Strony

niedziela, 23 września 2012

Ogłoszeniowo i króciutko

Macie już informacje na temat kolejnych opowiadań, a teraz kolejna, niezbyt wesoła - nie jestem pewna, czy "Chaos" zdążę napisać do soboty. Zaczynam od poniedziałku zajęcia i może być tak, że będę potrzebowała czasu na to, żeby się wdrożyć i będę miała z początku problem z wygospodarowaniem czasu (jak to zwykle bywa). Dam wam jeszcze znać w sobotę, ale podejrzewam, że ten "Chaos" pojawi się później.

§ 14 § [YFM]


Donośny krzyk rozdarł panującą w pomieszczeniu ciszę, wybudzając Absaloma z płytkiego snu. Chłopak podniósł się powoli z łóżka, odgarniając zbłąkane pasemka włosów z twarzy i podchodząc do Mortalisa. Mężczyzna wił się na swoim posłaniu, łapiąc gwałtownie powietrze i raz po raz wyrzucając z siebie jakieś nieskładne słowa. To musiał być jeden z tych snów. Absalom ułożył się obok niego, przyciskając do opiekuna mocno, by nie spaść z wąskiego łóżka. Objął go czule ramionami, zatrzymując w swoim uścisku i przymknął powieki.
Wcale nie było lepiej. Minęło już kilkanaście dni, ale nie było lepiej. Absalom nie poszedł do miasta od czasu, gdy któregoś dnia wrócił i zastał Mortalisa nieprzytomnego, tuż przy drzwiach, ubranego tak, jak do swoich podróży. Jedna z jego ran, która zdawała się zagoić, otworzyła się na nowo. Chłopak pytał później swojego opiekuna, co ten zamierzał zrobić, ale Mortalis mu nie odpowiedział. Wyglądało na to, że chciał gdzieś wyruszyć – po raz kolejny. W jego stanie to nie było już nawet ryzyko, to było kompletne szaleństwo i Absalom przestawał zupełnie rozumieć jego motywację. Mortalis czegoś się bał. To chłopak widział wyraźnie, chociaż wolał o to nie pytać. Mężczyzna wciąż był rozdrażniony. Czasem, gdy Absalom, chcąc poprawić mu nastrój, zaczynał mówić o czymś wesołym, słyszał w odpowiedzi jedynie uwagi o tym, że powinien przenieść się do miasta i, że będzie to dla niego wygodniejsze, lepsze. Przyjmował te słowa z zaciśniętymi ze złości wargami, powstrzymując się ledwie od tego, by wykrzyczeć Mortalisowi swoje uczucia, ale zdrowie mężczyzny było dla niego najważniejsze. Nie chciał go denerwować. Znosił jego chmurny nastrój, który nie przypominał wcale jego zwyczajowej ponurości. Znosił dzielnie jego słowa, jego milczenie, spojrzenie, w którym kryło się coś na kształt pretensji, irytacji, i znosił to, w jaki sposób mężczyzna go odpychał, zupełnie nie dostrzegając intencji Absaloma ani tego, co się za nimi kryło.
Dłoń Mortalisa zacisnęła się mocno na kołdrze. Absalom położył na niej swoją, splatając swoje palce z palcami mężczyzny. Chwilę później, jego opiekun uspokoił się wyraźnie. Jego oddech stał się bardziej miarowy i wyrównany. Przekręcił głowę na bok, opierając ją o ramię Absaloma i zapadł w głębszy sen.
-Kocham cię...- szepnął tęsknie chłopak, wtulając się mocniej w ciepłe ciało opiekuna.- Kocham...
Absalom nie mógł zasnąć. Nie potrafił nawet zliczyć nocy, które spędził w ten sposób, z przymkniętymi powiekami, trzymając Mortalisa w ramionach i powtarzając w myślach różne słowa, obietnice, adresowane do opiekuna i do Stwórcy. Mówił, że chce, by Mortalis wyzdrowiał, a jeśli tak się stanie, nigdy więcej już go nie okłamie i przyzna się przed nim do wszystkiego. Mówił to i sam nie wiedział, czy będzie mógł kiedykolwiek zrealizować swoją obietnicę. I czy ta obietnica ma w istocie pomóc jego opiekunowi, czy jemu samemu.
Ale Stwórca musiał im sprzyjać. Gdyby było inaczej, Mortalis mógłby wcale nie dotrzeć do domu, biorąc pod uwagę jego rozległe rany. I Absalom mógłby nie przyjść na czas, by się nim zaopiekować. Ale na szczęście, stało się inaczej. A gdy chłopak o tym rozmyślał, nie mógł pozbyć się tej natrętnej, naiwnej i zupełnie irracjonalnej myśli, że być może w takim razie, Stwórca sprzyjał im też w innych sprawach. Może nie bez powodu Mortalis odnalazł go wtedy w lesie. I może, jeśli pozna prawdę, to zrozumie i... Odpychał od siebie te marzenia, uznając je już nie tyle niemożliwymi do spełnienia, co wręcz niestosownymi, szczególnie w takich okolicznościach.
Kiedy do pomieszczenia wdarły się pierwsze promienie słońca, zdecydował się wstać. Wyślizgnął się subtelnie, pozostawiając mężczyznę śpiącego i przygotował mu posiłek, by ten coś zjadł, gdy wstanie. Krzątał się po cichu po pokoju, licząc na to, że nie zbudzi Mortalisa, ale już chwilę później, gdy odwrócił odruchowo wzrok w kierunku jego łóżka, zauważył, że mężczyzna spogląda na niego z uwagą. Absalom uśmiechnął się łagodnie.
-Musisz stąd iść, Absa- usłyszał znużony głos mężczyzny.
Chłopak spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Chcesz się przebrać...?- dopytał, a nie otrzymawszy odpowiedzi, skinął głową, uśmiechając się lekko.- Przejdę się. Gdybyś potrzebował pomocy albo czegokolwiek innego, zawołaj mnie. Będę w pobliżu- zapewnił opiekuna, na którego twarzy pojawił się nagle, niezrozumiały dla chłopaka, grymas irytacji.
Absalom spłoszył się nieco, ale nie dał tego po sobie poznać. Jeśli ta okropna sytuacja i napięcie, jakie się między nimi wytworzyło służyło czemukolwiek dobremu, to tylko jednemu – chłopak lepiej panował nad swoimi odczuciami i nauczył się ich nie okazywać.
Z tym samym uśmiechem, którym powitał Mortalisa, opuścił dom i dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi, zagryzł nerwowo dolną wargę, czując łzy pod powiekami. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i ruszył powolnym krokiem przed siebie. Przez całe życie był dla Mortalisa zupełnie nieprzydatny, nawet, jeśli ten twierdził coś zupełnie innego. A teraz, kiedy po raz pierwszy był w stanie zrobić dla niego coś, cokolwiek, nawet tak niewiele, mężczyzna odpychał go od siebie, jakby Absalom był jego wrogiem, a nie kimś, kto chce mu pomóc. Chłopak jednak nie zamierzał się wycofywać. Mortalis był dla niego ważny i był gotów zrobić dla niego wszystko. Nie. Był gotów zrobić wszystko, by ten wyzdrowiał i nigdy więcej nie narażał się na takie niebezpieczeństwo. I chociaż myślał już nad tym wcześniej, dopiero ta sytuacja sprawiła, że stał się do tego zdolny.
Wrócił do chatki po kilkunastu minutach i zatrzymał się w drzwiach, kompletnie zaskoczony. Mortalis ubrał się. Narzucił też na siebie swój charakterystyczny płaszcz. Zerknął na Absaloma ukradkiem i bez słowa ruszył do pomieszczenia obok.
-Mortalis!- zawołał za nim chłopak, zamykając pospiesznie drzwi.- Co ty robisz?!
-Mówiłem ci już, że musisz stąd iść- odpowiedział chłodno mężczyzna, wracając do izby.- Weźmiesz wszystko, co ci potrzebne i przeniesiesz się do Edalisa.
-Co...?- rzucił oszołomiony chłopak, po czym pokręcił głową i powtórzył raz jeszcze- Co ty robisz?
-Wyruszam. A gdy wrócę, ciebie ma tutaj nie być- odparł aż nazbyt znacząco i stanowczo mężczyzna.
Absalom znieruchomiał na chwilę, porażony tym, co usłyszał. Zaraz jednak wziął się w garść, nie zamierzając brać na poważnie tych słów.
-Powiedziałem ci już, że nie chcę mieszkać w mieście. A ty nie możesz nigdzie iść. Jesteś ranny! Zrobisz sobie krzywdę!
-To nie twoja sprawa- odpowiedział oschle Mortalis.- A miasto nie jest ci tak odległe, jak myślałem. Tym lepiej. Znajdziesz tam sobie miejsce. Edalis ci pomoże. Gdy wrócę, ustalimy wszystkie szczegóły...
-Jeśli wyjdziesz w takim stanie, to nie wrócisz!- rzucił ostro Absalom, wpatrując się w opiekuna z niedowierzaniem.- I obaj wiemy o tym bardzo dobrze!- Mortalis skrzywił się niechętnie, odwracając wzrok.- Dlaczego to robisz...? Co się dzieje...?
-Nic się nie dzieje.
-Nieprawda. Gdyby nic się nie działo, nie ryzykowałbyś swoim życiem. Tymczasem...
-Absa, wynoś się!- wykrzyknął mężczyzna, a chłopak osłupiał na dłuższą chwilę, zdumiony ilością emocji, jakie słyszał w jego głosie.
Niełatwo było wyprowadzić Mortalisa z równowagi. Nie łatwo było doprowadzić go do tego rodzaju reakcji i to przeraziło Absaloma jeszcze bardziej.
-Porozmawiaj ze mną...- poprosił, siląc się na spokój i widząc, jak mężczyzna chowa coś pod połami płaszcza.- Wytłumacz mi, co się dzieje. Pozwól mi zrozumieć!- dodał, rozpaczliwie.
Mortalis odwrócił wzrok.
-Wyjdź, Absa. Zabierz wszystko, co tylko chcesz i idź do miasta. Tam jest twoje miejsce.
-Moje miejsce jest przy tobie!- odpowiedział stanowczo chłopak.- Szczególnie, gdy jesteś w takim stanie!
-Rany się zagoiły, mogę chodzić, ruszać się normalnie... Czuję się dobrze- odparł chłodno Mortalis.- I nie potrzebuję więcej twojej opieki.
-Nie ruszasz się normalnie!- prychnął w odpowiedzi chłopak. Mortalis potrafił skutecznie ukryć swoje odczucia i nie dawał po sobie poznać, że coś go boli, ale Absalom wiedział o tym dobrze. Poza tym, mężczyzna wciąż gorączkował. To nie oznaczało niczego dobrego, a już z pewnością dalekie było od jego twierdzenia.- Nie możesz narażać się na niebezpieczeństwo!
-To moja sprawa.
-Nieprawda. Nie pozwolę ci wyjść.
-Będziesz stał mi na drodze...?- rzucił złośliwie Mortalis.- Wydaje mi się, że już to przerabialiśmy.
-Odpowiedz mi wreszcie, co się dzieje- poprosił raz jeszcze chłopak, wpatrując się w opiekuna z obawą.
-Powiedziałem ci już. Musisz się wyprowadzić.
-Z jakiego powodu?!- krzyknął ze złością Absalom, nie będąc w stanie kontrolować swojej reakcji.
-Widzę teraz wyraźniej niż kiedykolwiek, że popełniłem błąd, decydując się ciebie tutaj zatrzymać...- Absalom drgnął na te słowa, wpatrując się w mężczyznę z rozżaleniem.- To nie jest miejsce dla kogoś takiego jak ty.
-Niby dlaczego...?- nie rozumiał chłopak.
-Im dłuższej tu będziesz, tym bardziej będziesz upodobniał się do mnie.
-Nieprawda!- zaprotestował gwałtownie.- Jestem tu wystarczająco dużo czasu, a nie jesteśmy do siebie podobni... A nawet gdyby... Nawet gdyby, nic w tym złego- stwierdził z pełnym przekonaniem. Było tyle cech, które podziwiał u Mortalisa, tyle cech, których mu zazdrościł, które chciałby posiadać, chociażby po to, by móc mu zaimponować, pokazać, że jest podobny jemu, równy.- Jesteś dobrym człowiekiem.
Mortalis spojrzał na niego tak, jakby ten oszalał.
-Posłuchaj sam siebie, Absa. To niedorzeczne. Mieszkając tutaj, przyzwyczaiłeś się do mnie i do tego, co robię. Ale potępiasz takie zachowania, gdy dotyczą kogokolwiek innego. Nie jesteś taki jak ja. Nie jesteś samotnikiem. Nie stronisz od ludzi. Będąc tutaj, odbierasz sobie prawo do tego, żeby żyć normalnie.
-Żyję normalnie- odpowiedział z poirytowaniem chłopak.
-Tak ci się tylko wydaje. Nie masz porównania.
-Widzę, jak żyją inni i wiem, że nie mogło mnie spotkać nic lepszego, od bycia z tobą!- rzucił, a Mortalis zareagował na te słowa jedynie pobłażliwym spojrzeniem. Absalom zacisnął wargi, spoglądając na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu, po czym dodał- Wiem, po co mówisz mi te wszystkie rzeczy. Sądzisz, że naprawdę jestem aż taki ślepy...? Przecież widzę, jak siadasz na moim łóżku. Jak wyglądasz przez okno. Jak wychodzisz na zewnątrz i patrzysz przed siebie w taki sposób, jakbyś oczekiwał zobaczyć coś złego. Boisz się- powiedział Absalom. Ledwie zauważalny grymas wkradł się na zwyczajowo pozbawioną emocji twarz jego opiekuna i to już wystarczyło chłopakowi, by stwierdzić, że ma rację.- Kogo?- zapytał z niezrozumieniem.- Tych ludzi, którzy ci to zrobili...? Boisz się, że cię znajdą...? Że zrobisz mi krzywdę...?
-Niczego się nie boję- odparł stanowczo mężczyzna.- Każdy może mnie tu znaleźć i twój pobyt tutaj od samego początku narażał cię wyłącznie na niebezpieczeństwo. Dlatego stąd odejdziesz.
Absalom pokręcił jedynie głową, nie mając takiego zamiaru. Może gdyby usłyszał coś takiego od swojego opiekuna, nim to wszystko się wydarzyło, odszedłby stąd, zraniony, w poczuciu krzywdy, boleśnie rozpamiętując te słowa. Teraz jednak miał pewność, że to nie były prawdziwe odczucia Mortalisa, a wynikały z czegoś zupełnie innego.
Mężczyzna stał nieruchomo kawałek dalej, spoglądając na swojego podopiecznego.
-Chcę tylko tego, co dla ciebie dobre- powiedział cicho.
-Gdybyś tego chciał, to byś nie odchodził!- rzucił Absalom, bez cienia pretensji czy złości, a raczej z nadzieją, jakby liczył, że te słowa cokolwiek zmienią. Podszedł do mężczyzny, stając tuż przed nim i wpatrując się w niego z wyczekiwaniem.- Nie odchodziłbyś już nigdy. Zostałbyś tutaj ze mną. To jest dla mnie najlepsze.
-Chcę tego, co dla ciebie dobre i wiem, że nie spotka cię to przy mnie- sprostował chłodno Mortalis, wymijając chłopaka i ruszając w stronę drzwi.
Absalom dobiegł do nich prędzej, zagradzając mu drogę.
-A dlaczego nie zapytasz, czego ja chcę?!- rzucił ostro.
-Zejdź mi z drogi, Absa- poprosił cicho mężczyzna.
Chłopak pokręcił głową.
-Sam robisz sobie krzywdę...- stwierdził Mortalis.- Będąc tutaj, odbierasz sobie możliwości. Możliwość mieszkania wśród ludzi. Znalezienia sobie żony. Założenia rodziny...
-Ale ja nie chcę żadnej żony!- zawołał rozpaczliwie chłopak, nie mogąc zupełnie zrozumieć, dlaczego Mortalis, ani nikt inny, nie jest w stanie przyjąć tego do wiadomości.- I... I nie chcę miasta! Nie chcę rodziny! Ani domu! Ani pracy! Niczego nie chcę! Niczego, oprócz... Oprócz ciebie...- dopowiedział po chwili ledwie słyszalnie, spuszczając wzrok.
Mortalis nie zareagował na te słowa. Stał nieruchomo, wpatrując się w swojego podopiecznego tak samo jak wcześniej i, zapewne, nie będąc w stanie zrozumieć, co w istocie znaczyło wyznanie chłopaka. Absalom wyciągnął w jego kierunku dłoń, chcąc dotknąć jego policzka. Mężczyzna chwycił go mocno za nadgarstek, zatrzymując.
Zabolało go to. Nie sposób, w jaki Mortalis go trzymał, a to, jak na niego patrzył. Beznamiętnie, wzrokiem pozbawionym emocjii, jakby to, co powiedział chwilę temu, nie miało najmniejszego znaczenia.
-Zejdź mi z drogi- powtórzył raz jeszcze mężczyzna, ale Absalom zaparł się i nie zamierzał ustąpić.
Jego opiekun chwycił go za ramiona, chcąc siłą odsunąć go od drogi wyjścia, ale tym razem chłopak nie zamierzał poddać się tak łatwo. Zacisnął dłonie na połach płaszcza mężczyzny, wszczepiając palce w śliski materiał i choć dał się odciągnąć na bok, nie pozwolił odsunąć się Mortalisowi. Szarpali się ze sobą przez chwilę, boleśnie i zupełnie bezowocnie. W pewnym momencie mężczyzna wyswobodził się z uścisku podopiecznego i pchnął go na łóżko. Absalom prędko jednak chwycił go ponownie, nie chcąc pozwolić mu odejść i pociągnął za sobą. Mortalis stracił równowagę i opadł na niego całym ciężarem ciała. Chłopak jęknął cicho, odruchowo jednak obejmując go natychmiast.
-Co ty wyrabiasz, Absa...?- wycedził przez zęby mężczyzna.
-Nie odchodź...- szepnął błagalnie chłopak, spoglądając na niego z nadzieją.
Czuł się przy nim zupełnie niepozorny, mały, niedoświadczony, jakby wciąż był jeszcze tym dzieckiem, które Mortalis przyprowadził tu ze sobą dwanaście lat temu. Ta ponura, smutna Zjawa, która zabrała go wtedy z pogorzeliska, ratując mu życie, teraz patrzyła na niego z uwagą, w milczeniu, z trudnym do odczytania wyrazem twarzy, wywołując w chłopaku te same odczucia i płochliwość, co wtedy. Tylko, że Absalom nie był już dzieckiem. A Zjawa była prawdziwa. Jeszcze bardziej tajemnicza i smutna, niż mu się wtedy wydawało.
Chłopak z trudem powstrzymywał się od łez. Zagryzał wargę i odwracał nerwowo wzrok, by zaraz powrócić raz jeszcze do tych ciemnych oczu, spoglądających na niego bez żadnych emocji. Czekał na odpowiedź, ale Mortalis nic nie mówił. Wyswobodził się z uścisku podopiecznego i wstał, bez słowa kierując się w stronę drzwi.
-Nie!- warknął przez zaciśnięte zęby chłopak, zrywając się gwałtownie i odpychając Mortalisa z niekontrolowaną siłą.
Mężczyzna uderzył plecami o ścianę. Cichy jęk wyrwał się z jego ust, gdy chwycił się nagle za brzuch, zdradzając ból, jaki wciąż odczuwał. Absalom spojrzał na niego z troską.
-Chciałeś odejść w takim stanie...?- zapytał, chcąc się do niego zbliżyć, ale Mortalis wyprostował się prędko i wyminąwszy chłopaka, raz jeszcze skierował się w stronę drzwi.
-Mortalis!- krzyknął rozpaczliwie Absalom, nie mając pojęcia, jak mógłby go zatrzymać.- Jeśli teraz odejdziesz to... to... to pożałujesz!- dokończył wreszcie, przełykając nerwowo ślinę. Mężczyzna drgnął lekko, odwracając się w jego kierunku.- Zrobię wszystko, żebyś tego pożałował...- zagroził mu desperacko chłopak, nie ruszając się z miejsca.
-O czym ty mówisz?- zapytał ostro mężczyzna.
-Zniknę z twojego życia. Na zawsze. Ale nie znajdziesz mnie ani u Edalisa, ani w mieście.- zapowiedział Absalom, z trudem znosząc lodowate spojrzenie swojego opiekuna.
-Nie zrobiłbyś sobie krzywdy- stwierdził Mortalis, ale chłopak pierwszy raz wyczuł w jego głosie taką dozę wątpliwości i niepewności.
-Nie powiedziałem, że zamierzam. Ale skoro jesteś tego taki pewien, dlaczego nie wyjdziesz...?- zapytał, siląc się na spokój.
Mężczyzna odwrócił się w stronę drzwi, jakby rzeczywiście zamierzał to uczynić. Stał przez dłuższą chwilę w bezruchu, jakby walczył z samym sobą, po czym spojrzał znów na Absaloma, rzucając ciche:
-Nie możesz mnie szantażować w taki sposób.
Chłopak milczał, spuszciwszy wzrok. Kiedy mówił tamte słowa, nie myślał o niczym konkretnym. To była desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi mężczyzny, ostatnie, co jeszcze mogło go zatrzymać. Absalom nie zastanawiał się nad tym, by rzeczywiście uczynić sobie coś złego. Ale nie wyobrażał sobie życia bez Mortalisa. Ani jednego dnia, który miałby spędzić ze świadomością, że mężczyzny już nie ma. To było ponad jego siły.
-Jeśli nie odejdziesz, będziesz żałował...- odezwał się ledwie słyszalnie mężczyzna. Oparł się plecami o ścianę, tuż obok drzwi. Wydawał się być zmęczony ich sporem.
-Jedyne, czego żałuję to to, że nie możemy mieszkać w mieście razem...- odpowiedział Absalom, bojąc się do niego zbliżyć. Mortalis posłał mu pełne niezrozumienia spojrzenie.- Sam pomyśl... W mieście... Tam wszystko byłoby łatwiejsze...- chłopak uśmiechnął się mimowolnie, wracając myślami do swoich marzeń. Mężczyzna nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.- Gdyby coś się stało, zawsze znaleźli by się ludzie, żeby ci pomóc. Edalis byłby blisko. Wszystko mogłoby się toczyć normalnie. Zupełnie normalnie.
Tego właśnie chciał. Normalnego życia, ale nie takiego, jakie wmawiał mu Edalis i, od pewnego czasu, również jego opiekun. Zawsze sądził, że Mortalis doskonale go pod tym względem rozumie.
Oczekiwał reakcji mężczyzny, wpatrując się w niego w milczeniu. Na twarz Mortalisa wstąpił nieprzyjemny grymas.
-Sądzisz, że owce ochoczo wpuszczą wilka do swojego stada...?- rzucił, pobłażliwym tonem.- Czego ty właściwie chcesz, Absa...? Żeby mnie zlinczowali...? Ukarali za to, co do tej pory zrobiłem...?
-Nie rozpoznają cię...- szepnął Absalom, nie będąc jednak tego pewien.
-Oczywiście, że to zrobią. Teraz nie wiedzą, kim dokładnie jestem i gdzie żyję. Boją się mnie, bo mnie nie znają. Gdyby stało się inaczej, ich strach zamieniłby się w coś zupełnie innego. Dlaczego tak na mnie patrzysz, Absa...? Przecież ci wyjaśniałem. Tacy właśnie są ludzie...- w głosie mężczyzny pobrzmiewała ta gorzka nuta, jak zawsze, gdy mówił o innych ludziach.- Ja tam nie pasuję. Ty tak.
-Bo jestem taki, jak ich opisujesz?!- parsknął z niedowierzaniem chłopak.- To chcesz mi powiedzieć?! Jestem zły, okrutny, niesłowny, niewdzięczny...? Taki według ciebie jestem...?- zapytał z bólem w głosie.
-Dobrze wiem, że to kwestia wdzięczności...- powiedział cicho Mortalis. Absalom spojrzał na niego z oburzeniem, chcąc zaprotestować, ale mężczyzna kontynuował- Tłumaczyłem ci już, że nie jesteś mi niczego winien. Nawet, gdybyś rzeczywiście miał wobec mnie jakiś dług, przez te wszystkie lata, spłaciłbyś go po kilkakroć. Możesz być spokojny.
-A ja ci tłumaczyłem, że nie chodzi o to!- wybuchnął Absalom.- Nie jestem tutaj, by ci się odpłacić! Czuję do ciebie wdzięczność, owszem, ale to zupełnie naturalne! I nie to mnie tutaj trzyma. Ja... Ja cię podziwiam...- szepnął nieśmiało.
-To bez znaczenia. To nie jest dobre miejsce dla kogoś takiego jak ty.
-Dlaczego?- nie rozumiał chłopak.
-Każdy potrzebuje znaleźć swoje miejsce w życiu. Znaleźć żonę, założyć rodzinę...
Stwórco, dlaczego znowu to słyszał?! Przyzwyczaił się już do tego rodzaju słów Edalisa, ale Mortalis...? Mortalis nigdy nie mówił mu podobnych rzeczy! Nawet nie rozmawiali o takich sprawach!
-Ty tego nie zrobiłeś!- zauważył i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że powiedział coś niewłaściwego. Skąd miał pewność, że było tak, jak mówił...? Przecież w ogóle nie znał przeszłości Mortalisa. Skąd mógł mieć pewność, że ten nie miał kiedyś żony, a może i dzieci? Skąd mógł mieć pewność, że nie przytrafiło mu się coś, co na zawsze zmieniło jego życie? Tak, jak życie Absaloma zmieniła śmierć jego rodziców?
W oczach Mortalisa widniała pustka.
Zupełnie tak, jak zawsze.
-Nie...- potwierdził jedynie, bez najmniejszego zdenerwowania czy żalu.- Ja nie.
-Więc dlaczego sądzisz, że ja to zrobię...?- zapytał chłopak, wciąż spłoszony swoimi wcześniejszymi słowami.
-Po prostu- uciął mężczyzna.- Nie jesteś mną.
Chłopak parsknął cicho.
-Nie muszę być tobą, żeby wiedzieć takie rzeczy.
-Ja jestem... inny- wyjaśnił cicho Mortalis.
Chłopak wpatrywał się w niego przez chwilę, zupełnie oszołomiony. Czy to oznaczało, że...? Przez chwilę sądził, że o to właśnie chodziło.Może Mortalis był w tej choćby jednej kwestii podobny do niego. Serce zabiło mu szybciej z emocji.
-Skąd wiesz, że ja nie jestem?- zapytał, pełen nadziei.
-Widzę.
-Widzisz...?
-Popatrz na mnie, Absa!- warknął nagle mężczyzna, ku zdumieniu swojego podopiecznego, który zamarł w bezruchu, spoglądając na niego z przerażeniem.- Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek by mnie zechciał?!
Chłopak wpatrywał się przez dłuższą chwilę w naznaczoną bliznami twarz mężczyzny, po czym szepnął miękko:
-Ja cię chcę.
Przysunął się do niego, wiedziony nagłym impulsem. Nie zastanawiając się wcale, objął stojącego przed nim mężczyznę wokół szyi i przycisnął swoje wargi do jego. To był chyba pocałunek. Absalom nie był pewien. Przez tą krótką chwilę, nie myślał zupełnie o niczym, skoncentrowany całkowicie na tym, co robił. Mortalis nie zareagował na to w żaden sposób. Jego usta nawet nie drgnęły. Nie oddały pocałunku, ale i nie uciekły od niego. Jego ręce pozostały w bezruchu. Nie objęły chłopaka, ani nie próbowały go odepchnąć. Jego opiekun był zupełnie bierny. Do Absaloma powoli zaczynała dochodzić świadomość tego, co uczynił. Odsunął się wreszcie, drżący i pełen przerażenia, podnosząc zlękniony wzrok i spoglądając prosto w oczy mężczyzny, usiłując z nich wyczytać jakąkolwiek reakcję.
Ciężko było mu jednak zauważyć choćby cień emocji na kamiennej twarzy opiekuna.
-I właśnie dlatego powinieneś sobie znaleźć kobietę- usłyszał po chwili.
Te słowa Mortalis wypowiedział ze zwyczajowym spokojem, beznamiętnie. Dla Absaloma zabrzmiały jednak niczym najsurowszy z osądów. Chłopak cofnął się o kilka kroków. Jego wargi drżały lekko, od wstrzymywanego z trudem płaczu. Próbował coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Zakrył usta dłonią. Opanował się na chwilę, nie spoglądając już na opiekuna i otworzył drzwi, po czym wyszedł na zewnątrz. Szedł przez chwilę powolnym krokiem, ale nie wytrzymał i zaraz przyspieszył. Wbiegł do lasu, kierując się w stronę jeziora. Czuł łzy spływające po policzkach. Otarł się boleśnie o jakieś drzewo. Zobaczył w oddali jezioro, ale zatrzymał się daleko przed nim, siadając na ziemi, obok jakichś krzaków. Chwilę później położył się, płacząc cicho. Nie wiedział nawet, skąd te łzy. Czy był rozżalony, czy po prostu wściekły. Jak mógł zrobić z siebie takiego idiotę...? Obnażyć się tak bardzo przed Mortalisem? Za bardzo łudził się, że mężczyzna mógłby to zrozumieć. Może nawet więcej, niż tylko zrozumieć. Ale Mortalis miał rację. Edalis przecież powiedział mu to wyraźnie. To nie było normalne.
Po kilkunastu minutach, usłyszał głos swojego opiekuna:
-Absa! Absa!
Nie ruszył się z miejsca, nasłuchując w bezruchu.
-Absa!- wołał go wciąż Mortalis. Chłopak nie widział go, ale podejrzewał, że ten znajduje się w pobliżu jeziora.- Absa!
W końcu mężczyzna musiał odejść w innym kierunku, bo Absalom już go nie słyszał. Przymknął powieki, układając się na ramieniu, znużony. Robiło się coraz bardziej pochmurnie i chłodno. W pewnym momencie, zaczęło padać. Nie minęło dużo czasu, aż drobny deszcz przerodził się w prawdziwą ulewę. Liście okolicznych drzew, chroniły Absaloma przed kroplami, jedynie w pewnym stopniu. Początkowo, nie zamierzał ruszać się z miejsca. Nie miał zresztą żadnego pomysłu, gdzie mógłby się udać. Bał się wrócić do Mortalisa. Nie chciał też iść do miasta. Nie mógł jednak zostać dłużej w lesie. Podniósł się z miejsca, czując, że jego ubranie przemokło niemalże zupełnie. Ruszył powolnym krokiem w kierunku domu, samemu walcząc jeszcze ze sobą i zastanawiając się, czy dobrze robi. Otulił się ramionami. Wilgotne kosmyki włosów raz po raz przylepiały mu się do twarzy.
Dotarł do chatki. Zatrzymał się tuż przed drzwiami, wahając się chwilę, po czym wszedł do środka.
Siedzący na krześle Mortalis, zerwał się natychmiast z miejsca, podchodząc do chłopaka.
-Gdzie byłeś...?- zapytał, gdy Absalom zamykał drzwi.
Chłopak chciał minąć go bez słowa, ale mężczyzna chwycił go za bolące ramię. Syknął cicho.
-Absa...? Gdzie byłeś?- powtórzył stanowczo Mortalis, oczekując odpowiedzi.
Absalom podniósł na niego spłoszone spojrzenie. Poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. Chciał wyrwać się z uścisku mężczyzny, ale nie zdążył. Zapłakał cicho, odwracając twarz, jakby liczył na to, że jego opiekun tego nie dostrzeże.
-Przepraszam- rzucił po chwili ciszy Mortalis.
-Nie masz za co- odparł zgodnie z prawdą Absalom. Mężczyzna nie zrobił w końcu niczego nieodpowiedniego. To raczej on powinien go przeprosić.- Proszę, zostaw mnie samego- dodał powoli, nie spoglądając wciąż na opiekuna.
Ten jednak odwrócił go powoli w swoją stronę. Nachylił się nad nim, sprawiając, że chłopak zamarł zupełnie, osłupiały, zapominając nawet o tym, jak się oddycha. A później, to Mortalis pocałował jego. Jego szorstkie wargi zmiażdżyły, niemalże, rozchylone w wyrazie zdumienia usta Absaloma. To trwało nie dłużej niż raptem kilkanaście sekund. Może właśnie dlatego, gdy chłopak odsunął się od opiekuna, tak trudno było mu uwierzyć w to, co przed chwilą się zdarzyło.
-Przebierz się, Absa- powiedział jedynie Mortalis, głosem, z którego nie sposób było odczytać jakichkolwiek emocji, choć tego Absalom właśnie oczekiwał. Reakcji na to, co się przed chwilą wydarzyło.- Zachorujesz.
Chłopak skinął głową, choć zapomniał zupełnie o przemoczonych ubraniach i uczuciu zimna, które ustąpiło nagle gwałtownemu gorącu, jakie poczuł po pocałunku mężczyzny. Po chwili, już nawet nie pamiętał, co ten mu nakazał. Przysunął się bliżej do opiekuna i wtulił się w niego, zaciskając powieki. Ręce Mortalisa, po chwili wahania, objęły go mocno. Na wargi Absaloma wstąpił uśmiech. Nie do końca rozumiał to, co się teraz działo, ale nawet nie próbował tego analizować. Wystarczyła mu bliskość mężczyzny i jego ciepłe ramiona.
Te ramiona doprowadziły go do jego łóżka. Usadziły na nim cierpliwie. Uścisnęły go raz jeszcze, mocniej niż wcześniej, dopiero wtedy wyswobadzając chłopaka. Absalom spojrzał na siedzącego przy nim Mortalisa z niepewnością. Mężczyzna podwinął dłońmi koszulkę chłopaka i zdjął ją z niego powoli. Przechylił głowę, przyglądając się przez chwilę śladowi zranienia na ramieniu podopiecznego. Absalom zagryzł wargę, nie odzywając się wcale, choć kłębiło się w nim wiele pytań. Nie chciał przerywać tej ciszy, pełnej specyficznego napięcia, tym razem nie z powodu ich różnicy zdań i niedopowiedzeń. Choć może i to można było nazywać niedopowiedzeniem...? Chłopak nie był pewien. Spoglądał na opiekuna w milczeniu. Przysunął się do niego jeszcze bliżej i opierając mu dłoń na policzku, musnął delikatnie jego wargi, jakby chciał sprawdzić, czy czegoś sobie nie uroił, nie wymyślił. Po chwili wahania, Mortalis oddał to muśnięcie. Podopieczny uśmiechnął się do niego lekko. Ciemnowłosy przyglądał mu się przez moment w milczeniu, po czym instynktownie, przesunął wargi na jego szyję, dotykając jej subtelnie, a następnie, złożył krótki pocałunek na ramieniu chłopaka. Ten westchnął mimowolnie.
Położył się na plecach, gdy Mortalis zaczął ściągać z niego spodnie. Czuł się tak, jakby jakieś dziwaczne iskierki, przemieszczały się po całym jego ciele, powodując bardzo przyjemne uczucie. Spoglądał na twarz opiekuna, z szybko bijącym sercem i przyspieszonym oddechem. W pewnym momencie, poruszył mimowolnie biodrami i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z pewnego krępującego szczegółu... Jęknął z zawstydzeniem, widząc wzrok mężczyzny i zakrył twarz dłońmi, nie ruszając się jednak z miejsca. Mortalis dotknął czubka jego męskości. Absalom zadrżał, zagryzając mocno dolną wargę, mimo zażenowania, z niecierpliwością oczekując tego, co jego opiekun zrobi dalej. Dłoń mężczyzny zacisnęła się na jego członku. Palce Mortalisa oplotły go ciasno. Zaczął poruszać ręką, pieszcząc męskość podopiecznego. Absalom wstrzymał na chwilę oddech. Nie potrafił nawet przypomnieć sobie, ile razy zaspokajał się w ten sposób samodzielnie, wyobrażając sobie Mortalisa. Teraz było jednak inaczej. To było o wiele intensywniejsze doznanie, nawet nie mieszczące się w granicach jego wcześniejszych, jak mu się zdawało, pozbawionych realizmu domysłach i pragnieniach. Wydawało mu się, że nie poruszał się wcale, a jednocześnie miał wrażenie, jakby wewnątrz niego wszystko drżało. Skoncentrował się na tym całym sobą, zapominając o wszystkim innym i czując rozkoszne ciepło, a chwilę później... Chwilę później było po wszystkim. Gwałtowny dreszcz przebiegł przez jego plecy, cichy jęk wyrwał się niepostrzeżenie z jego gardła i zakręciło mu się w głowie, gdy poczuł to specyficzne uczucie spełnienia, które rozlało się po całym jego ciele. Nie ruszał się przez chwilę, łapiąc gwałtownie powietrze, po czym rozchylił powoli palce i spojrzał spomiędzy nich na opiekuna, zwilżając wargi językiem.
Mortalis wziął jego ubrania i przeniósł je na krzesło, wyciągając z szafy jedną z koszul chłopaka. Absalom podniósł się do pozycji siedzącej, usiłując zetrzeć ukradkiem kołdrą białą ciecz, której resztki pozostały na jego męskości i udach. Materiał i tak już nosił jej ślady. Mężczyzna wrócił do podopiecznego, bez słowa podając mu ubranie. Absalom przywdział je pospiesznie.
-Dobranoc- rzucił spokojnie Mortalis, odwracając się i chcąc odejść.
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast Absalom, chwytając go za dłoń. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco.- Zostań ze mną. Proszę.
Opiekun wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym położył się obok. Absalom wcisnął się pod samą ścianę, starając się zajmować jak najmniej miejsca, ale i tak było im bardzo ciasno. Nie chciał jednak, by mężczyzna odchodził. Objął go kurczowo ramionami, przytulając się do niego. Niewiele z tego wszystkiego rozumiał. I niewiele potrzebował rozumieć. Bliskość Mortalisa wystarczała mu w zupełności.
Chłopak zasnął, błądząc w swych snach po różnych krainach, z Mortalisem u swojego boku. Patrzył na jego uśmiechniętą twarz i sam uśmiechał się pogodnie, obejmując go, całując, dotykając... Rozmarzony uśmiech wkradł się też na jego śpiącą twarz.
Pierwszy raz rzeczywistość była tak bliska snom, jak nigdy wcześniej.

Chłopak obudził się z rana, przetaczając na plecy i czując lekki ból odrętwiałego ciała. Mortalisa nie było obok. Rozejrzał się po pomieszczeniu, czując jakiś niepokój, ale ku swojej uldze, dostrzegł mężczyznę, stojącego przy szafie i zapinającego koszulę. Uśmiechnął się do niego szeroko, widząc, jak opiekun spogląda na niego ukradkiem. Mortalis nie zareagował na to w żaden sposób. Absalom podniósł się z miejsca i podszedł do niego. Opiekun odsunął się powoli, uznając najwyraźniej, że ten chce się dostać do szafy.
Absalom nie zraził się tym wcale. Wyjął jakieś spodnie, ubierając je na siebie szybko, a następnie zmienił koszulę, raz po raz zerkając w kierunku pomieszczenia, do którego udał się mężczyzna. Gdy już się przebrał, poszedł do niego. Objął stojącego przy ścianie Mortalisa, uśmiechając się z rozczuleniem. Nie do końca wiedział, co ma w tej sytuacji powiedzieć. Milczenie mężczyzny wszystko mu utrudniało.
-Więc teraz... Teraz jesteśmy kochankami...?- zapytał naiwnie, spoglądając pytająco na nieruchomą twarz mężczyzny.
-Kochankami...?- powtórzył beznamiętnie Mortalis. Odsunął się od zdumionego chłopaka.- Jesteś na to za młody, Absa.
Absalom stał przez moment w bezruchu, wpatrując się w opiekuna bez zrozumienia.
-Nie, nie jestem...- szepnął cicho w odpowiedzi.- Nie jestem- dodał po chwili bardziej stanowczo i pewnie.
Poczuł, jak coś ściska go za gardło. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego po tym wszystkim Mortalis znów traktował go jak dziecko.
-Dlaczego mi to robisz...?- zapytał bezradnie, nie mogąc sobie poradzić z własnymi myślami, uporządkować ich w żaden sposób.- Dlaczego mówisz mi takie rzeczy...?- rzucił z żalem, na próżno oczekując odpowiedzi mężczyzny.
Chłopak pokręcił jedynie głową, nie będąc w stanie zdobyć się na to, by powiedzieć cokolwiek więcej.
Odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia, a następnie z domu.
Ziszczony sen zamienił się w koszmar.   

wtorek, 18 września 2012

Puk, puk

Za tydzień "You Found Me".

Buziaki.

Rozdział 25 [Chaos]


-Zaraz mnie szlag trafi!- obwieścił donośnie Amir, jakby jego kompan nie zdawał sobie z tego sprawy i jakby nie powtarzał tego kilka razy w ciągu ostatnich godzin. Zatrzymał się znowu, desperackim niemalże wzrokiem mierząc okoliczne drzewa, jakgdyby rzeczywiście możliwym było, by ogromnej wielkości zamek umknął ich oczom.- Gdzie to jest?! Cofamy się i znów lądujemy tutaj! Wybraliśmy złą drogę!
-Prowadziłem nas dobrze- upierał się Nadim, wyraźnie zdezorientowany.- Zresztą... Sam już nie wiem...- przyznał po chwili wahania, a jeśli potomek wilków otwarcie przyznawał się do tego, że może nie mieć racji, to znaczyło, że i jemu ciągłe poszukiwania czegoś, co właściwie nie miało prawa znajdować się w takim miejscu, wyraźnie ciążyły.
Przecież ten zamek, przyjmując, że nawet znajdowałby się w stanie ruiny, powinien być widoczny już z daleka, gdyby był gdzieś w okolicy. Jak widać jednak, nie było go wcale. Wyjścia mieli więc dwa. Albo kompletnie się pogubili, albo mapa była sporządzona błędnie. A z racji tego, że do tej pory, ani zmysł Nadima, ani rysunek podarowany przez diabła nie zgubił ich ani razu, trudno było dojść do wniosku, która odpowiedź była bliższa prawdy.
-Powinniśmy iść dalej- odezwał się po chwili zastanowienia Nadim, ruszając szybkim krokiem przed siebie. Jego kompan zrównał się z nim prędko, spoglądając na niego z uwagą.- Wałęsając się w kółko, tylko tracimy czas.
Skręcili pomiędzy pobliskie drzewa. Pokonali ledwie kilkadziesiąt metrów, gdy znaleźli się w pobliżu jakiegoś jeziora czy stawu. Amir zza konarów widział słońce odbijające się w jego tafli. Chciał  ominąć wodę, ale nagle zatrzymał się, czując uścisk dłoni towarzysza na swoim ramieniu. Odwrócił się, spoglądając na niego pytająco. Nadim przyłożył palec do ust i zaraz wskazał nim w kierunku brzegu wodnego zbiornika. Amir podszedł bliżej i zauważył siedzącego przy wodzie człowieka. Nauczony doświadczeniem i kierując się ostrożnością, stał przez chwilę nieruchomo, przyglądając się mężczyźnie z daleka.
-Moja kochanka utonęła tutaj zeszłego ranka...- usłyszał przebrzmiały od łez, wysoki głos, choć jego właściciel wyglądał na kogoś mniej więcej w ich wieku. Amir widział jego wykrzywioną rozpaczliwym grymasem twarz i błękitne oczy skierowane w stronę nieba. Wiatr nieustannie zawiewał brązowe, półdługie włosy mężczyzny wprost na jego twarz. W dramatycznym geście jegomość, chwycił garść piachu w dłoń, ściskając ją mocno.- Moja kochanka, utonęła tu zeszłego ranka...- powtórzył płaczliwie.- Gdyby niebiosa się otworzyły, gdyby gromy z jasnego nieba zaczęły uderzać w tę jasną taflę, która mnie, wydaje się być ostrzejsza niż szkło, która pokaleczyła mą duszę, odbierając mi sens istnienia, gdyby zwierzęta leśne, zawyły wraz ze mną, ten hymn dla jej serca, które przez chwilę owiane tchnieniem miłości, na zawsze przestało bić... Ale cóż dla bogów znaczy to jedno istnienie...!
Nadim i Amir spojrzeli po sobie. Mężczyzna zawahał się chwilę, po czym odetchnął głęboko.
-Dobra...- stwierdził łaskawie, jakby jego towarzysz go o to błagał.- Zapytam...
Ścisnął w dłoni mapę i zszedł z niewielkiej skarpy, kierując się w stronę rozpaczającego młodzieńca. Zatrzymał się przy nim, czując wyjątkowo nieswojo i zaczął:
-Panie, czy mógłbyś...
-Moja kochanka utonęła tu zeszłego ranka!- wykrzyknął egzaltowanym tonem brązowowłosy.- Czy bogowie nie mają już choćby krzty litości dla mego nędznego istnienia?! Ach, gdyby czuli choć trochę tego bólu, który mnie nęka, z żalu wyrwaliby sobie serca, by nie czuć, nie czuć nic więcej...
Amir obejrzał się w stronę swojego towarzysza, który zszedł ze skarpy i zatrzymał się kilka metrów dalej, przyglądając kompanowi. Mężczyzna podszedł do niego i rzucił nie siląc się nawet na to, by mówić cicho:
-Obłąkany. Idziemy dalej.
-Nawet nie zapytałeś- zauważył z politowaniem potomek wilków.
-Popatrz na niego- prychnął pobłażliwie Amir, mało dyskretnie wskazując głową na milczącego chwilowo młodzieńca.- Wygląda ci na kogoś, kto wie, co się wokół niego dzieje...?
Nadim wyrwał mu z dłoni mapę i ,nie przyjmując najwyraźniej tego rodzaju argumentów do wiadomości, podszedł do nieszczęśnika, klękając przy nim.
-Panie...- zaczął tak łagodnie i subtelnie, jak tylko on miał w zwyczaju i czego Amir zdecydowanie się od niego dotąd nie nauczył.- Szukamy pewnego zamku... Jeśli mógłbyś spojrzeć...
-Ach, zamki! Ach, pieniądze, ach skarby! Wszystko to teraz cenniejsze od serc niewieścich i oczu ich pięknych, obleczonych bolesnymi łzami...!- jęknął głucho jegomość, przyciskając dłoń do piersi.- Ale ja oddałbym za nią wszystkie skarby świata, za jedno jej spojrzenie, za jeden jej uśmiech... Ach, jeśli macie litość, wbijcie sztylet wprost w to gorące serce! Bo inaczej męczyć będę się do reszty swych dni, nie mogąc w swej płochliwości, samemu sobie zadać tego ciosu...
Amir westchnął ciężko, poważnie rozważając te słowa. Bowiem, jak każdy wiedział, był on człowiekiem bardzo litościwym. Szczególną litość zamierzał okazać swoim uszom.
-Panie, poszukujemy zamku z tej mapy- poinformował raz jeszcze mężczyznę Nadim, mając więcej cierpliwości od swego kompana.- Czy widziałeś go kiedyś?
Jego rozmówca jednak nie spojrzał nawet w kierunku pergaminu.
-Ach, panie, gdybyś miał taką mapę, która wskaże mi drogę do zaświatów...!- rzucił bolesnym głosem.- Ruszyłbym tam od razu, żeby ją ocalić, albo spędzić z nią wieczność w rozkosznych ramionach śmierci...
Nadim podniósł wzrok na swojego kompana i wzruszył niepewnie ramionami, prostując się powoli.
-Mówiłem, że obłąkany- stwierdził ponownie Amir, gdy tylko jego towarzysz się do niego zbliżył.- Chodźmy.
Odwrócili się i już mieli odejść, gdy dopadł ich autentycznie przerażony głos młodego mężczyzny:
-Czekajcie!- spojrzeli pytająco w jego kierunku, nieco zdezorientowani.- Zostawicie mnie tutaj...?- zapytał zaniepokojony, po czym dramatycznym głosem dodał- Ach, bogowie mnie opuścili i opuszczają mnie ludzie! Ale czy wy możecie się jeszcze tak nazywać...?
-... Nie jestem człowiekiem, panie- odparł zbłąkanym głosem Nadim, mocno zdezorientowany.- Jestem potomkiem wilków.
-Ach...- brązowowłosy umilkł na chwilę, wyraźnie zdumiony i zmierzył towarzysza Amira uważnym spojrzeniem.- Tak, w rzeczy samej... Tak czy inaczej... Czy możecie się jeszcze nazywać ludźmi czy też potomkami wilków, skoro brata swego, pogrążonego w rozpaczy, chcecie zostawić tu na pewną śmierć...?
-Chyba nie robi ci to wielkiej różnicy, prawda...?- Amir ruszył przed siebie, nie oglądając się już na mężczyznę, choć jego kompan nie ruszył się z miejsca, nieco współczującym wzrokiem wpatrując się w siedzącego na piasku brązowowłosego.- Nie mamy czasu na bzdury, szukamy zamku.
-Ja wiem, gdzie jest zamek!- jegomość zerwał się nagle na równe nogi. Amir zatrzymał się po raz wtóry, spoglądając na niego ze zdziwieniem.- Mogę was zaprowadzić.
-Nie trzeba- odezwał się chłodno Amir.- Wystarczy, że poda nam pan kierunek i...
-Nazywam się Devin- przedstawił się im młody mężczyzna, uśmiechając się przy tym szeroko.
Amir spojrzał na niego z politowaniem. Bogowie, za jakie grzechy musiał trafiać wyłącznie na wariatów...?
-Mam na imię Nadim- odpowiedział potomek wilków, uśmiechając się łagodnie.- A mój towarzysz to Amir. Mówisz, że wiesz, gdzie jest ten zamek...?- dopytał ostrożnie Nadim, po raz kolejny pokazując swemu rozmówcy mapę.
Ten spojrzał na nią dość przelotnie.
-Ach, tak. Rzecz jasna, że wiem. Chętnie wam pokażę, choć droga niewątpliwie zajmie nam trochę czasu... Jesteście podróżnikami...?- zapytał z zaciekawieniem.
Nadim skinął głową.
-Ach, wiedziałem, że ktoś mnie tu odnajdzie! Niech bogom będą dzięki!
-Mieszkasz gdzieś w pobliżu?- rzucił Nadim.
-Już nie mieszkam nigdzie. Żyłem pośród ludzi innych ode mnie, w pewnej wiosce, ale moja wyjątkowość nie pozwoliła mi tam pozostać na długo...
-Nie kierujemy się w stronę żadnej wioski- odparł natychmiast Amir, naprawdę łudząc się, że to odstraszy tego jegomościa.
-Więc pozostaje mi się cieszyć!- odparł z niewiarygodną wprost pogodną ducha, jak na kogoś, kto przed chwilą łkał z rozpaczy, Devin.- Zawsze wiedziałem, że stworzony jestem do większych rzeczy! Ruszajmy w drogę, przyjaciele, nie traćmy czasu!
Amir sapnął głucho, przyspieszając kroku i nie czekając, aż jego towarzysz... teraz już towarzysze, co niespecjalnie mu się podobało, do niego dołączą. Zostali w tyle, ale Amir i tak był zmuszony słuchać tego, o czym ze sobą rozmawiają.
-Bardzo mi przykro...- odezwał się ostrożnie Nadim.
-Z jakiego powodu?- zdumiał się brązowowłosy.
-... Z powodu twojej kochanki...- odparł po chwili wahania potomek wilków.- Tej, która utonęła.
-Och, nie, nie...- młody mężczyzna zaśmiał się serdecznie.- Moje wrażliwe i gorące serce, nie zostało jeszcze dotąd usidlone przez żadną kobietę...
-Więc... Więc kto tam utonął?
-Nikt. To znaczy nie wiem, ktoś być może zakończył swój żywot w tak drastyczny sposób... Jestem poetą- wyjaśnił po chwili Devin i wtedy, rzeczywiście, przynajmniej dla Amira, jasne stało się wszystko.
Mężczyzna odwrócił się na chwilę w stronę kompanów i napotkał pełen niezrozumienia wzrok Nadima, który najwyraźniej już się w tym wszystkim pogubił. On jedynie westchnął ciężko. Zawsze twierdził, że poeci są obłąkani, więc w swej ocenie nie bardzo się pomylił. Z dwojga złego wolał jednak tych szaleńców, którzy z poezją nie mieli nic wspólnego.
-To znaczy, że udawałeś?
-Skądże znowu! Wczuwałem się, przyjacielu!- obwieścił dumnie Devin.- Chciałem skonstruować mały poemat na temat dramatycznej miłości, której tragiczny koniec doprowadza do rozpaczy i samobójczej śmierci bohatera... Dowiaduje się on bowiem, że jego kochanka utonęła i decyduje się, po długich mękach, zakończyć swój żywot, jednak później okazuje się, iż został celowo wprowadzony w błąd przez swojego najgorszego wroga i jego ukochana żyje...
-... Ach... To rzeczywiście trochę dramatyczne...- zgodził się niepewnie Nadim.
Devin skinął głową, najwyraźniej zadowolony z tego komentarza.
-I kompletnie niewiarygodne...- dodał Amir, nie mogąc się powstrzymać.- Dlaczego ten bohater nie mógł sprawdzić, czy jego ukochana żyje?
-Ponieważ jego największy wróg oszukał i ją! Zasiał w jej sercu wątpliwość, mówiąc o zdradzie, a ta, wystawiona na okrutną próbę, zdecydowała się za namową tego potwora, wystawić swego kochanka na próbę i na jakiś czas opuścić wioskę! Wróciła, gdy było już za późno, odnajdując swego ukochanego chwilę po jego śmierci i...
-... zabijając się, zapewne- dokończył z politowaniem Amir.
-Skądże! Nieświadoma intrygi, wychodzi za mąż za tego, który w istocie zasługiwał na miano oprawcy!
-I... Morał z tego taki, że oprawcy wiodą lepszy żywot...?- zironizował mężczyzna.- Czy taki, że należy najpierw sprawdzić, z jakiej przyczyny nasi najgorsi wrogowie nagle raczą nas taką informacją...?
Poeta zmierzył idącego na przedzie mężczyznę uważnym wzrokiem, nie wyglądając jednak na urażonego.
-Ty chyba nie wiesz, czym jest miłość do niewiasty, szanowny Amirze- ocenił.
Nadim wybuchnął nagle niepohamowanym śmiechem. Amir spąsowiał lekko.
-Rzeczywiście...- potwierdził, krztusząc się od śmiechu potomek wilków.- Nie wie...
Amir posłał mu mordercze spojrzenie.
Czuł, niestety, że czeka ich jeszcze długa droga.

O ile Amir przyzwyczaił się do legend i opowieści snutych przez potomka wilków – ba, można było powiedzieć, że wręcz je polubił – o tyle za nic w świecie nie mógł przyzwyczaić się do drugiego, uciążliwego towarzysza. Bo teraz już nie sam Nadim mówił, ale mówili obaj, snując różne historie i dyskutując o takich sprawach, że Amirowi od samego słuchania zbierało się na skłonności samobójcze. Oczywiście Nadim nie mógł sobie odpuścić swojej narodowej opowiastki o demonie i oprawcy, z niewiadomej przyczyny nazywanym inaczej, napotkawszy na ogromną wprost aprobatę Devina, który stwierdził, że Fortis jest niczym wymarzony bohater dla każdego artysty i, że sam zechciałby stworzyć coś na jego cześć. Później, przez długi czas i kolejne postoje, jakich życzył sobie poeta, Amir zmuszony był wysłuchiwać jego karkołomnych analiz dotyczących Fortisa, którego Devin określił mianem: „serca owianego namiętnością i żalem”. Amir powstrzymał się od wszelkich kąśliwych uwag, mając serdeczną nadzieję, że szybko znajdą zamek, a później poeta się od nich odczepi. Niestety, poszukiwania trwały, a ich efektów wciąż nie było widać.
-Moglibyśmy... Moglibyśmy się zatrzymać... Na trochę...?- wydyszał z wyraźnym trudem brązowowłosy, choć niecałą godzinę temu się zatrzymywali. Zaczynało się już powoli ściemniać, a zamku jak nie było, tak nie było. Co prawda jakiś czas temu Devin twierdził, iż są już naprawdę blisko, później zmienił zdanie i określił odległość jaka pozostała im do przebycia mianem: „długiej i zawiłej”, aż wreszcie wyraźnie zbłąkany i przepuszczony przez Amira na przód, zaczął rozglądać się płochliwie, błądząc i wyraźnie nie mając pojęcia, dokąd idzie, choć podtrzymywał, że owszem wie.- Zgłodniałem trochę.
-Nie!- warknął Amir, zupełnie wytrącony tym wszystkim z równowagi.- Zatrzymywaliśmy się jakieś trzy razy! I jadłeś też już jakieś trzy razy! I byliśmy już w tym miejscu! Jakieś tysiąc razy!- wykrzyknął z poirytowaniem, rozpoznając już właściwie każde drzewo i każdy kamień w okolicy.
-Naprawdę...?- poeta rozejrzał się, autentycznie zdumiony.
-Tak...- potwierdził dość ostrożnie Nadim.- Zdaję się, że rzeczywiście już tutaj byliśmy...
-Tak!- zironizował mężczyzna.- Z pięćdziesiąt razy! W ciągu ostatniej godziny!
-Zgubiłeś się?- potomek wilków w swej naiwności i serdeczności, spojrzał na ich nowego towarzysza z troską.- Nie wiesz, dokąd iść...?
-Przecież to jest oczywiste, że nie wie dokąd iść!- ofuknął kompana Amir.- I nie dlatego, że się zgubił! On w ogóle nie wie nic o żadnym zamku!
Poeta zmieszał się wyraźnie. Przestąpił nerwowo z nogi na nogę, jakby musiał pilnie udać się za potrzebą, potarł kark, zakłopotany i spoglądając to na jednego, to na drugiego mężczyznę, przemówił w końcu dramatycznym głosem:
-W istocie, przyjaciele... Muszę przyznać się do tego iż haniebnie was okłamałem, choć intencje od samego początku przyświecały mi jak najbardziej jasne... Obawiałem się, że pozostawicie mnie tam na pewną śmierć...
-Więc nie wiesz, gdzie znajduje się zamek?- upewnił się Nadim, kompletnie zdezorientowany.
-... Nie- przyznał po chwili wahania Devin.
Amir wydał z siebie głuche warknięcie. Rzucił niesionym tobołkiem na ziemię i ruszył szybkim krokiem w pobliskie drzewa, syknąwszy przy tym, żeby Nadim szykował nocleg. On sam przeszedł się kilkadziesiąt metrów dalej i opanowawszy dopiero, zdecydował się wrócić z powrotem i pomóc swojemu towarzyszowi. Przy nieco nieudolnej, ale jakże chętnej pomocy Devina, zebrali drewno i rozpalili niewielkie ognisko, ogradzając je w taki sposób, by nie zapaliła się od niego trawa. Brązowowłosy usiadł obok pomiędzy potomkiem wilków a Amirem, stwierdzając:
-Winien jestem wam wyjaśnienia.
Nadim spojrzał na niego z uwagą.
-Jak wiecie, byłem mieszkańcem pewnej wioski...- powiedział ze smutnym westchnieniem Devin.- Żyłem tam czas długi, ale moja odmienność nie była mile widziana pośród mieszkańców. I dni ledwie dwa temu, usłyszałem, że muszę odejść.
-Dlaczego?- zdumiał się Nadim, a Amira zdumiało jego zdumienie.
-Powiedzieli, że jestem... nieprzydatny. Choć ja nie rozumiem z jakiej przyczyny.
-A ja aż za dobrze...- mruknął niezbyt subtelnie Amir.
Devin skierował na niego wzrok i uśmiechnął się z żalem.
-Ach, najdroższy Amirze!- mężczyzna aż drgnął na ten nadmiar okazywanej czułości.- Gdybym mógł zamienić moje niewyobrażalnie wprost wrażliwe serce na twoje proste serce wojownika, zrobiłbym to bez wahania! Ale moje serce nie do tego zostało stworzone by walczyć, nie do tego, by resztę życia spędzić kopiąc w ziemi i polując, a do tego... do tego by kochać!- dokończył po pauzie.- Moja babka od młodości raczyła mnie najpiękniejszymi historiami, jakie ten świat słyszał... I słuchałem o tych dziewicach, o mędrcach, walecznych rycerzach, o księżniczkach i wieśniaczkach piękniejszych stokroć od księżniczek... Ach, moi przyjaciele... Nie ukrywam, że to mogło zepsuć mnie zupełnie, uczynić tak wrażliwym, że wręcz niezdolnym do życia pośród przeciętnych ludzi... Nie mogę jednak wyrwać sobie z pamięci tego, czego mnie nauczono i marzeń, jakie biedna staruszka rozbudziła we mnie, zupełnie nieświadomie... Moim celem nie jest wojować o losy świata! Moim celem jest zbawić świat, pokochawszy kobietę dla mnie stworzoną!
-... Nie znalazłeś takiej u siebie w wiosce?- zapytał jakże naiwnie Nadim.
Devin pokręcił głową.
-Niestety nie, przyjacielu. I choć wątłe me serce jest pełne nadziei, coraz częściej myślę, że nie znajdę jej wcale... Nie dla mnie wiejskie kochanki, o strudzonej twarzy, które pragną zamążpójścia, domu oraz dzieci... Nie dla mnie takie życie. Ja potrzebuję kochanki wyjątkowej, niezwykłej...! Czasem widzę ją, jak przychodzi do mnie we śnie...- powiedział rozmarzonym głosem, kreśląc coś w powietrzu dłońmi. Amir westchnął ciężko, pocierając skronie.- Jest taka krucha, taka delikatna, jakby utkana była z powietrza, mgły czy też wody... Tak subtelna, że ledwie widzialna... I zdaje się, że wystarczyłoby, bym nierozważnie ją dotknął, a ona zniknie, rozpłynie się w powietrzu... Ale nie chcę ją dotykać, bo nie jej ciało mnie kusi, przyjacielu. Tylko jej usta cudownie rozchylone i anielskie oczy, patrzące na mnie w sposób, w jaki żaden człowiek patrzeć nie potrafi... I tonę w tym spojrzeniu, póki się nie obudzę, dedykując tej wspaniałej postaci każdą myśl swoją, każde wypowiedziane zdanie... Ach, gdyby sny tak łatwo mogły się ziścić!- dodał z przejęciem, dotykając swojej klatki piersiowej.- Ale może takie jest moje przeznaczenie. Może dlatego wygnano mnie z wioski, bo ja nie znalazłbym tam sobie miejsca. Gdy tak wędrowałem samotnie myślałem, że może leśna nimfa pojawi się gdzieś nagle, kusząc mnie, mamiąc, choćby na śmierć prowadząc...- Amir parsknął niepohamowanym śmiechem, widząc lekki rumieniec malujący się na twarzy potomka wilków.- Ale gubiłem się w tym strasznym lesie, głodny i wyczerpany. Aż dotarłem nad to jezioro i tam wpatrywałem się długo w taflę, jak gdyby coś miało się z niej uformować, wypłynąć, zdolne do niewyobrażalnej miłości... Ale nic takiego się nie zdarzyło. Spędziłem tam noc, słysząc straszne odgłosy dochodzące z lasu i bojąc się ruszyć. A później wy mnie tam znaleźliście. I może to jest właśnie początek mej niezwykłej przygody, na końcu której czeka... kto wie? Miłość wieczna czy też śmierć...?
Zapanowała cisza.
-Rozumiem cię- odezwał się w końcu łagodnie Nadim, uśmiechając się.
-Doprawdy?- dopytał natychmiast Devin.- Czyż i ty szukasz takiej kobiety...?
-Nie- odpowiedział za kompana Amir, uśmiechając się kąśliwie.- Nadim ma nieco... mniejsze wymagania.
Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas, aż wreszcie Amir zdecydował się, że pora spać. Położył się kawałek dalej i zaraz znalazł się obok niego Nadim, nakrywając ich obu kocem. Odruchowo niemalże, nim zdążył sobie zdać z tego sprawę, mężczyzna objął potomka wilków ramieniem, przyciskając go do siebie mocniej. I dopiero po dłuższej chwili, obaj zdali sobie sprawę z tego, że jest z nimi ich nowy kompan. I, że ten stoi kawałek dalej, spoglądając w ich stronę, mocno zdziwiony. Amir i Nadim spojrzeli na siebie. Ich wzrok spotkał się na krótką chwilę i obaj, spłoszeni tym mocno, cofnęli się natychmiast, zdając sobie sprawę, jak to wyglądało.
-Żeby było cieplej- wyjaśnił natychmiast Amir.
-Żeby było cieplej- powtórzył w ślad za nim potomek wilków, wyraźnie zakłopotany.
-Ach, święta racja, przyjaciele!- Devin uśmiechnął się wesoło.- Tak zmarzłem ostatniej nocy, że myślałem, że mi się przyjdzie z życiem pożegnać!
I powiedziawszy te słowa, ułożył się na trawie, obok Amira, przyciskając się do niego i nakrywając się częścią, za krótkiego jak na ich trzech, koca.
-O nie, nie, nie!- zaprotestował natychmiast mężczyzna, odpychając od siebie poetę.
-Dlaczego?- nie rozumiał tamten.
-Możesz spać obok mnie, jeśli chcesz- dodał natychmiast Nadim.
Amir obejrzał się na niego i skrzywiwszy mimowolnie, zaraz chwycił podnoszącego się poetę za nadgarstek, ściągając go z powrotem na ziemię.
-Dobrze... Leż tutaj...- zgodził się z niemałym trudem, ale chyba wolał mieć jednak uciążliwca obok siebie, niż widzieć, jak ten leży obok potomka wilków.
I nie, to nie była zazdrość.
To była tylko... zwykła przezorność, podyktowana wysoce skomplikowanymi względami.
-A to co takiego...?- usłyszał zdumiony głos poety Amir. Nie chciało mu się nawet otwierać oczu, złośliwie zastanawiając się, co tym razem podziwiał w swej „wrażliwej” naturze mężczyzna. Poczuł jednak, jak ten odsuwa się od niego i mimowolnie odchylił głowę, spoglądając w jego kierunku.
Jego wargi rozchyliły się ze zdumienia, widząc, jak Devin sięga po woreczek z kryształami. Amir w pierwszym odruchu dotknął swojej szyi, uświadamiając sobie, co było już oczywiste, że rzemyk musiał się rozplątać. Z lekko rozchylonego materiału, wysypało się na trawę kilka fragmentów kryształu, które rozbłysły nagle jasnym światłem.
-Zostaw!- rzucił natychmiast Amir, wyrywając woreczek z dłoni poety i zbierając znajdujące się na ziemi fragmenty. Przeliczył je i uspokojony, zawiesił z powrotem na szyi, kładąc się na powrót obok Nadima.
Devin opadł na miejsce obok niego.
-Piękne. Co to takiego?- zapytał, zaintrygowany.
-Nic- odparł w sposób zwyczajowy Amir.
-Och. Czy to jakiś intymny temat?
-Nie.
-Pamiątka po ukochanej?
-Nie!
-Dowód jej miłości?
-NIE!
-Szkoda- stwierdził poeta.- Mógłbym napisać o tym wiersz... Hm... Po tej szalonej miłości, zostały mu tylko kamienie, bo więcej od jej gorącego serca, cenił swoje...
-... przyrodzenie...?- dopowiedział Nadim.
Devin parsknął śmiechem.
-Właściwie to „sumienie”, ale to też mogłoby pasować...
Potomek wilków zaśmiał się lekko.
Amir zakrył twarz dłońmi, modląc się o cierpliwość.
Jeśli jeszcze Nadim odkryje w sobie duszę poety, to on z pewnością odkryje w sobie naturę sadystycznego mordercy.

-Miałem sen- oświadczył głośno Devin, budząc śpiącego obok mężczyznę, który aż jęknął boleśnie, przewracając się i przecierając oczy.
-Jeśli o tym, że zamordował cię ktoś, kogo brutalnie obudziłeś, to za chwilę sen może się ziścić...- poinformował poetę złowrogim głosem.
Nadim przekręcił się na bok, chyba odruchowo obejmując Amira ramieniem i najwyraźniej niezbyt przytomny, zapytał, mocno zaspany:
-Co ci się śniło, Amir...?
-Mnie się śniło- poinformował potomka wilków Devin, podnosząc się do pozycji siedzącej i uśmiechając pogodnie.- Muszę wam opowiedzieć, przyjaciele, bo jeśli tego nie uczynię, obawiam się, że mogę wkrótce zapomnieć... Moja babka miała niezwykły wprost dar do interpretacji snów i zawsze mi powtarzała, by po obudzeniu się nie kłaść się od razu spać, a...
-Dobrze, dobrze!- syknął z poirytowaniem Amir, licząc, że w ten sposób skróci swoje męki.- Mów, co ci się śniło.
Devin umilkł na chwilę, dając swoim towarzyszom znak dłonią, jakby nakazywał im czekać. Chyba próbował sobie wszystko dokładnie przypomnieć, po czym zaczął, wciąż zamyślony:
-A więc poszedłem do pewnej świątyni – niewielkiej, ale pięknie wystrojonej, jak na jakiś obrzęd. Nie wiem, cóż tam robiłem, ale zauważyłem na ołtarzyku posąg pewnego bożka, wykonany z pięknego kruszcu. I sam nie wiem, co mnie naszło, ale postanowiłem go ukraść. I tak też uczyniłem. Zabrałem bożka i uciekłem, będąc przekonanym, że nikt mnie nie widzi. Ale gdy byłem już przy drzwiach, odwróciłem się i zobaczyłem salę pełną ludzi, którzy odgrażali mi się, kpili ze mnie i określali mnie takimi słowami, jakich nie chciałbym powtarzać... Zawstydziłem się bardzo i nie wiedziałem, co czynić. Zdecydowałem się oddać bożka, ale nagle okazało się, że go ze sobą nie mam. Przeraziłem się tak bardzo, że się obudziłem. I...?- dopytał po dłuższej chwili ciszy.- Cóż znaczy ten sen?
-Że jest snem. Nic więcej- odparł z pełnym przekonaniem Amir, który najchętniej położyłby się jeszcze na trochę, ale podejrzewał, że nieprędko zazna chwili spokoju. Zaczął podnosić się powoli na nogi, otrzepując ubrania z ziemi i trawy.
-Moja babka mówiła, że sny zawsze coś oznaczają- odpowiedział Devin, również dźwignąwszy się z ziemi.- Objaśniała mi je i wszystko, co mówiła, okazywało się być prawdą.
-Sny są bardzo istotne. To jakby droga do porozumienia się z innym światem- Nadim oczywiście nie mógł powstrzymać się od swoich bredni, co zresztą jego kompana wcale nie zdziwiło.- Chyba sam coś o tym wiesz, Amirze...- dodał znacząco.
Amir nie zamierzał się kłócić i wyjaśniać, że dziwaczne wizje, czy też sny powodowane działaniem kryształu, który należał z kolei do jakiejś nieziemskiej istoty, były czymś innym niż sny niezrównoważonego poety o tym, że kradnie bożka ze świątyni. Odwrócił się, chcąc zapytać o coś swoich kompanów, po czym... Znieruchomiał, ze zdumieniem spoglądając na budynki, które znajdowały się ledwie kilkanaście metrów od niego. Przed nim rozpościerało się miasto – w środku lasu, okolone drzewami i zupełnie nie pasujące do okolicy, jakby wyrwane z innego miejsca i przeniesione tutaj.
-Nadim...- rzucił cicho mężczyzna, przez chwilę nie będąc pewien, czy powinien wierzyć własnym oczom.- Widzisz to...?
Potomek wilków odwrócił się w tę stronę, wstając powoli.
-Miasto...?- zapytał, mocno zdezorientowany.
-Niesamowite!- Devin westchnął głęboko i oczy aż rozbłysły mu z emocji. Amir zerknął na niego pytająco.- Widziałem, ach wiedziałem, przyjaciele!- poeta w swej radości chyba rzuciłby mu się na szyję, gdyby mężczyzna w porę się nie odsunął.- Jestem przeznaczony do wielkich rzeczy, o tak! Wiecie co to jest? To jest baśniowy świat!- stwierdził z przejęciem. Nadim i Amir spojrzeli po sobie bez zrozumienia.- Moja babka mi o tym opowiadała! Tam właśnie trafiają ludzie, którzy giną bez wieści. Wrota się otwierają, baśniowe stworzenia przechodzą do naszego świata, a my, śmiertelnicy, trafiamy do ich, skąd nie ma już ucieczki... Ach, ja szczęśliwy!- wzdychał wciąż poeta, nie wiedzieć czemu mocno uradowany faktem, że może trafić do miejsca, z którego nie da się wydostać. Chociaż może wiadomo dlaczego. Bo był poetą.
Amir bardzo powątpiewał w tę mało prawdopodobną interpretację rzeczywistości. Szczególnie, że do miasta pasowało wiele słów takich jak: brudne, zaniedbane czy opuszczone, ale słowo: „baśniowe” prezentowało się w obliczu tego, co widzieli, raczej marnie. Wzrok mężczyzny natrafił na widoczne z odległości mury i wieże zamczyska, które rozpoznał bez najmniejszego problemu.
-To nie jest żaden baśniowy świat- powiedział cicho.
-A co takiego?- Devin spojrzał na niego pytająco.
-Nasz zamek...- odparł Amir i ruszył powoli przed siebie.
Jego kompani szybko zrównali się z nim krokiem. Minęli pierwsze budynki, z uwagą rozglądając się dookoła. I Amir doszedł do wniosku, że nie pomylił się w swojej pierwszej ocenie. Miasto wyglądało na puste i zupełnie pogrążone w rozkładzie. Devin nadal nie rezygnował ze swojej wersji rzeczywistości, z entuzjazmem i wesołością mówiąc coś o elfach i driadach. Nadim i Amir przejawiali raczej mniejszy entuzjazm. I mniejsze zdumienie, bo nie była to pierwsza sytuacja, w której zdumiewać powinno ich absolutnie wszystko.
-To możliwe, żebyśmy je przeoczyli...?- zapytał niedorzecznie Nadim.
-Jasne- parsknął w odpowiedzi człowiek.- Tak po prostu nie zauważyliśmy miasta...
Powiedziawszy te słowa, odwrócił się za siebie, spoglądając w kierunku, z którego przybyli. Nie widział jednak ani polany, ani lasu, ani nawet drzew. W oddali rozciągała się gęsta mgła, która zdawała się oddzielać to miasto od wszystkiego, co znajdowało się poza nim. Amir przyspieszył nieco, oglądając każdy kolejny budynek i zastanawiając się, w co tym razem się wpakowali. I nagle usłyszał czyjeś szybkie kroki. Ktoś wypadł na niego nagle zza jednego z domów z takim impetem, że zdezorientowany Amir upadł na ziemię. Młody chłopak z dzikim śmiechem, zerwał mu z szyi woreczek z kryształami i wciąż chichocąc, odbiegł szybko w przeciwnym kierunku.
-Na co ty czekasz?!- warknął do potomka wilków mężczyzna, zerwawszy się prędko i ruszywszy biegiem za chłopakiem.
Przez chwilę wydawało mu się, że go zgubili, ale moment później dotarł do niego ponownie dźwięk zadowolonego śmiechu. Skręcili za jeden z kruszących się domów i zobaczyli, jak uciekinier stał przy ścianie, zwrócony do nich plecami i nerwowo szarpał woreczek, prawie go rozrywając.
-Ty...!- warknął gniewnie Amir, wyciągając dłoń i mierząc nią do młodzieńca.
Ten podskoczył przerażony, spojrzał na otaczających go mężczyzn i ruszył się chaotycznie, jakby zamierzał uciec, po czym cofnął się gwałtownie, natrafiając plecami na ścianę.
-Dawaj!- Amir wyrwał mu z rąk woreczek z kryształami.- I gadaj, kim jesteś i czego chciałeś!
-Aro... Aro, Aro...- powiedział spanikowany młodzian.
-Czego od nas chciałeś?!- powtórzył twardo mężczyzna.- Odpowiadaj natychmiast!
Chłopak miotał się przez chwilę dziwacznie, łapiąc się za głowę i rwąc włosy w jakimś pełnym lęku odruchu i wciąż powtarzał:
-Aro, Aro... Dobry Aro... Aro, Aro...
-Co ty robisz?!- usłyszeli nagle krzyk jakiejś kobiety. Amir odwrócił się w tamtą stronę, widząc nadbiegającą w jego kierunku mieszczankę.- To tylko Aro! To mój syn!
Zbliżyła się do nich i nagle znieruchomiała, wodząc wzrokiem po ich twarzach.
-Zostawcie mojego syna...- wyszeptała, pobladłszy.
Amir natychmiast schował broń. Zdając sobie sprawę z tego, że wywarł zapewne na mieszkance miasta wrażenie napastnika, próbował coś wyjaśnić, ale nie zdążył.
-Uciekaj, Aro. Biegnij do domu, Aro- rzuciła stanowczo matka, gdy tylko syn do niej podszedł. Ruszył przed siebie, zdezorientowany, nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje. Amir dopiero teraz zauważył, że chłopak nie miał zbyt wielkiej świadomości tego, co czyni. Kobieta natychmiast pobiegła za nim, oglądając się na mężczyzn z wyraźnym przerażeniem.
-Więc jednak ktoś tu jest...- stwierdził Devin.
-I nie są to elfy- odparł złośliwie mężczyzna.
-Nie rzucaj się na każdego z bronią, z łaski swojej- wtrącił się Nadim, patrząc na kompana z politowaniem.
-Przecież ukradł mi kryształy! Skąd miałem wiedzieć, że jest... A zresztą! Znajdźmy lepiej kogoś na tym odludziu i wyjaśnijmy, co tu się dzieje, zanim narobimy sobie gorszych kłopotów...
Ruszyli dalej, ale, jak Amir mógł się spodziewać, kłopoty same ich znalazły. Kilka minut później, zza jednego z budynków wybiegło kilku mężczyzn, którzy stanęli za nimi, mierząc w ich plecy mieczami. Amir już zamierzał odwrócić się w ich stronę, gdy pojawiła się kolejna grupa ludzi, która zatrzymała się tuż przed nimi. Przewodził jej około trzydziestoletni mężczyzna, o śniadej skórze, ciemnych włosach i długiej brodzie. Obok niego stała kobieta, której syna nieopacznie omal nie zaatakowali.
-Doszło do pewnego nieporozumienia...- zaczął natychmiast Amir, sądząc, że chodzi o tę sprawę. Zauważył, że stojący obok niego Devin skulił się w sobie, dość płochliwie przyglądając się otaczającym im ludziom, którzy wpatrywali się w nich z wyraźną niechęcią, by nie rzec, że wręcz nienawiścią.- Nie zamierzaliśmy czynić nikomu krzywdy, a jedynie...
-Milczeć!- nakazał surowo brodaty mężczyzna, również celując w nich mieczem.- Kim jesteście i czego tutaj chcecie?!
-... Nazywam się Devin...- odpowiedział brązowowłosy.- Jestem poetą...
Przywódca grupy spojrzał na niego krzywo.
-To naprawdę nie jest potrzebne!- rzucił stanowczo Amir, spoglądając na wysunięte w ich kierunku ostrza.- Jesteśmy zwykłymi podróżnikami! Trafiliśmy tutaj przez przypadek!
Przez tłum przebiegł potępiający, pełen niezadowolenia pomruk.
-Przez przypadek...?- powtórzył mężczyzna, nie odrywając od nich lodowatego spojrzenia.- Nie zrobicie z nas głupców...- syknął groźnie.- Wiecie lepiej od nas, że tu nie można trafić „przez przypadek”... Więc mówcie, jeśli życie wam miłe! Przyszliście do niego? Potrzebuje pomocy...? Chce nas do siebie z powrotem...?- wycedził gniewnie przywódca.- Niedoczekanie jego!
-Nie wiem o czym mówisz- stwierdził Amir, parsknąwszy cicho.- Żaden z nas nie wie!
-Przynieśliście mu więcej czarnego płynu...?- zapytała cicho kobieta, spoglądając na nich z uwagą.
Amir spojrzał po twarzach zebranych, którzy chyba naprawdę byli święcie przekonani, że schwytani przez nich mężczyźni wiedzą, o co im chodzi.
-Powtórzę jeszcze raz...- rzucił Amir, siląc się na cierpliwość.- Nie wiem, o co chodzi. Jesteśmy tutaj po raz pierwszy, trafiliśmy tutaj przypadkowo i nie rozumiemy...
-Łżesz!- warknął mężczyzna.
-Mówi prawdę, panie- zawtórował swemu kompanowi Nadim.- Byliśmy w lesie. Położyliśmy się spać, a gdy się obudziliśmy, zobaczyliśmy to miasto. Nie wiemy, jak to się stało. Przyszliśmy tutaj. Przybiegł do nas ten chłopiec, który zabrał nam coś, co do nas należało. Dlatego go schwytaliśmy. Nie zamierzaliśmy uczynić mu niczego złego- powiedział, wpatrując się matce młodzieńca prosto w oczy.- Przysięgam.
-Trzeba ich zabić- rzucił jakiś mężczyzna stojący za nimi.
-To nie jest potrzebne...- stanęła w ich obronie kobieta, spoglądając na brodatego mężczyznę.- Może mówią prawdę... To nie zdarzyło się nigdy wcześniej, ale kto wie... Zabierzmy im broń, żebyśmy byli pewni, że nie uczynią nam krzywdy i zabierzmy ich do nas.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie przywódca.- Oni chcą nas oszukać! Zdezorientować! Nie potrzebują broni! Mają władzę nad naszymi umysłami! Tylko czekają, aż puścimy ich wolno, by to wykorzystać!
-Gdybym miał władzę nad waszymi umysłami, wykorzystałbym to od razu, bez czekania na odpowiedni moment!- krzyknął z poirytowaniem Amir.- Szczególnie w sytuacji, gdy macie mnie zamiar zabić! Więc pozwól, że oddam ci broń... W porządku?- warknął do stojących tuż przy nim mężczyzn, którzy, gdy tylko sięgnął dłonią do pasa, zbliżyli się do niego jeszcze bardziej. Przywódca dał im znak, by nieco się odsunęli. Amir wyjął miecz i trzymając go z ostrzem skierowanym w dół, podał brodatemu.- Weź to i każ im schować broń. Nie zrobimy wam żadnej krzywdy.
Mężczyzna milczał przez chwilę, mierząc osaczonych uważnym spojrzeniem.
-To się okaże- skwitował chłodno słowa Amira.
Kazał oddać broń również potomkowi wilków, który uczynił to bez chwili zawahania. Poprowadził całą trójkę niczym więźniów, w otoczeniu wciąż uzbrojonych mężczyzn i dotarł wraz z nimi do jednego z domów. Wprowadził ich do środka, wskazując im miejsca przy stole. Amir i jego dwaj kompani zajęli te naprzeciw przywódcy. Obok niego zasiadła kobieta, a za przyprowadzonymi zebrała się na powrót grupa tych, którzy ich tutaj doprowadziłi, łypiąc na nich złowrogo. Amir zerknął na nich ukradkiem, po czym spojrzał z uwagą na Nadima. Nie był pewien, czy nie popełnili błędu oddając broń.
-Jeszcze raz czekam na wasze wyjaśnienia- poinformował ich przywódca, wciąż patrząc na nich z wyjątkową nieufnością.
-Mój towarzysz już wszystko ci wyjaśnił- odpowiedział Amir, siląc się na spokój.- Zatrzymaliśmy się w lesie, a gdy się obudziliśmy, zobaczyliśmy to miejsce. To wszystko.
-A co robiliście w tym lesie...?- pytał dalej brodaty.
-Jesteśmy podróżnikami- stwierdził Amir, jakby miało to być wyjaśnienie.
-Tak właśnie- potwierdził Devin, skinąwszy głową.- Poszukiwaliśmy przygód... Och, no i tego zamku... Nie mogliśmy go znaleźć i byliśmy w tym cudownym lesie i...
-Zamku?- powtórzył ostro mężczyzna, a Amir aż jęknął w duchu.
-Owszem. Bo widzisz, panie, okłamałem swoich towarzyszy – haniebnie, niestety i bardzo nad tym boleję, choć to nie moja wina, bo najpierw wyrzucono mnie z wioski, a później nie mogłem się odnaleźć i...
-Szukaliście naszego zamku?!- przerwał mu gniewnie przywódca.- Więc nie znaleźliście się tu przypadkowo... Z jakiej przyczyny?!
-Chodzi o to, panie...- Nadim pospieszył z odpowiedzią, wyjmując zza pasa zwinięty kawał pergaminu. Ich mapę. Rozłożył ją przed brodatym, który zerknął na nią, następnie przenosząc wzrok na potomka wilków.- Otrzymaliśmy pewną mapę. Jak sam widzisz, jest na niej pięć zamczysk. Chcieliśmy dostać się w ich pobliże. Szukaliśmy tego, ale choć zdawało nam się, że jesteśmy w dobrym miejscu, nie mogliśmy go nigdzie odnaleźć. Resztę historii już znasz.
Przywódca odchylił się na krześle, mierząc twarze swych rozmówców uważnym spojrzeniem.
-Jeśli to, co mówicie jest prawdą, popełniliście ogromny błąd, przychodząc tutaj.
-Dlaczego?- zapytał Amir, oczekując wyjaśnień nie tylko dotyczących ich obecnej sytuacji, tego miejsca, wszystkiego, co się dotąd wydarzyło, ale i tego, o co zostali oskarżeni.
-Kilka lat temu... Dwa... Może trzy... Nie kontrolujemy już zbytnio czasu... W każdym razie, nasze miasto ogarnęła pewna choroba. Tak chyba powinienem to nazwać...- stwierdził z głębokim westchnieniem mężczyzna. Amir nie odrywał od niego uważnego spojrzenia, wyczekując jego kolejnych słów.- Ale to nie była choroba ciała. To była choroba umysłu. Wszystkich nas dręczyły okropne sny, które nachodziły nas każdej nocy. Nie były to jednak zwykłe koszmary. To było coś o wiele gorszego. Coś, co sprawiało, że budziliśmy się wszyscy sparaliżowani, przerażeni, czując rozchodzący się w całym ciele ból, który nie mógł być przecież rzeczywistym bólem. Nikt, kto tego nie przeżył, nie będzie w stanie zrozumieć, o czym mówimy i jak wielki miało to na nas wpływ...- stwierdził przywódca, a siedząca obok niego kobieta skinęła głową.- Tak czy inaczej, to stawało się coraz bardziej uciążliwe, nie do zniesienia. Działy się tu okropne rzeczy. Aż pewnego dnia, na tym zamczysku właśnie, u boku aktualnie rządzącego jegomościa – arystokraty, którego wtedy w swym gniewie i bezradności traktowaliśmy niemalże jak głównego winowajcę i próbowaliśmy jego nieco niemoralne życie uznać za pretekst tego, co zesłali nam, jak wtedy mniemaliśmy bogowie, pojawił się ktoś, kto nazywał siebie wędrownym uzdrowicielem. Powiedział, że może nam pomóc. Byliśmy tacy naiwni...
-To było jak wybawienie!- powiedziała kobieta, najpierw spoglądając na trzech gości, a później na siedzącego obok niej mężczyznę.- Nie możemy się obwiniać, Brianie. To było szaleństwo, ale szaleństwo uzasadnione okolicznościami. Sami ledwie byliśmy przy zdrowych zmysłach. Każdy na naszym miejscu postąpiłby tak samo!
-Nie- odparł twardo tamten.- Nic nas nie usprawiedliwia! Dziś widzę to jaśniej niż kiedykolwiek... Nie uwierzycie zapewne i uznacie nas za głupców... Słusznie uczynicie... Bowiem nikt nie sprawdził nawet umiejętności naszego „wybawiciela”!- przywódca skrzywił się, kręcąc głową jakby w geście pożałowania dla samego siebie.- Ruszyliśmy za tym uzdrowicielem jak stado zwierząt wiedzionych prosto na rzeź, nie pytając o nic, a wprost przeciwnie, radując się, że ktoś wreszcie przybył nam z pomocą, że będziemy wolni... Wierzcie mi, po tym, co każdej nocy rozgrywało się w naszej głowie, nie było nikogo, kto by wątpił czy zadawał pytania. Nie byłoby nikogo, kto mógłby choćby podejrzewać, co może nas spotkać. Uzdrowiciel miał cudowny płyn o czarnej barwie. Przygotował w zamku ogromną salę i zgromadził w niej niemalże wszystkich mieszkańców. Dzieciom dawał kilka kropel do wypicia. Nam, nakazał zrobić sobie na skórze rozcięcie i natrzeć je cieczą. Mówił, że w ten sposób działanie będzie szybsze. Wyjaśnił nam, co się później wydarzy. Powiedział nam, że uśniemy na kilka godzin, a gdy się obudzimy, będziemy już „wolni”. Tak to określał...- prychnął, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Wierzyliśmy mu ślepo i zupełnie bez zastanowienia. Chwilę po tym, gdy uczyniłem to, co mi nakazał, poczułem się senny i straciłem świadomość tego, co się wokół mnie dzieje... A później... Później się obudziłem- powiedział cicho.- I żyłem. Żyłem kilkanaście lat.
-Jak to?- rzucił bez zrozumienia Amir, przypominając sobie, od czego zaczęła się opowieść mężczyzny.- Przecież mówiłeś, że...
-Żyłem kilkanaście lat- powtórzył przywódca, przerywając swojemu rozmówcy.- Dzień po dniu i te dni, wierzcie mi na słowo, nie różniły się od tych, które toczyły się przed tym... „zaśnięciem”. Tak samo zapadały w pamięć... Tak samo budziły wspomnienia... Do tej pory je zresztą wspominam... Ale to było lepsze życie. Tak mi się z początku wydawało. Pogodne. Przyjemne. Miałem... Miałem dzieci...- mężczyzna przełknął ślinę, odwracając wzrok.- To dziwna myśl... Bardzo dziwna, teraz... Kochałem te dzieci... I swoją żonę... I przyjaciół... Wydaje mi się, że kocham ich wszystkich do tej pory, niezależnie od tego wszystkiego... Tylko później zaczęło mi nagle doskwierać dziwne uczucie. Jakby... Jakby czegoś mi brakowało...- powiedział z przejęciem.- Jakbym miał coś tuż przed swoimi oczyma, ale tego nie zauważał. To, co wcześniej mnie cieszyło i dawało mi satysfakcję, przestało mnie zadowalać. Zaczęło nużyć. I nagle zdałem sobie sprawę z tego, że ja wcale nie żyję. Że ja śnię- stwierdził, a Amir uniósł brwi w geście zdumienia.- I wtedy się obudziłem. W komnacie, w zamku. Obok pozostałych śpiących. Byłem kompletnie zdezorientowany, nie wiedziałem, co się dzieje. Nie spałem kilka godzin. Ale kilka miesięcy, choć to, co wtedy przeżyłem, trwało znacznie dłużej. Nie wiedziałem, co jest prawdą, a co moim wymysłem. Byłem spanikowany. Próbowałem budzić ludzi, którzy leżeli obok mnie. Szarpałem ich, biłem w swym przerażeniu, krzyczałem na nich, ale oni nie otwierali oczu. Nie byli martwi. Żyli, ale... Spali, zupełnie tak, jak ja wcześniej. Wyszedłem z zamku i wtedy trafiłem na pozostałych Przebudzonych. Tak siebie nazywamy- dodał, spoglądając na swoich towarzyszy.- Dlatego, że nam udało się uwolnić z tego więzienia jakie zgotował naszym umysłom ten czarnoksiężnik.
-I co było dalej...?- zapytał Nadim, wyraźnie zaszokowany tym, co usłyszał.
-Dalej...?- mężczyzna uśmiechnął się gorzko, po czym wzruszył ramionami.- Po mnie przebudziło się jeszcze kilka osób. Byli równie niepewni tego, co rzeczywiste i urojone, jak ja. Żaden z nas nie może opuścić tego miejsca. Nie ma nic dalej. Jest tylko niekończąca się mgła.
-To ten... ten mag to uczynił?- dopytał potomek wilków.
Przywódca skinął głową.
-Owszem.
-A wy co zrobiliście?- rzucił Amir, wpatrując się w niego.- Próbowaliście walczyć? Przeciwstawić się mu jakoś? Jeśli on wciąż tu jest...
-Jest- potwierdził jego rozmówca.- Ale my nie jesteśmy w stanie zrobić mu zupełnie nic. Sądzę, że niewielu ludzi potrafi. Pewnego dnia wdarliśmy się do zamku i usiłowaliśmy się do niego dostać, ale to skończyło się fiaskiem. A później oszukał nas po raz kolejny. Nikt, kto raz wszedł do zamku już do niego nie wróci.
-Jak to?- zapytał bez zrozumienia mężczyzna.
-Widzisz zamek, prawda?
Amir skinął głową, nie rozumiejąc, do czego ten zmierza.
-My nie. Nie widzimy go, ani nie wyczuwamy, choć on z pewnością wciąż jest w tym samym miejscu. Zresztą, i tak nie bylibyśmy w stanie pomóc tym, którzy tam pozostali. Oni muszą przebudzić się sami.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Amir skrzyżował ręce na klatce piersiowej, zastanawiając się przez chwilę nad tym, co usłyszał.
-Wy nie możecie wejść do zamku, ale my tak- zauważył.
Przywódca spojrzał na niego krzywo.
-Ogłuchłeś?- warknął, unosząc brew.- Nie słyszałeś, co ci powiedziałem? To prawie jak samobójstwo!
-Wy jakoś żyjecie- odparł mężczyzna.
-Owszem. Bo jemu jak widać jesteśmy zupełnie obojętni i zależy mu jedynie, byśmy nie uzyskali żadnej pomocy i nie przeszkodzili mu w jego planach.
-W jakich planach?- zapytał potomek wilków.
-Nie wiem- odparł bezradnie tamten.- Ale domyślam się, że coś planuje, skoro wciąż tu jest. Tak czy inaczej...- przeniósł wzrok na Amira.- Wdarliśmy się tam całą grupą – kilkadziesiąt osób, w tym wielu mężczyzn, ale i kobiety... Nie byliśmy w stanie zrobić zupełnie niczego w obliczu jego umiejętności. Naprawdę sądzicie, że poradzicie sobie we trzech?
-We dwóch- poprawił go Amir, podnosząc się z miejsca. Stojący za nim mężczyzna natychmiast chwycił go za ramię, zatrzymując, ale przywódca dał mu znak, by puścił, co ten uczynił z wyjątkowym niezadowoleniem.- Wierszoklety nie bierzemy.
-Przyjacielu!- Devin spojrzał na niego niemalże wzruszony.- Doceniam twą troskę, ale nie ośmieliłbym się wystawić was na takie zagrożenie! Ocaliliście me życie i jestem wam winien dozgonną wdzięczność! Niezależnie od wszystkiego więc, chcę wam pomóc!
-Otóż to. Dlatego właśnie zostaniesz na miejscu...- Amir uśmiechnął się kwaśno.
Poeta spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Nie poradzicie sobie- stwierdził stanowczo brodaty mężczyzna, również wstając.
-Nie rozumiecie, do czego on jest zdolny- dodała z pełnym przekonaniem kobieta.- Uwierzcie naszym słowom.
-To nieważne. Musimy dostać się do zamku- odparł Amir.
-Dlaczego?- przywódca zmarszczył brwi, spoglądając na człowieka badawczo.- Jaki macie w tym cel?
-Prywatny- odparł znacząco mężczyzna.- To nasza sprawa.
-Już nie. Odpowiadaj.- przywódca ruszył w kierunku Amira i zatrzymał się tuż przy nim.- Z jakiego powodu szukaliście zamku?
-To nie ma nic wspólnego z wami.
-To się dopiero okaże. Mów.
-Szukamy kryształów- rzucił Nadim, podnosząc się z miejsca i stając obok swojego kompana. Przywódca spoglądał na potomka wilków ze zdziwieniem.- To... fragmenty pewnego kamienia. Ważne dla naszego narodu. Z różnych względów.
-I skąd pomysł, że tu będą te... kryształy...?- mężczyzna pokręcił głową.
-Pokazywałem ci tę mapę, panie- wyjaśnił Nadim.- Wskazywały miejsca, w których mogły znajdować się fragmenty. Dlatego szukaliśmy tego miejsca.
-Nie sprowadzicie nam więcej problemów na głowę...?- zapytał ostro przywódca.
Nadim zawahał się wyraźnie.
-Nie- odpowiedział po chwili.- Sądzę, że nie.

Ich kroki odbijały się echem od kamiennych ścian, kiedy szli długim, pełnym pajęczyn korytarzem, rozglądając się po ścianach ozdobionymi licznymi malowidłami, niemalże zupełnie zasłoniętych przez osiadający na nich kurz. Przedarli się do ogromnego holu, na środku którego wybudowane zostały wysokie schody prowadzące na kolejne piętro. Amir obejrzał się na kompana i podszedł do pierwszych drzwi, które zobaczył. Szarpnął za klamkę, ale te okazały się być zamknięte. Ruszył więc do kolejnych i jeszcze jednych, ale i one okazały się być niemożliwe do otworzenia.
-Amir...- rzucił cicho jego kompan, wskazując głową na górę.- Mówili o wieży. Chodźmy na górę.
Mężczyzna pokręcił głową, chcąc najpierw sprawdzić wszystko, co znajdowało się na parterze. Odwrócił się, by spojrzeć na potomka wilków i niedaleko za nim, dostrzegł uchylone drzwi prowadzące do jakiegoś pomieszczenia.
-Tam...- szepnął, wskazując dłonią w tamtym kierunku.
-Na górę- uparł się Nadim.- Nie traćmy czasu.
Mężczyzna zawahał się wyraźnie, nie będąc pewnym, czy posłuchać swojego kompana. Chciał najpierw sprawdzić tamto miejsce.
-Więc ja pójdę- zadecydował potomek wilków, nie czekając to, aż jego towarzysz podejmie decyzję.- A ty zostań tutaj. Tak będzie szybciej.
-Nadim...- Amir spojrzał na niego ostrzegawczo.- Gdyby coś się wydarzyło...
-Wiem- odparł tylko potomek wilków, uśmiechając się uspokajająco.
Wyjął łuk i ruszył powolnym krokiem na górę, starając się robić jak najmniej hałasu.
Amir spoglądał na niego przez chwilę, po czym również przygotowawszy broń, podszedł do uchylonych drzwi i wszedł do znajdującej się za nimi sali. Było to pokaźnych rozmiarów, okrągłe pomieszczenie, zupełnie opustoszałe. Mężczyzna ruszył niespiesznie wzdłuż ścian, obserwując widniejące na nich malunki, które przedstawiały, najwyraźniej, jakąś ogromną bitwę, być może prawdziwą, być może tylko legendarną. Widział oddziały żołnierzy, odzianych w czerwone stroje i tych drugich, czarnych, czyhających tuż naprzeciw nich i gotowych do uderzenia. Widział konnych, kreślonych tak zabawnie, że wyglądali właściwie tak, jakby oni i prowadzone przez nich zwierzęta stanowiły jedną całość. Widział wreszcie obraz starcia, śmierci i krwi, bezbarwny, bezosobowy, obojętny, wręcz abstrakcyjny w obliczu tego, jak wyglądała śmierć i krew w rzeczywistości. Amir zatrzymał się w jednym miejscu, odgarniając z zakrytego niemalże całkowicie fragmentu malunku pajęczyny i kurz, chcąc odkryć, co znajdowało się pod nim. Walczący żołnierze zamarli w bezruchu, spoglądając w kierunku ogromnej, ciemnej chmury, która przesłoniła słońce. Chmura zwiększyła się, a może zbliżyła do nich, wywołując wśród walczących popłoch i lęk. Czerń zakryła wszystko. A ciąg dalszy malunku przedstawiał już jedynie pustkę. Tlące się resztki drzew i domów, widniejących wcześniej w tle i zwęglone ciała wojowników znajdujące się na pierwszym planie.
-Witaj...- usłyszał obcy, męski głos i odwrócił się gwałtownie, rozglądając się nerwowo po, wciąż zupełnie pustej, sali.
-Kto tu jest...?- zapytał cicho, nie będąc pewnym, czy się nie przesłyszał.
-Nazywam się Nathair- usłyszał wypowiedzianą spokojnie odpowiedź. Raz jeszcze omiótł wzrokiem pokaźne pomieszczenie, nie dostrzegając jednak nikogo, kto mógłby się do niego zwracać.- A jak brzmi twoje imię...?
Milczał. Ruszył kilka kroków do przodu, odczuwając niepewność i niepokój.
-Właściwie to nie musisz odpowiadać- przemówił raz jeszcze głos.- Słyszałem. Amir... Amir, Amir...- powtórzył z zadowoleniem.- Dobre imię. Doskonałe dla kogoś takiego jak ty.
-Gdzie jesteś?!- rzucił mężczyzna, nie będąc w stanie ustalić nawet, skąd dobiegał ten głos. Jego krzyk odbił się echem, w przeciwieństwie do słów wypowiadanych przez Nathaira.
-Gdzieś blisko...- usłyszał rozbawioną odpowiedź.
Odwrócił się odruchowo i nagle dostrzegł przed sobą jakiegoś człowieka. Odskoczył mimowolnie, niekontrolowanie, ściskając w dłoni rękojeść miecza, ale nim zdążył ponownie ruszyć się z miejsca, ten, który stał przed nim ledwie chwilę wcześniej, zniknął. Amir poczuł się kompletnie zdezorientowany. Obracał się kilka razy wokół własnej osi, obserwując z uwagą wszystko wokół siebie. Jak ten człowiek to robił...? Czyżby potrafił stać się niewidzialny?
-Pokaż się!- zażądał Amir.- Pokaż się, jeśli masz odwagę!
I tym razem, gdy odwrócił się raz jeszcze, dostrzegł tego mężczyznę po raz kolejny. Tym razem stał kilka metrów od niego. Wyglądał na młodego. Miał śniadą skórę, łagodne rysy twarzy i oczy koloru błękitu. Kruczoczarne włosy, splątane rzemykiem, sięgały mu łopatek. Ubrany był w ciemną szatę, która przypominała Amirowi ten rodzaj stroju, jaki jego kapłani wdziewali na siebie przy różnego rodzaju obrzędach i uroczystościach.
-Łatwiej będzie nam ze sobą rozmawiać, prawda?- człowiek uśmiechnął się do niego serdecznie.- Wiesz, gdzie jesteśmy, Amirze?- zapytał, nie zważając zupełnie na to, że Amir już zbliżał się w jego kierunku, gotów zadać cios.- W sali tronowej. Tu właśnie była kiedyś sala tronowa...
Amir dotarł do mężczyzny i zamachnął się, chcąc go ugodzić. Ostrze przeniknęło jednak przez ciało jegomościa, jakby ten był stworzony z powietrza. Amir zamrugał, zdezorientowany, a gdy otworzył oczy, Nathaira znowu przy nim nie było. Obejrzał się po raz kolejny, dostrzegając mężczyznę, który przechadzał się niespiesznie po drugiej stronie pomieszczenia.
-Nie sądzisz chyba, że ryzykowałbym, gdybyś mógł mnie zabić, Amirze?- rzucił łagodnie mężczyzna, po czym, jakby nic się nie zdarzyło, kontynuował- Piękne miejsce, czyż nie? Szkoda, że ludzie potrafią zniszczyć dobre wspomnienia... Niestety epoka królów skończyła się dla tego miejsca w momencie ostatniej bitwy, jaka toczyła się na tych ziemiach... Bardzo dawno temu...- dodał, przesuwając opuszkami palców po części pokrywającego ścianę malowidła.- Dobrze jednak, że istnieją ludzie posiadający szczególny dar, prawda...? Tacy, dzięki którym to, co mogłoby przepaść, będzie istniało jeszcze długo... Powiedz mi, Amirze...- zwrócił się Nathair do stojącego kawałek dalej mężczyzny, który przyglądał mu się badawczo, nie będąc pewnym, co uczynić.- W jaki sposób się tu dostałeś? W jaki sposób złamałeś moje zaklęcie? Bardzo mnie to ciekawi.
Amir nie odpowiedział, śledząc Nathaira badawczym spojrzeniem.
-Ci którzy mają najwięcej ciekawego do powiedzenia, zazwyczaj milczą, zauważyłeś?- zaśmiał się mężczyzna, zatrzymując się w miejscu i spoglądając na swego rozmówcę.- Zaintrygowałeś mnie, Amirze. Niewiele istot dokonało czegoś podobnego.
-Czego chcesz od tych ludzi?- zapytał ostro mężczyzna.
-Od tych, którzy nie śpią...?- dopytał Nathair, po czym rozłożył ręce i odpowiedział z lekkim uśmiechem- Niczego. Zupełnie niczego. Ich niepokój jest nieuzasadniony. Nie obchodzą mnie.
-Trzymasz ich w niewoli. Chyba nie bez przyczyny?
-Nie chcę, by ktokolwiek mi przeszkodził. To wszystko. Ludzie są zbyt... emocjonalni...- stwierdził, wzruszając ramionami.- Ja kieruję się raczej rozsądkiem. Ale nie muszą się obawiać. Nie zaznają ode mnie żadnej krzywdy.
-Nie chcesz się na nich zemścić...?- zapytał bez zrozumienia Amir.
Tak właśnie zrozumiał obawy i lęki tych, z którymi rozmawiał. Bali się o swoich bliskich, którzy wciąż znajdowali się w zamku, ale i o samych siebie. Obawiali się, że zostaną zmuszeni, by tu wrócić. Byli niepewni, pełni lęku wobec tego, czego nie byli w żaden sposób w stanie przewidzieć i kontrolować. Dopiero teraz Amir zaczynał rozumieć dlaczego.
-Zemścić...?- Nathair zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony.- Czemu miałbym się na nich mścić...? Właściwie to ich podziwiam. Są wyjątkowi. Przebudzili się, a to zdarza się niewielu. Miałbym z tego powodu pozbawiać ich życia...? Bezsensowne i bezcelowe. Poza tym, nie przepadam za brudzeniem się krwią... Nigdy nie musiałem tego robić.
-A czego chcesz od tych, którzy są w tym zamku...?- zapytał Amir, dostrzegając coś za sobą kątem oka. Jakiś cień przemykający po ścianie. Starał się niepostrzeżenie zerkać w tamtym kierunku.
-Opowiem ci pewną historię- Nathair uśmiechnął się do swojego rozmówcy, zaczynając znów przechadzać się po pomieszczeniu. Amir widział coraz wyraźniej kształt czyjejś sylwetki, znajdujący się za nim, tuż przy ścianie. Udawał, że śledzi wzrokiem mówiącego, jednocześnie jednak cały czas spoglądając ukradkiem w tamtą stronę.- Myślę, że zasłużyłeś na to, by ją usłyszeć. Może jednak warto wspomnieć o tym, dlaczego jestem w tym zamku. Otóż kiedyś... Niedługo po tej bitwie właśnie... W tym dokładnie miejscu znaleziono pewną niezwykłą substancję... Zresztą, daję głowę, że już o niej słyszałeś... Można by więc powiedzieć, że historia zatoczyła koło... Tak czy inaczej, ta substancja następnie trafiła w ręce mojego bractwa. Bractwa dla ludzi ze szczególnym darem. Takim jak mój. Wielu wybitnych mistrzów przez wieki usiłowało opanować recepturę. Każdy bowiem zdawał sobie sprawę z tego, że ta substancja to coś więcej niż magia, niż zaklęcie. Jednak w końcu doszli do wniosku, że nawet, gdyby udało się odgadnąć recepturę i odtworzyć proces powstania tego specyfiku, składniki byłyby tak rzadkie i ciężkie do zdobycia, że byłoby to zupełnie nieopłacalne, a może i wręcz niemożliwe do stworzenia.- Amir coraz wyraźniej widział postać, która znajdowała się tuż za nim. Zaczął się zastanawiać. Iluzja. To wszystko było iluzją. Iluzją był ten Nathair, którego widział przed sobą. Ale jeśli ten, który znajdował się za nim, kierował tym wszystkim...- Członkowie bractwa usiłowali więc uzyskać miksturę w inny sposób. Jednak brakowało im cierpliwości... Uznawali, że ludzie pod wpływem specyfiku umierają, kiedy śmierć następuje w ich śnie, albo wtedy, gdy umierają z przyczyn naturalnych – ze starości, bo wszelkie inne potrzeby tych ludzi zatrzymywały się, gdy byli pod wpływem substancji. Moim mistrzom szkoda było czasu na oczekiwanie i nawet, gdy odkryli pewną wyjątkową cechę i wpływ mikstury, przyspieszali wszystko i w efekcie rujnowali efekt własnych badań... Ja byłem bardziej cierpliwy. Widzisz, Amirze... Ta substancja jest czymś wyjątkowym z wielu względów. Ale działa również jak trucizna. Ci, którzy się wybudzili, nie muszą się obawiać. Jednak ci, którzy nie zdążą przed upływem pewnego czasu, równemu wszystkim, zginą. A ja uzyskam to, po co przyszedłem i odejdę. Cierpliwość jest wielką cnotą, Amirze. Przekaż to tym, którzy czekają na wolność.
To był on. Teraz Amir był tego pewien. Widział go przed sobą i widział go za sobą, równie wyraźnie. Starał się udawać, że tego nie dostrzega, chcąc go w ten sposób oszukać.
-Czekasz na ich śmierć...- prowokował go do dalszych słów, szykując się jednocześnie do ataku.
-Owszem.
-To niezbyt szlachetne.
-Nigdy nie stawiałem się w roli istoty szlachetnej. Jestem istotą, która chce coś zyskać. To wszystko. Nic emocjonalnego. Nic przepełnionego okrucieństwem. Poza tym, Amirze... Tyle nieszczęścia czeka na drodze ludzi... Tyle chorób, tyle tragedii, tyle bólu...- powiedział Nathair w taki sposób, jakby rzeczywiście jakkolwiek go to obchodziło, choć zabrzmiało to po prostu cynicznie i sztucznie.- Dzięki temu specyfikowi, otrzymują coś niezwykłego, o co może sami by błagali, gdyby mieli możliwość wyboru... Wiesz, jak wygląda świat snów, do którego przechodzą...? Ja wiem. Moi mistrzowie dowiedzieli się dzięki tym, którzy się przebudzili. To piękny świat. Świat doskonałości. Świat, w którym ci ludzie czuli się szczęśliwi, usatysfakcjonowani... Ja nie wyrządzam im krzywdy, Amirze. Ja pomagam im spełniać marzenia.
-Więc może spełnisz w ten sposób swoje własne?- warknął gniewnie mężczyzna.
Nathair zatrzymał się i pokręcił głową, uśmiechając się łagodnie.
-Ja również spełniam swoje marzenia. Tylko z tą różnicą, że na jawie. Nie każdy może mieć jednak tyle szczęścia...
Amir odwrócił się gwałtownie, wyczuwając najlepszy moment i rzucił mieczem prosto w miejsce, w którym znajdował się, jego zdaniem, Nathair. Broń jednak uderzyła ostrzem o ścianę i z brzdękiem opadła na posadzkę. Amir spojrzał za siebie, jeszcze bardziej zdezorientowany niż jeszcze chwilę temu.
-Gdzie jesteś...?- rzucił przerażony.
-Wszędzie- odparł spokojnie Nathair i rzeczywiście – był wszędzie.
Gdziekolwiek Amir nie spojrzał, tam widział właśnie jego. Nathair uśmiechał się do niego, stojąc przy ścianie, spoglądał na jedno z malowideł, znajdując się po przeciwnej stronie sali, stał na środku, wpatrując się w Amira pogodnie, wesół, nieskrępowany, wręcz rozbawiony zachowaniem mężczyzny.
-Czym ty jesteś?- zapytał Amir, bo teraz to pytanie wydało mu się odpowiedniejsze.- Duchem...? Demonem...?- rozejrzał się, zbłąkany.
Nathair pojawił się przed nim.
-Jestem jedynie skromnym magiem. Człowiekiem, dokładnie tak jak ty. Tak samo jak ty, posiadającym pewne szczególne zdolności.
-Nie rozumiem...- odpowiedział Amir.
-Urodziłeś się z niezwykłym darem, jak niewielu. I niewielu jeszcze pamięta, jak ten dar rozwijać. Bractwo upadło. Jego członkowie rozpierzchli się po świecie, ścigani swoimi wcześniejszymi uczynkami, a ja... Ja trafiłem na ciebie...- Nathair przechylił głowę, uśmiechając się tajemniczo.- Mogę ci pomóc. Nauczyć cię wielu rzeczy. Oddać ci część tego, co sam osiągnę.
-A co zamierzasz osiągnąć?- prychnął Amir.
-Interesują mnie tylko dwie sprawy. Władza. Władza i bogactwo- zaśmiał się Nathair.- Im bardziej rozległa i im większe – tym lepiej. Nie usłyszysz ode mnie bredni na temat potęgi i siły. Szczególnie, odkąd potęgę można zamknąć w niewielkiej buteleczce, a siła tkwi nie w ciele, a w umyśle... Chodź ze mną.
-Nigdy w życiu.
-Wielu się zarzeka, niewielu o tym pamięta...- stwierdził z rozbawieniem Nathair. Przysunął się bliżej mężczyzny, kładąc dłoń na jego ramieniu, jakby chciał go sprowokować. Amir czuł jego dotyk i ciepło skóry. Był prawdziwy, stał obok, tuż obok, bliski, rzeczywisty, zbudowany z krwi i kości, zwyczajny... Więc czemu, gdy Amir się zamachnął, by go uderzyć, jego ręka natrafiła na pustkę? Cofnął się, nie mając pojęcia, najmniejszego choćby pomysłu, jak mógłby wyrządzić temu człowiekowi jakąkolwiek krzywdę i nie pojmując, w czym tkwi jego siła.- Odejdź więc, jeśli uznajesz, że to twoja ostateczna decyzja. Aczkolwiek masz jeszcze czas na jej przemyślenie. Co prawda niewiele czasu, ale...
-Bo mnie zabijesz?- przerwał mu Amir, prychnąwszy głośno.
-Skądże. Nie mam powodu, by to czynić. Sądzę jednak, że powinieneś, jak i ja, kierować się rozsądkiem, a nie emocjami i wtedy sam zrozumiesz, co dalej robić.
-Wiem, co mam dalej robić. Zabić cię- warknął mężczyzna.
-Po to tu przyszedłeś...?- Nathair westchnął, znudzony.- Marnujesz swój potencjał, zdajesz sobie sprawę, prawda...?- rzucił, nie przejmując się wcale, że Amir na powrót chwycił swoją broń.- Tak samo, jak zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jesteś w stanie nic mi uczynić...
-Walcz jak należy! Pokaż się!- krzyknął Amir, unosząc miecz w gotowości.- Przestań się ze mną bawić w ten sposób i udowodnij swoją odwagę!
-Ja nie muszę niczego udowadniać, Amirze...- odparł ze śmiechem, Nathair, ruszając w jego stronę. Amir zamachnął się, uderzając w niego ostrzem. Mag bez problemu pochwycił je w dłonie, nie kalecząc się i nie czyniąc sobie żadnej krzywdy.- Nie po to tyle lat się uczyłem... A poza tym... Rozsądek, Amirze. Rozsądek.
Amira nie obchodził rozsądek. Puścił rękojeść miecza i próbował z całej siły uderzyć mężczyznę, powalić go na posadzkę. Mag jednak zatrzymał go bez najmniejszego problemu, jakby posiadał nienaturalną, niewyobrażalną zupełnie siłę. Odepchnął go od siebie tak mocno, że Amir stracił równowagę, upadł i uderzył boleśnie plecami o ścianę. Podniósł się powoli, z trudem, coraz bardziej przerażony i oszołomiony umiejętnościami Nathaira.
-Nie mam nadludzkiej siły... Ani szybkości...- powiedział mag, a słowa te, w obliczu tego, co zaprezentował chwilę temu, zabrzmiały jak okrutny żart.- To wszystko tkwi w twojej głowie, Amirze. Z tą różnicą, że ja potrafię to kontrolować. W przeciwieństwie do ciebie.
-Nie przestraszysz mnie...- rzucił z pełnym przekonaniem Amir, wracając ślepo do tego samego miejsca i podnosząc miecz, gotów atakować, choćby miało to równie mały sens. Jeśli był człowiekiem, to nie mógł być niepokonany. Nikt taki nie jest.
-Są ludzie tchórzliwi, których przeraża wiele rzeczy. I ludzie odważni, których niewiele może przerazić, ale to, co napawa ich lękiem, jest znacznie gorsze od tego, co wzbudza obawy u tchórzliwych. Ale nie ma ludzi, którzy się nie boją, Amirze. A co przeraziłoby ciebie...?
Nathair zniknął mu z oczu. Amir rozejrzał się, zdezorientowany, czekając na jego kolejny ruch. A później usłyszał przeraźliwy krzyk dochodzący z holu.
-Amir! Amir...!- doszedł go zlękniony głos kompana.
-Nie... Nie, nie...- szepnął z przerażeniem mężczyzna, dobiegając do drzwi, które okazały się być zamknięte.- Nadim! Nadim, odezwij się!- wołał towarzysza, uderzając w nie z całej siły i szarpiąc gwałtownie za klamkę. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
Dopiero po chwili rozpaczliwej walki, zorientował się, że stoi przed otwartymi na oścież drzwiami. Nathair bawił się jego zmysłami i kpił z tego, co wydawało się być mężczyźnie rzeczywistością. On nie tylko zmieniał jego otoczenie – sam je kreował, tworzył od nowa, posługując się, zdawać by się mogło, nie swoimi myślami i wyobrażeniami, ale myślami i wyobrażeniami swojej ofiary. Amir przebiegł przez hol, wciąż wołając kompana po imieniu i szukając go wzrokiem. Wreszcie go zauważył. Nadim leżał na samym dole, przy schodach, zupełnie nieprzytomny. Wyglądało to tak, jakby spadł z samej góry. Jego skóra była posiniaczona i porozcinana, a prawa noga wygięta pod nienaturalnym kątem.
Amir ukląkł przy swoim towarzyszu, nachylając się nad nim i usiłując go wybudzić.
-Co ty zrobiłeś...? Co ty zrobiłeś?!- wrzasnął przeraźliwie, rozglądając się na boki i usiłując odnaleźć wzrokiem Nathaira, ale na próżno.
Chwycił dłoń potomka wilków i nagle poczuł coś śliskiego na swojej ręce. Niewielki wąż, przemknął się szybko wzdłuż jego ramienia. Amir strącił go z siebie z obrzydzeniem. Gad opadł na ziemię, kłębiąc się i plącząc na podłodze. Drobne szczęki otworzyły się na chwilę, ukazując charakterystyczny język i długie kły. Mężczyzna spojrzał na swój nadgarstek, dostrzegając na nim ślady zębów. Przycisnął do siebie bezwładne ciało kompana, oglądając się za siebie.
-To właśnie chciałeś zrobić?!- krzyknął.- Zabić nas?! Powiedziałeś, że brzydzisz się krwią! Pokaż się!
Usłyszał czyjeś kroki na schodach. Spojrzał natychmiast w tamtą stronę, widząc zbliżającą się w jego kierunku, ciemną sylwetkę.
-Chodź tu!- syknął, sięgając po miecz, który w przypływie emocji odrzucił wcześniej na bok.- Nie przerazisz mnie! Nie boję się śmierci! I nie będę umierał w tak banalny sposób! Wcześniej zapłacisz mi za to, co zrobiłeś!
Postać zatrzymała się nagle.
-Amir, co ty wyrabiasz...?- usłyszał zdumiony głos swojego kompana.
Spojrzał w dół, na potomka wilków, którego trzymał wciąż desperacko jedną ręką.
-W co ty ze mną grasz...?- rzucił, nie będąc już w stanie zrozumieć, co się wokół niego dzieje.
Podniósł się powoli na nogi, zostawiając nieprzytomnego kompana na ziemi i uniósł broń
-Amir, to ja- ciemna postać zaczęła nabierać konkretnych kształtów, zmieniać się. Amir przyglądał się jej z uwagą, czekając, by zadać cios, aż w pewnym momencie, dostrzegł w niej Nadima. Przyglądał się przez chwilę jego zamarłej w wyrazie przerażenia twarzy i nerwowym ruchom.- Posłuchaj mnie...- potomek wilków uniósł dłonie w obronnym geście.- To ja, Nadim. Twój przyjaciel.
Amir pokręcił głową, nie wiedząc już, w co powinien wierzyć. Raz jeszcze spojrzał na dół, ale ciało jego kompana zniknęło. Spojrzał na swój nadgarstek, ale po ugryzieniu węża nie zostało na nim ani śladu.
-Czy to jest sen...?- zapytał niepewnie.- Czy on podał mi tą substancję...? Czy ja śnię...?- rzucił zbłąkany.
-To nie jest sen- powiedział stanowczo Nadim, ale Amir nie wiedział już, czy rzeczywiście spogląda na swojego towarzysza, na własne urojenie, zręczną pułapkę, czy na senną marę.
-Chodź- chwycił go za nadgarstek, ciągnąc za sobą.
-Dokąd...?- jego towarzysz nie zaprotestował, spoglądając jednak na niego z uwagą.
Amir przeprowadził go przez hol, a następnie korytarz. Dopiero wtedy poczuł opór kompana.
-Nie możemy stąd wyjść. Amir, słyszysz mnie?
Nie słyszał. Musiał to sprawdzić, musiał się upewnić...
Pchnął wrota, przez które weszli do środka. Szarpnął swojego kompana, wychodząc wraz z nim na zewnątrz. Zobaczył tych, którzy na nich oczekiwali, wpatrując się w ich kierunku z wyczekiwaniem i obawą. Po raz kolejny przeniósł wzrok na pełną niepokoju twarz towarzysza. Odetchnął głęboko, czując ulgę.
Spojrzał za siebie.
Zamek zniknął.

-Przykro mi, że niczego nie udało wam się zdziałać, ale ostrzegałem, że tak będzie...- przywódca Przebudzonych wyszedł wraz z Amirem z jednego z pomieszczeń, przechodząc do większej sali, w której zgromadzili się pozostali ocaleni, którzy wcześniej wspólnie słuchali opowieści na temat tego, co wydarzyło się w zamku.- Nie będę ukrywał, że nie czuję się rozczarowany. Cieszę się jednak, że powróciliście obaj w zdrowiu.
-Powiedział, że będziecie wolni...- zauważył Amir, wpatrując się w mężczyznę z uwagą.
Jego kompan siedział przy niewielkim palenisku, po drugiej stronie pokoju, wyjaśniając coś wypytującym go mężczyznom. Poeta kręcił się w pobliżu, zapewne mówiąc zwyczajowe dla siebie dyrdymały, czym wywoływał lekki uśmiech na zwyczajowo ponurych twarzach obserwujących go ludzi.
-Nie obchodzi mnie, co mówi- odparł twardo mężczyzna.- Nie widzę zresztą powodu, byśmy mieli mu ufać. Gdyby chciał nas uwolnić, zrobiłby to dawno temu.
-Sądzę, że obawiał się iż możecie mu w ten sposób zaszkodzić. Próbować ratować pozostałych- to akurat dla Amira było oczywiste.
-I nie pomylił się- stwierdził gniewnie jego rozmówca.- Nie można mu wierzyć. Powiedział to po to, by uśpić w nas czujność.
-Wątpię, by miał powód do kłamstw...- odparł cicho mężczyzna. Wątpił też, by kierujący się rozsądkiem Nathair naprawdę sądził, że te słowa uspokoją tych, którzy ocaleli. A jeszcze bardziej wątpił, by ten rzeczywiście planował wyrządzić im jakąkolwiek krzywdę. Amir na własnej skórze przekonał się, do czego jest zdolny ten człowiek. Tylko człowiek, choć gdy stał naprzeciw niego, nie mogąc ustalić, co jest prawdą, a co złudzeniem, zdawało mu się, że mierzy się z jakąś niewyobrażalnie potężną istotą. Gdyby chciał zabić pozostałych, z pewnością nie miałby z tym problemu.
-Miał powód do kłamstw, gdy tu przyszedł!- rzucił impulsywnie przywódca.- Okłamywał nas, najpierw wszczepiając nam w umysły te wizje! Okłamywał, obiecując nam uleczenie! Okłamywał, gdy twierdził, że ma wobec nas dobre zamiary! Teraz też kłamie! Czeka na śmierć naszych bliskich, więc co uczyni z nami? Nigdy zresztą nie pokazał nam się i nie powiedział tego samego! Z jakiej przyczyny miałby o tym mówić tobie?
Amir nie odpowiedział. Mógł się tylko domyślać. Sądził jednak, że jego rzekome umiejętności, przypisywane mu przez maga, sprawiły, że ten zainteresował się jego osobą, chciał go do siebie przekonać.
-Nic nie możemy zdziałać, taka jest prawda...- westchnął ciężko brodaty, kręcąc głową.- Nie mamy na to żadnego wpływu... Ale dziś nie będziemy się tym zadręczać. Usiądźcie. Powitamy was tak, jak powitać was powinniśmy.
Amir podziękował mężczyźnie i odszedł kilka kroków, spoglądając w kierunku potomka wilków. Ten podniósł wzrok, wyłapując jego spojrzenie i uśmiechnął się do niego ciepło. Amir odpowiedział niepewnym uśmiechem, czując, jak zdradliwy rumieniec wpełza na jego twarz. Odetchnął głęboko, odwracając się na chwilę i przyuważył Devina, który szczerzył się do niego radośnie. Przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
-Aro, proszę...- usłyszał znajomy, kobiecy głos, a gdy spojrzał za siebie, dostrzegł matkę i jej syna, który wyciągał w jego kierunku ręce, chyba usiłując znów zabrać wiszący na jego szyi woreczek.
Amir cofnął się odruchowo.
-Przepraszam...- kobieta uśmiechnęła się nerwowo, chwytając syna za dłonie i odwracając go ku sobie.- Aro. Nie rób tego. To nie jest twoje.
-Aro kamienie- odpowiedział jedynie chłopak, znów spoglądając na Amira.
-Zaraz się z tobą pobawię, dobrze? Usiądziesz obok wuja, a ja do ciebie przyjdę, zaraz, za chwileczkę...- usiłowała przekonać syna, uśmiechając się do niego czule.
-Aro kamienie... Aro kamienie, Aro kamienie...
-Tak, Aro... Jesteś silny jak głaz- matka zaśmiała się lekko.
-Aro kamienie...- powtórzył uparcie jej syn, nie odrywając od Amira wzroku.
-Aro!- przywódca Przebudzonych zawołał chłopaka z głębi pomieszczenia, widząc chyba, że ten przeszkadza matce.- Chodź tutaj, chłopcze.
Młodzieniec zawahał się najwyraźniej, raz jeszcze spojrzał na Amira, po czym uśmiechnął się szeroko, ucałował matkę i pognał w kierunku wołającego go mężczyzny.
-Proszę... To dla ciebie i twojego towarzysza...- kobieta wręczyła Amirowi dwie czarki, wypełnione jakimś płynem.- Niezbyt smaczne, ale ogrzewające...
-Dziękuję- odparł Amir, chcąc odejść, ale widział, że mieszczanka wciąż przygląda mu się z uwagą, jakby chciała coś powiedzieć.
-On był taki od samego początku...- odezwała się w końcu. Amir spojrzał na nią bez zrozumienia.- Aro. Urodził się taki.
-Rozumiem- stwierdził zgodnie z prawdą mężczyzna.
-I nie uważam, żeby była to kara bogów- dodała ostro, jakby Amir kiedykolwiek zarzucał jej coś podobnego.
-Ja również nie.
-Może i różni się od pozostałych ludzi. Ale ma inne umiejętności. Jest bardzo mądry.
-Nigdy nie twierdziłem niczego innego.
Matka Aro wzięła głęboki oddech, po czym uśmiechnęła się do mężczyzny.
-Zazwyczaj mówi więcej niż teraz...- zaśmiała się cicho.- Zupełnie nie wiem, dlaczego tak się na to uparł... Może to dlatego, że tak nagle się tu pojawiliście... Nie widzieliśmy tu obcego od długiego czasu. Musi przywyknąć. Raczej nie zabiera cudzych rzeczy. Lubi siedzieć na zewnątrz i patrzeć na zamek. To go uspokaja.
-On widzi zamek?- zdumiał się Amir.
Kobieta zawahała się wyraźnie, po czym skinęła głową.
-Tak... Aro... On nie miał tych snów. Zostawiłam go tutaj, za co dziękuję bogom. Nie byłam jedyna. Niektóre matki zostawiały niemowlęta... Wszyscy byliśmy pewni, że to zakończy się inaczej- dodała, jakby chciała się usprawiedliwić.- Na całe szczęście, obudziłam się po kilku dniach, chociaż miałam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu... Znalazłam go. Był przerażony, zziębnięty i głodny, ale na szczęście nie stało mu się nic złego.
-To dobrze- odparł lakonicznie mężczyzna.
-Byłam jedną z pierwszych Przebudzonych...- powiedziała, uśmiechając się niepewnie.- Zdałam sobie sprawę, że to sen, kiedy przypomniałam sobie o Aro.
Amir spojrzał na nią bez zrozumienia.
-Zapomniałaś o tym, że masz syna...?- zapytał z niedowierzaniem.
-Tak...- potwierdziła z zawstydzeniem.- Nie wiem, jak to wyjaśnić... Nie było go w moim śnie i... I gdy śniłam, nie wiedziałam, że istnieje...
Amir nic z tego nie rozumiał.
-Zapomniałaś o swoim dziecku?- zapytał raz jeszcze, mocno zdumiony.
-T... To trudne do wyjaśnienia... Wszyscy pozostali byli w moim śnie, ale jego nie było. Nie wiem, z jakiego powodu.
Mężczyzna chyba się domyślał.
-W snach spełniają się marzenia, tak...?- zapytał ostrożnie, nie chcąc prowokować kłótni.
Kobieta spojrzała na niego bez zrozumienia.
-Co sugerujesz?- zapytała ostro.
-Niczego nie sugeruję. Po prostu rozumiem, że wychowanie takiego dziecka jest pewnym problemem i...
-Wychowywanie Aro nie jest żadnym problemem!- odpowiedziała stanowczo.- Kocham go i nie zamieniłabym go na zdrowe dziecko! I nigdy nie chciałam się go pozbyć, jeśli tak sobie o mnie pomyślałeś!
-Przepraszam, nie chciałem...
-Nie wiem, jak mogę to wyjaśnić komuś, kto nie przeżył tego samego, co my, ale Aro jest dla mnie najważniejszy. Najważniejszy w całym moim życiu. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła istnieć bez niego, ale wtedy, w czasie snu, było tak, jakby nigdy nie istniał. Ale obudziłam się tylko dzięki temu, że sobie o nim przypomniałam. Tylko to uświadomiło mi, że coś jest nie w porządku.
Amir przyjął te wyjaśnienia z pewnym sceptycyzmem.
-W porządku- odpowiedział tylko.
Podziękował kobiecie i ruszył w kierunku swojego kompana. Miejsca obok niego, zajęte wcześniej przez Przebudzonych, zdążyły opustoszeć, gdy ci poszli po swoją porcję zupy. Amir podał czarkę Nadimowi, uśmiechając się do niego lekko.
-Kłóciłeś się z tą kobietą...?- potomek wilków spojrzał na niego pytająco.
Amir wzruszył ramionami.
-Źle się wyraziłem, to wszystko. Chodziło o jej syna. Nic wielkiego.
-To dobry chłopak. Nie jesteś chyba na niego zły, prawda?- upewnił się Nadim, a mężczyzna pokręcił głową.- To dobrze. U nas też czasem rodzą się takie dzieci, jak on. Rozumieją mniej niż inne, mają trudności z niektórymi czynnościami i z nauką. Ale da się je wyuczyć niektórych rzeczy. Przydają się. Wszyscy się przydają. Canis też urodził się inny.
-Nie w ten sposób „inny”- zauważył mężczyzna, pomijając fakt, że jeśli dobrze pamiętał opowieść swojego kompana, ta „inność” nie została potraktowana zbyt dobrze, szczególnie jak na tak „szlachetne” i „tolerancyjne” społeczeństwo.
-Ale „inny”- uparł się Nadim.- Ty też zresztą jesteś inny.
-Dzięki...- mruknął Amir, doskonale wiedząc, do czego pije jego towarzysz i nie bardzo wiedząc, czy powinien się cieszyć z tego porównania.
-Nie ma w tym nic złego. Ja też jestem inny.
-Ty...?- Amir zaśmiał się cicho, mierząc kompana rozbawionym spojrzeniem.- A co innego jest w tobie?
-Mam ogon- stwierdził Nadim, wzruszywszy ramionami.- I wyglądam inaczej od was.
-Ale nie inaczej od swoich pobratymców. To co innego.
-Ale tu, w tym gronie, jestem inny.
-A w waszym gronie inny byłbym ja, i co w tym dziwnego?- parsknął śmiechem mężczyzna.
Jego towarzysz uśmiechnął się łagodnie.
-Nic. Każdy jest inny.
Amir zachichotał, unosząc czarkę i upijając solidny łyk.
-Naciągana teoria...- ocenił, uśmiechnięty.
-Hej ty!- rozległ się na sali donośny głos przywódcy.- Jesteś poetą?- zwrócił się do spoglądającego na niego Devina.- Dobrze pamiętam?
Ten pokiwał głową z dumą.
-Jestem, panie- odparł wesoło.
-Trzymaj...- brodaty wetknął mu w dłonie lutnię.- Tyle tylko nam pozostało. Ale zaśpiewaj nam coś, jeśli potrafisz.
-Och, piękna!- westchnął z poruszeniem Devin, czule gładząc instrument.- Miałem taką samą u siebie, w wiosce, ale mi ją zniszczono, nie wiem, dlaczego...
-... A my się chyba zaraz dowiemy...- dodał konspiracyjnym szeptem Amir, wywołując u potomka wilków pogodny śmiech.
Okazało się jednak, że z graniem na lutni Devin radził sobie nieco lepiej niż ze śpiewaniem. Choć i tak połączył jedno z drugim.
-Dwóch wędrowców zagubionych, odnalazło raz gospodę...- zaśpiewał, trącając struny harfy.- Nieświadomi zagrożenia, miejsce pośród tych zajęli, którzy wiecznym ginąc głodem, już nie żyli – choćby chcieli. Po raz pierwszy te potwory, z ludźmi dziwną miały zgodę...
-Jeśli uda się nam stąd wydostać, powinniśmy chyba cofnąć się do jego wioski i poprosić uprzejmie, żeby go przyjęli. Albo ich czymś przekupić. Ewentualnie zagrozić, ostatecznie to może okazać się najbardziej skuteczne...- rzucił Amir.
Jego kompan zachichotał z rozbawieniem.
-Nie mów, że chcesz się go pozbyć- stwierdził.
-Nie mów, że ty nie chcesz!- parsknął w odpowiedzi mężczyzna, spoglądając na potomka wilków z niedowierzaniem.
-Jest miły.
-Uciążliwy.
-Ładnie mówi.
-Bredzi.
-Nie lubisz go.
-Nie znoszę.
-Mnie też z początku nie znosiłeś...- zauważył z pobłażliwym uśmiechem Nadim.- I biorąc pod uwagę ilość ludzi, i nie tylko, których nie znosiłeś i nie znosisz, zaczynam uważać, że tak w twoim przypadku zaczyna się każda interesująca znajomość...
Amir nie mógł powstrzymać śmiechu. Znajomość z Nadimem była tak „interesująca”, że wątpił, by jakakolwiek inna mogła być podobna.
-To nie to samo- stwierdził, rozbawiony.
-A mnie się wydaje, że dokładnie to samo- odpowiedział z uśmiechem potomek wilków.
-Ci oprawcy, w swym znudzeniu, szansy tej nie dostrzegają...- śpiewał dźwięcznie Devin.- Mówią, żalą się i skarżą, bardzo losem swym przejęci, wnet pytanie pada które, nieopacznie przez gości zadane, ludzką zdradza ich naturę... Bestie kły w uśmiechu kryją, i stół cały zastawiają...
-Bogowie...- jęknął głucho Amir, zdając sobie sprawę z tego, o czym śpiewa jego drugi kompan.- Po jakie licho opowiedziałeś mu tą historię?
-Bo to bardzo dobra historia- zachichotał w odpowiedzi Nadim.
Mężczyzna pokręcił głową, śmiejąc się cicho.
-Goście bawią się i piją, w tej śmiertelnej atmosferze... Danie główne, nie na stole, lecz przy stole siedzi... Ci jednak nie widzą tego, w swej naiwnej wierze...
-Niezależnie od tego, czy go lubię, czy nie... Wolałbym po prostu, żebyśmy zostali... sami...- Amir odkaszlnął cicho.- Chodzi mi o to, że do tej pory dobrze sobie radziliśmy. A on nie jest, nie obraź się, biegły w walce, ani w czymkolwiek innym i niespecjalnie widzę, w czym mógłby nam dopomóc.
-Zdaję się, że to też o mnie mówiłeś- zaśmiał się Nadim.
-Nie jesteś jak on- odparł z pełnym przekonaniem mężczyzna.
-A jaki jestem?- potomek wilków spojrzał na niego z uwagą.
Amir przełknął nerwowo ślinę, z trudem znosząc jego spojrzenie.
-Jesteś... Jesteś... Sam dobrze wiesz...- zaśmiał się niepewnie. Nadim wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.- Jesteś dobrym wojownikiem i... I przede wszystkim... Przede wszystkim...- zagubił się kompletnie, nie wiedząc, co chciał powiedzieć.
-... Ledwie trzeźwi spać się kładą, słowa ich coraz ostrzejsze, bestie liczą, że okazji nic nim nie odbierze... Lecz czasami to ofiary od oprawców są sprytniejsze... Koniec- rzucił pogodnie Devin, kłaniając się słuchającemu go towarzystwu, które wynagrodziło go oklaskami.
-Koniec?- zdumiał się przywódca.- To znaczy, jak to właściwie się kończy?
-To mój nowy wiersz, jeszcze go w całości nie dopracowałem...- usprawiedliwił się poeta.- Myślę jednak o czymś heroicznym... Gdyby jeden towarzysz oddał życie za drugiego albo...
Amir i Nadim spojrzeli po sobie z osłupieniem.
-Hej, byłbym wdzięczny, gdybyś trzymał się bliżej pierwotnej historii, w porządku?- rzucił z politowaniem mężczyzna.
Devin odwrócił się w jego stronę.
-Czemu nie, przyjacielu. Pierwotnej brakuje nieco... dramatyzmu, ale masz rację, jest w niej coś intrygującego...
-Pierwotnej historii...?- przywódca spojrzał na Amira pytająco.- Ta piosenka bazuje na prawdziwych wydarzeniach?
-Tak- potwierdził z uśmiechem Nadim.- Na jednej z naszych... przygód.
Przywódca uśmiechnął się lekko.
-Widzę, że przytrafiają się wam... nietypowe rzeczy. Zechcesz nam opowiedzieć tę historię, panie?
Nadim skinął głową, podnosząc się z miejsca i stając obok Devina.
-To było na samym początku...- zaczął, stając przed słuchaczami.- Dopiero co wyruszyliśmy... Nie przepadaliśmy za sobą wtedy zbytnio i tak się jakoś złożyło, że...
To był miły wieczór. Wieczór, który nie byłby w żaden sposób wyjątkowy, gdyby spędzić go pośród jakichkolwiek innych ludzi, mieszkających w innym miejscu. Ale tutaj dobrze było widzieć, jak na chwilę zapominają, koncentrując się na tym, co dzieje się obecnie, a nie na tym, co już się zdarzyło, albo miało się stać.
Amir zasnął wsparty o ścianę, słuchając kolejnych opowieści kompana i brzdękania na lutni dobiegającego z miejsca, w którym siedział Devin.
I w tamtej chwili, po raz pierwszy od dawna, czuł niemalże całkowity spokój.

-Budźcie się! Budźcie się, natychmiast!- ktoś wpadł do izby, robiąc dużo zamieszania i przewracając wszystko dookoła.
Amir uchylił powieki, rozglądając się niepewnie dookoła. Większość gości, tak jak i on, zasnęła tutaj. Nadim podniósł się ze swojego miejsca, Devin uniósł głowę, wyraźnie nie wiedząc, co się dookoła dzieje. Sam przywódca wyłonił się z pomieszczenia obok, spoglądając ze zdumieniem na tego, który wdarł się do środka.
-Musisz to zobaczyć...- zwrócił się do niego mężczyzna. Brodaty posłał mu pytające spojrzenie.- Chodź. Chodźcie wszyscy!- krzyknął do pozostałych, w większości ledwie wybudzonych towarzyszy.- Nie wiem, ja naprawdę już nie wiem, czy to tylko ja, czy...- wyjaśniał nerwowo, wychodząc.
Przywódca ruszył w ślad za nim. Amir zerwał się na równe nogi. Spojrzał na potomka wilków i obaj wyszli na zewnątrz, nie wiedząc zupełnie, o co może chodzić. Nietrudno było jednak zorientować się, co tak zaszokowało tamtego mężczyznę. Amir rozejrzał się i zauważył coś, czego wcześniej nie mógł dostrzec w żaden sposób – znajdowali się w środku lasu. Widział wysokie korony drzew, wychylające się zza ostatnich budynków. Po mgle nie było już ani śladu. I dostrzegł zamek.
-Pojawił się. Pojawił się, prawda?- dopytywał nerwowo ten, który ich obudził, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom.- Nie tylko ja go widzę?
Amir spostrzegł tę kobietę, z którą rozmawiał wczoraj. Stała kawałek dalej, tuż obok uśmiechniętego szeroko syna i z zupełnym oszołomieniem, spoglądała w kierunku zamczyska.
-Urok przestał działać...- szepnął przywódca, marszcząc brwi. Przez chwilę stał w bezruchu, patrząc w tym samym kierunku, co wszyscy, którzy wyszli na zewnątrz, ale zaraz opanował się i rzucił głośno- Chwytajcie za broń! Wszyscy!- wydał polecenie, po czym cofnął się do izby, nakazując to samo znajdującym się tam mężczyznom.- To nasza okazja! Wstawać! Bierzcie, co macie pod ręką i chodźcie natychmiast za mną!
Amir usłyszał dochodzące z pomieszczenia, pełne zaskoczenia pytania i odgłosy krzątania się. Devin pojawił się obok nich.
-Co się dzieje...?- zapytał bez zrozumienia, rozglądając się dookoła.
W tym momencie stojący obok matki Aro, odsunął się od niej i ruszył biegiem w kierunku przeciwnym do zamku.
-Aro! Aro!- zawołała pełnym przerażenia głosem, zmierzającego w kierunku lasu syna.- Aro, wracaj natychmiast!- chciała biec za nim, ale pojawił się przy niej przywódca, zatrzymując ją.
-Znajdziemy go później- rzucił stanowczo.- Chodźcie! Nie traćmy czasu! Tylko ostrożnie! To może być podstęp!
-Idź po chłopaka- szepnął do Devina Amir.
Poeta skinął głową i ruszył w stronę, w którą oddalił się wcześniej młodzieniec.
Amir i Nadim poszli natomiast w ślad za przywódcą, jak i pozostali. Przebudzeni najwyraźniej nie wiedzieli, jak mają się zachować, jak podejść do tego wszystkiego. Nerwowo ściskali w dłoniach broń, rozglądając się z przerażeniem i niezrozumieniem. Wydawałoby się, że szykowali się na podobny do tego dzień od dawna. Ale może spodziewali się czegoś zupełnie innego. Może spodziewali się podstępu właśnie. Spodziewali się walki. Starcia z tym, który był winien ich krzywd. Spotkania z nim i zetknięcia z jego umiejętnościami. Tymczasem, panował zupełny spokój. Gdy weszli już do zamku, było dokładnie tak samo. Tak jak Amir się spodziewał, ten mag wcale nie oczekiwał ich przybycia. Byli mu zupełnie obojętni.
-Tędy!- nakazał przywódca, kierując się w stronę jednej z sal. Bez problemu otworzył drzwi i wdarł się do środka, a za nim wszyscy pozostali.
Znaleźli się w miejscu, w którym mag zgromadził wszystkich śpiących. Z tym, że oni już nie spali. Byli martwi. Leżeli wszyscy na prowizorycznych, przygotowanych łożach, ze spokojną twarzą, która rzeczywiście mogłaby przywodzić na myśl sen. Jednak ich nadgarstki były porozcinane. Każdego z osobna, dokładnie w ten sam sposób. Amir zauważył, jak z jednej z ran kapie kilka kropel czarnego płynu.
-Nie dotykać niczego!- przywódca najwyraźniej również to dostrzegł.- Zostawcie to!- zwrócił się do lamentujących kobiet, które ściskały swoich bliskich.- Wszyscy, odsunąć się! Nie mamy... Nie mamy czasu, on może jeszcze być w zamku...- rzucił, słabszym niż wcześniej głosem.- Wszyscy wracamy, natychmiast! Na wieżę! Na wieżę!
Sam wyszedł, zasłaniając usta dłonią, jakby nie mógł już dłużej na to patrzeć. Ci, którzy zachowali większy spokój, odciągnęli swych towarzyszy. Jedna z kobiet nie chciała się ruszyć, szarpała ciało młodej dziewczyny, zawodząc rozpaczliwie. Wtedy Amirowi coś rzuciło się w oczy. Zauważył, jak spomiędzy palców martwej dziewczyny, wysuwa się zaplątany o nie łańcuszek. A zawieszony na nim medalion, spada na posadzkę.
-Chodź, Amir!- rzucił potomek wilków, wybiegając z pomieszczenia za tymi, którzy już je opuścili.
Amir jednak nie ruszył się z miejsca, myśląc przez chwilę o tym, co zobaczył. Przypomniał sobie wieczór przed tym, jak trafili do tego miasta. Przypomniał sobie rozsypane przypadkowo kryształy i to, co zobaczyli następnego ranka. Jeśli rzeczywiście to im udało się, choćby na chwilę, złamać zaklęcie... To może to właśnie było rozwiązanie. Wyszedł szybko z pomieszczenia, spoglądając na schody, ale ominął je i instynktownie skierował się do tej sali, w której spotkał Nathaira poprzednim razem. Wszedł powoli do środka, zdejmując woreczek i ściskając go w dłoniach, nasłuchując.
-Wiedziałem, że mnie znajdziesz...- usłyszał głos maga. Rozejrzał się z uwagą, ale tak, jak się spodziewał, nie dostrzegł go nigdzie.- Planowałem dać ci nieco dłużej czasu do namysłu, ale pomyliłem się w swoich obliczeniach... Tak czy inaczej... Jak będzie, Amirze? Jesteś gotów ruszyć ze mną?
-Nie- odparł stanowczo mężczyzna.
-Wielka szkoda...- Nathair westchnął smętnie.- Mógłbym nauczyć cię pożytecznych rzeczy... Dziś niewielu ludzi wie, jak rozwijać taki dar... Ale jeśli jesteś zdecydowany...
-Jestem zdecydowany, żeby cię zabić- warknął Amir.
Nathair zaśmiał się lekko.
-Amirze, czy to naiwność, czy pycha, pozwala ci myśleć, że jesteś w stanie to uczynić?
Amir otworzył woreczek z kryształami i wysypał kilka z nich na posadzkę, upuszczając go przy tym. I wtedy go zobaczył. Nathair kilka metrów przed nim, wpatrując się w niego z pełnym politowania uśmiechem i chyba jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, że został zauważony. Poły jego szat były rozsunięte, a na ich wewnętrznej stronie, widniały przymocowane fiolki, wypełnione czarną substancją.
-Rozsądek...- odpowiedział na zadane wcześniej przez maga pytanie.- Tylko rozsądek.
Nathair wpatrywał się w niego przez chwilę, zupełnie oszołomiony.
-Jak to zrobiłeś...?- zapytał z niedowierzaniem.
Amir jednak nie zamierzał odpowiadać, ani dać mężczyźnie czasu na to, by ten uciekł czy uczynił cokolwiek innego. Rzucił się w jego kierunku, chwytając go mocno za szyję i przyciskając do ściany. Mag jęknął głucho, uderzając o twardą powierzchnię plecami i spoglądając na mężczyznę bez cienia strachu. Amir zacisnął mocniej palce, słysząc, jak ten usiłuje łapać gwałtownie powietrze, szarpiąc się odruchowo.
-I co teraz, Amirze...?- wydusił z siebie z trudem, uśmiechając się resztkami sił.- Miałeś mnie zabić czyż nie...? Czyżbym widział wahanie w twoich oczach...?
-Może po prostu zamierzam zostawić cię dla tych, którzy chcą tego bardziej- warknął w odpowiedzi mężczyzna.
Mag zaśmiał się słabo.
-Emocje, emocje, emocje...!- rzucił, autentycznie rozbawiony.- I znów to samo! A już zaczynałem cię podziwiać...
W tym momencie Amir poczuł, jak coś rozcina jego skórę na ramieniu. Dopiero po chwili zobaczył nóż w ręce maga. Spojrzał na niego bez zrozumienia, po czym przeniósł wzrok na swoją rękę. Dostrzegł podłużne, niewielkie rozcięcie. I czarną kroplę, która spłynęła na dół, pozostawiając po sobie ciemną smugę. Odetchnął płytko, czując się tak, jakby coś odebrało mu siły. Bezwiednie cofnął się o kilka kroków, chwytając za głowę i ledwie mogąc ustać na nogach. Nathair zakaszlał kilkakrotnie, pocierając szyję.
-Dzień, w którym emocje wygrają nad rozsądkiem, będzie dniem mojej zagłady, Amirze...- powiedział spokojnie.- Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł.
Amir spojrzał na niego, nie będąc w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Mag ruszył w jego kierunku. Chwycił go w ostatniej chwili, nim ten upadł na ziemię, nie będąc w stanie utrzymać równowagi. Położył go na posadzce, uśmiechając się do niego litościwie.
Amir czuł się tak, jakby całe jego ciało było sparaliżowane. Nie był w stanie ruszyć nawet palcem, mógł jedynie śledzić maga wzrokiem, czując jednak ogarniające go znużenie i senność.
-A co to takiego...?- Nathair podniósł z posadzki jeden z fragmentów kryształu i obejrzał go w dłoniach. Zaśmiał się głośno, kręcąc głową, jakby coś strasznie go rozbawiło.- To nieładnie z twojej strony, Amirze! Nic nie powiedziałeś mi o swoim małym sekrecie... Wiem, co to jest...- stwierdzi, podnosząc pozostałe kawałki i woreczek, oraz wrzucając je wszystkie do niego.- Wiem aż za dobrze. Moje bractwo poświęciło dużo czasu takim cennym zdobyczom... Ach, zmarnowanego czasu... Nie obrazisz się, jeśli je sobie wezmę, prawda?- zwrócił się do Amira, nie przestając się uśmiechać.- I tak sądzę, że zrobię z nich lepszy użytek...
Amir czuł, jak jego powieki same się zamykają. Walczył z tym z całej siły, starając się nie zasnąć, ale to było silniejsze od niego. Coraz słabiej widział i słyszał.
Nathair ukląkł obok niego, nachylając się nad nim.
-Jeszcze chwilę wcześniej żałowałem ciebie, a raczej twojego braku rozsądku, ale teraz widzę, że nie miałem powodu... Pomyliłem się co do ciebie, Amirze, chociaż rzadko się mylę. Ty nie masz daru- stwierdził mag w taki sposób, jakby było to wręcz godne pożałowania.- Moc, którą od ciebie wyczuwałem, pochodziła od kryształu. A ta niewielka część, którą masz w sobie, nie należy do ciebie. Została w ciebie wpojona. Nie masz nad nią żadnej kontroli. Ten drugi też nie.
Amir nie mógł już tego zatrzymać. Jego oczy zamknęły się same, a on miał wrażenie, że całe jego ciało zatapia się w ogarniającej go ciemności.
Ostatnim, co usłyszał, były kroki maga i jego pełne rozczarowania słowa:
-A pomyśleć, że dostrzegłem w tobie taki potencjał...

Obudził się. Sennym gestem przetarł powieki i podniósł się niespiesznie do pozycji siedzącej. Odwrócił się za siebie, wpatrując  w niezasłonięte okna swojej komnaty, przez które wdzierały się promienie ciepłego, porannego słońca. Odetchnął głęboko, czując błogość i spokój. Zaraz jednak rozejrzał się dookoła, w skupieniu. Przez głowę przemknęła mu dziwna myśl. Wydawało mu się, że miał coś zrobić. Coś bardzo istotnego. Siedział przez moment nieruchomo, usiłując sobie przypomnieć, co to właściwie było, ale brakowało mu choćby pomysłu.
Usłyszał pukanie do drzwi.
Podniósł głowę i spojrzał w tamtym kierunku.
-Proszę- rzucił łagodnie.
Do pokoju weszła służąca, która ukłoniła się przed nim i powiedziała:
-Król chce cię widzieć, panie.
-Ludwik...?- dopytał Amir, mocno zdumiony, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że nie ma przecież powodów do bycia zdziwionym. Potarł skronie, nieco zakłopotany, widząc zdezorientowaną minę służącej.- Dziękuję. Powiedz mu, że wkrótce przyjdę. Możesz odejść.
Ukłoniła się przed nim raz jeszcze i opuściła pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi. Amir wstał, odgarniając włosy z czoła i zaczął się ubierać. Z niewiadomej przyczyny, czuł się lekko zagubiony. Wszystkie czynności, które zwykł wykonywać na co dzień, robił wolniej, bardziej niepewnie, jakby się od nich odzwyczaił. Przygotował się wreszcie do wyjścia i opuścił komnatę, kierując się do pokoju wuja. Zapukał przed wejściem i gdy usłyszał przyzwolenie swojego krewnego, wszedł do środka. Ludwik stał na środku komnaty, wpatrując się w swojego siostrzeńca z serdecznym uśmiechem. Amir odwzajemnił uśmiech, czując się chyba jeszcze bardziej zdezorientowany, niż ledwie chwilę temu. Rzadko widział Ludwika pogodnego. Jego wuj bywał raczej skupiony, poważny, skoncentrowany na jakichś istotnych sprawach, często sprawiał wręcz wrażenie smutnego i osamotnionego. Uśmiechał się rzadko, często oficjalnie, jakby z zasady.
-Wzywałeś mnie?- zapytał Amir, zastanawiając się, o czym wuj chciał z nim mówić.
-Owszem- potwierdził Ludwik, skinąwszy głową.- Chciałem ci coś powiedzieć... Rozmawiałem w twojej sprawie z dowódcą Manusem.
-O czym...?- zdumiał się Amir.
-O twoim wstąpieniu do szeregów armii, oczywiście- odparł z uśmiechem wuj, choć oczywiste, wbrew pozorom, wcale to nie było.- Rzecz jasna, nie będzie z tym najmniejszego problemu.
Amir wpatrywał się w wuja, kompletnie oszołomiony, ledwie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.
-Mówisz... Mówisz serio...?- wydukał, spoglądając na krewnego z absolutnym niedowierzaniem.
-Nie rozumiem twojego zdziwienia. Jesteś bardzo dobrym wojownikiem. Dowódca Manus osobiście cię szkolił, znam jego opinię na twój temat... Oczywiście, oficjalnie szkolenie przejdziesz tak czy inaczej, ze wszystkim innymi rekrutami. Nie zamierzam też honorować cię w żaden sposób. Znasz moje zdanie. Jeśli zamierzasz odnieść sukces, sam musisz na niego zapracować. Nie wątpię jednak, że ci się uda- dokończył Ludwik, uśmiechając się łagodnie.
Amir skinął powoli głową, aż nie wiedząc, co powiedzieć.
-Ale... Ale...- rzucił, zagubiony.- Ale przecież nie podobało ci się to, że trenuję. Wolałeś, żebym koncentrował się na innych rzeczach. Zawsze, kiedy o tym rozmawialiśmy, mówiłeś, że w mojej sytuacji, wstąpienie do armii nie wchodzi w grę.
Amir nigdy tego nie rozumiał, ale szanował postanowienia swojego wuja, licząc na to, że uda mu się go przekonać w odpowiednim czasie. Cieszył się więc teraz ze słów Ludwika, ale pamiętał dokładnie ich liczne spory i dyskusje na ten temat, więc usiłował dopatrzeć się przyczyn tej nagłej zmiany decyzji.
-Zależy mi przede wszystkim na waszym szczęściu. Twoim i Hadrina...- wyjaśnił wuj, wzdychając cicho. Ruszył przed siebie i zasiadł za biurkiem, wbijając w siostrzeńca uważne spojrzenie.- Pozwolę wam się rozwijać tak, jak macie na to ochotę i jak uważacie za stosowne. Nie mam prawa w to ingerować, nawet, jeśli nie ze wszystkim się zgadzam. Powinieneś też wiedzieć, że zamierzam wkrótce ogłosić przed radą, że w razie czego, a jak wiesz, muszę przewidywać różne możliwości, Hadrin mnie zastąpi.
Amir poczuł nagłą ulgę, trudno powiedzieć, z jakiego powodu.
-Powiedziałeś mu już...?- zapytał, chyba bardziej zadowolony z tego, co usłyszał teraz, niż z informacji, które dotyczyły bezpośrednio jego.
Ludwik skinął głową.
-To dobrze- zaśmiał się Amir.- Nie żeby to nie było oczywiste, ale gdybyś widział, jak czasem się nad tym zastanawiał, jak się tym denerwował...! Będzie dobrym królem. Jestem o tym przekonany.
-Wiem- odparł łagodnie wuj.
-To wszystko?
-Tak.
-Cóż... Przygotowałeś mi kilka niespodzianek...- stwierdził, nieco rozbawiony. Zaraz jednak naszła go nutka niepokoju i poważniejąc, zapytał- Wszystko z tobą w porządku...? Mam na myśli to, czy...
-Nie śpieszy mi się do grobu, jeśli o to pytasz...- Ludwik uśmiechnął się pobłażliwie.- Tak, z tego co mi wiadomo, jest dobrze. Jednak zdajesz sobie sprawę z tego, jaka jest sytuacja. Wolę, żeby była jasność, co do tego, kogo zamierzam wybrać na swojego następce. Znając umiejętności naszej rady, testament mógłby się gdzieś zawieruszyć...- rzucił ironicznie.
-Wydaje mi się, że rada będzie równie zachwycona tą decyzją, jak i Hadrin- stwierdził z pełnym przekonaniem Amir, uśmiechając się lekko.
Gawędził przez chwilę z wujem, po czym wyszedł z komnaty i skierował się na dół. Gdy schodził po schodach, nie mógł w żaden sposób opanować wesołego uśmiechu, który cisnął mu się na usta. Kto by pomyślał...! Wuj dał mu odrobinę wolności! Ba! Właściwie nie tylko przyzwolił, ale i sam umożliwił mu wstąpienie do armii. Amir nigdy nie wątpił, że Ludwikowi zależy na ich szczęściu, ale przyzwyczaił się już do jego pouczeń na temat rozwagi, obowiązkowości, odpowiedzialności za decyzje, które się podejmuje. Jego wuj zwykł w końcu twierdzić, że najważniejsze jest królestwo, a oni, jako jego przybrani synowie, są zmuszeni tak samo jak i on, poświęcić się mu zupełnie. Może wuj zrozumiał to, co Amir próbował wyjaśnić mu od dawna. Że są różne rodzaje poświęcenia dla ojczyzny. Jest poświęcenie króla, ale i poświęcenie każdego innego, kto chce jej służyć, choćby żołnierza właśnie. Teraz zresztą będzie miał okazję to udowodnić.
Zasiadł w jadalni i zaczął jeść przyniesione przez służbę śniadanie, gdy pojawił się jego brat.
-No proszę...- Amir uśmiechnął się, widząc pełen zadowolenia wyraz twarzy Hadrina i wstał od stołu, by się z nim przywitać.- Słyszałem, że Ludwik zamierza oficjalnie ogłosić to, że zostaniesz królem... Nie żeby to nie było oczywiste od jakiegoś stulecia...- dodał konspiracyjnym szeptem, po czym obaj zaśmiali się jednocześnie.
-Mam nadzieję, że... Nie masz nic przeciwko?- Hadrin wbił w niego nieco zakłopotane spojrzenie.
Amir westchnął ciężko, przewracając oczyma.
-Rozmawialiśmy o tym setki razy- zauważył z politowaniem.- Dobrze wiesz, że nie mam. Gratuluję.
-Dziękuję...- odpowiedział z uśmiechem Hadrin i wpatrywał się przez chwilę w brata w milczeniu, z dziwną miną. Amir spoglądał na niego, zastanawiając się, o co chodzi.- Właściwie... Właściwie, to jest coś jeszcze...- przyznał jasnowłosy.
-Jeśli chcesz zaprosić mnie na to... oficjalnie nudne spotkanie, to mogę przyjść...- stwierdził rozbawiony.- Chociaż ostrzegam, że mogę przysnąć w kulminacyjnym momencie...
-Liczyłem na to, że przyjdziesz- zachichotał Hadrin, po czym spoważniał i pokręcił głową.- Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że... Chodzi o to, że się żenię- dokończył wreszcie, po chwili wahania.
Amir wbił w niego zdumione spojrzenie.
-Żenisz się...?- zapytał, ledwie mogąc w to uwierzyć.- Z kim?
-Przecież wiesz...- Hadrin odgarnął pasmo włosów, wyraźnie zakłopotany.
-Z tą wieśniaczką...?- dopytał, choć mina brata mówiła sama za siebie. Zaśmiał się serdecznie, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Widzę, że dzisiejszy dzień to istny dzień niespodzianek... Przecież mówiłeś, że nie zamierzasz się z nią żenić, przez to, skąd pochodzi. Obawiałeś się przyszłych plotek.
-I tak już plotkują- Hadrin wzruszył bezradnie ramionami.- A ja jestem zakochany...- dodał, z tak rozanielonym uśmiechem, że Amir aż zaczął się śmiać.- Myślę, że będę z nią szczęśliwy.
-Mam nadzieję...- stwierdził pogodnie mężczyzna, spoglądając na brata z serdecznością. Cieszył się, że zmienił zdanie. Nie wtrącał się w jego sprawy, chociaż drażniło go jego wcześniejsze postępowanie i podejście do tego nietypowego romansu.- W takim razie, chyba powinieneś się pospieszyć, zanim nasza arystokracja wybierze ci jakąś nadętą szlachciankę na żonę... I nie wspominać im o swoich planach, dopóki będzie już po...- dodał Amir, będąc przekonanym, że takie małżeństwo miało nikłe szanse na aprobatę ze strony wiecznie bogatych.
-Coś wymyślę- zapewnił go Hadrin.
-Oby. Jak ona ma właściwie na imię...?- zapytał Amir.
Jego brat otworzył usta, ale nie powiedział zupełnie nic, lekko zagubiony.
-Co ty...? Zapomniałeś?- zażartował Amir i zaczął się śmiać, widząc minę brata.
-Nie... Nie, oczywiście, że nie...- Hadrin pokręcił głową, uśmiechając się jakoś dziwnie.- Właściwie to sobie o czymś przypomniałem. Muszę już iść. Zobaczymy się później, dobrze?
-Jasne- zgodził się Amir.
Nieco zdumiony obserwował odchodzącego brata. Skończył jeść śniadanie i wyszedł z zamku.
Przechadzał się przez miasto, z jednej strony czując radość, a z drugiej, dziwną bezcelowość. Zatrzymał się nagle, uświadamiając sobie, że właściwie nie wie nawet, dokąd powinien się udać. Nie miał żadnego pomysłu. Znów ruszył przed siebie, bardzo wolno, przyglądając się mijającym go ludziom. I nagle... Nagle zobaczył kogoś innego. Kogoś, kto wyminął go szybko, nim Amir zdążył się dobrze przyjrzeć jego twarzy. Mężczyzna obejrzał się za nim, przyglądając się jego smukłej sylwetce, charakterystycznym psim uszom i kręconym włosom. Potomek wilków. Ruszył w jego kierunku, instynktownie, bez chwili namysłu. Wypełniło go dziwne ciepło, wstąpiła w niego jakaś trudna do wyjaśnienia radość, uśmiech pojawił się na jego ustach, które już rozchylały się lekko, jakby miało wyjść z nich jakieś słowo. Wyciągnął rękę w kierunku tego mężczyzny i dotknął jego ramienia, po czym... Ten odwrócił się w jego stronę, mierząc go zdumionym wzrokiem. Amir opanował się natychmiast, wpatrując się w nieznaną mu zupełnie twarz.
-Przepraszam...- rzucił lekko skrępowany, po czym oddalił się szybkim krokiem.
Co za idiotyzm! Co też mu przyszło do głowy! Zupełnie, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś zupełnie innego, ale... Ale właściwie kogo? Tego też nie potrafił sobie przypomnieć. Po chwili namysłu, skierował się w stronę Trupiarni. Wszedł do opustoszałej o tej porze karczmy, witając się z Keanem i zajmując miejsce przy kontuarze. Zamówił sobie piwo i popijał je niemrawo, cały czas, mimowolnie,  zerkając na miejsce przy jednym ze stolików, stojącym przy oknie, to znów na miejsce tuż obok niego. Potarł skronie, mocno zdezorientowany. Znów miał wrażenie, że czegoś zapomniał.
Powinien być szczęśliwy. Właściwie to był szczęśliwy. Chyba. Tak, chyba był szczęśliwy. W końcu będzie mógł robić to, co robić chciał i jego wuj wreszcie go za to docenił. W końcu Hadrin oficjalnie zostanie wybrany następcą króla, co było dość oczywiste, ale na pewno sprawiło jego bratu wielką satysfakcję. No i jest zakochany. Ożeni się. To dobrze. Bardzo dobrze. Pozbył się dziwacznych uprzedzeń i obaw, i zdecydował się na coś takiego. Więc tak, Amir był szczęśliwy. Szczęśliwy swoim szczęściem i szczęściem swojego brata. Dziwne to jednak było szczęście, skoro wywoływało niezrozumiałe wątpliwości i wyrzuty sumienia.
-Tu jesteś...- głos Hadrina wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił się, dostrzegając brata, który zajął miejsce obok niego.- Tak sądziłem.
Amir uśmiechnął się do niego lekko. Rozmawiali ze sobą przy alkoholu. W karczmie zdążyło się już zgromadzić trochę osób, choć nie był to czas największego tłoku. A on wciąż spoglądał w kierunku opustoszałego stolika i wydawało mu się, że ktoś jeszcze powinien się pojawić.
-Hadrin...- zaczął powoli, zamyślony.- Czy my... Czy ja byłem tutaj z kimś umówiony...?- zapytał, zagubiony, nie rozumiejąc zupełnie własnych odczuć.
-Hm...? Nie wiem. Chyba nie. Nic mi o tym nie wiadomo- odpowiedział jego brat, wzruszając ramionami.- Nie pamiętasz? Wypiłeś wczoraj za dużo, czy jak?- zaśmiał się po chwili.
Amir wzruszył ramionami i właśnie uświadomił sobie coś dziwnego. Otóż to. Nie pamiętał. Zupełnie nie pamiętał, co robił wczoraj. Próbował się skoncentrować na tym z całej siły, wrócić pamięcią do wczorajszego dnia, wieczora, popołudnia, poranka, do jakiejkolwiek czynności, którą wykonywał albo osoby, z którą rozmawiał, ale nic, zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy!
-Co ja właściwie robiłem wczoraj...?- zapytał, kompletnie oszołomiony.
Brat spojrzał na niego z niepokojem.
-Przecież rano się z kimś pojedynkowałeś. Później obaj jedliśmy obiad z wujem. Wieczorem przyszliśmy tutaj. Byliśmy razem prawie cały czas. Naprawdę nie pamiętasz...?
-Pa... Pamiętam...- odparł po chwili wahania Amir, rzeczywiście sobie przypominając. Tak, słowa brata odświeżyły w nim wspomnienia. Teraz pamiętał już wyraźnie. Ich wieczorny pobyt w tym miejscu, rozmowę z wujem i... i pojedynek. Pojedynek... Spojrzał na miejsce obok niego, zajmowane przez Hadrina. Znowu naszła go myśl, że powinien na nim siedzieć ktoś zupełnie inny. Pojedynek. Co z tym cholernym pojedynkiem?!- Możesz mi przypomnieć, z kim się pojedynkowałem...?- zapytał, zakłopotany.
-Z Aventusem. Synem jednego z arystokratów...- dodał, widząc zdumione spojrzenie Amira.- Ty naprawdę nie pamiętasz?
-Teraz już pamiętam... Ale... Ale czuję się trochę skołowany...- przyznał, zagryzając wargę.
-To chyba przez ten wypadek.
-Co takiego?- Amir spojrzał na brata bez zrozumienia.
-Tego też nie pamiętasz?- Hadrin wyglądał na poważnie zaniepokojonego.- Kilka tygodni temu, wyjechaliśmy razem na przejażdżkę. Spadłeś z konia i straciłeś przytomność. Wtedy też miałeś problem z tym, żeby przypomnieć sobie to, co się ostatnio działo, ale później ci przeszło. Może to z tego powodu...?
-Może...- potwierdził Amir.
-Powinieneś zobaczyć się z medykiem- stwierdził z powagą jego brat.- Im szybciej, tym lepiej. Chodźmy już.
Hadrin wstał z miejsca i poczekał, aż jego brat się podniesie. Amir zapłacił Keanowi, a następnie odwrócił się odrobinę nazbyt gwałtownie, wpadając na niosącą tacę kobietę. Ta wyślizgnęła jej się z rąk, a jej zawartość, pusty kufel i kilka złotych monet, opadło z brzdękiem na posadzkę. Amir zatrzymał się nagle, jakby coś mu to przypomniało.
-Kryształy...- wyrzucił z siebie, nim zdążył się zastanowić, o czym mówi.- Co z kryształami...?- spojrzał na brata, pełen wątpliwości, nie mogąc sobie przypomnieć, do czego sam usiłuje wrócić wspomnieniami.
-Kryształy...?- powtórzył ze zdumieniem Hadrin.- Ach, tak, kryształy!- dodał zaraz, ze śmiechem.- Wuj ostatnio pytał nas o radę. Chciał udekorować jedną z sal. Zrobiono mu na zamówienie kryształowe naczynia. Bardzo ładne. Pamiętasz?
Pamiętał. Pamiętał wszystko, o czym mówił mu Hadrin, ale to wcale nie zmniejszało jego zagubienia. Wyszedł razem z bratem z karczmy, kłaniając się mijającym ich szlachcicom i obaj ruszyli w stronę zamku. W pewnym momencie odwrócił głowę w stronę lasu i zatrzymał się gwałtownie, spoglądając w tamtym kierunku.
-Amir...?- jego brat stanął przy nim, wpatrując się w niego bez zrozumienia.- Co się dzieje?
Gdyby on to wiedział! Dlaczego wciąż męczyło to go dziwne wrażenie? Jakby o czymś zapomniał, pominął jakiś istotny szczegół, jakby czegoś mu brakowało? Tak bardzo, że to uczucie nie dawało mu spokoju i sprawiało, że nie był w stanie skoncentrować się na niczym innym. To przez ten wypadek? A przez co by innego? Wydawało mu się, że nigdy wcześniej nie miał takich problemów, nigdy wcześniej nie zdarzało mu się nie pamiętać tego, czym zajmował się ledwie dzień czy dwa temu. A teraz... Bogowie. Czuł się taki zdezorientowany! Co on właściwie pamiętał...? Pamiętał dzisiejszy dzień, rozmowę z wujem, pamiętał to, o czym mówił mu Hadrin, co mu opisywał, przypominał, a oprócz tego...
Nadim. To imię wdarło się do jego świadomości nagle, zupełnie bez przyczyny, wywołując dodatkowy zamęt i dezorientację. Nadim. Kto to był, u licha? Dlaczego tak nagle mu się to przypomniało? Nadim, Nadim, Nadim – powtarzał sobie w myślach nieustannie, usiłując odszukać w pamięci cokolwiek, co wiązałoby się z tym imieniem – twarz, głos, wydarzenie, cokolwiek. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Nic prócz coraz bardziej wyraźnej myśli, że coś było zdecydowanie nie w porządku. I, że powinien coś zrobić. Natychmiast.
-Kim jest Nadim...?- rzucił głucho, spoglądając wciąż w stronę lasu.
-Nadim...?- zdumiał się jego brat, marszcząc brwi.- Nie wiem... Nie mam pojęcia...
Amir niemalże bezwiednie ruszył przed siebie, zatrzymany gwałtownie przez Hadrina, który chwycił go za ramię.
-Ach, tak, Nadim!- rzucił nagle jasnowłosy, jakby sobie przypomniał. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco.- Znam to imię! Ale... Nadim to nasz służący... Jeden z naszych służących w zamku...- Hadrin wydawał się być nieco zagubiony.- Chodzi ci o niego...?
Amir zawahał się, nie będąc w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Służący? Po co miałby rozpytywać o służącego? Z jakiej przyczyny miałby pamiętać akurat jego imię? Nic już z tego wszystkiego nie rozumiał.
-Muszę z nim porozmawiać- stwierdził stanowczo.- Natychmiast.
Wyrwał się z uścisku brata i ruszył znów w stronę lasu, ponownie zatrzymany przez Hadrina.
-Do zamku, Amir- uświadomił go brat, wpatrując się w niego z wyraźnym niepokojem.- Zamek jest w tamtą stronę. Chodźmy.
Amir zagryzł nerwowo wargę i skinął głową, idąc razem z przyglądającym mu się ukradkiem z uwagą jasnowłosym. Czemu go to dręczyło? Nagląca myśl, że powinien zobaczyć Nadima, kimkolwiek był, że powinien z nim porozmawiać, chociaż nie miał pojęcia, o czym miałby z nim mówić, że powinien w związku z tym o czymś pamiętać, zrobić coś, ale w głowie miał zupełną pustkę.
Natknęli się na grupkę trzech mężczyzn, wyraźnie pijanych, którzy nie wiedzieć czemu, nagle zwrócili na nich uwagę.
-A to kto...?- rzucił ledwie przytomnym głosem jeden z nich, śmiejąc się cicho i zagradzając Hadrinowi drogę. Amir sięgnął odruchowo do pasa, usiłując odnaleźć dłonią miecz, ale zdał sobie sprawę z tego, że go przy sobie nie ma.- Chyba mamy nowych znajomych!
-Zejdź mi z drogi- warknął jego brat, spoglądając na rosłych mężczyzn lodowato.
-I to znajomych, którzy szukają kłopotów!- zawtórował mu drugi, podwijając rękawy.
-... I znajomych, którzy są następcami tronu...- dopowiedział bez cienia lęku Hadrin. Amir spojrzał na niego, kompletnie zaskoczony jego postawą.- Jeśli ktoś szuka kłopotów, to właśnie wy.
-No patrzcie, kolejne książątka nam się trafiają, no!- stojący przed Hadrinem mężczyzna parsknął śmiechem.- Dziwne, że każdy tłumaczy się dokładnie tym samym... Ale każdy broni się jak umie...
-Chętnie ci pokażę, w jaki sposób się bronię- wycedził przez zęby jasnowłosy, zbliżając się do mężczyzny i wyciągając nagle zza pasa sztylet, który przystawił mu do brzucha. Tamten znieruchomiał natychmiast, przerażony.- A teraz. raz jeszcze, proszę uprzejmie, zanim się zdenerwuję. Zejdź mi z drogi.
Amir wpatrywał się w brata z niedowierzaniem.
Stojący przed Hadrinem mężczyzna przełknął nerwowo ślinę, po czym uniósł dłonie w obronnym geście i odsunął się bez słowa.
-Chodź- rzucił do brata jasnowłosy i poczekał, aż ten pójdzie przodem, po czym ruszył w ślad za nim, oglądając się złowrogo na tych, którzy ich zatrzymali.
Amir wciąż nie był w stanie wyjść ze zdumienia, pomieszanego z czymś na kształt podziwu. Pierwszy raz widział Hadrina... takiego. Stanowczego, odważnego, gotowego do walki... Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej, w podobnej sytuacji, jego brat był w stanie obronić się samodzielnie.
-Od kiedy nosisz ze sobą sztylet...?- zapytał zdziwiony.
-Od kiedy zaczął się przydawać- zaśmiał się serdecznie Hadrin, przyspieszając kroku.
Dotarli do zamku. Przeszli do komnaty Amira.
-Zostań tutaj. Sprowadzę medyka- poinformował brata Hadrin.
-Nie!- zaprotestował stanowczo mężczyzna.- Muszę najpierw porozmawiać z Nadimem.
-Dobrze. Jak tylko spotkasz się z medykiem.
-Najpierw chcę zobaczyć się z nim- uparł się Amir.
Jego brat spojrzał na niego, po czym westchnął, zrezygnowany i skinął głową. Wyszedł z pomieszczenia i wrócił kilka minut później, w towarzystwie jakiegoś człowieka. Amir przyglądał mu się przez chwilę, będąc jednak przekonanym, że nigdy wcześniej go nie widział. To był Nadim...? Ten Nadim, o którym myślał? Niemożliwe, na pewno nie!
-To nie jest Nadim- stwierdził, niemalże całkowicie przekonany.
-... Tak mam na imię, panie...- bąknął służący, spoglądając na Amira jak na szaleńca.
-To nie ten Nadim- sprostował mężczyzna.
Jego brat poprosił człowieka, którego przyprowadził, by wyszedł.
-Amir, o co chodzi...?- zaczął łagodnie, podchodząc do niego i kładąc dłonie na ramionach brata.
-Nie o niego mi chodzi. Chodzi mi o potomka wilków- powiedział nagle, wydawało mu się, że zanim zdążył w ogóle o tym pomyśleć. Tak. Tak, chodziło o potomka wilków. Nadim był potomkiem wilków. Nadim był w Trupiarni, a przynajmniej powinien w niej być. I był w lesie. I... Amir nadal nie potrafił sobie przypomnieć, jak ten wyglądał, ani skąd właściwie go znał.
-To jedyny Nadim, jakiego znam- poinformował brata Hadrin, spoglądając na niego z troską.- Być może ty znasz jakiegoś innego, nie mam pojęcia. Uważam jednak, że powinieneś odpocząć. Pójdę po medyka.
-Nie, nie!- zaprotestował stanowczo mężczyzna, kręcąc gwałtownie głową. Coś mu się przypominało... Coś wykluwało się w jego głowie powoli, jakieś pojedyncze słowa, pojedyncze obrazy, zdawałoby się, że zupełnie ze sobą niezwiązane, wręcz abstrakcyjnie.- A co z demonem...?- zapytał nagle.- Co z demonem i Fortisem...?
-Z demonem i Fortisem...?- powtórzył Hadrin, kompletnie oszołomiony.
Amir odsunął się od brata i zaczął krążyć po pokoju, usiłując ubrać chaotyczne myśli, których nie potrafił zrozumieć, w odpowiednie słowa.
-Tak... Tak, demon i Fortis... Fortis, z opowieści potomków wilków... Z opowieści na temat wielkiej wojny... Przywołał demona... Nie, to demon znalazł jego... I Nadim...- zatrzymał się nagle, zagryzając wargę i przeczesując nerwowo włosy palcami. Niczego już nie rozumiał.
Hadrin nie odrywał od niego zaniepokojonego spojrzenia.
-Przysięgam na bogów, Amir, nie mam pojęcia, o co ci chodzi...- powiedział cicho, wyraźnie zmartwiony.
Amir przeniósł wzrok na brata, wpatrując się w niego w milczeniu. I dopiero po chwili, zdał sobie sprawę z czegoś, co wcześniej prócz zdumienia nie wzbudziło w nim ani odrobiny refleksji.
-Jak udało ci się to zrobić...?- zapytał w końcu, marszcząc brwi.- Jak udało ci się ich odpędzić...? Tych ludzi, którzy nas zatrzymali...?
Hadrin parsknął śmiechem, kręcąc głową bez zrozumienia.
-Całkiem normalnie. Przecież przy tym byłeś. Sam widziałeś.
Amir nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.
-Ty nie radzisz sobie z takimi sytuacjami. Nie jesteś taki.
-Jaki?- jego brat rozłożył ręce w geście bezradności.
-Nie radzisz sobie beze mnie. Bez innych.
-Radzę sobie doskonale, Amir. Jestem odważny.
-Nie...- stwierdził z pełnym przekonaniem mężczyzna.- Nie jesteś. Chciałbym, żebyś taki był. Tak samo, jak chciałbym, żeby wuj był wobec mnie bardziej wyrozumiały i docenił to, co mnie interesuje. Chciałbym, żebyś był stanowczy i żebyś potrafił sobie radzić samodzielnie. Ale ty...- zawahał się przez chwilę, po czym kontynuował- Ty jesteś słaby. Nie tylko fizycznie. Boisz się wszystkiego. Jesteś uległy. Tchórzliwy. Nie masz swojego zdania. Zachowujesz pozory i dlatego nigdy nie ożeniłbyś się z tą dziewczyną. Twoja reputacja jest dla ciebie ważniejsza. I opinia arystokratów.
-Miło wiedzieć, jakie masz o mnie zdanie...- Hadrin wyglądał na zranionego.
-... I dlatego wuj wybrał na króla mnie, nie ciebie...- dokończył Amir, przypominając sobie o tym.- Właśnie dlatego.
-A więc o to chodzi, tak?- Hadrin prychnął z niedowierzaniem.- Chodzi o władzę? Jesteś zazdrosny? Zawsze wiedziałem, że chcesz być królem!
-Nigdy nie chciałem nim być!- odparł impulsywnie Amir.- Nie chciałem tego, a mimo to, wuj wybrał mnie, nie ciebie! Chociaż spodziewałem się czegoś zupełnie innego! I chciałem czegoś zupełnie innego! Chciałem, żeby pozwolił mi działać, a tobie być królem, skoro tak bardzo o tym marzyłeś! Chciałem wszystkiego, co dziś zobaczyłem!
-Nie rozumiem, o co ci chodzi.
-Ja też nie. Ale wiem, że coś jest nie w porządku. Wiem, że coś jest nie tak!- upierał się Amir, choć malujące się w oczach brata niezrozumienie, odbierało mu całkowicie resztki pewności.- Wiem, że to ma związek z Nadimem. I z kryształami. I z demonem... Mieliśmy szukać kryształów. Ja i Nadim...- wyjaśnił, spoglądając na brata z oczekiwaniem, jakby liczył na jego potwierdzenie.- Zostaliśmy wysłani przez Ludwika i Canisa. Mieliśmy powstrzymać demona. Tak właśnie było, prawda...?
-Amir, czy ty siebie słyszysz...?- Hadrin wyglądał na poważnie zaniepokojonego.- Nadim, potomkowie wilków, kryształy... Niech będzie, ale na bogów, demon...?- jasnowłosy pokręcił głową.- Przecież to niedorzeczne, absurdalne.
Jego brat miał rację. To było niedorzeczne i zupełnie nieprawdopodobne.
-Posłuchaj mnie uważnie...- zaczął raz jeszcze Hadrin, podchodząc powoli do brata i spoglądając na niego cierpliwie.- To przez ten wypadek. Jestem pewien. Czujesz się gorzej, dlatego powinieneś porozmawiać z medykiem. Ale najpierw się prześpij. To ci dobrze zrobi.
-Nie...- odparł mechanicznie Amir, kręcąc głową.- To nic nie da.
Hadrin spojrzał na niego pytająco.
-To nic nie da, bo ja już śpię, prawda?
-Amir, wydaje ci się, że to jest sen?- Hadrin pokręcił głową.- Naprawdę potrzebujesz pomocy.
-I jeśli to jest mój idealny sen... I wszystko jest dokładnie takie, jak tego chcę...- Amir ruszył powoli w stronę brata, wpatrując się w niego z uwagą.- To gdyby stało się coś, co zniszczyłoby tę doskonałość, obudziłbym się, prawda...? Gdyby stała ci się krzywda, to już nie byłoby idealne. To złudzenie by runęło...
-Co ty robisz...?- jasnowłosy zaczął cofać się, przerażony.- Amir, boję się ciebie. O co ci chodzi...?
Amir odetchnął płytko.
-Muszę się obudzić...- stwierdził z pełnym przekonaniem.- Muszę się upewnić, że to sen...
-Amir...
-... A jeśli to wszystko ma tak wyglądać...
-Amir, opanuj się!
-... To musi być sen.
Hadrin cofnął się, uderzając plecami o ścianę i tracąc możliwość ucieczki. Amir zbliżył się do niego, nie wiedząc nawet jeszcze, co właściwie chce zrobić. Wszystkie emocje, odczucia, pomieszane wspomnienia, kłębiły się w nim sprawiając, że nie był już w stanie ocenić tego, co było rzeczywiste, a co urojone.
-Amir! Amir, to ja, twój brat!- krzyknął rozpaczliwie Hadrin, wpatrując się w niego płochliwie.- Co chcesz mi zrobić...? Chcesz zrobić mi krzywdę...? Zabić mnie...? Naprawdę tego chcesz?
Amir znieruchomiał momentalnie, zupełnie skołowany.
-Nie... Nie, nie chcę...- rzucił, przerażony swoim wcześniejszym pomysłem.
Przeczesał włosy palcami, zagryzając wargę. Myślał o tym, by skrzywdzić własnego brata. Czy stracił zmysły...? Czy do reszty już oszalał, skoro przyszło mu do głowy coś tak makabrycznego...?
Uspokoił się, opanował. Starał się uporządkować swoje myśli, zebrać je w logiczną całość, doszukać się w nich jakiejś racjonalności. Ale to, co go otaczało i to, co przychodziło mu do głowy, nie było wcale racjonalne. Było dziwaczne i niezrozumiałe. Dziwaczne były te urywkowe wspomnienia, imiona, zdarzenia, które zdawały się z niczym nie mieć związku i z niczego nie wynikać, dziwaczna była świadomość odpowiedzialności za coś, czego nie potrafił sobie przypomnieć, poczucia obowiązku, a z drugiej strony, dziwaczny był jego brat, jego wuj, wszystko to, co się wokół niego działo. Może się mylił? Może to rzeczywiście była wina tego wypadku? Zaczęło mu się mieszać w głowie albo dopadł go swoisty obłęd, przez który o mały włos nie skrzywdził jednej z najbliższych dla siebie osób.
Hadrin zaprowadził go do komnaty wuja. Amir usiadł z drugiej strony biurka, przed Ludwikiem, który poinformowany o dziwnym zachowaniu siostrzeńca, spoglądał na niego badawczo, z równą troską i uwagą, co Hadrin.
-Rozmawiałem z medykiem, wkrótce tu będzie- zwrócił się do Amira wuj.- Nie musisz się niczym niepokoić.
-Nie muszę się niepokoić?- powtórzył z niedowierzaniem mężczyzna.- Omal nie zabiłem Hadrina.
-To nie twoja wina. Jesteś po prostu zagubiony.
-Jestem zagubiony, bo to wszystko wydaje mi się zupełnie nierzeczywiste- stwierdził zgodnie z prawdą Amir.
Wuj spoglądał na niego w milczeniu.
-Ale to jest rzeczywistość, Amirze- odparł po chwili.- Twój brat i ja, jesteśmy tutaj naprawdę. Wszystko, co cię otacza, jest prawdziwe. Popełnisz błąd, jeśli o tym zapomnisz.
Już omal go nie popełnił, chcąc zrobić krzywdę Hadrinowi. Przerażało go to, do czego sam był zdolny. Naprawdę oszalał. W swoim życiu napatrzył się już na ludzi obłąkanych, z różnych względów, obłąkanych ideologiami, namiętnościami i obłąkanych przez dziwną chorobę, jaka trawiła ich umysł, nie mającą nic wspólnego z jakimkolwiek wyborem, z poglądami, z niczym, co dałoby się naprawić, wyplenić z głowy. I wydawało mu się, że do tego właśnie zmierza. Trzeba być szaleńcem, żeby negować to, co namacalne, łatwe do sprawdzenia, oczywiste. I trzeba być szaleńcem, by tracić nad sobą kontrolę i choćby myśleć o tak makabrycznych rzeczach, jakie przychodziły do głowy jemu. Był nie tylko zagubiony, zbłąkany, niepewny. Był jakby wyrwany z tego świata, z tej rzeczywistości, która wydawała mu się tak mało realna, że gotów był przedkładać nad nią swoje własne urojenia, zamiast przyjąć ją taką, jaką w istocie była.
-Wzywałeś mnie, królu- usłyszał męski głos i odwrócił się w stronę drzwi. Zobaczył postać, która od razu wydała mu się znajoma, choć z początku przyglądał jej się jedynie ze zdumieniem, usiłując przypomnieć sobie jej imię.
Ciemnowłosy, charakterystycznie odziany mężczyzna, ruszył w kierunku Ludwika i zatrzymał się przy nim, wyjmując zza poły szaty fiolkę z czarną cieczą.
-To specyficzny środek- poinformował Amira, wpatrując się w niego z uśmiechem.- Wypijesz kroplę, drogi książę, i zmoże cię sen. A gdy się obudzisz...
-Nathair...- rzucił głucho mężczyzna, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Pamiętam cię...
-Nie rozumiem, książę- odparł tamten, spoglądając na niego ze szczerym zdumieniem.
-I pamiętam ten płyn!- dodał Amir, podnosząc się gwałtownie z miejsca i spoglądając to na wuja, to na medyka z osłupieniem.- Trułeś tym ludzi. Sprawiałeś, że zasypiali. Ja też teraz śpię.
Ludwik wpatrywał się w swojego siostrzeńca z autentycznym niepokojem.
-Amirze... Devin służy na naszym dworze już od długiego czasu... Nikogo nie zatruł i nie uczynił nikomu żadnej szkody...- wyjaśnił ostrożnie Ludwik.- To on zajmował się tobą po twoim wypadku.
-Nie... Nie, nie!- zaprotestował nerwowo Amir, cofając się o kilka kroków i pocierając skronie, w nerwowym, pełnym bezradności geście.- On nie ma na imię Devin! To Nathair! Devin był tym poetą, który do nas dołączył.
-Do was...?- wuj wpatrywał się w niego bez zrozumienia.
-Do mnie... Do mnie i do Nadima... Kiedy wyruszyliśmy po kryształy... By zatrzymać demona...
Wypowiedział te słowa i zdał sobie sprawę z tego, że zarówno wuj, jak i towarzyszący mu mężczyzna, przyglądają mu się w dziwny sposób. Patrzyli na niego jak na wariata, na kogoś obłąkanego i on sam czuł się taki w tej właśnie chwili. Co za szaleństwo uderzyło mu nagle do głowy...? Co za szaleństwo kazało mu wymyślić coś tak nieprawdopodobnego i niedorzecznego...? Miał wypadek. Był ranny. Coś się z nim stało i zaczynał tracić zmysły. Nathair, Nadim, Devin... Nadim, który był służącym, Devin, będący nadwornym uzdrowicielem... Nic się ze sobą nie zgadzało. Zupełnie nic.
-Usiądź, Amirze...- rzucił łagodnie wuj mężczyzny.
W drzwiach pojawił się Hadrin.
-Bracie...?- zaczął, spoglądając na mężczyznę z uwagą.
Amir odwrócił się w jego stronę, nie wiedząc, co uczynić.
-Bracie, proszę. Zrób to, co radzi ci medyk. Żaden z nas nie chce ci przecież wyrządzić krzywdy. Chcemy tylko twojego szczęścia. Przysięgam.
Hadrin podszedł do niego bliżej i objął go mocno. Amir zacisnął na chwilę powieki, zastanawiając się nad jego słowami. Chcieli jego szczęścia. Chcieli mu pomóc. To dlatego wuj pozwolił mu dołączyć do armii. I dlatego Hadrin zostanie królem. Zamiast niego. Nie. Nie, przecież nigdy nie miał zostać władcą. Jego wuj był odpowiedzialny, rozsądny, nie wyznaczyłby jego, mając do wyboru jego brata... Tym bardziej, że Hadrin był inny, dojrzały, mężny, odważny... Zupełnie inny niż kiedyś. I wuj też był inny. Przecież zawsze argumentował swoje decyzje względem siostrzeńców tym, że nie mogą sobie na wszystko pozwalać. Że reprezentują coś więcej, niż tylko siebie. Że czasem trzeba zrezygnować z osobistych aspiracji, na rzecz czegoś większego. Więc skąd ta nagła zmiana...?
Sięgnął dłonią do pasa brata i wyciągnął jego sztylet, wahając się i niczego już nie będąc do końca przekonanym. Odsunął się od Hadrina z serdecznym uśmiechem, na który jego brat odpowiedział, po czym... zamachnął się, uderzając weń sztyletem. Ale jego brat odskoczył nagle, tak szybko, że trudno było sobie wyobrazić, by w istocie mógł zareagować w podobny sposób.
-Amir!- krzyknął jego wuj.- Co ty wyrabiasz?!
-Wiedziałeś, że zamierzam cię zaatakować...- parsknął z niedowierzaniem Amir, kręcąc głową.- A jednak...
-Oczywiście, że wiedziałem- odparł Hadrin, jakby nie rozumiał, o co chodzi.- Przecież zabrałeś mój sztylet. Zauważyłem to.
-Bzdura.
-Domyślałem się, że możesz coś takiego zrobić.
-Wcale nie. Wiedziałeś, że zamierzam to zrobić. Wiedziałeś to, bo nie jesteś prawdziwy. Jesteś w mojej głowie. I robisz wszystko, żebym nie zorientował się, że to tylko sen.
Hadrin pokręcił głową.
-To absurdalne.
-Tutaj wszystko jest absurdalne- odparł mężczyzna.- Właśnie dlatego, że nie dzieje się naprawdę. To jest sen- stwierdził z pełnym przekonaniem.- Tylko sen- powtórzył, widząc jeszcze przez chwilę wyraz zaniepokojenia malujący się na twarzy Hadrina i słysząc, jak ten zaczyna znów mówić, że Amirowi coś dolega, że nie czuje się dobrze i że powinien... Ale Hadrin zniknął, nim zdążył dokończyć.
-Ty nawet najpiękniejszy sen umiesz zamienić w koszmar, prawda...?- usłyszał czyjś głos i odwrócił się. Na miejscu zajmowanym wcześniej przez Ludwika, siedziała ta kreatura. Ten demon, czy też część demona, który pożerał dzieci.- I pomyśleć, że mogło być tak przyjemnie...
-A więc to jest sen...- Amir nie miał już żadnej wątpliwości.- Bardzo często mi się śnisz.
-Ja też żałuję.
-Dlaczego?
-Bo jestem tobą?- zapytał tamten i wybuchnął śmiechem.- Swoją drogą, nie rozumiem, co tak bardzo wstrząsnęło tobą w tamtym wydarzeniu, że wciąż je rozpamiętujesz...
-Byłeś obrzydliwy- odpowiedział bez cienia wahania Amir.- Pewnie to.
-Zgadza się. Chociaż powinieneś raczej powiedzieć: „bywasz”. Bywasz obrzydliwy, Amirze. Jak wszyscy ludzie.
-Mógłbym się już obudzić, zamiast uroczo z tobą gawędzić...?- zakpił mężczyzna, mocno zniecierpliwiony.
-Uroczo gawędzisz ze samym sobą. To nie jest, wbrew pozorom, zły znak.- kreatura podniosła się z miejsca, uśmiechając z zadowoleniem.- A jeśli tak bardzo chcesz wrócić do ponurej rzeczywistości...? Czemu tego nie uczynisz...?
-Nie potrafię- odpowiedział Amir.
-Dlaczego...?

Amir nie zdążył nawet się zastanowić nad odpowiedzią. Nagle otworzył oczy i dostrzegł przed sobą czyjąś niewyraźną twarz. Poczuł, że znowu leży na zimnej, kamiennej posadzce, cały odrętwiały.
-Obudził się!- usłyszał czyjś zdumiony głos.
-Amir...?- jego kompan nachylał się nad nim, wpatrując się w niego z przerażeniem.- Amir, słyszysz mnie...?
-Mhm...- mruknął niezbyt przytomnie. Potrzebował jeszcze chwili, żeby powrócić do rzeczywistości i zdać sobie sprawę z tego, co się wokół niego działo. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej, obolały i przetarł skronie, po czym rozejrzał się dookoła, dostrzegając grupkę mężczyzn, którzy wraz z przywódcą stali obok, wpatrując się w niego z uwagą.- Co wy tu robicie...?- zapytał, spoglądając na nich niemalże z niedowierzaniem.- Dlaczego go nie gonicie?!
-Idziemy!- zarządził przywódca, posyłając Amirowi ostatnie spojrzenie i opuszczając pomieszczenie w pośpiechu.
-Jak długo...?- Amir spojrzał na kompana pytająco.
-Chwilę wcześniej zeszliśmy. Znalazłem cię tutaj. Czy ten mag...
-Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia- rozsądził mężczyzna, podnosząc się z lekkim trudem na nogi.- Zabrał kryształy.
Nadim wciąż spoglądał na swojego towarzysza z obawą, jakby to, co przed chwilą powiedział, nie było istotne.
-Słyszysz, Nadim? Musimy iść!
Wybiegli z zamku i ruszyli szybko w kierunku lasu. Minęli ostatnie budynki i wbiegli pomiędzy drzewa. W pewnym momencie Amir usłyszał charakterystyczny śmiech i spanikowane słowa Devina:
-Spokojnie... Spokojnie, ostrożnie...
Spojrzał na Nadima i przyspieszył, biegnąc w kierunku, z którego dochodził głos poety.
Nagle, Nadim chwycił go mocno za ramię, zatrzymując gwałtownie. Amir zerknął na niego pytająco, po czym powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem, chcąc dostrzec, co tak bardzo go zdumiało. Znieruchomiał momentalnie, rozchylając wargi ze zdziwieniem i spoglądając przez dłuższą chwilę na pobliskie drzewo. Znajdowały się na nim zwłoki mężczyzny. Nathaira, co z jeszcze większym zaskoczeniem, Amir zauważył dopiero moment później. Wyglądało tak, jakby mag uderzył w nie z dużą siłą. Z tak ogromną, że niektóre gałęzie przebiły jego ciało na wylot. Amir nawet nie potrafił sobie wyobrazić, co się właściwie wydarzyło. W pierwszej chwili sądził, że to kolejne złudzenie.
Razem z Nadimem wyminęli ostrożnie drzewo i zobaczyli stojącego za nim Devina wraz z tym chorym chłopakiem. Ten drugi trzymał w dłoniach sztylet, który Amir skojarzył natychmiast ze sztyletem Nathaira, którym ten go zatruł. Zauważył coś jeszcze. Dookoła, w trawie, leżały fragmenty kryształów.
-Devin!- zwrócił się do poety, który przyglądał się śmiejącemu z zadowoleniem chłopakowi z obawą.
-Dobrzy bogowie, co za szczęście, że tu jesteście!- mężczyzna podszedł do nich szybko, oglądając się na młodzieńca i przełykając nerwowo ślinę.- Nie uwierzycie, zaprawdę mówię wam, nie uwierzycie, co się tu wydarzyło!
-Mów- ponaglił go Amir.
-Znalazłem tego chłopaka w lesie, jak mi kazałeś i czekałem, aż wreszcie ktoś tutaj przyjdzie... Chciałem, rzecz jasna, zaprowadzić go do wioski, ale nie byłem w stanie go do tego zmusić... Mówił, że na kogoś czeka. I zaraz, ledwie chwilę później, pojawił się tutaj ten... ten mężczyzna...- dokończył z przestrachem Devin, wskazując głową w kierunku drzewa, na którym spoczywały zwłoki.- Biegł w naszym kierunku. Sądziłem, że to któryś z tych ludzi. Chłopak stanął mu na drodze. Zdarł mu z szyi te dziwne kamyki, które tu leżą. Widziałem tylko, jak ten dziwny człowiek wyjmuje nóż i próbuje go ugodzić. Ale... Ale mu się nie udało!
-Nie zranił go?- dopytał niepewnie Nadim.
-Sęk w tym, że zranił i... I nie zranił, zarazem!- Devin sprawiał wrażenie mocno zagubionego.- Wbił w niego nóż, czy raczej próbował, tutaj, na moich oczach, ale ten chłopak... Nic mu się nie stało! Zupełnie nic! A później ten chłopak odepchnął go od siebie i...- poeta wskazał bezradnie dłonią w kierunku drzewa, kręcąc jednocześnie głową, jakby chciał dać swoim towarzyszom do zrozumienia, że nie ma pojęcia, jak tamten to uczynił.
Amir wyminął Devina i zbliżył się do młodzieńca.
-Aro...- zaczął łagodnie, spoglądając na niego z uwagą. Chłopak stanął w miejscu, uśmiechając się szeroko.- Oddaj mi to. Proszę.- dodał, spoglądając na trzymany wciąż przez niego sztylet.
Wydawało mu się, że chłopak go zrozumiał. Podszedł do niego parę kroków bliżej i wyciągnął dłoń. Jednak nie tę z nożem, a drugą. Leżał na niej fragment kryształu. Amir spojrzał niepewnie na uśmiechniętą twarz młodzieńca i wziął od niego kryształ. Nie zdążył uczynić niczego więcej, bo w tym momencie, pojawiła się matka chłopaka.
-Aro!- zawołała z ulgą.- Aro, jak dobrze, że tu jesteś!- minęła Nadima, podbiegając bliżej syna i spoglądając na niego z uwagą.- Jesteś cały...?- dopiero teraz przyuważyła sztylet trzymany przez młodzieńca.- Co to takiego, Aro...? Skąd to masz...?- odwróciła się na chwilę w stronę mężczyzn, dopiero w tym momencie dostrzegając ciało maga.- Bogowie...- szepnęła, zasłaniając usta dłonią.- Jak to zrobiliście...?- zwróciła się do nich, zdumiona.
-Nie my- odparł znacząco Amir.
-Co takiego...?- matka chłopaka zdumiała się mocno, po czym przeniosła spojrzenie na syna.- Aro...?
-Aro kamień... Aro kamień...- zaśmiał się tamten, spoglądając na martwe ciało Nathaira z satysfakcją.
-Aro, proszę cię, musisz mi to oddać...- powiedziała, podchodząc do niego bliżej.
Aro cofnął się prędko.
-Aro kamień. Zobacz sama. Aro kamień.
-Aro! Oddaj mi to natychmiast! Zrobisz sobie krzywdę!
Chłopak zaśmiał się po raz kolejny.
-Aro kamień. Musisz zobaczyć. Zobacz.
-Aro!- krzyknęła ostrzegawczo, ale było już za późno.
Młodzieniec zamachnął się, wbijając sztylet w swój brzuch. Ostrze weszło głęboko w skórę. Ciemna krew zaczęła stopniowo okalać ranę. Aro wyglądał na zdumionego. Posłał matce zrozpaczone, pełne niedowierzania spojrzenie i upadł na kolana. Matka chwyciła go w ramiona, patrząc na wędrowców z przerażeniem.
-Zróbcie coś! Zróbcie coś, błagam! Mój syn! Mój syn...! Co ty zrobiłeś, Aro...? Co ty zrobiłeś?!
Amir i Nadim wpatrywali się w nią w milczeniu, wiedząc już, że nie da się nic uczynić.
I tylko Devin wciąż powtarzał chaotycznie:
-Widziałem... Widziałem na własne oczy, przysięgam... Przysięgam na bogów, widziałem...

-Jesteście pewni, że nie chcecie iść z nami?- zwrócił się do mężczyzn przywódca, stojący na czele swoich towarzyszy. Mieszkańcy miasta zabrali to, co uważali za najpotrzebniejsze i zdecydowali się natychmiast je opuścić. Mimo, iż zagrożenia już nie było, wyglądało na to, że żaden z nich nie chciał tam pozostać. Może ze względu na wspomnienia, może ze względu na obawy, albo po prostu życie w tak wąskim gronie, słusznie wydawało im się wyjątkowo trudne.
-Nie. Idziemy w innym kierunku- odpowiedział Amir, uśmiechając się lekko.
-A ty, poeto...?- brodaty spojrzał na Devina z lekkim rozbawieniem. Ten podniósł na niego zdumione spojrzenie.- Mógłbyś wyruszyć z nami... Całkiem nieźle śpiewasz...
Devin aż rozpromieniał, po czym Amir wywnioskował bez problemu, że zapewne był to jeden z nielicznych komplementów, jakie dotąd usłyszał.
-Dziękuję ci, panie!- szepnął, autentycznie poruszony.- Chciałbym, jednak... Zostanę z moimi przyjaciółmi- stwierdził przekonany, a Amir aż jęknął głucho i tylko ostrzegawcze spojrzenie Nadima powstrzymało go nawet nie tyle od uszczypliwego komentarza, co od skrępowania Devina, zakneblowania go i wrzucenia na wóz Przebudzonych.
-Trudno... W takim razie weź chociaż to...- przywódca sięgnął po coś i zaraz podszedł do Devina, podając mu lutnię, na której grał tamtego wieczora.- Może tobie się do czegoś przyda.
-Naprawdę...? Ach, dziękuję!- westchnął, rozemocjonowany Devin, spoglądając na mężczyzn z wdzięcznością.
Pożegnali się krótko i ruszyli w przeciwnych kierunkach. Amir już czuł, że pozbycie się ich nowego kompana będzie jeszcze trudniejsze, niż mu się to z początku zdawało.
-Ach, nasza pierwsza przygoda!- obwieścił pogodnie Devin, uśmiechając się szeroko.- Muszę o tym napisać jakąś pieśń! Tak czy inaczej, wiedziałem, po prostu wiedziałem, że stworzony jestem do wielkich rzeczy! Ledwie uszedłem ze swojej wioski, spotkałem was i... już! Już spotykają mnie rzeczy niesłychane! Wspaniałe, doprawdy wspaniałe!
-Co prawda omal nie zginąłem, ale racja, gdyby pominąć ten fakt, uwięzieni w wiosce, tudzież we śnie ludzie, to naprawdę wspaniałe zjawisko...- zadrwił Amir, czego Devin najwyraźniej jednak nie zrozumiał, potakując mu, pełen pogody.
-Jak wyglądał ten sen?- zainteresował się Nadim, wpatrując się w towarzysza z uwagą.
-Dziwnie- przyznał Amir, wzruszając ramionami.- Wszystko było takie... nienaturalne. Nieprawdopodobne. Właściwie nie mogę wyjść ze zdumienia, że od razu się nie domyśliłem. I pewnie bym się szybko nie domyślił, gdybym nie przypomniał sobie o...- umilkł w ostatniej chwili, zerkając jedynie na Nadima ukradkiem i dokańczając nieporadnie- … o czymś istotnym.
-O czym?- dopytywał potomek wilków.
-Mniejsza z tym- parsknął tylko Amir, nieco skrępowany.
-Naprawdę spełniały się tam twoje marzenia?
-Cóż...- Amir zastanowił się nad tym chwilę. Nie był do końca przekonany. Chyba, gdyby rzeczywiście się spełniały, to Nadima by tam nie zabrakło. A biorąc pod uwagę przywiązanie Amira do niego, prawdopodobnie byłby jedną z głównych postaci tego snu.- Można tak powiedzieć. W każdym razie, wuj stwierdził, że mogę wstąpić do armii i zajmować się tym, no i zamierzał ogłosić, że Hadrin zostanie królem.
Nadim uśmiechnął się z politowaniem.
-No tak...- rzucił, kręcąc głową z uśmiechem.- Kiedy inni marzą o władzy, ty marzysz o tym, by jej nie posiadać...
-Taki już jestem- odparł Amir, śmiejąc się cicho.
-A co ze mną?- padło pytanie, którego trochę się obawiał.
Spojrzał na Nadima, nie bardzo wiedząc, jak odpowiedzieć. Gdyby powiedział, że nie było go wcale, potomek wilków mógłby to opacznie zrozumieć. A Amir bardzo nie chciał, szczególnie ostatnimi czasy, by cokolwiek, co się pomiędzy nimi działo, rozumiał opacznie. Pomijając swoje własne uczucia do niego.
-No... Byłeś... Tu i tam...- odpowiedział nieco nerwowo.
-Tu i tam?- zaśmiał się na to stwierdzenie potomek wilków.- Ale co dokładnie robiłem?
Amir westchnął głęboko, spoglądając na maszerującego na przodzie Devina.
Akurat w takich momentach, bardzo by mu się przydało jego gadulstwo.