Strony

sobota, 27 października 2012

Więc...

... następnym razem "Chaos", co dość oczywiste. W najbliższym czasie planuję też wznowienie Edmunda, ale nie wiem, czy jego rozdział okaże się przy najbliższej okazji czy jeszcze następnym razem. Tak czy inaczej, chciałam Was teraz prosić o opinię na temat tego, co chcielibyście przeczytać w najbliższym czasie. To nie jest typowe głosowanie, to znaczy będę brała pod uwagę ilość "głosów" oddanych na konkretne opowiadania i ustalę, które najczęściej wymieniacie, a następnie postaram się coś pokombinować w tym kierunku. Możecie wymienić od jednego do trzech opowiadań, powiedzmy tak. Zasady jak zwykle - zarejestrowani lub też podpisane (i znane mi) osoby, odpowiadające z konta "Anonimowy".

Enjoy.

# 11 # [Theodore]


Apatia. Tylko to jedno słowo oddawało w pełni stan, w jakim się znajdował.
Obudził się ledwie kilka minut temu. Zmęczony, wyczerpany, pozbawiony choćby odrobiny sił i chęci do tego, by funkcjonować. Wydawało mu się, że mógłby teraz umrzeć. Tak po prostu, bez żadnego powodu, bez żadnej przyczyny, żadnego działania, które by to poprzedzało, żadnego celu… Umrzeć. Zapomnieć. Nie istnieć.
Gorączka minęła. Ubiegła noc pozostawiła jednak w umyśle Theodore’a masę wspomnień, których nie sposób było odtrącić. Wspomnienie szaleństwa. Obłąkańczych snów, omamów, wizji. Ale pamiętał wszystko. Dźwięk dzwoniącego telefonu. Felix. Carmen. Oliver…
Uniósł powoli lewą dłoń, owiniętą bandażem. Przyjrzał się jej z daleka, czując nieprzyjemne szczypanie w miejscu, w którym wczoraj ją rozciął. Opuścił ją z powrotem, przymykając powieki. Czy jego życie miało jeszcze jakiś sens…? Nie pamiętał nawet ile razy zadawał sobie to pytanie, i ile razy unikał na nie odpowiedzi, której za bardzo się lękał. Sens… Sens życia… Ten dom. Tak, to jego sens życia. Był tutaj od zawsze i na zawsze tutaj pozostanie. A cóż poza tym…? Jakie to smutne, jakie żałosne, że nie potrafił znaleźć odpowiedzi… Potworne uczucie. Świadomość tego, że funkcjonuje bez żadnej przyczyny, bez żadnego celu, jakby jego życie było ledwie epizodem w cudzej historii.
Bezsens. Bezradność. Otępienie. I cisza. Wszędzie ta diabelna cisza, która towarzyszyła mu od zawsze, która go stworzyła, i która go zniszczy, to pewne. Te okropne uczucia nigdy go nie opuszczały, nie dało się ich wyplenić ani zasłonić, już nie. Za długo próbował, uodporniły się na to, niczym wirusy, gotowe pogrążyć całe jego ciało i umysł w tej chorobie, która rodziła gniew, nienawiść, a z zewnątrz dawała jedynie objawy niezdrowej obojętności, za którą skrywały się sprytnie wszystkie emocje. Za którą skrywało się cierpienie. Czy to był skutek szaleństwa…? Czy tak właśnie czuli się szaleńcy…? A może to szaleństwo było skutkiem tych właśnie uczuć…? Theodore nie wiedział. Wiedział tylko, że Oliver musiał czuć dokładnie to samo. Przymknął powieki, czując gromadzące się pod nimi łzy. Oliver… Teraz rozumiał. Jak mógł nie rozumieć tego wcześniej…? Jak mógł tego nie widzieć? Czy nie dawał mu znaków…? Czy nie próbował protestować, gdy Theodore, nieświadom tego, co czyni, sam wkładał mu w dłoń ostrze…? Pamiętał jego obojętność. I myślał o jego bólu. I ten sam ból teraz rozsadzał go od środka, wrzeszczał milionami uśpionych wcześniej głosów, tłumionych w jego myślach, i alarmował, przypominał, nie dawał odpocząć, nawet, gdy zmęczony umysł usiłował odnaleźć spokój we śnie. Co mówiły te głosy…? Czy nie przypominały mu bezlitośnie o tym, co się wydarzyło…? I nie wołały, że sen jest ledwie zalążkiem śmierci…?
A jednak byłeś dzielniejszy, Oliverze. Tobie nie zabrakło odwagi.
Drzwi od pomieszczenia otworzyły się. Theodore nie podniósł nawet głowy, doskonale wiedział, kto wszedł do jego sypialni i wcale nie chciał na niego patrzeć. Nie miał ochoty ruszać się z miejsca. Chciał, żeby on zostawił go w spokoju. Niech odejdzie.
-Theo…?- cichy głos Felixa rozbrzmiał irytująco w tej ciszy.
Przeszkadzał mu niczym natrętna mucha, to jego brzęczenie było nie do wytrzymania. Miał być kimś innym, ale był sobą. Do diabła z nim. Miał być potworem. Potwór zmienił się w anioła. Gdyby tylko pozwolił Theodore’owi pozostać we własnych złudzeniach, zamiast wyrywać go z tej mary… Był niczym innym, jak tylko tym, co wyrywało go z jego obłedu i przywracało do rzeczywistości. Theodore nie chciał żyć w rzeczywistości. W ogóle nie chciał żyć.
-Dobrze się czujesz…? Widzę, że lepiej- odpowiedział sam sobie rudowłosy, wobec milczenia mężczyzny. Uśmiechnął się łagodnie. Podszedł bliżej łóżka.- Jak twoja ręka…?- zapytał, chwytając delikatnie opatrzoną dłoń mężczyzny.
Ten cofnął ją gwałtownie. Felix spojrzał na niego spłoszony.
Theodore zacisnął wargi.
Niech odejdzie.
-Mój wuj przyjedzie po mnie jutro. Tak jak wczoraj mówiłeś. Nie wiem, czy pamiętasz…- rudowłosy zagryzł nerwowo wargę. Mężczyzna nie odpowiedział. Utkwił wzrok w suficie.- Zadzwonił dziś raz jeszcze. Podobno wczoraj coś was rozłączyło… I pomyliłeś moje imię…- dodał, przełykając nerwowo ślinę.- Dlatego zadzwonił. Przestraszyłeś go. Mnie trochę też… Ale wytłumaczyłem mu, że miałeś gorączkę i źle się czułeś. Na pewno powinienem wyjechać…?
Nie powinieneś w ogóle przyjeżdżać. Nie powinieneś istnieć.
Dlaczego te myśli sprawiały mężczyźnie tyle bólu…?
Odejdź. Po prostu odejdź, Felix.
-Może powinniśmy zadzwonić po lekarza, Theo? Wydaje mi się, że…
-Wyjdź- wycedził lodowato mężczyzna.
Chłopak spojrzał na niego, zlękniony.
-Dobrze, Theo- szepnął pokornie, wycofując się i ruszając do drzwi.
Theodore na powrót przymknął powieki.
Odejdź, odejdź, odejdź…
Felix zatrzymał się nagle, tuż przy wyjściu.
-Bardzo mi przykro…- zaczął po chwili wahania, drżącym głosem.- Bardzo mi przykro z powodu Olivera…
Theodore drgnął zauważalnie. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej, wpatrując w Felixa lodowato.
-Już to mówiłeś- stwierdził chłodno.
-Tak, ale wtedy nie wiedziałem, że był…- urwał, wyraźnie speszony.- Chciałem ci tylko powiedzieć, że ja wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Rozumiem to.
Theodore parsknął z politowaniem. Nic nie rozumiesz, Felix, odejdź, odejdź, do diabła!
-Rozumiem, że ten wypadek…- mówił dalej chłopak.- Wiem, że to było niespodziewane… Może powinieneś się z kimś zobaczyć albo…
-Wypadek?- przerwał mu ostro Theodore.
-Tak- potwierdził cicho rudzielec.
-Skąd pomysł, że to był wypadek…?
-Zapytałem pani Carmen…- przyznał nieśmiało.- Nie chciałem- zastrzegł natychmiast.- Ale wczoraj mówiłeś takie straszne rzeczy… Przestraszyłem się. Zapytałem jej jak zginął.
-Powiedziała ci, że zginął w wypadku?- upewnił się Theodore.
Felix skinął głową.
-Właściwie to ja zapytałem, czy to był wypadek. A ona powiedziała, że tak. To był wypadek samochodowy…? Był bardzo młody, kiedy… Umarł razem ze swoją mamą…?
Theodore czuł, jak cały drży z wściekłości. Zerwał się gwałtownie z łóżka. Felix wpatrywał się w niego z niepokojem.
-Co się stało…?
-To nie był żaden wypadek…
-Jak to?- zdumiał się chłopak.
Theodore zacisnął mocno wargi, nie chcąc mówić już niczego więcej.
-Wyjdź- rzucił jedynie, krążąc po pomieszczeniu.
-Ale…
-Wynocha!- warknął donośnie.
Felix drgnął nerwowo, wpatrując się przez chwilę w mężczyznę, po czym wycofał się z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Theodore chodził przez chwilę wkoło, nie będąc w stanie pohamować emocji. Tak mu powiedziała…? Dlaczego tak mu powiedziała…? Jednym wściekłym ruchem, strącił stojące na komodzie rzeczy, które spadły na podłogę z głośnym trzaskiem. Wsunął palce we włosy, oddychając płytko. Co chciała uzyskać, kłamiąc w ten sposób…? Co chciała uzyskać, prócz uwagi Theodore’a, który nie mógł pozostawić tej informacji w taki sposób?
Przebrał się szybko, chcąc przynajmniej przed nią sprawiać pozory względnej normalności, chociaż właściwie dawno już przestał być normalny, o ile to miano pasowało do niego kiedykolwiek. Ona za dobrze go znała. Jakby przenikała go wzrokiem i wiedziała już wszystko. Jakby była w stanie przewidzieć wszystkie jego reakcje. Prowokowała go. Nie chciał być prowokowany. Nie chciał dawać jej satysfakcji z tego, że wygrywa. Choć nie tak dawno wydawało mu się, że stoją po tej samej stronie…
Zszedł powoli na dół. Po domu krzątały się służące, wykonując swoje codzienne obowiązki. Przeszedł do kuchni. Carmen siedziała przy stole, pijąc kawę. Kucharki rozmawiały ze sobą, od dawna zresztą nie mając zbyt wielu innych zajęć. Gdy Theodore wszedł do pomieszczenia, Carmen podniosła na niego wzrok.
-Musimy porozmawiać- oznajmił lodowato.
Uśmiechnęła się. Wcale nie sprawiała wrażenia zdziwionej tymi słowami. Poprosiła pozostałe kobiety, żeby wyszły i zostawiły ich samych, co też te uczyniły.
-Ach, Theodore…- rzuciła obojętnie.- Słyszałam, że nie czułeś się zbyt dobrze… Już lepiej…?
To pytanie było kolejną prowokacją, może nawet kpiną. Ktokolwiek spojrzałby na Theodore’a, widząc sińce pod jego oczyma, przekrwione oczy i grymas bólu na twarzy, doskonale znałby odpowiedź. Ona też ją znała.
-Dlaczego powiedziałaś mu coś takiego?- zapytał cicho, nie rozumiejąc.
Podniosła się z miejsca, trzymając kubek z kawą w jednej dłoni. Podeszła do lady, niespiesznie dosypując do naczynia łyżeczkę cukru.
-Grekch dzwonił. Podobno, jeśli bachor zechce, zabierze go do siebie… Dasz wiarę…? Nie powiedział tego wprost, ale to dość oczywiste… Pewnie planuje sprzedać posiadłość albo zostawić ją dla tego przybłędy, gdy już będzie w stanie sam nią zarządzać… Tak czy inaczej, taka ilość służby nie będzie im już potrzebna… O ile w ogóle będą chcieli utrzymywać służących w starym, niewygodnym, zupełnie niepraktycznym zamczysku… I pomyśleć, że spędziliśmy tutaj całe nasze życie… Kawy, Theodore?
Chwycił ją mocno za nadgarstek, odwracając w swoją stronę. Tak mocno, że upuściła trzymany przez siebie kubek, który roztrzaskał się na posadzce. Czarna ciecz rozlała się po podłodze, ale żadne z nich nie zareagowało, stojąc w okruchach porcelany.
-Dlaczego powiedziałaś Felixowi… Dlaczego powiedziałaś mu, że to był wypadek…?- zapytał raz jeszcze i samo to pytanie zdradzało zbyt wiele jego emocji. To. Trudno było mu nazwać tamto wydarzenie inaczej.
-Ten… bachor…- zaczęła, a mężczyzna drgnął ledwie zauważalnie. Ale ona zbyt dobrze potrafiła rozszyfrować jego emocje.- Nie lubisz, gdy go tak nazywam, prawda…? To zastanawiające, ile może zmienić się w człowieku przez tak krótki okres czasu…
-Odpowiedz- zażądał ostro Theodore.- Dlaczego skłamałaś?
-Nie skłamałam. Nie w złej wierze przynajmniej. Po prostu wybrałam wersję, którą i ty wybrałeś. Wygodniejszą dla ciebie.
Mężczyzna pokręcił głową.
-O czym ty w ogóle mówisz…?- rzucił cicho.
-Dobrze wiesz.
Patrzył przez chwilę w oczy staruszki, chcąc odnaleźć w nich odpowiedź.
-Zrobiłam to, żeby cię obudzić- powiedziała w końcu Carmen.- Żeby ci przypomnieć, co się naprawdę wydarzyło.
-Przypomnieć?- prychnął Theodore.- Naprawdę sądzisz, że mógłbym zapomnieć?
-Sądzę, że już to zrobiłeś- odparła, jakby było to oczywiste.- A więc czemu nie…? Wypadek, samobójstwo… To pierwsze jest wygodniejsze… Nie trzeba szukać winnych ani przyczyn…- mężczyzna przełknął nerwowo ślinę, odwracając wzrok. Jej słowa paliły go, raniły do żywego. To dlatego, że wiedział. Ona nie miała pojęcia.- Coś się wydarzyło i już. Zrządzenie losu. Masz swoją wersję rzeczywistości. Mnie może już tu wkrótce nie być. Mnie nie zależy- dodała obojętnie, wzruszając ramionami.- Ale ty zostaniesz z nim dłużej, czyż nie…? Jak się żyje ze świadomością zdrady…?
-Nikogo nie zdradziłem- zaprotestował natychmiast.
-Zdradziłeś Olivera i jego pamięć! Wcześniej wydawało mi się, że jesteś jedynym człowiekiem, który mnie rozumie… Który czuje ten sam ból…- mówiła, wilgotnym od wstrzymywanych od łez głosem.- Ale nie czekałeś długo, prawda…? Parę dni z tym chłopakiem i już zapomniałeś o wszystkim…
-Nie zapomniałem- odparł twardo Theodore.
-Czyżby…?- starsza kobieta uśmiechnęła się gorzko.- Myślisz, że jestem ślepa…? Myślisz, że nie widzę…? Widzę! Tak, jak i widziałam wtedy. Doskonale wiedziałam, co łączy cię z Oliverem. Ale milczałam. Wiedziałam, że mu na tobie zależy. Sądziłam, że tobie na nim również. Myliłam się- stwierdziła, drżącym głosem.- Wymieniłeś go. Bez chwili wahania.
Theodore skrzywił się na te słowa.
-Bredzisz- odpowiedział ostro.
Carmen wpatrywała się w niego załzawionymi oczyma.
-Dlaczego akurat on…?- zapytała szeptem.- Dlaczego spośród wszystkich ludzi musiałeś wybrać akurat tego, który jest winien jego śmierci…?
Theodore przełknął nerwowo ślinę. Zacisnął mocno dłonie, które zaczęły trząść się zauważalnie.
-Felix nie jest niczemu winien…- powiedział i tylko on mógł zdawać sobie sprawę z tego, ile kosztowało go to wyznanie. Szczególnie teraz.
Staruszka prychnęła z politowaniem.
-Więc kto jest? Skąd ta nagła zmiana zdania, Theodore? Jeszcze nie tak dawno zdawałeś się twierdzić coś zupełnie innego…
-Myliłem się. Felix… To nie jego wina, że pojawił się w tym domu. Nic od niego nie zależało.
-Życie Olivera owszem- odpowiedziała dobitnie.- Wiesz to równe dobrze, jak i ja.
Theodore pokręcił głową. Przymknął na chwilę powieki, układając słowa w jedną całość, bo te, raz po raz, umykały z jego umysłu, jakby sam nie wiedział, co chce powiedzieć.
-Ten chłopak nie miał na nic wpływu- odezwał się w końcu.- Bądź rozsądna, Carmen. To zwykły dzieciak.
-O nie… Ty nie traktujesz go jak dziecka…- kobieta uśmiechnęła się złośliwie.- Jak zwyczajnego dziecka tym bardziej.
Theodore poruszył się lekko.
-Co mam ci niby powiedzieć…?- zapytał cicho.
-Powiedz mi, dlaczego jest dla ciebie taki ważny. Jeszcze niedawno twierdziłeś, że go nienawidzisz, a teraz…? A może wcale nie jest ważny…? Może po prostu się nim bawisz…? I zapomnisz o nim tak szybko, jak o Oliverze…?
-Przestań to powtarzać!- krzyknął, nie mogąc się pohamować.- Kochałem go!
-Nie! To ja go kochałam! Kochałam go jak syna! Byłabym w stanie oddać za niego życie! Mój Oliver…- jęknęła płaczliwie. Łzy na powrót zebrały się w jej oczach. Zakryła twarz dłońmi, w geście bezradności. Theodore dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co ukrywa za swoim chłodem. Instynktownie chwycił ją za ramiona, przyciskając do siebie.- Był taki mądry… Taki dobry chłopak…- szeptała w jego klatkę piersiową, drżąc lekko.- Wszystko jeszcze było przed nim… Mógł mieć wszystko… O Boże…- rzuciła nagle, rozdzierająco. Theodore czuł, jak trzęsie się coraz bardziej, jak gdyby jej własne słowa rozdrapały nigdy nie zagojone rany i przywróciły wspomnienia z tamtego dnia.
-Carmen…- zaczął łagodnie.- To niczego nie zmieni. To nie przywróci mu życia. Felix w niczym nie zawinił…
Pierwszy raz od dawna był tak świadom tego, co mówi. Ale to niczego nie ułatwiało. Wprost przeciwnie. Komplikowało sprawę. Rodziło pytania. Stwarzało wyrzuty sumienia. Przywracało wszystkie bolesne wspomnienia. Nie potrafił już tak skutecznie wypychać wszystkich faktów ze swojego umysłu jak wcześniej. I nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że ta nienawiść, którą Carmen kierowała na Olivera, powinna spaść na niego. I jego własna, wydumana nienawiść, którą tak bardzo pragnął czuć względem tego chłopaka – była w istocie odbiciem tego, co czuł, patrząc w lustro.
-Nieprawda…- mówiła dalej kobieta.- Gdyby się nie pojawił, nie odnalazł, gdyby w ogóle nie istniał…
Theodore przymknął powieki.
-Carmen…- szepnął, kręcąc głową.
-To Grekch! Płynie w nich ta sama krew! Oni potrafią tylko niszczyć! Oni go zniszczyli…- rzuciła, wybuchając płaczem.
-Felix jest ofiarą- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna.- Oboje próbowaliśmy wierzyć, że jest inaczej… Ale taka jest prawda. Przecież wcale nie znał ojca. Wychowywał się w sierocińcu. Nie jednym zresztą… Jest inny niż on. I wiesz, tak samo dobrze, jak i ja, że niczym nie zawinił…
Odsunęła się od niego gwałtownie. Posłała mu spojrzenie pełne niechęci i niemalże obrzydzenia.
-Jak ty o nim mówisz…- szepnęła pogardliwie, kręcąc głową.- Jak ci nie wstyd…? Spójrz na siebie… Ten bachor zabrał nam wszystko. Grekch zabrał nam wszystko. Zabrał naszą radość, Olivera, kolejny Grekch zabierze ten dom… Całe nasze życie, Theodore. Ten dom jest naszym życiem… Wszystkim, co mieliśmy. Myślałam, że dobrze mnie rozumiesz. Czy w ogóle jeszcze o nim myślisz…? Myślisz o Oliverze…?- mężczyzna wzdrygnął się, odwracając wzrok.- Jego imię boli cię tak bardzo, jak i mnie. Ale mnie bolą wspomnienia, które wyzwala. Ciebie wyrzuty sumienia, bo wiesz, że zdradziłeś jego pamięć.
-Nie…- odpowiedział z wyraźnym trudem mężczyzna. Wcale nie dlatego czuł się winien.
-Przecież go pamiętasz…- Carmen podniosła wzrok, chwytając go za ramiona. Wpatrywała mu się prosto w oczy.- To był taki dobry chłopak… Taki serdeczny, ułożony, dobrze wychowany… Zapatrzony w ciebie, jak w nikogo innego.- wargi Theodore’a zaczęły drżeć.- Widziałam, jak na ciebie spoglądał… Słyszałam, jak mówił o tobie… Cały czas o tobie mówił…
Odsunął się od niej. Nie mógł znieść jej słów i ciężaru, jakie za sobą niosły. Nie zdołał pohamować łez, które spłynęły po jego policzkach. Otarł je, ale zaraz pojawiły się kolejne. Nie był w stanie nad sobą zapanować.
-Dlaczego go nie powstrzymałeś, Theodore…?- zapytała Carmen.- Jak mogliśmy to wszystko przeoczyć…?
-Przepraszam…- wydusił z siebie z trudem mężczyzna.- Przepraszam, ale… Nie mścij się na nim… Nie na Felixie, on naprawdę…
-Nie mów tego!- przerwała mu gwałtownie.
-Carmen…
-On mi go zabrał!- powtarzała obłąkańczo.
Theodore odwrócił wzrok, nie mogąc dłużej na nią patrzeć. Sam jej to wmówił. Wmówił to samemu sobie, równie łatwo. Oboje przyjęli to bez refleksji, bez zastanowienia. To było im potrzebne. Wróg. Przyczyna. Wyjaśnienie. Niemalże jak alternatywna wersja historii. To ułatwiało sprawę, przynajmniej z początku. I oboje potrzebowali tego z tego samego powodu. Żeby obarczyć kogoś odpowiedzialnością. Zdjąć ją na chwilę z własnych barków. Ale Theodore wiedział, że poczucie winy Carmen nie ma żadnego znaczenia. Nie ona zawiniła. Nie ona.
-Oliver nigdy by tego nie zrobił, gdyby go nie odnaleźli- mówiła dalej.- Ale bał się tak bardzo…
-Carmen…- szepnął raz jeszcze. Tak bardzo chciał, żeby przestała mówić!
-A teraz panoszy się tutaj…! Nic nie rozumie… Nie mogę na niego patrzeć… Nie znoszę go tak bardzo… Czasem, gdy słyszę jak schodzi po schodach, wydaje mi się, że to Oliver… Albo gdy widzę go kątem oka, gdy wchodzi do kuchni…
-Przykro mi…- odpowiedział mężczyzna, łykając łzy.- On nie jest temu winien…
-Więc kto…? Kto jest winien, Theodore?- Carmen chwyciła go mocno, wpatrując się w niego uporczywie. Wargi mężczyzny zadrżały lekko. Chciał to powiedzieć. Nie mógł tego powiedzieć. Nie, to nie mogła być przecież prawda…- Odpowiedz mi, Theo. Dlaczego nie odpowiadasz…? Ktoś przecież musi być winien… Ale ja widzę odpowiedź w twoich oczach… Wiesz dobrze, że to on…
-Nie…
-Dobrze wiesz!
-Nie, Carmen.
-On nam go zabrał! Oliver zrobił to przez niego! Tylko przez niego! Czy możesz na siebie spojrzeć, wiedząc, że bronisz tego, który doprowadził do jego śmierci…? Przecież to ty go znalazłeś… Przecież widziałeś, jaką krzywdę sobie zrobił… Jak możesz żyć po czymś takim, jeśli żyjesz u boku kogoś, kto zniszczył wszystko, co kiedykolwiek mieliśmy…?
Opadł na krzesło, zupełnie rozbity. Łzy wciąż spływały po jego policzkach. Zacisnął wargi i przymknął powieki.
Właśnie… Jak mógł żyć…? Jak mógł żyć ze sobą samym…?
Nie mógł. Dlatego nie mógł być też winien. Winien musiał być ktoś inny.
Felix…? Dlaczego nie…?
To jego wina, czyż nie…? Przecież mogło go tutaj nie być. Mógł się nie pojawiać. Nie odnajdywać. Wcale nie urodzić. Oczywiście, że to jego wina.
Absurd. Same absurdy, ale to właśnie umysł Theodore’a przyjmował teraz najlepiej.
Wszystko dookoła było nienaturalnie realne.
A on chciał śnić.

Wszedł do pokoju Olivera. Do pokoju Felixa. Zamknął za sobą drzwi, mimowolnie przesuwając wzrokiem po znajomych ścianach. Przymknął na chwilę powieki, obiecując sobie, że weźmie się w garść i zrobi to, co do niego należy. Otworzył szufladę chłopaka, chcąc spakować jego rzeczy, ale w tym momencie dostrzegł stojącą nieopodal wejścia walizkę. Pewnie ktoś inny zrobił to za niego, gdy spał. Może ten staruch…? Zamknął szufladę. Chciał wyjść z sypialni, ale coś jakby zatrzymało go w jej wnętrzu. Rozejrzał się raz jeszcze.
W tym momencie drzwi otworzyły się znowu. Drgnął mimowolnie, ale nie odwrócił się w tamtą stronę. Dokładnie wiedział, kto pojawił się w pomieszczeniu. Felix podszedł do niego cicho. Objął go od tyłu wokół pasa, wtulając twarz w jego plecy. Theodore przymknął powieki na dłuższą chwilę. Jego dłoń mimowolnie spoczęła na przedramieniu chłopaka. Stali przez chwilę w bezruchu, w milczeniu. Theodore czuł, jak jego serce bije szybciej z emocji. I jak boli. Diabelnie bolało. Zacisnął mocno popękane z nerwów wargi. Przy tym chłopaku wszystko wracało na chwilę do normy. Zdawało się inne. Lepsze. Dające nadzieję. Ale Theodore już nie mógł dłużej wierzyć, że cokolwiek będzie w stanie uwolnić go od przeszłości. Mógłby zrobić to sam. Ale nie miał do tego siły. Bronił się więc tak, jak mógł. Rozpaczliwie i zupełnie nieporadnie, świadom własnego zgubienia.
-Wiem, że Oliver…- odezwał się ostrożnie rudowłosy. Theodore skamieniał. Po co się odzywał…?- On był z tobą bardzo blisko, prawda? Powiedziałeś, że to nie był wypadek… Więc jak zginął…? Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz… Ale chciałbym… Chciałbym znać prawdę- przyznał cichutko.- Jak zginął?
-Przez ciebie.
Te słowa wymknęły się z ust Theodore’a bezwiednie, jakby wcale nie zamierzał ich powiedzieć. Ale za nimi nadeszło to poczucie swoistej, specyficznej ulgi. Bolesnej, pozornej ulgi, której teraz właśnie potrzebował.
-Słucham?- rzucił ze zdumieniem rudowłosy.
-Przez ciebie- powtórzył ponownie mężczyzna. Jego głos był lodowaty i obojętny. Wypracował go już dawno temu. Teraz po prostu wracał do formy. Mówił do niego tak jak wtedy, na samym początku. I chciał tak samo, jak i wtedy, nie widzieć w nim biednego, zagubionego dzieciaka, który nie miał w życiu zbyt wiele szczęścia, a winnego wszystkiego, co się zdarzyło przed jego przyjazdem. Ale z tym wcale nie było tak łatwo.- Chciałeś znać prawdę? Proszę. Oliver zginął przez ciebie.
Felix cofnął ręce. Obszedł Theodore’a, stając tuż przed nim i wpatrując się w jego twarz z przerażeniem.
-Ale… Nie rozumiem…- bąknął, zdezorientowany.
-Wiem. Nie jesteś zbyt rozgarnięty…- stwierdził z pogardą Theodore.- Zresztą, to widać na pierwszy rzut oka. Ofiara… Sierota z domu dziecka… Bez przyszłości, bez szans, bez perspektyw… Zupełnie bezradna. Zmieniłeś otoczenie, ale nie zmieniłeś nastawienia. Wciąż taki jesteś. Cóż ci po tych milionach, po majątku, po możliwościach, skoro i tak nie umiesz ich wykorzystać…? Nie masz żadnych planów, oczekiwań, ambicji… Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, co znalazło się w twoim posiadaniu… Masz szesnaście lat, ale zachowujesz się jak dziecko. To wcale nie jest normalne. On był w twoim wieku dużo dojrzalszy… Poważny. Ciebie nie stać na powagę. W głowie ci tylko błahostki i zabawa… Nic dziwnego, nigdy nie miałeś zwyczajnego dzieciństwa. Jesteś bezpośredni, ale to nie kwestia odwagi. Kryje się za tym brak przystosowania i nieokrzesanie. W rzeczywistości się boisz. Czego? Tego, co spotykało cię zawsze. Odrzucenia. Wcale się do tego nie przyzwyczaiłeś. Do niektórych rodzajów bólu nie da się przyzwyczaić. Można dobrze je znać, ale cierpienie jest równie mocne, za każdym razem. Liczysz na to, że wreszcie, jakimś cudem, znalazłeś się w miejscu, w którym powinieneś być. Ale się mylisz.
-Po co mi to mówisz…?- szepnął Felix, wyraźnie dotknięty jego słowami.
-Przecież chciałeś prawdy- odparł chłodno mężczyzna.
-Chciałem tylko wiedzieć, jak on umarł… I dlaczego powiedziałeś mi, że…
-Zabił się.
Powiedział to. Wreszcie to powiedział… Te słowa od dawna nie potrafiły przejść mu przez gardło. Teraz też poczuł nieznośny ucisk, jakby coś go za nie boleśnie chwyciło.
Po tych słowach, na długą chwilę, zapadła zupełna cisza. Felix patrzył na niego z osłupieniem, najwyraźniej wcale nie spodziewając się, że usłyszy coś takiego.
-S… Słucham…?- rzucił raz jeszcze, jakby naprawdę nie zrozumiał słów mężczyzny.
-Oliver. Zabił się przez ciebie- wyjaśnił Theodore.
Rudowłosy pokręcił głową.
-Ja… Ja nie wiem, o co chodzi…
-Dałbym ci czas na zastanowienie, ale obaj wiemy, że myślenie zajmuje ci dużo czasu, prawda…?- Theodore uśmiechnął się złośliwie.- Wszystko było w porządku, nim się pojawiłeś. Ale twój ojciec postanowił nam sprawić niespodziankę… Nie pierwszą zresztą, był w tym specjalistą… Oliver dobrze wiedział, jak to się skończy. Nie miał niczego. Jego matka, przez lata tego… związku… straciła właściwie cały swój majątek. Relacja z Grekchiem miała dla niej dość katastrofalne skutki… Właściwie każda relacja z tą rodziną niesie podobne konsekwencje…
-Ja nadal nie…
-Oliver nie miał już niczego- kontynuował Theodore.- Ani rodziny, ani majątku, który należał się tylko jemu. A gdy cię znaleźli, stało się jasne, że wkrótce będzie musiał opuścić też ten dom…
-Przecież… Przecież ja bym nigdy… Nie wyrzuciłbym go…- mówił Felix, wstrząśnięty słowami mężczyzny.
-… Więc opuścił ten dom na dobre. Na rzecz kogoś, kto wcale tu nie pasuje. I nigdy nie będzie tu pasował. Nie zastąpisz go- powiedział twardo.
-Ja nie zamierzałem…
-Zabił się przez ciebie. Tylko i wyłącznie przez ciebie.
-Ale… Ale ja niczego nie zrobiłem…- Felix sprawiał wrażenie roztrzęsionego. Głos miał lekko wilgotny, choć jeszcze próbował się bronić, ale nie miał szans. Był zbyt uległy i słaby, by odeprzeć słowa mężczyzny.- Nie chciałem mu wyrządzić żadnej krzywdy…
-Jakie ma znaczenie to, czego chciałeś…?- prychnął mężczyzna.- Zabił się przez ciebie…
-Nie, ja…
-Wszystko byłoby w porządku, gdybyś nie pojawił się w naszym życiu…
-Ja nie…
-Wiesz, ile miał lat…? Wiesz, jak bardzo był młody i ile jeszcze było przed nim…?
-Theo…
-Znalazłem go w łazience…- mówił dalej Theodore, okrutnie, i bez najmniejszych skrupułów.- W wannie… Wanna była pełna krwi… Zrobił sobie nacięcia na nadgarstkach…- głos zadrżał mu słyszalnie, nie był w stanie tego pohamować.- Cierpiał…
-Theo, Theo, nie mów już więcej, nie  mów!- Felix rozpłakał się nagle.
Przysunął się do mężczyzny, obejmując go ramionami i wpijając gwałtownie w jego usta. Theodore mimowolnie oddał pocałunek. Wsunął język do ust rudowłosego, chwytając go za kark. Jego wargi miały słony posmak, jak wtedy, gdy całował go po raz pierwszy. Ten pocałunek będzie ich ostatnim. Miał tego świadomość, gdy pogłębił go jeszcze bardziej, gdy przycisnął chłopaka do siebie, niemalże przylegając do niego całym ciałem. I miał tego świadomość, gdy nagle chwycił go za ramiona, odpychając od siebie gwałtownie i bez najmniejszej choćby delikatności. Felix wbił w niego przerażone spojrzenie. Mężczyzna milczał przez chwilę, jakby coś w nim jeszcze się wahało, jakby coś w nim walczyło, resztkami sił, upominając go, przywołując zdrowy rozsądek… On jednak nie miał wyjścia. Nie mógł dłużej funkcjonować w ten sposób. Nie mógł obarczać Felixa odpowiedzialnością, czując do niego to, przed czym tak bardzo się wzdragał i zdradzając pamięć Olivera. Mógł więc przyznać się otwarcie do tego, co się wydarzyło. Albo odepchnąć go od siebie i traktować tak, jakby rudzielec wcale go nie obchodził. Druga opcja wydawała się być znacznie łatwiejsza.
-Czego właściwie oczekujesz, co…?- uśmiechnął się okrutnie, spoglądając wprost w zielone oczy chłopaka, wypełnione łzami.- Naprawdę sądzisz, że kogokolwiek tu interesuje twój los…? Nie lubisz swojego ojca. Nie znałeś go, ale słyszałeś o nim dość, by wiedzieć, że nie zasłużył sobie na szczególną sympatię… Ale może w swojej naiwności sądzisz, że zreflektował się przed śmiercią i dlatego zdecydował się napomknąć o tobie, byś miał lepsze życie…? Bzdura…- parsknął chłodnym śmiechem.- Testament spisał już dawno. Nie obchodziłeś go przez całe jego życie. Chciał tylko wzbudzić zamieszanie, jak to zwykle czynił, co zresztą udało mu się niezwykle skutecznie… Jestem pewien, że byłby z siebie dumny, gdyby jeszcze chodził po tym świecie… Wychowywał obce dziecko, podejrzewam jednak, że kochał je równie mocno, co ciebie…- zaironizował, nie przestając się uśmiechać, choć teraz był to gorzki uśmiech.- Nie myślał o tobie ani przez sekundę swojego radosnego, pijackiego życia, spędzonego na rujnowaniu żyć innych, zabawie i wydawaniu pieniędzy… Ale jest jeszcze drugi Grekch, prawda? Twój wuj. Sądzisz, że jego interesujesz bardziej…? Bzdura. Zachorował i może dlatego poczuł nagle, że powinien zrobić coś dobrego. To zastanawiające, jak bardzo ludzie zmieniają się, gdy nawiedzi ich widmo śmierci, czyż nie…? Ale to tylko pozorna zmiana. Zmiana wynikająca ze strachu. Wcześniej nie interesował się wcale tym, co dzieje się w tym domu. Nie był skory do jakiejkolwiek pomocy. Kto jeszcze…? Ach, tak… Richard…- Theodore parsknął pogardliwie.- Ten stary głupiec. Jego też lubisz, prawda…? Jednak chyba nawet ty nie masz wątpliwości, że gdyby jego własna rodzina nie odepchnęła go od siebie i gdyby jego wnuk chciał się z nim widywać, pozostawiłby to miejsce i ciebie bez najmniejszego sentymentu…? Jak sądzisz, Felix…? Komu jeszcze tutaj na tobie zależy…? Czyjej uwagi szukasz…?
-Twojej…- szepnął, drżącym głosem chłopak.
Theodore poczuł, jak coś ściska go za serce. W tym momencie, rudowłosy przylgnął do niego gwałtownie, obejmując kurczowo ramionami i wtulając w jego klatkę piersiową.
-Zostaw…- rzucił ostro mężczyzna, chcąc, by ten się odsunął, ale rudzielec nie miał takiego zamiaru.- Felix!- warknął gniewnie, usiłując go od siebie odczepić.
Szarpał go mocno, ściskał jego ramiona i ręce, mając świadomość tego, że zadaje mu ból. Chłopak był uparty. Nie chciał go zostawić. Brakowało mu sił, ale wciąż obejmował go jednym ramieniem, gdy Theodore’owi udało się pochwycić jego drugą rękę i oswobodzić z uścisku.
-Kocham cię…- wydusił z siebie w momencie, gdy mężczyźnie udało się wreszcie odsunąć go od siebie na długość rąk.
-Nie obchodzi mnie to- odparł, choć niechciane emocje przedarły się do jego głosu.- Ty też mnie nie obchodzisz.
-Nie, Theo, nie, nie, proszę, proszę…!- załkał rozpaczliwie rudowłosy, znowu próbując się do niego przytulić. Gdy mu się to nie udało, padł na kolana i objął nogi mężczyzny, płacząc nieprzerwanie.- Theo, proszę…
-Wstawaj, Felix!
-Proszę… Ja nie wiedziałem… Nie chciałem… Nie chciałem, Theo… Błagam…
Mężczyzna szarpnął go gwałtownie za ramiona, podnosząc do pionu.
-Jesteś mi zupełnie obojętny…- stwierdził.
-To nieprawda!- zaprotestował natychmiast rudowłosy.- Wiem, że czujesz coś do mnie!
-Kochałem jego. A przez ciebie on zginął. Jak sądzisz, co mogę do ciebie czuć…?
-Nie, Theo…- płakał wciąż chłopak, usiłując przedrzeć się do jego świadomości.- Nie, nie…
-Nie obchodzisz mnie.
-Byłeś ze mną!
-To nic nie znaczy.
-Nieprawda! Powiedz, że to nieprawda, Theo, proszę!- dodał zaraz rozpaczliwie, jakby nie był tego pewien..
-Od dnia, w którym się tutaj pojawiłeś… Moje uczucia do ciebie wcale się nie zmieniły…
-Theo, przepraszam…- mówił chaotycznie chłopak, raz po raz usiłując objąć go ramionami, ale Theodore nie dawał mu takiej możliwości.- Nie wiedziałem… Naprawdę, nie wiedziałem… Ale proszę… Proszę, nie mów mi tego…- rzucił błagalnie, wpatrując się w oczy mężczyzny.
Theodore odwrócił wzrok.
-Nie będę tracił na ciebie czasu- obwieścił, ruszając w stronę drzwi.
-Nie!- Felixowi na powrót udało się go objąć. Mężczyzna zatrzymał się, osaczony jego ramionami.- Nie, proszę! Nie zostawiaj mnie samego…- załkał rozpaczliwie, a Theodore miał wrażenie, że jego serce zatrzymało się, gdy usłyszał te słowa.- Błagam… Błagam, nie zostawiaj mnie samego… Theo, błagam, błagam, Theo…
Theodore próbował raz jeszcze odsunąć się od niego, ale sam stracił wszelkie siły. Zdawał sobie sprawę z tego, że musi stąd wyjść. Musi go zostawić, nie patrzeć na niego, nie słyszeć jego przeraźliwego płaczu, nie czuć jego bólu… Łzy zebrały się pod jego powiekami, ale powstrzymywał je skutecznie. Felix wpadł w jakiegoś rodzaju histerię. Mężczyzna usiłował uciszyć go, ale ten płakał nieustannie, powtarzając wciąż jego imię, prosząc go wciąż o to samo, nie dając się w żaden sposób uspokoić ani opanować… Theodore miał wrażenie, że nie wytrzyma już dłużej. Skrzywdził go i zdawał sobie z tego sprawę. Chciał go skrzywdzić. A teraz cierpienie chłopaka paliło go do żywego.
Drzwi od pokoju otworzyły się nagle.
-Co się tutaj dzieje?- zapytał Richard, pojawiając się w środku.
To oprzytomniło mężczyznę.
-Zabierz go…- rzucił lodowato, odpychając od siebie chłopaka.
-Theo!- zawył Felix, znowu rzucając się w jego kierunku, ale Richard objął go mocno, zatrzymując przy sobie.
-Co się dzieje…?- powtórzył, spoglądając na Theodore’a z wyczekiwaniem.- Co się stało…? Co mu powiedziałeś, Theodore?- zapytał ostro.
-Nic ponad to, co sam chciał usłyszeć.
Obrócił się i opuścił pomieszczenie, po czym ruszył szybko w kierunku swojej sypialni. Przez chwilę jeszcze towarzyszyło mu histeryczne łkanie i wołanie Felixa.
Nie mógł jednak zawrócić.
Już nie.
Nie był w stanie zasnąć. Przewracał się z boku na bok, krążył po swojej sypialni, by wreszcie po raz wtóry tej nocy, zejść na dół i przejść do kuchni. Zapalił światło. Znowu wyciągnął z szafki swoje tabletki. Nie wiedział po co. Głowa wcale go nie bolała. Obracał przez chwilę opakowanie w dłoniach, zastanawiając się nad czymś. Odłożył je na miejsce. Napił się wody i wyszedł z pomieszczenia, po czym wszedł z powrotem po schodach. Ruszył wzdłuż korytarza. Chciał wrócić do siebie, ale po chwili wahania, skierował się w inną stronę. Jakby nieświadom tego, dokąd zmierza, znalazł się nagle pod drzwiami rudowłosego. I wtedy uświadomił sobie, że ktoś jeszcze nie mógł zasnąć.
Usłyszał stłumiony płacz dobiegający z zamkniętego pomieszczenia. Przymknął powieki, czując, jak coś chwyta go za serce. Odruchowo wyciągnął dłoń w kierunku klamki, ale ostatecznie położył ją na drzwiach, nie zdobywając się na to, by wejść do środka. Dobrze wiedział, co musiał czuć teraz Felix. Miał świadomość tego, co mu powiedział i jak to na niego wpłynęło. Sądził, że chłopak będzie próbował jeszcze wszystko z nim wyjaśnić. Że przyjdzie do niego raz jeszcze, że znowu będzie musiał na niego spoglądać i męczyć się z samym sobą. Ale stało się inaczej. Paradoksalnie, Felix wszystko mu ułatwił. Nie przyszedł. Theodore nie natknął się nawet na niego, gdy wałęsał się po domu bez konkretnego celu. I oto sam przyszedł tutaj. Pod jego drzwi. Oparł o nie czoło, czując, jak łzy napływają mu do oczu. Z sypialni rudzielca wciąż dobiegało ciche łkanie.
Mężczyzna miał świadomość tego, że mógł wszystko naprawić. Mógł wejść do środka i jednym zdaniem, jednym słowem, gestem, sprawić, by Felix o wszystkim zapomniał. Zdawał sobie sprawę z wpływu, jaki miał na tego chłopaka. I, co jeszcze istotniejsze , coraz bardziej rozumiał wpływ, jaki wywierał na nim rudowłosy. Ale teraz to nie miało najmniejszego znaczenia. Podjął już decyzję.
Jej konsekwencje miały dopiero nadejść, choć już teraz były o wiele trudniejsze do zniesienia, niż mógł podejrzewać.
Osunął się na podłogę. Oparł plecami o drzwi, uginając nogi w kolanach i zakrywając twarz dłońmi. Nie wiedział, ile czasu dokładnie spędził w tamtym miejscu. Zdecydował się podnieść dopiero, gdy płacz rudowłosego ucichł. Wtedy wstał i ruszył z powrotem do swojego pokoju.
Nie wrócił do łóżka. Przysiadł na parapecie, wyglądając przez okno.
Jutro wstanie nowy dzień.
I rozpocznie czas zmiany.
Theodore wytrzyma w swoim postanowieniu.
… Albo umrze.

Następny ranek był bardzo spokojny. Dużo spokojniejszy, niż przypuszczał mężczyzna. Gdy zszedł na dół, w ślad za kierowcą, znoszącym walizkę Felixa i stanął w ogromnym holu, obok swojego podopiecznego i Grekcha, rudowłosy nie powiedział ani słowa. Właściwie nawet na niego nie spojrzał. Theodore zachowywał się obojętnie, jakby nic się nie stało, chociaż postawa zwykle emocjonalnego i nieokrzesanego chłopaka, wzbudziła w nim pewne zdumienie. Z początku sądził, że Felix milczy, nie chcąc, by jego wuj zauważył, że coś jest nie w porządku, ale chyba wcale nie o to chodziło.
-To wszystko?- zapytał Grekch, niemalże z niedowierzaniem spoglądając na jedną, jedyną walizkę, trzymaną przez kierowcę.
Theodore uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem. Bogacze…
-Tak- potwierdził cicho rudzielec.
Wzrok miał nieobecny i pusty. Theodore’owi wydał się być bardzo znajomy, choć nigdy nie widział podobnego spojrzenia u Felixa. Sprawiał wrażenie osowiałego i smutnego, pozbawionego chęci do czegokolwiek.
-Nie chcesz zabrać już niczego więcej?- dopytał ostrożnie wuj chłopaka, uśmiechając się do niego łagodnie.
Rudowłosy pokręcił głową w milczeniu.
-Dobrze. Zobaczysz moją posiadłość. Jest bardzo podobna do tej… Jestem pewien, że przypadnie ci do gustu…- Grekch wyraźnie usiłował wykrzesać u swojego bratanka entuzjazm, którego nie brakowało rudzielcowi przy jego ostatniej wizycie. Teraz jednak na próżno było go oczekiwać. Felix sprawiał wrażenie, jakby wcale nie obchodziło go to, co się wokół niego dzieje. Nie silił się nawet na to, by stwarzać pozory, że jest inaczej. Jego wuj spłoszył się nieco.- Theodore…- zwrócił się w końcu do lokaja, wyciągając w jego stronę dłoń. Mężczyzna uścisnął ją krótko, uśmiechając się nieznacznie.- Może byłoby dobrze, gdybyś pojechał z nami…?
-Nie, panie Grekch…- odparł chłodno mężczyzna.- Jestem pewien, że panicz doskonale poradzi sobie sam…
Felix wcale nie zareagował na te słowa.
-Dobrze…- jego wuj uśmiechnął się nieco wymuszenie.- Przywiozę go za kilka dni. Albo, jeśli zechce, wcześniej…- dodał nieco ciszej.- Wszystko w porządku...? Sprawia wrażenie smutnego...
-Zapewne stresuje się wizytą- odpowiedział bez chwili zastanowienia Theodore.
-Ach, tak. Tak, możliwe. Dziękuję, Theodore. Zadzwonię przed naszym powrotem, żebyście zdążyli wszystko przygotować.

Theodore stał w swoim pokoju, przy oknie, odchylając lekko zasłonkę i wpatrując się w podjazd. Wyglądało na to, że albo Grekch wyjątkowo przywiązał się do swojego bratanka i nie mógł się z nim rozstać, albo kompletnie nie miał poczucia czasu, ponieważ choć zapowiedział swój przyjazd dziś na konkretną godzinę, spóźniał się już dobre dwie. Felixa nie było ponad dwa tygodnie. To było wystarczająco długo, by wszystko w tym domu wróciło do względnej normy. A może raczej do jej braku. Do stanu, który nastąpił po śmierci Olivera. Dało to wystarczająco dużo czasu, by umysł mężczyzny również wrócił do takiego stanu. Znowu był tylko on i cały świat dookoła. Świat ludzi, którzy nic nie rozumieli i nie byli w stanie czuć tego samego, co on. I był ten dzieciak. Bachor. Przybłęda, który nie miał tu swojego miejsca. Który nie miał żadnego prawa tutaj być i który, być może nieświadomie, ale jednak, doprowadził do śmierci jedynego, którego Theodore kiedykolwiek kochał. Wszystko inne zdawało się nie mieć większego znaczenia. Wystarczało mu to w zupełności. Obiekt niechęci. Ten, na którym spoczywała cała wina, za to, co się wydarzyło. To, co zaszło pomiędzy nim i rudzielcem, straciło na znaczeniu. Nie był w stanie wyzbyć się skutecznie specyficznych uczuć, jakimi go darzył. Ale był przecież specjalistą od zapominania, więc zapomniał. Odepchnął je od siebie, tak samo jak prawdę. To było całkiem proste i nie wymagało szczególnego wysiłku. Wiedział, że wszystko zacznie się od nowa. Przywita go tak samo, jak pierwszego dnia, gdy pojawił się w tym domu. Będzie na niego patrzył w ten sam sposób. Odnosił się do niego z tym samym chłodem i kiepsko skrywaną pogardą. Tym razem nie przekroczy granicy. Nie da się zaskoczyć ani wytrącić z równowagi. Jego historia nie wzbudzi w nim litości. Jego prostota – zaufania. A poza tym, wszystko to było w gruncie rzeczy zupełnie bez znaczenia. Jeśli Carmen miała rację, nie zostało im wiele czasu w tym domu.
A poza tym domem, dla Theodore’a, nie istniało zupełnie nic.
Usłyszał dźwięk telefonu dobiegający z korytarza, ale nie ruszył się z miejsca. Kolejny sygnał. I jeszcze jeden. Zacisnął wargi, poirytowany, ale kolejny sygnał urwał się w połowie. Ktoś pewnie odebrał. Zerknął na zegarek, unosząc brew w geście politowania. Zdecydowanie im się nie spieszyło.
Mężczyzna usłyszał głosy, dobiegające z korytarza. Wydawało mu się, że ktoś wypowiedział jego imię. Po raz ostatni wyjrzał przez okno, po czym otworzył drzwi, opuszczając pomieszczenie. Mirtha stała kilka metrów przed nim, blada jak ściana.
-O co chodzi…?- rzucił oschle, dostrzegając Richarda, który rozmawiał z kimś przez telefon. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego.
-Pan Grekch dzwoni…- odezwała się drżącym głosem.                              
-Tego się spodziewałem…- skwitował jej słowa Theodore.- Spóźnią się bardziej…? Chłopak nie przyjedzie wcale…? W czym rzecz…?- dopytał z lekkim niepokojem, widząc jej minę.
Wzięła płytki oddech, spuszczając wzrok.
-W czym rzecz?- powtórzył mężczyzna, coraz bardziej zdenerwowany.- Coś się wydarzyło…?
-Chyba… Chyba panicz Felix…- zająknęła się i urwała na dłuższą chwilę.
-Panicz Felix co?- ponaglił ją mężczyzna.
Podniosła na niego płochliwe spojrzenie.
-Panicz Felix popełnił samobójstwo.

sobota, 20 października 2012

Rozdział 27 [Chaos]


-Dlaczego tak bardzo się mnie obawiasz, mój drogi królu…? Czyżby przerażała cię potęga…? A może świadomość, że większy ciężar od tego, który nosisz na swojej głowie, spoczywa w twoim sercu…?
Amir uchylił gwałtownie powieki, budząc się ze snu. Jakieś słowa wciąż jeszcze rozbrzmiewały  w jego głowie, ale nie mógł sobie przypomnieć, jakiego sennego marzenia, czy może raczej koszmaru, dotyczyły. Przetarł twarz dłonią, wzdychając głęboko. Leżał przez chwilę, nie wykonując najmniejszego ruchu. Słyszał szum otaczających go drzew, kołysanych przez przyjemny, lekki wiatr. Był pewien, że nadszedł już poranek, choć gęste, górujące nad nimi liście, nie przepuszczały zbyt wielu promieni słonecznych. Miał poczucie nienaturalnego spokoju i przez chwilę nie był w stanie sobie uświadomić, z czego to wynika. Nieco niechętnie i leniwie, uniósł się na przedramionach i rozejrzał dookoła.
No tak.
Uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem, opadając z powrotem na ziemię. Devin. Zawsze chodziło o Devina. Tym razem o jego brak, ale mimo wszystko. Amir nie wiedział, gdzie podział się mężczyzna o czasie, który wybierał zazwyczaj, by budzić swoich kompanów i dręczyć ich swoimi opowieściami, tudzież, tak zwaną sztuką. I nie żeby specjalnie narzekał na to, że dziś poeta darował sobie tego rodzaju rzeczy. Nie tęsknił ani za pobudkami, ani za rolą interpretatora snów Devina, ani, tym bardziej, za rolą przymuszonego do słuchania jego pieśni i opowieści. Nie dało się jednak ukryć, że ten stan rzeczy wydawał się mężczyźnie, lekko mówiąc, niecodzienny i był ciekaw, dokąd udał się poeta.
Spojrzał na bok, zatrzymując wzrok na leżącym kawałek dalej potomku wilków. Uśmiechnął się do siebie mimowolnie, spoglądając na kompana przez długą chwilę. W pewnym momencie ten drgnął lekko i poruszył się tak, jakby się przebudził, nie otworzył jednak oczu. Wyprostował podkulone wcześniej nogi, potarł stopami o siebie, ziewnął szeroko, przewracając się na brzuch, z twarzą zwróconą w kierunku Amira. Mężczyzna z lekkim rozbawieniem odnotował, jak uszy potomka wilków poruszają się raz po raz, a jego ogon wędruje, z góry na dół. Nagle Nadim otworzył oczy, napotykając, w pierwszej chwili spłoszone, spojrzenie mężczyzny. Potomek wilków spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, bez słowa, jakby nad czymś się zastanawiał. Albo jeszcze nie do końca dobudził, co zresztą było równie prawdopodobne. Amir poczuł, że powinien coś powiedzieć, więc wyrzucił z siebie nieszczególnie naglące pytanie:
-Gdzie podziewa się Devin…?
-Devin…?- powtórzył sennie Nadim, takim tonem, jakby był zbyt mało przytomny, by choćby pamiętać, kto to taki. Uniósł głowę, rozglądając się dookoła, tak, jak wcześniej jego kompan, po czym położył się z powrotem.- Pewnie poszedł do lasu. Szuka inspiracji. Na nowy poemat. Albo coś takiego…- rozbawiony uśmiech wstąpił na wargi potomka wilków.
-Poemat…- parsknął z politowaniem Amir.- Czy skończył do tej pory choćby jeden…?
-Nie wiem. Zapytaj, jak wróci…- Nadim ziewnął szeroko, po czym przewrócił się na drugi bok, zwracając plecami do swojego towarzysza.
To był zapewne ten moment, w którym mężczyzna powinien uznać, że rozmowa jest skończona, jego kompan idzie spać i on powinien uczynić to samo. A przede wszystkim, powinien odwrócić wzrok. Natychmiast. Jednak, mimowolnie, jego spojrzenie powędrowało wzdłuż pleców towarzysza, zatrzymując się na niestosownie długą chwilę, na jego wypiętych lekko pośladkach. Co Amir miał właściwie…? Ach, tak. Wzrok. Odwrócić wzrok. Tylko w zasadzie, już nie pamiętał, z jakiego powodu miał to zrobić…
Nagle donośny, dochodzący z oddali wrzask, przerwał ciszę.
Amir zerwał się natychmiast na nogi, rozpoznając głos krzyczącego. Nadim również wstał szybko. Obaj spojrzeli w kierunku, z którego dochodził tamten dźwięk. Popatrzyli na siebie z niepokojem i nie czekając dłużej, chwycili za broń, biegnąc w tamtym kierunku. Przedarli się przez gąszcz krzaków i drzew, usiłując dotrzeć do miejsca, w którym znajdował się poeta. Gdy zbliżali się w tamtym kierunku, mężczyzna usłyszał coś, co przypominało wściekłe warczenie albo ujadanie, pomieszane z krzykami i bolesnymi jękami Devina.
Wreszcie go znaleźli. Poeta leżał przy jednym z drzew, osłaniając się ręką przed atakującym go wściekle, pokaźnej wielkości wilkiem, który bezlitośnie szarpał jego przedramię. Amir natychmiast zamachnął się mieczem, godząc w dzikie zwierzę z całej siły i wbijając go w jego ciało. Wilk jednak nie padł od razu, a porzuciwszy swoją ofiarę, skierował się na atakującego. Mężczyzna uderzył po raz kolejny, odcinając łeb zwierzęcia, który potoczył się po trawie, pozostawiając po sobie krwawą smugę. Cielsko wilka osunęło się na ziemię. Nadim klęknął przy poecie.
-Devin…?- zwrócił się do ledwie przytomnego, przerażonego jak diabli mężczyzny.- Pokaż…- poprosił, chwytając zranioną rękę za dłoń i oglądając przedramię.- Wszystko w porządku…- powiedział uspokajająco do trzęsącego się człowieka.- To niewielka rana.
Amir również to zauważył. Jednak w drugiej kolejności, co innego zwróciło jego uwagę. Splamiona krwią trawa, tuż obok Devina. W pierwszej chwili myślał, że to krew zwierzęcia, ale gdy przyjrzał się uważniej, zauważył coś, czego potomek wilków, w swym pośpiechu, nie dostrzegł.
-Nadim…- rzucił ostrożnie, nie chcąc denerwować, i tak zlęknionego, poety.
Potomek wilków spojrzał na niego przez ramię, po czym podążył za wzrokiem kompana, zatrzymując go na jego nodze. Rozchylił wargi, wyraźnie osłupiały. Na lewej nodze poety znajdowały się dwie rany. Jedna, się na udzie, która podobnie jak i ta z przedramienia, nie sprawiała wrażenia głębokiej, ale znajdująca się na łydce… Zęby wilka wydarły sporą część ciała. Amir widział wyłaniającą się spod krwawych strzępów kość.
-Nie zrobiłem… Nie zrobiłem zupełnie nic…- mówił rozedrganym głosem Devin, łykając łzy.- Tylko szedłem... Naprawdę niczego nie zrobiłem…- zapewniał towarzyszy, mglistym, ledwie przytomnym głosem. Był w szoku i chyba sam ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co mówi.
-Wszystko będzie dobrze, Devin…- powtórzył znowu Nadim, choć w obliczu tego, co przed chwilą zobaczył, jego głos brzmiał zdecydowanie mniej pewnie.
Amir zdjął z siebie koszulę, obwiązując nią szybko największą ranę poety, nie chcąc, by ten utracił więcej krwi. Szybkim ruchem rozciął prawą nogawkę spodni rannego, by i z nich zrobić prowizoryczny opatrunek. Zawiązał materiał na dwóch pozostałych ranach, spoglądając ukradkiem na Nadima.
-Czy to moja krew…?- zapytał z przerażeniem Devin, widząc dłonie Amira.- O bogowie…- jęknął, oszołomiony.- Aż tyle krwi…?
-To nie jest twoja krew. Tylko tego zwierzęcia…- zapewnił go Amir, chcąc nieudolnie go uspokoić.
-Chyba nie jest ze mną dobrze…- stwierdził głucho poeta. Oparł głowę o pień drzewa, tracąc przytomność.
-Devin!- krzyknął Amir.- Musimy go stąd zabrać- poinformował kompana, spoglądając na niego z uwagą.
-Dokąd…?
-Chociażby do miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Tu może nie być bezpiecznie.
Nadim skinął głową.
Wspólnymi siłami, przenieśli mężczyznę. Położyli go na trawie, kładąc pod jego głową zwinięty koc. Amir chwycił bukłak z wodą, której nie było jednak wiele. Odsłonił jedną z ran i odkładając na bok, nasiąknięty krwią materiał, usiłował ją oczyścić. Woda jednak szybko się skończyła. Opatrzył Devina na powrót, czymś suchym, ale wiedział, że to i tak nie wystarczy.
-Przynieś mi wody- rzucił do towarzysza.
-Skąd…?- zapytał nerwowo Nadim.- Sprawdzałem wczoraj, tu w pobliżu nie ma nigdzie choćby stawu…
Amir zagryzł wargę, zastanawiając się nad tym, co robić dalej. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie będą w stanie pomóc Devinowi. Nie mieli czystych opatrunków, wody, niczego, co mogłoby się przydać. Przypomniał sobie, że nim weszli do lasu, minęli budynek, który przypominał przydrożną gospodę. Uzgodnił wszystko z Nadimem. Nie mieli innego wyboru, jak tylko szukać tam pomocy dla poety. Zostawili wszystko, co nie było im potrzebne. Amir zarzucił jedną rękę poety na swoje ramię, stojący po drugiej stronie Nadim, zrobił to samo. Unieśli go obaj, wspólnymi siłami i ruszyli przed siebie.
Devin ocknął się na chwilę w trakcie drogi. Mamrotał coś przez dłuższą chwilę bez najmniejszego sensu, by w końcu rzucić ledwie słyszalne:
-Nie chcę umierać…
-Nie umierasz!- odpowiedział stanowczo Amir.
-A więc jednak jej nie znalazłem…- szepnął Devin.
Amir spędził z nim dość czasu, by wiedzieć, że ten mówi o swojej wyśnionej kochance.
-Znajdziesz ją!- zapewnił mężczyznę. Devin nic nie odpowiedział. Przymknął powieki. Jego głowa opadła bezwładnie do tyłu. Wyglądało na to, że znowu odpłynął.- Devin! Devin, nie zasypiaj!- rzucił w jego kierunku Amir.- Znajdziesz ją! Ty głupi poeto! Znajdziesz ją! Nie po to męczyłem się z tobą tyle czasu, żebyś teraz umierał!
Udało im się dotrzeć do budynku. Weszli do środka. Znaleźli się w dużym pomieszczeniu, przypominającym jadalnię. Amir zostawił nieprzytomnego Devina w rękach towarzysza, samemu wychodząc na środek i rozglądając się dookoła.
-Jest tu ktoś?!- krzyknął głośno, wyczekując odpowiedzi.- Potrzebujemy pomocy!
Młody mężczyzna wyłonił się zza drzwi. Wzrokiem cokolwiek obojętnym, zmierzył Amira i przytrzymywanego kurczowo przez potomka wilków Devina. Największą jednak uwagą – co nie było wcale zaskakujące – obdarzył Nadima. Nie wyglądał jednak na kogoś, kto przejmuje się szczególnie faktem, że w jego posiadłości pojawił się na wpół martwy człowiek, któremu zapewne trzeba było udzielić natychmiastowej pomocy, a nie jedynie spoglądać w jego kierunku.
-Potrzebujemy pomocy- powtórzył twardo Amir.
-Chcecie zająć pokój…?- zapytał beznamiętnie tamten, jakby naprawdę nie rozumiał w czym rzecz.
-Potrzebujemy wolnego miejsca. Opatrunków i wody- wyjaśnił mężczyzna.
Człowiek spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, jakby się nad tym zastanawiał.
-Nie wiem, czy mamy to na usługach…- poinformował go po chwili z zaskakującym wprost chłodem.- A właściwie, czemu nie. Jak zapłacicie odpowiednio dużo. Pokoje nie są drogie.
-Nie mamy złota- odezwał się Nadim.
-To macie problem…- odpowiedział tamten, jakby się tego spodziewał.- Ty szczególnie- dodał ze złośliwym uśmieszkiem, zwracając się do zdziwionego potomka wilków.- I tak musiałbyś płacić podwójnie…
Amir podszedł bliżej mężczyzny i chwycił go gwałtownie za szyję.
-Zaraz ja mogę sprawić ci kilka problemów- warknął gniewnie.
Drzwi z prawej strony pomieszczenia otworzyły się w tym momencie. Wyjrzała zza nich jakaś starsza kobieta. Rozejrzawszy się po przybyłych, nie czekając na żadne wyjaśnienia, rzuciła jedynie ciche:
-Proszę. Wnieście go tutaj.
Uchyliła drzwi szerzej. Amir odsunął się od mężczyzny. Podszedł do towarzysza i pomógł mu podnieść Devina, którego obaj wnieśli do pokoju wskazanego przez kobietę.
-Matko!- tamten człowiek natychmiast ruszył za nimi.- Matko!- powtórzył stanowczo.- Czy wiesz, komu pomagasz…?
Nie zdołał jednak przejść dalej, bo staruszka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Uderzał w nie przez chwilę, wyraźnie poirytowany, by w końcu odejść.
-Połóżcie go- poleciła kobieta, wskazując stojące przy ścianie łoże.
Tak też uczynili. Nadim przysiadł u boku Devina, dotykając dłonią jego czoła.
-Co się stało…?- zapytała, dopiero w tym momencie.
-Szliśmy lasem. Zaatakował go wilk- wyjaśnił pokrótce Amir.
-Wilk?- zdumiała się wyraźnie. Zerknęła ukradkiem na Nadima, jakby nieco płochliwie.- Masz na myśli… Masz na myśli zwierzę, panie…?
-Tak… Tak, zwierzę…- odpowiedział mężczyzna, zdumiony tym pytaniem.
-Dobrze…- szepnęła kobieta, skinąwszy głową.- Mam opatrunki i wodę. W tym miejscu stacjonowały nasze oddziały, ale ostatnio przeniosły się gdzieś indziej. Nie znam się jednak dobrze na tego typu sprawach…- ostrzegła cicho.- Mój mąż był wojskowym medykiem, ale zmarł bardzo dawno temu.
Opatrzyli Devina raz jeszcze, przemyli jego rany, zdjęli z niego zakrwawione ubrania i założyli suche. Amir również się przebrał. Tę noc spędzili wraz z Nadimem w tym samym pomieszczeniu, co ich kompan, chociaż kobieta proponowała im, by wzięli pokoje na górze. Noc zdawała się być wyjątkowo krótka. Wydawało się Amirowi, że ledwie przymknął powieki, a zaraz później, jego towarzysz budził go, gdy już świtało. Płytki sen nie dał mężczyźnie ani odrobiny ukojenia czy odpoczynku. Zmęczony i senny, razem z potomkiem wilków doglądał Devina. Jednak gdy tylko na powrót odsłonili jego rany, by je obmyć, stało się dla nich jasne, że z Devinem wcale nie jest lepiej. Sczerniała rana na łydce wyglądała okropnie. Noga poety była napuchnięta i gorąca. Devin nie obudził się zresztą od wczoraj. Amir się denerwował.
-Nie mogę mu pomóc w żaden inny sposób…- stwierdziła kobieta, gdy pojawiła się przy nich ponownie.- Ale możecie znaleźć nasz oddział. Mają medyków i lekarstwa. Może pomogą.
-Oddział…?- zainteresował się mężczyzna.
-Tak. Szukajcie dowódcy Colana. Nie znam pozostałych, ale to dobry człowiek. Bardzo zasadniczy, ale dobry.
Amir nie potrzebował już niczego, poza wyjaśnieniem, gdzie mogą znaleźć wskazanego człowieka. Kobieta jednak poradziła im, w którą stronę iść, powiedziała, że znajdą drogę, i by szli wzdłuż niej, szukając gdzieś budynku czy innego miejsca postoju. Mężczyźni nie czekali dłużej i ruszyli natychmiast. Żaden z nich nie powiedział tego na głos, ale obaj troszczyli się o kompana. I obaj mieli świadomość, że ten może nie przeżyć.
Zgodnie ze słowami kobiety, odnaleźli drogę. Wędrowali nią pospiesznie, nie odzywając się do siebie ani słowem. Wtem usłyszeli tętent kopyt. Amir odwrócił się gwałtownie, widząc kilku żołnierzy, dosiadających koni, którzy pojawili się nagle na drodze, otaczając ich z tyłu. Nim zdążył się zorientować, pozostała część grupy zjawiła się z drugiej strony, nie dając im żadnej możliwości ucieczki i mierząc w nich włóczniami.
-Zabawny pies…- rzucił jeden z mężczyzn, szturchnąwszy Nadima nogą.
Potomek wilków spojrzał na niego gniewnie, przysuwając się bliżej kompana.
Tuż przed nimi zatrzymał się mężczyzna wyróżniający się na tle pozostałych, ubrany inaczej, wyglądający bardziej dostojnie i pewnie. Spoglądał na nich w milczeniu przez długą chwilę, podczas gdy jego podwładni rozbawieni albo pełni pogardy, szturchali Nadima i wymieniali się uwagami na jego temat.
-Dosyć!- warknął głośno Amir.
-Włóczy się z psem i ma pretensje do nas! Phie!- parsknął jeden z nich.
Dowódca uniósł dłoń, uciszając swoich podwładnych.
-Niech człowiek mówi- rozsądził, spoglądając z wyczekiwaniem na mężczyznę.
-Nazywam się Amir. Kazano nam szukać generała Colana…
-I znaleźliście mnie…- odpowiedział tamten, co wzbudziło w Amirze chwilową ulgę.- Z czym do mnie przychodzisz obywatelu? I dlaczego prowadzisz mi tego psa…?
Amir widział, jak wargi Nadima drżą lekko i dobrze wiedział, że jeśli tak dalej pójdzie, jego kompan nie wytrzyma i powie coś, co zapewne ich zabije albo przynajmniej bardzo do śmierci zbliży. Siląc się więc na spokój, odpowiedział:
-To mój towarzysz. Nadim.
Żołnierze parsknęli śmiechem.
-Towarzysz…- powtórzył dowódca, uśmiechając się z politowaniem.- Oryginalnych dobierasz sobie towarzyszy, obywatelu. Sądziłem, że o ich intencjach każdy mógł się już przekonać na własnej skórze, ale jak widać się myliłem… Nie wiem z jakiej nory wylazłeś…- zwrócił się do Nadima.- Ale wiedz, że znajomość z człowiekiem nie da ci azylu ani wolności w tym miejscu…
-A dlaczego miałoby…?- rzucił prowokująco potomek wilków.
Amir posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, wiedząc, że zmierza to w zdecydowanie złym kierunku.
-Bo to nasza ziemia…- odparł twardo dowódca.- Nawet, jeśli od wieków twierdzicie inaczej…
Nadim drgnął lekko. Spojrzał na kompana ze zdumieniem.
-Pogranicze…- szepnął, na tyle cicho, by tylko Amir był w stanie to dosłyszeć.- To miejsce o którym nam opowiadali…
Amir zorientował się już chwilę temu i bez jego wielce odkrywczych słów. I ten fakt wcale nie przynosił mu ulgi, a wprost przeciwnie.
-Nie oczekuj lojalności od istoty, której jedyną wartość określa jej pochodzenie…- mówił dalej dowódca, tym razem kierując te słowa w stronę człowieka.- Mając bowiem do wyboru życie swojego pobratymca i twoje, nigdy się nie zawaha…
-Nie mów za mnie!- zaprotestował gwałtownie Nadim. Tym razem spojrzenie Amira było już bardziej błagalne niż ostrzegawcze, ale domyślał się, że i tak przyniesie niewielki skutek. Jeśli chodziło o jego ród, Nadim gotów był spierać się do samego końca, bez względu na konsekwencje, które teraz mogły być zdecydowanie inne, niż kilka kpiących słów kompana.- Nie krew czyni wartościowym, a czyny! Tyczy się to i ludzi, i potomków wilków. A wasze czyny aż za dobrze świadczą o was…- dodał dobitnie.- Grozicie bezbronnym i niewinnym bronią.
-… A wy mordujecie bezbronnych- dokończył z politowaniem dowódca.
-Kłamca!- syknął gniewnie potomek wilków, czym wzbudził natychmiastową reakcję u żołnierzy, którzy zaczęli protestować, a wręcz domagać się, by Nadima wreszcie zgładzono.
-Nie!- krzyknął natychmiast Amir, unosząc dłonie w obronnym geście. Dowódca spojrzał na niego z uwagą.- Nie pochodzimy stąd! Ani ja, ani on. Przywędrowaliśmy z daleka. Nie mieliśmy pojęcia, że macie tu takie problemy, ale ani ja, ani Nadim, nie mamy z tym nic wspólnego!
-Lęgną się jeszcze gdzie indziej…?- dowódca nie sprawiał wrażenia zaskoczonego.- To wiele wyjaśnia, biorąc pod uwagę setki tych, którzy stąd odeszli… Na nasze szczęście i nieszczęście każdego innego narodu, który musi się z nimi zmagać… My staramy się wyplenić ich od stuleci, choć dopiero od kilkudziesięciu lat, ten konflikt zamienił się w wojnę…
-Raczej eksterminację- powiedział chłodno Nadim.
Dowódca skierował na niego uważne spojrzenie.
-Eksterminacją są zamachy na nasze miasto i zabijanie całych rodzin- odpowiedział równie lodowato.- Kilka grup ma swoje kryjówki w tym lesie. Ale wytępimy wszystkich. Bez względu na szpiegów z zewnątrz- dodał, spoglądając na potomka wilków znacząco.
-Nie jestem szpiegiem- odpowiedział tamten.
-Nie obchodzi mnie, za kogo się uważasz. Wystarczy mi to, jak wyglądasz.
-Wychował się gdzieś indziej- odezwał się Amir, starając się załagodzić sytuację.- Nie jest taki, jak ci tutaj.
-Oni wszyscy są tacy. Uwierz mi, bo miałem okazję poznać nazbyt wielu. Nie bez powodu bogowie uczynili ich innymi od nas. Byśmy mogli wzajemnie rozpoznawać się jako wrogowie, to pewne. Nie oceniamy drugiego człowieka na podstawie tego, że nim jest. Nie pochodzenie się liczy, a pewnego rodzaju moralność. Oni tego nie rozumieją. Stosują tylko jedno kryterium. A moralność jest dla nich bez znaczenia…
-Jak śmiesz mówić o moralności?!- wykrzyknął Nadim. Amir chwycił go mocno za ramię, podejmując ostatnią, równie nieudolną próbę, uspokojenia go.- Czy zadałeś mym pobratymcom choć jedno pytanie, nim ich zabiłeś?!
-Masz duże szczęście, że jest z tobą człowiek…- odparł z kwaśnym uśmiechem dowódca.- Inaczej rzeczywiście, wcale bym nie pytał…
-Potrzebujemy pomocy- odezwał się Amir. Dowódca spojrzał na niego z uwagą.- Nasz kompan został zaatakowany w lesie. Jest w złym stanie. Zatrzymaliśmy się w budynku, w którym niegdyś stacjonowaliście, ale brakuje nam lekarstw. Kazano nam się do ciebie zwrócić.
-Nie pomagamy naszym wrogom- odpowiedział mężczyzna.
-Ten, który jest ranny, nie jest potomkiem wilków- dodał Amir.
-Ty też nim nie jesteś, co nie przeszkadza ci iść ramię w ramię z tym, który w przyszłości doprowadzi zapewne twoje ziemie do takiego samego stanu jak nasze…- odparł chłodno dowódca. Nadim poruszył się gniewnie, wyraźnie rozjuszony jego słowami.- Ktokolwiek współpracuje z nimi, działa przeciwko nam. Nie mogę pomóc.
-Błagam… Zapłacimy tak, jak będziemy potrafili…
-Zapłaćcie więc krwią naszych przeciwników…- odpowiedział beznamiętnie.- Przelejcie jej tyle, ile oni przelali w imię swej ideologii, a wtedy możecie się do mnie zwrócić… A póki co, musicie radzić sobie sami.
-Co z nim zrobimy?- zapytał jeden z żołnierzy, niecierpliwiąc się bardzo.
-Odjeżdżamy- obwieścił ku jego rozczarowaniu dowódca.
-Co?!- zdumiał się tamten.- Ale… To pies, więc…
-Nie pochodzi stąd. Niczego nam nie uczynił. Niewinny- rozsądził dowódca, po czym, by nie pozostawić wątpliwości co do swojej opinii na temat Nadima, dodał- Formalnie niewinny. Dalej.
Żołnierze schowali broń, niezadowoleni ze zdania dowódcy. Amir nie wątpił, że wielu z nich chciałoby ukarać zuchwałego potomka wilków osobiście. Wycofali się jednak i odjechali w kierunku, z którego Nadim i Amir wędrowali. Mężczyzna obejrzał się za nimi. Westchnął głęboko, zastanawiając się nad tym, co teraz uczynią. Mieli chyba już tylko jedno wyjście. Wątpił, by ktokolwiek inny udzielił im pomocy w takich okolicznościach. Nie chciał też ryzykować życia Nadima. Powinni wracać i pomóc Devinowi. Tak, jak tylko potrafili.
Nadim jednak najwyraźniej był pochłonięty zupełnie innymi rozważaniami.
-Dlaczego nie zaprotestowałeś?!- zapytał gniewnie, spoglądając na towarzysza. Amir wyrwał się z zamyślenia, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Dlaczego nie powiedziałeś czegoś na ten temat?! Dobrze wiesz, że nie jesteśmy tacy, jak nas opisywał! Dlaczego więc nie powiedziałeś ani słowa…? Ach, jasne…- potomek wilków uśmiechnął się gorzko.- Ludzka solidarność… A może twój wstyd…? Ciężko ci się było przyznać do tego, że jestem twoim towarzyszem…?
-Na litość bogów!- wrzasnął nagle Amir. Nadim umilkł natychmiast, spoglądając na niego ze zdumieniem.- Nasz towarzysz umiera!- poinformował dobitnie swojego kompana, bo zdawało się, że zupełnie o tym zapomniał.- Albo przynajmniej jest bliski śmierci! Przyszliśmy tutaj szukać dla niego pomocy, a nie spierać się z kimkolwiek! I nie zamierzam słuchać dłużej tych twoich bzdur o pochodzeniu, o religii i o ludziach! Nie obchodzą mnie ludzie! Ani potomkowie wilków! Obchodzi mnie Devin!
Nadim milczał długą chwilę, wyraźnie skruszony.
-Przepraszam…- powiedział w końcu ze wstydem.- Masz rację. Zapomniałem o tym… Ale...- zawahał się wyraźnie. W jego oczach pojawił się dziwny błysk.- Ale jak to jest, że życie jednego człowieka jest ważniejsze od nas wszystkich…? Życie jednostki ważniejsze od całych mas…?
-Chcesz wiedzieć, jak życie jednostki może być ważniejsze od mas? Zapytaj Fortisa, gdy będziesz miał już okazję, a biorąc pod uwagę twoje zachowanie, nastąpi to prędko. Powinien dobrze znać odpowiedź- odparł uszczypliwie mężczyzna.
Prawdopodobnie rozpoczęłoby to kolejny spór, na który w tym momencie absolutnie nie mieli czasu, gdyby nie fakt, że nagle coś przecięło powietrze ze świstem. Amir, który chwilę wcześniej odwrócił się do towarzysza plecami, gotów wracać szybko do miejsca, w którym zostawili Devina, obejrzał się na kompana ze zdumieniem, przez chwilę autentycznie przekonany, że to on w niego strzela, co było wnioskiem, rzecz jasna, nie tyle nawet mało trafnym, co wręcz abstrakcyjnym. Nie zdążył się zorientować, co właściwie się dzieje, gdy kilkadziesiąt kolejnych strzał wyleciało zza najbliższych drzew. Nadim natychmiast ściągnął zdezorientowanego mężczyznę na ziemię, przywierając do niej płasko i czekając na koniec ataku. Amirowi trudno było ustalić, co się właściwie dzieje i kto do nich strzela. Nie był to oddział dowodzony przez Colana, ale ten nie był przecież jedynym dowódcą, więc mogli to być zupełnie inni ludzie, którym nie spodobał się widok potomka wilków, choć ten sposób ataku, wydał się mężczyźnie wyjątkowo dziwny. Zaraz deszcz strzał ustał. Leżeli przez chwilę w bezruchu, oczekując z niepokojem na jego wznowienie. Wreszcie jednak Amir podniósł się powoli i chciał sięgnąć po miecz, ale nie był w stanie tego zrobić. Natychmiast ktoś pochwycił go mocno za ręce, wiążąc je za nadgarstki, za jego plecami. Odwrócił się, ze zdumieniem dostrzegając dwóch potomków wilków, którzy stali tuż za nim. Nie różnili się niczym od tych, którzy mieszkali przy jego królestwie. Wszyscy dość wysocy, smukli, o ciemnych włosach i złotych oczach. Amir chciał obejrzeć się na towarzysza, ale nie było mu to dane. Ktoś zawiązał mu na oczach przepaskę, przez którą nie był w stanie zobaczyć zupełnie nic.
-Nadim…?- rzucił jedynie, wciąż trzymany przez tych, którzy ich atakowali i nie będąc w stanie nawet ustalić, ilu potomków wilków znajduje się tutaj poza tymi, których zobaczył.
-Tak…?- usłyszał cichą odpowiedź kompana.
-Wszystko w porządku…?- zapytał niepewnie mężczyzna. Silne ramiona pchnęły go do przodu, zmuszając do tego, by ruszył przed siebie.
-Mam związane ręce. I nic nie widzę.
Czyli równie w porządku jak sam Amir, co przyniosło mężczyźnie pewnego rodzaju ulgę. Prowadzili ich do jakiegoś miejsca. Na próżno było jednak zadawać jakiekolwiek pytania, bo potomkowie wilków nie odzywali się do schwytanych ani słowem. Do siebie zresztą też nie. Człowiek raz po raz potykał się o coś, nie przewracał się jednak, podtrzymywany przez napastników. Wreszcie silna dłoń zatrzymała go na chwilę. Usłyszał dźwięk, jakby otwierano jakąś klapę. A później pchnięto go do przodu. Amir spadł, z niedużej wysokości, ale wylądował na kolanach. Jęknął głucho, czując, że rozbił je sobie do krwi. Ktoś natychmiast podszedł do niego i chwycił mocno za materiał koszuli, zmuszając, by się podniósł, co wcale nie było łatwe. Ledwie mógł ustać na nogach, ale chwiejnym krokiem, prowadzony dalej, ruszył przed siebie, zatrzymując się w końcu w miejscu, w którym mu to nakazano. Zaraz ktoś stanął tuż obok niego. Amir domyślił się, że był to jego kompan.
-Zdejmijcie im przepaski- rozkazał męski głos.
Ktoś rozplątał materiał zawiązany na oczach Amira i zdjął go z nich. Mężczyzna zamrugał rozglądając się dookoła. Znajdowali się pod ziemią, tego akurat był pewien. W podłużnym, dużym pomieszczeniu, znajdowało się kilkudziesięciu potomków wilków, kobiet i mężczyzn. Wszyscy byli uzbrojeni, w łuki lub sztylety. Na samym końcu, otoczony ogniem, stał dziwny posąg, przedstawiający jakiegoś potomka wilków ze wzniesionym mieczem. Nie wyrzeźbiono jednak jego twarzy, która pozostała zupełnie pusta. Po prawej stronie znajdowała się długa ława, po lewej, Amir dostrzegł kraty, które zapewne były częścią jakiejś klatki lub czegoś podobnego, nie był jednak w stanie dostrzec całości. Stojący obok niego Nadim, również oglądał pomieszczenie z uwagą. Sprawiał wrażenie nieco zaniepokojonego, ale nie dało się ukryć wyrazu fascynacji, jaki pozostawał na jego twarzy. Amir zdecydowanie nie był zafascynowany. Był przerażony.
-Kim on jest?- zapytał jeden z potomków wilków, patrząc na Nadima z uwagą.- Nigdy wcześniej go nie widziałem.
Z tłumu wystąpił mężczyzna, który nie wyróżniał się wcześniej spośród reszty. Był nieco wyższy od kompana Nadima, o czarnych włosach i charakterystycznych, złotych oczach. Podszedł do towarzysza Amira i chwycił go za ramię, przyciągając  do siebie bliżej. Wsunął nos w jego włosy.
-Inny zapach- ocenił, odsuwając się od Nadima.- Nie jest jednym z nas.
-Więc kim?- zdumiał się ten, który pytał wcześniej.
-Nazywam się Nadim- przedstawił się pospiesznie kompan człowieka, nie czekając na dalsze pytania.- Pochodzę z lasów przy królestwie Alitis.
Potomkowie wilków milczeli przez dłuższą chwilę, zdumieni.
-Alitis…?- powtórzył jeden z nich, ze zdziwieniem.
-Nasza święta ziemia…- dodał zaraz drugi, z wyraźnym poruszeniem.
-Owszem…- potwierdził ten, który stał blisko Nadima, spoglądając na niego badawczo.- Nigdy nie spodziewałem się, że ktokolwiek z tamtych okolic przywędruje aż tutaj… Rozwiąż go- zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.- Witaj, Nadimie. Nazywam się Chait.
Wyglądało na to, że pełni funkcję przywódcy. Z grupy wystąpił wskazany przez niego potomek wilków i rozwiązał ręce Nadima.
-Nie zrobimy wam krzywdy- zapewnił natychmiast Nadim, doskonale odnajdując się w roli dyplomaty.- Nie współpracujemy z ludźmi.
-Oczywiście- potwierdził przywódca, skinąwszy głową.- Nie oskarżałem cię o nic innego. Choć nie do końca rozumiem, dlaczego mówisz w liczbie mnogiej… Wszak on jest człowiekiem.
-Tak, ale jest inny- powiedział z pełnym przekonaniem towarzysz Amira, który niespecjalnie wzruszył się na te słowa.- To mój kompan. Przyszedł tu ze mną.
Tamten uśmiechnął się jedynie, jakby pobłażliwie.
-Możecie ruszyć z nami- rzucił natychmiast Nadim. Amir spojrzał na niego, kompletnie osłupiały i zupełnie nie rozumiejąc, co ten właściwie wyprawia.- Dobrze wiem, że źle wam się tutaj dzieje, że jesteście uciskani i, że ludzie was mordują. U nas sytuacja jest inna. Chodźcie z nami. Wrócimy na nasze wspólne ziemie. Zjednoczymy się ponownie.
-Nadim…- rzucił ostrzegawczo mężczyzna, choć widział już, że żaden z potomków wilków nie przyjął tej płomiennej przemowy i propozycji z wielkim entuzjazmem.
-Tak też zrobimy…- odpowiedział Nadimowi przywódca, uśmiechając się litościwie.- W odpowiednim czasie.
-To znaczy…?- zdziwił się Nadim.
-To znaczy, że w odpowiednim czasie, odzyskamy wszystkie ziemie, które niegdyś należały do nas- wyjaśnił spokojnie jego rozmówca.
-Nie rozumiem…- szepnął potomek wilków, wyraźnie zdezorientowany.
Chait nie sprawiał zaskoczonego tym faktem. Obejrzał się za siebie.
-Czy wiesz, kto to taki, Nadim…?- zapytał, wskazując dłonią w kierunku posągu.
Towarzysz Amira pokręcił głową, najwyraźniej się nie domyślając.
-Och, błagam!- prychnął donośnie człowiek. Chait skierował na niego pełne pogardy spojrzenie.- To Fortis! Przecież to oczywiste!
-Fortis…?- powtórzył ze zdumieniem Nadim.
-Nie inaczej- potwierdził przywódca potomków wilków.
Amir zdał sobie z tego sprawę bardzo szybko, przypominając sobie, co słyszał o tych całych masach pobratymców Nadima, którzy wędrowali od miasta do miasta, w poszukiwaniu „świętej ziemi”, którzy czcili „poległego bohatera”… O kogo innego mogłoby chodzić? Wszystko układało się w logiczną całość.
-Nasz bohater… Nasz pan… Nasz władca i wybawiciel…- kontynuował Chait z wyraźnym szacunkiem w głosie.- Ten, którego krwią od wieków skalane są dłonie zdrajców… Wasze dłonie…- dodał, spoglądając na Nadima, który sprawiał wrażenie równie zdezorientowanego i nieświadomego, co i chwilę temu.- Zbezcześciliście ciało tego, który jako jedyny był w stanie uwolnić nas od ich tyranii…- dodał, wskazując na człowieka.
-I sam stał się tyranem- dopowiedział chłodno Amir.
Chait spojrzał na niego lodowato.
-Nasi przodkowie popełnili błąd- odezwał się ze skruchą Nadim.
-Twoi przodkowie- poprawił go chłodno przywódca.- Nasi przodkowie dokonali wyboru. Odeszli posłuszni jemu, by w przyszłości powrócić u jego boku, w chwale…
-Fortis również popełnił wiele błędów- przerwał mu towarzysz Amira.
Człowiek już wiedział, że z tej wymiany zdań nie wyniknie nic dobrego.
-Błędów?!- prychnął z poirytowaniem Chait.- Fortis uczynił dla nas wszystko, co tylko był zdolny uczynić! Wszystko, co robił, robił dla dobra ogółu! Dla naszego dobra… Wy jednak nie potrafiliście tego docenić…- podsumował pogardliwie.
-Nie wszystkie jego uczynki były słuszne- zaprotestował, wyjątkowo subtelnie, Nadim.
-Każdy jego uczynek oddalał nas od widma zagłady z ich rąk…- Chait ponownie wskazał na Amira, spoglądając na niego z wyraźną niechęcią.- Czy można więc mówić o braku ichsłuszności…? Źle osądzili go pośmiertnie twoi przodkowie, skazując nas na banicję, a jego na wieczną pogardę…
-To się zmieniło!- zapewnił przywódcę Nadim.- Już dawno temu zauważyliśmy, że popełniliśmy błąd. Od pokoleń zdajemy sobie z tego sprawę. Teraz w tym miejscu rządzi mój wuj. Rozumiemy motywy kierujące jego czynami, ale nie wszystkie czyny, nawet popełniane ze względu na najszlachetniejsze pobudki, można akceptować…
Amir szczerze wątpił, by rozmówca Nadima zrozumiał te słowa.
-Te ziemie są nasze…- odpowiedział beznamiętnie Chait, raczej nieporuszony zmianami w mentalności „zdrajców”.- I będą nasze, gdy powrócimy i pokonamy tych, którzy nam je wydarli.
-Jak zamierzacie to uczynić?- nawet Nadim musiał zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo abstrakcyjne były to słowa.
-Z jego pomocą…- odparł potomek wilków, wskazując na posąg.
-Fortis nie żyje.
-Fortis powróci. Nasi wróżbici przepowiadają nam to od wieków. Twoi przodkowie popełnili błąd- szepnął Chait, zbliżając się do Nadima.- Ty możesz go naprawić. Zmyć z siebie piętno zdrajcy. Oddaj cześć naszemu prawdziwemu władcy, oddaj mu pokłon, wyrzekając się tych, którzy teraz tobą rządzą, którzy mają nad tobą władzę, a będziesz wolny…
-Nie rozumiem…- odparł Nadim, wyraźnie zagubiony.
-Naprawdę?- parsknął kpiąco Amir.- Czego nie rozumiesz? Modlą się do niego! Czczą go niczym boga!
-Fortis zrobił dla nas więcej niż jakikolwiek bóg czy bogowie…- odparł wyniośle Chait.- Mamy wobec niego dług wdzięczności. I wierzymy, że gdy on powróci, odnajdzie nas, swoje wierne dzieci i wynagrodzi nas możliwością służby u jego boku… I zemsty na tych, którzy odebrali naszą potęgę… I jego godność…- dodał znacząco, nie odrywając od Nadima uważnego spojrzenia.
-Ale Fortis nie żyje- powtórzył raz jeszcze Nadim.
-Ale powróci!- odparł jak i poprzednio jego rozmówca.- Odrodzi się ponownie, wierzymy, że na tych ziemiach… Kogóż bowiem lepiej byłoby mu wybrać…? Bandę tych, którzy go zdradzili i zhańbili, czy tych, którzy wierni jemu, odeszli, by czekać na niego cierpliwie i służyć mu przez wieki…? On da nam zwycięstwo nad naszymi ciemiężycielami. Poprowadzi nas na nasze dawne ziemie. I wydrzemy je z rąk zdrajców i ludzi, przejmując nad nimi dawną władzę. A wierni jemu, którym uda się przeżyć ten bój, zostaną nagrodzeni najwspanialszymi darami, jakie widział ten świat…
Amir parsknął pełnym politowania śmiechem. Stado głupców!
Przywódca przeniósł na niego surowe spojrzenie.
-Bawi cię to, człowieku…?- zapytał, zbliżając się w jego kierunku.
Bawiło go wręcz niezmiernie. Błędem było jednak tak ostentacyjne okazywanie tego faktu. Chait zamachnął się mocno i uderzył go w twarz z taką siłą, że ten upadł na ziemię. Zamroczyło go na dłuższą chwilę. Poczuł krew spływającą z jego nosa i wargi.
-Co ty wyprawiasz?!- krzyknął Nadim w kierunku potomka wilków, klękając natychmiast przy swoim towarzyszu.- Nic wam nie uczynił!
-Nasze winy spadają na barki przyszłych pokoleń. Winy twoich przodków spadły na ciebie, Nadimie. A na jego barkach spoczywają winy całej ludzkości, których jest tyle, że nie zdołałby ich z siebie zmyć… Jest skażony. Zarażony złem, jak wszyscy ludzie.
-To nieprawda!- zaprotestował gwałtownie Nadim.- Nie wszyscy ludzie są tacy jak ci, z którymi walczycie! Niektórzy są inni! Dobrzy!
-Słabo ich znasz, Nadim. Ale to bez znaczenia… Jest człowiekiem. Będzie więc traktowany, jak i każdy inny człowiek. Podobnie traktują nas ludzie, zabijając bez mrugnięcia okiem…
-Więc czynicie to samo co oni! Czym w takim razie się od nich różnicie…?
-Jeśli chcesz zwyciężać, stosuj metody swoich przeciwników, bo inaczej szybko zginiesz…- mruknął Chait.- Podejmij decyzję, Nadim. Chcesz być naszym bratem czy pozostać zdrajcą…?
Nadim milczał przez dłuższą chwilę, zaciskając mocno wargi.
-Pozwól nam stąd odejść- powiedział w końcu.
-To błędna decyzja…- odparł spokojnie przywódca.
-To groźba…?
-Skądże. Masz prawo wybrać w ten sposób. Wiedz jednak, że nie ominą cię konsekwencje tego wyboru, gdy on powróci…
-Więc możemy odejść…?- upewnił się Nadim, prostując się.
-Ty możesz odejść- sprostował przywódca. Potomek wilków spojrzał na niego bez zrozumienia.- Żaden człowiek nie opuścił tego miejsca wolny i to się raczej nie zmieni…
-On jest moim towarzyszem! Ręczę za niego! Nie jest waszym wrogiem!
-Każdy człowiek jest naszym wrogiem…- odparł znudzonym głosem Chait.- Przyjdzie czas, gdy to zrozumiesz.
-Więc zostanę z nim…- rzucił zdecydowanym głosem Nadim.
-Dobrze...- Chait uśmiechnął się złośliwie.- Ale wtedy podzielisz jego los. A musisz wiedzieć, że bardzo niewielu ludzi, opuszcza to miejsce żywymi…
-Co takiego…?- szepnął z przerażeniem towarzysz Amira.- O czym ty mówisz…? Nie możesz go skrzywdzić, niczym wam nie zawinił! Nie jest waszym przeciwnikiem! Przybył ze mną, wiem, co mówię! Nie walczy z nami!- usiłował tłumaczyć, ale Amir już wiedział, że to zupełnie bezcelowe.- Poza tym, nie możesz mnie zabić…- dodał zaraz, ze zdumiewającą wprost pewnością.- Mamy przecież prawa i zasady. Nie zabijamy takich jak my, bez względu na wszystko.
-Wasze prawa i zasady mnie nie obchodzą i nie obowiązują…- odparł lodowato rozmówca Nadima.- Kiedy wy mieliście czas na przestrzeganie podobnych bzdur, my musieliśmy martwić się o przetrwanie... A walka o przetrwanie znosi wszystkie prawa i zasady, które mogą ją utrudnić, zdajesz sobie sprawę…? A poza tym, nawet, gdyby nas to obchodziło… Ty nie jesteś jednym z nas. Jesteś zdrajcą. Ciesz się więc z wyboru, jaki ci dajemy i odejdź, póki jeszcze możesz.
-Nie…- szepnął Nadim, kręcąc głową.
-Nadim!- syknął głucho klęczący na ziemi mężczyzna, spoglądając na towarzysza.- Nadim!- powtórzył ostro, widząc, że ten gotów jest powiedzieć coś, czego obaj zaraz pożałują.- Schyl się!- rzucił. Potomek wilków zawahał się wyraźnie, po czym kucnął obok kompana, wpatrując się w niego z uwagą.- Zabierz kryształy…- powiedział Amir tak cicho, by tylko on był w stanie to usłyszeć.- I wracaj do Devina. Poradzę sobie.
-Co ty opowiadasz?!- obruszył się potomek wilków.- Nie zostawię cię tutaj!
-Zostawisz!- stwierdził stanowczo mężczyzna.- Zabierz kryształy, to teraz najważniejsze. Nie chcesz chyba, żeby dostały się w ich ręce…?
-To nie ma dla mnie znaczenia!
-Ale ma dla mnie!
-Nie pozwolę im cię skrzywdzić!
-Nie pomożesz mi zamknięty tutaj!- odparł mężczyzna.- Rób, co do ciebie mówię. Zabierz kryształy i odejdź. Proszę.
Amir wpatrywał się w twarz kompana. Szczęka potomka wilków drżała lekko, a w jego oczach pojawiły się łzy. Zacisnął zęby, mając problem, żeby pogodzić się z tym, o czym mówił jego towarzysz, ale wreszcie sięgnął trzęsącymi się dłońmi do jego szyi. Rozwiązał sznurek, zdejmując z niej worek z kryształami. Ścisnął go w dłoni, prostując się. Pozostali potomkowie wilków, którzy go obserwowali, nie odzywali się ani słowem. Nadim obejrzał się na nich po raz ostatni, po czym spojrzał na swojego kompana w taki sposób, że ten przez chwilę lękał się, czy Nadim nie zechce zrobić czegoś absolutnie nieprzemyślanego i fatalnego w skutkach. Ale na szczęście stało się inaczej. Potomek wilków odwrócił się na pięcie i odszedł, śledzony uważnymi spojrzeniami.
-Dopilnujcie, żeby wyszedł…- zwrócił się Chait do kilku swych towarzyszy, gdy Nadim zniknął za zakrętem. Ci ruszyli za nim.
Chait przeszedł się wzdłuż pomieszczenia, po czym zatrzymał nieopodal Amira, stając przed nim i wpatrując się w niego z uwagą.
-Więc…?- rzucił tak, jakby oczekiwał, że to człowiek ma coś do powiedzenia.- Przydasz nam się do czegoś…? Do negocjacji…? Nie jesteś przecież żołnierzem… Ale masz dobrą broń…- dodał po chwili, podchodząc do mężczyzny i wyjmując jego miecz. Obejrzał go dokładnie z pobłażliwym uśmiechem, po czym oddał jednemu z pobratymców, a ten ułożył go w pobliżu prowizorycznego ołtarza.- Dobrą broń i strój godny nędzarza… Ale nędzarzem też nie jesteś. Za dużo w tobie dumy, za dużo śmiałości. Nie pochodzisz jednak stąd, więc wydaje się, że jesteś zupełnie bezużyteczny…- wywnioskował po chwili rozważania.- A może się mylę…?- dopytał, nie przestając się uśmiechać.- Powiedz nam kim jesteś i jaką funkcję pełnisz. Może to twoja szansa, by ocalić swoje życie… Wykorzystaj ją dobrze…
-Ja wiem, kim jest…- Amir usłyszał znajomy, kobiecy głos. Nie potrafił sobie jednak przypomnieć, do kogo mógłby należeć. Spojrzał w kierunku, z którego dochodził. Na kratach zacisnęły się czyjeś blade dłonie.
Chait odwrócił się w tamtą stronę.
-Coś mówiłaś, ptaszyno…?- zapytał pogardliwie.
Dopiero wtedy człowiek zdał sobie sprawę z tego, kto wypowiedział poprzednie słowa. Zobaczył twarz kobiety, która zbliżyła się jeszcze bardziej do krat. Nie mógł wyjść ze zdumienia.
-Ty…?- rzucił z niedowierzaniem w kierunku arystokratki. W kierunku tej, która miała tę specyficzną zdolność. Tej, która ruszyła za nim, by wyznawać mu swoją „miłość”. Teraz wyglądała inaczej. Brudna i poszarpana, spoglądała na niego z tą samą wyższością co wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy.- Tutaj…?
-Owszem- potwierdziła chłodno.
-Śledziłaś mnie…?- zapytał mężczyzna, choć wyglądało na to, że ta była tu już od jakiegoś czasu.
-Nie pochlebiaj sobie!- zganiła go natychmiast, oburzona.- Zagubiłam się i wpadłam w łapy tych…- zdawało się, że chciała dokończyć, ale jedno spojrzenie na przywódcę potomków wilków wystarczyło, by się powstrzymała i umilkła.- Zagubiłam się- stwierdziła raz jeszcze.
-A więc się znacie…?- Chait spojrzał w jej kierunku, po czym przeniósł wzrok na człowieka.- Ciekawe… Bardzo ciekawe… Coś mówiłaś…?- ponaglił ją.
-To Amir. Książę Alitis. Usynowiony przez króla Ludwika. Następca tronu- wyrecytowała w odpowiedzi.
Amir poruszył się z niepokojem. Ci, którzy mieli dopilnować, by potomek wilków odszedł, powrócili. Wyglądało na to, że Nadim był już bezpieczny.
-Czyżby…?- Chait zdziwił się bardzo tym, co usłyszał.- Książę Alitis…? Następca tronu…? A po cóż następca tronu miałby wyruszyć z potomkiem wilków w tak odległe miejsce…?- zapytał tak cicho, jakby pytał sam siebie.
-Ja wiem- odezwała się znów kobieta.
Amir spojrzał na nią w taki sposób, jakby chciał ją prosić, by nie mówiła nic więcej. Ona uśmiechnęła się jednak mściwie, z wyższością i nie spoglądając na niego ani chwili dłużej, zwróciła się do zaintrygowanego potomka wilków:
-Powiem wam, jeśli mnie stąd wypuścicie. Przydam wam się. Mogę być zwiadowcą. Nie ucieknę. Nie mam dokąd. Wypuśćcie mnie.
-Nie drażnij mnie- warknął w jej kierunku Chait.- Mów, co masz do powiedzenia i nie naginaj mojej cierpliwości, dobrze ci radzę… Zostawiłem cię przy życiu tylko przez twoje umiejętności i jeszcze nie rozważyłem do końca, na ile mi się one przydadzą… Mów- rozkazał lodowato.
Kobieta drgnęła, przełykając nerwowo ślinę.
-Szukają kryształów- wyjaśniła nerwowo.- Dziwacznych kamieni. Jeden z nich odebrali mi, gdy…
Chaitowi wystarczyło jedynie pierwsze zdanie, by zorientował się w sytuacji. Amir domyślał się, że tak będzie. Potomek wilków spojrzał na Amira z niedowierzaniem.
-Kryształy…?- powtórzył, zaskoczony.- Jakie…? Czyżby…?-odwrócił się na chwilę i spojrzał na swoich pobratymców, którzy również spoglądali w ich kierunku z wyczekiwaniem.- A więc jednak…- Chait zwrócił się z powrotem w stronę Amira, uśmiechając się z niezrozumiałym triumfem.- Gdzie one są…?- zapytał ostro mężczyznę, po czym odpowiedział sobie sam- Ach, tak… On je zabrał… To od ciebie wziął…- parsknął z politowaniem, kręcąc głową.- Głupiec ze mnie! Dlaczego je zbieracie…?
-Do kolekcji- odparł złośliwie Amir, nie zamierzając niczego więcej wyjaśniać.
-Do kolekcji…? Widzę, że nie opuszcza cię poczucie humoru, człowieku…- zaśmiał się cicho Chait.- Wypuśćcie ją!- nakazał, zwracając się do kompanów. Ci otworzyli klatkę.- Tylko pilnujcie jej dobrze! To miejsce przyda się dla kogoś innego…- dodał.
Machnął dłonią w kierunku Amira, odchodząc. Jego pobratymcy pochwycili mężczyznę za ramiona, podnosząc go na nogi i ciągnąc w kierunku klatki, gdzie go zostawili, nie zamykając jednak drzwi.
-Nie zrobię niczego, przysięgam!- zapewniła żarliwie potomków wilków kobieta. Podeszła do Chaita, chwytając go dłońmi za ramię i niemalże przytulając się do niego. Ten spojrzał na nią surowo.- Będę z wami już na zawsze.
-Mówiłaś, że są zwierzętami…- zauważył Amir, wpatrując się w nią z politowaniem.
-I cóż z tego?- syknęła cicho.- Czy ty nie mówiłeś tego samego o mnie…?- dopytała z mściwym uśmiechem.
Amir również uśmiechnął się w odpowiedzi.
I oto jak kończyli ci, którzy pragnęli zbyt wiele.
Chait bez najmniejszych subtelności, z wyraźną wzgardą odepchnął od siebie kobietę.
-Próbowaliśmy niegdyś odszukać fragmenty kryształu, ale zakończyło się to niepowodzeniem…- powiedział, nie odrywając od Amira uważnego spojrzenia.
-Najwyraźniej nie umieliście szukać- odparł kpiąco mężczyzna.
-Najwyraźniej…- stwierdził Chait, wykrzywiając wargi w nieprzyjemnym uśmiechu.- Nic nam jednak po tym. To tylko kolejny znak jego powrotu. I kryształy. I twoje przybycie do tego miejsca. Nie musisz się przejmować, Amirze. Możesz mieć dla nas pewną wartość. Kto wie…? Może nim przygotujemy się na spotkanie z Fortisem, uda nam się wydrzeć nasze ziemie twojemu ojcu…? Spodziewam się, że będzie w stanie zrobić wiele, w zamian za życie swego następcy…
-To nie mój ojciec, a wuj…- sprostował Amir.- Naprawdę oczekujesz, że ktoś odda wam wszystko w zamian za życie jednego człowieka?- parsknął z politowaniem.- Nawet księcia…?- uśmiechnął się, kręcąc głową.- Nie dziwi mnie jednak ta naiwność… Zważywszy na to, w jakie bzdury wierzycie…
-Potrafimy być bardzo przekonujący…- zapewnił go Chait, uśmiechając się chłodno.- Sam się przekonasz. A jeśli będzie tak, jak mówisz… Cóż…- wzruszył ramionami z niewinną miną.- Podrzucimy pod bramy miasta zwłoki księcia…
-Chciałeś mnie przestraszyć…?- zadrwił z niego Amir.
-A nie czujesz się przerażony…?- potomek wilków udał zdumienie.
-Nie.
-Mój błąd. Szybko to naprawię.
Chait zbliżył się do niego prędko. Amir nie zdążył się nawet przygotować na cios, który potomek wilków wymierzył w jego brzuch. Kolana ugięły się pod nim i upadł na nie, jęknąwszy boleśnie. Na tym jednak się nie skończyło. Potomek wilków kopnął go w twarz z taką siłą, że ten upadł gwałtownie na plecy. Krew, która trysnęła na powrót z jego nosa i rozciętej wargi, zalała jego twarz. Nie poruszał się przez chwilę, czując paraliżujący ból i dziwne dzwonienie w głowie.
-Daję ci możliwość zachowania milczenia…- Chait nachylił się nad człowiekiem, wypowiadając te słowa.- Sugeruję, żebyś z niej skorzystał, zachowując tym samym życie.
Potomek wilków odsunął się i odszedł kawałek dalej.
-A co z pozostałymi…?- wydusił z siebie Amir, przełykając własną krew.
Podniósł lekko głowę, zauważając, że przywódca spogląda w jego kierunku pytająco.
-Co z tymi, którzy stąd odeszli…? Słyszeliśmy o hordach wędrujących przez miasta… Nie chcieli czekać na twojego bohatera…?- zironizował resztką sił.
-Było nas tu wielu…- potwierdził Chait, skinąwszy głową.- Może nawet zbyt wielu. Oczywistym było, iż w tej masie zdarzali się bluźniercy i tchórze. Ci drudzy szczególnie. Kiedy ludzie zaczęli nas atakować i nękać, przerazili się. Część chciała powrócić na nasze dawne ziemie, ubzdurawszy sobie, że to tam pojawi się Fortis. Pozostali, chcieli po prostu znaleźć sobie lepsze miejsce do życia. Byli zbyt zlęknieni, by być godnymi wstąpienia do nieśmiertelnej armii. Dobrze dla nich, że odeszli, wśród nas nie było dla nich miejsca. Ktokolwiek obawia się ludzi, nie może mienić się naszym bratem.
-Obawiali się ludzi…?- dopytał mężczyzna, nieco zamglonym głosem.- Czy was…?
Nie otrzymał odpowiedzi.
-Fortis przybędzie bez zapowiedzi- przemówił po dłuższej chwili ciszy przywódca.- Wszyscy jednak wiemy, że ten moment się zbliża. Może będziesz miał szczęście i tego doczekasz, człowieku. Chociaż… W tym wypadku twoje „szczęście” jest kwestią dyskusyjną, czyż nie…?- zaśmiał się cicho.- Ale być może ujrzysz tego, który was poskromił. Zobaczysz, czym jest prawdziwa potęga, prawdziwa władza… Cierpliwi i mężni zostaną za swe poświęcenie wynagrodzeni. A pozostali…
-Skąd pomysł, że zostaniecie za cokolwiek wynagrodzeni…?- przerwał mu Amir.- Fortis wam tego nie powiedział, więc…?
-To oczywista konsekwencja naszych działań.
-A mnie nie wydaje się oczywiste, by ten, który współpracował z demonem i mordował własnych braci, był tak chętny do nagradzania kogokolwiek za jakiekolwiek zasługi…
Chait podszedł do niego ponownie. Raz jeszcze kopnął mężczyznę w twarz. Głowa człowieka opadła do tyłu. Włosy, które rozsypały się na jego twarzy, zlepiły się z krwią, niemalże zupełnie odbierając mu możliwość dostrzeżenia czegokolwiek. Od górnej wargi, w kierunku ucha, rozpościerało się podłużne rozcięcie, które krwawiło obficie. Potomek wilków położył stopę na jego brzuchu, dociskając mocno.
-Ci, którzy go zdradzili, nie byli naszymi braćmi…- syknął Chait.- I zapłacą za swoje błędy. A ty lepiej zamilcz… Albo nie doczekasz jutra…
-A więc to ty się obawiasz…- szepnął ledwie słyszalnie Amir.
Cichy, słaby jęk wyrwał się z jego warg, gdy poczuł, jak Chait jeszcze mocniej naciska na jego brzuch. Nie czuł jednak wiele. Stracił świadomość. Zdawało mu się, że jest przytomny, ale długą chwilę nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje. Gdy wreszcie ocknął się z tego otępienia, nie mógł się ruszyć ani o milimetr. Wszystko go bolało. Przełykał własną krew, nie widząc zupełnie nic.
-Nie przesadziłeś…?- usłyszał głos jednego z potomków wilków.- Co, jeśli umrze…?
-Nic nam po nim- odparł obojętnie Chait.
-A ten drugi…? Mamy go szukać…?
-Nie. Jeśli zabrał kryształy, to na pewno jest już daleko stąd.
Oby. Tylko to szepnął sam do siebie Amir, nim po raz kolejny stracił kontakt z rzeczywistością. Słyszał jeszcze czyjąś rozmowę, ale nie był w stanie stwierdzić, czy to może jego złudzenie. Nie był w stanie rozpoznać żadnego słowa. A później już tylko jakieś osoby i zdarzenia. Aż wreszcie twarz Nadima. Moment, w którym ten obejmował go, gdy zaczynali tańczyć, pijany i rozbawiony. Gdy nachylał się nad nim, przesuwając nosem po jego szyi. Gdy mówił, że ich wujowie razem musieli wyglądać tak, jak i oni, by zaraz oprzeć głowę na jego ramieniu, uśmiechając się lekko, inaczej… Strasznie żałował, że mu nie powiedział, gdy miał okazję. Tak strasznie chciałby znać odpowiedź na swoje pytanie…
Jakieś hałasy, szumy i krzyki wdarły się do wspomnień mężczyzny. Przez chwilę wydawało mu się, że to element jego snu. Słyszał odgłosy walki, przekleństwa i szczęk broni. Tak, to pewnie sen… Był pewien.
-Amir…- usłyszał głos swojego kompana, który nie wiedzieć skąd, pojawił się nagle przy nim.
Mężczyzna wciąż nie otwierał oczu, przekonany, że to jego mara.
-Amir, ocknij się!- potomek wilków był przerażony. Człowiek poczuł, jak ten rozcina sznur, którym miał przewiązane nadgarstki, uwalniając jego dłonie. Nadim chwycił go w ramiona, kładąc sobie na kolanach. Odgarnął włosy z jego twarzy.
Mężczyzna próbował uchylić powieki, ale przyszło mu to z wielkim trudem. Opuchlizna lewego oka sprawiała, że i tak nie widział na nie wiele. Prawe przysłaniała mu dziwna mgiełka. Wciąż docierały do niego odgłosy toczącej się walki, choć w pierwszej chwili nie był w stanie połączyć tego wszystkiego w całość. On był z Nadimem, a wszystko inne toczyło się obok. I ciągle nie mógł mieć pewności, na ile prawdziwe jest to, co czuje. Uniósł się, ostatkiem sił, kładąc odrętwiałe dłonie na ramionach mężczyzny. Zbliżył swoją twarz do jego twarzy, natrafiając wargami na jego policzek. Przesunął nimi wzdłuż niego, odnajdując w końcu usta, na których złożył krótki pocałunek. Zrozumiał…? Nic nie mówił. Amir pocałował go raz jeszcze, zupełnie pozbawiony sił, by ostatecznie opaść niemalże bezwładnie w jego ramiona. Czekał na słowa potomka wilków.
-Dlaczego nie odpowiadasz…?- zapytał w końcu nieprzytomnie.
-Tu jest jeszcze jeden!- dotarł do człowieka obcy, męski głos.
Jak przez mgłę widział, że jakaś wysoka postać zbliża się do nich.
-Nie!- wykrzyknął Nadim, kuląc się i osłaniając mężczyznę.
-Stać!- rzucił ostro inny głos. Ten wydał się Amirowi znajomy. Tak… Tak, słyszał go już dzisiaj.- To ten, który nas tu przyprowadził… Nie kłamałeś, psie…- dopiero w tym momencie człowiekowi udało się rozpoznać, kto zwracał się do jego towarzysza. To był ten dowódca, którego prosili dziś o pomoc.- Jednak nie kłamałeś…
-Pomóż mi…- poprosił cicho Nadim.
Amir nie słyszał żadnej odpowiedzi. Wyglądało na to, że dowódca dał komuś jakiś znak.
-Weźcie go…- usłyszał w końcu.
Ktoś podniósł go, wyrywając z ramion kompana. Dwaj mężczyźni ułożyli go na noszach. Nadim natychmiast podszedł do niego, chwytając go za dłoń.
-Ty ich tutaj przyprowadziłeś…?- zapytał ze zdumieniem mężczyzna. Widział trochę lepiej, niż chwilę wcześniej. Na ziemi rozpościerały się ciała pobratymców Nadima, które żołnierze przeszukiwali jeszcze, albo przesuwali na bok.
-Tak…- potwierdził drżącym głosem potomek wilków.
Amir zacisnął palce na dłoni towarzysza.
-Wybrałeś jednostkę ponad masy…?- mężczyzna silił się na uśmiech, ale nie był pewien, czy jego twarz zareagowała w jakikolwiek sposób.- Ty draniu…
-Wszystko będzie w porządku. Przysięgam- zapewnił go Nadim.
-Wszystko jest w porządku… Czuję się prawie żywy…- odparł nieszczególnie pocieszająco mężczyzna, czując się tak, jakby miał zaraz zasnąć.
-Idźcie!- nakazał dowódca.
Palce potomka wilków wyślizgnęły się z uścisku mężczyzny, gdy żołnierze zaczęli prowadzić go do wyjścia. Jego towarzysz został w tyle. Amir z całych pozostałych mu sił, zmusił się do tego, by unieść głowę. Zauważył tę szlachciankę, która teraz przywarła kurczowo do dowódcy. Odepchnięta, uklękła na ziemi, płacząc rozpaczliwie. Zaraz jednak pióra zaczęły pokrywać całe jej ciało, a dłonie zmieniać się w ogromne skrzydła. Przemiana jednak nie zdążyła dojść do końca. Stojący za nią żołnierz, zamachnął się mieczem. Jej głowa potoczyła się kawałek dalej. Ciało osunęło się bezwładnie, nosząc wciąż na sobie ślady niedoprowadzonej do końca transformacji.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko pod nosem, kładąc się z powrotem.
Zły dobór sojuszników zawsze rodzi problemy.

Mężczyzna obudził się po długim wypoczynku. Uchylił powieki, nadal jednak słabo widząc na lewe oko, które okalała pokaźna opuchlizna. Amir odruchowo sięgnął dłonią w kierunku twarzy. Syknął cicho z bólu, przesuwając palcami po rozcięciach i sińcach. Cofnął rękę, przymykając na powrót powieki i łapiąc powietrze. Czuł dziwny ucisk na klatce piersiowej, jakby coś ciężkiego spoczywało na niej, utrudniając mu oddychanie. Słyszał jakiś dziwaczny szum, który wciąż był chyba efektem uderzenia w głowę. Dobrzy bogowie. Znów uszedł z życiem. Choć stwierdzenie, że udało mu się to cudem, byłoby w tym przypadku sporym nadużyciem. Udało mu się dzięki Nadimowi i podjętej przez niego decyzji. Amir wciąż był nią zresztą zdumiony. Szczerze mówiąc, nie przypuszczał, że potomek wilków narazi swoich pobratymców, żeby go ratować. A tym bardziej Amir nie chciał, by ten narażał sam siebie, odszukując żołnierzy i wskazując im miejsce ich pobytu. A jednak się udało. I jakby tego wszystkiego było mało…
Pocałował go.
Nie, to zdecydowanie nie był najbardziej naglący ze wszystkich problemów i zapewne nie powinien mu wcale zaprzątać głowy, w obliczu tego, że jego najlepszy przyjaciel, którego darzył skrytym uczuciem, nie tak dawno zdecydował się poświęcić przynajmniej kilkudziesięciu swoich rodaków, by go ratować, co z pewnością nie było wyborem łatwym, nie tylko ze względu na zasady moralne i więzy krwi, jakie łączyły Nadima z pozostałymi potomkami wilków, ale także ze względu na jego osobiste przekonania w pewnych kwestiach. Amir jednak nie był w stanie pominąć tego złośliwego szczegółu, który wciąż wkradał się do jego rozważań. Gdyby potomek wilków coś powiedział, jakoś zareagował… Nic nie zrobił. Jakby nic się nie wydarzyło. Istniała drobna szansa, że w obliczu tego całego chaosu, po prostu nie zauważył… Co było dość mało prawdopodobne, ale wydało się Amirowi chwilowo pocieszające.
Dopiero po dłuższej chwili rozmyślań, zdał sobie sprawę z tego, że ktoś jeszcze jest w tym pomieszczeniu. Uchylił powieki, słysząc czyjeś ciche kroki.
-Nadim…?- rzucił, nieco zachrypniętym głosem, zwracając głowę w stronę, z której dochodziły.
To jednak nie był jego kompan, a ta kobieta, która pomogła im wcześniej zająć się Devinem.
-Gdzie jest Nadim…?- zapytał ją mężczyzna.
-Potomek wilków…?- upewniła się, spoglądając na niego.
Skinął głową.
-Śpi. Prosił, bym go obudziła, gdy odzyskasz przytomność, panie.
-Proszę tego nie robić…- rzucił natychmiast Amir.- Niech wypocznie.
-Dobrze.
-A Devin…?
-Ma się znacznie lepiej, panie. Lekarstwa pomogły. Jest na dole. Również śpi.
-Dziękuję…- szepnął ledwie słyszalnie mężczyzna.
Kilka minut później, kobieta opuściła pomieszczenie, zostawiając go samego. Amir na powrót przymknął powieki, czując zmęczenie. Jego myśli krążyły swobodnie w głowie, jakby mężczyzna nie miał nad nimi żadnej kontroli. Pojawiały się na chwilę, by zaraz zniknąć, zastąpione przez nowe, czasem zupełnie błahe i nie pasujące do okoliczności. Cały czas odpychał od siebie jednak rozważania o tym, co myślał po tym wszystkim Nadim. Co czuł po tym, co uczynił. I po tym, co uczynił Amir… Reakcja potomka wilków nie wydawała mu się tak bardzo istotna, gdy sądził, że zaraz zginie albo przynajmniej dopuszczał taką możliwość. Teraz wydawało mu się to znacznie bardziej krępujące i zupełnie nie na miejscu, jak zresztą większość jego uczynków. I pomyśleć, że potrzebował znaleźć niemalże kata na samego siebie, by był zdolny wykrzesać z siebie ten gest… Tak, podejrzewał, że w innych okolicznościach, za nic nie byłby się w stanie zdobyć na coś podobnego. A teraz było już po fakcie. I liczył jedynie na to, że potomek wilków zapomni o tej sprawie, będzie udawał, że nic się nie zdarzyło. O ile,tak właśnie sądził. I, że nie zobaczy w jego oczach niechęci albo i gorszego uczucia, które mogłoby się zrodzić w jego towarzyszu, pod wpływem podjętej przez niego decyzji.
Spał przez kolejne kilka godzin, po czym obudził się znowu. Wciąż czuł się osłabiony, miał wrażenie, że całe jego ciało jest odrętwiałe. Podniósł się do pozycji siedzącej i przesunął z pewnym trudem na brzeg łóżka. Uniósł lekko rąbek koszuli, chcąc zlokalizować miejsce bólu, i dostrzegł sporej wielkości, siną opuchliznę, znajdującą się na brzuchu. Wstał powoli. W pierwszej chwili zakręciło mu się w głowie, ale chwilę później poczuł się lepiej. Przeszedł kilka kroków w tę i z powrotem. Dobra informacja – nie miał większych problemów z chodzeniem. Zła informacja – twarz bolała go nawet wtedy, gdy ledwie poruszył ustami. Drzwi do jego pokoju otworzyły się gwałtownie. Amir odwrócił się w ich kierunku, dostrzegając Nadima, który zmierzył go zdumionym spojrzeniem i zamknął pokój.
-Nie powinieneś wstawać z łóżka- stwierdził kategorycznie, podchodząc do mężczyzny.
-Czuję się dobrze- zaoponował Amir, a gdy jego towarzysz próbował chwycić go w pasie i odsunął się prędko.
-Nie sądzę.
-A ja sądzę, że jestem w tej kwestii lepiej poinformowany od ciebie, ale dziękuję za troskę- uciął człowiek, odchodząc jeszcze kilka kroków dalej.
Przez chwilę w sposób co najmniej idiotyczny udawał, że dostrzegł coś ciekawego na jednej ze ścian i wpatrywał się w nią z maniakalnym wprost uporem. Wziął głęboki oddech. Dobrze. Wciąż jeszcze istniała szansa, że nie zrobił z siebie totalnego kretyna i, że jego nieudolny pocałunek, został odebrany jako zwyczajny gest sympatii.
-Jak mogłeś zrobić coś tak niedorzecznego?!- wrzasnął na niego nagle Nadim, gdy tylko mężczyzna znów odwrócił się w jego kierunku.
Amir zamrugał, zdumiony.
-J… Ja…- bąknął, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
-Każesz mi być rozsądny! Każesz mi nie pakować się w kłopoty! Nie ryzykować! A co to twoim zdaniem było, co?! Mogłeś zginąć!- Amir nie był pewien, czy człowiek, który słyszy „mogłeś zginąć” powinien poczuć w tym momencie ulgę, by nie rzec wręcz radość, i czy jest to przejaw zdrowia psychicznego.- Narażałeś swoje życie! Zdajesz sobie sprawę z tego, co mogli ci zrobić?! I musiałeś z nimi dyskutować, musiałeś to robić, prawda…? Nawet nie zaprzeczaj, za dobrze cię znam!
-Byłem przekonany, że mnie zabiją, nie wiem dlaczego miałbym się ograniczać- odparł z pozorną obojętnością Amir.
Jego towarzysz chwycił go mocno za ramiona.
-Jeśli jeszcze raz zrobisz coś podobnego, to przysięgam, niech mój bóg, twoi bogowie i ich Fortis będzie mi świadkiem… Przysięgam, że… Że…- Nadim chyba nie był w stanie wystosować żadnej prawdopodobnej groźby, w obliczu czego, mężczyzna wpatrywał się w niego jedynie z czymś na kształt politowania. I z grymasem bólu, bo potomek wilków coraz mocniej wpijał paznokcie w jego ramiona.
-Nie żebym szczególnie narzekał, ale trochę mnie poturbowali…- zauważył subtelnie Amir.- Więc… Jeśli mógłbyś…
-Ach, tak. Przepraszam.
Potomek wilków cofnął się na chwilę, by zaraz na powrót przysunąć do mężczyzny. Potarł czułym gestem jego ramiona i zaraz objął go kurczowo, wtulając się w niego mocno. Amir uśmiechnął się mimowolnie, chwytając go jedną ręką w pasie i choć było mu wyjątkowo przyjemnie, nawet Nadim przyciskający się do jego posiniaczonego brzucha nie wydawał się w tym momencie najlepszym rozwiązaniem. Cieszył się jego bliskością przez chwilę, po czym odsunął się.
-Tak…- rzucił potomek wilków, nie ruszywszy się z miejsca i patrząc Amirowi w oczy, niemalże wyzywająco.- Teraz została chyba jeszcze jedna kwestia do omówienia.
Mężczyzna przełknął nerwowo ślinę.
-I proszę cię, nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię.
-Bo nie wiem- potwierdził natychmiast Amir, dopatrując się w tym swojej nadziei na wyjście z twarzą z całej sytuacji. Co prawda twarz miał cokolwiek pokiereszowaną, ale mniejsza z tym.- Byłem prawie nieprzytomny. Mogłem robić różne dziwne rzeczy, sam rozumiesz. Jeśli więc, zrobiłem cokolwiek niestosownego…
-Byłeś nieprzytomny i nie wiesz, co zrobiłeś, ale od razu się wypierasz…?- zironizował Nadim z pobłażliwym uśmiechem.
Człowiek poruszył się niespokojnie.
-Dobrze…- rzucił w końcu, siląc się na opanowanie, które przychodziło mu ze znacznym trudem, zważywszy na to, że serce zaczęło bić mu jak oszalałe.- Czy mówimy o sytuacji w której… w której położyłem swoje usta na twoich…?- upewnił się.
-Znam krótsze określenie, ale tak, można to tak określić- potwierdził Nadim, wyjątkowo czymś rozbawiony.
-Pamiętasz ten moment, kiedy już zrobiłem coś podobnego?- dopytał Amir.- Kiedy oberwałem strzałą, a później… Pocałowałem cię, później, tak właśnie…- dodał cokolwiek nieskładnie.- Pamiętasz?
-Owszem.
-Wiesz, dlaczego to zrobiłem?
Nadim pokręcił głową, jakby chciał dać Amirowi do zrozumienia, by to ten odpowiedział.
-Bo byłem ledwie przytomny. Kręciło mi się w głowie. Nie do końca orientowałem się, co się w ogóle dzieje. Czułem się osłabiony… Ty byłeś blisko… Źle wszystko zinterpretowałem… Postąpiłem nieco… instynktownie. Sam zresztą od tamtej pory wiesz, kto mnie interesuje… Teraz było podobnie. Miałem wrażenie, że mogę zginąć. Zrobiłem więc ostatnią rzecz, jaką chciałbym zrobić przed śmiercią- stwierdził, nim dobrze zastanowił się nad tym zdaniem.
-Och…- Nadim nie przestawał się uśmiechać.- Ostatnią rzeczą, jaką chciałbyś zrobić byłoby pocałowanie potomka wilków…? Zdaję się, że miałeś ich wokół siebie całą masę…
-I po co ta ironia?- zirytował się mężczyzna.- Dobrze wiesz, że chodzi mi o ciebie. To znaczy… O to, że jesteś moim przyjacielem- sprostował, aby wszystko pozostało jasne, a on pozostał wciąż tym samym asekuranckim tchórzem w kwestiach, zdawałoby się, najbardziej oczywistych.
-Więc gdyby na moim miejscu był Devin…
-Co?!- obruszył się natychmiast mężczyzna, nim jego towarzysz, wciąż uśmiechający się zresztą złośliwie, zdążył dokończyć.- Oczywiście, że nie! Do niego nie czuję tego, co do…- umilkł gwałtownie, odkaszlnął nerwowo i zaczął raz jeszcze- Tak właściwie, jak się czuje Devin…?
Nadim podszedł do niego parę kroków bliżej, po czym niespodziewanie, chwycił mężczyznę za kark, całując go mocno w usta. Nie była to z pewnością odpowiedź na pytanie Amira, choć nie to tak go zszokowało. Cofnął się odruchowo, w pierwszym momencie, kompletnie zaskoczony i jakby tego było mało, obolały, Nadim jednak nie oderwał się od jego warg, ruszywszy za nim. Mężczyzna uderzył plecami w jakiś mebel, zatrzymując się ostatecznie. Nie zważając zbytnio na ból, który przeszywał całą jego twarz, przy każdym  ruchu, instynktownie objął potomka wilków ramionami, przyciągając go do siebie i oddając pocałunek. Co prawda nie miał bladego pojęcia, o co właściwie chodzi i szczerze mówiąc, zaczynał się już zastanawiać nad tym, czy nie majaczy w gorączce, ale nie przeszkadzało mu to wcale całować swojego towarzysza żarliwie i namiętnie, jakby czekał na to całe wieki. No dobrze. Praktycznie rzecz biorąc, czekał na to wieki, choć raczej nie brał pod uwagę, by jego oczekiwania przyniosły TAKI rezultat. Język potomka wilków sprawnie prześlizgnął się przez jego usta. Nadim nieco nieuważnie ujął jego twarz, pogłębiając ich pocałunek. Amir jęknął cicho. Potomek wilków zreflektował się, cofając ręce i opierając je na biodrach mężczyzny, co właściwie też nie było szczególnie dobrym rozwiązaniem. Gdzie by bowiem Amira nie chwycić coś go kuło albo bolało, aczkolwiek człowiek zupełnie przestał zwracać na to uwagę, zatracając się w wargach kompana.
Aż w końcu Nadim odsunął się od niego. Uśmiechnął się lekko, chyba rozbawiony iście osłupiałym wyrazem twarzy towarzysza. Amir wpatrywał się w niego z rozdziawionymi ustami, oddychając płytko i słysząc ,niemalże, szaleńcze bicie swojego serca. Oczekiwał wyjaśnienia, jakichś słów wytłumaczenia, czegokolwiek, co rozjaśniłoby mu obecną sytuację. Nadim, który dotąd miłował się w całowaniu kobiet i to najlepiej wszystkich, które się wokół niego pojawiały całował… jego. Mężczyznę. Człowieka, co w gruncie rzeczy nie było już tak bardzo istotne. I Amir nie bardzo wiedział – co z tym wszystkim począć? Jak się zachować?
-Muszę iść- powiedział Nadim, po czym niespodziewaniem odwrócił się napięcie i ruszył w stronę drzwi.
-Że co?!- obruszył się donośnie mężczyzna i chyba ruszyłby za nim, gdyby nie fakt, że czuł się cokolwiek niepewnie na własnych nogach.
-Obiecałem Devinowi- Amir przysięgał sobie, że zamorduje go za ten złośliwy uśmieszek, gdy tylko odzyska siły.- Czeka na mnie- dodał potomek wilków, wzruszając niewinnie ramionami.- Zacznie się niepokoić.
Na litość bogów! Co Amira obchodził niepokój tego poety w takiej chwili?!
-A ty lepiej wracaj do łóżka- poradził mu jeszcze Nadim, otwierając drzwi.- Jakoś… blado wyglądasz. Porozmawiamy później.
Wyszedł z pomieszczenia.
Amir ruszył w kierunku posłania i opadł na nie, wciąż mocno zaszokowany.
Wsunął palce we włosy, przeczesując je nerwowo i podnosząc wzrok na sufit.
To była prawdopodobnie najbardziej dziwaczna i nieprawdopodobna sytuacja ze wszystkich, jakie przeżył u boku Nadima.

Jeśli kompan Amira liczył, że ten będzie w stanie zachować choćby względny spokój po tym, co się wydarzyło i odpocząć, to bardzo się mylił. Mężczyzna krążył długo po pomieszczeniu, a gdy poczuł się wyczerpany, położył się na łóżku, ale nie był w stanie zasnąć. Nie rozumiał, dlaczego Nadim nie przychodził. Co prawda potomek wilków nie powiedział, kiedy się pojawi. Ale gdy minęła pierwsza godzina, a później kolejna, Amir zaczął poważnie się niepokoić. Mógł, co prawda, zejść na dół i odnaleźć towarzysza, ale wolał, by to potomek wilków przyszedł i kontynuował to, co zaczął. To znaczy… Kontynuował ich rozmowę. O rozmowę chodziło, rzecz jasna. Amir nie miał bowiem zupełnie nic do powiedzenia. Odsłonił się przed nim całkowicie i Nadim musiałby być chyba kompletnym idiotą, żeby po jego reakcji nie domyślić się, jakimi uczuciami darzy go człowiek. Amir nie mógł być jednak równie pewien czegokolwiek. Niecierpliwił się i niepokoił coraz bardziej. A co, jeśli Nadim żałował…? Bogowie. A może Amir skłonił go w jakiś sposób do tego rodzaju działania? Nadim poczuł się zakłopotany, nie wiedział jak zareagować i… Nie, to głupota. Przecież to nie człowiek zaczął go całować. Więc dlaczego Nadim się tak zachował? Czuł coś do niego? Naprawdę? A może tylko sprawdzał? Może to był jakiś przejaw sympatii… Co prawda dość specyficzny, ale właściwie po Nadimie wszystkiego można było się spodziewać. A może… W głowie Amira rodziły się coraz to nowe pomysły. Czuł podekscytowanie, czuł lęk, niepewną radość i zdumienie jednocześnie. Uśmiechnął się sam do siebie pobłażliwie, gdy uświadomił sobie, że wpisałby się swoimi rozważaniami w rolę jakiejś, o bogowie, dziewoi, która zamiast przejść do działania, wzdycha i zastanawia się nad intencjami kochanka. Nadima. Nadim nie był jeszcze jego kochankiem. Bogowie! Nadim nie był w ogóle jego kochankiem! Co się z nim działo…? Przecież wcale nie wymagał od towarzysza podobnej reakcji. Wcale tego nie oczekiwał. Obawiał się tego, że zostanie odtrącony. A teraz nie dość, że tak się nie stało, to Nadim w jakiś sposób odpowiedział na jego uczucia. Chyba. Może. Któż to tam zresztą wie, co jego kompanowi chodziło po głowie! Tak czy inaczej, Amir chyba powinien poczuć ulgę. Albo wesołość. Albo po prostu powinien czuć się dobrze, a nie być przerażonym jak diabli, ilekroć myślał o tym, co się wydarzyło.
W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej niż wcześniej. Okna były szczelnie zasłonięte, ale Amir domyślił się, że nadeszła noc. Westchnął ciężko, wpatrując się w sufit. Nie przyjdzie…? Może się rozmyślił. Może spał. Może rzeczywiście chciał dać mu szansę, żeby wypoczął i wszystko sobie przemyślał. Też coś! Od jego wyjścia przemyślał sobie „wszystko” z jakieś sto tysięcy razy i tyle samo teorii opracował, więc byłoby bardzo miło, gdyby ten ogoniasty osobnik pojawił się tutaj i mu wszystko wyjaśnił. Najlepiej w miarę szybko i prosto, żeby Amir nie musiał zastanawiać się przez kolejne tysiąclecie, o co mu właściwie chodziło.
W tym momencie drzwi od jego pokoju otwarły się i ktoś wszedł do środka. Amir nie musiał długo spoglądać w kierunku postaci, która zatrzymała się tuż za progiem, żeby upewnić się, że był to Nadim. Usłyszał charakterystyczny szczęk.
-Zamknąłeś drzwi na klucz…?- zapytał zdumiony.
-Tak- potwierdził jego towarzysz, odkładając coś z brzdękiem na szafkę.
-A… A skąd go właściwie miałeś…?- dopytał mężczyzna, nieco nerwowo przełykając ślinę.
-Poprosiłem.
-Ach. Dobrze.
Nadim usiadł na łóżku. Mężczyzna podniósł się na przedramionach spoglądając wprost w jego błyszczące oczy. Widział lekki uśmiech błąkający się na jego twarzy.
O bogowie…
-Przyszedłeś porozmawiać…?- szepnął mężczyzna, gdy potomek wilków pochylił się w jego kierunku.
-Tak- odparł równie beztrosko jak i wcześniej Nadim.
-To świetnie…- odkaszlnął Amir.
I zaraz podniósł się zdecydowanie nazbyt gwałtownie, przez co poczuł nieprzyjemny ból w okolicach brzucha, chwycił potomka wilków za ramiona i przylgnął do jego warg. Nadim odpowiedział na ten pocałunek natychmiast, najwyraźniej nie będąc zaskoczonym. I, choć Amir nie ukrywał, że bardzo chciałby mu zadać parę pytań, ten rodzaj konwersacji również mu odpowiadał. Potomek wilków oderwał się na chwilę od jego warg, by wsunąć się do łóżka i położyć obok mężczyzny. Nachylił się nad nim ponownie. Amir opadł z powrotem na posłanie, obejmując potomka wilków wokół szyi. W ten sposób było mu zdecydowanie wygodniej. Wsunął język do ust Nadima, badając ich wnętrze i przejmując inicjatywę. Jego dłoń powędrowała wyżej, a palce wplotły się we włosy potomka wilków. Wszechogarniającą ciszę przerywały jedynie odgłosy ich pocałunków i ciche westchnienia. Nadim przesunął wargi na szyję mężczyzny. Człowiek odchylił głowę do tyłu, czując jego ciepłe usta, wędrujące po skórze. Jego dłonie przemknęły wzdłuż pleców potomka wilków. Chwycił za rąbek jego koszuli i zadarł ją do góry, niecierpliwie, nie chcąc czekać dłużej. Nadim przerwał na moment i podniósł się, by zdjąć z siebie górną część garderoby. Amir przełknął ślinę, przyglądając mu się z uwagą. Przez chwilę badał opuszkami palców jego tors, by zaraz przyciągnąć go z powrotem do uścisku. Ich wargi spotkały się ponownie. Nadim całował go mocno, rozpinając guziki jego koszuli. Mężczyzna oparł dłonie na jego biodrach, zatracając się zupełnie i zapominając o całym świecie. Uwielbiał go. Kochał. Zrobiłby dla niego absolutnie wszystko. Potomek wilków objął go w pasie, podnosząc lekko i podtrzymując, gdy zsuwał mu z ramion koszulę. Opadła gdzieś na bok, nieistotna i niewarta dostrzeżenia. Amir właściwie nie kontrolował już sytuacji. Całował kochanka, wodził dłońmi po całym jego ciele, nie mógł nasycić się jego bliskością… Parę sińców było chyba jednak tego warte… Uśmiechnął się na tę myśl, ale gdy zaraz uniósł lekko biodra, by otrzeć się o kompana i poczuł przeszywający ból w okolicach brzucha, natychmiast pożałował wcześniejszej myśli. Bolesny jęk stłumiły gorące wargi Nadima. Jego język wciąż penetrował wnętrze ust mężczyzny. Potomek wilków położył się na boku. Amir uczynił to samo i obaj przycisnęli się do siebie kurczowo. Złączeni w uścisku, ocierali się o siebie lekko. Amir wydawał  ciche westchnienia, powstrzymując się od każdej głośniejszej reakcji w obawie, że ktoś mógłby to usłyszeć. Gdy przesunął dłonie na pośladki Nadima i ścisnął je lekko, usłyszał wydobywający się z warg kochanka, charakterystyczny pomruk. Uśmiechnął się do siebie lekko. Zsunął z niego spodnie. Tym razem Nadim nie kłopotał się wielce i, w sposób cokolwiek gwałtowny, pomógł sobie stopami, by zsunąć z siebie nogawki i zrzucić zbędną część garderoby. Podczas gdy wargi potomka wilków zatrzymały się w okolicach obojczyka mężczyzny, jego dłonie spoczęły na rąbku jego spodni. Amir zresztą podejrzewał, że ten nie pozostanie mu dłużny. Sam w tym momencie chwycił za ogon potomka wilków, nieco zafascynowany. Nie mógł powstrzymać śmiechu, gdy przesunął wzdłuż niego palcami. Nadim potraktował to chyba jako pretekst, by ponownie wpić się w jego wargi, bo to właśnie uczynił. Potomek wilków szybko pozbył się pozostałej garderoby kochanka. Wziął jego męskość w dłoń, pocierając ją niespiesznie. Amir z trudem powstrzymał się od jęku. Powrócił dłońmi do pośladków kochanka i zaczął je na powrót masować. Pieszczoty Nadima nie trwały jednak długo. Oderwał się od ust kochanka i przetoczył go ostrożnie na drugi bok, znalazłszy się w ten sposób za jego plecami. Mężczyzna zerknął na niego przez ramię, czując, jak ten składa pocałunki na jego karku i plecach. Dłonie potomka wilków rozchyliły jego pośladki. Zacisnął mocno zęby. Głuchy jęk wydobył się z jego warg, gdy poczuł, jak kochanek w niego wchodzi. Wszczepił palce w pościel, z trudem zachowując milczenie. Nadim przywarł do niego mocno, przez moment nie poruszając się wcale. Chwilę później wykonał jednak powolny ruch biodrami. Zaciśnięte zęby Amira zgrzytnęły lekko. Cholernie bolało. Nie robił tego od bardzo długiego czasu, więc nie powinien się dziwić, w dodatku aktualnie bolało go niemalże wszystko, co też z pewnością nie ułatwiało sprawy, a poza tym Nadim, który lubował się głównie w kontaktach z płcią przeciwną raczej nie mógł mieć pojęcia o tym, jak przygotować go do czegoś takiego. Pominął jednak wszystkie te szczegóły, koncentrując się na chwili obecnej. Potomek wilków chwycił za jego męskość. Pieścił ją miarowo, w tempie, w którym poruszał się we wnętrzu kochanka. Amir słyszał jego ciche jęki i pomruki, które wzbudzały w nim jeszcze większe podniecenie. Przymknął powieki, czując rozchodzące się po jego ciele dreszcze rozkoszy, przemieszane z nieustępującym bólem. Przycisnął twarz do poduszki. W ciszy spotkały się ich przyspieszone oddechy. Urywane westchnienia, ledwie słyszalne jęki, szept… Nadim skończył pierwszy. Chwilę po nim doszedł jego kochanek, który natychmiast później przewrócił się na plecy. Oczy wciąż miał zamknięte. Poczuł, że Nadim układa się obok niego, obejmując go ramieniem. Ich dłonie natknęły się na siebie. Palce splotły w ciasnym uścisku.
Żaden z nich nie powiedział ani słowa. Amir nie miał już sił. Sen zmorzył go bardzo szybko, właściwie nim zdążył się zorientować.
Obudził się jednak w środku nocy. Słyszał szum wiatru i niesionych przez niego kropel deszczu. Chwilę później rozległ się donośny grzmot. Mężczyzna skulił się odruchowo. Nadim najwyraźniej również nie spał. Przycisnął człowieka do siebie.
Piorun uderzył gdzieś w pobliżu. Amir podskoczył w reakcji na huk. Przymknął powieki, uspokajając oddech i wtulając się w kochanka. I w tej właśnie chwili, uświadomił sobie coś, co może w istocie było jasne już od dłuższego czasu. Chciał z nim być. Niezależnie od tego, co okaże się rano. Nawet, jeśli usłyszy, że to, co się między nimi zdarzyło, było wynikiem ciekawości, szaleństwa, chwilowego zapomnienia czy nieporozumienia. Chciał z nim być. Chciał mieć go blisko siebie. Teraz i gdy już wrócą. A wizja powrotu przerażała go coraz bardziej. Może to był właśnie efekt zauroczenia. Miłości. Wrażenie, że cały świat kończy się i zaczyna na tej jednej, jedynej osobie. I, że bez niej wszystko jest gorsze. Pozbawione sensu.
Mężczyzna zacisnął mocno zęby, gdy usłyszał kolejny grzmot. Ale przecież wcale nie musieli wracać. Nie od razu. Przypomniał sobie ich rozmowę. Słowa potomka wilków, który mówił, że nie mają jeszcze wszystkich kryształów, że będą musieli wyruszyć ponownie. I, że nawet, gdyby je znaleźli… Nie muszą wracać od razu. Ta myśl wzbudziła w człowieku pewnego rodzaju nadzieję. No właśnie. Przecież nie musieli.
Kolejny grzmot. Amir wyobraził coś sobie mimowolnie. Wyobraził sobie, że błyskawica rozcina niebo na dwie części. I, że pomiędzy nimi tworzy się ogromna przepaść, dziura, która wciąga wszystko i wszystkich dookoła. Oprócz nich. Że zostają sami. Nie mają żadnych zobowiązań. Żadnego celu. Żadnego powodu, by czynić cokolwiek. Że jest z Nadimem i nie musi się przejmować, nie musi się martwić widmem narzuconego z góry obowiązku, odpowiedzialnością za czyny jakiegoś potomka wilków, nieżyjącego od stuleci, obowiązującymi ich rody normami i niepisanymi zasadami, których wszyscy, tak czy inaczej, musieli przestrzegać. Nic nie mogłoby ich wtedy rozdzielić. Ale w przepaści zniknęli też wszyscy inni. Ludwik. Hadrin. Canis… Ludzie, którzy byli mu drodzy. Których nie mógł zawieść. Nie mógł pozostawić, jeśli rzeczywiście groziło im bezpieczeństwo, bez względu na to, co czuł i czego rzeczywiście pragnął. Od zawsze istniały przecież sprawy ważne i ważniejsze. I nawet, jeśli coś ściskało go boleśnie za serce, ilekroć myślał o momencie, w którym będą musieli stawić czoła temu, co pozostawili daleko za sobą… Nie tylko ich rodom, ale i specyficznym emocjom, atmosferze… wiedział, że tak musi się stać. Najprędzej, jak to tylko możliwe.
-Nie możemy zwlekać- powiedział nagle, zupełnie tak, jakby Nadim mógł wiedzieć o czym myśli.
-Wiem- odpowiedział spokojnie potomek wilków, jakby rzeczywiście zdawał sobie z tego sprawę. Być może zastanawiał się nad tym samym…?
-Czekają na nas… Liczą, że nam się uda. Nie możemy ich zawieść.
-Wiem- potwierdził znowu potomek wilków.
Jego ostatnie słowo, nim obaj usnęli ponownie, mimo dźwięków burzy.
Prawdziwa burza była jednak dopiero przed nimi.

Łomotanie do drzwi. Amir syknął coś cicho pod nosem. I znów to samo. Uporczywe łomotanie. Uporczywy głos. W pierwszej chwili, nawet nie wiedział czyj. Kto ma taki diabelnie irytujący głos…? Ach, no tak… Któż by inny…
-Nadim!- rzucił Devin, dobijając się jak wściekły.- Nadim, jesteś tam…?
Potomek wilków zerwał się do pozycji siedzącej. Spojrzał na Amira. Obaj uśmiechnęli się do siebie lekko.
-Eee… Jestem, jestem!- odpowiedział natychmiast.- O co chodzi, Devin?
-Dlaczego drzwi są zamknięte…? A zresztą… Mieliśmy iść razem. Zapomniałeś…?
-Iść razem gdzie…?- zapytał cicho człowiek.
-Amir jest z tobą?!
-Tak, Devin, już idę!- odkrzyknął Nadim, chwytając za swoją koszulę i nakładając ją pospiesznie. Amir wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.- Musi rozchodzić nogę. Poza tym, uczę go strzelać z łuku…- wyjaśnił szeptem.
-Dlaczego nie mogę wejść...?- dopytywał się ze zdumieniem poeta.
-Bo Amir śpi!- odparł głośno Nadim.
Mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem, kręcąc głową. W takich warunkach, spanie wydawało się zajęciem wręcz niewykonalnym, ale Devin uspokoił się nieco po tej informacji, choć wciąż dopytywał, acz nieco ciszej, co się stało, że drzwi są zamknięte.
-Nie sądzisz, że powinniśmy porozmawiać…?- zapytał cicho człowiek.
-Mogę wziąć twoje spodnie…? Co? Porozmawiać?- Nadim spojrzał na niego ze zdziwniem.- To coś pilnego?
Amir parsknął cicho, unosząc brew.
-Zdaję się, że tak.
-O czym chcesz rozmawiać?
-O wczorajszej nocy.
-Wydawało mi się, że we wczorajszej nocy wszystko było jak najbardziej oczywiste…- Nadim uśmiechnął się lekko.
-Tak, ale…
-Mogę wziąć twoje spodnie?- powtórzył mężczyzna.- On strasznie się niecierpliwi…
-A jak sobie to wyobrażasz?!- parsknął z pobłażaniem Amir, natychmiast uciszony cokolwiek nerwowym gestem kompana, który przyłożył sobie palec do ust.- Przyjdzie tu ta kobieta, i co mam jej powiedzieć…? Że przylazłeś w nocy i mi je zabrałeś…?
Potomek wilków zaśmiał się lekko. Zajrzał pod łóżko, by zaraz z triumfalną miną wydobyć spod niego dolną część garderoby i wdział ją na siebie pospiesznie.
-Muszę iść- stwierdził.
-Nie rzucałbym się w oczy na twoim miejscu.
-Będę w pobliżu. A ty lepiej wypocznij.
Nadim uśmiechnął się raz jeszcze. Amir odpowiedział mu tym samym, choć nadal nie był pewien, co myśleć o tym wszystkim.
Nic nie było oczywiste.

Ominęli Pogranicze i ruszyli inną drogą. Devin kuśtykał nieco z tyłu, wsparty na kiju. Z jego nogą było już lepiej, ale poruszał się zdecydowanie wolniej, poza tym, wciąż go bolała, na co narzekał od czasu do czasu, podkreślając jednak, że nic nie boli tak bardzo, jak złamane serce. Poza tym, kij chyba mu się spodobał. Twierdził bowiem, że dodał mu powagi i tajemniczości. Amir nie mógł się z tym zgodzić, ale cieszył się, że poeta czuje się lepiej. O złamanych sercach pojęcie miał niewielkie i szczerze mówiąc nie był pewien, czy rzeczywiście mogą one konkurować w porównaniu ze złamanymi kośćmi chociażby. Już sam złamany nos czynił mu wiele problemów, a jakby tego było mało, po wczorajszej nocy, liczba obolałych części ciała zwiększyła się o jedną, w czym Nadim miał swój niemały udział.
-Więc…- Amir obejrzał się ostrożnie do tyłu, na Devina, który kontemplował piękno otaczającej ich natury i przeniósł wzrok z powrotem na kompana.- Możemy porozmawiać teraz?
-Nie bardzo rozumiem, o czym chcesz rozmawiać- przyznał Nadim.
-Chodzi o to… O to, co jest między nami…- wydusił z siebie nie bez problemów mężczyzna.
-Myślałem, że to jasne- parsknął cicho potomek wilków.
-Nie do końca.
-Więc co nie jest jasne?
-Właściwie to wszystko.
Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Przyjaciele! Przyjaciele, poczekajcie!- sapnął Devin, kuśtykając szybko do przodu, by ich dogonić. Amir zatrzymał się, litościwym wzrokiem mierząc biednego poetę, który wszedł pomiędzy nich, uśmiechając się szeroko. Spojrzał na Amira.- Nadal nie wyglądasz dobrze, przyjacielu…- stwierdził w sposób tak bardzo irytujący, że mężczyzna szybko przypomniał sobie, dlaczego większość czasu, jaki z nim spędzał, poświęcił na powstrzymywanie się od rękoczynów.- Bardzo mi przykro, że uderzyłeś się w twarz.
Interpretacja Devina była, co prawda, daleka od rzeczywistości, ale Amir celowo wybrał inne wyjaśnienie dla swoich obrażeń, by nie dostarczać mu nowych pomysłów na snucie dziwacznych historyjek i opowieści na ich temat, których zresztą posiadał całą masę.
-Bardzo mi przykro, że uderzyłeś się w głowę- wycedził przez zęby w odpowiedzi.
-W głowę?- zdumiał się Devin.- Skądże znowu, przyjacielu! Ta bestia zaatakowała moją nogę, upadłem, a później osłoniłem się ręką…
-Nie mówię o ostatnim zdarzeniu- odpowiedział złośliwie.
Poeta przyglądał mu się przez dłuższą chwilę z wyrazem błogiego niezrozumienia na twarzy, po czym uśmiechnął się pogodnie.
-Ach, przyjaciele!- westchnął melancholijnie.- Znalazłem się na skraju śmierci i dopiero teraz dostrzegam, jak cenne jest życie! Tyle jeszcze przed nami! Nigdy nie miałem tak wiernych druhów jak wy dwaj! Ale pojawiliście się wy i nagle wszystko zaczęło nabierać sensu! Już czuję zapach kolejnej przygody!
Amir parsknął niepohamowanym śmiechem. Nadim zaśmiał się rozbawiony.
-Z tobą pod ręką, żadne demony nam nie straszne…- zażartował potomek wilków.
Amir uśmiechnął się kwaśno.
Jasne, że nie.
Podejrzewał, że nawet nadludzka istota, mogłaby stracić siły, gdyby miała przebywać w towarzystwie Devina równie długo, co oni.