrzyła na niego inaczej niż wtedy.
-Nie chciałam zrobić ci krzywdy.- powiedziała, zbliżając się do zdezorientowanego Amira.
-Czego chcesz...?- zapytał, nie mając pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.
Zatrzymała się w połowie drogi i westchnęła z przejęciem.
-Sądziłam, że mnie oszukałeś... Okłamałeś, jak i wszyscy inni...- powiedziała cicho, spoglądając mężczyźnie prosto w oczy. Amir zerknął w kierunku miecza, ale miał marne szanse, by dotrzeć do niego, nim ona to zrobi. Miał nadzieję, że Nadim się pospieszy.- Ale nie mogłam wyrzucić tego z pamięci. Dotarłam do twojego królestwa i sprawdziłam wszystko to, co mi wtedy powiedziałeś... Amir... Szlachetnie urodzony... Najstarszy z adoptowanych synów rządzącego tam króla... Następca tronu...- ostatnie słowa wymówiła z wielkim przejęciem, składając przy tym dłonie jak do modlitwy.- Mówiłeś prawdę...
-Czego chcesz?- powtórzył ostro Amir, nadal nie wiedząc, do czego to wszystko zmierza. Ta kobieta mówiła prawdę...? Rzeczywiście była w jego ojczyźnie...?
-Wiem, jak musisz na mnie patrzeć!- jęknęła z trwogą.- Choć i tak patrzysz inaczej niż wszyscy pozostali, widziałam, dostrzegłam to w twoich oczach! Oni... Nigdy nie rozumieli! Przeklęte stado głupców i miernot! Mój ojciec był kiedyś szanowanym szlachcicem! Dobrym człowiekiem i gospodarzem, miał swoje ziemie, swoje bogactwa, niewolników i zastępy wojska! Mówiono nawet, że zostanie królem! Ale spadło na niego okropne brzemię! Klątwa, którą rzucił któryś z jego przeciwników i która zmieniła go... zmieniła go w potwora!- rzuciła płaczliwie, skrywając na chwilę twarz w dłoniach.- Nie był w stanie się powstrzymać, za każdym razem gdy wpadał w gniew, działo się to samo... I to przekleństwo spadło na nas wszystkich! Na całą naszą rodzinę! Ojca omal nie pozbawiono życia. Był zmuszony do ucieczki, ale ostatecznie sam je sobie odebrał, nie mogąc znieść hańby i utraty dawnego życia! Uciekłyśmy razem z matką i siostrą... Matka wyszła ponownie za mąż, ale gdy hrabia odkrył jej tajemnicę, kazał ją zamordować... Siostra... Siostra również znalazła męża. Długo skrywała swój sekret, ale wkrótce po urodzeniu dziecka, wydało się to, czym była... Została porzucona i zdradzona! Rozszarpała tego, który to uczynił na strzępy! Nikt nie kocha tak bardzo jak my, musisz to wiedzieć...- szepnęła, co było dość dziwną deklaracją, zważywszy na jej poprzednie słowa.- Ale ty... Ty już wiesz... I wiem, że będziesz w stanie zrozumieć...- ruszyła ponownie w jego kierunku. Amir wbił w nią pełne niezrozumienia spojrzenie.- Tyle razy wydawało mi się, że będę gotowa oddać komuś serce... Ale nigdy nie znalazłam kogoś takiego jak ty... Jesteśmy dla siebie stworzeni.
Amir zamrugał z niedowierzaniem.
-Że co...?- parsknął.
-Jestem ci przeznaczona.
-Bardzo wątpię.- odparł natychmiast mężczyzna.
-Mam pewność. Jesteśmy dokładnie tacy sami... Wysoko urodzeni, z przyzwoitych, majętnych rodzin, wysoko postawionych rodów... Jesteś tym, na którego oczekiwałam. Będę kochała cię wiecznie.
Amir spoglądał na nią jak na wariatkę. Zaczynał rozumieć do czego to wszystko zmierza. Sprawy zaszły stanowczo zbyt daleko.
-Nawet mnie nie znasz.- zauważył stosunkowo subtelnie, licząc na prędkie przybycie kompana.
-Poznałam cię wystarczająco, by wiedzieć, kim jesteś.- odparła z pełnym przekonaniem.- A ty będziesz miał wystarczająco dużo czasu, by poznać mnie... Gdy już weźmiesz mnie za żonę, obejmiesz władzę nad krajem i...
-Nie zostaniesz moją żoną. A ja nie obejmę żadnej władzy.- przerwał jej niecierpliwie Amir.- To jedna, wielka pomyłka, królem zostanie mój brat.
-To bez znaczenia!- rozsądziła, klękając przy nim i uśmiechając się delikatnie.- Choćbyś miał być ledwie mieszczaninem... Liczy się urodzenie! Tego właśnie ludzie nie są w stanie pojąć! Liczy się to, co ma się we krwi! A ty masz we krwi to, co najlepsze i to nas łączy... Połączy na wieki...
-Nie zamierzam się z nikim łączyć na wieki, do licha!- zirytował się mężczyzna.- Poza tym... Widzisz mnie na oczy drugi raz, do diabła! Zresztą, jak mnie w ogóle znalazłaś?!
-Nie było łatwo, ale byłam gotowa zrobić wszystko dla ciebie! Nadal jestem! To na tym ci tak zależy, prawda...?- zapytała, zdejmując z szyi woreczek z kryształami. Amir wyciągnął po niego dłoń, ale cofnęła się, nie pozwalając mu go zabrać.- To te kamienie kolekcjonujesz...? Więc znajdę ich dla ciebie tak wiele, jak tylko zechcesz! Znajdę nawet piękniejsze, bardziej szlachetne i cenne! Tylko mnie kochaj tak, jak ja ciebie!
-Oddaj je.
W tym momencie rozległy się kroki. Schody trzeszczały głośno pod czyimiś stopami i chwilę później, na piętrze znalazł się zdyszany Nadim, który zatrzymał się tuż przy wejściu.
-Ani drgnij, przebrzydły zwierzaku!- syknęła w jego kierunku kobieta, wstając. Patrzyła na niego tak samo jak wcześniej, z pogardą i obrzydzeniem.- Będę rozmawiała z twoim panem, a ty lepiej zniknij mi z oczu!
-On nie jest moim panem.- odpowiedział Nadim, sięgając po łuk i nakładając nań strzałę.- A tobie do zwierzęcia też całkiem blisko...
-Jak śmiesz!- krzyknęła z oburzeniem. Rysy jej twarzy zaczęły zaostrzać się lekko, tak samo jak wtedy, gdy się przemieniała.
Amir wstał i ruszył w stronę miecza.
Kobieta odwróciła się gwałtownie w jego kierunku.
-Co ty robisz...?- zapytała bez zrozumienia.
-Oddaj kryształy.- rzucił Amir na tyle spokojnie, że można było to nawet nazwać prośbą. Chociaż prośby wymawiane z bronią w ręku zawsze mogą zostać źle odebrane.
-Tylko na tym ci zależy...?- szlachcianka spojrzała na niego niemalże z desperacją.- Każ mu odejść.- dodała, wskazując głową w kierunku potomka wilków.- Dostaniesz co tylko zechcesz. Razem z moją miłością.
Nadim uniósł brwi w geście zdumienia, po czym wybuchnął śmiechem. Chyba nie tego rodzaju „opresji” się spodziewał.
-Nie chcę twojej miłości! Niczego od ciebie nie chcę!- odwarknął Amir.- Po prostu oddaj to, co nasze.
-Nie chcesz...? Nie chcesz?!- powtórzyła kobieta i niemalże zatrzęsła się z wściekłości.- Wszyscy tacy sami, wszyscy, co do jednego! Wielcy panowie! Tylko uroda i bogactwa im w głowie! Nie chcą kobiety rozsądnej, kobiety statecznej, kobiety z wyższych sfer, o nie! Im wystarczy byle wieśniaczka, o ile będzie wystarczająco piękna, by spełnić ich wymagania! Nie liczą się wartości, zasady, nie liczy czystość krwi! A więc mnie nie chcesz...? Więc nie dostaniesz też tego!- syknęła mściwie, ściskając w dłoniach fragmenty kryształu.- Zabiorę je, zniszczę, schowam tak daleko, że choćbyś przeszukał cały świat, nie uda ci się ich znaleźć! Żebyś pamiętał, że człowiek zasługuje na bogactwa, na honory, na szacunek, tylko wtedy, jeśli wybierze właściwie! Będziesz więc żałował swojej decyzji tak długo, aż wreszcie zdołasz dostrzec to, jaki błąd popełniłeś...- z chwili na chwilę jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy i wysoki. Twarz zaczęła zmieniać się coraz bardziej, ramiona zaczęły porastać pióra.
Stało się bardziej niż oczywiste, że nie umiała kontrolować swojej przemiany. Gdy całe ręce przekształciły się w skrzydła, woreczek z fragmentami upadł na podłogę. Amir chwycił go prędko i odsunął się pod ścianę, widząc jak zmieniająca się jeszcze kobieta miota się i wrzeszczy ze złości. Ruszyła w jego kierunku, zatrzymując się ledwie centymetr przed wycelowanym w jej stronę ostrzem.
-Zostaw nas w spokoju.- powiedział Amir.
Odwróciła się. Spojrzała na potomka wilków, który już do niej nie celował, a jedynie spoglądał w jej kierunku w sposób, który mógłby przywodzić na myśl nawet litość.
-Maszkara! Potwór! Tak mówią, gdy mnie zobaczą! I jak widać nigdzie już nie pasuję!
To powiedziawszy, oderwała się od ziemi i wzbiła w powietrze. Amir i Nadim spojrzeli po sobie po raz kolejny.
Obaj bardzo by chcieli spotkać na swojej drodze kogoś, do kogo chociaż odrobinę pasowałoby słowo „normalny”.

Amir nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że na ulicach było jeszcze więcej ludzi niż wczorajszego dnia. Kolorowe tłumy, śpiewy, które coraz mniej odnosiły się do kwestii religijnych, a częściej kierowane były do młodych dziewcząt, tańce i pijaństwo były dosłownie wszędzie. Mężczyzna był spokojniejszy, udało mu się trochę rozluźnić po tym, jak przekonał się, że właściwie nic mu nie grozi. Nic, prócz z niezrozumiałych przyczyn zainteresowanej nim istoty, kobiety, należałoby dodać, która w nerwach potrafiła zmienić się w ogromnego ptaka i gotowa była poćwiartować ewentualnego kochanka za zdradę. Nie dziwił się zbytnio, że nie znalazła sobie wielu adoratorów i chętnych do ożenku. Pierwszy zresztą raz zdarzyło mu się coś podobnego. Był młody, całkiem przystojny, miał pieniądze i pozycję, powinien być więc chyba najbardziej obleganym przez niewiasty jegomościem, ale w rzeczywistości nie wzbudzał szczególnej fascynacji płci przeciwnej. Jak sądził – niewątpliwie przez swoje upodobania. Ewentualnie przez to, że w towarzystwie kobiet nie przebywał i z żadną nie chciał mieć nic wspólnego. A, że bywał opryskliwy i nietrudno było wprowadzić go w stan irytacji, nie roiło się wokół niego od kandydatek na żonę. Na całe szczęście. Nadim śmiał się z tego wszystkiego. Amir nieco uszczypliwie zwracał mu uwagę na to, że ktoś, kto w złodziejaszku dopatrzył się mędrca i omal nie stracił wszystkiego, co udało im się znaleźć, nie powinien mieć wielkich powodów do radości. Ale właściwie, powody do radości były, odkąd przekonali się obaj, że to nie żadne tajemne siły. Amir zaczynał się nad tym zastanawiać coraz bardziej, chociaż nie dzielił się swoimi rozważaniami z towarzyszem, nie chcąc prowokować niepotrzebnych sporów. Gdzie, u diabła, był ten demon? To zaczynało być coraz bardziej niedorzeczne. Czy nie powinien się już przy nich pojawić? Wysłać swoich sługusów, żeby ich zabili, ewentualnie pofatygować się samemu, czy też chociażby pogrozić im palcem i ostrzec, że jak nie przestaną, to zje ich dusze, czy coś podobnego? Na co on właściwie czeka? Aż zbiorą wszystkie fragmenty i w końcu go unicestwią? Do tej pory, coraz bardziej skłonny był wierzyć w jego istnienie. Może dlatego, w zdarzeniu, o którym opowiadał mu Nadim, początkowo dopatrywał się jego ingerencji. Ale teraz...? Wątpił coraz bardziej. Szukali kilkunastu kamieni, żeby zniszczyć coś, co ani się nimi specjalnie nie przejmowało, ani nawet nie dawało żadnych dowodów na swoje istnienie. Bo cóż robił ten demon? Zabijał? Niszczył? Zrównywał miasta z ziemią? Porywał niemowlęta? Nic a nic, jakby go wcale nie było. I może to była właśnie odpowiedź na wszelkie wątpliwości. Demon nie istniał. A nawet jeśli, to zginął wtedy, gdy zginął Fortis. Chyba tylko ten kryształ mógł stanowić poparcie coraz mniej prawdopodobnej tezy o jego istnieniu. Ale jeśli ktoś nie jest skłonny zabić tych, którzy mają za zadanie zabić jego, albo jest wyjątkowo łaskawy, co do istoty żerującej od wieków na ludziach nie pasuje, albo wyjątkowo głupi, co też podobno nie jest prawdą. Mieli się mierzyć z potężnymi siłami, do licha! Nie żeby tego Amir sobie życzył, ale nie dało się ukryć, że widział w tym wszystkim coraz mniejszy sens. Spotkali na swojej drodze takie dziwactwa, o których istnieniu mężczyzna nie miał pojęcia, ale ten jeden, rzekomo prawdziwy demon, nie miał ochoty się im ujawnić albo w jakiś sposób im przeszkodzić? To wszystko było pozbawione logiki. Nie żeby wcześniej jakąś miało, ale wtedy Amir zachowywał pewien stan ostrożności i wyczekiwania na ewentualny atak. Ataku nie było. Demona, najwyraźniej, także.
Wrócili do gospody, wypełnionej ludźmi. Amir ruszył w kierunku pokojów, ale jego kompan zatrzymał go przy sobie.
-Napijmy się razem.- zaproponował z uśmiechem.
-Jestem trochę zmęczony...- odparł Amir, co było raczej wymówką, niż stwierdzeniem zgodnym z prawdą. Ale po co mu ta wymówka...? Nie miał pojęcia.
-Przecież obiecałeś.
-Obiecałem, że napiję się z tobą, gdy wrócimy do domu. Cali i zdrowi.- parsknął śmiechem mężczyzna.
Jego kompan wciąż uśmiechał się pogodnie, spoglądając na niego z wyczekiwaniem. Amir ostatnimi czasy odkrył, że coraz trudniej było mu przebywać w jego towarzystwie bez specyficznych i zdumiewających dla niego samego myśli.
-Co za różnica...?
Amir zawahał się przez chwilę, po czym skinął głową. Nadim ogarnął go ramieniem i doprowadził do jednego ze stolików. Wszystkie poodsuwane były pod ściany, na środku, w rytm skocznej melodii, tańcowały dziewczęta ze swoimi adoratorami. Potomek wilków podszedł do obleganego zewsząd kontuaru i w końcu powrócił z dwoma piwami. Postawił jedno z nich przed kompanem, zajmując miejsce tuż obok niego. Przez chwilę śledził wzrokiem wirujące pary i grupki, po czym wziął potężny łyk trunku i skierował wzrok z powrotem na bacznie obserwującego go Amira.
-Kto by się spodziewał, że wzbudziłeś w niej takie zainteresowanie.- rzucił z rozbawieniem, wspominając nieszczęsną kobietę.
-Ja na pewno nie...- mruknął cicho Amir.
Czuł się trochę nieswojo.
-Czasem nie zauważa się takich rzeczy- stwierdził Nadim.- Czyichś uczuć...
Amir spojrzał na kompana z uwagą. Rzeczywiście, czasem strasznie ciężko było to dostrzec...
-Ale musiałeś zrobić na niej ogromne wrażenie!- zaśmiał się wesoło potomek wilków. Amir uśmiechnął się odrobinę niemrawo. Nie miał teraz głowy do myślenia o tej kobiecie. Nie widział zresztą sensu, by się nad tym zastanawiać. Myślał o kimś innym, i to go drażniło, deprymowało.- Chociaż niefortunnie wybrała obiekt swojej miłości...
-Fatalnie- przyznał powściągliwie Amir.
Zauważył, że jego towarzysz znowu odwraca się w stronę tańczących. Że uśmiecha się w kierunku spoglądających w jego stronę ludzi. Dziewcząt. Dziewcząt szczególnie. Wcześniej widząc podobne zachowania, uśmiechał się kpiąco pod nosem, czasem rzucał złośliwą uwagę, a teraz... A teraz milczał i drwiny wcale nie były mu w głowie.
-W każdym razie, nie miała całkiem po kolei w głowie...- odezwał się w końcu, chcąc przerwać ciszę.
-To prawda...- potwierdził jego kompan, skinąwszy głową.- Jak wszyscy arystokraci. Przepraszam- dodał, unosząc dłonie w obronnym geście, jakby sądził, że mogło to obrazić jego kompana.- Twoje słowa...
Amir zaśmiał się lekko. Zabawa trwała w najlepsze. Wkrótce Nadim przyniósł im kolejną porcję trunku.
-Nie wstydzę się ciebie- powiedział w którymś momencie Amir. Chciał, żeby przynajmniej to było między nimi jasne. Nadim spojrzał na niego ze zdziwieniem.- Mówię o tym, co powiedziałeś. Nie wstydzę się ciebie. Naprawdę.
-Wiem.- potomek wilków uśmiechnął się ciepło i dotknął jego ramienia.- Jesteś dobrym przyjacielem.
Trochę wypili. Nadimowi zaczął plątać się język, a jednocześnie gadał coraz więcej.
-Chodź. Znajdę ci jakąś miłą kobietę i będziemy tańczyć...- Amir tylko czekał, aż jego kompan zaproponuje coś podobnego i jak zwykle miał rację.
-Raczej nie.- uśmiechnął się w odpowiedzi.
-Więc wystarczająco pijanego mężczyznę.- zachichotał potomek wilków, dotykając lekko jego nadgarstka.- Chodź.
-Nie, nie...- Amir uśmiechnął się przepraszająco, cofając rękę.- Wyruszamy jutro z rana, chciałbym trochę wypocząć...
Wyplątawszy się z próśb i nagabywań towarzysza, ruszył do pokoju. Zatrzymał się jeszcze na chwilę, obserwując, jak potomek wilków chwyta jedną z kobiet i zaczyna z nią tańczyć. Wszedł do pomieszczenia. Wcale nie był senny, zresztą ciężko byłoby mu zasnąć, słysząc dobiegające z pomieszczenia obok hałasy. Usiadł na łóżku, potarł lekko ramię, wpatrując się przed siebie nieobecnym wzrokiem. Dziwne rzeczy przychodziły mu ostatnio do głowy. To pewnie dlatego, że już od tak dawna jest poza domem, tak myślał. Że Nadim jest jedyną bliską mu osobą. Że on był, jaki był, a potomek wilków, jakby nie patrzeć, był mężczyzną, więc musiało to w nim wzbudzić jakieś odczucia. Problem w tym, że to już nie były „jakieś odczucia”, których nie potrafił nazwać czy określić. To były bardzo jasne odczucia i teraz nie wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić.
Nadim wpadł do pokoju niecałą godzinę później, w stanie lekko mówiąc, nie do końca trzeźwym. Opadł na łóżko i zaczął się śmiać.
-Szkoda, że cię tam nie było...!- westchnął niemalże tęsknie.
-Trzeba było zostać dłużej.
-Nie chciałem, żebyś się beze mnie nudził- odparł z uśmiechem Nadim.- Wy ludzie... Ach, wy ludzie, wy ludzie...
Amir nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jeśli potomek wilków zaczynał zdanie od „wy ludzie” i jego głos pobrzmiewał czymś na kształt uwielbienia to oznaczało tylko jedno – naprawdę był pijany.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie powinieneś tak tańczyć z tymi kobietami, prawda...?- mruknął Amir, niemalże potępiająco.
-Hm...? Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia Nadim, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Szarpiesz nimi na wszystkie strony. Nie można tego robić.
-Dlaczego...?
-Wytrącasz im dzieci z łona!
Nadim słysząc ten argument zaczął śmiać się tak bardzo, że omal nie spadł z łóżka.
-Że co takiego?- zapytał, spoglądając na kompana z szerokim uśmiechem.- W życiu nie słyszałem większej bzdury!
-Wytrącasz im dzieci z łona!- powtórzył z pełnym przekonaniem Amir, odrobinę oburzony rozbawieniem kompana.- To prawda! Nasi medycy tak twierdzą!
-Wasi medycy muszą mieć podobne upodobania do ciebie...- chichotał wciąż potomek wilków, kręcąc z niedowierzaniem głową.- A co jeśli nie są w ciąży...?
-W takim razie będą miały problem, żeby w nią zajść! Na tym to polega! Dlatego z kobietami tańczy się powoli. Tak jak u nas, na dworze. Chociaż to wymaga praktyki...
-Taniec wymaga praktyki...?- Nadim spojrzał na niego z politowaniem.
Amir prychnął tylko i pokręcił głową. A niech nie słucha! Już on wiedział swoje! Nic dziwnego, że potomkowie wilków mieli coraz mniej potomków, jeśli każdy z nich zachowywał się w tak nieokrzesany sposób! W taki sposób mogli tańczyć co najwyżej chłopi, natomiast szlachta i arystokracja... Chociaż... Chociaż chłopi właściwie mieli zazwyczaj sporo dzieci. Nieważne zresztą. Medycy zawsze mają rację.
Nadim podniósł się z łóżka i ruszył w kierunku Amira. Zatrzymał się przed nim i wyciągnął w jego kierunku dłoń. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco, nie mając pojęcia, o co może mu chodzić.
-Pokaż mi.- rzucił z lekkim uśmiechem.
Amir parsknął śmiechem sądząc, że to żart. Nadim jednak nie ruszył się z miejsca.
-Jesteś pijany- stwierdził z rozbawieniem mężczyzna.
-Aha- potwierdził wesoło potomek wilków i z niezrozumiałej przyczyny, zabrzmiało to niemalże jak zachęta.
Amir wahał się przez chwilę, ale wreszcie chwycił kompana za dłoń. Ten pomógł mu podnieść się z łóżka i stanął przed nim, czekając na jego kolejny krok. Mężczyzna odkaszlnął cicho, skrępowany tą sytuacją. Powoli zaczął wyjaśniać, co należy zrobić, choć brzmiało to tak absurdalnie, że umilkł w połowie, szczególnie, że Nadim szczerzył się do niego nieustannie, rozbawiony sytuacją. Amir wziął głęboki wdech i objął go jedną ręką wokół pasa. Wolną dłonią, chwycił dłoń potomka wilków i zaczął się z nim powoli obracać, czując się okropnie zawstydzony. Nawet w królestwie, podczas balów, raczej nie tańczył z kobietami. Raczej w ogóle nie tańczył. Nadim mruknął coś sennie i oparł brodę na ramieniu mężczyzny. Ten drgnął lekko, nie mając pojęcia, jak się zachować. Przymknął na chwilę powieki, jakby liczył, że pomoże mu to w odzyskaniu zdrowego rozsądku. Nigdy wcześniej nie dotykał go w ten sposób. Tak... inaczej. Nie jak towarzysz, nie jak przyjaciel. Przycisnął go do siebie bliżej, ale mało przytomny Nadim, potknął się o własne nogi i omal nie przewrócił ich obu.
-Przepraszam...- rzucił, chichocąc.
-Masz strasznie słabą głowę...- odparł mechanicznie mężczyzna.
Nadim uśmiechnął się do niego pogodnie, wykonał ostatni obrót i rzucił się z powrotem na łóżko, pozostawiając kompana na środku pomieszczenia.
-Ach, ludzie, ludzie, ludzie!- westchnął znowu, przewracając się na brzuch.
Amir wpatrywał się w niego w milczeniu.
Są takie momenty, kiedy człowiek ma wrażenie, że świat staje na głowie.
I to był właśnie ten moment.

9 komentarzy:

  1. Anonimowy8:24 PM

    Ostatnia scenka strasznie urocza. :D
    Chociaż mam nadzieję, że w końcu dojdzie między nimi do czegoś więcej. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. awwwwwwwwwwwwwwwwwwwww!! Nienawidzę cię! Byłam PEWNA, że się pocałują! D: MORE! Za dwa tygodnie będzie nie? *__*

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy9:47 PM

    To po prostu wredne! Kończyć w TAKIM momencie?! *-*

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:07 PM

    Właśnie. To okrucieństwo. Ale fajna notka. I chcę Chaos następnym razem, totalnie. D.

    OdpowiedzUsuń
  5. Strasznie mi się spodobały ostatnie dwa zdania, bardzo zgrabna końcówka. Z niecierpliwością (jak zwykle) czekam na kolejny rozdział, mam nadzieję że niedługo ruszy się coś zarówno w relacji między bohaterami jak i trochę z fabułą, chociaż ten niespieszny sposób narracji ma swój urok :)
    Pozdrawiam,
    V.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:29 PM

    Ja uwielbiam jak wszystko następuje małymi kroczkami, napięcie dawkowane jest stopniowo, a fabuła jest zawiła. Silencio pisz jak najwięcej Twój talent to prawdziwy skarb narodowy. Pozdrawiam Etna:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:45 PM

    Piękne zakończenie. Czytałam je kilka razy i za każdym wzruszałam się tak samo.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Ale to żadna nowość.
    pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pijany Nadim jest słodki. Już myślałam, że podczas tańca coś tam będzie, ale nie. Amir się zakochuje. :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział jak zwykle mistrzowski :) uwielbiam opisy ich kłótni :) jestem ciekawa jak rozwinie się uczucie Amira no i co na to wszystko Nadim miłośnik-wszystkich-kobiet-na-ziemii :)

    po raz kolejny gratuluję weny twórczej :*

    OdpowiedzUsuń