Strony

piątek, 12 października 2012

~~ 9 ~~ [Książę]

` Tym, którzy zrodzili się z krwi
W krwi przyjdzie skonać.

Książę wiedział, że przyjdzie. Nie ruszył się ani o krok, gdy usłyszał, jak drzwi od jego komnaty uchylają się z cichym skrzypnięciem. Stał przy oknie, spoglądając na kręcących się po dziedzińcu strażników i służących. Nie zdziwiły go powolne kroki, przyspieszony, nerwowy oddech stojącego nieopodal mężczyzny, a chwilę później, pełna napięcia cisza, gdy ten zatrzymał się i wstrzymał oddech, w oczekiwaniu na coś, co miało być może wyjaśnieniem. Dopiero świtało.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś…?- zapytał jeden z tych, którzy nie byli w stanie mu pomóc. Ślepiec. Wciąż jednak najdroższy ze wszystkich pozostałych. Wciąż budzący u księcia tyle emocji, że nie był w stanie kazać mu odejść, wygnać go, ani nawet ignorować jego obecności.
Potomek monarchy odwrócił się niespiesznie w stronę niewolnika. Wpatrywał się przez chwilę w twarz Immriela. Dostrzegł od razu jego zaczerwienione, oczy i drżące lekko dłonie. Nigdy nie widział go w podobnym stanie. Może nawet uśmiechnął się do siebie w duchu z satysfakcją. Czy to nie był ten, który podejrzewał go o taką małostkowość…? Który sądził, że gotów jest zabić dla władzy? Który radził mu, by cierpliwie poczekał, aż to wszystko się skończy…?
Ale książę nie czuł satysfakcji. Czuł wstyd. Nie mógł znieść dłużej spojrzenia charakterystycznych oczu, które spoglądały na niego, być może ze współczuciem, być może ze zrozumieniem, być może z pewnego rodzaju pretensją. A może po prostu z przerażeniem.
-Wszyscy wiedzieli- odpowiedział następca tronu, odwracając wzrok.
-Ja nie- odparł na te słowa Immriel.
Potomek monarchy zdawał sobie z tego sprawę.
-I dobrze…- szepnął znużonym nieco głosem, stając znów przy oknie i powtórnie zerkając na kręcących się na dole ludzi.- Nie chciałem, żebyś wiedział…- dodał po chwili.
Może czasami. Kiedy zastanawiał się nad tym. Kiedy naiwnie sądził, że to cokolwiek by zmieniło. Ale pewne prawdy lepiej pozostawić w ciszy skażonego ich potwornością pomieszczenia.
Mężczyzna nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
-Jak… Jak długo…?- rzucił w końcu, wilgotnym nieco głosem, nie dokończywszy nawet pytania.
-Za długo- odpowiedział twardo książę.
Inna odpowiedź nie istniała. Choćby był to ledwie dzień, a nie całe lata… Za długo. O każdy dzień za długo.
-Nikt nie zareagował…? Nikt ci nie pomógł…?- dopytywał się Immriel, niemalże z niedowierzaniem.
-Liczy się pozycja!- odparł głośno książę, odwracając się w stronę mężczyzny.- Pozycja...- powtórzył z gorzkim uśmiechem.- Nie rozum czy jego brak. Lepiej dyrygować nieświadomym niczego starcem niż kimś, kto nie postradał zmysłów. A wszystko poza tym, nie ma najmniejszego znaczenia.
Immriel pokręcił głową, jakby naprawdę nie potrafił tego zrozumieć.
-To niewłaściwe…- szepnął.
Potomek władcy wybuchnął donośnym śmiechem.
-To jest władza!- odpowiedział z politowaniem.- Nie ma rzeczy właściwych lub nie. Nie ma rzeczy dobrych i złych. Sądziłem, że zdajesz sobie z tego sprawę równie dobrze, co ja…- dodał z kpiącym uśmiechem.- Ty zamordowałeś swojego oprawcę bez wyrzutów sumienia… A mnie nakazałeś cierpliwie czekać…
-Gdybym wiedział…- zaczął Immriel.
-Nic byś nie zrobił- odparł z pełnym przekonaniem następca tronu.- Jak i wszyscy pozostali.
-Mylisz się, książę!- zaprotestował gwałtownie mężczyzna, podchodząc do potomka monarchy i chwytając go za ramiona.- Mylisz się, ja… zabiję go…- dodał szeptem.
Wargi księcia rozchyliły się ze zdumienia. Wpatrywał się przez chwilę w twarz niewolnika, jakby oczekiwał, że ten wycofa się ze swoich słów. Ale Immriel wpatrywał się w niego ze stanowczością i pewnością. Podjął już decyzję.
-Zabiję go…- powtórzył, patrząc w oczy księcia.
Coś ścisnęło potomka monarchy za serce. Rodząca się na nowo nadzieja. Ale zaraz inne myśli wkradły mu się do głowy. Czy nie takich słów właśnie oczekiwał…? Czy nie tego pragnął…?
-Nie…- szepnął nagle, zastanawiając się nad czymś.- Nie…- powtórzył, odsuwając się od mężczyzny i odchodząc kawałek dalej.
-Przysięgam, książę- powiedział Immriel.- Zrobię to.
-Nie. Nie chcę tego…- odpowiedział następca tronu, nieco zagubiony.
-Nie rozumiem…- rzucił niewolnik, spoglądając na niego z uwagą.
-To ja muszę to zrobić…- powiedział książę, nieprzytomnym głosem.- Ja muszę… Gdybyś… Nie masz powodu… Muszę być wolny… Rozumiesz…?- szepnął szaleńczo, spoglądając na mężczyznę.- Ja zrobię to sam… Tylko… Potrzebuję twojej pomocy… Pomożesz mi…?- zapytał ze ściśniętym gardłem, wpatrując się w Immriela.
Niewolnik podszedł do niego powoli.
-Jesteś pewien…?- zapytał z troską, dotykając dłonią policzka następcy tronu.
-Czego…?- zapytał tamten, zupełnie rozkojarzony.
-Tego, że chcesz to zrobić. Nie musisz, książę. Ja mogę…
-Jestem pewien- przerwał mu stanowczo potomek monarchy.
Myślał o tym tak wiele razy…! Tak wiele razy planował to z najdrobniejszymi szczegółami… Ale nie starczało mu odwagi. Coś zatrzymywało się w nim, gdy tylko widział swojego ojca. Wstępował w niego paraliżujący lęk. Poczucie bezsilności przejmowało nad nim kontrolę. Nie był w stanie zrobić niczego. Ale teraz było inaczej. Teraz miał jego…
Spojrzał na Immriela z uwagą. Dostrzegł, że ten przygląda mu się z zaniepokojeniem.
-Sądzisz, że będę miał wyrzuty sumienia…?- zapytał z politowaniem następca tronu.- Mylisz się- powiedział z pełną stanowczością.- O niczym nie marzę bardziej niż o jego śmierci…
-Zabicie kogoś jest jak przekroczenie granicy…- odpowiedział Immriel.- Nie ma już odwrotu. Coś się zmienia i pozostaje już takie na zawsze…
-Nigdy nie wpojono mi żadnych granic…- odparł chłodno książę.- Nie potrzebuję ich.
Immriel spoglądał na niego długo, wyraźnie się wahając.
-Niech tak będzie, książę- zadecydował w końcu.

Przygotował wszystko bardzo dokładnie. Starannie, upewniwszy się, że nikt im nie przeszkodzi. Wiedział, że Raphaela ani jego ludzi, nie było tego dnia w zamku. Nakazał służbie inne zajęcia. Powiedział Immrielowi, co ma zrobić. Czekał na nadejście wieczora niecierpliwie, nerwowo skubiąc wargi i raniąc dłonie do krwi, raz po raz zaciskając je w pięści i wbijając w nie mocno paznokcie. To, co miało się wydarzyć, było tak bliskie, tak oczywiste, że niemal nierealne.
Wreszcie nadeszła pora. Szedł pogrążonym w półmroku korytarzem, słysząc własne kroki odbijające się echem od pustych ścian. Serce biło mu szybko z niepokoju i napięcia. Gdyby ktoś go teraz widział, pomyślałby chyba, że ma gorączkę i jest ledwie przytomny. I tak też książę się czuł. Stąpał jak w amoku, krok w krok, powoli, chwiejnie, na uginających się pod nim nogach. Wzrok miał otępiały, patrzył przed siebie, lecz widział niewiele. Ale myślał. Myślał o tym, co planował zrobić. O jego zbrodni. Nie, to nie była zbrodnia. To była zemsta. W pełni uprawniona za to, co go wcześniej spotkało. Tak, miał prawo to zrobić. Chciał to zrobić. Pragnął tego bardziej niż czegokolwiek innego.
Zatrzymał się przy komnacie ojca. Słyszał swój własny, drżący, płytki oddech i nie rozumiał, co takiego pojawiło się w jego sercu, że przez chwilę nie potrafił się zdobyć na to, by wejść do środka. To nie były wątpliwości. To nie było wahanie. Był zdecydowany, by to zrobić. Więc co? Przecież mu nie współczuł. Czasem tylko spoglądał na niego z czymś na kształt litości, mieszającej się z obrzydzeniem i lękiem, zdając sobie sprawę z tego, że to co czynił, było niemalże nieświadomym, instynktownym działaniem, upodabniającym go do zwierzęcia. Dlaczego więc nie mógł się zmusić by wejść do środka? Przecież wiedział, że nie stanie mu się krzywda. Nie tym razem. Tylko jeden krok dzielił go od uwolnienia się od koszmaru. Tylko jeden…
Nacisnął klamkę. Drzwi uchyliły się nieco. Przełknął nerwowo ślinę, ruszając przed siebie. Zobaczył ojca, który siedział na łóżku, odwrócony do niego plecami, jakby nie był świadom, że ktokolwiek znalazł się w pomieszczeniu. Książę poczuł przez chwilę taki lęk, że zamierzał odwrócić się i odejść. Przemógł się jednak. Zamknął za sobą drzwi, przypominając sobie swój cel. To był ten dzień. Teraz, dziś, wszystko miało skończyć się raz na zawsze.
-Witaj, ojcze- powiedział głośno. To był znak, hasło, które miał wypowiedzieć, przychodząc do tego miejsca.
Król odwrócił się w jego stronę. Radosny uśmiech pojawił się na twarzy starca, gdy ten podnosił się, spoglądając na syna w sposób, w jaki patrzył na niego zawsze. Obrzydliwe. Następca tronu cofnął się odruchowo, natrafiając na drzwi.
-Synu mój…!- szepnął niemalże ze wzruszeniem król.- Mój synu…!
Drzwi od bocznej komnaty otworzyły się gwałtownie. Immriel znalazł się przy królu, chwytając go od tyłu i zakrywając jego usta dłonią. Książę oparł się plecami o ścianę, wpatrując się w szamoczącego się starca. Patrzył jak ten wyrywa się, jak usiłuje odepchnąć od siebie ciągnącego go mężczyznę, ale tak samo, jak i jego potomek przy nim – był zupełnie bezradny i bezsilny, ale nie poddawał się. Usiłował odsunąć się od napastnika, a gdy mu się to nie udało, chwycić za coś dłońmi. Wszystkie jego działania były jednak skazane na porażkę. Immriel ściągnął go na łóżko, kneblując mu usta. Przywiązał jego ręce do ramy łoża, uniemożliwiając mu poruszanie nimi. Król walczył jednak dalej. Uderzał nogami o łóżko, jakby chciał zrobić jak najwięcej hałasu, szarpał się wciąż, wpatrując w syna rozpaczliwym wzrokiem, jakby nie rozumiał, z jakiej przyczyny ten pojawił się tutaj. Immriel nie był dla niego litościwy. Przycisnął stopą jego kolano. Zaraz rozległ się donośny chrzęst. Książę usłyszał stłumiony, pełen boleści jęk. Zobaczył, jak oczy ojca napełniają się łzami, które chwilę później spłynęły po jego policzkach. Podszedł bliżej. Król leżał nieruchomo, spoglądając wprost na swojego syna, jakby błagał o litość czy pomoc. Trudno było stwierdzić, czy w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, z jakiego powodu książę się tutaj pojawił. Potomek monarchy patrzył wprost w załzawione, rozszerzone z przerażenia oczy ojca i nie odczuwał już nic. Uśmiechnął się lodowato, okrutnie. Nie zamierzał niczego przyspieszać. Rozkoszował się każdą sekundą jego cierpienia i lęku. Nie widział w nim przecież człowieka. Tylko zarzynane zwierzę. Przerażone, choć nie posiadające świadomości tego, co się zaraz stanie.
-Książę…- rzucił cicho Immriel.
Następca tronu wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na niego, a następnie przeniósł wzrok na to, co ten trzymał w dłoni. Wziął od niego sztylet. Odetchnął głęboko. Przysiadł na brzegu łóżka, zdeterminowany, pewien tego, co zamierza zrobić. To była ta chwila. Ten moment, po którym wszystko miało zmienić się na zawsze. Nachylił się nad ojcem. Przyłożył ostrze do jego gardła, gotów przesunąć nim wzdłuż jego skóry. Chciał to zrobić. Zamierzał to zrobić. Wydawało mu się, że poruszył dłonią, ale ta zadrżała jedynie, jakby wstrzymywana obcą siłą. Książę odetchnął raz jeszcze, zaciskając mocno wargi i starając się zrobić to, co tak skrzętnie planował, ale po raz kolejny – nie był w stanie. Coś w jego wnętrzu powstrzymywało go, chociaż nie potrafił zrozumieć, z jakiej przyczyny. Od nowa powtarzał sobie w myślach to, jak bardzo nienawidził swojego wieloletniego oprawcy, jak bardzo pragnął jego śmierci, jak bardzo chciał mu ją zadać sam… I nic się nie zmieniało. Siedział bezradny, zdezorientowany własną bezsilnością, czując, jak łzy wściekłości napływają mu do oczu.
Nagle dłoń Immriela wylądowała na jego własnej. Książę drgnął lekko, przerażony i pewien, że ten będzie chciał go powstrzymać, ale stało się inaczej. Niewolnik pokierował ręką księcia. Następca tronu widział, jak stalowe ostrze rozcina bez problemu delikatną skórę. Krew trysnęła obficie z nowopowstałej rany. Głowa króla, którą wcześniej ten podniósł, w jakimś ostatnim, rozpaczliwym geście, opadła bezwładnie do tyłu. Immriel cofnął dłoń.
Potomek monarchy siedział przez długą chwilę w bezruchu, sparaliżowany i ledwie mogący uwierzyć w to, co przed chwilą się zdarzyło. Spojrzał na pozbawioną wyrazu twarz ojca. Zobaczył jego nieruchome oczy, zwrócone białkami do góry. To był moment, kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund, ale wydawało mu się, że te oczy zaraz zwrócą się w jego stronę i znowu na niego spojrzą. Że to wcale nie koniec. A jednak…
Oto leżał przed nim jego potwór. Martwy. Pozbawiony życia. Raz na zawsze. Następca tronu nie czuł jednak ulgi. Jeszcze nie. Rozejrzał się dookoła chaotycznie, jakby przekonany,  że to, co widzi, jest jedynie jego snem. Natrafił na wzrok Immriela, który wpatrywał się w niego z obawą. Powiódł wzrokiem po ścianach, w których dawno nie gościł, których unikał i które przerażały go od czasów dzieciństwa. Poczuł coś lepkiego na dłoniach. Uniósł je, przyglądając się ich wewnętrznej stronie. Krew. Poruszył powoli palcami. Krew. Spojrzał znów na swojego oprawcę. Z rozcięcia na szyi wyciekała wciąż szkarłatna ciecz, która spłynęła po jego ramionach i zaczęła plamić białą pościel. Krew, krew, krew…
Dopiero teraz książę zdał sobie sprawę z tego, co się zdarzyło. Dopiero teraz dotarła do niego świadomość tego, czego dokonał. Czego dokonali wspólnie.
A więc wreszcie.
Był wolny…!
Był wolny…?
Szaleńcza radość wkradła się do jego myśli. Ulga wstąpiła w bijące szybko, z emocji, serce. Gdy to sobie  wyobrażał sądził, że widząc jego martwe ciało, będzie się śmiał. Długo i bez opamiętania, jak wariat, którego zresztą z niego uczyniono. Ale mimo tego, co czuł, nie był w stanie zdobyć się choćby na uśmiech. Był zmęczony. Nie tym jednym dniem. Tymi wszystkimi, w czasie których marzył o tym, by ta chwila w końcu nadeszła. Zebrało mu się na płacz. Nie rozumiał dlaczego. Chciało mu się płakać. Jego wargi zadrżały lekko. Ale nagle wszystko się zmieniło. Całymi siłami zmusił się do tego, by powstrzymać łzy. Nie, nie będzie płakał. Nie, odkąd nie ma już powodów do płaczu.
Podniósł się z łóżka. Nogi ugięły się pod nim w pierwszej chwili i upadłby zapewne, gdyby Immriel nie chwycił go w ramiona. Potomek monarchy uniósł na niego spojrzenie. Chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że żadne słowa nie wyraziłyby wdzięczności, jaką czuł do tego mężczyzny. Przymknął powieki, przyciskając się do niego mocniej. Silne ramiona objęły go ciasno, dając mu poczucie bezpieczeństwa. Następca tronu podniósł się na palcach i  uniósł głowę, natrafiając wargami na usta niewolnika. Książę czuł charakterystyczny, metaliczny posmak, gdy łączył się z nimi w pocałunku.
Jego życie, po latach wegetacji, rozpoczynało się właśnie teraz.

Książę stał przed tronem, obserwując, jak w pokaźnej sali, coraz liczniej zbierają się jego służący, niewolnicy i niemalże wszyscy, którzy pełnili w tym zamku jakiekolwiek funkcje. Z satysfakcją spoglądał na milczące, niepewne twarze tych, którzy już się domyślali i, pełne zdumienia tych, którzy nie mogli mieć o niczym pojęcia. Wielu jeszcze nie zdawało sobie sprawy z tego, jak wielkie zmiany zaszły minionej nocy. A może raczej, nie zdawało sobie sprawy z tego, jak wielkie zmiany były jeszcze przed nimi.
Książę czekał cierpliwie, nie ponaglając nikogo, aż wreszcie sala wypełniła się, posłusznie oczekującymi jego słów ludźmi. Panowała idealna, niczym niezmącona, podszyta niepokojem cisza.
Następca tronu skierował wzrok na stojącego po jego prawej stronie Immriela. Później zwrócił twarz z powrotem w kierunku tłumu, choć odczekał sporą chwilę, nim zaczął mówić, delektując się bijącą od wyczekujących niepewnością. Wreszcie, przesunąwszy się jeszcze o kilka kroków na przód, zaczął, spokojnym głosem:
-Zeszłej nocy wydarzyło się coś, co…
Wtem drzwi od sali otworzyły się z głuchym łoskotem. Do pomieszczenia weszli doradcy króla, z dumnie kroczącym na czele Raphaelem. Zebrani rozsunęli pospiesznie, dając im możliwość przedarcia się na środek. Książę umilkł natychmiast, uśmiechając się złośliwie pod nosem. Och, jakże wyczekiwał tej wizyty!
-Co tu się wyrabia?!- warknął gniewnie jeden z arystokratów.- Żadne zgromadzenie nie może się odbywać bez naszego udziału! Żadne!
I on, i jego towarzysze, nawet sam Raphael – wszyscy wydawali się być zdezorientowani i tak naiwnie nieświadomi tego, co już nastąpiło. Książę wpatrywał się tylko w jedną twarz. Tylko jedna postać spośród tego tłumu błaznów i głupców go interesowała. Spoglądał na jasnowłosego mężczyznę, który patrzył na niego, w pierwszej chwili nie kryjąc zdumienia. I zaraz na twarzy Raphaela wymalowało się to, czego następca tronu oczekiwał. Osłupienie, niedowierzanie i, jednocześnie, zrozumienie. Główny doradca doskonale jednak potrafił panować nad swoimi emocjami, które moment później ukrył za pełnym pobłażliwości, może nawet politowania, uśmiechem. Spojrzał potomkowi monarchy prosto w oczy. Ale chyba po raz pierwszy – nie mógł wyprowadzić go z równowagi. Książę spoglądał na niego z wyniosłością i chłodem. Czyż nie stał przed nim ten, który nazywał go słabym i bezbronnym…? Który widział w nim byle przeszkodę, którą dało się łatwo usunąć. Który planował być może jego zabójstwo albo zamierzał oskarżyć go o wmawiane mu od długiego czasu szaleństwo, by po ewentualnej śmierci jego ojca, zachować swoją pozycję, a może i nawet całkowicie przejąć władzę…?
Zabawne, jak szybko zmieniają się ludzkie pozycje!
-Wysłałbym zaproszenie, ale nie miałem wątpliwości, że i tak zostaniecie poinformowani o tym zgromadzeniu… Choć muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że przybędziecie tak szybko…- zakpił następca tronu.- Może jednak warto, byście i wy wysłuchali naszego nadwornego medyka…?- dodał, po czym zerknął znacząco na stojącego po lewej stronie tronu mężczyznę.
Ten wystąpił na przód, wyraźnie poddenerwowany. Spojrzał ukradkiem na księcia, po czym zaczął mówić prędko:
-Nasz król zapadł na pewną… pewną niespodziewaną i nagłą przypadłość…- stwierdził, drżącym lekko głosem.- Zmarł tej nocy. Jego ciało, zgodnie z obyczajem, zostało spalone o świcie.
-… Nim ktokolwiek zdążył je zobaczyć!- dokończył drwiąco jeden z arystokratów.
Pozostali wydawali się być mniej śmiali. Poruszali się niespokojnie, rozglądali po sali, szeptali między sobą… Chyba wreszcie zrozumieli, co wynikało z tej sytuacji. Książę miał teraz całkowitą władzę. Ubiegł ich, nim ci zdążyli wykonać choćby krok. Nim zorientowali się, że coś w ogóle się dzieje.
Raphael uśmiechnął się raz jeszcze. Ruszył w kierunku tronu, pewnym, spokojnym krokiem. Na próżno było doszukiwać się w nim strachu, który następca tronu dostrzegał pośród jego towarzyszy. Nie, Raphael nie był człowiekiem, którym kierowały lęki. Nie miał żadnych skrupułów ani obaw. Gdyby było inaczej, nie udałoby mu się z najgłębszego dna dostać się niemalże na sam szczyt.
-Sprytnie, książę…- rzucił, uśmiechając się litościwie. Potomek monarchy spoglądał na niego z chłodnym uśmiechem.- Bardzo sprytnie. Nie spodziewałem się nigdy, że jesteś zdolny do… tego rodzaju czynów…- dodał znacząco.- Chociaż domyślam się, że mając za doradcę odpowiedniego człowieka, można dokonać wszystkiego…- przeszywający wzrok jasnowłosego spoczął na Immrielu.- Nawet największej potworności…
-Musisz coś o tym wiedzieć…- odpowiedział z kpiącym uśmiechem przyszły monarcha.- A skoro już przybyłeś ze swoją wierną świtą, sądzę, że powinniście dowiedzieć się o paru sprawach… Za kilka dni odbędzie się moja koronacja. Wtedy oficjalnie przejmę władzę, choć już dziś muszę was poinformować o pewnej zmianie planów… Noga żadnego z was już tu nie postanie…- obwieścił, uśmiechając się triumfalnie.- Wasza rola się kończy.
-Co takiego?!- wykrzyknął jeden z arystokratów.
-Jesteśmy doradcami króla!- dodał z oburzeniem drugi, wyraźnie zdenerwowany.- Nikt nie może nas wyrzucić, prócz…
-… króla…- dokończył pobłażliwie książę.- Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale ja nim jestem… To znaczy, jeszcze nie, ale to tylko kwestie oficjalne…- stwierdził z udawanym znudzeniem, machnąwszy obojętnie dłonią.
-Nie możesz!- zaprotestował ten sam mężczyzna.
-Mogę wszystko- odparł lodowato książę. Po ostatniej nocy, nie miał już co do tego żadnych wątpliwości.- Tak, jak i wy. Jednak nie radziłbym wam czynić tu zbyt wiele zamieszania… Moi strażnicy gotowi są interweniować…- poinformował przybyłych z teatralną, groteskową niemal troską.
Arystokraci umilkli na długą chwilę. Zaraz na powrót zaczęli coś szeptać między sobą, naradzając się i szukając rozwiązania tej sytuacji. Wydawało się jednak, że zostali wobec tej zmiany zupełnie bezradni, bowiem umilkli znowu i skierowali wzrok na Raphaela. Ten zbliżył się do księcia jeszcze bardziej. Immriel zareagował natychmiast, stając mu na drodze.
-Odsuń się, głupcze!- syknął w jego kierunku arystokrata.
-Przepuść go…- powiedział cicho książę, aż za dobrze zdając sobie sprawę z tego, że ze strony Raphaela nic mu nie grozi. Nic publicznie, to było pewne. Raphael i jemu podobni lubowali się w znacznie bardziej wyrafinowanych, choć niemniej okrutnych metodach, w porównaniu z tą, której dopuścił się sam książę.
Niewolnik spojrzał na niego przez ramię, wahając się przez chwilę, po czym skinął głową i odsunął się na bok, wciąż jednak przyglądając się jasnowłosemu z uwagą.

-Morderstwo…- rzucił główny doradca tak cicho, że jedynie książę był w stanie to usłyszeć.- Wystarczy szepnąć, a lud zacznie powtarzać… I cóż zrobi, będąc przekonanym, że na tronie zasiada zabójca króla…?
-Chcesz, by mnie uwielbiano…?- zapytał z rozbawieniem książę. Na twarz jasnowłosego wstąpiło powątpiewanie, które ten nieudolnie próbował ukryć za pełną obojętności maską. Następca tronu triumfował.- Szeptaj ile masz sił, od dawna nie robiłeś niczego innego… Wiesz lepiej ode mnie, jak bardzo poddani nienawidzili króla… Rządzących konkretnie… Wygodnie było kryć się za plecami szalonego człowieka…
-Czyż on nie robi dokładnie tego samego…?- zapytał jadowicie Raphael, wskazując głową na Immriela.
Książe nie przestawał się uśmiechać. Raphael nie był w stanie zrobić zupełnie nic. Nie udało mu się nawet zasiać w sercu potomka monarchy niepewności. Bowiem, choć następca tronu przez długi czas nie był pewien intencji żadnego człowieka, co do Immriela nie miał żadnych wątpliwości.
Książę obrócił się i przeszedł kilka kroków, by usiąść na tronie.
-Ja nie muszę szeptać!- rzucił donośnym głosem z tego miejsca.- Mogę mówić głośno. I bądź pewnym, że zrobię wszystko, żebyś wrócił na należne ci miejsce…- zwrócił się do jasnowłosego.- … synu niewolnicy!
Niepohamowany grymas wtargnął na pozornie spokojną twarz Raphaela. Jego wargi zadrgały z wściekłości. Przez salę przeszedł szmer, z jakiegoś miejsca rozległ się urywany, niepohamowany śmiech… I książę miał dziwne wrażenie, że to nie byle służący zdecydował się na tego rodzaju zuchwałość, a jeden z przybyłych z Raphaelem arystokratów…
Jasnowłosy mężczyzna spojrzał lodowato na następcę tronu, po czym odwrócił się zamaszyście i ruszył w stronę drzwi. Jego towarzysze poszli za nim. Jasnowłosy zatrzymał się jednak przy wyjściu, spoglądając na księcia.
-Na przykładzie swojego ojca zobaczyłeś, jak kończą obłąkani na tronie!- krzyknął.- Bądź pewien, że prędzej czy później, podzielisz jego los…
Byli doradcy opuścili pomieszczenie.
Książę odczekał chwilę, po czym zaczął po raz kolejny:
-W związku ze zmianami, jakie nastąpiły, pora na jeszcze kilka rozliczeń…- uśmiechnął się przebiegle, wpatrując się w wyczekujący jego kolejnych słów tłum.- Może zacznę od moich opiekunów…? Od Amona…?- rzucił z pozorną obojętnością, milcząc do czasu, aż jego służący nie wyłonił się z tłumu pozostałych, na drżących nogach i wyraźnie nie wiedząc, czego może się spodziewać.- Za jego cenne zasługi, wierną służbę i skrupulatne wykonywanie odgórnych poleceń takich, jak choćby zapewniania mi bezpieczeństwa, zostaje…- następca tronu zawiesił głos, delektując się wyrazem niepewności goszczącym na twarzy stojącego na środku niewolnika.- … skazany na śmierć- dokończył twardym głosem.
-Książę!- syknął ostrzegawczo Immriel.
Potomek monarchy tego nie usłyszał. Machnął dłonią w kierunku strażników, którzy podeszli do rozglądającego się dookoła z przerażeniem Amona.
-Panie! Mój panie!- niewolnik padł na kolana, zalewając się łzami.- Ja nie zrobiłem niczego… Niczego, mój panie, niczego!
-Wyjątkowo się nie mylisz- odparł chłodno następca tronu.
-Błagam! Błagam, daruj mi panie! Mój panie, błagam, błagam...!- strażnicy chwycili niewolnika za ramiona, podnosząc go gwałtownie do pionu i ciągnąc w kierunku drzwi.- Panie! Panie!- Wołał wciąż rozpaczliwie jego były opiekun, ale książę pozostawał niewzruszony.
Dłoń Immriela spoczęła na jego ramieniu.
-Nie rób tego, książę- powiedział cicho mężczyzna. Potomek monarchy spojrzał na niego.- To nie jest potrzebne.
Następca tronu zawahał się przez chwilę. Gdyby ktokolwiek inny próbował go zatrzymać, zapewne by go zignorował, ale Immriel…
Uniósł dłoń. Strażnicy zatrzymali się, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.

-Zmieniłem zdanie…- obwieścił chłodno.- Wymierzcie mu chłostę. Dwanaście razów. A później, niech nie pokazuje mi się na oczy…
-Och, łaskawy panie!- załkał Amon.- Zlituj się, panie!- wykrzyknął jeszcze, ale zaraz został siłą wyszarpnięty z sali.
Następca tronu rozejrzał się po zebranych. Amon nie miał być jedynym, którego zamierzał ukarać za bierność. Ale na pewno jednym z tych, w których widział najwięcej winy. Ale może Immriel miał rację. Może to nie miało żadnego sensu. Książę spojrzał na stojącego obok niego mężczyznę, odnajdując w jego oczach pewność i potwierdzenie swoich własnych rozmyślań.
-Możecie odejść…- obwieścił zgromadzonym.

Książę stał przed lustrem, wpatrując się w swoje odbicie z uwagą, tak, jak czynił to wielokrotnie. Znajdował się w pokoju, który należał wcześniej do jego ojca. Wcześniej. Ledwie zeszłej nocy. Kazał przenieść wszystkie swoje rzeczy do królewskiej sypialni, którą przedtem uprzątnięto skrzętnie, usuwając ślady zbrodni, jaka się w niej wydarzyła.
Następca tronu dopiął guziki koszuli od piżamy, nie odrywając wzroku od swojej własnej twarzy. Szukał na niej zmiany. Szukał jej w samym sobie. Jakiejś konkretniej zmiany, która powinna zajść po tym, co się wydarzyło. Czy czuł ulgę? Owszem i to była zmiana. Ale ta ulga zniknęła pośród zagubienia i niepewności, które wstąpiły w przyszłego monarchę, gdy odeszła pierwsza euforia, która zagłuszała wszystkie myśli, rozważania, wątpliwości. Ta szaleńcza radość dodała mu sił i sprawiła, że nagle zdawało mu się, że jest w stanie osiągnąć wszystko. Przecież dopiął swego. Przecież dokonał tego, co dotąd wydawało mu się nieosiągalne. Przecież wszystko miało rozpocząć się na nowo… I może to go dezorientowało. Owszem, dopiął swego. Zrealizował swoje największe pragnienie, jedyne marzenie, które miał w swojej głowie. A ono nie pociągnęło za sobą żadnego innego. Nie myślał wiele o tym, co zrobiłby po śmierci ojca. To wydawało mu się nieistotne. Wyobrażał sobie jedynie, że będzie lepiej. Nie potrzebował niczego innego. Może dlatego, że w głęboko w swoim sercu, był przekonany, że nigdy nie uda mu się dopuścić do morderstwa.
W sercu potomka monarchy wciąż tkwił lęk, który zagłuszony na chwilę obłąkańczym triumfem, ujawnił się na nowo z całą mocą. Czy ten lęk nie miał odejść na zawsze z tym, którego tak bardzo nienawidził…? Dlaczego więc nie minął…? Zupełnie jakby widmo jego oprawcy nie zniknęło, a czaiło się gdzieś dalej, ukryte, niewidoczne, niezdolne do bezpośredniego zagrożenia, ale wciąż wyczuwalne przez następcę tronu.
Książę otrząsnął się z zamyślenia. Rozejrzał się powoli po pomieszczeniu. W jego umyśle pojawiły się obrazy z zeszłej nocy. Zatrzymał wzrok na łóżku, przypominając sobie szkarłatną ciecz zabarwiającą pościel i leżące na niej nieruchome, martwe ciało ojca… Odruchowo potarł palce, zupełnie tak, jak wtedy, gdy pierwszy raz poczuł na nich krew.
Drzwi od pomieszczenia uchyliły się. Książę podskoczył, odwracając się w tamtym kierunku. Zobaczył Immriela, który uśmiechnął się do niego łagodnie. Następca tronu nie był pewien, czy zdołał mu odpowiedzieć tym samym. Odwrócił nerwowo wzrok, nie będąc w stanie długo znieść jego spojrzenia. Jeśli myślał o czymkolwiek w kategorii marzeń – to tylko o tym mężczyźnie. Nie mógł być jednak pewnym niczego. Nie wiedział co Immriel planuje. Nie wiedział nawet, jak spoglądał na niego po tym, co się wydarzyło… Książę czuł wstyd. Miał wrażenie, że wzbudza u mężczyzny jedynie litość. Niewolnik wiedział o nim wszystko. Następca tronu czuł się przy nim obnażony, nagi. Kompletnie bezbronny i bezradny. Zastanawiał się, czy po tym wszystkim, co Immriel zobaczył, sam wzbudzał w nim obrzydzenie… Miał wrażenie, że tak. On sam się siebie brzydził.
-Jak się czujesz, książę…?- zapytał łagodnie mężczyzna.
-Dobrze- odparł mechanicznie następca tronu, wciąż na niego nie spoglądając.
Jak zareagowałby Immriel, gdyby potomek monarchy przyznał się głośno, że spośród wszystkich istniejących ludzi, dbał jedynie o niego…?
Niewolnik objął następcę tronu ramionami, całując go delikatnie w skroń. Książę przycisnął się do niego mocniej, przymykając powieki. Immriel dawał mu wszystko to, czego zawsze mu brakowało, z czego istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. Dawał mu ciepło, którego następca tronu nigdy nie otrzymał. Bezpieczeństwo, którego nikt mu nie zapewnił. I… Miłość. Miłość, o której książę nie miał żadnego pojęcia.
-Co zamierzasz teraz, książę…?- zapytał niewolnik, wypuszczając przyszłego władcę ze swoich ramion.
Ten odsunął się od niego i odszedł kilka kroków, spodziewając się tego pytania.
-Ja…- zawahał się nieznacznie, czując lekkie zawstydzenie. Zerknął ukradkiem na uśmiechniętego łagodnie Immriela i stwierdził- Nie wiem. Nie jestem pewien… Teraz… Teraz będę rządził. Jako król.
-Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz, książę…?- pytanie mężczyzny zasiało w sercu następcy tronu niepewność. Odwrócił się w stronę niewolnika, wpatrując się w niego z obawą.- Może…- tym razem to w głosie Immriela pojawiło się wahanie.- Może to nie jest drogą, którą powinieneś obrać. Może powinieneś odejść z tego miejsca. Nie wiem, czy te mury zapewnią ci to, czego szukasz…- potomek monarchy też tego nie wiedział. Nie wiedział nawet, czy świat jest mu to w stanie zapewnić. Szukał bowiem tylko jednego. Możliwości zapomnienia.- Mógłbyś pojechać ze mną, książę…- kontynuował mężczyzna, a widząc nieco zdumione spojrzenie przyszłego króla, odwrócił wzrok, jakby pozwolił sobie na jakąś niestosowną uwagę.- Do mojej osady, jeśli jeszcze istnieje. Albo w jakiekolwiek inne miejsce.
Potomek monarchy zastanawiał się długą chwilę nad tymi słowami.
-Teraz…?- zapytał wreszcie głucho, bardziej chyba samego siebie niż niewolnika.- Miałbym zostawić to wszystko w takim momencie…?
-Czy tego właśnie chcesz, książę?- dopytywał mężczyzna.- Władzy?
Następca tronu spojrzał na Immriela z uwagą. Bał się, że ten zamierza opuścić zamek. Czy miałby prawo mu tego zakazać…? Po tym wszystkim, co się wydarzyło? Zbyt wiele mu zawdzięczał. Ale z drugiej strony… Nie wyobrażał sobie, by mógł być tu dalej bez niego.
-A czego ty chcesz…?- zapytał szeptem, wpatrując się w szkarłatne oczy z wyczekiwaniem.
Immriel uśmiechnął się lekko.
-Niczego więcej, książę- odpowiedział zupełnie niezrozumiale.- Już niczego więcej.
Potomek monarchy zawahał się, nie będąc pewnym, jak odebrać te słowa.
-Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz- zapewnił niewolnika.
Zasłużył na wszystko za to, co dla niego uczynił.
… I książę był gotów dać mu wszystko, byle go tylko zatrzymać.
-Już mam wszystko, czego mogłem pragnąć- powiedział mężczyzna.
I tego następca tronu też nie był w stanie zrozumieć. Pokręcił głową, wpatrując się w Immriela pytająco. Ten uśmiechnął się raz jeszcze. Przyciągnął do siebie księcia, całując lekko jego wargi i obejmując go na powrót czule. Książę wtulił się w niego, nie mogąc nadziwić się intencjom tego człowieka. Był z nim. Był z nim, mimo wszystko! Po tym wszystkim, co się zdarzyło! Niczego nie żądał. Niczego nie wymagał. Nie chciał nawet nagrody. Nie oczekiwał wolności. Jak to możliwe…? Co go tu trzymało…?
Następca tronu poznał już odpowiedź na to pytanie. Po tym, jak pierwszy raz zaproponował mu, że go uwolni. Ale nie mógł się temu nadziwić, a może raczej, trudno mu było w to uwierzyć. Żaden człowiek nigdy nie poświęcił się dla niego w podobny sposób. Nie znał ludzi, którzy w ogóle byliby zdolni do czegoś takiego. I on sam również nie wyobrażał sobie, by mógł zrezygnować z wolności w zamian za trwanie u czyjegoś boku, na pozycji gorszej i bardziej godnej pożałowania, niż pozycja królewskich chartów czy koni. Wyglądało jednak na to, że Immriel został tutaj dla niego. Niezależnie od tego wszystkiego, co zobaczył i czego był świadkiem. Dla księcia było to coś więcej niż tylko poświęcenie.
Położyli się obok siebie w szerokim łożu. W milczeniu spoglądali na siebie, w panującym w pomieszczeniu mroku.
-Dlaczego mi pomogłeś…?- zapytał szeptem potomek monarchy, choć wcześniejsze słowa mężczyzny, zdawały się wyjaśniać wszystko.- Mogłeś zginąć. Gdyby ktoś cię przyłapał… Nie miałeś wątpliwości…?- dopytał, zdziwiony.
-Nie- odparł jedynie Immriel, spokojny jak zwykle.
-Dlaczego nie chcesz odejść?- pytał dalej książę.- Dlaczego wciąż tu jesteś, po tym wszystkim, co się wydarzyło?
-Nigdy nie udało mi się poznać kogoś takiego, jak ty, książę. Kogoś, kto byłby mi równie bliski…- wyznał Immriel. Serce następcy tronu zabiło szybciej, gdy usłyszał te słowa.- Nie zrezygnowałbym z ciebie za nic na świecie.
-Nawet za wolność...?- potomek monarchy nie przestawał się temu dziwić.
-Nie chcę żyć bez ciebie- odpowiedział mężczyzna z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością.- Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że niewolnik nie powinien się pojawiać u boku króla… Znam swoje miejsce- dodał, uśmiechając się lekko.
-Nie jesteś niewolnikiem- odparł zgodnie z prawdą następca tronu.- Nigdy nim nie byłeś.
Immriel uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.
Cała ta fascynacja, która zrodziła się w księciu, podczas ich pierwszego spotkania… Szybko przyszło mu się przekonać, jak bardzo wyjątkowy był ten mężczyzna. Następca tronu nie mógł pojąć jego intencji, zamiarów, miotał się wściekle, nie przestawał o nim myśleć, zatracał się w nim do szaleństwa, nie potrafiąc nawet nazwać kierujących nim uczuć… Teraz chyba już wiedział, czym były.
-Więc kim dla ciebie jestem, książę…?- zapytał nagle mężczyzna, po długiej chwili milczenia.
Potomek monarchy zastanawiał się nad tym długo.
-Ja… Ja nie wiem…- przyznał wreszcie, zagubiony.
-Opiekunem…?
-Nie- zaprotestował natychmiast.- Miałem już opiekunów. Oni nie byli tacy jak ty. Ty jesteś… wyjątkowy…- tylko to jedno słowo od zawsze pasowało do Immriela. Wyróżniał się na tle tchórzy, pełnych zobojętnienia ślepców i żmij, dbających jedynie o własny interes. Nie był taki, jak oni. Wcale ich nie przypominał.
-Więc…?
-Myślę… Myślę, że cię kocham…- powiedział książę, z wyczuwalną niepewnością w głosie.
Czy mógł mieć pewność…? Nie znał się na miłości. Nie kochał nigdy nikogo. Potrafił jedynie nienawidzić. Nienawidził swojego ojca, nienawidził Raphaela, i nienawidził Amona. Nienawidził otaczających go ludzi, nienawidził służących i niewolników. Nienawidził tego zamczyska, tych ścian, panującej dookoła pustki, przerażającej ciszy, w której rozbrzmiewała jedynie jego wściekłość, nienawidził szumu wiatru za oknem, śpiewu ptaków, słońca i wszystkiego, co nie pasowało do jego bólu, do jego cierpienia. Nienawidził też samego siebie. I wcale nie był pewien, czy pozbył się tego uczucia.
Mężczyzna uśmiechnął się na te słowa. Następca tronu wpatrywał się w jego twarz z uwagą, wyczekując odpowiedzi.
Nadeszła wraz z pocałunkiem, jaki Immriel złożył na jego ustach. Książę oddał go z całą mocą, przysunąwszy się bliżej do mężczyzny.
Zasnął w ciasnym uścisku jego silnych ramion.
Świadom, że tej nocy nic nie jest w stanie mu zagrozić.

Książę przebudził się nagle, zrywając się natychmiast do pozycji siedzącej. W pomieszczeniu panował mrok. Potomek monarchy odgarnął z czoła wilgotne kosmyki włosów. Chyba coś śniło mu się ledwie chwilę temu, ale nie był w stanie wrócić do tego pamięcią. Chciał położyć się z powrotem i w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że Immriela nie było u jego boku. Przełknął nerwowo ślinę, czując, jak lęk wkrada się do jego serca. Rozejrzał się dookoła z uwagą, nie rozumiejąc, gdzie podział się mężczyzna.
-Immriel…?- rzucił cicho.
Zsunął się na brzeg łóżka. Mebel skrzypnął pod nim głośno, ale książę miał wrażenie, że słyszał skrzypienie podłogi uginającej się pod czyimiś stopami. Raz jeszcze omiótł pomieszczenie wzrokiem, zagryzając wargi. Długa, sięgająca ziemi zasłona, falowała lekko pod wpływem wiatru. Potomek monarchy przyglądał się jej ,i z każdą chwilą, coraz bardziej wydawało mu się, że gdzieś za tą tkaniną widzi znajomą sylwetkę. I twarz, która przez lata dręczyła go na jawie i w snach. Szum liści, docierający do niego zza okien, wydawał mu się przyspieszonym, nieprzyjemnym oddechem.

Dotknął stopami zimnej posadzki. Przeszedł go dreszcz. Wstał powoli, oglądając się za siebie z lękiem. Potarł palce w nerwowym geście, odchodząc jak najdalej od łóżka. Czy dobrze widział…? Co to było za okropne złudzenie, które kazało mu myśleć, że jasna pościel zabarwiła się w jednej chwili krwiście…? I że pod skłębioną kołdrą, znajduje się czyjeś… jego… ciało…?
Ale przecież ciało zostało spalone. Tego ranka. Książę sam to widział. Przecież pokój został wysprzątany. Pościel wymieniona. Przecież nie mogło go tu być. Nie żył. Umarł. Następca tronu zamordował go osobiście. Wciąż czuł jego krew na swoich dłoniach, które pocierał raz po raz palcami, w jakimś odruchowym geście. Więc dlaczego wyczuwał jego obecność…? I dlaczego miał wrażenie, że jeśli tylko się odwróci…
Książę wyszedł szybkim krokiem z sypialni, trafiając na ciemny korytarz. Szedł przed siebie, opierając się o ścianę dłonią, pełen niepewności i lęku. Musiał znaleźć Immriela. Następca tronu zdawał sobie sprawę z tego, że to absurdalne, ale wydawało mu się, że ktoś szedł za nim, krok w krok. Czuł niemalże jego oddech na swojej szyi. I wyciągające się w jego kierunku dłonie…
-Książę…?
Ledwie powstrzymał się od krzyku, gdy wpadł na kogoś z impetem. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że natknął się na wracającego Immriela.
-Gdzie byłeś…?- zapytał, spoglądając na mężczyznę z uwagą.
-Wyszedłem na chwilę. Czemu tu jesteś, książę…? Co się stało?
Następca tronu przełknął nerwowo ślinę, dopiero teraz czując się na tyle pewnie, by obejrzeć się za siebie. I tak jak sądził – korytarz był zupełnie pusty.
-Wydawało mi się, że ktoś jest w sypialni- przyznał cicho.
-Kto…?- najwyraźniej Immriel nie zrozumiał w pierwszej chwili. Przyglądał się potomkowi monarchy przez dłuższy moment, w jego wahaniu odnajdując odpowiedź.- Nie ma go, książę- powiedział, choć następca tronu zdawał sobie z tego sprawę.- Wszystko jest w porządku…- szepnął miękko mężczyzna, przyciągając młodzieńca do siebie i obejmując go delikatnie.- Wszystko w porządku, książę. Nie masz się czego obawiać.
-Nie zostawiaj mnie samego… Gdy jest tak ciemno…- powiedział ledwie przytomnie potomek monarchy.
-Przysięgam.
Książę potarł nerwowo dłonie.
Jego wolność jeszcze nie nadeszła.

12 komentarzy:

  1. Och *.*
    To lece czytać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem dlaczego ,ale ten rozdział przypominał mi Chaos.
    Brakowało w zamku tylko Amira i Nadima :)
    Ale... podobało mi się.
    Cóż...chyba przeczytam jeszcze raz Księcia i się do niego przekonam.
    Nie mogę się doczekać Chaosu, twoje opowiadania osładzają mi udrękę w szkole. Tak sobie myślę "Byle do soboty, bęzie Chaos/Wyzwanie/YFMitd"
    Pozdrawiam i... po Chaosie Theodore?
    Kocham cię Tygrysku

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy8:55 PM

    Awww.. To jest świetne!!
    Przyznam szczerze że wcześniejsze rozdziały, te ostatnie (mówię o 6-8) gdzie książę odpychał Immriela były takie smutne, puste. Ale tym rozdziałem podbiłaś moje serce <3 Kocham Cię za to.

    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału Księcia ^^

    To życzę weny aby jak najszybciej powstał dłuuuuugi i wspaniały rozdział Chaosu (z tego co zauważyłam to najlepiej Ci się go pisze ^^)


    Pozdrawiam
    Ai~chan

    OdpowiedzUsuń
  4. No i nie wiem, co napisać. Niby jest okej, ale cały czas pojawia mi się w głowie jakiś uciążliwy znak zapytania - to tak, jakbym nie do końca wiedziała, co myśleć o tym rozdziale. Wydaje mi się, że poprzednie podobały mi się bardziej. Miały swój klimat, swoją pustkę, a ten... Hm, ten jest inny. Nie wczułam się. Nawet usta mi nie drgnęły, co mogłoby zdradzić dobre przyswojenie treści. Nie, przepraszam - wykrzywiły się w grymasie, gdy były momenty "zbliżeń"; nie wiedzieć czemu, wydały mi się poodrywane, mdłe.

    Nieciekawy komentarz mi wyszedł. To pewnie nie moja godzina, więc wybacz.

    Z uśmiechem poczekam na upragniony Chaos.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy11:51 PM

    Wspaniałe. D.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niestety i we mnie ten rozdział nie wzbudził zbyt wielu pozytywnych emocji. Nigdy nie przepadałam za "Księciem", ale ten rozdział wyjątkowo nie przypadł mi do gustu. Zdarza się. Szkoda.
    Pozostaje mi po prostu życzyć, aby wena Cię nie opuszczała. Czekam na "Chaos" i mam nadzieję, że będzie jak najdłuższy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zrobił to i nie wiem co o tym myśleć. Książę zabił swego ojca, ale moim zdaniem postąpił źle. Ale stało się, niby jest wolny, ale nie jest. Strach, upory nadal go nawiedzają. Lepiej będzie, jak opuści ten zamek wraz z Immrielem. Tutaj oszaleje. I Immriel zrobił dobrze "nakazując" by Książę nie zabijał innych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:17 PM

    co mu zrobił ojciec, że go zabił?

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy11:59 AM

    chce się upewnić, nowy rozdział Chaosu będzie dzisiaj wieczorem? :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy11:18 PM

    A ja absolutnie pokochałam Księcia - i jako opowiadanie, i jako postać :) I Immriela także. Silencio, ja chyba będę powtarzać Ci to samo w każdym komentarzu, ale co poradzić na to, że to szczera prawda i jesteś po prostu mistrzynią? Uwielbiam jak budujesz napięcie między bohaterami! Subtelnie, niespiesznie, nienachalnie... Wszystko w swoim czasie i z odpowiednią dawką emocji, które opisujesz tak barwnie i soczyście :) Inie boisz się trudnych tematów, tak jak to zauważyli moi poprzednicy w komentarzach. Gratuluję pomysłów i życzę weny :) Ale czy skoro przy Księciu nie ma żadnego znaczka (W lub Z), to znaczy, że będzie dalszy ciąg?
    Alys

    OdpowiedzUsuń
  11. Ooooo xd Gdzie ciąg dalszy? To opowiadanie jest świetne, Książę (którego imienia dotąd nie znamy XD) ma wspólny i unikalny język z Immrielem. Doskonale do siebie pasują. Imponuje mi postawa wojownika za każdym razem. Z drugiej strony jednak rozumiem Księcia. Biedny. Aż mnie ciary podniecenia .. przeleciały =.=.. kiedy pastwił się nad Amonem >D Głupek jeden. Wszyscy służący w tym zamku są idiotami. Jak mogli coś tak okrutnego pozostawiać bez słowa z lęku? Immriel jest świetny, ale to Książę wielbię w tej powieści i jest moją ulubioną postacią. Cóż.. zabił króla i posiadł prawie wszystko, co chciał posiadać, ale czy jest wolny..? Chyba nie do końca. Ciekawie to przedłużyłaś, czekam na ciąg dalszy kiedykolwiek by on nie był *^*

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy1:05 AM

    szkoda, że wstrzymane :(

    ed

    OdpowiedzUsuń