Strony

sobota, 4 sierpnia 2012

Rozdział 22 [Chaos]


Biegł przed siebie ile sił w nogach. Słyszał swój własny płytki oddech i głośne bicie serca. Nie wiedział, przed czym ucieka. Chciał się odwrócić i to sprawdzić, ale nie był w stanie. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa, jakby nie należało do niego. Do niego należał tylko ten paraliżujący strach, zdenerwowanie, lęk, zupełnie przecież irracjonalny, bo nie był w stanie przypomnieć sobie, co robi w tym miejscu ani czym jest zagrożenie, którego tak się obawia. Wiedział jednak jedno – nie mógł się zatrzymać. Z oddali dobiegały go czyjeś głosy, pijackie okrzyki i śmiechy. Przemknął pomiędzy drzewami, zupełnie bezwiednie przeskoczył obalony konar i biegł dalej. Las był spokojny i cichy. On i ci, którzy byli za nim, zdawali się ten spokój naruszać i wprowadzać chaos. Poruszał się tak sprawnie, jak jeszcze nigdy, bez problemu omijając wszystkie przeszkody. Usłyszał tętent kopyt. Ci, którzy go ścigali, choć jeszcze chwilę temu słyszał ich bolesne jęki i zdawało mu się, że zbłądzili, znów zbliżali się do niego.
-Kto schwyta ostatniego, zostanie nagrodzony specjalnie!- usłyszał okrzyk jednego z mężczyzn.
-Na co czekacie, głupcy...? Polowanie trwa!- zaśmiał się drugi.
Nagle uczynił to, co zamierzał już wcześniej. Odwrócił głowę i obejrzał się za siebie. Widział kilkunastu ludzi, którzy przedzierali się przez drzewa, zapewne szukając właśnie jego i trzech, którzy jechali konno.
To koniec. Zostanie schwytany, chociaż nawet nie rozumiał z jakiej przyczyny. Stało się dla niego jasne, że choć jeźdźcy mieli problem ze sprawnym poruszaniem się w tym środowisku, i tak byli szybsi od niego, więc nieuchronnie dostanie się w ich ręce albo pod kopyta koni.
W tym momencie zdarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Z leśnej gęstwiny wyłoniły się zwierzęta. Wilki, co udało się Amirowi ustalić, gdy ponownie odwrócił się i spojrzał w tamtym kierunku. Przynajmniej z tuzin. Obnażyły zęby i rzuciły się w kierunku zbliżających się ludzi. Mężczyzna widział, jak skaczą na nich gwałtownie. Zwolnił odrobinę, niemalże się zatrzymując, z absolutnym niedowierzaniem, przyglądając się całej sytuacji. Zwierzęta wgryzały się w ciała tych, którzy się przewrócili, rozdzierały ich gardła. Jedno z nich upadło od silnego ciosu broniącego się człowieka, drugie wpadło pod kopyta konia, ale kolejne dwa, które zgromadziły się wokół zwierzęcia, przestraszyły je tak bardzo, że to stanęło dęba, zrzucając z siebie jeźdźca i rżąc przeraźliwie, rzuciło się w bok, próbując uciec i tratując część z leżących na ziemi ludzi.
Amir nie miał pojęcia, co się właśnie zdarzyło, ale nie tracił już więcej czasu. Kolejne wilki padały pod ciosami napastników, a on znowu ruszył biegiem przed siebie. I nagle zatrzymał się w ostatniej chwili, o mały włos nie żegnając się z własnym życiem. Stanął na skraju urwiska. Kilka kamieni usypało się spod jego stóp. Cofnął się i spojrzał w dół. Gdyby spadł, z pewnością nie miałby szans na przeżycie. Zbocze było wysokie, strome i pokryte ostrymi kamieniami. Nie miał teraz szans znaleźć możliwości obejścia. Kilka metrów dalej, przed nim, znajdowała się druga strona urwiska. Szalona myśl przemknęła mu przez głowę. Skoczyć...? Raz jeszcze skierował wzrok na dół. Nie, to przecież niemożliwe... Zginie, z pewnością zginie. Obejrzał się za siebie, słysząc, że ci, którzy go ścigają, są już blisko. Zginie tak czy inaczej. A przecież wcale nie tak to sobie wyobrażał. Gdzie jego oręż z którym nie rozstawał się na krok, dzięki któremu mógłby stawić czoła tym, którzy się zbliżali, mimo świadomości nadchodzącej klęski? Co on wyrabiał...? Cofnął się, bezwiednie, znowu nie mając żadnej kontroli nad własnymi kończynami. Odetchnął głęboko, spoglądając na drugą stronę urwiska. Nie, nie, nie, to niemożliwe, zupełnie nierealne... Głosy były coraz bliżej. Nie czekał już dłużej. Rozbiegł się i skoczył. Krzyknął z przerażeniem, chociaż ten krzyk nie wydostał się z jego gardła.
Obudził się, podnosząc natychmiast do pozycji siedzącej. Przetarł kropelki potu z twarzy i odgarnął włosy, odetchnąwszy płytko. To był tylko sen. Nie pierwszy i nie ostatni, po którym budził się drżący i przerażony, ale z pewnością jeden z niewielu równie rzeczywistych. Zsunął z siebie koc, którym był nakryty i podniósł się z ziemi, narzucając go zaraz sobie na ramiona.
Jego towarzysz siedział kawałek dalej, na ziemi, jak zwykle nic nie robiąc sobie z faktu, że było zimno jak diabli. Pogoda zmieniała się coraz wyraźniej i teraz zamiast ciepłego słońca, z rana witało ich szare niebo i chłodny, przeszywający wiatr. Tej nocy nie rozłożyli namiotu, który podziurawiony i coraz bardziej lichy, nie był już dobrym schronieniem, ani przed zimnem, ani deszczem. Amir ruszył powolnym krokiem przed siebie, by zatrzymać się przy potomku wilków. Ten zerknął na niego z dołu i uśmiechnął się lekko.
-Dobrze się goi...- powiedział, uprzedzając pytanie kompana o jego stan.- Uważaj, bo niedługo będę równie przystojny, co wcześniej...- dodał, siląc się na żart.
Amir nieznacznie uniósł kąciki ust. Twarz Nadima wciąż była opuchnięta i posiniaczona. Rany rzeczywiście zagoiły się niemalże zupełnie, choć było oczywistym, że po większości z nich pozostaną widoczne blizny.
-Już jesteś przystojny- odparł mężczyzna.- Dla kobiet, które lubią mężczyzn włóczących się po nocach po tawernach i wszczynających awantury...
-Ach, wrócił mój ukochany kompan i zastąpił wreszcie upierdliwą matkę- zaśmiał się wesoło Nadim, poklepując miejsce obok siebie.- Siadaj.
-Upierdliwą matkę...?- Amir parsknął cicho. Obszedł kompana i sięgnął do ich rzeczy, wyjmując z nich kawałek pergaminu, po czym usiadł przy potomku wilków.
Może rzeczywiście tak właśnie się zachowywał. Ostatnie wydarzenie było dla nich... trudne. Trudniejsze niż wszystkie do tej pory, chociaż nie był to przecież pierwszy raz, kiedy obaj o mały włos nie pożegnali się z życiem. Ciężko było określić z jakiego konkretnie powodu, ale właśnie tamte okoliczności wpłynęły na nich tak bardzo, że stały się niemalże traumatyczne. Amir często wracał myślami do tej sytuacji, odtwarzając ją na nowo, chociaż raczej o tym nie rozmawiali. W ogóle rozmawiali mniej niż wcześniej. Stali się cisi i mniej skorzy do kłótni. I choć było to zapewne jedynie chwilowe, najwyraźniej potrzebowali tego czasu spokoju, by wszystko sobie poukładać i wrócić do dawnych porządków.
-To określenie dobrze do ciebie pasowało...- zachichotał Nadim, wpatrując się w swojego kompana.- Nie mamy już złota, prawda?
-Nie.
Resztkę, a i tak nie było tego wiele, oddał właścicielowi tego... specyficznego miejsca, w którym się zatrzymali. Pewnie dużo więcej zapłaciłby w normalnej gospodzie za jedną noc. Tamten mężczyzna nie oczekiwał od niego rewanżu, ale Amir nie lubił pozostawiać spraw w ten sposób i uznał, że należy mu się choć taki, niewspółmierny do jego pomocy, rodzaj odwdzięczenia się.
-Chyba będzie nam ciężej niż wcześniej- ocenił Nadim, chociaż tak lekkim tonem, że raczej trudno było stwierdzić, by go to martwiło.
-Dużo ciężej- poprawił go Amir, chcąc uświadomić mu wagę problemu. Bez złota poruszanie się po miastach będzie im przychodziło z dużo większym trudem. Będą też musieli zdać się na umiejętności potomka wilków i jego polowanie.
-Damy sobie radę- stwierdził optymistycznie Nadim. Mężczyzna uśmiechnął się tylko pod nosem, kręcąc głową.- U nas nie ma pieniędzy i jakoś dajemy sobie radę.
-Nie ma...?- zaśmiał się Amir.- Chcesz powiedzieć, że gdy spotkałem cię w tej gospodzie, liczyłeś na to, że ktoś poda ci piwo ze względu na piękne oczy...?
-Nie. Wtedy akurat miałem pieniądze. Część z nas je ma. Ta część, która trochę bardziej... wdrożyła się w wasz świat. Ale nie ma tego wiele. A jednak dajemy sobie radę.
-Tak, wasz cudowny świat...- parsknął mężczyzna.
-Gdy wrócimy, możesz przyjść i się przekonać. Pomieszkać z nami parę dni...- zaproponował potomek wilków. Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem.- Przekonałbyś się, jak to jest.
-Następca tronu w wiosce potomków wilków...?- mężczyzna zaśmiał się cicho.- Już widzę te plotki...
-Nikt nie musiałby wiedzieć. A ty przekonałbyś się, jak to jest nie martwić się o złoto.
-Jako siostrzeniec króla, mogę cię zapewnić, że akurat pieniądze były moim najmniejszym zmartwieniem- stwierdził zgodnie z prawdą Amir.
-Więc przekonałbyś się, jak to jest, gdy inni nie muszą się o nie martwić- nie dawał za wygraną potomek wilków.
-Kuszące...
Amir rozwinął mapę, po raz któryś z kolei przyglądając się narysowanym na niej budowlom, jakby miał zamiar dostrzec na niej w ten sposób coś więcej. Chyba po prostu potrzebował zajęcia, potrzebował oderwać się od myśli o tym, co się wydarzyło i o myśli o tej istocie, która pośrednio doprowadziła ich do tamtej sytuacji. Pomoc tego diabła nie była z pewnością pomocą bezinteresowną, ale do czego przekonał go sam potomek wilków – nie mieli w tym momencie innego zajęcia, niż tylko bezsensownego wałęsania się, można więc było sprawdzić, na ile informacje, jakie przekazał im rozmówca Amira, były prawdziwe.
-Znowu ta mapa...?- jęknął głucho potomek wilków. Zerknął towarzyszowi przez ramię i raz jeszcze powiódł palcem, rysując w ten sposób niewidzialną drogę do kolejnych budynków.- Teraz jesteśmy gdzieś tutaj... Mniej więcej, w zależności od tego, jaka jest odległość... Jeśli są narysowane we właściwy sposób, później skręcimy na wschód... Stąd cofniemy się nieco i pójdziemy tędy... I na koniec zostanie nam ostatni.- powtarzał to samo już któryś kolejny raz, chyba sądząc, że nad tym tak głowi się jego towarzysz.
-Mhm...- mruknął tylko Amir, nie bardzo starając się skupić na tym, co mówi potomek wilków.
Posiedzieli tak jeszcze chwilę. Pierwsze krople deszczu zmusiły ich do tego, by ruszyć się z miejsca. Amir dobrze ukrył mapę i wziął tobołek z ich rzeczami. Nadim trzymał koc na górze, skrywając pod nim siebie i kompana, chociaż była to marna ochrona przed ulewą, która rozpoczęła się na dobre kilkanaście minut później. Koc przemókł zupełnie, stając się coraz bardziej ciężkim. Nadim skłębił go w rękach i obaj ruszyli szybciej przed siebie, licząc na jakieś schronienie wśród pobliskich skał. Udało im się odnaleźć niewielką jaskinię. Wspięli się po kamieniach i znaleźli się w środku, płosząc gromadę małych, futerkowych zwierząt, które czmychnęły stamtąd w obawie przed nimi.
-Zbliża się burza...?- zapytał cicho Amir, zbliżając się do wejścia jaskini i z obawą wpatrując się w ciemniejące niebo.
-Nie sądzę- odparł Nadim, chyba dla świętego spokoju towarzysza. Zerwał się okropny wiatr, który z łatwością wyginał pobliskie drzewa i łamał ich wątlejsze gałęzie.- Połóż się i spróbuj zasnąć. Wszystko jest w porządku.
Mężczyzna usiadł na ziemi i zaraz znów wyjął mapę, choć w panujących wokół ciemnościach, nie widział na niej prawie nic. Kilka kropel skapnęło z jego włosów na pergamin. Ta mapa była w tym momencie wszystkim, co mieli. Pierwszy raz coś dawało im może nie tyle pewność, co pewnego rodzaju jasność działania. Kryształy albo coś wspólnego z nimi, było kiedyś w tych miejscach  - należało sprawdzić, czy nadal się tam znajduje. Wcześniej wałęsali się zupełnie bez celu, nie wiedząc, na co mogą trafić. A jednak niepokój Amira wzrastał. To wszystko nieubłaganie stawało się coraz bardziej realne i powoli zbliżało ich do celu podróży. Pytanie, jaki był cel...? I jaki był jej koniec...?
-Znowu ta mapa...?- Nadim zabrał ją kompanowi sprzed nosa.- Teraz ja ją wezmę. A ty spróbuj zasnąć, i tak przez większość nocy czuwałeś.
-Ktoś tu przejmuje obowiązki upierdliwej matki- zauważył uszczypliwie mężczyzna.
-Raczej kochanego kompana- potomek wilków uśmiechnął się do niego uroczo, siadając przy wejściu.
… I to jeszcze jak.

Znajdował się w okrągłym, wysadzonym kamieniem pomieszczeniu. Stał tuż przed jakimś podwyższeniem, na którym stało kilku mężczyzn. Potomków wilków. Wszyscy wpatrywali się w jego kierunku. Amir spoglądał na nich ze zdumieniem. Nie miał pojęcia, co robi w tym miejscu. Czuł się rozgniewany i rozgoryczony, chociaż nie miał ku temu żadnego powodu. Patrzył na tych, którzy stali przed nim i zdawał sobie sprawę ze swojej niechęci, może nawet nienawiści do nich, chociaż nie potrafił sprecyzować tego odczucia ani podać jego przyczyny. Na usta cisnęły się mu same pytania, pełne niepewności i niezrozumienia, ale wymknęło się z nich coś innego.
-Musicie im pomóc! Musicie wysłać wojska! Bez tego sobie nie poradzą!- krzyknął, choć ten głos wcale nie należał do niego.
-Mam go stąd zabrać...?- warknął złowrogo młodszy z potomków wilków, wysoki i smukły, spoglądając na stojącego obok niego starca, który ze względu na swój odróżniający go od otaczających go wojowników strój, wydawał się być przywódcą.
-Zostaw- rzucił tylko, niemalże znużonym głosem.
-To jedyne, co potrafisz robić! Zostawiać tych, którzy są zależni od twojej pomocy!- rzucił znowu gniewnie, choć zupełnie wbrew własnej woli Amir.- Ludzie się nie zatrzymają! Pójdą dalej! Chcą nas podbić, widziałem to wszystko, widziałem ich statki, widziałem ich broń, ich...
Starzec uniósł dłoń, a Amir umilkł gwałtownie.
-Mówiłeś mi już o tym, co widziałeś. Moje wojsko jest gotowe. Będziemy się bronić.
-A co z pozostałymi?!- wybuchnął z wściekłością, słysząc te słowa.- Chcesz ich pozostawić zupełnie bezbronnymi?! Oni nawet nie zdają sobie sprawy z zagrożenia! Nie rozumieją, co się dzieje! Nie są zdolni, by się im przeciwstawić!
-Nie możemy bronić tych, którzy sami siebie skazali na klęskę...- odparł z całym przekonaniem starzec.- Nie jesteśmy zresztą gotowi do takiego starcia. Musimy zagwarantować bezpieczeństwo naszym braciom i siostrom.
-A kim byli ci, których śmierć musiałem oglądać?! I kim są ci, którzy być może już teraz giną, modląc się o waszą pomoc?! Jak możesz mówić podobne rzeczy! Tu, czy gdziekolwiek indziej, jesteśmy jednością!
-Bzdura, drogi chłopcze... Nie jesteśmy. Nigdy też nią nie byliśmy i zapewniam cię, że nigdy nią nie będziemy... Zbyt wiele nas różni- stwierdził jego rozmówca. I choć na twarzy otaczających go żołnierzy pojawił się grymas zirytowania, jakby nie chcieli już dłużej słuchać słów tego, który się tutaj pojawił, sam przywódca wydawał się być raczej spokojny.- Wiara w jednego boga to za mało- ocenił surowo.- Ja jestem winien bronić tych, którzy są mi podlegli, jak im przysięgałem. Nie mogę odpowiadać za wszystkich pozostałych i narażać się na niebezpieczeństwo.
-Narażasz się na niebezpieczeństwo biernością! Oni przedrą się tutaj prędzej czy później, zniszczą nas! Zatrzymaj ich teraz, póki masz taką możliwość, zanim znajdą się u bram! Jak śmiesz pozwolić na śmierć tych, którzy niczym nie zawinili, ty stary głupcze?!
Strażnik poruszył się gwałtownie, sięgając po broń, zatrzymał go jednak gest przywódcy.
-Przypomnij mi, kim jesteś, młodzieńcze... Strategiem...? Żołnierzem...? Może choćby posłańcem...? Jesteś ocalałym z nadmorskiej wioski. Myśliwym. W dodatku wypowiadającym się w uniesieniu, przez swoje doświadczenia, co jestem w stanie zrozumieć i co pozwala mi nie tracić wobec ciebie cierpliwości. Cóż możesz wiedzieć o wojnie?
-Wiem, że żeby robić to, co należy, trzeba mieć choćby odrobinę honoru!- warknął bezwiednie Amir.- Gdybym był na twoim miejscu, zrobiłbym wszystko, by ich ocalić! Choćby oznaczało to klęskę, wiedziałbym przynajmniej, że uczyniłem to, co uczynić należało. Możesz to samo powiedzieć o sobie...?
-Odnoś się do przywódcy z szacunkiem!- ostrzegł go groźnie jeden z żołnierzy.
-Nie będę odnosił się z szacunkiem do tego, który w swym zaślepieniu zasługuje na miano zbrodniarza!- krzyknął w uniesieniu mężczyzna.
Wywołało to natychmiastową reakcję i wzburzenie tych, którzy znajdowali się w otoczeniu przywódcy, żaden z nich nie śmiał jednak drgnąć bez jego polecenia.
-Nigdy jednak nie znajdziesz się na moim miejscu, chłopcze. Więc nie dane ci będzie zrozumieć przyczyn mojej decyzji- odpowiedział gładko władca.- A jeśli tak bardzo chcesz pomóc, dołącz się do naszej armii. Będziemy potrzebowali każdego, kto wie jak trzymać broń.
-Prędzej stanę ramię w ramię z ludźmi, niż z wami, czekając cierpliwie, aż zabiją nas wszystkich od środka! Zasługujesz na miano mordercy tak jak i oni wszyscy! Pozwalasz im działać!
-Twój wiek ma swoje prawa. Rozumiem też twoje wzburzenie. Ale nie będę zezwalał na tego typu zachowanie w tej sali. Chociażby ze względu na naszą przeszłość, te mury zasługują na to, by oddać im należytą cześć.
-Więc oddawaj cześć murom, skoro są dla ciebie ważniejsze od nas- wycedził przez zęby mężczyzna.- I bądź świadom tego, że historia nie będzie dla ciebie równie łaskawa.
Obraz zamazał mu się przed oczyma. Na chwilę stracił świadomość tego, gdzie się znajduje, a gdy odzyskał przytomność, był już w zupełnie innym miejscu. Stał w lesie, pośród drzew, uporczywie wpatrując się w najbliższy pień, na którym widniał ślad krwi, jakby coś otarło się o niego, uciekając. Amir poszedł dalej. Na kolejnym drzewie, widniała jeszcze bardziej obfita plama. Trawa przed nim, miejscami naznaczona była plamami szkarłatu, które zdawały się wytyczać mu drogę do celu. Ruszył powoli w tamtą stronę. Ślady stawały się coraz bardziej wyraźne. W pewnym momencie poślizgnął się upadł na ziemię. Podniósł się na kolana i wtedy zdał sobie sprawę z tego, że ktoś przy nim stoi. Uniósł powoli głowę. Zobaczył kobietę, stojącą w białej sukni. W okolicach jej podbrzusza znajdowała się pokaźna plama krwi. Wzrok zatrzymał jednak na jej dłoniach. Nienaturalnie długie i chude palce, zakończone były ostrymi szponami, zabrudzonymi czerwoną cieczą. Chciał o coś zapytać, powiedzieć coś, ale w tym momencie jego spojrzenie spoczęło na twarzy tej istoty. Zamarł w bezruchu, widząc puste oczodoły, z których wylewały się szkarłatne łzy.
-Nie ma przyszłości dla twojego narodu- powiedziała kreatura.
Wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Cofnął się gwałtownie.
Krzyknął.
-Hej, spokojnie...- obudził się u boku Nadima, który nachylał się nad nim.- To tylko sen. Już w porządku.
-Tak... Tak, tak...- westchnął cicho Amir, odgarniając włosy z czoła i przecierając twarz dłonią.
Ale to nie był pierwszy taki sen. Zastanawiał się nad tym już wcześniej, ale teraz to wydawało się być czymś wręcz oczywistym, choć wciąż nieprawdopodobnym. Wydawało mu się, że... śnił mu się Fortis. Nie tyle sam Fortis, bo wszystko, co widział dookoła widział jakby jego oczyma. Więcej. On sam był Fortisem.
-Ostatnio często śnią ci się koszmary- zauważył ostrożnie potomek wilków, siadając naprzeciwko niego.
Amir skinął powoli głową, odwracając wzrok w stronę wejścia. Wiatr uspokoił się nieco, deszcz również przestał padać, chociaż daleko jeszcze było do rozpogodzenia.
-To trochę... dziwne- odpowiedział, po chwili wahania.
-Dziwne...? Przecież śniły ci się już wcześniej- odparł Nadim.- Zresztą, ja też je miewam. Od tamtego czasu- dodał znacząco, chociaż mężczyzna tego nie zrozumiał. Spojrzał pytająco na kompana.- Śni mi się ta studnia... Od czasu do czasu...- potomek wilków przełknął ślinę. Spłoszył się wyraźnie, widząc wzrok kompana. Amir raczej nie spodziewał się, że usłyszy coś podobnego.- To nic takiego... Tylko... Chyba nigdy jeszcze nie byłem aż tak bliski... Sam wiesz...
-Byłeś...
-To nie to samo.
Amir wiedział o tym doskonale.
-Dlaczego te koszmary wydają ci się dziwne?- zapytał raz jeszcze potomek wilków, spoglądając na towarzysza z uwagą.
Mężczyzna milczał przez chwilę.
-Śni mi się... Fortis- przyznał w końcu.
-Fortis?- zdumiał się jego kompan.- To pewnie przez to, że za dużo o nim mówię.
-Posłuchaj... Czy w tej historii o Fortisie jest coś o... wilkach?- Amir czuł się lekko skrępowany.- Wiem, że zabrzmi to nieco dziwnie, ale chodzi mi o jego ucieczkę. O wilki, które atakują najeźdźców.
-Och, tak, rzeczywiście- przytaknął Nadim, skinąwszy głową.- Canis opowiadał mi o tym bardzo dokładnie. Podobno, gdy Fortis uciekał, z lasu wybiegły wilki, które zaatakowały tych, którzy go ścigali. Ale sam rozumiesz... Ta historia była powtarzana już tyle razy...- potomek wilków uśmiechnął się lekko.- Uznałem, że ten element jest raczej mało prawdopodobny. I został zapewne dodany, żeby podkreślić aspekt naszego pochodzenia i dodać całej sytuacji jeszcze bardziej mistycznego zabarwienia. Więc wbrew twoim twierdzeniom, o moim braku sceptycyzmu, ten wątek raczej pomijam...- dodał z rozbawieniem.- Swoją drogą, mówiłeś, że nie znasz dobrze tej historii.
-Bo jej nie znałem- odpowiedział mężczyzna. Potomek wilków spoglądał na niego bez zrozumienia. Amir wciąż nie miał pewności.- A... urwisko...?
-... Urwisko...?- powtórzył Nadim, wyraźnie mocno zdumiony.- Chodzi ci o to, że Fortis miał przeskoczyć na drugą stronę urwiska podczas ucieczki...? To ci się śniło...?- potomek wilków spoglądał na niego z coraz większym zaskoczeniem.
Amir skinął głową.
-Niesamowite... Po prostu niesamowite...- szepnął z przejęciem potomek wilków i zaraz zerwał się na nogi. Amir spojrzał na niego uważnie. On użyłby raczej słowa „niepokojące”, ale przyzwyczaił się już do faktu, że w takich kwestiach, zdania zazwyczaj mieli odmienne.- To ten kryształ, prawda...? To on podsuwa ci te wizje.
-Sny- poprawił go mężczyzna.
-Więc widziałeś ucieczkę Fortisa...?- zapytał Nadim, wyraźnie podekscytowany.- Opowiedz mi o tym! Właściwie opowiedz mi o wszystkim! Co jeszcze widziałeś?!
Amir odetchnął głęboko.
-Niewiele...- stwierdził, absolutnie nie podzielając entuzjazmu towarzysza.- Słyszałem jeszcze jego rozmowę z jakimś starcem... I widziałem jakąś zmasakrowaną kobietę. Wcześniej, to były tylko urywki...
-Mów!- jęknął błagalnie Nadim, ku zdumieniu kompana. Nie dał mu jednak dojść do słowa, bo zaczął powtarzać chaotycznie- A więc to prawda, to wszystko prawda... To niezwykłe! Niesamowite!
-Co jest tak bardzo niesamowite?- Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Jak to co?! To podwaliny naszej wspólnoty! Naszej cywilizacji! I to wszystko okazuje się być prawdziwe...
-Nie sprawiałeś wrażenia, jakbyś kiedykolwiek w to wątpił- zauważył Amir.
-Bo... nie wątpiłem- odpowiedział potomek wilków, po chwili wahania.- Ale to zupełnie co innego! Zupełnie inaczej jest wierzyć, a inaczej jest mieć pewność! To wspaniałe! Skoro nawet te najmniej prawdopodobne z opowieści były prawdziwe... To cóż dopiero z pozostałymi!
Amir z umiarkowanym krytycyzmem przyjął radość kompana, której nie miał jednak serca burzyć swoimi rozważaniami. Opowiedział mu to, co widział w swoich snach, wyjątkowo cierpliwie znosząc jego kolejne pytania i westchnienia niemalże pełne uniesienia. Domyślał się, że dla potomka wilków... dla wszystkich potomków wilków właściwie... mogło to być ważne. To rzeczywiście była ich historia, w dodatku raczej będąca legendą niż zbiorem faktów. Czasem jednak legendy mogły okazać się bardziej prawdziwe, niż to się z początku wydawało. Jego samego jednak sytuacja po raz kolejny trochę przerastała.
Mówił raczej o samych okolicznościach, o tym co słyszał, niż o własnych odczuciach. Nie był zresztą pewien, czy te odczucia rzeczywiście należały do niego, czy raczej do Fortisa. I pojawiło się w nim wahanie, w którym zawarty był okruch zrozumienia. Może to za dużo powiedziane. Patrząc jednak na całą sytuację oczyma Fortisa i zdając sobie sprawę z tego, przed czym został postawiony, Amir odnosił się do niego nieco mniej gniewnie niż wcześniej. Ale mimo wszystko sądził, że nie należy mu się ani krztyna współczucia. Fortis zrobił coś złego i godnego potępienia. Nie istniały żadne okoliczności, które mogłyby go usprawiedliwić. Bratanie się z demonem, by ocalić swój naród, może jeszcze niektórym wydawać się postawą dość heroiczną, choć w jego mniemaniu, było zwykłym tchórzostwem. Ale bratanie się z demonem, by następnie krzywdzić tych, w których obronie się stawało, było czymś więcej niż tylko okrucieństwem i hipokryzją. Było jak sprzeniewierzenie się temu, o co samemu się walczyło.
Wreszcie wyszli z jaskini i ruszyli dalej, chociaż potomkowi wilków usta się nie zamykały. Cały czas o coś dopytywał, a gdy na chwilę przestawał, mówił znowu o tym, co opowiadał mu Canis i jak bardzo prawdziwe były wszystkie te legendy. Amir o dziwo, nawet nie czuł się zbytnio zirytowany. Odpowiadał, co prawda, coraz bardziej znużonym głosem, ale nie mogło być inaczej, skoro jego towarzysz zaczął się powtarzać i pytał o to, co już wcześniej usłyszał po kilka razy.
-Denerwuję cię, prawda?- zapytał potomek wilków, chyba zdając sobie sprawę z tego, że jego towarzysz czuje się już nieco zmęczony rolą sprawozdawcy.
Amir uśmiechnął się tylko. Nadim chyba uznał to za odpowiedź twierdzącą i umilkł na chwilę, choć wyraźnie przyszło mu to z dużym trudem. I gdy już mężczyzna miał się odezwać i z ciężkim westchnieniem rzucić, że potomek wilków może pytać, jeśli rzeczywiście tak bardzo go to ciekawi (a ciekawiło go jak diabli), ale w tym momencie zobaczył kątem oka coś, co go sparaliżowało. Okoliczne skały się... poruszyły. W pierwszej chwili uznał to za przywidzenie, ale huk, jaki zaraz usłyszał, kazał mu się zatrzymać. Odwrócił się w tamtym kierunku. Dobrą chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że unoszące się w górę skały nie są nimi w istocie. Ponieważ był to... ogon. Długi na kilkadziesiąt metrów, pokryty łuskami i nie odróżniający się kolorem od okolicznych kamieni, wzbił się w powietrze. Amir zaniemówił. Stąpnięcie ogromnych, zakończonych ostrymi szponami łap, omal nie zwaliło ich z nóg.
-Co to jest?!- krzyknął Nadim, chwytając towarzysza za ramię.
Mężczyzna pokręcił tylko głową, kompletnie zdezorientowany. Odpowiedź przyszła mu do głowy dopiero wtedy, gdy udało mu się wreszcie ogarnąć wzrokiem całą kreaturę, która stanęła wreszcie na czterech łapach i wyprostowała się, zwracając w ich stronę podłużny, gadzi pysk i wbijając w nich wzrok stalowych oczu.
-Smok...?- szepnął potomek wilków takim tonem, jakby nie dowierzał własnym oczom.
Amir natychmiast dobył miecza. Jego broń wyglądała jednak groteskowo w porównaniu z wielkością stworzenia, przed którym stał, w gruncie rzeczy, absolutnie bezbronny i nie mający choćby szans ucieczki.
-Kim jesteście, że ośmielacie się naruszać mój spokój...?- groźny pomruk wydobył się z kreatury.
-Cofnij się!- warknął głucho mężczyzna.
-Nie, Amir, nie!- Nadim stanął przed swoim kompanem i spojrzał na gada, po czym przełknął nerwowo ślinę i ukłonił się przed nim nisko.- Wybacz nam, panie... Nie było naszym zamiarem ci przeszkadzać...
Cóż. Może rzeczywiście taka postawa była odpowiedniejsza niż rzucanie się na smoka z czymś, co przy jego wielkości przypominało igłę.
-Kim jesteście?- powtórzył surowo smok.
-Nazywam się Nadim. Jestem potomkiem wilków- wyjaśnił pospiesznie ogoniasty.
-Wiem, kim jesteś, mieszkańcu lasów- ton bestii stał się nieco łagodniejszy.- Znałem już takich jak ty. Nie uczynili mi nic złego, w przeciwieństwie do ludzi...- lodowaty, przeszywający wzrok gada, spoczął ponownie na Amirze, który wciąż nie schował broni, pewien, że tak czy inaczej, zaraz będzie zmuszony się bronić.- Pytam raczej, kim jesteście, że udało wam się mnie zbudzić ze snu...? Albo raczej, co takiego posiadacie...?
Potomek wilków wyprostował się na chwilę i spojrzał na Amira, po czym podszedł do niego i zdjął mu z szyi woreczek z kryształami.
-Co ty wyrabiasz!- zaprotestował natychmiast mężczyzna.
-Mamy ze sobą pewne kryształy, panie- Nadim ponownie pochylił się pokornie przed smokiem.- Poszukujemy ich. Chciałbym zapytać czy masz o nich jakieś informacje...?
-Niech człowiek odejdzie- odparł stanowczo gad.- Udzielę ci odpowiedzi na twoje pytanie.
-Niedoczekanie twoje!- prychnął w odpowiedzi Amir.
Groźne sapnięcie wydobyło się z nozdrzy bestii.
-On jest godzien zaufania- zapewnił smoka Nadim.
-Jak bardzo jesteś tego pewien...?- zapytała kreatura.
-Jestem gotów ręczyć za niego życiem- odparł bez wahania potomek wilków.
Amir spojrzał na kompana z zaskoczeniem. Mimo iż sam z pewnością mógłby powiedzieć to samo o nim, te słowa zrobiły na nim duże wrażenie.
Smok spojrzał na człowieka znacząco. Po chwili to samo uczynił Nadim. Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Amir...- syknął potomek wilków.- Twoja broń!
-Co...?
-Schowaj broń!
-Phie! Jakby mogła mu wiele zrobić!- burknął pod nosem mężczyzna, posłusznie chowając jednak miecz.
-Dobrze, mieszkańcu lasów. Zatem twoje życie zależy od jego zachowania- rozsądził smok.
Amir spojrzał na gada z nieskrywaną niechęcią.
-Chcieliśmy zapytać, czy wiesz, gdzie może znajdować się fragment tego kamienia- rzucił Nadim, wyciągając jeden z kryształów i pokazując go na dłoni.
-To ten kryształ...?- zdumiał się gad.- Tyle fragmentów... Zdajecie sobie sprawę z tego, co czynicie...? Sprowadzicie na siebie zagładę... Na wszystkich...
-Nie, panie. Nie zbieramy go dla siebie- odparł natychmiast Nadim, kręcąc głową.- W naszej okolicy miały miejsce pewne zdarzenia, które każą nam podejrzewać, że ten, który go stworzył, powrócił. Dlatego wysłano nas razem, żebyśmy odszukali resztę kryształów i zapobiegli temu, co może się wydarzyć.
-Ty jesteś potomkiem tego, który zbłądził zbyt mocno... Wasze plemię na wieki będzie dźwigać piętno jego zdrady... I ty, który wiesz, kim był i jakie miał z początku cele, naprawdę wierzysz, że gdy połączysz kryształ w jedno, uda ci się zrobić cokolwiek dobrego...?- zapytała bestia.
-Nasz przywódca powiedział, że uda nam się powstrzymać zagrożenie- odrzekł potomek wilków.
-I jesteś pewien jego słów i lojalności, tak bardzo, jak jesteś pewien tego człowieka...?- zapytał smok. Nadim skinął głową. Z gardła gada wydobyło się coś na kształt westchnienia.- Mylisz się, mieszkańcu lasów. Żądza zawsze wygra ze sprawiedliwością.
-Nie tym razem.
-... Mam fragment kryształu- powiedziała bestia, a Amir spojrzał w jej kierunku ze zdumieniem.- Pewien człowiek przyniósł go tutaj kiedyś, przerażony swoim znaleziskiem...
-Dlaczego przerażony?- zapytał mężczyzna.
-Ponieważ dowiedział się, do czego służył kiedyś i do czego może posłużyć w przyszłości. Zrodziło się w nim pragnienie i chciał odszukać pozostałe fragmenty, ale jego własna żądza przeraziła go w pewnym momencie tak bardzo, że postanowił się go pozbyć. Próbował zniszczyć fragment, ale nie zdołał, więc oddał go mnie, prosząc, bym nikomu nie oddał go w posiadanie. Ale wiedziałem, że prędzej czy później pojawi się tu ktoś, kto będzie go szukał... Dlaczego akurat ty, mieszkańcu lasów? Twoja szlachetność jest godna podziwu, ale nie będzie miała szans w starciu z tym, czego się obawiacie.
-Zaufaj nam, panie- szepnął Nadim.
-Ja...? Nie muszę wam ufać. To co się stanie, nie będzie miało ze mną nic wspólnego... Ale jeśli wy ufacie sobie tak ślepo...- smok umilkł na chwilę, po czym ogromnym łbem wskazał na coś po swojej prawej stronie.- Tam, na wzgórzu... Jeśli pójdziecie dalej, dojrzycie to z całą pewnością... W starym, zniszczonym zamku mieszka ktoś, kogo istota, którą chcecie powstrzymać, oszukała. Dawno, dawno temu, tak dawno, że nie istnieją żadne źródła, które mogłyby potwierdzić moje słowa, żył tam młody książę, który zapadł na straszną chorobę...- zaczął gad, zmęczonym głosem.- Ból paraliżował jego ciało, skóra pękała, tworzyły się na niej sińce, bruzdy i rany, które wydzielały z siebie potworny fetor. Królewscy lekarze byli bezradni. Zdawało się, że książę nie przeżyje więcej niż kilka tygodni, ale choroba rozkładała go miesiącami, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Pewnego razu, gdy książę był ledwie przytomny z bólu, pojawiła się przy nim niezwykła istota... Tak niesamowicie piękna, że uznał ją w pierwszej chwili za wysłannika bogów, który przyszedł przeprowadzić go na drugą stronę... Książę płakał gorzko nad swoim losem. Cierpiał tak bardzo, ale wcale nie chciał umierać. Bał się śmierci wiedząc, że jego wcześniejsze, haniebne uczynki, mogły nie zapewnić mu miejsca wśród bogów. Istota była jednak bardzo łaskawa i hojna. Powiedziała, że wejrzała głęboko w serce księcia i dostrzegła w nim dobro, które postanowiła nagrodzić. Obiecała, że uleczy księcia i pozwoli mu zażyczyć sobie czego tylko zechce. Książę zgodził się bez chwili wahania, ponieważ niebiańska istota nie chciała nawet niczego w zamian. Zażyczył więc sobie nieśmiertelności, wiecznego życia, tu, na ziemi i świadomości, widział bowiem, jak jego ojciec traci na starość zmysły, on więc żądał tego, by do końca posiadać jasny umysł. Istota zniknęła. Już następnego dnia, książę wstał z łóżka o własnych siłach. W ciągu kilku kolejnych, wyzdrowiał całkowicie. Uzdrowiciele i medycy, którzy wcześniej bezradnie rozkładali nad nim ręce, usiłowali sobie przypisać zasługi za jego nagły powrót do zdrowia, po cichu jednak dziwiąc się temu i przypisując uzdrowienie bogom. Sam książę natomiast, chociaż pamiętał spotkanie z cudowną istotą, sądził raczej, że było one snem czy złudzeniem skołatanego umysłu. I tak słaby i chorowity książę zasiadł wreszcie na tronie. I ten, któremu nie dawano więcej, niż kilka tygodni życia, przeżył dziesięć lat, później dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto... Starzał się, ale tak wolno, że było to niemalże niezauważalne. Wielu poddanych sądziło, że to wielka mistyfikacja, jedynie ci, którzy byli blisko monarchy widzieli, że król jest człowiekiem niezwykłym... Niektórzy upatrywali się w nim nawet boga. Król zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że istota rzeczywiście spełniła jego życzenia. Sprawował rządy twardą ręką i nigdy nie pozwolił ich sobie odebrać, ciesząc się bogactwami i rozrywkami, które zapewniła mu korona. I mimo lat, umysł miał wciąż jasny. Rządził kolejne dwieście, czterysta, sześćset lat... Jego władza stawała się coraz bardziej okrutna. Setki buntowników nieświadomie pchały się ku zagładzie, naiwnie licząc na to, że uda im się go obalić, aż w końcu... Miasto wymarło. Straszna choroba sprawiła, że niemalże wszyscy jego mieszkańcy, padli w ciągu kilku miesięcy, w okropnych męczarniach. Okolica stała się zupełnie martwa. Król został przy życiu, ale nie miał już kim rządzić. Był zupełnie sam. Jego ciało zdążyło się już postarzeć tak bardzo, że nie był w stanie ruszyć się z tronu. I każdego dnia zdawało mu się, że zaraz przyjdzie mu zginąć z głodu albo pragnienia, ale... Wciąż żył. I nadal żyje w swoim zamku, chociaż jego ciało dawno już rozsypało się w proch. Nie jest jednak duchem. Wciąż męczy go głód, wciąż pali pragnienie, wciąż czuje ból tak dotkliwy, że każdy inny oszalałby z jego powodu, ale on wciąż pozostaje świadom, choć nieustannie marzy zapewne o tym, by wreszcie stracić zmysły. Wy, śmiertelnicy, macie w sobie za dużo słabości, za dużo lęku. Nie uda wam się uciec przed pokusą.
-Skąd znasz tę historię, panie...?- zapytał ze zdumieniem potomek wilków.
-... Książę zażyczył sobie czegoś jeszcze...- odparła cicho bestia.- Wiernego potwora, dzięki któremu będzie w stanie podporządkować sobie każdego, kogo tylko będzie chciał... Wykluwałem się przez ponad sto lat, niepostrzeżenie, w lochach królewskiego zamku... A gdy się wreszcie narodziłem... Król już wiedział, że spełniły się jego wszystkie życzenia... Wszystkie życzenia...- szepnął z rozrzewnieniem.
-Czego od nas oczekujesz?- zapytał surowo Amir.
-Ocalcie mojego pana...- coś zupełnie nietypowego, przywodzącego na myśl niemalże czułość wkradło się do głosu smoka.- Nie, za późno na jego ocalenie... Ale jeśli istnieje sposób na to, by wybawić go od cierpienia... uczyńcie to. Jeśli wam się uda, otrzymacie to, na czym wam zależy. O ile jesteście pewni, że tego właśnie szukacie...

-Nie uśmiecha mi się fakt, że znowu robimy coś dla kogoś... czegoś, czego intencji nie znamy- poprawił się Amir, gdy wędrowali pod górę, w kierunku zamku, choć rzeczywiście to, co widzieli przed sobą, nie przypominało już żadnego budynku, a jedynie podupadłe ruiny.
-Wiesz, że odnosisz się do wielu stworzeń bez szacunku? Nie tylko wobec potomków wilków- Nadim raczej nie oświecił kompana tym stwierdzeniem.
-Nie będę się odnosił z szacunkiem wobec czegoś, co wygląda, jakby chciało mnie zjeść- odparł z irytacją mężczyzna.
Jego towarzysz zaśmiał się z rozbawieniem.
-Jak dla mnie, to całkiem dobry powód. Poza tym, smoki pojawiają się w naszych podaniach. To istoty o dużej wiedzy, rozsądne i raczej o pokojowym nastawieniu względem pozostałych istot.
-Doprawdy...?- mruknął z powątpiewaniem Amir.- Bo w naszych podaniach najczęściej zajmują się paleniem wiosek i zabijaniem ludzi, ale co kto woli. Zresztą, czego się dziwić po tworze demona... Naprawdę nie powinniśmy mu ufać.
-Swoją drogą to zaskakujące, prawda?- odezwał się po chwili milczenia potomek wilków. Mężczyzna zerknął na niego pytająco.- Ten demon... Jego działanie... On wykorzystuje słabe punkty ludzi. Ich wahanie, wątpliwości... Z tego punktu widzenia, coraz mniej dziwię się temu, w jaki sposób postąpił Fortis...- stwierdził w zamyśleniu Nadim.
-Chyba żartujesz- prychnął mężczyzna.
-Chcesz powiedzieć, że nie uległbyś na łożu śmierci, gdyby ktoś ofiarował ci pełnię zdrowia...?
-Nie- odparł stanowczo Amir.- Zresztą to nie to samo, wybrać sobie długie życie, a zacząć współpracować z demonem. I jedno, i drugie nie ma większego sensu, ale drugie jest znacznie bardziej warte potępienia.
-Niby dlaczego?- Nadim najwyraźniej dawno nie miał okazji, by dyskutować ze swoim kompanem, bo jak zwykle robił to z niezwykłym zaangażowaniem.- Owszem, z pewnego punktu widzenia jestem to w stanie zrozumieć. Ale kwestia własnego życia lub śmierci, może zostać uznana za egoizm. Ale życia całego narodu...? Czy dla tak wielkiego celu nie należy się poświęcić i zrobić wszystkiego, co tylko można...?
-Nie- powtórzył Amir, bez cienia wahania. Niepokoiło go to, co słyszał w głosie kompana, gdy ten mówił o tych rzeczach. Jakąś niezdrową, jego zdaniem, ciekawość.- Korzystanie z pomocy takiej siły, egoistycznie czy nie, pociąga za sobą konsekwencje. A ja, w przeciwieństwie do ciebie, zdaję sobie sprawę z tego, że za wszystko trzeba w końcu zapłacić... A ty...?- zapytał, spoglądając na potomka wilków z uwagą- Chcesz powiedzieć, że w takiej chwili, uległbyś demonowi...?
Nadim zastanowił się nad tym chwilę.
-Sądzę, że tak- odpowiedział.
Amir aż parsknął śmiechem, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.
-Świetnie! Zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziałeś?- rzucił, spoglądając na towarzysza z politowaniem.
-Cóż, chciałem być szczery. Nie znalazłem się nigdy w podobnej sytuacji i gdyby zaproponowano mi coś takiego teraz, nie zgodziłbym się, ale podejrzewam, że może w innych okolicznościach, innym czasie...
-Nadim, do diabła!- przerwał mu ze złością mężczyzna.- Podobno walczymy z demonem. Z DEMONEM! Jak mówisz mówić otwarcie, że uległbyś pokusie?! Z tego punktu widzenia, raczej nie mamy szans!
-Może właśnie dlatego jesteśmy tu obaj- jego kompan uśmiechnął się do Amira serdecznie. Ten spojrzał na niego bez zrozumienia.- Wiem, że przemówiłbyś mi do rozsądku, gdybym miał uczynić coś niewłaściwego.
Amir wybuchnął śmiechem. A to dobre!
-Bardzo wątpię. Biorąc pod uwagę, ile razy próbowałem, muszę stwierdzić, że jesteś absolutnie głuchy na wszelkie próby „przemawiania do rozsądku”- stwierdził z rozbawieniem.
Potomek wilków zachichotał, po czym dodał poważnie, zatrzymując się przed kompanem:
-Ta podróż nas zmieniła. Zbliżyła do siebie.
-A jak to się ma do kwestii twojego rozsądku...?- zapytał sceptycznie Amir.
-Ufam ci- odpowiedział potomek wilków w taki sposób, że mężczyźnie zrobiło się gorąco.
-Tak... Tak, zauważyłem- odkaszlnął Amir, usiłując nie dać po sobie poznać żadnych emocji.- Chociaż nie jestem pewien, czy powinno mnie to cieszyć...- dodał po chwili, mając na myśli sytuację ze smokiem.
-Dlaczego...?- jego kompan uśmiechnął się przebiegle.- Ty przecież nie ulegasz pokusom...
Potomek wilków przyspieszył kroku. Amir powiódł za nim tęsknym wzrokiem i westchnął mimowolnie. Rzeczywiście, nie ulegał. Na całe szczęście. I bogowie mu świadkiem, nie było to łatwe.
Przeszli przez pierwszą bramę, a następnie weszli do zamku. Amir z początku rozglądał się dookoła z uwagą, odrobinę nieufnie, nie wiedząc, czego może się spodziewać. Zmarnowane, wyniszczone mury, sprawiały jednak wrażenie, jakby już dawno nie gościły nikogo, może poza gromadą wychudłych szczurów i zastępów robactwa. Zatrzymali się nieopodal schodów, które wydawały się być w stosunkowo dobrym stanie.
-Pójdziesz na górę, a ja sprawdzę parter- stwierdził Nadim.
Mężczyzna spojrzał na niego z politowaniem.
-Jesteś pewien, że rozdzielanie się jest dobrym pomysłem...?- zapytał, zerkając w górę. Nie mógł pozbyć się niepokojącego wrażenia, że zaraz wszystko zawali im się na głowy.- Zresztą... czy tu w ogóle ktoś jeszcze jest...? Nie sądzę, by jakikolwiek człowiek mógł tutaj żyć...
-Przecież mówił nam, że jego pan już nie żyje. Nie w dosłownym sensie. Więc jeśli znajdziesz ducha, w czym jesteś specjalistą...- Nadim uśmiechnął się odrobinę złośliwie- … Możesz śmiało krzyczeć.
Akurat problem z duchami zdawał się już dla mężczyzny nie istnieć, przynajmniej od pewnego czasu. I miał nadzieję, że to się nie zmieni. Poza tym, jeśli dobrze zrozumiał, ten... człowiek... nie był duchem. I nie miał ciała. Dziwaczne i niezrozumiałe. Jak wszystko dookoła.
-Poczucie humoru cię nie opuszcza, co?- prychnął Amir, spoglądając w kierunku schodów. Po chwili namysłu, westchnął głęboko i skinął głową- Niech będzie. Tylko... bądź ostrożny.
Nadim uśmiechnął się leciutko słysząc te słowa. Jego kompan odkaszlnął, nieco skrępowany i ruszył po schodach na górę. Rozejrzał się po obskurnych ścianach. Bezwiednie kopnął sporej wielkości kamień, który plątał mu się pod nogami i ruszył niespiesznie wzdłuż korytarza. Zaglądał do kolejnych komnat albo raczej do miejsc, które komnatami niegdyś można było nazwać. Pokryte brudem i kurzem, zniszczone i właściwie pozbawione jakichkolwiek przedmiotów, stały się legowiskiem insektów. Amir naprawdę wątpił w to, by cokolwiek mogło tu jeszcze być. Z racji jednak tego, że jego wątpliwości często okazywały się błędne, szczególnie ostatnimi czasy, nie tracił czujności, choć myślami błądził gdzieś indziej. A raczej koncentrował je na kimś innym.
Wreszcie trafił do pomieszczenia większego niż wszystkie poprzednie. W jego centralnej części znajdował się potężny, drewniany, elegancko zdobiony tron. Amir przyglądał mu się przez chwilę ze zdumieniem. W porównaniu ze wszystkimi pozostałymi rzeczami, na jakie się natknął, ten zachował się wyjątkowo dobrze. Rozejrzał się z uwagą po pomieszczeniu. Ani żywej duszy. Aż zaśmiał się cicho, gdy przyszło mu do głowy to określenie. Podszedł do tronu i przesunął powoli dłonią wzdłuż wyrytych nań roślinnych elementów. I nagle coś się wydarzyło. Nie potrafił określić co. Odwrócił się, wiedziony jakimś trudnym do zrozumienia uczuciem i wtedy to zobaczył. Cień. Nie, to nie był cień. Coś zupełnie innego. Ciemny, owalny kształt, unoszący się przy ścianie. I wtedy wszystko się zaczęło. Okrutny chłód przeniknął jego serce, które zabiło szybciej ze strachu. Oddech spłycił mu się gwałtownie. Krople potu wstąpiły na czoło. Dopadł go przerażający lęk, panika. Chciał krzyknąć, ale nie był w stanie. Zaczynał mieć problemy z tym, żeby złapać oddech. Wpatrywał się w ciemny, zbliżający się do niego kształt niczym zahipnotyzowany, nie mogąc się ruszyć, sparaliżowany tym potwornym uczuciem, które ogarnęło całe jego ciało. I nagle przypominał sobie wszystko, najgorsze, najbardziej potworne i budzące grozę momenty swojego życia. I czuł się tak, jakby to wszystko działo się naraz, rozgrywało się raz jeszcze wokół niego, tak realne, tak rzeczywiste, że nie potrafił od tego uciec. Donośny grzmot, mrok lochów w których dało się słyszeć trudne do wyjaśnienia skrzypienie, mały Hadrin, stojący na krawędzi okna ich sypialni, walka, ciemniejące niebo, Nadim, lodowy pałac, demon wgryzający się w ciało niemowlęcia, potomek wilków trzymający sztylet przy swojej szyi, studnia, urwisko... Wszystkie te dźwięki i obrazy przemknęły mu w jednej chwili przez głowę. A to było tuż obok. Tuż przy nim. Amir poruszył bezgłośnie ustami, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nie wiedział, co się dzieje. Bał się tak bardzo, że nie był w stanie myśleć racjonalnie. Nie był w stanie oddychać ani choćby drgnąć. I tylko modlił się w sobie, i tylko błagał rozpaczliwie bogów, by to odeszło, by to zniknęło i zostawiło go w spokoju... Coś wyłoniło się z czarnej masy i uformowało w rękę. Wydało z siebie groźny pomruk. Mężczyzna odetchnął płytko, obserwując biernie, jak mroczna dłoń wyciąga się w jego kierunku. Pochwyciła woreczek z kryształami. Ścisnęła go gwałtownie, jakby przenikając przez materiał. I nagle czerń zapłonęła żywym ogniem. Okropny, niski i rozpaczliwy wrzask rozdarł panującą w pomieszczeniu ciszę. Gwałtowny wiatr wtargnął do pomieszczenia przez wybrakowane okiennice. Mrok tlił się w ogniu, formując różne kształty, aż wreszcie stał się podobny człowiekowi. I nagle wszystko ustało. Woreczek z kryształami upadł na ziemię, lekko osmolony. Amir zamrugał z niedowierzaniem, rozglądając się dookoła bez zrozumienia i czując jeszcze, jak lęk ściska jego serce. Wziął głęboki oddech, po czym sięgnął po kryształy. Syknął cicho, oparzywszy się nimi, ale zaraz założył woreczek z powrotem na szyję. Przełknął ślinę i raz jeszcze spojrzał za siebie nerwowo, po czym ruszył szybkim krokiem do drzwi, chcąc odszukać Nadima.
Zatrzymał się przy ścianie, przy której zauważył po raz pierwszy ten kształt i wtedy dostrzegł coś dziwnego. Jej znaczna część była osmolona, pokryta czymś, co przypominało sadzę.
A na samym środku, znajdowały się wtopione głęboko w kamień, ślady dłoni z rozczepionymi szeroko palcami.
Amir wpatrywał się w to miejsce, zupełnie osłupiały. Z tego stanu wyrwały go dopiero kroki na korytarzu i zaniepokojony głos towarzysza:
-Amir...? Wszystko w porządku?
Moment później, jego kompan pojawił się w pomieszczeniu.
-Amir...?- potomek wilków zatrzymał się tuż obok oszołomionego mężczyzny.- Amir...?- chwycił go za ramiona i obrócił się w stronę, w którą ten spoglądał. Uniósł brwi w geście zdumienia.- Co to takiego, do diabła...?- zapytał, zafascynowany, odsuwając się od towarzysza i podchodząc bliżej ściany.
-Tak... Co to takiego, do diabła...- powtórzył ledwie słyszalnie Amir.

Zatrzymali się przy ogromnym stworzeniu, które poruszyło się ociężale, zwracając się w ich kierunku. Lodowaty, gadzi wzrok, raz jeszcze spoczął na Amirze. Bestia nie odezwała się jednak, czekając najwyraźniej na słowa tych, którzy przybyli.
-W zamku zdarzyło się coś... niepokojącego- stwierdził ostrożnie mężczyzna, wpatrując się w stwora z uwagą i licząc na to, że usłyszy jakieś wyjaśnienie.
-Tak...- szepnął ze zmęczeniem smok.- Czuję, że mój pan opuścił go w końcu... Zrobiłbym wszystko, żeby zwrócić mu wolność, ale... Nie sądzę, by ktokolwiek na świecie miał taką moc...
-Jeśli uda nam się powstrzymać tego demona, twój pan będzie wolny, prawda?- zapytał łagodnie Nadim.
-Skąd mógłbym wiedzieć...? Nie... To nie byłoby dobre... Mój pan zmienił się bardzo przez cały ten czas... I chociaż tak strasznie pusto jest bez niego... Nie byłoby dobrze, gdyby się wydostał.
-Wydostał?- podchwycił Amir, spoglądając na gada bez zrozumienia.
Smok drgnął, odsuwając powoli swój ogromny ogon i ukazując im wejście do niewielkiej jaskini.
-Tam jest to, co zostało wam obiecane- rzekł jedynie.
Nadim skłonił się przed nim po raz kolejny. Amir zdjął ostrożnie z szyi fragmenty z kryształami, aż za dobrze wiedząc, jak ostatnim razem skończyło się trzymanie ich przy sobie w takiej chwili. Obaj ruszyli w tamtym kierunku i kiedy mężczyzna poczuł drżące w jego dłoni i wyrywające się niemal fragmenty, wiedział już, że nie zostali oszukani. Udało im się znaleźć fragment i umieścili go wraz z pozostałymi, po czym wyszli z jaskini i raz jeszcze zatrzymali się przy smoku. Gad położył się. Jego ogromna głowa spoczęła na ziemi. Sprawiał wrażenie wyczerpanego.
-Dziękujemy ci, panie- zwrócił się do niego Nadim.- Przysięgam, że uczynimy wszystko, by powstrzymać tego, który to wszystko uczynił.
-Uważaj na siebie, mieszkańcu lasów- odparł cicho gad.- Ufasz wielu istotom, ale nie każda z nich na to zasługuje.
-To znowu przytyk do mnie?- rzucił ze zdenerwowaniem mężczyzna.
-Może gdyby to wszystko zdarzyło się wcześniej, mógłbym coś jeszcze zmienić...- rzuciła bestia, ignorując słowa Amira.- Ale czy mam jeszcze ku temu powody...? Jestem już zmęczony... Tak strasznie zmęczony...
Ogon gada poruszył się po raz ostatni, oplatając wokół jej ciała. Ogromne oko smoka zamknęło się i zaraz ten znieruchomiał zupełnie, zasypiając wiecznym snem. Amir wpatrywał się w niego w milczeniu, w ciszy analizując jego ostatnie słowa, których znaczenia wciąż nie rozumiał, ale z jakiejś przyczyny, wydały mu się one istotne, wręcz niezbędne, do zdania sobie sprawy z tego, co się wokół nich działo. Ale nie okazały się być w niczym pomocne.
Potomek wilków podszedł bliżej do martwego gada. Wypowiedział szeptem jakieś zdanie, którego jego kompan nie usłyszał, ale wydawało mu się być czymś na kształt błogosławieństwa. Po chwili odwrócił się do Amira i z lekko wilgotnymi oczyma, rzucił miękko:
-Chodźmy.

Amir siedział nieruchomo przed rozpalonym ogniskiem. Znowu to robił. Znowu trzymał w dłoniach kryształy, znowu patrzył na nie, jakby mógł w ten sposób uzyskać jakiekolwiek rozwiązanie. Coś w tej historii cały czas mu nie pasowało i mimo usilnych starań, nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie, co to było, chociaż czuł się tak, jakby ta odpowiedź była gdzieś blisko. Jego życie skomplikowało się zdecydowanie bardziej, niż to sobie z początku wyobrażał. To, co poddawał pod wątpliwość okazywało się rzeczywistością, a dawna rzeczywistość, stała się bezbarwna, wydawała mu się być obcą i nieprawdziwą. Ale czegoś w tej historii brakowało. Jakby elementu do dopełnienia całej układanki, bez którego wszystko wciąż było niezrozumiałe i niejasne.
Kompan usiadł obok niego i dotknął jego dłoni, zaciskając w niej woreczek z kryształami. Uśmiechnął się znacząco do Amira, którego widział w stanie podobnego zamyślenia nie pierwszy raz. Mężczyzna westchnął ciężko, zawieszając fragmenty na szyi.
-Kiedy zaczynaliśmy, wydawało mi się, że to wszystko brednie... Ale wątpiłem tyle razy i tyle razy się myliłem... Skąd mogę wiedzieć następnym razem, czy moje wątpliwości są prawdziwe...?- zapytał Amir, zupełnie skołowany. Paradoksalnie, im więcej odkrywali, im bardziej zagłębiali się w tą historię, tym mniej wiedzieli.- Nie wiem już, co jest prawdziwe.
-Ja też nie- odparł lekko Nadim.
-Nie?- parsknął jego towarzysz, kręcąc głową. Spojrzał na kompana z uwagą- Ty masz swojego Fortisa, swojego bohatera, który skacze z urwisk i ucieka dzięki wilkom... To wszystko okazało się być prawdziwe. Może wszystko, w co wierzycie jest prawdziwe. A gdzie jest moja prawda?- zapytał niemalże z wyrzutem.
Nadim położył dłoń na jego ramieniu.
-Jeśli w pozostałych zamkach uda nam się znaleźć fragmenty, będziemy mieć niemalże wszystkie. A kiedy odszukamy jeszcze pozostałe, wszystko stanie się jasne.
-A co będzie później...?- westchnął głęboko Amir, kładąc się na trawie.
-Później...?- jego towarzysz zaśmiał się serdecznie.- Później zostaniemy uznani za bohaterów, będą nas czcili, pisali o nas pieśni, dostaniemy tyle wina i kobiet, ile tylko zechcemy...- Amir spojrzał na niego z politowaniem.- Co za różnica, co będzie później?- zapytał bez zrozumienia potomek wilków.- I tak się tego teraz nie dowiemy. Stanie się to, co ma się stać. Za dużo myślisz, Amir. Za bardzo się niepokoisz. Jeśli wszyscy ludzie są tacy jak ty, nic dziwnego, że nie macie czasu na to, żeby być szczęśliwymi.
Amir spojrzał na kompana. Mimowolny uśmiech pojawił się na jego wargach.
-Ja jestem szczęśliwy- stwierdził, zgodnie z prawdą.
Daleko od domu, od rodziny, od wszystkich ludzi, którzy mieli dla niego jakiekolwiek znaczenie, był, w istocie, był szczęśliwy. Bo miał jego. I jak na złość, to też budziło jego obawy. Nie potrafił wyobrazić sobie momentu ich powrotu. Powrót oznaczałby w takim wypadku rozstanie. Zdawał sobie z tego sprawę. Ale nie był na to gotowy.
-U was ciężko to poznać- stwierdził z rozbawieniem Nadim.
Amir uśmiechnął się do niego raz jeszcze. Chwycił za koc i przewrócił się na bok, plecami do potomka wilków, nakrywając się materiałem. Chwilę później poczuł, jak jego kompan wślizguje się pod przykrycie. Nadim przycisnął się do pleców towarzysza i objął go lekko ramieniem.
-Będzie ci cieplej- szepnął cichutko.
Amir przymknął powieki. Wszystko, co go otaczało było albo dziwaczne, albo nieprawdziwe. Wszystko, prócz tego, co czuł do Nadima.
Wydawało się, że uczucia nie są racjonalne. Że nie są łatwe do wyjaśnienia ani do zrozumienia. Ale w tym świecie inności, to stało się dla niego najbardziej zrozumiałą rzeczą pod słońcem. Jak mógłby go nie uwielbiać...? Jego uśmiechu, jego spojrzenia, absolutnego braku zakłopotania tym, co dla Amira było bardzo kłopotliwe, jego opowieści, drobnych gestów, słów, w których mężczyzna podświadomie doszukiwał się tego, co sam czuł względem niego. Chociaż wcale nie oczekiwał wzajemności.
Tylko trzymał się kurczowo tego uczucia, które pozwalało mu stać twardo na nogach.
Które było dla niego wszystkim.

12 komentarzy:

  1. Anonimowy11:32 AM

    Hmmm zabawne.
    Zawsze jak zaczynam czytać Chaos w mojej głowie jest tylko jedna myśl "Och może się w końcu pocałują" , ale z każdą chwilą i każdym przeczytanym zdaniem zapominam o nim i wczuwam się w fabułę.
    Dopiero po jakiejś godzinie , dostaję olśnienia "Ooo oni się nie pocałowali." .
    Chaos jest cudowny.
    Nadim, Nadim... mówi o kobietach a zaraz potem przytula Amira.
    Pozdrawiam Boginikokainy (Która nadal cieszy sie jak głupia bo dostała pozdrowienia :).)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już bym chciała kolejny Chaos, żeby wiedzieć, jakie właściwości będzie miał ten odnaleziony w tym rozdziale kryształ.
    Najsłodszy moment to ten: "Chwilę później poczuł, jak jego kompan wślizguje się pod przykrycie. Nadim przycisnął się do pleców towarzysza i objął go lekko ramieniem.
    -Będzie ci cieplej- szepnął cichutko.
    Amir przymknął powieki. Wszystko, co go otaczało było albo dziwaczne, albo nieprawdziwe. Wszystko, prócz tego, co czuł do Nadima."
    Coś mi się wydaje, że Nadim domyśla się uczuć Amira. :D

    A przy smoku łza mi się zakręciła. I sama zastanawiam się co będzie, jak odnajdą wszystkie kryształy.

    Kolejny rozdział wciągnął mnie od początku do samego końca. Świetnie Silencio. :D
    Życzę Ci dużo weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:31 PM

    Ej, skoro to opowiadanie ma być dłuuuugie (zakładam - koło 50 rozdziałó :D), to jeśli znajdą niedługo te brakujące, to co oni będą robili dalej? walczyli z demonem? xD No dobra... dziwne.
    A w ogóle... Ten odcinek nieco zalatywał nudą o.o Mówię serio... Albo to po prostu moje zmęczenie i nie mogę go poprawnie docenić.
    W każdym razie, weny życzę.
    Ciekawe czy za 2 tygodnie się pocałują................ Oni chyba muszą być pijani, i to Amir musi się na niego rzucić........ Chcę, żeby mieli na to czas, ale skoro kasa im się skończyła to... No kurde xD
    Czekam!
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy8:31 PM

    Hajka,od króregoś rozdziału czytam regularnie to opowiadanie i bardzo mi się podoba. Ja ogólnie jestem fanką tematyki fantazy a to opowiadanie jest bardzo dobrze pisane nie jest nudne i fabuła cały czas się rozwja.
    Rozdział bardzo mi się podobał w czczególności to że niedzy Amirem a Nadimem coś zaczeło sie zmieniać.
    Czekam na ciąg dalszy i życze weny
    Miley

    OdpowiedzUsuń
  5. Już rozpoczynający sen zaciekawił mnie na tyle, że wstrzymałam oddech, odpływając na twoich słowach. Pamiętam, jak brałam się za czytanie Chaosu, gdy ten dopiero się pojawił. Pomyślałam: "Nieee, wszystko, tylko nie te klimaty." A teraz? Kocham Nadima, kocham Amira. Historia od dawna jest na pierwszym miejscu, choć kiedyś byłam pewna, że pozostanę wierna Wyzwaniu i AFY. Strasznie mnie ciekawi, co będzie dalej. Zawsze, gdy wiem, że koniec rozdziału się zbliża, mam nadzieję, że może jeszcze trochę... Ale cóż, na Twoje dzieła warto czekać.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy2:43 PM

    Ah, rozczulająca końcówka, taka kochana i nawet nie trzeba było by stało się coś więcej między nimi. Ciekawe, jak długo w Nadimie będzie dojrzewać to uczucie, które się pojawiło.
    Ciekawy wątek z tym nieśmiertelnym księciem a akcja zaczyna przyspieszać i rośnie napięcie. Mogłabyś pisać teraz tylko Chaos jak dla mnie. D.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję świetnego rozdziału Chaosu.
    Może mi sie wydaję , ale Nadim powoli (bardzo powoli) zaczyna odwzajemniać uczucie swego kompana. Uważam (być może źle) ,że potomek wilków jest świadomy , że Amir darzy go czymś więcej niż zwykłym odczuciem przyjaźni. Chodź znając Nadim'a i jego powolne rozumowanie i uroczą naiwność nie wpadł na to ,że to miłość.
    Trafiłaś w mój punkt! Ubóstwiam smoki. Ta aura tajemniczości, niezależność ,ale to pewnie taka pozostałość po filmie "Ostatni smok".
    Hmmm akcja w zamku wydaje mi się krótsza, zwykle takie sceny rozpisywałaś jak tylko mogłaś. I tak jest świetnie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy2:09 PM

    Wzruszajace. Z poczatku ich pocalunki wyobrazalam sobie jako pelne brutalnosci, a Ty ukazalas je w sposob czuly i troskliwy. To mnie zaskoczylo, ale bardzo pozytywnie. Glupio sie przyznac, jednak ja takze z niecierpliwoscia oczekuje kolejnego calusa. Do tego te "tulenie" na koncu niezmiernie wzruszylo mnie. Jak dla mnie nie bylo nudno, wrecz przeciwnie.
    Paulinaa P.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie powiedziałabym, że odcinek "zalatywał nudą", cytując jedną z komentatorek. Wydaje mi się spokojną wstawką przed czymś grubszym, co zwali nas wszystkich z nóg. A takie rzeczy Twojego autorstwa są po prostu nie do przebicia.
    Aż żałuję, że wyjeżdżam i nie będę mogła przeczytać rozdziału tuż po publikacji.

    Życzę weny! Ale się obłowię we wrześniu! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy7:12 PM

    Genialne. Co prawda motyw smoka trochę mnie rozbawił, bo to zupełnie nie mój klimat, ale i to przełknęłam z uśmiechem. Nie mogę się doczekać następnych przygód naszych zacnych kompanów. A końcówka, jak już wszyscy zdążyli zauważyć, rzeczywiście urocza. Ta delikatność i kruchość stosunków ponad przyjaznych bardzo mi się podoba.

    Natt

    OdpowiedzUsuń
  11. Witaj,

    Ja tak cicho bom nowa :)

    Dziękuję Ci za emocje, którymi mnie obdarzasz dzięki swoim opowiadaniom :)

    Miłego dnia. i czekam cichutko na kolejne rozdziały Twoich opowiadań. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, dziękuję Ci za pierwszy komentarz :).

      Usuń