Strony

piątek, 24 sierpnia 2012

14. Johnny ma chłopaka [Wyzwanie]


Johnny uchylił powieki i momentalnie na jego ustach wymalował się szeroki uśmiech. I choć zza okna, zamiast słonecznego poranka, witała go nieprzyjemna szaruga, zapowiadająca kolejny, chłodny i deszczowy dzień – nie zmieniło to jego nastroju ani odrobinę. Choćby zresztą ziemia się trzęsła, czy niebiosa rozstąpiły – nic z tego. Johnny nic nie słyszał i nic nie widział. Nic, prócz kochanego, uroczego Keitha, który spał tuż obok niego, oddychając miarowo i spokojnie. Cóż innego mogłoby w tym momencie zaprzątać myśli szatyna? Kiedy był obok Keitha, wszystko dookoła przestawało się liczyć. Niestraszna była mu wszechobecna jesień, ewentualne klęski żywiołowe czy brak żelu na włosach. Niestraszne były mu wyzwania i Eric, z tym jego złośliwym uśmiechem, który zawsze Johnny'ego niezwykle mobilizował, bo Johnny uświadomił sobie, że... Wygrał. Wygrał wyzwanie, choć tego nie udowodnił. Ale dzięki temu wszystkiemu wygrał coś jeszcze. Sympatię Keitha. I nie było niczego cenniejszego nad to zwycięstwo.
Ciemnowłosy poruszył się lekko. Uśmiech wciąż błąkał się na twarzy szatyna, gdy obserwował, jak brunet, chyba nieświadom obecności Johnny'ego, przeciera powieki i podnosi się powoli do pozycji siedzącej. Aż podskoczył, gdy zobaczył obok siebie chłopaka, który zaśmiał się serdecznie na ten widok.
-Nie spodziewałeś się mnie...?- zapytał z rozbawieniem, podnosząc się na tyle, by ucałować wargi ciemnowłosego.
-Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się nikogo...- zaśmiał się cicho Keith, po czym przetarł twarz, wyraźnie zaspany.- Wydawało mi się, że jestem u siebie.
Johnny pokręcił głową ze śmiechem i korzystając z chwili dezorientacji kochanka, ściągnął go z powrotem na pościel. Wpatrywali się w siebie przez moment, w milczeniu, z tym samym, pogodnym, rozczulonym uśmiechem, by zaraz odnaleźć się w drobnych pocałunkach, które wymieniali. Johnny oparł dłoń na biodrze bruneta. Keith strącił ją z pobłażliwym uśmiechem, ale szatyn nie dał za wygraną i już po chwili objął kochanka w pasie, wciągając go na siebie.
-I co teraz...?- zapytał, uśmiechając się figlarnie.
Keith spojrzał na niego z góry, wyraźnie rozbawiony, po czym zainicjował kolejny pocałunek, tym razem dłuższy niż poprzednie. Przyjemne ciepło rozlało się po całym ciele Johnny'ego. Wsunął język do ust ciemnowłosego, badając niespiesznie ich wnętrze.
Johnny uwielbiał go całować. Uwielbiał to, w jaki sposób Keith oddawał pocałunki. Uwielbiał wstydliwy rumieniec na twarzy bruneta i... Ach, zresztą. Całego go uwielbiał.
-Która godzina...?- zapytał niepewnie ciemnowłosy, gdy tylko oderwał się od jego ust. Obrócił głowę w stronę zegarka.
-Wpół do dziewiątej- odpowiedział Johnny, patrząc w tą samą stronę.
Chciał ponownie przyciągnąć ciemnowłosego do pocałunku, ale ten oparł się  i usiadł obok.
-Muszę iść...- rzucił, zupełnie tak jak zwykle, trochę spłoszonym, zniechęconym tonem.
-Mogę pójść z tobą?- zapytał szatyn.
Najchętniej zatrzymałby Keitha dłużej przy sobie, ale wiedział, że to bezcelowe. Poza tym, nie chciał, żeby ciemnowłosy miał przez niego kłopoty.
-Nie chcę się napraszać- dodał prędko Johnny, nie słysząc żadnej odpowiedzi i widząc na twarzy bruneta to samo wahanie, które wkradło się na nią i wczoraj, gdy rozmawiali dokładnie o tym samym.
-Nie napraszasz się- stwierdził Keith, kręcąc głową.- Ale ja nie chcę, żebyś czuł się zobowiązany.
-Nie czuję się zobowiązany- zapewnił go natychmiast Johnny.
Obaj uśmiechnęli się do siebie, szatyn serdecznie, ciemnowłosy wciąż raczej niepewnie.
-Posłuchaj, Johnny...- zaczął poważnie Keith, wpatrując się w chłopaka z uwagą.- Chciałbym, żebyś wiedział, że jeśli to wszystko ci przeszkadza... Po prostu nie musisz iść ze mną, naprawdę. Jeśli ci to nie odpowiada i robisz to tylko dlatego, żeby sprawić mi przyjemność czy... pomóc mi...- brunet skrzywił się na samo to słowo.- Chodzi mi o to, że niezależnie od tego, czy ze mną pójdziesz, czy nie, nic się między nami nie zmieni. Naprawdę. Nie chciałbym, żebyś się do czegoś zmuszał.
-Ja chcę po prostu spędzić z tobą trochę czasu, Keith- wyjaśnił Johnny, uśmiechając się serdecznie.- To czy jesteśmy tu, czy u ciebie, nie robi mi żadnej różnicy.
-Ale wiesz, że...
-Wiem...- przerwał mu spokojnie szatyn, wykazując się niebywałą wprost, jak na samego siebie, subtelnością. Zdawał sobie sprawę z tego, że Keith opiekował się swoją siostrą i, że ich wspólne bycie tam, raczej nie będzie przypominało wieczorów spędzanych w domu Johnny'ego. Ani nocy...- Nie musisz się tym tak bardzo przejmować. Ja lubię Angie.
-Nie znasz jej- zaprotestował ostro Keith. Zawsze tak reagował, gdy ich rozmowa schodziła na ten temat.
-Niezbyt- przyznał Johnny, wzruszając ramionami.- Ale jest miła.
-Nie. Nie jest.
Na dłuższą chwilę zapanowała pomiędzy nimi cisza. Keith wpatrywał się w swoje kolana, zagryzając nerwowo wargę, a szatyn spoglądał na niego, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
-Wiem w czym rzecz- odezwał się w końcu brunet.- Wiem, że nie mam tyle czasu na spotkania, co inni twoi znajomi. Jeśli ci to przeszkadza, Johnny...- zawahał się wyraźnie.- … po prostu mi powiedz. Nie mam na to wpływu, ale jeśli to dla ciebie zbyt uciążliwe...
-Przecież się spotykamy- stwierdził chłopak, uśmiechając się lekko. Owszem, nie tak często, jakby chciał, ale gdyby tak właśnie było, Keith musiałby chyba u niego zamieszkać. Na stałe.- Poza tym, to nieprawda- kontynuował z pełnym przekonaniem.- Każdy ma przecież jakieś swoje sprawy i zajęcia... No... Dobra... Może ja nie mam- dodał po chwili zastanowienia, wywołując u ciemnowłosego rozbawiony uśmiech.- Ale większość ludzi tak. Benny ma Maicy, więc nie spotyka się ze mną codziennie, właściwie ostatnio widujemy się, poza szkołą, rzadko. Carl też ma dziewczynę. Eric... Eric... Eric chyba hobbystycznie zajmuje się byciem dupkiem, co raczej nie przysparza mu chętnych do spędzania czasu w jego towarzystwie- zaśmiał się szatyn.- A poza tym trenuje i tak dalej... Tak czy inaczej, prawie wszyscy są czymś zajęci.
Keitha chyba to nie przekonało. Pokręcił tylko głową i z ciężkim westchnieniem stwierdził:
-To nie to samo.
Johnny zgodził się z tym w milczeniu. Może to rzeczywiście był zły przykład. Benny, Carl i Eric robili wszystko to, co robić chcieli, a Keith... Keith raczej nie miał wielkiego wyboru.
-Więc...?- szatyn spojrzał na niego pytająco.- Mogę pójść z tobą...?
-Jeśli chcesz...- odpowiedział ciemnowłosy, raczej daleki od zachwytu tą decyzją.- Gdzie jest łazienka...?
-Tutaj- Johnny wskazał na znajdujące się kawałek dalej drzwi.
-Ach, tak... Zapomniałem...
-Ja zejdę na dół- stwierdził, wstając z łóżka.- A później zrobię nam śniadanie, co ty na to?- uśmiechnął się promiennie.
-Może lepiej nie- parsknął cicho brunet.
-Dlaczego?
-Bo biorąc pod uwagę twoje tempo, będziesz raczej musiał zająć się kolacją...
Johnny wybuchnął śmiechem.
-Tylko się umyję i przebiorę- zapewnił chłopaka, uśmiechając się ciepło. Keith nie dawał tego po sobie poznać, ale Johnny wiedział, że mu się spieszy.- Obiecuję.
Brunet spojrzał na niego zaskoczony.
-Chcesz powiedzieć, że wyjdziesz z mieszkania taki... niezadbany?- rzucił, niemalże konspiracyjnym szeptem, spoglądając na szatyna z uniesioną w geście politowania brwią.
Johnny przez chwilę potraktował te słowa poważnie i aż się przeraził wizją, jaka powstała w jego głowie, ale widząc, jak Keith parska śmiechem, opanował się natychmiast i stwierdził, że owszem, zamierza. Podał ciemnowłosemu jego ubrania, a sam wyjął z szafki pierwsze lepsze dżinsy. Nad górną częścią garderoby myślał trochę dłużej, ale i tak nie tyle, co zazwyczaj. Zszedł na dół, chociaż tamtej łazienki raczej nie używał. Wziął szybki prysznic, przejrzał się w lustrze, ograniczając jednak tę czynność do niezbędnego minimum i powstrzymując przed wszelkimi zachwytami nad samym sobą, a następnie zaczął się ubierać. Wtedy spojrzał do lustra raz jeszcze i cokolwiek nerwowym gestem, przeczesał włosy, starając się je odpowiednio ułożyć, choć bez żelu zdecydowanie nie wyglądały tak dobrze, jak na co dzień. Johnny był z tego powodu trochę niezadowolony, ale nie zamierzał niepotrzebnie wszystkiego przedłużać. Po kilku głębokich oddechach i myśli o Keithcie, która podziałała na niego mobilizująco, wyszedł z łazienki. Przeszedł do kuchni, w której czekał już na niego brunet. Johnny czuł się jakby... płasko i nieswojo, ale ciemnowłosy nie skomentował jego wyglądu ani słowem, więc chyba nie zauważył żadnej różnicy. Nic zresztą dziwnego, szatyn podejrzewał, że wczoraj wieczorem, gdy otwierał mu drzwi, wyglądał jeszcze mniej korzystnie. Keitha zdawało się to w ogóle nie obchodzić.
-Na co masz ochotę?- zagadnął chłopaka Johnny, podchodząc do lodówki.
Brunet spojrzał na niego z zakłopotaniem.
-Powinniśmy już iść- rzucił cicho.
-Nie ma sprawy- szatyn uśmiechnął się do niego serdecznie, nie chcąc go w żaden sposób krępować ani sprawiać mu przykrości.- Przecież możemy zjeść coś u ciebie. Albo wiesz co...? Mam lepszy pomysł. Wstąpimy po drodze do tej piekarni i tam coś kupimy, hm?
Keith uśmiechnął się z wdzięcznością, skinąwszy głową.
Johnny narzucił na siebie kurtkę i ubrał buty, po czym chwycił chłopaka za dłoń i poprowadził go do wyjścia.

Johnny nie wziął pod uwagę jednego, aczkolwiek dość istotnego dla realizacji jego wspaniałego planu faktu – piekarnia była w weekendy nieczynna. Nie było jednak czym się przejmować. Keith oświadczył, że postara mu się coś zrobić w domu, chociaż gotować specjalnie nie potrafi. Szatyn odparł, że jakoś sobie poradzą, usiłując jednocześnie ogarnąć drżącego z zimna bruneta ramieniem, zresztą nie po raz pierwszy. On z kolei, również kolejny raz, uśmiechał się z politowaniem, odsuwając od chłopaka łagodnie i mrucząc pod nosem, by ten uważał. Ale Johnny wcale nie uważał, ani wcale się nie przejmował. Niczym. Zupełnie niczym. Patrzył tylko na Keitha maślanym wzrokiem i uśmiechał się nieustannie, wywołując tpwarzysza wyraźne rozbawienie, które zastępowało na chwilę jego zdenerwowanie całą sytuacją. Johnny nie do końca rozumiał, czym ciemnowłosy tak bardzo się stresuje, ale starał się go podnieść na duchu i upewnić, że wszystko jest w porządku.
Dotarli w końcu do posiadłości chłopaka. Keith otworzył furtkę i wpuścił Johnny'ego do ogrodu. Ten rozejrzał się uważnie, dokładnie pamiętając jednak to miejsce ze swojej pierwszej wizyty. Przeszedł obok dużego drzewa, którego liście zabarwiły się już na brązowo i wszedł wraz z ciemnowłosym do domu. Podobnie jak brunet, zdjął buty i kurtkę w przedpokoju, a następnie ruszył w ślad za nim wzdłuż korytarza. Dom Keitha był dość duży i urządzony w staromodny sposób, ale ilość mebli znajdujących się w pomieszczeniach sprawiała, że tracił trochę na swojej przestrzeni. Wewnątrz było w dodatku dość ciemno, zapewne przez to, że w całym domu zasłonięte były żaluzje. Keith zaprowadził ich do kuchni i przystanął nagle, zdumiony. Wewnątrz znajdowała się jakaś kobieta. Miała może trzydzieści lat, ciemne włosy i śniadą cerę. Nerwowo szukała czegoś w torebce, tylko na chwilę podnosząc wzrok na chłopaka.
-Jesteś wreszcie...- rzuciła, trudno powiedzieć, czy bardziej z ulgą, czy zdenerwowaniem.
-Dzień dobry...- odezwał się Johnny z serdecznym uśmiechem, po chwili zastanowienia dochodząc jednak do wniosku, że z pewnością nie jest to mama Keitha.
Ciemnowłosa dopiero wtedy go dostrzegła. Spojrzała na niego ze zdziwieniem i mruknęła nieco nieprzyjemne:
-Dzień dobry...- po czym znów zwróciła się w kierunku bruneta.- Twoja mama mówiła przed wyjściem, że za chwilę przyjdziesz...- rzuciła z wyraźną pretensją w głosie.- Zostałam ze względu na nią, ale miałam być tutaj tylko na noc i naprawdę wolałabym nie mieć tego rodzaju niespodzianek...
-Przykro mi...- odparł nerwowo Keith, zaczesując pasemko włosów za ucho.- Mama na pewno pani zapłaci.
Kobieta odetchnęła głęboko, uspokajając się nieco i skinęła głową.
-Wiem, że mi zapłaci, ale nie o to chodzi. Mam też swoje plany i na przyszłość wolałabym wiedzieć od razu, jaka jest sytuacja.
Johnny spojrzał na ciemnowłosego, mocno zakłopotany.
Czy z jego winy Keith mógł mieć problemy? Nie powinien był go prosić, by ten został u niego na noc? Czuł się trochę zagubiony.
-Przepraszam...- szepnął brunet.- To się już więcej nie powtórzy.
-Mam nadzieję. Angie śpi na górze. W lodówce jest zupa z wczoraj, twoja mama prosiła, by ją jej odgrzać, gdy się obudzi.
Keith skinął głową.
-Jeśli to już wszystko, to naprawdę muszę już iść- oświadczyła kobieta, kierując się do drzwi.
-Czy Maggie dzisiaj przyjdzie?- rzucił brunet, spoglądając na nią pytająco.
Zatrzymała się na chwilę w progu.
-Nic mi o tym nie wiadomo- odparła, wzruszając ramionami.- Ale nie sądzę. Twoja mama mówiła, że nie masz dzisiaj żadnych zajęć i sam zajmiesz się siostrą.
Nerwowy grymas pojawił się na twarzy bruneta.
-Do zobaczenia- pożegnała się z nim ciemnowłosa, wychodząc.
-Do widzenia...- rzucił głucho Keith.
Johnny nie miał pojęcia, co powiedzieć. Spojrzał z uwagą na Keitha, widząc, jak bardzo ten jest zdenerwowany. Chociaż, to słowo nie zdawało się w pełni oddawać jego nastroju. Brunet wydawał się być wściekły i rozgoryczony. Zagryzł wargę i odwrócił się do chłopaka plecami, jakby nie chciał, by ten dostrzegł jego emocje. Najwyraźniej jednak wolał udawać, że wszystko jest w porządku, bo, ledwie po sekundzie wahania, podszedł do lodówki i wyjął z niej garnek, który następnie ułożył na kuchence, odpalając ogień.
-Kim jest Maggie...?- zapytał cicho szatyn.
-To druga z opiekunek- wyjaśnił niemrawym głosem Keith, wciąż nie odwracając się do chłopaka. Chwycił za łyżkę i wsunął ją do zupy, mieszając nazbyt spiesznie.- Łącznie wynajmujemy dwie. Jest jeszcze trzecia, ale ona przychodzi bardzo rzadko, tylko sobie dorabia.
Johnny milczał przez chwilę, spoglądając na bruneta ze współczuciem. W końcu podszedł do niego i objął go od tyłu, uśmiechając się pogodnie.
-Podobało mi się to, co ze sobą robiliśmy...- szepnął mu do ucha, po czym ucałował go krótko w szyję.
Keith uśmiechnął się i taki właśnie rezultat szatyn zamierzał uzyskać. Chciał mu poprawić nastrój i sprawić, by ten był choć trochę weselszy.
-Johnny...- brunet odkaszlnął ze skrępowaniem.
-A tobie się podobało...?- nie dawał za wygraną szatyn, zsuwając nieco koszulkę z ramienia Keitha i składając na nim kolejny pocałunek.
Ciemnowłosy odwrócił się do niego przodem. Johnny wciąż obejmował go ramieniem, uśmiechając się wesoło.
-Tak...- potwierdził Keith, unosząc kąciki ust w subtelnym uśmiechu.- Podobało mi się.
Johnny oparł dłoń na policzku chłopaka i musnął jego usta. Chciał pogłębić pocałunek, ale ciemnowłosy odsunął się od niego, zasłaniając wargi dłonią.
-Pójdę umyć zęby...- rzucił zakłopotany.- I przebrać się w coś świeżego. Mógłbyś...?- zapytał, wskazując na garnek.
Johnny skinął głową, uśmiechając się serdecznie. Keith wyminął go i wyszedł z pomieszczenia. Szatyn chwycił za łyżkę i mechanicznie zamieszał nią kilkukrotnie w garnku, po czym podszedł do okien i odsłonił je, choć z racji panującej na zewnątrz szarości, w pomieszczeniu zrobiło się niewiele jaśniej. Chłopak westchnął cichutko, opierając się dłońmi o kuchenną ladę i obserwując ogród. Śledził wzrokiem poruszające się lekko na wietrze huśtawki i wirujące dookoła jesienne liście. Tutaj było tak smutno. Ten dom był smutny, i Keith był smutny, i Johnny przez to wszystko też się tak czuł, chociaż smutny bywał stosunkowo rzadko. Nie wiedział, czy to kwestia pogody, spotkania z tą kobietą, które wzbudziło w nim wyrzuty sumienia, czy nastroju bruneta, ale miał wrażenie, że jakiś ciężar spoczywa na jego sercu i w żaden sposób nie potrafił się go pozbyć.
Ocknął się po chwili z zamyślenia i odruchowo niemalże obejrzał się w stronę drzwi. Dopiero, gdy ponownie spojrzał w kierunku okna, dotarło do niego, że ktoś tam stał. Odwrócił się znowu w tamtą stronę, uświadamiając sobie, że była to siostra Keitha.
Stała boso w wejściu do kuchni, wyraźnie zaspana, ubrana w koszulę nocną, sięgającą jej do połowy łydek. Spoglądała na Johnny'ego z uwagą, jakby badawczo. Chłopak uśmiechnął się do niej. Po chwili odpowiedziała tym samym, ale szatyn podejrzewał, że zapewne już go nie pamięta i może nawet się obawia. Już miał powiedzieć coś, by ją uspokoić, ale ona odezwała się pierwsza.
-Johnny...- rzuciła ku jego zdumieniu, uśmiechając się szeroko.- Wiedziałam, że do mnie przyjdziesz. Śniłeś mi się- oświadczyła, podchodząc do niego bez cienia skrępowania czy lęku.
-Cześć, Angie- szatyn uśmiechnął się do niej łagodnie.
Na te słowa rozweseliła się jeszcze bardziej.
-Nic nikomu nie powiem- zapewniła go po chwili, nie przestając się uśmiechać.- Ty też nikomu nie mów. Mama nie wie, że tu jesteś, prawda?
-Ale Keith wie.
Pokręciła głową.
-Keitha nie ma- stwierdziła z pełnym przekonaniem- Wyszedł. I może wcale już nie wróci...- coś niepokojącego pobrzmiewało w jej głosie, w momencie, gdy to mówiła.
Johnny wpatrywał się w nią zdezorientowany.
-Keith przyszedł tutaj ze mną, Angie- powiedział cicho.
Popatrzyła na niego dziwnie, jakby z niedowierzaniem, po czym na jej twarzy wymalował się grymas niechęci, może nawet złości. Otworzyła usta, chcąc powiedzieć mu coś jeszcze, ale w tym momencie w kuchni pojawił się ciemnowłosy.
-Wstałaś wreszcie- powitał ją chłodnym głosem. Johnny spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Usiądź, zaraz zrobię ci śniadanie.
Angelica wpatrywała się w niego z wyraźnym poirytowaniem. Zajęła jedno z czterech krzeseł znajdujących się przy stole, a gdy tylko Keith podszedł do kuchenki, skrzywiła się za jego plecami złośliwie. Johnny usiadł naprzeciwko niej, uśmiechając się niepewnie. W pomieszczeniu zapanowała okropna, wręcz nienaturalna cisza. Jedynym, co ją zakłóciło, był trzask wyciąganych przez Keitha misek. Chwilę później, brunet zakręcił gaz. Nalał zupy do naczyń, które następnie postawił na stole. Przyniósł sztućce i zajął miejsce obok szatyna.
-Smacznego- rzucił głucho.
Zaczęli jeść. Johnny spoglądał to na Keitha, to na Angie, zastanawiając się, czy taka atmosfera panuje pomiędzy nimi codziennie. Nie do końca to wszystko rozumiał. Przecież Keith kochał Angie. Dbał o nią, martwił się, nie chciał, by miała jakiekolwiek problemy, by ludzie źle ją traktowali. Sam był dla niej bardzo oschły, ona też zachowywała się względem niego nieprzyjemnie.
W pewnym momencie dziewczyna gwałtownym ruchem odsunęła od siebie pełny talerz, wylewając nieco jego zawartości.
-To jest niedobre- oświadczyła krnąbrnie.- Nie będę tego jadła.
-Jadłaś to wczoraj na obiad- zauważył brunet, siląc się na cierpliwość, co wyraźnie przyszło mu z dużym trudem.
-Ale teraz jest niedobre- powtórzyła dziewczyna, wpatrując się w brata buńczucznie.
Ciemnowłosy wziął głęboki oddech i zacisnął mocno wargi, z chwili na chwilę coraz bardziej zdenerwowany.
-Angie, przepraszam, to moja wina- odezwał się Johnny, chcąc załagodzić sytuację. Keith spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Pewnie trochę zbyt długo ją gotowałem.
Dziewczyna speszyła się na te słowa.
-W sumie... W sumie to nie jest aż taka zła...- mruknęła, przysuwając miskę z powrotem.
Keith odetchnął. Spojrzał na szatyna z wdzięcznością. Ten uśmiechnął się do niego pogodnie, chcąc dać mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku, ale szczerze mówiąc, sam już gubił się w tej mocno specyficznej, rodzinnej atmosferze.
Zjedli niemalże w zupełnej ciszy.
-Idź się ubrać- zwrócił się do siostry Keith, sprzątając wraz z szatynem ze stołu.
Reakcję dziewczyny można było przewidzieć.
-Nie chcę- oświadczyła, patrząc na brata z nieskrywaną niechęcią.- Pójdę się bawić do ogrodu z Johnny'm.
-Nie pójdziesz, dopóki się nie ubierzesz. A poza tym, Johnny nie powiedział, że zamierza się z tobą bawić...- rzucił Keith, sprawiając wrażenie skrępowanego.
-Bardzo chętnie- powiedział natychmiast szatyn, uśmiechając się wesoło do Angie.- Ale Keith ma rację, naprawdę musisz się ubrać. Na dworze jest strasznie zimno, zamarzniesz.
Angelice chyba bardzo nie podobało się stwierdzenie, że Keith może mieć w czymkolwiek rację, ale po chwili niezbyt zdecydowanego protestu, rzeczywiście ruszyła do swojego pokoju.
-Sam widzisz, jaka jest sytuacja...- odezwał się cicho ciemnowłosy, gdy tylko opuściła pomieszczenie.- Naprawdę nie musisz tu być, Johnny. Poradzę sobie.
-Przecież od początku wiedziałem, jaka jest sytuacja- odpowiedział z uśmiechem szatyn.- Poza tym, naprawdę nie musisz się denerwować. Spędzę trochę czasu z twoją siostrą, a ty zajmiesz się innymi sprawami. Na pewno masz dużo obowiązków.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Keith.- Nie ma mowy, Johnny! Nie będę się tobą w ten sposób wysługiwał, zresztą, nie potrzebuję twojej litości!
-To nie jest litość. Jestem pewien, że na moim miejscu zrobiłbyś to samo. Poza tym, naprawdę nie mam nic przeciwko spędzaniu czasu z Angie.
-Jest kapryśna i nieznośna, sam widziałeś- rzucił z poirytowaniem ciemnowłosy, machnąwszy dłonią w kierunku drzwi.
Johnny oparł dłoń na ramieniu chłopaka.
-Keith, wszystko jest w porządku- zapewnił go już po raz kolejny tego dnia.
Brunet pokręcił tylko głową, najwyraźniej niedowierzającym tym słowom ani trochę.
Gdy tylko Angie się ubrała i założyła kurtkę, Johnny wyszedł z nią na dwór. Rozłożyli koc i usiedli na nim razem, bawiąc się jej zabawkami. Keith krzątał się po domu, zapewne sprzątając. Co jakiś czas wyglądał na nich z odsłanianego akurat okna, przypatrując się im badawczo. Szatyn jednak naprawdę nie widział żadnego problemu w zajmowaniu się dziewczyną. Tym bardziej, że wobec niego Angie zachowywała się inaczej niż wobec brata. Była miła, wesoła, opowiadała mu różne historie, mówiła dużo o mamie i swoich opiekunkach, o tym, co widziała ostatnio w telewizji albo o ulubionych zabawach. O Keithcie nie napomknęła jednak ani słowem, najwyraźniej celowo unikając tego tematu.
-Nie lubisz Keitha...?- zapytał Johnny, wpatrując się w nią bez zrozumienia.
-Nie znoszę go- odparła z zaciętą miną.
To zdumiało szatyna jeszcze bardziej. Gdy był tutaj ostatnim razem, usłyszał od Angie coś podobnego, ale wydawało mu się wtedy, że może powiedziała to po prostu pod wpływem chwili, zdenerwowana na brata.
-Dlaczego?
-Bo tak i już- Angie wzruszyła ramionami.- On też mnie nie cierpi.
-Wcale nie- zaprotestował natychmiast Johnny, kręcąc głową.- On bardzo cię kocha, Angie.
-Nieprawda!- rzuciła, rozjuszona.- Wcale mnie nie kocha! Keith jest zły! Nienawidzę go!
Johnny osłupiał, słysząc te słowa.
-Nie wolno ci tak mówić, Angie- wydukał niemalże, zupełnie zdezorientowany.
-Niby dlaczego...? To wszystko jego wina. Mama jest przez niego smutna. A on sobie idzie. Nikogo nie pyta o zdanie i sobie idzie. Mama zawsze mi mówi, że nie można wychodzić bez pozwolenia. Ale on tak właśnie robi! Jest zły!
Szatyn umilkł.
Sytuacja Keitha była trudna. Johnny nie do końca potrafił się w nią wczuć. On nigdy nie był od nikogo zależny. Robił to, co chciał, kiedy chciał i właściwie nie musiał się przejmować, bo i czym? Owszem, czasem zdruzgotany odkrywał, że jego włosy wyglądają iście fatalnie, albo w sposób godny filozofa rozważał, które dżinsy wybrać do nowej koszuli, ale pomijając te, z tej perspektywy, drobnostki, jego życie nie było zbyt skomplikowane. Nikt go nie kontrolował, rodziców nie było, Rose zdawała sobie sprawę z tego, że chłopak jest niemal pełnoletni i też nie ograniczała go w żaden sposób. Życie Keitha było zupełnie inne. Zdawał się być uzależniony od wszystkiego, od chorej siostry, od mamy, od tych wszystkich opiekunek... Keith chyba był nieszczęśliwy. Do tego wniosku doszedł Johnny, gdy obserwował bruneta, kiedy ten wreszcie wyszedł z domu, przeszedł się powolnym krokiem po ogrodzie, ze wzrokiem wbitym przez siebie i usiadł na jednej z huśtawek, ze smętną miną. Szatyn westchnął cicho, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Ciężar na jego sercu nie zelżał ani trochę. Teraz już rozumiał, dlaczego chłopajk ma tak mało czasu, dlaczego nie ma znajomych, dlaczego jest taki nerwowy, wyłącza telefon, gdy do niego przychodzi.
Przeprosił na chwilę rozczarowaną Angie i podszedł do bruneta, siadając na drugiej huśtawce i wpatrując się w niego.
-Angie nie chodzi do żadnej szkoły...?- zapytał, chcąc zacząć jakiś temat.
-Nie...- szepnął cicho Keith, spoglądając w ziemię.- Wcześniej chodziła do szkoły specjalnej, ale... Mama woli mieć ją w domu.
Johnny miał powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie zadzwonił jego telefon. Wyjął komórkę z kieszeni i odebrał.
-Cześć- usłyszał pogodny głos przyjaciela, od którego nieco mu ulżyło.- Jesteś w domu?
-Nie, teraz nie. Wszystko okej, Benny?- rzucił, chociaż raczej nie przypuszczał, by między nim a Maicy cokolwiek się zmieniło.
-Jasne. Wpadniesz do mnie jutro? No wiesz, na imprezę?
-Twoich rodziców nie będzie...?
Blondyn westchnął z politowaniem.
-Jasne, że będą- rzucił kpiąco.- Ojciec zajmie się podawaniem piwa, a mama grupową psychoterapią. Zresztą, wiesz, że pytam tylko teoretycznie, i tak przyjdziesz. Wpadniesz trochę wcześniej? Około szesnastej, siedemnastej?
-Pewnie- zgodził się szatyn, uśmiechając się lekko.- Do zobaczenia na miejscu.
-Cześć.
-Musisz już iść?- zapytał od razu Keith, ledwie Johnny zdążył się rozłączyć, jakby wręcz liczył na to, że rzeczywiście tak jest.
Szatyn uśmiechnął się do niego łagodnie i pokręcił głową.
-Benny zaprosił mnie do siebie na imprezę. Na jutro.
-Ach, tak...
-Pójdziesz ze mną?- rzucił nagle Johnny, zanim zdążył się dobrze zastanowić nad swoimi słowami.
Ale właściwie, czy było się nad czym zastanawiać? Keith miałby okazję lepiej poznać się z kolegami Johnny'ego, wyluzować, na chwilę zapomnieć o sytuacji rodzinnej... No i w końcu raz już był u Benny'ego. Wtedy zresztą to wszystko się zaczęło.
-No co ty...- odpowiedział chłopak, wyraźnie zakłopotany tą propozycją.- Po pierwsze, sam wiesz, że nie lubię tego typu rzeczy, a po drugie...- umilkł, wzruszając jedynie ramionami i znowu odwracając wzrok.
-Och, proszę, Keith!- jęknął błagalnie szatyn.- Przyjdź chociaż na trochę! Poznasz parę fajnych osób, pobędziesz ze mną...
-Wolę być z tobą w mniej publicznych miejscach- odparł brunet.
Dopiero po chwili obaj parsknęli śmiechem, kojarząc te słowa z minioną nocą.
-Wiesz, o co mi chodziło- sprostował Keith, zarumieniony.
-Wiem aż za dobrze- zachichotał Johnny, zbliżając się do niego.
Dotknął dłonią policzka chłopaka i wpił się w jego usta. Keith westchnął wprost w jego wargi, przymykając powieki. W tym momencie obaj usłyszeli skrzypnięcie bramki i wesoły krzyk Angie:
-Cześć, mamo!
Johnny odsunął się od chłopaka, odkaszlnąwszy nerwowo i obejrzał się za siebie. Do ogrodu weszła około czterdziestoletnia kobieta, ubrana elegancko, w szarą garsonkę i spódnicę sięgającą za kolana. Włosy miała ciemnobrązowe, splątane w kitkę, oczy niebieskie. Nie przypominała Keitha ani trochę. Na jej jasnej twarzy błąkał się wyraz niepokoju i zmęczenia, który ukryła pod uśmiechem skierowanym do córki. W dłoni trzymała jakąś teczkę. Z początku chyba nie zauważyła niespodziewanego gościa. Dopiero kiedy omiotła ogród wzrokiem w poszukiwaniu syna, jej spojrzenie zatrzymało się na zakłopotanym szatynie. Spoglądała na niego przez chwilę ze zdziwieniem, po czym ruszyła w jego kierunku.
-Dzień dobry- odezwał się natychmiast Johnny, podnosząc się pospiesznie.
Keith nie drgnął z miejsca.
-Dzień dobry- przywitała się z chłopakiem matka bruneta, uśmiechając się do niego.
-Nazywam się Johnny- przedstawił się szatyn po dłuższej chwili ciszy. Sądził, że Keith go przedstawi, ale ten nawet nie powitał kobiety.
-Miło mi cię poznać- odpowiedziała uprzejmie, ścisnąwszy dłoń chłopaka.- Keith nigdy nie przyprowadzał tutaj przyjaciół...
-On nie jest moim przyjacielem- rzucił chłodno brunet. Johnny obejrzał się na niego bez zrozumienia.- Jest moim chłopakiem.
Matka Keitha osłupiała. Johnny zresztą także, bo podobnego określenia odnośnie swojej osoby z pewnością się nie spodziewał. Słowa Keitha zabrzmiały jednak w taki sposób, jakby chciał zrobić swojej mamie na złość albo sprowokować ją do jakiejś reakcji. Kobieta spoglądała przez chwilę na syna, po czym przeniosła wzrok na towarzyszącego mu chłopaka, wyraźnie nie wiedząc, w jaki sposób powinna się zachować. Raz jeszcze uśmiechnęła się do Johnny'ego, tym razem nieco wymuszenie i zwróciła się do ciemnowłosego:
-Keith, możemy porozmawiać...?
Brunet podniósł się z huśtawki. Poprosił Johnny'ego, by ten na niego zaczekał i ruszył wraz z matką w kierunku domu. Szatyn usiłował uchwycić coś z uwag, jakie wymieniali między sobą szeptem, ale nie był w stanie nic usłyszeć. Omiótł wzrokiem budynek, wzdychając głęboko. Z początku wydawało mu się, że Keith ma bardzo dobre kontakty z rodzicami. W końcu nie miał innych znajomych, mówił, że rodzina w zupełności mu wystarcza, że z tego powodu nie potrzebuje przyjaciół. Johnny czuł się w tym wszystkim zagubiony.
-Angie...?- rzucił, podchodząc do dziewczyny i uśmiechając się do niej przyjaźnie.- Zrobiło się trochę zimno, co...? Wracajmy do domu.
-Mi jest ciepło- odpowiedziała Angelica, wzruszając ramionami.
-Tak, ale... Hm... Zachciało mi się pić. Zaraz wrócimy, dobrze?
Dziewczyna skinęła głową i ruszyła za szatynem do domu. Weszli oboje do kuchni. Johnny pospiesznie nalał jej do szklanki soku i wyszedł na chwilę z pomieszczenia, kierując się w stronę, z której dochodziły podniesione głosy.
-... po prostu nie chcę, żebyś stawiała mnie w takiej sytuacji!- usłyszał zdenerwowanego Keitha.- Czemu powiedziałaś jej, że przyjdę rano?! Skąd mogłaś to wiedzieć?!
-Musiałam wyjść, Keith, dobrze o tym wiedziałeś...- Johnny zbliżył się do drzwi, nasłuchując.- Sądziłam, że zachowasz się bardziej odpowiedzialnie. Zniknąłeś na noc, nie odbierałeś telefonów... Nie był to zresztą pierwszy raz. Gdzie byłeś? U tego chłopca?
-To nie twoja sprawa!- odpowiedział impulsywnie brunet.
-Oczywiście, że nie. Ale ostatnio bardzo się zmieniłeś, zacząłeś się inaczej zachowywać, nie bardzo rozumiem z jakiego powodu. Wiesz, że nigdy nie wtrącałam się w twoje prywatne sprawy, ale...
-Bo nigdy nie miałem swoich prywatnych spraw- przerwał jej ostro ciemnowłosy.- Muszę tutaj siedzieć, cały dzień. Nie pytasz mnie nawet o zdanie, nie obchodzi cię, czy nie zaplanowałem sobie czegoś, albo nie muszę gdzieś wyjść!
-To dziecinne z twojej strony, Keith. To jakaś forma młodzieńczego buntu?
-Wychodzę zaraz z Johnny'm- powiedział stanowczo chłopak.- Jutro wieczorem też.
-Zdajesz sobie przecież sprawę z tego, że pracuję.
-Więc zadzwoń po opiekunkę.
-Angie musi spędzać jak najwięcej czasu z nami. To zapewni jej prawidłowy rozwój i...
-Na litość boską, mamo! Jaki rozwój!- żachnął się Keith.- Ona wcale się nie rozwija! I nie znosi mnie, wiesz o tym tak dobrze, jak ja!
-Bo brakuje ci do niej cierpliwości!
-Bo muszę przez cały dzień tkwić tutaj jak więzień!
-Podsłuchujesz...?- głos Angie, która nagle znalazła się obok niego, sprawił, że szatyn aż podskoczył.
-Nie, nie, jasne, że nie- zaprzeczył skrępowany, ale dziewczyna uśmiechnęła się do niego, przykładając palec do ust.
-Ćśś... Ja też zawsze to robię...- szepnęła, nie ruszając się z miejsca.
-... rozumiałabym, gdybyś zajmował się nią cały dzień, ale przecież się zmieniamy, chodzisz do szkoły...
-Tylko i wyłącznie do szkoły! Gdyby nie to, musiałbym tkwić tutaj całą dobę! Już ci powiedziałem, że wychodzę i nie zmienię zdania. Jeśli miałaś jakieś plany, musisz je zmienić. Tak jak ja zazwyczaj.
Angelica zareagowała szybciej od Johnny'ego. Szarpnęła go za dłoń i pociągnęła za sobą z powrotem do kuchni, chwilę przed tym, jak drzwi od tamtego pomieszczenia się otworzyły i wyszedł z nich poirytowany brunet.
-Chodźmy już, Johnny...- rzucił od progu. Za plecami ciemnowłosego pojawiła się jego mama.
-Nie!- zaprotestowała gwałtownie Angie.- Johnny zostaje ze mną!
-Angie...- kobieta przeszła obok syna i zatrzymała się przy dziewczynie.- Nie denerwuj się. Johnny musi już iść. Pobawię się z tobą, dobrze?
-Nie! Nie chcę, żeby Johnny sobie szedł! I dlaczego Keith sobie idzie?! Dlaczego on może sobie iść, a ja nie mogę?! Zabierz mnie nad rzekę, Johnny! Proszę, zabierz mnie nad rzekę!

Keith siedział na sofie, w salonie szatyna, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w stojącą przed nim szklankę wody. Johnny spoglądał na niego z boku, starając się bardzo nieudolnie wymyślić jakikolwiek sposób, by pocieszyć bruneta. Ale chyba nie nadawał się zbytnio na pocieszyciela. Keith nie miał problemu ze źle dobraną koszulą. Ani ze zmianą fryzury. Ani nawet nie z dziewczyną, która nagle stała się z najbardziej cierpliwej istoty pod słońcem, sztandarowym przykładem złośnicy. Problemy Keitha były zupełnie inne i Johnny wcale się w tym nie odnajdywał. Nie wystarczyło tylko stwierdzić, że wszystko będzie dobrze albo zaproponować wyjścia na piwo, jak to było z Benny'm. Nie wystarczyło poklepać chłopaka po ramieniu, jak to było z Carlem. Właściwie szatyn nie miał pojęcia, co powinien w takiej sytuacji zrobić. Współczuł Keithowi i jednocześnie miał wyrzuty sumienia. Nie wiedział, czy problemy chłopaka nie wynikają też po trosze z jego winy.
-Przykro mi, że pokłóciłeś się przeze mnie ze swoją mamą- odezwał się w pewnym momencie, autentycznie skruszony.
-Nie pokłóciłem się z nią przez ciebie- odparł natychmiast Keith, nieprzyjemnym tonem.
Johnny zawahał się.
-Jeśli chciałbyś o tym porozmawiać albo...
-Nie, Johnny, nie chcę o tym rozmawiać!- warknął ostro brunet, zrywając się na równe nogi. Szatyn również podniósł się z siedzenia, zupełnie zdezorientowany.- Ani z tobą, ani z nikim innym! Mówiłem ci już, że to nie jest twoja sprawa!
Johnny milczał. Keith odetchnął głęboko odwracając wzrok, ale już po chwili spojrzał znów na szatyna, bardziej opanowany.
-Przepraszam...- rzucił szeptem, zagryzając nerwowo wargę.- Nie powinienem był tego mówić... Ale nie chcę, żebyś zawracał tym sobie głowę, w porządku?
-Nie zawracam sobie tym głowy- odpowiedział Johnny, uśmiechając się łagodnie i podchodząc bliżej do chłopaka.- Nie ma nic złego w rozmawianiu z kimś o takich sprawach. To przecież zupełnie normalne.
Keith wzruszył ramionami.
-Skąd miałbym wiedzieć...?- zapytał cicho, wyraźnie speszony.- Jesteś jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem.
-Nie jestem twoim przyjacielem...- odparł szatyn, uśmiechając się szeroko. Brunet spojrzał na niego, spłoszony.- Jestem twoim chłopakiem. Sam przecież mówiłeś.
Keith parsknął śmiechem, nieco skrępowany.
-Taaak...- przyznał, odkaszlnąwszy cicho.- Przepraszam... To chyba jeszcze jedna rzecz, o której powinniśmy porozmawiać, prawda...?
-Mhm...- potwierdził Johnny, obejmując bruneta.
-Ale nie dziś...
-Nie dziś...- zgodził się bez wahania, przysuwając się z Keithem bliżej ściany.
Ciemnowłosy oparł się o nią plecami, spoglądając na Johnny'ego, który nachylił się nad nim i musnął jego wargi. Najpierw raz, później drugi, za trzecim razem jego usta na dobre złączyły się z przyjemnie ciepłymi ustami Keitha. Całowali się w swoich objęciach przez dłuższą chwilę, po czym brunet odsunął od siebie powoli szatyna.
-Chcesz wrócić do domu, prawda...?- zapytał niepewnie Johnny, patrząc na niego badawczo.
-Tak...- przyznał Keith, chociaż wydawał się być mocno zniechęcony tym pomysłem.- Tak, myślę, że chyba powinienem... Ale pójdę z tobą jutro. Jeśli naprawdę chcesz- zaznaczył po chwili, pełen wątpliwości.
Szatyn skinął głową, uśmiechając się pogodnie.
-Podwieźć cię?
-Nie. Myślę, że już dość dziś zrobiłeś...- odetchnął głęboko brunet.- To... Zobaczymy się jutro, tak...?- bąknął skrępowany.
Johnny nachylił się w jego kierunku, chcąc pocałować go raz jeszcze, ale brunet sprawnie przed tym umknął. Może to i dobrze, bo biorąc pod uwagę to, jak działał na Johnny'ego, ten mógłby nie wypuścić go po raz drugi ze swoich ramion równie szybko. Ciemnowłosy pożegnał się z nim, ubrał kurtkę i buty, a następnie wyszedł.
Szatyn wałęsał się przez chwilę po mieszkaniu, zatrzymując się przed lustrem w swojej sypialni. Aż jęknął ze zgrozą, widząc swoje odbicie. Wyglądał... Wyglądał tak... tak... przeciętnie! A to określenie było chyba najgorsze ze wszystkich. Ale dziwnym trafem, zamiast zastanawiać się nad tym, jakim cudem wyszedł na miasto w takim stanie, znowu wracał myślami do tego, co wydarzyło się w domu Keitha, nie mogąc ani na chwilę wyrzucić tego ze swojej pamięci.
Zrobił sobie coś do jedzenia, usiadł przed telewizorem, wyciągając komórkę i kładąc ją na stoliku. Liczył po cichu, że brunet niedługo się do niego odezwie. Po godzinie absolutnie bezowocnego lenistwa, uświadomił sobie, że powinien zrobić coś jeszcze. Wybrał numer do Benny'ego i przyłożył telefon do ucha, czekając, aż jego przyjaciel się odezwie.
-No co tam?- rzucił na wstępie blondyn, pogodnym głosem.
-Cześć, Benny. Chciałem ci powiedzieć, że idę z kimś... Eee... To znaczy, zapraszam kogoś na twoją imprezę- poprawił się prędko Johnny.
-Spoko, jak sobie chcesz. Chociaż jestem pewien, że Maicy już zaprosiła Lindę.
Szatyn odkaszlnął zakłopotany. No dobrze. Teraz pozostawała najtrudniejsza kwestia. Przyznać się, że zaprosił Keitha. Chociaż właściwie, to wcale nie było trudne. Trudniejsze byłoby powiedzenie Benny'emu, co dokładnie wynikło z tego całego wyzwania, chociaż tego oczywiście Johnny robić nie zamierzał. Pomijając już fakt, że jego przyjaciel zapewne dostałby ataku serca, a później obraził się na niego na najbliższe stulecie, a może i dwa, to byłaby jednak swego rodzaju porażka towarzyska. Nie sądził, by jego kumple przyjęli to tak łatwo, jak jemu samemu to przyszło. Choć on niczego w sumie nie przyjął. Po prostu lubił Keitha. Lubił go bardzo, bardziej niż powinien. Może nawet więcej, niż tylko lubił. Ale ani myślał, by zastanawiać się nad tym, jakie to dokładnie niesie ze sobą konsekwencje i jak bardzo zmienia jego własne spojrzenie na  siebie.
-Zaprosiłem Keitha- wypalił więc, już przeczuwając jaka będzie reakcja jasnowłosego.
-... CO?!- Johnny usłyszał zduszony krzyk przyjaciela, tuż po serii dziwacznych odgłosów, które naprawdę brzmiały tak, jakby Benny dostał jakiegoś ataku. Albo się krztusił.
-Zaprosiłem Keitha- powtórzył niepewnym głosem.
-Oszalałeś?! Jasne, że oszalałeś! Zupełnie odbiło ci od tego wyzwania! Olej Erica i zakończ wreszcie ten idiotyzm!
-Nie chodzi o wyzwanie. Lubię Keitha. Chciałbym, żebyście go lepiej poznali- wyjaśnił spokojnie Johnny.- Poza tym już u ciebie był i...
-Nie ma mowy, Johnny! Po prostu nie ma mowy!- wydarł się na niego blondyn.- Wyrabiaj te swoje głupoty wszędzie, ale nie pod moim dachem! Boże! Umawiasz się z Lindą, a uganiasz się za jakimś... facetem! Rany, zdajesz sobie sprawę z tego, jak to wygląda? Zresztą, nieważne!- uciął Benny, nie dając przyjacielowi dojść do słowa.- Rób co chcesz, ja nie zamierzam w tym brać udziału!
Benny najwyraźniej śmiertelnie się obraził. I rozłączył.
Johnny westchnął tylko cicho, aż za dobrze wiedząc, jak krótkotrwałe były dąsy przyjaciela. Odłożył komórkę na stolik, rozkładając się na kanapie.
Przed nim jeszcze bardzo długa droga do tego, by przekonać Benny'ego i pozostałych do Keitha.
… I żeby zrozumieć, jak daleko to wszystko zabrnęło.

16 komentarzy:

  1. Anonimowy2:01 PM

    Kocham Cię, Silencio.
    Jak się obudzę, to napiszę coś bardziej konstruktywnego, na temat rozdziału.

    / K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy2:06 PM

    Aaaaaaaaaaaa..... !!!!!!
    Kocham to uczucie kiedy dzień wcześniej jest notka i jeszcze taki tytuł... Lece czytac... kocham cię tygrysku.
    Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń
  3. Johnny zderzył się ze światem Keitha i okazało się, że nie jest on taki idealny, jak ten jego. I jak drobne miał problemy Johnny, nie mogąc wyjść na miasto "nie idealny", w porównaniu ze światem bruneta.
    A matka Keitha źle postępuje. Po pierwsze Angie powinna chodzić do szkoły specjalnej. Tam by się wszystkiego uczyła. A nie kobieta trzyma córkę w domu i jeszcze zmusza syna do opieki nad siostrą. Powinna wiedzieć, że zabiera mu wolny czas. Keith nie spędzi z nimi całego życia, zasługuje na własny los, nie na ciągłe uwiązanie z chora siostrą. Tym bardziej, że widać jak ich relacje wyglądają. Owszem Keith powinien spędzać czas ze swą siostrą, ale niech i ma swoje życie. Fakt gdyby nie szkoła, to matka przywiązałaby go na stałe do domu i kazała tam siedzieć. Nie myśli o synu, ciągle tylko Angie i Angie. Wiem, że jest chora i potrzebuje opieki, ale naprawdę na lepsze by im wszystkim wyszło, gdyby spróbowali coś zmienić. Keith nie wytrzyma wieczności żyjąc w takim domu.
    Liczę, że Johnny mu pomoże. Ach, uwielbiam ich pocałunki. Marzy mi się, jak Johnny przedstawia Keitha przyjaciołom, szkole, jako swego chłopaka.
    A rekcja Benny'ego mnie zdziwiła. Ja wiem, jaki ma stosunek do tego wszystkiego, ale przesadza. Na miejscu Johnny'ego powiedziałabym, że albo przyjdę z Keithem, albo nie przyjdę w ogóle. Coś czuję, że Benny może powiedzieć brunetowi o wyzwaniu.
    Rozdział przeczytałam jednym tchem i jeszcze mi mało. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy2:50 PM

    "Po prostu lubił Keitha. Lubił go bardzo, dużo niż powinien." Myślę , że nie o taki sens zdania ci chodziło tygrysku.
    Jejku... teraz przez (nieokreślony) okres czasu (czyt. do następnego wyzwania... lub następnego... itd.) będę się zastanawiała co takiego Keith zrobił Angie... bo przecież nie można nienawidzić człowieka za to ,że ten wychodzi z domu.
    Biedny Keith, jego relacje z rodziną są doprawdy... niezwykłe. Powiem szczerze... po tytule spodziewałam się raczej czegoś w rodzaju "Seks, seks, pocałunek , zostaniesz moim chłopakiem? , seks" a tu niespodzianka, ale pozytywna!
    Mam złe przeczucie co do tej imprezy. Boże ja szybciej od Bennyego padnę na zawał jeśli ktoś wygada się Keithowi o wyzwaniu.
    Nie zrobisz mi tego... prawda?
    Och wiem ,że zrobisz... nadzieja matką głupich.
    A ja cię tak kocham!(Wyznanie, jak romantycznie)
    Johny urzeka swoją osobą... i mimo ,że do tej pory połowa mojego serca należała do Keitha (Druga połowa jest twoja :D) to teraz i Johnny powoli wdrapuje się na szczyt by zdobyć moje uczucia.
    Ale tak jak Johny mam duże serce, i pomieszczę wszystkich... Chodź wątpię czy Johny mimo swego jakże dziecinnego uporu , w moim sercu , stanie na równi z Desmondem (Boże, dlaczego tacy ludzie nie istnieją?!)
    Angie ma tak niemiłe opiekunki... i ludzie się dziwią dlaczego ma taki charakterek.
    A teraz , jeśli chodź pomyślisz o tym by usunąć tego bloga to ja się o tym dowiem i namierzy cię moja mafia , następnie zaczaję się na ciebie w ciemnym zaułku twego miasteczka i zagilgoczę cię na śmierć... Boże spraw by Silencio maiała łaskotki! (W tym kraju groźby są karalne... hmmm Hańba mi)
    Pozdrawiam i kocham cię kociaku.
    Boginikokainy.
    (Ja wiem ,że wyplułam tutaj bardzo... nieprofesjonalny komentarz... za co przepraszam :*)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy4:14 PM

    Za krótko coś -.- Czytam, czytam i BUM - koniec. I dont like it. Czekam na nowy chaos! I Jeśli robić będziesz głosowanie, to ja na wyzwanie głosuję oczywiście :D
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy4:57 PM

    Cześć,
    rozdział jest wspaniały, biedny Keith jego relacje z rodziną są koszmarne, zastanawia mnie dlaczego Angie tak bardzo nienawidzi brata, bo przecież przez to, że wychodzi z domu nie można nienawidzić człowieka.... Te opiekunki są straszne, nic dziwnego, że Angie jest złośliwa. Mam złe przeczucia co do tej imprezy, aby nikt się nie wygadał Keithowi o tym wyzwaniu, a może zmienią plany i spędzą gdzieś razem ten czas? Zdziwiła mnie reakcja Bennego na to, że Johnny pojawi się na imprezie z Keithem, moim zdaniem powinien powiedzieć, że albo przyjdzie z nim albo wcale nie przyjdzie.
    Matka Keitha bardzo źle postępuje, nie myśli o synu tylko cały czas Angie i Angie. Oczywiście Keith powinien się zajmować siostrą, ale powinien też mieć swoje prywatne życie, nie spędzi całego życia z nimi, poza tym Angie powinna chodzić do szkoły specjalnej tam by się wszystkiego nauczyła.
    Weny, weny, multum weny życzę
    Pozdrawiam Basia

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy6:21 PM

    Och, jak Keith sie dowie o Wyzwaniu (a dowie się, bo takie kłamstwa wychodzą na jaw zwłaszcza przy lekkomyślności Johnny'ego), to będę rozpaczać. Bardzo dorby rozdział. D.

    OdpowiedzUsuń
  8. Aż się nie mogłem doczekać tego posta, naprawdę. Byłem ciekawy jak będzie wyglądać ranek po "tym" co robili zeszłej nocy. Ha! I nie myliłem się. Johnny postanowił szarżować co z pewnością nie wyszło mu, tak jak to sobie zaplanował. Wizyta w domu Keitha, też była dość ciekawa, a relacje między nim a rodziną są bardzo interesujące, choć trochę współczuje mu tej sytuacji. O i Keith w końcu pokazał swoje pazurki, a myślałem, że jest grzecznym, przytakującym chłopcem. Zaskoczyłaś mnie, zresztą jak zawsze. Od dawna czytam twoje blogi, a zacząłem gdzieś gdy byłaś w połowie Demoonda a tutaj gdy pojawił się siódmy rozdział Gabriela. Więc widać, że już od jakiegoś czasu jestem twoim fanem, choć napisałem dopiero dziś. Życzę ci dużo weny i czekam na kolejny rozdział mojego ULUBIONEGO opowiadania. Awww <3

    OdpowiedzUsuń
  9. super! w końcu się doczekałam:D:D ech..UWIELBIAM zakochanego Johnny'ego!!jest absolutnie ujmujący! super że Keith pokazał sie z innej strony, takiej ostrzejszej i zbuntowanej.. ale przeuroczy jest jak się roztapia przy Johnnym:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Na samym początku tego komentarza, chciałam cie tak strasznie mocno przeprosic, że dodaje go tak strasznie późno, a przecież to zawsze błagam o nowe rozdziały Wyzwania jako pierwsza (^^) ale miałam remont i nijak było mi skomentowac, na telefonie wszystko mi zjeżdża i tylko się przy tym denerwuję, ale na reszcie mam komputer i internet i w końcu mogę zostawic po sobie jakiś ślad.
    Muszę cię pochwalic. Bo rozdział wyszedł wprost niesamowity! I jak byłam wielką fanką tego opowiadania to zostanę nią do samego końca! Z reguły mam tak, że kiedy przeczytam informację o tym, że za niedługo pojawi się nowy rozdział Wyzwania, to cieszę się jak głupia i przez kilka minut szczerzę sie do monitora (serio, nie zmyślam 0.0), a kiedy już się doczekam to, aż boje się zacząc czytac. Wiesz dlaczego? Bo kiedy już zacznę, to minie chwilka i koniec. I znów muszę czekac i tak w kółko. Wyzwanie należy do opowiadań, które mogłabym czytac godzinami po kilka razy, bo wiem, że mi sie nie znudzi, bo każda postac którą wykreowałaś jest wyjątkowa. Począwszy od Johnnego, poprzez Keitha, aż po Angie czy Bennego. Uwielbiam Johhnego. Jest strasznie roztrzepany, z pozoru taki ciapowaty wręcz i mimo wszystko nie przypomina mi takiego typowego bogacza. Ale to dobrze, bo ma w sobie wielki urok i za to go kocham <3 A Keith... Dopiero teraz pokazał ten pazur! W końcu twardo postawił na swoim i jestem z niego taka dumna <3 i mimo, że to fikcyjny bohater to współczuje mu takiej sytuacji.
    Smutno mi się zrobiło, jak Benny zareagował na wiadomośc od Johnnego. Mam nadzieje, że zaakceptują Keitha, że nie będzie jakiegoś rozczarowania, a przede wszystkim, żeby Keith nie dowiedział się o wyzwaniu! On i tak już dużo przeżywa... Ale i tak pewnie się dowie, a mi wtedy serce pęknie, bo ja wszystko w tym opowiadaniu przeżywam dwa razy mocniej niż inni.
    I na koniec chciałam ci bardzo podziękowac za to, że piszesz to opowiadanie i powiedziec ci że cie uwielbiam <3! Jesteś niesamowitą autorką i masz niewątpliwie duży talent! : )
    Mam nadzieję, że nie będę musiała czekac długo na kolejny rozdział wyzwania bo mogę cię zapewnic, że długo nie wytrzymam ^^

    chu chu <333

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jejciu, jakie to jest urocze <3
    Do Wyzwania od początku miałam duży sentyment i chyba nic nie będzie w stanie mnie do niego zniechęcić :D Johnny jest naprawdę wyjątkowy - z pozoru "lalusiowaty", ale pomimo tego i swojego egoizmu(który zawsze mnie bawi :D) jest bardzo sympatyczny. Boję się tylko tego, co będzie z nim i Keithem, gdy chłopak dowie się o wyzwaniu. Ależ bym chciała, żeby to nigdy nie nastąpiło !
    Życzę mnóstwo weny ! <3
    PS. Poprzedni komentarz usunęłam, ponieważ wkradł mi się do niego wcześniej nie zauważony błąd :x

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeej, nawet nie wiesz jak ja uwielbiam to opowiadanie i jak bardzo się cieszę z każdego nowego rozdziału.
    Zakochany Johnny, to jest coś pięknego! Super, że przy Keithu tak ważne dla niego sprawy jak żel do włosów, czy świetnie dobrane ciuchy odchodzą na dalszy plan. Uroczo! Jestem w takij euforii, że nawet nie wiem co mam pisać.
    Podoba mi się druga strona Kitha. Super, że pokazałaś go od tej drugiej strony, bardziej buntowniczej. A jak powiedział swojej mamie, że Johnny to nie jego przyjaciel tylko chłopak, to prawie spadłam z krzesła O.o ogólnie wydaje mi się, że jego mama jest całkiem spoko, ale moim zdaniem Angie powinna chodzić do szkoły specjalnej! Szkoda, że Keith ma takie złe relacje z własną siostrą.
    Ach w ogóle miałam taką cichą nadzieję, że znowu ich Rose przyłapie ;p
    Mam złe przeczucie co do kolejnego rozdziału i tej całej imprezy u Bennego. Mam nadzieję, żę nikt nie wpadnie na głupi pomysł powiedzenia o całym wyzwaniu Keithowi, bo będzie dramat! Chciałabym, aby on nigdy się o tym nie dowiedział, albo żeby chociaż Johnny mu w końcu powiedział. Boje się tego momentu.
    Ale i tak z niecierpliwością oczekuję kolejnego rozdziału. Pozdrawiam i weny życzę! ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy9:26 AM

    Boję się po prostu uśmiechać do siebie, jak oni się całują, okazują sobie uczucia, bo już czuję w powietrzu kończącą się sielankę - wyzwanie wychodzi na jaw, Keith obraża się śmiertelnie na Johnnego... Boże, jak ja tego nie chcę. Myślę, że nikogo stąd nie cieszyłoby takie zakończenie. Ale tylko Ty wiesz jak to się skończy.
    Jak ja Ci tego zazdroszczę;D i niecierpliwie czekam na kolejny rozdzialł ( ale to się już chyba nigdy nie zmieni:))
    Pozdrawiam serdecznie,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy5:39 PM

    Awww :3 Cudny rozdzial. Johnny jest slodki. Nie spodziewalam sie takiego zachowania po siostrze Keitha. Ale w koncu gdy jest dobrze musi stac sie cos zlego. Serdecznie pozdrawiam i zycze duzo weny. Paulinaa P.

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy6:38 PM

    dziś miałam totalnie fatalny dzień.
    w końcu zasiadłam i czytałam.
    bosiu... jak mnie to uspokoiło... dziękuję.

    ed.

    OdpowiedzUsuń