Strony

sobota, 20 października 2012

Rozdział 27 [Chaos]


-Dlaczego tak bardzo się mnie obawiasz, mój drogi królu…? Czyżby przerażała cię potęga…? A może świadomość, że większy ciężar od tego, który nosisz na swojej głowie, spoczywa w twoim sercu…?
Amir uchylił gwałtownie powieki, budząc się ze snu. Jakieś słowa wciąż jeszcze rozbrzmiewały  w jego głowie, ale nie mógł sobie przypomnieć, jakiego sennego marzenia, czy może raczej koszmaru, dotyczyły. Przetarł twarz dłonią, wzdychając głęboko. Leżał przez chwilę, nie wykonując najmniejszego ruchu. Słyszał szum otaczających go drzew, kołysanych przez przyjemny, lekki wiatr. Był pewien, że nadszedł już poranek, choć gęste, górujące nad nimi liście, nie przepuszczały zbyt wielu promieni słonecznych. Miał poczucie nienaturalnego spokoju i przez chwilę nie był w stanie sobie uświadomić, z czego to wynika. Nieco niechętnie i leniwie, uniósł się na przedramionach i rozejrzał dookoła.
No tak.
Uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem, opadając z powrotem na ziemię. Devin. Zawsze chodziło o Devina. Tym razem o jego brak, ale mimo wszystko. Amir nie wiedział, gdzie podział się mężczyzna o czasie, który wybierał zazwyczaj, by budzić swoich kompanów i dręczyć ich swoimi opowieściami, tudzież, tak zwaną sztuką. I nie żeby specjalnie narzekał na to, że dziś poeta darował sobie tego rodzaju rzeczy. Nie tęsknił ani za pobudkami, ani za rolą interpretatora snów Devina, ani, tym bardziej, za rolą przymuszonego do słuchania jego pieśni i opowieści. Nie dało się jednak ukryć, że ten stan rzeczy wydawał się mężczyźnie, lekko mówiąc, niecodzienny i był ciekaw, dokąd udał się poeta.
Spojrzał na bok, zatrzymując wzrok na leżącym kawałek dalej potomku wilków. Uśmiechnął się do siebie mimowolnie, spoglądając na kompana przez długą chwilę. W pewnym momencie ten drgnął lekko i poruszył się tak, jakby się przebudził, nie otworzył jednak oczu. Wyprostował podkulone wcześniej nogi, potarł stopami o siebie, ziewnął szeroko, przewracając się na brzuch, z twarzą zwróconą w kierunku Amira. Mężczyzna z lekkim rozbawieniem odnotował, jak uszy potomka wilków poruszają się raz po raz, a jego ogon wędruje, z góry na dół. Nagle Nadim otworzył oczy, napotykając, w pierwszej chwili spłoszone, spojrzenie mężczyzny. Potomek wilków spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, bez słowa, jakby nad czymś się zastanawiał. Albo jeszcze nie do końca dobudził, co zresztą było równie prawdopodobne. Amir poczuł, że powinien coś powiedzieć, więc wyrzucił z siebie nieszczególnie naglące pytanie:
-Gdzie podziewa się Devin…?
-Devin…?- powtórzył sennie Nadim, takim tonem, jakby był zbyt mało przytomny, by choćby pamiętać, kto to taki. Uniósł głowę, rozglądając się dookoła, tak, jak wcześniej jego kompan, po czym położył się z powrotem.- Pewnie poszedł do lasu. Szuka inspiracji. Na nowy poemat. Albo coś takiego…- rozbawiony uśmiech wstąpił na wargi potomka wilków.
-Poemat…- parsknął z politowaniem Amir.- Czy skończył do tej pory choćby jeden…?
-Nie wiem. Zapytaj, jak wróci…- Nadim ziewnął szeroko, po czym przewrócił się na drugi bok, zwracając plecami do swojego towarzysza.
To był zapewne ten moment, w którym mężczyzna powinien uznać, że rozmowa jest skończona, jego kompan idzie spać i on powinien uczynić to samo. A przede wszystkim, powinien odwrócić wzrok. Natychmiast. Jednak, mimowolnie, jego spojrzenie powędrowało wzdłuż pleców towarzysza, zatrzymując się na niestosownie długą chwilę, na jego wypiętych lekko pośladkach. Co Amir miał właściwie…? Ach, tak. Wzrok. Odwrócić wzrok. Tylko w zasadzie, już nie pamiętał, z jakiego powodu miał to zrobić…
Nagle donośny, dochodzący z oddali wrzask, przerwał ciszę.
Amir zerwał się natychmiast na nogi, rozpoznając głos krzyczącego. Nadim również wstał szybko. Obaj spojrzeli w kierunku, z którego dochodził tamten dźwięk. Popatrzyli na siebie z niepokojem i nie czekając dłużej, chwycili za broń, biegnąc w tamtym kierunku. Przedarli się przez gąszcz krzaków i drzew, usiłując dotrzeć do miejsca, w którym znajdował się poeta. Gdy zbliżali się w tamtym kierunku, mężczyzna usłyszał coś, co przypominało wściekłe warczenie albo ujadanie, pomieszane z krzykami i bolesnymi jękami Devina.
Wreszcie go znaleźli. Poeta leżał przy jednym z drzew, osłaniając się ręką przed atakującym go wściekle, pokaźnej wielkości wilkiem, który bezlitośnie szarpał jego przedramię. Amir natychmiast zamachnął się mieczem, godząc w dzikie zwierzę z całej siły i wbijając go w jego ciało. Wilk jednak nie padł od razu, a porzuciwszy swoją ofiarę, skierował się na atakującego. Mężczyzna uderzył po raz kolejny, odcinając łeb zwierzęcia, który potoczył się po trawie, pozostawiając po sobie krwawą smugę. Cielsko wilka osunęło się na ziemię. Nadim klęknął przy poecie.
-Devin…?- zwrócił się do ledwie przytomnego, przerażonego jak diabli mężczyzny.- Pokaż…- poprosił, chwytając zranioną rękę za dłoń i oglądając przedramię.- Wszystko w porządku…- powiedział uspokajająco do trzęsącego się człowieka.- To niewielka rana.
Amir również to zauważył. Jednak w drugiej kolejności, co innego zwróciło jego uwagę. Splamiona krwią trawa, tuż obok Devina. W pierwszej chwili myślał, że to krew zwierzęcia, ale gdy przyjrzał się uważniej, zauważył coś, czego potomek wilków, w swym pośpiechu, nie dostrzegł.
-Nadim…- rzucił ostrożnie, nie chcąc denerwować, i tak zlęknionego, poety.
Potomek wilków spojrzał na niego przez ramię, po czym podążył za wzrokiem kompana, zatrzymując go na jego nodze. Rozchylił wargi, wyraźnie osłupiały. Na lewej nodze poety znajdowały się dwie rany. Jedna, się na udzie, która podobnie jak i ta z przedramienia, nie sprawiała wrażenia głębokiej, ale znajdująca się na łydce… Zęby wilka wydarły sporą część ciała. Amir widział wyłaniającą się spod krwawych strzępów kość.
-Nie zrobiłem… Nie zrobiłem zupełnie nic…- mówił rozedrganym głosem Devin, łykając łzy.- Tylko szedłem... Naprawdę niczego nie zrobiłem…- zapewniał towarzyszy, mglistym, ledwie przytomnym głosem. Był w szoku i chyba sam ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co mówi.
-Wszystko będzie dobrze, Devin…- powtórzył znowu Nadim, choć w obliczu tego, co przed chwilą zobaczył, jego głos brzmiał zdecydowanie mniej pewnie.
Amir zdjął z siebie koszulę, obwiązując nią szybko największą ranę poety, nie chcąc, by ten utracił więcej krwi. Szybkim ruchem rozciął prawą nogawkę spodni rannego, by i z nich zrobić prowizoryczny opatrunek. Zawiązał materiał na dwóch pozostałych ranach, spoglądając ukradkiem na Nadima.
-Czy to moja krew…?- zapytał z przerażeniem Devin, widząc dłonie Amira.- O bogowie…- jęknął, oszołomiony.- Aż tyle krwi…?
-To nie jest twoja krew. Tylko tego zwierzęcia…- zapewnił go Amir, chcąc nieudolnie go uspokoić.
-Chyba nie jest ze mną dobrze…- stwierdził głucho poeta. Oparł głowę o pień drzewa, tracąc przytomność.
-Devin!- krzyknął Amir.- Musimy go stąd zabrać- poinformował kompana, spoglądając na niego z uwagą.
-Dokąd…?
-Chociażby do miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Tu może nie być bezpiecznie.
Nadim skinął głową.
Wspólnymi siłami, przenieśli mężczyznę. Położyli go na trawie, kładąc pod jego głową zwinięty koc. Amir chwycił bukłak z wodą, której nie było jednak wiele. Odsłonił jedną z ran i odkładając na bok, nasiąknięty krwią materiał, usiłował ją oczyścić. Woda jednak szybko się skończyła. Opatrzył Devina na powrót, czymś suchym, ale wiedział, że to i tak nie wystarczy.
-Przynieś mi wody- rzucił do towarzysza.
-Skąd…?- zapytał nerwowo Nadim.- Sprawdzałem wczoraj, tu w pobliżu nie ma nigdzie choćby stawu…
Amir zagryzł wargę, zastanawiając się nad tym, co robić dalej. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie będą w stanie pomóc Devinowi. Nie mieli czystych opatrunków, wody, niczego, co mogłoby się przydać. Przypomniał sobie, że nim weszli do lasu, minęli budynek, który przypominał przydrożną gospodę. Uzgodnił wszystko z Nadimem. Nie mieli innego wyboru, jak tylko szukać tam pomocy dla poety. Zostawili wszystko, co nie było im potrzebne. Amir zarzucił jedną rękę poety na swoje ramię, stojący po drugiej stronie Nadim, zrobił to samo. Unieśli go obaj, wspólnymi siłami i ruszyli przed siebie.
Devin ocknął się na chwilę w trakcie drogi. Mamrotał coś przez dłuższą chwilę bez najmniejszego sensu, by w końcu rzucić ledwie słyszalne:
-Nie chcę umierać…
-Nie umierasz!- odpowiedział stanowczo Amir.
-A więc jednak jej nie znalazłem…- szepnął Devin.
Amir spędził z nim dość czasu, by wiedzieć, że ten mówi o swojej wyśnionej kochance.
-Znajdziesz ją!- zapewnił mężczyznę. Devin nic nie odpowiedział. Przymknął powieki. Jego głowa opadła bezwładnie do tyłu. Wyglądało na to, że znowu odpłynął.- Devin! Devin, nie zasypiaj!- rzucił w jego kierunku Amir.- Znajdziesz ją! Ty głupi poeto! Znajdziesz ją! Nie po to męczyłem się z tobą tyle czasu, żebyś teraz umierał!
Udało im się dotrzeć do budynku. Weszli do środka. Znaleźli się w dużym pomieszczeniu, przypominającym jadalnię. Amir zostawił nieprzytomnego Devina w rękach towarzysza, samemu wychodząc na środek i rozglądając się dookoła.
-Jest tu ktoś?!- krzyknął głośno, wyczekując odpowiedzi.- Potrzebujemy pomocy!
Młody mężczyzna wyłonił się zza drzwi. Wzrokiem cokolwiek obojętnym, zmierzył Amira i przytrzymywanego kurczowo przez potomka wilków Devina. Największą jednak uwagą – co nie było wcale zaskakujące – obdarzył Nadima. Nie wyglądał jednak na kogoś, kto przejmuje się szczególnie faktem, że w jego posiadłości pojawił się na wpół martwy człowiek, któremu zapewne trzeba było udzielić natychmiastowej pomocy, a nie jedynie spoglądać w jego kierunku.
-Potrzebujemy pomocy- powtórzył twardo Amir.
-Chcecie zająć pokój…?- zapytał beznamiętnie tamten, jakby naprawdę nie rozumiał w czym rzecz.
-Potrzebujemy wolnego miejsca. Opatrunków i wody- wyjaśnił mężczyzna.
Człowiek spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, jakby się nad tym zastanawiał.
-Nie wiem, czy mamy to na usługach…- poinformował go po chwili z zaskakującym wprost chłodem.- A właściwie, czemu nie. Jak zapłacicie odpowiednio dużo. Pokoje nie są drogie.
-Nie mamy złota- odezwał się Nadim.
-To macie problem…- odpowiedział tamten, jakby się tego spodziewał.- Ty szczególnie- dodał ze złośliwym uśmieszkiem, zwracając się do zdziwionego potomka wilków.- I tak musiałbyś płacić podwójnie…
Amir podszedł bliżej mężczyzny i chwycił go gwałtownie za szyję.
-Zaraz ja mogę sprawić ci kilka problemów- warknął gniewnie.
Drzwi z prawej strony pomieszczenia otworzyły się w tym momencie. Wyjrzała zza nich jakaś starsza kobieta. Rozejrzawszy się po przybyłych, nie czekając na żadne wyjaśnienia, rzuciła jedynie ciche:
-Proszę. Wnieście go tutaj.
Uchyliła drzwi szerzej. Amir odsunął się od mężczyzny. Podszedł do towarzysza i pomógł mu podnieść Devina, którego obaj wnieśli do pokoju wskazanego przez kobietę.
-Matko!- tamten człowiek natychmiast ruszył za nimi.- Matko!- powtórzył stanowczo.- Czy wiesz, komu pomagasz…?
Nie zdołał jednak przejść dalej, bo staruszka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Uderzał w nie przez chwilę, wyraźnie poirytowany, by w końcu odejść.
-Połóżcie go- poleciła kobieta, wskazując stojące przy ścianie łoże.
Tak też uczynili. Nadim przysiadł u boku Devina, dotykając dłonią jego czoła.
-Co się stało…?- zapytała, dopiero w tym momencie.
-Szliśmy lasem. Zaatakował go wilk- wyjaśnił pokrótce Amir.
-Wilk?- zdumiała się wyraźnie. Zerknęła ukradkiem na Nadima, jakby nieco płochliwie.- Masz na myśli… Masz na myśli zwierzę, panie…?
-Tak… Tak, zwierzę…- odpowiedział mężczyzna, zdumiony tym pytaniem.
-Dobrze…- szepnęła kobieta, skinąwszy głową.- Mam opatrunki i wodę. W tym miejscu stacjonowały nasze oddziały, ale ostatnio przeniosły się gdzieś indziej. Nie znam się jednak dobrze na tego typu sprawach…- ostrzegła cicho.- Mój mąż był wojskowym medykiem, ale zmarł bardzo dawno temu.
Opatrzyli Devina raz jeszcze, przemyli jego rany, zdjęli z niego zakrwawione ubrania i założyli suche. Amir również się przebrał. Tę noc spędzili wraz z Nadimem w tym samym pomieszczeniu, co ich kompan, chociaż kobieta proponowała im, by wzięli pokoje na górze. Noc zdawała się być wyjątkowo krótka. Wydawało się Amirowi, że ledwie przymknął powieki, a zaraz później, jego towarzysz budził go, gdy już świtało. Płytki sen nie dał mężczyźnie ani odrobiny ukojenia czy odpoczynku. Zmęczony i senny, razem z potomkiem wilków doglądał Devina. Jednak gdy tylko na powrót odsłonili jego rany, by je obmyć, stało się dla nich jasne, że z Devinem wcale nie jest lepiej. Sczerniała rana na łydce wyglądała okropnie. Noga poety była napuchnięta i gorąca. Devin nie obudził się zresztą od wczoraj. Amir się denerwował.
-Nie mogę mu pomóc w żaden inny sposób…- stwierdziła kobieta, gdy pojawiła się przy nich ponownie.- Ale możecie znaleźć nasz oddział. Mają medyków i lekarstwa. Może pomogą.
-Oddział…?- zainteresował się mężczyzna.
-Tak. Szukajcie dowódcy Colana. Nie znam pozostałych, ale to dobry człowiek. Bardzo zasadniczy, ale dobry.
Amir nie potrzebował już niczego, poza wyjaśnieniem, gdzie mogą znaleźć wskazanego człowieka. Kobieta jednak poradziła im, w którą stronę iść, powiedziała, że znajdą drogę, i by szli wzdłuż niej, szukając gdzieś budynku czy innego miejsca postoju. Mężczyźni nie czekali dłużej i ruszyli natychmiast. Żaden z nich nie powiedział tego na głos, ale obaj troszczyli się o kompana. I obaj mieli świadomość, że ten może nie przeżyć.
Zgodnie ze słowami kobiety, odnaleźli drogę. Wędrowali nią pospiesznie, nie odzywając się do siebie ani słowem. Wtem usłyszeli tętent kopyt. Amir odwrócił się gwałtownie, widząc kilku żołnierzy, dosiadających koni, którzy pojawili się nagle na drodze, otaczając ich z tyłu. Nim zdążył się zorientować, pozostała część grupy zjawiła się z drugiej strony, nie dając im żadnej możliwości ucieczki i mierząc w nich włóczniami.
-Zabawny pies…- rzucił jeden z mężczyzn, szturchnąwszy Nadima nogą.
Potomek wilków spojrzał na niego gniewnie, przysuwając się bliżej kompana.
Tuż przed nimi zatrzymał się mężczyzna wyróżniający się na tle pozostałych, ubrany inaczej, wyglądający bardziej dostojnie i pewnie. Spoglądał na nich w milczeniu przez długą chwilę, podczas gdy jego podwładni rozbawieni albo pełni pogardy, szturchali Nadima i wymieniali się uwagami na jego temat.
-Dosyć!- warknął głośno Amir.
-Włóczy się z psem i ma pretensje do nas! Phie!- parsknął jeden z nich.
Dowódca uniósł dłoń, uciszając swoich podwładnych.
-Niech człowiek mówi- rozsądził, spoglądając z wyczekiwaniem na mężczyznę.
-Nazywam się Amir. Kazano nam szukać generała Colana…
-I znaleźliście mnie…- odpowiedział tamten, co wzbudziło w Amirze chwilową ulgę.- Z czym do mnie przychodzisz obywatelu? I dlaczego prowadzisz mi tego psa…?
Amir widział, jak wargi Nadima drżą lekko i dobrze wiedział, że jeśli tak dalej pójdzie, jego kompan nie wytrzyma i powie coś, co zapewne ich zabije albo przynajmniej bardzo do śmierci zbliży. Siląc się więc na spokój, odpowiedział:
-To mój towarzysz. Nadim.
Żołnierze parsknęli śmiechem.
-Towarzysz…- powtórzył dowódca, uśmiechając się z politowaniem.- Oryginalnych dobierasz sobie towarzyszy, obywatelu. Sądziłem, że o ich intencjach każdy mógł się już przekonać na własnej skórze, ale jak widać się myliłem… Nie wiem z jakiej nory wylazłeś…- zwrócił się do Nadima.- Ale wiedz, że znajomość z człowiekiem nie da ci azylu ani wolności w tym miejscu…
-A dlaczego miałoby…?- rzucił prowokująco potomek wilków.
Amir posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, wiedząc, że zmierza to w zdecydowanie złym kierunku.
-Bo to nasza ziemia…- odparł twardo dowódca.- Nawet, jeśli od wieków twierdzicie inaczej…
Nadim drgnął lekko. Spojrzał na kompana ze zdumieniem.
-Pogranicze…- szepnął, na tyle cicho, by tylko Amir był w stanie to dosłyszeć.- To miejsce o którym nam opowiadali…
Amir zorientował się już chwilę temu i bez jego wielce odkrywczych słów. I ten fakt wcale nie przynosił mu ulgi, a wprost przeciwnie.
-Nie oczekuj lojalności od istoty, której jedyną wartość określa jej pochodzenie…- mówił dalej dowódca, tym razem kierując te słowa w stronę człowieka.- Mając bowiem do wyboru życie swojego pobratymca i twoje, nigdy się nie zawaha…
-Nie mów za mnie!- zaprotestował gwałtownie Nadim. Tym razem spojrzenie Amira było już bardziej błagalne niż ostrzegawcze, ale domyślał się, że i tak przyniesie niewielki skutek. Jeśli chodziło o jego ród, Nadim gotów był spierać się do samego końca, bez względu na konsekwencje, które teraz mogły być zdecydowanie inne, niż kilka kpiących słów kompana.- Nie krew czyni wartościowym, a czyny! Tyczy się to i ludzi, i potomków wilków. A wasze czyny aż za dobrze świadczą o was…- dodał dobitnie.- Grozicie bezbronnym i niewinnym bronią.
-… A wy mordujecie bezbronnych- dokończył z politowaniem dowódca.
-Kłamca!- syknął gniewnie potomek wilków, czym wzbudził natychmiastową reakcję u żołnierzy, którzy zaczęli protestować, a wręcz domagać się, by Nadima wreszcie zgładzono.
-Nie!- krzyknął natychmiast Amir, unosząc dłonie w obronnym geście. Dowódca spojrzał na niego z uwagą.- Nie pochodzimy stąd! Ani ja, ani on. Przywędrowaliśmy z daleka. Nie mieliśmy pojęcia, że macie tu takie problemy, ale ani ja, ani Nadim, nie mamy z tym nic wspólnego!
-Lęgną się jeszcze gdzie indziej…?- dowódca nie sprawiał wrażenia zaskoczonego.- To wiele wyjaśnia, biorąc pod uwagę setki tych, którzy stąd odeszli… Na nasze szczęście i nieszczęście każdego innego narodu, który musi się z nimi zmagać… My staramy się wyplenić ich od stuleci, choć dopiero od kilkudziesięciu lat, ten konflikt zamienił się w wojnę…
-Raczej eksterminację- powiedział chłodno Nadim.
Dowódca skierował na niego uważne spojrzenie.
-Eksterminacją są zamachy na nasze miasto i zabijanie całych rodzin- odpowiedział równie lodowato.- Kilka grup ma swoje kryjówki w tym lesie. Ale wytępimy wszystkich. Bez względu na szpiegów z zewnątrz- dodał, spoglądając na potomka wilków znacząco.
-Nie jestem szpiegiem- odpowiedział tamten.
-Nie obchodzi mnie, za kogo się uważasz. Wystarczy mi to, jak wyglądasz.
-Wychował się gdzieś indziej- odezwał się Amir, starając się załagodzić sytuację.- Nie jest taki, jak ci tutaj.
-Oni wszyscy są tacy. Uwierz mi, bo miałem okazję poznać nazbyt wielu. Nie bez powodu bogowie uczynili ich innymi od nas. Byśmy mogli wzajemnie rozpoznawać się jako wrogowie, to pewne. Nie oceniamy drugiego człowieka na podstawie tego, że nim jest. Nie pochodzenie się liczy, a pewnego rodzaju moralność. Oni tego nie rozumieją. Stosują tylko jedno kryterium. A moralność jest dla nich bez znaczenia…
-Jak śmiesz mówić o moralności?!- wykrzyknął Nadim. Amir chwycił go mocno za ramię, podejmując ostatnią, równie nieudolną próbę, uspokojenia go.- Czy zadałeś mym pobratymcom choć jedno pytanie, nim ich zabiłeś?!
-Masz duże szczęście, że jest z tobą człowiek…- odparł z kwaśnym uśmiechem dowódca.- Inaczej rzeczywiście, wcale bym nie pytał…
-Potrzebujemy pomocy- odezwał się Amir. Dowódca spojrzał na niego z uwagą.- Nasz kompan został zaatakowany w lesie. Jest w złym stanie. Zatrzymaliśmy się w budynku, w którym niegdyś stacjonowaliście, ale brakuje nam lekarstw. Kazano nam się do ciebie zwrócić.
-Nie pomagamy naszym wrogom- odpowiedział mężczyzna.
-Ten, który jest ranny, nie jest potomkiem wilków- dodał Amir.
-Ty też nim nie jesteś, co nie przeszkadza ci iść ramię w ramię z tym, który w przyszłości doprowadzi zapewne twoje ziemie do takiego samego stanu jak nasze…- odparł chłodno dowódca. Nadim poruszył się gniewnie, wyraźnie rozjuszony jego słowami.- Ktokolwiek współpracuje z nimi, działa przeciwko nam. Nie mogę pomóc.
-Błagam… Zapłacimy tak, jak będziemy potrafili…
-Zapłaćcie więc krwią naszych przeciwników…- odpowiedział beznamiętnie.- Przelejcie jej tyle, ile oni przelali w imię swej ideologii, a wtedy możecie się do mnie zwrócić… A póki co, musicie radzić sobie sami.
-Co z nim zrobimy?- zapytał jeden z żołnierzy, niecierpliwiąc się bardzo.
-Odjeżdżamy- obwieścił ku jego rozczarowaniu dowódca.
-Co?!- zdumiał się tamten.- Ale… To pies, więc…
-Nie pochodzi stąd. Niczego nam nie uczynił. Niewinny- rozsądził dowódca, po czym, by nie pozostawić wątpliwości co do swojej opinii na temat Nadima, dodał- Formalnie niewinny. Dalej.
Żołnierze schowali broń, niezadowoleni ze zdania dowódcy. Amir nie wątpił, że wielu z nich chciałoby ukarać zuchwałego potomka wilków osobiście. Wycofali się jednak i odjechali w kierunku, z którego Nadim i Amir wędrowali. Mężczyzna obejrzał się za nimi. Westchnął głęboko, zastanawiając się nad tym, co teraz uczynią. Mieli chyba już tylko jedno wyjście. Wątpił, by ktokolwiek inny udzielił im pomocy w takich okolicznościach. Nie chciał też ryzykować życia Nadima. Powinni wracać i pomóc Devinowi. Tak, jak tylko potrafili.
Nadim jednak najwyraźniej był pochłonięty zupełnie innymi rozważaniami.
-Dlaczego nie zaprotestowałeś?!- zapytał gniewnie, spoglądając na towarzysza. Amir wyrwał się z zamyślenia, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Dlaczego nie powiedziałeś czegoś na ten temat?! Dobrze wiesz, że nie jesteśmy tacy, jak nas opisywał! Dlaczego więc nie powiedziałeś ani słowa…? Ach, jasne…- potomek wilków uśmiechnął się gorzko.- Ludzka solidarność… A może twój wstyd…? Ciężko ci się było przyznać do tego, że jestem twoim towarzyszem…?
-Na litość bogów!- wrzasnął nagle Amir. Nadim umilkł natychmiast, spoglądając na niego ze zdumieniem.- Nasz towarzysz umiera!- poinformował dobitnie swojego kompana, bo zdawało się, że zupełnie o tym zapomniał.- Albo przynajmniej jest bliski śmierci! Przyszliśmy tutaj szukać dla niego pomocy, a nie spierać się z kimkolwiek! I nie zamierzam słuchać dłużej tych twoich bzdur o pochodzeniu, o religii i o ludziach! Nie obchodzą mnie ludzie! Ani potomkowie wilków! Obchodzi mnie Devin!
Nadim milczał długą chwilę, wyraźnie skruszony.
-Przepraszam…- powiedział w końcu ze wstydem.- Masz rację. Zapomniałem o tym… Ale...- zawahał się wyraźnie. W jego oczach pojawił się dziwny błysk.- Ale jak to jest, że życie jednego człowieka jest ważniejsze od nas wszystkich…? Życie jednostki ważniejsze od całych mas…?
-Chcesz wiedzieć, jak życie jednostki może być ważniejsze od mas? Zapytaj Fortisa, gdy będziesz miał już okazję, a biorąc pod uwagę twoje zachowanie, nastąpi to prędko. Powinien dobrze znać odpowiedź- odparł uszczypliwie mężczyzna.
Prawdopodobnie rozpoczęłoby to kolejny spór, na który w tym momencie absolutnie nie mieli czasu, gdyby nie fakt, że nagle coś przecięło powietrze ze świstem. Amir, który chwilę wcześniej odwrócił się do towarzysza plecami, gotów wracać szybko do miejsca, w którym zostawili Devina, obejrzał się na kompana ze zdumieniem, przez chwilę autentycznie przekonany, że to on w niego strzela, co było wnioskiem, rzecz jasna, nie tyle nawet mało trafnym, co wręcz abstrakcyjnym. Nie zdążył się zorientować, co właściwie się dzieje, gdy kilkadziesiąt kolejnych strzał wyleciało zza najbliższych drzew. Nadim natychmiast ściągnął zdezorientowanego mężczyznę na ziemię, przywierając do niej płasko i czekając na koniec ataku. Amirowi trudno było ustalić, co się właściwie dzieje i kto do nich strzela. Nie był to oddział dowodzony przez Colana, ale ten nie był przecież jedynym dowódcą, więc mogli to być zupełnie inni ludzie, którym nie spodobał się widok potomka wilków, choć ten sposób ataku, wydał się mężczyźnie wyjątkowo dziwny. Zaraz deszcz strzał ustał. Leżeli przez chwilę w bezruchu, oczekując z niepokojem na jego wznowienie. Wreszcie jednak Amir podniósł się powoli i chciał sięgnąć po miecz, ale nie był w stanie tego zrobić. Natychmiast ktoś pochwycił go mocno za ręce, wiążąc je za nadgarstki, za jego plecami. Odwrócił się, ze zdumieniem dostrzegając dwóch potomków wilków, którzy stali tuż za nim. Nie różnili się niczym od tych, którzy mieszkali przy jego królestwie. Wszyscy dość wysocy, smukli, o ciemnych włosach i złotych oczach. Amir chciał obejrzeć się na towarzysza, ale nie było mu to dane. Ktoś zawiązał mu na oczach przepaskę, przez którą nie był w stanie zobaczyć zupełnie nic.
-Nadim…?- rzucił jedynie, wciąż trzymany przez tych, którzy ich atakowali i nie będąc w stanie nawet ustalić, ilu potomków wilków znajduje się tutaj poza tymi, których zobaczył.
-Tak…?- usłyszał cichą odpowiedź kompana.
-Wszystko w porządku…?- zapytał niepewnie mężczyzna. Silne ramiona pchnęły go do przodu, zmuszając do tego, by ruszył przed siebie.
-Mam związane ręce. I nic nie widzę.
Czyli równie w porządku jak sam Amir, co przyniosło mężczyźnie pewnego rodzaju ulgę. Prowadzili ich do jakiegoś miejsca. Na próżno było jednak zadawać jakiekolwiek pytania, bo potomkowie wilków nie odzywali się do schwytanych ani słowem. Do siebie zresztą też nie. Człowiek raz po raz potykał się o coś, nie przewracał się jednak, podtrzymywany przez napastników. Wreszcie silna dłoń zatrzymała go na chwilę. Usłyszał dźwięk, jakby otwierano jakąś klapę. A później pchnięto go do przodu. Amir spadł, z niedużej wysokości, ale wylądował na kolanach. Jęknął głucho, czując, że rozbił je sobie do krwi. Ktoś natychmiast podszedł do niego i chwycił mocno za materiał koszuli, zmuszając, by się podniósł, co wcale nie było łatwe. Ledwie mógł ustać na nogach, ale chwiejnym krokiem, prowadzony dalej, ruszył przed siebie, zatrzymując się w końcu w miejscu, w którym mu to nakazano. Zaraz ktoś stanął tuż obok niego. Amir domyślił się, że był to jego kompan.
-Zdejmijcie im przepaski- rozkazał męski głos.
Ktoś rozplątał materiał zawiązany na oczach Amira i zdjął go z nich. Mężczyzna zamrugał rozglądając się dookoła. Znajdowali się pod ziemią, tego akurat był pewien. W podłużnym, dużym pomieszczeniu, znajdowało się kilkudziesięciu potomków wilków, kobiet i mężczyzn. Wszyscy byli uzbrojeni, w łuki lub sztylety. Na samym końcu, otoczony ogniem, stał dziwny posąg, przedstawiający jakiegoś potomka wilków ze wzniesionym mieczem. Nie wyrzeźbiono jednak jego twarzy, która pozostała zupełnie pusta. Po prawej stronie znajdowała się długa ława, po lewej, Amir dostrzegł kraty, które zapewne były częścią jakiejś klatki lub czegoś podobnego, nie był jednak w stanie dostrzec całości. Stojący obok niego Nadim, również oglądał pomieszczenie z uwagą. Sprawiał wrażenie nieco zaniepokojonego, ale nie dało się ukryć wyrazu fascynacji, jaki pozostawał na jego twarzy. Amir zdecydowanie nie był zafascynowany. Był przerażony.
-Kim on jest?- zapytał jeden z potomków wilków, patrząc na Nadima z uwagą.- Nigdy wcześniej go nie widziałem.
Z tłumu wystąpił mężczyzna, który nie wyróżniał się wcześniej spośród reszty. Był nieco wyższy od kompana Nadima, o czarnych włosach i charakterystycznych, złotych oczach. Podszedł do towarzysza Amira i chwycił go za ramię, przyciągając  do siebie bliżej. Wsunął nos w jego włosy.
-Inny zapach- ocenił, odsuwając się od Nadima.- Nie jest jednym z nas.
-Więc kim?- zdumiał się ten, który pytał wcześniej.
-Nazywam się Nadim- przedstawił się pospiesznie kompan człowieka, nie czekając na dalsze pytania.- Pochodzę z lasów przy królestwie Alitis.
Potomkowie wilków milczeli przez dłuższą chwilę, zdumieni.
-Alitis…?- powtórzył jeden z nich, ze zdziwieniem.
-Nasza święta ziemia…- dodał zaraz drugi, z wyraźnym poruszeniem.
-Owszem…- potwierdził ten, który stał blisko Nadima, spoglądając na niego badawczo.- Nigdy nie spodziewałem się, że ktokolwiek z tamtych okolic przywędruje aż tutaj… Rozwiąż go- zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.- Witaj, Nadimie. Nazywam się Chait.
Wyglądało na to, że pełni funkcję przywódcy. Z grupy wystąpił wskazany przez niego potomek wilków i rozwiązał ręce Nadima.
-Nie zrobimy wam krzywdy- zapewnił natychmiast Nadim, doskonale odnajdując się w roli dyplomaty.- Nie współpracujemy z ludźmi.
-Oczywiście- potwierdził przywódca, skinąwszy głową.- Nie oskarżałem cię o nic innego. Choć nie do końca rozumiem, dlaczego mówisz w liczbie mnogiej… Wszak on jest człowiekiem.
-Tak, ale jest inny- powiedział z pełnym przekonaniem towarzysz Amira, który niespecjalnie wzruszył się na te słowa.- To mój kompan. Przyszedł tu ze mną.
Tamten uśmiechnął się jedynie, jakby pobłażliwie.
-Możecie ruszyć z nami- rzucił natychmiast Nadim. Amir spojrzał na niego, kompletnie osłupiały i zupełnie nie rozumiejąc, co ten właściwie wyprawia.- Dobrze wiem, że źle wam się tutaj dzieje, że jesteście uciskani i, że ludzie was mordują. U nas sytuacja jest inna. Chodźcie z nami. Wrócimy na nasze wspólne ziemie. Zjednoczymy się ponownie.
-Nadim…- rzucił ostrzegawczo mężczyzna, choć widział już, że żaden z potomków wilków nie przyjął tej płomiennej przemowy i propozycji z wielkim entuzjazmem.
-Tak też zrobimy…- odpowiedział Nadimowi przywódca, uśmiechając się litościwie.- W odpowiednim czasie.
-To znaczy…?- zdziwił się Nadim.
-To znaczy, że w odpowiednim czasie, odzyskamy wszystkie ziemie, które niegdyś należały do nas- wyjaśnił spokojnie jego rozmówca.
-Nie rozumiem…- szepnął potomek wilków, wyraźnie zdezorientowany.
Chait nie sprawiał zaskoczonego tym faktem. Obejrzał się za siebie.
-Czy wiesz, kto to taki, Nadim…?- zapytał, wskazując dłonią w kierunku posągu.
Towarzysz Amira pokręcił głową, najwyraźniej się nie domyślając.
-Och, błagam!- prychnął donośnie człowiek. Chait skierował na niego pełne pogardy spojrzenie.- To Fortis! Przecież to oczywiste!
-Fortis…?- powtórzył ze zdumieniem Nadim.
-Nie inaczej- potwierdził przywódca potomków wilków.
Amir zdał sobie z tego sprawę bardzo szybko, przypominając sobie, co słyszał o tych całych masach pobratymców Nadima, którzy wędrowali od miasta do miasta, w poszukiwaniu „świętej ziemi”, którzy czcili „poległego bohatera”… O kogo innego mogłoby chodzić? Wszystko układało się w logiczną całość.
-Nasz bohater… Nasz pan… Nasz władca i wybawiciel…- kontynuował Chait z wyraźnym szacunkiem w głosie.- Ten, którego krwią od wieków skalane są dłonie zdrajców… Wasze dłonie…- dodał, spoglądając na Nadima, który sprawiał wrażenie równie zdezorientowanego i nieświadomego, co i chwilę temu.- Zbezcześciliście ciało tego, który jako jedyny był w stanie uwolnić nas od ich tyranii…- dodał, wskazując na człowieka.
-I sam stał się tyranem- dopowiedział chłodno Amir.
Chait spojrzał na niego lodowato.
-Nasi przodkowie popełnili błąd- odezwał się ze skruchą Nadim.
-Twoi przodkowie- poprawił go chłodno przywódca.- Nasi przodkowie dokonali wyboru. Odeszli posłuszni jemu, by w przyszłości powrócić u jego boku, w chwale…
-Fortis również popełnił wiele błędów- przerwał mu towarzysz Amira.
Człowiek już wiedział, że z tej wymiany zdań nie wyniknie nic dobrego.
-Błędów?!- prychnął z poirytowaniem Chait.- Fortis uczynił dla nas wszystko, co tylko był zdolny uczynić! Wszystko, co robił, robił dla dobra ogółu! Dla naszego dobra… Wy jednak nie potrafiliście tego docenić…- podsumował pogardliwie.
-Nie wszystkie jego uczynki były słuszne- zaprotestował, wyjątkowo subtelnie, Nadim.
-Każdy jego uczynek oddalał nas od widma zagłady z ich rąk…- Chait ponownie wskazał na Amira, spoglądając na niego z wyraźną niechęcią.- Czy można więc mówić o braku ichsłuszności…? Źle osądzili go pośmiertnie twoi przodkowie, skazując nas na banicję, a jego na wieczną pogardę…
-To się zmieniło!- zapewnił przywódcę Nadim.- Już dawno temu zauważyliśmy, że popełniliśmy błąd. Od pokoleń zdajemy sobie z tego sprawę. Teraz w tym miejscu rządzi mój wuj. Rozumiemy motywy kierujące jego czynami, ale nie wszystkie czyny, nawet popełniane ze względu na najszlachetniejsze pobudki, można akceptować…
Amir szczerze wątpił, by rozmówca Nadima zrozumiał te słowa.
-Te ziemie są nasze…- odpowiedział beznamiętnie Chait, raczej nieporuszony zmianami w mentalności „zdrajców”.- I będą nasze, gdy powrócimy i pokonamy tych, którzy nam je wydarli.
-Jak zamierzacie to uczynić?- nawet Nadim musiał zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo abstrakcyjne były to słowa.
-Z jego pomocą…- odparł potomek wilków, wskazując na posąg.
-Fortis nie żyje.
-Fortis powróci. Nasi wróżbici przepowiadają nam to od wieków. Twoi przodkowie popełnili błąd- szepnął Chait, zbliżając się do Nadima.- Ty możesz go naprawić. Zmyć z siebie piętno zdrajcy. Oddaj cześć naszemu prawdziwemu władcy, oddaj mu pokłon, wyrzekając się tych, którzy teraz tobą rządzą, którzy mają nad tobą władzę, a będziesz wolny…
-Nie rozumiem…- odparł Nadim, wyraźnie zagubiony.
-Naprawdę?- parsknął kpiąco Amir.- Czego nie rozumiesz? Modlą się do niego! Czczą go niczym boga!
-Fortis zrobił dla nas więcej niż jakikolwiek bóg czy bogowie…- odparł wyniośle Chait.- Mamy wobec niego dług wdzięczności. I wierzymy, że gdy on powróci, odnajdzie nas, swoje wierne dzieci i wynagrodzi nas możliwością służby u jego boku… I zemsty na tych, którzy odebrali naszą potęgę… I jego godność…- dodał znacząco, nie odrywając od Nadima uważnego spojrzenia.
-Ale Fortis nie żyje- powtórzył raz jeszcze Nadim.
-Ale powróci!- odparł jak i poprzednio jego rozmówca.- Odrodzi się ponownie, wierzymy, że na tych ziemiach… Kogóż bowiem lepiej byłoby mu wybrać…? Bandę tych, którzy go zdradzili i zhańbili, czy tych, którzy wierni jemu, odeszli, by czekać na niego cierpliwie i służyć mu przez wieki…? On da nam zwycięstwo nad naszymi ciemiężycielami. Poprowadzi nas na nasze dawne ziemie. I wydrzemy je z rąk zdrajców i ludzi, przejmując nad nimi dawną władzę. A wierni jemu, którym uda się przeżyć ten bój, zostaną nagrodzeni najwspanialszymi darami, jakie widział ten świat…
Amir parsknął pełnym politowania śmiechem. Stado głupców!
Przywódca przeniósł na niego surowe spojrzenie.
-Bawi cię to, człowieku…?- zapytał, zbliżając się w jego kierunku.
Bawiło go wręcz niezmiernie. Błędem było jednak tak ostentacyjne okazywanie tego faktu. Chait zamachnął się mocno i uderzył go w twarz z taką siłą, że ten upadł na ziemię. Zamroczyło go na dłuższą chwilę. Poczuł krew spływającą z jego nosa i wargi.
-Co ty wyprawiasz?!- krzyknął Nadim w kierunku potomka wilków, klękając natychmiast przy swoim towarzyszu.- Nic wam nie uczynił!
-Nasze winy spadają na barki przyszłych pokoleń. Winy twoich przodków spadły na ciebie, Nadimie. A na jego barkach spoczywają winy całej ludzkości, których jest tyle, że nie zdołałby ich z siebie zmyć… Jest skażony. Zarażony złem, jak wszyscy ludzie.
-To nieprawda!- zaprotestował gwałtownie Nadim.- Nie wszyscy ludzie są tacy jak ci, z którymi walczycie! Niektórzy są inni! Dobrzy!
-Słabo ich znasz, Nadim. Ale to bez znaczenia… Jest człowiekiem. Będzie więc traktowany, jak i każdy inny człowiek. Podobnie traktują nas ludzie, zabijając bez mrugnięcia okiem…
-Więc czynicie to samo co oni! Czym w takim razie się od nich różnicie…?
-Jeśli chcesz zwyciężać, stosuj metody swoich przeciwników, bo inaczej szybko zginiesz…- mruknął Chait.- Podejmij decyzję, Nadim. Chcesz być naszym bratem czy pozostać zdrajcą…?
Nadim milczał przez dłuższą chwilę, zaciskając mocno wargi.
-Pozwól nam stąd odejść- powiedział w końcu.
-To błędna decyzja…- odparł spokojnie przywódca.
-To groźba…?
-Skądże. Masz prawo wybrać w ten sposób. Wiedz jednak, że nie ominą cię konsekwencje tego wyboru, gdy on powróci…
-Więc możemy odejść…?- upewnił się Nadim, prostując się.
-Ty możesz odejść- sprostował przywódca. Potomek wilków spojrzał na niego bez zrozumienia.- Żaden człowiek nie opuścił tego miejsca wolny i to się raczej nie zmieni…
-On jest moim towarzyszem! Ręczę za niego! Nie jest waszym wrogiem!
-Każdy człowiek jest naszym wrogiem…- odparł znudzonym głosem Chait.- Przyjdzie czas, gdy to zrozumiesz.
-Więc zostanę z nim…- rzucił zdecydowanym głosem Nadim.
-Dobrze...- Chait uśmiechnął się złośliwie.- Ale wtedy podzielisz jego los. A musisz wiedzieć, że bardzo niewielu ludzi, opuszcza to miejsce żywymi…
-Co takiego…?- szepnął z przerażeniem towarzysz Amira.- O czym ty mówisz…? Nie możesz go skrzywdzić, niczym wam nie zawinił! Nie jest waszym przeciwnikiem! Przybył ze mną, wiem, co mówię! Nie walczy z nami!- usiłował tłumaczyć, ale Amir już wiedział, że to zupełnie bezcelowe.- Poza tym, nie możesz mnie zabić…- dodał zaraz, ze zdumiewającą wprost pewnością.- Mamy przecież prawa i zasady. Nie zabijamy takich jak my, bez względu na wszystko.
-Wasze prawa i zasady mnie nie obchodzą i nie obowiązują…- odparł lodowato rozmówca Nadima.- Kiedy wy mieliście czas na przestrzeganie podobnych bzdur, my musieliśmy martwić się o przetrwanie... A walka o przetrwanie znosi wszystkie prawa i zasady, które mogą ją utrudnić, zdajesz sobie sprawę…? A poza tym, nawet, gdyby nas to obchodziło… Ty nie jesteś jednym z nas. Jesteś zdrajcą. Ciesz się więc z wyboru, jaki ci dajemy i odejdź, póki jeszcze możesz.
-Nie…- szepnął Nadim, kręcąc głową.
-Nadim!- syknął głucho klęczący na ziemi mężczyzna, spoglądając na towarzysza.- Nadim!- powtórzył ostro, widząc, że ten gotów jest powiedzieć coś, czego obaj zaraz pożałują.- Schyl się!- rzucił. Potomek wilków zawahał się wyraźnie, po czym kucnął obok kompana, wpatrując się w niego z uwagą.- Zabierz kryształy…- powiedział Amir tak cicho, by tylko on był w stanie to usłyszeć.- I wracaj do Devina. Poradzę sobie.
-Co ty opowiadasz?!- obruszył się potomek wilków.- Nie zostawię cię tutaj!
-Zostawisz!- stwierdził stanowczo mężczyzna.- Zabierz kryształy, to teraz najważniejsze. Nie chcesz chyba, żeby dostały się w ich ręce…?
-To nie ma dla mnie znaczenia!
-Ale ma dla mnie!
-Nie pozwolę im cię skrzywdzić!
-Nie pomożesz mi zamknięty tutaj!- odparł mężczyzna.- Rób, co do ciebie mówię. Zabierz kryształy i odejdź. Proszę.
Amir wpatrywał się w twarz kompana. Szczęka potomka wilków drżała lekko, a w jego oczach pojawiły się łzy. Zacisnął zęby, mając problem, żeby pogodzić się z tym, o czym mówił jego towarzysz, ale wreszcie sięgnął trzęsącymi się dłońmi do jego szyi. Rozwiązał sznurek, zdejmując z niej worek z kryształami. Ścisnął go w dłoni, prostując się. Pozostali potomkowie wilków, którzy go obserwowali, nie odzywali się ani słowem. Nadim obejrzał się na nich po raz ostatni, po czym spojrzał na swojego kompana w taki sposób, że ten przez chwilę lękał się, czy Nadim nie zechce zrobić czegoś absolutnie nieprzemyślanego i fatalnego w skutkach. Ale na szczęście stało się inaczej. Potomek wilków odwrócił się na pięcie i odszedł, śledzony uważnymi spojrzeniami.
-Dopilnujcie, żeby wyszedł…- zwrócił się Chait do kilku swych towarzyszy, gdy Nadim zniknął za zakrętem. Ci ruszyli za nim.
Chait przeszedł się wzdłuż pomieszczenia, po czym zatrzymał nieopodal Amira, stając przed nim i wpatrując się w niego z uwagą.
-Więc…?- rzucił tak, jakby oczekiwał, że to człowiek ma coś do powiedzenia.- Przydasz nam się do czegoś…? Do negocjacji…? Nie jesteś przecież żołnierzem… Ale masz dobrą broń…- dodał po chwili, podchodząc do mężczyzny i wyjmując jego miecz. Obejrzał go dokładnie z pobłażliwym uśmiechem, po czym oddał jednemu z pobratymców, a ten ułożył go w pobliżu prowizorycznego ołtarza.- Dobrą broń i strój godny nędzarza… Ale nędzarzem też nie jesteś. Za dużo w tobie dumy, za dużo śmiałości. Nie pochodzisz jednak stąd, więc wydaje się, że jesteś zupełnie bezużyteczny…- wywnioskował po chwili rozważania.- A może się mylę…?- dopytał, nie przestając się uśmiechać.- Powiedz nam kim jesteś i jaką funkcję pełnisz. Może to twoja szansa, by ocalić swoje życie… Wykorzystaj ją dobrze…
-Ja wiem, kim jest…- Amir usłyszał znajomy, kobiecy głos. Nie potrafił sobie jednak przypomnieć, do kogo mógłby należeć. Spojrzał w kierunku, z którego dochodził. Na kratach zacisnęły się czyjeś blade dłonie.
Chait odwrócił się w tamtą stronę.
-Coś mówiłaś, ptaszyno…?- zapytał pogardliwie.
Dopiero wtedy człowiek zdał sobie sprawę z tego, kto wypowiedział poprzednie słowa. Zobaczył twarz kobiety, która zbliżyła się jeszcze bardziej do krat. Nie mógł wyjść ze zdumienia.
-Ty…?- rzucił z niedowierzaniem w kierunku arystokratki. W kierunku tej, która miała tę specyficzną zdolność. Tej, która ruszyła za nim, by wyznawać mu swoją „miłość”. Teraz wyglądała inaczej. Brudna i poszarpana, spoglądała na niego z tą samą wyższością co wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy.- Tutaj…?
-Owszem- potwierdziła chłodno.
-Śledziłaś mnie…?- zapytał mężczyzna, choć wyglądało na to, że ta była tu już od jakiegoś czasu.
-Nie pochlebiaj sobie!- zganiła go natychmiast, oburzona.- Zagubiłam się i wpadłam w łapy tych…- zdawało się, że chciała dokończyć, ale jedno spojrzenie na przywódcę potomków wilków wystarczyło, by się powstrzymała i umilkła.- Zagubiłam się- stwierdziła raz jeszcze.
-A więc się znacie…?- Chait spojrzał w jej kierunku, po czym przeniósł wzrok na człowieka.- Ciekawe… Bardzo ciekawe… Coś mówiłaś…?- ponaglił ją.
-To Amir. Książę Alitis. Usynowiony przez króla Ludwika. Następca tronu- wyrecytowała w odpowiedzi.
Amir poruszył się z niepokojem. Ci, którzy mieli dopilnować, by potomek wilków odszedł, powrócili. Wyglądało na to, że Nadim był już bezpieczny.
-Czyżby…?- Chait zdziwił się bardzo tym, co usłyszał.- Książę Alitis…? Następca tronu…? A po cóż następca tronu miałby wyruszyć z potomkiem wilków w tak odległe miejsce…?- zapytał tak cicho, jakby pytał sam siebie.
-Ja wiem- odezwała się znów kobieta.
Amir spojrzał na nią w taki sposób, jakby chciał ją prosić, by nie mówiła nic więcej. Ona uśmiechnęła się jednak mściwie, z wyższością i nie spoglądając na niego ani chwili dłużej, zwróciła się do zaintrygowanego potomka wilków:
-Powiem wam, jeśli mnie stąd wypuścicie. Przydam wam się. Mogę być zwiadowcą. Nie ucieknę. Nie mam dokąd. Wypuśćcie mnie.
-Nie drażnij mnie- warknął w jej kierunku Chait.- Mów, co masz do powiedzenia i nie naginaj mojej cierpliwości, dobrze ci radzę… Zostawiłem cię przy życiu tylko przez twoje umiejętności i jeszcze nie rozważyłem do końca, na ile mi się one przydadzą… Mów- rozkazał lodowato.
Kobieta drgnęła, przełykając nerwowo ślinę.
-Szukają kryształów- wyjaśniła nerwowo.- Dziwacznych kamieni. Jeden z nich odebrali mi, gdy…
Chaitowi wystarczyło jedynie pierwsze zdanie, by zorientował się w sytuacji. Amir domyślał się, że tak będzie. Potomek wilków spojrzał na Amira z niedowierzaniem.
-Kryształy…?- powtórzył, zaskoczony.- Jakie…? Czyżby…?-odwrócił się na chwilę i spojrzał na swoich pobratymców, którzy również spoglądali w ich kierunku z wyczekiwaniem.- A więc jednak…- Chait zwrócił się z powrotem w stronę Amira, uśmiechając się z niezrozumiałym triumfem.- Gdzie one są…?- zapytał ostro mężczyznę, po czym odpowiedział sobie sam- Ach, tak… On je zabrał… To od ciebie wziął…- parsknął z politowaniem, kręcąc głową.- Głupiec ze mnie! Dlaczego je zbieracie…?
-Do kolekcji- odparł złośliwie Amir, nie zamierzając niczego więcej wyjaśniać.
-Do kolekcji…? Widzę, że nie opuszcza cię poczucie humoru, człowieku…- zaśmiał się cicho Chait.- Wypuśćcie ją!- nakazał, zwracając się do kompanów. Ci otworzyli klatkę.- Tylko pilnujcie jej dobrze! To miejsce przyda się dla kogoś innego…- dodał.
Machnął dłonią w kierunku Amira, odchodząc. Jego pobratymcy pochwycili mężczyznę za ramiona, podnosząc go na nogi i ciągnąc w kierunku klatki, gdzie go zostawili, nie zamykając jednak drzwi.
-Nie zrobię niczego, przysięgam!- zapewniła żarliwie potomków wilków kobieta. Podeszła do Chaita, chwytając go dłońmi za ramię i niemalże przytulając się do niego. Ten spojrzał na nią surowo.- Będę z wami już na zawsze.
-Mówiłaś, że są zwierzętami…- zauważył Amir, wpatrując się w nią z politowaniem.
-I cóż z tego?- syknęła cicho.- Czy ty nie mówiłeś tego samego o mnie…?- dopytała z mściwym uśmiechem.
Amir również uśmiechnął się w odpowiedzi.
I oto jak kończyli ci, którzy pragnęli zbyt wiele.
Chait bez najmniejszych subtelności, z wyraźną wzgardą odepchnął od siebie kobietę.
-Próbowaliśmy niegdyś odszukać fragmenty kryształu, ale zakończyło się to niepowodzeniem…- powiedział, nie odrywając od Amira uważnego spojrzenia.
-Najwyraźniej nie umieliście szukać- odparł kpiąco mężczyzna.
-Najwyraźniej…- stwierdził Chait, wykrzywiając wargi w nieprzyjemnym uśmiechu.- Nic nam jednak po tym. To tylko kolejny znak jego powrotu. I kryształy. I twoje przybycie do tego miejsca. Nie musisz się przejmować, Amirze. Możesz mieć dla nas pewną wartość. Kto wie…? Może nim przygotujemy się na spotkanie z Fortisem, uda nam się wydrzeć nasze ziemie twojemu ojcu…? Spodziewam się, że będzie w stanie zrobić wiele, w zamian za życie swego następcy…
-To nie mój ojciec, a wuj…- sprostował Amir.- Naprawdę oczekujesz, że ktoś odda wam wszystko w zamian za życie jednego człowieka?- parsknął z politowaniem.- Nawet księcia…?- uśmiechnął się, kręcąc głową.- Nie dziwi mnie jednak ta naiwność… Zważywszy na to, w jakie bzdury wierzycie…
-Potrafimy być bardzo przekonujący…- zapewnił go Chait, uśmiechając się chłodno.- Sam się przekonasz. A jeśli będzie tak, jak mówisz… Cóż…- wzruszył ramionami z niewinną miną.- Podrzucimy pod bramy miasta zwłoki księcia…
-Chciałeś mnie przestraszyć…?- zadrwił z niego Amir.
-A nie czujesz się przerażony…?- potomek wilków udał zdumienie.
-Nie.
-Mój błąd. Szybko to naprawię.
Chait zbliżył się do niego prędko. Amir nie zdążył się nawet przygotować na cios, który potomek wilków wymierzył w jego brzuch. Kolana ugięły się pod nim i upadł na nie, jęknąwszy boleśnie. Na tym jednak się nie skończyło. Potomek wilków kopnął go w twarz z taką siłą, że ten upadł gwałtownie na plecy. Krew, która trysnęła na powrót z jego nosa i rozciętej wargi, zalała jego twarz. Nie poruszał się przez chwilę, czując paraliżujący ból i dziwne dzwonienie w głowie.
-Daję ci możliwość zachowania milczenia…- Chait nachylił się nad człowiekiem, wypowiadając te słowa.- Sugeruję, żebyś z niej skorzystał, zachowując tym samym życie.
Potomek wilków odsunął się i odszedł kawałek dalej.
-A co z pozostałymi…?- wydusił z siebie Amir, przełykając własną krew.
Podniósł lekko głowę, zauważając, że przywódca spogląda w jego kierunku pytająco.
-Co z tymi, którzy stąd odeszli…? Słyszeliśmy o hordach wędrujących przez miasta… Nie chcieli czekać na twojego bohatera…?- zironizował resztką sił.
-Było nas tu wielu…- potwierdził Chait, skinąwszy głową.- Może nawet zbyt wielu. Oczywistym było, iż w tej masie zdarzali się bluźniercy i tchórze. Ci drudzy szczególnie. Kiedy ludzie zaczęli nas atakować i nękać, przerazili się. Część chciała powrócić na nasze dawne ziemie, ubzdurawszy sobie, że to tam pojawi się Fortis. Pozostali, chcieli po prostu znaleźć sobie lepsze miejsce do życia. Byli zbyt zlęknieni, by być godnymi wstąpienia do nieśmiertelnej armii. Dobrze dla nich, że odeszli, wśród nas nie było dla nich miejsca. Ktokolwiek obawia się ludzi, nie może mienić się naszym bratem.
-Obawiali się ludzi…?- dopytał mężczyzna, nieco zamglonym głosem.- Czy was…?
Nie otrzymał odpowiedzi.
-Fortis przybędzie bez zapowiedzi- przemówił po dłuższej chwili ciszy przywódca.- Wszyscy jednak wiemy, że ten moment się zbliża. Może będziesz miał szczęście i tego doczekasz, człowieku. Chociaż… W tym wypadku twoje „szczęście” jest kwestią dyskusyjną, czyż nie…?- zaśmiał się cicho.- Ale być może ujrzysz tego, który was poskromił. Zobaczysz, czym jest prawdziwa potęga, prawdziwa władza… Cierpliwi i mężni zostaną za swe poświęcenie wynagrodzeni. A pozostali…
-Skąd pomysł, że zostaniecie za cokolwiek wynagrodzeni…?- przerwał mu Amir.- Fortis wam tego nie powiedział, więc…?
-To oczywista konsekwencja naszych działań.
-A mnie nie wydaje się oczywiste, by ten, który współpracował z demonem i mordował własnych braci, był tak chętny do nagradzania kogokolwiek za jakiekolwiek zasługi…
Chait podszedł do niego ponownie. Raz jeszcze kopnął mężczyznę w twarz. Głowa człowieka opadła do tyłu. Włosy, które rozsypały się na jego twarzy, zlepiły się z krwią, niemalże zupełnie odbierając mu możliwość dostrzeżenia czegokolwiek. Od górnej wargi, w kierunku ucha, rozpościerało się podłużne rozcięcie, które krwawiło obficie. Potomek wilków położył stopę na jego brzuchu, dociskając mocno.
-Ci, którzy go zdradzili, nie byli naszymi braćmi…- syknął Chait.- I zapłacą za swoje błędy. A ty lepiej zamilcz… Albo nie doczekasz jutra…
-A więc to ty się obawiasz…- szepnął ledwie słyszalnie Amir.
Cichy, słaby jęk wyrwał się z jego warg, gdy poczuł, jak Chait jeszcze mocniej naciska na jego brzuch. Nie czuł jednak wiele. Stracił świadomość. Zdawało mu się, że jest przytomny, ale długą chwilę nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje. Gdy wreszcie ocknął się z tego otępienia, nie mógł się ruszyć ani o milimetr. Wszystko go bolało. Przełykał własną krew, nie widząc zupełnie nic.
-Nie przesadziłeś…?- usłyszał głos jednego z potomków wilków.- Co, jeśli umrze…?
-Nic nam po nim- odparł obojętnie Chait.
-A ten drugi…? Mamy go szukać…?
-Nie. Jeśli zabrał kryształy, to na pewno jest już daleko stąd.
Oby. Tylko to szepnął sam do siebie Amir, nim po raz kolejny stracił kontakt z rzeczywistością. Słyszał jeszcze czyjąś rozmowę, ale nie był w stanie stwierdzić, czy to może jego złudzenie. Nie był w stanie rozpoznać żadnego słowa. A później już tylko jakieś osoby i zdarzenia. Aż wreszcie twarz Nadima. Moment, w którym ten obejmował go, gdy zaczynali tańczyć, pijany i rozbawiony. Gdy nachylał się nad nim, przesuwając nosem po jego szyi. Gdy mówił, że ich wujowie razem musieli wyglądać tak, jak i oni, by zaraz oprzeć głowę na jego ramieniu, uśmiechając się lekko, inaczej… Strasznie żałował, że mu nie powiedział, gdy miał okazję. Tak strasznie chciałby znać odpowiedź na swoje pytanie…
Jakieś hałasy, szumy i krzyki wdarły się do wspomnień mężczyzny. Przez chwilę wydawało mu się, że to element jego snu. Słyszał odgłosy walki, przekleństwa i szczęk broni. Tak, to pewnie sen… Był pewien.
-Amir…- usłyszał głos swojego kompana, który nie wiedzieć skąd, pojawił się nagle przy nim.
Mężczyzna wciąż nie otwierał oczu, przekonany, że to jego mara.
-Amir, ocknij się!- potomek wilków był przerażony. Człowiek poczuł, jak ten rozcina sznur, którym miał przewiązane nadgarstki, uwalniając jego dłonie. Nadim chwycił go w ramiona, kładąc sobie na kolanach. Odgarnął włosy z jego twarzy.
Mężczyzna próbował uchylić powieki, ale przyszło mu to z wielkim trudem. Opuchlizna lewego oka sprawiała, że i tak nie widział na nie wiele. Prawe przysłaniała mu dziwna mgiełka. Wciąż docierały do niego odgłosy toczącej się walki, choć w pierwszej chwili nie był w stanie połączyć tego wszystkiego w całość. On był z Nadimem, a wszystko inne toczyło się obok. I ciągle nie mógł mieć pewności, na ile prawdziwe jest to, co czuje. Uniósł się, ostatkiem sił, kładąc odrętwiałe dłonie na ramionach mężczyzny. Zbliżył swoją twarz do jego twarzy, natrafiając wargami na jego policzek. Przesunął nimi wzdłuż niego, odnajdując w końcu usta, na których złożył krótki pocałunek. Zrozumiał…? Nic nie mówił. Amir pocałował go raz jeszcze, zupełnie pozbawiony sił, by ostatecznie opaść niemalże bezwładnie w jego ramiona. Czekał na słowa potomka wilków.
-Dlaczego nie odpowiadasz…?- zapytał w końcu nieprzytomnie.
-Tu jest jeszcze jeden!- dotarł do człowieka obcy, męski głos.
Jak przez mgłę widział, że jakaś wysoka postać zbliża się do nich.
-Nie!- wykrzyknął Nadim, kuląc się i osłaniając mężczyznę.
-Stać!- rzucił ostro inny głos. Ten wydał się Amirowi znajomy. Tak… Tak, słyszał go już dzisiaj.- To ten, który nas tu przyprowadził… Nie kłamałeś, psie…- dopiero w tym momencie człowiekowi udało się rozpoznać, kto zwracał się do jego towarzysza. To był ten dowódca, którego prosili dziś o pomoc.- Jednak nie kłamałeś…
-Pomóż mi…- poprosił cicho Nadim.
Amir nie słyszał żadnej odpowiedzi. Wyglądało na to, że dowódca dał komuś jakiś znak.
-Weźcie go…- usłyszał w końcu.
Ktoś podniósł go, wyrywając z ramion kompana. Dwaj mężczyźni ułożyli go na noszach. Nadim natychmiast podszedł do niego, chwytając go za dłoń.
-Ty ich tutaj przyprowadziłeś…?- zapytał ze zdumieniem mężczyzna. Widział trochę lepiej, niż chwilę wcześniej. Na ziemi rozpościerały się ciała pobratymców Nadima, które żołnierze przeszukiwali jeszcze, albo przesuwali na bok.
-Tak…- potwierdził drżącym głosem potomek wilków.
Amir zacisnął palce na dłoni towarzysza.
-Wybrałeś jednostkę ponad masy…?- mężczyzna silił się na uśmiech, ale nie był pewien, czy jego twarz zareagowała w jakikolwiek sposób.- Ty draniu…
-Wszystko będzie w porządku. Przysięgam- zapewnił go Nadim.
-Wszystko jest w porządku… Czuję się prawie żywy…- odparł nieszczególnie pocieszająco mężczyzna, czując się tak, jakby miał zaraz zasnąć.
-Idźcie!- nakazał dowódca.
Palce potomka wilków wyślizgnęły się z uścisku mężczyzny, gdy żołnierze zaczęli prowadzić go do wyjścia. Jego towarzysz został w tyle. Amir z całych pozostałych mu sił, zmusił się do tego, by unieść głowę. Zauważył tę szlachciankę, która teraz przywarła kurczowo do dowódcy. Odepchnięta, uklękła na ziemi, płacząc rozpaczliwie. Zaraz jednak pióra zaczęły pokrywać całe jej ciało, a dłonie zmieniać się w ogromne skrzydła. Przemiana jednak nie zdążyła dojść do końca. Stojący za nią żołnierz, zamachnął się mieczem. Jej głowa potoczyła się kawałek dalej. Ciało osunęło się bezwładnie, nosząc wciąż na sobie ślady niedoprowadzonej do końca transformacji.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko pod nosem, kładąc się z powrotem.
Zły dobór sojuszników zawsze rodzi problemy.

Mężczyzna obudził się po długim wypoczynku. Uchylił powieki, nadal jednak słabo widząc na lewe oko, które okalała pokaźna opuchlizna. Amir odruchowo sięgnął dłonią w kierunku twarzy. Syknął cicho z bólu, przesuwając palcami po rozcięciach i sińcach. Cofnął rękę, przymykając na powrót powieki i łapiąc powietrze. Czuł dziwny ucisk na klatce piersiowej, jakby coś ciężkiego spoczywało na niej, utrudniając mu oddychanie. Słyszał jakiś dziwaczny szum, który wciąż był chyba efektem uderzenia w głowę. Dobrzy bogowie. Znów uszedł z życiem. Choć stwierdzenie, że udało mu się to cudem, byłoby w tym przypadku sporym nadużyciem. Udało mu się dzięki Nadimowi i podjętej przez niego decyzji. Amir wciąż był nią zresztą zdumiony. Szczerze mówiąc, nie przypuszczał, że potomek wilków narazi swoich pobratymców, żeby go ratować. A tym bardziej Amir nie chciał, by ten narażał sam siebie, odszukując żołnierzy i wskazując im miejsce ich pobytu. A jednak się udało. I jakby tego wszystkiego było mało…
Pocałował go.
Nie, to zdecydowanie nie był najbardziej naglący ze wszystkich problemów i zapewne nie powinien mu wcale zaprzątać głowy, w obliczu tego, że jego najlepszy przyjaciel, którego darzył skrytym uczuciem, nie tak dawno zdecydował się poświęcić przynajmniej kilkudziesięciu swoich rodaków, by go ratować, co z pewnością nie było wyborem łatwym, nie tylko ze względu na zasady moralne i więzy krwi, jakie łączyły Nadima z pozostałymi potomkami wilków, ale także ze względu na jego osobiste przekonania w pewnych kwestiach. Amir jednak nie był w stanie pominąć tego złośliwego szczegółu, który wciąż wkradał się do jego rozważań. Gdyby potomek wilków coś powiedział, jakoś zareagował… Nic nie zrobił. Jakby nic się nie wydarzyło. Istniała drobna szansa, że w obliczu tego całego chaosu, po prostu nie zauważył… Co było dość mało prawdopodobne, ale wydało się Amirowi chwilowo pocieszające.
Dopiero po dłuższej chwili rozmyślań, zdał sobie sprawę z tego, że ktoś jeszcze jest w tym pomieszczeniu. Uchylił powieki, słysząc czyjeś ciche kroki.
-Nadim…?- rzucił, nieco zachrypniętym głosem, zwracając głowę w stronę, z której dochodziły.
To jednak nie był jego kompan, a ta kobieta, która pomogła im wcześniej zająć się Devinem.
-Gdzie jest Nadim…?- zapytał ją mężczyzna.
-Potomek wilków…?- upewniła się, spoglądając na niego.
Skinął głową.
-Śpi. Prosił, bym go obudziła, gdy odzyskasz przytomność, panie.
-Proszę tego nie robić…- rzucił natychmiast Amir.- Niech wypocznie.
-Dobrze.
-A Devin…?
-Ma się znacznie lepiej, panie. Lekarstwa pomogły. Jest na dole. Również śpi.
-Dziękuję…- szepnął ledwie słyszalnie mężczyzna.
Kilka minut później, kobieta opuściła pomieszczenie, zostawiając go samego. Amir na powrót przymknął powieki, czując zmęczenie. Jego myśli krążyły swobodnie w głowie, jakby mężczyzna nie miał nad nimi żadnej kontroli. Pojawiały się na chwilę, by zaraz zniknąć, zastąpione przez nowe, czasem zupełnie błahe i nie pasujące do okoliczności. Cały czas odpychał od siebie jednak rozważania o tym, co myślał po tym wszystkim Nadim. Co czuł po tym, co uczynił. I po tym, co uczynił Amir… Reakcja potomka wilków nie wydawała mu się tak bardzo istotna, gdy sądził, że zaraz zginie albo przynajmniej dopuszczał taką możliwość. Teraz wydawało mu się to znacznie bardziej krępujące i zupełnie nie na miejscu, jak zresztą większość jego uczynków. I pomyśleć, że potrzebował znaleźć niemalże kata na samego siebie, by był zdolny wykrzesać z siebie ten gest… Tak, podejrzewał, że w innych okolicznościach, za nic nie byłby się w stanie zdobyć na coś podobnego. A teraz było już po fakcie. I liczył jedynie na to, że potomek wilków zapomni o tej sprawie, będzie udawał, że nic się nie zdarzyło. O ile,tak właśnie sądził. I, że nie zobaczy w jego oczach niechęci albo i gorszego uczucia, które mogłoby się zrodzić w jego towarzyszu, pod wpływem podjętej przez niego decyzji.
Spał przez kolejne kilka godzin, po czym obudził się znowu. Wciąż czuł się osłabiony, miał wrażenie, że całe jego ciało jest odrętwiałe. Podniósł się do pozycji siedzącej i przesunął z pewnym trudem na brzeg łóżka. Uniósł lekko rąbek koszuli, chcąc zlokalizować miejsce bólu, i dostrzegł sporej wielkości, siną opuchliznę, znajdującą się na brzuchu. Wstał powoli. W pierwszej chwili zakręciło mu się w głowie, ale chwilę później poczuł się lepiej. Przeszedł kilka kroków w tę i z powrotem. Dobra informacja – nie miał większych problemów z chodzeniem. Zła informacja – twarz bolała go nawet wtedy, gdy ledwie poruszył ustami. Drzwi do jego pokoju otworzyły się gwałtownie. Amir odwrócił się w ich kierunku, dostrzegając Nadima, który zmierzył go zdumionym spojrzeniem i zamknął pokój.
-Nie powinieneś wstawać z łóżka- stwierdził kategorycznie, podchodząc do mężczyzny.
-Czuję się dobrze- zaoponował Amir, a gdy jego towarzysz próbował chwycić go w pasie i odsunął się prędko.
-Nie sądzę.
-A ja sądzę, że jestem w tej kwestii lepiej poinformowany od ciebie, ale dziękuję za troskę- uciął człowiek, odchodząc jeszcze kilka kroków dalej.
Przez chwilę w sposób co najmniej idiotyczny udawał, że dostrzegł coś ciekawego na jednej ze ścian i wpatrywał się w nią z maniakalnym wprost uporem. Wziął głęboki oddech. Dobrze. Wciąż jeszcze istniała szansa, że nie zrobił z siebie totalnego kretyna i, że jego nieudolny pocałunek, został odebrany jako zwyczajny gest sympatii.
-Jak mogłeś zrobić coś tak niedorzecznego?!- wrzasnął na niego nagle Nadim, gdy tylko mężczyzna znów odwrócił się w jego kierunku.
Amir zamrugał, zdumiony.
-J… Ja…- bąknął, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
-Każesz mi być rozsądny! Każesz mi nie pakować się w kłopoty! Nie ryzykować! A co to twoim zdaniem było, co?! Mogłeś zginąć!- Amir nie był pewien, czy człowiek, który słyszy „mogłeś zginąć” powinien poczuć w tym momencie ulgę, by nie rzec wręcz radość, i czy jest to przejaw zdrowia psychicznego.- Narażałeś swoje życie! Zdajesz sobie sprawę z tego, co mogli ci zrobić?! I musiałeś z nimi dyskutować, musiałeś to robić, prawda…? Nawet nie zaprzeczaj, za dobrze cię znam!
-Byłem przekonany, że mnie zabiją, nie wiem dlaczego miałbym się ograniczać- odparł z pozorną obojętnością Amir.
Jego towarzysz chwycił go mocno za ramiona.
-Jeśli jeszcze raz zrobisz coś podobnego, to przysięgam, niech mój bóg, twoi bogowie i ich Fortis będzie mi świadkiem… Przysięgam, że… Że…- Nadim chyba nie był w stanie wystosować żadnej prawdopodobnej groźby, w obliczu czego, mężczyzna wpatrywał się w niego jedynie z czymś na kształt politowania. I z grymasem bólu, bo potomek wilków coraz mocniej wpijał paznokcie w jego ramiona.
-Nie żebym szczególnie narzekał, ale trochę mnie poturbowali…- zauważył subtelnie Amir.- Więc… Jeśli mógłbyś…
-Ach, tak. Przepraszam.
Potomek wilków cofnął się na chwilę, by zaraz na powrót przysunąć do mężczyzny. Potarł czułym gestem jego ramiona i zaraz objął go kurczowo, wtulając się w niego mocno. Amir uśmiechnął się mimowolnie, chwytając go jedną ręką w pasie i choć było mu wyjątkowo przyjemnie, nawet Nadim przyciskający się do jego posiniaczonego brzucha nie wydawał się w tym momencie najlepszym rozwiązaniem. Cieszył się jego bliskością przez chwilę, po czym odsunął się.
-Tak…- rzucił potomek wilków, nie ruszywszy się z miejsca i patrząc Amirowi w oczy, niemalże wyzywająco.- Teraz została chyba jeszcze jedna kwestia do omówienia.
Mężczyzna przełknął nerwowo ślinę.
-I proszę cię, nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię.
-Bo nie wiem- potwierdził natychmiast Amir, dopatrując się w tym swojej nadziei na wyjście z twarzą z całej sytuacji. Co prawda twarz miał cokolwiek pokiereszowaną, ale mniejsza z tym.- Byłem prawie nieprzytomny. Mogłem robić różne dziwne rzeczy, sam rozumiesz. Jeśli więc, zrobiłem cokolwiek niestosownego…
-Byłeś nieprzytomny i nie wiesz, co zrobiłeś, ale od razu się wypierasz…?- zironizował Nadim z pobłażliwym uśmiechem.
Człowiek poruszył się niespokojnie.
-Dobrze…- rzucił w końcu, siląc się na opanowanie, które przychodziło mu ze znacznym trudem, zważywszy na to, że serce zaczęło bić mu jak oszalałe.- Czy mówimy o sytuacji w której… w której położyłem swoje usta na twoich…?- upewnił się.
-Znam krótsze określenie, ale tak, można to tak określić- potwierdził Nadim, wyjątkowo czymś rozbawiony.
-Pamiętasz ten moment, kiedy już zrobiłem coś podobnego?- dopytał Amir.- Kiedy oberwałem strzałą, a później… Pocałowałem cię, później, tak właśnie…- dodał cokolwiek nieskładnie.- Pamiętasz?
-Owszem.
-Wiesz, dlaczego to zrobiłem?
Nadim pokręcił głową, jakby chciał dać Amirowi do zrozumienia, by to ten odpowiedział.
-Bo byłem ledwie przytomny. Kręciło mi się w głowie. Nie do końca orientowałem się, co się w ogóle dzieje. Czułem się osłabiony… Ty byłeś blisko… Źle wszystko zinterpretowałem… Postąpiłem nieco… instynktownie. Sam zresztą od tamtej pory wiesz, kto mnie interesuje… Teraz było podobnie. Miałem wrażenie, że mogę zginąć. Zrobiłem więc ostatnią rzecz, jaką chciałbym zrobić przed śmiercią- stwierdził, nim dobrze zastanowił się nad tym zdaniem.
-Och…- Nadim nie przestawał się uśmiechać.- Ostatnią rzeczą, jaką chciałbyś zrobić byłoby pocałowanie potomka wilków…? Zdaję się, że miałeś ich wokół siebie całą masę…
-I po co ta ironia?- zirytował się mężczyzna.- Dobrze wiesz, że chodzi mi o ciebie. To znaczy… O to, że jesteś moim przyjacielem- sprostował, aby wszystko pozostało jasne, a on pozostał wciąż tym samym asekuranckim tchórzem w kwestiach, zdawałoby się, najbardziej oczywistych.
-Więc gdyby na moim miejscu był Devin…
-Co?!- obruszył się natychmiast mężczyzna, nim jego towarzysz, wciąż uśmiechający się zresztą złośliwie, zdążył dokończyć.- Oczywiście, że nie! Do niego nie czuję tego, co do…- umilkł gwałtownie, odkaszlnął nerwowo i zaczął raz jeszcze- Tak właściwie, jak się czuje Devin…?
Nadim podszedł do niego parę kroków bliżej, po czym niespodziewanie, chwycił mężczyznę za kark, całując go mocno w usta. Nie była to z pewnością odpowiedź na pytanie Amira, choć nie to tak go zszokowało. Cofnął się odruchowo, w pierwszym momencie, kompletnie zaskoczony i jakby tego było mało, obolały, Nadim jednak nie oderwał się od jego warg, ruszywszy za nim. Mężczyzna uderzył plecami w jakiś mebel, zatrzymując się ostatecznie. Nie zważając zbytnio na ból, który przeszywał całą jego twarz, przy każdym  ruchu, instynktownie objął potomka wilków ramionami, przyciągając go do siebie i oddając pocałunek. Co prawda nie miał bladego pojęcia, o co właściwie chodzi i szczerze mówiąc, zaczynał się już zastanawiać nad tym, czy nie majaczy w gorączce, ale nie przeszkadzało mu to wcale całować swojego towarzysza żarliwie i namiętnie, jakby czekał na to całe wieki. No dobrze. Praktycznie rzecz biorąc, czekał na to wieki, choć raczej nie brał pod uwagę, by jego oczekiwania przyniosły TAKI rezultat. Język potomka wilków sprawnie prześlizgnął się przez jego usta. Nadim nieco nieuważnie ujął jego twarz, pogłębiając ich pocałunek. Amir jęknął cicho. Potomek wilków zreflektował się, cofając ręce i opierając je na biodrach mężczyzny, co właściwie też nie było szczególnie dobrym rozwiązaniem. Gdzie by bowiem Amira nie chwycić coś go kuło albo bolało, aczkolwiek człowiek zupełnie przestał zwracać na to uwagę, zatracając się w wargach kompana.
Aż w końcu Nadim odsunął się od niego. Uśmiechnął się lekko, chyba rozbawiony iście osłupiałym wyrazem twarzy towarzysza. Amir wpatrywał się w niego z rozdziawionymi ustami, oddychając płytko i słysząc ,niemalże, szaleńcze bicie swojego serca. Oczekiwał wyjaśnienia, jakichś słów wytłumaczenia, czegokolwiek, co rozjaśniłoby mu obecną sytuację. Nadim, który dotąd miłował się w całowaniu kobiet i to najlepiej wszystkich, które się wokół niego pojawiały całował… jego. Mężczyznę. Człowieka, co w gruncie rzeczy nie było już tak bardzo istotne. I Amir nie bardzo wiedział – co z tym wszystkim począć? Jak się zachować?
-Muszę iść- powiedział Nadim, po czym niespodziewaniem odwrócił się napięcie i ruszył w stronę drzwi.
-Że co?!- obruszył się donośnie mężczyzna i chyba ruszyłby za nim, gdyby nie fakt, że czuł się cokolwiek niepewnie na własnych nogach.
-Obiecałem Devinowi- Amir przysięgał sobie, że zamorduje go za ten złośliwy uśmieszek, gdy tylko odzyska siły.- Czeka na mnie- dodał potomek wilków, wzruszając niewinnie ramionami.- Zacznie się niepokoić.
Na litość bogów! Co Amira obchodził niepokój tego poety w takiej chwili?!
-A ty lepiej wracaj do łóżka- poradził mu jeszcze Nadim, otwierając drzwi.- Jakoś… blado wyglądasz. Porozmawiamy później.
Wyszedł z pomieszczenia.
Amir ruszył w kierunku posłania i opadł na nie, wciąż mocno zaszokowany.
Wsunął palce we włosy, przeczesując je nerwowo i podnosząc wzrok na sufit.
To była prawdopodobnie najbardziej dziwaczna i nieprawdopodobna sytuacja ze wszystkich, jakie przeżył u boku Nadima.

Jeśli kompan Amira liczył, że ten będzie w stanie zachować choćby względny spokój po tym, co się wydarzyło i odpocząć, to bardzo się mylił. Mężczyzna krążył długo po pomieszczeniu, a gdy poczuł się wyczerpany, położył się na łóżku, ale nie był w stanie zasnąć. Nie rozumiał, dlaczego Nadim nie przychodził. Co prawda potomek wilków nie powiedział, kiedy się pojawi. Ale gdy minęła pierwsza godzina, a później kolejna, Amir zaczął poważnie się niepokoić. Mógł, co prawda, zejść na dół i odnaleźć towarzysza, ale wolał, by to potomek wilków przyszedł i kontynuował to, co zaczął. To znaczy… Kontynuował ich rozmowę. O rozmowę chodziło, rzecz jasna. Amir nie miał bowiem zupełnie nic do powiedzenia. Odsłonił się przed nim całkowicie i Nadim musiałby być chyba kompletnym idiotą, żeby po jego reakcji nie domyślić się, jakimi uczuciami darzy go człowiek. Amir nie mógł być jednak równie pewien czegokolwiek. Niecierpliwił się i niepokoił coraz bardziej. A co, jeśli Nadim żałował…? Bogowie. A może Amir skłonił go w jakiś sposób do tego rodzaju działania? Nadim poczuł się zakłopotany, nie wiedział jak zareagować i… Nie, to głupota. Przecież to nie człowiek zaczął go całować. Więc dlaczego Nadim się tak zachował? Czuł coś do niego? Naprawdę? A może tylko sprawdzał? Może to był jakiś przejaw sympatii… Co prawda dość specyficzny, ale właściwie po Nadimie wszystkiego można było się spodziewać. A może… W głowie Amira rodziły się coraz to nowe pomysły. Czuł podekscytowanie, czuł lęk, niepewną radość i zdumienie jednocześnie. Uśmiechnął się sam do siebie pobłażliwie, gdy uświadomił sobie, że wpisałby się swoimi rozważaniami w rolę jakiejś, o bogowie, dziewoi, która zamiast przejść do działania, wzdycha i zastanawia się nad intencjami kochanka. Nadima. Nadim nie był jeszcze jego kochankiem. Bogowie! Nadim nie był w ogóle jego kochankiem! Co się z nim działo…? Przecież wcale nie wymagał od towarzysza podobnej reakcji. Wcale tego nie oczekiwał. Obawiał się tego, że zostanie odtrącony. A teraz nie dość, że tak się nie stało, to Nadim w jakiś sposób odpowiedział na jego uczucia. Chyba. Może. Któż to tam zresztą wie, co jego kompanowi chodziło po głowie! Tak czy inaczej, Amir chyba powinien poczuć ulgę. Albo wesołość. Albo po prostu powinien czuć się dobrze, a nie być przerażonym jak diabli, ilekroć myślał o tym, co się wydarzyło.
W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej niż wcześniej. Okna były szczelnie zasłonięte, ale Amir domyślił się, że nadeszła noc. Westchnął ciężko, wpatrując się w sufit. Nie przyjdzie…? Może się rozmyślił. Może spał. Może rzeczywiście chciał dać mu szansę, żeby wypoczął i wszystko sobie przemyślał. Też coś! Od jego wyjścia przemyślał sobie „wszystko” z jakieś sto tysięcy razy i tyle samo teorii opracował, więc byłoby bardzo miło, gdyby ten ogoniasty osobnik pojawił się tutaj i mu wszystko wyjaśnił. Najlepiej w miarę szybko i prosto, żeby Amir nie musiał zastanawiać się przez kolejne tysiąclecie, o co mu właściwie chodziło.
W tym momencie drzwi od jego pokoju otwarły się i ktoś wszedł do środka. Amir nie musiał długo spoglądać w kierunku postaci, która zatrzymała się tuż za progiem, żeby upewnić się, że był to Nadim. Usłyszał charakterystyczny szczęk.
-Zamknąłeś drzwi na klucz…?- zapytał zdumiony.
-Tak- potwierdził jego towarzysz, odkładając coś z brzdękiem na szafkę.
-A… A skąd go właściwie miałeś…?- dopytał mężczyzna, nieco nerwowo przełykając ślinę.
-Poprosiłem.
-Ach. Dobrze.
Nadim usiadł na łóżku. Mężczyzna podniósł się na przedramionach spoglądając wprost w jego błyszczące oczy. Widział lekki uśmiech błąkający się na jego twarzy.
O bogowie…
-Przyszedłeś porozmawiać…?- szepnął mężczyzna, gdy potomek wilków pochylił się w jego kierunku.
-Tak- odparł równie beztrosko jak i wcześniej Nadim.
-To świetnie…- odkaszlnął Amir.
I zaraz podniósł się zdecydowanie nazbyt gwałtownie, przez co poczuł nieprzyjemny ból w okolicach brzucha, chwycił potomka wilków za ramiona i przylgnął do jego warg. Nadim odpowiedział na ten pocałunek natychmiast, najwyraźniej nie będąc zaskoczonym. I, choć Amir nie ukrywał, że bardzo chciałby mu zadać parę pytań, ten rodzaj konwersacji również mu odpowiadał. Potomek wilków oderwał się na chwilę od jego warg, by wsunąć się do łóżka i położyć obok mężczyzny. Nachylił się nad nim ponownie. Amir opadł z powrotem na posłanie, obejmując potomka wilków wokół szyi. W ten sposób było mu zdecydowanie wygodniej. Wsunął język do ust Nadima, badając ich wnętrze i przejmując inicjatywę. Jego dłoń powędrowała wyżej, a palce wplotły się we włosy potomka wilków. Wszechogarniającą ciszę przerywały jedynie odgłosy ich pocałunków i ciche westchnienia. Nadim przesunął wargi na szyję mężczyzny. Człowiek odchylił głowę do tyłu, czując jego ciepłe usta, wędrujące po skórze. Jego dłonie przemknęły wzdłuż pleców potomka wilków. Chwycił za rąbek jego koszuli i zadarł ją do góry, niecierpliwie, nie chcąc czekać dłużej. Nadim przerwał na moment i podniósł się, by zdjąć z siebie górną część garderoby. Amir przełknął ślinę, przyglądając mu się z uwagą. Przez chwilę badał opuszkami palców jego tors, by zaraz przyciągnąć go z powrotem do uścisku. Ich wargi spotkały się ponownie. Nadim całował go mocno, rozpinając guziki jego koszuli. Mężczyzna oparł dłonie na jego biodrach, zatracając się zupełnie i zapominając o całym świecie. Uwielbiał go. Kochał. Zrobiłby dla niego absolutnie wszystko. Potomek wilków objął go w pasie, podnosząc lekko i podtrzymując, gdy zsuwał mu z ramion koszulę. Opadła gdzieś na bok, nieistotna i niewarta dostrzeżenia. Amir właściwie nie kontrolował już sytuacji. Całował kochanka, wodził dłońmi po całym jego ciele, nie mógł nasycić się jego bliskością… Parę sińców było chyba jednak tego warte… Uśmiechnął się na tę myśl, ale gdy zaraz uniósł lekko biodra, by otrzeć się o kompana i poczuł przeszywający ból w okolicach brzucha, natychmiast pożałował wcześniejszej myśli. Bolesny jęk stłumiły gorące wargi Nadima. Jego język wciąż penetrował wnętrze ust mężczyzny. Potomek wilków położył się na boku. Amir uczynił to samo i obaj przycisnęli się do siebie kurczowo. Złączeni w uścisku, ocierali się o siebie lekko. Amir wydawał  ciche westchnienia, powstrzymując się od każdej głośniejszej reakcji w obawie, że ktoś mógłby to usłyszeć. Gdy przesunął dłonie na pośladki Nadima i ścisnął je lekko, usłyszał wydobywający się z warg kochanka, charakterystyczny pomruk. Uśmiechnął się do siebie lekko. Zsunął z niego spodnie. Tym razem Nadim nie kłopotał się wielce i, w sposób cokolwiek gwałtowny, pomógł sobie stopami, by zsunąć z siebie nogawki i zrzucić zbędną część garderoby. Podczas gdy wargi potomka wilków zatrzymały się w okolicach obojczyka mężczyzny, jego dłonie spoczęły na rąbku jego spodni. Amir zresztą podejrzewał, że ten nie pozostanie mu dłużny. Sam w tym momencie chwycił za ogon potomka wilków, nieco zafascynowany. Nie mógł powstrzymać śmiechu, gdy przesunął wzdłuż niego palcami. Nadim potraktował to chyba jako pretekst, by ponownie wpić się w jego wargi, bo to właśnie uczynił. Potomek wilków szybko pozbył się pozostałej garderoby kochanka. Wziął jego męskość w dłoń, pocierając ją niespiesznie. Amir z trudem powstrzymał się od jęku. Powrócił dłońmi do pośladków kochanka i zaczął je na powrót masować. Pieszczoty Nadima nie trwały jednak długo. Oderwał się od ust kochanka i przetoczył go ostrożnie na drugi bok, znalazłszy się w ten sposób za jego plecami. Mężczyzna zerknął na niego przez ramię, czując, jak ten składa pocałunki na jego karku i plecach. Dłonie potomka wilków rozchyliły jego pośladki. Zacisnął mocno zęby. Głuchy jęk wydobył się z jego warg, gdy poczuł, jak kochanek w niego wchodzi. Wszczepił palce w pościel, z trudem zachowując milczenie. Nadim przywarł do niego mocno, przez moment nie poruszając się wcale. Chwilę później wykonał jednak powolny ruch biodrami. Zaciśnięte zęby Amira zgrzytnęły lekko. Cholernie bolało. Nie robił tego od bardzo długiego czasu, więc nie powinien się dziwić, w dodatku aktualnie bolało go niemalże wszystko, co też z pewnością nie ułatwiało sprawy, a poza tym Nadim, który lubował się głównie w kontaktach z płcią przeciwną raczej nie mógł mieć pojęcia o tym, jak przygotować go do czegoś takiego. Pominął jednak wszystkie te szczegóły, koncentrując się na chwili obecnej. Potomek wilków chwycił za jego męskość. Pieścił ją miarowo, w tempie, w którym poruszał się we wnętrzu kochanka. Amir słyszał jego ciche jęki i pomruki, które wzbudzały w nim jeszcze większe podniecenie. Przymknął powieki, czując rozchodzące się po jego ciele dreszcze rozkoszy, przemieszane z nieustępującym bólem. Przycisnął twarz do poduszki. W ciszy spotkały się ich przyspieszone oddechy. Urywane westchnienia, ledwie słyszalne jęki, szept… Nadim skończył pierwszy. Chwilę po nim doszedł jego kochanek, który natychmiast później przewrócił się na plecy. Oczy wciąż miał zamknięte. Poczuł, że Nadim układa się obok niego, obejmując go ramieniem. Ich dłonie natknęły się na siebie. Palce splotły w ciasnym uścisku.
Żaden z nich nie powiedział ani słowa. Amir nie miał już sił. Sen zmorzył go bardzo szybko, właściwie nim zdążył się zorientować.
Obudził się jednak w środku nocy. Słyszał szum wiatru i niesionych przez niego kropel deszczu. Chwilę później rozległ się donośny grzmot. Mężczyzna skulił się odruchowo. Nadim najwyraźniej również nie spał. Przycisnął człowieka do siebie.
Piorun uderzył gdzieś w pobliżu. Amir podskoczył w reakcji na huk. Przymknął powieki, uspokajając oddech i wtulając się w kochanka. I w tej właśnie chwili, uświadomił sobie coś, co może w istocie było jasne już od dłuższego czasu. Chciał z nim być. Niezależnie od tego, co okaże się rano. Nawet, jeśli usłyszy, że to, co się między nimi zdarzyło, było wynikiem ciekawości, szaleństwa, chwilowego zapomnienia czy nieporozumienia. Chciał z nim być. Chciał mieć go blisko siebie. Teraz i gdy już wrócą. A wizja powrotu przerażała go coraz bardziej. Może to był właśnie efekt zauroczenia. Miłości. Wrażenie, że cały świat kończy się i zaczyna na tej jednej, jedynej osobie. I, że bez niej wszystko jest gorsze. Pozbawione sensu.
Mężczyzna zacisnął mocno zęby, gdy usłyszał kolejny grzmot. Ale przecież wcale nie musieli wracać. Nie od razu. Przypomniał sobie ich rozmowę. Słowa potomka wilków, który mówił, że nie mają jeszcze wszystkich kryształów, że będą musieli wyruszyć ponownie. I, że nawet, gdyby je znaleźli… Nie muszą wracać od razu. Ta myśl wzbudziła w człowieku pewnego rodzaju nadzieję. No właśnie. Przecież nie musieli.
Kolejny grzmot. Amir wyobraził coś sobie mimowolnie. Wyobraził sobie, że błyskawica rozcina niebo na dwie części. I, że pomiędzy nimi tworzy się ogromna przepaść, dziura, która wciąga wszystko i wszystkich dookoła. Oprócz nich. Że zostają sami. Nie mają żadnych zobowiązań. Żadnego celu. Żadnego powodu, by czynić cokolwiek. Że jest z Nadimem i nie musi się przejmować, nie musi się martwić widmem narzuconego z góry obowiązku, odpowiedzialnością za czyny jakiegoś potomka wilków, nieżyjącego od stuleci, obowiązującymi ich rody normami i niepisanymi zasadami, których wszyscy, tak czy inaczej, musieli przestrzegać. Nic nie mogłoby ich wtedy rozdzielić. Ale w przepaści zniknęli też wszyscy inni. Ludwik. Hadrin. Canis… Ludzie, którzy byli mu drodzy. Których nie mógł zawieść. Nie mógł pozostawić, jeśli rzeczywiście groziło im bezpieczeństwo, bez względu na to, co czuł i czego rzeczywiście pragnął. Od zawsze istniały przecież sprawy ważne i ważniejsze. I nawet, jeśli coś ściskało go boleśnie za serce, ilekroć myślał o momencie, w którym będą musieli stawić czoła temu, co pozostawili daleko za sobą… Nie tylko ich rodom, ale i specyficznym emocjom, atmosferze… wiedział, że tak musi się stać. Najprędzej, jak to tylko możliwe.
-Nie możemy zwlekać- powiedział nagle, zupełnie tak, jakby Nadim mógł wiedzieć o czym myśli.
-Wiem- odpowiedział spokojnie potomek wilków, jakby rzeczywiście zdawał sobie z tego sprawę. Być może zastanawiał się nad tym samym…?
-Czekają na nas… Liczą, że nam się uda. Nie możemy ich zawieść.
-Wiem- potwierdził znowu potomek wilków.
Jego ostatnie słowo, nim obaj usnęli ponownie, mimo dźwięków burzy.
Prawdziwa burza była jednak dopiero przed nimi.

Łomotanie do drzwi. Amir syknął coś cicho pod nosem. I znów to samo. Uporczywe łomotanie. Uporczywy głos. W pierwszej chwili, nawet nie wiedział czyj. Kto ma taki diabelnie irytujący głos…? Ach, no tak… Któż by inny…
-Nadim!- rzucił Devin, dobijając się jak wściekły.- Nadim, jesteś tam…?
Potomek wilków zerwał się do pozycji siedzącej. Spojrzał na Amira. Obaj uśmiechnęli się do siebie lekko.
-Eee… Jestem, jestem!- odpowiedział natychmiast.- O co chodzi, Devin?
-Dlaczego drzwi są zamknięte…? A zresztą… Mieliśmy iść razem. Zapomniałeś…?
-Iść razem gdzie…?- zapytał cicho człowiek.
-Amir jest z tobą?!
-Tak, Devin, już idę!- odkrzyknął Nadim, chwytając za swoją koszulę i nakładając ją pospiesznie. Amir wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.- Musi rozchodzić nogę. Poza tym, uczę go strzelać z łuku…- wyjaśnił szeptem.
-Dlaczego nie mogę wejść...?- dopytywał się ze zdumieniem poeta.
-Bo Amir śpi!- odparł głośno Nadim.
Mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem, kręcąc głową. W takich warunkach, spanie wydawało się zajęciem wręcz niewykonalnym, ale Devin uspokoił się nieco po tej informacji, choć wciąż dopytywał, acz nieco ciszej, co się stało, że drzwi są zamknięte.
-Nie sądzisz, że powinniśmy porozmawiać…?- zapytał cicho człowiek.
-Mogę wziąć twoje spodnie…? Co? Porozmawiać?- Nadim spojrzał na niego ze zdziwniem.- To coś pilnego?
Amir parsknął cicho, unosząc brew.
-Zdaję się, że tak.
-O czym chcesz rozmawiać?
-O wczorajszej nocy.
-Wydawało mi się, że we wczorajszej nocy wszystko było jak najbardziej oczywiste…- Nadim uśmiechnął się lekko.
-Tak, ale…
-Mogę wziąć twoje spodnie?- powtórzył mężczyzna.- On strasznie się niecierpliwi…
-A jak sobie to wyobrażasz?!- parsknął z pobłażaniem Amir, natychmiast uciszony cokolwiek nerwowym gestem kompana, który przyłożył sobie palec do ust.- Przyjdzie tu ta kobieta, i co mam jej powiedzieć…? Że przylazłeś w nocy i mi je zabrałeś…?
Potomek wilków zaśmiał się lekko. Zajrzał pod łóżko, by zaraz z triumfalną miną wydobyć spod niego dolną część garderoby i wdział ją na siebie pospiesznie.
-Muszę iść- stwierdził.
-Nie rzucałbym się w oczy na twoim miejscu.
-Będę w pobliżu. A ty lepiej wypocznij.
Nadim uśmiechnął się raz jeszcze. Amir odpowiedział mu tym samym, choć nadal nie był pewien, co myśleć o tym wszystkim.
Nic nie było oczywiste.

Ominęli Pogranicze i ruszyli inną drogą. Devin kuśtykał nieco z tyłu, wsparty na kiju. Z jego nogą było już lepiej, ale poruszał się zdecydowanie wolniej, poza tym, wciąż go bolała, na co narzekał od czasu do czasu, podkreślając jednak, że nic nie boli tak bardzo, jak złamane serce. Poza tym, kij chyba mu się spodobał. Twierdził bowiem, że dodał mu powagi i tajemniczości. Amir nie mógł się z tym zgodzić, ale cieszył się, że poeta czuje się lepiej. O złamanych sercach pojęcie miał niewielkie i szczerze mówiąc nie był pewien, czy rzeczywiście mogą one konkurować w porównaniu ze złamanymi kośćmi chociażby. Już sam złamany nos czynił mu wiele problemów, a jakby tego było mało, po wczorajszej nocy, liczba obolałych części ciała zwiększyła się o jedną, w czym Nadim miał swój niemały udział.
-Więc…- Amir obejrzał się ostrożnie do tyłu, na Devina, który kontemplował piękno otaczającej ich natury i przeniósł wzrok z powrotem na kompana.- Możemy porozmawiać teraz?
-Nie bardzo rozumiem, o czym chcesz rozmawiać- przyznał Nadim.
-Chodzi o to… O to, co jest między nami…- wydusił z siebie nie bez problemów mężczyzna.
-Myślałem, że to jasne- parsknął cicho potomek wilków.
-Nie do końca.
-Więc co nie jest jasne?
-Właściwie to wszystko.
Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Przyjaciele! Przyjaciele, poczekajcie!- sapnął Devin, kuśtykając szybko do przodu, by ich dogonić. Amir zatrzymał się, litościwym wzrokiem mierząc biednego poetę, który wszedł pomiędzy nich, uśmiechając się szeroko. Spojrzał na Amira.- Nadal nie wyglądasz dobrze, przyjacielu…- stwierdził w sposób tak bardzo irytujący, że mężczyzna szybko przypomniał sobie, dlaczego większość czasu, jaki z nim spędzał, poświęcił na powstrzymywanie się od rękoczynów.- Bardzo mi przykro, że uderzyłeś się w twarz.
Interpretacja Devina była, co prawda, daleka od rzeczywistości, ale Amir celowo wybrał inne wyjaśnienie dla swoich obrażeń, by nie dostarczać mu nowych pomysłów na snucie dziwacznych historyjek i opowieści na ich temat, których zresztą posiadał całą masę.
-Bardzo mi przykro, że uderzyłeś się w głowę- wycedził przez zęby w odpowiedzi.
-W głowę?- zdumiał się Devin.- Skądże znowu, przyjacielu! Ta bestia zaatakowała moją nogę, upadłem, a później osłoniłem się ręką…
-Nie mówię o ostatnim zdarzeniu- odpowiedział złośliwie.
Poeta przyglądał mu się przez dłuższą chwilę z wyrazem błogiego niezrozumienia na twarzy, po czym uśmiechnął się pogodnie.
-Ach, przyjaciele!- westchnął melancholijnie.- Znalazłem się na skraju śmierci i dopiero teraz dostrzegam, jak cenne jest życie! Tyle jeszcze przed nami! Nigdy nie miałem tak wiernych druhów jak wy dwaj! Ale pojawiliście się wy i nagle wszystko zaczęło nabierać sensu! Już czuję zapach kolejnej przygody!
Amir parsknął niepohamowanym śmiechem. Nadim zaśmiał się rozbawiony.
-Z tobą pod ręką, żadne demony nam nie straszne…- zażartował potomek wilków.
Amir uśmiechnął się kwaśno.
Jasne, że nie.
Podejrzewał, że nawet nadludzka istota, mogłaby stracić siły, gdyby miała przebywać w towarzystwie Devina równie długo, co oni.

21 komentarzy:

  1. Anonimowy5:56 PM

    Tego sie nie spodziewalam... Boze Amir w koncu! I bylo warto oberwac. Ach Nadim i jego subtelnosc w stosunku, az mi sie szkoda Amira zrobilo, bo taki poobijany i w ogole, a tu jeszcze bolacy tylek. Nie uwierzysz ale przeczytalam opowiadania trzy razy od momentu w ktorym Nadim pierwszy raz go pocalowal. No nie moge i zaraz pojde czytac jeszcze raz! D: Normalnie jestes genialna i dla mnie, zreszta jak juz wspominalam, moglabys pisac tylko Chaos, to Twoje najlepsze opowiadanie. No i jeszcze ten poeta... Uwielbiam go i to jak go wykreowalas, jest genialny. Ach jak on dreczy sobą Amira. Chociaz by kurna mogl juz lezec i pozwolic spedzic kochankom poranek w spokoju, moze na pocalunkach czy cos.. No nic, ide czytac jeszcze raz! Weny Ci zycze, Moja Droga. jestes geniuszem w tej dziedzinie.
    Mikok.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nareszcie TO się stało. :DD Nie tylko ten stosunek, ale pocałunek, który powiedział tak wiele i Nadim wszystko zrozumiał, a potem przyszedł do pokoju i powiedział "tak". Jestem podekscytowana wydarzeniami jakie miały miejsce pomiędzy nimi.
    Fakt podczas zbliżenia Nadim nie był subtelny, nie potrafił zająć się kochankiem tak, aby Amira nie bolało (zawsze apeluję o nawilżenie w takich chwilach. Odbyt się sam nie nawilża), ale wszystko jeszcze przed nim, musi się wiele nauczyć.
    A ten spór pomiędzy ludźmi a potomkami wilków jest straszny. Ta całą nienawiść, ślepa wiara prowadzi to wielu tragedii. I tak jest w prawdziwym życiu. Nienawiść zaślepia, nie pokazuje prawdy i dzieją się okropne rzeczy.
    Cudny rozdział. :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy6:49 PM

    Od dzisiaj liczba "27" jest moją szczęśliwą liczbą. :D
    Rozdział jest super genialny. Nawet się tego nie spodziewałam. Od momentu, w którym Amir go pocałował siedziałam jak na szpilkach z przyśpieszonym sercem czytając co będzie dalej... i stało się! Zaraz przeczytam jeszcze raz, nie mogę się tym nacieszyć. ^-^
    Zgadzam się z Mikok, jesteś geniuszem. Też życzę weny i dobranoc!
    Hiss.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy8:57 PM

    Nareszcie się coś wydarzyło między Amirem i Nadinem *w*
    Kocham Cię <333333
    Zastanawia mnie jak będą wyglądały ich relacje po powrocie do domu.
    Może jestem dziwna ale chcę aby Amir był królem i Nadim zamieszkał z nim w zamku <3
    Ale do powrotu jeszcze długa droga xD
    Zastanawia mnie jakie będą teraz relacje między Nadinem a Amirem x3
    Mam nadzieję że gorące *3*

    Ogólnie rozdział 23 jest jednym z najlepszych ale scena ich zbliżenia mi się zbytnio nie podobała. Czegoś mi brakowało.
    No i zawsze sobie wyobrażałam Amira jako stronę aktywną a nie pasywną xD
    Ty jednak zrobiłaś na odwrót.

    Bardzo mi się podobało jak Nadim uratował Amira i człowiek pocałował potomka wilków a potem jak się obudził i ta cała rozmowa z Nadimem <333 Po prostu świetne.

    Z niecierpliwością oczekuję 28 rozdziału ^^
    Ach jakbym chciała go zastać już jutro xD Niestety wiem, że to niemożliwe gdyż tekst sam się nie napisze x3

    Tak więc pozostaje mi oczekiwać dwa tygodnie na ,,Chaos" (mam nadzieję, że będzie długi jak ten) a za tydzień ,,Theodore" tak?


    Pozdrawiam i życzę dużo weny
    Ai~chan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy9:45 PM

      Mnie brakowało czułości, dotyku, pieszczot całego ciała itp. I za krótkie to było :D:D:D

      Usuń
  5. Umarłam i wcale niespieszno mi zmartwychwstawać.

    Pijana początkowym pocałunkiem Amira, pijana dalszymi poczynaniami Nadima... Naprawdę rzuciłaś mnie na łopatki, aż słów brakuje - ot, czysta esencja radości! Musiałabym Ci tu tysiące emot nawrzucać, by pokazać, jak idiotycznie zadowolona jestem.

    DZIĘKUJĘ ZA NAJLEPSZY ROZDZIAŁ EVER
    <3

    OdpowiedzUsuń
  6. O mój Boże.
    Nareszcie! Nastawiłam się na to ,że Amir znowu się jakoś wywinie a tu proszę! Seks seks seks .
    Jestem w niebie.
    Świetny rozdział :) Aż się rozpływam...
    A Devin jak zwykle irytujący...
    Tylko mam nadzieję ,że Nadim nie powie Amirowi że to była zabawa czy cos takiego... to by było tak okrutne, a to nie w stylu Nadima.
    Pozdrawiam.
    Zawsze kochająca , Boginikokainy.
    Ps. Hehe czytając ten komentarz uświadomiłam sobie ze mam niefajny nawyk pisania "..." cóż... nie ukryję się przed tobą, zawsze będziesz mogła mnie poznać :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:43 AM

    O Boże, o Boże, O BOŻE!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy2:06 AM

    Ja cię zabiję. KOCHAM. UMARŁAM. Ja ....... AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! Nie mogę się wypowiedzieć... omfg... ! To jest... to... AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!
    Dobra, wdech, wydech... kocham cię. Pomnik. ty... złoto...
    Znaczy: postawię ci pomnik ze złota!
    Najgorętsza scena pocałunku ever! Myślałam, że się rozpłynę. A potem?! Nadim zamyka drzwi na klucz! Patrzę zdumiona na maxa! OMG! Nie... on nie może... OMG! On go całuje! OMG on w niego wchodzi! To jest... biedny tyłek Amira! Musi podszkolić Nadima! :D !!!!!!
    OMG! Nie wierzę w to, ale............ ONI TO ZROBILI! Czy ty wiesz, że przez następny tydzień będę czytać ten odcinek znowu i znowu?! Moje oczy oślepną!
    Aaaaa! Amiiiiiir <3 Nadiiiim! Kocham was najmocniej! <333333
    Pisz następny rozdział! Nadim pewnie uważa, że robiąc TO są parą...? Nie, zaraz... impossible xD To się nie meczuje z jego filozofią: przelecę laskę i BUM, koniec xD
    Mmmmm! Co to może znaczyć...!? Może.... I <3 U?!
    .... Zaraz.... Jestem pobudzona jakoś dziwnie... XD
    Co ty mi robisz, kobieto!
    Zaraz poczytam komentarze ludzi i dowiem się, czy tylko ja tak zwariowałam xD
    Pozdrawiam barrrrdzo gorąco <3
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  10. Nadim zdradził swoich pobratymców dla Amira, całował się z nim i kochał, najwyraźniej sprawiło mu to też dużą przyjemność - wydaje mu się, że nie musi już o tym rozmawiać z Amirem, bo swoje uczucia przekazał czynami. Tymczasem człowiek czeka na słowa...Na ostateczne potwierdzenie, że to miłość, że nic się nie zmieni, kiedy wrócą do ich krainy, że Nadim nie zostawi go dla jakiejś kobiety...Myślę, że w końcu się tego doczeka?
    Bardzo podobał mi się poranek po scenie miłosnej - żaden z nich nie był zażenowany tym, co stało się w nocy, a to dobrze wróży na przyszłość - żadnego uciekania przed prawdą, zaprzeczania...Teraz pozostaje nam czekać na subtelne gesty, czułości, wyznania i na kolejne, bardziej namiętne, sceny, gdy Nadim uczy się, jak sprawić przyjemność mężczyźnie, bo to przecież nie to samo co z kobietą... Nie czuję się nasycona, bo wiem, że może być między nimi jeszcze lepiej(liczę na to, że nas pod tym względem nie zawiedziesz, bo świetnie umiesz opisywać gorące sceny miłosne;P) i teraz jeszcze bardziej niecierpliwie czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  11. aaach, jestem zbyt uradowana, żeby cokolwiek sensownego sklecić. kiedy Amir pocałował Nadima to już nawet nie snułam nadziei bo założyłam, że znowu to się jakoś rozejdzie, ktoś im przeszkodzi, pokłócą się, stchórzą... a tu proszę ;D aż sama nie mogę uwierzyć ile szczęścia dał mi ten rozdział xD
    ale i tak chyba największym zaskoczeniem była dla mnie konfiguracja, do końca myślałam, że będzie odwrotnie ;p
    Pozdrawiam i dużo weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy9:50 PM

    WOW, trudno złapać oddech. I konfiguracja była ta co oczekiwałam. (:

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy10:02 PM

    Tak czułam, że po tym rozdziale Twoi wierni fani będą tonąć w zachwytach. :) Zdziwiłabym się, gdyby ktokolwiek jeszcze narzekał. Ze swojej strony gratuluję kolejnego świetnie napisanego odcinka. Wreszcie doszło do konfrontacji z innymi potomkami i wyjaśniła się zagadka ich wrogiego stosunku i agresji wobec ludzi. Byłam ciekawa, kiedy ta tajemnica zostanie odkryta, ale kompletnie nie spodziewałam się, że to własnie teraz, w tym odcinku. Sam początek, atak wilka i rana Devina, wcale nie zapowiadały, że nagle Amir i Nadim staną oko w oko z Potomkami. Lubię jak mnie w taki sposób zaskakujesz :)
    Pozdrawiam, Natalia.

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy8:45 PM

    Cóż, jak przeczytałam o pocałunku Nadima, mimowolnie wyrwało mi się głośne "nareszcie, cholera". Wspaniale napisane. Nie muszę chyba udowadniać, że był to najlepszy rozdział Chaosu, wyżej zamierzone komentarze udowadniają to dostatecznie. Czekam na wielki finał. D.

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy2:03 AM

    Ciekawi mnie, czy piszesz coś, prócz zamieszczanych tutaj opowiadań. Może jakoś powieść niezwiązaną z tematyką homoseksualizmu?

    Rozdział całkiem interesujący. Czyta się lekko i szybko. Idealna chwila relaksu.

    Pozdrawiam,
    Laura.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam kilka opowiadań, które nie były publikowane, ale wszystkie są raczej w tych samych klimatach.

      Usuń
  16. Nareszcie! Tyle czekałam na ten moment, ale warto było :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Anonimowy2:25 PM

    Ha, wiedziałam! Odkąd pojawił się wilk na początku rozdziału wiedziałam, że lada moment pojawią się również potomkowie wilków : ) Późniejsze słowa tej gospodyni tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Przyznam, że jestem trochę zaskoczona ich nastawieniem - myślałam, że bardziej entuzjastycznie zareagują na Nadima, w końcu to swój tyle, że z daleka. Dowódca wojska mówił, że potomkowie wilków mają kilka kryjówek, więc sądzę, że jeszcze kilka sztuk się ostało i zastanawiam się czy namieszają jeszcze w fabule. Może Nadimowi udałoby się przeciągnąć ich na swoją stronę : ) Kolejna ewentualna konfrontacja mogłaby wyjść ciekawie, to zbyt dobry motyw, żeby go bezpowrotnie zakończyć, także Silencio pewnie nas jeszcze zaskoczy.
    W każdym razie chciałam powiedzieć, że już długo czekałam na pojawienie się potomków wilków, obmyśliłam kilka możliwych scenariuszy, a Ty i tak mnie zaskoczyłaś : ) Oczywiście pozytywnie, bo rozdział bardzo mi się spodobał. Przede wszystkim ruszył mnie moment, gdy Nadim zdradził swoją ... hm, rasę? by ratować przyjaciela. Naprawdę w chwili obecnej to moja ulubiona scena z Chaosu : ) I jak to nie jest, cholera, miłość to ja już nie wiem co nią jest : )
    Amir jak zwykle w swej amirowatości perfekcyjny : ) Facet nie umie trzymać języka za zębami i oto są tego konsekwencje :D Ale tak na poważnie, jego dialog z bossem potomków wilków był bezbłędny.
    Bardzo podobał mi się również fragment, w którym Nadim zarzuca Amirowi, że nie stanął w jego obronie. Rany, miałam ochotę w tamtym momencie palnąć Nadima w łeb. Ale Amir go ładnie zgasił i się chłopaczyna ogarnął : )
    W ogóle ostatnio sobie zdałam sprawę, że Amir jest chyba moją ulubioną postacią ze wszystkich opowiadań, które czytuję. To jak się zmienił podczas wędrówki - może nie tyle zmienił, bo cechy charakteru zostały mu takie same (i dzięku bogu, nie zniosłabym sympatycznego i przyjacielskiego Amira!) ale to, że pod wpływem Nadima zaczął dostrzegać rzeczy, na które wcześniej nie zwracał uwagi.
    Ach, no i scena, na którą wszyscy czytelnicy czekali od dwudziestu sześciu rozdziałów : )
    Po pierwsze, scena pocałunku! Przez chwilę nie wierzyłam, że to się naprawdę dzieje, dopiero jak ten sam fragment przeczytałam po raz enty zapiszczałam z radości :D Wiedziałam, cholera, że jeśli coś ma w ogóle pójść do przodu to Nadim to zainicjuje, z Amira w tych sprawach wychodzi mały tchórz :D a Nadim jest niemożliwy! Amir będzie musiał go kultury nauczyć, nie wychodzi się z pokoju bez słowa po tym jak spontanicznie pocałuje się ukochaną osobę : ) Książe to się chyba niedługo nerwicy nabawi.
    Nie powiem, trochę się zdziwiłam, że od razu poszli do łóżka i to w takich niesprzyjających dla Amira warunkach, ale generalnie wyszło w porządku : ) Co prawda było dla mnie trochę za mało opisów uczuć Amira, a za dużo opisów suchych czynności, takie typowe tarcie mięsa o mięso :D ale byłam tak podjarana, że coś się w końcu dzieje, że na początku w ogóle nie zwróciłam na to uwagi : ) Ale nie narzekam, w ogólnym rozrachunku bardzo mi się podobało i teraz czekam z niecierpliwością jak chłopcy przejdą z tym faktem do porządku dziennego. Nadim chyba nie ma z tym większego problemu, ale Amir potrzebuje (i wcale mu się nie dziwię :)) i jeśli sobie tego ładnie nie wyjaśnią mogą być kłopoty.
    Zastanawiają mnie pierwsze zdania rozdziału. Demon znowu się uaktywnia?

    Czekam z niecierpliwością (już tylko tydzień!)
    Virus

    OdpowiedzUsuń
  18. Anonimowy2:55 PM

    z którego opowiadania pojawi się dzisiaj rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Anonimowy1:10 AM

    Wiedziałam! :D 27 to od urodzenia moja szczęśliwa liczba i znów się nie zawiodłam :D Ale aż takich fajerwerków to się nie spodziewałam :D
    Nie jestem w stanie sklecić normalnego komentarza, bo mam tylko ochotę krzyczeć (i obudzić współlokatorki): "Taaaaak!!!!! Nareszcie! W końcu! Amir! Nadim! Całowali się! I to jak! A potem... jasna cholera! Nadim na górze! Nadiiiiiim!" :D I ten szaleńczo radosny uśmiech na twarzy, że aż mnie policzki bolą :D Czekaliśmy aż 26 rozdziałów na ten 27, a w nim... poszło jak z płatka! Szybciorem! Dobrze, że tym razem żaden z nich się nie zawahał i nie zdezerterował.
    Rozdział wprost genialny! I ta akcja z potomkami wilków... Jak bardzo musiał się przemóc Nadim, żeby odrzucić rasową solidarność i uratować Amira..? Czy zrobił to bez najmniejszego wahania..?
    A Amir niby zawsze krytykuje towarzysza, że za dużo gada i sprzecza się z ludźmi, sprowadzając na nich kłopoty, a sam co zrobił? :D Oj, Amir, skarbie...
    A ty, Nadim, pogadaj z Amirem no! Dobrze ci radzę!
    (matko, przemawiam do postaci z opowiadania *łapie się za głowę*)
    Alys *absolutnie szczęśliwa i zakochana w Rozdziale 27*

    OdpowiedzUsuń