Strony

poniedziałek, 30 lipca 2012

Rozstrzygnięcie

Dobra, będzie krótko i na temat :). Niekwestionowanym zwycięzcą głosowania jest "Anything for you" i to opowiadanie się pojawi, chociaż przysporzyło mi już zawału serca, bo niestety zniknął mi z komputera plik zawierający większą część kolejnego rozdziału. Jak na złość, zaginął mi też pendrive, na którym miałam kopię. Cóż, jak pech, to na całego ;). I chociaż szlag mnie trafia i przeżywam istne palpitacje serca, gdy mam pisać KOLEJNY raz to samo (co jest przyczyną zawieszenia "Arrenium", do którego nie mogę się przełamać po podobnej przygodzie), to mam nadzieję, że będzie okej.

I dalej... Nie biorę pod uwagę głosów osób, korzystających z konta "Anonimowy", które się nie podpisują i osób korzystających z tego konta, które są mi zupełnie nieznane.


Piszę to w takiej formie, bo mimo, że właściwie przy każdym głosowaniu to powtarzam, nadal są osoby, które zostawiają niepodpisane głosy, a chyba głosując chcą być brane pod uwagę. Nie piszę tego "ot tak", naprawdę przestrzegam tej zasady, ponieważ nie chcę, żeby jedna osoba głosowała kilka razy podpisując się inaczej czy nie podpisując się wcale, i w ten sposób uzyskała to, co chciała uzyskać, kosztem tych, którzy głosują raz. Poza tym nie ukrywam, że osoby kojarzone przeze mnie (czyt. osoby komentujące), zawsze będą brane pod uwagę, ponieważ najzwyczajniej w świecie na to zasługują. Natomiast co do reszty - raz jeszcze powtarzam, albo podpisujcie się, albo załóżcie sobie konto, inaczej niestety Wasze głosy nie będą brane pod uwagę.

Miało być krótko i na temat, nie wyszło.
Kończę swój wakacyjny wywód i życzę Wam wszystkiego dobrego ;).

Buziaki.

piątek, 27 lipca 2012

Cześć

Z góry przepraszam Was za ewentualne błędy, bo wydaje mi się, że parę razy skasowałam gdzieś końcówkę, a wszystko przez to, że nie umiem korzystać z touchpada, a moja myszka odmówiła posłuszeństwa.

Jako, że obiecałam Wam możliwość wyboru... Cóż, tym razem pozwolę sobie go trochę ograniczyć :).

A więc zasady głosowania jak zwykle (jedna osoba = jeden głos, zalogowane + znane mi osoby, bla, bla...)

A do wyboru macie:

1) Anything for you

2) Książę

Głosujcie ;)

A za tydzień oczywiście "Chaos".

24. Gniew [Sunrise]


Nie idziesz do szkoły?- zapytał Amadeusz, stając na środku pomieszczenia i krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
-Dziś nie- odpowiedziałem cicho, udając, że jestem bardzo zajęty wypakowywaniem swojej torby, w której nagromadziły się papiery i rzeczy chyba jeszcze sprzed pół roku.
-ZNOWU nie idziesz do szkoły?- tym razem demon najwyraźniej uznał, że musi podkreślić intencję swojego pytania, jakbym rzeczywiście nie zdawał sobie sprawy z tego, do czego zmierza.
-Tak- odparłem, odkaszlnąwszy ze skrępowaniem.- Znowu.
Ostatnimi czasy, zdecydowanie więcej szkolnych dni spędzałem tutaj, a nie w szkole. Nie miałem ochoty tam chodzić. Przez dość specyficzną sytuację z Amadeuszem i moje własne lenistwo, narobiłem sobie naprawdę sporych zaległości i nagle okazało się, że fizyka i mściwa Worner, która nie dawała mi spokoju, nie była moim jedynym problemem. Co prawda, do miana najlepszego ucznia nigdy nie pretendowałem, ale nagle stałem się chyba najgorszym z całej klasy. Albo nagle wszyscy nauczyciele nabrali po prostu ochoty do tego, by przy całej klasie zwracać mi uwagę, że prawdopodobnie nie zdam i że bardzo miło im mnie widzieć. W końcu. Zapewne najrozsądniejszym wyjściem z tej sytuacji byłoby po prostu zabranie się do nauki i nadrobienie wszystkiego, ale łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić. Nie potrafiłem sobie sam poradzić z ilością materiału, jaką musiałem przyswoić, na korepetycje brakowało mi pieniędzy, czasu zresztą też, bo Amadeusz zajmował większą część mojego dnia, co stopniowo doprowadzało mnie raczej do znużenia niż wcześniejszej radości z tego faktu. No i był jeszcze Ricky.
Właściwie to wcale go nie było. Nie fizycznie, bo nie widziałem go od czasu naszego ostatniego spotkania i póki co, mimo moich obaw, wcale nie pojawił się też na progu mojego mieszkania. Za to zostawił mi jeszcze kilka uroczych wiadomości w skrzynce. Teraz nawet jej nie otwierałem. Bałem się, że Amadeusz coś zauważy i się wścieknie. Bałem się całej tej sytuacji i szczerze mówiąc, chyba nie potrafiłem już z niej wybrnąć. Zastanawiałem się nawet nad tym, czy rzeczywiście nie dać swojemu byłemu pieniędzy. Momentami wydawało mi się, że to jedyny sposób, by się od niego uwolnić, ale wystarczył moment zastanowienia, bym zdał sobie sprawę, że z chwilą, gdy dałbym mu choćby pensa, z pewnością już bym się od niego nie uwolnił. Poza tym, jemu wyraźnie zależało na tym, żeby mnie zastraszyć. Nie dało się ukryć, że skutecznie. Nie chodziło o to, że obawiałem się, że coś mi zrobi. Nie wychodziłem w takich porach, właściwie ostatnio nie wychodziłem wcale. Na pewno nie był na tyle głupi, by rzucać się na mnie w miejscu publicznym. Bałem się sytuacji, w której Amadeusz mógłby się o wszystkim dowiedzieć. Pamiętam, jak zachowywał się ostatnim razem, gdy chodziło o Ricky'ego. Nie chciałem, by to się powtórzyło. Czułem, że jego zachowanie, próba bronienia mnie, może doprowadzić do czegoś złego.
Właściwie to sam powinienem się jakoś bronić. Pójść na policję, jak radziła Jenna, ale to wydawało mi się takie żałosne, śmieszne. Co miałbym powiedzieć? Że podrzuca mi liściki i wyciąga ode mnie pieniądze? Sam poradziłbym takiej osobie, żeby po prostu nie płaciła naciągaczowi i go zignorowała. Zresztą, nie byłem w końcu bezradną dziewczyną, nachodzoną przez byłego faceta, tylko... facetem właśnie. To byłoby żałosne.
-Przecież będziesz miał problemy- zauważył Amadeusz, nagle wykazując niezwykłą wprost troskę o kwestię mojej nauki, czego wcześniej zdecydowanie nie przejawiał.
-Już je mam- stwierdziłem, odkładając torbę na bok i siadając na łóżku.
Męczył mnie. Czasem robiło mi się głupio, gdy o tym myślałem, ale naprawdę mnie męczył, szczególnie ostatnimi czasy. Wiedziałem, że to kwestia tego, że jestem zestresowany tym wszystkim... i kwestia moich przemyśleń, ale tak czy inaczej, nie potrafiłem czasem zdobyć się na tę odrobinę cierpliwości, z czym wcześniej nie miałem większego problemu.
-I jesteś pewien, że siedzenie tutaj, to dobry pomysł?- demon spojrzał na mnie z uwagą.
Westchnąłem ciężko, nie patrząc na niego.
-Przecież sam mówiłeś, że wolisz, jak z tobą zostaję.
-No... Tak...- przyznał Amadeusz, jakby skruszony.- A ty mówiłeś, że jestem egoistą. I miałeś rację... Wiem, że czasem zachowuję się trochę uciążliwie...- parsknąłem cicho, słysząc słowo „trochę”, choć zdecydowanie nie była to odpowiednia reakcja na jego słowa. Dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że się o mnie troszczy, a przynajmniej w ten sposób próbuje mi tą troskę okazać.- … ale to nie jest powód, żebyś zwracał na to aż tak dużą uwagę. Naprawdę, Josh.
Milczałem, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. Akurat egoizm Amadeusza, był w tym momencie moim najmniejszym problemem. Po prostu czułem, że cała sytuacja mnie przerasta. A on był demonem i kompletnie tego nie rozumiał, bo nigdy nie doświadczył czegoś podobnego. Zawsze był skoncentrowany na sobie, i chwilowo, wyjątkowo, na mnie, bo przez przypadek wkroczyłem w jego wieczną egzystencję. Nie musiał się liczyć absolutnie z nikim, a co za tym szło, nie miał pojęcia, jak wyglądało moje życie. Był niczym więcej, jak tylko obserwatorem, a obserwator nie będzie miał świadomości tego, co czuje obserwowany, o ile sam nie doświadczył czegoś podobnego i ja wiedziałem o tym aż nazbyt dobrze.
-I co zamierzasz?- Amadeusz spoglądał na mnie z wyczekiwaniem.
-Zastanawiam się, jak powiedzieć rodzicom o tym, że nie zdam...- wymamrotałem, rzeczywiście myśląc nad tą sprawą.
-A nie zdasz?- zdumiał się demon.
-Najwyraźniej.
-I... Jak oni zareagują...?- zapytał cicho Amadeusz.
Wzruszyłem ramionami.
-Podejrzewam, że każą mi wrócić do domu. Albo po prostu przestaną przesyłać pieniądze.
-I co wtedy będzie?- demon spojrzał na mnie z obawą.
-Nic- odparłem z lekkim zniecierpliwieniem.- Jakoś się utrzymam. Chyba.
-Całe szczęście, że nie generuję żadnych kosztów...- zaśmiał się ciemnowłosy.
Spojrzałem na niego z politowaniem.
-Chyba żartujesz.
-No co? Przecież nic nie jem, nie potrzebuję żadnych ubrań ani...
-Rozwaliłeś mi pół mieszkania!- odparłem z irytacją.
-Tak a propos rozwalania... Kiedy zamierzasz kupić nowy telewizor...?
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
-To był żart, Josh!- zastrzegł natychmiast, widząc moją minę i aż uniósł dłonie w obronnym geście.- Tylko żart...
Wcale nie było mi do śmiechu.
-Swoją drogą... Mógłbym ci trochę dopomóc...- zaproponował ostrożnie Amadeusz.- Masz w końcu dużo na głowie, to nie twoja wina, więc... Wiem, jaki masz pogląd na ten temat, ale przydałby ci się ktoś, kto szepnąłby ci coś na ucho na sprawdzianie, prawda?
-Mówiłem ci już, że nie.
-Ale dlaczego? Każdy by się zgodził na twoim miejscu...
-Ale ja nie jestem „każdy”!- syknąłem z irytacją i zaraz pożałowałem swojej gwałtowności.
Amadeusz wydawał się być tym mocno zdumiony. Zazwyczaj to on był tym, który reagował impulsywnie, a ja sprawdzałem się głównie w roli tego, który przepraszał go za wszystko, niezależnie od tego, czy zawinił, czy też nie. Demon usiadł przy mnie i dotknął mojego policzka, po czym ucałował mnie krótko w usta.
-Jasne, że nie jesteś...- odparł, uśmiechając się czule.- Jesteś moim Joshem...
Westchnąłem tylko. Pewnie jeszcze niedawno ze szczęścia wyskoczyłbym ze skóry i cieszył się, że usłyszałem coś takiego z jego ust. Teraz, jakby na przekór wszystkiemu, wzbudzało to we mnie złość. Nie powinno tak być, ale czułem się, jakby mnie zwodził. Oszukiwał, mówił to, co akurat uważał, że chcę usłyszeć. Po tym, jak powiedziałem mu, że go kocham, nie oczekiwałem nawet, że odwdzięczy się tym samym i wcale nie chodzi o żadne rozczarowanie z tego powodu. Po prostu coś między nami nie gra. Czuję poczucie winy, bo... parę razy, myślałem nad tym, czy nie podjąłem złej decyzji, wybierając Amadeusza. Byłem pewny, że gdyby miał wybór raz jeszcze, uczyniłbym to samo, ale... Powiedzmy, że rzadko myślałem przyszłościowo i nie patrzyłem na tą sprawę z tej perspektywy. Mam więc przy sobie Amadeusza i to jest wspaniałe. Tylko jak długo będę czuł w ten sposób? Teraz wszystko było w porządku, ale przecież będę musiał wrócić do „normalnego” życia. Będę miał dalej pracę i znajomych, o ile do tego czasu nie znienawidzą mnie kompletnie za to, że nie mam dla nich czasu, i jak to będzie wtedy wyglądało? Będę udawał, że nikogo nie mam, czy że mam faceta, który mieszka tak daleko, że nigdy nie może się z nikim spotkać? I jak Amadeusz będzie to wszystko znosił? Zresztą, szczerze mówiąc... Jakoś tego nie widziałem. On wyglądał jak wyglądał, a ja za rok, dwa, dziesięć czy dwadzieścia, mogę już wyglądać kompletnie inaczej. Być nieatrakcyjnym, zmienić się, postarzeć. I co wtedy? Mimo koncentracji Amadeusza na jednym aspekcie naszej znajomości, znałem go na tyle dobrze, by wiedzieć, że na pewno nie chodziło mu tylko o sferę fizyczną. No... prawie na pewno. Ale przecież nie tylko to zmieni się z wiekiem. Jestem jedynym człowiekiem, który go widzi. Nie wiem, czy nie zrezygnuje z tego ot tak, w końcu już próbował. Ale może tamten demon miał rację i rzeczywiście, z czasem będzie cierpiał. Obaj będziemy, skazani na siebie.
-Co się z tobą dzieje, Josh?- zapytał, obejmując mnie ramieniem.- Mam wrażenie, że czegoś mi nie mówisz.
-A ja mam wrażenie, że powiedziałem ci aż za dużo- odparłem mechanicznie i zaraz uświadomiłem sobie, że w obliczu mojego wyznania, zabrzmiało to bardzo jednoznacznie i niemalże roszczeniowo. Odetchnąłem głęboko.- Przepraszam- rzuciłem w kierunku demona.- Nie wiem... Ostatnio po prostu... Jestem rozkojarzony... Zdenerwowany tym wszystkim.
-Dlatego chcę ci pomóc...- ciemnowłosy objął mnie jeszcze ciaśniej.- Powiedz tylko, na co masz ochotę, Josh i obiecuję, że to zrobię.
-Coś czuję, że oczekujesz tylko jednej odpowiedzi...- odparłem, uśmiechając się lekko.
-Bynajmniej!- obruszył się Amadeusz.- To znaczy... Wcale się nie obrażę... Ale widzę, że nie jesteś w nastroju... Możemy porobić coś innego...
-Taaak...- westchnąłem cicho, jednak czując się trochę lepiej.- Pomyślę nad tym- stwierdziłem, wstając.
Podniósł się w ślad za mną i z figlarnym uśmiechem chwycił mnie w ramiona, by zaraz wpić się w moje wargi. Cofnąłem się o kilka kroków, natrafiając plecami na ścianę. Objąłem go lekko, odpowiadając na jego pocałunek. Najwyraźniej odczytał to jako zachętę do czegoś więcej, bo już po chwili jego dłonie zsunęły się wzdłuż moich pleców i zacisnęły się na pośladkach. Doprawdy, posiadanie partnera z niespożytą energią, było bardziej uciążliwe, niż kiedyś sobie wyobrażałem. Niespożytą energią i wieczną ochotą na seks – bo tego Amadeuszowi nigdy nie brakowało, nawet w chwilach, gdy był na mnie śmiertelnie obrażony i wydawało się, że już nigdy się do mnie nie odezwie.
Odsunąłem go od siebie łagodnie.
-Jestem głodny- oświadczyłem, uśmiechając się z rozbawieniem na widok jego miny.
Uśmiechnął się przebiegle.
-Czy to jakieś tajne hasło, które w rzeczywistości oznacza coś przyjemniejszego...?- wyszczerzył się, chcąc chyba objąć mnie ponownie, ale uniknąłem jego ramion i przemknąłem na bok.
-Nie- odparłem gładko.- Tym razem oznacza, że chce mi się jeść.
-Tak, tak... Potrzeby fizjologiczne i te sprawy...- rzucił z cieniem znudzenia Amadeusz, kiwając głową na znak zrozumienia.- Poczekam tutaj... I zobaczę, co ciekawego wymyśliłeś...- zaśmiał się demon, zaraz pojawiając się na łóżku.
Przewróciłem oczyma, parsknąwszy cicho i przeszedłem do kuchni. Sam nie wiedziałem, czy mnie wkurza, czy go uwielbiam. Czy może uwielbiam go za to, że momentami tak strasznie mnie wkurza. Otworzyłem lodówkę, dokonując przy tym niezbyt wesołego odkrycia. W środku był jeszcze mały, prawie opróżniony słoiczek ketchupu, kawałek sera i reszta mleka. Zamknąłem drzwiczki i sięgnąłem do szafki, wyjmując z niej ostatnią zupkę chińską. Zdecydowanie, musiałem w końcu wybrać się na zakupy. Usłyszałem pukanie do drzwi. Odłożyłem wszystko na bok i poszedłem do przedpokoju, po czym uchyliłem je. Zobaczyłem Ricky'ego.
-Co ty tu robisz?- syknąłem z przerażeniem. Pchnąłem go do przodu i wyszedłem na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Nie chciałem, żeby Amadeusz cokolwiek usłyszał.
-Przyszedłem cię odwiedzić, Josh- odparł bezczelnie chłopak, uśmiechając się szeroko.- Tylko nie mów, że niezapowiedzianie... Wpuść mnie do środka...
-Nie ma mowy! Idź stąd, Ricky!- szepnąłem gwałtownie, nie pozwalając mu przejść.
-Och, ależ czemu...? Chętnie zobaczę twoje śliczne mieszkanko...
-Powiedziałem ci już, nie wejdziesz... Wynoś się stąd...- rzuciłem niemalże błagalnie.
-Czemu mówisz szeptem...?- mój były uniósł brew i zaraz uśmiechnął się złośliwie.- Starsi wpadli, żeby sprawdzić, jak się prowadzisz...? Chyba nie będą zachwyceni, jak się dowiedzą, że ich synuś lubi chłopców, co...? A może chodzi o nowego faceta...?- Ricky usiłował przepchnąć się do wejścia, ale nie pozwalałem mu na to. Odepchnąłem go gwałtownie. Chwycił mnie za nadgarstki, usiłując odsunąć od drzwi.- No co jest, Josh, czego się tak boisz...? Powiem mu to i owo, jak to między nami było... Boisz się, że mi uwierzy...?
Nie miałem szans zareagować, szczerze mówiąc, nawet nie widziałem dokładnie, jak to się stało. Po prostu nagle pojawił się obok mnie Amadeusz, a zaraz później usłyszałem krzyk Ricky'ego i zobaczyłem, jak ten toczy się na dół, po schodach.
-Boże, co ty zrobiłeś?! Amadeusz, co ty zrobiłeś?!- krzyknąłem z przerażeniem.
Demon wciągnął mnie gwałtownie do mieszkania, zatrzaskując za nami drzwi. Chwyciłem za klamkę, by wyjść, ale przytrzymał je dłonią, nie dając mi takiej możliwości.
-Co on tu robił?!- syknął z wściekłością.
-Oszalałeś?! Mogłeś go zabić!- rzuciłem, szarpiąc bezradnie za klamkę, ale za nic nie mogłem otworzyć drzwi.- Odsuń się, do licha! Muszę sprawdzić, czy nic mu nie jest!
-A nawet jeśli, to co?- prychnął ze złością demon.
-Będę miał przez ciebie problemy! Amadeusz, odsuń się od drzwi!- powtórzyłem stanowczo.
Demon zacisnął mocno wargi, nie ustępując.
-Ty tu zostajesz- rzucił w końcu ostro.- Ja to sprawdzę, ale masz się stąd nie ruszać.
-Ama...
Zniknął i kilkanaście sekund później, pojawił się ponownie w tym samym miejscu, jeszcze bardziej rozjuszony, niż wcześniej, o ile to w ogóle było możliwe.
-Poszedł sobie...- mruknął gniewnie.
-Sam...?- zapytałem z niedowierzaniem.
-Tak. Sam.
-Nic mu nie jest...?
-... Nie- warknął Amadeusz, w taki sposób, jakby ten fakt bardzo go irytował.
-Okłamujesz mnie- stwierdziłem, kręcąc głową.- Nie poszedłby stąd ot tak...
-Nie okłamuję cię, do diabła, mówię ci, że sobie poszedł!- krzyknął ze złością demon, łupnąwszy dłonią w drzwi. Znieruchomiałem, spoglądając na niego z uwagą.- A teraz ty mi powiedz, co on tu robił, do licha?!
Odetchnąłem głęboko, próbując się uspokoić.
-Nie wiem- odpowiedziałem, jakby to rzeczywiście mogło załatwić sprawę.
-To on podobno nie wiedział, gdzie mieszkasz!
-Bo nie wiedział... Pojawił się jakiś czas temu... Męczył Jennę telefonami, więc zadzwoniłem do niego...- mówiłem szybko i trochę nieskładnie.- Chciał się spotkać, więc spotkałem się z nim i...
-Spotkałeś się z nim?!- wrzasnął Amadeusz, spoglądając na mnie z niedowierzaniem.
-A co innego miałem robić?!
-Jak to co?! Zignorować go! Olać! Mówiłeś mi, że to właśnie zamierzasz!
-Dobrze wiedziałem, że nie zostawi mnie w spokoju! A poza tym... poza tym, nie chciałem, żebyś o tym wszystkim wiedział...- przyznałem po chwili wahania.
Demon odsunął się od drzwi. Wszedł powolnym krokiem do sypialni. Ruszyłem w ślad za nim, spoglądając na niego z niepokojem. Krążył przez chwilę po pomieszczeniu z zaciętą miną, po czym oświadczył:
-Zabiję go.
-Nie wygaduj bzdur- skarciłem go natychmiast, ale widząc wyraz jego twarzy, zaniepokoiłem się jeszcze bardziej.- Ty nie żartujesz...?- zapytałem, przerażony.- Naprawdę przyszło ci do głowy coś takiego...?
-Chcesz spokoju, Josh?! Więc będziesz miał spokój! Raz na zawsze!- rzucił w gniewie.
-Nie!- zaprotestowałem gwałtownie, chwytając go mocno za ramię.- Oszalałeś?! Zamierzasz zabijać kogoś tylko dlatego, że mnie szantażuje...? Wiesz ilu ludzi musiałbyś zabić, kierując się tak rozumianym poczuciem sprawiedliwości?!
-Nie obchodzą mnie inni ludzie, obchodzisz mnie ty!- wycedził przez zęby, wyszarpując się w mojego uścisku.- I zrobię wszystko, żeby on zniknął z twojego życia! Na dobre!
Spojrzałem na niego z osłupieniem. Nawet nie wiem, czy istniała odpowiednia reakcja na tego rodzaju słowa. W każdym razie, mnie żadna nie przychodziła do głowy. Po raz kolejny przechodził samego siebie i najwyraźniej wcale nie zdawał sobie z tego sprawy.
-Ty nie robisz tego, dlatego, że się o mnie troszczysz...- stwierdziłem, niemalże ze zdumieniem. Gdyby tak było, nadal byłby to problem, ale dużo mniejszy niż obecnie.- Robisz to dlatego, że jesteś zazdrosny... Po prostu zazdrosny...- rzuciłem z niedowierzaniem.
-Ach, więc mam powody do zazdrości...?- Amadeusz uśmiechnął się gorzko, po czym prychnął z poirytowaniem.- Świetnie! Po prostu doskonale!
-Nie wmawiaj mi czegoś, czego nie powiedziałem! I nie wygaduj bzdur, dobrze wiesz, jaka jest sytuacja! Po prostu nie możesz robić takich rzeczy!
-JESTEM DEMONEM I MOGĘ ROBIĆ CO TYLKO ZECHCĘ!- huknął donośnie.
-Jeśli to zrobisz... możesz odejść i nigdy nie wracać!- krzyknąłem rozpaczliwie. Spojrzał na mnie z takim gniewem i rozżaleniem, jakiego nie widziałem jeszcze w jego oczach.- Nie żartuję! Możesz już nie wracać!
I nagle wszystko dookoła zaczęło drżeć. Stolik zatrząsł się gwałtownie, niedbale rozłożona serweta zsunęła się z niego wraz z całą zawartością, drzwi szafy uchyliły się z cichym skrzypnięciem, to samo stało się z szufladami od komody. Wszystkie drobniejsze przedmioty poustawiane na szafkach i półkach, przewróciły się albo spadły na posadzkę. Ostatni raz, kiedy doświadczyłem czegoś podobnego, Amadeusz też się do tego przyczynił, ale wtedy go nie widziałem i był to sposób na zwrócenie mojej uwagi. Teraz demon stał tuż przede mną, a ja nawet nie miałem świadomości, że
 stać go na coś podobnego. Przez chwilę nie poruszałem się wcale, przerażony tym, co zobaczyłem.
-Boję się ciebie, gdy tak się zachowujesz...- stwierdziłem zgodnie z prawdą, spoglądając na niego z obawą.
-Może powinieneś się bać, Josh- powiedział demon, a ja spojrzałem na niego bez zrozumienia.- Byłem dla ciebie dobry...- oświadczył cicho.- Starałem się być... Robiłem wszystko, żebyś czuł się szczęśliwy... Ale może ty tego nie potrzebujesz. To dlatego wybrałeś jego.
-Co ty wygadujesz, Amadeusz!- krzyknąłem, aż nie mogąc uwierzyć, że słyszę z jego ust coś podobnego.
-Myślisz, że nie widzę?! Jesteś w nim zakochany! Po tym wszystkim, co ci zrobił...- rzucił, łamiącym się głosem.
-Dobrze wiesz, że to bzdura!- odparłem, pełen emocji.- Zresztą powiedziałem ci już, w kim jestem zakochany, ale wolę się nie powtarzać, bo jak widać bardzo nie lubisz tego słuchać...- parsknąłem drwiąco.
-Może nie lubię słuchać twoich kłamstw!- odpowiedział ostro Amadeusz.
-Opamiętaj się, do licha! Co w ciebie wstąpiło?!
Demon podszedł do mnie i chwycił mocno za ramiona. Jęknąłem z bólu, szarpnąwszy się lekko. Spojrzałem na niego ze zdumieniem.
-Nie możesz mi tego zrobić, po prostu nie możesz mi tego zrobić...- powiedział, nie reagując na moje próby oswobodzenia się z jego uścisku.- Nie po tym wszystkim... Wybrałeś mnie... Nie możesz mnie już zostawić...
-Nie zamierzam!- odparłem stanowczo, po czym dodałem pojednawczo- Puść mnie, Amadeusz. Nie musimy rozmawiać w taki sposób.
-Nie... Nie, ty nie rozumiesz...- odsunął mnie od siebie gwałtownie i pokręcił głową.- Nic nie rozumiesz... Nie pozwolę komuś, żeby wtrącał się w twoje życie... Chyba, że tego chcesz... Nie... Nie, nie...- dodał po chwili namysłu.- Wtedy też na to nie pozwolę. Nie chcę go przy tobie widzieć. Nie chcę, żeby tu przychodził. Jeśli pojawi się tutaj raz jeszcze, nie będę się zastanawiał...
-Wiesz tak dobrze jak i ja, że się pojawi...- zauważyłem, westchnąwszy głęboko. Szczerze mówiąc, nawet nie miałem pojęcia, jak całą sytuację widział Ricky. W pierwszej chwili bałem się, że oskarży o coś mnie, ale jeśli Amadeusz mówił prawdę i ten rzeczywiście sobie poszedł...- Szukasz dla siebie usprawiedliwienia, ale bez względu na wszystko, nie wolno ci tego robić. Nie wolno ci się wtrącać w nasze sprawy, sam to mówiłeś i sam twierdziłeś, że i tak zrobiłeś stanowczo zbyt wiele. Nie rób mu krzywdy.
Nie wiedziałem, czy zrozumiał moją argumentację, choćby jedno słowo. Minę miał zaciętą, nie patrzył nawet w moim kierunku, tylko spoglądał na okno, jakby zastanawiając się nad czymś. Stałem nieco dalej od niego, nie chcąc podchodzić bliżej. To nie była nasza pierwsza awantura, ale miałem wrażenie, że z każdą kolejną było coraz gorzej. To, co zobaczyłem dzisiaj, tylko mnie w tym upewniło.
-Więc gdybym był człowiekiem, mógłbym go zabić...?- zapytał w końcu, uśmiechając się kpiąco.
-Nie. Wtedy mógłbyś być przy mnie i pomóc mi sobie z tym poradzić. Teraz zresztą też możesz.
-Ale nie w ten sam sposób, prawda?- podchwycił natychmiast, spoglądając na mnie z uwagą.- Wolałbyś być z kimś innym- stwierdził z taką pewnością, jakby znał mnie lepiej niż ja siebie, co oczywiście było bzdurą, szczególnie w połączeniu z absurdami, jakie od kilkunastu minut wygadywał.- Może z tym Adrianem...
Pokręciłem głową z głębokim westchnieniem. Owszem, wiele spraw byłoby łatwiejszych, gdyby Amadeusz był człowiekiem, ale to wcale nie oznaczało, że byłbym w stanie zamienić go na kogokolwiek innego. A już daleki byłem od planowania czegoś podobnego!
-Może masz o mnie złe zdanie, ale nie jestem na tyle wyrachowany, by wybierać tych, na których mi zależy pod względem tego, czy są mi akurat pomocni...- rzuciłem cicho.- A na tobie zależy mi bardzo. Ale to nie jest sprawa dla ciebie. Z Ricky'm muszę poradzić sobie sam. I jeśli zamierzasz być ze mną na dłużej niż kilka dni, musisz się przyzwyczaić do faktu, że w moim życiu będzie wiele spraw, na które nie będziesz miał wpływu.
-... Ale gdybym był człowiekiem, miałbym na nie wpływ- dopowiedział sam sobie.
-Nie na wszystkie...- odpowiedziałem ostrożnie. Jasnym było, że gdyby inni ludzie go widzieli, musieliby się też z nim liczyć. Teraz, przynajmniej dla większości świata, Amadeusz po prostu nie istniał. Może jako mgliste wyobrażenie moich znajomych po tym, co naopowiadałem im o chłopaku z którym się spotykam, mieszkającym poza miastem, ale nic poza tym.
-Nie wiem, po co tu jestem...- odparł cicho, niemalże obojętnym głosem.- Wiedziałem, że to się tak skończy, mówił mi, że to się tak skończy... Ludzie... Nie rozumiecie zupełnie nic. A mnie wcale nie powinno tutaj być.
Zniknął.
Odetchnąłem głęboko, ocierając ukradkiem zbłąkaną łzę.
Wiedziałem, że prędzej czy później się pojawi. Wróci, wściekły, rozdrażniony albo pełen skruchy. Ile jeszcze razy będziemy odtwarzać ten sam scenariusz...? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem tylko, że wszystko, co było między nami, nie było w porządku. Nasza... relacja... przypominała coś kruchego, zaprojektowanego z niedbałością, coś, co mogło w każdej chwili runąć, przestać funkcjonować tak, jak należy. Coś, co czasem określałem mianem przeznaczenia, momentami wydawało mi się jedynie pomyłką, przypadkiem, w dodatku niefortunnym.
W gruncie rzeczy liczyło się tylko to, że zarzucając mi, że chcę się go pozbyć, sam odchodził. Twierdząc, że chce mi pomóc, zostawiał mnie samego. Nie potrafił słuchać i nie potrafił wyjaśnić mi, o co mu dokładnie chodzi.
A ja po prostu musiałem przywyknąć.
I mieć cichą, coraz wątlejszą nadzieję na to, że wszystko samo się w końcu ułoży.

piątek, 20 lipca 2012

Dobry wieczór

Zacznę od ponownych życzeń dla mojej fantastycznej (buziak, robaczku ;D) bety Magdaleny i publicznego wyznania jej absolutnego uwielbienia i wdzięczności za to, co dla mnie robi :). A z racji tego, że przyczynia się jak chyba nikt inny do tego, by na tym blogu coś powstawało i to "coś" było w miarę przyzwoitej jakości, dziękuję, dziękuję i raz jeszcze dziękuję, publicznie, prywatnie i każdym innym sposobem :*.

Wszystkiego najlepszego!


Wracając do tematów związanych bezpośrednio z blogiem, napiszę tylko, że "Sunrise" jest już prawie skończone, pojawi się zapewne koło środy. Wtedy też dodam kolejne opcje "do wyboru", z racji tego, że ostatnio wena nie ciągnie mnie do niczego konkretnego, z czego możecie korzystać :).


Enjoy.

Rozdział 21 [Chaos]


Bramy miasta były zamknięte. Tego dowiedział się Amir, gdy tylko przybyli na miejsce, dwa dni temu. I choć oni znaleźli się tam przypadkowo, zdecydowanie nie można było powiedzieć tego samego o całym tłumie oczekujących na wejście do środka, jak się później okazało, tych, którzy zmuszeni byli uciekać ze swojej wsi, podległej właśnie temu miastu. Po lewej stronie od bram, widać było gęsto rozstawione namioty. Gdzieniegdzie płonęły mniejsze lub większe ogniska. Przybysze byli znużeni oczekiwaniem i zrezygnowani. Nie mieli się dokąd udać, to pewne. Amir i Nadim zatrzymali się kawałek dalej. Mężczyzna zastanawiał się nad tym, czy nie obejść miasta i nie ruszyć w dalszą drogę, ale musieli uzupełnić zapasy, a dawno już nie napotkali choćby na osadę. Poza tym, nie należało się dziwić, że nikt z obecnych nie szukał innego sposobu na dostanie się do środka. A nawet jeśli szukał, zapewne znalazł jedynie śmierć. Wystarczyło spróbować obejść mury, a kawałek dalej, trafiało się na bagna i mokradła. Nie był to przyjazny teren i bardzo trudny do wędrówki. Pozostało im więc, jedynie czekać wraz z tymi wszystkimi ludźmi. Nie tylk mieszkającymi w namiotach, ale i innymi, mieszkańcami lewej strony. Byli rozmieszczeni w taki sposób, jakby sami ustalili pomiędzy sobą granicę, której żadna z grup nie przekraczała. Ci drudzy byli nieco inni. Śniadzi i wysocy. Nawet nie zbliżali się do mieszkańców namiotów, a i ci nie wydawali się być chętni kontaktu. Tamci musieli chyba zająć część zamku, który rozpościerał się na jednym ze wzgórz i popadał w ruinę. Tak właśnie kończyły się kaprysy wielkich panów, którzy umierali samotnie, razem z ich posiadłościami.
-Przyszliśmy tu po tym, jak ci bandyci znów zniszczyli naszą wioskę- wyjaśnił Amirowi jeden z mężczyzn, zamieszkujących prawą stronę. Był wyraźnie zmęczony, trudno było powiedzieć, jak dużo czasu ci ludzie tutaj spędzili, ale było pewne, że póki co, nikt z miasta nie udzielił im żadnej pomocy. Zaczynało im brakować żywności.
-Znów?- zdumiał się Amir.
-Tak, tak, to nie był pierwszy raz...- stwierdził z rozgoryczeniem jego rozmówca.- To zdarzało się już wcześniej. Ja tam mieszkałem od urodzenia... Wiem, jak to było kiedyś... A jak później, gdy to wszystko się zaczęło. Przychodzili kiedy chcieli, łupili, rabowali i nikt nie mógł im niczego zrobić. Mieli kryjówkę gdzieś w lesie, tak ludzie gadali, ale każdy bał się sprawdzić. Spalili naszą wioskę raz i wtedy było dokładnie tak samo. Teraz zrobili to po raz drugi i chyba nie ma już nawet czego ratować.
-Miasto was nie wspomogło?
-A cóż to za pomoc! Płaciliśmy podatki i składaliśmy ofiary, zdecydowanie za duże, jak na nasze możliwości, a oni i tak podchodzili do nas z obojętnością... Gdy po pierwszym pożarze trafiłem z rodziną do tego miasta, przekonali nas, żebyśmy wrócili i odbudowali to, co straciliśmy. Mówili, że rozprawią się z problemem i rzeczywiście, wysłali z nami żołnierzy... Tuzin! Tuzin żołnierzy, panie!- mężczyzna zaśmiał się gorzko, kręcąc głową.- A samych tych rzezimieszków było kilka razy tyle! I znowu było to samo, i znowu nas rabowali, aż wreszcie stało się najgorsze...
Amir milczał przez chwilę, zastanawiając się nad tym, co usłyszał. Cóż, sytuacja była jasna. Miasto szukało źródła zysków, ale nie zamierzało narażać się przy tym na żadne straty. Co mogła obchodzić jego władcę maleńka wioska, przypominająca wiele innych, które były mu podległe? Kto wie, czy zadał sobie trud, by wieść o jej ponownym zniszczeniu skomentować choćby jednym słowem. A ludzie przybywający do miasta, to zawsze problem. Ci, którzy tutaj zostali, nie mieli ze sobą praktycznie rzecz biorąc żadnego dobytku. Amir podejrzewał, że jeśli ktoś miał coś cennego, dostał się do środka już wcześniej. A stada biedoty nikt nie potrzebuje, to smutna prawda.
-A kim są ci ludzie mieszkający w pobliżu zamku?- dopytał mężczyzna, spoglądając na rozmówcę z uwagą. Nadim kręcił się w tamtych okolicach, mając ich zapytać o sytuację. Musieli wiedzieć, w jakie kłopoty wpadli tym razem.
-Nie znam ich, panie. Oni do nas nie podchodzą i całe szczęście... Strasznie dziwni z nich ludzie... My przeszliśmy kawał drogi, żeby się tu znaleźć, ale oni przywędrowali z jeszcze dalszego miejsca. Z miejsca, które wcale nie podlega miastu. Byli tu już przed nami. Nie chcieli ich wpuścić, tak samo jak nas, a teraz już chyba nawet na to nie czekają. Z tego, co wiem, ich osada również została zniszczona. Przez potwory.
-Potwory...?- powtórzył Amir, marszcząc brwi.
Człowiek skinął powoli głową.
-Tak słyszałem od tych, którzy z nimi mówili. Potwory, które tylko przypominały ludzi. Tak się wyrazili. Ale kto wie, co im chodziło po głowie...? Ci którzy napadli na nas byli z pewnością ludźmi, ale kto wie, czy nie bliżej było im do potworów...? Tak czy inaczej, trzymamy się od nich z daleka. Nie jest bezpieczne zbliżać się do kogoś, kto od dawna nie miał niczego przyzwoitego w ustach...
-Dziękuję za informacje.
-Nie dziękuj, panie. Powiem ci jeszcze tyle, że otwierają bramy, co jakiś czas. Wpuszczają garstkę osób, może z pięćdziesiąt, a reszcie każą czekać. Obiecali nam, że otworzą bramy dla wszystkich, ale obiecywali nam już wiele rzeczy. Ale gdy dostanę się do środka, żadna siła mnie stamtąd nie wygna, to pewne. Lepiej jest żyć z dala od domu, niż umierać tam, gdzie już nie ma o co walczyć... A życia mojej rodziny i tak nic mi nie zwróci...- dodał wilgotnym głosem, po czym przeprosił swojego rozmówcę i odszedł.
Amir śledził go przez chwilę wzrokiem, po czym westchnął głęboko i ruszył w kierunku miejsca, w którym się zatrzymali. Nie stykał się na co dzień z takimi problemami. Nie sądził zresztą, by w jego królestwie, w którym można było poruszać się swobodnie, podobne występowały, ale mimo wszystko. Nie obchodził go nigdy szczególnie los wieśniaków czy mieszczan. Lubił za to bardzo kpić z arystokratów i kapłaństwa, koncentrując się na tych warstwach społecznych, chociaż uważał, że przedstawiciele każdej, szczególnie ci, żądający czegoś dosłownie niemożliwego, zachowują się w sposób groteskowy. Acz nie dało się ukryć, że wyższe warstwy były w swej groteskowości nie do pobicia. Trzymał się z daleka od polityki i od rozwiązywania różnego rodzaju sporów, nie znał się na tym, nie potrafił podejmować decyzji. Gdyby to zależało od niego, wpuściłby tych ludzi do środka i zagwarantował im warunki do przeżycia. Ale czy to byłaby dobra decyzja...? Dobra, nie z punktu widzenia jego osobistej moralności i współczucia, ale z punktu widzenia wszystkich, całego społeczeństwa? Gdy o tym myślał, dochodził do wniosku, że Ludwik na pewno postąpiłby w podobny sposób. Ale te wątpliwości były dla Amira tylko kolejnym dowodem na to, że nie sprawdziłby się jako królewski następca. Po prostu nie poradziłby sobie z odpowiedzialnością, jaka na nim spoczywała. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że odpowiedzialność zrzucona mu na barki obecnie, jest dużo poważniejsza.
Nadim przyszedł niedługo później. I choć okryty był płaszczem i kapturem, który skutecznie zasłaniał część jego twarzy, Amir i tak wiedział, że jego kompan jest zatroskany i przerażony tym, co przyszło mu usłyszeć lub zobaczyć. Potomek wilków był po prostu wrażliwy. Zbyt wrażliwy w opinii Amira, który potrafił łatwo wyrzucić pewne obrazy z pamięci i uznać, że tak po prostu się stało i nie ma co tego roztrząsać. Nadim nie był w stanie dopuścić do siebie podobnego stanowiska.
-Ci ludzie znoszą katusze...- rzucił cicho potomek wilków, siadając przed namiotem. Amir spojrzał na niego, nie mówiąc ani słowa.- Najpierw zostali wygnani z miejsca, które było ich domem, a teraz cierpią głód...
-My też wkrótce możemy- przypomniał mu mężczyzna. Potomek wilków spojrzał na niego jak na szaleńca.- Kończy nam się prowiant. Musimy dostać się do miasta, gdy następnym razem otworzą bramę.
-Nie słyszałeś jeszcze...? Wpuszczają tam po kilkadziesiąt osób! Oni czekają tutaj już tak długo, nie możemy odbierać im ich miejsca!
-Musimy dostać się do miasta- powtórzył stanowczo Amir.
-Czy ich życie nic dla ciebie nie znaczy?!- uniósł się złością Nadim, spoglądając na kompana z niedowierzaniem.
-A kto ci powiedział, że ich życie tam będzie lepsze niż tutaj...? To biedacy! Gdy dostaną się do środka, nie będą mieć za co kupić chleba! Nie będą mieli się gdzie zatrzymać! Będą musieli liczyć na takich jak ty, a zapewniam cię, że nie ma ich wielu, albo kraść, co prędzej czy później, też zakończy się dla nich fatalnie. Poza tym, gdybyśmy mieli ominąć mury, stracilibyśmy kilka, może nawet kilkanaście dni na wędrówce.
-A od kiedy to gdziekolwiek się spieszymy?!
-Nadim...- mężczyzna westchnął głęboko.- Musimy uzupełnić zapasy. A przedzieranie się przez bagna nie jest najlepszym pomysłem. Poczekamy.
Potomek wilków był rozgniewany słowami towarzysza. Zacisnął wargi, najwyraźniej z trudem powstrzymując się od komentarza.
-Wiem, jakie masz spojrzenie na tą sprawę...- stwierdził Amir, starając się załagodzić sytuację.- Niestety twój altruizm może w którymś momencie skończyć się dla nas kiepsko. Pamiętaj, że altruiści nie żyją długo.
-Bo są zjadani przez egoistów- odparł chłodno Nadim, spoglądając na kompana w taki sposób, jakby w ślad za tymi słowami, zamierzał dodać: „takich jak ty”.
-Dokładnie- potwierdził mężczyzna.
Podał kompanowi dłoń. Ten zerknął na niego raz jeszcze, po czym z głębokim westchnieniem, chwycił rękę towarzysza, który pomógł podnieść mu się na nogi.
-Chodź. Zobaczymy wreszcie, co jest w tym zamku- Amir uśmiechnął się lekko do Nadima i obaj ruszyli w tamtym kierunku.
Mężczyzna wcale nie był zdziwiony odczuciami potomka wilków. Mijali zapewne tych samych ludzi, z którymi rozmawiał. Choć może nie, bo większość z tych, którzy siedzieli na ziemi czy stali niedaleko, spoglądając tylko w ich kierunku z nieufnością i bez słowa, nie wyglądali na chętnych do jakiejkolwiek rozmowy. Byli z pewnością inni od tamtych, czekających bliżej bram. I tak, jak twierdził wcześniejszy rozmówca Amira, wcale nie sprawiali wrażenia, jakby czekali jeszcze na możliwość wejścia do miasta. Wychudli, brudni, w podartych ubraniach, albo niemalże całkowicie nadzy, sprawiali wrażenie, jakby obchodziło ich już tylko przeżycie kolejnego dnia w tym miejscu, niezależnie od tego, jakim kosztem. Straszne to zresztą było życie. Amir nie musiał nawet patrzeć na kompana, by wyczuwać bijącą od niego trwogę o te istoty. Nadim był zaskakujący. W jednej chwili mógł mówić o okrucieństwie ludzi, ich barbarzyństwie, atakach, najazdach, a w drugiej, potrafił im współczuć tak bardzo, że Amir nie był pewien, czy istnieli jeszcze ludzie, którzy umieliby się zdobyć na podobną litość. Litości pozbywano się tak, jak wszystkich innych, niepotrzebnych odruchów.
Zbliżyli się do zamku. Amir dobrze widział, że ten został już w części rozłożony, w części natomiast rozkładał się samoistnie, bardziej przypominając ponure zamczysko niż posiadłość wielkiego arystokraty, którą niewątpliwie wcześniej był. Nie wiedział, ile zniszczeń dookoła jest spowodowane obecnością tu tych ludzi, ani jak długo budowla już tu stoi. Im dalej szli, tym mniej było osób. Wyglądało na to, że większość z nich nawet nie zbliżała się do bram zamku. Po drodze minęli studnię. Amir zamierzał zajrzeć do środka i sprawdzić, czy jest w niej jeszcze woda, ale w tym momencie Nadim zagapił się nieco i potykając o skraj swojego płaszcza, przewrócił na zimię. Kaptur zsunął mu się z głowy. Amir natychmiast pomógł mu wstać, pytając o to, czy nic mu się nie stało, ale całą sytuację zauważył ktoś jeszcze.
-To ty...!- usłyszeli czyjś krzyk. Odwrócili się w stronę ruin. W ich kierunku, szedł szybkim krokiem, nie więcej niż piętnastoletni chłopak. Wzrok miał wbity w Nadima i spoglądał na niego w sposób niemalże szaleńczy, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom.- To ty...- powtórzył i zadrżał gwałtownie, a w jego oczach pojawiły się łzy. Potomek wilków spojrzał na niego bez zrozumienia.- Ty potworze! Potworze!- wrzasnął wściekle i rzucił się w kierunku Nadima, odepchnięty jednak przez stojącego przed nim mężczyznę.
-Uspokój się!- warknął w jego kierunku Amir.
Potomek wilków był zdezorientowany.
-Samuel...?- usłyszeli głos drugiego młodzieńca. Stał kawałek dalej i był niewiele starszy od tamtego chłopaka.- Co ty robisz...?
-Spójrz na niego... Po prostu spójrz na niego!- krzyknął z rozpaczą tamten, wskazując na Nadima.
-O co chodzi...?- zapytał cicho potomek wilków.
Drugi z chłopców zbladł nagle. Patrzył na Nadima tak, jakby widział ducha. Powoli podszedł do pierwszego i zatrzymał się u jego boku.
-Ty... Ty...!- krzyczał wciąż młodszy, niemalże płacząc. Chwycił za leżący na ziemi kamień i zamachnął się gwałtownie w kierunku broniącego potomka wilków mężczyzny. Ten chwycił go za nadgarstek, powstrzymując jego atak.
-Co ty wyrabiasz, do diabła?!- rzucił w jego kierunku ze złością.
-Jeszcze ci mało?! Mało ci?!- Amirowi wydawało się, że chłopak jest obłąkany. Cofnął się o kilka kroków, zachwiał na nogach i chyba upadłby, gdyby nie podparł się na ramieniu towarzysza.- Zhańbiłeś naszą matkę! Zabiłeś ją! Na naszych oczach...! Widziałem wszystko! Potwór! Monstrum! Nie powinieneś żyć po tym, co uczyniłeś!
-Dosyć tego!- przerwał mu natychmiast mężczyzna.- Nie wiem, o czym mówisz, ale cokolwiek by to nie było, zaręczam ci, że mój przyjaciel nie był przy tym obecny!
-On czy nie on, co za różnica! Wszyscy są tacy sami, potwory, złoczyńcy!!- łzy spłynęły po policzkach młodszego. Stojący obok niego chłopak, prawdopodobnie jego brat, nie robił zupełnie nic, tylko spoglądał na Nadima z wyraźną odrazą.- Nazywasz go przyjacielem?! Tego, który morduje ludzi, który zniszczył wszystko, który wygnał nas tutaj?! Oby to słowo stanęło ci w gardle! Gdybyś widział, co nam uczynili, wiedziałbyś, że nazywanie ich w ten sposób jest bluźnierstwem!
-Nie rozumiem...- powiedział cicho Nadim, patrząc zbłąkanym wzrokiem na twarze obu młodzieńców.
-Milcz!- krzyknął w jego kierunku młodszy z braci.- Wydaje ci się, że po tym, co uczynili podobni tobie, masz jeszcze prawo mówić cokolwiek?! Niezależnie od tego, jakie piekło was urodziło, żałuję tego, że ktoś nie wytłukł was wcześniej co do jednego! Gdzie twoja zgraja, morderco?! Sam nie czujesz się już odważny?! Musisz chować się za ludźmi?!
-Bardzo mi przykro...- szepnął Nadim, wyraźnie zagubiony.- Nie uczyniłem wam niczego złego... Jeśli którykolwiek potomek wilków uczynił coś podobnego...
-Cała masa! Zgraja! Potomkowie wilków?! Tak siebie nazywacie?! Potomkowie hien! Tym właśnie powinniście być! Oby spotkało cię wszystko to, co spotkało nas! Zanim zdążysz skrzywdzić kogokolwiek innego!
-Nie zapędzaj się!- rzucił ostrzegawczo Amir.- Mój towarzysz nie jest niczemu winien! Nie możesz obarczać go winą za to, co wam się przytrafiło!
Ale sam wiedział najlepiej, że owszem, mógł. Co więcej, to było tak naturalne, że wręcz do przewidzenia. U nich, w królestwie, gdzie potomkowie wilków nie czynili nikomu z pewnością wielkiej szkody, ale sama ich obecność irytowała, narodziły się liczne mity, oskarżające ich o porywanie dzieci albo równie idiotyczne sprawy. A nawet, gdy o mitach się zapominało, zwykło się przedstawicieli tej rasy, przy różnych okazjach, obwiniać mniej lub bardziej bezpośrednio za różne szkody, niepowodzenia i nieszczęścia. Niezależnie od tego, ile miało to wspólnego z rzeczywistością. I niewielu było ludzi, którzy na sprawę patrzyli równie świadomie, jak Amir, który dobrze wiedział, czym dokładnie jest bezwarunkowa niechęć do jakiejś grupy. Cóż więc dopiero mówić o nienawiści.
Do młodzieńców dobiegł starszy mężczyzna, prawdopodobnie ich ojciec.
-Przestańcie natychmiast!- skarcił synów, po czym spojrzał na przybyszów. Amir dostrzegł wyraźny grymas, jaki pojawił się na twarzy mężczyzny, gdy ten dostrzegł potomka wilków. Zaraz jednak skierował wzrok na Amira, zatrzymując go na jego broni.- Dość tego... Dosyć... Przepraszam, panowie...- powiedział cicho. Jego syn spojrzał na niego z oburzeniem.- Nie chcieliśmy sprawiać wam kłopotów.
-Kłopotów?!- krzyknął młodszy z synów.- Co ty wygadujesz?!
-Straciłem już żonę. Nie chcę stracić i dzieci- powiedział dobitnie mężczyzna, a jego potomek zamilkł, wciąż mierząc Nadima pełnym nienawiści spojrzeniem.
Kompan Amira spuścił wzrok, jakby czuł się temu wszystkiemu winny.
Już po raz drugi zetknął się boleśnie z wizerunkiem jego rasy, który wypracowali sobie ludzie nie tyle na domysłach i zwyczajnej niechęci, co rzeczywistych działaniach.
I nie był to z pewnością wizerunek godny dumy.

Amir wracał do ich namiotu z pobliskiego lasu. Chciał coś upolować, ale nie były to tereny bogate w zwierzynę. Nie dostrzegł żadnego zwierzęcia. Przechodząc obok namiotów oczekujących nieopodal bram miasta mieszkańców, zauważył, że ci przyglądają mu się inaczej niż wcześniej. Mężczyzna, z którym rozmawiał tego samego ranka, wpatrywał się w niego jakby z obawą, a gdy Amir spojrzał na niego, ten szybko odwrócił wzrok. Jak widać, choć z ludźmi zamieszkującymi okolice zamków podobno kontaktów nie utrzymywali, informacja o Nadimie i jego nietypowym pochodzeniu, musiała już do nich dotrzeć. Amir uniósł dumnie głowę i nie przyspieszając kroku, dotarł do miejsca, w którym zatrzymał się wraz z kompanem.
Zajrzał do namiotu. Potomek wilków siedział w środku, skulony i zmarnowany. Położył uszy przy sobie i nie odezwał się wcale, gdy zobaczył towarzysza. To, co usłyszał od tamtych chłopców, a właściwie jednego z nich, zrobiło na nim duże wrażenie.
-Co się dzieje?- zapytał cicho Amir, nie bardzo wiedząc, jak powinien się zachować.
Nadim podniósł nieco głowę i westchnął głęboko. W jego oczach pojawiły się łzy. Mężczyzna był tym nieco sparaliżowany. Nie nadawał się na pocieszyciela, a i nie bardzo rozumiał, dlaczego Nadim przejął się tak bardzo tym, czego się dowiedział. W końcu słyszał o tym już wcześniej.
-Nie mogę uwierzyć, że robiliśmy takie straszne rzeczy...- powiedział ledwie słyszalnie potomek wilków.
-Robiliśmy...?-powtórzył Amir, wpatrując się w kompana z niedowierzaniem.- Nie sądzę, żebyś miał z tym wszystkim cokolwiek wspólnego.
-To nie ma znaczenia- odpowiedział stanowczo Nadim. Mężczyzna nie potrafił zrozumieć, o co mu chodzi.- Jesteśmy wspólnotą. Wszystko, czego dopuścił się jeden z nas, obciąża wszystkich pozostałych. A co dopiero mówić o tak wielu...
-Obawiam się, że w takim wypadku, nie uda ci się odpokutować za te winy nawet do końca życia- parsknął cicho Amir, chcąc poprawić towarzyszowi humor, ale ten nawet nie zwrócił na to uwagi.- Pamiętasz to miasto, w którym wtedy byliśmy i omal cię nie zabito? Już wtedy słyszałeś o tym, czego dopuszczają się potomkowie wilków. Niektórzy potomkowie wilków- zaznaczył mężczyzna.- Wtedy tak nie zareagowałeś.
-Bo myślałem, że to bzdury!- warknął niepohamowanie Nadim, wyraźnie zdenerwowany. Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem.- Sądziłem, że opowiadają takie brednie, żeby wytłumaczyć własne zbrodnie! Że to zwykłe plotki i brednie, jakie i wy o nas opowiadacie, twierdząc, że jesteśmy złodziejami, chociaż większość z nas nawet nie zbliża się do miasta! Ale to nie były bzdury... To nie były bzdury...- Nadim odetchnął drżącym głosem.
Amir dotknął lekko jego dłoni, ale ten cofnął ją natychmiast.
-Nie chcę o tym rozmawiać- oświadczył.
-A ja chcę, żebyś wiedział, że nie każdy potomek wilków jest taki sam. I nie każdy człowiek jest taki sam. Nonsensem jest obwinianie się o coś, czego dopuścił się ktoś inny, należący do jakiejś wspólnoty czy też nie.
Potomek wilków zignorował jego słowa. Oparł głowę na podkulonych kolanach i nie odezwał się już, pogrążony w myślach. Amir wiedział, że lepiej byłoby zostawić go teraz samego i pozwolić mu dojść do jakichś wniosków, ale serce mu się krajało, gdy widział, jak kompan ledwie tłumi łzy.
-Dobrze wiem, jak to jest patrzeć na jakąś grupę przez pryzmat domysłów czy doświadczeń- zaczął znowu mężczyzna, licząc, że może to przekona potomka wilków, że nie jest niczemu winien.- Tak samo patrzyłem na was. Jest was mniej i jesteście... inni. To przychodzi naturalnie. Nikt nie będzie nienawidził wszystkich ludzi za to, że skrzywdził go jeden z nich. Ale można nienawidzić wszystkich rządzących, można nienawidzić wszystkich kapłanów, czy wszystkich mieszkańców danego miasta. Chodzi o konkretną grupę, którą można nazwać i wyróżnić spośród swoich. Nie raz słyszałem na wasz temat takie brednie, że myślałem poważnie, czy ten, który wygaduje te bzdury, nie uderzył się wcześniej w głowę. Ale... Nigdy nie protestowałem. Nie widziałem w tym problemu, chciałem, by ludzie patrzyli na was tak, jak i ja patrzyłem. Uważałem, że to jedyny punkt widzenia. Ale poznałem ciebie...- Amir uśmiechnął się mimowolnie w taki sposób, że aż ucieszył się, że potomek wilków na niego nie spoglądał. Takie uśmiechy zdradzają z pewnością zbyt wiele.- I przekonałem się, że to, co o was myślałem, nie jest prawdą. Nie jest prawdą w twoim przypadku, ale może gdybym poznał jednego z tych, którzy napadli tych ludzi, uzyskałbym jedynie potwierdzenie swoich domysłów. To właśnie chcę ci powiedzieć. Nie można sądzić wszystkich jedną miarą. Każdy jest wolny i decyduje o tym, co czyni. Macie inną moralność, światopogląd, religię, tryb życia, ale to wcale nie znaczy, że jesteście wolni od zła. Nikt nie jest.
Nie wiedział, czy jego słowa w ogóle trafiły do towarzysza, a przynajmniej ten nie dał tego po sobie poznać. Bogowie, czasem był taki uparty... Jak już sobie coś ubzdurał, to koniec świata. Ledwie Amir o tym pomyślał, a przypomniał sobie, ile razy wuj mówił to samo o nim.
-Posłuchaj mnie teraz, bo rzadko mówię podobne rzeczy...- mężczyzna nie wytrzymał i ujął kompana za twarz, unosząc ją lekko, by ten na niego spojrzał. Wziął głęboki oddech i kontynuował- Moi przodkowie robili wam potworne rzeczy. I chociaż wcześniej też zdawałem sobie z tego sprawę, lubiłem to usprawiedliwiać albo po prostu pomijać, nie zwracać na to uwagi czy uznawać to za konieczność. Dzisiaj wiem, że to wszystko nieprawda. Nie jestem jednak winien tego, co wam się wtedy przytrafiło. I czy tego chcesz, czy nie, twoi przodkowie również poczynili wiele złego. Nie sposób tu nie wymienić Fortisa, którego zazwyczaj zażarcie bronisz, przyznając jednak, że spora część jego działań była daleka od dobra. Ale to również cię nie zadręcza. Nie rozumiem więc, jak możesz czuć się współwinny nieszczęścia tych ludzi. Gdybyś miał chociaż niewielki wpływ, choćby nikły udział w całym zajściu... Jednak nie miało to z tobą nic wspólnego. Prześpij się z tym i przemyśl to- poradził kompanowi Amir, odsuwając się od niego.- Ja poczekam na zewnątrz. Dobrej nocy.
Usiadł przed namiotem, wpatrując się w ciemniejące niebo i słysząc, jak potomek wilków układa się do snu w namiocie.
Rzeczywiście, Nadim był niewinny. I w swojej niewinności, dręczony absurdalnym poczuciem winy, którego chyba nikt prócz niego samego nie był w stanie zrozumieć.
Amir nie zazdrościł mu tej wrażliwości.

Musiał w pewnym momencie przysnąć na siedząco, bo gdy się obudził, było już jasno. Uchylił powieki, rozejrzał się nieprzytomnie dookoła, czując cudowną woń pieczonego mięsa. Bogowie, był głodny jak diabli. Starając się ignorować zapach i swój własny, burczący brzuch, zajrzał do namiotu. I zaraz zerwał gwałtownie na nogi, zupełnie obudzony. W pierwszej chwili poczuł panikę i doszedł do wniosku, że Nadim w swojej głupocie pewnie raz jeszcze poszedł do tamtych ludzi. Ale zaraz dostrzegł swojego towarzysza, który siedział wraz z wieloma innymi ludźmi zamieszkującymi w namiotach wokół rozpalonego ogniska. Amir ruszył w tamtym kierunku, mocno zdziwiony. Jego kompan miał zdjęty kaptur, uśmiechał się serdecznie do tych, którzy go zagadywali. Mężczyzna zdumiał się tym jeszcze bardziej, przypominając sobie, że jeszcze wczoraj, ci wyglądali na przestraszonych obecnością potomka wilków.
-Witaj, panie. Zjesz z nami?- zagadnął go z uśmiechem ten sam człowiek, z którym wczoraj rozmawiał, podając mu kawałek świeżo upieczonego mięsa na kawałku jakiegoś materiału.
-Chętnie...- odparł Amir, nieco zdezorientowany sytuacją, biorąc to od niego. Zajął miejsce obok kompana, zaczynając jeść i spoglądając na niego ukradkiem.
-Twój towarzysz, panie, to prawdziwy cudotwórca!- rzucił wesoło mężczyzna. Wczoraj wydawał się być raczej przygnębiony i zrezygnowany.- Ile już razy szukaliśmy jakiejś zwierzyny, a tu nic i nic! Naprawdę dobry z pana człowiek- zwrócił się do Nadima i zaraz zarumienił się, jakby sądził, że powiedział coś nieodpowiedniego, a może nawet uwłaczającego czci potomka wilków.- Przepraszam...
-Nie szkodzi- odparł łagodnie Nadim.- To żadna obelga.
Człowiek raz jeszcze uśmiechnął się do nich nieśmiało, podziękował i odszedł kawałek dalej, rozdzielając pomiędzy oczekujących partie mięsa. Kilku innych ludzi pilnowało opiekanych jeszcze na ognisku zwierząt.
-Duże polowanie...- rzucił cicho Amir, spoglądając na kompana.- Podbijasz ludzkie serca...? Czy to raczej sposób na odpokutowanie...?
Nadim wzruszył ramionami.
-Mam nadzieję, że nie przyszło ci do głowy, by proponować to tamtym...?- Amir uniósł brew, chociaż odpowiedź wydawała się być oczywista. Gdyby Nadimowi przyszło do głowy, pewnie już by tej głowy by nie miał.
-Nie sądzę, by życzyli mnie sobie widzieć. Jeszcze bardziej bym ich rozjuszył.
-Och... A więc znowu wracamy do kwestii „moja wina”...?- mężczyzna przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
-Przemyślałem sobie twoje wczorajsze słowa- powiedział Nadim. Amir spojrzał na niego pełnym wyczekiwania wzrokiem. Gdzieś w końcu musiało tkwić to uparte i ciężkie do zrozumienia „ale”.- I uważam, że miałeś rację. W wielu kwestiach. Ale nie we wszystkich.- och, i oto jest!- Owszem, nie byłem z tymi potomkami wilków i nie miałem wpływu na to, co czynili. Ale skądś musieli się wziąć.
-Czekaj, czekaj...- Amir miał chyba problemy z kojarzeniem.- Uważasz, że to twoi rodacy? W sensie, mieszkańcy waszej osady? Lasu?
-A kto inny?
-Nadim, chyba już ustaliliśmy, że to niemożliwe- zauważył z politowaniem mężczyzna, przerywając posiłek.- Nie mówimy tu o garstce błądzących, tylko o setkach! Setkach, jeśli nie tysiącach! Choćbyście wszyscy wybrali się na tak długi spacer, wątpię, byście dobrnęli do tej liczby! Skąd by się was tyle wzięło?
-A skąd wzięli się oni?- zapytał bez zrozumienia Nadim.- Nie ma innych potomków wilków.
-A ci, którzy się od was oddzielili...?
-Już o tym rozmawialiśmy. To było dawno temu, nic o nich nie słyszeliśmy i prawdopodobnie nie żyją, a nawet jeśli, bardzo daleko stąd.
Amir milczał przez chwilę, odgryzając kolejny kawał mięsa i żując go powoli. Zerknął kątem oka na wciąż strapionego Nadima, zastanawiając się, czy mówić mu o tym, czego się dowiedział. Wtedy nie wydało mu się to aż tak istotne i jakoś przeszedł nad tym do porządku dziennego.
-Ten gospodarz, u którego zatrzymaliśmy się wtedy, w tamtym mieście...- zaczął powoli. Nadim spojrzał na niego pytająco.- Mówił o potomkach wilków, którzy się u niego zatrzymali. Tych... o łagodniejszym usposobieniu- stwierdził dyplomatycznie.- Powiedział mi, że to miasto było tylko jednym z elementów na ich drodze, chociaż niektórzy uznali je za punkt docelowy. Że wracali do swojej świętej ziemi, ojczyzny poległego bohatera.
-Fortisa...?- zdumiał się Nadim.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-Nie wiem, ilu poległych bohaterów macie, ale moim zdaniem pasuje do niego idealnie.
-Ale to by znaczyło...- Nadim umilkł nagle, jakby nie dowierzał swoim własnym przypuszczeniom.- To by znaczyło, że ci, którzy się wtedy od nas odłączyli, jeszcze żyją. I że jest ich więcej niż nas... Tak sądzę... Więc chcieli dotrzeć do naszych ziem...? Wrócić do nas czy może je podbić...?
-Cóż, raczej nie sprawiali wrażenia pogodnej pielgrzymki- zauważył z politowaniem Amir.- Tak czy inaczej, nie masz się czym przejmować. Tak, jak powiedział tamten gospodarz, większość z nich już zginęła, ostało się może kilku, a i ci zapewne nie pożyli długo. Nie byli przygotowani do wyprawy i chyba przekroczyła ich siły... Może przed czymś uciekali.
Nadim spojrzał na niego z uwagą.
-Ale przed czym...?- zapytał cicho.
-Ludzie, brama! Brama się otwiera!- usłyszeli rozentuzjazmowany głos jednego z mężczyzn, znajdującego się najbliżej wejścia do miasta.
Większość zgromadzonych ludzi zerwała się z miejsca i ruszyła biegiem w tamtym kierunku. Rzucali wszystko, cokolwiek mieli w rękach. W tyle została jedynie ta garstka, która zbierała to, co ze sobą przyniosła albo ci, których bliscy lub dzieci były zbyt daleko i musieli się po nich udać albo stali w miejscu, nawołując ich niecierpliwie. Nadim pobiegł szybko w kierunku ich namiotu, nim Amir zdążył się dobrze zorientować w sytuacji. Mężczyzna usłyszał głośny trzask uchylających się bardzo powoli, potężnych wrót. Gdy tylko potomek wilków wrócił, obaj doszli do oczekującego na moment wejścia tłumu. Amir przepchnął się do przodu, chwytając kompana za przedramię, by go nie zgubić.
-Nie zostawaj w tyle- rzucił w jego kierunku.
Wokół panował nieznośny rumor.
-Przesuń się, do diabła!
-Ja tam stałem!
-Bzdura!
-Błagam, błagam! Mam małe dzieci... Błagam, przepuśćcie mnie na przód...
Nadim był wyraźnie zdezorientowany tym wszystkim. Gdyby nie był prowadzony przez kompana, chyba stanąłby w miejscu, nie wiedząc, co uczynić. Amir ignorował krzyki i prośby adresowane do niego. Nie mieli na to wszystko czasu. Pilnował jedynie, by nie puścić potomka wilków. Bramy otworzyły się na tyle, by można było się przez nie przedrzeć. Tłum runął gwałtownie  do przodu. Wszyscy przepychali się ze sobą. Dłoń Amira ześlizgnęła się z przedramienia Nadima i zacisnęła się na jego dłoni.
-Spokojnie! Brama została otwarta na dobre! Każdy, kto będzie chciał wejść do środka, dostanie taką możliwość!- krzyknął urzędnik, który najwyraźniej nadzorował wejście. Stał wyżej, ponad tłumem, na podniesieniu.
Ta informacja wywołała wśród ludzi dziki entuzjazm.
-Brama otwarta na dobre! Brama otwarta na dobre!- wykrzykiwali kolejni ludzie, przekazując informację dalej, ale paradoksalnie,  nie sprawiła ona, że wchodzący zwolnili, a wprost przeciwnie.
Wszyscy ruszyli jeszcze szybciej niż wcześniej. Amir widział kątem oka, jak jakiś mały chłopiec potyka się i znika pod nogami biegnących za nim ludzi. Chwilę później dobiegł go przerażony krzyk matki, która zorientowała się zbyt późno, by cokolwiek zrobić. Nadim oddychał płytko i głośno, rozglądając się dookoła z paniką. Zacisnął palce na dłoni kompana, wyraźnie przerażony tym, co widział. Zewsząd dobiegały wrzaski ludzi, ale Amir nie był już w stanie rozróżnić tych radosnych od tych rozpaczliwych. W końcu wdarli się do miasta, ale tłum nieprędko pozwolił im się zatrzymać. Wszystko zaczęło zwalniać dopiero na jednym z placów. Niektórzy ludzie rzucili się na ziemię, całując ją, inni dziękowali głośno bogom, wielu z nich reagowało histerycznie. Mieszkańcy miasta przyglądali im się ze swoich domów i ulic, wyraźnie zdumieni tym zachowaniem. Amir przycisnął do siebie kompana, przytulając go na chwilę. Nadim odetchnął cichutko. Dopiero po chwili mężczyzna opanował się, odsuwając od towarzysza. A więc, byli w środku.
-Kilka srebrniaków... Nie, pani? Ale jesteś pewna...?- rudowłosy młodzik przemykał się wśród przybyłych, najwyraźniej coś im proponując.- O, panowie!- zawołał radośnie na widok Amira i Nadima.- Oprowadzę was po mieście, pokażę, co, jak, gdzie... Uczciwa zapłata za uczciwą pracę...
Amir zignorował go i wraz z towarzyszem ruszył przed siebie.
-Ale panowie!- chłopak nie dawał za wygraną, biegnąc za nimi.- Nie chcecie zobaczyć miasta...? Więc może służyć poradą? Może czegoś wam pilnie trzeba...? Ja wszystko jestem w stanie załatwić i o wszystko umiem zadbać należycie! Więc jak będzie...? Podajcie panowie, czego wam potrzeba, ja podam cenę...
-Ile kosztuje święty spokój, co?- rzucił kąśliwie Amir, zatrzymując się na chwilę.
-Ha! Wspaniale!- ku zdumieniu mężczyzny, młodzik uśmiechnął się szeroko.- Kosztuje niewiele, ile to tam, niech będzie sztuka złota... A wskażę panom miejsce, gdzie nikt nie będzie o nic pytał i gdzie można będzie spędzić trochę czasu... Sądzę, że bardzo się wam spodoba...- dodał po chwili.
Amir zastanowił się nad tym. Właściwie tego właśnie było im trzeba, miejsca, gdzie nikt nie będzie zwracał na nich uwagi. Nie powiedział o tym jeszcze Nadimowi, ale wolał, by ten został gdzieś bezpieczny, zamiast włóczyć się razem z nim po mieście. Wiedział, że potomek wilków będzie protestował, ale nie dostrzegał innego wyjścia z tej sytuacji. Podobny przypadek jak wtedy, przy zamku, mógł zdarzyć się w każdej chwili, a do miasta na pewno przedarła się część tych, którrzy przybyli tutaj po najeździe potomków wilków.
-Prowadź...- mruknął ostrożnie mężczyzna. Nadim spojrzał na niego ze zdumieniem.- Zapłatę dostaniesz na miejscu... O ile miejsce będzie tego warte...
Chłopak uśmiechnął się radośnie i nakazał mężczyznom iść za sobą, najwyraźniej bardzo zadowolony, że udało mu się znaleźć w końcu kogoś, kto był gotów zapłacić. Gadał przy tym dużo, z początku, chyba z wymuszonej uprzejmości także pytał o różne sprawy, ale widząc, że żaden z jego klientów nie jest rozmowny, w końcu ograniczył się do nędznych dowcipów i opowiastek na temat miasta oraz jego władz. Od razu widać było, że prowadził ich do jakiejś biednej dzielnicy. Mijali uszkodzone, liche domy, przechodzili wąskimi uliczkami, które niekiedy blokowane były przez dzieci, które wyciągały w ich stronę brudne ręce, w geście oczekiwania. Twarze ludzi, których widzieli, były obojętne, nikt nie zwrócił na nich szczególnej uwagi. Nadim znowu wyglądał na wstrząśniętego, a może wręcz oburzonego absolutną biernością kompana, choć z pewnością nie były to pierwsze tego rodzaju widoki, jakie zmuszony był oglądać. Amir jednak nauczył się to ignorować, nauczył się tego nie widzieć i nauczył się o tym nie pamiętać. To była jedyna droga do tego, by nie zachwiać się psychicznie i umieć żyć w świecie, takim, jakim rzeczywiście był. Za dobrze wiedział, że chlubne hasła głoszące ład, sprawiedliwość i równość, były niemożliwe do zrealizowania. Co więcej – chyba dobrze, że tak właśnie było.
Wreszcie zaszli jeszcze dalej, minęli jakąś gospodę z ułamanym szyldem, kawałek dalej, zdesperowany handlarz rozłożył na ziemi okropnie cuchnące ryby, do których kupna nawoływał przechodniów, po przeciwnej stronie ulicy stała garstka młodych dziewcząt, spoglądając przybyszów ciekawie, odkrywając ramiona i uśmiechając się do nich zachęcająco. Zeszli po schodach w dół, wchodząc w kolejny ciemny zakamarek. Dobiegł ich dźwięk fortepianu. Ktoś wygrywał jakąś smętną melodię.
-To tutaj- chłopak zatrzymał się przed drzwiami, po czym spojrzał na Amira z uwagą, jakby obawiał się, że ten odstąpi od obietnicy. Mężczyzna jednak nie miał takiego zamiaru i wręczył młodzianowi kawałek złota, choć był to jeden z ostatnich, jakie pozostały mu w sakiewce.- Dziękuję bardzo! Gdybyście czegoś jeszcze potrzebowali, panowie, jestem do waszych usług!- stwierdził z autentyczną radością.- Jak już mówiłem, myślę, że miejsce naprawdę przypadnie wam do gustu... Ja też tu bywam...- dodał, przysuwając się bliżej do Amira i szepcząc mu konspiracyjnie na ucho- … czasem.
Mężczyzna odsunął się, spoglądając na odbiegającego już młodzieńca bez zrozumienia. Zerknął raz jeszcze na kompana, po czym obaj ruszył przed siebie i otworzyli drzwi...
… A chwilę później, jedynym, co Amir mógł uczynić, było jedynie zbieranie własnej szczęki z podłogi, bo niewątpliwie wnętrze lokalu zrobiło na nim niemałe wrażenie. Właściwie to, co ujrzał, kompletnie go sparaliżowało i wprawiło w taki stan, że nie bardzo wiedział, co dalej ma uczynić. I nie chodziło bynajmniej o specyficzny wystrój, dość nietypowy klimat, urywane brzdękolenie człowieka grającego na fortepianie, czy wszechobecny brud. Nie, nie, właściwie to wszystko, w zestawieniu z tym, co przykuło jego uwagę, było zupełnie bez znaczenia, wręcz niezauważalne. Przy rogu, ledwie kawałek od wejścia, siedziało obok siebie dwóch wyjątkowo grubych mężczyzn, drzemiących w swoich objęciach. Dalej, za kontuarem, stał kolejny przedstawiciel płci męskiej, o nieco ciemniejszej skórze i dłuższych, sięgających ramion, czarnych włosach. Przy barze, choć zwrócony przodem do parkietu, siedział rosły, około czterdziestoletni człowiek, o wyglądzie rzezimieszka, bez jednego oka i z twarzą pokrytą przynajmniej kilkunastoma drobnymi bliznami. Na drugiej części sali stał fortepian. Wyraźnie daleki od trzeźwego stanu pianista, grał na nim przez chwilę, by zaraz zwrócić większą uwagę, na siedzącego obok niego, bardzo nietypowego młodzieńca. Młodzieńca o alabastrowej, nieskazitelnie białej skórze, szczupłej sylwetce, pięknej, nieco kobiecej twarzy i jasnych, krótkich włosach. Pianista odwracał się w jego stronę, dotykał go pożądliwie, uśmiechał nieprzytomnie, wracał do grania, by zaraz powtórzyć te czynności. Młodzian uśmiechał się z wyraźnym zadowoleniem i pewnego rodzaju wyższością. Jego czarne oczy przez cały czas pozostawały nieruchomo wbite w grającego i było w tym coś niepokojącego. A na parkiecie, tańczyły dwie pary, choć Amir nie był pewien, czy taniec rzeczywiście był dobrym określeniem dla ich powolnych, znudzonych ruchów. Jedną z nich tworzył smukły, ciemnowłosy chłopak, tańczący z kimś przebranym w suknię, ale mimo długich loków, jakie zdobiły głowę osobnika, a nawet czegoś w rodzaju makijażu, chyba tylko ślepiec mógłby nie zauważyć, że był to mężczyzna. A w drugiej parze, wirował powoli kolejny przedstawiciel płci męskiej wraz z bardzo specyficznym partnerem. Przebrany mężczyzna spoglądał na tę parę cokolwiek zazdrośnie.
Amir właśnie postanowił, że wyjdzie. To „właśnie” nastąpiło po jakimś kwadransie pełnego osłupienia wpatrywania się w obecnych, którzy już dawno zauważyli przybyłych i również skierowali na nich całą swoją uwagę. Pary przestały na chwilę tańczyć, pianista odwrócił się w stronę drzwi, siedzący obok niego chłopak skrzywił z wyraźną wściekłością. Amir naprawdę zamierzał wyjść, tylko nagle zauważył, że jego kompan wcale nie stał u jego boku, ale już wdał się w rozmowę z mężczyzną stojącym za kontuarem. Oczywiście, kaptur zdążył zdjąć.
-Pokoje są na górze...?- dopiero te słowa dotarły do świadomości przerażonego sytuacją Amira i aż jęknął głucho, chcąc jeszcze powstrzymać kompana.
-Wybierajcie co chcecie, kochani. Mało kto tu nocuje- gospodarz uśmiechnął się wesoło i przeniósł wzrok na Amira, który pobladł nieco.
-Amir...?- potomek wilków uśmiechnął się złośliwie. A niech go szlag! Oczywiście, że złośliwie, czego innego można było się po nim spodziewać! Musiał zresztą świetnie się bawić widząc minę swojego kompana, który wbrew pozorom, wcale nie czuł się w tym miejscu dobrze. Czuł się dziwnie i czuł się zaniepokojony i czuł się wściekły i czuł, że zaraz kogoś zamorduje, a dziwnym trafem, może wpaść mu w ręce akurat jego jakże zabawny towarzysz!
Ruszył w jego kierunku powoli, czując, że jest śledzony spojrzeniami, które wcale mu się nie podobały. Przeniósł wzrok na tego, który od początku zwrócił na siebie jego uwagę i zainteresował go najbardziej. W drugiej parze, tańczył bowiem diabeł. Z jego diabelskich atrybutów, pozostała mu jedynie para pokaźnych rogów, wyłaniająca się spośród bujnych, jasnych włosów, sięgających mu aż do pasa. Jego zielone oczy zabarwiły się na chwilę czerwienią, gdy spoglądał na Amira. Uśmiechnął się lekko do mężczyzny. Ten odpowiedział uśmiechem, wciąż oszołomiony sytuacją. Słyszał już o diabłach. Podobno było ich niewiele, cechowały się długim życiem, czy może nawet nieśmiertelnością i potrafiły przyjąć bardzo atrakcyjny wygląd, co też potwierdziło się w tej chwili. Podobno też miały dużą wiedzę. Ta wiedza właśnie zastanawiała teraz mężczyznę najbardziej.
-Odnieś wszystko na górę- poprosił Nadim, nie przestając się uśmiechać. Amir odpowiedział mu jedynie wściekłym grymasem i wziął od niego tobołek, a także jego łuk i sztylet, po czym zaniósł wszystko na górę.
Sam przesiedział tam dobre kilkadziesiąt minut, niemalże spanikowany sytuacją. Zaraz jednak doszedł do wniosku, że pozostawianie Nadima w takim tłumie... jednoznacznie ukierunkowanych mężczyzn, nie było rozsądnym pomysłem i wyobrażając sobie różne, bardzo nieprzyjemne rzeczy, nie odkładając rzecz jasna swojej broni, zszedł ostrożnie na dół. Westchnął jedynie z nutką irytacji, widząc, jak potomek wilków tańczy z tym samym chłopakiem, który wcześniej towarzyszył przebranemu za kobiecie mężczyźnie. Ten z kolei usiadł obok dwóch śpiących wciąż jegomości, niezadowolony ze swojej doli. Amir usiadł ostrożnie przy kontuarze, nie chcąc zawieszać wzroku na żadnym z mężczyzn dłużej, niż było to konieczne. Cóż tu dużo mówić, reagował alergicznie na takie stężenie podobnych mu w kwestiach seksualnych ludzi. Nie był do tego przyzwyczajony i nie czuł się z tym dobrze, i tak, chciał stąd pójść, do licha! Zapewne na jego miejscu powinien teraz siedzieć Nadim, to Nadim powinien być skrępowany nietypowym towarzystwem, Nadim powinien marzyć, by opuścić ten lokal, i Nadim powinien obserwować jego dzikie zapędy. Ale jak zwykle było odwrotnie. Mężczyzna wpatrywał się ukradkiem w uśmiechniętego kompana.
-Nie martw się- odezwał się do niego stojący za kontuarem człowiek, uśmiechając się serdecznie.- To tylko Fin. Nieśmiały chłopak, niemowa, nie zrobi twojemu towarzyszowi niczego nieodpowiedniego...
-Nie martwię się- odparł z poirytowaniem Amir. Człowiek bez oka przysiadł się bliżej niego. Amir odkaszlnął skrępowany.- Po prostu... Po prostu, to nie jest moja... skala zainteresowań...- zaczął, czując, że powinien od razu pokazać się w ich oczach jako ktoś absolutnie niezainteresowany. I absolutnie inny.- Mnie interesują kobiety.
Karczmarz uśmiechnął się z politowaniem.
-Wybacz, panie, ale obawiam się, że twój towarzysz już cię uprzedził i powiedział o twojej... skali zainteresowań- stwierdził gospodarz, a Amir pobladł momentalnie.- Twierdził, że będziesz się tego wypierał, ale w tych okolicznościach i tym gronie, jak sam widzisz, zupełnie nie ma sensu...
Amir zacisnął mocno wargi i raz jeszcze zerknął przez ramię na potomka wilków. Postanowił być łaskawym człowiekiem i dać mu możliwość wyboru. Tak, pozwoli mu wybrać. Czy zechce być przypalany, czy obdzierany ze skóry przed niechybną śmiercią.
-Ciekawe, czy on wie, że w końcu straci głowę...- zwrócił się do jednookiego gospodarz i obaj zerknęli w stronę mężczyzn przy fortepianie.- Dosłownie, rzecz jasna.
Ten drugi zaśmiał się chrapliwie.
-Może uważa, że warto. Wcale mu się nie dziwię...
-Albo jest głupcem. Swoją drogą, któż to wymyślił... Zakochany inkub!
Amir nie bardzo rozumiał w czym rzecz.
-Ach, panie. Tak przy okazji, twój towarzysz bardzo zainteresował Elisę- odezwał się znowu do Amira gospodarz, wskazując głową na przyglądającego się tańczącym, przebranego w sukienkę mężczyznę.
-A mój towarzysz byłby bardziej zainteresowany tym miejscem, gdyby były tu jakieś prawdziwe kobiety- odparł w sposób znaczący Amir.
-Ależ ona jest prawdziwą kobietą...
-... dopóki nie podciągnie spódnicy!- dokończył jednooki i obaj, wraz z karczmarzem, wybuchnęli głośnym śmiechem.
Mężczyzna sapnął cicho, odwracając się raz jeszcze w kierunku kompana, ale tym razem, zatrzymał wzrok na kimś innym. Diabeł pozostawił swojego partnera i przez chwilę przyglądał się Amirowi z uwagą. Ten uśmiechnął się leciutko pod nosem. Nie dało się ukryć, że było w nim coś intrygującego.
-A może zechciałbyś zobaczyć co ja mam pod spódnicą... Panie...- jednooki zbliżył się do niego i zaśmiał się gardłowo. Jego słowa miały być chyba żartem, ale Amirowi daleko było do tego rodzaju poczucia humoru.
-Nie- odparł lodowato.
-Ależ dlaczego...? Ja tylko wyglądam groźnie, w rzeczywistości, żaden ze mnie dominant...
-Odczep się, na litość bogów- syknął z poirytowaniem mężczyzna.
-Daj chłopakowi spokój...- poradził zalecającemu się karczmarz.- Widać, że jest spięty.
-I w tym właśnie chciałem mu pomóc- zachichotał jednooki, wracając na swoje miejsce.
Amir odetchnął cicho i w tym momencie poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Przeszedł go lekki dreszcz. Odwrócił się odruchowo sądząc, że stoi za nim jego kompan, ale to nie był on. Diabeł uśmiechnął się, spoglądając na niego z góry, po czym nachylił się i szepnął mu powoli do ucha:
-Mam przeczucie, że chciałbyś zostać ze mną sam na sam...
Amir parsknął cicho. Kątem oka zauważył, że jego towarzysz zatrzymał się nagle i zaczął przyglądać mu się z uwagą.
-Umiesz czytać ludziom w myślach...?- zapytał przekornie mężczyzna.
-Umiem wiele ciekawych rzeczy...- słowa jasnowłosego zabrzmiały jak bardzo niebanalna obietnica.
Mężczyzna wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym nie wahając się dłużej, skinął po prostu głową. Podniósł się z miejsca i ruszył za diabłem na górę, po schodach, ścigany lekko zaniepokojonym spojrzeniem towarzysza, które, nie da się ukryć, sprawiło mu odrobinę satysfakcji, choć w równym stopniu go rozbawiło. Nadim najwyraźniej nie znał go tak dobrze, jak Amir jego. Jasnowłosy uchylił drzwi od jednego z pomieszczeń i przepuścił mężczyznę. Ten wszedł do środka i usiadł na brzegu łóżka, po czym wbił w towarzyszącą mu istotę uważne spojrzenie, oczekując na jej kolejny ruch. Nie wiedział ile, z tego, co słyszał o diabłach, rzeczywiście było prawdą.
-Więc...?- rogaty zamknął za nimi drzwi i oparł się o nie, wpatrując się w mężczyznę z uprzejmym wyczekiwaniem.
-Hm?- Amir spojrzał na niego zdziwiony.
-Nie masz potrzeby udawać, wiem, że nie zaprosiłeś mnie tutaj na przyjemności...- rzekł diabeł, uśmiechając się przy tym pobłażliwie.- Co oczywiście nieco mnie smuci, bo rzadko można tutaj spotkać kogoś o twojej aparycji, tak czy inaczej... Czego ode mnie oczekujesz?
-Jak na istotę, która czyta ludziom w myślach, jesteś strasznie niedomyślny- rzucił z politowaniem mężczyzna.
Jasnowłosy ruszył w jego kierunku. Oparł kolano o łóżko, kładąc je pomiędzy nogami mężczyzny i przesuwając opuszkami palców po jego szyi, wysunął niespiesznie woreczek z kryształami spod jego koszuli.
-Co o nich wiesz?- zapytał Amir, spoglądając na niego z uwagą.
-Pytanie raczej, co ty chcesz o nich wiedzieć- odpowiedział diabeł, uśmiechając się przebiegle.
-Szczerze mówiąc, wszystko.
-Ludzie zawsze chcą „wszystkiego”. Wszystko to za dużo. Szczególnie jeśli chodzi o prawdę, bo prawda bywa bardzo niewygodna... Zgodzisz się chyba, szlachetny książę, że gdyby wszyscy o wszystkim wiedzieli, bardzo trudno rządziłoby się ludem...- jego słowa zabrzmiały złowieszczo. Amir zamierzał zapytać, skąd ten wie o jego funkcji, ale diabeł kontynuował.- Mam jednak coś, co powinno cię zainteresować. Nawet, jeśli nie może równać się „wszystkiemu”.
Wyciągnął dłoń przed siebie i zaraz pojawił się na niej zwinięty, jasny materiał. Diabeł wręczył go mężczyźnie. Ten rozłożywszy skórę, odkrył namalowane na niej rysunki. Mapę. Chyba mapę, przedstawiającą pięć zamków. Były oddane w tak dokładny sposób, że pierwszy z nich rozpoznał bez najmniejszego problemu. To był ten sam zamek, który stał przed bramami miasta. Kolejne porozstawiane były w sporej odległości od niego. Wątpliwości Amira co do przeznaczenia tego materiału wynikały z faktu, że prócz zamków nie było na nich nic. Ani innych budynków, ani nazw miasta, ani lasów czy dróg. Ot, tylko te pięć budowli.
-Co to takiego...?- zapytał ze zmarszczonymi brwiami, podnosząc wzrok na jasnowłosego, który cofnął się o kilka kroków, stając kawałek dalej od łóżka.
-To jest, mój drogi, mapa... Dzięki niej trafisz do pięciu miast, które jeszcze niedawno były centrum świetności i potęgi ówczesnego świata, aż w końcu popadły w ruinę i straciły na swojej wartości. Symbolem tego są zamki, które widzisz. Skoncentruj się na nich. W każdym z nich wydarzyło się coś niezwykłego, co miało związek z obecnością i wpływem niecodziennych istot. Nie wiem, czy znajdują się w nich kryształy, ale mogą się tam znajdować. Wiem natomiast, że jeden z nich z pewnością znajdował się kiedyś w tym mieście. Na obrzeżach, w potężnym zamczysku, mieszkał pewien mężczyzna, od którego śmierci minęło już kilkanaście lat. Kiedyś kryształ wpadł mu w ręce, a zafascynował go tak bardzo, że w końcu dotarł do prawdy o jego pochodzeniu i naturze. Popadł w coś, co jedni nazywali szaleństwem, inni obłędem, a jeszcze inni pasją, choć żadne z nich nie miało racji. Zaczął szukać pozostałych części, ale bezskutecznie. W końcu, zrezygnowany swoją porażką, osiadł w zamku i tam zmarł samotnie ze starości. Plotki głoszą, że przed śmiercią, kierowany zazdrością i obawami, zdecydował się ukryć swój najcenniejszy skarb tam, gdzie nikt nie mógłby go znaleźć. Zamek został kilkukrotnie zrabowany, niemalże doszczętnie, dziś pozostały po nim jedynie ruiny.
-Kryształ wciąż tam jest...?
-Nie wiem- odparł diabeł.- Wiem natomiast, że choć od śmierci tego człowieka minęło tyle czasu i tyle osób przewinęło się przez jego dawną posiadłość, nikt dotąd nie próbował ani sprzedać, ani nawet interesować się fragmentami... Nikt prócz ciebie, jak do tej pory. Myślę więc, że są spore szanse, że udało mu się ukryć kamień skutecznie.
Amir zamyślił się przez chwilę.
-A... Ten demon...?- zapytał, przyglądając się jasnowłosemu.- On istnieje, prawda...?
-Jesteś z pewnością człowiekiem małej wiary...- uśmiechnął się z politowaniem diabeł.- Ale może tym lepiej dla ciebie.
-Dlaczego mi pomagasz...?
-Ja tylko przekazuję ci informację. Nie wiem, czy rzeczywiście okażą się pomocne.
-W takim razie dziękuję...- odpowiedział mężczyzna, wcale nie będąc przekonany, co do bezinteresowności istoty.
-Ach, te waleczne serca! Te podejrzliwe, te ostrożne...!- zaśmiał się jasnowłosy, podchodząc do Amira i dotykając jego twarzy.- … A i tak najbardziej intrygujące są te dręczone niefortunnym zauroczeniem- szepnął.
-Nic nie wiem o żadnych zauroczeniach- odpowiedział mężczyzna.
-Oczywiście, Amirze- diabeł uśmiechnął się z politowaniem.
-Skąd znasz moje imię?
-Potrafię słuchać. I słyszę więcej niż inni, co daje mi niewątpliwą przewagę... A teraz słyszę, jak twój towarzysz dopytuje o ciebie niecierpliwie... I chyba odrobinę się niepokoi...
Amir nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy usłyszał te słowa.
-Idź do niego lepiej i zapewnij go, że byłeś w dobrych rękach- poradził mu jasnowłosy.- Diabły i bez tego cieszą się niezbyt chwalebną opinią.
Mężczyzna zaśmiał się cicho. Diabeł ruszył w stronę drzwi. Ukłonił mu się lekko, po czym opuścił pomieszczenie i zszedł po schodach na dół. Amir wyszedł z pokoju zaraz po nim i udał się do tej sypialni, w której zostawili rzeczy, by odnieść mapę. Ku jego zdumieniu, gdy tylko wszedł do środka, dostrzegł swojego kompana, który siedział na łóżku, wiercąc się cokolwiek niecierpliwie. Gdy tylko dostrzegł mężczyznę, podniósł się gwałtownie.
-Szybko ci poszło...- powiedział, uśmiechając się w dziwny sposób.
Amir uniósł brew i otworzył usta, by powiedzieć kompanowi o tym, co otrzymał, ale ten rzucił w jego kierunku:
-I jak było?
Mężczyzna znowu zdążył jedynie uchylić wargi, bo Nadim dopytał:
-Wziąłeś go w obroty?- uśmiechając się przy tym mało prawdziwie.
-O co ci chodzi, do licha?- mruknął bez zrozumienia Amir. Nie miał pojęcia, co też mu odbiło.
-No chyba nie chcesz mi powiedzieć, że on wziął w obroty ciebie...?- potomek wilków parsknął wymuszonym śmiechem.- Nie mogę w to uwierzyć...
-Nikt nikogo nie brał w obroty! Co jest z tobą nie tak?!
-... Nie spodziewałem się tego po tobie, naprawdę... Sądziłem, że jesteś bardziej... Cóż... On nie wyglądał na zbytnio... Zresztą... Po prostu się temu dziwię...
-To przestań się dziwić i zacznij w końcu słuchać!- zirytował się mężczyzna, nie mogąc zrozumieć, o co chodzi kompanowi.- Nie poszedłem tam, żeby się bawić! Poszedłem zapytać o kryształy, do licha! Sam zobacz!- podał Nadimowi mapę, bo ten patrzył na niego tak, jakby nie wierzył jego słowom.
Potomek wilków spojrzał na materiał i uniósł brwi, wyraźnie zdumiony. Jego pierwsze pytanie nie brzmiało jednak: „co to jest?”, „jaki to ma związek z kryształami?” albo chociażby „czy to ten zamek, który mijaliśmy?”. Nie, nie. Jego pierwsze pytanie brzmiało:
-Więc... Poszedłeś tam... i nic...?
-Jakie znów „nic”?!- obruszył się Amir.- Zdobyłem mapę! Ten diabeł mówił o tym, że te pięć zamków mieści się w pobliżu jakiś miast. I, że mogą tam być kryształy, a jeden prawdopodobnie znajduje się w tym zamczysku obok bram miasta. Musimy się tam wrócić i to sprawdzić.
-I ten diabeł tak chętnie ci pomógł?- Nadim wpatrywał się w niego z uwagą.
Amir sapnął ciężko.
-Nie wiem, czy to pomoc. Po prostu powinniśmy to sprawdzić, tak uważam.
-Tak czy inaczej, to bardzo bezinteresowne zachowanie...
-Masz mi coś konkretnego do powiedzenia czy po prostu marudzisz?!- warknął na niego mężczyzna.
-Po prostu powinieneś wiedzieć, z kim masz do czynienia- stwierdził Nadim, siadając z powrotem na łóżku i wpatrując się w kompana z uwagą.- Nie wiem, czy wiesz cokolwiek na temat diabłów, ale u nas słyszało się o nich całkiem sporo. Pojawiają się w naszych legendach.
-W naszych też, więc nie musisz się mądrzyć. To takie... wasze demony. Tylko widzialne...- mruknął mężczyzna.
-Demony i diabły są ze sobą mylone, ale wcale nie są tym samym- zaprotestował natychmiast potomek wilków, tak stanowczo, jakby rzeczywiście mógł o tym mieć jakiekolwiek pojęcie.- Właściwie to jest między nimi sporo różnic. Demony są istotami duchowymi. Mogą przyjąć czyjeś ciało czy inną formę, ale to nie zmienia tego faktu. Natomiast diabły rodzą się bardzo rzadko, podobno raz na tysiąc lat. Tak samo jak wszystkie inne, żyjące istoty, mają ciało i duszę. I nawet przyjmując inne kształty, choć zachowują się podobnie jak demony, nie potrafią oddzielić się od swojej pierwotnej postaci, która pozostaje ich częścią. Są zresztą dużo silniejsze od demonów. Te są bytami, które nieustannie muszą skądś czerpać energię, żywić się i z tego czerpią swoją potęgę. Z diabłami jest inaczej. Nie potrzebują żadnego „pożywienia”. Rozwijają się wraz z wiekiem, a, że nie da się ich zabić, jest to nieustanny proces. Demony można powstrzymać, a nawet unicestwić czy choćby rozdzielić na mniejsze, słabsze byty. Diabły są nieśmiertelne. A tak przy okazji, ich pierwotna powłoka, ta, którą rzadko ukazują jest podobno okropnie wstrętna...- Nadim spojrzał na kompana znacząca. Amir parsknął śmiechem.- Mimo tego, iż nie są naturalnymi wrogami istot żywych, raczej nie są dobrze postrzegane. W naszych legendach zapisały się jako stworzenia przebiegłe, okrutne i zdolne do wielkiego zła.
-Och... Jesteś pewien, że nadal mówimy o diabłach?- Amir udał zdumienie.- A nie o ludziach...? Chociaż właściwie nie zdziwiłbym się wcale, gdyby w waszych opowiastkach wszystkie inne istoty, prócz was samych, były potworami, podczas gdy wy, nawet korzystając z pomocy demonów, uciskając swoich własnych podwładnych i mordując kogo popadnie, nadal nie zasługujecie na miano przebiegłych, okrutnych i zdolnych do wielkiego zła... Raczej na miano bohaterów.
Nadim przewrócił oczyma, oszczędzając sobie komentarza.
-Uważam tylko, że powinniśmy być ostrożni. Jeśli ktoś pomaga nam bez żadnego powodu, to najwyraźniej musi mieć w tym jakiś cel- zauważył spokojnie.
-Zorientowałeś się po przygodzie z leśną nimfą czy mędrcem?- uśmiechnął się złośliwie jego kompan, po czym dodał poważnie- Będziemy ostrożni. Nie wiem, jaki on może mieć w tym interes, ale jeśli jakiś ma, raczej mało prawdopodobne, byśmy mogli stanąć na drodze istocie tak potężnej, jak mówią wasze legendy. Poza tym ciekawe, czemu ta istota przesiaduje w takim miejscu...
-Widać zdobywa doświadczenie...- stwierdził kpiąco potomek wilków.
Amir zerknął na niego ukradkiem i zaśmiał się cicho.
Jego przyjaciel najwyraźniej bardzo nie lubił diabłów.

Znaleźli się z powrotem w pobliżu zamku. Z wyjściem z miasta problemów nie mieli. Bramy rzeczywiście zostały otwarte na dobre, ale spora część z tych, która pozostawała przed nimi po niefortunnym spotkaniu z potomkami wilków, zgodnie z przypuszczeniami Amira, wcale nie ruszyła się z miejsca. Nadim znowu popadł w stan przygnębienia. Kilka razy dopytywał, dlaczego ci ludzie nadal tutaj są, a nie udali się do miasta po pomoc. Amir wyjaśniał cierpliwie, że „pomoc” miasta ograniczała się zapewne do otwarcia tych bram właśnie. Dla potomka wilków, którzy przyzwyczajony był do pojęcia wspólnoty, pomocy współbraciom bez względu na wszystko i kierującego się altruizmem, było to ciężkie do zrozumienia. Za to Amir rozumiał to doskonale. Ludzie dawno już przestali traktować się jak bracia. O ile kiedykolwiek traktowali się w ten sposób. Dzielili się między sobą, szukali sobie wrogów i nie byli skorzy do pomocy „obcym”. Potomkowie wilków przypominali raczej jedną, wielką rodzinę, chociaż po licznych opowieściach Nadima, Amir doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie zawsze tak było. I, że czasem ta rodzina była bardzo podzielona i mało skora do empatii, co najlepiej było widać na przykładzie historii Canisa.
-Więc... Ten człowiek szukał kryształów...?- zapytał Nadim, najwyraźniej bardzo chcąc zmienić temat.
-Tak powiedział ten diabeł. Nic dziwnego, że mu się nie udało.
-Ale to znaczy, że ktoś inny odkrył tą historię i był nią zafascynowany...- potomek wilków spojrzał na swojego towarzysza z uwagą. Zbliżyli się do ruin, zostawiając w tyle zebranych tam ludzi.- A nawet więcej niż tylko zafascynowany. Wydała mu się ona na tyle wiarygodna, że był gotów zrobić coś w tym kierunku.
-Ludzie są gotowi uwierzyć we wszystko, jeśli sądzą, że da im to jakieś korzyści. A jak wiemy, korzystanie z usług demona, korzyści daje rozmaite...- Amir uśmiechnął się drwiąco. Wiedząc jednak, do czego zmierza jego towarzysz, przyznał z głębokim westchnieniem- Powiedzmy, że... Dopuszczam do siebie możliwość istnienia tego demona. Dobrze, więcej niż tylko dopuszczam. Sądzę, że mógł on... może... mógłby...- z trudem przechodziło mu to przez gardło.- … po prostu mogę się mylić- dokończył więc, uznając tę opcję na najbezpieczniejszą.
Nadim uśmiechnął się pogodnie.
-Pamiętaj, żeby nie zdejmować kaptura i zwracać na siebie jak najmniej uwagi- ostrzegł go raz jeszcze mężczyzna.
Podeszli do studni, którą mijali pierwszego dnia. Amir zbliżył się do niej, oparł dłonie na cembrowinie i zerknął w dół. Była pełna wody i chyba stosunkowo głęboka. Przynajmniej tyle dobrego mieli okoliczni ludzie. W tym momencie, zza jego koszuli, wysunął się woreczek z kryształami. To był moment i Amir nie zdążyłby zareagować nawet, gdyby chciał. Poczuł mocne szarpnięcie, tak mocne, jak jeszcze nigdy wcześniej i wpadł do środka.
-Amir!- usłyszał przerażony krzyk towarzysza.
Mężczyzna znalazł się pod wodą. Chciał wypłynąć na powierzchnię, ale nie był w stanie. Sznurek zacisnął się mocno na jego szyi. Kryształy ciążyły jak nigdy i ciągnęły go wprost na dno. Amir walczył z tym z całych sił, chwycił za rzemyk, chcąc go rozwiązać czy rozerwać, ale przez panikę, jego ruchy były niedokładne i chaotyczne. Coś ciężkiego wpadło nagle do wody. Amir nie słyszał niczego, co działo się na górze, nie wiedział, co to takiego. Wreszcie udało mu się zerwać kryształy. Ostatkiem sił, zaczął płynąć w górę. Ze zdumieniem dostrzegł wodę, która zabarwiła się szkarłatem. A gdy podpłynął wyżej, dowiedział się, co takiego wpadło do wody. To było ciało. Amir chwycił je i razem z nim wypłynął na powierzchnie, gwałtownie łapiąc oddech.
-Nadim...- szepnął przerażony, przekonując się, kogo trzymał w ramionach.
Potomek wilków był nieprzytomny. Jego twarz była w całości pokryta krwią, porozcinana i okaleczona. Amir nie wiedział, co się dzieje, spojrzał w górę i... dopiero wtedy zrozumiał. Tuż nad studnią nachylało się trzech ludzi. Dwóch młodych chłopców, którzy zaczepili Nadima tamtego dnia i ich ojciec. Ten młodzieniec, który wtedy z nimi rozmawiał, trzymał w ręce długi kij. Zamachnął się po raz kolejny i uderzył Nadima z całych sił w skroń.
-Co ty wyrabiasz?!- wrzasnął Amir, z trudem utrzymując na powierzchni samego siebie i kompana.- Co ty wyrabiasz, do diabła?!- krzyknął z paniką. Kolejne uderzenie wymierzone było w niego, ale osłonił się ramieniem.
-To za moją matkę...- warknął ze złością chłopak, spluwając do studni.- I za wszystkich, którzy cierpieli tak jak ona!- uderzył po raz kolejny, znowu trafiając w Amira.- I za wszystkich, którzy przez nich dzielą los podobny do nas!
-On nie jest temu winien! Przestań natychmiast! Nic wam nie uczynił!- mężczyzna łapał gwałtownie powietrze, mając coraz mniej sił. Chciał utrzymać Nadima na powierzchni, ale jednocześnie, nieumyślnie, cały czas wpychał go pod wodę, usiłując samemu się wynurzyć. Kolejne uderzenie trafiło w wolną przestrzeń.- Nie słyszysz?! Zabijesz go! On nie jest taki, jak ci, którzy was napadli! Współczuł wam! Nie zasłużył na to... Błagam cię, nie rób tego! Twoi synowie...- zwrócił się do ojca, bo sądził, że ten jako jedyny, będzie w stanie to zrozumieć.- Nie chcesz mieć za synów morderców! On jest niewinny!
Ojciec miał nieodgadniony wyraz twarzy. Stał przez chwilę nieruchomo, po czym zabrał kij z ręki młodszego syna. Ten zaprotestował natychmiast, ale Amir mylił się w swojej początkowej nadziei.
-Tak już jest ułożony ten świat, że niewinni ponoszą karę za tych, którzy zawinili...- rzucił głucho mężczyzna.
-Nie rób tego!- krzyknął rozpaczliwie Amir.
Tym razem jednak kolejne uderzenie nie nastąpiło. Ojciec młodzieńców oparł kij o ramię Amira, wpychając go pod wodę wraz z kompanem i trzymając go pod nią. Amir usiłował wydostać się na powierzchnię, ale nie miał takiej możliwości. Szarpał się szaleńczo, nie ustając w próbach, wstrzymywał długo oddech, ale wreszcie nie wytrzymał. Zaczął krztusić się wodą. Nie był w stanie zrobić zupełnie nic. Resztka sił umknęła z niego w końcu. Stracił świadomość tego, co się wokół niego działo. Unosił się w zabarwionej krwią wodzie.
I tak to się właśnie miało skończyć...? Wielcy wybrańcy, którym niestraszny miał być demon, zginą z rąk ludzi...? Ha... Ironio... O ironio...
Nagle dostrzegł jasny błysk dobiegający ze spodu studni.
A później nie było już nic.
Ciemność.
Śmierć.
Tak myślał. Myślał, że umarł.
Ale gdy wróciła mu część sił i uchylił powieki... Spoglądał przez chwilę w jasne, czyste niebo, zdumiony i zdezorientowany. Całe ciało bolało go okropnie. Przechylił głowę na bok i drgnął gwałtownie, dostrzegając tych ludzi, którzy skrzywdzili Nadima. Leżeli we troje kawałek dalej, nieruchomo, a obok nich spoczywała zakrwawiona gałąź. Amir przysunął się do nich bliżej. Przewrócił jednego z chłopców na plecy. Dotknął jego klatki piersiowej, nie wyczuwając jednak ani bicia serca, ani jej unoszenia się. Chłopak był martwy. Pozostali członkowie jego rodziny także, choć nie widać było na ich ciałach żadnych ran. Dobiegł go odgłos krztuszenia. Odwrócił się natychmiast, po czym dostrzegł Nadima, który leżąc na boku, wypluwał wodę.
-Nadim...!- krzyknął, podnosząc się na nogi i dobiegając do niego. Usiadł przy nim, biorąc w ramiona. Twarz potomka wilków była okrutnie okaleczona, pokryta ranami, z których wciąż leciała krew. Ta sączyła się też z rozcięć na jego ramionach, szyi i klatce piersiowej.- Nadim... Nadim, słyszysz mnie?- rzucił z przejęciem mężczyzna widząc, że jego kompan jest przytomny.
Ten spojrzał na niego zamglonym wzrokiem. Ku zdumieniu człowieka, uśmiechnął się pogodnie.
-Dobrze, że tu jesteś...- szepnął ledwie słyszalnie potomek wilków. I zaraz zamknął oczy, a głowa opadła mu bezwiednie do tyłu.
-Nadim, ocknij się! Proszę, ocknij się!- mężczyzna poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. I płakał, pierwszy raz od bardzo dawna, płakał z własnej bezradności.- Nadim...- zagryzł wargi do krwi, przytulając do siebie potomka wilków. Czuł jego słaby, płytki oddech na swojej szyi. Wstał powoli na drżące nogi, podnosząc też kompana. Uniósł go na rękach i przeszedł kawałek, ale był zbyt słaby, by iść dalej.
Zatrzymał się znowu. Odwrócił raz jeszcze, spoglądając na studnię. Położył kompana i podszedł do niej ponownie, pełen niedowierzania. Na jej brzegu leżał woreczek z kryształami, a tuż obok niego, kolejny fragment. Amir zajrzał do wnętrza studni.
Woda wyschła na proch.

Udało im się wrócić do miejsca, w którym się zatrzymali. Przy bramach miasta, Amir zapłacił wjeżdżającemu doń woźnicy, żeby przewiózł ich możliwie jak najbliżej celu. Później pomógł mu ten karczmarz, jego jednooki kompan i inny młodzieniec, którego widział wczoraj, a który chyba tam pomieszkiwał. O tej porze nie było tam nikogo więcej. Nadim nie odzyskał przytomności ani na chwilę. Zanieśli go na górę, do jednego z pokojów i ułożyli w łóżku. Gospodarz zajął się przemywaniem jego ran. Amir czuwał u boku kompana, odrzucając wszelką pomoc dla siebie, choć był zziębnięty i zmęczony. Bał się o Nadima. Wiedział, że jest z nim źle. Czuł się winien tego, że dopuścił do takiej sytuacji. Chociaż to wszystko zdarzyło się tak szybko, że właściwie nie miał na to wpływu, dosłownie wymsknęło mu się z rąk. Ta studnia, upadek, później ci ludzie... Ich śmierć. Ocalenie. Cud. Cud? Czy na pewno? Nic nie było jasne ani zrozumiałe. Amir nie potrafił współczuć tym, którzy doprowadzili potomka wilków do takiego stanu. Nie stać go było nawet na wdzięczność wobec tych, którzy okazali się być im pomocni. Zżerał go niepokój i lęk. Nadim był w kiepskim stanie. Ślady uderzeń na ramionach i szyi, porozcinane wargi i policzki, solidne rozcięcie na skroni, podpuchnięte, sine oczy, miejscami nabrzmiała krwią skóra... Niemalże nie był do siebie podobny. Amir czuł łzy pod powiekami, za każdym razem, gdy przypominał sobie to, co się wydarzyło. To przecież nie był pierwszy raz, gdy mieli takie kłopoty. Przecież nie pierwszy raz, omal nie stracił potomka wilków. Ale teraz... Było zupełnie inaczej niż wcześniej. Obiecywał sobie w myślach, a może obiecywał bogom, że nie spuści go już z oczu, że będzie go chronił, lepiej, mocniej niż wcześniej, że zrobi wszystko, by coś podobnego, nie zdarzyło się już nigdy więcej. Chciał tylko, żeby potomek wilków się obudził. Żeby wyzdrowiał. Gdzie był jego cholerny bóg, gdy ten go potrzebował...? Gdzie byli wszyscy, rzekomo sprawiedliwi bogowie, skoro pozwalali na to, by działo się coś takiego?
Chłopak niemowa został z Nadimem. Gospodarz wreszcie namówił Amira, by  zszedł na dół i coś zjadł, chociaż ten ledwie stał na nogach. Gdy tylko pojawił się w sali, zobaczył tego, który podarował im wskazówkę co do kryształu. Spojrzał na siedzącego w kącie diabła i podszedł do niego szybkim krokiem, odzyskując nagle część sił.
-Dlaczego to wszystko robisz?- zapytał ostro, wpatrując się w istotę z wyczekiwaniem.
Diabeł przechylił głowę i uśmiechnął się pobłażliwie.
-Obwiniasz mnie za to, co ci się przytrafiło, mój drogi. A raczej, co przytrafiło się twojemu przyjacielowi. Wiesz jednak lepiej ode mnie, że nie miałem z tym nic wspólnego, więc o co właściwie chodzi...?
-Nikt nikomu nie pomaga bezinteresownie! Nikt nie daje rad bezinteresownie! A tacy jak ty, bezinteresownie nie udzielają nawet informacji!- warknął ze złością Amir. Może jego rozmówca miał rację i może mówił to wszystko jedynie pod wpływem emocji, które wezbrały się w nim z wielką siłą i sprawiały, że musiał znaleźć nawet nie tyle winnego, nie tyle kogoś, kogo można było obarczyć winą za to, co się wydarzyło, ale kogoś, do kogo można było mieć pretensje, komu można było coś zarzucić. Mężczyzna nie miał czasu zastanowić się nad tym wszystkim wcześniej, lekceważył ostrzeżenia kompana, chociaż dobrze wiedział, że nie usłyszał od diabła całej prawdy.- Co robisz w takim miejscu jak to...?
-Czyżbyś nie wierzył w moje hedonistyczne ciągoty...?- jasnowłosy udał zdumienie.
Amir nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.
-Czekam. Czekam na swoją kolej...- odpowiedział z uśmiechem diabeł.
-Kolej na co?- zapytał stanowczo mężczyzna.
-Ustalmy coś, Amirze... Możesz być wyjątkowy dla niego. Możesz być wyjątkowy dla swojej rodziny czy nietypowego przyjaciela, ale dla mnie jesteś jednym z wielu, może nieco bardziej interesującym od pozostałych, acz niemalże nieistotnych... Chociaż nie ukrywam, że twoja rola w całym zdarzeniu, bardzo mi sprzyja, więc wolałbym, żebyśmy trzymali się jej obaj... Chcesz w końcu pozbyć się demona, czyż nie...?- coś drwiącego, pełnego politowania i tajemnicy, czaiło się w uśmiechu jasnowłosego.
-A ty chcesz zająć jego miejsce.- stwierdził ostro mężczyzna.
-Miejsce demona?- diabeł parsknął śmiechem i pokręcił głową.- Doprawdy, zdumiewasz mnie, mój drogi. Równie dobrze mógłbym podejrzewać ciebie, że chciałbyś zająć miejsce twojego nieszczęsnego kompana, który niezależnie od okoliczności, i tak będzie w gorszej sytuacji od ciebie... Nie, nie, Amirze. Nie zamierzam zajmować jego miejsca. Musisz bowiem wiedzieć, że demony słyną z braku ambicji... I słabej znajomości własnych ofiar...
-Więc planujesz coś gorszego?
-Coś lepszego- poprawił go diabeł.- Nie masz powodów do oburzenia, Amirze... Nie usłyszysz o mnie. Nie usłyszą o mnie twoje dzieci, ani nawet wnuki... To, co zamierzam, nie dotyczy ciebie.
-Nie różnisz się wcale od tego demona- odparł lodowato mężczyzna.- Jesteś takim samym potworem jak on.
-Potwór, to pierwsze słowo, do jakiego przyzwyczajają się ci, którzy się od was różnią... Zapytaj tego, który jest tak miły twemu sercu... Och, i uważam, że powinieneś go lepiej pilnować...- szepnął diabeł, uśmiechając się złośliwie.- Przystojny i młody mężczyzna, w takim miejscu, zawsze znajdzie zainteresowanie... Nawet nieprzytomny...
Amir spojrzał na niego z obrzydzeniem, po czym wstał i szybko ruszył na górę, nie oglądając się już za siebie. Wszedł do pomieszczenia, w którym znajdował się jego towarzysz.
-Wynocha- warknął nieprzyjemnie do czuwającego przy nim niemowy, który spojrzał na niego z wyraźnym zdumieniem.- Już!- krzyknął, a biedny młodzieniec, nie wiedząc, co się dzieje, wyszedł pospiesznie, spłoszony.
Amir nie ufał ani jemu, ani nikomu innemu w tym miejscu. Usiadł bokiem na łóżku, obok Nadima i nachylił się nad nim. Przeczesał powoli palcami jego włosy i nie mogąc się powstrzymać, ucałował okaleczone wargi potomka wilków. Czekał przez chwilę, pełen nadziei licząc, że może jego kompan w końcu się przebudzi, ale wreszcie wstał zrezygnowany i usiadł na krześle, kawałek dalej. Przymknął na moment powieki, wzdychając cicho. Niepokój nie odstępował go ani na chwilę. Gdyby go stracił... Bogowie. Bez niego wszystko traciło sens. Dosłownie wszystko, nie tylko ta wyprawa czy przeklęty kryształ. Nie potrafił sobie poradzić z tą myślą, z tą straszną wizją, która wdzierała się siłą do jego umysłu, z każdą godziną niecierpliwego wyczekiwania na przebudzenie kompana.
Aż wreszcie potomek wilków poruszył się lekko. Mruknął coś niewyraźnie i podniósł się na przedramionach rozglądając dookoła nieco nieprzytomnie.
-Amir...- rzucił głucho.
Mężczyzna usiadł prędko przy nim, dotykając jego dłoni i kładąc go z powrotem na posłaniu.
-Jestem...- szepnął, wpatrując się w oczy towarzysza.- Wszystko dobrze, wypoczywaj.
-Kiedy tam wpadłeś... Chciałem ci pomóc... Tam była gałąź, ale później przyszli oni i...
-Wiem. Wszystko wiem, spokojne- przerwał mu łagodnie mężczyzna, dotykając nieuważnie policzka potomka wilków. Ten jęknął cicho z bólu, odsuwając się mimowolnie.- Przepraszam.
Nadim uśmiechnął się lekko.
-Ale muszę teraz wyglądać, co...?- powiedział, śmiejąc się słabo.- Pewnie strasznie.
-Nic już nie mów- poprosił Amir, widząc, że jego kompan wciąż jest przemęczony, właściwie ledwie przytomny.
-Nie mówiłem już tak długo, nie męcz mnie...- potomek wilków uśmiechnął się blado.- Jak właściwie udało ci się uciec...?
-To teraz nieważne. Śpij.
-Powiedz... Powiedz tylko to...- Nadim przełknął ślinę, wyraźnie mając problem z wypowiadaniem kolejnych słów. Zacisnął palce na dłoni kompana, wpatrując się w niego z uwagą.
-Nie wiem- przyznał cicho Amir.- Naprawdę nie mam pojęcia. Sądzę, że to ten kryształ.
-Kryształ...? Kryształ...- uścisk potomka wilków osłabł nieco. On sam patrzył na Amira przez chwilę nieobecnym wzrokiem, po czym stwierdził sennie- To miło z jego strony...
Chwilę później, głowa opadła mu na bok i zasnął ponownie.

Obudził się niewiele ponad godzinę później. Amir wszedł do pomieszczenia, wracając z dołu z misą wody, by zrobić kompanowi okład i zobaczył, jak ten klęczy na łóżku, sycząc z bólu.
-Co się dzieje?- mężczyzna podszedł do niego prędko i oparł dłoń na ramieniu kompana.- Nie powinieneś wstawać...
-Niedobrze mi...- rzucił potomek wilków, zaciskając pięści na kołdrze.
Amir odszedł kawałek, by sięgnąć po bukłak z wodą.
-Napij się- powiedział, próbując podać go kompanowi. Ten tylko pokręcił gwałtownie głową, odmawiając.- Musisz się napić. Spałeś przez kilkanaście godzin, jesteś wyczerpany...
Nadim opierał mu się przez chwilę, ale wreszcie chwycił bukłak i upił kilka solidnych łyków. Część wody spłynęła mu po policzku. Odłożył pusty pojemnik na bok i wziął głęboki oddech. Przewrócił się na bok, zamknął oczy, pod którym pojawiły się łzy. Zapłakał cicho.
-Co się dzieje?- zaniepokoił się mężczyzna.
-Głowa... Strasznie boli mnie głowa...- szepnął w odpowiedzi potomek wilków, zagryzając wargi i starając powstrzymać się od łez.
Amir położył się za nim i chwycił go za rękę. Długie paznokcie towarzysza wbiły się mocno w jego skórę. Mężczyzna wtulił się w jego plecy, czując się tak, jakby coś rozdzierało mu serce. Wiedział, jak bardzo potomek wilków cierpi. Ucałował go delikatnie w skroń, przymykając powieki. Zasnęli obaj obok siebie.

Amir przebudził się w nocy. Podniósł się powoli, by usiąść na brzegu łóżka. Cały się trząsł. Było mu potwornie zimno. Przetarł twarz, odgarniając z niej wilgotne kosmyki włosów.
-Połóż się...- Nadim podparł się na ręce, dotykając drugą dłonią ramienia kompana.- Masz gorączkę. Jesteś rozpalony.
Rozpalony...? Amir mógłby przysiąc, że zamarza. Zaprotestował z początku, ale zaraz dał się ściągnąć z powrotem pod koc, którym nakrył wcześniej potomka wilków. Ten przycisnął go do siebie z całej siły, głaszcząc go delikatnie po plecach.
-Zaraz będzie ci cieplej- rzucił łagodnie.
Amir przymknął powieki, drżąc wciąż z trudnego do zniesienia uczucia zimna. I znowu znaleźli się tam, gdzie ostatecznie znajdowali się zawsze, zamknięci w swoich ramionach jak w twierdzy, wtuleni w siebie, rozumiejący się wzajemnie doskonale, mimo różnic, które zdawały się zanikać i nie mieć już żadnego znaczenia. Znali się bardzo dobrze, tak dobrze, że żaden z nich nie musiał już nic dodawać. Wszelkie słowa wydawały się być zbędne. Tylko potomkowi wilków wymknęło się pełne skruchy, wymówione szeptem „przepraszam”.
-Za co mnie przepraszasz...?- zdumiał się Amir, absolutnie nie mając w tym momencie głowy do roztrząsania takich spraw.
-Że omal przeze mnie nie zginąłeś.
Mężczyzna uśmiechnął się blado pod nosem.
-Omal nie zginąłem przez tych ludzi. To nie twoja wina. Poza tym, przywykłem już, że pakujesz się w kłopoty...
-... a ty te kłopoty musisz odchorowywać...- dokończył sennym głosem Nadim.
Instynktownie przylgnęli do siebie jeszcze mocniej, niemalże nie dając sobie żadnej przestrzeni. Amir, choć jego umysł był zamglony gorączką, myślał o tym, jak dobrze było mu u boku kompana. Nigdy jeszcze nie czuł czegoś podobnego. Leżał obok mężczyzny, którym był zainteresowany, ale patrzył na niego inaczej niż na jego poprzedników. Spoglądając na noszącą ślady okaleczenia twarz potomka wilków, czuł troskę i w tym momencie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zdawał sobie sprawę z tego, że byłby gotów zrobić dla niego wszystko.
-Gdybyś tylko wiedział...- szepnął, milknąc w połowie, ale to nie były już jego świadome słowa, a ledwie majaczenie.
Chwilę później usnął. Twarze bliskich przewinęły mu się przed oczyma, słyszał pojedyncze słowa i fragmenty rozmów, chwilę później spoglądał znowu w pustą studnię i trzymał w ramionach słabnącego kompana. Wspomnienia powracały do niego echem w formie snu, nieco udziwnione, zmienione, karykaturalne. A później nastała cisza. I w tej ciszy rozbrzmiał nagle głos, subtelny, przyjemny dla ucha głos jakiegoś mężczyzny. Amir nie przypominał sobie, by słyszał go kiedykolwiek wcześniej.
-Skoro uświadomiłeś już sobie, że nie ma na tym świecie dobra i nie kieruje ono niczym, co cię otacza, musisz podjąć decyzję... Możesz wybrać zło tych, którzy cię tutaj przywiedli, którzy zadecydowali o tym wszystkim, nie udzielili pomocy tym, którzy jej potrzebowali, skazując twoich współbraci na pewną śmierć, którzy przybierają maski, manipulują i udają pełnych litości, w rzeczywistości dbając tylko o siebie... Nie, śmierć jednego nie rozwiązuje problemu. Musiałbyś zabić pół świata, a i wtedy, w drugiej połowie, zrodziła by się ta sama, zaślepiająca żądza... Ale możesz też wybrać inny rodzaj zła, jeśli wolisz to tak określać. Zła, któremu nie zależy na waszym świecie i waszych sprawkach. Które będzie trzymało się od tego wszystkiego z daleka... Które nie doprowadzi do cierpienia tych, o których dbałeś najbardziej, a które może im pomóc... Które w ostateczności, za niewielką cenę, gotowe będzie ocalić was wszystkich przed tym, co wydaje się być nieuniknione... Zastanów się nad tym dobrze. A wtedy może okazać się, że źle oceniłeś strony... I słabo dobrałeś sobie sojuszników... Co masz mi do powiedzenia... Fortisie?