Strony

piątek, 31 sierpnia 2012

Rozdział 24 [Chaos]


Chyba się zgubili. Amir nie był tego do końca pewien, ale wędrowali wiele dni i zdawało mu się, że dawno powinni już dotrzeć do zamku, o ile rzeczywiście zmierzali w dobrym kierunku. Nadim twierdził, że owszem, zmierzali, o ile mapa została sporządzona we właściwy sposób. Amir nie był przekonany ani co do precyzji rysunków, ani orientacji przestrzennej towarzysza, którą ten bez wątpienia posiadał i to w stopniu większym od człowieka, ale wcale nie oznaczało to, iż nie mógł się mylić. Wszystko wskazywało na to, że tym razem tak właśnie było. Amira nawet by to nie zdziwiło. Potomek wilków bywał ostatnimi czasy strasznie roztargniony. Nie żeby nie bywał taki wcześniej. Chociaż przedtem bardziej pasowało do niego określenie „kompletnie nieodpowiedzialny” albo „pozbawiony choćby krztyny rozsądku”. A teraz był roztargniony. Po prostu. Mówił mniej niż zwykle, błąkał się bez celu, zapominał o różnych rzeczach, łatwo się rozpraszał i szybko denerwował. Mężczyzna podejrzewał, że był to efekt ich ostatniego przeżycia. Nadim podziękował mu po wszystkim, gdy już obaj się otrząsnęli. A później... A później na niego krzyczał. Krzyczał chyba z godzinę i zupełnie bez sensu, wzbudzając w kompanie coraz większe zaskoczenie. Mówił, by ten nie ważył się nigdy więcej robić czegoś podobnego i żeby nie wyobrażał sobie, że za każdym razem ma prawo wyciągać go z kłopotów, szczególnie w takich sytuacjach. Amir nie miał pojęcia, w czym problem, w przeciwieństwie do potomka wilków. Stwierdził, że zrobił to pod wpływem impulsu i nie miał czasu myśleć o konsekwencjach. Co było właściwie zgodnie z prawdą, chociaż po dłuższym zastanowieniu, mężczyzna doszedł do wniosku, że gdyby miał chwilę do namysłu, zapewne i tak uczyniłby dokładnie to samo, co stawiało go w dość dramatycznej i nieco niepokojącej sytuacji. Dodał jeszcze, że Nadim powinien raczej skoncentrować się na unikaniu problemów, a nie zawracać mu głowę, skoro jakimś cudem udało się im obu wyjść z tego cało. Pozostawało oczywiście kluczowe pytanie – jakim cudem? Amir nie był do końca pewien, ale wiedział, że miało to coś wspólnego z kryształami. I czuł jeszcze bardziej niż wcześniej, że nie powinien się z nimi rozstawać.
Urządzili sobie dłuższy postój, zresztą kolejny tego dnia.
-Tam nie udało nam się znaleźć fragmentu, więc może nie być go i w pozostałych zamkach...- odezwał się nieco znużonym głosem Amir, siadając na ziemi. Po dłuższej chwili ciszy, spojrzał z nutką poirytowania na stojącego obok niego kompana, który wyciągnął łuk, chyba szykując się do polowania.- … Co nie zmienia faktu, że i tak lepiej byłoby się do nich dostać...
Nadim nie odpowiedział i mężczyzna nie mógł pozbyć się wrażenia, że był ostentacyjnie i celowo ignorowany. Sapnął ciężko pod nosem, nie odrywając wzroku od sylwetki towarzysza. Wytworzył się pomiędzy nimi pewien dystans, zresztą nie po raz pierwszy. Amir czuł na swoich ramionach ciężar odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. W końcu doszło między nimi do... pewnego nieporozumienia, jeśli rzeczywiście można było to tak określić. W każdym razie, coś pomiędzy nimi było niejasne. Amir zastanawiał się kilka razy nad tym, czy nie powinien się przyznać. Ot, tak po prostu. Powiedzieć: tak, jesteś potomkiem wilków i wolisz kobiety, ale zakochałem się w tobie. Zakochałem się. Uch, okropne sformułowanie, inne niż „podobasz mi się”, brzmiące tak poważnie, tak... długotrwale. I był pewien, że Nadim by to przyjął, zrozumiał, tak jak przyjął informację o jego preferencjach. Ale to przecież nie to samo. Co innego powiedzieć: „wolę mężczyzn”, a co innego: „ze wszystkich mężczyzn na świecie wolę akurat ciebie”. Był przekonany, że potomek wilków nie zlekceważyłby tego, nie wydrwił. Zapewne usłyszałby: „jesteś mi bliski, ale...” albo „czuję się wyróżniony, jednak...”, a później, choć obaj pewnie wychodziliby z siebie, by nic się nie zmieniło,a zmieniłoby się wszystko. Nie da się przejść nad taką informacją do porządku dziennego i stwierdzić, że absolutnie nic się nie stało i nie ma to wpływu na wzajemne relacje. To po prostu niemożliwe. A przecież przed nimi była jeszcze długa droga, powrót do domu, wiele dni spędzonych wspólnie... Wiele nocy. Coś takiego nie wpłynęłoby dobrze na ich współpracę. Amir był tego całkowicie pewien.
-Naprawdę nie zakochałbyś się w kimś, tylko dlatego, że ma ogon i psie uszy?- rzucił ku zdumieniu towarzysza Nadim, zatrzymując się przy nim i spoglądając na niego surowo.
Człowiek przeniósł na niego zdziwione spojrzenie.
-Doprawdy okropnie istotny temat, w obliczu demonów, kryształów, rozsypujących się w proch władców...- zironizował, chociaż w duchu poczuł nutkę niepokoju.
-Chcę po prostu wiedzieć, czy odrzuciłbyś kogoś z tak błahego powodu- nie dawał za wygraną Nadim. Mówił to tak poważnym tonem, jakiego mężczyzna dotąd u niego nie słyszał, pomijając zażarte bronienie własnych pobratymców i pewnego, tak zwanego, bohatera.
-Powód dobry jak każdy inny...- parsknął cicho Amir, podnosząc się z miejsca.- Zresztą... jakie to ma znaczenie?
-Ogromne- odparł stanowczo potomek wilków.- Jeśli tak właśnie byś uczynił, to znaczy, że ta twoja cała zmiana poglądów, była w istocie pozorna i płytka. To znaczy, że wcale nie traktujesz nas jak równych sobie. Wprost przeciwnie, traktujesz nas jako gorszych, ale zasługujących na pewnego rodzaju litość, jakbyśmy byli kalecy albo niezdolni do tego, co wy, ludzie- wygłosił lodowatym, pełnym urazy tonem, nie odrywając od towarzysza uważnego spojrzenia.
-Na litość bogów, Nadim!- prychnął mężczyzna, kręcąc głową. Ten to zawsze musiał znaleźć jakiś temat do rozważań! Amir nie potrzebował jego osądów, ani podejrzeń. Dobrze znał własne uczucia i jeszcze lepiej wiedział, że nie traktuje potomka wilków jako gorszego od ludzi czy samego siebie. Wprost przeciwnie. Nie powiedziałby tego samego o wszystkich jego pobratymcach, ale nie zamierzał się o to spierać po raz kolejny.- Ludzie mają różne... gusta- wyjaśnił ostrożnie.- Sam pomyśl o tym, jakie kobiety ci się podobają. Czy to znaczy, że inne uznajesz za gorsze? Zresztą... Nie mogę odpowiedzieć na twoje pytanie. Nie wiem. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Nie mogę być pewien tego, w jaki sposób bym postąpił.
Och, bogowie, co za bzdura! Nie mógł być pewien w momencie, kiedy ich relacje zaczynały się powoli zmieniać. Wcześniej był całkowicie pewien. Był pewien, że prędzej zmieni preferencje, niż spodoba mu się jakiś „pies”. Teraz też był pewien. Ale czegoś zupełnie przeciwnego.
-Możesz się zastanowić i odpowiedzieć- rzucił chłodno Nadim.- Ja jestem przekonany, że tak bym nie postąpił.
-Bo ty byłeś z ludzkimi kobietami!- prychnął z politowaniem Amir, kręcąc głową.- A ja... Ja jeszcze nie byłem zakochany w kimś podobnym do ciebie- dodał, przełykając ślinę.
-Przecież ty nie wierzysz w takie rzeczy- odpowiedział Nadim, krzywiąc się z niechęcią, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w przeciwnym kierunku.
-Dobrze, że ty wierzysz!- krzyknął za nim mężczyzna. Jego towarzysz zatrzymał się na chwilę, oglądając się na niego bez zrozumienia.- Ile miałeś już kobiet, co?! Pięćdziesiąt?! Sto?! No pochwal się, śmiało!
-Być może szukam dla siebie odpowiedniego miejsca- odparł wyniośle potomek wilków.
-Nie kłopocz się, już je dla ciebie znalazłem! Chcesz wiedzieć, gdzie jest odpowiednie miejsce dla ciebie? W burdelu! Tam chyba czułeś się najlepiej i najbardziej swobodnie! No i miałeś w czym wybierać, a to jest przecież to, na czym najbardziej ci zależy!- zakpił ze złością Amir.
-A wiesz, gdzie było idealne miejsce dla ciebie...?- pospieszył z odpowiedzią Nadim.- U boku tego całego króla! Nie dość, że lubił mężczyzn, to jeszcze był człowiekiem i to wysoko urodzonym! Idealny kandydat dla ciebie, pewnie byłbyś zachwycony!
-Rzeczywiście, tylko ten ideał, poza preferowaniem istot ogoniastych, miał jedną, maleńką wadę...- zironizował człowiek.- Pewnie zabiłby mnie pierwszym dotykiem.
-Co za szczęście, że ty byłeś pierwszy!
-Żebyś wiedział, że szczęście, ty kretynie! Gdyby nie ja, już byś nie żył!
-Dzięki za przypomnienie... I przyjacielską troskę- prychnął Nadim, po czym przyspieszył kroku i odszedł.
Amir zacisnął mocno wargi czując, że czegoś mu brakuje. Może drzwi, którymi mógłby trzasnąć, by dumnie pokazać, że to on zakończył ten idiotyczny spór. Chciało mu się krzyczeć ze złości. Cały Nadim i te jego dyrdymały! Gdyby chociaż trochę, chociaż odrobinę skoncentrował się na ich celu, na tym, co mieli uczynić, a nie wiecznie bronił czyjejś czci, może udałoby się w końcu ograniczyć liczbę kłopotów, w które nieustannie ich wciągał! Istny mistrz moralności, no patrzcie go państwo! Miał tyle kobiet, że pewnie nie potrafił ich zliczyć, sam nieustannie twierdził z charakterystyczną dla siebie hipokryzją, że ludzie są winni całemu, no dobrze, większości zła, a jego naród prezentuje od wieków postawę iście krystaliczną, ale i tak najlepiej odnajdywał się w roli pouczającego i mającego pretensje. A niech go szlag trafi!

Nadim siedział przed ogniskiem, jedząc na wpół surowe i zdecydowanie mało apetycznie wyglądające mięso. Nic dziwnego, bo o jego przygotowaniu, jak na istotę mieszkającą w dziczy, pojęcie miał tak niewielkie, że zazwyczaj wywoływał u kompana litościwe westchnienie. Jednak nie tym razem. Amir bynajmniej nie miał ochoty wzdychać. Nie miał ochoty robić czegokolwiek. Właściwie jedynie siedział pod drzewem, kilka metrów dalej. I marzł. I głodował. O, tak właśnie. Ostentacyjnie głodował, bynajmniej nie licząc na łaskę towarzysza. Potomek wilków spoglądał co chwila w jego kierunku, a i on bez cienia skrępowania odpowiadał mu lodowatym spojrzeniem. Właściwie zdawali się obaj konkurować ze sobą w tym, kto drugiemu okaże więcej, jakże pozornej, obojętności i chłodu. Nadimowi chyba wydawało się, że mężczyzna ulegnie. W sposób mocno teatralny konsumował swoją zdobycz, z taką miną, jakby jadł największy przysmak na świecie, a może nawet doznawał chwilowego spełnienia. Amir, choć burczało mu już w brzuchu, nie czuł się tym jednak ani trochę skuszony. To była kwestia honoru. Albo niepotrzebnego uporu, co jednak nie miało w tym momencie większego znaczenia. Potrzeba było, by któryś z nich zdecydował się na przełamanie, maleńki kroczek prowadzący do pojednania. Ale Amir nie nadawał się zbytnio do małych kroczków. Przeprosiny oznaczały w jego wykonaniu przyznanie się do winy. Do małych kroczków nadawał się Nadim, ale najwyraźniej tym razem i on nie mógł się przemóc.
Amir zdecydował, że nie będzie dłużej się w to wszystko bawił. Podniósł się gwałtownie z miejsca i nagle zakręciło mu się w głowie. Złapał się za czoło, podpierając drugą ręką o pień drzewa. Przed jego oczyma tańczyły dziwne mroczki.
Potomek wilków rzucił wszystko i natychmiast znalazł się przy towarzyszu.
-Co się stało...?- zapytał, wyraźnie zaniepokojony.
-Nic...- odburknął Amir, czując się już lepiej. Zawroty głowy minęły.
-Więc co to było...?- Nadim nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.
-Źle się poczułem.
-Z jakiego powodu...?
-Nie wiem. Może na twój widok- odparł z poirytowaniem Amir.
Jego kompan odsunął się, prychając ostentacyjnie.
-Znowu zaczynasz?- rzucił, rozgniewany.
-Jak to „znowu”? Ostatnimi czasy to ty zaczynasz.
-Ja?!
-Tak, właśnie ty!
Potomek wilków obrócił się dumnie i skierował w stronę ogniska.
-Ja przynajmniej nie traktuję cię jak gorszego od siebie...- mruknął, jednak na tyle głośno, by jego kompan to usłyszał.
-Tak, tak, wmawiaj coś sobie, mamrocz pod nosem, jak zwykle. Wiecznie pokrzywdzony- skomentował to Amir, wzdychając ciężko.
Stał przez chwilę w miejscu, po czym upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, ruszył przed siebie. Ale ledwie zrobił dwa kroki, znowu poczuł się słabo. Zachwiał się gwałtownie, usiłując bezskutecznie złapać równowagę. Machnął bezwiednie rękoma, jakby chciał się czegoś chwycić. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i upadł.

Uchylił na chwilę powieki, by zaraz zamknąć je ponownie. Leżał na miękkim posłaniu. Przesunął dłońmi po materiale czegoś, co z początku wydawało mu się być ich kocem, ale zdecydowanie nim nie było. Gdzie był...? Ciało odmawiało mu posłuszeństwa, bo nie mógł się zmusić ani do tego, by się podnieść, ani nawet, by rozejrzeć się dookoła. Czuł się kompletnie wyczerpany. Przez chwilę nie poruszał się wcale, nie zastanawiając się zupełnie nad niczym.
-... dom, wino, wszystko, co aktualnie mi potrzebne... Moi przodkowie dobrze o mnie zadbali- dotarł do niego obcy, męski głos.- Życie tutaj nie jest wcale trudne, mimo iż jestem sam. Gdybym jeszcze wzrok miał ten sam, co kiedyś... Wcześniej polowałem, teraz jest trudniej, ale nie ma się czemu dziwić. Dużo czasu spędziłem w tych ciemnościach...
-Więc twoi przodkowie też tu mieszkali?- usłyszał głos Nadima.
Zerwał się natychmiast do pozycji siedzącej. Jęknął głucho, czując ból głowy, który najwyraźniej zechciał o sobie przypomnieć. Rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie, w którym się znajdował, było niemalże zupełnie pogrążone w mroku. Jedynym źródłem światła była wypalająca się świeca, stojąca w kącie. Amir potarł skronie, słysząc wciąż fragmenty dochodzącej zza ściany rozmowy. Wstał z posłania i moment później uświadomił sobie, że gdyby był choć odrobinę wyższy, zapewne jego ból głowy jeszcze by się wzmógł. Nie do końca jeszcze oprzytomniały, ruszył w kierunku, z którego dochodził głos jego kompana. Natrafił dłonią na klamkę i przeszedł do kolejnego pomieszczenia, schylając się przy tym nieco. To drugie było już lepiej oświetlone. Przy niskim stoliku, na podłodze, siedział potomek wilków, a naprzeciwko niego, jakiś mężczyzna. Był to starszy człowiek, około pięćdziesięcioletni, o posiwiałych już mocno włosach.
-Wstałeś już...- Nadim spojrzał na kompana z wyraźną ulgą.
-Mówiłem, że moje zioła szybko podniosą go na nogi- odparł z serdecznym uśmiechem gospodarz. Amir spojrzał na niego, nieco otępiały.- Nie ma się co przejmować, to nic poważnego. To wina tutejszej atmosfery, nie pierwszy wędrowiec gorzej się czuje w tym miejscu.
-Gdzie my jesteśmy...?- zapytał bez zrozumienia Amir, wodząc wzrokiem po ścianach, suficie, podłodze, pokrytych takimi samymi, kamiennymi blokami. Jedno rzuciło mu się w oczy. Nie było okien. Nigdzie.
-Pod ziemią- odpowiedział Nadim.
Mężczyzna posłał mu zdumione spojrzenie.
-Zgadza się- przytaknął mężczyzna.- To mój dom. Ale możecie zostać tak długo, jak długo zechcecie, i tak gości miewam tu raczej niewielu.
Amir zmarszczył brwi.
-Jaki jest sens... mieszkać pod ziemią?- zapytał po chwili, mając małe problemy ze skleceniem zdania.
-Podejrzewam, że żaden- zaśmiał się starszy człowiek.- Być może to kwestia bezpieczeństwa, w każdym razie, moi przodkowie zdecydowali się zrobić ten swoisty tunel pod swoim domem, a później, jak się okazało, było to całkiem rozsądne rozwiązanie, bo, zapewne na skutek jakiegoś kataklizmu, dom runął.
-Więc mieszkasz tu sam? Panie?- zreflektował się po chwili, spoglądając na mężczyznę.
-Nie ma potrzeby do takich oficjalności. Owszem, zupełnie sam. Ale mam szczęście nie cierpieć na żadną poważną przypadłość, nie chorować, nie zmagać się z głodem, więc to żaden ciężar.
-Rozumiem...- Amir usiadł na podłodze, obok swojego kompana.- Czy nie lepiej byłoby jednak poszukać jakiejś wioski i tam się osiedlić? Życie pośród innych ludzi zawsze jest łatwiejsze.
Gospodarz pokręcił głową z uśmiechem.
-Nie zawsze- zaprzeczył łagodnie.- To zależy od tego, czego się szuka i jakie ma się zadanie. Mnie trzyma tu coś więcej, niż tylko spuścizna moich przodków, choć i tak zapewne nie mógłbym opuścić tego miejsca. A poza tym, mam pewnego rodzaju poczucie misji.
-Poczucie misji?- podchwycił z zaciekawieniem Nadim.
-Owszem- starszy człowiek skinął głową, po czym kontynuował zakłopotany- Zapewne zabrzmi to nieco śmiesznie, ale... Moja rodzina ma pewną misję. Czy może raczej miała. Spisywała działania pewnej nieziemskiej istoty. Demona.
Amir bynajmniej nie poczuł się rozbawiony. Jego towarzysz zresztą także. Obaj popatrzyli na siebie niemalże z niedowierzaniem, po czym skierowali zdumiony wzrok na mówiącego, który sprawiał wrażenie zdziwionego taką reakcją swoich gości.
-Demona...?- podchwycił Amir, wpatrując się w mężczyznę z uwagą.- Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej...?
-Jeśli was to interesuje, mogę wam pokazać- odpowiedział, wyraźnie jednak zdezorientowany taką postawą mężczyzn.
Podniósł się z miejsca. Chwycił za jedną ze świec i ruszył do kolejnego pomieszczenia. Amir i Nadim w ślad za nim, wymieniając między sobą zdumione spojrzenia. Przeszli przez pokój, w którym wcześniej wypoczywał Amir, później przez kolejny, który wydawał się być sypialnią, aż wreszcie wylądowali w największym ze wszystkich pozostałych. Na środku, podobnie jak w pierwszym pomieszczeniu, znajdował się niski stolik. Przy ścianach poustawiane były różnego rodzaju kufry i skrzynie. Staruszek otworzył wieko tej, która stała najbliżej. Mężczyźni zajrzeli do środka, dostrzegając różnego rodzaju materiały, służące piśmiennictwu. Zapisane koślawym pismem pergaminy, skóry zwierzęce zdobione niemalże niemożliwymi do odczytania znakami, nawet fragmenty kamiennych tablic, na których wyryte były jakieś symbole.
-Te są zniszczone- poinformował ich starzec.- Dlatego trzymam je osobno. Ale wszystkie pozostałe mają się całkiem nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, jak dawno temu zostały sporządzone.- podszedł do kolejnej skrzyni, uchylając jej wieko. Wewnątrz, bez żadnego porządku, kłębiły się strony zrobione z papirusu. Zapisane, naznaczone różnego rodzaju rysunkami i symbolami.- Jest tego dużo. Jeśli macie ochotę, panowie, możecie się rozejrzeć. Ze względu na cześć moich przodków upraszałbym o dbałość i delikatność, ale biorąc pod uwagę, że niektóre zapewne już się rozsypują, a poza tym, całość od wieków nie budziła niczyjego zainteresowania, czujcie się swobodnie.
-Ale... Ale jak...?- bąknął Amir, wpatrując się w mężczyznę bez zrozumienia.
-To długa historia, panie- odpowiedział starszy człowiek litościwie, jakby nie chciał nią zamęczać swoich gości.- W dodatku związana z pewną legendą. Ważna dla mojej rodziny, ale raczej niezbyt ciekawa dla kogokolwiek innego.
-Proszę nam ją opowiedzieć- rzucił natychmiast Nadim.
Właściciel skrzyń raz jeszcze spojrzał na mężczyzn z uwagą, unosząc lekko brwi. Przez chwilę wydawało się, że zamierza zapytać o przyczynę ich nadmiernego zainteresowania tematem, ale ostatecznie jedynie uśmiechnął się łagodnie i skinąwszy głową, rzucił:
-Usiądźmy.
Położył świecę na stoliku i zaraz przyniósł kolejną, ustawiwszy ją w specjalnie wyżłobionym otworze, co dało nieco więcej światła. Amir powiódł spojrzeniem po oświetlonym fragmencie ściany, dostrzegając zawieszone na nim, kamienne płyty. Wydrążone na jednej z nich kreski układały się w prymitywny rysunek. Małe postacie, składające się jedynie z owalnej głowy i patykowatego tułowia, stały przed czymś znacznie od nich większym. Ogromnym wężem, którego głowa wyłaniała się zza skraju płyty. Mężczyzna odwrócił wzrok, zerkając ukradkiem na kompana. Starszy człowiek przyniósł jeszcze utkane z materiału siedziska, które niwelowały dyskomfort siedzenia na zimnej posadzce.
-Dawno już nie opowiadałem nikomu tej historii- rzekł mężczyzna, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem.- Według pewnej legendy, niegdyś na tych ziemiach wybuchła krwawa wojna. Legenda ta jednak nie wspomina z jakiej przyczyny ani na jaką skalę, nie wspomina, czy była to wojna domowa, wojna pomiędzy dwoma miastami, a może imperiami. W każdym razie, w ostatecznej bitwie, obie strony wyniszczyły się niemalże doszczętnie, co najwyraźniej położyło kres dalszym walkom. Z tejże bitwy, uszło cało pięciu mężów, którzy błądzili długo po lasach i zwodniczych mokradłach, nie mogąc trafić do swojego domu. Znali się już od wczesnej młodości i najcięższe dni przetrwali tylko dzięki współpracy oraz wzajemnemu zaufaniu. Pierwszy z nich, cechował się niezwykłą wprost odwagą, graniczącą być może nawet z brawurą czy też zuchwałością, która jednak sprawiała, że nigdy nie cofnął się przed tym, co należało uczynić, nigdy ręka mu nie zadrżała i nie pozwolił, by jego towarzysze obawiali się tego, co nastąpi. Drugi, człowiek silny, ale przy tej sile bardzo nieszczęśliwy, życie bowiem okropnie go zawiodło... ale i nauczyło pokory. Bronił więc swych druhów, pilnując, by w ich sercach nie zalęgło się ziarno zwątpienia. Trzeci, był człowiekiem bogobojnym i sprawiedliwym. Nie pozwolił na to, by ktoś niewinny kiedykolwiek poniósł śmierć z ich ręki. Czwarty, czuł na barkach ogromną odpowiedzialność, tak wielką, że zawsze sprawy swej rodziny, swojego plemienia i swych przyjaciół, przedkładał nad własne zdrowie i życie. Piąty... a był to mój praprapra... I tak mógłbym wymieniać, ale i tak nie mam pewności, czy dobrze się doliczyłem... pradziad... kierował się zawsze rozsądkiem i ten chłodny rozsądek pozwalał im pozostać przy życiu, nie ryzykować bezsensownie i podejmować decyzje racjonalne oraz słuszne. Któregoś dnia, gdy tak błądzili... a musicie panowie wiedzieć, że walczyli na własnych ziemiach, więc do domu nie mieli daleko, ale, jak mój dziadunio lubił mawiać,coś nieustannie ich gubiło, tuż przy urwisku ukazała im się pewna istota. Chciałbym wiedzieć, jak wyglądała. Ale nie wiem. Było w niej coś niewyobrażalnie pięknego i szkaradnego zarazem. Nie wiem nawet, czy była to kobieta, czy mężczyzna. W każdym razie, istota przemówiła do strudzonych wędrowców, zapewniając ich, że przybywa z polecenia bogów. I, że wojowników, którzy zadali śmiertelny cios wrogom, ma za zadanie nagrodzić. Pierw jednak zapowiedziała im, że nim słońce wzejdzie znajdą się z powrotem w swojej wiosce... Wędrowcy nie dali wiary jej słowom. Ale istota nie kłamała. Odnaleźli osadę nim słońce wyłoniło się zza horyzontu. Mój pradziad jednak poczuł niepokój. Doszedł do wniosku, że bogowie czy nie, nikt bez powodu nie składa ludziom takich wizyt. Jego towarzysze zgodzili się z nim bez wahania. Istota przyszła do nich ponownie tak, jak obiecała. Zapowiedziała, że gotowa jest spełnić ich najskrytsze marzenia. Zniknęła, dając im czas do namysłu. Mój dziad przekonywał towarzyszy, by zapomnieli o widmie i obietnicy nagrody i żyli, jak gdyby nigdy nic podobnego ich nie spotkało. Ale choć wszyscy zgodzili się z nim słowem, pierwszy raz okłamali się wzajemnie. Bo każdemu jednemu drgnęło coś wtedy w sercu i jakieś najskrytsze marzenia wyszły na jaw. Widmo przyszło najpierw do tego o odważnym sercu. A jego zuchwałość nie pozwoliła mu się zastanawiać i gdybać. Stwierdził, że choćby był to potwór i choćby był to zły duch, sprawdzi to, dzięki czemu uchroni później swych towarzyszy. „Byłbym dobrym władcą” - powiedział, jakby próbował się wytłumaczyć. „Byłbyś” - odparła istota, ni to zapytawszy, ni to stwierdziwszy. Odważny jednak uznał to za potwierdzenie swych słów. Usatysfakcjonowany, powiedział, że chciałby władać królestwem. Ale, że ambicje miał duże i pewien był swoich możliwości, dodał, że nie byle jakim, a najpotężniejszym i najbardziej licznym, jakim kiedykolwiek władał człowiek. I demon spełnił jego życzenie. Wdział mu na głowę koronę i włożył do rąk berło. „Gdzie moje królestwo, gdzie moi poddani?” - dopytywał się niecierpliwie Odważny, po czym na prośbę demona zamknął oczy, a gdy otworzył je ponownie... Ujrzał przed sobą potwora. Ogromne monstrum, przypominające wyglądem mrówkę, ale wielkości takiej jak on sam. Tak mu się wtedy zdawało. Dopiero później zorientował się, że to nie mrówka była ogromna, ale on maleńki. I tak został królem. Królem mrowiska. I choć żył, jego dusza była już stracona. Nie mógł nawet ostrzec tych, którzy byli mu drodzy. Demon ruszył dalej. Poszedł do drugiego z mężczyzn i zapytał o jego życzenie. Pokorny chciał spełnienia swoich marzeń. Wszystkich za jednym razem. A marzenia miał on wielkie i przerażające, lecz pokora nie pozwoliła mu nigdy ich zrealizować. I tym razem było podobnie. Zastrzegł bowiem, że nikomu z tego powodu nie może wydarzyć się żadna krzywda i nikt nie może ucierpieć. I choć zdawało się to niemożliwym – ziściło się. Demon podarował mu fiolkę z czarnym płynem. Ta substancja, zmieszana z krwią Pokornego, sprawiła, że wkroczył do świata snu. Nie był jednak tego świadom. I żył w tym wspaniałym świecie, mając niemalże wszystko, czego kiedykolwiek pragnął. Nie obudził się już nigdy więcej. I tak nie było już dla niego ratunku. Trzeci z mężczyzn, ten, który zasługiwał na miano sprawiedliwego, marzenia miał skromne. Zależało mu jedynie na dobru dwóch córek, potomkiń ukochanej, zmarłej żony, a, że te sprawiały mu problemy, dręczył go o nie nieustanny niepokój. Bał się, że po jego śmierci albo starsza zabierze młodszej cały majątek, albo młodsza wygna starszą, albo obie nie poradzą sobie, będą wiodły nieszczęśliwy żywot, pełen sporów i wzajemnych pretensji. Uznał więc, że tak subtelna prośba, jaką wydawało mu się to, czego pragnął, nie może nikomu uczynić żadnej szkody. „Spraw, by moje córki zaznały w życiu wszystkiego po równo – i szczęścia, i żali, i trosk, i miłości, wszystkiego” - tak właśnie powiedział. Wydawało mu się, że nic się w ich życiu nie zmieniło. Ale córki jego były inne niż wcześniej. Lubiły to samo, kochały tak samo i cierpiały w równy sposób, zupełnie tak, jak sobie tego życzył. I któregoś dnia obie zadurzyły się w tym samym chłopcu, a ten, kpiąc z uczuć biednych dziewcząt, zażartował, że wybierze tą, która wygra w pojedynku. Obie chwyciły za noże i zabiły się wzajemnie jeszcze tego samego dnia, a zrozpaczony ojciec, zginął jakiś czas później, sam sobie zadając śmierć. Czwarty natomiast, choć przestrzegany przez mojego dziada, powiedział: „Nawet zła siła, może służyć dobru, jeśli się nią odpowiednio pokieruje”. I to rzekłszy, spotkał się z demonem i powiedział mu: „Chcę wszystkiego, co najlepsze dla tej ziemi”. Bo był dumny z tego, że nigdy nie pragnął nic dla siebie, a zawsze dla innych. No i stało się dokładnie tak, jak powiedział. Nagle, w jednej chwili, wszystkie budynki runęły – wszystkie, poza stojącym niegdyś na górze domem, należącym do mojego pradziada. I on rozsypał się w proch, jak i wszyscy dookoła, prócz moich przodków. Wreszcie przyszedł czas i na Rozsądnego. Ten miał świadomość, że demon go odnajdzie, próbował jednak uciekać. Spotkał go przy tym samym urwisku, przy którym widzieli się za pierwszym razem. I demon nalegał i kusił go długo, by ten powiedział mu, czego pragnie. „Nie jesteś w stanie spełnić tego, czego pragnę, nic nie możesz mi dać. Wszystko to złudzenia i kłamstwa. A ja chcę wolności. Prawdziwej wolności. I twoje czary na nic się tu nie zdadzą.” - powiedział hardo. A demon uśmiechnął się i powiedział: „Ależ dam ci wolność, jakiej pragniesz”. I pchnął mego pradziada, a pradziad runął w dół, co zakończyło ostatecznie jego żywot.
Nadim i Amir wpatrywali się w człowieka w skupieniu. Ten uśmiechnął się lekko i stwierdził, jakby w formie wytłumaczenia:
-To tylko legenda, mająca jednak pewną wartość moralizatorską. Postacie powiązane z charakterystycznymi cechami, miały zapewne stanowić przestrogę dla dzieci.
-Więc to wszystko nieprawda...?- dopytał niepewnie Amir.
-Trudno stwierdzić, ale tak, podejrzewam, że tak.
-Dziadunio też nie był prawdziwy?- Nadim spojrzał na mężczyznę, nieco skołowany.
-Och, ależ skąd!- zaśmiał się serdecznie tamten.- Dziadunio był jak najbardziej prawdziwy.
-Ale zginął- zauważył Amir.- Skąd więc wiadomo to wszystko?
-O, i to jest właśnie najlepsze!- staruszek uśmiechnął się, zadowolony z pytania.- Pradziad zginął, ale ocalił swą duszę. Biedna jego żona, akurat wtedy nosiła dziecko i gdy to przyszło na świat, a później dorosło – cały czas nękane śmiercią ojca i zadręczane opowiadaniami nadopiekuńczej matki... Ukazał się mojemu pradziadkowi... No, temu młodszemu... Ukazał się dziaduniowi, ojciec jego, pradziad. We śnie. I powiedział mu wszystko. I ostrzegł go, by nigdy nie szedł ze złym w układy, bo to się źle kończy. I, że tam gdzieś, rzeczywiście jest wolność i tam jest naprawdę pięknie. I żeby dziadunio to wszystko spisał. Ten jednak uczynił inaczej. Chyba klątwa się go jeszcze trzymała... Chociaż ja tam myślę, że nie tyle klątwa, co smutek po prostu. W każdym razie, wziął sznur i się powiesił. Napisał jeszcze tyle, że pójdzie swą drogą do wolności, szybką i bezbolesną... No ale nie bardzo mu się to udało, bo coś poszło nie tak i jak zdjęli go z sznura, to biedak zamiast umierać, leżał męcząc się godzinami, aż wreszcie opowiedział wszystko, co ukazało mu się w śnie swojej żonie... też swoją drogą w stanie błogosławionym... i dopiero wtedy dane było mu odejść w spokoju. I w snach właśnie, ukazywała się moim przodkom historia tego, który doprowadził dziadunia do śmierci. A oni ją spisywali. Taki był nasz los, przynajmniej do czasu zniknięcia demona.
-Zniknięcia...?- Nadim wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.
-Owszem- potwierdził staruszek, zastanawiając się chwilę.- Słabo pamiętam tę historię... Demon połączył się z pewnym człowiekiem za sprawą kamienia. Co ostatecznie doprowadziło ich obu do zagłady.
-To nie był człowiek- zaprotestował natychmiast potomek wilków.- Fortis był jednym z nas.
-Doprawdy?- zdumiał się staruszek.- Zawsze wydawało mi się, że był to człowiek...
-Skąd!- zaprzeczyli Amir i Nadim, dokładnie w tym samym czasie, po czym wymienili między sobą pobłażliwe spojrzenia.
-Fortis był moim przodkiem- wyjaśnił kompan człowieka.- Ze względu na panującą wokół wojnę i ciężkie okoliczności, by bronić swojego narodu, zgodził się na pakt z demonem.
Mężczyzna dyskretnie przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
-A więc znacie tą historię...- rzucił w zamyśleniu staruszek, kiwając głową.- Widać nie pojawiliście się tutaj bez przyczyny.
-Ale demona już nie ma, więc czym zajmujesz się ty i czym zajmowali się twoi poprzednicy?- zapytał z uwagą Amir, mając świadomość tego, że od czasów Fortisa minęło już dobre kilkaset lat.
-Sęk w tym, że nie zajmowali się niczym- powiedział starzec, wzruszywszy ramionami.- Wizje i sny zniknęły. Wydawało się, że wraz z naszą misją, ale coś nieustannie trzymało moją rodzinę w tym miejscu. Ale mój ojciec mówił, że ten demon chyba jeszcze wróci, dlatego wciąż trwa nasz ród, bo z jakiego innego powodu...? Zapewne nasz kres przypadnie wraz z kresem tego demona. A jego jest już chyba bliski, bo widzicie panowie, jestem już wiekowy, a nie pojawiła się tutaj dotąd żadna kobieta, szans na spłodzenia syna raczej już nie mam, więc wnioskuję, że cel mojego żywota jest bliski realizacji.
-A więc ty nie masz snów, panie?- potomek wilków wpatrywał się w gospodarza z uwagą.
Ten uchylił usta, zamierzając odpowiedzieć, ale zaraz znieruchomiał, zastanawiając się wyraźnie nad odpowiedzią.
-Cóż... Właściwie to mam...- przyznał po chwili wątpliwości.- Ale nie jestem pewien, czy nie jest to zwyczajny sen... Nie śni mi się bowiem żadna sytuacja. Śni mi się jedynie pewien... symbol. Zresztą, zaraz wam pokażę- rzucił, po czym opuścił na chwilę pomieszczenie, by zaraz wrócić z pergaminem.
Ten przedstawiał wykonany w staranny sposób rysunek. Rysunek, który przywodził na myśl Amirowi jedynie jedną rzecz – fragment kryształu. Aż wstrzymał oddech, zdumiony tym, co ujrzał. Nadim nie był równie powściągliwy.
-Kryształ! No tak!- westchnął, uśmiechając się, jakby wszystko stało się dla niego oczywiste. Nie pytając ani o zdanie, ani tym bardziej o zgodę, rozplątał rzemyk, na którym trzymał się woreczek z kryształami i zdjął go z szyi protestującego kompana.
-Nadim!- rzucił ostrzegawczo mężczyzna.
-Proszę...- potomek wilków wyjął jeden z kawałków i położył go sobie na dłoni.
Mężczyzna wydawał się być tym kompletnie zaskoczony.
-Dokładnie to widziałem...- szepnął, nie odrywając wzroku od kryształu.- Tylko... Tylko większe! Tak, wydaje mi się, że było większe... Czy mogę...?- zapytał, nieco onieśmielony.
Nadim podał mu fragment bez wahania. Ten obejrzał go w dłoni z dokładnością i pieczą.
-Co to takiego...?- zapytał, zerkając na Nadima niemalże błagalnie.- Powiedz mi, chłopcze, proszę.
-To kryształ. Ten sam, który stworzył Fortis, zawierając przymierze z demonem.- na te słowa starzec otrząsnął się na chwilę ze swojego zachwytu. Zmierzył kamień uważnym spojrzeniem, po czym nieco spłoszony tą informacją, oddał go z powrotem potomkowi wilków, choć nadal patrzył na fragment z wyjątkowym zaintrygowaniem.
-Tym demonem...? Ale... Nie do końca rozumiem...
-Jesteśmy wybrańcami- odpowiedział natychmiast Nadim, nie zastanawiając się ani chwili. Jego kompan westchnął ciężko, kręcąc głową.- Ten demon powrócił. A my mamy za zadanie odnaleźć wszystkie fragmenty kryształu i doprowadzić do jego zagłady.
Starzec zamrugał, wyraźnie oszołomiony. Wpatrywał się przez chwilę w Nadima, po czym przeniósł wzrok na jego wyraźnie poirytowanego sytuacją towarzysza.
-Niezwykłe... Doprawdy, niezwykłe...- rzucił, jakby nie wierząc w to, co słyszy.- Proszę, powiedz mi coś więcej!- dodał po chwili.
-Nie- zaprotestował natychmiast Amir, nim jego kompan zdążył się odezwać. Nic nie wskazywało na to, by staruszek miał wobec nich złe zamiary, ale nie byłby to pierwszy raz, gdy początkowe wrażenie okazało się mylne. Nie mogli opowiadać o tego typu sprawach każdemu napotkanemu człowiekowi.- Wybacz nam, panie, ale nie.
-Błagam!- starzec aż jęknął boleśnie słysząc odpowiedź mężczyzny.- Uwierzcie mi, nie śmiałbym nikomu o tym powiedzieć, zresztą komu miałbym mówić takie rzeczy...? Nikogo tutaj nie ma... Ale wiem już, że wasze pojawienie się tutaj nie jest przypadkowe. Tak jak mawiał mój ojciec, nie ma przypadków.
-Powiedz nam lepiej, co wiesz o tym demonie- mruknął jedynie mężczyzna.
-Nic ponadto, co przeczytałem- odpowiedział pospiesznie staruszek.- On nie ma żadnej wielkiej mocy, sam w sobie, tyle wiem. Tak mówił przynajmniej mój dziadunio. Mówił, że korzysta z naszej siły, tej, z której nie zdajemy sobie sprawy. Dlatego potrzebuje naszej zgody, dlatego przychodzi.
-Poluje na nasze dusze- skwitował te słowa Amir.
-Polował- poprawił go starzec.- Dopóki nie znalazł innego sposobu.
-Dopóki nie połączył się z Fortisem.
-Owszem. Proszę, powiedzcie mi więcej o jego powrocie... Zdaje się, iż powinienem to wiedzieć...- dodał starszy człowiek, spoglądając to na Amira, to na potomka wilków.
Mężczyzna nie był zadowolony z tego pomysłu, ale Nadim wydawał się nie wahać ani odrobinę, co zresztą nie powinno go dziwić. Śledzony uważnym wzrokiem kompana, westchnął cicho i skinął przyzwalająco głową, mając nadzieję, że nie pożałuje swojej decyzji.
-Dziękuję ci!- starzec uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.- Przejdźmy jednak do mojego pokoju. Będzie trochę cieplej, podam wam coś do picia...
Staruszek podniósł się z miejsca, w ślad za nim, to samo uczynił Nadim. Amir wahał się przez chwilę, po czym rzucił, pełen wątpliwości:
-Czy mógłbym... Mógłbym tutaj zostać? Zobaczyć te zapiski?
-Oczywiście. Minęło sporo czasu odkąd ktokolwiek spoza mojej rodziny je przeglądał, ale nie krępuj się. Uważaj tylko na świece, ogień i pergamin to kiepskie połączenie... Gdybyś czegoś potrzebował, zawołaj mnie, proszę.
Amir skinął głową. Moment później, jego towarzysz oraz starszy człowiek, opuścili pokój, pozostawiając w nim mężczyznę samego. Ten podniósł się powoli na nogi. Chwycił za świecę i ruszył powoli w kierunku kufrów. Zajrzał do drugiej, otwartej przez człowieka skrzyni i delikatnie wyjął z niej jeden z pergaminów. Usiadł ponownie przy stole, stawiając świecę obok.
Wziął głęboki oddech i zaczął czytać.

To nie była panika, ani rodzaj głuchego, otępiałego na jakiekolwiek logiczne wytłumaczenia strachu, który wdzierał się gwałtownie do umysłu, przejmując kontrolę nad wszystkim. To był lęk, który niczym jad, sączył się do świadomości powoli, po każdym odczytanym z trudem słowie, po każdym zdaniu, zrozumiałej sentencji. I lęk ten nie wynikał z niezrozumienia sytuacji. Z braku zdolności do logicznego wyjaśnienia jej sobie. Wprost przeciwnie. Wynikał właśnie z logicznego myślenia. Widmo, które jeszcze nie tak dawno, wydawało się być Amirowi tak odległym, że wręcz trudnym do wyobrażenia i uchwycenia, cóż więc tu dopiero mówić o zagrożeniu z jego strony, teraz stało tuż obok. Zdawało się, że zagląda mu prosto w oczy, śmiało, kontrolując wszystko dookoła. A Amir, z tym trującym lękiem w sercu zadawał sobie wciąż jedno pytanie. Czy można było przeciwstawić się takiej sile?
W pewnym momencie zmógł go sen. Obudził się jakiś czas później, czując, jak ktoś okrywa go ciepłym materiałem. Podniósł głowę ze stołu, odwracając się za siebie i dostrzegając Nadima. Przetarł twarz, siadając. Potomek wilków zajął miejsce obok niego, przyglądając mu się z uwagą.
-Prześpij się- szepnął miękko.- Wyglądasz na wyczerpanego.
-Nie, nie...- westchnął Amir, kręcąc głową.- Tego jest za dużo, zdecydowanie za dużo...- rzucił otępiale, odsuwając na bok odczytane wcześniej zwitki i usiłując odnaleźć te, które przyniósł sobie jako ostatnie.
-No właśnie- podchwycił Nadim.- Przecież i tak nie zdążysz tego wszystkiego przeczytać.
-Nie rozumiesz. Nie chodzi o te zapiski. Chodzi o to... o wszystko!- rzucił z przejęciem mężczyzna. Kompan spojrzał na niego bez zrozumienia.- O to, co robi ten... ten demon! Pamiętasz, jak mówiłem ci, że mnie niczym nie skusi? A co, jeśli się pomyliłem? Co jeśli cały czas się mylę, tak samo, jak i w każdej innej sprawie?
Potomek wilków wpatrywał się w niego przez chwilę w milczeniu.
-Boisz się- skwitował wreszcie słowa towarzysza.
-Nie, Nadim, nie boję się!- warknął głośno mężczyzna. Nadim przyłożył sobie palec do ust, wskazując głową drzwi i dając kompanowi do zrozumienia, że gospodarz zapewne już śpi.- Jestem cholernie przerażony! Czytałem o Sinistrze.
-O Sinistrze...?
-Nie dosłownie o nim, o jego rodzinie... Tak mi się zdaje...- Amir zaczął pospiesznie przeglądać odłożone zapiski. Nadim przyglądał się towarzyszowi z lekkim niepokojem.- To gdzieś tu było, na pewno gdzieś tu było...- potomek wilków chwycił go za ramię. Mężczyzna otrząsnął się na to i odwrócił ponownie w jego kierunku.- Tak czy inaczej... Masz w ogóle pojęcie, ile takich potworów jak on, stworzył ten demon? Masz w ogóle pojęcie, co jeszcze potrafi zrobić? Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę historyjkę o waszym bohaterze, nie widziałem w tym demonie nic przerażającego, nawet, gdyby uznać, że rzeczywiście istnieje.
-Bo w niego nie wierzyłeś.
-Nie w tym rzecz!- odparł niecierpliwie mężczyzna.- To wszystko brzmiało, jakby to był jakiś lokalny demon, który zawarł idiotyczny pakt z jednym z was, w dodatku ostatecznie doprowadzając tym samego siebie do zagłady. Te wszystkie słowa, o jego mocy, potędze... Co to w ogóle niby miało znaczyć? To wydawało się błahe. Proste. A teraz...? Powiedz mi, jak mam walczyć z czymś, co potrafi sprawić, by człowiek zabijał drugiego ledwie dotknięciem...? Co potrafi zagwarantować komuś nieśmiertelność...? Czego umiejętności są właściwie niczym nieograniczone?
-Dlatego właśnie nie mamy z nim walczyć. Mamy znaleźć kryształy.
-Dobrze, a co, jeśli coś pójdzie nie tak?- tego rodzaju wątpliwości dręczyły Amira nieustannie.- Co jeśli się spóźnimy albo okaże się, że Canis nie miał racji? Jak wtedy sobie z tym wszystkim poradzimy?
-To nie jest czas, by się nad tym zastanawiać- odpowiedział łagodnie jego kompan.
-O nie, to jest właśnie najlepszy czas!- zaprotestował natychmiast mężczyzna. Nadim wpatrywał się w niego, wyraźnie nieco zdumiony zachowaniem towarzysza.- Widzisz, ja nie znam zbyt wielu osób, które byłyby dla mnie drogie... Nie mam całego plemienia... Mam tylko... Tylko wuja i Hadrina... I ciebie... I jeśli coś by się wydarzyło...- głos Amira zadrżał od emocji.
-Amir. Wpadasz w panikę.
-Wcale nie. Po prostu chcę wiedzieć czy...
-Żaden z nas nie wie, co się stanie. Nie mamy na to teraz najmniejszego wpływu. Jaki jest sens zastanawiać się nad tym, co nam się przytrafi?- Nadim raz jeszcze otulił go kocem, który Amir zrzucił z siebie nieumyślnie chwilę wcześniej. Mężczyzna spoglądał na niego z uwagą, czując jednak wciąż gnębiący go niepokój, który kontrastował z absolutnym spokojem potomka wilków.- Na razie mamy zadanie. Musimy je wykonać. To, co stanie się później, jest niewiadomą. Ale póki co, jesteśmy razem. I dopóki tak właśnie jest, jesteśmy bezpieczni. Uwierz mi.

Siedzieli obok siebie, w ciemnościach pomieszczenia. Wsparci plecami o ścianę, owinięci materiałem koca, tkwili w swoich objęciach. Zasypiali powoli, wsłuchani w bicie swoich serc i nieco przyspieszone oddechy, zdradzające odrobinę napięcia, jaka tkwiła w tej sytuacji.
Amir odpływał stopniowo w krainę snów, wciąż jeszcze  na tyle świadomy, że czuł ciało towarzysza w swoich objęciach. A może już tylko mu się wydawało...? Chciał otworzyć oczy, by to sprawdzić, ale jego powieki były ciężkie, nieruchome. Nie widział Nadima. Jedynie wyczuwał jego bliskość, bliskość jego ciała, znajdującego się tuż obok niego. Nachylił się nad nim, instynktownie wyczuwając jego usta. Złączył się z nimi, usiłując wychwycić jak najwięcej z tego pocałunku, ale nie potrafił sobie już nawet przypomnieć, jak smakowały wargi towarzysza, ani choćby sobie tego wyobrazić. Pocałował go raz jeszcze, powoli, jakby chciał skłonić swoje własne senne marzenie do jakiejś reakcji. Ale nagle wszystko się rozsypało. Jego sen umknął mu gdzieś, zniknął. Amir poczuł się zdezorientowany i niepewny. A później wszystko się zaczęło. Zobaczył pod swoimi powiekami buchający z czeluści ogień. Przeraźliwy krzyk wypełnił jego głowę. Widział zastępy żołnierzy, szturmujących zamek. Niedołężnego, samotnego władcę, siedzącego na tronie. Pochwyconą przez kilku mężczyzn dziewczynę, której podpalono włosy. Czyjś śmiech odbił się echem w jego umyśle. Olbrzym rozerwał gwałtownie oplatające go łańcuchy. Jasnowłosy, naznaczony licznymi ranami człowiek, konał w lesie. Na portrecie rodzinnym arystokracji, pojawiła się nagle blada dłoń, która zacisnęła się na ramieniu najmłodszego z synów. Ziemię dookoła pokrywały martwe, ułożone w rzędach ciała potomków wilków. Wrzask bólu, który usłyszał, był jak tortura, zupełnie nie do wytrzymania. Miał wrażenie, że miotał się, szarpał, krzyczał bezgłośnie, usiłując uwolnić się od tego przerażającego dźwięku, aż wreszcie... Otworzył oczy.
Wszystko ucichło. Odetchnął płytko, zdejmując z siebie otulający go koc. Nadima nie było. W pomieszczeniu panowała zupełna ciemność. Mężczyzna dźwignął się na nogi. Dotykając dłońmi ścian, po omacku, przeszedł do kolejnego pomieszczenia, a później jeszcze jednego. Zawołał swojego kompana po imieniu, ale nie usłyszał żadnego odzewu. W jednym z pokoi dostrzegł światło. Wszedł do niego ostrożnie, spoglądając na mężczyznę, który stał ze świecą w dłoniach, odwrócony do niego plecami. To nie był potomek wilków. Amir słabo widział w okalającym go mroku.
-To ty, starcze...?- zapytał niepewnie.
Człowiek odwrócił się powoli w jego stronę. Amir osłupiał, widząc głębokie rany pokrywające jego twarz, miejscami tak głębokie, że ukazujące kości.
-Witaj, synu- przemówił człowiek, a pokaleczone wargi ułożyły się w uśmiech.
Amir odetchnął płytko, cofnąwszy się odruchowo. I obudził po raz kolejny. Podskoczył w miejscu, rozglądając się dookoła zdezorientowany. Jego kompan ustawiał właśnie na stole kolejną świecę, która rozświetliła pomieszczenie. Człowiek przetarł twarz dłonią, przełykając nerwowo ślinę.
-Znowu miałeś koszmary?- Nadim spojrzał na niego pytająco.
Amir podniósł się na nogi.
-Wynośmy się stąd, dobrze...?- rzucił, uspokajając się nieco.
-Moglibyśmy zostać jeszcze jeden dzień. Ten mężczyzna...
-Nadim, jeszcze jeden dzień tutaj, a chyba zwariuję- oświadczył stanowczo .
Potomek wilków skinął głową ze zrozumieniem. Trzeba było właściciela podziemi powiadomić o tym, że odchodzą. Czekali jakiś czas, ale że ten się nie pojawił, Nadim zdecydował, że pójdzie go obudzić. Amir ruszył powolnym krokiem w ślad za nim, bardziej znużony niż wypoczęty.
-Atisie...?- potomek wilków zajrzał ostrożnie do jednego z pomieszczeń, trzymając w dłoniach świece.- Atisie...?- Amir zatrzymał się w progu i czekał, słysząc, jak jego kompan powtarza imię jeszcze kilkukrotnie i usiłuje go wybudzić. I nagle umilkł zupełnie na dłuższą chwilę.- Amir...- rzucił moment później, wyraźnie zlękniony.- Amir, chodź, zobacz...
Mężczyzna podszedł do łoża, na którym spoczywał wołany człowiek. Ten leżał nieruchomo, w rękach ściskając jeszcze swoje zapiski i rysunki, niczym największy skarb. Część z nich zdążyła się już wyślizgnąć spod jego dłoni i opaść na bok. Twarz miał spokojną, wręcz uśmiechniętą. Amir dotknął lekko jej lekko, wyczuwając nienaturalny chłód skóry człowieka.
-On nie żyje...- Nadim stwierdził to, co dla nich obu było już oczywiste.
Amir skinął powoli głową.
-Ale przecież miał... Mówił przecież o swoim celu... Ale demon jeszcze nie został unicestwiony... Więc dlaczego...?
Potomek wilków wpatrywał się w swojego kompana tak, jakby liczył na uzyskanie odpowiedzi. Amir nie potrafił jej jednak udzielić.
-Chodźmy stąd- rzucił jedynie, odwracając się.
Najwyraźniej starzec mylił się co do swojego przeznaczenia.
Być może oni również.

piątek, 24 sierpnia 2012

14. Johnny ma chłopaka [Wyzwanie]


Johnny uchylił powieki i momentalnie na jego ustach wymalował się szeroki uśmiech. I choć zza okna, zamiast słonecznego poranka, witała go nieprzyjemna szaruga, zapowiadająca kolejny, chłodny i deszczowy dzień – nie zmieniło to jego nastroju ani odrobinę. Choćby zresztą ziemia się trzęsła, czy niebiosa rozstąpiły – nic z tego. Johnny nic nie słyszał i nic nie widział. Nic, prócz kochanego, uroczego Keitha, który spał tuż obok niego, oddychając miarowo i spokojnie. Cóż innego mogłoby w tym momencie zaprzątać myśli szatyna? Kiedy był obok Keitha, wszystko dookoła przestawało się liczyć. Niestraszna była mu wszechobecna jesień, ewentualne klęski żywiołowe czy brak żelu na włosach. Niestraszne były mu wyzwania i Eric, z tym jego złośliwym uśmiechem, który zawsze Johnny'ego niezwykle mobilizował, bo Johnny uświadomił sobie, że... Wygrał. Wygrał wyzwanie, choć tego nie udowodnił. Ale dzięki temu wszystkiemu wygrał coś jeszcze. Sympatię Keitha. I nie było niczego cenniejszego nad to zwycięstwo.
Ciemnowłosy poruszył się lekko. Uśmiech wciąż błąkał się na twarzy szatyna, gdy obserwował, jak brunet, chyba nieświadom obecności Johnny'ego, przeciera powieki i podnosi się powoli do pozycji siedzącej. Aż podskoczył, gdy zobaczył obok siebie chłopaka, który zaśmiał się serdecznie na ten widok.
-Nie spodziewałeś się mnie...?- zapytał z rozbawieniem, podnosząc się na tyle, by ucałować wargi ciemnowłosego.
-Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się nikogo...- zaśmiał się cicho Keith, po czym przetarł twarz, wyraźnie zaspany.- Wydawało mi się, że jestem u siebie.
Johnny pokręcił głową ze śmiechem i korzystając z chwili dezorientacji kochanka, ściągnął go z powrotem na pościel. Wpatrywali się w siebie przez moment, w milczeniu, z tym samym, pogodnym, rozczulonym uśmiechem, by zaraz odnaleźć się w drobnych pocałunkach, które wymieniali. Johnny oparł dłoń na biodrze bruneta. Keith strącił ją z pobłażliwym uśmiechem, ale szatyn nie dał za wygraną i już po chwili objął kochanka w pasie, wciągając go na siebie.
-I co teraz...?- zapytał, uśmiechając się figlarnie.
Keith spojrzał na niego z góry, wyraźnie rozbawiony, po czym zainicjował kolejny pocałunek, tym razem dłuższy niż poprzednie. Przyjemne ciepło rozlało się po całym ciele Johnny'ego. Wsunął język do ust ciemnowłosego, badając niespiesznie ich wnętrze.
Johnny uwielbiał go całować. Uwielbiał to, w jaki sposób Keith oddawał pocałunki. Uwielbiał wstydliwy rumieniec na twarzy bruneta i... Ach, zresztą. Całego go uwielbiał.
-Która godzina...?- zapytał niepewnie ciemnowłosy, gdy tylko oderwał się od jego ust. Obrócił głowę w stronę zegarka.
-Wpół do dziewiątej- odpowiedział Johnny, patrząc w tą samą stronę.
Chciał ponownie przyciągnąć ciemnowłosego do pocałunku, ale ten oparł się  i usiadł obok.
-Muszę iść...- rzucił, zupełnie tak jak zwykle, trochę spłoszonym, zniechęconym tonem.
-Mogę pójść z tobą?- zapytał szatyn.
Najchętniej zatrzymałby Keitha dłużej przy sobie, ale wiedział, że to bezcelowe. Poza tym, nie chciał, żeby ciemnowłosy miał przez niego kłopoty.
-Nie chcę się napraszać- dodał prędko Johnny, nie słysząc żadnej odpowiedzi i widząc na twarzy bruneta to samo wahanie, które wkradło się na nią i wczoraj, gdy rozmawiali dokładnie o tym samym.
-Nie napraszasz się- stwierdził Keith, kręcąc głową.- Ale ja nie chcę, żebyś czuł się zobowiązany.
-Nie czuję się zobowiązany- zapewnił go natychmiast Johnny.
Obaj uśmiechnęli się do siebie, szatyn serdecznie, ciemnowłosy wciąż raczej niepewnie.
-Posłuchaj, Johnny...- zaczął poważnie Keith, wpatrując się w chłopaka z uwagą.- Chciałbym, żebyś wiedział, że jeśli to wszystko ci przeszkadza... Po prostu nie musisz iść ze mną, naprawdę. Jeśli ci to nie odpowiada i robisz to tylko dlatego, żeby sprawić mi przyjemność czy... pomóc mi...- brunet skrzywił się na samo to słowo.- Chodzi mi o to, że niezależnie od tego, czy ze mną pójdziesz, czy nie, nic się między nami nie zmieni. Naprawdę. Nie chciałbym, żebyś się do czegoś zmuszał.
-Ja chcę po prostu spędzić z tobą trochę czasu, Keith- wyjaśnił Johnny, uśmiechając się serdecznie.- To czy jesteśmy tu, czy u ciebie, nie robi mi żadnej różnicy.
-Ale wiesz, że...
-Wiem...- przerwał mu spokojnie szatyn, wykazując się niebywałą wprost, jak na samego siebie, subtelnością. Zdawał sobie sprawę z tego, że Keith opiekował się swoją siostrą i, że ich wspólne bycie tam, raczej nie będzie przypominało wieczorów spędzanych w domu Johnny'ego. Ani nocy...- Nie musisz się tym tak bardzo przejmować. Ja lubię Angie.
-Nie znasz jej- zaprotestował ostro Keith. Zawsze tak reagował, gdy ich rozmowa schodziła na ten temat.
-Niezbyt- przyznał Johnny, wzruszając ramionami.- Ale jest miła.
-Nie. Nie jest.
Na dłuższą chwilę zapanowała pomiędzy nimi cisza. Keith wpatrywał się w swoje kolana, zagryzając nerwowo wargę, a szatyn spoglądał na niego, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
-Wiem w czym rzecz- odezwał się w końcu brunet.- Wiem, że nie mam tyle czasu na spotkania, co inni twoi znajomi. Jeśli ci to przeszkadza, Johnny...- zawahał się wyraźnie.- … po prostu mi powiedz. Nie mam na to wpływu, ale jeśli to dla ciebie zbyt uciążliwe...
-Przecież się spotykamy- stwierdził chłopak, uśmiechając się lekko. Owszem, nie tak często, jakby chciał, ale gdyby tak właśnie było, Keith musiałby chyba u niego zamieszkać. Na stałe.- Poza tym, to nieprawda- kontynuował z pełnym przekonaniem.- Każdy ma przecież jakieś swoje sprawy i zajęcia... No... Dobra... Może ja nie mam- dodał po chwili zastanowienia, wywołując u ciemnowłosego rozbawiony uśmiech.- Ale większość ludzi tak. Benny ma Maicy, więc nie spotyka się ze mną codziennie, właściwie ostatnio widujemy się, poza szkołą, rzadko. Carl też ma dziewczynę. Eric... Eric... Eric chyba hobbystycznie zajmuje się byciem dupkiem, co raczej nie przysparza mu chętnych do spędzania czasu w jego towarzystwie- zaśmiał się szatyn.- A poza tym trenuje i tak dalej... Tak czy inaczej, prawie wszyscy są czymś zajęci.
Keitha chyba to nie przekonało. Pokręcił tylko głową i z ciężkim westchnieniem stwierdził:
-To nie to samo.
Johnny zgodził się z tym w milczeniu. Może to rzeczywiście był zły przykład. Benny, Carl i Eric robili wszystko to, co robić chcieli, a Keith... Keith raczej nie miał wielkiego wyboru.
-Więc...?- szatyn spojrzał na niego pytająco.- Mogę pójść z tobą...?
-Jeśli chcesz...- odpowiedział ciemnowłosy, raczej daleki od zachwytu tą decyzją.- Gdzie jest łazienka...?
-Tutaj- Johnny wskazał na znajdujące się kawałek dalej drzwi.
-Ach, tak... Zapomniałem...
-Ja zejdę na dół- stwierdził, wstając z łóżka.- A później zrobię nam śniadanie, co ty na to?- uśmiechnął się promiennie.
-Może lepiej nie- parsknął cicho brunet.
-Dlaczego?
-Bo biorąc pod uwagę twoje tempo, będziesz raczej musiał zająć się kolacją...
Johnny wybuchnął śmiechem.
-Tylko się umyję i przebiorę- zapewnił chłopaka, uśmiechając się ciepło. Keith nie dawał tego po sobie poznać, ale Johnny wiedział, że mu się spieszy.- Obiecuję.
Brunet spojrzał na niego zaskoczony.
-Chcesz powiedzieć, że wyjdziesz z mieszkania taki... niezadbany?- rzucił, niemalże konspiracyjnym szeptem, spoglądając na szatyna z uniesioną w geście politowania brwią.
Johnny przez chwilę potraktował te słowa poważnie i aż się przeraził wizją, jaka powstała w jego głowie, ale widząc, jak Keith parska śmiechem, opanował się natychmiast i stwierdził, że owszem, zamierza. Podał ciemnowłosemu jego ubrania, a sam wyjął z szafki pierwsze lepsze dżinsy. Nad górną częścią garderoby myślał trochę dłużej, ale i tak nie tyle, co zazwyczaj. Zszedł na dół, chociaż tamtej łazienki raczej nie używał. Wziął szybki prysznic, przejrzał się w lustrze, ograniczając jednak tę czynność do niezbędnego minimum i powstrzymując przed wszelkimi zachwytami nad samym sobą, a następnie zaczął się ubierać. Wtedy spojrzał do lustra raz jeszcze i cokolwiek nerwowym gestem, przeczesał włosy, starając się je odpowiednio ułożyć, choć bez żelu zdecydowanie nie wyglądały tak dobrze, jak na co dzień. Johnny był z tego powodu trochę niezadowolony, ale nie zamierzał niepotrzebnie wszystkiego przedłużać. Po kilku głębokich oddechach i myśli o Keithcie, która podziałała na niego mobilizująco, wyszedł z łazienki. Przeszedł do kuchni, w której czekał już na niego brunet. Johnny czuł się jakby... płasko i nieswojo, ale ciemnowłosy nie skomentował jego wyglądu ani słowem, więc chyba nie zauważył żadnej różnicy. Nic zresztą dziwnego, szatyn podejrzewał, że wczoraj wieczorem, gdy otwierał mu drzwi, wyglądał jeszcze mniej korzystnie. Keitha zdawało się to w ogóle nie obchodzić.
-Na co masz ochotę?- zagadnął chłopaka Johnny, podchodząc do lodówki.
Brunet spojrzał na niego z zakłopotaniem.
-Powinniśmy już iść- rzucił cicho.
-Nie ma sprawy- szatyn uśmiechnął się do niego serdecznie, nie chcąc go w żaden sposób krępować ani sprawiać mu przykrości.- Przecież możemy zjeść coś u ciebie. Albo wiesz co...? Mam lepszy pomysł. Wstąpimy po drodze do tej piekarni i tam coś kupimy, hm?
Keith uśmiechnął się z wdzięcznością, skinąwszy głową.
Johnny narzucił na siebie kurtkę i ubrał buty, po czym chwycił chłopaka za dłoń i poprowadził go do wyjścia.

Johnny nie wziął pod uwagę jednego, aczkolwiek dość istotnego dla realizacji jego wspaniałego planu faktu – piekarnia była w weekendy nieczynna. Nie było jednak czym się przejmować. Keith oświadczył, że postara mu się coś zrobić w domu, chociaż gotować specjalnie nie potrafi. Szatyn odparł, że jakoś sobie poradzą, usiłując jednocześnie ogarnąć drżącego z zimna bruneta ramieniem, zresztą nie po raz pierwszy. On z kolei, również kolejny raz, uśmiechał się z politowaniem, odsuwając od chłopaka łagodnie i mrucząc pod nosem, by ten uważał. Ale Johnny wcale nie uważał, ani wcale się nie przejmował. Niczym. Zupełnie niczym. Patrzył tylko na Keitha maślanym wzrokiem i uśmiechał się nieustannie, wywołując tpwarzysza wyraźne rozbawienie, które zastępowało na chwilę jego zdenerwowanie całą sytuacją. Johnny nie do końca rozumiał, czym ciemnowłosy tak bardzo się stresuje, ale starał się go podnieść na duchu i upewnić, że wszystko jest w porządku.
Dotarli w końcu do posiadłości chłopaka. Keith otworzył furtkę i wpuścił Johnny'ego do ogrodu. Ten rozejrzał się uważnie, dokładnie pamiętając jednak to miejsce ze swojej pierwszej wizyty. Przeszedł obok dużego drzewa, którego liście zabarwiły się już na brązowo i wszedł wraz z ciemnowłosym do domu. Podobnie jak brunet, zdjął buty i kurtkę w przedpokoju, a następnie ruszył w ślad za nim wzdłuż korytarza. Dom Keitha był dość duży i urządzony w staromodny sposób, ale ilość mebli znajdujących się w pomieszczeniach sprawiała, że tracił trochę na swojej przestrzeni. Wewnątrz było w dodatku dość ciemno, zapewne przez to, że w całym domu zasłonięte były żaluzje. Keith zaprowadził ich do kuchni i przystanął nagle, zdumiony. Wewnątrz znajdowała się jakaś kobieta. Miała może trzydzieści lat, ciemne włosy i śniadą cerę. Nerwowo szukała czegoś w torebce, tylko na chwilę podnosząc wzrok na chłopaka.
-Jesteś wreszcie...- rzuciła, trudno powiedzieć, czy bardziej z ulgą, czy zdenerwowaniem.
-Dzień dobry...- odezwał się Johnny z serdecznym uśmiechem, po chwili zastanowienia dochodząc jednak do wniosku, że z pewnością nie jest to mama Keitha.
Ciemnowłosa dopiero wtedy go dostrzegła. Spojrzała na niego ze zdziwieniem i mruknęła nieco nieprzyjemne:
-Dzień dobry...- po czym znów zwróciła się w kierunku bruneta.- Twoja mama mówiła przed wyjściem, że za chwilę przyjdziesz...- rzuciła z wyraźną pretensją w głosie.- Zostałam ze względu na nią, ale miałam być tutaj tylko na noc i naprawdę wolałabym nie mieć tego rodzaju niespodzianek...
-Przykro mi...- odparł nerwowo Keith, zaczesując pasemko włosów za ucho.- Mama na pewno pani zapłaci.
Kobieta odetchnęła głęboko, uspokajając się nieco i skinęła głową.
-Wiem, że mi zapłaci, ale nie o to chodzi. Mam też swoje plany i na przyszłość wolałabym wiedzieć od razu, jaka jest sytuacja.
Johnny spojrzał na ciemnowłosego, mocno zakłopotany.
Czy z jego winy Keith mógł mieć problemy? Nie powinien był go prosić, by ten został u niego na noc? Czuł się trochę zagubiony.
-Przepraszam...- szepnął brunet.- To się już więcej nie powtórzy.
-Mam nadzieję. Angie śpi na górze. W lodówce jest zupa z wczoraj, twoja mama prosiła, by ją jej odgrzać, gdy się obudzi.
Keith skinął głową.
-Jeśli to już wszystko, to naprawdę muszę już iść- oświadczyła kobieta, kierując się do drzwi.
-Czy Maggie dzisiaj przyjdzie?- rzucił brunet, spoglądając na nią pytająco.
Zatrzymała się na chwilę w progu.
-Nic mi o tym nie wiadomo- odparła, wzruszając ramionami.- Ale nie sądzę. Twoja mama mówiła, że nie masz dzisiaj żadnych zajęć i sam zajmiesz się siostrą.
Nerwowy grymas pojawił się na twarzy bruneta.
-Do zobaczenia- pożegnała się z nim ciemnowłosa, wychodząc.
-Do widzenia...- rzucił głucho Keith.
Johnny nie miał pojęcia, co powiedzieć. Spojrzał z uwagą na Keitha, widząc, jak bardzo ten jest zdenerwowany. Chociaż, to słowo nie zdawało się w pełni oddawać jego nastroju. Brunet wydawał się być wściekły i rozgoryczony. Zagryzł wargę i odwrócił się do chłopaka plecami, jakby nie chciał, by ten dostrzegł jego emocje. Najwyraźniej jednak wolał udawać, że wszystko jest w porządku, bo, ledwie po sekundzie wahania, podszedł do lodówki i wyjął z niej garnek, który następnie ułożył na kuchence, odpalając ogień.
-Kim jest Maggie...?- zapytał cicho szatyn.
-To druga z opiekunek- wyjaśnił niemrawym głosem Keith, wciąż nie odwracając się do chłopaka. Chwycił za łyżkę i wsunął ją do zupy, mieszając nazbyt spiesznie.- Łącznie wynajmujemy dwie. Jest jeszcze trzecia, ale ona przychodzi bardzo rzadko, tylko sobie dorabia.
Johnny milczał przez chwilę, spoglądając na bruneta ze współczuciem. W końcu podszedł do niego i objął go od tyłu, uśmiechając się pogodnie.
-Podobało mi się to, co ze sobą robiliśmy...- szepnął mu do ucha, po czym ucałował go krótko w szyję.
Keith uśmiechnął się i taki właśnie rezultat szatyn zamierzał uzyskać. Chciał mu poprawić nastrój i sprawić, by ten był choć trochę weselszy.
-Johnny...- brunet odkaszlnął ze skrępowaniem.
-A tobie się podobało...?- nie dawał za wygraną szatyn, zsuwając nieco koszulkę z ramienia Keitha i składając na nim kolejny pocałunek.
Ciemnowłosy odwrócił się do niego przodem. Johnny wciąż obejmował go ramieniem, uśmiechając się wesoło.
-Tak...- potwierdził Keith, unosząc kąciki ust w subtelnym uśmiechu.- Podobało mi się.
Johnny oparł dłoń na policzku chłopaka i musnął jego usta. Chciał pogłębić pocałunek, ale ciemnowłosy odsunął się od niego, zasłaniając wargi dłonią.
-Pójdę umyć zęby...- rzucił zakłopotany.- I przebrać się w coś świeżego. Mógłbyś...?- zapytał, wskazując na garnek.
Johnny skinął głową, uśmiechając się serdecznie. Keith wyminął go i wyszedł z pomieszczenia. Szatyn chwycił za łyżkę i mechanicznie zamieszał nią kilkukrotnie w garnku, po czym podszedł do okien i odsłonił je, choć z racji panującej na zewnątrz szarości, w pomieszczeniu zrobiło się niewiele jaśniej. Chłopak westchnął cichutko, opierając się dłońmi o kuchenną ladę i obserwując ogród. Śledził wzrokiem poruszające się lekko na wietrze huśtawki i wirujące dookoła jesienne liście. Tutaj było tak smutno. Ten dom był smutny, i Keith był smutny, i Johnny przez to wszystko też się tak czuł, chociaż smutny bywał stosunkowo rzadko. Nie wiedział, czy to kwestia pogody, spotkania z tą kobietą, które wzbudziło w nim wyrzuty sumienia, czy nastroju bruneta, ale miał wrażenie, że jakiś ciężar spoczywa na jego sercu i w żaden sposób nie potrafił się go pozbyć.
Ocknął się po chwili z zamyślenia i odruchowo niemalże obejrzał się w stronę drzwi. Dopiero, gdy ponownie spojrzał w kierunku okna, dotarło do niego, że ktoś tam stał. Odwrócił się znowu w tamtą stronę, uświadamiając sobie, że była to siostra Keitha.
Stała boso w wejściu do kuchni, wyraźnie zaspana, ubrana w koszulę nocną, sięgającą jej do połowy łydek. Spoglądała na Johnny'ego z uwagą, jakby badawczo. Chłopak uśmiechnął się do niej. Po chwili odpowiedziała tym samym, ale szatyn podejrzewał, że zapewne już go nie pamięta i może nawet się obawia. Już miał powiedzieć coś, by ją uspokoić, ale ona odezwała się pierwsza.
-Johnny...- rzuciła ku jego zdumieniu, uśmiechając się szeroko.- Wiedziałam, że do mnie przyjdziesz. Śniłeś mi się- oświadczyła, podchodząc do niego bez cienia skrępowania czy lęku.
-Cześć, Angie- szatyn uśmiechnął się do niej łagodnie.
Na te słowa rozweseliła się jeszcze bardziej.
-Nic nikomu nie powiem- zapewniła go po chwili, nie przestając się uśmiechać.- Ty też nikomu nie mów. Mama nie wie, że tu jesteś, prawda?
-Ale Keith wie.
Pokręciła głową.
-Keitha nie ma- stwierdziła z pełnym przekonaniem- Wyszedł. I może wcale już nie wróci...- coś niepokojącego pobrzmiewało w jej głosie, w momencie, gdy to mówiła.
Johnny wpatrywał się w nią zdezorientowany.
-Keith przyszedł tutaj ze mną, Angie- powiedział cicho.
Popatrzyła na niego dziwnie, jakby z niedowierzaniem, po czym na jej twarzy wymalował się grymas niechęci, może nawet złości. Otworzyła usta, chcąc powiedzieć mu coś jeszcze, ale w tym momencie w kuchni pojawił się ciemnowłosy.
-Wstałaś wreszcie- powitał ją chłodnym głosem. Johnny spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Usiądź, zaraz zrobię ci śniadanie.
Angelica wpatrywała się w niego z wyraźnym poirytowaniem. Zajęła jedno z czterech krzeseł znajdujących się przy stole, a gdy tylko Keith podszedł do kuchenki, skrzywiła się za jego plecami złośliwie. Johnny usiadł naprzeciwko niej, uśmiechając się niepewnie. W pomieszczeniu zapanowała okropna, wręcz nienaturalna cisza. Jedynym, co ją zakłóciło, był trzask wyciąganych przez Keitha misek. Chwilę później, brunet zakręcił gaz. Nalał zupy do naczyń, które następnie postawił na stole. Przyniósł sztućce i zajął miejsce obok szatyna.
-Smacznego- rzucił głucho.
Zaczęli jeść. Johnny spoglądał to na Keitha, to na Angie, zastanawiając się, czy taka atmosfera panuje pomiędzy nimi codziennie. Nie do końca to wszystko rozumiał. Przecież Keith kochał Angie. Dbał o nią, martwił się, nie chciał, by miała jakiekolwiek problemy, by ludzie źle ją traktowali. Sam był dla niej bardzo oschły, ona też zachowywała się względem niego nieprzyjemnie.
W pewnym momencie dziewczyna gwałtownym ruchem odsunęła od siebie pełny talerz, wylewając nieco jego zawartości.
-To jest niedobre- oświadczyła krnąbrnie.- Nie będę tego jadła.
-Jadłaś to wczoraj na obiad- zauważył brunet, siląc się na cierpliwość, co wyraźnie przyszło mu z dużym trudem.
-Ale teraz jest niedobre- powtórzyła dziewczyna, wpatrując się w brata buńczucznie.
Ciemnowłosy wziął głęboki oddech i zacisnął mocno wargi, z chwili na chwilę coraz bardziej zdenerwowany.
-Angie, przepraszam, to moja wina- odezwał się Johnny, chcąc załagodzić sytuację. Keith spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Pewnie trochę zbyt długo ją gotowałem.
Dziewczyna speszyła się na te słowa.
-W sumie... W sumie to nie jest aż taka zła...- mruknęła, przysuwając miskę z powrotem.
Keith odetchnął. Spojrzał na szatyna z wdzięcznością. Ten uśmiechnął się do niego pogodnie, chcąc dać mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku, ale szczerze mówiąc, sam już gubił się w tej mocno specyficznej, rodzinnej atmosferze.
Zjedli niemalże w zupełnej ciszy.
-Idź się ubrać- zwrócił się do siostry Keith, sprzątając wraz z szatynem ze stołu.
Reakcję dziewczyny można było przewidzieć.
-Nie chcę- oświadczyła, patrząc na brata z nieskrywaną niechęcią.- Pójdę się bawić do ogrodu z Johnny'm.
-Nie pójdziesz, dopóki się nie ubierzesz. A poza tym, Johnny nie powiedział, że zamierza się z tobą bawić...- rzucił Keith, sprawiając wrażenie skrępowanego.
-Bardzo chętnie- powiedział natychmiast szatyn, uśmiechając się wesoło do Angie.- Ale Keith ma rację, naprawdę musisz się ubrać. Na dworze jest strasznie zimno, zamarzniesz.
Angelice chyba bardzo nie podobało się stwierdzenie, że Keith może mieć w czymkolwiek rację, ale po chwili niezbyt zdecydowanego protestu, rzeczywiście ruszyła do swojego pokoju.
-Sam widzisz, jaka jest sytuacja...- odezwał się cicho ciemnowłosy, gdy tylko opuściła pomieszczenie.- Naprawdę nie musisz tu być, Johnny. Poradzę sobie.
-Przecież od początku wiedziałem, jaka jest sytuacja- odpowiedział z uśmiechem szatyn.- Poza tym, naprawdę nie musisz się denerwować. Spędzę trochę czasu z twoją siostrą, a ty zajmiesz się innymi sprawami. Na pewno masz dużo obowiązków.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Keith.- Nie ma mowy, Johnny! Nie będę się tobą w ten sposób wysługiwał, zresztą, nie potrzebuję twojej litości!
-To nie jest litość. Jestem pewien, że na moim miejscu zrobiłbyś to samo. Poza tym, naprawdę nie mam nic przeciwko spędzaniu czasu z Angie.
-Jest kapryśna i nieznośna, sam widziałeś- rzucił z poirytowaniem ciemnowłosy, machnąwszy dłonią w kierunku drzwi.
Johnny oparł dłoń na ramieniu chłopaka.
-Keith, wszystko jest w porządku- zapewnił go już po raz kolejny tego dnia.
Brunet pokręcił tylko głową, najwyraźniej niedowierzającym tym słowom ani trochę.
Gdy tylko Angie się ubrała i założyła kurtkę, Johnny wyszedł z nią na dwór. Rozłożyli koc i usiedli na nim razem, bawiąc się jej zabawkami. Keith krzątał się po domu, zapewne sprzątając. Co jakiś czas wyglądał na nich z odsłanianego akurat okna, przypatrując się im badawczo. Szatyn jednak naprawdę nie widział żadnego problemu w zajmowaniu się dziewczyną. Tym bardziej, że wobec niego Angie zachowywała się inaczej niż wobec brata. Była miła, wesoła, opowiadała mu różne historie, mówiła dużo o mamie i swoich opiekunkach, o tym, co widziała ostatnio w telewizji albo o ulubionych zabawach. O Keithcie nie napomknęła jednak ani słowem, najwyraźniej celowo unikając tego tematu.
-Nie lubisz Keitha...?- zapytał Johnny, wpatrując się w nią bez zrozumienia.
-Nie znoszę go- odparła z zaciętą miną.
To zdumiało szatyna jeszcze bardziej. Gdy był tutaj ostatnim razem, usłyszał od Angie coś podobnego, ale wydawało mu się wtedy, że może powiedziała to po prostu pod wpływem chwili, zdenerwowana na brata.
-Dlaczego?
-Bo tak i już- Angie wzruszyła ramionami.- On też mnie nie cierpi.
-Wcale nie- zaprotestował natychmiast Johnny, kręcąc głową.- On bardzo cię kocha, Angie.
-Nieprawda!- rzuciła, rozjuszona.- Wcale mnie nie kocha! Keith jest zły! Nienawidzę go!
Johnny osłupiał, słysząc te słowa.
-Nie wolno ci tak mówić, Angie- wydukał niemalże, zupełnie zdezorientowany.
-Niby dlaczego...? To wszystko jego wina. Mama jest przez niego smutna. A on sobie idzie. Nikogo nie pyta o zdanie i sobie idzie. Mama zawsze mi mówi, że nie można wychodzić bez pozwolenia. Ale on tak właśnie robi! Jest zły!
Szatyn umilkł.
Sytuacja Keitha była trudna. Johnny nie do końca potrafił się w nią wczuć. On nigdy nie był od nikogo zależny. Robił to, co chciał, kiedy chciał i właściwie nie musiał się przejmować, bo i czym? Owszem, czasem zdruzgotany odkrywał, że jego włosy wyglądają iście fatalnie, albo w sposób godny filozofa rozważał, które dżinsy wybrać do nowej koszuli, ale pomijając te, z tej perspektywy, drobnostki, jego życie nie było zbyt skomplikowane. Nikt go nie kontrolował, rodziców nie było, Rose zdawała sobie sprawę z tego, że chłopak jest niemal pełnoletni i też nie ograniczała go w żaden sposób. Życie Keitha było zupełnie inne. Zdawał się być uzależniony od wszystkiego, od chorej siostry, od mamy, od tych wszystkich opiekunek... Keith chyba był nieszczęśliwy. Do tego wniosku doszedł Johnny, gdy obserwował bruneta, kiedy ten wreszcie wyszedł z domu, przeszedł się powolnym krokiem po ogrodzie, ze wzrokiem wbitym przez siebie i usiadł na jednej z huśtawek, ze smętną miną. Szatyn westchnął cicho, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Ciężar na jego sercu nie zelżał ani trochę. Teraz już rozumiał, dlaczego chłopajk ma tak mało czasu, dlaczego nie ma znajomych, dlaczego jest taki nerwowy, wyłącza telefon, gdy do niego przychodzi.
Przeprosił na chwilę rozczarowaną Angie i podszedł do bruneta, siadając na drugiej huśtawce i wpatrując się w niego.
-Angie nie chodzi do żadnej szkoły...?- zapytał, chcąc zacząć jakiś temat.
-Nie...- szepnął cicho Keith, spoglądając w ziemię.- Wcześniej chodziła do szkoły specjalnej, ale... Mama woli mieć ją w domu.
Johnny miał powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie zadzwonił jego telefon. Wyjął komórkę z kieszeni i odebrał.
-Cześć- usłyszał pogodny głos przyjaciela, od którego nieco mu ulżyło.- Jesteś w domu?
-Nie, teraz nie. Wszystko okej, Benny?- rzucił, chociaż raczej nie przypuszczał, by między nim a Maicy cokolwiek się zmieniło.
-Jasne. Wpadniesz do mnie jutro? No wiesz, na imprezę?
-Twoich rodziców nie będzie...?
Blondyn westchnął z politowaniem.
-Jasne, że będą- rzucił kpiąco.- Ojciec zajmie się podawaniem piwa, a mama grupową psychoterapią. Zresztą, wiesz, że pytam tylko teoretycznie, i tak przyjdziesz. Wpadniesz trochę wcześniej? Około szesnastej, siedemnastej?
-Pewnie- zgodził się szatyn, uśmiechając się lekko.- Do zobaczenia na miejscu.
-Cześć.
-Musisz już iść?- zapytał od razu Keith, ledwie Johnny zdążył się rozłączyć, jakby wręcz liczył na to, że rzeczywiście tak jest.
Szatyn uśmiechnął się do niego łagodnie i pokręcił głową.
-Benny zaprosił mnie do siebie na imprezę. Na jutro.
-Ach, tak...
-Pójdziesz ze mną?- rzucił nagle Johnny, zanim zdążył się dobrze zastanowić nad swoimi słowami.
Ale właściwie, czy było się nad czym zastanawiać? Keith miałby okazję lepiej poznać się z kolegami Johnny'ego, wyluzować, na chwilę zapomnieć o sytuacji rodzinnej... No i w końcu raz już był u Benny'ego. Wtedy zresztą to wszystko się zaczęło.
-No co ty...- odpowiedział chłopak, wyraźnie zakłopotany tą propozycją.- Po pierwsze, sam wiesz, że nie lubię tego typu rzeczy, a po drugie...- umilkł, wzruszając jedynie ramionami i znowu odwracając wzrok.
-Och, proszę, Keith!- jęknął błagalnie szatyn.- Przyjdź chociaż na trochę! Poznasz parę fajnych osób, pobędziesz ze mną...
-Wolę być z tobą w mniej publicznych miejscach- odparł brunet.
Dopiero po chwili obaj parsknęli śmiechem, kojarząc te słowa z minioną nocą.
-Wiesz, o co mi chodziło- sprostował Keith, zarumieniony.
-Wiem aż za dobrze- zachichotał Johnny, zbliżając się do niego.
Dotknął dłonią policzka chłopaka i wpił się w jego usta. Keith westchnął wprost w jego wargi, przymykając powieki. W tym momencie obaj usłyszeli skrzypnięcie bramki i wesoły krzyk Angie:
-Cześć, mamo!
Johnny odsunął się od chłopaka, odkaszlnąwszy nerwowo i obejrzał się za siebie. Do ogrodu weszła około czterdziestoletnia kobieta, ubrana elegancko, w szarą garsonkę i spódnicę sięgającą za kolana. Włosy miała ciemnobrązowe, splątane w kitkę, oczy niebieskie. Nie przypominała Keitha ani trochę. Na jej jasnej twarzy błąkał się wyraz niepokoju i zmęczenia, który ukryła pod uśmiechem skierowanym do córki. W dłoni trzymała jakąś teczkę. Z początku chyba nie zauważyła niespodziewanego gościa. Dopiero kiedy omiotła ogród wzrokiem w poszukiwaniu syna, jej spojrzenie zatrzymało się na zakłopotanym szatynie. Spoglądała na niego przez chwilę ze zdziwieniem, po czym ruszyła w jego kierunku.
-Dzień dobry- odezwał się natychmiast Johnny, podnosząc się pospiesznie.
Keith nie drgnął z miejsca.
-Dzień dobry- przywitała się z chłopakiem matka bruneta, uśmiechając się do niego.
-Nazywam się Johnny- przedstawił się szatyn po dłuższej chwili ciszy. Sądził, że Keith go przedstawi, ale ten nawet nie powitał kobiety.
-Miło mi cię poznać- odpowiedziała uprzejmie, ścisnąwszy dłoń chłopaka.- Keith nigdy nie przyprowadzał tutaj przyjaciół...
-On nie jest moim przyjacielem- rzucił chłodno brunet. Johnny obejrzał się na niego bez zrozumienia.- Jest moim chłopakiem.
Matka Keitha osłupiała. Johnny zresztą także, bo podobnego określenia odnośnie swojej osoby z pewnością się nie spodziewał. Słowa Keitha zabrzmiały jednak w taki sposób, jakby chciał zrobić swojej mamie na złość albo sprowokować ją do jakiejś reakcji. Kobieta spoglądała przez chwilę na syna, po czym przeniosła wzrok na towarzyszącego mu chłopaka, wyraźnie nie wiedząc, w jaki sposób powinna się zachować. Raz jeszcze uśmiechnęła się do Johnny'ego, tym razem nieco wymuszenie i zwróciła się do ciemnowłosego:
-Keith, możemy porozmawiać...?
Brunet podniósł się z huśtawki. Poprosił Johnny'ego, by ten na niego zaczekał i ruszył wraz z matką w kierunku domu. Szatyn usiłował uchwycić coś z uwag, jakie wymieniali między sobą szeptem, ale nie był w stanie nic usłyszeć. Omiótł wzrokiem budynek, wzdychając głęboko. Z początku wydawało mu się, że Keith ma bardzo dobre kontakty z rodzicami. W końcu nie miał innych znajomych, mówił, że rodzina w zupełności mu wystarcza, że z tego powodu nie potrzebuje przyjaciół. Johnny czuł się w tym wszystkim zagubiony.
-Angie...?- rzucił, podchodząc do dziewczyny i uśmiechając się do niej przyjaźnie.- Zrobiło się trochę zimno, co...? Wracajmy do domu.
-Mi jest ciepło- odpowiedziała Angelica, wzruszając ramionami.
-Tak, ale... Hm... Zachciało mi się pić. Zaraz wrócimy, dobrze?
Dziewczyna skinęła głową i ruszyła za szatynem do domu. Weszli oboje do kuchni. Johnny pospiesznie nalał jej do szklanki soku i wyszedł na chwilę z pomieszczenia, kierując się w stronę, z której dochodziły podniesione głosy.
-... po prostu nie chcę, żebyś stawiała mnie w takiej sytuacji!- usłyszał zdenerwowanego Keitha.- Czemu powiedziałaś jej, że przyjdę rano?! Skąd mogłaś to wiedzieć?!
-Musiałam wyjść, Keith, dobrze o tym wiedziałeś...- Johnny zbliżył się do drzwi, nasłuchując.- Sądziłam, że zachowasz się bardziej odpowiedzialnie. Zniknąłeś na noc, nie odbierałeś telefonów... Nie był to zresztą pierwszy raz. Gdzie byłeś? U tego chłopca?
-To nie twoja sprawa!- odpowiedział impulsywnie brunet.
-Oczywiście, że nie. Ale ostatnio bardzo się zmieniłeś, zacząłeś się inaczej zachowywać, nie bardzo rozumiem z jakiego powodu. Wiesz, że nigdy nie wtrącałam się w twoje prywatne sprawy, ale...
-Bo nigdy nie miałem swoich prywatnych spraw- przerwał jej ostro ciemnowłosy.- Muszę tutaj siedzieć, cały dzień. Nie pytasz mnie nawet o zdanie, nie obchodzi cię, czy nie zaplanowałem sobie czegoś, albo nie muszę gdzieś wyjść!
-To dziecinne z twojej strony, Keith. To jakaś forma młodzieńczego buntu?
-Wychodzę zaraz z Johnny'm- powiedział stanowczo chłopak.- Jutro wieczorem też.
-Zdajesz sobie przecież sprawę z tego, że pracuję.
-Więc zadzwoń po opiekunkę.
-Angie musi spędzać jak najwięcej czasu z nami. To zapewni jej prawidłowy rozwój i...
-Na litość boską, mamo! Jaki rozwój!- żachnął się Keith.- Ona wcale się nie rozwija! I nie znosi mnie, wiesz o tym tak dobrze, jak ja!
-Bo brakuje ci do niej cierpliwości!
-Bo muszę przez cały dzień tkwić tutaj jak więzień!
-Podsłuchujesz...?- głos Angie, która nagle znalazła się obok niego, sprawił, że szatyn aż podskoczył.
-Nie, nie, jasne, że nie- zaprzeczył skrępowany, ale dziewczyna uśmiechnęła się do niego, przykładając palec do ust.
-Ćśś... Ja też zawsze to robię...- szepnęła, nie ruszając się z miejsca.
-... rozumiałabym, gdybyś zajmował się nią cały dzień, ale przecież się zmieniamy, chodzisz do szkoły...
-Tylko i wyłącznie do szkoły! Gdyby nie to, musiałbym tkwić tutaj całą dobę! Już ci powiedziałem, że wychodzę i nie zmienię zdania. Jeśli miałaś jakieś plany, musisz je zmienić. Tak jak ja zazwyczaj.
Angelica zareagowała szybciej od Johnny'ego. Szarpnęła go za dłoń i pociągnęła za sobą z powrotem do kuchni, chwilę przed tym, jak drzwi od tamtego pomieszczenia się otworzyły i wyszedł z nich poirytowany brunet.
-Chodźmy już, Johnny...- rzucił od progu. Za plecami ciemnowłosego pojawiła się jego mama.
-Nie!- zaprotestowała gwałtownie Angie.- Johnny zostaje ze mną!
-Angie...- kobieta przeszła obok syna i zatrzymała się przy dziewczynie.- Nie denerwuj się. Johnny musi już iść. Pobawię się z tobą, dobrze?
-Nie! Nie chcę, żeby Johnny sobie szedł! I dlaczego Keith sobie idzie?! Dlaczego on może sobie iść, a ja nie mogę?! Zabierz mnie nad rzekę, Johnny! Proszę, zabierz mnie nad rzekę!

Keith siedział na sofie, w salonie szatyna, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w stojącą przed nim szklankę wody. Johnny spoglądał na niego z boku, starając się bardzo nieudolnie wymyślić jakikolwiek sposób, by pocieszyć bruneta. Ale chyba nie nadawał się zbytnio na pocieszyciela. Keith nie miał problemu ze źle dobraną koszulą. Ani ze zmianą fryzury. Ani nawet nie z dziewczyną, która nagle stała się z najbardziej cierpliwej istoty pod słońcem, sztandarowym przykładem złośnicy. Problemy Keitha były zupełnie inne i Johnny wcale się w tym nie odnajdywał. Nie wystarczyło tylko stwierdzić, że wszystko będzie dobrze albo zaproponować wyjścia na piwo, jak to było z Benny'm. Nie wystarczyło poklepać chłopaka po ramieniu, jak to było z Carlem. Właściwie szatyn nie miał pojęcia, co powinien w takiej sytuacji zrobić. Współczuł Keithowi i jednocześnie miał wyrzuty sumienia. Nie wiedział, czy problemy chłopaka nie wynikają też po trosze z jego winy.
-Przykro mi, że pokłóciłeś się przeze mnie ze swoją mamą- odezwał się w pewnym momencie, autentycznie skruszony.
-Nie pokłóciłem się z nią przez ciebie- odparł natychmiast Keith, nieprzyjemnym tonem.
Johnny zawahał się.
-Jeśli chciałbyś o tym porozmawiać albo...
-Nie, Johnny, nie chcę o tym rozmawiać!- warknął ostro brunet, zrywając się na równe nogi. Szatyn również podniósł się z siedzenia, zupełnie zdezorientowany.- Ani z tobą, ani z nikim innym! Mówiłem ci już, że to nie jest twoja sprawa!
Johnny milczał. Keith odetchnął głęboko odwracając wzrok, ale już po chwili spojrzał znów na szatyna, bardziej opanowany.
-Przepraszam...- rzucił szeptem, zagryzając nerwowo wargę.- Nie powinienem był tego mówić... Ale nie chcę, żebyś zawracał tym sobie głowę, w porządku?
-Nie zawracam sobie tym głowy- odpowiedział Johnny, uśmiechając się łagodnie i podchodząc bliżej do chłopaka.- Nie ma nic złego w rozmawianiu z kimś o takich sprawach. To przecież zupełnie normalne.
Keith wzruszył ramionami.
-Skąd miałbym wiedzieć...?- zapytał cicho, wyraźnie speszony.- Jesteś jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem.
-Nie jestem twoim przyjacielem...- odparł szatyn, uśmiechając się szeroko. Brunet spojrzał na niego, spłoszony.- Jestem twoim chłopakiem. Sam przecież mówiłeś.
Keith parsknął śmiechem, nieco skrępowany.
-Taaak...- przyznał, odkaszlnąwszy cicho.- Przepraszam... To chyba jeszcze jedna rzecz, o której powinniśmy porozmawiać, prawda...?
-Mhm...- potwierdził Johnny, obejmując bruneta.
-Ale nie dziś...
-Nie dziś...- zgodził się bez wahania, przysuwając się z Keithem bliżej ściany.
Ciemnowłosy oparł się o nią plecami, spoglądając na Johnny'ego, który nachylił się nad nim i musnął jego wargi. Najpierw raz, później drugi, za trzecim razem jego usta na dobre złączyły się z przyjemnie ciepłymi ustami Keitha. Całowali się w swoich objęciach przez dłuższą chwilę, po czym brunet odsunął od siebie powoli szatyna.
-Chcesz wrócić do domu, prawda...?- zapytał niepewnie Johnny, patrząc na niego badawczo.
-Tak...- przyznał Keith, chociaż wydawał się być mocno zniechęcony tym pomysłem.- Tak, myślę, że chyba powinienem... Ale pójdę z tobą jutro. Jeśli naprawdę chcesz- zaznaczył po chwili, pełen wątpliwości.
Szatyn skinął głową, uśmiechając się pogodnie.
-Podwieźć cię?
-Nie. Myślę, że już dość dziś zrobiłeś...- odetchnął głęboko brunet.- To... Zobaczymy się jutro, tak...?- bąknął skrępowany.
Johnny nachylił się w jego kierunku, chcąc pocałować go raz jeszcze, ale brunet sprawnie przed tym umknął. Może to i dobrze, bo biorąc pod uwagę to, jak działał na Johnny'ego, ten mógłby nie wypuścić go po raz drugi ze swoich ramion równie szybko. Ciemnowłosy pożegnał się z nim, ubrał kurtkę i buty, a następnie wyszedł.
Szatyn wałęsał się przez chwilę po mieszkaniu, zatrzymując się przed lustrem w swojej sypialni. Aż jęknął ze zgrozą, widząc swoje odbicie. Wyglądał... Wyglądał tak... tak... przeciętnie! A to określenie było chyba najgorsze ze wszystkich. Ale dziwnym trafem, zamiast zastanawiać się nad tym, jakim cudem wyszedł na miasto w takim stanie, znowu wracał myślami do tego, co wydarzyło się w domu Keitha, nie mogąc ani na chwilę wyrzucić tego ze swojej pamięci.
Zrobił sobie coś do jedzenia, usiadł przed telewizorem, wyciągając komórkę i kładąc ją na stoliku. Liczył po cichu, że brunet niedługo się do niego odezwie. Po godzinie absolutnie bezowocnego lenistwa, uświadomił sobie, że powinien zrobić coś jeszcze. Wybrał numer do Benny'ego i przyłożył telefon do ucha, czekając, aż jego przyjaciel się odezwie.
-No co tam?- rzucił na wstępie blondyn, pogodnym głosem.
-Cześć, Benny. Chciałem ci powiedzieć, że idę z kimś... Eee... To znaczy, zapraszam kogoś na twoją imprezę- poprawił się prędko Johnny.
-Spoko, jak sobie chcesz. Chociaż jestem pewien, że Maicy już zaprosiła Lindę.
Szatyn odkaszlnął zakłopotany. No dobrze. Teraz pozostawała najtrudniejsza kwestia. Przyznać się, że zaprosił Keitha. Chociaż właściwie, to wcale nie było trudne. Trudniejsze byłoby powiedzenie Benny'emu, co dokładnie wynikło z tego całego wyzwania, chociaż tego oczywiście Johnny robić nie zamierzał. Pomijając już fakt, że jego przyjaciel zapewne dostałby ataku serca, a później obraził się na niego na najbliższe stulecie, a może i dwa, to byłaby jednak swego rodzaju porażka towarzyska. Nie sądził, by jego kumple przyjęli to tak łatwo, jak jemu samemu to przyszło. Choć on niczego w sumie nie przyjął. Po prostu lubił Keitha. Lubił go bardzo, bardziej niż powinien. Może nawet więcej, niż tylko lubił. Ale ani myślał, by zastanawiać się nad tym, jakie to dokładnie niesie ze sobą konsekwencje i jak bardzo zmienia jego własne spojrzenie na  siebie.
-Zaprosiłem Keitha- wypalił więc, już przeczuwając jaka będzie reakcja jasnowłosego.
-... CO?!- Johnny usłyszał zduszony krzyk przyjaciela, tuż po serii dziwacznych odgłosów, które naprawdę brzmiały tak, jakby Benny dostał jakiegoś ataku. Albo się krztusił.
-Zaprosiłem Keitha- powtórzył niepewnym głosem.
-Oszalałeś?! Jasne, że oszalałeś! Zupełnie odbiło ci od tego wyzwania! Olej Erica i zakończ wreszcie ten idiotyzm!
-Nie chodzi o wyzwanie. Lubię Keitha. Chciałbym, żebyście go lepiej poznali- wyjaśnił spokojnie Johnny.- Poza tym już u ciebie był i...
-Nie ma mowy, Johnny! Po prostu nie ma mowy!- wydarł się na niego blondyn.- Wyrabiaj te swoje głupoty wszędzie, ale nie pod moim dachem! Boże! Umawiasz się z Lindą, a uganiasz się za jakimś... facetem! Rany, zdajesz sobie sprawę z tego, jak to wygląda? Zresztą, nieważne!- uciął Benny, nie dając przyjacielowi dojść do słowa.- Rób co chcesz, ja nie zamierzam w tym brać udziału!
Benny najwyraźniej śmiertelnie się obraził. I rozłączył.
Johnny westchnął tylko cicho, aż za dobrze wiedząc, jak krótkotrwałe były dąsy przyjaciela. Odłożył komórkę na stolik, rozkładając się na kanapie.
Przed nim jeszcze bardzo długa droga do tego, by przekonać Benny'ego i pozostałych do Keitha.
… I żeby zrozumieć, jak daleko to wszystko zabrnęło.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Rozdział 23 [Chaos]


-Słyszysz to...?- zapytał cicho Nadim, zatrzymując się w połowie drogi.
Amir przystanął kawałek dalej, spoglądając na kompana ze zmarszczonymi brwiami. Dopiero po chwili doszedł go tętent kopyt i chrzęst kół, przemieszczających się szybko po nierównej, leśnej ścieżce. Mężczyzna przyłożył palec do ust i dał towarzyszowi znak dłonią, po czym obaj skręcili pomiędzy pobliskie drzewa i zatrzymali się za nimi, nie chcąc, by ktokolwiek ich zauważył. Szczególnie, że potomek wilków zgubił gdzieś swój płaszcz, chociaż Amir, po jego dość oszczędnym i mało wiarygodnym zdziwieniu, wcale nie był pewien, czy "zgubił" było odpowiednim określeniem tej sytuacji. Postanowili poczekać, aż tamci ludzie pojadą dalej. Odgłos kopyt był coraz głośniejszy. W pewnym momencie usłyszeli jednak głośne rżenie jednego ze zwierząt i czyjś spanikowany krzyk, a następnie donośny huk. Nadim spojrzał na niego wyraźnie zaniepokojony. Mężczyzna zawahał się przez chwilę, po czym skinął przyzwalająco głową, samemu chcąc sprawdzić, co się wydarzyło. Wyłonili się spomiędzy drzew i wtedy wszystko stało się jasne. Karoca leżała wywrócona na ziemi, a przy niej jeden z uwiązanych do niej koni, który miał wyraźny problem by się podnieść i rżał przeraźliwie. Drugi musiał uwolnić się wcześniej i uciec, co doprowadziło do wypadku. Z wnętrza bogato zdobionej karety wydostało się z trudem dwóch mężczyzn, uzbrojonych w długie miecze i ubranych w jednakowe zbroje. Amir już domyślał się, z kim mogą mieć do czynienia.
-Hej, wy!- jeden z ludzi zwrócił się w ich kierunku. Wyjął broń i podszedł szybko do wędrowców, mierząc mieczem w Amira.- Czego tu chcecie...?- zapytał, spoglądając na nich z uwagą.
-Niczego. Usłyszeliśmy tylko hałas i przyszliśmy sprawdzić, co się wydarzyło- wyjaśnił Amir, chcąc się wycofać, ale mężczyzna nie opuszczał broni.
-Sprawdzić, co się wydarzyło, tak...?- rzucił, jakby nie dowierzał ich słowom.
Z karocy wyłoniło się jeszcze dwóch, ubranych tak samo, jak ich poprzednicy, ludzi. Jeden z nich wyciągnął rękę, pomagając wydostać się z wnętrza komuś, kto jeszcze się tam znajdował. Amir z uwagą obserwował, jak odziana w czarną, skórzaną rękawiczkę, męska dłoń, zaciska się na ręce strażnika. Chwilę później jego oczom ukazał się ten, z powodu którego rozgrywało się całe zamieszanie. Mężczyzna mniej więcej w ich wieku, wysoki, smukły, o jasnej skórze i blond lokach, które opadały lekko na jego ramiona. Ubrany był w białą, idealnie dopasowaną koszulę, pokrytą z boku złocistymi zdobieniami, ciemniejszej barwy spodnie i wysokie buty. Obie dłonie zakrywały czarne rękawiczki. Na jednym z palców znajdował się pierścień z oczkiem, o odcieniu głębokiego granatu. Nietypowej, stalowej barwy oczy, spoczęły na dwóch mężczyznach, zapewne jego sługach bądź też strażnikach, którzy usiłowali odpiąć zwierzę i postawić je na nogi.
-Gdzie reszta...?- zapytał niepasującym zupełnie do jego postury i wyglądu, niskim głosem.
-Pobiegli szukać drugiego, panie- odparł zdyszany strażnik, usiłując opanować przerażone zwierzę, które podniosło się na nogi i usiłowało wyrwać.
Arystokrata przeszedł obok nich obojętnie, po czym spojrzał w stronę przybyszów i tego strażnika, który się przy nich znajdował.
-Cóż to za ludzie, Sedricu?- zwrócił się do mężczyzny, który nie pozwolił Nadimowi i Amirowi odejść.
Książę. Amir uśmiechnął się kwaśno. Jeszcze lepiej.
-Wygląda na to, że zwykli wędrowcy, książę. Uzbrojeni wędrowcy- poprawił się po chwili, spoglądając na miecz Amira.
-Chcieliśmy tylko pomóc- wyjaśnił Nadim.
Spojrzenie arystokraty spoczęło na nim. Amir widział, jak oczy szlachetnie urodzonego, rozchylają się ze zdumienia. Jego kompan spłoszył się wyraźnie, chyba bojąc przez chwilę tego, jaką reakcję może wzbudzić pośród tych ludzi swoją odmiennością. Jasnowłosy wyminął swojego strażnika, który jęknął tylko głuche i niemalże pełne oburzenia: „Książę”, a następnie zatrzymał się przed potomkiem wilków. Czarny materiał zetknął się ze skórą towarzysza Amira, gdy ciekawe palce księcia przemknęły się powoli wzdłuż jego policzka. Patrzył na Nadima z fascynacją, która nie zdumiewała Amira, przyzwyczajonego już do faktu, że niektórzy z tych, którzy mieli zbyt wiele, lubili inność pod wszelką postacią, i otaczali się nią z najwyższą lubością. Arystokrata dotknął wilczego ucha.
-Kim ty jesteś...?- zapytał, zaintrygowany.
-Jestem... potomkiem wilków, panie...- Nadim wydawał się być skrępowany. Skrępowany bardziej niż kiedykolwiek, chociaż nie pierwszy raz przyglądano się jego odmienności z tak bliska.- Nazywam się Nadim...- dodał po chwili wątpliwości, nie słysząc żadnej odpowiedzi ze strony księcia, który wciąż badał opuszkami palców jego twarz.
Dopiero po tych słowach cofnął się, jakby oprzytomniały.
-Wybacz mi mój chwilowy brak opamiętania- rzucił spokojnym głosem arystokrata.- Nazywam się Sinister. Niedaleko stąd, czeka na mnie moje królestwo i zamek, w który trzeba tchnąć nieco ducha...- książę nie odrywał od potomka wilków wzroku, nie zwracając na Amira najmniejszej uwagi.
Strażnik wydawał się być nieco poirytowany więcej niż odważnym zachowaniem swojego pana. Podchodzenie księcia do dwóch uzbrojonych jegomości, napotkanych w lesie Amir z pewnością nazwałby lekkomyślnością. Nie dziwił się zbytnio pierwszej reakcji Sedrica. W pobliżu miast niejednokrotnie czaili się łupieżcy, dla których wypadek podobnej karety, przewożącej zapewne większe bogactwa niż tylko jakiegoś tam arystokratę, był niemalże jak prezent od bogów. Natomiast nie dziwił się również temu drugiemu. Aż za dobrze wiedział, że rozsądek nie widnieje na szczycie listy cech posiadanych przez przeciętnego szlachcica.
-Zamek...?- Nadim zwrócił uwagę na coś, co Amir w swoim chwilowym zdumieniu całą sytuacją przeoczył. Mężczyzna zerknął na swojego kompana z uwagą.- A więc... Jesteś synem króla, panie?
-Właściwie to jestem królem- odpowiedział jasnowłosy.
Amir westchnął ciężko w duchu. A sądził, że już lepiej być nie może!
-To tylko kwestia formalności...- wyjaśnił wciąż jeszcze książę.- Jutro odbędzie się moja koronacja... Jedźcie ze mną- zaproponował nagle. Sedric miał taką minę, jakby chciał uszczypliwie zaproponować swojemu panu, by ten wyręczył ewentualnych zamachowców i od razu sam odciął sobie głowę.
-Panie...- wyrzucił z siebie jedynie, spoglądając na księcia bez zrozumienia.
-Chyba zgodzisz się ze mną, Sedricu, że należy nagradzać tych, którzy gotowi byli nam pomóc...? Szczególnie, że w dzisiejszych czasach nie spotyka się już wielu równie szlachetnych istot...- na wargach jasnowłosego wymalował się ledwie zauważalny uśmiech.- Zgodzicie się więc jechać z nami?- zapytał tym razem, znów jednak spoglądając jedynie na Nadima, jakby to on był osobą decydującą.
Kompani spojrzeli na siebie ukradkiem. Amir nie wiedział, co odpowiedzieć na to nietypowe zaproszenie. Jeśli chodziło o zamek, do którego zmierzali, wyglądało na to, że los po raz kolejny dawał im niezwykłą wprost okazję, by dostać się do celu. Za towarzystwem książąt nie przepadał z zasady i może z tego właśnie względu, ten człowiek budził w nim wyjątkową wprost niechęć.
-Jeśli sobie tego życzysz, książę...- odparł Nadim, najwyraźniej również kierowany wątpliwościami.
-Byłbym więcej niż rad, gdybyś się zgodził.
Potomek wilków skinął głową, uśmiechając się wymuszenie.
-Cieszę się- stwierdził arystokrata, chociaż jego ton głosu brzmiał dość obojętnie.- To zaszczyt gościć kogoś tak wyjątkowego na swoich włościach... Poza tym, dziś wieczorem urządzam ucztę, na którą zapraszam tych, którzy pełnili wcześniej ważne funkcje w pałacu... Dobrze byłoby, gdyby pojawił się tam również ktoś mniej przeciętny i bardziej godny zainteresowania od nich wszystkich...- uśmiechnął się książę.
Chwilę później, karoca została postawiona na kołach. Drugiego konia udało się pracownikom szlachetnie urodzonego znaleźć w lesie i zmusić do posłuszeństwa. Amir i Nadim, za zaproszeniem jasnowłosego, wsiedli do środka karety, zajmując jednak miejsce dwóch strażników przyszłej jego wysokości. Książę kazał im dostać się do pałacu na piechotę, co wprawiło potomka wilków w zdumienie, u Amira natomiast wywołało jedynie pełen politowania uśmiech. Jasnowłosy usiadł naprzeciwko nich. Obok Amira i Nadima usiadł Sedric, a przy przyszłym królu jeszcze dwóch strażników. Ruszyli w dalszą drogę.
-Mówiłeś, że jesteś potomkiem wilków...?- upewnił się książę, wpatrując w potomka wilków.
-Tak, panie.
-Skąd pochodzisz?
-Mieszkamy w lasach, w pobliżu królestwa Alitis...- odpowiedział Nadim, uśmiechając się do swojego rozmówcy. Amir przysłuchiwał się temu w zupełnym milczeniu, niepytany o zdanie i niezbyt chętny do uczestnictwa w rozmowie.
-Więc jest was więcej...?- przyszły władca wydawał się być tym zafascynowany.
-Owszem...- potwierdził z lekkim zakłopotaniem potomek wilków.- Niewiele więcej, ale tak.
-I wszyscy wyglądacie... W taki sposób...?- dopytał, spoglądając na uszy Nadima.
-Tak, panie.
-Niesamowite...- skwitował to mężczyzna, nie odrywając od Nadima wzroku.
Ten wyraźnie nie wiedział, jak się w tej sytuacji zachować.
-Dlaczego nazywacie siebie potomkami wilków?- pytał dalej arystokrata.
-To wynika z naszego pochodzenia i historii, panie. Bardzo długiej historii...- odparł wymijająco Nadim.
-Liczę na to, że dziś wieczorem ją usłyszę...- jasnowłosy uniósł kąciki ust, w czymś, co raczej nie przywodziło na myśl uśmiechu.- Oczywiście mam nadzieję, że będziecie mi jeszcze towarzyszyli w czasie koronacji... Nie ukrywam, że to dla mnie ważny dzień... Władza ponownie znajdzie się w rękach mojego rodu, co z pewnością wyjdzie wszystkim na dobre.
-Ponownie...?- podchwycił Nadim, nie rozumiejąc, o czym mowa.
Książę skinął powoli głową.
-Moja rodzina rządziła tym królestwem przed laty, ale została stamtąd wygnana na skutek pewnych okoliczności. Na tronie zasiadł ktoś inny i długo dzierżył władzę. Ale niedawno syn uzurpatora zmarł bezpłodnie i dostałem okazję, by odzyskać to, co mi się należy...
Karoca wreszcie zatrzymała się przed zamkiem. Amir nie miał okazji widzieć, którędy przejeżdżali, bo okna karety były zasłonięte. Wysiedli i ruszyli do ogromnej budowli, która z zewnątrz wydawała się być już wiekową i mocno zaniedbaną. Wnętrze jednak nie sprawiało podobnego wrażenia. Ogromne wrota otworzyły się przed księciem i jego goście ruszyli za nim długim, pięknie ozdobionym holem, w którym zgromadzili się służący, kłaniając się nisko przechodzącemu panu. Ci, którym Amir zdążył się przyjrzeć, patrzyli na przyszłego władcę z uwagą i fascynacją. Ruszyli po schodach na górę. Od środka zamek był w bardzo dobrym stanie, czysty, zadbany i bogato wyposażony, choć sam książę stwierdził z lekkim obrzydzeniem, że będzie musiał wprowadzić w nim wiele zmian.
-Oddajcie mi broń- zażądał Sedric, zatrzymując przy sobie książęcych gości.
-Po co te nerwy, Sedricu...?- zwrócił się do niego przyszły monarcha.
-To kwestia bezpieczeństwa, książę- powiedział z naciskiem strażnik, jakby chciał dodać: „twojego bezpieczeństwa”.
W odpowiedzi na to, pełen politowania, drwiący uśmiech wpełznął na wargi arystokraty.
-Czyń jak uważasz...- stwierdził kpiącym tonem.
Amir z cieniem irytacji pomyślał sobie, że gdyby ktoś raz dał księciu porządną nauczkę, może ten na przyszłość podchodziłby do pracy tych, którzy chronili jego tyłek nieco mniej lekceważąco. Z jeszcze większym cieniem irytacji, by nie rzec wręcz, że z wściekłością, rozstał się ze swoim orężem. Nadim oddał łuk, o nożu nie wspominając jednak ani słowem. Sedric zapewnił ich, że gdy tylko opuszczą królewskie włości, wszystko zostanie im zwrócone. Książę zostawił swoich gości w jego rękach, a sam udał się do komnat. Szorstki i raczej niezbyt przyjaźnie nastawiony, trudno powiedzieć, czy do Amira i Nadima, czy raczej do lekkomyślnych kaprysów przyszłego monarchy, strażnik zaprowadził ich do ogromnego pomieszczenia, w którym znajdowały się dwa wielkie łoża, liczne komody i szafy, potężne lustro i kosz, w którym jak na wyciągnięcie ręki, leżała drogocenna biżuteria i różnego rodzaju ozdoby. Oznajmił, że „odpowiednie” stroje znajdą w szafie, a gdyby mieli problemy, powinni się do niego zwrócić. Oświadczył również, że woda za chwilę będzie gotowa i wskazał im drzwi, które prowadziły do łazienki. Pod ich drzwiami postawił dwóch strażników, a sam odszedł, chyba przywołany do siebie przez księcia, bo zdecydowanie nie wyglądał na zadowolonego z faktu, że musi pozostawić gości samym sobie.
-Pójdę wziąć kąpiel- poinformował kompana Amir, paradoksalnie bardziej chyba zmęczony przejażdżką w towarzystwie nierozsądnego księcia niż wcześniejszą wędrówką.- Jeśli mamy się pojawić na tej uczcie, powinniśmy wyglądać przyzwoicie- dodał, patrząc znacząco na Nadima.
Ten uśmiechnął się szeroko.
-Zawsze wyglądam przyzwoicie- odparł żartobliwie i były to słowa nieprzyzwoicie zgodne z prawdą.
Nadim wyglądał po prostu... Ach. Amir wstrzymał się od komentarza, kwitując słowa towarzysza uśmiechem i wyszedł z pomieszczenia, po czym wszedł w drugie z kolei drzwi, prowadzące do łazienki. I wtedy zdumiał się po raz pierwszy. Nie był pewien, czy rzeczywiście można było nazwać to łazienką. Bardziej łaźnią. Zbiornik na wodę był ogromny. Zmieściłby się tam bez trudu nie tylko z Nadimem, ale zapewne i z całym zastępem strażników królewskich, choć takie orgie raczej nie przychodziły mu na myśl. Rozebrał się, a następnie wszedł po kamiennych stopniach do wody, czując, jak ta obmywa najpierw jego kostki, sięga kolan, aż wreszcie zanurzył się w niej do pasa. O bogowie, jak było mu dobrze! Mył się powoli, skoncentrowany na rozkoszowaniu się przyjemnym chłodem przejrzyście czystej wody. Zanurkował. Przepłynął kawałek, opierając się o drugą krawędź zbiornika. Zanurzył swoje długie włosy. Aż jęknął głucho w duchu, uświadamiając sobie, że powinien się pospieszyć, by Nadimowi starczyło czasu. Uśmiechnął się lekko na myśl miny, jaką zrobi jego kompan, gdy zobaczy to wszystko. Na pewno będzie pod wrażeniem.
Po jakimś kwadransie, Amir zmusił się wreszcie, by wyjść. Owinął się jednym z naszykowanych ręczników wokół pasa i wycisnąwszy jeszcze z mokrych włosów nieco wody, ruszył z powrotem do pokoju, zabierając ze sobą brudne i znoszone ubrania. Wszedł do pokoju, w którym się zatrzymali. Uśmiechnął się lekko do potomka wilków, który najwyraźniej niecierpliwie wyczekiwał jego powrotu.
-Zajrzyj do szafy- rzucił wesoło.- W życiu nie widziałem tylu ubrań!- dodał przejęty, po czym wyszedł z sypialni.
Amir za jego namową, zerknął do środka. Wewnątrz wisiało kilkanaście, a może i kilkadziesiąt rozmaitych strojów, zapewne uszytych na różne miary. W dolnej szufladzie znajdowało się wiele par butów. Mężczyzna uśmiechnął się, rozbawiony zdumieniem kompana i zamknął drzwiczki. Przejrzał kolejne szafki i szuflady, które łaskawy i nazbyt hojny, aczkolwiek uspokajająco ekscentryczny, książę pozostawił do ich wyłącznej dyspozycji. Wytarłszy się dokładnie, znalazł to, co na niego pasowało i wdział na siebie odpowiednie ubranie. Następnie wziął grzebień i usiadł przed lustrem, usiłując doprowadzić do porządku rozczochrane włosy, które dawno już nie miały do czynienia z takimi luksusami. Jęknął boleśnie, gdy wsadziwszy grzebień we włosy, wykonał pierwsze szarpnięcie. Jeden z zębów się ułamał. Amir wyjął go ze swoich kosmyków i westchnął ciężko.
W pokoju pojawił się Nadim, tak jak spodziewał się mężczyzna, mocno podekscytowany.
-Niesamowite! Nigdy nie widziałem takiej wielkiej wanny!- rzucił z uśmiechem.- Czemu mnie nie zawołałeś...? Przecież mogliśmy się tam zmieścić obaj.
Amir zaczął się śmiać, ale jego śmiech szybko ucichł, gdy tylko okrutna i niepohamowana wyobraźnia podsunęła mu bardzo krępujące obrazy.
-Powiedziałem coś niestosownego...?- Nadim uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu.
-Nie bardziej niż zwykle- uciął Amir, woląc się nad tym nie zastanawiać.
Powrócił do rozczesywania włosów, co nie było szczególnie przyjemne, zważywszy na to, od jak długiego czasu tego nie robił. Nadim rozglądał się po pomieszczeniu, po czym podszedł wreszcie do mężczyzny. Amir zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku sądząc, że ten czegoś od niego chce. Potomek wilków stał chwilę nad towarzyszem, po czym przesunął palcami wzdłuż pasma jego włosów.
-Wy, ludzie, macie takie ładne włosy...- powiedział nagle, wywołując u Amira rumieniec.- Miękkie.
-Twoje byłyby takie same, gdybyś częściej je rozczesywał...- odkaszlnął nerwowo mężczyzna.
-Wcale nie. Moje są takie... szorstkie i... nieprzyjemne...- Nadim zaśmiał się, chyba nie potrafiąc znaleźć odpowiednich określeń.- A twoje takie delikatne. Mogę...?- zapytał, dotykając dłoni mężczyzny, w której ten trzymał grzebień.
O, bogowie. Jeśli ktokolwiek zechce jeszcze zarzucić Amirowi brak cierpliwości czy opanowania, niech wie, że absolutnie nie ma racji.
-Jeśli chcesz...- odparł z pozorną obojętnością, podając grzebyk potomkowi wilków.
Ten uśmiechnął się do niego serdecznie i sam zaczął rozczesywać jego włosy. O dziwo, robił to chyba o wiele sprawniej, a przynajmniej i nieco subtelniej niż Amir. A może mężczyzna był tak pochłonięty jego bliskością, niemalże sparaliżowany i żadne inne bodźce po prostu do niego nie docierały...? Nadim czesał go dość długo i powoli. Wreszcie chwycił za rzemyk naszykowany wcześniej przez kompana i przewiązał jego włosy, dokańczając dzieła. Uśmiechnął się wesoło do siedzącego przed nim towarzysza. I nagle...
… BOGOWIE.
Amir mógł wytrzymać wszystko. Naprawdę. Mógł wytrzymać jego dwuznaczne gesty, nieostrożne słowa, które w kontekście myśli, wyobrażeń i marzeń mężczyzny, nabierały bardzo dziwnego znaczenia, ale to było wręcz niewyobrażalne. I chyba tylko szok wywołany sytuacją sprawił, że mężczyzna nie zareagował w jakiś gwałtowniejszy i zdecydowanie nieodpowiedni sposób. Ponieważ Nadim nachylił się nad nim raz jeszcze i przesunął lekko nosem po jego szyi, wywołując u mężczyzny dreszcz.
-Ładnie pachniesz- stwierdził potomek wilków, uśmiechając się serdecznie.
Amir spoglądał na niego z szeroko otwartymi oczyma.
-... Po to się kąpałem przecież...- bąknął, kompletnie zdezorientowany.
-Wiem- odparł Nadim ze spokojem, którego mężczyzna szczerze mu zazdrościł.
Amir wziął kilka głębszych oddechów i zadecydował, że trzeba Nadimowi wybrać coś, co ten mógłby ubrać. A z racji tego, że potomek wilków wciąż stał przy nim z ręcznikiem na biodrach... STANOWCZO trzeba było mu wybrać coś, co ten mógłby ubrać. Potomek wilków miał nieco drobniejszą budowę ciała od niego. Mężczyzna wybrał dla niego strój i odwrócił się, czekając, aż ten się przebierze. Nadim skończył i obejrzał się w lustrze.
-Wyglądam prawie jak książę...- stwierdził i zaśmiał się z rozbawieniem.
-Wyglądać możesz, bylebyś nie zachowywał się jak jeden z nich...- odpowiedział łagodnie mężczyzna.
-... czyli nie zachowywał się jak ty?- dopytał potomek wilków z cwanym uśmiechem.
-Nigdy nie twierdziłem, że chciałbym, żebyś zachowywał się jak ja- zauważył Amir.
Teoretycznie czasem wydawało mu się, że gdyby Nadim miał trochę, chociaż troszeczkę więcej rozsądku, nie musiałby się przynajmniej o niego obawiać na każdym kroku i niepokoić, ilekroć ten się oddalał. Zresztą sprowadziło już to na nich niemałe kłopoty. Z drugiej jednak strony, gdyby potomek wilków był równie sceptyczny jak on, zapewne nie mieliby przynajmniej połowy kryształów. Poza tym, kto wie, czy Amir byłby tutaj jeszcze, gdyby miał za towarzysza kogokolwiek innego. Nadim był cudotwórcą, skoro był w stanie skłonić absolutnego niedowiarka do tego, by ten szukał czegoś, czego działania nie rozumiał i co wydawało mu się coraz mniej nieprawdopodobne, a coraz bardziej przerażające.
-Niewygodnie ci, prawda? Z ogonem w środku?- dopytał mężczyzna, spoglądając na potomka wilków z uwagą.
Ten skinął głową.
-Mógłbyś mi pomóc...?- Nadim zaśmiał się cicho, podając kompanowi swój nóż.
Amir przyjął go od towarzysza, siadając na brzegu jednego z łóżek i przyciągając do siebie potomka wilków. Oparł dłonie na jego biodrach, ściągając go na miejsce obok siebie i chwycił za pas spodni, odsuwając nieco materiał od ciała Nadima.
-Nie mów temu człowiekowi, że też jestem księciem- powiedział do potomka wilków, zajęty niezbyt umiejętnym majstrowaniem nożem przy jego spodniach.
-Wiem. Już mi mówiłeś, że władcy są dziwni, a ich zachowania niezrozumiałe. Ale jesteśmy wreszcie w tym zamku. Sądzisz, że są tu kryształy...? Albo coś związanego z nimi...?
-Bo ja wiem...?- mruknął Amir i w tym momencie, jednym nieudolnym cięciem, rozciął spodnie towarzysza.
Zachichotał niepohamowanie, opierając czoło o jego plecy.
-Spadną, jak tylko wstanę, prawda?- zawtórował mu Nadim.
-Taaak... Zdejmij je, zaraz znajdę ci coś innego...
Niedługo później obaj byli już gotowi. Czekali cierpliwie na znak tego, który ich zaprosił i rzeczywiście, niecałą godzinę później, do pokoju zapukał sam Sedric w towarzystwie innego strażnika i tonem już spokojniejszym niż wtedy, gdy widzieli się po raz ostatni oznajmił, żeby poszli za nim. Zostali zaprowadzeni do ogromnej sali, wypełnionej ludźmi. Cztery pokaźnej długości stoły, zostały ułożone obok siebie w taki sposób, by tworzyły prostokąt. Wewnątrz niego, na podłodze rozłożone były maty i poduszki, na których kłębiły się młode dziewczęta i chłopcy. Grali na instrumentach, całowali się i pieścili wzajemnie na polecenie gości, albo zajmowali się nimi osobiście. Amir patrzył na to wszystko z dystansem. Przyszły król najwyraźniej nie ukrywał się wcale ze swoimi skłonnościami. Usiedli na wyznaczonych dla nich miejscach. Niedługo później pojawił się książę, na którego widok, wszyscy obecni podnieśli się natychmiast.
-Cieszę się, że tak licznie przybyliście...- zwrócił się do swoich gości, zmierzając powoli w kierunku wyznaczonego dla niego miejsca. Zatrzymał się przed nim i oparł dłonie na krześle. Amir dostrzegł, że wciąż miał na sobie rękawiczki, chociaż w pomieszczeniu było dość ciepło.- Nie mam wam zbyt wiele do powiedzenia. Moment, w którym ostatni z członków mojej rodziny, zmuszony był opuścić te ziemie, był momentem absolutnego upadku porządku w tym kraju... Ale fakt, że pojawiam się tutaj po latach, świadczy o tym, że nadszedł czas zmian. I ten porządek z pewnością zostanie przywrócony.
-Oby, książę!- jeden z gości odsunął się od stołu, przerywając przemowę przyszłego monarchy. Amir nie był pewien, kim był ten człowiek, ale skoro pozwolił sobie na podobną śmiałość, musiał być arystokratą, może doradcą, bądź też innym, cenionym członkiem dworu.- Ale czy możemy ufać na słowo tym, którzy przybywają do nas i rzucają takimi obietnicami...? Tym, którzy zamiast działać od razu, wydają takie przyjęcia...?- rzucił z pogardą, spoglądając na Sinistra, którego wyraz twarzy nie zmienił się ani przez chwilę.
-Jak ci na imię, panie?- zwrócił się do mężczyzny.
-Elinius, książę- mężczyzna skłonił się tak, jak wypadało.
-Strasznie mało rozrywkowy z ciebie człowiek, Eliniusie...- na wargach przyszłego króla pojawił się niemalże pobłażliwy uśmiech. Kilkunastu zebranych zaśmiało się na te słowa.- A ja bardzo nie lubię nudnych ludzi.
I ten śmiech zamarł im na ustach, ledwie książę wypowiedział swoje kolejne słowa, wciąż z tym samym, niezmiennym uśmiechem, z lodowatym spojrzeniem, wbitym wprost w tego, do którego się zwracał. I sam Elinius wydawał się nagle podupaść na swojej odwadze, słysząc tę niebezpośrednią groźbę, ten jad, czający się w pozornie spokojnym głosie następcy tronu.
-O co chodzi?- zapytał szeptem Nadim, gdy Elinius ukłoniwszy się niżej niż wcześniej, przeprosił króla za to, że ośmielił się mu przerwać i zajął swoje miejsce, cichy i wyraźnie zaniepokojony.
Amir pokręcił głową, nie chcąc mu teraz tego wyjaśniać.
-... A więc bawcie się...- rzucił książę, zajmując swoje miejsce.
Pozostali uczynili to samo, nagradzając swojego przyszłego władcę brawami i wtedy uczta zaczęła się na dobre. I nie było w niej miejsca na nich innego, jak tylko picie, jedzenie i zabawianie się z różnej płci prostytutkami. Amir zachowywał się wstrzemięźliwie. O dziwo, Nadim również. Niepomierne zdumienie i pewną dozę radości, wywołał u jego kompana fakt, że potomek wilków, po raz pierwszy chyba, wydawał się być wcale niezainteresowany urodziwymi młódkami, które prężyły się na środku albo przemykały pomiędzy gośćmi. Raczej nie wpisywało się to w jego standard zachowań. Właściwie sprawiał wrażenie trochę przytłoczonego i zdezorientowanego. Amir spojrzał w stronę następcy tronu. Zauważył, że ten wcale nie korzysta z dobrodziejstw, jakie zapewnił swoim gościom. Z brodą opartą o splecione dłonie, przyglądał się z uwagą ich zachowaniom. W pewnym momencie spojrzał wprost na Amira. Ich oczy spotkały się na dłuższą chwilę. Lekki uśmiech wstąpił znów na twarz następcy tronu, który zaraz odwrócił się i szepnął coś do swojego służącego. Ten podszedł do nich wkrótce i zapytał Nadima, czy ten zechce podejść do króla. Oczywiście, jeśli w takiej sytuacji jest mowa o „prośbie” i „pytaniu”, oczywistym jest, że raczej jest to rozkaz, a na odmowę nie ma miejsca.
-No to idę...- westchnął cicho potomek wilków. Uśmiechnął się do kompana w dziwny sposób, po czym podniósł i ruszył w stronę księcia.
Amir powiódł za nim zdumionym spojrzeniem. Nadim był istotą otwartą i bardzo towarzyską. W dodatku cokolwiek naiwną i lubiącą ludzi, którzy interesowali się historią jego i jego plemienia. Tym bardziej mężczyzna nie do końca rozumiał fakt, że potomek wilków wydawał się być raczej zaniepokojony.
Amir nudził się przy stole bez swojego kompana. W pewnym momencie zobaczył Sedrica, który stał przy wejściu, bacznie obserwując zabawę. Amir uznał, że to dobry moment, żeby dowiedzieć się paru spraw. Podniósł się i ruszył w jego kierunku.
-O co chodzi...?- zapytał Sedric, spoglądając na niego z uwagą.
-Służysz członkom rodu księcia?- rzucił Amir, zainteresowany tą kwestią.
Strażnik pokręcił głową.
-Nie. Jestem najemnikiem- wyjaśnił. Amir zmarszczył brwi. Zazwyczaj wysoko postawione osoby lubiły otaczać się zaufanymi ludźmi, szczególnie biorąc pod uwagę ich nieustanną paranoję, która podpowiadała im, że każdy marzy o tym, by ich zamordować. Chociaż w przypadku Sinistra raczej nie można było mówić o czymś podobnym.- Książę wynajął mnie kilka dni po tym, jak dowiedział się, że zostanie władcą. Chciał, abym mu towarzyszył.
-Pozostałych również wynajął...?- dopytał mężczyzna.
-Owszem.
-To dość dziwne, że przyszły monarcha otacza się ledwie garstką żołnierzy- zauważył Amir. Ta sala chroniona była marnie. Doliczył się ledwie kilku strażników, podczas gdy na przeciętnym dworze, przy równie licznej zbieraninie, byłoby ich przynajmniej kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset.
-Jak widać mój pan lubi prowokować niebezpieczne sytuacje. Moja głowa w tym, by próbować im zaradzić- odparł gładko Sedric, choć i on zdawał się być zdezorientowany sytuacją, w której się znalazł.
-Dlaczego jego rodzina została wygnana z tego królestwa?- pytał dalej Amir.
-Nie mam pojęcia. Nie pochodzę stąd, a przodkowie księcia chyba rządzili tu przed kilkudziesięcioma laty, jeśli nie dawniej. Pozostało po nich parę legend i opowiastek, nic godnego uwagi. Wiem tylko, że odkąd stracili władzę, kraj kilka razy przechodził wojnę domową. O resztę zapytaj księcia.
Amir uśmiechnął się tylko, po czym odruchowo odwrócił się w stronę przyszłego monarchy. I w tym momencie skamieniał. Sinister obejmował jednym ramieniem Nadima, wolną dłonią chwytając potomka wilków za szyję i usiłując przyciągnąć go do siebie. Wyraźnie niezadowolony z tego faktu Nadim, próbował się odsunąć, na tyle subtelnie, na ile było to możliwe.
-Co on wyrabia...?- zapytał z osłupieniem Amir.
Sedric milczał, również spoglądając w tamtą stronę, wyraźnie zniesmaczony.
-Przyłożę mu...- warknął z wściekłością Amir, wyrywając się do przodu.
Książęcy strażnik chwycił go mocno za ramię, zatrzymując.
-Straciłeś rozum...?- rzucił bez zrozumienia.- To obecny władca, powstrzymaj emocje!
-Przyłożę mu tak czy inaczej!- Amira było w tej chwili stać na wiele, ale na pewno nie na powstrzymanie emocji. I pewnie zrobił by to, co powiedział, o ile nie zostałby wcześniej pojmany, ale gdy odwrócił się w stronę przyszłego króla po raz wtóry, Nadima już przy nim nie było.
Amir rozejrzał się po sali. Zauważył potomka wilków, wychodzącego na zewnątrz. Ruszył szybkim krokiem za nim, nie oglądając się już na Sedrica ani pozostałych. Udało mu się dogonić kompana dopiero przed drzwiami ich sypialni. Weszli obaj do środka. Amir zatrzasnął za nimi drzwi.
-Czego on od ciebie chciał, co...?- warknął, spoglądając na Nadima z uwagą.
Potomek wilków był wyraźnie zakłopotany całą sytuacją. Uśmiechnął się wymuszenie i wzruszył ramionami, jakby chciał dać towarzyszowi do zrozumienia, że nic się nie stało.
-Bo chyba nie rozmawiać na temat waszej historii...?- dopytywał dalej mężczyzna, z trudem utrzymując pozorny spokój.
-Raczej nie- potwierdził oszczędnie potomek wilków.
Wargi Amira zadrżały ze złości. Zacisnął je mocno, czując, jak rozpiera go gniew. Przeklęty książę, co on sobie wyobrażał?! Chociaż Amir już dobrze wiedział, co! Głupiec, sądził, że wolno mu wszystko i nikt nie ośmieli się stanąć na jego drodze. I może tak rzeczywiście było i nikt rozsądny by tego nie robił. Ale w takich chwilach jak ta, Amir tracił zdrowy rozsądek na rzecz czegoś innego. I nie była to zazdrość o jego towarzysza.
-Zdaję się, że książę ma podobne gusta do ciebie- stwierdził cicho.
-Nic ci nie zrobił...?- Amir spojrzał na kompana z troską.
Nadim uśmiechnął się lekko.
-Nic a nic- zapewnił przyjaciela.- Nie musisz się przejmować.
-Nie muszę się przejmować?!- powtórzył z niedowierzaniem mężczyzna i aż prychnął ze złością. Odsunął się od towarzysza i ruszył wzdłuż pomieszczenia, nie mogąc pohamować emocji. Potomek wilków powiódł za nim zdumionym spojrzeniem.- Co on sobie wyobraża, co?! Wydaje mu się, że może się do ciebie bezkarnie dobierać?! Nic z tego!
-Nie pozwolę na to, żeby ktoś się do mnie dobierał- odpowiedział dobitnie potomek wilków. Amira jednak nie dziwiła jego kompletna dezorientacja i lekka bezradność. Zapewne pierwszy raz zetknął się z czymś podobnym.- Amir, uspokój się.
-Jak mam być spokojny?!- wykrzyknął mężczyzna, zatrzymując się gwałtownie.
Nie mógł wyrzucić tego obrazka ze swoich myśli. Opierający się, odsuwający Nadim i on, ten przeklęty zuchwalec, przyciągający go do siebie, trzymający mocno z drwiącym, rozbawionym uśmieszkiem wymalowanym na tych bezbarwnych, beznamiętnych wargach... Gdyby tylko zorientował się wcześniej...! Z jaką radością starłby mu ten uśmieszek z twarzy!
-Nic wielkiego się nie stało!- próbował go przekonać Nadim.- Odmówiłem i tyle!
-Taaak, doskonale widziałem to „tyle”!- wysyczał przez zęby mężczyzna.- Jakoś nie wyglądał na kogoś, kto zamierza łatwo zrezygnować!
-Bo nie zamierzał- potwierdził potomek wilków.- Ale raczej nie pozostawiłem mu złudzeń.
-Ja też bym ich nie pozostawił...- mruknął mściwie człowiek.
-Amir, co ty opowiadasz!- skarcił go jego kompan.- Nie możemy sobie pozwolić na żaden skandal, to przecież władca!
-Nie obchodzi mnie kim jest!- wybuchnął Amir, podchodząc do towarzysza i chwytając go za ramiona.- Zabiję go, jeśli dotknie cię jeszcze raz! Zabiję!
I dopiero, gdy zobaczył minę Nadima, zrozumiał, że powiedział zbyt wiele. Potomek wilków spoglądał na niego z osłupieniem. Domyślił się...? Bogowie. Amir odwrócił wzrok, spłoszony i zakłopotany. Poczucie wstydu ścisnęło jego gardło. Odsunął się szybko. Przez chwilę obaj nie odzywali się wcale, Amir licząc po cichu na to, że może sytuacja nie jest tak beznadziejną, jaką mu się wydawała, Nadim chyba wciąż zbyt mocno zdumiony, by powiedzieć cokolwiek. Ale wreszcie z ust potomka wilków wyrwało się ledwie słyszalne i pełne wątpliwości:
-Amir...?
Mężczyzna czuł, jak jego kompan spogląda na niego z wyczekiwaniem. Oczekiwał wyjaśnień, to przecież oczywiste. Amir potarł skronie w nerwowym geście, usiłując wycisnąć z siebie choćby słowo wytłumaczenia, ale nie był w stanie.
-Amir...?- powtórzył Nadim już nieco głośniej, przysuwając się do kompana.
-O co chodzi...?- mężczyzna starał się zachować twarz i udawać, że nie wydarzyło się nic szczególnie godnego zainteresowania, że wcale nie posunął się zbyt daleko w swoich słowach.
-Chcesz... Chcesz mi coś powiedzieć...?- potomek wilków sprawiał wrażenie strasznie zdezorientowanego i niepewnego.
Amir odetchnął płytko.
-Posłuchaj...- zaczął głosem drżącym od paniki.- To nie jest teraz ważne... Niedługo zacznie się koronacja... Na pewno po nas przyjdą... Prześpij się, póki czas... A później... Trzeba się stąd wynieść... To przede wszystkim... Prześpij się, ja... Wrócę na chwilę na salę i... Trzeba się wynieść... Tak... Przepraszam...- rzucił, nie mogąc już wytrzymać wzroku kompana i wyszedł szybko z sypialni.
Odszedł kawałek dalej i oparł się całym ciężarem ciała o ścianę, zakrywając usta dłonią. Jak mógł tak łatwo się zdradzić...! Przecież bez problemu ukrywał to tyle czasu! Przecież nie był zazdrosny, nie reagował w żaden sposób, gdy widział Nadima z kobietami, nie wściekał się... Ale to była zupełnie inna sytuacja. Miał pozwolić, by ten drań zachowywał się tak w stosunku do jego towarzysza...? Nigdy w życiu. Ale gdyby potrafił się choć trochę opanować, zastanowił się nad swoimi słowami... Bogowie, co on teraz zrobi? Jak mu to teraz wyjaśni? Przecież Nadim już nigdy nie spojrzy na niego tak, jak wcześniej!
Nie rozmawiali o tym ze sobą aż do czasu koronacji Sinistra. Wewnątrz pomieszczenia, w którym odbywała się uroczystość, było bardzo mało ludzi, a tych arystokratów, z którymi świętowali wczoraj, zdawało się brakować. Oficjalna część koronacji była krótka i niezbyt interesująca. Sinister otrzymał koronę, zasiadł na tronie, powiedział coś równie mało istotnego jak na początku uczty, po czym pozdrowił zgromadzonych i nakazał im się udać na spoczynek. Amir próbował skontaktować się z Sedricem, ten jednak był zajęty. Zwrócił się więc do innego ze strażników, prosząc go, aby przekazał nowemu królowi, że chcieliby odejść, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wściekły i rozdrażniony, wrócił razem z Nadimem do sypialni.
-Do diabła z tym wszystkim...- mruknął pod nosem Amir, gdy tylko znaleźli się w środku.- Co teraz zrobimy...? Ani śladu kryształu, a ten dureń...
-Amir, możemy porozmawiać?- przerwał mu potomek wilków.
Mężczyzna zerknął na niego ukradkiem. Wiedział dokładnie, czego będzie dotyczyła ta rozmowa i z całej siły starał się tego uniknąć, mówiąc o czymś innym, ale jak widać, Nadim potraktował to poważnie.
-O czym...?- zapytał, jakby rzeczywiście nie miał pojęcia.
-O tym, co wczoraj powiedziałeś...- odpowiedział potomek wilków, spoglądając na niego z pełną powagą. A pełną powagę Nadim zachowywał stosunkowo rzadko.
-To teraz ważne...?- rzucił, ale widząc spojrzenie kompana, zdecydował się odpowiedzieć.- Posłuchaj, wiem, że trochę się uniosłem, ale nie powinieneś się temu dziwić...- wyrecytował niemalże wyjaśnienie, które przygotował sobie już wcześniej.- Dobierał się do ciebie jakiś mężczyzna, z którym nie chciałeś mieć nic do czynienia... To obrzydliwe i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, po prostu mnie to zdenerwowało.
-I to... wszystko?- dopytał znacząco potomek wilków.
Amir przełknął nerwowo ślinę, siląc się na obojętność.
-Owszem.
-Naprawdę, Amir?- jego kompan nie dawał za wygraną.- Tylko o to chodziło?
-”Tylko”?- powtórzył mężczyzna, śmiejąc się wymuszenie.- Moim zdaniem to aż za dużo. Sam dobrze wiem, jakie to nieprzyjemne.
-Rozumiem...- stwierdził cicho Nadim, skinąwszy głową.
Amir miał jednak szczerą nadzieję, że wcale tak nie było, bo gdyby Nadim rzeczywiście rozumiał, sytuacja zdecydowanie wymknęłaby się spod kontroli. Potomek wilków wciąż nie odrywał od towarzysza przenikliwego spojrzenia, by zacząć po raz kolejny:
-Amir, wiem, jakie masz preferencje... I spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu... Więc...- Nadim zawahał się wyraźnie.- Więc jeśli jest coś, z czego powinienem zdawać sobie sprawę, a...
-O czym ty mówisz, Nadim?- przerwał mu gwałtownie mężczyzna czując, że jeśli ten powie choćby słowo więcej, nie pozostanie mu nic innego, jak tylko całkowicie się zdradzić. Źle znosił spojrzenie kompana, choć przecież nie widział w nim ani obrzydzenia, ani poirytowania. Źle znosił ton jego głosu, chociaż potomek wilków mówił cicho i spokojnie, bez żadnych emocji, które dałoby się wykryć. Amirem za to emocje targały i wiele go kosztowało, żeby je w sobie ukrywać.- Wydaje ci się, że ja... w tobie...?- znowu zmusił się do tego, by wybuchnąć śmiechem, który zabrzmiał bardzo nieprawdziwie i nieprzyjemnie.- Nie żartuj... Przecież my... To znaczy... Jesteś potomkiem wilków, a ja człowiekiem!- parsknął z udawanym rozbawieniem, jednak jego towarzysz wciąż był poważny.- Nigdy w życiu bym nie... A poza tym, znasz moje poglądy!
-Twoje poglądy się zmieniły- zauważył jego kompan.
-Nie aż tak bardzo! Daj spokój, chyba żartujesz!- Amir uśmiechnął się pobłażliwie, chociaż w tym samym czasie czuł się tak, jakby coś rozrywało go od środka.- Zależy mi na tobie, jesteś moim przyjacielem.- i było to chyba jedyne zdanie, pośród całej tej gamy kłamstw, które było zgodne z prawdą.- Ale nic poza tym! Nie wiem, skąd w ogóle przyszło ci do głowy coś takiego!
-Amir, gdyby coś się zmieniło... Po prostu chciałbym wiedzieć- szepnął potomek wilków.
-Ale nic się nie zmieni! Nic się nie zmieni, Nadim!- odparł stanowczo mężczyzna.
Był nerwowy, nie potrafił tego w żaden sposób ukryć, zdradzały go wypowiadane zbyt głośno słowa, chaotyczne gesty, niecierpliwość... Gotów byłby zrobić wszystko, byle tylko Nadim mu uwierzył. Nie potrafił sobie wyobrazić tego, co działoby się, gdyby potomek wilków wiedział. Amir był pewien, że ten starałby się zachowywać naturalnie i nie robił by mu z tego powodu wyrzutów, ale co z tego? Mężczyzna nie chciał takiego układu. Chciał, by między nimi wszystko było jak dawniej i zamierzał zrobić co w jego mocy, by tego nie zniszczyć.
Przez chwilę Amirowi wydawało się, że potomek wilków zapyta o coś jeszcze. Ale po chwili ciszy, Nadim skinął powoli głową i stwierdził jedynie:
-W porządku.
Po tej rozmowie chyba żaden z nich nie wiedział, co ze sobą zrobić. Amir usiadł na swoim łóżku, Nadim na swoim i tak trwali w ciszy, obaj zapewne równie świadomi tego, że po raz pierwszy od bardzo dawna, coś między nimi nie było jasne. I tak być musiało. Były sprawy, które należało wyjaśniać od razu i sprawy, o których nie powinno się mówić głośno i to była właśnie tego rodzaju sprawa. Amir wiedział o tym doskonale.
W pewnym momencie potomek wilków wstał i wyszedł z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi. Amir dobrze wiedział, z jakiego powodu. Ciężko było wytrzymać w tej napiętej atmosferze i pewnie gdyby jego kompan nie opuścił sypialni pierwszy, on by to zrobił. Położył się na łóżku i zakrył twarz dłońmi, oddychając głęboko i usiłując się uspokoić. Coraz trudniej było mu trzymać emocje na wodzy przy swoim ogoniastym towarzyszu. Musiał sobie z tym jakoś poradzić. Ale ta cienka granica, która zdawała się wyznaczać zauroczenie, bo tak Amir nazywał to, co czuł do Nadima, wydawała mu się nagle umykać i nie potrafił jej już odnaleźć, ani uporządkować swoich rzeczywistych odczuć. Być może nieświadomie posunął się już zbyt daleko. A może to w ogóle nie zależało od niego i wszystko wokół doprowadziło do takiego, a nie innego stanu rzeczy. To niczego nie zmieniało. Nie mógł się przecież przyznać potomkowi wilków do czegoś tak abstrakcyjnego!
Trochę spokojniejszy niż wcześniej, podniósł się w końcu i zdecydował się poszukać Nadima. Wyszedł z pomieszczenia i przeszedł się długim korytarzem, pozbawionym choćby jednego strażnika. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tym. Król był jeszcze większym ryzykantem, niż mu się zdawało. Albo wraz z objęciem całkowitej władzy uznał, że absolutnie nic mu nie grozi, chociaż zazwyczaj paranoje monarchów rosły proporcjonalnie do posiadanej przez nich potęgi. Nic mu zresztą do tego. On chciał się wydostać z tego miejsca i nie oglądać więcej na oczy tego, który ich tutaj sprowadził. W pewnym momencie natknął się na Sedrica.
Strażnik oglądał się za siebie nerwowo, nie dostrzegając Amira, który zatrzymał się kawałek dalej, z lekkim zdumieniem obserwując zlęknione zachowanie mężczyzny.
-Sedricu- rzucił głośno.
Strażnik przystanął gwałtownie i spojrzał na niego z przerażeniem. Odetchnął głęboko na jego widok.
-O co chodzi...?- zapytał drżącym głosem.
Amir zmarszczył brwi, wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-Czy mógłbyś poinformować swojego pana o tym, że jesteśmy zmuszeni opuścić jego włości...?- nie odrywał od strażnika uważnego spojrzenia.
Sedric pokręcił głową.
-To nie jest dobry moment.
Amir prychnął cicho.
-Co to niby znaczy...?
-To znaczy, że nie mam teraz czasu- oświadczył nerwowo Sedric, wymijając swojego rozmówcę i ruszając szybkim krokiem dalej.
-Nie możemy tutaj zostać!- krzyknął za nim Amir.- Sedric!
Odpowiedzi nie było. Mężczyzna zacisnął wargi, mocno zdenerwowany. Jeśli trzeba będzie, pójdzie do samego króla. Chociaż biorąc pod uwagę to, jak mocne emocje wciąż wzbudzało w nim to, co zobaczył wczoraj, może nie było to dobrym pomysłem. Westchnął głęboko i zdecydował się wrócić do pokoju, poczekać na Nadima i wspólnie z nim postanowić, co robić dalej. Otworzył raptownie drzwi, omal nie uderzając nimi swojego kompana, który już znajdował się w środku.
-Wróciłeś...- Amir dotknął ramienia stojącego do niego tyłem towarzysza i z lekkim uśmiechem odwrócił go w swoim kierunku. Jednak gdy tylko zobaczył wyraz jego twarzy, uśmiech zastąpił niepokój.- Co się stało...?- zapytał, widząc zupełne oszołomienie i przerażenie kompana.- Nadim...?
-On go zabił...- rzucił potomek wilków, odgarniając włosy z czoła w nerwowym geście.
-Kto...?- człowiek zmarszczył brwi.- Kto kogo zabił...?
Potomek wilków złapał się za głowę, jakby sam nie wiedział, co ma powiedzieć. Przymknął powieki i wziął głębszy oddech.
-Nadim, kto kogo zabił?- powtórzył stanowczo Amir, chwytając kompana za ramiona.
-Król!- odpowiedział jego towarzysz.- Po prostu go dotknął! A on jakby... jakby rozsypał się w powietrzu, rozumiesz?
Amir pokręcił niepewnie głową, nie rozumiejąc z tego wszystkiego zupełnie nic.
-O czym ty mówisz...?
-Poszedłem do sali, w której odbywała się koronacja- wyjaśnił chaotycznie Nadim, odsuwając się kawałek dalej. Oparł się plecami o ścianę, oddychając płytko.- Widziałem króla. Siedział na tronie. Przed nim klęczał jakiś mężczyzna, chyba sługa, nie jestem pewien. Sinister go dotknął, a on zginął. Po prostu umarł, rozpadł się, rozsypał w proch!
-Nie rozumiem...
-A sądzisz, że ja rozumiem...?- odparł Nadim, zagryzając nerwowo wargę.- Zdjął rękawicę i po prostu go dotknął. Ot tak. A chwilę później to wszystko się stało. Widziałem to na własne oczy, przysięgam.
-Wiem...- szepnął strapiony mężczyzna.
I wiedział też, że wpakowali się w kłopoty.
Ogromne.

Nocą zbudziło ich zamieszanie na korytarzu. Słyszeli czyjeś okrzyki i biegi. Amir podniósł się natychmiast z miejsca, Nadim również, zaniepokojony tym, co się działo. Ledwie chwilę później do ich pokoju wpadł Sinister.
-Chodźcie!- krzyknął, rzucając mężczyźnie jego miecz, a potomkowi wilków podając łuk.- Potrzebuję was!
Kompani spojrzeli po sobie bez zrozumienia, ale ruszyli za wychodzącym w pośpiechu mężczyzną.
-Co się stało...?- zapytał Amir, ściskając rękojeść w dłoni.
-Ludzie podeszli pod bramy zamku- wyjaśnił nerwowo Sinister.- Szykuje się jakieś powstanie albo inne licho. Nie mam tylu żołnierzy, żeby nad tym zapanować. Zebrałem wszystkich służących i obecnych w zamku, ale nie wiem, czy to wystarczy.
Biegnąc przed siebie, znaleźli się wreszcie w holu. A tam, ku zdumieniu wszystkich trzech mężczyzn, całkowicie spokojny i opanowany, czekał sam król, obserwując zamieszanie i panikę służących, wyposażonych w jakąś lichą, prowizoryczną broń i czekających przed drzwiami na rozkazy Sedrica.
-Panie...- szepnął ze zdumieniem Sedric, spoglądając na nowo koronowanego monarchę.
Ten odwrócił się w jego kierunku. Uniósł brew w pytającym geście.
-Cóż to za zamieszanie, Sedricu...?- zapytał, obejmując wzrokiem Amira i Nadima.- I czemu niepokoi się moich gości...?
-Panie, twoi poddani czekają pod bramami zamku!- odpowiedział natychmiast Sedric.- Nie wiem, ilu dokładnie ich jest, ale podejrzewam, że to kwestia czasu, aż wedrą się do środka. Powinieneś czekać w swojej komnacie albo gdzieś się ukryć.
-Ukryć się...? Sedricu...- ku niezrozumieniu strażnika, władca zaśmiał się pobłażliwie, kręcąc głową.- Dlaczego miałbym się ukrywać...? Skoro mój lud tak bardzo chce się ze mną spotkać, zamierzam uczynić to, co uczynić powinien w tej sytuacji każdy dobry król...
-Panie!- zaprotestował gwałtownie Sedric.
Sinister zdawał się jednak zupełnie na to nie zważać. Kazał otworzyć wrota zamku i przeszedł przez nie, nie prosząc nikogo o towarzyszenie mu. Sedric nakazał zgromadzonym pod drzwiami wyjść i chronić bramy, a sam dobiegł szybko do króla, nie opuszczając go na krok. Amir i Nadim podążyli za nim.
Wściekły tłum kotłował się u bram, usiłując je wyważyć albo przedrzeć się pomiędzy kratami. Wykrzywiali obelżywe hasła, wzywali głośno nowego władcę, by ten miał tyle odwagi i się im pokazał, krzyczeli coś o głodzie i biedzie, przeklinając wszystkich królów.
Człowiek, który wyszedłby do takiego tłumu, musiałby być głupcem. Ale Amir coraz bardziej zastanawiał się nad tym, czy rzeczywiście naiwność i bezmyślność były cechami Sinistra, o co z początku go posądził. Z uwagą obserwował, jak jasnowłosy władca staje niemalże tuż przed bramą, zdawać by się mogło, że właściwie na wyciągnięcie ręki tych, którzy znajdowali się za nią.
-Ja jestem waszym królem!- krzyknął niemalże szaleńczo monarcha.- I jestem tutaj, by zaprowadzić spokój na tych ziemiach! Raz na zawsze!
Jego słowa zostały prawie całkowicie zagłuszone, przez podnoszących swoje okrzyki ludzi. Sinister mówił coś jeszcze, ale podniósł się taki rumor, że nawet ci, którzy stali najbliżej niego, nie byli w stanie tego usłyszeć. Król umilkł więc i powiódł po twarzach stojących najbliżej lodowatym wzrokiem. Jakaś kobieta dostała się do samych bram i starała się trzymanego w dłoniach noworodka przecisnąć przez kraty, spoglądając błagalnie na Sinistra. Władca spojrzał na nią. Uśmiechnął się w sposób, który mógłby wydać się dobrotliwy. Ruszył powoli w jej kierunku, zdejmując z prawej dłoni rękawiczkę. Amir widział przerażenie, które w jednej chwili wstąpiło na twarz Sedrica i potomka wilków. Kobieta wpatrywała się w monarchę z nadzieją, również uśmiechając się do niego, blado, jakby ledwie starczało jej na to sił, jakby rzeczywiście sądziła, że jej dziecko będzie bezpieczne. I w tym momencie, dłoń Sinistra spoczęła na główce dziecka. Przez ułamek sekundy, Amirowi zdawało się, że nie dzieje się zupełnie nic. A później dotarł do niego rozpaczliwy krzyk kobiety i zorientował się, że niemowlę zniknęło. Znieruchomiał, kompletnie zdezorientowany. Widział, jak na wciąż wyciągniętych dłoniach niewiasty spoczywał jakiś szary osad, jakby proch. Tłum nie ucichł, jakby pośród zgiełku i zamieszania, nie zauważył tego, co się wydarzyło. Ale zaraz król dotknął dłoni jednego z protestujących. Chwilę później twarzy następnego. Przeszedł się pewnym krokiem wzdłuż bramy, naznaczając swoim dotykiem tych, którzy byli najbliżej. Ciała dotykanych przez księcia, rozsypywały się w proch,który pokrywał twarze i ubrania ludzi, stojących obok nich. I nagle pełne agresji hasła przerodziły się w jeden, jakby wspólny, donośny wrzask. Ci, którzy stali najbliżej bram i widzieli to, co się wydarzyło, zaczęli cofać się gwałtownie, niemalże tratując stojących za nimi. A później nastała cisza.
-Otworzyć bramy...- nakazał Sinister, tonem absolutnie spokojnym.- Sedricu...?- zwrócił się po chwili, do stojącego nieopodal mężczyzny, sparaliżowanego tym, co przyszło mu ujrzeć na własne oczy.- To jest rozkaz- dodał znacząco monarcha.
Kompletnie osłupiały Sedric, wyznaczył kilku mężczyzn, by ci spełnili polecenie władcy. Gdy tak się stało, król wyszedł za teren zamku. Tłum cofnął się nagle.
-Jestem waszym królem. I jestem tutaj, by zaprowadzić spokój na tych ziemiach. Raz na zawsze- powtórzył monarcha, znacznie ciszej, ale Amir nie miał wątpliwości, że dotarło to do zgromadzonych. Sinister uśmiechnął się lekko, usatysfakcjonowany reakcją, jaką wywołał. Jakiś śmiałek wyszedł z tego tłumu i z donośnym okrzykiem usiłował zaatakować ukoronowanego, ale Sinister był szybszy. Odważnego czekał taki sam los, jak jego poprzedników, co wywołało wśród przybyłych jeszcze większe przerażenie.- Jak mówiłem, usunę z tych ulic wszelki chaos. A każdy z tych, który będzie ten chaos starał się utrzymać, zostanie stosownie ukarany.
Cisza. Tylko taka była reakcja na słowa władcy. Groza, jaką wywołał pośród swoich poddanych, była nie do opisania. Sinister odwrócił się na pięcie, nakazał zamknięcie bram i ruszył niespiesznym krokiem w kierunku zamku. Wszyscy ci ze służących, którzy widzieli co zaszło, przecierali oczy ze zdumienia, albo kulili się przerażeni. Sedric podążył za swoim panem. Amir i Nadim po chwili wahania, ruszyli w ślad za nimi.
Król wszedł do komnaty, w której odbyła się koronacja. Zasiadł na tronie, wciąż nie założywszy na dłoń rękawicy. Sedric stał kawałek dalej, wyraźnie nie wiedząc, w jaki sposób się zachować.
-O co chodzi, Sedricu...?- zapytał kpiąco Sinister.- Wydajesz się być jakiś... blady. Czyżbym nie wspominał ci o moich wyjątkowych umiejętnościach...?
-Nie wspominałeś, panie...- bąknął strażnik.
-Nie...? Wybacz, musiałem zapomnieć w tym roztargnieniu...- rzucił z drwiącym uśmiechem monarcha.- Pewnie chciałbyś wiedzieć, jak takie umiejętności się nabywa...? Otóż, to nie taka prosta sprawa. Najpierw trzeba mieć rodzinę, która rządziła tymi ziemiami przed laty. Następnie ta rodzina musi zawrzeć pakt z pewną istotą, a dokładnie demonem... A później na całą tę rodzinę spada już ten sam, niezwykły dar...- rzucił, sięgając dłonią odzianą w rękawiczkę, po jeden z kwiatów, znajdujących się w koszach stojących przy tronie. Obrócił go pomiędzy palcami, uśmiechając się lekko.- Tak, to niezwykły dar... Chociaż możesz sobie wyobrazić... Moment, w którym poczułem opuszkami palców skórę swojej pierwszej kochanki...- zaśmiał się cicho, przekładając kwiat do drugiej dłoni. Zmarniał, uschnął w jednej chwili, by wreszcie rozsypać się zupełnie.- Tak, moja rodzina zawsze miała głowę do dobrych interesów. Chociaż ja nieskromnie powiem, że przewyższyłem ich wszystkich. Dlatego jestem tutaj. I dlatego postanowiłem jak najszybciej uporządkować wszystkie naglące sprawy. Póki co, proponuję stworzyć w sali, w której ucztowaliśmy, prowizoryczną salę walk...
-Nie rozumiem...- szepnął Sedric.
-Jeszcze nie...?- westchnął ze znudzeniem Sinister.- Chyba sam dobrze widzisz, że nie potrzeba mi zbyt wielu strażników do ochrony. Ani zbyt wielu służących, bo ja, drogi Sedricu, nie muszę ani jeść, ani pić...- stwierdził, wydobywając z kosza jabłko, które w jednej chwili poszarzało w uścisku jego palców i zmniejszyło się, by skończyć jak tamten kwiat.- Doradców i możnych nie potrzebuję tym bardziej, a to oni stanowią zazwyczaj najlepsze widowisko...- okrutny uśmiech pojawił się na twarzy monarchy.
-Chcesz by ze sobą... walczyli...?- dopytał z przerażeniem strażnik.
-Owszem. Rywalizowali. Całe życie to jedna wielka rywalizacja, Sedricu! Rodziny takie jak moja wiedzą o tym najlepiej...- król zaśmiał się lodowato, wdziewając na dłoń czarną rękawiczkę.- Oni będą rywalizować o moje uznanie. I możliwość przeżycia. A przy okazji sprawdzimy ich więzi rodzinne...
-Co masz na myśli, panie...?
-Walczyć będą też ich rodziny. Żony i dzieci... Zobaczymy, jak wielu gotowych będzie do takiego poświęcenia na rzecz kogoś bliskiego. A utrata złudzeń bardzo boli... Szczególnie, gdy słyszy się swoją ukochaną albo potomstwo, wypierające się ciebie w żywe oczy... Skąd ta mina, Sedricu...?- monarcha udał zdumienie.- Nie musisz się obawiać, ciebie to nie dotyczy. Ty zostałeś przeze mnie wybrany, do wykonywania moich poleceń i jak długo będziesz to czynił umiejętnie, nie spotka cię nic złego... A poza tym... przecież nie masz tu rodziny...- król uśmiechnął się złośliwie.
-Pozwól nam odejść!- krzyknął Amir, spoglądając na Sinistra.
Ten skierował na niego wzrok lodowatych oczu.
-Obaj dobrze wiemy, że nigdy nie zamierzałem tego robić- odparł cynicznie, podnosząc się z miejsca.
Ruszył powoli przed siebie, wymijając Sedrica, który zadrżał w tym momencie, a następnie zatrzymał się przy Nadimie.
-Bardzo cenię sobie dobre towarzystwo...- stwierdził, zbliżając się do potomka wilków i dotykając dłonią jego twarzy.- Wydajesz się być jeszcze bardziej nerwowy niż wczoraj...- ocenił monarcha.- Ciekawe dlaczego...? Ty też zastanawiasz się, co by było, gdyby w tej rękawiczce było maleńkie rozdarcie...?
-Precz od niego!- warknął niepohamowanie Amir, odpychając gwałtownie króla i stając przed Nadimem.
-A ty...- monarcha zaśmiał się z rozbawieniem, spoglądając na mężczyznę.- Tobie udało się mnie doskonale oszukać! Zmyliły mnie z początku te łachmany, ale mamy ze sobą sporo wspólnego, prawda...? Pochodzisz ze szlacheckiej rodziny, to pewne. Twój sposób mówienia, poruszania, zachowanie przy stole... Zresztą, to widać od razu. Pewnie wiedziałbym zaraz, gdybym tylko dotknął twojej skóry... Ale nie martw się, nie zabiję cię. Może znajdę dla ciebie inne zajęcie. Albo będziesz walczył wraz z pozostałymi...? Zdaję się, że na tym się znasz...- ocenił, spoglądając na broń mężczyzny.
-Żebyś wiedział!- rzucił w gniewie Amir, sięgając do rękojeści, ale jego kompan chwycił go mocno za dłoń.
Sinister odwrócił się do niego plecami, zerkając na niego ukradkiem i uśmiechając się prowokująco. Ruszył niespiesznie przed siebie.
-Sedricu, poinformuj moich szanownych gości, którzy śpią jeszcze zapewne w sali, po trunku, który podałem im przed spoczynkiem, że mam im do przekazania ważną informację- rzucił w kierunku strażnika.- Sprowadź ich wszystkich tutaj. A moje najnowsze nabytki, zaczekają na nich.
Władca wszedł w drzwi po drugiej stronie pomieszczenia. Sedric stał przez chwilę nieruchomo, nie patrząc na towarzyszących mu mężczyzn, po czym odwrócił się i wyszedł z sali tronowej, zatrzaskując za sobą drzwi. Amir znalazł się przy nich chwilę po nim, ale nie był w stanie otworzyć. Zresztą, nawet gdyby mu się udało, gdzie mogli się udać, mając na karku kogoś, kto może ich zabić bez najmniejszego problemu...?
-Dlaczego mnie powstrzymałeś...?- zapytał bez zrozumienia Amir, wpatrując się w swojego kompana.
Nadim pokręcił głową.
-On nawet się nie przestraszył- wyjaśnił cicho.
-Więc przestraszyłby się w ostatnich sekundach życia!- odparł mściwie mężczyzna.
-Wątpię. Myślę, że nie ryzykowałby tak bardzo.
Amir po chwili namysłu przyznał towarzyszowi rację.
Nie należało działać pochopnie.
Być może upiorny władca skrywał jeszcze kilka tajemnic.

Kilka godzin później, w sali tronowej zebrali się arystokraci. Zdumieni, ledwie przytomni, pytali siebie nawzajem, czy już odbyła się koronacja, nie rozumiejąc zupełnie tego, co się wokół nich działo. Za nimi, przy samych drzwiach, najwyraźniej z rozkazu króla, ustawiła się bardzo nieliczna straż. Sedric milcząco czekał na przybycie swojego pana, nie wyjaśniając tym, którzy się tutaj znaleźli, że zamiast władcy trafił im się oprawca. Wreszcie Sinister wyszedł ze swojej komnaty, pojawiając się w sali. Minął tron i zatrzymał się na środku pomieszczenia, uśmiechając się lekko. Wszyscy rozmawiający umilkli nagle, wbijając w niego uważne spojrzenia.
-Dobrze, że już jesteście... Niewątpliwie powinienem was poinformować o kilku zmianach jakie zajdą pod moim panowaniem...- rzucił leniwie.
-Książę...- spośród tłumu wystąpił jeden z możnych.- Chcielibyśmy wiedzieć czy...
-Królu- poprawił go chłodno monarcha.- Owszem, koronacja już się odbyła. Nie martwcie się jednak, nie straciliście wiele. Mam wam do przekazania pewne wieści... Potomku wilków- powiedział nagle, zwracając swój wzrok na Nadima, który drgnął ledwie zauważalnie.- I ty Sedricu...- rzekł do swojego strażnika.- Podejdźcie do mnie.
Amir dostrzegł wahanie w oczach towarzysza. Sam nie wiedział, jak postąpić w tej sytuacji. Nadim jednak zacisnął wargi i ruszył powolnym krokiem przed siebie, zatrzymując się wreszcie u boku monarchy, który uśmiechnął się z zadowoleniem. To samo uczynił Sedric.
-Otóż, drodzy panowie...- król przemówił na powrót do zdezorientowanego tłumu.- … od dziś przyjdzie wam nieco zmienić swoje role. Jesteście bowiem moimi niewolnikami.
Wśród szlachciców rozległy się pojedyncze śmiechy i pełne potępienia głosy. Najwyraźniej jedni uznali te słowa za żart, inni, za objaw jakiegoś królewskiego szaleństwa, godnego najwyższej pogardy. Wyglądało na to, że żaden nie przeczuwał nawet, w jak fatalnej znaleźli się sytuacji. Wszyscy natomiast czekali na wyjaśnienia władcy, które jednak nie nastąpiły.
-Postradałeś rozum...?- prychnął arystokrata, którego Amir zapamiętał z uczy, wychodząc przed szereg i spoglądając na monarchę niemalże pobłażliwie.- Mamy swoje ziemie, bogactwa i swoje armie, nie dasz rady nas sobie podporządkować!
-Nie obchodzą mnie wasze armie, i wasze bogactwa...- mruknął król pełnym politowania głosem.- Zamierzam wystawić was na próbę, sprawdzającą wasze kompetencje. Te kompetencje, które przydadzą się najbardziej u mojego boku... Wytrzymałość. Siłę. Odwagę. Zdolność do tego, co lubicie nazywać okrucieństwem...- monarcha zaśmiał się cicho.- Do tego nie będzie wam potrzebna armia... Jedynie prowizoryczna broń... I arena.
Część z zebranych nadal wydawała się nie dowierzać słowom władcy. Natomiast pozostali zaczęli chyba zdawać już sobie sprawę z tego, że król nie żartował.
-Jesteś szalonym człowiekiem! Szalonym i nierozważnym!- warknął arystokrata, który zwracał się do króla wcześniej i ruszył w jego kierunku, zatrzymując się tuż przed nim, bez najmniejszych obaw.- Przyjeżdżasz znikąd przedstawiając się znanym nazwiskiem i rodowym pierścieniem, bawisz się w czasie chaosu i jeszcze wydaje ci się, że możesz mieć na nas jakikolwiek wpływ...?- wycedził przez zęby z pogardą.- Co możesz nam uczynić, o wielki królu...?- zakpił, jakże ślepo, nie dostrzegając nienaturalnego opanowania monarchy, jego chłodnego uśmiechu, spokoju lodowatych oczu.- Co możesz nam uczynić, skoro nie tylko brak ci rozumu, ale i siły...?
Władca nie przestawał się uśmiechać. Niespiesznym gestem, zdjął z dłoni rękawiczkę. Arystokrata wybuchnął śmiechem, jakby uważał, że niepozorny posturą rządzący zechce go uderzyć. Ten jednak uniósł powoli dłoń i dotknął opuszkami palców policzka mężczyzny. Przez chwilę szlachcic znieruchomiał, zdezorientowany tym niezrozumiałym gestem. Skóra w miejscu dotknięcia zaczęła się marszczyć, a później szarzeć. I zaraz podobny stan zaczął niczym choroba obejmować całą resztę ciała arystokraty. Ten odsunął się, ale było już za późno. Słaniając się na nogach, z wychudłą, wysuszoną twarzą, rozdartą w niemym okrzyku, cofnął się o kilka kroków, by zaraz rozsypać w proch na oczach zebranych. W całej sali zapadła naraz grobowa cisza, którą przerwał dopiero pełen politowania głos władcy:
-Skąd te zdziwienie, panowie...? Czyż nie zapowiadałem wam, że nie będę w niczym przypominał poprzednich królów...?
-Coś ty zrobił...?- zapytał z przerażeniem jeden z mężczyzn.
-Pokazałem wam, że jestem człowiekiem, z którym nie należy dyskutować i któremu nie stawia się warunków. I jeśli macie większe ambicje niż wasz towarzysz, lepiej nie próbujcie tego czynić. Ale nie przejmujcie się, to wszystko wcale nie jest takie przerażające na jakie wygląda...- król zbliżył się do tłumu.- Nie oddzieliłbym was od waszych rodzin, nie jestem przecież bez serca. Dlatego wasze rodziny podzielą wasz los. Chociaż... przyznacie chyba, że wiązałoby się z ogromnymi kosztami, gdybym wziął całe, czyż nie...?- kpił monarcha. Oszołomieni arystokraci, wpatrywali się w niego z lękiem.- Wszak państwo potrzebuje oszczędności. Dlatego najpierw wybierzecie po jednej osobie, którą trzeba będzie stracić. Czyż to nie wspaniały pomysł, Sedricu...?
-Nie!- zaprotestował gwałtownie mężczyzna.
Król odwrócił się w jego stronę, unosząc brew w geście zdumienia.
-Co ty robisz?! Czemu to robisz?!- strażnik odsunął się od potomka wilków, zmierzając w kierunku swojego pana.- Czemu krzywdzisz tych ludzi?! Czym ty w ogóle jesteś?! Miałem pracować dla króla, a nie zbrodniarza!
-Nigdy nie dostrzegałem wielkich różnic pomiędzy jednym a drugim...- odparł beznamiętnie rządzący.- Zresztą, czy nie powinieneś być zadowolony, Sedricu...? Dostaniesz złoto, a na tym ci zależało.
-Ale nie zależało mi na tym, by trwać pod rządami szaleńca!
-Nie jestem szalony.
-Jesteś spaczony! To, co potrafisz, jest tego najlepszym dowodem!
-To, co potrafię jest darem.
-Jest przekleństwem dla wszystkich ludzi, z którymi masz styczność!- krzyknął w emocjach Sedric, dobywając miecza.- To twój koniec!- rzucił, wbijając broń głęboko w brzuch monarchy.
Ostrze przeszło go na wylot. Król znieruchomiał przez chwilę, jakby sparaliżowany, po czym wyprostował się dumnie i uśmiechnął pobłażliwie. Sedric odsunął się z przerażeniem, natrafiając na grupkę zebranych, która rozsunęła się gwałtownie, gdy tylko w ślad za swym strażnikiem ruszył monarcha. Choć miecz tkwił wciąż w ciele Sinistra, próżno było szukać na nim choćby śladu krwi.
-Sedricu, ludzie są tacy nierozważni, tacy bezmyślni!- zaśmiał się lodowato władca.- Próbują się pozbyć każdego, kto może im zaszkodzić... Moja rodzina wiedziała o tym dobrze. Ale powiedzmy, że mieliśmy nieco... odmienne... priorytety...- monarcha sapnął głucho, potężnym szarpnięciem wydobywając ze swojego brzucha ostrze.- Widzisz, Sedricu...- zwrócił się ponownie do sparaliżowanego lękiem strażnika.- Oni mówili o współpracy. O współdziałaniu. Mówili, że skoro wszyscy mamy ten wyjątkowy dar, powinniśmy trzymać się razem. Powinniśmy razem doprowadzić do tego, by pod naszym berłem skupiło się jak najwięcej ziem... Ale nie pojmowali tego, co stało się zrozumiałe dla mnie. Wyjątkowy dar może posiadać tylko jeden człowiek. Gdy ma go więcej ludzi, traci on na wartości, staje się pospolity, konkurencyjny... Ja pozbyłem się skutecznie konkurencji. Nie w ten sposób rzecz jasna- dodał z politowaniem, z lekkością podrzucając broń strażnika.- Nas nie da się zabić, o nie. Więc przygotowałem dla mojej rodziny trumny. Zakułem ich w łańcuchy, wsadziłem do środka i zakopałem głęboko pod ziemią. Byłem jedynym, który był zdolny to uczynić, ponieważ nie różniłem się od nich. A teraz, gdy zostałem sam, jestem niepokonany. Więc, Sedricu... Nie próbuj kopać zbyt głęboko... I zakopać tych, których nie zdołasz pokonać- stwierdził dobitnie, po czym z impetem wbił miecz Sedrica w jego podbrzusze.
Strażnik osunął się na posadzkę.
-Ktoś jeszcze ma ochotę sprawdzić moje umiejętności...?- zwrócił się do tłumu Sinister, uśmiechając się cynicznie.
Świst strzały przerwał panującą wokół ciszę. Jej grot wbił się w plecy monarchy, który odwrócił się w stronę tego, który ją wypuścił. Nadim. Serce Amira zatrzymało się na chwilę, gdy zobaczył potomka wilków, który stał przy królewskim tronie i po raz drugi już mierzył wprost w kierującego się w jego stronę władcę.
-A o co chodzi tobie, potomku wilków...?- zapytał niemalże ze znużeniem.
-Myślę, że musisz sobie znaleźć innego sługę...- odparł pewnym głosem Nadim, trafiając w szyję monarchy.
-A ja myślałem, że nierozsądek to cecha typowo ludzka...- król wyrwał strzałę i przyspieszył kroku.
Amir rzucił się biegiem w jego kierunku. Potomek wilków usiłował cofnąć się prędko, ale potknął się i upadł, tuż przed władcą, który zatrzymał się nad nim i nachylił w jego kierunku... Amir znalazł się przy nim i chwycił za wyciągniętą dłoń króla.
-AMIR!- usłyszał rozdzierający krzyk kompana i odruchowo przymknął powieki, będąc przekonanym, że to koniec.
Gdy jednak uchylił je ponownie i spojrzał na zaciśnięte mocno na jego dłoni palce monarchy, uświadomił sobie, że zupełnie nic się nie stało. Sinister w pierwszej chwili zdawał się tego nie zauważyć. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach, wbił w Amira zdezorientowane spojrzenie. Pierwszy raz można było w oczach władcy, zamiast spokoju, zobaczyć zdumienie i niepewność.
-To niemożliwe...- wyrzucił z siebie Sinister, pełen niedowierzania, ściskając dłoń Amira tak mocno, że prawie ją miażdżył.- To po prostu niemożliwe...
Chwilę później Amir dostrzegł, jak skóra zaczęła zmieniać swoją barwę. Nie jego skóra. Skóra na dłoni Sinistra. Najpierw palce, później środek dłoni... Szarzała, pękała, rozpadała się zupełnie. Następnie przedramię, ramię, tors, druga ręka... Przeraźliwy wrzask przerwał panującą dookoła ciszę. Sinister cofnął się gwałtownie, jakby mogło go to jeszcze ocalić. A chwilę później rozsypał się w proch, który zabrudził twarz i odzienie Amira. Mężczyzna zadrżał, nie mając pojęcia, co się właśnie wydarzyło. Nadim podniósł się na nogi, spoglądając na niego z osłupieniem. Wyciągnął w jego kierunku dłoń.
-Nie, nie dotykaj mnie!- rzucił z lękiem Amir, zupełnie oszołomiony.
Potomek wilków objął go mocno, przyciskając do siebie. Mężczyzna niemalże wczepił się w niego, zaciskając powieki.
Wszystko stawało się coraz bardziej przerażające i niezrozumiałe.