Strony

czwartek, 6 września 2012

~ . 22 . ~ [Drag Queen]


by : Cannum

O Boże, za jakie grzechy...!
Jęknąłem głucho, czując, jak moja druga połówka odrywa się ode mnie, by nie rzec, że wręcz odlepia, usiłując nieco niezdarnie wyplątać się z pościeli i podnieść z łóżka. Nie muszę chyba dodawać, że była to skandaliczna pora. I nie, nie standardowo skandaliczna. To była pora wykraczająca właściwie poza wszelkie dopuszczalne normy skandaliczności! Było przed czwartą, do licha!
-O nie, nie, nie, nie znowu!- zaprotestowałem natychmiast, reagując dość sprawnie i szybko, biorąc pod uwagę marną przytomność mojego umysłu. Chwyciłem Nathana mocno za nadgarstek, zatrzymując go na pościeli.
Okej, taki wypad bladym świtem mógł mu się zdarzyć raz, ale dwa razy z rzędu to stanowczo za dużo! Mówił mi o tym, że ma teraz spore zamieszanie i dużo pracy, co starałem się, wierzcie mi, z całego serca i braku doświadczenia w temacie martwienia się pracą, zrozumieć, ale to była przesada! Przecież miał swoje godziny pracy! Ja swoich pilnowałem co do sekundy i żadna siła nie byłaby w stanie mnie skłonić, bym pracował choćby jedną minutkę dłużej! A on często zajmował się tym wszystkim nawet po godzinach. Ale przed godzinami?! Skandaliczny skandal!
-Nie tak się umawialiśmy, Nathanie Mason!- dodałem, absolutnie rozżalony, jakbyśmy rzeczywiście umawiali się na cokolwiek.
Boże, dlaczego miłość mojego życia, ideał pod każdym względem i obiekt mojej szaleńczej obsesji, musiał być sztandarowym przykładem pracoholizmu w czystej postaci?! I nie, nie przemawiają do mnie argumenty, że jest na odpowiedzialnym stanowisku i musi pracować więcej. Bądźmy szczerzy, okej? Nikt nie zostaje dyrektorem, żeby pracować więcej! Dyrektorem zostaje się po to, żeby więcej zarabiać! I żeby wysługiwać się swoimi podwładnymi, co oczywiste! Nawet ja to wiedziałem! Ale nie Nathan, oczywiście! On musiał wszystko sprawdzić osobiście, przecinek po przecinku, liczbę po liczbie, a później najlepiej jeszcze raz dla pewności...
-Alex...- Nathan westchnął głęboko, spoglądając na mnie ze spokojem.- Dobrze wiesz, że muszę się zająć niektórymi sprawami... Jeśli nie zrobię tego rano, będę musiał poświęcić na to popołudnie...
A to oznaczało jedno. Brak czasu dla swojego ulubieńca. Wobec tak ciężkich argumentów, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko puścić Nathana z bolesnym wyrazem rezygnacji na twarzy.
Tak nie może być! Nathan powinien budzić się obok mnie z rana, zabierać mi kołdrę, żebym wstał, popędzać mnie, żebym szybciej się ubierał i jeść ze mną śniadanie... Wymykanie się z domu bladym świtem nie jest ani trochę filmowe. No dobrze, mogłoby być filmowe, gdybym był sekretnym kochankiem Nathana, a on miałby żonę.
… Co właściwie mogło się zdarzyć.
Albo, w wersji zdecydowanie gorszej dla mnie, gdyby Nathan miał sekretnego kochanka.
… Chociaż jakoś ciężko było mi sobie wyobrazić jego namiętny, biurowy romans z Bookcherem w roli głównej.
-Jeśli będziesz tak ciężko pracował, nie dożyjesz ślubu naszych dzieci...- rzuciłem dramatycznie, obserwując, jak mój kochanek krząta się po pomieszczeniu.
-Prawdopodobnie nie dożyję nawet ich narodzin, więc żadna różnica- odparł z rozbawieniem.
Mruknąłem coś pod nosem, wyjątkowo niezadowolony.
-Obiecuję, że po pracy zajmę się już tylko tobą...- Nathan zatrzymał się przy łóżku, spoglądając na mnie. Zerknąłem na niego zmrużonymi oczyma.- Zabiorę cię gdzieś na obiad, a później... A później pomyślimy, co dalej- skwitował bardzo dyplomatycznie, co wywołało u mnie parsknięcie śmiechem.
-Niech ci będzie- zgodziłem się z ciężkim westchnieniem, wtulając w poduszkę.
-Klucze zostawię ci w kuchni na stole. Razem z pieniędzmi na taksówkę.- podniosłem się raz jeszcze, spoglądając na niego ze zdumieniem.- Tak, Alex, tym razem zamówisz sobie taksówkę...- rzucił i, choć słabo widziałem, byłem pewien, że uśmiecha się właśnie złośliwie.- A żeby nie okazało się, że jakimś okrutnym zrządzeniem losu natrafiłeś akurat na jednego, jedynego taksówkarza w całym mieście, który nie wie, gdzie powinien jechać albo będzie miał usterkę samochodu... Zostawiam ci też sprawdzony numer.
Och, Nathanie Mason, przebiegła bestia z ciebie!
-Okej...- zgodziłem się, kładąc z powrotem.
Nathan ruszył do drzwi, po czym zatrzymał się w progu i obejrzał.
-Alex, uważaj na siebie- powiedział poważnym tonem. Uśmiechnąłem się jedynie pod nosem. Uwielbiałem jego troskę, szczególnie, gdy zachowywał się tak, jakbym był nierozgarniętym dzieckiem, które zaraz wpakuje się w kłopoty. A może to ja się tak zachowywałem...? Hm...- Zamknij drzwi i jedź prosto do pracy. I nie wyłączaj telefonu. I dzwoń, gdyby coś się działo.
-Czy nie miałeś przypadkiem wychodzić?
-A czy ty nie próbowałeś usilnie mnie zatrzymać?- zaśmiał się Nathan.
-Nie usilnie, ale desperacko...- wyjaśniłem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Boże, jakim sadystą trzeba być, żeby budzić mnie o takiej porze!- I tak wiem, że nie wygram z twoją pracą.
-Już wygrałeś- odpowiedział miękko Nathan.
-Tak...?- zapytałem, zaciekawiony.- Więc... Chcesz powiedzieć, że zrezygnowałbyś dla mnie...?- nie żebym rzeczywiście zamierzał go o to prosić, bynajmniej. Nathan bez swojej obciążającej pracy był jak... Jak Nathan bez swojej obciążającej pracy! Zapewne kompletnie pozbawiony sensu codziennego funkcjonowania.
-Raczej tak- mężczyzna wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać.- Gdybym miał dobry powód.
Przeszedł do przedpokoju, a ja uśmiechnąłem się absolutnie usatysfakcjonowany i przetoczyłem na drugą, ciepłą jeszcze, połowę łóżka, wtulając się w poduszkę Nathana. „Raczej” absolutnie mi wystarczało. Już sam fakt, że mój kochanek brał tak wstrząsającą zmianę pod uwagę oznaczał, że... Och. Wiecie co, w sumie, to nawet trochę dołujące. Nathan mógł mi pokazać, że jestem dla niego ważny, nawet mówiąc coś takiego. Bez używania słowa „kocham”, które ostatnimi czasy z niezrozumiałej zupełnie przyczyny, paraliżowało mnie i sprawiało, że jąkałem się, wahałem, zastanawiałem i szukałem odpowiedniej formy, dla pozornie tak ubogiej treści. Jasne, też mogłem powiedzieć: „Ej, Nathan, rzuciłbym dla ciebie pracę, wiesz?” - ale jakie to będzie miało znaczenie? Rzuciłbym tą pracę bez żadnego szczególnego powodu, gdybym znalazł gdzieś miejsce, w którym mógłbym się równie mocno obijać i jeszcze przyzwoicie zarabiać. Szczególnie teraz, kiedy Nathan ze mną był i nie musiałem już jedynie wyszukiwać go tęsknym wzrokiem na korytarzach. Widzicie beznadziejność mojej sytuacji? Nie mogłem nawet w jakiś praktyczny sposób OKAZAĆ mu, że mi na nim zależy. Bardzo zależy. Bardziej niż tylko bardzo zależy. Bo Nathan robił absolutnie wszystko! Nathan zarabiał, Nathan robił zakupy, Nathan gotował, Nathan sprzątał, Nathan był niczym wielofunkcyjny, perfekcyjny robot, który czegokolwiek by się nie chwycił, i tak potrafił to zrobić tak, jak należy. W przeciwieństwie do mnie.
Przycisnąłem do siebie mocniej jego poduszkę. Ach, poduszkowy Nathanie...! Jesteś najbardziej puchatą ze wszystkich znanych mi poduszek! Jesteś cudownie miękki, wspaniale pachniesz i uwielbiam cię, kocham, kocham...!
-Śniadanie jest w kuchni- Nathan znowu pojawił się w pomieszczeniu, tym razem całkowicie gotów do wyjścia. Spojrzałem na niego, wzdychając tęsknie w duchu. Jeśli wyznam mu swoje uczucia bezpośrednio zanim któryś z nas kopnie w kalendarz (co dość prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego pracoholizm i mój brak rozwagi), to naprawdę uznam to za spory sukces.- Tak przy okazji, możemy się zastanowić nad kupnem drugiego samochodu.
Przez chwilę analizowałem jego słowa, nie do końca je rozumiejąc.
-Że co...?- rzuciłem, patrząc na niego bez zrozumienia.
Parsknął cicho.
-Dla ciebie- stwierdził, jakby to rzeczywiście było oczywiste.
A wierzcie mi, wcale nie było!
-Dla mnie...? Przecież ja nie mam prawa jazdy!- zauważyłem z politowaniem.
-Więc pójdziesz na kurs.
Jasne! Jeszcze tego światu brakuje, mnie za kółkiem! To dopiero byłaby katastrofa! Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym, jadąc tak sobie przez miasto, nagle zaczął myśleć o Nathanie? Nie? I lepiej sobie nie wyobrażajcie.
-Nie podoba mi się ten pomysł- skwitowałem krótko.
-Jasne, że ci się nie podoba. Nie podoba ci się nic, co jest praktyczne i oszczędza czas- rzucił kąśliwie Nathan.
-Poza tym, nie zamierzam cię wyzyskiwać- dodałem całkiem poważnie.- Nie stać mnie na coś takiego, a to twoje pieniądze.
-Nasze pieniądze.
-Nie jesteśmy małżeństwem- odparłem stanowczo i po chwili przypomniałem sobie, co zrobił Nathan w momencie, gdy powiedziałem mu, że nie mieszkamy razem, więc nie mogę u niego codziennie przesiadywać. Wyobrażacie to sobie...? Nathan porywający mnie za miasto, do urzędu, gdzie ja, w białej sukni... Tfu, garniturze (wybaczcie, przyzwyczajenie), wyznaję mu w końcu miłość... Ach. Ach... Aaaaaach... Dobra, dobra, teraz rozumiecie? Właśnie dlatego, nie powinienem mieć samochodu!
-Więc... Pod który adres powinienem wysłać ci rachunek za prąd, który zużywasz, oglądając te mdławe seriale, wodę, której stanowczo nadużywasz podczas kąpieli i tonę jedzenia, jaką zjadłeś odkąd tutaj jesteś...?- Nathan uśmiechnął się złośliwie, nachylając nade mną.
-Spadaj, Nathanie Mason- mruknąłem, odwracając się do niego plecami.
Zaśmiał się cicho i musnął wargami mój kark.
Uśmiechnąłem się pogodnie pod nosem, przymykając powieki.
Jestem unoszącą się sto metrów nad ziemią, tęczową chmurką absolutnego szczęścia i nie, z nikim się tym nie podzielę!

Powiem wam, że w gruncie rzeczy naprawdę jestem odpowiedzialnym i dobrym człowiekiem. Okej, może z odpowiedzialnością trochę przesadziłem, ale to drugie pasowało. Skoro byłem w stanie dla miłości mojego życia, dźwignąć się w końcu o właściwej porze, niepoganiany przez Nathana, i kompletnie niewyspany, wsiąść do taksówki, i tłuc się przez zakorkowane miasto, żeby dotrzeć wreszcie do windy pięć minut przed czasem rozpoczęcia pracy – tym ustalonym, nie moim zwyczajowym – to wiedzcie, że naprawdę skłonny byłem do największych poświęceń. Co właściwie mogłoby być moją laurką dla Nathana i dozgonnym dowodem gorących uczuć, ale szczerze wątpię, bym mógł zdecydować się na tego rodzaju heroizm każdego dnia.
Znalazłem się na piętrze i leniwym krokiem skierowałem się w kierunku pomieszczenia, w którym pracowałem. I może właśnie przez moją wątłą, ze względu na porę, przytomność umysłową, nie zauważyłem, że coś było nie w porządku. Dopiero po chwili zorientowałem się, że chociaż minąłem kilka osób, nie usłyszałem żadnego słowa, żadnych urywkowych zdań na temat tego, co kto robił wczoraj, żadnych plotek, żadnych sporów na temat aktualnych trendów i tego typu spraw, o których słyszało się zawsze w damskim gronie naszego oddziału. Odwróciłem się, lekko zdezorientowany i zdałem sobie sprawę, że grupka stojących przy sobie kobiet, zamiast ze sobą rozmawiać, zerkała na mnie ukradkiem, nie mówiąc ani słowa, jakby usilnie oczekiwały tego, że w końcu sobie pójdę, by kontynuować. Uniosłem brew, nieco zdumiony i wszedłem do swojego biura, zamykając drzwi. Zdziwiony niecodzienną atmosferą, ogarnąłem nieco bałagan, jaki panował na moim biurku i zacząłem się zastanawiać, o co właściwie chodzi. Kiedyś nikt nie zwracał na mnie uwagi i byłem powszechnie traktowany jak powietrze. I owszem, odzwyczaiłem się od tego, w momencie mojej małej, chwilowej metamorfozy i... ekhem... Cóż, dość oczywistych, zażyłych relacji z szefem, które z pewnością były przyczyną licznych plotek, i spojrzeń kierowanych w moim kierunku, kiedy akurat wchodziłem czy wychodziłem z biura Nathana albo zatrzymywałem go na chwilę na korytarzu, nawet dla autentycznie (tak, nawet mnie się zdarza!) profesjonalnej, związanej z pracą rozmowy. Ale to nie były tego rodzaju spojrzenia. Wtedy były bardziej... rozbawione, ciekawskie. Szczerze mówiąc, nie miałem bladego pojęcia, o co chodzi. Wyszedłem z pomieszczenia i minąłem jeszcze jedną pracownicę, która na mój widok parsknęła gwałtownym śmiechem i zaraz zasłoniła usta, jakby chciała to zamaskować, co wyszło jej raczej marnie. Jeszcze bardziej zdezorientowany, niż chwilę temu, ruszyłem w kierunku biura Nathana. Kiedy wszedłem do jego przedsionka, w którym siedziała sekretarka – Sarah jeszcze nie było – wpadłem na wychodzącego Bookchera. I to dopiero był szok. Bo Bookcher zamiast rzucić coś w stylu: „Uważaj sobie”, ewentualnie spojrzeć na mnie z oczywistą dla niego wyższością, albo jak zazwyczaj, nie zwrócić na mnie najmniejszej uwagi, spojrzał na mnie tak... Tak... Rany, sam nawet nie wiem. Skrzywił się, jakby obrzydzony, obszedł mnie szerokim łukiem i dopiero wyszedł, mamrocąc coś niezrozumiale pod nosem.
Obejrzałem się za nim i parsknąłem cicho, kręcąc głową. Dom wariatów, słowo daję.
Jednak nie był to koniec niespodzianek, jakie mnie tego dnia czekały. Bo gdy tylko wszedłem do pomieszczenia, w którym pracował Nathan, i przywitałem się z nim z pogodnym uśmiechem, ten posłał mi ostre spojrzenie, od którego dosłownie osłupiałem. Siedział na skraju swojego biurka, trzymając w dłoniach jakąś gazetę.
-O co chodzi...?- zapytałem autentycznie przerażony, bo takiego Nathana dawno nie widziałem, o ile widziałem w ogóle.
I przez tę,stanowczo zbyt długą, chwilę ciszy, jaka zapanowała po moim pytaniu, moja wyobraźnia zaczęła szaleć. I w tym szaleństwie wyobraziłem sobie, jak w jakiś cudowny i zupełnie nierealny, wręcz abstrakcyjny sposób, naraziłem całą firmę na potężne straty. Albo jak przez moje działania, ktoś zdecydował się zwolnić Nathana. I Bookchera... I całą resztę pracowników, bo chyba tylko coś takiego wchodziłoby w rachubę i wyjaśniało te dziwaczne zachowania. Obie wersje wydawały się być jednak równie mało prawdopodobne, a wręcz niemożliwe, co doprowadziło do tego, że w mojej głowie zaczęły tworzyć się jeszcze bardziej szaleńcze i zupełnie nieprawdopodobne historie.
-Proszę...- odezwał się w końcu Nathan, rzucając gazetę na biurko.
Milcząc, podszedłem do niego bliżej. Wziąłem gazetę w dłonie, oglądając mocno wymiętą okładkę. To był jakiś lokalny tygodnik plotkarski, o niezbyt wymyślnym tytule. Na jego wierzchu znajdowało się zdjęcie jakiejś roznegliżowanej, zapewne mocno przerobionej, kobiety.
-Możesz mi to wyjaśnić...?- zapytał szorstko Nathan.
Spojrzałem na niego niemalże z niedowierzaniem i parsknąłem śmiechem.
-Raczej ty mi wyjaśnij, od kiedy sięgasz po tego rodzaju prasę...- rzuciłem z rozbawieniem, ale mojemu szefowi nie było, najwyraźniej, do śmiechu.
-Czytaj- rzucił jedynie, takim tonem, że naprawdę się przeraziłem.
Skinąłem głową, mocno zdezorientowany i wróciłem wzrokiem do okładki, odczytując na głos napisany największą czcionką tekst:
-”Czy Britanny Wood powiększyła sobie biust?” Serio, Nathan... Bardzo chciałbym ci odpowiedzieć, jeśli rzeczywiście cię to ciekawi, ale...
-Strona czternasta- przerwał mi surowo.
Zerknąłem na niego płochliwie, po czym pokornie przewróciłem kilka kolejnych stron, w poszukiwaniu tej odpowiedniej. A gdy na nią trafiłem...
Boże.
Aż nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Odetchnąłem płytko, widząc, jak większość strony zajmuje potężne zdjęcie Roxanne. To znaczy moje, z czasów, kiedy występowałem w Scylli jako Roxanne. A na kolejnej stronie... Na kolejnej stronie, znajdowało się kilka mniejszych zdjęć. Zostały zrobione przed klubem, byłem na nich ja, Sarah i Evan, ale twarze tych dwoje zostały zamazane, w przeciwieństwie do mojej. Zresztą, nawet, gdyby to uczyniono, wątpię, czy ktokolwiek by się nie zorientował, że to ja.
„Skandalem zakończyła się burzliwa kariera gwiazdy klubu Scylla – Roxanne – która okazała się być mężczyzną” - odczytałem nerwowo, po czym pominąłem kolejne zdania, zatrzymując się na innym fragmencie.
„Jak twierdzi nasze źródło, Alexander C., bo tak w istocie nazywa się artysta, jest na co dzień pracownikiem jednego z banków, mieszka samotnie, otacza się wąskim gronem znajomych. Kto by pomyślał, że za tym przeciętnym wizerunkiem kryje się taka osobowość?”
Gazeta zadrżała mi lekko w dłoniach. Przeskoczyłem wzrokiem na koniec artykułu, odczytując kulawe podsumowanie całego tekstu.
„Wielu nadal zadaje sobie pytanie, czy cały ten skandal wybuchł przypadkowo, jak utrzymuje właściciel zarabiającego lepiej niż kiedykolwiek klubu, czy też był celową akcją, mającą na celu ściągnięcie do lokalu większej liczby gości. Odpowiedź wydaje się jednak oczywista. Prawdopodobnie kontrowersyjny artysta wkrótce powróci.”
O Boże. O Boże, o Boże, o Boże... Spojrzałem na Nathana i raz jeszcze na zdjęcie. Znów na Nathana i znów na zdjęcie, jakbym liczył, że można uda mi się jakoś wykręcić, sam nie wiem, stwierdzić: „Ej, Nathan, naprawdę myślisz, że to ja...? Popatrz uważnie, czy naprawdę jestem taki okropny...?”. Ale nie mogłem się już wykręcić. Nie mogłem nawet obrócić tego wszystkiego w żart, bo widząc wyraz twarzy Nathana wiedziałem, że jest na mnie wściekły. Szczerze mówiąc, nie mogłem nawet zdobyć się na konstruktywne wyjaśnienie, bo po prostu brakowało mi słów.
-Więc co...?- ostatecznie to Nathan odezwał się jako pierwszy, uśmiechając się kwaśno.- Jestem idiotą, tak...? Nie domyśliłem się...?
Przełknąłem ślinę, wzruszywszy niemrawo ramionami. Biorąc pod uwagę, że nikt się nie domyślił, nawet Bookcher, nie, zdecydowanie nie był idiotą. Ale ja chyba jestem idiotą, bo jak czegoś zaraz nie powiem, to kompletnie pogrążę się przed oczyma swojego ukochanego faceta.
-Jaki miałeś w tym cel?- Nathan zmarszczył brwi, przyglądając mi się z uwagą.- Chciałeś... Nie, właściwie ty mi powiedz, czego chciałeś. Podpuścić mnie? Dowiedzieć się czegoś? Bawić się moim kosztem...?
-Co...?- spojrzałem na niego bez zrozumienia i pokręciłem gwałtownie głową.- No co ty, Nathan!- rzuciłem, licząc na to, że nie mówi poważnie.- Przecież ja pracowałem tam... Występowałem...- poprawiłem się po chwili wahania, uznając, że to słowo lepiej oddaje formę, w jakiej się tam pojawiałem.- Występowałem tam długo przed tym, jak się tam pojawiłeś! Nawet się nie spodziewałem, że cię spotkam! Kiedy cię zobaczyłem, byłem przerażony, myślałem, że mnie rozpoznasz, ale nie rozpoznałeś, i później miałem się do was dosiąść i... i musiałem udawać, i...
-... I dowiedziałeś się o ślubie- dokończył Nathan, choć ja w swoich nerwowych wyjaśnieniach wcale do tego nie zmierzałem.
-Tak- potwierdziłem cicho.
-Więc... Postanowiłeś ocalić swojego kryptohomoseksualnego szefa przed takim ciężarem...?
-Co?- powtórzyłem raz jeszcze, zupełnie nie rozumiejąc, jak może dochodzić do tego rodzaju wniosków.- Co ty sobie myślisz, że w swoim altruistycznym wyrachowaniu, postanowiłem cię uwieść, by uwolnić cię od twojej narzeczonej?- parsknąłem zdenerwowanym śmiechem, spoglądając na niego z niedowierzaniem.- Zależało mi na tobie dużo wcześniej. Od samego początku. A to spotkanie i wszystko, co się później wydarzyło było tylko przypadkiem! Zbiegiem okoliczności!
-Zbiegiem okoliczności, o którym mi nie powiedziałeś- odparł kpiąco.
-Cóż...- odłożyłem gazetę na biurko, szukając w głowie jakiegoś wyjaśnienia.- Ty przecież też nie powiedziałeś mi o ślubie!- zauważyłem, a przynajmniej ja, gdybym miał wybierać pomiędzy wiedzą o tym, że Nathan przebiera się od czasu do czasu za kobietę, a wiedzą o tym, że bierze ślub, wybrałbym zdecydowanie to drugie.
-Powiedziałem Roxanne. Więc chyba na jedno wychodzi- odpowiedział twardo.
-Boże, Nathan, czego ode mnie oczekujesz...?- jęknąłem, nie mając pojęcia, jak to wszystko wytłumaczyć. Zastanawiałem się nad tym parę razy, nawet rozważałem, czy mu o tym nie wspomnieć, ale raczej nigdy nie sądziłem, że dojdzie do takiej sytuacji.
-Oczekuję od ciebie wyjaśnienia, co konkretnie miałeś na celu- rzucił chłodno mężczyzna.
-Ja tam tylko występowałem! Nic poza tym! Nie mogłem wiedzieć, że cię spotkam i, że tak to się wszystko potoczy! Zresztą... Przecież dobrze o tym wiesz. Po co zarzucasz mi coś tak idiotycznego?
-Jakiś czas temu też „dobrze wiedziałem” o niektórych sprawach... I pewnie gdyby ktoś mi powiedział, że ty to ona... To znaczy, że ona to ty... Nie uwierzyłbym ze względu na to, że dobrze wiem. A teraz chcę wiedzieć, co takiego miałeś do ukrycia.
Spojrzał na mnie lodowato, z wyczekiwaniem. Prychnąłem głośno w odpowiedzi.
-Co takiego miałem do ukrycia?- powtórzyłem z niedowierzaniem.- Występowałem jako kobieta! I uwierz, że przed kim jak przed kim, ale przed tobą ukrywać to musiałem- dodałem dobitnie. Uniósł pytająco brwi.- Sam pomyśl! Przez pewien czas do głowy ci nawet nie przyszło, by związać się z kimś takim jak ja. Z mężczyzną w ogóle. Uważałeś to za powód do wstydu. A ja... Ja i tak nie jestem zbyt normalny. Ogólnie rzec ujmując. I... I tak, związałeś się z dziwakiem. Z kompletnym dziwakiem i wiedziałeś o tym. Nie chciałem, żebyś miał mnie za jeszcze większe dziwadło niż do tej pory. I nie chciałem, żebyś mnie zostawił. A zostawiłbyś mnie, prawda...?- zapytałem niepewnie, spoglądając mu prosto w oczy i tak bardzo licząc na to, że usłyszę zaprzeczenie. Nathan jednak milczał, wpatrując się we mnie nieruchomym wzrokiem.- Bo bałbyś się, że inni by się o tym dowiedzieli. Że narazisz się na śmieszność. Chciałem tego uniknąć.
-Świetnie...- podsumował, uśmiechając ci gorzko.- Doskonale ci to wyszło...- dodał, zsuwając się z biurka.- Nikt tutaj nie mówi o niczym innym...- stwierdził, po czym wyminął mnie i wyszedł z gabinetu.
Obejrzałem się za nim, kompletnie zrozpaczony. Zauważyłem w drzwiach Sarah, która wpatrywała się we mnie litościwym wzrokiem. Chyba już wiedziała.
Zresztą, tak jak każdy.

Powłócząc nogami, wlokłem się po schodach na swoje piętro. Nie było mnie tutaj od tak dawna, że omal nie ominąłem własnych drzwi. Zatrzymałem się przy nich jednak i westchnąłem smętnie, wpatrując się w nie przez chwilę. I oto były wrota powrotne do mojego dawnego świata. Szarego, nudnego, samotnego i pustego świata. I miałem wrażenie, że tym razem wracam do niego na dobre. Tak czułem.
Przez kilka minut szukałem kluczy, a później drugie tyle czasu zajęło mi otworzenie drzwi, bo nie mogłem już nawet skojarzyć, na który zamek je zamknąłem, i który klucz do niego pasował. Gdy wreszcie udało mi się wedrzeć do środka, poczułem, jak łzy zbierają mi się pod powiekami. Moje mieszkanie naprawdę takie było. I szare, i nudne, i samotne, i kompletnie opustoszałe, bez jakichkolwiek śladów życia, co zresztą niedziwne, bo miałem wrażenie, że nie było mnie tutaj już kilka stuleci. Odłożyłem swoje rzeczy, zdjąłem buty, czując się kompletnie przybity i nieswój.
Ach, powiedzcie mi, jak mogłem zrobić coś tak głupiego? To znaczy sam już nie wiedziałem, co zrobiłem źle. Może gdybym powiedział Nathanowi wcześniej, już dawno użalałbym się tutaj nad własną głupotą, żałując tego równie mocno, jak i teraz. Ale może, mimo wszystko, lepiej byłoby, gdyby dowiedział się ode mnie...? Nie wiedziałem co myśleć.
Zresztą, nie było już o czym myśleć. Nathan ze mną zerwał. Nie, nie powiedział mi tego. Właściwie niczego już mi nie powiedział, bo wyszedł z firmy i nie wrócił. To znaczy nie wiem, czy nie wrócił, bo ja też wyszedłem i wiem, że z pewnością nie wróciłem. Za bardzo się wstydziłem. Nie spojrzeń, komentarzy, tego artykułu, tylko tego, że Nathan wróci i... I... Och, rany! Musiałem pójść i już. I nigdy już tam nie wrócę, przenigdy!
Ruszyłem osowiale do salonu. Spojrzałem na kanapę, na której wciąż leżała moja przykrótka piżama w misie, i aż jęknąłem boleśnie w duchu, przypominając sobie zaaranżowaną przez Nathana przeprowadzkę. Jak mogłem to wszystko schrzanić?! Dostałem w pakiecie całość, Nathana, jego miłość, to, że wyzbył się nagle wszystkich uprzedzeń i był gotów zaakceptować mnie całkowicie, a ja i tak to popsułem! Rozumiecie to?! Popsułem nawet coś tak doskonałego i zdawało się, że wręcz niemożliwego do zepsucia!
Przebrałem się w piżamę i włączyłem telewizor, po czym położyłem się na kanapie, wpatrując smętnie w ekran. Dopiero po chwili zrozumiałem, dlaczego widniały na nim jedynie szarawe kropki. Przecież skończyła mi się umowa i nie było sensu zastanawiać się nad nową, odkąd mieszkałem z Nathanem. Nie miałem jednak ochoty podnosić się nawet na chwilę i go wyłączać.
Nie ruszę się stąd. Mówię wam, dosłownie się stąd nie ruszę. Będę tu leżał, rozpaczał, wspominał z rozżaleniem swoją wspaniałą przeszłość, a z czasem pewnie gnił. I cóż z tego. Pewnie ktoś znajdzie moje ciało za pięćdziesiąt lat, jak w tych filmach. Młode, niczego nieświadome małżeństwo, które będzie chciało kupić sobie mieszkanie. Albo jakiś przystojniak, który zamieszka naprzeciwko i będzie trochę zdziwiony specyficznym zapaszkiem, jaki unosi się na klatce schodowej. Boże, co ja mam zrobić? Zmarnowałem swoją życiową szansę, straciłem miłość swojego życia, zanim nawet zdążyłem jej powiedzieć, że jest tą miłością i wszystko, dosłownie wszystko posypało się w mgnieniu oka, zanim zdążyłem temu zapobiec. Wiecie, gdybym chociaż wiedział. Gdybym przypuszczał, że coś takiego się szykuje. Może zdążyłbym wymyślić coś konstruktywnego, przygotować się do tej rozmowy. Ale kto może się spodziewać czegoś takiego?! Powinienem pozwać tą gazetę! Za rujnowanie mojego niewyobrażalnie cudownego życia!
Moja tęczowa chmurka szczęścia przeobraziła się nagle w burzowe chmurzysko i przyniosła ulewny deszcz. A ja stałem tuż pod nią i mogłem jedynie rozpaczać nad tym, że nie przygotowałem sobie wcześniej parasola. Nie mam już parasola! Nie mam już Nathana! Nie mam już pracy i nie mam już kompletnie niczego!
Usnąłem na krótką chwilę, po czym usłyszałem dźwięk swojej komórki. Podskoczyłem gwałtownie, rezygnując na moment ze swoich planów wiecznego umartwiania się i tkwienia na kanapie i podszedłem do fotela, na którym zostawiłem dżinsy. Wyjąłem z ich kieszeni telefon i tylko westchnąłem cicho, gdy zobaczyłem, kto dzwoni.
-Cześć, Sarah- rzuciłem grobowo do słuchawki, wracając na kanapę.
-Jak się czujesz, Alex...?- zapytała ostrożnie.
Wzruszyłem ramionami, jakby mogła to zobaczyć.
-Nijak...- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Nie przyjeżdżaj- dodałem jeszcze, dobrze wiedząc, co chodzi jej po głowie.- Chcę... Chcę pobyć sam.
-Alex, powinieneś porozmawiać z Nathanem- zauważyła niezbyt odkrywczo.
-Zerwał ze mną- odparłem smętnie.
-Tak powiedział?- zapytała, wręcz oburzona.
Zastanowiłem się przez chwilę.
-Nie...- przyznałem z lekkim wahaniem.- Ale spojrzał na mnie tak... Tak...
-Jak...?- rzuciła kpiąco.
-Tak... zrywająco!- odpowiedziałem poirytowany, nie mogąc znaleźć innego słowa.
-Rany, jesteś takim histerykiem, że aż szkoda mi ciebie słuchać... Zadzwoń do niego.
-Dzwoniłem.
-Kiedy?
-Po tym jak sobie poszedł... Nie odbierał...- westchnąłem rozżalony.
-Bo był zdenerwowany- odparła z pełnym przekonaniem moja przyjaciółka.- Zadzwoń do niego teraz.
-Nie zamierzam!- odpowiedziałem ostro.- Gdyby chciał ze mną rozmawiać, sam by zadzwonił!
-Obaj jesteście tacy uparci, że...!- warknęła, urywając w połowie, jakby zamierzała powiedzieć coś nieodpowiedniego.- Alex, posłuchaj mnie uważnie. Po prostu z nim pogadaj i się pogódź. Albo pojedź do niego do domu. Jestem pewna, że cię wpuści.
-Nie- zaprotestowałem, przekonany, że będzie dokładnie inaczej.
-Chociaż spróbuj! Alex, do diabła! Nikt nie zrywa z kimś z tak błahego powodu!
-Nathan zrywa!- wykrzyknąłem boleśnie.- Nie znasz go! On nie może tego znieść, mówiłem ci zresztą, nie chciał stałego związku, bo bał się ośmieszenia, teraz, kiedy to zaakceptował, ośmieszyłem go tak czy inaczej... On nie przejdzie nad tym do porządku dziennego, rozumiesz? Poza tym, nie wiem w ogóle, jakim cudem ktoś dowiedział się, że ja to Roxanne! Nie wiem w ogóle, skąd ten artykuł, do licha!
Sarah odkaszlnęła nerwowo.
-Cóż... Jest ze mną ktoś, kto chciałby z tobą pogadać...- rzuciła ostrożnie.
-Kto...?- zapytałem bez zrozumienia, domyślając się jednak, że zapewne nie chodzi o mojego szefa.
Przekazała komuś komórkę. Czekałem przez chwilę, aż ten ktoś się odezwie. Wreszcie usłyszałem niepewny głos:
-Cześć, Alex.
Przez chwilę próbowałem skojarzyć, do kogo należy. Nagle to sobie uświadomiłem.
-Evan...?- zapytałem zdziwiony. Potwierdził to niemrawym pomrukiem.- O co chodzi...?
-Słuchaj... Ja... Ten artykuł...- wydukał niezbyt składnie.- Chodzi mi o to, że przyszedł do mnie jeden dziennikarz... Do szefa też, ale on go pogonił... No i on... Pytał i ja... Zgodziłem się, że cię przyprowadzę, żeby mógł zrobić ci zdjęcia... I... To w ogóle nie tak miało wyglądać, naprawdę.
Szczęka mi opadła.
-Dzięki, Evan...- rzuciłem gorzkim głosem, jeszcze stosunkowo spokojnie.- Serdeczne dzięki za zniszczenie mi życia!- to już zdecydowanie spokojne nie było.
Rozłączyłem się i odłożyłem komórkę na stół. Sięgnąłem po koc, nakrywając się nim i zakryłem twarz dłońmi, jęknąwszy płaczliwie.
Marzyłem, żeby ten dzień zaczął się od nowa.
Gdy ponownie obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu, w pomieszczeniu było już całkowicie ciemno. Westchnąłem niemrawo, zsuwając z siebie koc i sięgając dłonią w kierunku stołu, szukając na oślep komórki. Wreszcie wpadła mi w ręce.
-Halo...?- rzuciłem ospale do słuchawki, przecierając twarz dłonią.
-Dzwoniłeś do Nathana...?- usłyszałem głos mojej przyjaciółki.
Sapnąłem poirytowany.
-Nie, Sarah, nie dzwoniłem i nie zamierzam dzwonić- poinformowałem ją dobitnie, postanawiając w dość beznadziejny sposób, trzymać się resztek swojej i tak już zszarganej godności.
-Nathan bierze ślub.
Przez chwilę to, co powiedziała w ogóle do mnie nie dotarło. Moment później dotarło ze zdwojoną siłą, ale byłem przekonany, że coś mi się przesłyszało.
-C... Co?- wydukałem, sparaliżowany.
-Nathan bierze ślub- powtórzyła dramatycznym tonem.
Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Wstrzymałem oddech, czując ogarniającą mnie panikę. Nathan...? Mój Nathan...? Ślub?! Jak to, do diabła, jak to?!
-Co ty mówisz, Sarah...?- rzuciłem przerażony.- Jaki ślub, gdzie on jest?!
-Masz coś do pisania?

Wysiadłem z taksówki, zostawiając mocno zdezorientowanemu kierowcy, wszystkie pieniądze, jakie przy sobie miałem i ruszyłem biegiem ulicą. Tak, biegłem do Nathana. Tak, biegłem zapobiec temu, co zamierzał zrobić. I tak, biegłem w mojej piżamie w misie, do licha! Zapewne nie powinienem więc dziwić się zdumionym spojrzeniom, jakie kierowały się na mnie z każdej strony, szczególnie, że było diabelnie zimno, co odczuwałem aż nadto intensywnie. W całym tym chaosie, zarzuciłem na siebie jedynie kurtkę i buty, nie mając czasu na myślenie o czymkolwiek innym. Bo Nathan się żeni. I wiecie co? Zamierzałem temu zapobiec! Za wszelką cenę i nie dbając o konsekwencje, choćbym miał ośmieszyć siebie, jego i wszystkich dookoła, a mój ukochany mężczyzna miał już nigdy więcej się do mnie nie odezwać. Nie pozwolę na to, żeby jakakolwiek kobieta, ba, nawet jakikolwiek mężczyzna, znalazł się na moim miejscu! Nigdy przenigdy!
Rozpaczliwym wzrokiem wodziłem po sklepowych witrynach, poszukując nazwy sklepu z garniturami podanej mi wcześniej przez Sarah. Ale w pierwszej kolejności, odnalazłem Nathana. Widziałem go zza szyby, jak stał przed lustrem, ubrany w garnitur, w towarzystwie dwóch kobiet, które mówiły coś do niego, uśmiechając się serdecznie i tak uroczo, jak moje biurowe koleżanki wtedy, gdy jeszcze był wzorem heteroseksualnego mężczyzny. Nie wahałem się ani chwili. Dosłownie wpadłem do środka, ku zdumieniu dwóch pań, z których jedna poinformowała mnie, że już mają zamknięte, a druga zmierzyła niemalże potępieńczym wzrokiem. A następnie, w moim kierunku odwrócił się Nathan.
-Alex...?- zapytał, osłupiały ze zdziwienia.
Rzuciłem mu się gwałtownie na szyję, przyciskając się do niego tak mocno, że chyba żadna siła nie byłaby mnie w tym momencie w stanie od niego oderwać. Łzy napłynęły mi do oczu, gdy pomyślałem sobie, że mógłbym go stracić.
-Nie możesz tego zrobić!- wyrzuciłem z siebie dramatycznie, a on spojrzał na mnie bez zrozumienia.- Wiem, ja wiem, wiem, że jestem okropny, wiem, że ci nie powiedziałem, ale chciałem ci powiedzieć, ale nie mogłem, bo byś mnie zostawił, a ja bałem się, że mnie zostawisz i nie chciałem, żebyś mnie zostawiał, ale nie możesz wziąć tego ślubu, bo...
-Alex, co ty...- zaczął Nathan.
-Proszę, daj mi skończyć!- jęknąłem głucho, przerywając mu. Jeśli już miał mnie porzucić, jeśli już miał mnie zostawić, na zawsze samotnego i nieszczęśliwego, to powinien wiedzieć!- Bo ja cię kocham! Kocham cię tak bardzo, że nie mogę bez ciebie żyć! Od samego początku, od pierwszego dnia, nawet, jeśli to brzmi nierealnie... Kocham cię i nie pozwolę ci się ożenić! Choćbym miał cię związać, uprowadzić i wystrzelić się z tobą w kosmos, po prostu ci nie pozwolę!- zakończyłem, spoglądając na niego wilgotnym wzrokiem. Nie mogłem jednak znieść jego spojrzenia i wtuliłem się w niego mocno, przymykając powieki.- Och, Nathan, proszę, daj mi jeszcze jedną szansę, proszę, proszę...
Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu panowała zupełna cisza, której nie naruszył ani mój kochanek, ani żadna ze sklepowych ekspedientek, które całą sytuacją były zapewne równie zaszokowane, jak i miłość mojego życia. Miłość mojego życia, która po kilku minutach absolutnego zdezorientowania, wreszcie przemówiła.
-Alex... andrze... Carlton...- wycedził przez zęby Nathan.
Och, rany. Jest Carlton, nie jest dobrze.
Podniosłem na niego płochliwe, zapłakane spojrzenie, modląc się o to, by mnie nie odtrącił.
-Możesz mi wyjaśnić, o czym ty właściwie mówisz?- zapytał jednak mój szef, po czym zmierzył mnie uważnym spojrzeniem, do czego wcześniej nie miał chyba okazji i uniósł brew w pobłażliwym geście, wracając wzrokiem do mojej twarzy.
Zadał to pytanie w taki sposób, że aż sam się zastanowiłem.
-No... O ślubie- odpowiedziałem wreszcie.
Zmarszczył brwi.
-Jakim ślubie?- zapytał, zdumiony.
-Tym, który zamierzasz wziąć- wyjaśniłem, choć odrobinę niepewnie.
Wpatrywał się we mnie tak, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu.
-Nic nie wiem o żadnym ślubie- stwierdził, trudno powiedzieć, czy bardziej całą sytuacją zdenerwowany, czy rozbawiony.
Odsunąłem się od niego odrobinę, mocno zdezorientowany. Spojrzałem na chwilę w kierunku ekspedientek, które wpatrywały się w nas obu z wyraźnym wyczekiwaniem, po czym zwróciłem wzrok ponownie na swojego kochanka.
-Więc... Co tu robisz...?- zapytałem, zbłąkany.
-Kupuję garnitur- odparł Nathan w taki sposób, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-Aha!- rzuciłem niemalże triumfalnie, oskarżycielsko celując w jego palcem.- Na ślub!
-Jaki ślub?!
-Ten, który zamierzasz wziąć!
-Nie zamierzam brać żadnego ślubu, do licha!- syknął, wyraźnie poirytowany.- O czym ty w ogóle mówisz, Alex?- spojrzał na mnie bez zrozumienia.
-No bo...- bąknąłem, szczerze mówiąc mając coraz mniejsze pojęcie o tym, o czym mówię.- Ty tutaj... No i... Nie rozumiem...- rzuciłem w końcu bardziej do samego siebie niż do niego.
-Ja tutaj kupuję garnitur. Rozumiałbym twoje zdumienie, gdybym kupował go w sklepie spożywczym, ale chyba zgodzisz się, że jesteśmy w odpowiednim miejscu, prawda?- rzucił uszczypliwie, a ja skinąłem głową, czując się lekko zawstydzony.- Zresztą, dzwoniłem do Sarah i mówiłem jej, gdzie jestem. W razie, gdybyś zamierzał w tym czasie przyjechać do domu. To ona ci powiedziała, że tu jestem, prawda?
Och, żeby tylko! Dopiero po dłużej chwili analizowania całej sytuacji, zdałem sobie sprawę z tego, o co tu wszystko chodziło... A kolejną dłuższą chwilę spędziłem na rozważaniu, czy lepiej zamordować moją przyjaciółkę błyskawicznie, czy może przed śmiercią trochę ją pomęczyć, za upokorzenie, jakie właśnie przez nią przeżyłem.
-Tak... Taaak...- odkaszlnąłem skrępowany, zerkając raz jeszcze w kierunku sprzedawczyń, po czym uśmiechnąłem się nerwowo do Nathana.- No to... Skoro wszystko już jasne...- rzuciłem, wycofując się ostrożnie.- Może ja już pójdę...- stwierdziłem, chcąc się odwrócić, ale Nathan chwycił mnie za rękę i przyciągnął z powrotem do siebie.
-Nie ma mowy- zaprotestował stanowczo.- Najpierw mi wyjaśnisz, skąd w ogóle ten absurdalny pomysł.
Och, cóż, moja najlepsza przyjaciółka postanowiła jedynie dodać dodatkowej nutki dramatyzmu mojemu życiu, nic wielkiego!
-No bo... No bo...- zacząłem, nieco bezradny, nie mając nawet pomysłu, jak ułożyć to wszystko w logiczną całość. Z prostej przyczyny – gdy się nad tym dobrze zastanowiłem, to w tym nie było logiki. Nawet odrobiny.- Po prostu... Dowiedziałem się, że tu jesteś... I pomyślałem, że... Bo... Bo skoro już ze mną zerwałeś i...
-Nie zrywałem z tobą- zaprzeczył Nathan, spoglądając na mnie z politowaniem.
-Nie...?- rzuciłem niemalże rozanielony, wpatrując się w niego z nadzieją.
-Oczywiście, że nie- parsknął cicho mężczyzna.- Robiłeś już tyle głupot i naprawdę oczekiwałeś, że zerwałbym z tobą z takiego powodu...?
Och, Nathanie Mason! Nawet nie wiesz, jak dobrze jest to słyszeć!
Serce urosło mi w piersi i poczułem się nagle autentycznie szczęśliwy.
-No bo byłeś na mnie zdenerwowany i...
-Nie byłem zdenerwowany- odparł znowu Nathan.
-Nie...?- zapytałem z radosnym uśmiechem.
-Nie- odparł stanowczo, po czym dodał dobitnie- Byłem wściekły. Zresztą nadal jestem! Bo nie bardzo rozumiem, jak mogłeś zataić przede mną ten „drobny” fakt!- rzucił surowo, a ja skuliłem się w sobie, wpatrując się w niego wzrokiem pełnym skruchy.- Niecodziennie człowiek dowiaduje się o tym, że jego kochanek przebiera się hobbystycznie w kobiece ciuchy!- odkaszlnąłem cicho, zerkając ukradkiem na coraz bardziej zdezorientowane pracownice i zdając sobie sprawę z tego, że nie zabrzmiało to najlepiej.- Gdybym od początku wiedział, że rozmawiam z tobą, wszystko byłoby inaczej. A tak... Czuję, że się przy tobie ośmieszyłem- stwierdził.
Skinąłem głową, wyczekując jego kolejnych słów.
-Ale...- kontynuował, westchnąwszy głęboko.- Ale to nie jest jeszcze powód do tego, żebym brał ślub. Podejrzewałeś mnie o taki akt desperacji?- zaśmiał się, kręcąc z politowaniem głową, a ja po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że przy całym uporządkowaniu Nathana i jego zasadniczości, zapewne planowałby to tygodniami, jeśli nie dłużej, a nie zdecydowałby się na to jednego wieczora.- Poza tym, dla mnie sprawa jest już oczywista. Podjąłem w swoim życiu pewną decyzję i nie zamierzam się cofać. Ani cię zostawiać. Nawet, jeśli preferujesz dziwne stroje...- uśmiechnąłem się rozczulony, słysząc te słowa.- Jesteś najdziwaczniejszym, najbardziej nierozsądnym i pokręconym człowiekiem, jakiego znam. Ale kocham cię, Alex.
Na te słowa rzuciłem się swojemu kochankowi na szyję i ucałowałem go namiętnie, bez najmniejszych nawet oporów czy zawstydzenia. I oto miałem swoje filmowe zakończenie. Co prawda, gdyby było całkiem filmowe, stojące obok ekspedientki, zaczęłyby bić brawo i skandować moje imię, zamiast stać, cokolwiek oszołomione, i przyglądać nam się ze zdumionymi minami, a okoliczne wieszaki powinny już tańczyć breakdance, ale taki finał w zupełności mi wystarczał.
Miałem swojego ukochanego faceta, który chciał mnie, mimo tego, że skompromitowałem się w jego oczach przynajmniej sto razy (tylko w ciągu ostatnich kilkunastu minut, całości nie chce mi się nawet liczyć), i kochał mnie tak mocno, jak ja jego.
Oderwałem się od jego ust i wtuliłem w niego na krótką chwilę, rozkoszując jego obecnością.
-To ja jestem Alexander C.- rzuciłem do jednej z wpatrujących się we mnie ekspedientek, mrugając do niej porozumiewawczo.- Jeśli wiesz, co mam na myśli...
-Alex!- rzucił ostrzegawczo Nathan, a ja zachichotałem cicho.
Wysunąłem się wreszcie niechętnie z jego objęć.
-To ja... Idę gdzieś złapać taksówkę...- stwierdziłem, zaczesując pasemko włosów za ucho i poprawiając okulary, które zsunęły mi się z nosa.
-Poczekaj- odpowiedział łagodnie.- Przebiorę się i cię odwiozę.
-Do mojego mieszkania...?- zapytałem niemalże podchwytliwie.
-Do naszego mieszkania- odpowiedział z uśmiechem, a ja chyba w tym momencie wzleciałem przynajmniej pół metra nad ziemię i unosiłem się rozkosznie w powietrzu, z rozmarzonym uśmiechem malującym się na wargach.
Oto i był mój książę z bajki.
I o dziwo, wcale nie szukał żadnej księżniczki.
Chyba wolał ekscentrycznego smoka.

-Cześć, moja podstępna przyjaciółko...- rzuciłem do komórki, zaglądając przez lekko uchylone drzwi do sypialni i widząc Nathana, który jeszcze względnie spokojnie, leżał na łóżku, czytając gazetę. Wygładziłem nerwowo suknię dłońmi, zdając sobie sprawę z tego, że bez wszystkich pozostałych dodatków w stylu peruki i makijażu przynajmniej, wyglądam idiotycznie.
-Przestaniesz mnie wreszcie tytułować w ten sposób?- parsknęła w odpowiedzi Sarah.
-A wiesz, co by było, gdyby to wszystko zakończyło się inaczej...?- rzuciłem niemalże oskarżycielsko, chociaż właściwie moja wieczorna eskapada wyszła mi na dobre. Co prawda załapałem drobne przeziębienie, przez które spędziłem kilka dni w łóżku, z gorączką sięgającą trzydziestu dziewięciu stopni, ale... Ale miałem obok siebie Nathana, co jak zapewne wiecie, rekompensowało mi wszystkie trudy i poświęcenia.
-Nic. Nie mogło się inaczej zakończyć. Jestem specjalistką od happy endów- zaśmiała się serdecznie. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, kręcąc z rozbawieniem głową.- Nathan przyjął twoje wymówienie?
-No trudno, żeby go nie przyjął, skoro sam napisał większość- zauważyłem z politowaniem.
-Jesteś zły, że nie będziemy już razem pracować?
Wybuchnąłem śmiechem.
-Chyba żartujesz!- stwierdziłem z pełnym przekonaniem.- Już bardziej żałuję, że nie będę pracował z Nathanem, chociaż w sumie raczej żałuję naszych uroczych spojrzeń na korytarzach i kwadransa dla ulubieńca... Ale pracy samej w sobie, jak wiesz, żal mi nie jest. Zresztą, tak chyba będzie lepiej. Nathan i tak mógłby mieć przeze mnie kłopoty, nawet bez tego skandalu... No wiesz, mógłby zostać oskarżony o faworyzację i tak dalej...
-No tak, bo przecież to byłoby haniebne oskarżenie dalekie od prawdy...- zironizowała moja przyjaciółka.
Zaśmiałem się cicho.
-Więc co?- zapytała Sarah.- Teraz będziesz leniuchował i żył niczym król na cudzych włościach...?
-Te włości niedługo będą wspólne- odpowiedziałem i już moja w tym głowa, by rzeczywiście się tak stało.- I... Nie, raczej nie. Poszukam sobie jakiegoś zajęcia. Chociaż, jeśli ktoś przepada za plotkami albo jest gościem Scylli... No sama rozumiesz. Zresztą, boję się trochę, że mogliby nas znaleźć, nachodzić mnie i Nathana.
No dobrze... Powiedzmy, że obok obawy, czułem się nieco... podekscytowany tą myślą, ale nie wińcie mnie, zawsze ciągnęło mnie do sławy. Co prawda nie miałem jej zdobywać w taki sposób, ale...
-Alex... Wątpię.- odparła moja przyjaciółka.- Wiesz, w Scylli pojawiła się już nowa gwiazda
-Jak to...?- zapytałem zdumiony.
-Celestyn.
-Że co?
-Celestyn- powtórzyła z wyraźnym rozbawieniem.- Drag Queen jak ty, tylko oficjalnie. Ściągnął już na siebie masę uwagi, bo podobno ma romans z kimś ważnym... A przy okazji, na jego występach zbiera się spora grupa ludzi... A on zbiera sporą gażę- dodała znacząco.
Zacisnąłem zęby. No świetnie! Ja tam występowałem za nic, za bezcen, no może za trochę splendoru i możliwość zaprezentowania się w pełnej okazałości, ale nic poza tym! Rozsławiłem to miejsce i nie dostałem nic, a jakiś Celestyn... Uch. Na pewno był gorszy ode mnie.
-Super...- mruknąłem bez cienia entuzjazmu.
-Evan mi powiedział- dodała po chwili ciszy Sarah, jakby chciała tym samym dopowiedzieć coś jeszcze.
-Evan?- zapytałem ze zdziwieniem.
-Tak...- potwierdziła, nieco zakłopotana.- Umówiłam się z nim.
-Och, Sarah, daj spokój...- rzuciłem, krzywiąc się lekko.- Wkurzyłem się o tą całą sytuację, okej, ale generalnie i tak wszystko wyszło mi na dobre, więc nie musisz go dręczyć, naprawdę już mnie to nie obchodzi...
-Umówiłam się z nim na randkę- wyjaśniła.
Zamilkłem na chwilę, mocno zdumiony.
-A... Ach, tak...- odparłem w końcu, uśmiechając się odrobinę złośliwie.- Przecież ty nie byłaś na randce od poprzedniego wcielenia...
-Powinnam cię znienawidzić, wiesz? Ale... Alex...- dodała po chwili, poważniejąc.- Wiem, jakie masz o nim zdanie. To znaczy wiem, że cię zdenerwował. A twoja opinia jest dla mnie bardzo ważna, więc jeśli to jest wobec ciebie nie w porządku albo masz coś przeciwko...
-Jak będziesz sobie szukała takich wymówek, to naprawdę pozostanie ci tylko zmienić orientację- zauważyłem z politowaniem.- Nie jestem już na niego zły. No... Może trochę. Ale umówmy się tak. Jeśli to będzie naprawdę fajna randka, to zapomnę o tym wszystkim. Może być?- zapytałem z uśmiechem.
-Jasne- odparła pogodnie.- Dzięki, Alex.
-Czekaj, czekaj...- rzuciłem błyskawicznie, nim zdążyła się rozłączyć.
-Hm?
-Nathan zaprasza cię do nas na weekend. Wpadniesz?
-Jasne. Daj mi tylko znać, co i jak.
-Okej. Zadzwonię później. Cześć, Sarah.
Rozłączyłem się i odłożyłem komórkę na szafkę. Raz jeszcze przejrzałem się w znajdującym się na przedpokoju lustrze, po czym wziąłem głęboki oddech i wszedłem do sypialni. Nathan odłożył powoli gazetę i spojrzał w moim kierunku... Daję słowo, że byłem pewien, że wybuchnie śmiechem, ale on jęknął boleśnie i rzucił:
-Boże, to naprawdę byłeś ty...!- jakby do końca liczył, że jednak było inaczej.
-No...- bąknąłem niepewnie.- Ale wtedy wyglądałem trochę lepiej. No wiesz, miałem inne włosy, makijaż... Piersi... Więc...
-Nie mogę w to uwierzyć...- stwierdził niemalże potępieńczo dla samego siebie Nathan, kręcąc głową.- Po prostu nie mogę w to uwierzyć.
Usadowiłem się obok niego, trochę skrępowany.
-Alex... Ty...- wziął głębszy oddech i zaczął raz jeszcze.- Słuchaj, jeśli tobie się to podoba... To znaczy nie ukrywam, że mnie nie bardzo, ale jeśli bardzo ci zależy na tym... W sensie, to jaki fetysz?
-Nie, nie!- zaprotestowałem natychmiast, kręcąc głową.- Tłumaczyłem ci już. Chodziło po prostu o scenę i o nic więcej.
-Ach... No to dobrze...- Nathanowi wyraźnie ulżyło.
Nachyliłem się nad nim, muskając lekko wargami jego usta i uśmiechając się chwilę po tym figlarnie. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując mocniej i całując namiętnie. Przesunął dłońmi po moich plecach, ale chyba poczuł się skrępowany, bo nagle odsunął się i powiedział:
-Mógłbyś... Khem... Przebrać się?
Zaśmiałem się głośno. Nie mając ochoty podnosić się z miejsca, jednym sprawnym ruchem zrzuciłem z siebie sukienkę i zostałem przy nim w samej bieliźnie.
Uśmiechnął się, rozbawiony.
-Nie do końca o to mi chodziło...
-Sarah przyjdzie do nas na weekend- poinformowałem go, kładąc się na miejscu obok i odkładając jego gazetę na stolik. Objął mnie ramieniem, całując lekko w czoło.- Chociaż nie wiem, czy do tego czasu nie będziemy już musieli zaprosić jej razem z Evanem... Spotykają się- wyjaśniłem, widząc pytające spojrzenie kochanka.
-Z tym Evanem...?- Nathan przeszedł ostatnio krótki kurs, dotyczący mojej kariery jako Roxanne oraz wszystkiego i wszystkich, którzy byli z tym jakkolwiek związani.
-Mhm. Masz coś przeciwko?
-Raczej nie. Pewnie gdyby nie on, nie dowiedziałbym się... o twoich ekscesach...- rzucił tonem godnym surowego ojca Nathana, zerkając na mnie ukradkiem.- Poza tym, to chyba dobrze, że Sarah sobie kogoś znalazła.
Skinąłem głową. Nathan wychylił się, usiłując sięgnąć po gazetę, którą wcześniej odłożyłem, ale nie dałem mu takiej możliwości. Chwyciłem go za wyciągniętą dłoń, ściskając ją w swojej i ponownie wpiłem się w jego wargi, zadowolony jak nigdy dotąd.
Wiecie, on już wie. Wie, że go kocham. I wie, że jestem kompletnym wariatem, ale ta informacja zapewne dotarła do niego już wcześniej. I teraz wszystko jest łatwiejsze. Nie muszę się zastanawiać nad odpowiednimi momentami, tworzyć adekwatnej atmosfery... Chociaż, atmosfera z Nathanem zawsze była dobra do wszelkiego rodzaju wyznań. Dziwiłem się, że wcześniej tego nie dostrzegłem.
-Ach...- Nathan oderwał się ode mnie, ku mojemu rozczarowaniu.- Mam coś dla ciebie...- rzucił, wstając na chwilę z łóżka. Powiodłem za nim wzrokiem, obserwując, jak sięga do swojej teczki i wyciąga z niej coś.- Proszę- podał mi czyjąś wizytówkę.- Masz tu numer do dyrektora teatru. Sądzę, że powinieneś się z nim skontaktować.
Spojrzałem na kochanka z zaskoczeniem.
-S... Serio?- wydukałem, autentycznie zszokowany.
-Tak- potwierdził z lekkim uśmiechem.
-Ale... Jesteś pewien, że będzie chciał mieć u siebie Alexandra C.?- zachichotałem cicho, a Nathan skrzywił się tak samo, jak za każdym razem, gdy to słyszał.
-Właściwie, to jest zainteresowany- stwierdził. Uniosłem pytająco brwi.- Rozmawiałem z nim o tym. Jest ciebie ciekaw. Co nie znaczy, że załatwiłem ci pracę- dodał prędko.- Wszystko zależy od tego, jak mu się zaprezentujesz.
-Poszedłeś tam jako mój kochanek...?- usiadłem mu na biodrach, spoglądając na niego z figlarnym uśmiechem.
-Raczej nie jako zatroskany były szef czy menadżer...- zauważył z politowaniem.
Uśmiechnąłem się z autentyczną dumą i ucałowałem go, dając upust swojej radości.
-Nie skrywasz już przede mną żadnych niespodzianek, prawda...?- dopytał poważnie.
-Nie- potwierdziłem, kładąc dłoń na sercu.- Przysięgam. A wiesz, co to oznacza...?- dodałem z podstępnym uśmiechem.
Spojrzał na mnie pytająco.
-Że nie masz już powodów, by mnie zostawić. A to z kolei oznacza, że będziesz musiał być ze mną... hm... No nie wiem... Na zawsze...?
-”Zawsze” to strasznie dużo czasu- odparł mój prywatny okrutnik.
-A wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze...?- dopiero teraz to do mnie dotarło.- Nie jesteś już moim szefem!- stwierdziłem i aż wybuchnąłem śmiechem. Parsknął cicho, kręcąc głową.- Nie będziesz mógł już Carltonować i grozić, że wyrzucić mnie z pracy... A ja nie będę musiał wstawać o świcie!
-I chyba to, z tego wszystkiego, cieszy cię najbardziej...- odparł nieco kąśliwie mój kochanek.
Już chciałem powrócić do jego warg, ale przypomniał mi się jeszcze jeden szczegół, wart rozwiązania.
-A, tak przy okazji...- zacząłem ostrożnie. Zerknął na mnie tak, jakby już spodziewał się, że jest to jeden z delikatniejszych tematów.- Mam jeszcze jeden warunek.
-Tak?
-Chcę, żebyśmy sprzedali moje mieszkanie- odpowiedziałem z pełną powagą.
-Niby dlaczego?- zaśmiał się Nathan.
-Żebyś wiedział, że jeśli mnie zostawisz, skażesz mnie na wieczną bezdomność!- odparłem dramatycznie, po czym dodałem- Po prostu nie ma sensu, żebym miał to mieszkanie. Skoro to naprawdę ma być „na zawsze”...- uśmiechnąłem się, rozmarzony.
-Jeśli chcesz- Nathan zgodził się bez najmniejszego protestu.
-Kocham cię- westchnąłem z uśmiechem, nachylając się nad nim i całując go krótko.
-Więc rozumiem, że powiemy twojej matce...?- Nathan uśmiechnął się złośliwie.
-Co?!- podniosłem się natychmiast, obruszony.- Nie, oczywiście, że nie!
-W takim razie, jak zamierzasz przy kolejnej wizycie wyjaśnić jej, z jakiego powodu mieszkasz pod jednym dachem ze swoim podłym szefem...?
Zastanowiłem się nad tym przez chwilę. To było bardzo dobre pytanie.
-Wiesz, co, Nathan...?- rzuciłem, wpatrując się w niego.- Na razie skupmy się na tym „na zawsze”, co?
-Bardzo chętnie...- odparł z prowokującym uśmiechem.
Jestem unoszącą się sto metrów nad ziemią, tęczową chmurką absolutnego szczęścia.
I chyba nie potrzeba mi już niczego więcej.

KONIEC

22 komentarze:

  1. Jak to już koniec... ehh nie ! Ja się nie zgadzam
    :(
    Ehh aż się łezka w oku zakręciła...
    Dopiero czwartek o.o ale niespodziankę zrobiłaś... ale informacja o tych 2 tyg.. ehh jakoś trzeba przeżyć.
    Dobra skleję jakiś porządny komentarz gdy tylko przeczytam rozdział... hihi ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy3:35 PM

    Powracam na łono ojczyzny, a tu takie powitanie!
    Ach, więc to koniec, tak? Książę Nathan Perfekcyjny i Ekscentryczny Smok Drag(on) Queen Alex C. będą żyli długo i szczęśliwie? No ba!
    Zastanawiałam się już od dłuższego czasu, w jaki sposób Nathan dowie się o drugim zajęciu Alexa i muszę powiedzieć, że akcja z tabloidem mnie rozbawiła. Ale ta dwójka nawet wrzucona w intrygi rodem z telenoweli nigdy nie będzie kanoniczna, o nie :)
    Ach, moje kochane chłopaki. Podbili moje serce od pierwszych rozdziałów, są nieschematyczni, prawdziwi i rozbrajający. I nadal twierdzę, że Alex to moja pokrewna dusza, bo sformułowania 'skandaliczny skandal' użyłam po wyjściu z egzaminu z chemii rozszerzonej :D
    Akcja w sklepie była bezbłędna. Od dziś będę się częściej kręcić w pobliżu sklepów z garniturami, tak, na wszelki wypadek^^ Trochę mi zabrakło większego opisu reakcji "widowni", ale Alex swoją wizją bollywodzkiego happy endu nadrobił braki.
    Jak już Nathan się dowiedział o innych talentach Alexa niż rekordowe spóźnienia i sianie powszechnego zamętu, to mógł chociaż się domagać małej burleski w domowych pieleszach ]:->
    Dla mnie przygoda z chłopakami się nie kończy. Już Ci kiedyś gdzieś wspominałam, że lubię od czasu do czasu przeczytać niektóre rozdziały, szczególnie te z odwiedzinami matki Alexa, i gdy Sarah postanawia lekko odmienić jego styl.
    Silencio, dziękuję Ci za stworzenie tej historii. Ta lekka, zabawna i niebanalna lektura nie raz oderwała mnie od szarej codzienności. *standing ovation*

    P.S. Powróciłam, dorwałam się do kompa, więc ostrzegam: teraz już się mnie stąd nie pozbędziesz! ]:->
    Pozdrawiam,
    Cannum

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy5:38 PM

    Witam,
    wielka szkoda, ze to już koniec tego opowiadanie, było jednym z moich ulubionych, bardzo polubiłam postacie Alexa i Nathana. Pomysł Sary na to, aby Alex się ruszył bardzo dobry. Cieszy mnie bardzo to, że wszystkie zakończyło się dobrze. Chociaż trochę dziwi mnie fakt tego, że Alex nic nie dostawał, a ten nowy jest już oficjalnie zatrudniony...
    Weny Tobie życzę kochana
    Pozdrawiam Basia

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy5:48 PM

    Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam, żadne inne zakończenie nie wchodziło w grę. Dziękuję Ci za to opowiadanie, bo to jedno z moich ulubionych, często do niego wracam, bo zawsze poprawia mi humor. D.

    OdpowiedzUsuń
  5. To było cudne opowiadanie! I zakończenie nie mogłoby być inne, jest po prostu idealne! ;)
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy9:15 PM

    Ah. To było świetne!!
    Idealne zakończenie. Takie wzruszające i piękne.
    Prawdę mówiąc gdy pisałaś cyt. ,,Nie wiem, czy takiego zakończenia oczekiwaliście i czy jesteście z niego zadowoleni,(...)" to bałam się, że zkończy się to jakimś zerwaniem. Nawet przez chwilę zasatanawiałam się czy to czytać xD
    Na szczęście zakończyło się tak jak powinno ;3

    Co do rysunku jest fajny, bardzo ładny aczkolwiek troszkę inaczej sobie bohaterów wyobrażałam x3

    Nie mogę się doczekać następnego opowiadania ;)
    Zastanawiam się które teraz zostanie wyróżnione i wrzucone na bloga xD
    Mam cichą nadzieję, że będzie to ,,Anything for you", ,,Wyzwanie" albo ,,Chaos"

    Pozdrawiam :*
    Ai~chan <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam z przerwami, bo mama bez przerwy mnie wołała, ale udało się w końcu dojść do końca tekstu. I jakaś taka pustka w sercu pozostaje, bo to koniec opowiadania. Ale za to jaki koniec. Ten upragniony szczęśliwy.
    Śmiałam się i płakałam w niektórych momentach. Łzy pojawiły się, kiedy Alex wrócił do swego mieszkania i potem w sklepie. A Sarah miała doskonały pomysł, żeby tak zadziałać. Inaczej te dwa uparciuchy nie pogadali by ze sobą do śmierci.
    Alex poczuł na własnej skórze jak to jest nie mówić prawdy. Lepiej byłoby gdyby Nathan dowiedział się od Alexa, że Roxanne to on. Wszelkie kłamstwa i tajemnice wychodzą na jaw. A poznane w taki sposób bolą. Zrozumiałe, że Nathan sądził to co sądził. Ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. :D Teraz będą żyć na tej chmurce pełnej szczęścia. :D

    I jeszcze wrzucę takie moje małe myśli do niektórych momentów z rozdziału, jakie sobie wypisałam.
    "„-Jeśli będziesz tak ciężko pracował, nie dożyjesz ślubu naszych dzieci...” Alex kiedy je rodzisz?
    „Nathan porywający mnie za miasto, do urzędu, gdzie ja, w białej sukni...” Hahaha, Alex jest jedyny w swoim rodzaju.
    "Obejrzałem się za nim, kompletnie zrozpaczony." Alex ja się tobą zajmę. I razem na nowo zdobędziemy dla ciebie twojego księcia. „Masz tu numer do dyrektora teatru.” Hurra. Jak mu się uda, to będzie robił to co kocha i stanie się sławny.
    A swoją drogą, podziwiam Alexa, że założył sukienkę i pokazał się Nathanowi. Ten powinien ją sam z niego ściągnąć i zająć się swoim mężczyzną jak należy. :D

    Dziękuję za to opowiadanie Silencio. I życzę dużo weny. :D


    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy11:40 PM

    kochaaaaaaam <3 Aaaaach! Nie mogę uwierzyć, że to już koniec Y^Y <3
    Teraz wyczekuję Chaosu. Szkoda, że się przeciągnie, ale pytanie, jesli skończysz np do środy to dasz w środę czy liczyć można dopiero na sobotę następną? XD
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  9. Omomomomomom!! Jakie kochane zakonczenie <33 Brawo za epicki koniec:)
    teraz pozostaje tylko czekac az pojawi sie Chaos:P
    Weny!
    Annola

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeny...
    Jestem głupia, tępa idiotka ze mnie po prostu.
    Dlaczego... ten rozdział mi się nie podobał?
    Nie wiem... naprawdę nie wiem.
    Nie czułam tego dreszczyku (No może na początku tak... ale gdy zaczęłam czytać...) nie chciało mi się piszczeć z zachwytu i pierwszy raz... pierwszy raz nie powtarzałam do siebie jak chora psychicznie "Nowy rozdział, nowy rozdział jaki fajny *.* Ja lubić Lubić, co ja gadac, ja kochać! Kali kochać!"
    A może dlatego ,że to koniec?
    Nie wiem... czuję się... zagubiona?
    Ehh... przepraszam. Wybacz mi Milordzie... ale mi się po prostu nie podobało.
    Hańba mi.
    Spodziewałam się... kurna sama nie wiem czego ja się spodziewałam.
    Może większej ilości emocji?
    Możesz mnie uderzyć kijem w głowę.
    Przepraszam tygrysku :(.
    Ale mimo wszystko... ja się nie cieszę z zakończenia... (Wiem, przyszła tu i tylko narzeka) . Ja jestem smutna bo... bo to już koniec.
    Drag Queen to opowiadanie które... kochałam, kocham i kochać będę.
    Pozdrawiam cię, przepraszam i kocham cię kociaku :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy9:27 PM

    U la la :D Happy End'y sa swietne w Twoim wykonaniu! Nic dodac nic ujac. Zycze jak najwieceeeej weny. Paulinaa P.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy2:24 PM

    Troszke szkoda że to już koniec.
    Bardzo mi się podobało.
    Może ostatni rozdział nie był tak emocjonujący jak sie spodziewałam zaczynając czytać jednak w twoim wykonaniu nie da sie do czego zbytnio przyczepić. Jest to jedna z moich ulubionych historii napisana dość zabawnie. Stwożyłaś interesujące postaci które przykuwaja uwagę. Czekam na inne opowiadania szczególnie Chaos i Wyzwanie i weny życzę.
    Miley

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy5:13 PM

    biedny Alex, tyle się napracował żeby rozsławić Sycylię a tu inny zbiera gażę:D po tym rozdziale upewniłam się: naprawdę uwielbiam to opowiadanie, szkoda, że już koniec, ale nic co dobre nie trwa wiecznie:( na szczęście kiedy tylko zechcę będę mogła przeczytać je jeszcze raz:)))
    z tego co zauważyłam w większości opowiadań ostatni rozdział nie może się odbyć bez małego dramatu, jest dobrze, potem źle, a na koniec wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Jak się zastanowić to dobrze, przynajmniej odcinek obfituje również w emocje, oprócz humoru i scen romantycznych, które ubóstwiam:) Ale muszę przyznać, że rozwój rozdziału naprawdę mnie zaskoczył, zawsze byłam kiepska w zgadywaniu zakończeń, ale jak dla mnie rozwiązałaś to zakończenie po mistrzowsku! Cały rozdział był typowy dla Alexa, jeśli coś typowego dla niego istnieje;) Trochę inaczej wyobrażałam sobie wyznanie miłości w jego wykonaniu:) ale chyba nie mógł zrobić tego w normalny sposób. czasami nie byłam w stanie sobie wyobrazić jego sposobu myślenia, tak wspaniałą i niepowtarzalną postać wykreowałaś. Jestem pod wrażeniem! Na koniec: cieszę się, że znalazł, a właściwie znalazł dla niego Nathan, dalszy sposób na rozwój jego talentu w teatrze. I muszę powiedzieć, że sytuacje humoryczne i te teksty są rewelacyjne, nie wiem jak na nie wpadasz, ale tak trzymaj:)

    Nana

    OdpowiedzUsuń
  14. Nawet nie wiesz, jak długo czekałam na ten rozdział! Drag Queen był pierwszym opowiadaniem twojego autorstwa, które zaczęłam czytać i mam do niego straszny sentyment.
    Chapeau bas! Uwielbiam to, jak wykreowałaś bohaterów, a w szczególności Alexa!Jego wyznanie miłości było epickie!
    Szkoda, że to już koniec, ale myślę, że niedługo znów wrócę do tego opowiadania i przeczytam je jeszcze raz, bo warto!

    Pozdrawiam, Bienci

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy8:07 PM

    Naprawdę fajne zakończenie. Śmiałam się czytając go, popawił mi humor po całym dniu pociągania nosem. Miłego dalszego pisania:)
    G.

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy6:36 PM

    Opowiadanie fantastyczne, pełne humoru i zwrotów akcji. A Nathan.. Po prostu ideał, sama chciałabym mieć takiego szefa na własność ^^
    A Alex jest jedyny w swoim rodzaju :D Jeszcze raz - po prostu genialne. :)

    vampirka_15

    OdpowiedzUsuń
  17. Omnomnomnom! Czekałam na takie opowiadanie tutaj xd A właściwie czekałam, aż na takie trafię, czytając Twoje opowiadania xd No i to było takie lekkie! Żadnej ponurej przeszłości.. no może nie u Nathana, ale przeżył xd Zabawne - bo teksty Alex'a mnie rozjebały za każdym razem XD Słodkie - to wiadomo xd najpierw ten wyjazd, później wyznanie Roxi przez Nathana co czuje do Alexa.. Na tym się prawie popłakałam z wzruszenia <3 W świetnym stylu zaczęte, w świetnym stylu pisane i w świetnym stylu skończone. Tego się spodziewałam i spodziewać się będę :3 Związałam się baardzo z tym opowiadaniem i znów z niego jakieś wnioski wyciągnę xD Kolejny ulubiony do kolekcji xd Wielbię i biję pokłony xd Tymczasem lecę do następnego. Hm.. Tym razem Sunrise >3 .. No to czytam :D

    OdpowiedzUsuń
  18. Anonimowy6:47 PM

    Powoli, dzięki mnogości wolnego czasu, nadrabiam to, czego nie przeczytałam i cieszę się, że zaczęłam od Drag Queen :)
    Słodycz na słodyczy, kocham takie historie, właśnie czegoś takiego było mi trzeba :)
    pokochałam te postaci dozgonnie i nie raz jeszcze wrócę do tego opowiadania, to pewne.
    Wspaniałe.

    Pozdrawiam!
    J.

    OdpowiedzUsuń
  19. Anonimowy11:16 PM

    Kolejne opowiadanie Twojego autorstwa, Silencio, i kolejne tak genialne! Klasyfikuje się na zacnym drugim miejscu, zaraz po niezaprzeczalnym wygranym Every me :D
    Jak ja wprost uwielbiam Twoje dialogi, postacie, poczucie humoru, ogólnie Twoje pomysły! Jesteś boska!
    Tak jak w DQ boski jest Nathan xD Jak można być tak idealnym?! Nic dziwnego, że jest miłością życia naszego dziwnego, szalonego, nierozsądnego i tak kochanego Alexa :)
    Ech, moja droga, Twoje opowiadania są tak cudowne... Brawo!
    Alys

    OdpowiedzUsuń
  20. Yass, moja scena, happy end, reszta pod rozdziałem 18 xD

    OdpowiedzUsuń
  21. Przeczytałam to opowiadanie już dwa razy i ciągle mi się micha cieszy:-)

    OdpowiedzUsuń
  22. Hehehe, najlepsze to bylo jak wpadl to tego sklepu z garniturami xD. Swietny rozdzial i zakonczenie. Kocham to opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń