Strony

środa, 11 lipca 2012

13. Johnny i krępujące sytuacje [Wyzwanie]


Johnny wysiadł ze swojego samochodu i dumnym, pewnym siebie krokiem, ruszył przez szkolny parking w kierunku szkoły. W głowie pobrzmiewała mu jeszcze piosenka, której słuchał przez całą drogę. Czuł się jak młody bóg. I wyglądał jak młody bóg, co oczywiste, acz warte wspomnienia. A, że niekiedy traktowany bywał również jak lokalne bóstwo, posyłał uśmiechy mijanym osobom, odpowiadając na ich powitania pogodnie i wesoło. Nie żeby czuł się tak po raz pierwszy, rzecz jasna. Johnny był człowiekiem prostym, a w swej prostocie wręcz doskonałym, więc nie trzeba było wiele, by go zadowolić i wprawić w dobry nastrój. Wystarczyły nowe spodnie, fantastyczny zegarek czy nawet markotne „dobrze” wypowiedziane przez Rose, gdy pytał ją znowu o to, jak wyglądał, choć co dzień wyglądał równie olśniewająco. Ale ten dzień był wyjątkowy i Johnny zdawał sobie z tego sprawę. A może raczej wczorajszy dzień był wyjątkowy i wyglądało na to, że każdy, który po nim nastąpi, będzie równie istotny. Johnny'ego rozsadzała niespożyta energia. Czuł zapał dosłownie do wszystkiego, począwszy od porannych przepraw z polonistką, aż po jego jakże ukochaną matematykę. O dziwo, w słowie „ukochana” było wyjątkowo mało ironii. Samej matematyki nie cierpiał, ale ilekroć o niej myślał, jego wspomnienia wędrowały w stronę tych godzin spędzonych nad zeszytami z Keithem. I wtedy na twarzy Johnny'ego pojawiał się szeroki, rozmarzony uśmiech, a jego myśli dryfowały powoli i spokojnie, wprowadzając go w stan ukojenia i autentycznej radości ze wszystkiego, co działo się dookoła. Wybudzając się z kolejnego stanu uniesienia, pomachał w kierunku Benny'ego, który obściskiwał się na parkingu z Maicy. Kolejny powód do wesołości. Wyglądało na to, że absolutnie wszystko wróciło do normy. Wszedł do szkoły, wziął z szafki książki, których potrzebował, po czym podszedł do stojącego nieopodal Carla. Gdyby pogodę ducha Johnny'ego dało się wycenić i sprzedać, byłby miliarderem.
-Co tam, Carl?- uśmiechnął się do przyjaciela, stając obok niego i spoglądając na przechodzących obok ludzi.- Gdzie Agatha?
-Chyba czeka na Maicy- odparł chłopak, odpowiadając uśmiechem.
-No cóż... No to jeszcze długo poczeka- zachichotał szatyn.
Johnny miał wrażenie, że nie tylko on jest tak radosny, jakby nawdychał się czegoś przed przyjściem do szkoły. Wszyscy wokoło też byli radośni. I Benny, i Carl, i ci wszyscy ludzie, którzy go mijali, obdarzając uśmiechem albo spojrzeniem podziwu... I nagle do tego radosnego, spokojnego, niezmąconego niczym świata, wtargnął jeden osobnik, który burzył całą harmonię. Eric. Szatyn odwrócił się i zobaczył, jak ten stoi przy szafce, szukając w niej czegoś z wyrazem wściekłości na twarzy. Chwilę później zatrzasnął ją z hukiem i przeszedł obok nich zamaszystym krokiem.
-Hej, Eric...- rzucił nieśmiało Carl.
Oczywiście został zignorowany, co też Johnny'ego wcale nie zdziwiło. Blondyn bezceremonialnie przedarł się przez gromadzące się na korytarzach tłumy, wprowadzając nieco chmurnego nastroju do dotychczasowej, tęczowej niemalże, krainy Johnny'ego.
-Kurczę, ale jest wkurzony...- rzucił cicho Carl, zerkając na przyjaciela.- Dawno już nie widziałem go tak wściekłego.
Johnny wzruszył ramionami. Eric nigdy nie należał do ludzi cieszących się życiem, ale rzeczywiście, w podobnym stanie ciężko było go zastać.
-Może ma jakieś problemy... Kłóci się z tą swoją dziewczyną...- Johnny mimo iż Ericka nie znosił, poczuł się w obowiązku, by jakoś to wytłumaczyć.
-On nie ma dziewczyny!- odpowiedział natychmiast stojący obok chłopak i zaraz plasnął się w czoło. Szatyn spojrzał na niego ze zdumieniem.- Zupełnie wypadło mi to z głowy! Ta koleżanka koleżanki Agathy, która widziała go z tamą laską mówi, że ona jest dziewczyną innego chłopaka! I, że na pewno się ze sobą nie spotykali ani nic w tym stylu!
-Naprawdę...?- Johnny mocno się zdziwił. Podążył wzrokiem w kierunku, w którym udał się blondyn.
Carl pokiwał głową.
-Na sto procent- zapewnił.
To było dziwne. Sam fakt, że ktoś skojarzył Erica z jakąś dziewczyną nie, bo to chyba przytrafiło się już im wszystkim. Raczej to, że Eric sam mówił, że chodzi z tamtą dziewczyną. Dlaczego ich okłamywał?
-O, jest Agatha!- uradował się Carl i pomknął natychmiast w kierunku wejścia.
Razem z nią do szkoły wszedł też Benny wraz z Maicy. Pożegnał się z dziewczyną wyjątkowo czułym pocałunkiem (Johnny miał wrażenie, że przez najbliższe tygodnie będzie ich trudniej od siebie odkleić niż kiedykolwiek wcześniej), a następnie ruszył z radosnym uśmiechem w stronę Johnnego. Klepnął go po ramieniu i poruszył brwiami w sugestywny sposób. Szatyn spojrzał na niego pytająco.
-Mam dla ciebie fantastyczną informację...- Benny uśmiechnął się tajemniczo.
I pewnie Johnny by się tym zainteresował, gdyby nie fakt, że Keith właśnie wszedł do szkoły. To rzeczywiście była fantastyczna informacja. Tak fantastyczna, że szatyn wątpił, by cokolwiek mogło z nią konkurować. Spoglądał na ciemnowłosego, który ominął szafki i ruszył w stronę klasy. Keith chyba w pierwszej chwili go nie zauważył, ale gdy podniósł wzrok i dostrzegł, że ten na niego spogląda... Ach, jaki on był uroczy! Zarumienił się, uśmiechnął lekko, kiwnął mu głową, po czym poszedł dalej, wyraźnie speszony. Johnny gapił się tak na niego jeszcze chwilę, totalnie oczarowany, aż wreszcie głos przyjaciela na dobre przywrócił go do rzeczywistości.
-Johnny... Johnny...?- Benny uniósł brew w pełnym politowania geście. Szatyn odkaszlnął cicho, z dużym trudem przenosząc wzrok na niego.- Linda chce się z tobą umówić.
-Co...?- bąknął Johnny, jeszcze nie do końca dobrze kojarząc.
-Linda chce się z tobą umówić!- powtórzył blondyn z nutką niecierpliwości.- Dzisiaj. Godzinę po szkole.
-Skąd wiesz?- zdumiał się szatyn.
Benny przewrócił oczyma, dając mu do zrozumienia, że to oczywiste.
-Od Maicy. A Linda powiedziała to Maicy, żeby ona przekazała to mnie, żebym ja przekazał to tobie.
Johnny zamrugał oczyma. Tego rodzaju wywody zdecydowanie nie pasowały ani do tej pory dnia, ani do stanu rozmarzenia, w którym wciąż jeszcze się znajdował.
-A... Nie mogła powiedzieć mi sama?- zapytał Johnny, pojąwszy wreszcie złożoną istotę sytuacji.
Benny wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym westchnął ciężko i pokręcił głową z politowaniem.
-Nie wiem, z jakiego powodu to ty miałeś zawsze większe powodzenie u dziewczyn...- dodał niemalże z nutką żalu.- One takie już są! Chciała ci to przekazać w ten sposób, żeby pokazać, że wcale nie zależy jej na tym tak mocno, jak jej zależy... A zależy jej bardzo, zapewniam cię- Benny uśmiechnął się nieco złośliwie.- Gada o tobie i gada! Naprawdę, zachwyca się waszą pierwszą randką i mówi, jaki to byłeś czarujący, wspaniały, bla, bla... Szczerze mówiąc, nie wiem jak ci się to udało, skoro totalnie olałeś ją za drugim razem...- Benny spoglądał przez chwilę na przyjaciela jak na cudotwórcę, po czym kontynuował- Oczywiście Maicy mi powiedziała. To znaczy powiedziała mi, żebym nie mówił tobie, ale Linda pewnie też mówi jej z zastrzeżeniem, żeby nie mówiła mnie, a skoro ona tego nie przestrzega... Kurczę...- blondyn zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś wyraźnie.- A może ona powiedziała mi to celowo, wiedząc, że ja powiem tobie...? To znaczy i tak wie, że ci powiem, ale... Hm...
Benny albo doszedł do wniosku, że dziewczyny są jednak bardziej skomplikowane, niż mu się wydawało, albo właśnie zaczął tworzyć na ten temat spiskową teorię. Johnny zachichotał w duchu.
-Chociaż już wiem, czemu miałeś większe powodzenie u dziewczyn!- rzucił nagle blondyn, uśmiechając się drwiąco.- Ty zawsze wszystko zauważasz. Nie wiem, jak to robisz. „Czy nie uważasz, że coś się we mnie zmieniło, kochanie...?”. Boże, każdy normalny facet powinien uciec, gdy to słyszy. „Eee... Tak, ładnie wyglądasz.” „Ale co się we mnie zmieniło?” „Yyy... Kupiłaś coś nowego...?” „Nie, zmieniłam fryzurę!”- ostatnie zdanie Benny wypowiedział  głosem wygłodniałego wampira.
Johnny uśmiechnął się z należytą skromnością.
-Takie rzeczy się widzi...- stwierdził tonem godnym mentora. Nigdy nie miał problemu z tym, żeby zauważyć, że jego dziewczyna kupiła sobie nową sukienkę, uczesała się inaczej, czy ubrała biżuterię.
-Kto widzi ten widzi...- rozstrzygnął Benny.- To już zależy od tego, gdzie się patrzy- dodał po chwili, po czym westchnął z ulgą- Jak dobrze, że mam moją Maicy! Jak dobrze, że ona jest normalna!
Johnny dyplomatycznie milczał, nie chcąc przypominać, że jeszcze wczoraj jego zrozpaczony przyjaciel gotów był zrywać z niewątpliwą miłością swojego życia.
Najwyraźniej tak to już jest z miłościami.

Linda rzeczywiście chciała się z nim spotkać, o czym poinformowała go nie tylko za pośrednictwem Benny'ego, ale także sms-owo. Sms był wyjątkowo oszczędny i niemalże oficjalny, ale Johnny dobrze wiedział, co się tak naprawdę za tym kryje. Nie dla niego były wszelkiego rodzaju gierki. I tak wiedział, że dziewczyna go uwielbia. Zresztą, kto go nie uwielbiał? Nie o tym jednak myślał. Chciał trochę pobyć z Keithem. To było takie dziwne. Nie chcieć się umówić, spotkać, tylko po prostu pobyć. Chociaż przez chwilę. Porozmawiać. Popatrzeć na niego. Zresztą, gapił się na niego na lekcjach tak długo, że aż dziw, że nie nabawił się bólu karku. Albo bólu głowy po tym, jak Benny zdzielił go za którymś razem solidnie podręcznikiem. To nie było łatwe, nie tylko ze względu na fakt, że przyjaciel Johnny'ego pewnie, przynajmniej, patrzyłby krzywo, gdyby ten stał nieopodal i gawędził z Keithem. Nawet sam Keith wydawał się być całą sytuacją zestresowany i bynajmniej nie sprawiał wrażenia, jakby chciał, by szatyn do niego podchodził. I pewnie gdyby nie to, co zdarzyło się między nimi dwa dni temu, żaden z nich nie miałby podobnych odczuć. Teraz to było trochę krępujące. I wydawało się, że ktoś, patrząc na nich, mógłby to dostrzec. Dlatego to była ich tajemnica, zawarta pomiędzy kolejnymi ukradkowymi spojrzeniami i uśmiechami wymienianymi na przerwie. Johnny niewątpliwie czuł coś, czego nie czuł nigdy wcześniej. Nie miał jednak jeszcze ani okazji, ani chęci, by to weryfikować.
Na wf-ie Keith został w szatni. Johnny wraz z pozostałymi chłopakami, przebrali się i poszli na salę. Po krótkiej rozgrzewce i tradycyjnym już podziale na drużyny, oraz jeszcze bardziej tradycyjnym stwierdzeniu, że zagrają w koszykówkę, wuefista ulotnił się do kantorka, zostawiając ich samym sobie. Johnny był w drużynie z Benny'm, Carlem i trzema innymi chłopakami, przeciwko Ericowi i jego gromadzie. Tego dnia gra wszystkim szła dość opornie i mało który przejawiał minimum zapału. Jednak tryskający energią Johnny, biegał po boisku, podawał piłkę i rzucał (zazwyczaj niecelnie) do kosza, ciesząc się jak dziecko. W którymś momencie został otoczony przez zawodników przeciwnej drużyny. Szybko zatrzymał się i rzucił piłkę w kierunku Benny'ego, stojącego nieopodal kosza przeciwników.
-Dalej, Benny!- krzyknął, jakby bez tego jego przyjaciel nie wiedział, co ma zrobić.
I rzeczywiście, blondyn rzucił piłkę, ale tego, czy trafiła do kosza, Johnny już nie widział. Bo chwilę po tym, jak ta wymknęła się z rąk zadowolonego Benny'ego... Stojący obok niego Eric nagle po prostu uderzył go łokciem w twarz. Szatyn usłyszał głośny jęk przyjaciela i zobaczył, jak ten upada na podłogę, chwytając się za nos. Natychmiast pojawił się koło niego Carl i część stojących w pobliżu chłopaków, Johnny również przedostał się do niego prędko. Benny odsunął powoli zakrwawione dłonie od twarzy. Krew sączyła mu się obficie z nosa i rozciętej wargi. Eric stał kawałek dalej, nie racząc nawet podejść i sprawdzić co z chłopakiem.
-Jezu!- jęknął głucho Benny, chyba dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, co się właśnie wydarzyło. Podnosząc się powoli najpierw do pozycji siedzącej, a później, z pomocą Johnny'ego na nogi, spojrzał na Erica z oburzeniem.- Co ty wyrabiasz, debilu?!
-Sorry- mruknął obojętnie chłopak.
-Dlaczego mnie uderzyłeś, ty kretynie?!- blondyn nic nie robił sobie ani z rad kolegów, by poszedł do pielęgniarki, ani nawet z faktu, że jego twarz dosłownie ociekała krwią.
-Przypadek...- gdyby głos Erica był jeszcze bardziej nasączony emocjami, Johnny chyba by się wzruszył.- Nie bądź takim mięczakiem...- dodał zaraz i te słowa, zdecydowanie przypadkowe nie były.
Były po prostu jawną prowokacją, na którą Benny natychmiast zareagował.
-Mięczakiem?! Chodź tu, ty kretynie, to zobaczymy, czy będziesz taki mądry!- dosłownie wyskoczył w kierunku Erica, obok którego już zdążyli się zgromadzić członkowie jego drużyny. I pewnie skończyłoby się to niemałą przepychanką, jeśli nie bijatyką, gdyby Johnny i reszta skutecznie nie powstrzymywali Benny'ego, co wcale nie było łatwe.
Rozpoczęła się awantura. Benny wciąż wrzeszczał do Erica, że ten uderzył go bez żadnego powodu, Eric po prostu go olewał, członkowie jego drużyny wywrzaskiwali, że to się zdarza, Carl był tak bardzo rozemocjonowany, że aż nabrał pewności siebie i ile sił w płucach darł się, że wszystko widział i że Benny ma rację. Aż w końcu na sali pojawił się wuefista i wkroczył pomiędzy kłócących się.
-Co tu się wyrabia?!- rzucił, rozgniewany.- Nie zostawiam was tutaj, żebyście urządzali jakieś potyczki!
-Eric przez przypadek uderzył Benny'ego, proszę pana- odezwał się chłopak z drużyny Erica i dopiero wtedy wuefista obejrzał się na blondyna i aż wzdrygnął się na jego widok.
-Idź do pielęgniarki, Benny- rzucił mężczyzna.
-Wcale nie uderzył mnie przez przypadek!- awanturował się wciąż Benny.- Zrobił to celowo, dupek jeden!
Eric uśmiechnął się krzywo.
Wuefista najwyraźniej ani myślał rozsądzać tego rodzaju spory i krzyknął po prostu:
-Dosyć tego! Johnny, odprowadź go do pielęgniarki!
Szatyn chwycił wściekłego do granic możliwości przyjaciela za ramię i skierował się z nim do wyjścia.
Tuż przy drzwiach obejrzał się jeszcze w stronę Erica.
Rozumiał go jeszcze mniej niż kiedykolwiek wcześniej.

W szkole nie było pielęgniarki. Mieli pielęgniarza, choć z przyzwyczajenia nie używano tej formy. Mężczyzna na tym stanowisku, choć z początku prowokował parę kąśliwych uwag, niewątpliwie sprawdzał się w swojej roli, chociaż raczej nie bawił się w zbędne subtelności.
-Dupek jeden... Dupek jeden...- powtarzał wciąż wściekły jak osa Benny, siedząc na kozetce. Pielęgniarz kazał mu pochylić głowę nad miseczką i przyłożył mu zimny okład do nosa, by zatamować wciąż obfite krwawienie, ale ten znowu podniósł głowę, by spojrzeć na Johnny'ego.- Co mu znowu odbiło?!
-Siedź spokojnie- skarcił go surowo pielęgniarz.- I głowa na dół.
-Nie wiem... Może to rzeczywiście było przypadkowe...- rzucił cicho Johnny, mocno zaskoczony tym, co się wydarzyło.
-Przypadkowe?!- uniósł się znowu Benny, jeszcze bardziej rozjuszony.- Co ty bredzisz, Johnny, widziałeś to na własne oczy! Nie przepychał się ze mną ani nic! Nie miałem nawet piłki w rękach, nie biegł w moim kierunku! Po prostu stał obok i walnął mnie, ot tak, bez żadnego powodu!
Szatyn musiał się z tym zgodzić, tak rzeczywiście było. Widział zresztą minę Erica i ten nie sprawiał wrażenia ani trochę zaniepokojonego całą sytuacją. Tylko Johnny nie mógł zrozumieć, po co ten miałby robić coś podobnego. Jeszcze gdyby wyładował się w ten sposób na nim, Carlu czy kimkolwiek innym – może byłby w stanie uznać, że to rzeczywiście było celowe, choć Eric mimo swojego niezbyt przyjemnego charakteru, nie przejawiał szczególnych skłonności do agresji. Zazwyczaj radził sobie ze wszystkim drwiną i złośliwościami, a nie pięścią. Ale jakby tego było mało, chodziło o Benny'ego. A kogo jak kogo, ale Benny'ego Eric z pewnością lubił. A przynajmniej lubił bardziej niż Johnny'ego i Carla, to pewne.
Benny siedział pochylony i klął na Erica najbardziej obelżywymi słowami, jakie tylko znał, i które gdyby usłyszał jakiś nauczyciel, pewnie stałyby się podstawą do tego, by Benny'ego porządnie skarcić, ale pielęgniarz najwyraźniej uszy miał wytrzymałe i po prostu ignorował odgrażanie się blondyna.
-To już taki wiek...- powiedział w pewnym momencie.- Chłopakom odbija, testosteron i te sprawy... Rywalizacja... Dziewczyny...
-Jakie tam dziewczyny!- prychnął ze złością Benny.- Eric nie cierpi Maicy. Zresztą ma własną laskę.
-Nie ma- odparł automatycznie Johnny.
-Co?!- blondyn wyraźnie zainteresował się jego słowami. Nawet pielęgniarz przerwał na chwilę oczyszczanie rany chłopaka i spojrzał na szatyna.
-No... Nie ma...- powtórzył Johnny, nieco skrępowany.- Rozmawiałem z Carlem i Carl mówi, że ta dziewczyna, która jest koleżanką jego dziewczyny powiedziała, że ta dziewczyna, z którą widziała Erica, na pewno nie jest jego dziewczyną, tylko dziewczyną innego chłopaka i z Erickiem na pewno nie była- wyrzucił z siebie na jednym oddechu, nie będąc pewnym, czy ktokolwiek zrozumie, co miał do przekazania.
Benny zagwizdał cicho.
-No to ładnie... No to ładnie...- rzucił i zaraz zachichotał złośliwie.
Johnny uśmiechnął się tylko.
I tak właśnie rodzą się plotki.

Benny siedział na szkolnej stołówce z miną cierpiętnika, chyba po raz setny streszczając wyjątkowo cierpliwej Maicy tą samą historię. Johnny towarzyszył mu przez cały czas i robił dosłownie wszystko, byleby tylko przypadkiem nie wpadli na Erica, bo chociaż jego przyjaciel, mimo łatwości w obrażaniu się, wybaczać z pewnością umiał, to czuł, że w tym przypadku byłoby inaczej i po krótkiej wymianie zdań, Eric pewnie zarobiłby w zęby. Dziwna sytuacja. Jeśli nawet Johnny się jej dziwił, to najwyraźniej było to widać na pierwszy rzut oka.
Tymczasem oczy szatyna zainteresowało coś innego. Zerknął w kierunku Keitha, który zajął miejsce przy stoliku i nie uprzedzając nawet Benny'ego (był tak pochłonięty opowiadaniem, że i tak nie zauważył), ruszył w jego kierunku. Usiadł naprzeciwko niego i uśmiechnął się wesoło.
-Co stało się Benny'emu?- zainteresował się brunet.
-Ach... Eric uderzył go w twarz- Johnny odpowiadał dziś na to pytanie tyle razy, że pierwsze emocje z niego wyparowały i mówił to już takim tonem, jakby odpowiadał na pytanie o godzinę.- Na wf-ie.
Keith uniósł brwi.
-Przez przypadek?
-No... Sęk w tym, że nie bardzo- powiedział szatyn, wciąż nieco zagubiony w tej kwestii. Jeśli uznać to, co zrobił Eric za przypadek, to równie przypadkowa byłaby pięść Benny'ego, lądująca na jego twarzy, gdyby go skutecznie nie powstrzymali. Ale z drugiej strony to było tak nieprawdopodobne, że Johnny zaczynał poddawać pod wątpliwość to, co sam widział.
-Więc dlaczego go uderzył?- brunet spojrzał na niego bez zrozumienia.
Johnny wzruszył ramionami.
-Bo jest dupkiem- stwierdził, po czym zachichotał cicho.
Keith zawtórował mu tym samym. I szczerze, póki co, była to jedyna odpowiedź, która mogła cokolwiek uzasadniać, choć i tak niewiele. Dupek Eric w swoim niewątpliwym dupkostwie zazwyczaj wolał się wyzłośliwiać i rzucać ironiczne uwagi. Gdyby było inaczej, Johnny pewnie byłby dziś bezzębny. Boże, co za straszna myśl!
-Keith, spotkamy się dzisiaj po lekcjach?- zapytał z nutką nieśmiałości szatyn, jak zwykle, w towarzystwie chłopaka zapominając o całym bożym świecie. Stan, który go ogarniał przy Keithcie ciężko było wyjaśnić słowami. Gdyby miał w swoich pytaniach wyrazić rzeczywistą chęć przebywania z chłopakiem, brzmiałyby one tak: Keith, a spotkamy się przed lekcjami? A w trakcie lekcji? A po nich? A rano? A wieczorem? Zamieszkasz ze mną, wyjdziesz za mnie? Oczywiście te dwa ostatnie Johnny'emu do głowy nie przyszły, co nie zmieniało faktu, że jego maniacka wprost chęć widzenia Keitha nieustannie, zaczynała niebezpiecznie zmierzać w tym właśnie kierunku.
-Nie mogę- odparł ciemnowłosy, wzdychając cicho.- Moja matka pracuję, muszę pobyć z Angie- dodał, wyraźnie zdenerwowanym głosem. Nie był zły na Johnny'ego, to pewne, po prostu ten temat zawsze strasznie go irytował. Gdy o tym mówił, wydawał się być raczej zły na siebie, swoją siostrę i swoją mamę.
-Więc może przyjadę i ci pomogę- zaproponował szatyn.
Keith speszył się wyraźnie.
-Nie ma w czym pomagać- odpowiedział, kręcąc głową.- Daję sobie radę.
-A tak dalibyśmy sobie radę razem.- Johnny uśmiechnął się łagodnie, nie dając za wygraną. Brunet chyba nie wiedział, co powiedzieć.- Przecież i tak już wiem. Czego się boisz, Keith?
-Nie boję się, tylko... To coś innego, widzieć kogoś, czy spotkać raz, a co innego być z nim dłużej- rzucił brunet z wyraźnym wahaniem.
-Przecież ja jestem z tobą dłużej- odparł, nim zorientował się, że chyba opacznie zrozumiał słowa bruneta.
-Mówię o Angelice- Keith parsknął śmiechem.
-Och.- Johnny odkaszlnął cicho.- No... Tak. Ale nie przeszkadza mi to, naprawdę. Uważam, że jest miła. A tobie pewnie przyda się pomoc.
-Nie chcę pomocy, Johnny- odpowiedział twardo Keith.
-W takim razie przyda ci się towarzystwo.- wyszczerzył się Johnny, absolutnie nie ustępując.
Ciemnowłosy wahał się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami:
-Jesteś pewien, że chcesz...? Naprawdę nie musisz tego robić, żeby się ze mną... przyjaźnić.- to słowo u nich obu wywołało nieco zakłopotany uśmiech.- Zastanów się nad tym po prostu.
Johnny już otworzył usta, by powiedzieć, że nie ma się nad czym zastanawiać, ale niestety, przypomniał sobie, że jednak było. Linda. Rany, przecież umówił się z Lindą po lekcjach, jak mógł o tym zapomnieć!
-Keith, bardzo cię przepraszam, ale przypomniałem sobie, że muszę coś załatwić po południu- rzucił z autentyczną skruchą.
-Nie ma sprawy-odparł natychmiast Keith i brzmiał, jakby mu ulżyło.
-Naprawdę chciałbym przyjść, ale zupełnie wypadło mi to z głowy...
-Daj spokój, Johnny, naprawdę nie ma problemu- zapewnił go ciemnowłosy.
-Właściwie... To jest...- głos Johnny'ego zabrzmiał trochę dramatycznie. Brunet spojrzał na niego pytająco.- Nie spotkamy się dzisiaj...?- szatyn powiedział to takim głosem, jakby miał ochotę się rozpłakać, choć do takiego stanu było mu z pewnością daleko.
Keith zaśmiał się cicho, spoglądając na szatyna z rozbawieniem.
-Spotkamy się- powiedział z uśmiechem.- Przyjdę do ciebie wieczorem.
Oto i energia Johnny'ego wróciła do niego z podwójną mocą!
-O której?- zapytał z zainteresowaniem.
-Nie wiem.- Keith speszył się trochę.- Nie wiem, o której będę mógł... Ale mieszkasz blisko, więc w razie czego wrócę później, nie ma problemu.
-Zadzwoń, to po ciebie przyjadę.
-No tak, zapomniałem, że mieszkam na drugim końcu miasta- zironizował ciemnowłosy, przewracając oczyma.
Johnny zaśmiał się pogodnie.
-Więc jesteśmy umówieni- stwierdził.

Randka z Lindą była z pewnością udana. Pochodzili trochę po centrum handlowym, dziewczyna zrobiła małe zakupy, później coś zjedli i poszli do kina. Blondynka znowu była umówiona z Maicy, więc Johnny, jak wcześniej, zaparkował w okolicach swojego bloku. Ona do niego pasowała. Naprawdę pasowała, co zaskakujące. Dobrze się razem bawili, dobrze im się rozmawiało, mieli podobne spojrzenie na świat i jeszcze wyglądali razem jak król i królowa balu (no cóż, trzeba było myśleć przyszłościowo!). Tworzyli po prostu zgrany duet, ładną parę. Johnny doszedł do tego wniosku nie po raz pierwszy. Tylko... Tylko jakoś trudno było mu spojrzeć na Lindę inaczej niż tylko jak na koleżankę. Naprawdę ją lubił. I zazwyczaj „lubił” wystarczało mu w relacjach z kobietami. Ale jakoś kompletnie nie miał chęci, by wyniknęło z tego cokolwiek więcej. Myślał o Lindzie i o tym, jakie budzą zainteresowanie i spojrzenia płci przeciwnej, a zaraz myślał o Keithcie. A między Keithem a Lindą była przepaść. Keith był chłopakiem, to przede wszystkim i szatyn, póki co, nie do końca rozumiał, dlaczego ten chłopak wzbudza w nim większe emocje niż prześliczna, kokietująca go w dodatku, dziewczyna. Nie potrafił się zdobyć na to, by dopuścić do czegokolwiek więcej, niż tylko objęcie jasnowłosej ramieniem czy chwycenie jej za rękę. A im więcej nad tym myślał, tym gorzej się czuł.
Ruszyli wzdłuż bloków, rozmawiając ze sobą.
-Ten cały Garret był bardzo przystojny- podzieliła się z nim swoją obserwacją Linda, nieco prowokacyjnie.
-Nawet, nawet, chociaż to, jak się ubierał...
Blondynka skrzywiła się lekko i pokiwała głową.
-Fatalnie.
-Bez stylu.
-Bez stylu- podchwyciła natychmiast i zaśmiała się lekko. Splotła swoje palce z palcami szatyna. Milczała przez chwilę, tylko zerkając na niego, po czym rzuciła- Miałeś strasznie dużo dziewczyn, Johnny.
Oho, o to i w słowach Lindy czaiła się pułapka, w którą pewnie niejeden nieszczęśnik bezmyślnie by wpadł. Ale nie Johnny.
-Owszem. Ale nie udało mi się znaleźć tej właściwej- powiedział gładko, uśmiechając się do jasnowłosej.
-A szukasz...?- Linda uśmiechnęła się figlarnie, po czym wyprzedziła go i stanęła tuż przed nim, chwytając jego drugą dłoń.- No dobra, powiem ci coś... Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak jakaś desperacka sugestia ani nic w tym stylu...- Johnny przełknął ślinę, czując się trochę nerwowo.- Rozmawiałam z Maicy i ona cały czas mi powtarza, że do siebie pasujemy. Że jesteśmy tacy podobni...
-Na pewno mamy podobny gust- uśmiechnął się z ulgą Johnny, ciesząc się wyjątkowo, że obyło się bez wyznań miłości. Z tym jednym akurat rzadko umiał sobie skutecznie poradzić.
-Dobry gust- podkreśliła Linda i uniosła się lekko, by go pocałować.
Tylko idiota nie zrozumiałby tego gestu. Johnny, wbrew temu, co niektórzy zawistni szeptali, idiotą nie był. Ale musiał go udawać, dla dobra sprawy. Zamiast więc pocałować dziewczynę, chwycił ją w ramiona i po prostu przytulił do siebie. I pewnie najbliższe kilka sekund starałby się nieudolnie dociec, dlaczego, absolutnie, nie ma ochoty na to, by pocałować tak atrakcyjną dziewczynę, ale... Ale w takich sytuacjach, odpowiedzi chyba przychodzą same.
Johnny miał wrażenie, że to jakaś zła mara albo przywidzenie wynikające z jego poczucia winy. Ale to nie było jego przywidzenie. To był Keith, który ruszył powoli w ich stornę. Szatyn dosłownie osłupiał i nawet nie odsunął od siebie dziewczyny, a wprost przeciwnie, wciąż ją przytulał.
-Johnny...?- Linda parsknęła cicho i poruszyła się, chcąc dać mu do zrozumienia, by w końcu ją puścił.
-Cześć- rzucił cicho ciemnowłosy, przechodząc obok nich.
-Keith!- Johnny natychmiast zostawił Lindę i podszedł do niego prędkim krokiem. Chłopak zatrzymał się i spojrzał na niego pytająco.- Keith, bo... Bo... Chodzi o to, że...- i szatynowi zupełnie zabrakło argumentów. Nie potrafił nic powiedzieć ani niczego wyjaśnić. W tym miejscu należałoby dodać, że Johnny radził sobie już z gorszymi sytuacjami, ale patrzył na Keitha i czuł się kompletnie bezradny.
-Cześć, Keith- odezwała się Linda, poirytowanym głosem.
-Cześć- przywitał się z nią znowu brunet.- Do zobaczenia- dodał tylko, po czym skręcił za róg i odszedł.
Johnny chwycił się za głowę, nie wiedząc, co z tym wszystkim dalej robić. Boże, co on robił? Spotykał się z Lindą, ale nie chciał być z Lindą. Boże, Keith go zobaczył. Boże, Keith się na niego zdenerwuje. Boże, nigdy w życiu na niego nie spojrzy, Johnny sam na siebie nie spojrzy (co byłoby niewątpliwym dramatem), porażony tym, do czego doprowadził.
-O co chodzi, Johnny?- rzuciła z wyraźnym zdenerwowaniem jasnowłosa.
-O nic, tylko... Miałem go o coś zapytać...- wytłumaczył się koślawo chłopak.
-Tak, pewnie o to głupie wyzwanie- odparła kąśliwie dziewczyna.
-Nie... Rzecz w tym, że nie... Zadzwonię do ciebie. Cześć, Linda.

Johnny schrzanił sprawę. Schrzanił ją kompletnie, a co gorsza, miał tego świadomość, a więc było po prostu fatalnie. Jezu, jak mógł to zrobić? I o ile za pierwszym razem za „to” uznał po prostu pozwolenie na to, by Keith przyłapał go w tej sytuacji, dalej zastanawiał się już nad tym, jak mógł mu się nie wytłumaczyć, jak mógł za nim nie pójść, aż wreszcie – jak mógł w ogóle umówić się z Lindą. Pierwszy raz od dawna, Johnny zaczął się zastanawiać nad sensem swoich działań. I pierwszy raz czuł się tak potwornie źle, jakby zrobił coś koszmarnego i teraz nie potrafił wytłumaczyć się nawet przed samym sobą. A w gruncie rzeczy cóż takiego zrobił? Przytulił Lindę. Tak... przyjaźnie. Nie, poszedł z nią na randkę. Na randki nie chodzi się po to, żeby się przyjaźnić. Jak mógł być tak bezmyślny! Szatyn zupełnie już nie wiedział, co robi i czy w ogóle ma kontrolę nad tym, co się działo. Lubił Lindę i lubił Keitha, ale sympatia do Keitha przewyższała sympatię do jakiejkolwiek dziewczyny, z którą miał do tej pory do czynienia. Tylko, że Keith był chłopakiem. A to by znaczyło, że Johnny byłby...
Keith był na niego wściekły, to pewne. Johnny wydzwaniał do niego i wydzwaniał, ale komórka bruneta była wyłączona. Nie chciał z nim rozmawiać i szatyn wcale się temu nie dziwił. Nie miał pojęcia, co teraz robić. Chciał do niego jechać, ale było już późno, zresztą Keith zapewne i tak nie miałby ochoty go widzieć.
Wziął prysznic, przebrał się do snu, ale nie mogąc się uspokoić, zszedł do salonu i nadal desperacko wybierał numer ciemnowłosego, błagając go w myślach, by ten w końcu odebrał i zechciał go chociaż wysłuchać.
Problem tkwił jednak w tym, że szatyn nie wiedział wciąż, co ma powiedzieć. „Keith, to nie to, co myślisz”? Och, Boże.
I kiedy Johnny myślał już, że jest w sytuacji tak beznadziejnej, że wręcz bez wyjścia, usłyszał dzwonek do drzwi. Był nieco zdumiony, bo zdecydowanie nie była to pora na odwiedziny, nawet jego kumple uprzedziliby, gdyby mieli wpaść. A może to Keith...? Z tą myślą podszedł do drzwi, a gdy uchylił je i zobaczył ciemnowłosego...
Nawet nie czekał na jego słowa, dosłownie wciągnął go do środka, chwycił za ramiona i na jednym oddechu, zaczął wyjaśniać:
-Posłuchaj, Keith, ja naprawdę nie chciałem, to znaczy ona chciała się spotkać, więc się z nią spotkałem i ją... objąłem, ale tylko trochę... To znaczy... Chodzi o to, że... Że Linda, że ja... Mam na myśli to, że to absolutnie nie dla mnie i... I...
-O co ci chodzi, Johnny?- mruknął ciemnowłosy, unosząc brew i korzystając z tej chwili, gdy Johnny zamilkł na dłuższą chwilę, by wziąć oddech i zastanowić się nad swoimi słowami.
To pytanie wytrąciło szatyna z i tak już rozchwianej równowagi.
-No...- teraz to już sam kompletnie nie miał pojęcia.
-Czekaj, czekaj... Sądzisz, że jestem... zazdrosny o Lindę?- zapytał Keith, po czym parsknął cicho.
Johnny odpowiedział mu niezbyt wyraźnym pomrukiem.
-Johnny, jesteś gejem.- Keith spojrzał na niego z politowaniem i pokręcił głową, uśmiechając się lekko.- Chociaż uważam, że nie powinieneś się z nią spotykać, jeśli sytuacja między wami nie jest jasna. Moim zdaniem podobasz jej się, a jeśli ona nie ma u ciebie szans, to tylko ją zwodzisz i któregoś dnia może się bardzo rozczarować. A takie rozczarowania nie są przyjemne.
O ironio losu...! Co prawda zupełnie innymi słowami, i mając co innego na celu, ale bardzo podobnie mówił w ten sposób Benny o całym tym wyzwaniu. Johnny poczuł się skrępowany. Zagryzł nerwowo wargę, zastanawiając się nad tym, co powiedział mu przed chwilą chłopak i jak bardzo (jeszcze nie tak dawno) mogło się to odnosić do jego własnej sytuacji. Teraz jednak sytuacja uległa zmianie i Johnny poprzez całe to zdarzenie i swoją własną panikę, dostrzegł wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej, że Keith jest dla niego ważny. I nie tylko jako przyjaciel. Nie chciał go skrzywdzić. Wszystko jednak zdawało się zmierzać do tego nieuchronnie, a sam Johnny, dający się łatwo kierować emocjom i myślący raczej po, niż przed faktem, był na to najlepszym dowodem.
-Więc dlaczego sobie wtedy poszedłeś?- zapytał cicho.
-Wracałem do domu...- odparł brunet.- Nie szedłem do ciebie. Byłem w sklepie.
-A... A telefon...? Dzwoniłem do ciebie chyba ze sto razy!
Ciemnowłosy sięgnął do kieszeni i wyjął z niej komórkę, pokazując ją Johnny'emu.
-Wyłączyłem go. Dobrze wiesz, że chcę mieć spokój.
Szatyn odetchnął z ulgą i przytulił do siebie chłopaka. Daleką przesadą byłoby jednak stwierdzenie, że był spokojny. Bynajmniej. Sytuacja z Lindą, o ile okazała się nie mieć żadnego wpływu na jego relacje z Keithem, wpłynęła nieco na postrzeganie tychże relacji przez szatyna.
-Tak czy inaczej, muszę już iść- rzucił brunet, wyplątując się z jego uścisku. Johnny spojrzał na niego ze zdziwieniem.- Przyszedłem tylko na chwilę, bo ci to obiecałem, ale jest już późno... Nie wiedziałem, że to wszystko tak się przeciągnie...- dodał z nutką irytacji.
-Zostań jeszcze trochę, Keith!- rzucił błagalnie szatyn.
-Johnny, patrzyłeś na zegarek?
-Odwiozę cię!- zapewnił go szatyn i dopiero widząc, jak Keith mierzy go pobłażliwym spojrzeniem, uświadomił sobie, że jest w piżamie.- No to się przebiorę!
-Obawiam się, że czekanie aż będziesz gotów do wyjścia, zajmie mi całą noc.
-Więc zostań na noc- zaproponował Johnny, zanim dotarło do niego, jak mogło to zabrzmieć.
Keith odkaszlnął nerwowo, rumieniąc się natychmiast.
-N... Nie w tym sensie- zapewnił natychmiast szatyn.
-W-Wiem, że nie w tym!- obruszył się ciemnowłosy, jeszcze bardziej zawstydzony.- Ale... Tak czy inaczej, to nie jest dobry pomysł.
-Dlaczego?
Keith wzruszył ramionami, wyraźnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
-Chodzi o to, że twoja mama będzie się martwić?- dopytał się Johnny.- Możesz do niej zadzwonić i powiedzieć, że zostajesz u mnie.
-Nie chcę do niej dzwonić.
-To może ja zadzwonię?
Johnny był więcej niż tylko zdeterminowany.
-Johnny, na litość boską, nie obchodzi mnie jej zdanie i nie zamierzam jej o niczym mówić- odparł Keith, nieco zdenerwowany.- Ale zastanów się nad tym... Nie mam tu żadnych ubrań na przebranie, a poza tym, nie chciałbym, żeby twoja gosposia rano... zastała nas w podobnym stanie jak poprzednio- dokończył cichutko
-Zaczął się weekend, Rose wtedy najczęściej nie przychodzi, a nawet jeśli, to bardzo późno. A co do ubrań... Dam ci coś swojego.
To akurat nie był żaden problem. Szafa Johnny'ego... Ta pierwsza, ta druga zresztą także... I komoda... I mniejsza szafeczka... Była wypełniona ubraniami, co wcale nie przeszkadzało Johnny'emu, niczym szykującej się na randkę pannie, za każdym razem uświadamiać sobie, że nie ma nic, co pasowałoby mu do takiej koszulki albo nowych spodni. Tak czy inaczej, ubrań miał od groma.
-No nie wiem...- Keithowi brakło argumentów, ale i tak daleki był od wyrażenia zgody, więc łatwo można było się domyślić, że wizyta Rose czy brak ubrań nie należały do jego największych obaw.
-Obiecuję, że będę trzymał ręce przy sobie- oświadczył Johnny, unosząc je i wyszczerzył się wesoło.
-Nie o to chodzi, przecież!- zawstydził się Keith.
-Więc o co...?
Ciemnowłosy milczał długo, po czym wzruszył ramionami i skinął powoli głową, chyba wyrażając w ten sposób zgodę. Tak przynajmniej odczytał to Johnny, który uśmiechnął się na ten gest wesoło i chwycił chłopaka za dłoń, ciągnąc go na górę, do swojej sypialni. Keith stanął na środku pomieszczenia, wyraźnie skrępowany całą sytuacją. Temu akurat szatyn się nie dziwił. Pewnie też był skrępowany, zapraszając na noc swoją pierwszą dziewczynę. Zapewne. Chyba. W sumie już nie pamiętał. Sam Johnny, podchodził do tego póki co tak, jakby zapraszał na noc Benny'ego. Bez żadnych domysłów ani niczego takiego. Chyba zapomniał na chwilę o tym, jak wspaniale smakują usta Keitha, jak cudownie jest go przytulać do siebie i dotykać... Johnny nigdy nie był blisko z żadnym chłopakiem i szczerze mówiąc, do tej pory sobie tego nie wyobrażał.
Otworzył jedną z szuflad i wyjął z komody spodnie oraz koszulkę, po czym podał je Keithowi. Przypomniał sobie, jak ostatnim razem skończyło się przebieranie się Keitha w jego obecności i zalała go fala gorąca. Sądząc po minie i rumieńcu ciemnowłosego, nie był jedynym, który widział to oczyma wyobraźni.
-No... To ja się odwrócę...- rzucił szatyn, odkaszlnąwszy cicho.
-Nie musisz... Nie będę się przecież rozbierał do naga...- odpowiedział Keith.
Więc Johnny się gapił. Nie można tego było nazwać inaczej, gapił się bezwstydnie, za to na pewno zawstydzając jeszcze bardziej swojego gościa. Nie do końca rozumiał, jak to możliwe, że był w takiej sytuacji z Benny'm jakiś tysiąc razy i nigdy nie widział w tym nic interesującego. Keith był drobny, szczupły i absolutnie prześliczny, dosłownie zniewalający. Szatyn aż nie mógł uwierzyć, że wcześniej nie zwrócił na to uwagi.
Gdy ciemnowłosy skończył się ubierać, podszedł do stojącego w roku lustra (niejedynego w tym pomieszczeniu zresztą) i z lekkim rozbawieniem przyjrzał się sobie samemu. Spodnie Johnny'ego były nieco przydługie, a koszulka wisiała na nim luźno. Szatyn uśmiechnął się leciutko i objął chłopaka od tyłu, całując go w policzek.
-Jesteś taki przystojny, Keith...- westchnął niemalże rozmarzony. Sięgnął dłonią do okularów bruneta i zdjął je z jego twarzy, odkładając je następnie na komodę.
-J... Ja?- ciemnowłosy był wyraźnie zdziwiony tym określeniem. Chyba po to, by ukryć swoje zakłopotanie, dodał zaraz- Tylko nie mów, że odkryłeś to spoglądając na moje wnętrze, bo ucieknę z krzykiem...
Johnny zachichotał i odwrócił chłopaka w swoją stronę, po czym dotknął jedną dłonią jego twarzy i ucałował, wolną ręką obejmując wokół pasa. Keith oddał pocałunek pewniej niż wcześniej. Jego ruchy nadal były odrobinę niewprawne, ale szatynowi wcale to nie przeszkadzało. Cały czas w jego głowie kołatała się myśl, która nie była istotna przy kimkolwiek innym. Keith był jego. Tylko jego. I ta myśl rozgrzała go do żywego, sprawiła, że przycisnął do siebie ciemnowłosego jeszcze bardziej i wsunął język pomiędzy jego wargi. Chłopak jednak oparł się temu. Przerwał pocałunek i cofnął się o kilka kroków, omal nie wpadając w nieszczęsne lustro. Wziął głęboki oddech. Spojrzał na szatyna i tylko uśmiechnął się niepewnie. Johnny odpowiedział mu tym samym. No tak, miał trzymać ręce przy sobie. Nagle jednak okazało się to o wiele trudniejsze niż jeszcze parę chwil wcześniej.
-Powinniśmy...
-... położyć się- dokończył cicho Keith, chyba na szczęście dla Johnny'ego, bo ten niezbyt rozważnie zamierzał użyć zwrotu „pójść do łóżka”.
Szatyn pokiwał gorliwie głową. Keith wszedł pod kołdrę, kładąc się po jednej stronie. Johnny, zgasiwszy światło, ułożył się po drugiej. Leżeli obok siebie przez kilka minut w milczeniu. Obaj nakryci kołdrą i z dłońmi złożonymi na brzuchu. Pewnie gdyby nie byli tak zdenerwowani, zauważyliby, jak zabawnie wyglądali, usiłując zachować jakiś dystans. Johnny po raz kolejny pokusił się o obserwację, że będąc w takich sytuacjach z Benny'm nie zachowywali się podobnie i bynajmniej nie krępowali swoją obecnością. Najczęściej zresztą wcale nie spali, tylko gadali do późna. Chyba, że Benny się upił, wtedy spał na górze, rozłożony w malowniczej pozycji, a Johnny zajmował miejsce na kanapie, na dole. Tak było przynajmniej dopóki ten nie zaczął chodzić z Maicy. Szatyn usiłował sobie przypomnieć, czy chociaż raz czuł w jego obecności coś podobnego, ale nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Pomiędzy nim, a Keithem wytworzyło się pewnego rodzaju napięcie, za które z pewnością sam odpowiadał. To on przyjął wyzwanie i on miał go poderwać. Jednak  Johnny sądził, że będzie do sprawy podchodził bardziej obojętnie. Okazało się, że nie potrafił.
-Hm... Zauważyłem, że Benny pogodził się z Maicy- odezwał się cicho Keith.
-Chyba tylko ślepy by nie zauważył- zaśmiał się Johnny.
-Cóż, wtedy na pewno by o tym usłyszał... Twój przyjaciel chyba zrobił sporą nadzieję niektórym dziewczynom.- Keith przewrócił się na bok, twarzą do szatyna i uśmiechnął się do niego lekko.
-Obawiam się, że żadna nich nie miałaby szans konkurować z Maicy- stwierdził zgodnie z prawdą Johnny, po czym zerknął na ciemnowłosego z uwagą i zapytał- Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać w szkole?
-Kto powiedział, że nie chcę?
-Mam wrażenie, że mnie unikasz.
-Po prostu... Nie chciałbym, żeby ktoś się dowiedział. To znaczy, pewnie ty byś nie chciał- sprostował Keith.
-I tak nikt by nie zauważył- odpowiedział z rozbawieniem szatyn. Zresztą wcale nie był pewien, czy rzeczywiście by nie chciał. Nie zastanawiał się nad tym do tej pory. Nie zastanawiał się zresztą nad wieloma sprawami. Nie zastanawiał się nad tym, że ciemnowłosy jest chłopakiem, nie zastanawiał się nad tym, jak ma się sprawa z jego orientacją, skoro podobał mu się ten chłopak, nie zastanawiał się nad tym, jak to wszystko ma dalej wyglądać, ani jak bardzo może go skrzywdzić doprowadzając do końca swój plan. Chociaż, to ostatnie coraz częściej do niego docierało, a jednak nadal pozostawała w nim ta naiwna myśl, że wszystko uda mu się ze sobą połączyć.
-Chyba żartujesz... Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale jesteś jedną ze szkolnych sensacji... I jeśli nawet ja słyszałem o twoim „ukrywanym związku z Lindą”...- Keith uśmiechnął się odrobinę złośliwie.- … to tak rzeczywiście jest. Paul z naszej klasy zaczepił mnie na przerwie i zapytał, ile mi płacisz za robienie ściąg i pisanie prac...- ciemnowłosy przewrócił oczyma.
Johnny wybuchnął śmiechem.
-Był żywo zainteresowany zaliczeniem z fizyki...- dodał drwiąco brunet.
-I co mu powiedziałeś...?
-Że nie mam czasu. Co innego mogłem powiedzieć?
-Że to z sympatii do mnie...- odparł figlarnie chłopak.
Keith uśmiechnął się w odpowiedzi. Jego usta kusiły Johnny'ego i sprawiały, że nie bardzo potrafił się skoncentrować na czymkolwiek innym. Chciał go znowu pocałować i nie zamierzał dłużej czekać. Przysunął się do niego i musnął jego wargi.
-Miałeś trzymać ręce przy sobie...- przypomniał mu ciemnowłosy, chociaż bynajmniej nie brzmiało to jak zarzut.
-Ręce tak- szatyn uśmiechnął się przebiegle, wracając do ust chłopaka.
Ale i na to zabrakło mu cierpliwości. Już po chwili obejmował ciasno Keitha, całując go mocno i zdecydowanie żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Johnny zamruczał z aprobatą, czując, jak język chłopaka wsuwa się do jego ust. Pozwolił Keithowi na przejęcie inicjatywy, czuł, jak ten pieści jego podniebienie, niespiesznie i dość subtelnie badając usta szatyna. Johnny włączył się w to po chwili, prowokując język ciemnowłosego do namiętnego tańca. Obejmowali się tak kurczowo, jakby byli ze sobą złączeni. Dłoń szatyna bezwiednie zatrzymała się na biodrze chłopaka, a zaraz wsunęła się powoli pod jego koszulkę. Czuł skórę pod opuszkami palców, wodząc nimi coraz wyżej i wyżej, wzdłuż całej długości pleców. Chwilę później rozpoczął wędrówkę na nowo, tym razem po klatce piersiowej Keitha. Był ciekaw. Tak, to była ciekawość, wynikająca z nowego doznania. Przesunął palcami po płaskim brzuchu bruneta, ruszył dalej, dochodząc wreszcie do sutków. Potarł jeden z nich, słysząc w reakcji jęk ciemnowłosego. Johnny uśmiechnął się lekko. Chwycił za rąbek koszulki, podnosząc ją coraz wyżej i raz jeszcze dotykając rozgrzanego ciała ciemnowłosego, które reagowało na to drżeniem. Keith przerwał pocałunek, wziął głęboki oddech i odsunął się na chwilę od Johnny'ego, by podnieść się do klęku i zrzucić z siebie górne odzienie. Szatyn natychmiast przyciągnął go do siebie z powrotem, splatając się z nim w kurczowym uścisku i wracając do namiętnego pocałunku. Nawet nie wiedział jak i w którym momencie, noga Keitha znalazła się pomiędzy jego nogami. On sam pieścił na zmianę dłonią jego sutki, słuchając w przerwach pomiędzy kolejnymi pocałunkami tak przyjemnych westchnień, które budziły w nim coraz większe podniecenie. To, że Keith był chłopakiem i, że Johnny nie miał zielonego pojęcia, jak to wszystko ma wyglądać, stało się nagle bez znaczenia. Zresztą odkrył, że Keithowi przyjemność sprawiają te same rzeczy, które dawały rozkosz Johnny'emu. Dotykał go więc tak, jak sam chciał być dotykany.
Bielizna szatyna już jakiś czas temu zrobiła się przyciasna. Keith najwyraźniej miał ten sam problem, bo po chwili mimowolnego ocierania się o chłopaka, przerwał pocałunek i spojrzał na niego, niemalże przerażony. Johnny zaśmiał się cicho, widząc jego minę. Przewrócił go na plecy, a sam usiadł na jego biodrach, nie dając mu czasu, by ten poczuł się sytuacją skrępowany. Nie dziwił się temu jednak. Keith nie był wcześniej z nikim innym i to było przyjemne. Wszystko, co robił, robił po raz pierwszy, poznając ciało kochanka i swoje własne.
Szatyn nie miał powodu, by z czymkolwiek się spieszyć. Całował szyję Keitha, najpierw subtelniej, stopniowo coraz bardziej drapieżnie, nie chcąc jednak zostawiać śladów na jego skórze. Ciemnowłosy błądził dłońmi pod jego koszulką, jakby odtwarzając wcześniejsze ruchy chłopaka. Trzeba było przyznać, że uczył się wyjątkowo szybko. Johnny sięgnął dłonią do jego krocza. Ścisnął je przez materiał spodni bruneta, a ten wydał z siebie zduszony krzyk.
-J-Johnny...- rzucił po chwili, drżącym głosem.- O Boże... O Boże...
Ten komentarz spodobał się szatynowi wyjątkowo. Kontynuował swoje poczynania, wsłuchując się w przyspieszony oddech ciemnowłosego i jego miarowe, tłumione jęki.
-Podoba ci się to, Keith...?- upewnił się, jakby to, co słyszał do tej pory mu nie wystarczyło.
-M... Mhm...- zamruczał w odpowiedzi brunet.
Johnny położył się na plecach i pociągnął Keitha na siebie, zmieniając ich pozycję. Nieco niecierpliwym ruchem, zsunął z jego bioder spodnie wraz z bielizną. Już po chwili ciemnowłosy pozbył się ich całkowicie, a szatyn rzucił je gdzieś na bok. Chyba wylądowały na podłodze, ale Johnny był zbyt zajęty wargami bruneta, które po raz kolejny złączyły się z jego, by zwracać uwagę na takie sprawy. Błądząc językiem w ustach ciemnowłosego, podniósł się nieco, by zdjąć z siebie dolną część piżamy. Po chwili gimnastyki udało mu się to, i jego spodnie podzieliły los tych Keitha. Brunet sięgnął do jego męskości. Przesunął po niej palcami, powoli i nieśmiało. Johnny zadrżał mimowolnie, czując rozkoszne dreszcze przemieszczające się pod powierzchnią jego skóry po całym ciele. Westchnął głęboko, po czym poprosił Keitha, by ten kontynuował. Ciemnowłosy powtórzył swój ruch kilka razy, przyspieszając wyraźnie. Szatyn zagryzł mocno dolną wargę. Czuł, jak jego męskość pulsuje w dłoni chłopaka, domagając się dalszej pieszczoty. Johnny podniósł się powoli do pozycji siedzącej, jedną ręką wciąż obejmując Keitha, który w ten sposób znalazł się na jego kolanach. Drugą natomiast chwycił za jego penisa.
Ich usta złączyły się w kolejnym pocałunku. Zamknięci w swoich ramionach, przeszywani raz po raz dreszczami rozkoszy, przekraczali kolejno granice wyzwania, przyjaźni, eksperymentu. Nie dało się już tego wytłumaczyć tymi słowami. Keith cofnął głowę, by zaraz wtulić się mocniej w Johnny'ego i omieść jego szyję ciepłym oddechem. Po kilku urywanych jękach, doszedł w dłoni szatyna. Oparł głowę na jego ramieniu, zatrzymując się na chwilę i przymknąwszy powieki, rozkoszował się nowym doznaniem. Zaraz jednak powrócił do pieszczenia męskości Johnny'ego. Szatyn czuł, jak kochanek drżał wciąż w jego ramionach po przebytym orgazmie. Chwilę później i jemu udało się osiągnąć spełnienie. Opadł z powrotem na pościel, ciągnąc bruneta za sobą.
Leżeli tak przez chwilę w bezruchu, wsłuchani w bicie swoich serc, aż w końcu Keith przetoczył się na miejsce obok. Johnny spojrzał na niego i uśmiechnął się wesoło. Ciemnowłosy odpowiedział mu nieco zmęczonym uśmiechem. Szatyn wyciągnął dłoń i oparł ją na udzie chłopaka, gładząc lekko jego skórę.
Zastanawiał się przez chwilę nad tym, co się wydarzyło. To było... inne. Przynajmniej inne od tego, co Johnny do tej pory znał. I jeśli tak właśnie smakował zakazany owoc, być może warto było dla niego opuścić raj.
-Lubię twoje włosy...- rzucił sennym głosem Keith. Szatyn spojrzał na niego z rozbawieniem.- Takie... Właśnie takie...- dodał ciemnowłosy i wsunął na chwilę dłoń w czuprynę Johnny'ego.- Bez tego wszystkiego...
-Bez żelu- podchwycił szatyn i uśmiechnął się lekko.- Używam go, bo wtedy wyglądam lepiej.
-Nie. Wyglądasz jak kretyn.
-Keith!- Johnny parsknął śmiechem.- Takich rzeczy nie mówi się po seksie.
-To nie był seks- zaprotestował ciemnowłosy, zapewne czerwony jak piwonia.
-A co...?
Keith najwyraźniej nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej i sięgnął po leżącą obok kołdrę, zakrywając się nią. Johnny uśmiechnął się lekko, widząc ten gest. Chyba było odrobinę zbyt późno na tego rodzaju wstyd.
-Dobra, dosyć tego, Johnny... Podaj mi spodnie- poprosił ciemnowłosy.
Szatyn nie przestawał się uśmiechać, nie ruszając się z miejsca.
-Johnny... Moje spodnie...- powtórzył raz jeszcze Keith.- Albo... Albo nie oddam ci kołdry!- zagroził w sposób tak zabawny, że Johnny wybuchnął śmiechem.
-Więc będziesz mógł na mnie patrzeć- szatyn zdecydowanie wstydu nie odczuwał i eksponował się w pełnej okazałości. Wyszczerzył się wesoło do nieco zdezorientowanego chłopaka.
-Widzę, że moje twierdzenie o twoich kompleksach było nieco nieuzasadnione...- stwierdził Keith, przełykając ślinę.
Cóż Johnny mógł odpowiedzieć na podobne słowa. Na tym tle nie miał absolutnie żadnych kompleksów, to pewne.
-Po prostu podaj mi spodnie- zażądał raz jeszcze brunet.
-Jak mnie pocałujesz- Johnny przysunął się bliżej niego i podniósł lekko.
-Najpierw spodnie...
-Pocałunek...
Keith uległ. Wpił się w wargi chłopaka, dając mu raz jeszcze posmakować swoich ust, ale nie na długo. Zaraz odsunął się ponownie i spojrzał na Johnny'ego z wyczekiwaniem. Szatyn ujął jego twarz i cmoknął raz jeszcze, po czym zachichotał i wychylił się z łóżka, by sięgnąć po ich ubrania.
-A ja mogę zostać półnagi...?- zapytał niewinnie.
-Johnny!
Ostatecznie obaj ubrali spodnie. Keith był wyraźnie zmęczony, a Johnny wprost przeciwnie. Wcale nie chciało mu się spać. Uklęknął na pościeli, spoglądając na siedzącego na brzegu łóżka bruneta. Ten zerknął na niego ukradkiem i uśmiechnął się.
-Ale my do siebie pasujemy, Keith!- szepnął z przejęciem Johnny.
-N... No...- bąknął brunet, wyraźnie zdumiony tym stwierdzeniem.
I zaraz szatyn przyciągnął go do siebie i przytulił z całych sił, śmiejąc się przy tym jak dziecko. Taki właśnie był Keith. Prześliczny, przeuroczy, nadawał się do tego, by go tulić, całować i słuchać, jak mruczy szatynowi prosto w szyję, by ten go nie dusił. I nagle Johnny coś sobie uświadomił. On wygrał wyzwanie. Naprawdę. Wygrał. Wyzwanie. Zamrugał oczyma z niedowierzaniem, wciąż przyciskając do siebie chłopaka. Gdyby chciał, mógłby nawet zdobyć dowód, który sprawiłby, że Ericowi szczęka by opadła. Ale... Ale zaraz wyobraził sobie reakcję Keitha, gdyby ten się dowiedział. I nagle satysfakcja z przegranej jego dawnego przyjaciela nie wydawała mu się równie duża, co wcześniej. Jeśli zdarzenie z Lindą czegoś go nauczyło, to na pewno tego, że nie chciałby się stać w oczach Keitha nikim innym, jak tym, kim był właśnie teraz. Nie chciał zrobić mu krzywdy. Puścił ciemnowłosego.
-Wszystko w porządku, Johnny?- zapytał brunet, widząc jego zmieszaną minę.
-Mhm...- potwierdził szatyn, siląc się na uśmiech.- Tak, wszystko w porządku.
-To dobrze... Nie chcę nic mówić, ale za dwie minuty północ...
-Za jedną- poprawił Keitha Johnny, zerkając na stojący na komodzie elektroniczny zegarek.
-Dobranoc- rzucił Keith, chcąc się położyć, ale Johnny zatrzymał go przy sobie.
-Chcę cię całować o północy- oświadczył, chichocąc wesoło.
Keith uniósł brew.
-A co to, Sylwester?- rzucił kąśliwie.
-Można tak powiedzieć. Obiecuję ci fajerwerki.- Johnny uśmiechnął się figlarnie.
-Och... Masz na myśli sztuczne ognie...?
-Te ognie będą najprawdziwsze na świecie- obiecał szatyn, śmiejąc się cicho i zaraz zbliżył swoją twarz do twarzy ciemnowłosego, by kilkanaście sekund później, ucałować go zgodnie ze swoim założeniem.
Ich pocałunek był subtelniejszy, trochę leniwy, zdecydowanie mniej emocjonalny niż wcześniej, ale dwóm zmęczonym ciałom wystarczyło to w zupełności.
-Już...?- zapytał Keith, gdy Johnny się od niego oderwał.- Koniec z tymi twoimi szamaństwami...? Więc dobranoc- oświadczył stanowczo, odwracając się plecami do chłopaka i nakrywając kołdrą.
Szatyn położył się tuż obok, nie mogąc przestać się uśmiechać. Przysunął się bliżej Keitha, objął go kurczowo od tyłu i szepnął wprost w jego plecy:
-Kocham cię, Keith.
Dobrą chwilę zajęło mu uświadomienie sobie tego, co właśnie mu się wyrwało.
Johnny nie miał problemu ze słowem „kocham”. Johnny kochał Rose i kochał Benny'ego, choć z pewnością nie tak samo. Kochał też markowe ubrania, kochał sklepy, kochał żel do włosów, kochał zakupy, kochał wypady do kina, kochał swój samochód i frytki. A przede wszystkim kochał samego siebie i chociaż wiele istot z równie narcystycznym podejściem jak on, pewnie nie znalazłoby miejsca na nikogo innego, Johnny serce miał ogromne i było się w nim miejsce dla każdego.
A teraz to serce należało do Keitha.
Całkowicie.

26 komentarzy:

  1. Anonimowy1:32 PM

    O Boże, jakie to było cudowne <3
    I jeszcze te Kocham Cię na końcu, normalnie uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
    Chce jeszcze :)

    alex

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy2:42 PM

    To bez wątpienia najlepszy rodzdział tego opowiadania i nie mówie tylko o scenie łóżkowej, ale ogólnie o nieziemsko-przepięknie-cudownycm całokształcie! A jabkby tego było mało to jeszcze rozdział ukazał się wcześniej.
    Jak ja kocham Johnnego... i Keitha... i całe to opowiadanie!
    A ja jak zwykle nie potrafię skonstruować inteligentnie brzmiącego komentarza, może to wina mojej chaotycznej i szalonej osobowości, ale co ja mogę... (?)
    Pozostaje mi tylko podziękować i czekać do kolejncyh publikacji rozdziałów.
    Dziękuję! :* <3 Wniebowzięty i zachwycony:
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy3:25 PM

    O mój Boże...
    Przewinęłam całe opowiadanie narazie, i w oczy rzuciło mi się tylko jedno słowo... "Seks"
    Jestem w niebie?
    Lece czytać !
    Boginikokainy.

    OdpowiedzUsuń
  4. *.* odpłynęłam...
    warto było czekać (ale błagam, nie karz zbyt długą przerwą)
    rozdział świetny!zakochany Johnny jest najbardziej uroczym stworzeniem na świecie! uwielbiałam go a teraz sama sie w nim zakochałam:) jest tak pięknie między nimi, aż szkoda że się sypnie
    generalni - rozdział wyszedł idealnie! scena seksu wynikła bardzo naturalnie, fajnie opisana ale nie zdominowała rozdziału- naprawdę większość autorów mogłaby sie od ciebie uczyć!
    pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Camellia5:36 PM

    Johny mnie strasznie rozczula! Jest taki nieogarnięty. Gdy zaczynałam czytać to opowiadanie, w ogóle się tego nie spodziewałam. Czytałam już kiedyś jedno o podobnym założeniu (szkoła, kumple, mogę poderwać każdego, wyzwanie do poderwania chłopaka) i nie spodobało mi się. Było banalne i bardzo schematyczne. Dlatego zabrałam się za Wyzwanie z raczej sceptycznym nastawieniem. Już po pierwszym rozdziale okazało się, że nawet z często przerabianego motywu potrafisz zrobić coś fajnego. Po pierwsze - sama sylwetka Johnego. Rozkoszny, niezorientowany, prosto-myślący chłopaczek, pod płaszczykiem narcyza ukrywający niepewność. Przypomina mi szczeniaczka. Szczególnie przy tym, jak reaguje na Keitha. W dodatku to, że nadajesz całemu opowiadaniu stylistykę jego myśli jest absolutnie super. Bardzo wiarygodnie go przedstawiasz. Nie rzucasz określeniami jego osobowości. Pozwalasz, by każdy zobaczył, jaki faktycznie jest, rozkładając to powoli w czasie - nie wszystko można było zobaczyć od razu. Drugie - otoczenie Johnego. Uwielbiam to, jak kreślisz świat, w którym obracają się Twoi bohaterowie. Tutaj podziwiałam szczególnie trójkącik - Benny, Maicy, Eric. Lubię to, że przez to, ze poznajemy historię z perspektywy Johnego, to co się dzieję z pozostałymi bohaterami możemy poznawać głównie ze szczątkowych informacji. To daje duże pole do domysłów. A jako fanka tworów detektywistycznych, domyślać się uwielbiam. Aktualnie przypuszczam, że to Maicy może być tą tajemniczą "dziewczyną" Erica. Pogodzenie się jej i Benny'ego podejrzanie zbiegło się w czasie z wściekłością i tym uderzeniem. Kończąc chcę tylko wspomnieć o scenie erotycznej, która nie odstawała mi od reszty tekstu. Nie było tam, co prawda tego najtrudniejszego aspektu, ale uznałam, że warto pochwalić. Szczególnie, że moim ostatnim komentarzem, chyba troszkę zaniepokoiłam kilku czytelników. Nie miałam takiego zamiaru. Sugerując odpuszczenie sobie tych fragmentów, głównie chciałam zminimalizować szansę zaprezentowania się jako osoba, która szuka w opowiadaniach tylko porno scenek i jest niezadowolona, gdy są krótkie.
    W każdym razie - jeden z fajniejszych rozdziałów Wyzwania. O ile nie najfajniejszy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziewczyno, ja popłakałam się na końcu! To było urocze, powiedział że go kocha!
    I tak czytając ten rozdział stwierdziłam, że z całą pewnością jestem uzależniona od tego opowiadania. Jest cudowne, kocham Keitha, jest taki uroczy na swój sposób, skryty w sobie i dosyc uparty ale ma coś strasznie pociągającego w sobie i nie dziwie się że Johnny go kocha. Kocham też Johnnego i jego ciapowate zachowanie. Zapatrzony w sobie chłopak, który niejednokrotnie doprowadza mnie do śmiechu. Kiedy przeczytałam "Takich rzeczy nie mówi się po seksie." poplułam się ze śmiechu, hahaha Johnny z cała pewnością mnie rozwalił. Ale go uwielbiam, uwielbiam ich kiedy są razem bo tworzą niemalże parę idealną chociaż nią nie są.
    Lubie też Linde, chociaż mnie czasami irytuje. Ale wybaczam jej wszystko, bo serce Jonnego należy do Keitha :D
    I wiesz, może to dziwne, ale rozdział jest naprawdę strasznie długi ( kocham takie! *.* ) ale ja dalej mam wrażenie, że dla mnie jest zdecydowanie za krótki! Bo kiedy byłam już w połowie niemalże klęłam na siebie, że tak szybko czytam i zaraz będzie koniec. I wiesz czego się bardzo boję? Właśnie tego, że kiedyś to opowiadanie dobiegnie końca, bo kiedyś w końcu musi. Ale wtedy będę znów czytac od początku i tak w kółko. I dzisiaj mam zamiar znów przeczytac te 13 rozdziałów chociaż znam je na pamięc. Ale tak jest kiedy ktoś pisze tak dobrze jak ty. I szczerze powiedziawszy wolę twój styl pisania niż niejednej pisarki ( przeczytałam mnóstwo ksiązek ) i to opowiadanie ( zwłaszcza to) czy którekolwiek inne mogłoby się z nimi spokojnie równac.
    I jej. Rozdział był tak cudowny, że ciężko mi wyrazic to słowami. Do tej pory mam wielki uśmiech na twarzy i cieszę się jak głupia bo Johnny kocha Keitha.
    Wiem, że koniec jeszcze nie prędko ( nie mylę sie, prawda? oby! ;d) i wprost kocham smutne zakończenia i nienawidzę szczęśliwych, ale tą dwójkę tak mocno kocham że chyba serce by mi pękło gdyby nie byłoby happy endu. Ale nie bedę wywodzic się na ten temat, wszystko zależy od ciebie i ja się wtrącac nie będę : D
    Ja pamiętam jak pierwszy raz przeczytałam to opowiadanie, jeszcze wtedy było 10 rozdziałów. I to było moje pierwsze przeczytane opowiadanie Yaoi, pewnie dlatego mam do niego tak wielki sentyment i dziękuję ci strasznie że je napisałaś!
    Może faktycznie zwariowałam przez to opowiadanie ( i możesz czuc się winna ;d ) ale cieszę się, że je przeczytałam. Czytałam też wszystkie inne twoje opowiadania. Nawet every me czytałam do jakiejś 3 w nocy i równie mocno polubiłam bohaterów. Szczególnie Brandona. W pewien sposób przypomina mi Johnnego, tyle że Johnny jest bardziej ciapowaty, ale to jego urok i jeszcze bardziej go za to kocham :D
    Tak czy owak jeszcze raz dziękuję ci bardzo za ten rozdział Wyzwania, ( zgodzę się z koleżanką u góry ) był najlepszym ze wszystkich : D Choc mógłby się równac z nim rozdział jedenasty i ich pierwszy pocałunek :D
    No i mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekac na rozdział 14.
    Życzę weny no i gorąco pozdrawiam : ***

    [ tina-kawaii.blogspot.com , direction-yaoi.blogspot.com ]

    xoxo Tina.

    OdpowiedzUsuń
  7. O Boże. O Boże. Kocham Cię. Za Twoje opowiadania. Za 'wyzwanie'. Za to jak piszesz. Za to, że tyle emocji potrafisz tym wszystkim wzbudzić. Dziewczyno, jesteś niesamowita.
    Uh, no uśmiech mi z twarzy nie schodzi, no! XD
    Uwielbiam czytać opowiadania, które tak na mnie pozytywnie działają *.*
    Dziękuję Ci! <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Normalnie jak lubiłam to opowiadanie, po tym rozdziale mogę zdecydowanie stwierdzić że zakochałam się w nim bez pamięci! <3 Jest na pierwszym miejscu moich ulubionych opowiadań a to wszystko za sprawą tylko tego rozdziału. Jak Ty to robisz? Tak bardzo zazdroszczę Ci talentu! :c
    Chyba się nie doczekam następnego rozdziału! :c

    OdpowiedzUsuń
  9. Może zacznę od tego, że strasznie, ale to strasznie mi się to opowiadanie podoba. Jest radośnie proste i optymistyczne - pewnie niedługo przestanie być, ale cieszmy się chwilą obecną. Idealne na poprawienie nastroju.
    Główna w tym zasługa Johnny'ego. Keith jest normalny, taki porządny, zwykły chłopak, ma jakieś swoje priorytety, może jest odrobinę zbyt zasadniczy, nieważne. Ale Johnny... ten chłopak nie myśli. Autentycznie nie myśli. Płynie sobie przez życie z radosnym uśmiechem na twarzy, czasem spróbuje coś przeanalizować, uzna, że to zbyt trudne, i płynie dalej. Trzeba uderzyć go informacją w twarz, żeby ją zauważył. A nawet wtedy długo je ignoruje. W ogóle mam wrażenie, że za większość jego czynności - jak wyznanie pod koniec tego rozdziału - odpowiada chyba odłączona część jego mózgu, bo całej reszcie zwyczajnie się pewne działania nie śnią. Chyba mam jakąś słabość do prostych chłopaków, bo uwielbiam tego glona.
    Tak w ogóle to czytałam kiedyś twoje opowiadanie, "Every Me", i chciałam tylko wyrazić podziw. Na początku tamtego tekstu miałaś chyba jeszcze jakieś potknięcia stylistyczne, teraz już nie bardzo, nie mam się czego uczepić i tylko tak sobie posiedzę, zżerana zazdrością. Strasznie ładnie piszesz.
    Pozostaje mi się tylko zabrać za resztę opowiadań ^^

    Arebell

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy4:11 AM

    AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! OMG OMG!!! NIE WIERZĘ!!!!!! Gdybym mogła, pisałabym samym caps lockiem. Umarłam i jestem w niebie! Nie na długo pewnie, bo Johnny może powiedzieć za dużo -.- ale! OMG! OMGGGGG! :D
    To jest cudowne!
    Benny powinien przyjść rano i ich nakryć.
    Jestem zUa.
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  11. Przecudowne! Ależ poprawiłaś mi humor. Od pierwszego słowa rozdziału uśmiechałam się tak szeroko, że do teraz boli mnie pół twarzy. Żadnego opowiadania nie czyta mi się z taką łatwością. Po prostu litera za literą, bez oderwania, bez przerwy - płynę przez całość do (zbyt szybkiego!) końca, zawsze czując mały niedosyt.
    Będę trzymała kciuki, by cała sprawa z wyzwaniem wszystkiego nie zniszczyła. Może nasz E-bokser odpuści? Moje podejrzenia dotyczące jego orientacji i zakochania w wiadomej osobie są coraz bardziej wyraźne. Chciałabym powiedzieć, że jestem już wszystkiego pewna, ale z Tobą nigdy nic nie wiadomo, więc ostateczne wnioski zostawię sobie na odpowiednią chwilę.
    I jeszcze te "Kocham cię"! Coś czuję, że uśmiech utrzyma się jeszcze długo. Dziękuję. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Hejo :).

    Mimo tylu przeczytanych rozdziałów Twojego autorstwa, nadal nie mogę się nadziwić jak wielkim talentem jesteś obdarzona. Rozdział był niesamowity, Johnny pomimo swego wiecznego optymizmu (czego z reguły nie trawię) i prostoty, jest tak urzekający, że aż trudno mi w to uwierzyć.
    Keith to Keith. Lubię go bardziej od Johnny'ego, czekam w napięciu jak sprawy potoczą się dalej by zobaczyć go w akcji pełnej emocji i bólu. Tak to się ima w mojej głowie.

    Pozdrawiam,
    Kajna.

    P.S. Mam nadzieję, że dostałaś się tam, gdzie chciałaś :).

    OdpowiedzUsuń
  13. Po przeczytaniu musiałam trochę odsapnąć. Zebrać myśli, bo inaczej mój komentarz wyglądałby tak: AAAAAAKochaGoAAAAA i tak w kółko. Teraz też pewnie będzie mi trudno coś sensownego napisać, tak jestem podekscytowana, szczęśliwa, że ręce mi drżą, a myśli pchają się do głowy tabunami i każda woła: "Napisz mnie, napisz mnie".
    Po pierwsze, jak Johnny tylko wysiadł z auta, to już wiedziałam dlaczego świat jest dla niego taki kolorowy, a na końcu to powiedział. Kocha i to wyznał. Keith pewnie już zasnął i tego nie słyszał. Kocha go, kocha, kocha. Jestem w euforii. :D I nawet ich mały seks, który seksem nie był według Keitha, pokazał, że jest pomiędzy nimi przyciąganie. Przecież wyraźnie oni do siebie lgnął i chcą okazać to co czują w każdy możliwy sposób, jaki jest udostępniony ludziom. Są dla siebie stworzeni. Dwie połówki jabłka, pomarańczy czy jak kto woli. A Johnny już całkiem oszalał. Genialne było to: " Keith, a spotkamy się przed lekcjami? A w trakcie lekcji? A po nich? A rano? A wieczorem? Zamieszkasz ze mną, wyjdziesz za mnie?" Pozytywnie odbiło mu na punkcie tego chłopaka. I jak to dobrze, że uświadomił sobie uczucia. I jeszcze coś innego. Wyzwanie i to co będzie, jak Keith się dowie. Chłopak będzie bardzo zraniony. Boję się tego i coś czuję, że to już niedługo. Johnny powinien sam z nim porozmawiać. Wyjaśnić wszystko i zapewnić co czuje. Dowiedzenie się od trzeciej osoby będzie straszne dla bruneta. Ja w ogóle sobie tego nie wyobrażam. Dziś płakać mi się chciało ze szczęścia, a potem będzie pewnie tak z bólu Keith, któremu żywcem wyrwano serce. A to znaczy, że doskonale przekazujesz emocje. :D
    Linda niech będzie przyjaciółką i trzyma łapy przy sobie. Wara jej od Johnnyego. Jego serce, dusza, ciało należy do kogoś innego.
    Osoba Erica, jego zachowanie coraz bardziej upewnia mnie, że jest gejem i kocha się w Bennym. Wiem, że to pisałam, ale dzisiaj to widać gołym okiem. Eric jest wściekły, ponieważ Benny znów jest z Maicy. To się łączy ze sobą. Nie wytrzymał na sali gimnastycznej i z tych rozsadzających go nerwów przywalił Bennyemu, żeby ten się opamiętał i przejrzał na oczy. Może jeszcze chodzić, że kocha się w Maicy, ale nie sądzę. Eric jest gejem na 100%. W każdym razie mam taką malutką, cichutką nadzieję. A jeżeli jest tak jak sądzę, to ciekawe w jaki sposób zdobędzie Bennyego. :D
    Jak to fajnie jest się wszystkiego domyślać, kiedy w opowiadaniu są myśli tylko jednej osoby, a reszty dowiadujemy się ze szczątków, jak ktoś napisał w komentarzu.
    Potwierdzam kocham to opowiadanie, Ciebie Silencio, to jak piszesz. I dziękuję za cudowny rozdział Wyzwania.
    I tak pewnie nie napisałam wszystkiego, tak jak chciałam i to co chciałam, bo to tylko cząstka tego co siedzi w mej głowie, ale najważniejsze rzeczy przekazałam. :D
    Weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy6:39 PM

    Wiesz co pierwsze przyszło mi do głowy po przeczytaniu tego rozdziału?
    Że gdy następnym razem , pozwolisz nam wybrać co będzie następne, nie będziesz mogła odpędzić się od "Wyzwania" :)
    Ten rozdział jest nowy, ale już ulubiony (Hej lecę tekstami z reklamy herbaty), Keiht jest tak cholernie słodki... słodki... uroczy... i jeszcze raz słodki.
    Niewinność bije od niego na kilometr.
    A gdyby Johny chociaż spróbował zrobić chodź malutkie zdjęcie, zmarł by śmiercią tragiczną.
    Do tej pory nie mogę uwierzyć ,że powiedział te dwa słowa *.*
    Teraz niech zostawia tą Lindę w ch*j (za przeproszeniem) i niech... mu się jeszcze oświadczy!
    Oby Keith nigdy nie dowiedział się o tym wyzwaniu. (Wiem , nadzieja matką głupich)
    Cóż... chyba nie będziesz tak okrutna, by kazać nam czekać na następnego Johny'ego długo czasu :).
    Miłego... wieczoru, Czekoladowy Mello .

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy3:31 PM

    o mój Boże, o mój boże, o Boże. Ja... Jezu. Nie wiem. to było piękne. Wspaniałe. niech tylko Johnny tego nie schrzani!
    J.

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy5:31 PM

    Aż mnie rozśmieszyło to "O Boże, o Boże" Keitha. ^^
    Ale rozdział świetny, tego się nie spodziewałam nawet po tytule.
    Weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  17. Anonimowy12:51 AM

    Tyle emocji i wrażeń naraz że się pogubiłam w tym, czy jestem rozczulona czy rozradowana. Genialne. D.

    OdpowiedzUsuń
  18. Aaaaachh...jakie to...urocze*-*
    No. To właśnie tak ogólnie skończyłam Wyzwanie. Jutro zabieram się za Chaos.
    Kocham Cię*-* Jesteś niesamowita, wyjdź za mnie!
    Ach,przepraszam, nie zdołam napisać żadnego konstruktywnego komentarza,mój żołądek się roztapia! Przepraszam,zbyt mi słodko*-*

    OdpowiedzUsuń
  19. Anonimowy8:53 AM

    "Kocham Cię, Keith" - kulminacja całego rozdziału. Przyznam, że spodziewałam się tego wyznania później, niemniej jednak ujęło mnie. Faktycznie coraz bardziej Johnny przypomina mi Brandona, a jednocześnie widać dzielące ich różnice. Jednak zostawmy "Every Me", które jest dziełem legendą i skupmy się nad "Wyzwaniem". Widać, że rozdział to preludium do sytuacji, w której to Keith o wszystkim się dowie... Aż nie mogę się doczekać.
    Pozdrawiam, Etna:)

    OdpowiedzUsuń
  20. Anonimowy8:09 PM

    Przeczytalam wszystkie rozdzialy wszystkich opowiadan oraz one shoty i jestem poprostu w niebie! Twoje opowiadania sa niesamowite. Kazde przesylaja cos czytelnikowi. A konce poszczegolnych rozdzialow zwalaja z nog. Nie moge powiedziec ktore najbardziej mi sie podobaja, poniewaz kazdy jest swietny! Zakonczenie powyzszego jest cudowne. Kazdy powinien miec tak wielkie serce jak Johnny, by znalazlo sie w nim miejsce dla wszystkich bez wyjatkow. Widze, ze najlepiej pisze Ci sie Chaos. Coz, nie dziwi mnie to, gdyz fabula jest niezwykle ciekawa, wciagajaca oraz lekka. Wybacz, ze nie dodawalam komentarzy do kazdych opowiadan, ale pisze z komorki przez co tez przepraszam za brak liter polskich. Bardzo mnie korcilo by je dodac, jednak czytajac zatracalm sie i calkowicie zapominalam o tym. Teraz obiecuje, ze bede dodawac pod kazdym rozdzialem. Twoja fanka Paulinaa P. :3

    OdpowiedzUsuń
  21. Myślę, że powinnaś o tym wiedzieć. Rysuję i moja znajoma zamówiła u mnie rysunek właśnie z Johnnym i Keithem :)! Na początku czytałam rozdziały, bo byłam zmuszona, aby poznać, kogo będę rysować, ale kiedy wysłałam jej pracę, inna moja znajoma, będąca również fanką tego opowiadania, naciskała mnie, abym czytała dalej. Od 10 rozdziału naprawdę mi się podobało! Wcześniej było to przykrym obowiązkiem.
    Tutaj link do rysunku i czekam na następny rozdział :)
    http://sakesuality.tumblr.com/post/27759464148/commission-for-virus-characters-by
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ładny rysunek :). Cieszę się, że w ostateczności, czytanie tego przestało być przykrym obowiązkiem.

      Usuń
  22. Hej!
    Dzisiaj rano wstałam, weszłam na Twojego bloga i postanowiłam zabrać się za to opowiadanie. Przeczytałam od razu wszystkie rozdziały i wiesz co? To była bardzo dobra decyzja ;) ta historia mnie wprost urzekła! Kocham wszystkich bohaterów ( no może oprócz Lindy ;p ), wszystko jest owiane nutką tajemnicy, no i te rozczulające sceny z Keithem i Johnnym! Chociaż sam Johnny momentami baaardzo mnie wkurza i doprowadza do białej gorączki! Dlaczego on musi być takim niedomyślnym idiotą! Żel do włosów już chyba przysłonił mu cały świat ;p mam nadzieję, że teraz w końcu przejrzy na oczy i zrozumie, że to co czuje do Keitha to miłość! I jeszcze to nieszczęsne wyzwanie... Jak sobie pomyślę, że Keith się o tym dowiaduje to po prostu ogarnia mnie smutek ;/ najbardziej interesuje mnie postać Erica. Wysnułam wiele hipotez na jego temat, jedne bardziej prawdopodobne, inne mniej. Aż nie mogę się doczekać, kiedy wyjaśnisz ten wątek i mam wrażenie, że Benny i Maicy są w to jakoś zaplątani ;p ze wszystkich rozdziałów najbardziej podobają mi się te gdzie relacje między głównymi bohaterami wkraczają na ten wyższy, bardziej zaawansowany poziom (czyli ostatnie 3). Trzeba było na to długo czekać, ale się opłaciło. Ja osobiście wprost uwielbiam kiedy uczucia między bohaterami rozwijają się bardzo wolno <3 scena łóżkowa z tego rozdziału mnie rozczuliła. Rozpływałam się w trakcie czytania i uśmiechałam do monitora jak jakaś wariatka, ale to właśnie najbardziej lubię! Zabawnie by było gdyby Rose znowu ich przyłapała razem w łóżku ;p polubiłam postać tej starszej pani i mam cichą nadzieję, że to może właśnie ona jakoś przemówi Johnnemu do rozumu i nakieruję na właściwą drogę? Tą, która prowadzi prosto do Keitha... Ale nie ma co gdybać! Pożyjemy, zobaczymy. Liczę, że kolejny rozdział pojawi się już niebawem, trzymam za Cibie kciuki i wiedz, że uwielbiam Twój styl pisania! Oby tak dalej! Pozdrawiam i weny życzę! ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Anonimowy2:52 PM

    Och i ach! W końcu skomentuję! :) Przeczytałam wszystkie rozdziały z zapartym tchem, jak z resztą wszystkie rozdziały "Every me", od którego zaczęłam oraz "Drag Queen". I sama nie wiem za które kolejne opowiadanie się wziąć, ani które to moje ulubione...Przyznam, że piszesz niesamowicie! Mam wrażenie, że pisanie przychodzi Ci z taką lekkością, łatwością i tak są przeze mnie odbierane Twoje opowiadania. Są lekkie, przyjemne, a zarazem wzbudzają tyle emocji, kiedy przeżywa się to wszystko o czym piszesz, wraz z głównym bohaterem. Nie wiem jak ci się to udaje, że Twoje opowiadania są takie świeże i przyjemnie w odbiorze. :)
    Przyznam się jeszcze, że sama od dłuższego czasu mam ochotę coś narysować z udziałem Twoich postaci. Może jeśli coś stworzę, to się pochwalę? :P Jeżeli będzie czym oczywiście :D A jak na razie życzę weny, weny, weny! ;)
    Pozdrawiam Itsu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzajemnie, robaczku :). Mam nadzieję, że jeśli coś narysujesz, to się pochwalisz ^^.

      Usuń
  24. Anonimowy3:25 PM

    http://www.digart.pl/zoom/6216773/Enticing.html - idealna ilustracja.

    OdpowiedzUsuń