Strony

piątek, 31 sierpnia 2012

Rozdział 24 [Chaos]


Chyba się zgubili. Amir nie był tego do końca pewien, ale wędrowali wiele dni i zdawało mu się, że dawno powinni już dotrzeć do zamku, o ile rzeczywiście zmierzali w dobrym kierunku. Nadim twierdził, że owszem, zmierzali, o ile mapa została sporządzona we właściwy sposób. Amir nie był przekonany ani co do precyzji rysunków, ani orientacji przestrzennej towarzysza, którą ten bez wątpienia posiadał i to w stopniu większym od człowieka, ale wcale nie oznaczało to, iż nie mógł się mylić. Wszystko wskazywało na to, że tym razem tak właśnie było. Amira nawet by to nie zdziwiło. Potomek wilków bywał ostatnimi czasy strasznie roztargniony. Nie żeby nie bywał taki wcześniej. Chociaż przedtem bardziej pasowało do niego określenie „kompletnie nieodpowiedzialny” albo „pozbawiony choćby krztyny rozsądku”. A teraz był roztargniony. Po prostu. Mówił mniej niż zwykle, błąkał się bez celu, zapominał o różnych rzeczach, łatwo się rozpraszał i szybko denerwował. Mężczyzna podejrzewał, że był to efekt ich ostatniego przeżycia. Nadim podziękował mu po wszystkim, gdy już obaj się otrząsnęli. A później... A później na niego krzyczał. Krzyczał chyba z godzinę i zupełnie bez sensu, wzbudzając w kompanie coraz większe zaskoczenie. Mówił, by ten nie ważył się nigdy więcej robić czegoś podobnego i żeby nie wyobrażał sobie, że za każdym razem ma prawo wyciągać go z kłopotów, szczególnie w takich sytuacjach. Amir nie miał pojęcia, w czym problem, w przeciwieństwie do potomka wilków. Stwierdził, że zrobił to pod wpływem impulsu i nie miał czasu myśleć o konsekwencjach. Co było właściwie zgodnie z prawdą, chociaż po dłuższym zastanowieniu, mężczyzna doszedł do wniosku, że gdyby miał chwilę do namysłu, zapewne i tak uczyniłby dokładnie to samo, co stawiało go w dość dramatycznej i nieco niepokojącej sytuacji. Dodał jeszcze, że Nadim powinien raczej skoncentrować się na unikaniu problemów, a nie zawracać mu głowę, skoro jakimś cudem udało się im obu wyjść z tego cało. Pozostawało oczywiście kluczowe pytanie – jakim cudem? Amir nie był do końca pewien, ale wiedział, że miało to coś wspólnego z kryształami. I czuł jeszcze bardziej niż wcześniej, że nie powinien się z nimi rozstawać.
Urządzili sobie dłuższy postój, zresztą kolejny tego dnia.
-Tam nie udało nam się znaleźć fragmentu, więc może nie być go i w pozostałych zamkach...- odezwał się nieco znużonym głosem Amir, siadając na ziemi. Po dłuższej chwili ciszy, spojrzał z nutką poirytowania na stojącego obok niego kompana, który wyciągnął łuk, chyba szykując się do polowania.- … Co nie zmienia faktu, że i tak lepiej byłoby się do nich dostać...
Nadim nie odpowiedział i mężczyzna nie mógł pozbyć się wrażenia, że był ostentacyjnie i celowo ignorowany. Sapnął ciężko pod nosem, nie odrywając wzroku od sylwetki towarzysza. Wytworzył się pomiędzy nimi pewien dystans, zresztą nie po raz pierwszy. Amir czuł na swoich ramionach ciężar odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. W końcu doszło między nimi do... pewnego nieporozumienia, jeśli rzeczywiście można było to tak określić. W każdym razie, coś pomiędzy nimi było niejasne. Amir zastanawiał się kilka razy nad tym, czy nie powinien się przyznać. Ot, tak po prostu. Powiedzieć: tak, jesteś potomkiem wilków i wolisz kobiety, ale zakochałem się w tobie. Zakochałem się. Uch, okropne sformułowanie, inne niż „podobasz mi się”, brzmiące tak poważnie, tak... długotrwale. I był pewien, że Nadim by to przyjął, zrozumiał, tak jak przyjął informację o jego preferencjach. Ale to przecież nie to samo. Co innego powiedzieć: „wolę mężczyzn”, a co innego: „ze wszystkich mężczyzn na świecie wolę akurat ciebie”. Był przekonany, że potomek wilków nie zlekceważyłby tego, nie wydrwił. Zapewne usłyszałby: „jesteś mi bliski, ale...” albo „czuję się wyróżniony, jednak...”, a później, choć obaj pewnie wychodziliby z siebie, by nic się nie zmieniło,a zmieniłoby się wszystko. Nie da się przejść nad taką informacją do porządku dziennego i stwierdzić, że absolutnie nic się nie stało i nie ma to wpływu na wzajemne relacje. To po prostu niemożliwe. A przecież przed nimi była jeszcze długa droga, powrót do domu, wiele dni spędzonych wspólnie... Wiele nocy. Coś takiego nie wpłynęłoby dobrze na ich współpracę. Amir był tego całkowicie pewien.
-Naprawdę nie zakochałbyś się w kimś, tylko dlatego, że ma ogon i psie uszy?- rzucił ku zdumieniu towarzysza Nadim, zatrzymując się przy nim i spoglądając na niego surowo.
Człowiek przeniósł na niego zdziwione spojrzenie.
-Doprawdy okropnie istotny temat, w obliczu demonów, kryształów, rozsypujących się w proch władców...- zironizował, chociaż w duchu poczuł nutkę niepokoju.
-Chcę po prostu wiedzieć, czy odrzuciłbyś kogoś z tak błahego powodu- nie dawał za wygraną Nadim. Mówił to tak poważnym tonem, jakiego mężczyzna dotąd u niego nie słyszał, pomijając zażarte bronienie własnych pobratymców i pewnego, tak zwanego, bohatera.
-Powód dobry jak każdy inny...- parsknął cicho Amir, podnosząc się z miejsca.- Zresztą... jakie to ma znaczenie?
-Ogromne- odparł stanowczo potomek wilków.- Jeśli tak właśnie byś uczynił, to znaczy, że ta twoja cała zmiana poglądów, była w istocie pozorna i płytka. To znaczy, że wcale nie traktujesz nas jak równych sobie. Wprost przeciwnie, traktujesz nas jako gorszych, ale zasługujących na pewnego rodzaju litość, jakbyśmy byli kalecy albo niezdolni do tego, co wy, ludzie- wygłosił lodowatym, pełnym urazy tonem, nie odrywając od towarzysza uważnego spojrzenia.
-Na litość bogów, Nadim!- prychnął mężczyzna, kręcąc głową. Ten to zawsze musiał znaleźć jakiś temat do rozważań! Amir nie potrzebował jego osądów, ani podejrzeń. Dobrze znał własne uczucia i jeszcze lepiej wiedział, że nie traktuje potomka wilków jako gorszego od ludzi czy samego siebie. Wprost przeciwnie. Nie powiedziałby tego samego o wszystkich jego pobratymcach, ale nie zamierzał się o to spierać po raz kolejny.- Ludzie mają różne... gusta- wyjaśnił ostrożnie.- Sam pomyśl o tym, jakie kobiety ci się podobają. Czy to znaczy, że inne uznajesz za gorsze? Zresztą... Nie mogę odpowiedzieć na twoje pytanie. Nie wiem. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Nie mogę być pewien tego, w jaki sposób bym postąpił.
Och, bogowie, co za bzdura! Nie mógł być pewien w momencie, kiedy ich relacje zaczynały się powoli zmieniać. Wcześniej był całkowicie pewien. Był pewien, że prędzej zmieni preferencje, niż spodoba mu się jakiś „pies”. Teraz też był pewien. Ale czegoś zupełnie przeciwnego.
-Możesz się zastanowić i odpowiedzieć- rzucił chłodno Nadim.- Ja jestem przekonany, że tak bym nie postąpił.
-Bo ty byłeś z ludzkimi kobietami!- prychnął z politowaniem Amir, kręcąc głową.- A ja... Ja jeszcze nie byłem zakochany w kimś podobnym do ciebie- dodał, przełykając ślinę.
-Przecież ty nie wierzysz w takie rzeczy- odpowiedział Nadim, krzywiąc się z niechęcią, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w przeciwnym kierunku.
-Dobrze, że ty wierzysz!- krzyknął za nim mężczyzna. Jego towarzysz zatrzymał się na chwilę, oglądając się na niego bez zrozumienia.- Ile miałeś już kobiet, co?! Pięćdziesiąt?! Sto?! No pochwal się, śmiało!
-Być może szukam dla siebie odpowiedniego miejsca- odparł wyniośle potomek wilków.
-Nie kłopocz się, już je dla ciebie znalazłem! Chcesz wiedzieć, gdzie jest odpowiednie miejsce dla ciebie? W burdelu! Tam chyba czułeś się najlepiej i najbardziej swobodnie! No i miałeś w czym wybierać, a to jest przecież to, na czym najbardziej ci zależy!- zakpił ze złością Amir.
-A wiesz, gdzie było idealne miejsce dla ciebie...?- pospieszył z odpowiedzią Nadim.- U boku tego całego króla! Nie dość, że lubił mężczyzn, to jeszcze był człowiekiem i to wysoko urodzonym! Idealny kandydat dla ciebie, pewnie byłbyś zachwycony!
-Rzeczywiście, tylko ten ideał, poza preferowaniem istot ogoniastych, miał jedną, maleńką wadę...- zironizował człowiek.- Pewnie zabiłby mnie pierwszym dotykiem.
-Co za szczęście, że ty byłeś pierwszy!
-Żebyś wiedział, że szczęście, ty kretynie! Gdyby nie ja, już byś nie żył!
-Dzięki za przypomnienie... I przyjacielską troskę- prychnął Nadim, po czym przyspieszył kroku i odszedł.
Amir zacisnął mocno wargi czując, że czegoś mu brakuje. Może drzwi, którymi mógłby trzasnąć, by dumnie pokazać, że to on zakończył ten idiotyczny spór. Chciało mu się krzyczeć ze złości. Cały Nadim i te jego dyrdymały! Gdyby chociaż trochę, chociaż odrobinę skoncentrował się na ich celu, na tym, co mieli uczynić, a nie wiecznie bronił czyjejś czci, może udałoby się w końcu ograniczyć liczbę kłopotów, w które nieustannie ich wciągał! Istny mistrz moralności, no patrzcie go państwo! Miał tyle kobiet, że pewnie nie potrafił ich zliczyć, sam nieustannie twierdził z charakterystyczną dla siebie hipokryzją, że ludzie są winni całemu, no dobrze, większości zła, a jego naród prezentuje od wieków postawę iście krystaliczną, ale i tak najlepiej odnajdywał się w roli pouczającego i mającego pretensje. A niech go szlag trafi!

Nadim siedział przed ogniskiem, jedząc na wpół surowe i zdecydowanie mało apetycznie wyglądające mięso. Nic dziwnego, bo o jego przygotowaniu, jak na istotę mieszkającą w dziczy, pojęcie miał tak niewielkie, że zazwyczaj wywoływał u kompana litościwe westchnienie. Jednak nie tym razem. Amir bynajmniej nie miał ochoty wzdychać. Nie miał ochoty robić czegokolwiek. Właściwie jedynie siedział pod drzewem, kilka metrów dalej. I marzł. I głodował. O, tak właśnie. Ostentacyjnie głodował, bynajmniej nie licząc na łaskę towarzysza. Potomek wilków spoglądał co chwila w jego kierunku, a i on bez cienia skrępowania odpowiadał mu lodowatym spojrzeniem. Właściwie zdawali się obaj konkurować ze sobą w tym, kto drugiemu okaże więcej, jakże pozornej, obojętności i chłodu. Nadimowi chyba wydawało się, że mężczyzna ulegnie. W sposób mocno teatralny konsumował swoją zdobycz, z taką miną, jakby jadł największy przysmak na świecie, a może nawet doznawał chwilowego spełnienia. Amir, choć burczało mu już w brzuchu, nie czuł się tym jednak ani trochę skuszony. To była kwestia honoru. Albo niepotrzebnego uporu, co jednak nie miało w tym momencie większego znaczenia. Potrzeba było, by któryś z nich zdecydował się na przełamanie, maleńki kroczek prowadzący do pojednania. Ale Amir nie nadawał się zbytnio do małych kroczków. Przeprosiny oznaczały w jego wykonaniu przyznanie się do winy. Do małych kroczków nadawał się Nadim, ale najwyraźniej tym razem i on nie mógł się przemóc.
Amir zdecydował, że nie będzie dłużej się w to wszystko bawił. Podniósł się gwałtownie z miejsca i nagle zakręciło mu się w głowie. Złapał się za czoło, podpierając drugą ręką o pień drzewa. Przed jego oczyma tańczyły dziwne mroczki.
Potomek wilków rzucił wszystko i natychmiast znalazł się przy towarzyszu.
-Co się stało...?- zapytał, wyraźnie zaniepokojony.
-Nic...- odburknął Amir, czując się już lepiej. Zawroty głowy minęły.
-Więc co to było...?- Nadim nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.
-Źle się poczułem.
-Z jakiego powodu...?
-Nie wiem. Może na twój widok- odparł z poirytowaniem Amir.
Jego kompan odsunął się, prychając ostentacyjnie.
-Znowu zaczynasz?- rzucił, rozgniewany.
-Jak to „znowu”? Ostatnimi czasy to ty zaczynasz.
-Ja?!
-Tak, właśnie ty!
Potomek wilków obrócił się dumnie i skierował w stronę ogniska.
-Ja przynajmniej nie traktuję cię jak gorszego od siebie...- mruknął, jednak na tyle głośno, by jego kompan to usłyszał.
-Tak, tak, wmawiaj coś sobie, mamrocz pod nosem, jak zwykle. Wiecznie pokrzywdzony- skomentował to Amir, wzdychając ciężko.
Stał przez chwilę w miejscu, po czym upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, ruszył przed siebie. Ale ledwie zrobił dwa kroki, znowu poczuł się słabo. Zachwiał się gwałtownie, usiłując bezskutecznie złapać równowagę. Machnął bezwiednie rękoma, jakby chciał się czegoś chwycić. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i upadł.

Uchylił na chwilę powieki, by zaraz zamknąć je ponownie. Leżał na miękkim posłaniu. Przesunął dłońmi po materiale czegoś, co z początku wydawało mu się być ich kocem, ale zdecydowanie nim nie było. Gdzie był...? Ciało odmawiało mu posłuszeństwa, bo nie mógł się zmusić ani do tego, by się podnieść, ani nawet, by rozejrzeć się dookoła. Czuł się kompletnie wyczerpany. Przez chwilę nie poruszał się wcale, nie zastanawiając się zupełnie nad niczym.
-... dom, wino, wszystko, co aktualnie mi potrzebne... Moi przodkowie dobrze o mnie zadbali- dotarł do niego obcy, męski głos.- Życie tutaj nie jest wcale trudne, mimo iż jestem sam. Gdybym jeszcze wzrok miał ten sam, co kiedyś... Wcześniej polowałem, teraz jest trudniej, ale nie ma się czemu dziwić. Dużo czasu spędziłem w tych ciemnościach...
-Więc twoi przodkowie też tu mieszkali?- usłyszał głos Nadima.
Zerwał się natychmiast do pozycji siedzącej. Jęknął głucho, czując ból głowy, który najwyraźniej zechciał o sobie przypomnieć. Rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie, w którym się znajdował, było niemalże zupełnie pogrążone w mroku. Jedynym źródłem światła była wypalająca się świeca, stojąca w kącie. Amir potarł skronie, słysząc wciąż fragmenty dochodzącej zza ściany rozmowy. Wstał z posłania i moment później uświadomił sobie, że gdyby był choć odrobinę wyższy, zapewne jego ból głowy jeszcze by się wzmógł. Nie do końca jeszcze oprzytomniały, ruszył w kierunku, z którego dochodził głos jego kompana. Natrafił dłonią na klamkę i przeszedł do kolejnego pomieszczenia, schylając się przy tym nieco. To drugie było już lepiej oświetlone. Przy niskim stoliku, na podłodze, siedział potomek wilków, a naprzeciwko niego, jakiś mężczyzna. Był to starszy człowiek, około pięćdziesięcioletni, o posiwiałych już mocno włosach.
-Wstałeś już...- Nadim spojrzał na kompana z wyraźną ulgą.
-Mówiłem, że moje zioła szybko podniosą go na nogi- odparł z serdecznym uśmiechem gospodarz. Amir spojrzał na niego, nieco otępiały.- Nie ma się co przejmować, to nic poważnego. To wina tutejszej atmosfery, nie pierwszy wędrowiec gorzej się czuje w tym miejscu.
-Gdzie my jesteśmy...?- zapytał bez zrozumienia Amir, wodząc wzrokiem po ścianach, suficie, podłodze, pokrytych takimi samymi, kamiennymi blokami. Jedno rzuciło mu się w oczy. Nie było okien. Nigdzie.
-Pod ziemią- odpowiedział Nadim.
Mężczyzna posłał mu zdumione spojrzenie.
-Zgadza się- przytaknął mężczyzna.- To mój dom. Ale możecie zostać tak długo, jak długo zechcecie, i tak gości miewam tu raczej niewielu.
Amir zmarszczył brwi.
-Jaki jest sens... mieszkać pod ziemią?- zapytał po chwili, mając małe problemy ze skleceniem zdania.
-Podejrzewam, że żaden- zaśmiał się starszy człowiek.- Być może to kwestia bezpieczeństwa, w każdym razie, moi przodkowie zdecydowali się zrobić ten swoisty tunel pod swoim domem, a później, jak się okazało, było to całkiem rozsądne rozwiązanie, bo, zapewne na skutek jakiegoś kataklizmu, dom runął.
-Więc mieszkasz tu sam? Panie?- zreflektował się po chwili, spoglądając na mężczyznę.
-Nie ma potrzeby do takich oficjalności. Owszem, zupełnie sam. Ale mam szczęście nie cierpieć na żadną poważną przypadłość, nie chorować, nie zmagać się z głodem, więc to żaden ciężar.
-Rozumiem...- Amir usiadł na podłodze, obok swojego kompana.- Czy nie lepiej byłoby jednak poszukać jakiejś wioski i tam się osiedlić? Życie pośród innych ludzi zawsze jest łatwiejsze.
Gospodarz pokręcił głową z uśmiechem.
-Nie zawsze- zaprzeczył łagodnie.- To zależy od tego, czego się szuka i jakie ma się zadanie. Mnie trzyma tu coś więcej, niż tylko spuścizna moich przodków, choć i tak zapewne nie mógłbym opuścić tego miejsca. A poza tym, mam pewnego rodzaju poczucie misji.
-Poczucie misji?- podchwycił z zaciekawieniem Nadim.
-Owszem- starszy człowiek skinął głową, po czym kontynuował zakłopotany- Zapewne zabrzmi to nieco śmiesznie, ale... Moja rodzina ma pewną misję. Czy może raczej miała. Spisywała działania pewnej nieziemskiej istoty. Demona.
Amir bynajmniej nie poczuł się rozbawiony. Jego towarzysz zresztą także. Obaj popatrzyli na siebie niemalże z niedowierzaniem, po czym skierowali zdumiony wzrok na mówiącego, który sprawiał wrażenie zdziwionego taką reakcją swoich gości.
-Demona...?- podchwycił Amir, wpatrując się w mężczyznę z uwagą.- Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej...?
-Jeśli was to interesuje, mogę wam pokazać- odpowiedział, wyraźnie jednak zdezorientowany taką postawą mężczyzn.
Podniósł się z miejsca. Chwycił za jedną ze świec i ruszył do kolejnego pomieszczenia. Amir i Nadim w ślad za nim, wymieniając między sobą zdumione spojrzenia. Przeszli przez pokój, w którym wcześniej wypoczywał Amir, później przez kolejny, który wydawał się być sypialnią, aż wreszcie wylądowali w największym ze wszystkich pozostałych. Na środku, podobnie jak w pierwszym pomieszczeniu, znajdował się niski stolik. Przy ścianach poustawiane były różnego rodzaju kufry i skrzynie. Staruszek otworzył wieko tej, która stała najbliżej. Mężczyźni zajrzeli do środka, dostrzegając różnego rodzaju materiały, służące piśmiennictwu. Zapisane koślawym pismem pergaminy, skóry zwierzęce zdobione niemalże niemożliwymi do odczytania znakami, nawet fragmenty kamiennych tablic, na których wyryte były jakieś symbole.
-Te są zniszczone- poinformował ich starzec.- Dlatego trzymam je osobno. Ale wszystkie pozostałe mają się całkiem nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, jak dawno temu zostały sporządzone.- podszedł do kolejnej skrzyni, uchylając jej wieko. Wewnątrz, bez żadnego porządku, kłębiły się strony zrobione z papirusu. Zapisane, naznaczone różnego rodzaju rysunkami i symbolami.- Jest tego dużo. Jeśli macie ochotę, panowie, możecie się rozejrzeć. Ze względu na cześć moich przodków upraszałbym o dbałość i delikatność, ale biorąc pod uwagę, że niektóre zapewne już się rozsypują, a poza tym, całość od wieków nie budziła niczyjego zainteresowania, czujcie się swobodnie.
-Ale... Ale jak...?- bąknął Amir, wpatrując się w mężczyznę bez zrozumienia.
-To długa historia, panie- odpowiedział starszy człowiek litościwie, jakby nie chciał nią zamęczać swoich gości.- W dodatku związana z pewną legendą. Ważna dla mojej rodziny, ale raczej niezbyt ciekawa dla kogokolwiek innego.
-Proszę nam ją opowiedzieć- rzucił natychmiast Nadim.
Właściciel skrzyń raz jeszcze spojrzał na mężczyzn z uwagą, unosząc lekko brwi. Przez chwilę wydawało się, że zamierza zapytać o przyczynę ich nadmiernego zainteresowania tematem, ale ostatecznie jedynie uśmiechnął się łagodnie i skinąwszy głową, rzucił:
-Usiądźmy.
Położył świecę na stoliku i zaraz przyniósł kolejną, ustawiwszy ją w specjalnie wyżłobionym otworze, co dało nieco więcej światła. Amir powiódł spojrzeniem po oświetlonym fragmencie ściany, dostrzegając zawieszone na nim, kamienne płyty. Wydrążone na jednej z nich kreski układały się w prymitywny rysunek. Małe postacie, składające się jedynie z owalnej głowy i patykowatego tułowia, stały przed czymś znacznie od nich większym. Ogromnym wężem, którego głowa wyłaniała się zza skraju płyty. Mężczyzna odwrócił wzrok, zerkając ukradkiem na kompana. Starszy człowiek przyniósł jeszcze utkane z materiału siedziska, które niwelowały dyskomfort siedzenia na zimnej posadzce.
-Dawno już nie opowiadałem nikomu tej historii- rzekł mężczyzna, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem.- Według pewnej legendy, niegdyś na tych ziemiach wybuchła krwawa wojna. Legenda ta jednak nie wspomina z jakiej przyczyny ani na jaką skalę, nie wspomina, czy była to wojna domowa, wojna pomiędzy dwoma miastami, a może imperiami. W każdym razie, w ostatecznej bitwie, obie strony wyniszczyły się niemalże doszczętnie, co najwyraźniej położyło kres dalszym walkom. Z tejże bitwy, uszło cało pięciu mężów, którzy błądzili długo po lasach i zwodniczych mokradłach, nie mogąc trafić do swojego domu. Znali się już od wczesnej młodości i najcięższe dni przetrwali tylko dzięki współpracy oraz wzajemnemu zaufaniu. Pierwszy z nich, cechował się niezwykłą wprost odwagą, graniczącą być może nawet z brawurą czy też zuchwałością, która jednak sprawiała, że nigdy nie cofnął się przed tym, co należało uczynić, nigdy ręka mu nie zadrżała i nie pozwolił, by jego towarzysze obawiali się tego, co nastąpi. Drugi, człowiek silny, ale przy tej sile bardzo nieszczęśliwy, życie bowiem okropnie go zawiodło... ale i nauczyło pokory. Bronił więc swych druhów, pilnując, by w ich sercach nie zalęgło się ziarno zwątpienia. Trzeci, był człowiekiem bogobojnym i sprawiedliwym. Nie pozwolił na to, by ktoś niewinny kiedykolwiek poniósł śmierć z ich ręki. Czwarty, czuł na barkach ogromną odpowiedzialność, tak wielką, że zawsze sprawy swej rodziny, swojego plemienia i swych przyjaciół, przedkładał nad własne zdrowie i życie. Piąty... a był to mój praprapra... I tak mógłbym wymieniać, ale i tak nie mam pewności, czy dobrze się doliczyłem... pradziad... kierował się zawsze rozsądkiem i ten chłodny rozsądek pozwalał im pozostać przy życiu, nie ryzykować bezsensownie i podejmować decyzje racjonalne oraz słuszne. Któregoś dnia, gdy tak błądzili... a musicie panowie wiedzieć, że walczyli na własnych ziemiach, więc do domu nie mieli daleko, ale, jak mój dziadunio lubił mawiać,coś nieustannie ich gubiło, tuż przy urwisku ukazała im się pewna istota. Chciałbym wiedzieć, jak wyglądała. Ale nie wiem. Było w niej coś niewyobrażalnie pięknego i szkaradnego zarazem. Nie wiem nawet, czy była to kobieta, czy mężczyzna. W każdym razie, istota przemówiła do strudzonych wędrowców, zapewniając ich, że przybywa z polecenia bogów. I, że wojowników, którzy zadali śmiertelny cios wrogom, ma za zadanie nagrodzić. Pierw jednak zapowiedziała im, że nim słońce wzejdzie znajdą się z powrotem w swojej wiosce... Wędrowcy nie dali wiary jej słowom. Ale istota nie kłamała. Odnaleźli osadę nim słońce wyłoniło się zza horyzontu. Mój pradziad jednak poczuł niepokój. Doszedł do wniosku, że bogowie czy nie, nikt bez powodu nie składa ludziom takich wizyt. Jego towarzysze zgodzili się z nim bez wahania. Istota przyszła do nich ponownie tak, jak obiecała. Zapowiedziała, że gotowa jest spełnić ich najskrytsze marzenia. Zniknęła, dając im czas do namysłu. Mój dziad przekonywał towarzyszy, by zapomnieli o widmie i obietnicy nagrody i żyli, jak gdyby nigdy nic podobnego ich nie spotkało. Ale choć wszyscy zgodzili się z nim słowem, pierwszy raz okłamali się wzajemnie. Bo każdemu jednemu drgnęło coś wtedy w sercu i jakieś najskrytsze marzenia wyszły na jaw. Widmo przyszło najpierw do tego o odważnym sercu. A jego zuchwałość nie pozwoliła mu się zastanawiać i gdybać. Stwierdził, że choćby był to potwór i choćby był to zły duch, sprawdzi to, dzięki czemu uchroni później swych towarzyszy. „Byłbym dobrym władcą” - powiedział, jakby próbował się wytłumaczyć. „Byłbyś” - odparła istota, ni to zapytawszy, ni to stwierdziwszy. Odważny jednak uznał to za potwierdzenie swych słów. Usatysfakcjonowany, powiedział, że chciałby władać królestwem. Ale, że ambicje miał duże i pewien był swoich możliwości, dodał, że nie byle jakim, a najpotężniejszym i najbardziej licznym, jakim kiedykolwiek władał człowiek. I demon spełnił jego życzenie. Wdział mu na głowę koronę i włożył do rąk berło. „Gdzie moje królestwo, gdzie moi poddani?” - dopytywał się niecierpliwie Odważny, po czym na prośbę demona zamknął oczy, a gdy otworzył je ponownie... Ujrzał przed sobą potwora. Ogromne monstrum, przypominające wyglądem mrówkę, ale wielkości takiej jak on sam. Tak mu się wtedy zdawało. Dopiero później zorientował się, że to nie mrówka była ogromna, ale on maleńki. I tak został królem. Królem mrowiska. I choć żył, jego dusza była już stracona. Nie mógł nawet ostrzec tych, którzy byli mu drodzy. Demon ruszył dalej. Poszedł do drugiego z mężczyzn i zapytał o jego życzenie. Pokorny chciał spełnienia swoich marzeń. Wszystkich za jednym razem. A marzenia miał on wielkie i przerażające, lecz pokora nie pozwoliła mu nigdy ich zrealizować. I tym razem było podobnie. Zastrzegł bowiem, że nikomu z tego powodu nie może wydarzyć się żadna krzywda i nikt nie może ucierpieć. I choć zdawało się to niemożliwym – ziściło się. Demon podarował mu fiolkę z czarnym płynem. Ta substancja, zmieszana z krwią Pokornego, sprawiła, że wkroczył do świata snu. Nie był jednak tego świadom. I żył w tym wspaniałym świecie, mając niemalże wszystko, czego kiedykolwiek pragnął. Nie obudził się już nigdy więcej. I tak nie było już dla niego ratunku. Trzeci z mężczyzn, ten, który zasługiwał na miano sprawiedliwego, marzenia miał skromne. Zależało mu jedynie na dobru dwóch córek, potomkiń ukochanej, zmarłej żony, a, że te sprawiały mu problemy, dręczył go o nie nieustanny niepokój. Bał się, że po jego śmierci albo starsza zabierze młodszej cały majątek, albo młodsza wygna starszą, albo obie nie poradzą sobie, będą wiodły nieszczęśliwy żywot, pełen sporów i wzajemnych pretensji. Uznał więc, że tak subtelna prośba, jaką wydawało mu się to, czego pragnął, nie może nikomu uczynić żadnej szkody. „Spraw, by moje córki zaznały w życiu wszystkiego po równo – i szczęścia, i żali, i trosk, i miłości, wszystkiego” - tak właśnie powiedział. Wydawało mu się, że nic się w ich życiu nie zmieniło. Ale córki jego były inne niż wcześniej. Lubiły to samo, kochały tak samo i cierpiały w równy sposób, zupełnie tak, jak sobie tego życzył. I któregoś dnia obie zadurzyły się w tym samym chłopcu, a ten, kpiąc z uczuć biednych dziewcząt, zażartował, że wybierze tą, która wygra w pojedynku. Obie chwyciły za noże i zabiły się wzajemnie jeszcze tego samego dnia, a zrozpaczony ojciec, zginął jakiś czas później, sam sobie zadając śmierć. Czwarty natomiast, choć przestrzegany przez mojego dziada, powiedział: „Nawet zła siła, może służyć dobru, jeśli się nią odpowiednio pokieruje”. I to rzekłszy, spotkał się z demonem i powiedział mu: „Chcę wszystkiego, co najlepsze dla tej ziemi”. Bo był dumny z tego, że nigdy nie pragnął nic dla siebie, a zawsze dla innych. No i stało się dokładnie tak, jak powiedział. Nagle, w jednej chwili, wszystkie budynki runęły – wszystkie, poza stojącym niegdyś na górze domem, należącym do mojego pradziada. I on rozsypał się w proch, jak i wszyscy dookoła, prócz moich przodków. Wreszcie przyszedł czas i na Rozsądnego. Ten miał świadomość, że demon go odnajdzie, próbował jednak uciekać. Spotkał go przy tym samym urwisku, przy którym widzieli się za pierwszym razem. I demon nalegał i kusił go długo, by ten powiedział mu, czego pragnie. „Nie jesteś w stanie spełnić tego, czego pragnę, nic nie możesz mi dać. Wszystko to złudzenia i kłamstwa. A ja chcę wolności. Prawdziwej wolności. I twoje czary na nic się tu nie zdadzą.” - powiedział hardo. A demon uśmiechnął się i powiedział: „Ależ dam ci wolność, jakiej pragniesz”. I pchnął mego pradziada, a pradziad runął w dół, co zakończyło ostatecznie jego żywot.
Nadim i Amir wpatrywali się w człowieka w skupieniu. Ten uśmiechnął się lekko i stwierdził, jakby w formie wytłumaczenia:
-To tylko legenda, mająca jednak pewną wartość moralizatorską. Postacie powiązane z charakterystycznymi cechami, miały zapewne stanowić przestrogę dla dzieci.
-Więc to wszystko nieprawda...?- dopytał niepewnie Amir.
-Trudno stwierdzić, ale tak, podejrzewam, że tak.
-Dziadunio też nie był prawdziwy?- Nadim spojrzał na mężczyznę, nieco skołowany.
-Och, ależ skąd!- zaśmiał się serdecznie tamten.- Dziadunio był jak najbardziej prawdziwy.
-Ale zginął- zauważył Amir.- Skąd więc wiadomo to wszystko?
-O, i to jest właśnie najlepsze!- staruszek uśmiechnął się, zadowolony z pytania.- Pradziad zginął, ale ocalił swą duszę. Biedna jego żona, akurat wtedy nosiła dziecko i gdy to przyszło na świat, a później dorosło – cały czas nękane śmiercią ojca i zadręczane opowiadaniami nadopiekuńczej matki... Ukazał się mojemu pradziadkowi... No, temu młodszemu... Ukazał się dziaduniowi, ojciec jego, pradziad. We śnie. I powiedział mu wszystko. I ostrzegł go, by nigdy nie szedł ze złym w układy, bo to się źle kończy. I, że tam gdzieś, rzeczywiście jest wolność i tam jest naprawdę pięknie. I żeby dziadunio to wszystko spisał. Ten jednak uczynił inaczej. Chyba klątwa się go jeszcze trzymała... Chociaż ja tam myślę, że nie tyle klątwa, co smutek po prostu. W każdym razie, wziął sznur i się powiesił. Napisał jeszcze tyle, że pójdzie swą drogą do wolności, szybką i bezbolesną... No ale nie bardzo mu się to udało, bo coś poszło nie tak i jak zdjęli go z sznura, to biedak zamiast umierać, leżał męcząc się godzinami, aż wreszcie opowiedział wszystko, co ukazało mu się w śnie swojej żonie... też swoją drogą w stanie błogosławionym... i dopiero wtedy dane było mu odejść w spokoju. I w snach właśnie, ukazywała się moim przodkom historia tego, który doprowadził dziadunia do śmierci. A oni ją spisywali. Taki był nasz los, przynajmniej do czasu zniknięcia demona.
-Zniknięcia...?- Nadim wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.
-Owszem- potwierdził staruszek, zastanawiając się chwilę.- Słabo pamiętam tę historię... Demon połączył się z pewnym człowiekiem za sprawą kamienia. Co ostatecznie doprowadziło ich obu do zagłady.
-To nie był człowiek- zaprotestował natychmiast potomek wilków.- Fortis był jednym z nas.
-Doprawdy?- zdumiał się staruszek.- Zawsze wydawało mi się, że był to człowiek...
-Skąd!- zaprzeczyli Amir i Nadim, dokładnie w tym samym czasie, po czym wymienili między sobą pobłażliwe spojrzenia.
-Fortis był moim przodkiem- wyjaśnił kompan człowieka.- Ze względu na panującą wokół wojnę i ciężkie okoliczności, by bronić swojego narodu, zgodził się na pakt z demonem.
Mężczyzna dyskretnie przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
-A więc znacie tą historię...- rzucił w zamyśleniu staruszek, kiwając głową.- Widać nie pojawiliście się tutaj bez przyczyny.
-Ale demona już nie ma, więc czym zajmujesz się ty i czym zajmowali się twoi poprzednicy?- zapytał z uwagą Amir, mając świadomość tego, że od czasów Fortisa minęło już dobre kilkaset lat.
-Sęk w tym, że nie zajmowali się niczym- powiedział starzec, wzruszywszy ramionami.- Wizje i sny zniknęły. Wydawało się, że wraz z naszą misją, ale coś nieustannie trzymało moją rodzinę w tym miejscu. Ale mój ojciec mówił, że ten demon chyba jeszcze wróci, dlatego wciąż trwa nasz ród, bo z jakiego innego powodu...? Zapewne nasz kres przypadnie wraz z kresem tego demona. A jego jest już chyba bliski, bo widzicie panowie, jestem już wiekowy, a nie pojawiła się tutaj dotąd żadna kobieta, szans na spłodzenia syna raczej już nie mam, więc wnioskuję, że cel mojego żywota jest bliski realizacji.
-A więc ty nie masz snów, panie?- potomek wilków wpatrywał się w gospodarza z uwagą.
Ten uchylił usta, zamierzając odpowiedzieć, ale zaraz znieruchomiał, zastanawiając się wyraźnie nad odpowiedzią.
-Cóż... Właściwie to mam...- przyznał po chwili wątpliwości.- Ale nie jestem pewien, czy nie jest to zwyczajny sen... Nie śni mi się bowiem żadna sytuacja. Śni mi się jedynie pewien... symbol. Zresztą, zaraz wam pokażę- rzucił, po czym opuścił na chwilę pomieszczenie, by zaraz wrócić z pergaminem.
Ten przedstawiał wykonany w staranny sposób rysunek. Rysunek, który przywodził na myśl Amirowi jedynie jedną rzecz – fragment kryształu. Aż wstrzymał oddech, zdumiony tym, co ujrzał. Nadim nie był równie powściągliwy.
-Kryształ! No tak!- westchnął, uśmiechając się, jakby wszystko stało się dla niego oczywiste. Nie pytając ani o zdanie, ani tym bardziej o zgodę, rozplątał rzemyk, na którym trzymał się woreczek z kryształami i zdjął go z szyi protestującego kompana.
-Nadim!- rzucił ostrzegawczo mężczyzna.
-Proszę...- potomek wilków wyjął jeden z kawałków i położył go sobie na dłoni.
Mężczyzna wydawał się być tym kompletnie zaskoczony.
-Dokładnie to widziałem...- szepnął, nie odrywając wzroku od kryształu.- Tylko... Tylko większe! Tak, wydaje mi się, że było większe... Czy mogę...?- zapytał, nieco onieśmielony.
Nadim podał mu fragment bez wahania. Ten obejrzał go w dłoni z dokładnością i pieczą.
-Co to takiego...?- zapytał, zerkając na Nadima niemalże błagalnie.- Powiedz mi, chłopcze, proszę.
-To kryształ. Ten sam, który stworzył Fortis, zawierając przymierze z demonem.- na te słowa starzec otrząsnął się na chwilę ze swojego zachwytu. Zmierzył kamień uważnym spojrzeniem, po czym nieco spłoszony tą informacją, oddał go z powrotem potomkowi wilków, choć nadal patrzył na fragment z wyjątkowym zaintrygowaniem.
-Tym demonem...? Ale... Nie do końca rozumiem...
-Jesteśmy wybrańcami- odpowiedział natychmiast Nadim, nie zastanawiając się ani chwili. Jego kompan westchnął ciężko, kręcąc głową.- Ten demon powrócił. A my mamy za zadanie odnaleźć wszystkie fragmenty kryształu i doprowadzić do jego zagłady.
Starzec zamrugał, wyraźnie oszołomiony. Wpatrywał się przez chwilę w Nadima, po czym przeniósł wzrok na jego wyraźnie poirytowanego sytuacją towarzysza.
-Niezwykłe... Doprawdy, niezwykłe...- rzucił, jakby nie wierząc w to, co słyszy.- Proszę, powiedz mi coś więcej!- dodał po chwili.
-Nie- zaprotestował natychmiast Amir, nim jego kompan zdążył się odezwać. Nic nie wskazywało na to, by staruszek miał wobec nich złe zamiary, ale nie byłby to pierwszy raz, gdy początkowe wrażenie okazało się mylne. Nie mogli opowiadać o tego typu sprawach każdemu napotkanemu człowiekowi.- Wybacz nam, panie, ale nie.
-Błagam!- starzec aż jęknął boleśnie słysząc odpowiedź mężczyzny.- Uwierzcie mi, nie śmiałbym nikomu o tym powiedzieć, zresztą komu miałbym mówić takie rzeczy...? Nikogo tutaj nie ma... Ale wiem już, że wasze pojawienie się tutaj nie jest przypadkowe. Tak jak mawiał mój ojciec, nie ma przypadków.
-Powiedz nam lepiej, co wiesz o tym demonie- mruknął jedynie mężczyzna.
-Nic ponadto, co przeczytałem- odpowiedział pospiesznie staruszek.- On nie ma żadnej wielkiej mocy, sam w sobie, tyle wiem. Tak mówił przynajmniej mój dziadunio. Mówił, że korzysta z naszej siły, tej, z której nie zdajemy sobie sprawy. Dlatego potrzebuje naszej zgody, dlatego przychodzi.
-Poluje na nasze dusze- skwitował te słowa Amir.
-Polował- poprawił go starzec.- Dopóki nie znalazł innego sposobu.
-Dopóki nie połączył się z Fortisem.
-Owszem. Proszę, powiedzcie mi więcej o jego powrocie... Zdaje się, iż powinienem to wiedzieć...- dodał starszy człowiek, spoglądając to na Amira, to na potomka wilków.
Mężczyzna nie był zadowolony z tego pomysłu, ale Nadim wydawał się nie wahać ani odrobinę, co zresztą nie powinno go dziwić. Śledzony uważnym wzrokiem kompana, westchnął cicho i skinął przyzwalająco głową, mając nadzieję, że nie pożałuje swojej decyzji.
-Dziękuję ci!- starzec uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.- Przejdźmy jednak do mojego pokoju. Będzie trochę cieplej, podam wam coś do picia...
Staruszek podniósł się z miejsca, w ślad za nim, to samo uczynił Nadim. Amir wahał się przez chwilę, po czym rzucił, pełen wątpliwości:
-Czy mógłbym... Mógłbym tutaj zostać? Zobaczyć te zapiski?
-Oczywiście. Minęło sporo czasu odkąd ktokolwiek spoza mojej rodziny je przeglądał, ale nie krępuj się. Uważaj tylko na świece, ogień i pergamin to kiepskie połączenie... Gdybyś czegoś potrzebował, zawołaj mnie, proszę.
Amir skinął głową. Moment później, jego towarzysz oraz starszy człowiek, opuścili pokój, pozostawiając w nim mężczyznę samego. Ten podniósł się powoli na nogi. Chwycił za świecę i ruszył powoli w kierunku kufrów. Zajrzał do drugiej, otwartej przez człowieka skrzyni i delikatnie wyjął z niej jeden z pergaminów. Usiadł ponownie przy stole, stawiając świecę obok.
Wziął głęboki oddech i zaczął czytać.

To nie była panika, ani rodzaj głuchego, otępiałego na jakiekolwiek logiczne wytłumaczenia strachu, który wdzierał się gwałtownie do umysłu, przejmując kontrolę nad wszystkim. To był lęk, który niczym jad, sączył się do świadomości powoli, po każdym odczytanym z trudem słowie, po każdym zdaniu, zrozumiałej sentencji. I lęk ten nie wynikał z niezrozumienia sytuacji. Z braku zdolności do logicznego wyjaśnienia jej sobie. Wprost przeciwnie. Wynikał właśnie z logicznego myślenia. Widmo, które jeszcze nie tak dawno, wydawało się być Amirowi tak odległym, że wręcz trudnym do wyobrażenia i uchwycenia, cóż więc tu dopiero mówić o zagrożeniu z jego strony, teraz stało tuż obok. Zdawało się, że zagląda mu prosto w oczy, śmiało, kontrolując wszystko dookoła. A Amir, z tym trującym lękiem w sercu zadawał sobie wciąż jedno pytanie. Czy można było przeciwstawić się takiej sile?
W pewnym momencie zmógł go sen. Obudził się jakiś czas później, czując, jak ktoś okrywa go ciepłym materiałem. Podniósł głowę ze stołu, odwracając się za siebie i dostrzegając Nadima. Przetarł twarz, siadając. Potomek wilków zajął miejsce obok niego, przyglądając mu się z uwagą.
-Prześpij się- szepnął miękko.- Wyglądasz na wyczerpanego.
-Nie, nie...- westchnął Amir, kręcąc głową.- Tego jest za dużo, zdecydowanie za dużo...- rzucił otępiale, odsuwając na bok odczytane wcześniej zwitki i usiłując odnaleźć te, które przyniósł sobie jako ostatnie.
-No właśnie- podchwycił Nadim.- Przecież i tak nie zdążysz tego wszystkiego przeczytać.
-Nie rozumiesz. Nie chodzi o te zapiski. Chodzi o to... o wszystko!- rzucił z przejęciem mężczyzna. Kompan spojrzał na niego bez zrozumienia.- O to, co robi ten... ten demon! Pamiętasz, jak mówiłem ci, że mnie niczym nie skusi? A co, jeśli się pomyliłem? Co jeśli cały czas się mylę, tak samo, jak i w każdej innej sprawie?
Potomek wilków wpatrywał się w niego przez chwilę w milczeniu.
-Boisz się- skwitował wreszcie słowa towarzysza.
-Nie, Nadim, nie boję się!- warknął głośno mężczyzna. Nadim przyłożył sobie palec do ust, wskazując głową drzwi i dając kompanowi do zrozumienia, że gospodarz zapewne już śpi.- Jestem cholernie przerażony! Czytałem o Sinistrze.
-O Sinistrze...?
-Nie dosłownie o nim, o jego rodzinie... Tak mi się zdaje...- Amir zaczął pospiesznie przeglądać odłożone zapiski. Nadim przyglądał się towarzyszowi z lekkim niepokojem.- To gdzieś tu było, na pewno gdzieś tu było...- potomek wilków chwycił go za ramię. Mężczyzna otrząsnął się na to i odwrócił ponownie w jego kierunku.- Tak czy inaczej... Masz w ogóle pojęcie, ile takich potworów jak on, stworzył ten demon? Masz w ogóle pojęcie, co jeszcze potrafi zrobić? Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę historyjkę o waszym bohaterze, nie widziałem w tym demonie nic przerażającego, nawet, gdyby uznać, że rzeczywiście istnieje.
-Bo w niego nie wierzyłeś.
-Nie w tym rzecz!- odparł niecierpliwie mężczyzna.- To wszystko brzmiało, jakby to był jakiś lokalny demon, który zawarł idiotyczny pakt z jednym z was, w dodatku ostatecznie doprowadzając tym samego siebie do zagłady. Te wszystkie słowa, o jego mocy, potędze... Co to w ogóle niby miało znaczyć? To wydawało się błahe. Proste. A teraz...? Powiedz mi, jak mam walczyć z czymś, co potrafi sprawić, by człowiek zabijał drugiego ledwie dotknięciem...? Co potrafi zagwarantować komuś nieśmiertelność...? Czego umiejętności są właściwie niczym nieograniczone?
-Dlatego właśnie nie mamy z nim walczyć. Mamy znaleźć kryształy.
-Dobrze, a co, jeśli coś pójdzie nie tak?- tego rodzaju wątpliwości dręczyły Amira nieustannie.- Co jeśli się spóźnimy albo okaże się, że Canis nie miał racji? Jak wtedy sobie z tym wszystkim poradzimy?
-To nie jest czas, by się nad tym zastanawiać- odpowiedział łagodnie jego kompan.
-O nie, to jest właśnie najlepszy czas!- zaprotestował natychmiast mężczyzna. Nadim wpatrywał się w niego, wyraźnie nieco zdumiony zachowaniem towarzysza.- Widzisz, ja nie znam zbyt wielu osób, które byłyby dla mnie drogie... Nie mam całego plemienia... Mam tylko... Tylko wuja i Hadrina... I ciebie... I jeśli coś by się wydarzyło...- głos Amira zadrżał od emocji.
-Amir. Wpadasz w panikę.
-Wcale nie. Po prostu chcę wiedzieć czy...
-Żaden z nas nie wie, co się stanie. Nie mamy na to teraz najmniejszego wpływu. Jaki jest sens zastanawiać się nad tym, co nam się przytrafi?- Nadim raz jeszcze otulił go kocem, który Amir zrzucił z siebie nieumyślnie chwilę wcześniej. Mężczyzna spoglądał na niego z uwagą, czując jednak wciąż gnębiący go niepokój, który kontrastował z absolutnym spokojem potomka wilków.- Na razie mamy zadanie. Musimy je wykonać. To, co stanie się później, jest niewiadomą. Ale póki co, jesteśmy razem. I dopóki tak właśnie jest, jesteśmy bezpieczni. Uwierz mi.

Siedzieli obok siebie, w ciemnościach pomieszczenia. Wsparci plecami o ścianę, owinięci materiałem koca, tkwili w swoich objęciach. Zasypiali powoli, wsłuchani w bicie swoich serc i nieco przyspieszone oddechy, zdradzające odrobinę napięcia, jaka tkwiła w tej sytuacji.
Amir odpływał stopniowo w krainę snów, wciąż jeszcze  na tyle świadomy, że czuł ciało towarzysza w swoich objęciach. A może już tylko mu się wydawało...? Chciał otworzyć oczy, by to sprawdzić, ale jego powieki były ciężkie, nieruchome. Nie widział Nadima. Jedynie wyczuwał jego bliskość, bliskość jego ciała, znajdującego się tuż obok niego. Nachylił się nad nim, instynktownie wyczuwając jego usta. Złączył się z nimi, usiłując wychwycić jak najwięcej z tego pocałunku, ale nie potrafił sobie już nawet przypomnieć, jak smakowały wargi towarzysza, ani choćby sobie tego wyobrazić. Pocałował go raz jeszcze, powoli, jakby chciał skłonić swoje własne senne marzenie do jakiejś reakcji. Ale nagle wszystko się rozsypało. Jego sen umknął mu gdzieś, zniknął. Amir poczuł się zdezorientowany i niepewny. A później wszystko się zaczęło. Zobaczył pod swoimi powiekami buchający z czeluści ogień. Przeraźliwy krzyk wypełnił jego głowę. Widział zastępy żołnierzy, szturmujących zamek. Niedołężnego, samotnego władcę, siedzącego na tronie. Pochwyconą przez kilku mężczyzn dziewczynę, której podpalono włosy. Czyjś śmiech odbił się echem w jego umyśle. Olbrzym rozerwał gwałtownie oplatające go łańcuchy. Jasnowłosy, naznaczony licznymi ranami człowiek, konał w lesie. Na portrecie rodzinnym arystokracji, pojawiła się nagle blada dłoń, która zacisnęła się na ramieniu najmłodszego z synów. Ziemię dookoła pokrywały martwe, ułożone w rzędach ciała potomków wilków. Wrzask bólu, który usłyszał, był jak tortura, zupełnie nie do wytrzymania. Miał wrażenie, że miotał się, szarpał, krzyczał bezgłośnie, usiłując uwolnić się od tego przerażającego dźwięku, aż wreszcie... Otworzył oczy.
Wszystko ucichło. Odetchnął płytko, zdejmując z siebie otulający go koc. Nadima nie było. W pomieszczeniu panowała zupełna ciemność. Mężczyzna dźwignął się na nogi. Dotykając dłońmi ścian, po omacku, przeszedł do kolejnego pomieszczenia, a później jeszcze jednego. Zawołał swojego kompana po imieniu, ale nie usłyszał żadnego odzewu. W jednym z pokoi dostrzegł światło. Wszedł do niego ostrożnie, spoglądając na mężczyznę, który stał ze świecą w dłoniach, odwrócony do niego plecami. To nie był potomek wilków. Amir słabo widział w okalającym go mroku.
-To ty, starcze...?- zapytał niepewnie.
Człowiek odwrócił się powoli w jego stronę. Amir osłupiał, widząc głębokie rany pokrywające jego twarz, miejscami tak głębokie, że ukazujące kości.
-Witaj, synu- przemówił człowiek, a pokaleczone wargi ułożyły się w uśmiech.
Amir odetchnął płytko, cofnąwszy się odruchowo. I obudził po raz kolejny. Podskoczył w miejscu, rozglądając się dookoła zdezorientowany. Jego kompan ustawiał właśnie na stole kolejną świecę, która rozświetliła pomieszczenie. Człowiek przetarł twarz dłonią, przełykając nerwowo ślinę.
-Znowu miałeś koszmary?- Nadim spojrzał na niego pytająco.
Amir podniósł się na nogi.
-Wynośmy się stąd, dobrze...?- rzucił, uspokajając się nieco.
-Moglibyśmy zostać jeszcze jeden dzień. Ten mężczyzna...
-Nadim, jeszcze jeden dzień tutaj, a chyba zwariuję- oświadczył stanowczo .
Potomek wilków skinął głową ze zrozumieniem. Trzeba było właściciela podziemi powiadomić o tym, że odchodzą. Czekali jakiś czas, ale że ten się nie pojawił, Nadim zdecydował, że pójdzie go obudzić. Amir ruszył powolnym krokiem w ślad za nim, bardziej znużony niż wypoczęty.
-Atisie...?- potomek wilków zajrzał ostrożnie do jednego z pomieszczeń, trzymając w dłoniach świece.- Atisie...?- Amir zatrzymał się w progu i czekał, słysząc, jak jego kompan powtarza imię jeszcze kilkukrotnie i usiłuje go wybudzić. I nagle umilkł zupełnie na dłuższą chwilę.- Amir...- rzucił moment później, wyraźnie zlękniony.- Amir, chodź, zobacz...
Mężczyzna podszedł do łoża, na którym spoczywał wołany człowiek. Ten leżał nieruchomo, w rękach ściskając jeszcze swoje zapiski i rysunki, niczym największy skarb. Część z nich zdążyła się już wyślizgnąć spod jego dłoni i opaść na bok. Twarz miał spokojną, wręcz uśmiechniętą. Amir dotknął lekko jej lekko, wyczuwając nienaturalny chłód skóry człowieka.
-On nie żyje...- Nadim stwierdził to, co dla nich obu było już oczywiste.
Amir skinął powoli głową.
-Ale przecież miał... Mówił przecież o swoim celu... Ale demon jeszcze nie został unicestwiony... Więc dlaczego...?
Potomek wilków wpatrywał się w swojego kompana tak, jakby liczył na uzyskanie odpowiedzi. Amir nie potrafił jej jednak udzielić.
-Chodźmy stąd- rzucił jedynie, odwracając się.
Najwyraźniej starzec mylił się co do swojego przeznaczenia.
Być może oni również.

14 komentarzy:

  1. Och... Chaos *.*
    Biegnę czytać!

    OdpowiedzUsuń
  2. A może starzec w nich zobaczył coś, że to oni dokończą jego misję i mógł spokojnie odejść. Dziwny człowiek. Ciekawe ile on naprawdę miał lat. Po jak się Amir i Nadim przekonali często to co widzą okazuje się być zupełnie czymś innym.

    Nadim sądzi, że Amir nie pokochał by kogoś takiego jak on i się z tego powodu denerwuje. :DD Już nie mogę się doczekać, aż się dowie o uczuciach towarzysza.
    I też jestem zdania, że dopóki są razem, nic im się nie stanie. Nie na darmo zostali wysłani do tej misji razem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Po jak się Amir" miało być zamiast Po to Bo.

      Usuń
  3. A może... a może, Nadim już coś czuję do Amira i denerwuję go stwierdzenie księcia ,że nie pokochałby kogoś kto ma uszy i ogon.
    Ciekawe... żałuję tylko, że ten pocałunek to tylko sen :(
    Ten dziadek był bardzo podejrzany, coś za bardzo zależało mu na wiedzy o kryształach.
    Czyżby Amir miewał prorocze sny?
    Och już chcę kolejny rozdział.
    Azaliż zacna dziewojo, żem zapałała do ciebie miłością jeno ogromną.
    Och jaki brzydki komentarz... wybacz, jam żem miała szczęście wielkie, i żem rozchorowała się na sam koniec wakacji :( *ciąga nosem ale mimo wszystko uśmiecha się bo widzi Chaos* khe khe*
    I tak chciałabym sie upewnić tygrysku... za tydzień Drag Quuen?

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy7:02 PM

    "-Naprawdę nie zakochałbyś się w kimś, tylko dlatego, że ma ogon i psie uszy?- rzucił ku zdumieniu towarzysza Amir, zatrzymując się przy nim i spoglądając na niego surowo."
    Zamiast Amir powinno być Nadim :)
    Poza tym czy nie powinno być spacji przed i po myślniku?
    Chciałam się też zapytać czemu na blogu są nieaktualne informacje. Konkretnie chodzi mi o to - "Rozdziały pojawiają się stosunkowo regularnie, obecnie dwa razy w tygodniu, głównie w środy i soboty." - obecnie pojawia się jeden rozdział tygodniowo(przeważnie w piątek lub sobotę).

    Przeczytałam Every Me(rany, chyba z pięć razy...) oraz wszystko co jest tutaj, oprócz opowiadań zawieszonych, i mogę śmiało stwierdzić, że uwielbiam Twoją twórczość. Zarówno postaci, wykonanie(błędy prawie zerowe) i pomysły na fabułę. Chyba zmierzam się przyłączyć do grona komentujących, chociaż nie wiem czy moje lenistwo mi na to pozwoli.

    M-chan

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy7:22 PM

    Wiekszosc osob, ktorych tu znalazlam i pisze blogi yaoi, zdecydowanie powinni brac od Ciebie przyklad. Powinnas napisac wlasna ksiazke. Myslalas o tym? Chetnie bym ja przeczytala. Pozdrawiam Paulinaa P.

    OdpowiedzUsuń
  6. Na poczatek przepraszam najdroższ Autorkę że tyle czasu nie komentowalam.. może pamiętasz podpisana bylam jako deirdre. czytalam wszystko caly czas i nie zostawialam sladu.. wybacz.. Ale teraz obiecuje ze juz sie taka cisza nie powtorzy.
    jejku Chaos co raz bardziej wychodzi na prowadzenie jesli chodzi o ulubione opowiadanie. To jak budujesz napiecie jest wprost niesamowite! a Nadim jest po prostu uroczy<3 Czyzby mu troszke zalezało na Amirze?;>
    W innych opowiadaniach slashowych często jedynym wątkiem jest uczucie miedzy bohaterami przez co wszystkie sa podobne a u Ciebie miłosc rozwija sie w świetnie wykreowanym swiecie. Jeny kocham to! Dodatkowo trafiasz w mój gust bo kocham fantasy ;p aah! nie moge sie doczekac kolejnego rozdziału! Weny!

    Annola

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:36 AM

    no nie... czemu tak małooo XD Jak ja ich kocham <3 odcinek spokojny, a scena z okrywaniem kocem była słodka ^ ^ Staruszek przekazał swoje dziedzictwo Y^Y Jak ja chce jakieś akcje z alkoholem w ich wykonaniuuuuuu~~ Czy mogę na nie liczyć? xD
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy12:37 PM

    Ciekawie się zapowiada. Czekam na dalszy ciąg. D.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dzień dobry. witam autorkę.
    na początek powiem, że specjalnie założyłam konto by do Ciebie napisać, bo przeczytałam że nie uwzględniasz komentarzy od aninimów.
    No ale przechodzę do sedna. Na początku tego roku, znalazłam przez przypadek Twoje opowiadanie "Every me" no i się zakochałam (do dziś często wracam do niego ;D ) w nim i w Twoim stylu pisania. Teraz dotarłam tutaj i w jeden dzień przeczytałam całe 8 rozdziałów "Księcia" i wiem że to może nie jest miejsce gdzie powinnam to pisać ale .. BŁAGAM.. napisz jego ciąg dalszy!
    a na razie w żalu zacznę czytać któreś z pozostałych opowiadań, ale będe czekać na Księcia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy12:46 PM

    jezu, jak zwykle piszesz cudownie! uwielbiam twoj styl, skladnie, slowa, ktore dobierasz. cos cudownego. u mnie nowy wpis zapraszam www.slodkiswiatyaoi.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Moja droga, jestem pod tak wielkim wrażeniem tej powieści rodem z fantasy/slash, że chyba nie sklecę składnego komentarza. Bloga poleciła mi znajoma i kazała przeczytać Chaos właśnie. Przyznam, zaczęłam bez większych emocji. Potem coś się zmieniło. Fabuła nabrała rozpędu, ludzie i ich historie przyciągnęły do siebie, zainteresowały. Natomiast później... Dziewczyno, od piętnastego rozdziału robiłam sobie przerwy tylko na niezbędne czynności (praca, siusiu, jakieś jedzenie, praca, znowu siusiu), i miałam mocno zaburzony sen, przerywany myślami typu 'ale jak teraz będą wyglądać ich relacje', 'gdzie tym razem wylądują i kogo spotkają' tudzież 'który będzie na górze?'. Udało Ci się, gratuluję. Pozyskałaś me serce ; ) Błagam, zlituj się nade mną i nie każ czekać długo na dalszy ciąg.
    alien

    OdpowiedzUsuń
  12. "Wylinkowałam" Twojego bloga jakoś tak, przez przypadek i wzięło mnie dokumentnie...Przeczytałam wszystko, od deski do deski. Zaczęłam od góry (Nathaniel & Louis), skończyłam na "Chaosie" i dopiero postanowiłam coś napisać. Nie! To nie tak! MUSIAŁAM coś napisać... Żebyś Ty słyszała moje jęki, kiedy skończyłam akurat czytać kolejne opowiadanie i okazywało się, że nie jest skończone...W duchu mówiłam sobie "To jest świetne!Chcę jeszcze!". Kiedy czytałam następne, od razu zmieniałam zdanie: "Nie, myliłam się. TO jest jeszcze lepsze. Kurde, czemu ona tak wolno pisze?". I tak to szło:kolejne opowiadanie - nowa fascynacja. Dopóki nie dotarłam do "Chaosu"... ten tekst bije inne na głowę. Tak powoli rozwija się "romans" między bohaterami, że, z jednej strony, chciałabym go przyśpieszyć,
    a z drugiej pragnę, by to trwało i trwało..., ten cudowny stan "pomiędzy". Pomiędzy zakochaniem a miłością, pomiędzy byciem zakochanym i niewiedzą nt. tego, co czuje druga osoba
    a zdobyciem pewności, pomiędzy...
    W każdym razie ujęła mnie Twoja kreacja bohaterów, bogaty język i umiejętność budowania napięcia. To coś, co mnie tu, mam nadzieję na zawsze, zatrzymało:)
    Nie obiecuję, że będę komentować każdy rozdział (wybacz, ale mam nauczycielską alergię na pisanie komentarzy pod pracami uczniów, a to nie jest szkoła przecież), ale NA PEWNO przeczytam wszystko, bo wiem, że warto:) Pozdrawiam Cię, droga Autorko
    i życzę, by natchnienie nigdy Cię nie opuściło:))) Renata

    OdpowiedzUsuń