Strony

czwartek, 5 lipca 2012

Rozdział 20 [Chaos]


Amir się zakochał. Był to wniosek doprawdy zaskakujący i cokolwiek ciężki do uwierzenia, nawet dla niego samego, ale im dłużej się zastanawiał, tym bardziej się upewniał, nie znajdując żadnego innego wyjaśnienia dla swoich bardzo specyficznych uczuć względem kompana. Tak, precyzując, zakochał się w Nadimie. Może raczej zauroczył. Zauroczenie było słowem bardziej odpowiednim w tej sytuacji, a przede wszystkim bezpieczniejszym i pozwalającym zachować jeszcze odrobinę zdrowego dystansu. Tak więc, zauroczył się. Potomkiem wilków. O dziwo, to wcale nie była szczególnie niepokojąca i paraliżująca świadomość. Bo też właśnie. Zakochał się i...? Nic. Absolutnie nic. Nie odbiło mu, nie zwariował do reszty, nie zaczął mówić wierszem, nie padał na kolana, w rozpaczy wyznając nieszczęśnikowi swoje gorące uczucia, nie ocierał się o niego (na szczęście!) każdego ranka, nie planował ani samobójstwa ani nawet zabójstwa Nadima (chociaż słuchając jego bredni, naprawdę różne myśli przychodzą człowiekowi do głowy!), nie płonął z zazdrości, nie zabiegał o niego, nie błagał, nie płaszczył się, nie robił zupełnie nic szczególnego. Nie dało się ukryć, że chociaż Amir wychodził z założenia, że tego rodzaju uczucia są raczej wymysłem poetów, ewentualnie rozchwianych emocjonalnie młodzieńców z tendencjami masochistycznymi, i raczej nie podejrzewał, by zaliczał się do tego grona, w skrytości serca obawiał się właśnie, że w razie ewentualnego „przywiązania” (nie mówiąc już, bogowie brońcie, o jakichkolwiek innych, głębszych uczuciach!), mógłby skończyć niczym bohater romantycznego poematu. Czyli martwy. Ewentualnie upokorzony. I martwy. Albo w wersji najbardziej optymistycznej, pogrążony w niezgłębionych odmętach rozpaczy... Całe szczęście, że nie lubił czytać. Tymczasem wcale nie był zrozpaczony. Martwy też zresztą nie, i to raczej nie miało zmienić się prędko, chociaż biorąc pod uwagę ostatnie zdarzenia, nie mógł tego wykluczyć. Właściwie gdyby miał powiedzieć, co konkretnie zmieniło się, odkąd uświadomił sobie przyczynę swojej fascynacji, bijącego szybciej serca i faktu, że na widok uśmiechającego się w swój charakterystyczny sposób Nadima miękną mu nogi... Odpowiedziałby, że nie zmieniło się nic. Nawet w jego podejściu do kompana nie było nic niezwykłego. Wprost przeciwnie. Nadim nadal posiadał wyjątkową zdolność do wyprowadzenia go z równowagi jednym słowem. A Amir nadal niekiedy miał ochotę przyłożyć mu porządnie w głowę, żeby ten wreszcie się opamiętał i zaczął patrzeć na świat tak, jak należy. Krótko mówiąc tak, jak patrzył Amir, czyli nieco bardziej (choć już nie tak mocno jak wcześniej) racjonalnie i logicznie. Zauważył jedynie, że bardzo lubił się mu przyglądać. A czasem (o bogowie!) lubił go nawet słuchać. Nadim miał zresztą całkiem przyjemny głos. Taki... ciepły. W sumie, to cały był ciepły. Kiedyś, zastanawiając się nieco nad działaniami brata i młodzieńców w jego wieku, którzy tracili głowę dla tej czy innej damy, zastanawiał się, w jaki właściwie sposób rozpoznaje się to całe „zakochanie”. Nie mógł tego pojąć, a wstydził się pytać. To wydawało mu się abstrakcyjne i zupełnie nieuchwytne. Ot, ktoś po prostu twierdzi, że jest zakochany i tyle. Zaraz może oznajmić, że jest zakochany w kimś innym. To trochę jak z wiarą. Wiara przecież nie oznacza, że jej obiekt rzeczywiście istnieje. Tak samo stwierdzenie, że się „zakochało”, nie oznacza, że rzeczywiście żywi się jakieś uczucia, głębsze niż jedynie fizyczny pociąg. Nie oznacza nawet istnienia samego zauroczenia, zakochania. Amir z natury odrzucał pojęcia abstrakcyjne, więc uznawał, że zakochanie jest wymysłem, tudzież potrzebą wynikającą z samotności, ewentualnie, że nawet gdyby mu się przytrafiło, i tak go nie rozpozna. Tym większe było jego zdziwienie faktem, że to, co czuł do Nadima, wyróżniało się tak bardzo ponad wszystkie te uczucia, jakie żywił do jakichkolwiek innych istot, ludzi, mężczyzn, z którymi był wcześniej, że nie sposób było określić tegoinnym słowem niż subtelnym „zauroczeniem” właśnie. I to było... miłe uczucie. Przyjemne. Lubił bliskość swojego kompana i to, co wtedy odczuwał. I nie chodziło wyłącznie o sens fizyczny, chociaż przyjemne łaskotanie w dole brzucha, gdy ten kładł się obok, z początku trochę go bawiło. Bardziej o myśli. Myślał o nim zbyt często, nawet biorąc pod uwagę fakt, że był nieodłącznym towarzyszem jego podróży. A to, w jaki sposób o nim myślał... Nie do wyjaśnienia. Nie do opisania. Oho, oto i cały problem z zauroczeniami! Jak opowiedzieć o tym w taki sposób, by ktokolwiek prócz samego zauroczonego to rozumiał? Amir nie był człowiekiem, który lubiłby złudzenia czy też marzenia, więc rozumiał swoją sytuację doskonale. Może też dlatego przyjął świadomość swojego stanu z takim spokojem, że wiedział od początku, iż nic z tego nie wyniknie. On był mężczyzną, który lubił mężczyzn. Nadim mężczyzną, który lubił kobiety. A Amir kobietą nie był i to był ten element, którego pominąć się po prostu nie dało. Zapewne potomek wilków był nim równie zainteresowany, jak on ową latającą niewiastą. I nic w tym niezwykłego, Amir bynajmniej nie czuł się pokrzywdzony tym faktem, wszak wiedział o tym od samego początku. Nie przeszkadzało mu to zresztą. Z początku obawiał się, że może będzie mu wadziło zainteresowanie Nadima płcią przeciwną i zrodzi się w nim zazdrość, ale zazdrosny też nie był. Reagował jak wcześniej, trochę uszczypliwie, czasem się denerwował, czasem niecierpliwił, słysząc tą czy inną opowiastkę o jakimś dziewczęciu. I z tych właśnie powodów, Amir nie miał póki co powodów do niepokoju. Jeśliby przyrównać zakochanie do choroby, u niego przebiegała ona powoli i bez jakichkolwiek uciążliwych objawów.
Uciążliwe za to stało się coś zupełnie innego. Absolutnie obok uczuć do Nadima, narastała w nim innego rodzaju świadomość, która nie dawała mu spokoju i sprawiała, że coraz bardziej wątpił w sens ich działań. Nie żeby wcześniej tego nie robił. Wątpił od samego początku, raz bardziej, raz mniej, ale w gruncie rzeczy dochodził do wniosku, że gdyby, ach, jego ulubione, GDYBY, przyjąć, że Nadim ma rację, Canis ma rację, a przede wszystkim Ludwik ma rację, trzeba zrobić to, czego od nich wymagano. A nawet gdyby tej racji nie mieli – w gruncie rzeczy nie zmienia to nic, poza faktem, że wystawili ich na śmiertelne niebezpieczeństwo i odizolowali od domu na bardzo długi czas. Teraz jednak nawet stwierdzenie, że przecież jego wuj, którego słowa zawsze traktował z najwyższym szacunkiem, uznał to za fakt, nie wystarczało. Zastanawiał się nad tym już wiele razy, ale teraz po prostu nie mógł tego przyjąć. Bo nadal nic się nie działo. Zupełnie nic! Gdzie, u licha, podziewał się ten demon?! Amir nawet nie zliczyłby ile razy zadawał sobie w myślach to pytanie, coraz bardziej zniecierpliwiony oczekiwaniem. Bynajmniej nie zamierzał kończyć swojego żywota (ach, witajcie romantyczni poeci!) z rąk jakiejś mistycznej postaci. Po prostu nie mógł pojąć, dlaczego właśnie ta postać, mogąc w prosty, jak się zdawało, sposób pozbyć się swoich przeciwników czekała spokojnie. Na co? Na śmierć? Na unicestwienie? Nawet, gdyby wziąć pod uwagę argumenty potomka wilków o wybrańcach, to trwało już zdecydowanie za długo. Wtedy, gdy dowiedział się, że ktoś wie o kryształach, to był właśnie ten moment, kiedy Amir poczuł, że coś się dzieje. Ale, jak się ostatecznie okazało, nie działo się nic, prócz zalotów pierzastej damy. I już nie dało się ignorować faktu, że czegoś w tej całej, i tak już wybrakowanej układance, brakuje.
Nie mówił o tym Nadimowi. Czasem zadawał mu jakieś pytanie czy rzucał uwagę na ten temat, ale robił to dość subtelnie, nie chcąc dyskutować, a raczej kłócić się znowu o te same sprawy. Wiedział, że Nadim nie zrozumie. Dla niego słowo Canisa wystarczało za wszystkie inne argumenty, a co za tym szło, dyskusja z nim była właściwie bezcelowa. Amir był inny. Jemu słowa nie wystarczały.
W mieście zostali dłużej niż z początku planowali. Głównie z tego powodu, że kolejnego dnia, Nadim był w stanie mało gotowym do drogi, a jeszcze następnego... Cóż, mówiąc oględnie, po prostu się zasiedzieli. Odkąd minęło widmo grozy związane z ewentualnym wrogiem czyhającym na kryształy albo na nich, obaj nie mieli przyczyn do lęku. Dla Amira był to kolejny dowód na to, że ten kamień może miał jakiś wymiar symboliczny, może był ważny z punktu widzenia potomków wilków, może nawet posiadał jakieś właściwości, ale nie nadawał się na nic więcej, jak na lokalną atrakcję. Nawet Nadim traktował ich podróż zupełnie niefrasobliwie, jakby w grę nie wchodziło bezpieczeństwo jego ludu. Nic nie stało mu na przeszkodzie, by w jednej chwili wygłaszać istną przemowę o tym, jak bardzo fragmenty są istotne dla losów wszystkich, a w drugiej bawić się, pić i zabawiać dziewczęta. Niezależnie więc od wiary czy jej braku, która wydawała się w tej kwestii mało istotna, obaj mieli raczej niewielkie zapędy i chęci do dalszego działania. Szczególnie od momentu, w którym zapałali do siebie sympatią i nie spędzali dni jedynie na planowaniu tego, jak to się wzajemnie unikać i nie wchodzić sobie w drogę.
I wszystko działo się tak... powoli. To jeszcze bardziej pogłębiało w Amirze przekonanie o bezcelowości ich działań. Gdy wyruszyli z miasta, przeszli przez okoliczne osady, by wreszcie zdecydować zatrzymać się w jednej z nich. Powód? Nadim stwierdził, że przydałby się im odpoczynek, jakby ostatnie dni spędził na wyczerpującej pracy. Amirowi było wszystko jedno. Wszystkie okoliczne wioski wyglądały dość podobne. Nie istniały jedna obok drugiej, dzieliły się pod względem ukształtowania terenu. Ta, do której trafili tym razem, była z jednej strony otoczona lasem, natomiast z drugiej, naturalną granicę stanowiła niezbyt głęboka rzeka. Były to stosunkowo niewielkie obszary, a co za tym szło, uprzejmiej, a na pewno bezpieczniej było zapytać o ewentualnego przywódcę. Osady wyglądały zresztą na typowo rolnicze, może myśliwskie, trudno było więc powiedzieć, czy w pobliżu znajdzie się jakaś gospoda.
-Przywódca na pewno mieszka gdzieś w centrum. To zawsze jest centrum- wyjaśnił Amir, spoglądając na swojego kompana.- No, prawie zawsze. Tam wszystko się koncentruje. I wygląda bardziej... potężnie.
-Zapytajmy- odparł Nadim, wzruszając ramionami i spoglądając na kobiety, które wyszły przed dom i przyglądały im się z uwagą.
Amir skrzywił się lekko.
-Nie, lepiej nie.
-Widzę, że twoja antypatia się pogłębiła- zachichotał potomek wilków.
-Mówiłem ci, że nie chodzi o żadną antypatię, po prostu... Wolałbym nie pytać. Kobiet.
-Obawiasz się, że któraś jeszcze mogłaby nie dać sobie rady z twoim niezwykłym wdziękiem i szukałaby cię przez pół świata, by ostatecznie cię poślubić...?- Nadim najwyraźniej bawił się przednio.
-Tak, coś w tym stylu- odpowiedział równie rozbawiony Amir i w tym momencie zobaczył przed sobą – wreszcie! - mężczyznę.- Przepraszam...- zwrócił się do wychodzącego z jednego z budynków jegomościa. Człowiek miał może z trzydzieści lat, był od niego niższy, schludnie ubrany, ciemnowłosy. Spojrzał na niego z wyraźnym zdziwieniem, po czym ukłonił mu się lekko.- Czy możemy rozmawiać z przywódcą wioski...?
-Masz na myśli nadzorcę, panie?- dopytał tamten, a Amir skinął głową. Okoliczne osady z pewnością podlegały miastu.- Proszę tu chwilę zaczekać.
Odszedł, oglądając się jeszcze na obu przybyszów. Takie reakcje już Amira nie dziwiły odkąd towarzyszył mu Nadim, który zadowolony z faktu, że nikt nie chciał go ostatnimi czasy zamordować, postanowił najwyraźniej dalej kusić los. Człowiek, z którym rozmawiali, wrócił razem z nadzorcą zapewne. Tamten był mniej więcej w jego wieku, nieco wyższy, o jasnej twarzy i włosach. Obaj raczej nieszczególnie pasowali do ludności osady.
-Nazywam się Decimus, jestem nadzorcą osady- przedstawił się jasnowłosy, ukłoniwszy oczekującym na niego mężczyznom.- A to Arif, urzędnik, który ze mną przybył. W celach... spisów i... tego typu spraw...
To wyjaśnienie wydawało się Amirowi zbędne. Arif ukłonił im się po raz drugi.
-Panowie, przybywacie z miasta?- zapytał nadzorca.
-Nie z tego miasta. Jesteśmy podróżnikami- wyjaśnił Amir. Zauważył, że obaj wydają się być poddenerwowani i to z pewnością nie obecnością Nadima, któremu nie przyglądali się nawet w jakiś szczególny sposób.- Chcieliśmy zapytać o możliwość zatrzymania się tutaj na kilka najbliższych nocy.
Nadzorca i urzędnik spojrzeli po sobie.
-Oczywiście zapłacimy...- dodał Amir, sądząc, że to budzi wątpliwości u mężczyzn.
-Nie w tym rzecz, panie... Oczywiście, możecie zostać, z tym, że idąc dalej... Powinniście zawrócić i obrać inną drogę...- powiedział ostrożnie urzędnik, trąc nerwowo dłonie.- Okoliczne lasy nie należą do zbyt... bezpiecznych...
Teraz to Amir i Nadim spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się lekko, z nutką politowania.
-Zapewniam, że zapewne napotkaliśmy już na gorsze niebezpieczeństwa.
-O co właściwie chodzi?- dopytał z zainteresowaniem Nadim.
I to wywołało niepokój na twarzy ich rozmówców.
-To trochę skomplikowana sprawa, panowie...- powiedział nadzorca, jakby z zawstydzeniem.
-Czyli...?- Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Proszę, panowie, rozejrzyjcie się dookoła i powiedzcie... Czy widzicie jakichś mężczyzn?
Amir parsknął śmiechem.
-Wydaje mi się, że nie muszę się rozglądać...- rzucił z politowaniem, wpatrując się w rozmówców..
-Poza nami- uściślił nadzorca.
Amir wzruszył więc ramionami i rzeczywiście rozejrzał się dookoła. Wcześniej nie zwrócił na to szczególnej uwagi, ale rzeczywiście, żadnego mężczyzny nie zauważył, w przeciwieństwie do wielu kobiet, pracujących przed domem. Pewnie nawet, gdyby to dostrzegł od razu, nie zastanawiałby się nad tym szczególnie. Mężczyźni mogli pracować w innych miejscach, chociażby w lesie i nie byłoby w tym nic dziwnego.
-W czym rzecz?- zapytał Amir, marszcząc brwi.
-Jak już wspominałem, to nieco skomplikowane...
-Chodzi o ducha- przyszedł z pomocą swojemu towarzyszowi urzędnik. Tamten odkaszlnął, wyraźnie skrępowany. Amir parsknął śmiechem. Nawet Nadim wyraźnie zdziwił się tymi słowami.- O ducha młodej dziewczyny, konkretnie. Nie wiemy, kiedy dokładnie się pojawił, wydaje nam się, że z jakiś rok, może półtora temu... Od tamtej pory, większość mężczyzn z naszej wioski... Cóż... Zginęło z własnej ręki. Mówili wcześniej o miłości do tamtej dziewczyny i zachowywali się w bardzo dziwny sposób, by ostatecznie tak zakończyć swój żywot... Wydaje nam się, że to może być jakaś... klątwa. Pozostałych musieliśmy więc nieco odizolować i zamknąć, by coś takiego nie wydarzyło się po raz kolejny, a jak wiadomo ciekawość jest niekiedy silniejsza od rozsądku.
Według Amira, wszystko w tej wypowiedzi było silniejsze od rozsądku.
-Zaraz, zaraz...- zaśmiał się, patrząc to na nadzorcę, to na towarzyszącego mu urzędnika i czekając, aż któryś wreszcie mu powie, że to jakiś miejscowy zabobon do odstraszania ludności z tamtego miejsca albo żart.- Panowie... Chcecie powiedzieć, że mężczyźni masowo popełniają samobójstwa po tym, jak widzą jakiegoś... rzekomego ducha z lasu?
-Obawiam się, że... tak, panie- potwierdził nadzorca.
Amir parsknął z niedowierzaniem. Przy tym nawet bajka o demonie i kryształach wydawała się być zupełnie wiarygodna.
-A nie przyszło wam do głowy, że może to nie żaden duch, a jakaś urodziwa wieśniaczka, która po prostu zawróciła kilku mężczyznom w głowie...?- uśmiechnął się z politowaniem.
-Sądzę, panie, że „kilku” to w tym wypadku bardzo nieadekwatne słowo- wtrącił urzędnik.- Było tego zbyt wiele, by uznać to za przypadek. Poza tym... Niestety mamy pewność. W tym lesie jest duch.
Nawet nie jeden, taką akurat pewność miał Amir, a on, bądź co bądź, miał chyba z duchami do czynienia o wiele bardziej niż ci dwaj.
-Wybaczcie, że ośmielę się zapytać, ale... skąd ta pewność?- Amir był rozbawiony.
-Widzieliśmy ją.
-Na własne oczy- dodał nadzorca.
-Ale... żyjecie...- Nadim był trochę zagubiony.
-Owszem. Nie do końca potrafimy to wyjaśnić... Może nie zdążyła rzucić na nas uroku... Nie jestem pewien... Tak czy inaczej, naprawdę tam była. I na pewno nie była żywa.
Amir nie mógł powstrzymać nieco kpiącego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy.
-Po czym poznaliście...?- zapytał, siląc się na powagę.
-Była bardzo blada.
-Sina, powiedziałbym.
-Tak, sina to dobre słowo... Młoda... Taka... zwyczajna dziewczyna...
-Ale martwa.
-To niestety prawda. Mówiła strasznie dziwne rzeczy, przez chwilę patrzyła na nas, a później zniknęła, jakby... rozpłynęła się w powietrzu. Trudno powiedzieć, co dokładnie ją spotkało. Przybyliśmy niedługo przed tym, jak to wszystko się rozpoczęło, a żaden z tych, którzy ją spotkali oprócz nas... Cóż... Możecie sobie wyobrazić panowie, że nie był już w stanie odpowiedzieć na nasze pytania.
-Prosiliśmy o pomoc miasto- dodał urzędnik.
-Tak było, ale niestety nikt nie był w stanie nam pomóc...- westchnął ze zrezygnowaniem Decimus.- Dwukrotnie z jego inicjatywy przeszukano lasy, ale niczego nie znaleziono.
-Jakoś mnie to nie dziwi...- stwierdził Amir.
-Zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi, panie. Dlatego właśnie nie traktują nas poważnie. Mówiliśmy im, że wysłali tam za dużo osób. Ta istota objawiała się mężczyznom zazwyczaj wtedy, gdy byli sami albo gdy było ich dwóch... Jeśli było ich dwóch, pojedynkowali się ze sobą na śmierć. Zwycięzcy nie czekała żadna nagroda prócz... samobójstwa właśnie.
-Och... Czyli to taki wstydliwy duch? Nie lubi tłumów...?- Amir już nawet nie starał się powstrzymywać jawnie kpiącego tonu.
-Na to wygląda, panie.
Dawno nie słyszał gorszej bzdury. A z racji tego, że spędzał z Nadimem całe dnie, konkurencja była spora.
-Naprawdę sądzicie, że te samobójstwa to wina jakiegoś... ducha?- zapytał, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-A jakie może być inne wyjaśnienie...?
-Czy ja wiem...? Jak już mówiłem, miłostki. Może jakaś choroba. Duch, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie widział... Wykluczając was, panowie... Którego, jak się domyślam, nie widziała też żadna kobieta...?- nadzorca skinął głową, potwierdzając jego słowa.- Który z niezrozumiałych przyczyn ma doprowadzać mężczyzn do samobójstwa? W jakim celu...? Po co?
-Możemy jedynie zadawać sobie te same pytania, panie. Historia jest rzeczywiście nieprawdopodobna, ale niestety prawdziwa.
Amir już miał zamiar wygłosić opinię na temat tej „prawdziwości”, ale został uprzedzony przez kompana, który rzucił:
-Jeżeli pozwolicie nam tutaj zostać, panowie, sprawdzimy to. Choćby zaraz.
… zwyczajowo wprowadzając go w stan absolutnego niedowierzania w to, co mówi.
-Że co...?- rzucił półgłosem.
-Możecie się domyślać, panowie, że z uwagi na sytuację, gotowi byśmy byli gościć was tak długo, jak tylko sobie życzycie- powiedział strapiony nadzorca.
-Cóż, niektórym nadmiar kobiet by nie przeszkadzał...- mruknął kąśliwie Amir, dając jasno do zrozumienia, któż jest tym „niektórym”.
-Niektórym, panie- potwierdził smętnie jego rozmówca, skinąwszy głową.- Tak czy inaczej, wyprawianie się do lasu, jak mówiłem, jest niebezpieczne. Nawet, jeśli nie wierzycie w moje słowa, po prostu zwróćcie, wybierzcie inną drogę, choćby dla świętego spokoju. Lepiej stracić dzień czy dwa niż ryzykować życiem.
-Naprawdę możemy pomóc- stwierdził z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Rozejrzymy się chociaż. Jeśli wam nic się nie przydarzyło, może jest szansa, żeby coś z tym zrobić.
-Coś z czym zrobić?- warknął Amir. Z ludzkimi urojeniami? Już próbował na swoim kompanie, nic z tego!
-Wydaje nam się, że mieliśmy dużo szczęścia- powiedział urzędnik, a stojący obok niego Decimus pokiwał głową.- Nie zaryzykowalibyśmy ponownie i wy też nie powinniście tego robić. Ale jeśli życzycie sobie tutaj zostać, znajdzie się dla was miejsce.
Tak też było, urzędnik zaproponował im gościnę w swoim własnym domu, tłumacząc, że choć znalazłyby się wolne budynki, były od dawna porzucone i opustoszałe. Przestrzegał ich raz jeszcze przed pomysłem poszukiwania tamtej istoty twierdząc, że nie znajdą niczego innego, jak tylko poważne problemy. Amir wcale nie zamierzał się tam zapuszczać. Przynajmniej nie teraz, bo, co oczywiste, ani w głowie było mu cofanie się tylko przez czyjeś głupie wymysły. Nie rozumiał jednak Nadima, który mówił, że sprawdzą, co to takiego.
-Co ty wygadujesz?- zapytał mężczyzna, gdy w końcu zostali sami.- Naprawdę zamierzasz włóczyć się po lesie, szukając jakiegoś ducha, którego nikt prócz nich nie widział...?
-Wydaje mi się, że nie kłamią- odpowiedział Nadim.- Coś jest na rzeczy.
-Szaleńcy też nie kłamią- odparł z politowaniem Amir.- Po prostu nie wiedzą, że nie mówią prawdy. Tylko proszę, nie mów, że w to wierzysz.
-Sam mi powtarzasz, że wiara czy jej brak, nie czynią danego zjawiska prawdziwym lub nie. Oni coś widzieli, to pewne. A jeśli prawdą jest to, co spotkało tych mężczyzn, to nie można uznać tego za przypadek.
-Z jakiego powodu?!- prychnął ze zdenerwowaniem Amir.- Bo oni tak powiedzieli?! Nawet ich nie znamy! Nie wiemy, co się dokładnie stało z tymi ludźmi! To brzmi jak lokalny zabobon i nic więcej!
-Może- odparł spokojnie potomek wilków.- Ja chcę tylko sprawdzić, czy na pewno.
-I co?! Zamierzasz szukać ducha? To powiem ci jedno, duchy mają to do siebie, że nikt ich nie widzi! Akurat w tym aspekcie, możesz polegać na moich słowach- dodał z pełnym przekonaniem.- Gdyby było inaczej, okoliczna ludność pewnie nie bałaby się jednego ducha, ale całego ich tłumu.
-Sam mówiłeś, że duchy są różne. Poza tym to wcale nie musi być tak. Może to jakaś wiedźma, czarownica, demon...
-.... leśna nimfa...
-Będziesz mi to wypominał do końca życia?- jęknął głucho Nadim, po czym spojrzał na swojego kompana z uwagą i zaczął- Posłuchaj... Wiem, że się denerwujesz, ale sam pomyśl... Widzieliśmy już tyle dziwnych rzeczy... Wciąż jesteś nastawiony sceptycznie, chociaż sam przekonałeś się, że nie wszystko jest takie, jak ci się wydawało.
-To żaden argument!
-Wiem- potwierdził spokojnie potomek wilków, wyraźnie nie dążąc do żadnego sporu.- Ale możemy to sprawdzić, prawda? Przejdziemy się tylko. Nie denerwuj się, Amir...
Mężczyzna zmiękł. Ciężko było mu się ostatecznie nie zgodzić, chociaż naprawdę nie widział w tym najmniejszego sensu. No właśnie. Znowu nie widział sensu.
Rzekomo nawiedzony las niczym nie różnił się od wszystkich pozostałych lasów, w jakich obaj już wcześniej bywali. Krążyli dookoła długi czas i, co było dla mężczyzny oczywiste od samego początku, nie pojawił się przy nich żaden duch, żadna czarownica, czy nawet nimfa. Chciał zawracać, ale Nadim upierał się, by iść dalej. Zgodził się raz, później drugi i już wtedy zaczynało go to zupełnie wytrącać z równowagi i frustrować. Bez sensu, zupełnie bez sensu! Naprawdę chciał być cierpliwy. Naprawdę chciał wykazać minimum choćby zrozumienia i po prostu działać, nie zastanawiając się nad powodem, ale nie potrafił, nie do tego był przyzwyczajony. A im bardziej myślał o tej sprawie, myślał o ich własnej misji i czuł się coraz bardziej zdenerwowany. Cholerne szukanie kryształów, cholerne szukanie ducha! Niczym się nie różniło! Opierali się na czyimś słowie, na czyimś wymyśle i nie było możliwości, żeby to zweryfikować.
-Mam tego dość!- nie wytrzymał wreszcie, zatrzymując się gwałtownie. Nadim odwrócił się w jego stronę, spoglądając na niego ze zdziwieniem.- Kręcimy się w kółko! Cały czas to samo! Zupełnie nic z tego nie wynika! Nawet, jeśli znajdziemy je wszystkie, to co dalej?!
-Nadal mówimy o duchu czy schodzimy już na temat kryształów...?- mruknął potomek wilków, chociaż odpowiedź wydawała się być oczywista.
-O wszystkim! Bo jedno i drugie wynika z tego samego! Nie patrz tak na mnie, do licha!- zdenerwował się mężczyzna. Nie lubił tego spojrzenia kompana. Jakby rozczarowanego, może pobłażliwego, pełnego politowania... Potrafiło rozdrażnić go bardziej niż cokolwiek innego.- Szukamy czegoś, opierając się na słowach głupców. Szukamy ducha, bo ci dwaj tak powiedzieli. Szukamy kryształów, żeby powstrzymać demona, bo tak powiedział Canis. Ale gdzie dowody, że ten duch czy ten demon, naprawdę istnieją?
-Nazywasz Canisa głupcem?- obruszył się jego kompan.- Przecież twój wuj również twierdził, że to prawda!
-Więc może się mylił!- Amir pierwszy raz powiedział coś podobnego na głos. Jednak w tej chwili, tak właśnie sądził.- Może ja się myliłem sądząc, że jest nieomylny! Nikt nie jest! A tym bardziej, biorąc pod uwagę to, co łączyło go z twoim...
-Ach, więc teraz jest to argument na to, że to wszystko bzdura?- zirytował się Nadim.
-Nie, to argument na to, że nie może być obiektywny!
-Nie rozumiem, o co ci właściwie chodzi.
-Chodzi mi o to, że minęło tak wiele czasu, a jego wciąż tu nie ma! Gdzie on jest, do licha?! Mam go przywołać? Poprosić łaskawie, żeby się pojawił? Dlaczego niczego nie robi?! Dlaczego nie daje znaków, że rzeczywiście istnieje?! Gdzie jest ten demon?!- Amir z chwili na chwilę denerwował się i nakręcał coraz bardziej.- Przeciwko czemu my walczymy?! Przeciwko komuś, kto nie robi nic, absolutnie nic złego?! Dlaczego?! Odłożył to na później?! Czeka aż w końcu go zniszczymy?! Lubi odrobinę ryzyka?! To się po prostu nie trzyma kupy! Jedno zaćmienie, jedna legenda, jeden kryształ i już łączy się wszystko w jedną całość, chociaż nie ma się do tego żadnych podstaw! To bzdura! Idiotyzm!
-Przecież już o tym rozmawialiśmy...- Amir nie miał pojęcia, czy jego kompan rozumie chociaż trochę jego wątpliwości, ale z pewnością starał się zrozumieć. I najwyraźniej starał się również nie doprowadzić do kolejnej kłótni, chociaż o tym mężczyzna w tej chwili myślał najmniej. Trzymał to w sobie zbyt długo i coraz trudniej było mu udawać, że wszystko jest w porządku.
-I nic z tego nie wynikało! Sądziłem, że to po prostu kwestia czasu, świetnie, jesteśmy wybrańcami, pewnie jeszcze nie może nas znaleźć... Ale to wszystko trwa zbyt długo! Nie znam się na demonach, ale wydaje mi się, że ktoś, kto potrafi doprowadzić do zaćmienia słońca, nie powinien mieć problemów z odszukaniem dwóch śmiertelników. Ale prawda jest taka, że nikogo nie obchodzimy! Te kryształy też nikogo nie obchodzą! Och, przepraszam! Zainteresowały jedną skrzydlatą panienkę, bo potrzebowała ich jako przynętę! Skoro ona potrafiła nas odnaleźć, a ten demon nie, to nie widzę powodów, by w ogóle z nim walczyć, bo najwyraźniej nie jest szczególnie groźny.
-Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Amir. Może komuś właśnie na tym zależy.
Amir prychnął ze złością.
-Bogowie, zaczynasz mówić jak mój wuj! Zresztą... Nieważne. Rób jak zechcesz, ja nie zamierzam marnować swojego czasu. Wracam do osady- mruknął mężczyzna, po czym odwrócił się na pięcie, gotów odejść.
-Wracasz do osady czy do domu?- usłyszał pytanie Nadima i zatrzymał się jeszcze na chwilę.
-Skąd ten pomysł...?
-Bo skoro to wszystko nie ma sensu, zapewne nie masz też powodów, by mi towarzyszyć.
Przynajmniej jeden całkiem dobry powód przychodził teraz Amirowi do głowy, ale z oczywistych przyczyn ani myślał go wymienić.
-Masz rację- odparł z czystej przekory, nie chcąc brnąć dalej i ruszył przed siebie.- Nad tym też pomyślę.
Ledwie Amir minął pierwsze budynki, dotarła do niego świadomość, że przesadził. Zatrzymał się i obejrzał w kierunku lasu, westchnąwszy głęboko. Wcale nie chciał wracać do królestwa. Właściwie to chciał, ale z pewnością nie sam, a już w ogóle nie dopuszczał możliwości, by mógł, ot tak, zostawić Nadima samego. Trudno. Powiedział, co powiedział. Nie potrafił przyznać się do błędu i ciężko było mu przepraszać, tym bardziej, że po raz kolejny, czuł się zagubiony. Bo przecież miał rację. Przecież cała ta historia nie miała żadnego sensu. Przecież tak samo, jak wracając, zamiast szukać w nieskończoność jakiegoś nieistniejącego zapewne ducha, powinien wrócić, zamiast uganiać się za czymś, co do czego działania nie mieli nawet pewności. A przekonanie, że dzięki temu pokonają przebudzonego i potężnego demona, wynikało jedynie ze słów Canisa... Których on sam nie był pewien, co też stwierdził! Ale z jakiejś przyczyny, wyjście z cholernego lasu przyszło mu z łatwością, ale powrót do rodzinnego miasta i pozostawienie tej idiotycznej sprawy, było wręcz niemożliwe. Nie tylko ze względu na Nadima. Wróci i cóż? Powie, że wszystko na marne? Już widział miny arystokratów i słyszał ich opinie, bynajmniej nie o nim, a o rozsądku jego wuja i wszystkich potomkach wilków. Może wcześniej nie miał by nic przeciwko drugiej opcji, ale teraz wręczanie kolejnego argumentu tym, którzy twierdzili, że potomków wilków nie należy traktować poważnie (lekko mówiąc), było mu zupełnie nie na rękę. Zresztą... Gdyby założyć, że to wszystko jednak ma jakiś sens... Do licha! Dość już miał zastanawiania się nad tym wszystkim!
Zatrzymał się przy domu urzędnika i chwycił za klamkę, chcąc wejść do środka, ale drzwi były zamknięte.
-Pan jest tym przybyszem z miasta- usłyszał kobiecy głos i odwrócił się, spoglądając na jedną z wieśniaczek. Opalona, o ciemnych włosach, stała przed nim, trzymając kosz owoców i uśmiechając się iście przeuroczo.- Jak wspaniale, że przybyliście! Widziałam tego drugiego... ogoniastego... Zawsze to miło, jak pojawią się tacy młodzi, przystojni mężczyźni...
Amir uniósł brwi. Czyżby kolejna przedstawicielka płci przeciwnej, naiwnie upatrzyła go sobie jako kandydata na męża...? Jak widać urzędnik i nadzorca mieli rację. Deficyt mężczyzn może rzeczywiście nieść za sobą problemy.
-Słyszałem, że dzieje się tu coś niepokojącego...- zaczął Amir, spoglądając na kobietę z wyczekiwaniem.
-Ach, więc wie pan o duchu?- dopytała, po czym westchnęła głęboko i pokiwała głową.- Tak, to prawda... Brakuje nam mężczyzn do pomocy, ci, co są jeszcze żywi, siedzą gdzieś pozamykani, tak ich żony traktują! Nie chcą wypuścić nawet na chwilę...!- kobieta nie kryła rozczarowania tym faktem.- Zostali ci dwaj, ale oni są jacyś dziwni... A wy, panowie... Lepiej trzymajcie się z dala od lasu... Szkoda byłoby...- przysunęła się do niego bliżej- Bardzo szkoda... Gdyby coś się przytrafiło, takim wspaniałym młodzieńcom...- wolną dłoń ułożyła na biodrze, wcześniej zsuwając z niego spódnicę i ukazując lekko podbrzusze.
Cóż, jeśli Amir był w stanie zauważyć, że ktoś go kokietuje, ten ktoś musiał to czynić w sposób wyjątkowo mało subtelny. Chociaż jego rozmówczyni swoim brakiem subtelności wcale się nie przejmowała. Może i była to dobra strategia. Pewnie, gdyby na jego miejscu znalazł się Nadim, to byłby właśnie moment, w którym do reszty tracił głowę i zapominał, że jakże urocza i śliczna „leśna nimfa” może go zamordować. Tak, tak. Będzie mu to wypominał do końca życia.
-Co dokładnie się tu wydarzyło?- zapytał Amir, starając się najzwyczajniej w świecie ignorować bardzo sugestywne trzepotanie rzęs kobiety i jej niemalże prowokujący uśmiech.
-Dużo by mówić...- rzuciła, wyraźnie niezadowolona z faktu, że rozmowa schodzi na taki tor.- To zaczęło się już jakiś czas temu, pierwszy raz od tego narwańca, Asila... Mieszkał tu obok i wierz mi, panie, był okropny! Taki młodzian, nie szanował nikogo, ani rodziców, ani pozostałych mieszkańców, do niczego się nie nadawał, do pracy się nie brał... Nie sądzę, by komuś szczególnie go brakowało... Poszedł raz do tego lasu, jak zawsze, bo często tam przesiadywał. Później wrócił i zachowywał się inaczej niż zwykle. Nie chciał z nikim rozmawiać, nawet na zaczepki mu się nie brało... I tak mu zeszło kilka dni. Jego ojciec mówił, że jest chory i coś mu dolega. Podobno nie chciał z nim wcale rozmawiać. Krótko mówiąc, nie wykłócał się jak zawsze, głupiec jeden... Gdy udało mu się go o coś w końcu zapytać, Asil twierdził, że spotkał jakąś cudowną kobietę w lesie, że kocha ją niewyobrażalnie i, że nie wyobraża sobie istnieć bez niej...- kobieta wypowiedziała te słowa, po czym wybuchnęła kpiącym śmiechem.- Co jak co, ale na wielce zakochanego to on nikomu nie pasował. Żebyś panie widział, jak on spoglądał na kobiety! Wątpię, by któraś z nim chciała zostać sam na sam albo spotkać go nocą! No i tak się snuł, włóczył wkoło, aż w końcu zupełnie mu odbiło! Omal nie zabił ojca, gdy ten próbował zatrzymać go w domu i dowiedzieć się, co mu jest. Wybiegł do tego lasu i tam go znaleźli. Powieszonego. Jego to nikomu nie było żal, ale jego ojciec to był dobry człowiek. Chadzał tam, gdzie ten się zabił, płakał i pewnego dnia stało się z nim to samo. Wrócił i ani żona, ani reszta dzieci nie była w stanie zmusić go, by cokolwiek powiedział. Mówił tylko przez sen i jego żona twierdziła, że rozpaczał za jakąś cudowną niewiastą, którą spotkał i którą pokochał... A muszę powiedzieć, że stateczny był z niego człowiek- brzmiała tak pewnie, jakby sprawdziła to osobiście, więc akurat co do tego aspektu, Amir nie miał żadnych pytań.- Wszyscy się dziwili, co mu się stało. I historia się powtórzyła. Poszedł do lasu i znaleźli go martwego. Z tym, że ten poderżnął sobie gardło. Bo umarł tam syn, tak wszyscy mówili, ale mnie już coś świtało w głowie. No i tak to się zaczęło. Zaraz ginęli tak kolejni, jeden po drugim. Najpierw to zajmowało kilkanaście dni, każdy widział, co się z nimi działo, a później ruszyło jak plaga. Dzień w dzień ktoś ginął, nie szło się nawet zorientować, że coś z nimi nie tak. Nawet, gdy ktoś nabierał podejrzeń, usiłował ich uchronić, nie dało rady! Nikt nie chciałby stanąć takim szaleńcom na drodze. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. A później nasz nadzorca opowiedział nam o duchu, którego spotkał. I wtedy wszystko stało się jasne.
-Rozumiem...- odparł Amir.
Dobrze wiedział, że jeśli chodzi o wierzenia i zabobony, żadnych słów nie można było traktować poważnie. Usiłował jedynie wyciągnąć z tej historii coś, co pozwalałoby mu wysnuć jakiś logiczny wniosek, przyczynę zdarzeń, które niewątpliwie miały tu miejsce. Choroba. Tak pomyślał. Czasem ludzie podupadając na zdrowiu fizycznym, mają też problemy z psychiką, to jasne. Ilu to już coś się roiło, czy na jawie, czy w gorączce, ale nie słyszał jeszcze, by wszystkim roiło się dokładnie to samo. A urojenia te musiały być wyjątkowo realne. Przypomniał sobie, co sam widział, po mało przyjemnym spotkaniu z tamtą dziwaczną rośliną i doszedł do wniosku, że może w lesie jest coś o podobnym działaniu, co przynosiło takie efekty. Nadal jednak nie do końca rozumiał, jak to możliwe, by wszyscy mężczyźni zakochiwali się szaleńczo w wyimaginowanej kobiecie. Musiałby chyba zapytać większej liczby ludzi, by przekonać się, ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile ludowych opowiastek. Chociaż nie wiedział, czy jest w tym jakikolwiek sens.
-Może wstąpiłby pan do mnie...? Przygotowałabym coś specjalnie dla pana...- i oto rozpoczęło się zastawianie sieci.
Amir nawet nie musiał odmawiać, bo akurat pojawił się urzędnik.
-Witaj panie... Panienko...- ukłonił się kobiecie, która usłyszawszy to słowo, skrzywiła się, jakby było najokropniejszą obrazą.- Piękne owoce.
-Tak... Dziękuję...- mruknęła w sposób demonstracyjnie obojętny. Widać Amir nie był jedynym, który wpadł jej w oko. I nie był jedynym, któremu to nie odpowiadało.
Urzędnik spojrzał na kobietę z wyczekiwaniem, uśmiechając się uprzejmie. Opanowała się i sięgnęła do kosza po jeden z owoców, po czym wręczyła go Amirowi z czarującym uśmiechem.
-To dla pana...- szepnęła, ignorując drugiego mężczyznę.- Proszę o mnie pamiętać i wstąpić, gdy będzie pan miał wolną chwilę...- dodała, znów uśmiechnęła się szeroko, po czym obrzuciwszy spojrzeniem pełnym wzgardy urzędnika, oddaliła się od jego posiadłości.
-Proszę, proszę...- ten otworzył drzwi i wpuścił Amira do środka.- Przepraszam za zwłokę, musiałem się czymś zająć...
Amir raz jeszcze podziękował za gościnę. Niedługo później przyszła jedna z kobiet, którą ten uznał za żonę Arifa – jak się okazało omyłkowo, co zakłopotany urzędnik, z niezrozumiałych przyczyn, tłumaczył mu długo, twierdząc, że owszem, ma już tyle lat, że żona by mu się przydała, ale jakoś nie ma dookoła nikogo interesującego, a zresztą on sam też nie jest interesujący, więc właściwie... Właściwie to Amir zrozumiał z całego wywodu tyle, że Arif nie miał żony. Tak czy inaczej, kobieta przyniosła przygotowany posiłek, nie dla jednej czy dwóch, ale kilku osób. Amir był nieco zdziwiony, ale jak się okazało, na obiedzie pojawił się także nadzorca.
-Mamy czekać na twojego towarzysza, panie?- zapytał uprzejmie urzędnik, zajmując miejsce obok Decimusa.
-Nie sądzę- Amir siedział naprzeciwko mężczyzn.- Nie wiem, kiedy zakończy swoje... poszukiwania...- dokończył kpiąco.
Urzędnik i nadzorca spojrzeli po sobie z niepokojem.
-Nie wrócił z tobą, panie?- zapytał jasnowłosy.
-Nie.
Żaden z nich nie powiedział choćby słowa, ale wyrazy ich twarzy wskazywały na to, że ta informacja trochę ich przeraziła.
-Nie ma powodów do obaw...- Amir czuł się spokojny. Miał zaufanie do kompana i wiedział, że jedyne, co jest mu w stanie rzeczywiście zagrozić, tym bardziej w lesie, w którym poruszał się i czuł lepiej, niż ktokolwiek inny, jest jego własny nierozsądek.- Nadim raczej nie da się nikomu zabić, ani tym bardziej zmusić do samobójstwa... No chyba, że ta dziewczyna jest bardzo urodziwa... Wtedy zapewne pozwoli sobie nawet uciąć głowę...- zażartował.
Nikogo prócz niego samego to nie rozbawiło.
-Nie jest- powiedział cicho urzędnik.
-Słucham?- zdumiał się Amir.
-Nie jest bardzo urodziwa. Nie przyglądałem jej się aż tak bardzo, ale wydawała się zwykłą dziewczyną.
-Tylko siną...- dopowiedział drwiąco Amir, ale z jakiejś przyczyny, słowa mężczyzny wydały mu się nieco niepokojące i bardziej godne uwagi niż wcześniej.- Wy naprawdę ją widzieliście...?
-Owszem- potwierdził Decimus, skinąwszy głową.- Możesz sobie wyobrazić, panie, że wymyślanie tego rodzaju pogłosek nie jest mi na rękę, a wprost przeciwnie. Urąga nieco mojej reputacji.
-Skąd wiadomo, że to nie przypadek? Widzieliście ją zaledwie raz- zauważył Amir, spoglądając na swoich rozmówców z uwagą.- Może to była miejscowa dziewczyna?
-Bardzo możliwe. Ale na pewno nie żywa.
-A może jednak?
-To trochę zbyt wiele przypadków, panie. Nie wszystko da się tłumaczyć w ten sposób.
-Większość spraw się da- odparł z przekonaniem Amir.
-Miejmy nadzieję, panie. Obyś nie musiał się o tym przekonać osobiście.
Nie zabrzmiało to ani jak groźba, ani nawet jak ostrzeżenie, bardziej jak coś w rodzaju rzeczywistej prośby czy życzenia. Amir coraz bardziej zastanawiał się nad całą sprawą. Ani nadzorca, ani urzędnik, nie wyglądali na ludzi, którzy gotowi byliby kłamać i rzeczywiście, ciężko było stwierdzić, że mogło im to przynosić jakiejś korzyści. Wyglądało na to, że w lesie rzeczywiście kogoś spotkali. Zapewne dziewczynę, chociaż co do jej braku żywotności, Amir miał spore wątpliwości. Faktem jednak było, że okoliczni mężczyźni zginęli w raczej... niecodzienny sposób. A że jeszcze nie słyszał, by spotkało to jakąkolwiek kobietę... Cóż. Wyglądało to dziwnie. Na chwilę wrócił myślami do Nadima, kierowany irracjonalnym nieco lękiem, ale zaraz uspokoił się i odsunął wszelkie rozważania na bok. Nie. To zdecydowanie nie miało sensu. Istnienie tego ducha było równie prawdopodobne jak istnienie strasznego demona, którego straszność polegała na tym, że... obudził się. Mrożące krew w żyłach. W końcu przeprosił gospodarza i jego drugiego gościa i udał się do przeznaczonego mu pomieszczenia. Położył się na jednym z posłań, zmęczony dniem i czekał na nadejście kompana. Przysnął na dłuższą chwilę, a gdy się obudził, Nadima wciąż nie było. Dopiero wtedy niepokój powrócił. Wydawało mu się, że nawet jak na zwyczajowe spacery i niezaspokojoną ciekawość potomka wilków, trwało to stanowczo zbyt długo. Wyszedł z pomieszczenia. Dostrzegł światło w pokoju obok i wszedł do środka. Gospodarza jednak tam nie było. Ustawiona na stoliku świeca dopalała się powoli. Amir zgasił ją, zastanawiając się, gdzie o tej porze mógł być Arif, po czym wyszedł z budynku. Ruszył w kierunku lasu, ale nie musiał iść dalej, niż kilka kroków, bo w tym momencie dostrzegł Nadima.
-Jesteś wreszcie... Co, u licha, robiłeś tam tak długo?- rzucił, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
Potomek wilków wyminął go bez słowa i wszedł do domu.
Mężczyzna westchnął głęboko, przymykając na chwilę powieki. No dobrze. Najwyraźniej tym razem nie pozostaną, po prostu, przy udawaniu, że nic się nie wydarzyło. A więc, przyszedł czas na lojalne: „schrzaniłem sprawę”. Wrócił do środka i wszedł do pokoju. Nadim ułożył się na swoim łóżku, plecami do niego. Właściwie to miał prawo być obrażony.
-Nie chciałem powiedzieć tego, co powiedziałem...- rzucił cicho Amir.- Zresztą pewnie o tym wiesz. Po prostu ciężko jest mi to wszystko przyjąć równie łatwo jak tobie. Nikt mnie nie uczył wiary we wróżki. Wuj raczej zawsze kładł nacisk na to, żebym weryfikował to, co jest prawdą, a co nie... Tym bardziej jest mi trudno przyjąć to, w jaki sposób podszedł do tego wszystkiego... Nie do końca się w tym odnajduję, ale będę się starał. Nie zostawię cię samego.
Dłuższą chwilę czekał cierpliwie na odpowiedź, wpatrując się w plecy kompana, ale nie usłyszał ani słowa.
-Aż tak bardzo zdenerwowało cię to, że nie znalazłeś tego ducha...?- rzucił żartobliwie Amir, usiłując rozbawić kompana, ale usłyszał jedynie gniewne:
-Daj mi spokój.
No i świetnie, dostał w końcu to, o co sam się prosił. Podchodził do Nadima zbyt szorstko, za bardzo lekceważył jego słowa, wierzenia i przekonania. Miał tego świadomość, ale rzadko kiedy udawało mu się zareagować na czas i najczęściej zdawał sobie z tego sprawę dopiero po fakcie, kiedy widział jego zdenerwowanie. Dokładnie tak jak teraz.
-Jesteś głodny...?- zapytał, nie mając na celu nic innego, jak tylko zacząć rozmowę, sprawić, by Nadim zechciał w ogóle na niego spojrzeć.- Na pewno coś jeszcze zostało z kolacji. Zapytałbym tego urzędnika, ale go nie ma. Wyszedł gdzieś, o tej porze, dasz wiarę...? Strasznie dziwny z niego człowiek...- usiłował udawać rozbawienie, ale kiepsko mu to wychodziło.
-Daj mi spokój- powtórzył raz jeszcze Nadim.
Amir wziął głęboki oddech i zaczął:
-Słuchaj, wiem, że zachowałem się jak głupiec. Nie pierwszy zresztą raz. I na pewno nie ostatni. Ale... różnimy się pod wieloma względami i chyba nigdy nie będziemy do końca zgodni. Nadim...?- rzucił i oczekiwał przez moment na odpowiedź, ale nie usłyszawszy nic, westchnął cicho z rozczarowaniem i rzucił- Porozmawiamy jutro, tak...? Tak...- odpowiedział sam sobie pod nosem i położył się na swoim posłaniu.
Nadima niełatwo było urazić, a jeszcze trudniej było sprawić, by ten nie chciał się odzywać. Tym bardziej Amir czuł się zawstydzony swoim postępowaniem, a wręcz dochodził do wniosku, że może rzeczywiście nie miał racji. Nie tyle w sprawie tego całego ducha, czy demona, bo wątpliwości, a wręcz nieprawdopodobieństwo istnienia tych bytów było zbyt duże, by mógł przejść nad tym do porządku dziennego. Chodziło raczej o jego własne nastawienie do sprawy. Obarczał swoimi przypuszczeniami Nadima, chociaż potomek wilków nie był niczemu winien i nie trzeba było mu dodatkowych problemów. Zresztą, nie było o czym dyskutować. Mieli do wykonania pewne zadanie, może nie do końca sensowne, ale co z tego? Amir uznał, że trzeba to traktować jak rozkaz. Wykonać i tyle. Znajdą kryształy, dostarczą je do królestwa, a to, co dalej będzie się z nimi działo (zapewne legną u podstawy kolejnej, wspaniałej legendy...), nie powinno go interesować.

Mężczyzna obudził się kolejnego dnia z bardzo ambitnym i szlachetnym zamiarem bycia więcej niż tylko uprzejmym dla swojego kompana, a przynajmniej zapewnieniu mu rekompensaty za wczorajszy, niezbyt udany dzień. Potomka wilków już nie było. Amir wyszedł z pokoju i napotkawszy na gospodarza, zapytał go o to, czy ten widział jego towarzysza. Urzędnik odpowiedział, że niestety nie i wyraził ulgę, że Nadim wrócił cały i zdrowy, co Amir pominął milczeniem, bo nie miał do tego najmniejszych wątpliwości. Przekonany, że potomek wilków zapewne zapoznaje się bliżej z mieszkańcami (głównie mieszkankami) osady albo opowiada ewentualnym zainteresowanym historie czy legendy, jak to zwykle miał w zwyczaju, szukał go na terenie wioski, ale nigdzie nie mógł znaleźć. Zaczął zastanawiać się nad tym, czy ten przypadkiem nie poszedł do lasu, chcąc jeszcze raz wybrać się na poszukiwania tej istoty. Jak się okazało, to przypuszczenie było najbliższe rzeczywistości.
Potomek wilków stał nieopodal pierwszych drzew, spoglądając na nie w milczeniu i z wyczekiwaniem. Amir podszedł do niego i chwycił go lekko za ramię. Zdziwił go fakt, że kompan wcale nie zareagował na jego obecność, a jedynie nadal patrzył przed siebie, jakby coś obserwował albo oczekiwał, że zaraz coś ujrzy.
-Ty naprawdę zrobisz wszystko, żeby udowodnić, że masz rację, co...?- parsknął cicho Amir, uśmiechając się lekko.- Chodź.- ogarnął towarzysza ramieniem i skierował w stronę wioski. Nadim skrzywił się z niezadowoleniem i szarpnął lekko, odwracając znów w kierunku drzew.- Daj spokój, Nadim, to nie ma sensu... Wracajmy.
Potomek wilków spoglądał jeszcze chwilę w tamtym kierunku, po czym skinął powoli głową i szepnął:
-Może.
Pozwolił się mężczyźnie poprowadzić do osady, do budynku, w którym się zatrzymali. Amir zauważył, że jego kompan wciąż zachowywał się dziwnie. Sprawiał wrażenie, jakby coś go dręczyło, jakby nad czymś się zastanawiał. Początkowo wydawało mu się, że potomek wilków wciąż jest na niego obrażony, ale ani to do Nadima nie pasowało, ani jego zachowanie nie bardzo na to wskazywało. Był po prostu milczący i jakby rozdrażniony. Ciężko było stwierdzić, co właściwie chodzi mu po głowie. Amir usiłował wypytać go łagodnie, czy chodzi o to, co wczoraj mu powiedział. Nie słysząc żadnej konkretnej odpowiedzi, czasem tylko serię niewyraźnych pomruków, zaczynał znowu przepraszać, z chwili na chwilę, coraz mniej okrężnie, a coraz bardziej otwarcie i szczerze. Chciał, żeby Nadim znowu zachowywał się tak jak wcześniej i czuł się źle z tym, że mógł powiedzieć coś, co sprawiło mu, najwyraźniej, aż tak wielką przykrość.
I nagle, potomek wilków skierował się do drzwi.
-Dokąd idziesz?- zdumiał się Amir, chwytając go za ramię.
Ten zatrzymał się i zagryzł na chwilę wargę, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
-Muszę ją znaleźć...- mruknął wreszcie, marszcząc brwi.- Muszę ją w końcu znaleźć...
-Chyba nie mówisz o tym duchu...?- parsknął z politowaniem mężczyzna.- Nadim, odbiło ci do reszty...? Przecież od początku było jasne, że to wymysł!
Potomek wilków nawet na niego nie patrzył. Potrząsnął głową i nieprzytomnym, stłumionym nieco głosem odparł:
-Nie... Nie, nie... Kocham ją. Ty nie wiesz, co znaczy kochać... Muszę ją znaleźć...
Te słowa wprawiły Amira w stan osłupienia. Spoglądał na Nadima przez chwilę, zaszokowany tym, co usłyszał.
-Żartujesz, prawda...?- zapytał, chociaż miał co do tego coraz większe wątpliwości.- Nadim, jeśli to ma mnie przekonać, to naprawdę beznadziejnie ci idzie...- rzucił z nutką obawy w głosie.
Ale w tym momencie w jego kompana wstąpiła nagle energia, której wcześniej zdawał się być zupełnie pozbawiony. Wyrwał się mężczyźnie i bez słowa znów ruszył w stronę drzwi, mamrocząc coś znowu, bezsensownie, o miłości.
-Nadim! Nadim, do licha!- Amir chwycił go za poły koszuli i z najwyższym trudem odwrócił w swoją stronę.- Dokąd idziesz?!
-Daj mi spokój.
-Nie! Nigdzie się nie ruszysz, dopóki...
W tym momencie potomek wilków zamachnął się i uderzył go pięścią w twarz. Amir nie mógł się tego spodziewać. Upadł na podłogę, dotykając bolącego miejsca i czując krew wypływającą z rozciętej wargi. Obejrzał swoją dłoń niemalże z niedowierzaniem, po czym spojrzał na kompana ze zdumieniem.
-Co ty, do diabła, wyrabiasz?!- wrzasnął, chcąc się podnieść, ale w tym momencie Nadim chwycił za rękojeść jego miecza i wyjął go, przystawiając ostrze do gardła kompana.
Amir zamarł w bezruchu, czując, jak to niemalże dotyka jego skóry.
-Nadim...- rzucił, mocno przerażony. Uniósł dłonie w obronnym geście, spoglądając na kompana, który wpatrywał się w niego pozbawionym wyrazu wzrokiem.- Popatrz na mnie. To ja. Amir.
-Wiem, kim jesteś- odparł beznamiętnie potomek wilków.- Ale to nie znaczy, że pozwolę ci sobie przeszkodzić...
-Nie chcę ci przeszkodzić! Chcę ci pomóc! Od tego właśnie jestem, pamiętasz...? Musimy sobie pomagać...- Amir zauważył, że dłoń jego towarzysza drgnęła lekko.- Musimy znaleźć kryształy. Żeby pokonać tego demona. Przypomnij sobie!
-Nie obchodzą mnie ani kryształy, ani żaden demon. Ty też mnie nie obchodzisz- stwierdził z obojętnością Nadim. Cofnął miecz i rzucił go na podłogę, po czym wyszedł na zewnątrz, pozostawiając Amira w stanie absolutnego zdezorientowania.
Mężczyzna dźwignął się na nogi i schował broń, wprost nie mogąc uwierzyć w to, co zdarzyło się ledwie chwilę temu. I nagle to, co dotąd wydawało się być zupełnie pozbawione sensu, okazało się być jedynym rozwiązaniem całej sytuacji. Niemożliwe... Niech to szlag trafi, na diabłów, na bogów, na wszystko, co istnieje i nie istnieje, po prostu niemożliwe! Ale wszystko wskazywało na to, że to Amir się mylił. I, że jego kompana czekał teraz los podobny do wszystkich tych mężczyzn. I nie była to sytuacja godna pozazdroszczenia.
Wyszedł z budynku i ruszył biegiem w kierunku lasu. Wpadł pomiędzy drzewa i biegł dalej, rozglądając się dookoła. Nadal ciężko było mu przyjąć do wiadomości to, co się właśnie działo! I nagle zatrzymał się, zdając sobie sprawę z czegoś, czego nie dostrzegł wczoraj. Wokół było cicho. Potwornie cicho. Owszem, słyszał szum liści i śpiew ptaków, ale chodziło o coś zupełnie innego. Nie było ani szeptów, ani głosów, ani kroków... Nie tylko nie widział, ale nawet nie słyszał zupełnie nikogo. A przecież Nadima przy nim nie było, ani teraz, ani wczoraj, gdy wracał. A biorąc pod uwagę to, co się zdarzyło, to miejsce było niczym innym, jak tylko jednym, wielkim, cmentarzyskiem samobójców. I paradoksalnie, nagle większą grozę w Amirze zaczął budzić fakt, że duchów nie widział, a nie odwrotnie.
-Nadim!- krzyknął, chociaż naiwnością było liczenie na jakąkolwiek odpowiedź. Ruszył dalej, rozglądając się z uwagą i wreszcie, po kilkudziesięciu metrach, dostrzegł po przed sobą. Jednak to, co zobaczył, omal nie zwaliło go z nóg.- Bogowie...- rzucił, pobladłszy w jednej chwili.- Nadim! NADIM!- wrzasnął, rzucając się w kierunku towarzysza i bezradnie obserwując, jak ten wyciąga sztylet i przykłada go sobie do gardła.- Nie rób tego!- zatrzymał się przed potomkiem wilków gwałtownie.- Nie rób tego, Nadim...
Sam nie mógł zrobić zupełnie nic. Ostrze dotykało skóry Nadima. Bał się zrobić choćby krok, by ten nie popełnił jakiegoś głupstwa. Potomek wilków spojrzał na niego bez cienia emocji, jakby ledwie zdawał sobie sprawę z jego obecności.
-Nadim...- zaczął powoli, oddychając płytko z przerażenia.- Odłóż to, na miłość bogów...
-Muszę odejść, żeby z nią być. Już na zawsze- powiedział potomek wilków, nieobecnym głosem.
-NADIM!- krzyknął mężczyzna, widząc, jak kropla krwi spłynęła wzdłuż szyi potomka wilków. Sztylet drgnął w dłoni Nadima, ledwie nacinając jego skórę. Amir podszedł ostrożnie kilka kroków bliżej, stając niemalże twarzą w twarz z kompanem.- Proszę cię... Wcale nie musisz tego robić. Wcale nie chcesz.
-Kocham ją.
-Bzdura!- ogarnęła go panika. Nie wiedział, co ma mówić, widział jedynie drżące dłonie towarzysza i obawiał się jego kolejnego gestu.- Proszę cię, odłóż to...
-... Ty nie zrozumiesz...- rzucił cicho Nadim.- Niczego nie rozumiesz... Nie chcę dłużej czekać.
-Błagam cię!- Amir w geście rozpaczy padł przed nim na kolana, wpatrując się w potomka wilków z przerażeniem.- Błagam cię, Nadim, przypomnij sobie o wszystkim... Nie jesteś taki. Nie zrobiłbyś czegoś podobnego...
Potomek wilków spoglądał na niego w milczeniu. Sprawiał wrażenie, jakby ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. Cofnął na chwilę dłoń, ale zaraz ponownie ostrze znalazło się tuż przy jego skórze. Amir nie odrywał od niego przerażonego, błagalnego spojrzenia, aż do momentu, gdy poczuł, że sam jest obserwowany. Odwrócił powoli głowę. Kawałek dalej, przy jednym z drzew, stała młoda dziewczyna. Nie miała więcej niż kilkanaście lat. Była niewysoka i szczupła, miała ciemne, wilgotne włosy i sinawy odcień skóry. Spoglądała na niego brązowymi oczyma, w których odbijały się łzy. Ani przez chwilę nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia.
-To ty...!- rzucił zduszonym głosem, podnosząc się i odwracając w jej kierunku. Drgnęła lekko, przyglądając mu się wciąż z uwagą. Mieli rację, obaj mieli rację. Amir nie wiedział, czy ta istota jest duchem, ale z pewnością nie była żywa. Miała na sobie białą sukienkę, całkowicie przemoczoną, a na jej głowie spoczywał zeschnięty wianek.- Co ty wyrabiasz?! Co mu zrobiłaś?!
-Ty nie jesteś jak pozostali. Jesteś jak tamci dwaj...- powiedziała cicho, spuszczając wzrok.
-Że co?!- nie rozumiał Amir.
-Sądziłam, że każdy mężczyzna będzie musiał mnie pokochać- rzuciła w zamyśleniu.
-Na pewno nie ja!- Amir nie był w stanie pokochać żadnej kobiety i wiedział o tym aż za dobrze.- Zostaw Nadima w spokoju!
-Nie mogę...
Mężczyzna ruszył w jej kierunku, ale ta rozpłynęła się kilka kroków przed nim. Odwrócił się, zdezorientowany. Stała tuż obok potomka wilków, który wciąż w tej pozie, nawet nie śledził wzrokiem tego, co działo się obok, a jedynie nieprzytomnie wpatrywał się przed siebie.
-Co ty mu zrobiłaś...?- rzucił bez zrozumienia Amir.
-Sprawiłam, że mnie pokochał...- odpowiedziała dziewczyna, głosem nabrzmiałym od żalu.- Tak samo mocno, jak i ja kiedyś kochałam...
-To nazywasz miłością?!- prychnął z niedowierzaniem mężczyzna.- Popatrz na niego! To nie jest miłość! To jest... opętanie!
-Więc może i ja byłam opętana.
-I co z tego?! On nie jest winien niczemu, co ci się przytrafiło! Żaden z tych mężczyzn nie był, jak sądzę! Czemu robisz im coś takiego...?
-Bo ja wiem, jaka straszna jest miłość...- westchnęła z rozrzewnieniem. Dotknęła delikatnie ramienia Nadima, potem twarzy, a zaraz odwróciła się i zalała łzami. Woda spływała po jej policzkach, skapywała z końcówek włosów i z mokrej sukni. Złożyła dłonie jak do modlitwy i powiedziała szeptem, bardziej do siebie, niż do wpatrującego się w nią mężczyzny.- Kochałam go tak bardzo, jak nikogo na świecie... I dałam mu wszystko, co tylko mogłam dać... A on wybrał ją... Dlaczego wybrał ją...? Jestem pewna, że ona nie kochała go równie mocno... A ja...- zaniemówiła na chwilę, zanosząc się od płaczu.- A ja poszłam nad jezioro... Utopić wianek, który od niego dostałam... Ale to tak bardzo bolało!... Więc weszłam do wody... Głębiej... I głębiej... Chciałam zawrócić, ale już nie mogłam... Już... Nie mogłam... Więc szłam dalej... I...- urwała nagle i załkała raz jeszcze, po czym przeniosła wzrok na Amira.
-Z tego powodu mścisz się na mężczyznach?!- rzucił z niedowierzaniem.- Tylko dlatego, że ktoś cię skrzywdził?!
-Wcale się nie mszczę...- zaprotestowała, kręcąc głową. Uspokoiła się i spojrzała raz jeszcze na potomka wilków.- Odeszłam stamtąd... I szłam dalej... Ale to wszystko na nic... Więc przyszłam tutaj... Ale tu też się nie udało...
-Co się nie udało?!
-Znaleźć kogoś, kogo bym pokochała... Mogę sprawić, by oni kochali mnie, ale... To na nic... Oni są tacy... otępiali... puści...
-To ty ich takimi czynisz!
-... I dlatego nie każę im cierpieć dłużej.
-Uważasz, że to łaska?!- krzyknął z oburzeniem mężczyzna.- Zabijasz ich!
Dziewczyna drgnęła lekko, po czym pokręciła głową i szepnęła:
-Nie. Sami to robią.
-Z twojego powodu! To nic innego, jak morderstwo!
-Więc i mnie zamordowano!- załkała znowu z rozpaczy.
-To nie to samo.
-Właśnie, że tak! Nie odwiedziesz mnie od tego, co robię! Powinnam być teraz szczęśliwa, wśród bogów! Ale najwyraźniej nie mogę się tam znaleźć, dopóki nie skończę swojego zadania...
-A może po prostu bogowie nie chcą cię mieć u siebie, widząc, jaka jesteś okrutna?- zapytał Amir, a dziewczyna obruszyła się i spojrzała na niego tak, jakby powiedział coś potwornego.
-Jak możesz mówić podobne rzeczy?!- rzuciła z przejęciem.- Nie obchodzi cię mój los! Tak samo, jak nie obchodził jego... Może bogów też nie obchodzi...
-A ciebie obchodził los tych ludzi?- Amir spojrzał na nią surowo, nie czując względem niej ni krztyny współczucia.- Zastanowiłaś się nad tym choćby raz?!
-A czy ktoś się zastanawiał nad tym, co stało się ze mną?! Ja nie chcę niczego wielkiego! Ja chcę po prostu... Szczęścia! Tak, szczęścia! Chcę... Chcę znaleźć mężczyznę, którego będę kochała...- westchnęła z rozmarzeniem.- I chcę z nim być już na zawsze! Wziąć z nim ślub... Mieć dzieci... Własny dom...
Amir spoglądał na nią z absolutnym niedowierzaniem.
-Popełniłaś samobójstwo!- uświadomił jej po raz wtóry.
-I co z tego?!- krzyknęła rozpaczliwie.- Czy to znaczy, że to już mi się nie należy?!
-Owszem!
-Dlaczego?!
-BO NIE ŻYJESZ!- wrzasnął mężczyzna, chcąc jej to w końcu uświadomić.- Zabiłaś się! Sama! I niezależnie od tego, jakie były okoliczności, nie możesz już tego cofnąć! Sama zabrałaś sobie to wszystko, co chciałaś mieć! Łącznie z czasem, który mogłaś przeznaczyć na to, by to osiągnąć...- dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem.- Nie będziesz miała ani męża, ani dzieci, ani życia! Nie rozumiesz...? Jesteś martwa!
-Jesteś okrutny! Podły!- rzuciła w jego kierunku z rozżaleniem.- Czy nie zasługuję nawet na współczucie po tym, co mnie spotkało...?
-Nie- odparł twardo Amir.- Zasługiwałabyś na nie, gdybyś nie czyniła tego, co czyniłaś do tej pory. Pomyśl o tych wszystkich dziewczętach i kobietach, którym odebrałaś w ten sposób mężów i kochanków. Naprawdę uważasz, że należy ci się litość...?
Odwróciła wzrok, jakby zawstydziły ją te słowa, ale zaraz odpowiedziała cicho:
-Może to i lepiej dla nich... Lepiej niż miałyby się rozczarować, tak jak ja...
-Szukasz sobie wymówki- stwierdził zgodnie z prawdą Amir.- To, co robisz, nie jest ani dobre, ani słuszne. To nawet nie jest egoizm, to jest okrucieństwo! Gdyby każda kobieta, którą skrzywdzono, czyniła to samo, nie byłoby ludzi na tym świecie! Nadim w niczym ci nie zawinił... Zostaw go w spokoju...- poprosił, spoglądając na nią stanowczo.
-Troszczysz się o niego...- zauważyła, po czym westchnęła płaczliwie.- Dlaczego nikt nie mógł troszczyć się o mnie tak samo...? Dlaczego nikt mnie nie powstrzymał...? Dlaczego nawet mnie nie szukali...? Nie rozumiem...
Amir milczał. Zbliżył się znowu do potomka wilków.
-Zostaw go- powtórzył raz jeszcze mężczyzna.- Proszę.
Sztylet wyślizgnął się z dłoni jego kompana. Chwilę później Nadim zachwiał się gwałtownie i padł nieprzytomny na ziemię. Amir klęknął obok niego natychmiast, biorąc go w ramiona. Podniósł wzrok na dziewczynę.
-Miałeś rację...- powiedziała w zamyśleniu, spoglądając w górę.- Od samego początku... Tylko co teraz...? Gdy się przebudziłam, myślałam już tylko o jednym... Tak... Tak, to rzeczywiście była zemsta... A teraz przebudziłam się znowu... I nie wiem, co mam dalej robić. Potrafisz mi powiedzieć...?- zwróciła się do mężczyzny, spoglądając na niego z uwagą.
-Nie- odparł cicho.- Nie potrafię.
-Więc będę szukała odpowiedzi gdzie indziej... Żegnaj.
Ukłoniła mu się lekko, po czym ruszyła niespiesznym krokiem przed siebie, melancholijnie nucąc pod nosem smutną melodię. Ona chyba nie widziała, ale Amir widział doskonale. Gdy tylko oddaliła się trochę, jakby spod ziemi, wyłonił się nagle tłum mężczyzn. Nie przypominali duchów, które Amir widział wcześniej. Raczej... cienie. Milczący, zupełnie bierni, podążyli za nią, niczym tłum ślepców, nie zwracając uwagi na nic dookoła. Amir obserwował ten ponury pochód, dopóki zupełnie nie zniknął mu z oczu, nie mogąc nadziwić się temu, co widział. I doszedł do wniosku, że bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, nie może się już opierać na swojej wierze. I, że prawdopodobnie nigdy nie zrozumie tego, co widział chwilę temu, tego, co było tak blisko, że wręcz na wyciągnięcie ręki, a mimo to – zupełnie nierealne.
Potomek wilków uchylił powieki. Zmarszczył brwi i rozejrzał się dookoła, mocno zdezorientowany, zatrzymując ostatecznie spojrzenie na twarzy Amira.
-Jednak wróciłeś...- powiedział Nadim z lekkim uśmiechem.
Mężczyzna odpowiedział tym samym. Bogowie mu świadkami, chyba więcej nie spuści go z oczu.
-I tak miałem już iść...- dodał potomek wilków.- Myślę, że miałeś rację. Ten duch to chyba jakiś zabobon...

Wyłonili się z lasu, chichocząc. Spędzili tam sporo czasu, wyjaśniając sobie różne sprawy, czego idealny dowód stanowiły pierwsze gwiazdy na nocnym niebie. Amir obejmował go jeszcze ramieniem, chociaż Nadim nie sprawiał wrażenia, jakby miał jakiekolwiek problemy z poruszaniem się, ale i nie protestował. Jak na kogoś, kto nie tak dawno omal nie zginął z własnej ręki, humor miał wręcz doskonały.
Idąc do miejsca, w którym się zatrzymali, natknęli się na nadzorcę, stojącego przed wejściem do własnego domu.
-Och... Panowie...- rzucił, nieco zdziwiony.- Wszystko w porządku...?
-Nawet lepiej- odparł Amir, puszczając wreszcie kompana.- Pozbyliśmy się tego waszego ducha...
Mężczyzna spojrzał na niego z niedowierzaniem.
-Naprawdę...?- bąknął, zdumiony.
-Owszem. Możecie sprawdzić jutro, jeśli chcecie. Gwarantuję, że nic wam nie grozi... To znaczy... Wam nic nie groziło...
-Obawiam się, że nie rozumiem...- powiedział nadzorca, ale w tym momencie przyszedł urzędnik.
Arif zatrzymał się, jakby zawstydzony obecnością swoich gości.
-Jak dobrze was widzieć, panowie!- rzucił, uśmiechając się nerwowo.- Czekałem na was... Coś się stało...?
-Mówią, że pozbyli się ducha- odpowiedział nadzorca.
-Naprawdę...? W jaki sposób?- zapytał urzędnik, spoglądając na nich ze zdziwieniem.
-Jeśli można, lepiej będzie, jeśli porozmawiamy jutro- odparł Amir.
-Oczywiście, panowie.
Amir i Nadim ruszyli w kierunku domu Arifa, a kilka kroków dalej, widząc, że ten nie idzie za nimi, odwrócili się i spojrzeli na niego z wyczekiwaniem. Urzędnik odkaszlnął cicho i dokładnie tak, jak spodziewał się Amir, ruszył natychmiast za nimi, tłumacząc się zamyśleniem. Weszli do środka we trójkę. Towarzysze skręcili do swojego pokoju. Nasłuchiwali przez chwilę, jak Arif kręci się po drugim pomieszczeniu, robiąc (najwyraźniej celowo) naprawdę sporo hałasu, po czym wszystko w końcu ucichło. Amir i Nadim dyskretnie podeszli do okna. Nie musieli nawet czekać długo, by zobaczyć, jak urzędnik wymyka się z budynku, jakby musiał się komukolwiek z czegokolwiek tłumaczyć i rusza szybkim krokiem w kierunku domu nadzorcy.
-Przepraszam, że to powiem, Amir...- odezwał się potomek wilków, odsuwając się nieco.- Ale to strasznie zabawne- zachichotał z rozbawieniem.
-Nigdy nie twierdziłem, że to nie jest zabawne- odparł Amir, również śmiejąc się cicho.
-A wyobrażasz sobie naszych wujów...? Razem...?
-Och, przymknij się!- burknął mężczyzna. Może i pogodził się z faktem odmienności Ludwika, co więcej, to odkrycie sporo mu wyjaśniło, ale to nie znaczy, że był gotów na tego rodzaju sprawy.
-W młodości pewnie musieli wyglądać tak jak my- stwierdził z uśmiechem Nadim, wracając do wpatrującego się w okno kompana i opierając głowę na jego ramieniu.
Amir zerknął na niego kątem oka, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
-No nie wiem...- rzucił, czując to przyjemne ciepło w podbrzuszu.- Myślę, że nie kłócili się tak często. Wuj był... bardziej ugodowy ode mnie.
-A Canis jest bardziej ugodowy ode mnie- zaśmiał się potomek wilków, odsuwając się.
Amir odszedł od okna.
-Ach, zapomniałbym... Oddaj mi mój sztylet, proszę- rzucił w jego kierunku Nadim, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Mężczyzna już sięgnął do pasa, by to uczynić, po czym raz jeszcze podniósł wzrok na kompana i uśmiechnął się odrobinę złośliwie, odpowiadając:
-Nie.
-Jak to „nie”?- zdumiał się Nadim.- Dlaczego?
-Bo zauważyłem, że w twoich rękach jest niebezpieczny. Nawet dla ciebie samego- droczył się z nim mężczyzna.
-Też coś!- potomek wilków udał oburzenie.- To prezent!
-Podarowany przeze mnie...- Amir cofnął się o kilka kroków, widząc zbliżającego się do niego kompana, aż w końcu natrafił plecami na ścianę. Nadim zatrzymał się tuż przed nim, nie dając mu możliwości odejścia.- Mogę go zabrać, kiedy mi się podoba.
-Och, czyżby...?- Nadim uśmiechnął się przebiegle.- Tak się składa, że już trochę przywiązałem się do tego podarunku... Tak samo, jak do tego, od którego go dostałem...- Amir parsknął cicho na te słowa.- Więc oddaj mi go, póki ładnie proszę.
-A co się stanie, jak przestaniesz ładnie prosić, co?- zaśmiał się mężczyzna.
Nie do końca takiej odpowiedzi się spodziewał. Potomek wilków przysunął się do niego tak blisko, że właściwie obejmował go ręką, by sięgnąć po zaczepiony o pas kompana sztylet. Amir wstrzymał oddech. To, co zrobił Nadim, niemalże go zelektryzowało. Wszystko trwało może sekundy, ale dla mężczyzny i tak było większą próbą, niż wszystko to, na co był wystawiony do tej pory, w obecności potomka wilków.
-To nawet nie było trudne...- jego kompan uśmiechnął się z satysfakcją, odsuwając się i unosząc w geście zwycięstwa sporny sztylet.
Amir wypuścił powietrze z płuc.
To nie było trudne...?
Bogowie!
Wręcz niewyobrażalnie!

13 komentarzy:

  1. Nigdy nie wiem, co napisać w komentarzu, dlatego zazwyczaj ich nie piszę, ale stwierdziłam, że co jakiś czas warto się odezwać i dać znak, że się czyta. Więc... Nie wiem kiedy to się stało, ale polubiłam to opowiadanie, chociaż na początku trochę mnie denerwowało - bardzo dużo opisów, które w niektórych momentach robiły się uciążliwe. Ale przyzwyczaiłam się do obu bohaterów i teraz czytam z pełną lekkością. Czekam na kolejny rozdział. Nie mogę się doczekać, jak rozwinie się ta relacja między Amirem i Nadimem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy7:40 PM

    ŁOHOŁ ten kryształ wzmacnia demona. ^^. gejowska para z tego odcinka była przeurocza, zastanawiałam się w którym momencie Amir się zorientuje - zrobił to jakoś mimochodem, ciekawe do jakich - mimochodem - wniosków dochodzi odnośnie swej głównej wyprawy. brakuje mi jakiejś żywszej akcji jeśli chodzi o A&N. w sensie nie żebym na nią nalegała, i'm just thirsting. loch i coraz bardziej kocham tę serię w jej różnorodności <3

    indy

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy1:04 AM

    Uwielbiam to opowiadanie ! Ten uśmiech, gdy wchodzę na bloga i widzę nowy rozdział .. Bezcenne :D
    Jesteś moją ulubioną autorką.

    neska

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy1:21 AM

    Pierwsze zdanie - pomyślałam "wreszcie!" uwielbiam ironiczne rozmyślania Amira i tę jego stopniową zmianę. Coś mi się zdaje, że w głowie Nadima zaczyna coś kiełkować, choć może jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

    Od początku historii z duchem zastanawiałam się czy Amir się jej oprze, a gdy doszło do nieudanej próby samobójczej Nadima po cichutku oczekiwałam na "proszę, nie zostawiaj mnie teraz gdy wiem jak bardzo cię kocham!" ale w ten sposób byłoby trywialnie i ciut bez sensu no i dzięki temu dalej ich relacje zmieniają się powoli, co uwielbiam:)

    Kochana Autorko, jestem tak pełna podziwu, że aż ten się ze mnie wylewa. Nie mam pojęcia kiedy znajdujesz czas na pisanie, bo rozdziały są tak rozkosznie długie, a pojawiają się regularnie. Inni autorzy potrafią zamieszczać rozdział stanowiący 1/4 Twojego rozdziału i to raz na miesiąc. A przecież oprócz naszego podziwu i wdzięczności za Twoją pracę nie masz z tego nic. Gdyby w Polsce z pisania książek dałoby się żyć, a polskie społeczeństwo nie gorszyłoby się romansami o tematyce m/m, to życzyłabym Ci wspaniałej kariery na ogromną skalę, bo gdyby Twoje dzieła ukazały się drukiem, to szukałabym pod łóżkiem ostatnich "dziadów" żeby czym prędzej pobiec do księgarni, kupić, przeczytać i z dumą dołączyć do swojej biblioteczki.
    A na razie mogę życzyć jedynie weny i dalszej wytrwałości.
    Pozdrawiam, Etna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy2:00 AM

      Mądrze prawisz, poleję ci! *stawia piwo*
      :D
      LoliShouta

      Usuń
  5. Anonimowy1:59 AM

    AWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWWW!! Czemu ja myślałam, że on go pocałuje........ D: Nadzieja matką głupich xD To nie Every me, żeby w 18 rozdziale się ze sobą przespali XD Niech to! Kocham cię! Pisałam to już wcześniej, ale... Czy gdyby Nadim był bi... to urot też by na niego działał? Też, nie? mmm Więc albo bi, albo hetero....... Kurdęęęę XD Wanna more! Będę grzecznie czekać! I wyczekiwać choćby lekkiego muśnięcia warg *_____* Weny, bejbi!
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy1:59 AM

    urok*

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy8:36 AM

    swojądrogą zastanawiam się co sobie Nadim myślał mówiąc "W młodości pewnie musieli wyglądać tak jak my". łoł. i ten jego wpółzauważalny flirt.

    <3.<3



    indy

    OdpowiedzUsuń
  8. Kocham to. Rozdział genialny. A to uświadomienie sobie przez Amira uczuć, cudowne. Czekałam na to mimo że czułam, że on go kocha. Nie ważne czy to może być teraz tylko zauroczenie czy coś więcej, jak i tak wiadomo, że te uczucia będą się wzmacniać. Uwielbiam ich razem, a scenka, kiedy Nadim podszedł i położył swoją głowę na ramieniu Amira wywołała wielki uśmiech u mnie. Kocham to jak małymi kroczkami oni się do siebie zbliżają. I nadal nie wiem, jak to zrobisz, żeby byli razem.
    A ze sceptycyzmu Amira śmiać mi się chce. Na własne oczy widział tyle dziwnych sytuacji, rzeczy, a nadal nie wierzy w pewne zjawiska. W to uwierzył i jeszcze chwila, a straciłby Nadima. Wiedziałam, że tych dwóch z wioski to geje, a potem potwierdziło się w czasie rozmowy z tym duchem. Przecież nikt inny by się nie oparł zmorze.
    Życzę Ci dużo weny i pozdrawiam. :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy9:38 AM

    To opowiadanie jest super. Twój blog jest najlepszy ze wszystkich które do tej pory znalazłam, a było ich wiele. Z niecierpliwościa czekam na kolejny rozdział i mam nadzieję że będzie troszkę więcej sytuacji z naszą kochaną dwójką.

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy2:00 AM

    Elektryzująca końcówka i w tym momencie Chaos jest moim numerem 1. Nie mogę się doczekać Wyzwania. Ciekawa i wciągająca notka jak zawsze. Pozdrawiam. D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy1:20 PM

    Zawsze muszę tak długo czekać, aż uda mi się przeczytać jakiś rozdział u Ciebie (skutek posiadania ciągle psującego sie komputera;D) ... i zawsze to czekanie opłaca się jak nie wiem co! Powiem Ci szczerze, że nie potrafię wyobrazić sobie momentu, w którym Nadim też miałby zainteresować się Amirem... I co raz bardziej boję się, że zrobisz nam niespodziankę i coś takiego w ogóle nie nastąpi. Oby nie ;)
    Wspaniały rozdział.
    Pozdrawiam,
    J;)

    OdpowiedzUsuń