Strony

sobota, 27 października 2012

# 11 # [Theodore]


Apatia. Tylko to jedno słowo oddawało w pełni stan, w jakim się znajdował.
Obudził się ledwie kilka minut temu. Zmęczony, wyczerpany, pozbawiony choćby odrobiny sił i chęci do tego, by funkcjonować. Wydawało mu się, że mógłby teraz umrzeć. Tak po prostu, bez żadnego powodu, bez żadnej przyczyny, żadnego działania, które by to poprzedzało, żadnego celu… Umrzeć. Zapomnieć. Nie istnieć.
Gorączka minęła. Ubiegła noc pozostawiła jednak w umyśle Theodore’a masę wspomnień, których nie sposób było odtrącić. Wspomnienie szaleństwa. Obłąkańczych snów, omamów, wizji. Ale pamiętał wszystko. Dźwięk dzwoniącego telefonu. Felix. Carmen. Oliver…
Uniósł powoli lewą dłoń, owiniętą bandażem. Przyjrzał się jej z daleka, czując nieprzyjemne szczypanie w miejscu, w którym wczoraj ją rozciął. Opuścił ją z powrotem, przymykając powieki. Czy jego życie miało jeszcze jakiś sens…? Nie pamiętał nawet ile razy zadawał sobie to pytanie, i ile razy unikał na nie odpowiedzi, której za bardzo się lękał. Sens… Sens życia… Ten dom. Tak, to jego sens życia. Był tutaj od zawsze i na zawsze tutaj pozostanie. A cóż poza tym…? Jakie to smutne, jakie żałosne, że nie potrafił znaleźć odpowiedzi… Potworne uczucie. Świadomość tego, że funkcjonuje bez żadnej przyczyny, bez żadnego celu, jakby jego życie było ledwie epizodem w cudzej historii.
Bezsens. Bezradność. Otępienie. I cisza. Wszędzie ta diabelna cisza, która towarzyszyła mu od zawsze, która go stworzyła, i która go zniszczy, to pewne. Te okropne uczucia nigdy go nie opuszczały, nie dało się ich wyplenić ani zasłonić, już nie. Za długo próbował, uodporniły się na to, niczym wirusy, gotowe pogrążyć całe jego ciało i umysł w tej chorobie, która rodziła gniew, nienawiść, a z zewnątrz dawała jedynie objawy niezdrowej obojętności, za którą skrywały się sprytnie wszystkie emocje. Za którą skrywało się cierpienie. Czy to był skutek szaleństwa…? Czy tak właśnie czuli się szaleńcy…? A może to szaleństwo było skutkiem tych właśnie uczuć…? Theodore nie wiedział. Wiedział tylko, że Oliver musiał czuć dokładnie to samo. Przymknął powieki, czując gromadzące się pod nimi łzy. Oliver… Teraz rozumiał. Jak mógł nie rozumieć tego wcześniej…? Jak mógł tego nie widzieć? Czy nie dawał mu znaków…? Czy nie próbował protestować, gdy Theodore, nieświadom tego, co czyni, sam wkładał mu w dłoń ostrze…? Pamiętał jego obojętność. I myślał o jego bólu. I ten sam ból teraz rozsadzał go od środka, wrzeszczał milionami uśpionych wcześniej głosów, tłumionych w jego myślach, i alarmował, przypominał, nie dawał odpocząć, nawet, gdy zmęczony umysł usiłował odnaleźć spokój we śnie. Co mówiły te głosy…? Czy nie przypominały mu bezlitośnie o tym, co się wydarzyło…? I nie wołały, że sen jest ledwie zalążkiem śmierci…?
A jednak byłeś dzielniejszy, Oliverze. Tobie nie zabrakło odwagi.
Drzwi od pomieszczenia otworzyły się. Theodore nie podniósł nawet głowy, doskonale wiedział, kto wszedł do jego sypialni i wcale nie chciał na niego patrzeć. Nie miał ochoty ruszać się z miejsca. Chciał, żeby on zostawił go w spokoju. Niech odejdzie.
-Theo…?- cichy głos Felixa rozbrzmiał irytująco w tej ciszy.
Przeszkadzał mu niczym natrętna mucha, to jego brzęczenie było nie do wytrzymania. Miał być kimś innym, ale był sobą. Do diabła z nim. Miał być potworem. Potwór zmienił się w anioła. Gdyby tylko pozwolił Theodore’owi pozostać we własnych złudzeniach, zamiast wyrywać go z tej mary… Był niczym innym, jak tylko tym, co wyrywało go z jego obłedu i przywracało do rzeczywistości. Theodore nie chciał żyć w rzeczywistości. W ogóle nie chciał żyć.
-Dobrze się czujesz…? Widzę, że lepiej- odpowiedział sam sobie rudowłosy, wobec milczenia mężczyzny. Uśmiechnął się łagodnie. Podszedł bliżej łóżka.- Jak twoja ręka…?- zapytał, chwytając delikatnie opatrzoną dłoń mężczyzny.
Ten cofnął ją gwałtownie. Felix spojrzał na niego spłoszony.
Theodore zacisnął wargi.
Niech odejdzie.
-Mój wuj przyjedzie po mnie jutro. Tak jak wczoraj mówiłeś. Nie wiem, czy pamiętasz…- rudowłosy zagryzł nerwowo wargę. Mężczyzna nie odpowiedział. Utkwił wzrok w suficie.- Zadzwonił dziś raz jeszcze. Podobno wczoraj coś was rozłączyło… I pomyliłeś moje imię…- dodał, przełykając nerwowo ślinę.- Dlatego zadzwonił. Przestraszyłeś go. Mnie trochę też… Ale wytłumaczyłem mu, że miałeś gorączkę i źle się czułeś. Na pewno powinienem wyjechać…?
Nie powinieneś w ogóle przyjeżdżać. Nie powinieneś istnieć.
Dlaczego te myśli sprawiały mężczyźnie tyle bólu…?
Odejdź. Po prostu odejdź, Felix.
-Może powinniśmy zadzwonić po lekarza, Theo? Wydaje mi się, że…
-Wyjdź- wycedził lodowato mężczyzna.
Chłopak spojrzał na niego, zlękniony.
-Dobrze, Theo- szepnął pokornie, wycofując się i ruszając do drzwi.
Theodore na powrót przymknął powieki.
Odejdź, odejdź, odejdź…
Felix zatrzymał się nagle, tuż przy wyjściu.
-Bardzo mi przykro…- zaczął po chwili wahania, drżącym głosem.- Bardzo mi przykro z powodu Olivera…
Theodore drgnął zauważalnie. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej, wpatrując w Felixa lodowato.
-Już to mówiłeś- stwierdził chłodno.
-Tak, ale wtedy nie wiedziałem, że był…- urwał, wyraźnie speszony.- Chciałem ci tylko powiedzieć, że ja wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Rozumiem to.
Theodore parsknął z politowaniem. Nic nie rozumiesz, Felix, odejdź, odejdź, do diabła!
-Rozumiem, że ten wypadek…- mówił dalej chłopak.- Wiem, że to było niespodziewane… Może powinieneś się z kimś zobaczyć albo…
-Wypadek?- przerwał mu ostro Theodore.
-Tak- potwierdził cicho rudzielec.
-Skąd pomysł, że to był wypadek…?
-Zapytałem pani Carmen…- przyznał nieśmiało.- Nie chciałem- zastrzegł natychmiast.- Ale wczoraj mówiłeś takie straszne rzeczy… Przestraszyłem się. Zapytałem jej jak zginął.
-Powiedziała ci, że zginął w wypadku?- upewnił się Theodore.
Felix skinął głową.
-Właściwie to ja zapytałem, czy to był wypadek. A ona powiedziała, że tak. To był wypadek samochodowy…? Był bardzo młody, kiedy… Umarł razem ze swoją mamą…?
Theodore czuł, jak cały drży z wściekłości. Zerwał się gwałtownie z łóżka. Felix wpatrywał się w niego z niepokojem.
-Co się stało…?
-To nie był żaden wypadek…
-Jak to?- zdumiał się chłopak.
Theodore zacisnął mocno wargi, nie chcąc mówić już niczego więcej.
-Wyjdź- rzucił jedynie, krążąc po pomieszczeniu.
-Ale…
-Wynocha!- warknął donośnie.
Felix drgnął nerwowo, wpatrując się przez chwilę w mężczyznę, po czym wycofał się z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Theodore chodził przez chwilę wkoło, nie będąc w stanie pohamować emocji. Tak mu powiedziała…? Dlaczego tak mu powiedziała…? Jednym wściekłym ruchem, strącił stojące na komodzie rzeczy, które spadły na podłogę z głośnym trzaskiem. Wsunął palce we włosy, oddychając płytko. Co chciała uzyskać, kłamiąc w ten sposób…? Co chciała uzyskać, prócz uwagi Theodore’a, który nie mógł pozostawić tej informacji w taki sposób?
Przebrał się szybko, chcąc przynajmniej przed nią sprawiać pozory względnej normalności, chociaż właściwie dawno już przestał być normalny, o ile to miano pasowało do niego kiedykolwiek. Ona za dobrze go znała. Jakby przenikała go wzrokiem i wiedziała już wszystko. Jakby była w stanie przewidzieć wszystkie jego reakcje. Prowokowała go. Nie chciał być prowokowany. Nie chciał dawać jej satysfakcji z tego, że wygrywa. Choć nie tak dawno wydawało mu się, że stoją po tej samej stronie…
Zszedł powoli na dół. Po domu krzątały się służące, wykonując swoje codzienne obowiązki. Przeszedł do kuchni. Carmen siedziała przy stole, pijąc kawę. Kucharki rozmawiały ze sobą, od dawna zresztą nie mając zbyt wielu innych zajęć. Gdy Theodore wszedł do pomieszczenia, Carmen podniosła na niego wzrok.
-Musimy porozmawiać- oznajmił lodowato.
Uśmiechnęła się. Wcale nie sprawiała wrażenia zdziwionej tymi słowami. Poprosiła pozostałe kobiety, żeby wyszły i zostawiły ich samych, co też te uczyniły.
-Ach, Theodore…- rzuciła obojętnie.- Słyszałam, że nie czułeś się zbyt dobrze… Już lepiej…?
To pytanie było kolejną prowokacją, może nawet kpiną. Ktokolwiek spojrzałby na Theodore’a, widząc sińce pod jego oczyma, przekrwione oczy i grymas bólu na twarzy, doskonale znałby odpowiedź. Ona też ją znała.
-Dlaczego powiedziałaś mu coś takiego?- zapytał cicho, nie rozumiejąc.
Podniosła się z miejsca, trzymając kubek z kawą w jednej dłoni. Podeszła do lady, niespiesznie dosypując do naczynia łyżeczkę cukru.
-Grekch dzwonił. Podobno, jeśli bachor zechce, zabierze go do siebie… Dasz wiarę…? Nie powiedział tego wprost, ale to dość oczywiste… Pewnie planuje sprzedać posiadłość albo zostawić ją dla tego przybłędy, gdy już będzie w stanie sam nią zarządzać… Tak czy inaczej, taka ilość służby nie będzie im już potrzebna… O ile w ogóle będą chcieli utrzymywać służących w starym, niewygodnym, zupełnie niepraktycznym zamczysku… I pomyśleć, że spędziliśmy tutaj całe nasze życie… Kawy, Theodore?
Chwycił ją mocno za nadgarstek, odwracając w swoją stronę. Tak mocno, że upuściła trzymany przez siebie kubek, który roztrzaskał się na posadzce. Czarna ciecz rozlała się po podłodze, ale żadne z nich nie zareagowało, stojąc w okruchach porcelany.
-Dlaczego powiedziałaś Felixowi… Dlaczego powiedziałaś mu, że to był wypadek…?- zapytał raz jeszcze i samo to pytanie zdradzało zbyt wiele jego emocji. To. Trudno było mu nazwać tamto wydarzenie inaczej.
-Ten… bachor…- zaczęła, a mężczyzna drgnął ledwie zauważalnie. Ale ona zbyt dobrze potrafiła rozszyfrować jego emocje.- Nie lubisz, gdy go tak nazywam, prawda…? To zastanawiające, ile może zmienić się w człowieku przez tak krótki okres czasu…
-Odpowiedz- zażądał ostro Theodore.- Dlaczego skłamałaś?
-Nie skłamałam. Nie w złej wierze przynajmniej. Po prostu wybrałam wersję, którą i ty wybrałeś. Wygodniejszą dla ciebie.
Mężczyzna pokręcił głową.
-O czym ty w ogóle mówisz…?- rzucił cicho.
-Dobrze wiesz.
Patrzył przez chwilę w oczy staruszki, chcąc odnaleźć w nich odpowiedź.
-Zrobiłam to, żeby cię obudzić- powiedziała w końcu Carmen.- Żeby ci przypomnieć, co się naprawdę wydarzyło.
-Przypomnieć?- prychnął Theodore.- Naprawdę sądzisz, że mógłbym zapomnieć?
-Sądzę, że już to zrobiłeś- odparła, jakby było to oczywiste.- A więc czemu nie…? Wypadek, samobójstwo… To pierwsze jest wygodniejsze… Nie trzeba szukać winnych ani przyczyn…- mężczyzna przełknął nerwowo ślinę, odwracając wzrok. Jej słowa paliły go, raniły do żywego. To dlatego, że wiedział. Ona nie miała pojęcia.- Coś się wydarzyło i już. Zrządzenie losu. Masz swoją wersję rzeczywistości. Mnie może już tu wkrótce nie być. Mnie nie zależy- dodała obojętnie, wzruszając ramionami.- Ale ty zostaniesz z nim dłużej, czyż nie…? Jak się żyje ze świadomością zdrady…?
-Nikogo nie zdradziłem- zaprotestował natychmiast.
-Zdradziłeś Olivera i jego pamięć! Wcześniej wydawało mi się, że jesteś jedynym człowiekiem, który mnie rozumie… Który czuje ten sam ból…- mówiła, wilgotnym od wstrzymywanych od łez głosem.- Ale nie czekałeś długo, prawda…? Parę dni z tym chłopakiem i już zapomniałeś o wszystkim…
-Nie zapomniałem- odparł twardo Theodore.
-Czyżby…?- starsza kobieta uśmiechnęła się gorzko.- Myślisz, że jestem ślepa…? Myślisz, że nie widzę…? Widzę! Tak, jak i widziałam wtedy. Doskonale wiedziałam, co łączy cię z Oliverem. Ale milczałam. Wiedziałam, że mu na tobie zależy. Sądziłam, że tobie na nim również. Myliłam się- stwierdziła, drżącym głosem.- Wymieniłeś go. Bez chwili wahania.
Theodore skrzywił się na te słowa.
-Bredzisz- odpowiedział ostro.
Carmen wpatrywała się w niego załzawionymi oczyma.
-Dlaczego akurat on…?- zapytała szeptem.- Dlaczego spośród wszystkich ludzi musiałeś wybrać akurat tego, który jest winien jego śmierci…?
Theodore przełknął nerwowo ślinę. Zacisnął mocno dłonie, które zaczęły trząść się zauważalnie.
-Felix nie jest niczemu winien…- powiedział i tylko on mógł zdawać sobie sprawę z tego, ile kosztowało go to wyznanie. Szczególnie teraz.
Staruszka prychnęła z politowaniem.
-Więc kto jest? Skąd ta nagła zmiana zdania, Theodore? Jeszcze nie tak dawno zdawałeś się twierdzić coś zupełnie innego…
-Myliłem się. Felix… To nie jego wina, że pojawił się w tym domu. Nic od niego nie zależało.
-Życie Olivera owszem- odpowiedziała dobitnie.- Wiesz to równe dobrze, jak i ja.
Theodore pokręcił głową. Przymknął na chwilę powieki, układając słowa w jedną całość, bo te, raz po raz, umykały z jego umysłu, jakby sam nie wiedział, co chce powiedzieć.
-Ten chłopak nie miał na nic wpływu- odezwał się w końcu.- Bądź rozsądna, Carmen. To zwykły dzieciak.
-O nie… Ty nie traktujesz go jak dziecka…- kobieta uśmiechnęła się złośliwie.- Jak zwyczajnego dziecka tym bardziej.
Theodore poruszył się lekko.
-Co mam ci niby powiedzieć…?- zapytał cicho.
-Powiedz mi, dlaczego jest dla ciebie taki ważny. Jeszcze niedawno twierdziłeś, że go nienawidzisz, a teraz…? A może wcale nie jest ważny…? Może po prostu się nim bawisz…? I zapomnisz o nim tak szybko, jak o Oliverze…?
-Przestań to powtarzać!- krzyknął, nie mogąc się pohamować.- Kochałem go!
-Nie! To ja go kochałam! Kochałam go jak syna! Byłabym w stanie oddać za niego życie! Mój Oliver…- jęknęła płaczliwie. Łzy na powrót zebrały się w jej oczach. Zakryła twarz dłońmi, w geście bezradności. Theodore dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co ukrywa za swoim chłodem. Instynktownie chwycił ją za ramiona, przyciskając do siebie.- Był taki mądry… Taki dobry chłopak…- szeptała w jego klatkę piersiową, drżąc lekko.- Wszystko jeszcze było przed nim… Mógł mieć wszystko… O Boże…- rzuciła nagle, rozdzierająco. Theodore czuł, jak trzęsie się coraz bardziej, jak gdyby jej własne słowa rozdrapały nigdy nie zagojone rany i przywróciły wspomnienia z tamtego dnia.
-Carmen…- zaczął łagodnie.- To niczego nie zmieni. To nie przywróci mu życia. Felix w niczym nie zawinił…
Pierwszy raz od dawna był tak świadom tego, co mówi. Ale to niczego nie ułatwiało. Wprost przeciwnie. Komplikowało sprawę. Rodziło pytania. Stwarzało wyrzuty sumienia. Przywracało wszystkie bolesne wspomnienia. Nie potrafił już tak skutecznie wypychać wszystkich faktów ze swojego umysłu jak wcześniej. I nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że ta nienawiść, którą Carmen kierowała na Olivera, powinna spaść na niego. I jego własna, wydumana nienawiść, którą tak bardzo pragnął czuć względem tego chłopaka – była w istocie odbiciem tego, co czuł, patrząc w lustro.
-Nieprawda…- mówiła dalej kobieta.- Gdyby się nie pojawił, nie odnalazł, gdyby w ogóle nie istniał…
Theodore przymknął powieki.
-Carmen…- szepnął, kręcąc głową.
-To Grekch! Płynie w nich ta sama krew! Oni potrafią tylko niszczyć! Oni go zniszczyli…- rzuciła, wybuchając płaczem.
-Felix jest ofiarą- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna.- Oboje próbowaliśmy wierzyć, że jest inaczej… Ale taka jest prawda. Przecież wcale nie znał ojca. Wychowywał się w sierocińcu. Nie jednym zresztą… Jest inny niż on. I wiesz, tak samo dobrze, jak i ja, że niczym nie zawinił…
Odsunęła się od niego gwałtownie. Posłała mu spojrzenie pełne niechęci i niemalże obrzydzenia.
-Jak ty o nim mówisz…- szepnęła pogardliwie, kręcąc głową.- Jak ci nie wstyd…? Spójrz na siebie… Ten bachor zabrał nam wszystko. Grekch zabrał nam wszystko. Zabrał naszą radość, Olivera, kolejny Grekch zabierze ten dom… Całe nasze życie, Theodore. Ten dom jest naszym życiem… Wszystkim, co mieliśmy. Myślałam, że dobrze mnie rozumiesz. Czy w ogóle jeszcze o nim myślisz…? Myślisz o Oliverze…?- mężczyzna wzdrygnął się, odwracając wzrok.- Jego imię boli cię tak bardzo, jak i mnie. Ale mnie bolą wspomnienia, które wyzwala. Ciebie wyrzuty sumienia, bo wiesz, że zdradziłeś jego pamięć.
-Nie…- odpowiedział z wyraźnym trudem mężczyzna. Wcale nie dlatego czuł się winien.
-Przecież go pamiętasz…- Carmen podniosła wzrok, chwytając go za ramiona. Wpatrywała mu się prosto w oczy.- To był taki dobry chłopak… Taki serdeczny, ułożony, dobrze wychowany… Zapatrzony w ciebie, jak w nikogo innego.- wargi Theodore’a zaczęły drżeć.- Widziałam, jak na ciebie spoglądał… Słyszałam, jak mówił o tobie… Cały czas o tobie mówił…
Odsunął się od niej. Nie mógł znieść jej słów i ciężaru, jakie za sobą niosły. Nie zdołał pohamować łez, które spłynęły po jego policzkach. Otarł je, ale zaraz pojawiły się kolejne. Nie był w stanie nad sobą zapanować.
-Dlaczego go nie powstrzymałeś, Theodore…?- zapytała Carmen.- Jak mogliśmy to wszystko przeoczyć…?
-Przepraszam…- wydusił z siebie z trudem mężczyzna.- Przepraszam, ale… Nie mścij się na nim… Nie na Felixie, on naprawdę…
-Nie mów tego!- przerwała mu gwałtownie.
-Carmen…
-On mi go zabrał!- powtarzała obłąkańczo.
Theodore odwrócił wzrok, nie mogąc dłużej na nią patrzeć. Sam jej to wmówił. Wmówił to samemu sobie, równie łatwo. Oboje przyjęli to bez refleksji, bez zastanowienia. To było im potrzebne. Wróg. Przyczyna. Wyjaśnienie. Niemalże jak alternatywna wersja historii. To ułatwiało sprawę, przynajmniej z początku. I oboje potrzebowali tego z tego samego powodu. Żeby obarczyć kogoś odpowiedzialnością. Zdjąć ją na chwilę z własnych barków. Ale Theodore wiedział, że poczucie winy Carmen nie ma żadnego znaczenia. Nie ona zawiniła. Nie ona.
-Oliver nigdy by tego nie zrobił, gdyby go nie odnaleźli- mówiła dalej.- Ale bał się tak bardzo…
-Carmen…- szepnął raz jeszcze. Tak bardzo chciał, żeby przestała mówić!
-A teraz panoszy się tutaj…! Nic nie rozumie… Nie mogę na niego patrzeć… Nie znoszę go tak bardzo… Czasem, gdy słyszę jak schodzi po schodach, wydaje mi się, że to Oliver… Albo gdy widzę go kątem oka, gdy wchodzi do kuchni…
-Przykro mi…- odpowiedział mężczyzna, łykając łzy.- On nie jest temu winien…
-Więc kto…? Kto jest winien, Theodore?- Carmen chwyciła go mocno, wpatrując się w niego uporczywie. Wargi mężczyzny zadrżały lekko. Chciał to powiedzieć. Nie mógł tego powiedzieć. Nie, to nie mogła być przecież prawda…- Odpowiedz mi, Theo. Dlaczego nie odpowiadasz…? Ktoś przecież musi być winien… Ale ja widzę odpowiedź w twoich oczach… Wiesz dobrze, że to on…
-Nie…
-Dobrze wiesz!
-Nie, Carmen.
-On nam go zabrał! Oliver zrobił to przez niego! Tylko przez niego! Czy możesz na siebie spojrzeć, wiedząc, że bronisz tego, który doprowadził do jego śmierci…? Przecież to ty go znalazłeś… Przecież widziałeś, jaką krzywdę sobie zrobił… Jak możesz żyć po czymś takim, jeśli żyjesz u boku kogoś, kto zniszczył wszystko, co kiedykolwiek mieliśmy…?
Opadł na krzesło, zupełnie rozbity. Łzy wciąż spływały po jego policzkach. Zacisnął wargi i przymknął powieki.
Właśnie… Jak mógł żyć…? Jak mógł żyć ze sobą samym…?
Nie mógł. Dlatego nie mógł być też winien. Winien musiał być ktoś inny.
Felix…? Dlaczego nie…?
To jego wina, czyż nie…? Przecież mogło go tutaj nie być. Mógł się nie pojawiać. Nie odnajdywać. Wcale nie urodzić. Oczywiście, że to jego wina.
Absurd. Same absurdy, ale to właśnie umysł Theodore’a przyjmował teraz najlepiej.
Wszystko dookoła było nienaturalnie realne.
A on chciał śnić.

Wszedł do pokoju Olivera. Do pokoju Felixa. Zamknął za sobą drzwi, mimowolnie przesuwając wzrokiem po znajomych ścianach. Przymknął na chwilę powieki, obiecując sobie, że weźmie się w garść i zrobi to, co do niego należy. Otworzył szufladę chłopaka, chcąc spakować jego rzeczy, ale w tym momencie dostrzegł stojącą nieopodal wejścia walizkę. Pewnie ktoś inny zrobił to za niego, gdy spał. Może ten staruch…? Zamknął szufladę. Chciał wyjść z sypialni, ale coś jakby zatrzymało go w jej wnętrzu. Rozejrzał się raz jeszcze.
W tym momencie drzwi otworzyły się znowu. Drgnął mimowolnie, ale nie odwrócił się w tamtą stronę. Dokładnie wiedział, kto pojawił się w pomieszczeniu. Felix podszedł do niego cicho. Objął go od tyłu wokół pasa, wtulając twarz w jego plecy. Theodore przymknął powieki na dłuższą chwilę. Jego dłoń mimowolnie spoczęła na przedramieniu chłopaka. Stali przez chwilę w bezruchu, w milczeniu. Theodore czuł, jak jego serce bije szybciej z emocji. I jak boli. Diabelnie bolało. Zacisnął mocno popękane z nerwów wargi. Przy tym chłopaku wszystko wracało na chwilę do normy. Zdawało się inne. Lepsze. Dające nadzieję. Ale Theodore już nie mógł dłużej wierzyć, że cokolwiek będzie w stanie uwolnić go od przeszłości. Mógłby zrobić to sam. Ale nie miał do tego siły. Bronił się więc tak, jak mógł. Rozpaczliwie i zupełnie nieporadnie, świadom własnego zgubienia.
-Wiem, że Oliver…- odezwał się ostrożnie rudowłosy. Theodore skamieniał. Po co się odzywał…?- On był z tobą bardzo blisko, prawda? Powiedziałeś, że to nie był wypadek… Więc jak zginął…? Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz… Ale chciałbym… Chciałbym znać prawdę- przyznał cichutko.- Jak zginął?
-Przez ciebie.
Te słowa wymknęły się z ust Theodore’a bezwiednie, jakby wcale nie zamierzał ich powiedzieć. Ale za nimi nadeszło to poczucie swoistej, specyficznej ulgi. Bolesnej, pozornej ulgi, której teraz właśnie potrzebował.
-Słucham?- rzucił ze zdumieniem rudowłosy.
-Przez ciebie- powtórzył ponownie mężczyzna. Jego głos był lodowaty i obojętny. Wypracował go już dawno temu. Teraz po prostu wracał do formy. Mówił do niego tak jak wtedy, na samym początku. I chciał tak samo, jak i wtedy, nie widzieć w nim biednego, zagubionego dzieciaka, który nie miał w życiu zbyt wiele szczęścia, a winnego wszystkiego, co się zdarzyło przed jego przyjazdem. Ale z tym wcale nie było tak łatwo.- Chciałeś znać prawdę? Proszę. Oliver zginął przez ciebie.
Felix cofnął ręce. Obszedł Theodore’a, stając tuż przed nim i wpatrując się w jego twarz z przerażeniem.
-Ale… Nie rozumiem…- bąknął, zdezorientowany.
-Wiem. Nie jesteś zbyt rozgarnięty…- stwierdził z pogardą Theodore.- Zresztą, to widać na pierwszy rzut oka. Ofiara… Sierota z domu dziecka… Bez przyszłości, bez szans, bez perspektyw… Zupełnie bezradna. Zmieniłeś otoczenie, ale nie zmieniłeś nastawienia. Wciąż taki jesteś. Cóż ci po tych milionach, po majątku, po możliwościach, skoro i tak nie umiesz ich wykorzystać…? Nie masz żadnych planów, oczekiwań, ambicji… Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, co znalazło się w twoim posiadaniu… Masz szesnaście lat, ale zachowujesz się jak dziecko. To wcale nie jest normalne. On był w twoim wieku dużo dojrzalszy… Poważny. Ciebie nie stać na powagę. W głowie ci tylko błahostki i zabawa… Nic dziwnego, nigdy nie miałeś zwyczajnego dzieciństwa. Jesteś bezpośredni, ale to nie kwestia odwagi. Kryje się za tym brak przystosowania i nieokrzesanie. W rzeczywistości się boisz. Czego? Tego, co spotykało cię zawsze. Odrzucenia. Wcale się do tego nie przyzwyczaiłeś. Do niektórych rodzajów bólu nie da się przyzwyczaić. Można dobrze je znać, ale cierpienie jest równie mocne, za każdym razem. Liczysz na to, że wreszcie, jakimś cudem, znalazłeś się w miejscu, w którym powinieneś być. Ale się mylisz.
-Po co mi to mówisz…?- szepnął Felix, wyraźnie dotknięty jego słowami.
-Przecież chciałeś prawdy- odparł chłodno mężczyzna.
-Chciałem tylko wiedzieć, jak on umarł… I dlaczego powiedziałeś mi, że…
-Zabił się.
Powiedział to. Wreszcie to powiedział… Te słowa od dawna nie potrafiły przejść mu przez gardło. Teraz też poczuł nieznośny ucisk, jakby coś go za nie boleśnie chwyciło.
Po tych słowach, na długą chwilę, zapadła zupełna cisza. Felix patrzył na niego z osłupieniem, najwyraźniej wcale nie spodziewając się, że usłyszy coś takiego.
-S… Słucham…?- rzucił raz jeszcze, jakby naprawdę nie zrozumiał słów mężczyzny.
-Oliver. Zabił się przez ciebie- wyjaśnił Theodore.
Rudowłosy pokręcił głową.
-Ja… Ja nie wiem, o co chodzi…
-Dałbym ci czas na zastanowienie, ale obaj wiemy, że myślenie zajmuje ci dużo czasu, prawda…?- Theodore uśmiechnął się złośliwie.- Wszystko było w porządku, nim się pojawiłeś. Ale twój ojciec postanowił nam sprawić niespodziankę… Nie pierwszą zresztą, był w tym specjalistą… Oliver dobrze wiedział, jak to się skończy. Nie miał niczego. Jego matka, przez lata tego… związku… straciła właściwie cały swój majątek. Relacja z Grekchiem miała dla niej dość katastrofalne skutki… Właściwie każda relacja z tą rodziną niesie podobne konsekwencje…
-Ja nadal nie…
-Oliver nie miał już niczego- kontynuował Theodore.- Ani rodziny, ani majątku, który należał się tylko jemu. A gdy cię znaleźli, stało się jasne, że wkrótce będzie musiał opuścić też ten dom…
-Przecież… Przecież ja bym nigdy… Nie wyrzuciłbym go…- mówił Felix, wstrząśnięty słowami mężczyzny.
-… Więc opuścił ten dom na dobre. Na rzecz kogoś, kto wcale tu nie pasuje. I nigdy nie będzie tu pasował. Nie zastąpisz go- powiedział twardo.
-Ja nie zamierzałem…
-Zabił się przez ciebie. Tylko i wyłącznie przez ciebie.
-Ale… Ale ja niczego nie zrobiłem…- Felix sprawiał wrażenie roztrzęsionego. Głos miał lekko wilgotny, choć jeszcze próbował się bronić, ale nie miał szans. Był zbyt uległy i słaby, by odeprzeć słowa mężczyzny.- Nie chciałem mu wyrządzić żadnej krzywdy…
-Jakie ma znaczenie to, czego chciałeś…?- prychnął mężczyzna.- Zabił się przez ciebie…
-Nie, ja…
-Wszystko byłoby w porządku, gdybyś nie pojawił się w naszym życiu…
-Ja nie…
-Wiesz, ile miał lat…? Wiesz, jak bardzo był młody i ile jeszcze było przed nim…?
-Theo…
-Znalazłem go w łazience…- mówił dalej Theodore, okrutnie, i bez najmniejszych skrupułów.- W wannie… Wanna była pełna krwi… Zrobił sobie nacięcia na nadgarstkach…- głos zadrżał mu słyszalnie, nie był w stanie tego pohamować.- Cierpiał…
-Theo, Theo, nie mów już więcej, nie  mów!- Felix rozpłakał się nagle.
Przysunął się do mężczyzny, obejmując go ramionami i wpijając gwałtownie w jego usta. Theodore mimowolnie oddał pocałunek. Wsunął język do ust rudowłosego, chwytając go za kark. Jego wargi miały słony posmak, jak wtedy, gdy całował go po raz pierwszy. Ten pocałunek będzie ich ostatnim. Miał tego świadomość, gdy pogłębił go jeszcze bardziej, gdy przycisnął chłopaka do siebie, niemalże przylegając do niego całym ciałem. I miał tego świadomość, gdy nagle chwycił go za ramiona, odpychając od siebie gwałtownie i bez najmniejszej choćby delikatności. Felix wbił w niego przerażone spojrzenie. Mężczyzna milczał przez chwilę, jakby coś w nim jeszcze się wahało, jakby coś w nim walczyło, resztkami sił, upominając go, przywołując zdrowy rozsądek… On jednak nie miał wyjścia. Nie mógł dłużej funkcjonować w ten sposób. Nie mógł obarczać Felixa odpowiedzialnością, czując do niego to, przed czym tak bardzo się wzdragał i zdradzając pamięć Olivera. Mógł więc przyznać się otwarcie do tego, co się wydarzyło. Albo odepchnąć go od siebie i traktować tak, jakby rudzielec wcale go nie obchodził. Druga opcja wydawała się być znacznie łatwiejsza.
-Czego właściwie oczekujesz, co…?- uśmiechnął się okrutnie, spoglądając wprost w zielone oczy chłopaka, wypełnione łzami.- Naprawdę sądzisz, że kogokolwiek tu interesuje twój los…? Nie lubisz swojego ojca. Nie znałeś go, ale słyszałeś o nim dość, by wiedzieć, że nie zasłużył sobie na szczególną sympatię… Ale może w swojej naiwności sądzisz, że zreflektował się przed śmiercią i dlatego zdecydował się napomknąć o tobie, byś miał lepsze życie…? Bzdura…- parsknął chłodnym śmiechem.- Testament spisał już dawno. Nie obchodziłeś go przez całe jego życie. Chciał tylko wzbudzić zamieszanie, jak to zwykle czynił, co zresztą udało mu się niezwykle skutecznie… Jestem pewien, że byłby z siebie dumny, gdyby jeszcze chodził po tym świecie… Wychowywał obce dziecko, podejrzewam jednak, że kochał je równie mocno, co ciebie…- zaironizował, nie przestając się uśmiechać, choć teraz był to gorzki uśmiech.- Nie myślał o tobie ani przez sekundę swojego radosnego, pijackiego życia, spędzonego na rujnowaniu żyć innych, zabawie i wydawaniu pieniędzy… Ale jest jeszcze drugi Grekch, prawda? Twój wuj. Sądzisz, że jego interesujesz bardziej…? Bzdura. Zachorował i może dlatego poczuł nagle, że powinien zrobić coś dobrego. To zastanawiające, jak bardzo ludzie zmieniają się, gdy nawiedzi ich widmo śmierci, czyż nie…? Ale to tylko pozorna zmiana. Zmiana wynikająca ze strachu. Wcześniej nie interesował się wcale tym, co dzieje się w tym domu. Nie był skory do jakiejkolwiek pomocy. Kto jeszcze…? Ach, tak… Richard…- Theodore parsknął pogardliwie.- Ten stary głupiec. Jego też lubisz, prawda…? Jednak chyba nawet ty nie masz wątpliwości, że gdyby jego własna rodzina nie odepchnęła go od siebie i gdyby jego wnuk chciał się z nim widywać, pozostawiłby to miejsce i ciebie bez najmniejszego sentymentu…? Jak sądzisz, Felix…? Komu jeszcze tutaj na tobie zależy…? Czyjej uwagi szukasz…?
-Twojej…- szepnął, drżącym głosem chłopak.
Theodore poczuł, jak coś ściska go za serce. W tym momencie, rudowłosy przylgnął do niego gwałtownie, obejmując kurczowo ramionami i wtulając w jego klatkę piersiową.
-Zostaw…- rzucił ostro mężczyzna, chcąc, by ten się odsunął, ale rudzielec nie miał takiego zamiaru.- Felix!- warknął gniewnie, usiłując go od siebie odczepić.
Szarpał go mocno, ściskał jego ramiona i ręce, mając świadomość tego, że zadaje mu ból. Chłopak był uparty. Nie chciał go zostawić. Brakowało mu sił, ale wciąż obejmował go jednym ramieniem, gdy Theodore’owi udało się pochwycić jego drugą rękę i oswobodzić z uścisku.
-Kocham cię…- wydusił z siebie w momencie, gdy mężczyźnie udało się wreszcie odsunąć go od siebie na długość rąk.
-Nie obchodzi mnie to- odparł, choć niechciane emocje przedarły się do jego głosu.- Ty też mnie nie obchodzisz.
-Nie, Theo, nie, nie, proszę, proszę…!- załkał rozpaczliwie rudowłosy, znowu próbując się do niego przytulić. Gdy mu się to nie udało, padł na kolana i objął nogi mężczyzny, płacząc nieprzerwanie.- Theo, proszę…
-Wstawaj, Felix!
-Proszę… Ja nie wiedziałem… Nie chciałem… Nie chciałem, Theo… Błagam…
Mężczyzna szarpnął go gwałtownie za ramiona, podnosząc do pionu.
-Jesteś mi zupełnie obojętny…- stwierdził.
-To nieprawda!- zaprotestował natychmiast rudowłosy.- Wiem, że czujesz coś do mnie!
-Kochałem jego. A przez ciebie on zginął. Jak sądzisz, co mogę do ciebie czuć…?
-Nie, Theo…- płakał wciąż chłopak, usiłując przedrzeć się do jego świadomości.- Nie, nie…
-Nie obchodzisz mnie.
-Byłeś ze mną!
-To nic nie znaczy.
-Nieprawda! Powiedz, że to nieprawda, Theo, proszę!- dodał zaraz rozpaczliwie, jakby nie był tego pewien..
-Od dnia, w którym się tutaj pojawiłeś… Moje uczucia do ciebie wcale się nie zmieniły…
-Theo, przepraszam…- mówił chaotycznie chłopak, raz po raz usiłując objąć go ramionami, ale Theodore nie dawał mu takiej możliwości.- Nie wiedziałem… Naprawdę, nie wiedziałem… Ale proszę… Proszę, nie mów mi tego…- rzucił błagalnie, wpatrując się w oczy mężczyzny.
Theodore odwrócił wzrok.
-Nie będę tracił na ciebie czasu- obwieścił, ruszając w stronę drzwi.
-Nie!- Felixowi na powrót udało się go objąć. Mężczyzna zatrzymał się, osaczony jego ramionami.- Nie, proszę! Nie zostawiaj mnie samego…- załkał rozpaczliwie, a Theodore miał wrażenie, że jego serce zatrzymało się, gdy usłyszał te słowa.- Błagam… Błagam, nie zostawiaj mnie samego… Theo, błagam, błagam, Theo…
Theodore próbował raz jeszcze odsunąć się od niego, ale sam stracił wszelkie siły. Zdawał sobie sprawę z tego, że musi stąd wyjść. Musi go zostawić, nie patrzeć na niego, nie słyszeć jego przeraźliwego płaczu, nie czuć jego bólu… Łzy zebrały się pod jego powiekami, ale powstrzymywał je skutecznie. Felix wpadł w jakiegoś rodzaju histerię. Mężczyzna usiłował uciszyć go, ale ten płakał nieustannie, powtarzając wciąż jego imię, prosząc go wciąż o to samo, nie dając się w żaden sposób uspokoić ani opanować… Theodore miał wrażenie, że nie wytrzyma już dłużej. Skrzywdził go i zdawał sobie z tego sprawę. Chciał go skrzywdzić. A teraz cierpienie chłopaka paliło go do żywego.
Drzwi od pokoju otworzyły się nagle.
-Co się tutaj dzieje?- zapytał Richard, pojawiając się w środku.
To oprzytomniło mężczyznę.
-Zabierz go…- rzucił lodowato, odpychając od siebie chłopaka.
-Theo!- zawył Felix, znowu rzucając się w jego kierunku, ale Richard objął go mocno, zatrzymując przy sobie.
-Co się dzieje…?- powtórzył, spoglądając na Theodore’a z wyczekiwaniem.- Co się stało…? Co mu powiedziałeś, Theodore?- zapytał ostro.
-Nic ponad to, co sam chciał usłyszeć.
Obrócił się i opuścił pomieszczenie, po czym ruszył szybko w kierunku swojej sypialni. Przez chwilę jeszcze towarzyszyło mu histeryczne łkanie i wołanie Felixa.
Nie mógł jednak zawrócić.
Już nie.
Nie był w stanie zasnąć. Przewracał się z boku na bok, krążył po swojej sypialni, by wreszcie po raz wtóry tej nocy, zejść na dół i przejść do kuchni. Zapalił światło. Znowu wyciągnął z szafki swoje tabletki. Nie wiedział po co. Głowa wcale go nie bolała. Obracał przez chwilę opakowanie w dłoniach, zastanawiając się nad czymś. Odłożył je na miejsce. Napił się wody i wyszedł z pomieszczenia, po czym wszedł z powrotem po schodach. Ruszył wzdłuż korytarza. Chciał wrócić do siebie, ale po chwili wahania, skierował się w inną stronę. Jakby nieświadom tego, dokąd zmierza, znalazł się nagle pod drzwiami rudowłosego. I wtedy uświadomił sobie, że ktoś jeszcze nie mógł zasnąć.
Usłyszał stłumiony płacz dobiegający z zamkniętego pomieszczenia. Przymknął powieki, czując, jak coś chwyta go za serce. Odruchowo wyciągnął dłoń w kierunku klamki, ale ostatecznie położył ją na drzwiach, nie zdobywając się na to, by wejść do środka. Dobrze wiedział, co musiał czuć teraz Felix. Miał świadomość tego, co mu powiedział i jak to na niego wpłynęło. Sądził, że chłopak będzie próbował jeszcze wszystko z nim wyjaśnić. Że przyjdzie do niego raz jeszcze, że znowu będzie musiał na niego spoglądać i męczyć się z samym sobą. Ale stało się inaczej. Paradoksalnie, Felix wszystko mu ułatwił. Nie przyszedł. Theodore nie natknął się nawet na niego, gdy wałęsał się po domu bez konkretnego celu. I oto sam przyszedł tutaj. Pod jego drzwi. Oparł o nie czoło, czując, jak łzy napływają mu do oczu. Z sypialni rudzielca wciąż dobiegało ciche łkanie.
Mężczyzna miał świadomość tego, że mógł wszystko naprawić. Mógł wejść do środka i jednym zdaniem, jednym słowem, gestem, sprawić, by Felix o wszystkim zapomniał. Zdawał sobie sprawę z wpływu, jaki miał na tego chłopaka. I, co jeszcze istotniejsze , coraz bardziej rozumiał wpływ, jaki wywierał na nim rudowłosy. Ale teraz to nie miało najmniejszego znaczenia. Podjął już decyzję.
Jej konsekwencje miały dopiero nadejść, choć już teraz były o wiele trudniejsze do zniesienia, niż mógł podejrzewać.
Osunął się na podłogę. Oparł plecami o drzwi, uginając nogi w kolanach i zakrywając twarz dłońmi. Nie wiedział, ile czasu dokładnie spędził w tamtym miejscu. Zdecydował się podnieść dopiero, gdy płacz rudowłosego ucichł. Wtedy wstał i ruszył z powrotem do swojego pokoju.
Nie wrócił do łóżka. Przysiadł na parapecie, wyglądając przez okno.
Jutro wstanie nowy dzień.
I rozpocznie czas zmiany.
Theodore wytrzyma w swoim postanowieniu.
… Albo umrze.

Następny ranek był bardzo spokojny. Dużo spokojniejszy, niż przypuszczał mężczyzna. Gdy zszedł na dół, w ślad za kierowcą, znoszącym walizkę Felixa i stanął w ogromnym holu, obok swojego podopiecznego i Grekcha, rudowłosy nie powiedział ani słowa. Właściwie nawet na niego nie spojrzał. Theodore zachowywał się obojętnie, jakby nic się nie stało, chociaż postawa zwykle emocjonalnego i nieokrzesanego chłopaka, wzbudziła w nim pewne zdumienie. Z początku sądził, że Felix milczy, nie chcąc, by jego wuj zauważył, że coś jest nie w porządku, ale chyba wcale nie o to chodziło.
-To wszystko?- zapytał Grekch, niemalże z niedowierzaniem spoglądając na jedną, jedyną walizkę, trzymaną przez kierowcę.
Theodore uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem. Bogacze…
-Tak- potwierdził cicho rudzielec.
Wzrok miał nieobecny i pusty. Theodore’owi wydał się być bardzo znajomy, choć nigdy nie widział podobnego spojrzenia u Felixa. Sprawiał wrażenie osowiałego i smutnego, pozbawionego chęci do czegokolwiek.
-Nie chcesz zabrać już niczego więcej?- dopytał ostrożnie wuj chłopaka, uśmiechając się do niego łagodnie.
Rudowłosy pokręcił głową w milczeniu.
-Dobrze. Zobaczysz moją posiadłość. Jest bardzo podobna do tej… Jestem pewien, że przypadnie ci do gustu…- Grekch wyraźnie usiłował wykrzesać u swojego bratanka entuzjazm, którego nie brakowało rudzielcowi przy jego ostatniej wizycie. Teraz jednak na próżno było go oczekiwać. Felix sprawiał wrażenie, jakby wcale nie obchodziło go to, co się wokół niego dzieje. Nie silił się nawet na to, by stwarzać pozory, że jest inaczej. Jego wuj spłoszył się nieco.- Theodore…- zwrócił się w końcu do lokaja, wyciągając w jego stronę dłoń. Mężczyzna uścisnął ją krótko, uśmiechając się nieznacznie.- Może byłoby dobrze, gdybyś pojechał z nami…?
-Nie, panie Grekch…- odparł chłodno mężczyzna.- Jestem pewien, że panicz doskonale poradzi sobie sam…
Felix wcale nie zareagował na te słowa.
-Dobrze…- jego wuj uśmiechnął się nieco wymuszenie.- Przywiozę go za kilka dni. Albo, jeśli zechce, wcześniej…- dodał nieco ciszej.- Wszystko w porządku...? Sprawia wrażenie smutnego...
-Zapewne stresuje się wizytą- odpowiedział bez chwili zastanowienia Theodore.
-Ach, tak. Tak, możliwe. Dziękuję, Theodore. Zadzwonię przed naszym powrotem, żebyście zdążyli wszystko przygotować.

Theodore stał w swoim pokoju, przy oknie, odchylając lekko zasłonkę i wpatrując się w podjazd. Wyglądało na to, że albo Grekch wyjątkowo przywiązał się do swojego bratanka i nie mógł się z nim rozstać, albo kompletnie nie miał poczucia czasu, ponieważ choć zapowiedział swój przyjazd dziś na konkretną godzinę, spóźniał się już dobre dwie. Felixa nie było ponad dwa tygodnie. To było wystarczająco długo, by wszystko w tym domu wróciło do względnej normy. A może raczej do jej braku. Do stanu, który nastąpił po śmierci Olivera. Dało to wystarczająco dużo czasu, by umysł mężczyzny również wrócił do takiego stanu. Znowu był tylko on i cały świat dookoła. Świat ludzi, którzy nic nie rozumieli i nie byli w stanie czuć tego samego, co on. I był ten dzieciak. Bachor. Przybłęda, który nie miał tu swojego miejsca. Który nie miał żadnego prawa tutaj być i który, być może nieświadomie, ale jednak, doprowadził do śmierci jedynego, którego Theodore kiedykolwiek kochał. Wszystko inne zdawało się nie mieć większego znaczenia. Wystarczało mu to w zupełności. Obiekt niechęci. Ten, na którym spoczywała cała wina, za to, co się wydarzyło. To, co zaszło pomiędzy nim i rudzielcem, straciło na znaczeniu. Nie był w stanie wyzbyć się skutecznie specyficznych uczuć, jakimi go darzył. Ale był przecież specjalistą od zapominania, więc zapomniał. Odepchnął je od siebie, tak samo jak prawdę. To było całkiem proste i nie wymagało szczególnego wysiłku. Wiedział, że wszystko zacznie się od nowa. Przywita go tak samo, jak pierwszego dnia, gdy pojawił się w tym domu. Będzie na niego patrzył w ten sam sposób. Odnosił się do niego z tym samym chłodem i kiepsko skrywaną pogardą. Tym razem nie przekroczy granicy. Nie da się zaskoczyć ani wytrącić z równowagi. Jego historia nie wzbudzi w nim litości. Jego prostota – zaufania. A poza tym, wszystko to było w gruncie rzeczy zupełnie bez znaczenia. Jeśli Carmen miała rację, nie zostało im wiele czasu w tym domu.
A poza tym domem, dla Theodore’a, nie istniało zupełnie nic.
Usłyszał dźwięk telefonu dobiegający z korytarza, ale nie ruszył się z miejsca. Kolejny sygnał. I jeszcze jeden. Zacisnął wargi, poirytowany, ale kolejny sygnał urwał się w połowie. Ktoś pewnie odebrał. Zerknął na zegarek, unosząc brew w geście politowania. Zdecydowanie im się nie spieszyło.
Mężczyzna usłyszał głosy, dobiegające z korytarza. Wydawało mu się, że ktoś wypowiedział jego imię. Po raz ostatni wyjrzał przez okno, po czym otworzył drzwi, opuszczając pomieszczenie. Mirtha stała kilka metrów przed nim, blada jak ściana.
-O co chodzi…?- rzucił oschle, dostrzegając Richarda, który rozmawiał z kimś przez telefon. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego.
-Pan Grekch dzwoni…- odezwała się drżącym głosem.                              
-Tego się spodziewałem…- skwitował jej słowa Theodore.- Spóźnią się bardziej…? Chłopak nie przyjedzie wcale…? W czym rzecz…?- dopytał z lekkim niepokojem, widząc jej minę.
Wzięła płytki oddech, spuszczając wzrok.
-W czym rzecz?- powtórzył mężczyzna, coraz bardziej zdenerwowany.- Coś się wydarzyło…?
-Chyba… Chyba panicz Felix…- zająknęła się i urwała na dłuższą chwilę.
-Panicz Felix co?- ponaglił ją mężczyzna.
Podniosła na niego płochliwe spojrzenie.
-Panicz Felix popełnił samobójstwo.

19 komentarzy:

  1. Że co? Mam nadzieję, że to nie jest jakaś pomyłka i nie jest to ostatni rozdział? :c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. Będzie jeszcze jeden ;).

      Usuń
  2. Nie... nie...nie.
    Nie, nie, nie, nie , nie nie zrobisz mi tego prawda?
    *Patrzy sie tepo w monitor , powtarzając te słowa cały czas*
    Nie... nie... nie.
    Jak... jak Theo mógł być tak okrutny?
    On... ja... nie.
    Nie nie i jeszcze raz nie.
    Ale... błagam nie ;(..
    Fak... (głupia ja tak przeżywam opowiadania) wiesz przeciez jak ja lubiłam Thedora. Nie nie nie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Chcę zapomnieć... czytałam niedokładnie wiec nie moge sie dobrze wypowiedzieć. Ehh wybacz poprzedni komentarz, przeżywałam.
    Już jest lepiej.
    Oj... tylko nie Feliks. Prosze... Niech to będzie pomyłka. Albo jakaś sztuczka, niech okaże się ,że to było kłamstwo i Feliks tak naprawdę wyjechał gdzieś. Proszę...
    Jak Theodor mógł to zrobić? To było takie okropne, takie nie ludzkie... tak bardzo okrutne. Feliks jak on sam powiedział, to dziecko do jasnej cholery! Ma do siebie tak wielkie pretensje o śmierć Olivera, a z Feliksem postąpił tak samo. Historia zatacza krąg, błędne koło. To nie wina Feliksa... Och.
    Jak ty to robisz? Wyzwalasz w czytelnikach takie emocje (lub tylko we mnie)... Ehh... skoro już tak dajemy bo dramacie, to niech jeszcze Theo popełni samobójstwo! Wszyscy się zabijmy! *Przez chwilę znowu straciła panowanie nad emocjami*
    Tak jakoś dziwnie, boli mnie serce. Identycznie jak wtedy gdy kończyłam "Every Me".... *Desmond był zawsze. I zawsze kochał*.
    Chcę zapomnieć...
    Ehh wiesz przecież jak lubiłam Theodora... Tygrysku , nie rób mi tego...
    Kocham cię, twoja Boginikokainy *nadal w szoku*

    OdpowiedzUsuń
  4. o boże, nie wiem co mam napisać, czemu tak przerwałaś?! Co teraz, on nie mógł się zabić,nie mógł -.- aż się poryczałam :<

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy11:04 PM

    Błagam, nie każ czekać nam długo na następny rozdział, nie w taki momencie! Czułam, że tak będzie i wydaje mi się, że niestety to nie jest pomyłka, ale mam nadzieję, że jednak opowiadanie nie zakończy się aż tak tragicznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy11:21 PM

    Popieram! Nie każ nam czekać. Mam nadzieję, że zaraz po następnym Chaosie dodasz ostatni odcinek Theodora:) Cały czas mam nadzieję, że próba Felixa była nieudana i wylądował w szpitalu. W ogóle to uwielbiam Twoje opowiadania...

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:06 AM

    CO... JA CIE CHYBA ZABIJE.
    OMG.
    Mam nadzieję, że TO "CHYBA" znaczyło, że to była próba samobójcza! I że mu się to nie udało! D:
    Nie nie nie nei enieni!
    Jak ja mam przeżyć... kilka tygodni bez tego opa?! Skoro mówisz, że to ostatni rozdział jeszcze został, to pisz! PISZ! FELIXXXXXX!!!!! moja biedna si0erotko!
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy12:06 PM

    Spodziewałam się próby samobójczej, jestem tylko ciekawa, jak to rozegrasz - chociaż śmierć Felixa byłaby o wiele trudniejsza, bo nie wiadomo, co dalej. Zatem domyślam się, że Theodore zmieni swoje nastawienie do Felixa, który ledwo przeżyje czy coś. Powinien się od razu pomyśleć, że istnieje analogia między Felixem i Oliverem, przynajmniej jeśli chodzi o uczucia do niego. D.

    OdpowiedzUsuń
  9. Podobnie jak D., spodziewałam się czegoś w tym stylu. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, chociaż z drugiej strony samobójstwo Theo i Felixa byłoby czymś ciekawym. Mimo wszystko, chyba wolę opcję z "żyli długo i szczęśliwie, koniec". Tak czy tak, czekam z niecierpliwością na kontynuację.

    OdpowiedzUsuń
  10. O matko, zabiłaś bohatera??? Wiem, nikt nie powiedział, że tak się nie może zdarzyć, ale cały czas miałam nadzieję na szczęśliwe zakończenie...Cóż, nie dość, że jego życie było straszne do tej pory, to jeszcze nieszczęśliwa miłość i odrzucenie...szkoda mi dzieciaka. Strasznie. Może jeszcze da się coś dla niego zrobić? Ostatecznie jego los leży w Twoich rękach:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Dobra. Spróbowałam podejść do tego logicznie. Nie wiem, czy mam rację (chociaż w całym swoim życiu nigdy tak bardzo nie chciałam mieć racji jak teraz). Felix spóźniał się około dwóch godzin, no i jeszcze czas, zanim w ogóle miał wyjechać i takie tam... Gdyby nie żył, raczej powiadomiono by ich szybciej. Dlaczego zwlekano na to aż tyle czasu? Dwie godziny to od cholery minut i jeszcze więcej sekund, a rozmowa telefoniczna jest raczej krótka. Jest jeszcze sprawa tego "chyba", które pojawiło się pod koniec rozdziału. pokojówka nie była pewna, czy Felix nie żyje.
    Dobra, pofantazjowałam sobie, że wszystko dobrze się skończy... To teraz pozostało czekać na brutalną rzeczywistość. Mam nadzieję, że wyjaśnisz sprawę jak najszybciej, bo kończenie w TAKIM momencie... No, to już szczyt okrucieństwa. Ja jutro mam sprawdziany i jak ja teraz coś napiszę??? Cały czas będę myśleć - żyje, nie żyje, żyje, nie żyje?
    Oby żył!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Emememe... To nie fair!? Jak można przerywać w takich momentach? ; _ ; Chcę jak najszybciej następny rozdział, bo chyba nie wytrzymam...

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy5:39 PM

    Hej,
    rozdział bardzo dobry, w momencie czytania rozmowy między Theodorem a Feliksem o śmierci Olivera, myślałam, że zrozpaczony słowami jakie usłyszał Felix postanowi się targnąć na swoje życie, no i cóż tak właśnie na końcu rozdziału jest taka informacja, że chyba popełnił samobójstwo. Nie wiem do końca czy chciałabym aby ta informacja o samobójstwie Felixa okazała się prawdą czy też nie, bardziej mi jednak zależy na Theodorze jak ta informacja na niego wpłynęła. Chociaż mam nadzieję, że został odratowany w porę, no bo przecież padło tam słowo „chyba” a to daje jeszcze nadzieję... no i może Thoeo zmieni swoje nastawienie do Felixa. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.
    Weny Tobie życzę
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  14. Trudno mi się pozbierać po tym rozdziale. Już wiemy co się stało. Dlaczego Olivier się zabił. Ale Felix nie wiedział, nie jest niczemu winny. To Olivier stchórzył i wolał się zabić niż żyć biedniej. Zresztą Felix by go nie wyrzucił. To Olivier jest winien temu co sobie zrobił. I dla wielu najlepiej jest obwiniać Felixa, dzieciaka z sierocińca.
    Popłakałam się przy tym rozdziale. Theo powiedział tyle okrutnych słów. Jeżeli rudzielec się zabił, to ma nadzieję, że lokaj będzie żałował tego co zrobił. Ale mam nadzieję, że Felix żyje, a ta wiadomość da Theodore do myślenia i potem będzie już tylko dobrze. :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy11:00 PM

    To ten... No... *elokwencja ją opuściła,ale zaraz pewnie wróci*
    A ja jakoś tak nie spodziewałam się dokładnie takiego zakończenia, ale byłam pewna, że po tej kłótni któryś z nich postanowi umrzeć. I jak mamy teraz godzinę szczerości {którą ustanowiłam ja} to uważam, że Oliver był solonym egoistą. Theo nadal kocham i nie zmieni tego jego nielogiczne zakochanie. A Felix mnie wkurza. Skończyłam. Znaczy, nie komentarz, ale godzina szczerości zmniejszyła swoją objętość.
    Co do zakończenia to albo szykuje nam się pogrzeb, albo odratowanie rudzielca i happy endzik. Ja skłaniałabym się do tego pierwszego, połączonego z kompletnym załamaniem psychicznym Theodore`a, ale ty tu urządzisz x3
    Wiem, jestem potworem,
    Asis.

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej, zwyklę nie komentuję, bo zbyt skupia się na wydarzeniach, ale postanowiłam tym razem dać znak życia, skoro robię "afery". Chciałam pogratulować Ci talentu Silencio, Twoi bohaterowie są jak żywi, naprawdę nie wiem jak to robisz, to niesamowite. Powstrzymywałam się pół opowiadania, żeby nie ryczeć jak bóbr teraz! :3 I może zaryzykuję czytanie innych opowidać, tylko nie wstrzymuj niczego, bo poczuję się winna xD Pozdrowienia, T.

    OdpowiedzUsuń
  17. ale odratują go? powiedz, że go odratują, no! głupi Theo! jak mógł mu powiedzieć takie okropne rzeczy!
    prosze, dodaj już następny rozdział! :c

    OdpowiedzUsuń
  18. Świetnie piszesz . Twój blog to perełka internetowa , naprawdę .
    Spowodowałaś u mnie lekki płacz , naprawdę masz talent do tego , by przelać emocje na kartkę ( W tym przypadku na notkę )
    Pozdrawiam i czekam z zniecierpliwieniem .

    OdpowiedzUsuń