Strony

sobota, 11 sierpnia 2012

` 8 ` [Anything For You]


Cisza. Słyszałem jedynie uderzające o posadzkę kropelki wody, które spływały po mojej skórze, jedna po drugiej. Siedziałem nagi w łazience, wsparty o ścianę, już od dobrego kwadransa nie mogąc zmusić się do tego, by wstać i się ubrać. W tym momencie usłyszałem, jak drzwi do mojego pokoju się otwierają. Błyskawicznie zerwałem się na nogi, nie potrafiąc już nawet rozróżnić, czy ten dźwięk wywołał we mnie nadzieję, czy przerażenie. Niedawno był tutaj mężczyzna, który przyniósł mi śniadanie. Zapytał o prezerwatywy, zabrał wczorajsze ubrania. Nie odzywałem się wiele. W pierwszej chwili myślałem, że to Red. Teraz było tak samo. Chwyciłem za bieliznę, którą odłożyłem sobie wcześniej obok prysznica i ubrałem ją, a następnie sięgnąłem po spodnie.
-Cześć, Cissy- rozległ się pogodny głos Keisy'ego, który zajrzał do łazienki i uśmiechnął się do mnie wesoło.
Odpowiedziałem mu wymuszonym uśmiechem, wciągając na siebie spodnie. Nie rozumiałem, dlaczego rudowłosy się nie pojawił. Przecież obiecywał mi, że będzie inaczej. To miała być jakaś forma kary...? Za co? Za ten pocałunek? Skąd mogłem wiedzieć...? Poza tym, co złego może być w pocałunku? Odpowiadałem sobie, że nic, ale jednocześnie miałem irracjonalne poczucie winy, które wzbudziły we mnie ostatnie słowa Red. Był chyba w tym momencie jedynym człowiekiem na świecie, który był w stanie odwrócić moje myśli od tego wszystkiego, co mnie otaczało, co mnie przerażało, wzbudzało moje obrzydzenie, i koncentrować je na swojej osobie. Ale co z tego, skoro teraz zniknął...? Pierwsza noc bez niego była trudniejsza niż pozostałe, niemalże nie do zniesienia. Myśl o tym, że mógłby odebrać mi te złudzenie, które wcześniej świadomie przyjąłem, wzbudziła we mnie większy lęk niż wszystko to, co się tu do tej pory działo.
Keisy usiadł na brzegu łóżka. Założyłem koszulkę i przeszedłem do sypialni. Uśmiechnąłem się do niego raz jeszcze, trochę zakłopotany. Wciąż nie do końca wiedziałem, jak mam zachowywać się w jego obecności. Ciemnowłosy najwyraźniej nie miał podobnych wątpliwości.
-Wiesz gdzie... Wiesz, gdzie mogę znaleźć pokój Red...?- zapytałem wreszcie cicho, trochę płochliwie, wpatrując się z uwagą w bruneta.
-Jasne, że wiem- odparł lekko, nie przestając się uśmiechać.- Trzeba pójść schodami na górę, tuż przy wejściu... A później... Później trochę się rozejrzeć, bo właściwie nie jestem pewien. Ale zaprowadzę cię tam, jeśli będziesz chciał. Wiem, że na drzwiach jest jego imię.
-Jego imię...?- podchwyciłem zdumiony.
-No... Red- wyjaśnił Keisy, nie rozumiejąc chyba powodów mojego zdziwienia.
Westchnąłem cichutko. Red. To przecież nie było jego imię. Do tej pory mi go zresztą nie zdradził. On też mojego nie znał. Chciałem mu powiedzieć, ale stwierdził, że to nieistotne. Może wcale nie chciał wiedzieć.
-Coś się stało?- dopytał ciemnowłosy, spoglądając na mnie z troską.
Uświadomiłem sobie, że już od kilku minut stałem nieruchomo, zagryzając nerwowo wargę.
-Nie przyszedł do mnie- wyznałem cicho.
-Może był zajęty...- stwierdził Keisy, wzruszywszy ramionami, jakby zupełnie nic się nie stało.- Albo zmęczony. To się czasem zdarza. Bello też nie zawsze przychodzi- dodał ze zrozumieniem.- Gdy zejdziemy na dół, na pewno podejdzie do ciebie i ci to wyjaśni...
Pokręciłem głową.
-Keisy, on do mnie nie podchodzi- odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Właściwie zachowywał się tak, jakbym był powietrzem, jakby wcale mnie nie widział, albo spoglądał na mnie przez krótką chwilę, by zaraz odwrócić wzrok, bez słowa, bez choćby najdrobniejszego gestu.
-To zrozumiałe- rzucił brunet, kiwając głową. Spojrzałem na niego pytająco.- Pewnie nie lubi Fenicia- wyjaśnił spokojnie.- Jak wszyscy zresztą...
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, niemalże pobłażliwie. Może tego właśnie mi brakowało żeby dopasować się do całej sytuacji i wszystko sobie uporządkować, bez zadawania zbędnych pytań i poddawania wszystkiego pod wątpliwość. Brakowało mi naiwności Keisy'ego. Absolutnej i niczym niezachwianej naiwności. Przecież dobrze wiedziałem, że nie chodziło o Fenicia. Mogłem się pocieszać w ten sposób. Mogłem wymyślać sobie kolejne wymówki, domniemywać, że Red może robi to wszystko dla mnie, może jest obserwowany, nie wolno mu ze mną rozmawiać, ale ledwie o tym myślałem, a miałem ochotę śmiać się gorzko ze swojej desperacji. Przychodził do mnie po zakończeniu każdej nocy, niczego się nie obawiał, odciągnął ode mnie wczoraj tego mężczyznę, wyrzucił go stamtąd, jakby miał prawo, by o tym decydować. Był zupełnie inny niż ja. Pewny siebie, spokojny, opanowany... To wszystko sprawiało, że jeszcze trudniej było mi zrozumieć, czego tak naprawdę ode mnie oczekuje.
-Myślę, że się na mnie pogniewał... Przez to, co zdarzyło się z tym Samem...- stwierdziłem cichutko. Keisy wpatrywał się we mnie bez zrozumienia.- Nie widziałeś...?
-Nie. Poszedłem sobie, myślałem, że wszystko jest w porządku. Coś się stało z Samem...?
-Pocałowałem go...- przyznałem po chwili wahania. Z jakiejś przyczyny wydawało mi się to nagle tak godne potępienia, że aż spuściłem wzrok, zawstydzony, że o tym mówię. Keisy jednak nie wydawał się być tym jakkolwiek oburzony, ani nawet zaskoczony. Wpatrywał się we mnie z wyczekiwaniem, najwyraźniej sądząc, że ta historia ma jakiś ciąg dalszy. Ale właściwie, to było sedno wszystkiego.- Red to zobaczył. Wyrzucił go i powiedział, że nie powinienem był tego robić.
-Wyrzucił Sama...?- zdumiał się Keisy.- Dlaczego...? To taki miły mężczyzna...
-Ty... całujesz się z klientami...?- dopytałem niepewnie.
-Czasem- odparł ciemnowłosy, wzruszając ramionami.- Jeśli tego chcą.
-I Bello nie ma nic przeciwko?
-Mówił mi, że nie powinienem tego robić. Ale tu nie chodzi o żadne zasady, tylko o to, żeby się nie zaangażować. Niektórzy klienci przychodzą regularnie, do tych samych osób... To czasem może je zmylić i wyobrażają sobie nie wiadomo co. Ale to mnie nie dotyczy- stwierdził z całym przekonaniem Keisy, uśmiechając się.- Po pierwsze, kocham tylko Bella i nikogo nie mógłbym kochać bardziej od niego. A po drugie... do mnie nikt raczej nie przychodzi regularnie- przyznał, jakby zawstydzony.- Co innego do Bella... On podoba się wielu mężczyznom... Myślę nawet, że niektórzy z nich mogą się w nim podkochiwać... Ale...- rozmarzony uśmiech wymalował się na wargach bruneta, jak zawsze, gdy mówił o swoim partnerze.- Ale on kocha tylko mnie i wiem o tym. Nikomu nigdy nie zależało na mnie tak mocno, jak jemu.
Odwróciłem wzrok, nie komentując słów ciemnowłosego. To nie była moja sprawa i przecież mogłem się mylić, ale nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że to wszystko, co jest pomiędzy nim, a Bellem, nie jest żadnym uczuciem, nie ze strony drugiego mężczyzny. Nie rozumiałem, dlaczego Bello przymykał oczy na to, co działo się z Keisy'm. Nie rozumiałem, dlaczego tak rzadko stawał w jego obronie. Dlaczego nie zakazał mu do tej pory rozmawiania z Feniciem, który go wykańczał, doprowadzał do skraju wytrzymałości. Ale nie chciałem rozmawiać o tym z Keisy'm. Nawet, jeśli Bello nie był względem niego szczery, może miał ważne powody. Keisy go potrzebował. Mówił o nim, myślał, i zdawało się, że wszystko, co robi, albo czego postanowił nie robić, było podyktowane przez jego miłość do tego mężczyzny. A ja nie byłem gotowy, żeby wziąć odpowiedzialność za wzbudzanie w nim takich wątpliwości.
-To piękne, że Red tak bardzo cię kocha...- stwierdził brunet, podnosząc się z łóżka. Spojrzałem na niego, spłoszony tymi słowami.- Jestem pewien, że się na ciebie nie gniewa.
Oparł dłonie na moich ramionach i musnął moje wargi. Uśmiechnąłem się niepewnie, nie wiedząc, jak zareagować. On również się uśmiechnął, jednak bardziej radośnie i zaraz ponownie pocałował mnie w usta, tym razem dłużej. Chyba nieprędko nauczę się, jak powinienem zachowywać się w takich sytuacjach...
Zeszliśmy z Keisy'm na dół. Obserwowałem go uważnie, chcąc się przekonać, jak się czuje. Wydawał się być wesoły. Znów mówił o Bellu. Gdy pojawiliśmy się w sali, dostrzegłem partnera Keisy'ego, który siedział przy barze, obok Fenicia, wiecznie zajmującego swoje miejsce. Oni też o czymś rozmawiali. Palili papierosy. Bello zauważył Keisy'ego przy wejściu i uśmiechnął się w naszym kierunku, po czym ponownie odwrócił się do swojego rozmówcy.
-Tak myślałem, że tu będzie!- stwierdził z zadowoleniem ciemnowłosy, ciągnąc mnie za rękę.- Chodźmy do nich.
-Keisy...- zatrzymałem się na środku. Stanął przy mnie, unosząc brwi.- Chyba nie powinniśmy tam iść- zauważyłem.
-Dlaczego?- zapytał naiwnie.
Spojrzałem w stronę Fenicia. Ten ukradkiem przyglądał się towarzyszącemu mi chłopakowi, uśmiechając się kwaśno pod nosem. Dobrze wiedziałem, czego będę świadkiem, jeśli się tam zbliżymy.
-Po prostu nie powinniśmy.
-Nie boję się Fenicia- powiedział Keisy takim tonem, jakby starał się przekonać samego siebie do prawdziwości tego zdania. Ale bał się go śmiertelnie. Nawet ja się go bałem, gdy słyszałem, jakie rzeczy mówi ciemnowłosemu, choć nigdy nie odnosił się do mnie w podobny sposób. To, że Keisy nieświadomie prowokował Fenicia, pojawiając się w jego towarzystwie, nie było aktem heroizmu. Było aktem samozniszczenia.
-Nie o to chodzi. Jest na mnie chyba zły za wczoraj. Chodzi o Sama- wyjaśniłem, widząc pytające spojrzenie chłopaka.- Wolałbym do niego teraz nie podchodzić...
To było kłamstwo, ale Keisy przyjął je równie bezproblemowo, jak wszystkie pozostałe.
-Jasne. W takim razie możemy poczekać na Bella tutaj...- powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała autentyczna ulga.
Bello się nie spieszył. Skończył palić papierosa, rzucił coś jeszcze w kierunku Fenicia, który sprawiał wrażenie wyjątkowo niezadowolonego z faktu, że opuszcza go jego nikotynowy kompan, a następnie podszedł do ciemnowłosego. Kiedy patrzyłem na Keisy'ego i widziałem, jak bardzo był radosny, jakim spojrzeniem obdarowywał ukochanego, czułem się jeszcze gorzej z myślą, że mógł być po prostu wykorzystywany. A może to złe słowo...? A może raczej wspierany...?
Wyszli razem. Odczekałem chwilę po tym, jak zniknęli za drzwiami sali, po czym powolnym krokiem ruszyłem w stronę Fenicia, który wypatrzył mnie już wcześniej i spoglądał na mnie przez chwilę, by ostatecznie z lekkim uśmieszkiem odwrócić się z powrotem w stronę baru. Stanąłem obok niego.
-Co...? Twoja mała przyjaciółeczka cię opuściła i przypomniałeś sobie o mnie...? Urocze...- rzucił, uśmiechając się złośliwie pod nosem.
Po tym, co zdarzyło się wczoraj, nie byłem pewien, jak powinienem się względem niego zachować. Bałem się nawet, że mógłby zacząć traktować mnie tak samo, jak Keisy'ego. Stałem przy nim chwilę w milczeniu, a ten wyraźnie poirytowany, zerknął na mnie i rzucił:
-Co tak stoisz, Cissy? Siadaj wreszcie!
Usiadłem obok, spłoszony.
-Napijesz się czegoś...? Jasne, że się napijesz...- mruknął, przechylając się przez kontuar, za którym nie było nikogo. Bez najmniejszego problemu sięgnął dłonią po napój, a następnie szklankę, która omsknęła mu się w dłoni, ale udało mu się ją przytrzymać. Nalał do niej napoju, a następnie mi ją podał.- Pij, pij. Wyglądasz jak ostatnie nieszczęście, słowo daję.
-Przepraszam- powiedziałem, spoglądając na niego z uwagą.
-Za to, że tak wyglądasz...?- Fenicio uniósł brew.- Przepraszaj swoich klientów.
-Przepraszam za wczoraj- uściśliłem, będąc jednak pewnym, że szatyn doskonale wie, co miałem na myśli.
Fenicio zerknął na mnie ukradkiem. Jego usta wykrzywiły się w pełnym niechęci grymasie.
-Nie przypominam sobie, żebyś miał za co przepraszać- odpowiedział po dłuższej chwili.- Co innego to czerwone kuriozum, które jednak przeprasza pewnie tylko w łóżku...- Fenicio starał się tego nie okazywać, ale był wściekły. Właściwie zawsze był wściekły, gdy mówił o Red. Nie do końca rozumiałem, dlaczego tak strasznie go nie cierpi. Podobnie, jak nie rozumiałem, dlaczego nie cierpi Keisy'ego.- Możesz mi wyjaśnić, o co chodziło naszemu szanownemu księciu TYM razem...?- zapytał, spoglądając na mnie z uwagą.
Nie byłem pewien, czy powinienem odpowiadać.
-Uważa, że nie powinienem całować się z klientami- przyznałem po chwili wahania.
Fenicio spoglądał na mnie przez chwilę tak, jakby sądził, że się przesłyszał, po czym wybuchnął gwałtownym śmiechem.
-A to dobre! A to dobre!- chichotał wciąż, kręcąc głową.- Może jeszcze zakaże ci dawać im dupy, co...?- zapytał ostro.- Pieprzona zdzira, co on sobie wyobraża...? Ktoś rżnie go co noc, ale całowanie się jest nie w porządku...? Niby dlaczego nie wolno ci tego robić?
Nie odpowiedziałem. Miałem w tej kwestii bardzo podobne zdanie. Nie potrafiłem tego wyjaśnić na korzyść Red, chociaż wierzyłem... chciałem wierzyć w to, że miał dobre intencje.
-... Nie zapytałeś?- dopytał szatyn, z drwiącym uśmiechem.- Powinieneś! Powiem ci, co jeszcze powinieneś. Porządnie się nim zająć i go zaspokoić, bo jak widać tego mu właśnie brakuje.
-Red nie jest taki- zaprotestowałem ledwie słyszalnie. Nie miałem pojęcia, o co chodziło rudowłosemu, ale było dla mnie jasne, że nie o seks.
-Nie...?- Fenicio zaśmiał się z politowaniem.- A jaki jest...?
-Chce mi pomóc.
-I pomógł ci wyrzucając stąd najbardziej nudnego i mało wymagającego faceta...?- spojrzał na mnie pobłażliwie.
Spuściłem wzrok.
-Chcesz mojej rady, Cissy...? Każ mu spieprzać, zanim będzie za późno. Na moje oko, po prostu brakuje mu emocji i wrażeń. Pewnie ten stary dureń nie umie go porządnie przerżnąć i szuka sobie atrakcji gdzie indziej... Pytałeś go o to...?- rzucił, a ja zerknąłem na niego bez zrozumienia.- O szefa.
-Nie- spłoszyłem się natychmiast.- Dlaczego miałbym o to pytać...?
Fenicio uśmiechnął się przebiegle pod nosem.
-Nie jesteś ciekawy...?- zapytał, odchylając się lekko na krześle.- Dobrze byłoby wiedzieć... Ja na twoim miejscu bym zapytał...- podjudzał mnie niemalże, spoglądając na mnie prowokująco.- Byłoby trochę głupio, gdyby się okazało, że ten, który narzuca ci jakieś zasady moralne sam ich nie posiada, prawda...?- rzucił z pozorną obojętnością.- Bo tutaj nie ma zasad, Cissy. To miejsce jest jednakowe dla każdego. Nikt się tutaj nie wyróżnia. Dziwka jest dziwką, mówiłem ci przecież. Problem w tym, że temu błaznowi wydaje się, że jest kimś innym... Że jest lepszy od nas- prychnął pogardliwie.- Wszyscy trafiamy tu w ten sam sposób.
-Nie wszyscy- zaprotestowałem.
-Wszyscy- stwierdził raz jeszcze, bardziej stanowczo.- Niezależnie od tego, czy ktoś był narwanym dzieciakiem z biednego osiedla, czy zepsutym bachorem z dobrego domu. Tutaj to się nie liczy. Wszystkie różnice się zacierają. Jesteś tutaj i już. Musisz się dostosować albo spieprzaj. Jeśli chciałeś mieć normalne życie, trzeba było myśleć nad tym wcześniej. A jak już się kurwisz to powiedz o tym głośno i przestań udawać świętego. To jest właśnie jego obłuda, Cissy. Nie tylko jego zresztą. Zobacz na Bella...- rzucił, śmiejąc się drwiąco.- Zobacz na tego idiotę, który się za nim ugania. Naprawdę myślisz, że Bello go kocha? Naprawdę sądzisz, że Keisy nie wie o tym, że tak nie jest? Oczywiście, że wie. Ale jest kretynem i to w dodatku słabym kretynem, więc skończy jak wszyscy podobni jemu- wzruszył obojętnie ramionami, uśmiechając się jednak przy tym w taki sposób, że aż mnie zmroziło. Los Keisy'ego nie był mu bez znaczenia, tak jak mi się wcześniej wydawało. To nie były zwykłe złośliwości, którymi nieświadomie doprowadzał chłopaka do takiego stanu. Nawet nie niechęć czy czyste okrucieństwo. On go po prostu nienawidził.- Nie pozwól sobie zrobić czegoś takiego, Cissy...- Fenicio nachylił się w moim kierunku, opierając dłoń na moim udzie.- W momencie, w którym zgodzisz się na to, by coś ci wmawiano i kolorowano rzeczywistość, przegrasz. Przestaniesz się liczyć. Chcesz wyglądać jak twoja urocza przyjaciółka...?
-Nie rozumiem, o czym mówisz- stwierdziłem zagubiony.
-Myślę, że rozumiesz aż za dobrze...- uśmiechnął się szatyn. Przesunął niespiesznie dłoń w kierunku mojego kolana.- Widziałeś jego ręce...?- zadrżałem mimowolnie na wspomnienie ran, które robił sobie Keisy.- Szukaj sobie takich znajomych jak on i Red, a wkrótce będziesz wyglądał dokładnie tak samo...
Wpatrywałem się w Fenicia w milczeniu. Może miał rację. Ale ja nie miałem wyboru. Szatyn był szczery, boleśnie szczery, ale jego słowa nie przynosiły mi ulgi. Dołowały mnie, doprowadzały do wątpliwości, zupełnej desperacji. Podobnie jak i słowa wszystkich pozostałych. Prócz Red. Nie potrafiłem zrozumieć jego i jego intencji, ale był jedyną osobą, przy której czułem się spokojny. Bezpieczny. Jakbym cokolwiek o nim wiedział, chociaż był jedną, wielką zagadką. Potrafił sprawić, że w jednej chwili zapominałem o wszystkim. Że zasypiałem w jego ramionach, wyobrażając sobie, że jestem w zupełnie innym miejscu. Razem z nim. Wiedziałem, że bez względu na wszystko, muszę go jeszcze zobaczyć.
Bo w tym miejscu, był moją jedyną nadzieją.

Noc przyszła równie szybko, jak zawsze. Wcześniej spędziłem trochę czasu z Keisy'm, ale później poszedł z powrotem do Bella i nie mogłem go znaleźć. Bez niego czułem się jeszcze bardziej samotny i zagubiony. Zszedłem powoli na dół, płochliwie stawiając krok za krokiem i rozglądając się dookoła. Sala wydała mi się jeszcze pełniejsza niż zwykle. Skierowałem wzrok w kierunku kontuaru, szukając przy nim Fenicia, ale szatyna tam nie było. Dziś nie mogłem liczyć na jego pomoc. Ale to nie jego wypatrywałem najbardziej. Czekałem na to, aż na dole pojawi się Red. Keisy pokazał mi jego pokój, ale nie miałem odwagi wejść do środka. Miałem nadzieję, że pojawi się tutaj, żebym mógł z nim porozmawiać, chociaż przez chwilę, ale jak na złość, jego również nie było. Zaschło mi w gardle, ale nie zbliżałem się do baru. Człowiek, który siedział na miejscu Fenicia wyglądał przerażająco. Zająłem miejsce na jednej z kanap stojących przy ścianie. Oparłem dłonie na kolanach. Nie wiem, na co oczekiwałem.
W pewnym momencie ktoś usiadł na miejscu obok. Podskoczyłem jak oparzony, spoglądając w jego stronę. To był jakiś mężczyzna, w średnim wieku, jasnowłosy, przeciętnie ubrany. Nie był jednym z nas, tego byłem pewien. Fenicio miał rację. Wcale nie było trudno ich rozróżnić. Ten człowiek patrzył na mnie przez chwilę, jakby wahał się, czy cokolwiek powiedzieć.
-Przepraszam... pan... pracujesz tutaj...?- zapytał po dłuższej chwili, wyraźnie skrępowany sytuacją.
Skinąłem powoli głową.
-Chciałbym...- zaczął, po czym westchnął cicho.- Sam zresztą wiesz, czego bym chciał.
-Mogę to zrobić ustami...- wymamrotałem ledwie słyszalnie, jakbym liczył, że to go odstraszy.
Sprawiał jednak wrażenie, jakby było mu wszystko jedno.
-Brzmi dobrze...- stwierdził nieobecnym głosem.- Dokąd pójdziemy...?
Zaprowadziłem go do swojego pokoju. Wszedł do środka. Inaczej niż mężczyźni, z którymi byłem wcześniej i których tu widziałem, wydawał się być kompletnie nieobecny, nieskoncentrowany na tym, po co tu przyszedł. Usiadł na brzegu łóżka. Spojrzał na mnie, by zaraz odwrócić wzrok z ciężkim westchnieniem. Stanąłem na środku pomieszczenia, zdezorientowany tym wszystkim. Do tej pory ci, z którymi byłem, przejmowali całkowitą inicjatywę. Teraz nie wiedziałem, co robić.
-Moje życie jest skończone...- rzucił znużonym głosem, wpatrując się w swoje kolana. Dopiero po chwili podniósł na mnie wzrok.- Przepraszam... zapewne raczej nie chcesz o tym słuchać... Przepraszam raz jeszcze... Możesz... jeśli chcesz... To znaczy...- wydobył portfel z tylnej kieszeni spodni i podniósł się, by podać mi banknot.- To wystarczy...?- zapytał niepewnie.
-Tak...- potwierdziłem cicho, drżącymi dłońmi chowając pieniądze do szafki, jakby ktoś miał mi je zaraz odebrać.
Odetchnąłem głęboko, po czym podszedłem do mężczyzny i klęknąłem przed nim, rozpinając jego spodnie.
-Pierwszy raz jestem w takim miejscu...- powiedział, spoglądając na mnie z niemrawym uśmiechem.- Chociaż to pewnie nie ma większego znaczenia...
Wysunąłem męskość z bielizny mężczyzny, zamierzając zrobić to jak najszybciej. Stymulowałem ją przez chwilę dłonią, zagryzając nerwowo wargę i starając się myśleć o tym, że jestem z kimś zupełnie innym. Mężczyzna zakrył twarz dłońmi. Odchylił się do tyłu i położył na łóżku. Jego członek stwardniał, ale on sam nie wydał z siebie choćby cichego westchnienia. Musnąłem językiem końcówkę jego męskości, pieszcząc wciąż dłonią jej trzon. Wydawało się zresztą, że jest mu zupełnie obojętne, co robię. Powtórzyłem kilka razy ten sam ruch językiem, po czym przestałem i zacząłem szybciej ruszać dłonią. To jak widać zupełnie mu wystarczyło. Nie powiedział do mnie ani słowa. Kiedy to robiłem, wydawało mi się, że w ogóle nie sprawia mu to przyjemności. Odniosłem wrażenie, że nie chciał być w tym miejscu. Jęk wyrwał się z jego warg chwilę przed tym, nim doszedł. Leżał jeszcze przez chwilę nieruchomo na łóżku. Wycofałem się i podniosłem na nogi, przyglądając mu się niepewnie. Po kilkunastu sekundach, usiadł.
-Moje życie jest skończone...- powtórzył raz jeszcze, odsuwając dłonie od twarzy. Miał łzy w oczach.- Moja żona... powiedziała mi, żebym się wynosił. Zabierze mi dzieci, na pewno... Pewnie uważasz, że na to zasłużyłem...- dodał po chwili, spoglądając na mnie tak błagalnym wzrokiem, jakby liczył na to, że zaprzeczę.
-Skąd mógłbym wiedzieć...- szepnąłem cichutko.
-Cóż, jeśli jestem w takim miejscu to raczej oczywiste!- zaśmiał się gorzko.- Przepraszam...- powtórzył po raz kolejny z głębokim westchnieniem.- Czy masz może coś, czym mógłbym się wytrzeć...?
Skinąłem głową, po czym przeszedłem na chwilę do łazienki, by wziąć chusteczki. Wróciłem i podałem je mężczyźnie, zupełnie oszołomiony tą sytuacją.
-Widzisz, to wcale nie jest tak, że ja się nie starałem...- zaczął po raz kolejny, jakby koniecznie chciał mi to wyjaśnić.- Starałem się i to bardzo. Starałem się zmienić... to... w sobie... Zapomnieć o tym, ale... nie mogłem...- szepnął wilgotnym głosem, kręcąc głową.- Nie mogłem zapomnieć... To jest jak... Jak wirus, jak przekleństwo... Nie da się tego pozbyć, choćby bardzo się chciało... Niezależnie od wszystkiego.
-Wiem- powiedziałem ledwie słyszalnie, odwracając wzrok.
Wiedziałem aż za dobrze.
-I wszystko to jakby się na mnie uwzięło! Najpierw pierwsza praca... Mój szef... Zmieniłem ją, ale co z tego, skoro w kolejnej poznałem znowu podobnego mnie...?- te słowa wydały mi się boleśnie znajome.- A później John... Boże, John...- jęknął głucho, zakrywając usta.- On też nie chce mnie widzieć... W końcu wybrałem ją... A teraz nie mam już nic. Nie wiem, co mógłbym ze sobą zrobić. Nie mam już życia. Zniszczyłem wszystko. Nie mam życia.
Patrzyłem na zupełnie rozbitego, zdezorientowanego człowieka i nie czułem do niego tego samego, co do pozostałych klientów. Nie przerażał mnie, nie wzbudzał wzgardy, raczej litość i współczucie. Zrozumienie. Sam byłem w podobnej sytuacji. I gdyby ktokolwiek zechciał dać mi wybór, wolałbym znaleźć się w niej ponownie, zamiast być w tym miejscu.
-Jeszcze wszystko może pan zmienić... przecież to nie wyrok...- powiedziałem, patrząc na niego. Podniósł na mnie wzrok.- Może... pogodzi się pan z żoną... albo z kochankiem... A jeśli nie... może znajdzie pan kogoś innego- dokończyłem, drżącym głosem.
Pokręcił głową, jakby zupełnie nie wierzył w moje słowa. Wytarł się, po czym zapiął spodnie i wstał powoli.
-Dziękuję- powiedział, po czym ruszył w stronę drzwi, ale nagle zatrzymał się przy nich. Spojrzał na mnie po raz kolejny. Uśmiechnął się lekko pod nosem.- Jesteś podobny do kogoś, kogo kiedyś znałem... Bardzo podobny...- stwierdził w zamyśleniu.- Ale to było tak dawno temu... Zbyt wielu rzeczy żałuję w swoich życiu... Nawet nie jestem w stanie stwierdzić, których bardziej. Może... zostawię ci swój numer...? Gdybyś chciał zadzwonić...? Co ja mówię... Pewnie nie będziesz chciał... Więc może ja zadzwonię do ciebie? Moglibyśmy spotkać się ponownie...
-Nie wiem, czy to możliwe...- odparłem ostrożnie.- Nie mam telefonu.
-Jak to...? Nie możecie stąd dzwonić?- zdumiał się mężczyzna.
Pokręciłem głową.
-Ale... Ale możecie wychodzić, prawda?- zapytał, przyglądając mi się ze zdziwieniem.
Milczałem przez chwilę.
-... Nie- szepnąłem w końcu w odpowiedzi.
Wydawał się być oszołomiony tym, co usłyszał. Odsunął się. Spojrzał na mnie z lekkim niedowierzaniem. Chciałem coś powiedzieć. Poprosić go, by jakoś zareagował. W tej jednej chwili urósł niemalże do rangi kogoś dającego nadzieję, szansę na wybawienie. Nie zdążyłem się jednak odezwać.
-Przepraszam, to nie moja sprawa, nie chcę się w to mieszać- wyrzucił z siebie błyskawicznie, po czym szybko opuścił pomieszczenie.
Wybiegłem za nim.
-Poczekaj! Proszę!- krzyknąłem, ale zatrzymałem się bezradnie w połowie korytarza, wzdychając płytko. Zagryzłem wargę i przeczesałem włosy palcami czując, jak zbiera mi się na łzy.
Wróciłem z powrotem do swojego pokoju.
Usiadłem na łóżku, zakrywając twarz dłońmi.
Tutaj rzeczywiście wszystko było inne.
Wszyscy wybawiciele przechodzili obojętnie obok.
A rudowłose anioły potrafiły jedynie szeptać cicho słodkie kłamstwa.
… Za które oddałbym wszystko.

Noc się skończyła. Oddałem pieniądze. Nie było tego wiele. Byłem jeszcze z dwoma mężczyznami, tak samo, jak z tamtym. Nie wydarzyło się nic złego, ale ten dzień był potworny, po prostu nie do zniesienia. Wróciłem i położyłem się bokiem na łóżku, zakrywając szczelnie kołdrą i płacząc cicho. Ten człowiek... To było jak stracona szansa. Wydawało mi się, że wszyscy wiedzą, w jaki sposób to funkcjonuje, a jednak się myliłem. On nie miał pojęcia. Ale i tak nie chciał mi pomóc. Bał się? Nie chciał robić sobie problemów? Czy można zostawić drugiego człowieka w takiej sytuacji? Czy ja mógłbym postąpić podobnie...? Nie miałem pojęcia. Wszystko to jednak przybiło mnie jeszcze bardziej niż wcześniej. Kolejne drzwi, które mogły prowadzić do wydostania się z tego piekła, zamykały się tuż przed moim nosem. Jak długo można żyć w takim miejscu...? Jak w ogóle można tutaj żyć?
Drzwi od mojej sypialni otworzyły się cicho. Odwróciłem się na chwilę w tamtym kierunku, mimo że czułem, że to był on. Przymknąłem na powrót powieki, drżąc od niepohamowanego płaczu. Położył się obok mnie, opierając dłoń na moim biodrze.
-Co się stało, Piękny...?- zapytał równie łagodnie jak zwykle, ale ja nie miałem już sił, żeby tego słuchać. Fenicio miał rację, nie mogłem tu liczyć na niczyją pomoc. Nie miałem złudzeń, na jego też nie.- Ktoś zrobił ci krzywdę...?
-Dlaczego wczoraj nie przyszedłeś...?- spojrzałem na niego z wyrzutem, powstrzymując cisnące mi się do oczu łzy.
Przesunął opuszkami palców po moim policzku i ucałował mnie krótko.
-Przepraszam, Piękny.
I tyle. Nic, choćby słowa wyjaśnienia.
-Dlaczego...?- powtórzyłem jedynie bezradnie.
-Musiałem być gdzie indziej.
-Gdzie...?
-To teraz nieważne.
-Dla mnie ważne- odpowiedziałem stanowczo, ale zaraz zwątpiłem we własne słowa.
A może wcale nie chciałem wiedzieć...? Gdzie mógł być...? Z innym mężczyzną...? Z szefem? Przełknąłem nerwowo ślinę, nie mogąc pozbyć się tego wyobrażenia z myśli i czując bolesne ukłucie w okolicy serca. Kilka pasm rudych włosów opadło na moją szyję, gdy przytulił się do mnie mocno od tyłu, nie odpowiadając. Tym razem już go nie dopytywałem. Przestałem płakać, czując w sobie rozgoryczenie i zagubienie.
-Dlaczego zdenerwował cię mój pocałunek z tamtym mężczyzną?- rzuciłem ledwie słyszalnie.
-Wydawało mi się, że to oczywiste...- odpowiedział szeptem. Musnął wargami moją szyję, wciąż obejmując mnie kurczowo.- Jesteś mój, Piękny. Tylko mój.
-Nie jestem twój. Sypiam z innymi mężczyznami...- stwierdziłem, czując obrzydzenie własnymi słowami.
-To coś, co każdy z nas musi robić. Wszystko inne, jest zależne od nas. Powiedz mi, dlaczego płakałeś...- powiedział, patrząc na mnie z uwagą. Spoglądałem w jego piękne oczy, niemalże zupełnie mu ulegając. Nie wiem, co takiego ze mną robił, ale przy nim wszystko się zmieniało.
-Nic takiego...- szepnąłem cichutko. Nie byłem pewien, czy mogę mu powiedzieć o tym, co się wydarzyło.
-Wciąż cię boli...?
Skinąłem głową.
-Keisy i ja zostaliśmy przyjaciółmi- odezwałem się po chwili, czując, że powinienem coś powiedzieć.
Uśmiechnął się do mnie lekko.
-To dobrze...- odpowiedział, całując mnie w czoło. Zaśmiał się cicho, rozbawiony, ścierając z mojej skóry ślad szminki.- Wydaje mi się, że to miły chłopak.
-Tak...- potwierdziłem jedynie, nieobecnym głosem.- Pocałował mnie- dodałem po chwili, spoglądając na Red niemalże wyzywająco. Byłem ciekaw tego, jak zareaguje na to.- A ja pocałowałem jego.
-W porządku- odparł spokojnie.
-W porządku?- powtórzyłem, zupełnie nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.- Przecież mówiłeś, że jestem tylko twój.
-On jest jednym z nas, to co innego. A poza tym... jesteście do siebie bardzo podobni- uśmiechnął się łagodnie, przeczesując niespiesznie palcami kosmyki moich włosów.- Delikatni.
-Słabi- poprawiłem go, uśmiechając się gorzko.
-Wcale nie. Wrażliwi.
Parsknąłem cicho.
-To tylko piękne określenia- zauważyłem.
-Mylisz się, Piękny- odparł spokojnie.- Tutaj nie ma wielu, którzy byliby podobni do was. Ale to nie znaczy, że musisz się upodabniać do tamtych.
Nie...? Więc co miałem robić? Fenicio czuł się dobrze, był do tego wszystkiego przystosowany. Szczery. Bezpośredni. Ale Keisy? Keisy był jaki był i wcale sobie nie radził. Nawet fakt, że jeszcze żył, był w dużej mierze kwestią szczęścia i tego, że był nieustannie pilnowany przez Bella, który dawał mu sens do tego, by żyć.
-Fenicio całuje się z klientami- powiedziałem, wpatrując się w Red z uwagą.
-Bo Fenicio nic nie czuje- odparł z pełnym przekonaniem rudowłosy.- Wyzbył się wszystkiego i zobojętniał tak bardzo, że nie rozumie pewnych spraw. On nie jest w stanie kochać...- dodał po chwili, powracając do moich ust.
Spojrzałem na niego ze zdumieniem.
-Więc...?- szepnąłem cichutko, urywając w połowie.- Więc to właśnie jest między nami...? Miłość...?
-Oczywiście. Kocham cię, Piękny.
Wbrew tym słowom, poczułem się tak, jakby właśnie pękło mi serce.
-Tak...- rzuciłem zupełnie znużony, wtulając się w niego.- Ja ciebie też...- powiedziałem głosem równie pozbawionym emocji, jak i on.
Kocham cię, piękne złudzenie.
I nie potrafię już bez ciebie żyć.

14 komentarzy:

  1. Anonimowy4:10 AM

    Pierwszy raz cokolwiek skomentuję, także nie będą to dwumetorwe wypociny.
    Rozdział oczywiście kochany, jak i cała reszta. Ubóstwiam Twojego bloga i wszyyystkie opowiadania. Inspirujesz mnie. I- jako jedna z niewielu- naprawdę masz talent. O.
    Geez, ale nasłodziłam.
    Weny życzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Musiałam sobie co nieco przypomnieć zanim wzięłam się za czytanie tego rozdziału.
    Po dawce AFY zawsze czuję się przytłoczona myślami i pytaniami. Czy Cissy wydostanie się z tego miejsca? Co czuje Red? Kim właściwie jest. Wiadomo dziwka szefa, ale czy tego szefa ktoś kiedyś widział? Może to Red nim jest. Jeżeli tak to dlaczego nie uwolni Cissy? I czy Fenicio kiedyś coś poczuje czy wciąż będzie takim dupkiem, którego mimo wszystko lubię.
    Tylko szkoda mi Keisy'ego. Żyje w świecie złudzeń, ale dzięki temu jeszcze jest na tym świecie. Dobrze, że on i Cissy się zaprzyjaźnili. :D
    Rozdział wspaniały jak i całe AFY. Szkoda tylko, że tak rzadko się ukazuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:32 PM

    Ach! Afy! Moje ulubione! Dzięki, dzięki, dzięki ! M.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda mi Cissy'ego. Ja bym się już dawno temu załamała, chociaż powoli widać, że on nie wytrzymuję. Ciekawi mnie parę spraw. Na przykład...Red. Przychodzi do niego co noc, szepcze słodkie słówka i go posuwa. Czy w ogóle Cissy ma szansę na ucieczkę? Strasznie chciałabym to wiedzieć. Teraz dopóki nie zasnę będę się zastanawiać co dalej. W każdym bądź razie dzięki za rozdział.;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy12:09 AM

    cudowne.. mam wrazenie ze Fenicio tak serio cierpi, a nie jest taki obojetny... i licze na to ze miedzy Red i Cissy'm zrodzi sie glebokie uczucie.. i ze sie kiedykolwiek wydostana z tego piekla razem ;) uwielbiam to opo <3
    Maki

    OdpowiedzUsuń
  6. Ilikejam12:46 AM

    Wspaniały rozdział, nasuwający kolejne pytania. Chcę więcej tego opowiadania! Powinno pojawiać się zdecydowanie częściej~

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej :)

    Zaczelam zastanawiac sie czy to zmierza wlasnie do katastrofy typewo "Keisy'owej", czy moze do jakiegos slodkiego happy-endu. Troche mnie przeraza to opowiadanie. Niewinnosc "Pieknego" jest dosc... Niepokojaca ze wzgledu na mozliwy koniec historii.
    Powiem szczerze, ze nie jestem specjalnie przywiazana do tego opowiadania, ale uwazam go za Twoj kolejny sukces.
    Licze na "You Found Me" nastepnym razem :).

    Przepraszam, ze bez polskich znakow, lecz jestem w miejscu, gdzie klawiatury ich po prostu nie znaja xD.

    Pozdrawiam,
    Kajna.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszę się, że dodałaś. Cieszę się, że przeczytałam. Cieszę się, że zdołowało.
    Taki tam ponury dzień z drobną dawką goryczy też może być ciekawy. Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy3:12 PM

    Po przeczytaniu tego rozdizału, nie mogę przestać o nim myśleć. Zastanawiam się nad dalszą losem bohaterów, ale także nad samymi bohaterami, nie mogę sobie poukładać kto jest tym "dobrym", a kto "złym".
    Najbardziej lubię cholernego realistę Fenicia, przypomina mi trochę mnie. ;P
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy7:32 PM

    Gratuluje wspanialego rozdzialu. Wybacz, ze dopiero teraz komentuje ale mam duzo rzeczy na glowie przez co tez nie mam czasu na narysowanie portretu Nadima. Mam nadzieje, ze nie jestes zla. Mimo wakacji nie czuje sie najlepiej, wiec jeszcze raz przepraszam. Paulinaa P.

    OdpowiedzUsuń
  11. Działa jak narkotyk...spróbujesz kęs i chcesz więcej. Mam nadzieję, że to nie koniec, bo detox będzie straszny.
    Dziękuję
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy7:46 PM

    Opowiadanie jest po prostu niesamowite. Te wszystkie emocje Cissy'ego, jego lęk i zagubienie.. Świetnie to wszystko potrafisz ująć w słowa i przekazać czytelnikowi. Naprawdę AFY jest intrygujące i wciągające. Mam nadzieję, że 9 rozdział ukaże się w niedługim czasie. :)

    vampirka_15

    OdpowiedzUsuń
  13. To opowiadanie wyląduje u mnie wśród Twoich opowiadań w czołówce, zaraz po Wyzwaniu. Jest ono takie.. inne, a jednocześnie zwykłe... chociaż nie do końca. Red jest spoko, tylko martwi mnie to,, że Cissy jest taki nastawiony, że wszystko jest złudzeniem i kłamstwem. Felicio wydaje się czasami spoko, a czasami miałam ochotę go zatłuc.. -.-' A co do Bello i Keisyiego to nie mam pojęcia.. Czy Bello tylko udaje..? To by było okrutne. Ciekawi mnie jaki to też jest ten szef.. A tego, co tam robi Thomas i po kie licho, nie mam zielonego pojęcia! Keisy jest dziwny, ma takie zmienne humorki, że ledwie się łapię xd. fajnie przedstawiłaś ten początek, coś czuję, że opko się dopiero rozkręca, więc czekam ;3

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy1:40 PM

    szkoda, że wstrzymane.
    ale muszę i napisać to, że piszesz świetnie. pochwał nigdy za wiele :)


    ed.

    OdpowiedzUsuń