Strony

piątek, 5 października 2012

Rozdział 26 [Chaos]


Devina należało się pozbyć. Ten oczywisty, już od dłuższego czasu, wniosek, zmienił się w umyśle Amira niemalże w życiowy cel. Co prawda, różne sposoby na pozbycie się natręta przychodziły mu do głowy (ktokolwiek znalazłby się na jego miejscu, z pewnością by zrozumiał), jasnym jednak było, że należało się go pozbyć w sposób w miarę humanitarny i łaskawy. Więc Amir się starał. O bogowie, jak bardzo się starał! Mówił, nawet bardzo mało subtelnie, o tym, że Devin nie jest koniecznie mile widziany w ich gronie, co zaraz wywoływało protest u drugiego kompana, ale nawet i bez tego protestu – Amir wątpił, by przyniosło to jakikolwiek skutek. Devin bowiem, unosił się w fantastycznej krainie samych wspaniałości, pełnej idealnych ludzi, idealnych kochanek, idealnych istot i bogowie wiedzą czego jeszcze, ale z pewnością było to równie idealne, szlachetne i cudowne. Czasem na chwilę powracał do szarej rzeczywistości, zdołowanym głosem mówiąc o tym, że nie ma szans odnaleźć tej, której tak bardzo poszukuje jego serce i, że z tego powodu będzie zmuszony cierpieć okrutnie do końca swych dni, w „paraliżującej myśli i morzu samotności”. Zaraz jednak znów unosił się nad ziemią, śpiewając mniej lub bardziej rzewne pieśni albo układając tęskne wiersze, za każdym razem adresowane do innej, wyimaginowanej kochanki. Ale nie o to chodziło. Naprawdę. Amir bowiem odkrył w sobie coś, czego by się po sobie wcześniej nie spodziewał. On był w stanie tolerować poetów. Ba. Był w stanie tolerować ludzi nie do końca sprawnych umysłowo, ludzi oderwanych kompletnie od rzeczywistości, ludzi upierdliwych, nie znających umiaru i granic, ludzi gadatliwych (czego doskonałym przykładem był zresztą Nadim), a nawet ludzi nadwrażliwych. Kłopot jednak był w tym, że Devin łączył WSZYSTKIE te cechy. Amir nie miał pojęcia, jakim cudem ten nieszczęsny poeta, dożył swojego wieku, nie zginąwszy wcześniej ze swojej albo (co bardziej prawdopodobne) cudzej ręki!
Devin był uciążliwy pod każdym jednym względem. Jego opowiastki, przyśpiewki, gadulstwo, budzenie Amira o świcie... O, to było po prostu najlepsze! Tak, właśnie chwilę temu, Amir został w ten sposób zbudzony. Po raz kolejny zresztą, choć wcześniejszym razem udało mu się jakoś przysnąć. I wcale nie chodziło o to, że był na tyle leniwy, że nie chciało mu się wstać. Owszem, zazwyczaj i tak wstawał później od swojego towarzysza, ale gdy jeszcze na doczepkę pojawił się ten drugi...
Amir leżał wieczorem, usiłując zasnąć, pomiędzy dwoma gadającymi nieustannie głowami. Usiłował oczywiście uciszyć swoich kompanów, mniej lub bardziej subtelnie, efekt tego był jednak marny. Nadim i Devin, jakimś cudem, mogli rozmawiać ze sobą przez cały dzień, a wieczorem, gdy zbierali się do snu, i tak nie czuli zmęczenia, i nie wiedzieć zupełnie, w jaki cudowny sposób, WCIĄŻ mieli powód do tego, by ględzić! Amir nie był do czegoś takiego przyzwyczajony. O nie, nie. Czasem, to on rozmawiał z potomkiem wilków przed zaśnięciem. Dyskutowali o różnych rzeczach. Niekiedy się kłócili. Ale to jednak było inne. Naturalne. Ich. Amir lubił rzucać ciche: „Dobranoc”, co oznaczało zakończenie dyskusji, i słyszeć miłą odpowiedź potomka wilków. TYLKO jego. A teraz wdzierało się kolejne: „dobranoc”, a za nim szło jeszcze milion innych słów, rozpoczynających kolejny temat do niepotrzebnego i niczym nieuzasadnionego gadulstwa. Ten... Ten... Ten pożal się boże... poeta... zabierał Amirowi jego czas z Nadimem. Tak właśnie. Kradł mu przynajmniej połowę czasu, którą zazwyczaj Nadim i Amir spędzali na wspólnych rozmowach, wspólnym milczeniu, wspólnym CZYMKOLWIEK. Choć z pewnością była to więcej niż połowa, bo Devin był po prostu zbyt... Po prostu zbyt. Inaczej nie dało się tego określić i ktokolwiek nie znał Devina, ani kogoś podobnego jemu, prawdopodobnie nie był w stanie tego zrozumieć. Tak czy inaczej, Amir nie był zazdrosny. Amir był wściekły, że ktoś nagle wkradł się zupełnie znikąd w ich specyficzne relacje, w ich wypracowane poznawaniem siebie wzajemnym zachowania, zasady... Że ten ktoś, nie dawał mu nawet porządnie pospać, do diabła! I tak, wracając do tego nieszczęsnego zasypiania... Amir byłby w stanie przeżyć rozmowy, gdyby dotyczyły one poważnych tematów. Polityki. Pieniędzy. Wojen. Czegokolwiek, co istotnie miało jakieś znaczenie. Ale nie, nie. Jemu oczywiście trafili się dwaj towarzysze, którzy stąpali wysoko, w niebiosach i ich takie ziemskie sprawy nie dotyczyły. A więc o czym rozmawiali? O gwiazdach. O przesądach. O przypowiastkach. O wierszach. O legendach. O jakichś zmyślonych istotach. O wszystkim, co tylko w danej chwili, wydało im się najwyraźniej pozbawione sensu i jak najmniej logiczne. Amir nie mógł tego zdzierżyć. A gdy już jego kompani zasypiali, on wciąż nie mógł. Bo wtedy myślał. Myślał o tych wszystkich niedorzecznościach, o których nie mógł myśleć za dnia, bo skutecznie przeszkadzały mu w tym rozmowy Nadima i Devina.
-Oto jedzie pan bogaty... Spójrz na jego drogie szaty... W skrzyni perły i dukaty... Uśmiech jego – lodowaty...- zanucił całkiem donośnie Devin, doprowadzając leżącego kawałek dalej i odwróconego do niego plecami mężczyznę do szału.
Amir chcąc nie chcąc, zdecydował się podnieść, zdając sobie sprawę z tego, że zapewne i tak nie dane mu będzie wypocząć ani chwili dłużej.
-Oto jedzie pan wspaniały... Pierścień czarny i koń biały... Wszystkie się go ludy bały... Serce jego... jak ze skały...- podśpiewywał dalej Devin, na całe szczęście bez swojej lutni, nad której niespodziewaną utratą bardzo bolał.
Amir zerknął na niego z nieskrywaną niechęcią, zakładając na siebie górną partię garderoby, sprawdzając odruchowo, czy ma kryształy i raz jeszcze spoglądając na poetę, z równą niechęcią, co wcześniej. Tak naprawdę, mimo wielu argumentów, których mógłby użyć, by usprawiedliwić swoje nastawienie do nowego kompana, najistotniejszym wydawało się to, jak wiele czasu poświęca mu Nadim. Amira czasem szlag trafiał, właściwie zupełnie bez powodu, gdy spoglądał na idących kawałek za nim mężczyzn i gdy słyszał, jak dobrze się rozumieją. Momentami nie potrafił się powstrzymać przed rzuceniem jakiejś kąśliwej uwagi, czując, jak coś chwyta go za serce. I nie, nie, do diabła! Nie był zazdrosny! Nie chciał być zazdrosny! Po prostu, gdy myślał nad tym, jak dużo czasu zajęło jemu i Nadimowi wzajemne dotarcie się, dojście do porozumienia... A ten poeta pojawił się nagle znikąd i już... Do licha...
-Oto jedzie...
-Przymknij się!- warknął odruchowo.
Dopiero wtedy Devin zwrócił na niego uwagę.
-Och. Wstałeś już, przyjacielu- poeta uśmiechnął się serdecznie. Amir z trudem powstrzymał się od tego, by kąśliwie podziękować mu za tę zasługę.- Chcesz usłyszeć, co śniło mi się tej nocy.
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo już słyszałem...- wycedził przez zęby mężczyzna.- Kiedy opowiadałeś Nadimowi.
-I co sądzisz o tej łące...? Jak myślisz, co to oznaczało...?- dopytywał Devin, wpatrując się w Amira z wyczekiwaniem.
-Że powinieneś przestać.
-Przestać co?- zapytał bez zrozumienia jego kompan.
-Mówić...- warknął Amir.- Natychmiast.
Devin spoglądał na niego przez chwilę, wyraźnie usiłując znaleźć w tych słowach jakiś głębszy, być może wręcz mistyczny przekaz, jak to miał w zwyczaju, po czym uśmiechnął się raz jeszcze, wzruszył beztrosko ramionami i znów zaczął śpiewać.
Amir obszedł go szerokim łukiem i skierował się do niewielkiego lasku, przy którym się zatrzymali. Nie miał pojęcia, gdzie podziewał się potomek wilków, ale domyślał się, że nawet dla lubiącego gadać bez sensu i bez przerwy Nadima, towarzystwo Devina mogło być nieco uciążliwe. Ruszył w kierunku pokaźnej skarpy, którą odkryli wczorajszego dnia. Nagle, coś zeskoczyło z drzewa, które przed chwilą minął. Podskoczył gwałtownie, odruchowo chwytając za rękojeść broni i odwracając się w tamtą stronę.
-Nadim...- rzucił, widząc roześmianą twarz kompana.- Oszalałeś?!- prychnął, kręcąc potępiająco głową i zerkając do góry, po czym znów na towarzysza, w którego włosach tkwiło kilka liści. Uśmiechnął się mimowolnie.- Co ty tam właściwie robiłeś, co...?
-Oglądałem. Gniazdo- wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie człowieka.
-Chyba nie chcę wiedzieć...- westchnął ciężko Amir, ruszając dalej.
Nadim zrównał się z nim krokiem, idąc razem z nim.
-Widzę, że nawet ciebie męczy nasz poeta z bożej łaski...- mruknął ciut prowokacyjnie, spoglądając na twarz kompana z uwagą.
-Wcale nie- odpowiedział łagodnie tamten.- Po prostu poszedłem zapolować.
-Na gniazda?- Amir uśmiechnął się kwaśno.
-Na coś zjadliwego- poprawił go Nadim, nie przestając się uśmiechać.
-Niech będzie...- odkaszlnął cicho mężczyzna, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego znowu się zaczerwienił.
Dotarli do brzegu skarpy. Widzieli z niej znajdujące się w oddali miasta i mury tego najbliższego im. Widzieli też szczyty wyższych budynków i charakterystyczne, górujące nad wszystkim wieże, które Amir rozpoznał bez problemu, dzięki podarowanej przez diabła mapie.
-Ostatni zamek...- rzucił cicho Nadim.
Amir spojrzał na niego z uwagą.
-Tak...- potwierdził ledwie słyszalnie.- Tak, właśnie...
Ostatni zamek, ale przecież nie ostatni kryształ. Chociaż nie dało się ukryć, że mieli już większość. Nie zostało ich do odnalezienia aż tak wiele. Amir czuł nutkę niepokoju, gdy myślał o tym, co będzie, gdy uda im się zgromadzić wszystkie. I ten niepokój nie miał nic wspólnego z żadnymi demonami, ani innymi siłami nadprzyrodzonymi, bynajmniej. Raczej... Raczej z nimi. Z nim i Nadimem. Będą musieli wrócić do domu. A gdy tak się stanie... Amirowi raczej trudno było sobie wyobrazić, by mogli się normalnie spotykać, na płaszczyźnie towarzyskiej. Tęsknił za wujem i bratem. Tęsknił za nimi bardzo i pragnął ich wreszcie zobaczyć, ale gdy myślał o rozstaniu z Nadimem...
-Amir...- potomek wilków spojrzał na niego z uwagą, wyrywając człowieka z rozmyślań.- A tak właściwie, gdzie podziała się lutnia Devina...?
Amir nie mógł powstrzymać nieco zdradzieckiego uśmiechu.
-Skąd miałbym wiedzieć?- rzucił.
Było to bardzo nieudolne kłamstwo.
-Chyba obaj wiemy, że byłeś osobą, która widziała ją jako ostatnia...- zauważył z pełnym politowania uśmiechem Nadim.
-... I chyba obaj wiemy, że nie znajduje się już w jednym kawałku...- dopowiedział znacząco mężczyzna.
Potomek wilków parsknął śmiechem.
-Tak myślałem.
Stali przez chwilę w milczeniu, przyglądając się z góry kolejnemu celowi swojej wyprawy. Amir zerknął na kompana ukradkiem, napotykając jego spojrzenie. Uśmiechnęli się do siebie. Dziwnie, inaczej niż zwykle. Jakby niepewnie. Może potomek wilków też zastanawiał się nad tym, co będzie dalej. W końcu to, co razem przeżyli, w jakiś sposób połączyło ich na zawsze. Amir był pewien, że nawet, gdyby Nadim ciągle jawił mu się jako irytująca istota, która nie wiedzieć czemu, została do niego doczepiona na siłę, i tak pamiętałby o nim do końca życia, ze względu na ich przygody. Ale... Ale w jego przypadku, dochodziło do tego sentymentu coś jeszcze. Uczucie.
-Kiedy wyjdziemy z tego miasta, pójdziemy tam...- Nadim pokazał mu dłonią jakiś kierunek, ale Amir nie był w stanie się na tym skupić. Skinął jedynie głową.- Jeśli będziemy się kierować w tamtą stronę, wydaje mi się, że będziemy się powoli zbliżać do domu.
Mężczyzna spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Chcesz powiedzieć, że...- zawahał się przez chwilę.- Chcesz powiedzieć, że zatoczymy coś w rodzaju koła?- dokończył, choć zdecydowanie nie tak miało z początku brzmieć to pytanie.
Nadim skinął głową.
-Mhm. Tak mi się wydaje.
-Ach. No tak.
Cisza.
-Ale... Ale nie mamy jeszcze wszystkich kryształów...- zauważył Amir.
-Tak, właśnie!- podchwycił natychmiast potomek wilków.- Więc, jeśli nie uda nam się ich znaleźć, przecież będziemy musieli wyruszyć raz jeszcze.
-No... Tak...- potwierdził Amir, uśmiechając się lekko.
-A nawet, gdyby nam się udało je znaleźć... Przecież nie musimy... Nie musimy wracać... Tak od razu...- zaczął ostrożnie Nadim.
Mężczyzna spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie do końca wiedział, jak rozumieć te słowa. Jego kompan odkaszlnął cicho, skrępowany i odwrócił wzrok.
-Masz rację- zgodził się z nim Amir.- Nie musimy.
Splótł ze sobą dłonie, czując, jak jego serce zaczyna szybciej bić. Urojenia. Znowu urojenia. Nadim wolał kobiety. On wolał mężczyzn. Zasadnicza różnica, która sprawiała, że Amirowi tego rodzaju dziwactwa nie powinny przychodzić do głowy, ale nie wiedzieć czemu, ostatnio mimowolnie interpretował różnego rodzaju zachowania potomka wilków w ten właśnie sposób. A to chyba nie oznaczało nic dobrego. Prawdopodobnie to, że jego uczucie nie było chwilowe i nie wynikało z przywiązania. I prawdopodobnie to, że pogłębiało się coraz bardziej.
To nie był dobry znak.
-Tu jesteście!- usłyszał rozradowany głos Devina i aż jęknął głucho w duchu. Odwrócił się w jego stronę z kamienną twarzą.- Myślałem, że mógłbym wam w czymś pomóc, przyjaciele!
-Chcesz ze mną zapolować?- zaproponował mu Nadim.
-Nigdy nie polowałem...- przyznał Devin, wzruszając ramionami.- To znaczy, raz kiedyś, ale... To nie skończyło się zbyt dobrze, więc...
Amir uśmiechnął się kwaśno pod nosem, oszczędzając sobie komentarza.
-Chodź- nie ustępował potomek wilków.- Przynajmniej będziesz miał udział w dzisiejszym śniadaniu.
Devin uśmiechnął się lekko, skinąwszy głową.
Amir powiódł niechętnym wzrokiem za odchodzącymi mężczyznami.
Tak. Jednak był zazdrosny.

-Nie wyglądałeś mi na księcia.
Zbliżali się już do murów miasta, gdy Devin zechciał, z niewiadomej przyczyny, podzielić się z Amirem tą głęboką refleksją. Oczywiście, za sprawą opowieści potomka wilków, poeta został wdrożony nie tylko w kwestie pochodzenia Amira i ciążącej na nim odpowiedzialności, ale także w całą historię dotyczącą demona i kryształów. Co prawda ciężko było powiedzieć, ile z niej zrozumiał, bo nie wydawał się być szczególnie przejęty faktem, że dołączył do grupy, która, bądź co bądź, zadzierała z siłami nieczystymi. Chociaż może dla wiecznie rozmarzonego i unoszącego się kilka metrów nad ziemią Devina, stanowiło to normę.
-A na kogo ci wyglądałem...?- parsknął cicho Amir, nie będąc do końca pewnym, czy słowa nowego towarzysza odbierać jako komplement, czy coś zupełnie przeciwnego.
-Na... wojownika... Bez urazy, Amirze...- dodał natychmiast poeta, chociaż mężczyzna, wyjątkowo, nie miał najmniejszych powodów ani chęci do czucia się urażonym.- Tkwi w tobie taka... taka zwyczajność... Prostota. Nic w tym złego, bynajmniej!- zastrzegł natychmiast Devin. Amir uśmiechnął się jedynie pobłażliwie. Nie miał nic przeciwko byciu zwyczajnym. Ani normalnym. Przynajmniej stanowił dobry kontrast dla swoich towarzyszy.- Tak czy inaczej... Dziwi mnie to, że nie chcesz być księciem.
-Mnie też to dziwi- podchwycił natychmiast Nadim, który z niewiadomych przyczyn, lubił wałkować ten temat.
Amir westchnął ciężko.
-Nie chodzi o to, że nie chcę być księciem. Tylko o to, że nie chcę być królem- sprostował cierpliwie. Bycie księciem wcale mu nie przeszkadzało i samo w sobie mogło nawet stwarzać wiele możliwości, ale... No właśnie. Ale ograniczało go to, co było jeszcze daleko przed nim. Złożona na jego barkach powinność, która wcale mu nie odpowiadała i przekreślała wszystkie jego plany.
-Tego też nie rozumiem... Ale chyba tak to jest... Jeden, pragnący wyjątkowości i uznania, urodzi się w wiosce, gdzie cierpiał będzie męki, pogardzany wiecznie, i niedoceniany przez tych, którym człowieka owego niedane było zrozumieć...- westchnął nostalgicznie Devin, nie pozostawiając wątpliwości, kogo dokładnie miał na myśli.- A drugi, nie pożądając tego, dostanie wszystko za bezcen, i chwałę, i uznanie, i władzę, wszystko, o czym inny mógłby jedynie marzyć... Ach, ach...- poeta odetchnął kilka razy, przygasając na chwilę w swym rozżaleniu, by zaraz pełen rozmarzenia i tęsknoty, rzucić emocjonalnie- Ach, piękne księżniczki! Piękno godne bogów, choć zrodzone z człowieka! Serca mają gorące, dłonie pełne serdeczności, nieskalane pracą, lica gładkie, łona...
-Dobrze, dobrze, dobrze!- przerwał mu natychmiast Amir, zdecydowanie woląc zakończyć to wyliczanie na tym etapie. Devin wbił w niego pytające spojrzenie.- Nie wiem, jakich bajek się nasłuchałeś, ale mogę cię zapewnić, że to nie ma nic wspólnego z prawdą. Księżniczki nie są ani serdeczniejsze, ani piękniejsze od innych kobiet. Powiedziałbym, że są takie, jak wszystkie- dodał, wzruszając ramionami.
Inaczej jego brat związałby się ku uciesze arystokratów z którąś z ich córek, a nie ze zwykłą wieśniaczką.
-Chyba nie jesteś odpowiednią osobą, by to ocenić...- zauważył mało subtelnie Nadim.
Amir posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, chociaż szczerze wątpił, by Devin mógł pojąć jakąkolwiek aluzję, o ile wcześniej nie trzaśnięto go nią w łeb.
-Dobrze, że mam przy sobie specjalistę...- zironizował Amir, uśmiechając się z politowaniem.- Może zaproszę cię do zamku i wtedy sam to ocenisz...
-Nie byłeś nigdy w jego zamku?- zdumiał się niepomiernie Devin, oglądając się na potomka wilków ze zdziwieniem.
Ten posłał Amirowi ukradkowe spojrzenie i parsknął cicho:
-Nie. Pomijając wizyty oficjalne, oczywiście, że nie.
-Dlaczego?- poeta nic z tego nie rozumiał.- Przecież się przyjaźnicie.
-Ale wtedy się nie przyjaźniliśmy. Poza tym, jakbyś nie zauważył, to potomek wilków- rzucił znacząco Amir.
-Tak. Widzę. I co?
Amir jęknął głucho.
-Potomkowie wilków nie są w moich okolicach... zbyt mile widziani- dokończył po chwili wahania, siląc się na najbardziej dyplomatyczną odpowiedź i będąc świadom tego, że Nadim spogląda na niego cokolwiek surowo.
Devin pokręcił głową, bez zrozumienia.
-Dlaczego?- dopytywał.
-Ponieważ nie boimy się być inni- pospieszył z odpowiedzią Nadim, nie dając możliwości jej udzielenia kompanowi.- Wyglądamy inaczej. Mamy swoje wierzenia. Swoją kulturę. Nie chcemy być od nich zależni. To im bardzo przeszkadza.
-No i już wiesz, czemu ich nie lubimy...- mruknął Amir, przewracając oczyma. Spojrzał na potomka wilków, uśmiechając się prowokująco.- Są nadęci. I stale gadają o tym samym. Albo po prostu stale gadają. Na jedno wychodzi.
-Nadęci?! My?!
-Tak. Właśnie wy.
-Pierwsze słyszę.
-Powtarzam ci to już od dłuższego czasu.
-Nikt inny mi tego nie zarzucił.
-... Co świadczy jedynie o tym, że ludzie są bardzo dyplomatyczni i powinniście być im wdzięczni.
Devin przysłuchiwał się ich żartobliwej kłótni z taką uwagą, jakby rzeczywiście chciał zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Gdy zbliżyli się do bram miasta, usłyszeli czyjeś wołanie:
-Ej, wy! Tak, tak, wy!- starszy mężczyzna, siedzący na wozie zaprzężonym w dwie klacze, machnął w ich kierunku dłonią.- Podejdźcie, podejdźcie, prędko!
Amir zamierzał to zignorować, ale jego dwaj kompani, już ruszyli w kierunku tamtego. Mężczyzna westchnął ciężko, wlokąc się za nimi. Był uprzedzony do woźniców, od czasu, gdy jeden z nich zawiózł ich do tego „doskonałego” miasta. Był też uprzedzony do staruszek, starców, starych ludzi ogółem, do królów, królewien, osób związanych jakkolwiek z władzą, arystokratów, kapłanów, zwłaszcza lubujących się w zwłokach, kobiet, szczególnie tych skrzydlatych i... poetów. Tak, do poetów wyjątkowo.
-Wyglądacie na strudzonych!- rzucił woźnica, siląc się na współczucie, chociaż słabo mu to wyszło.- Ulżyjcie zmęczonym stopom! Wsiadajcie!- zaproponował, uśmiechając się wymuszenie.- Znam miasto, jak własną kieszeń! Nie jestem zdziercą, jak tamci...- skinął pogardliwie głową w kierunku dwóch innych, stojących kawałek dalej wozów.- Poza tym, jeden z nich okropnie cuchnie- dodał, krzywiąc się przy tym nieprzyjemnie.
-Dobrzy bogowie...- westchnął tęsknie Devin.- Nie czuję nóg...
-A, więc właśnie!- uradował się właściciel wozu.- Dokąd chcecie się udać?- dopytał, jakby mężczyźni już wyrazili zgodę na podróż.
-Nie wiem...- odparł poeta, wzruszając bezradnie ramionami i zastanawiając się nad tym chwilę.
-Może do gospody...?- zaproponował woźnica.
-Och, tak, do gospody!- zgodził się radośnie Devin.
Amir usiłował się wtrącić, ale w tym momencie odezwał się potomek wilków:
-Powinniśmy dostać się raczej w pobliże zamku.
-Zamek? Rzecz jasna!- mężczyzna uśmiechnął się szeroko.- Ładujcie się na wóz i...
-Zaraz, zaraz!- warknął Amir, unosząc dłonie i studząc nieco zapędy swoich kompanów, którzy chyba zapomnieli o całym świecie.- Nie wiem, czy nie zapomnieliście o pewnym drobnym szczególe, ale... Nie mamy pieniędzy. Ani trochę.
Devin i Nadim przystanęli nagle, jakby rzeczywiście im to umknęło. Woźnicy momentalnie zrzedła mina i zaklął wyjątkowo wulgarnie, nie siląc się już na żadne uprzejmości, które w tym momencie, wydały mu się najwyraźniej absolutnie zbędne.
-Proszę nam wybaczyć...- zwrócił się do niego Nadim.- Zaszła drobna pomyłka i...
-Tak, tak!- mężczyzna machnął obojętnie dłonią, prychając lekceważąco.- Wsiadajcie!
-Co?- zdumiał się Amir.
Devin aż zaśmiał się z radości, nie czekając na wyjaśnienia woźnicy i wspinając się na wóz. Potomek wilków uczynił po chwili dokładnie to samo, spoglądając z wyczekiwaniem na wahającego się kompana. Amir wszedł na wóz ostatni i nim usiadł, zwrócił się do mężczyzny:
-Zdaje sobie pan sprawę z tego, że nie będziemy w stanie zapłacić, więc... Dlaczego pan nas przewozi...?- zapytał, zdziwiony.
-Wy przynajmniej powiedzieliście mi to przed, a nie po fakcie!- odparł z wyraźną urazą tamten.- No i nie mam nic lepszego do roboty! Nie będę tu ślęczał całego dnia, o nie! Zamek mam po drodze, i choć nie uśmiecha mi się jechać tam akurat dziś, macie szczęście!- oświadczył im mężczyzna, popędzając konie i ruszając.
Chwilę później, minęli bramy miasta i znaleźli się wewnątrz niego. Na ulicach nie było zbytnich tłumów.
-Więc co...? Znowu gdzieś się przenosicie...?- mruknął woźnica, spoglądając przed siebie.
-Słucham?- zapytał bez zrozumienia Amir.
-Nie ty... Ten... Potomek wilków... Tak się nazywacie...?- dopytał niepewnie mężczyzna, ku zdumieniu Nadima.
-Byli tu inni potomkowie wilków?- podchwycił natychmiast tamten.
-Tu?- rzucił lekceważąco mężczyzna.- Może przez chwilę. Mówię, że się gdzieś przenosili. Całą grupą, ale większość unikała miasta. Przewiozłem kilku. Oni też nie mieli pieniędzy...- mruknął złowrogo pod nosem, po czym westchnął ciężko i zerknął przez ramię na Nadima.- Ty nie pochodzisz z Pogranicza...?
-Z Pogranicza...?
-Taki las, przy Wschodniej Monarchii. Największy w okolicy. Mieszkają tam podobno. Sprawiają chyba trochę kłopotów. Ja tam niewiele wiem- dodał, wzruszając obojętnie ramionami.- Mnie krzywdy nie zrobili.
Amir spojrzał na swojego kompana z uwagą. Nadim wpatrywał się przez dłuższą chwilę w woźnicę, jakby zamierzał zapytać o coś jeszcze, ale ostatecznie umilkł. Odwrócił wzrok, oglądając mijane przez nich budynki. Zagryzł wargę, zamyślony. Amir dobrze wiedział, jak bardzo interesowało go to, co przed chwilą usłyszał. Jednak w sercu mężczyzny zrodził się niepokój. Jeśli stamtąd pochodzili ci potomkowie wilków, o których słyszeli już w innych miejscach, to może lepiej trzymać się od nich z daleka.
-Więc...? Dokąd pielgrzymujecie...?- mruknął znów woźnica, chcąc najwyraźniej zacząć jakiś temat.
-Słucham?- powtórzył raz jeszcze Amir.
-Jest tu jakiś obiekt kultu?- zainteresował się natychmiast Devin.
Woźnica obrócił głowę tak gwałtownie, że aż coś zachrzęściło mu w karku.
-Jakie licho was niesie i skąd, że nic nie wiecie?- zapytał, marszcząc brwi.
-Z daleka- odparł lakonicznie Amir, uśmiechając się lekko.
-Najwyraźniej...- odparł ponuro tamten, spoglądając przed siebie.- To miasto żyje z pielgrzymów! Odwiedzali tą cholerną dziurę, gapili się na koronę, stado bezrozumnych debili! Niech ich szlag trafi! Całe szczęście, panowie, że nie jesteście stąd!- mężczyzna zerknął na nich z szczerą sympatią.- Bo kolejnych kretynów, zdzierżyć byłoby mi trudno! Ach, zresztą, pielgrzymi też już nie mają pieniędzy! W tych czasach, a w naszym mieście szczególnie, to już nikt nie ma pieniędzy! Zresztą, odkąd rządzą nami arystokraci...- woźnica machnął jedynie dłonią, nie dokańczając.
-Rządzą wami arystokraci...?- parsknął cicho Amir, uśmiechając się mimowolnie z politowaniem.
-Teoretycznie jesteśmy monarchią...- mlasnął z niezadowoleniem woźnica.- Jak wszystkie monarchie dookoła.
-Więc... macie króla?
-Opowiem ci coś, panie, bo zapewne i tak nie masz o tej historii bladego pojęcia...- zaczął wyjątkowo ponuro woźnica, zerkając na Amira przez ramię.- A więc ostatni król, który nami rządził... Święty król, jak o nim mówią...- rzucił z wyraźną kpiną mężczyzna, by zaraz urwać wątek i dopowiedzieć- Choć święty z pewnością nie był, tyle mogę wam powiedzieć, panowie, bo wy mnie za to nie zlinczujecie i nie zrugacie jak stado tych bezmyślnych fanatyków!- prychnął z pogardą.- Tak czy inaczej... Ten święty król... A choć zmarło mu się, gdy byłem w wieku młodzieńczym, ci bardziej rozsądni albo zwyczajnie mniej głupi, powiedzieli mi o nim to i owo, i mogę wam przysiąc, że świętego to było w nim niewiele... Ale mniejsza o to... Co ja to miałem... Ach, tak... Może zacznę od tego. Rządził nami, biedak i chyba sprawiało mu to trud, bo przez lud był średnio lubiany... Zresztą, musicie zrozumieć. Nie żyło się wtedy lepiej. Teraz też się nie żyje. NIGDY nie żyje się lepiej- dodał kategorycznie.- Bogatym zawsze żyje się dobrze, a biednym źle. Chyba, że biedni się cudownie wzbogacą, a bogaci, mniej cudownie zbiednieją, ale to inna sprawa. Tak czy inaczej, arystokraci już zaczęli mu się dobierać do tyłka. Wyczuli, że ludzie niezbyt ufają młodemu władcy i rozpuszczali o nim ohydne plotki, próbowali uczynić wszystko, by któryś inny ród mógł zająć jego miejsce, oczywiście każdy grał na własną korzyść... Tyle, że nasz król... którego zresztą za to cenię... choć nie był święty, to z pewnością był na tyle inteligentny, by to przewidzieć. I wymyślił, panowie, taką historię, że wszyscy rządzący powinni mu zazdrościć tego pomysłu. Otóż, teoretycznie król nasz ma być wybrany „z woli boskiej”, choć chyba każdy wie, że nie tak to się odbywa...- parsknął z politowaniem mężczyzna, kręcąc głową.- No ale król najpierw stwierdził, że słyszy głosy bogów. A to był tylko początek. Później ponoć zszedł do świata umarłych. I powrócił do żywych. Z tego świata, rzecz jasna. I nagle większość ludzi zapomniała, że źle im się żyło i rozradowała się bardzo na ten „cud”... Król bardzo szybko doczekał się nie tylko jednego nieadekwatnego miana. Jedni bowiem czcili go niczym świętego, inni przypisywali mu wręcz pochodzenie boskie. Arystokraci musieli się wycofać, wobec takiej reakcji społeczeństwa. Za to cenię tego zmarłego drania...- dodał z nutką sentymentu w głosie starzec.- Utarł im nosa jak mało kto! Bez żadnych wojenek, bez ucisków, niczego szczególnego! Poszedł, wymyślił jakiś plan... swoją drogą, chyba rzeczywiście, bogowie tylko wiedzą, jak mu się to udało... wrócił i zjednał sobie naraz większość tych, którzy byli mu drodzy. Problem jednak był taki, drodzy panowie, że o ile monarcha nasz zadbał o swój los, to o naszą przyszłość już nie bardzo. Zmarł bowiem dość szybko... I nie miał potomka. A arystokraci też wykazali się nagle wielkim sprytem. Sami wiecie, panowie... Jeden ród nie chciał dopuścić drugiego, porobiły się spory, ci protestowali, tamci również... Wymyślili więc, coś lepszego. Otóż stwierdzili, że kolejny król musi być godzien tego stanowiska. I, że musi przejść próbę, by udowodnić swoje boskie pochodzenie...- woźnica zaśmiał się głucho.- A do tamtej pory, oczywiście, władza będzie spoczywała... och, jakże nad tym boleli... w ich rękach! Banda zidiociałych idiotów!- warknął donośnie, wyraźnie poirytowany.- Owszem, przez te lata, trafiło się szaleńców od groma, którzy próbowali, ale jak możecie się domyślić, króla nie wybrano... I raczej się na to nie zapowiada.
-Co to za próba...?- zapytał z zainteresowaniem Nadim.
-Wasz król słyszał głosy bogów?- rzucił w tym samym momencie Devin, mocno tym tematem zafascynowany.
Woźnica zerknął na niego krzywo.
-Jasne, panie!- rzucił pobłażliwie.- Bogów, demonów... Co też sobie wybierzesz i co ci bardziej odpowiada! U nas ci wszystkiego pod dostatkiem! Powiem wam coś, panowie... Ja tam nie jestem zbytnio naiwnym człowiekiem, a i do wiary nie jestem skory... Nie wierzę w żadne pośmiertne powroty... W bogów zresztą też nie bardzo...- przyznał, nieco ściszonym głosem, choć trudno było podejrzewać, by ktoś prócz towarzyszących mu mężczyzn mógł go usłyszeć.- Ale wszędzie u nas znajdziecie legendy o wielkich bohaterach, kierowanych głosem dobrych i prawych istot...- powiedział z teatralnym przejęciem, a Amir spojrzał na potomka wilków z lekko pobłażliwym uśmiechem.- Aż się temu dziwię. Ja bym nie posłuchał, panie. Teraz, gdy dobro i zło są ze sobą tak blisko, jakby były jednym i tym samym? Gdy głos sprawiedliwości, rozsądku, przeplata się z podszeptami głupców i fanatyków? Sami ludzie są na tyle przebiegli, by ukrywać swoje intencje, a co dopiero jakieś tam... o, istoty!- mruknął, wskazując głową w kierunku nieba.- I wcale nie jest najgorsze to, że nie idzie ich rozpoznać, nie, nie... Najgorsze jest to, że to właściwie żadna różnica! Bogowie mi świadkiem, że zaczynam sądzić, że więcej na tym świecie dobrego uczyniły siły zła! I tak zawsze przegrywają, a ilu bohaterów wykreowały, ilu herosów wyłoniły, którzy bez nich byliby niczym...? A dobro? Phie, panie!- staruszek zaśmiał się litościwie.- Ktokolwiek się tym zajmował, strasznie spartolił robotę!
-Wspominałeś coś o demonach, panie...- zauważył Amir, na to jedno zwracając szczególną uwagę.
Starzec pokiwał głową.
-Ach, był taki jeden... król... Rządził trochę przed tamtym i raczej krótko... Do tego z kolei nie przemawiali bogowie, a... demon...- mężczyzna parsknął śmiechem.- On jednak nie mówił tego z rozsądku, a wprost przeciwnie. Z szaleństwa. Biedny wariat! Byłem dzieckiem, gdy rządził, moja matula jednak pewien czas służyła na zamku, więc coś tam wiem... Bredził coś, obłąkany, o jakichś propozycjach, o cudach, jakie mu obiecywała ta istota, zamknięta podobno w koronie i ponoć bał się jej okrutnie... Też mi coś!- zachichotał starzec.- Gdyby jakieś demony istniały i rzeczywiście oferowały coś wyjątkowego, pewnie nie wahałby się długo! Nikt by się nie wahał! Ale on się zabił i tyle z tego wszystkiego dobrego, że nie męczył innych swoim szaleństwem.
-Ja wierzę w bogów- wyznał Devin, choć nikt go o to nie pytał. Gdy jego słowa pozostawione zostały bez komentarza, zarówno ze strony towarzyszy, jak i woźnicy, zawahał się przez chwilę, po czym postanowił kontynuować- Wierzę też, że przemawiają do ludzi. Jak można w nich nie wierzyć, widząc tyle cudów dookoła...? Widząc ten błysk, który odbija się w kobiecych oczach...?- westchnął tęsknie, a Amir skrzywił się z lekką irytacją. Nadim wyrwał się z zamyślenia i uśmiechnął, wpatrując w poetę z serdecznością i rozbawieniem.- Niewiasty wywodzą się od pięknej bogini, która zstąpiwszy niegdyś na ziemię, zechciała stworzyć istotę przeciwną mężczyźnie, uformowaną z czystej urody, czystej dobroci, czystego uroku i...
Woźnica parsknął donośnym śmiechem, który nawet dla niedomyślnego Devina zabrzmiał chyba mało przyjemnie i aprobująco.
-Co cię tak rozbawiło, panie?- zapytał, autentycznie zdziwiony.
-Zakochany jesteś, co, młodziaku?- zagadnął go litościwie starzec, wciąż chichocąc pod nosem.
-Bynajmniej- odparł poeta, kręcąc głową.
-A więc chcesz być zakochany.
-Któż by nie chciał?
-Ja- odparł stanowczo woźnica, zerkając ukradkiem na szczerze zdumionego Devina.- Nie chcę i już się nie zakocham. Za stary na to jestem. Na szczęście.
-Ośmielę się nie zgodzić...- zaczął poeta, uśmiechając się uprzejmie.- To nie kwestia wieku, a uczuć. Wrażliwości. Gorącego serca, które nauczone pragnąć tego, co z pozoru nierealne, wciąż dąży do tego, by spotkać tę idealną. Tę, która nauczy je wszystkiego od nowa. Wytyczy nowe ścieżki. Sprawi, że wszystko inne straci na znaczeniu i...
-Młody jesteś i głupi, panie- przerwał mu kategorycznie starzec, kręcąc głową z wyraźną dezaprobatą. Devin wbił w niego zdezorientowane spojrzenie, najwyraźniej nie wiedząc nawet, jak zareagować na ten bezmiar okrucieństwa, jakim było wyrywanie go z jego świata marzeń.- Ale to w tym wieku normalne, więc można ci wybaczyć... Posłuchaj więc tego, co mówi ci starszy: kobiety to same kłopoty. I wierz mi, tak jest, nie inaczej!- stwierdził z pełnym przekonaniem woźnica.- Byłem ja w twoim wieku i wiem jak to jest z tym... gorącym sercem...- dopowiedział niepewnie, po czym machnął lekceważąco ręką.- … czy czymś tam innym! Nieważne! Podkochiwałem się w pięknej dziewczynie, bogowie... jeśli istnieją... ta to rzeczywiście była jak bogini! Miała na imię Magnolia, białą skórę i włosy czarne jak heban...- jakiś sentyment wkradł się w głos starca, gdy o tym mówił.- Uwielbiałem ją! Najpierw skrycie, przez lata dzieciństwa, później całkiem otwarcie, jako jeden z jej pretendentów! Och, piękna to była panna! A jaka świadoma swojej urody! Tu się uśmiechnęła, tamtemu podała dłoń, tu wystawiła nóżkę, dobry boże! Głupcem byłem sądząc, że zwróci swoją uwagę akurat na mnie, choć tak mi się wtedy zdawało... Wspólne spacery i jej uśmiechy, niby bez znaczenia, a dla mnie tak znaczące... Wtedy rzeczywiście, człowiek do reszty traci głowę...
-I co było dalej?- zapytał Devin, wyraźnie zaintrygowany.
-Jak to co?- parsknął starzec, jakby wyjaśnienie było oczywiste.- Wyszła za młodego szlachcica! Mieszczanka! A to się wcale często nie zdarza... Ale ona umiała zadbać o swoje interesy. Nie chciała być niczyją kochanką. Za to bardzo chciała pieniędzy, więc on, żeby zdobyć to, czego chciał, musiał wpierw dać coś od siebie... My raczej nie mieliśmy szans... Ja w szczególności...- woźnica uśmiechnął się lekko.
-Przykro mi- skwitował te słowa poeta.
-Phie! A to czemu?- zdumiał się niepomiernie jego rozmówca.- Ja tam czuję się szczęśliwy! Owszem, z początku, gdy się dowiedziałem, chciałem zapić się na śmierć z żalu, ale później...- parsknął śmiechem, kręcąc głową.- Później miałem lepsze rzeczy do roboty, niż martwienie się miłostkami, ot co! I ostatecznie wyszedłem na tym na dobre, bo jak teraz widzę, panie, moich rówieśników, co żyją z tymi zrzędami, muszą się z nimi męczyć, słuchać ich marudzenia... Jasne, żona może się przydać... Do tego i tamtego... Ale uczucia nie są trwałe! Pewnie gdybym dziś spotkał moją Magnolię... jeśli jeszcze żyje... nawet bym jej nie rozpoznał, nie wspominając o tym, że jej uroda i cała reszta uroku, dawno przeminęła... Posłuchaj więc, mojej rady, młodziaku. Z kobietami postępuj roztropnie. Nie trzymaj się od nich z dala, bo to niemożliwe. Ale nie wiąż się na stałe. Chyba, że to konieczne. A poza tym, poużywaj trochę życia, zanim osiwiejesz z jakąś marudną babą...
-Jak możesz tak mówić, panie!- Devin wydawał się mocno obruszony radą mężczyzny.- Kobiety to najcudowniejsze istoty pod słońcem! Twory godne samych bogów czy innych istot, równie potężnych i doskonałych co one!
-Diabłów- dopowiedział starzec, chichocąc złośliwie.
-Bynajmniej!- zaprotestował natychmiast poeta, z taką miną, jakby podle go urażono.- Poza tym, uważam, panie, że gdybyś spotkał swą dawną miłość, uczucia wróciłyby natychmiast! Miłość leczy wszystkie rany! Życie bez niej jest niemożliwe.
-Nie jest- odpowiedział stanowczo woźnica.
-Muszę się nie zgodzić...- rzucił subtelnie Devin.
-Nie jest.
-Ależ owszem, jak najbardziej.
-Nie jest.
-Ależ tak.
-Nie.
-Ależ... Ależ tak, jak najbardziej.
-Nie.
-Tak.
Woźnica zerknął przez ramię na Devina i rzucił po raz ostatni, dobitnie:
-Nie. Nie jest.
Amir ledwie powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, gdy zobaczył minę poety, który sprawiał wrażenie zdezorientowanego. Devin, chyba nie do końca odnajdując się w tym sporze, umilkł ostatecznie, po trosze zakłopotany, po trosze zdenerwowany.
Mężczyzna, nie przestając uśmiechać się ciut złośliwie pod nosem, odruchowo przeniósł wzrok na Nadima i spostrzegł, że ten przygląda mu się z uwagą. Uśmiechnął się więc i do potomka wilków. Nadim odpowiedział mu tym samym, po czym odwrócił wzrok. Kąciki jego ust zadrżały lekko, jakby i jemu chciało się śmiać.
Im bliżej zamku się znajdowali, tym bardziej ulice były zatłoczone. W pewnych miejscach tak, że przewożący ich mężczyzna, musiał zatrzymywać konie i odganiać z drogi zmierzających w jakimś kierunku ludzi, którzy spoglądali na niego dość niechętnie, by nie rzec, że wręcz wrogo, zapewne nie do końca zadowoleni ze słów, jakich wobec nich używał. Kawał drogi dalej, nawet odganianie nie mogło przynieść żadnego efektu. Nie napotykali bowiem wędrujących mniejszych lub większych grup, ale całą gromadę ludzi, którzy nie poruszali się, ale stali w miejscu, gromadząc się licznie nieopodal bramy zamku. Starzec zatrzymał wóz, wzruszając bezradnie ramionami.
-Wiedziałem, że tak będzie...- mruknął, poirytowany.- Myślałem, że już skończyli...
-Co się dzieje?- zapytał Nadim.
-Idioci karmią idiotów... Nasza arystokracja przemawia- wyjaśnił po chwili woźnica, widząc pełen niezrozumienia wzrok potomka wilków.- Idźcie zobaczyć, jeśli chcecie... I tak nie ruszymy stąd, dopóki oni się nie ruszą...
Amir zeskoczył z powozu. Jego towarzysze uczynili to samo, stając obok mężczyzny i spoglądając w kierunku, w którym zwróceni byli zebrani. Było ich tak wielu, że nie sposób było ani dojrzeć, ani nawet dosłyszeć, kto przemawia i co mówi. Po chwili dość niecierpliwego wyczekiwania, Amir ruszył do przodu, przepychając się przez znajdujących się przed nim ludzi. Nie zwracając zbytnio uwagi na marudzenia i protesty odepchniętych czy niezbyt subtelnie wyprzedzonych, zmierzał na sam początek tłumu, ciekaw przyczyn tego całego zgromadzenia. Nadim i Devin wlekli się tuż za nim.
-... byłby to niewątpliwie początek... i choć bogowie jedyni... zaświaty...- tylko urywki zdań wypowiadane przez czyjś donośny głos, dochodziły do uszu mężczyzny.
Im bliżej bram się znajdował, tym wyraźniej dostrzegać zaczął jakiś podest, czy też podwyższenie, na którym znajdował się przemawiający. Chyba trzymał coś w dłoniach.
-... więc jeśli pojawi się ktokolwiek godzien tej korony... Z tej czy innej krainy... Urodzon tutaj czy przybyły nagle... Biedny czy bogaty... Niechaj ma odwagę pojawić się tu któregoś dnia i zabrać głos, podejmując się próby, która...
Amir ruszył dalej, gdy nagle poczuł okropny ból w okolicach szyi. Nie zdołał nawet krzyknąć, czując, jak sznurek na którym zawieszony był woreczek z kryształami, zaciska się mocno, odbierając mu oddech. Stracił na chwilę równowagę, omal nie upadając. Nadim zareagował jednak szybko. Rozciął sztyletem sznurek, chwytając woreczek, który drżał gwałtownie w jego rękach i zakrywając go prędko. Niektórzy z ludzi, którzy stali nieopodal, spojrzeli w ich kierunku, ale ze względu na stały ruch, nikt nie zwrócił na nich większej uwagi.
-Dobrze się czujesz...?- zaniepokoił się Nadim, wpatrując się w towarzysza z uwagą.
Amir pokiwał głową, biorąc kilka głębszych oddechów i pocierając szyję. Otrząsnął się po chwili, uświadamiając sobie to, co właśnie miało miejsce. Podniósł się na palcach, spoglądając w stronę przemawiającego, który znajdował się kilkanaście metrów przed nim.
-Demon uwięziony w koronie...- szepnął cicho.
Ten, który mówił do tłumu, kimkolwiek nie był, trzymał w rękach królewską koronę właśnie. Obok błyszczących jasno w świetle słońca klejnotów, w jednym, wyżłobionym w niej miejscu, znajdował się bardzo charakterystyczny kamień. A przynajmniej charakterystyczny dla Amira.
-Co takiego?- zdumiał się potomek wilków.
-Kryształ. Jest w koronie- wyjaśnił Amir.
-W koronie?!- powtórzył Nadim, spoglądając na towarzysza z niedowierzaniem.
-Tak, w koronie!
-Jak, u licha, go zdobędziemy?!
Amir nie odpowiedział, przypominając sobie fragmenty opowieści woźnicy i jednocześnie przysłuchując się dalszej części przemowy:
-A więc, gdy z tłumu wyjdzie odważny i sam nazwie siebie „królem”, przeszedłszy próbę, otrzyma tę koronę... Wtedy królestwo nasze zakwitnie na powrót. Do tej pory my, usłużni poddani, zmuszeni jesteśmy czekać na pojawienie się tego, który dorównuje niemalże bogom...
I w tych słowach, Amir znalazł rozwiązanie, którego szukał. Nie pytając o nic, nie mając o tym bladego pojęcia, ani nie dając sobie choćby chwili do namysłu – po prostu rzucił się do przodu. Przedarł się przez najbliżej stojący, twardo pilnujący swych miejsc tłum i dotarł niemalże do samego podestu, zatrzymany wcześniej przez kilku pilnujących przemawiającego strażników. Jednak to wystarczyło, by zwrócił uwagę tego, który mówił. Umilkł bowiem, wpatrując się w Amira ze zdziwieniem.
-Ja mogę być waszym królem- stwierdził donośnym głosem Amir. Stojący najbliżej niego ludzie, zareagowali dziwnym odgłosem, będącą mieszaniną podekscytowania i potępiania niemalże. Spoglądali zresztą w jego kierunku w podobny sposób.- Ja mogę być waszym królem!- wykrzyknął tym razem mężczyzna, wzbudzając już znacznie szersze zainteresowanie.
A później wszystko potoczyło się szybko. Amir nawet nie zdążył się zorientować, gdy dwaj strażnicy, za poleceniem przemawiającego, wepchnęli go do karocy, w której siedział jeszcze jeden z mężczyzn. Brama do zamku została otwarta i karoca ruszyła, nim mężczyzna zdążył zaprotestować. W samym progu, znowu ktoś chwycił go i odprowadził do jakiegoś pomieszczenia.
-Co wy wyrabiacie?!- wrzasnął wreszcie wściekle, wyrywając się z uścisku potężnych dłoni, które doprowadziły do na miejsce.
Jeden ze strażników spojrzał w jego kierunku z pobłażliwym uśmiechem, drugi zareagował zupełną obojętnością. Do pokoju wszedł niski mężczyzna, w bogato zdobionej szacie, zmierzył Amira badawczym spojrzeniem, rzucając ciche:
-Trzeba poczekać.
-Nie zamierzam na nic czekać!- odparł impulsywnie mężczyzna.- Zostali tam moi przyjaciele! Muszę do nich wrócić!
-Trzeba poczekać- powtórzył starzec, przyglądając się Amirowi z zaciekawieniem.
Strażnicy opuścili pomieszczenie razem z nim, zamykając je od drugiej strony. Amir nie miał żadnego wyboru. Z początku krążył niecierpliwie po sporej wielkości pokoju, swym wyposażeniem przywodzącym mu na myśl gabinet Ludwika, ale gdy minęło już sporo czasu, zaczął się denerwować jeszcze bardziej. Łupnął kilka razy w drzwi, krzycząc, by ktoś mu otworzył, ale i to na nic się zdało. Wreszcie oparł się o ścianę, wsunął palce we włosy i oddychając ciężko, zaczął zastanawiać się nad tym, w co on właściwie się wpakował.
Drzwi otworzyły się po kilku godzinach.
Do gabinetu wszedł elegancko odziany, łysawy jegomość, w średnim wieku. Kazał strażnikom zaczekać za drzwiami i zamknął je za sobą.
-Co to ma w ogóle znaczyć?!- warknął z poirytowaniem Amir.- Dlaczego mnie tutaj trzymacie?!
-Przykro mi, że potraktowano pana w taki sposób...- poinformował go tamten, uprzejmym tonem.- Mieliśmy drobny kłopot. Proszę usiąść.
Amir zajął miejsce po jednej stronie biurka, arystokrata usiadł po drugiej, uśmiechając się w niezbyt szczery i cokolwiek pobłażliwy sposób.
-Muszę się z kimś zobaczyć- poinformował go Amir, spokojniej niż wcześniej.
-Obawiam się, że w tym momencie to niemożliwe- odpowiedział tamten, nie przestając się uśmiechać.- Musi pan zrozumieć, że pańskie nagłe pojawienie się, sprawiło nam małą niespodziankę... Ludzie lubią takie niespodzianki, lubią je aż za bardzo. Niedobrze byłoby, gdyby nasz kandydat na króla, został, zupełnie przypadkiem, uduszony tudzież stratowany, nim zdążylibyśmy go sprawdzić, czyż nie...?
Amir nie odpowiedział, przyglądając się swojemu rozmówcy z uwagą.
-Dlaczego przerwał pan ceremonię?- zapytał arystokrata, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
-Słyszałem, że szukacie króla- odpowiedział Amir w sposób, który można byłoby uznać za bezczelny.- Więc jestem- dodał, uśmiechając się kwaśno.
-Wobec naszego króla mamy... szczególne wymagania...- zauważył szlachcic.
-Słyszałem, że nie macie żadnych. Prócz tego, że musi posiadać... rzekomo... boskie zdolności...- odparł mężczyzna.
-A pan, rzecz jasna, takie posiada?
-Co to za próba?- zapytał Amir.
-Nie wie pan?- jego rozmówca wyglądał na szczerze zdumionego.
-Nie jestem stąd- wyjaśnił lakonicznie mężczyzna.
-Cóż... To duża odwaga, decydować się na coś, czego skutków nie jest się w stanie przewidzieć... Lubię odważnych ludzi...- dodał tamten.
-Żadna władza ich nie lubi- parsknął z politowaniem Amir.
Arystokrata zmrużył oczy, a na jego usta ponownie wstąpił uśmiech.
-Zależy jakiego rodzaju jest to odwaga...- odpowiedział, w zamyśleniu.
-Co to za próba?- powtórzył uparcie Amir, oczekując odpowiedzi.
-Dowie się pan jutro. Wtedy też się odbędzie... Niedobrze byłoby, gdyby nasz... odważny, niedoszły król, zniechęcił się zbyt szybko, prawda...?
Amir milczał. Jego rozmówca posłał mu jeszcze jedno, jakby rozbawione spojrzenie, po czym podniósł się z miejsca i podszedł do okna, wyglądając na ulicę.
-Ceremonia zakończona, a pod zamkiem nadal gromadzą się tłumy... Nie dzieje się tak pierwszy raz, choć dawno już nie zgłosił się nikt, gotów udowodnić swoją boskość... Może dlatego, że nikomu wcześniej się nie udało...- dodał prowokująco arystokrata, zerkając ukradkiem na Amira.
-Słyszałem o jednym, któremu wyszło- odparł twardo mężczyzna.
Szlachcic wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i chyba chciał powiedzieć coś na ten temat, ale zaraz pokręcił jedynie głową, przywołując uśmiech na twarz i spoglądając na Amira z uwagą:
-Nie jesteś szaleńcem. Ani głupcem. Więc co tu robisz?
-Chcę korony- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir.
-Pragnienie władzy zwiodło już niejednego... Szczególnie tak gwałtowne i nieprzemyślane...- zauważył z politowaniem arystokrata. Wrócił do biurka, opierając się o nie dłońmi i wpatrując w Amira.- Ja też nie jestem stąd... Urodziłem się we Wschodniej Monarchii... W moich stronach mawiało się, że szaleństwo i nierozwaga jednych, szczególnie pokazane publicznie, skłania pozostałych do posłuszeństwa i zależności...
-A w moich stronach mawia się, że człowiek wierzący w jedną bzdurę, bez problemu uwierzy w kolejną...- odpowiedział lodowato Amir, nie spuszczając ze swojego rozmówcy chłodnego spojrzenia.- Wszystko zależy od tego, która bzdura będzie aktualnie wygodniejsza...
Szlachcic zaśmiał się głośno.
-Nasze społeczeństwo samo tka absurdy, nie potrzebuje do tego nikogo innego...- stwierdził z politowaniem.
-Ale potrzebuje dobrego obiektu- zauważył Amir.
-Jeśli to jest twój sposób na dojście do władzy, wiedz, że wybrałeś złą drogę... O czym przekonasz się zresztą jutro...- poinformował go arystokrata, ruszając niespiesznym krokiem w stronę drzwi.- Dziś ugościmy cię tak, jak należy ugościć ewentualnego króla... A jutro...- rozbawiony uśmiech pojawił się na wargach szlachcica.- A jutro skończysz tak, jak ewentualni królowie kończą...

Chaos. Tylko tym jednym słowem, Amir był w stanie opisać to, co działo się na ulicach, gdy wyjeżdżał z zamku, siedząc w karecie, w otoczeniu dwóch strażników, którzy pilnowali go nieprzerwanie od wczorajszego dnia i jakiegoś nieznanego mu zupełnie szlachcica, który ciekawie wyglądał przez okienko, po czym łypał ukradkiem na Amira, uśmiechając się pod nosem. Amir widział ludzi, którzy usuwali im się z drogi albo stali z boku, obserwując ich przejazd. Część z nich wręcz szła równo z nimi, co nie było trudne, bo kareta raz po raz musiała się zatrzymywać, a gdy już ruszała, jechała wolno. Woźnica uspokajał płochliwe konie. Różne okrzyki docierały do uszu mężczyzny. Podróż trwała.
Amir nie wiedział, na co się porwał, w swojej pierwotnej, przewrotnej odwadze i tak jak powiedział ten arystokrata, nie mógł nawet przewidzieć konsekwencji swojego wyboru. Gdziekolwiek by jednak nie zmierzał, był pewien, że wiozą go do jakiegoś publicznego miejsca. Ale co, u licha, mogą mu nakazać uczynić...? Nie wiedział, gdzie jest Nadim. Nie udało mu się wydostać z zamku, nie udało mu się niczego dowiedzieć. Miał tylko nadzieję, że potomek wilków nie wpakował się w żadne tarapaty, usiłując go odszukać.
Przejazd zajął im bardzo dużo czasu. W pewnym momencie, wyjechali poza miasto, a następnie zatrzymali u podnóża niezbyt stromego wzgórza. Amir wysiadł z karocy, wypychany przed jednego ze strażników. Obaj mężczyźni pochwycili go za ramiona i zaczęli prowadzić w górę. Arystokrata został w karocy. Za nimi, na górę, wspinali się kolejni ludzie, wbijając w Amira uważne spojrzenie. Mężczyzna czuł się coraz bardziej zaniepokojony. Wpakował się w coś poważnego i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Wątpił, by arystokraci łatwo skłonni byli oddać władzę w czyjeś ręce. Ale musiał zdobyć fragment kryształu, a to była jedyna droga. Do tej pory miał dużo szczęścia. Bardzo dużo szczęścia. Albo pomocy bogów, gdyby słuchać bredni Nadima. A to, rzeczywiście była okazja jakich niewiele. Prawie jak przeznaczenie. Choć może, o ironio, Amir po raz pierwszy zbyt szybko zdecydował się na coś tak nieprzemyślanego. I może tu właśnie szczęście się kończyło.
Wzgórze było niewielkie. Ludzie stali w okręgu, odizolowani od centrum przez strażników. Amir został wprowadzony do środka. Rozległy się okrzyki i pomruki, część spoglądała na niego z zachwytem, część z nadzieją, inni wbijali w niego złowrogie spojrzenia, krzywiąc się przy tym, spluwając i klnąc głośno. Coś przyciągnęło tutaj tych wszystkich ludzi, i o ile Amir był w stanie zrozumieć tych, którzy wierzyli w jego ewentualną boskość, intencje pozostałych były dla niego niezrozumiałe. Czekało już na niego kilkunastu arystokratów, w tym ten, z którym wczoraj przemawiał i który nieoficjalnie stał się chyba liderem pozostałych. Oprócz tego, na miejscu znajdował się też kapłan, w charakterystycznym, obrzędowym stroju.
-Minęło już siedemset trzydzieści dni, odkąd pojawił się ostatni pretendent do tronu...- zaczął głośno przywódca arystokratów. Amir zauważył coś, na co wcześniej nie zwrócił uwagi. Na środku, trochę przed kapłanem, znajdował się sporej odległości głaz. Spojrzał w tamtym kierunku, nieco zdumiony, wciąż nie rozumiejąc, na czym będzie polegała ta próba.- Teraz pojawiła się dla nas kolejna nadzieja i kolejny odważny, który zdecydował się oddać swoje życie bogom...
-Oszust! Oszust i nędzarz!- rozległy się skądś gniewne okrzyki, poparte zaraz kolejnymi, pełnymi niechęci wrzaskami. Tym wrzaskom sprzeciwiły się zaraz następne i tak zapanował okropny rumor, który przez dłuższą chwilę uniemożliwiał przemawiającemu kontynuowanie.
-Nie bądźmy tak szybcy w osądach...- rzucił z nutką złośliwości arystokrata, choć trudno było oczekiwać, by ktokolwiek z obserwujących go usłyszał.
Amir spojrzał na niego ukradkiem, pełen niepokoju.
-Oddamy głos naszemu kapłanowi!- krzyknął szlachcic, gdy lud nieco się uspokoił.
Duchowny podszedł kilka kroków do przodu, omal nie wywracając się, przez własną, przydługą szatę. Odkaszlnął kilkakrotnie, otwierając trzymaną w dłoniach, pokaźną księgę i rozejrzawszy się krótko po zebranych, odczytał pełnym dramatyzmu głosem:
-Był siedemnasty dzień wiosny, początek trzeciego miesiąca, gdy Erysus, król nasz umiłowany i święty, zebrał swych najbliższych doradców i przemówił do nich tymi słowy: „Od kilku nocy nawiedza mnie ten sam sen. Bogowie, jakby to było na jawie, przemawiają do mnie, wskazując mi miejsce za miastem. Mówią, że znajdę tam wzgórze, a na tym wzgórzu głaz. Życzą sobie, bym go odszukał i wtedy dowiem się, co czynić dalej”.- znajdujący się najbliżej ludzie, umilkli zupełnie, słuchając słów kapłana z napięciem i oczekiwaniem. Amir wpatrywał się w zamarłe w wyrazie skupienia twarze, pełen niedowierzania.- Wśród doradców króla, byli i ci, którzy zlekceważyli te słowa i radzili monarsze zapomnieć o nich, i ci, którzy w śnie dopatrzyli się przekazu bogów. Miłościwy nasz król, wysłuchawszy opinii, zdecydował się jednak podążyć za głosem ze snów, który nakazał mu udać się na to wzgórze. Tak też uczynił. Zabrał zaufanych ludzi, i zgodnie ze wskazówkami, odnalazł za miastem wzgórze. A na wzgórzu spoczywał głaz. Król nie wiedział, co dalej czynić. Ale nagle przemówił do niego głos piękny i subtelny, który rzekł mu: „Każ im odsunąć ten głaz”. I kazał król odsunąć głaz tym, którzy z nim przybyli...- kapłan odkaszlnął raz jeszcze, po czym rzucił donośnie- Odsuńcie głaz!
Kilku strażników, z wielkim trudem, przesunęło ogromny kamień, ukazując pokaźnej wielkości dziurę. Ludzie znajdujący się najbliżej, zaczęli naraz modlić się, płakać i wykrzykiwać tyle rzeczy, że Amir choćby chciał, nie były w stanie zrozumieć tych słów.
-Ukazało się królowi wejście...- kontynuował kapłan.- A z niego doszły uszu najukochańszego monarchy okropnie dźwięki – płacz, krzyki i boleść tych, którzy błagali o litość. A także potworne ryki bestii...- Amir nie słyszał, by z dziury dochodziły jakiekolwiek odgłosy. Słyszał ich za to, aż nadto, dookoła.- I poznał król, że były to bramy do zaświatów. Powrócił do zamku i tam, w snach, znowu spotkał się z bogami, którzy powiedzieli mu: „Przybędziesz do nas. Przejdziesz przez wrota i znajdziesz się w naszym świecie. Powrócisz stamtąd, by dać dowód prawdziwości naszego istnienia i odtąd nikt, nigdy, nie będzie miał odwagi w nas wątpić”. Król nasz, mający serce odważne, zgodził się natychmiast. Kazał wszystko przygotować. Poinformować lud. Przejście zostawić otwarte dla tych, którzy pełni niewiary w jego intencje, chcieliby sprawdzić to samodzielnie. Aż wreszcie przyszedł dzień próby. Król nasz, by dać dowód i świadectwo tego, co przeżył, zgromadził ludność wokół wrót i wskoczył do środka, nie żegnając się z nikim. A gdy nie powrócił tego wieczora, ogromna rozpacz zapanowała na ulicach. Trzy dni miłościwy nasz król ucztował z bogami, a dnia czwartego, pojawił się nagle u bram miasta i śledzony wzrokiem tych, którzy nie dowierzali, wątpili i mieli nadzieję, dotarł do zamku...- kapłan zamknął księgę, rozglądając się po twarzach arystokratów i zawieszając na chwilę wzrok na Amirze.- Tym samym król nasz dał nam wzór tego, jak powinniśmy postąpić, wybierając jego następcę. I od tej pory korona czeka na godną jej głowę. Dziś zebraliśmy się tu po to, by sprawdzić pretendenta.
-Amir!- z tłumu wyrwał się pełen wściekłości okrzyk.
Mężczyzna bez problemu rozpoznał głos swojego kompana, przez dłuższą chwilę bezowocnie szukając go wzrokiem pośród zebranych. Zaraz jednak zobaczył go po drugiej stronie. Nadim szarpał się ze strażnikami.
-Puść mnie!- warknął potomek wilków, usiłując wyswobodzić się z uścisku mężczyzn.- Puść mnie, do licha! Amir!- zawołał raz jeszcze.
-Zostawcie go!- rzucił natychmiast mężczyzna, biegnąc w tamtym kierunku.
-Co ty wyrabiasz?!- krzyknął w jego kierunku Nadim, wpatrując się w niego bez zrozumienia.- Chcesz dać się zabić?!
-Zachowaj kryształy i idź dalej- poradził mu pospiesznie Amir, ściszonym głosem.- Skoro on wrócił, to mi też się uda. Obiecuję.
-Że co?!- potomek wilków chyba nie rozumiał z tego ani słowa.
Amir nie miał czasu na dłuższe wyjaśnienia. Został przywołany przez arystokratę. Stanął bliżej wyżłobionego w ziemi otworu. Obejrzał się po raz ostatni na Nadima, przełykając nerwowo ślinę. Szlachcic mówił coś przez chwilę. Potomek wilków wciąż krzyczał w jego kierunku. Amir zrobił krok do przodu, później kolejny. Chwilę później, pośród wszechogarniającej wrzawy, poczuł jedynie, jakby ktoś pchnął go – dość lekko, ale wystarczająco, by ten zachwiał się i wpadł do otworu. Znalazł się w jakimś tunelu, skierowanym w dół i gładko wyżłobionym. Usiłował wbić palce w otaczającą go ziemię i zatrzymać się czy choćby zwolnić, ale nie był w stanie tego uczynić. Krzyknął mimowolnie, mając wrażenie, że traci kontrolę nad własnym ciałem. Chwilę później, tunel po prostu się urwał. Amir wypadł z niego, uderzając bokiem o twarde podłoże. Jęknął z bólu, chwytając się za ramię i zdał sobie sprawę z tego, że leży obok czyichś rozkładających się zwłok. Odruchowo przeczołgał się na bok, natrafiając na niewielką kałużę. Rozejrzał się dookoła. Było ciemno, ale zorientował się, że znajduje się w jakiejś jaskini. Panował chłód i wszędzie unosił się nieprzyjemny zapach wilgoci. Słyszał uderzające o wodę krople, które skapywały z góry. Uniósł wzrok, spoglądając na tunel, który go tutaj przywiódł, i który chyba zapadł się pod wpływem czasu. Mężczyzna chciał się podnieść, ale w tym momencie usłyszał czyjś krzyk. Ktoś inny wypadł z tunelu z dużą szybkością, lądując na tym samym miejscu, na którym wcześniej wylądował mężczyzna. Amir dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, kto to taki.
-Nadim?!- rzucił, pełen niedowierzania, podchodząc do kompana, który upadł na plecy.
Potomek wilków uniósł się na przedramionach, po czym podniósł się powoli do pozycji siedzącej i potarł potylicę, sprawiając wrażenie, jakby nie do końca wiedział, co się wokół niego dzieje.
-Co ty tu robisz?!- krzyknął Amir, autentycznie sparaliżowany jego widokiem.
-Skoczyłem... Za tobą...- bąknął Nadim, nie do końca przytomnie.
-To widzę, ale... Dlaczego?!
-Nie chciałem, żebyś był sam.
Amir aż parsknął z niedowierzaniem. To była zdecydowanie najgłupsza odpowiedź, jaką mógł otrzymać na tego rodzaju pytanie!
-Ale są takie chwile, kiedy mężczyzna musi być sam! Na przykład... Na przykład kiedy wpada w jakąś cholerną dziurę, prowadzącą rzekomo do zaświatów!- warknął z poirytowaniem Amir, przyglądając się wstającemu kompanowi.- Coś ty sobie do diabła myślał?!- ofuknął go, autentycznie przerażony i wściekły jednocześnie.- Oszalałeś?! Gdzie się podział twój instynkt samozachowawczy?!
-Ja oszalałem?!- Nadim najwyraźniej szybko wrócił do formy, posyłając Amirowi pełne pretensji spojrzenie.- Nawet mi nie powiedziałeś, co ty wyrabiasz! Wyrwałeś się nagle, na tym placu, pobiegłeś do przodu, a później nie mogliśmy cię znaleźć! I nagle dowiaduję się, że zamierzasz pretendować do roli króla i pozwolić się zabić...?- potomek wilków prychnął, kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Nie chciałem się zabić, tylko zdobyć koronę!- stwierdził z nutką irytacji Amir.- Wydawało mi się, że to jedyny sposób...- co wcale nie oznaczało, że zamierzał wciągać w to wszystko Nadima. Od początku nie miał żadnej pewności. Od początku tylko czynił założenia. Ryzykował. Sam, do diabła, sam!- Ale po co nam kryształy, skoro obaj wylądowaliśmy tutaj?!- warknął na poruszonego towarzysza.- Razem z nimi?! Bo zapewne nie pomyślałeś nawet o tym, żeby...
-Nie mam kryształów- przerwał mu spokojnie Nadim.
-... Nie?- zapytał ze zdumieniem mężczyzna.
-Nie- potwierdził potomek wilków.
-Więc kto je ma?
Nadim odchrząknął cicho, nie odpowiedziawszy od razu. Amir wpatrywał się w niego ze zmarszczonymi brwiami. Potomek wilków zerknął na niego ukradkiem, po czym odwrócił wzrok i przyznał cicho:
-Dałem je Devinowi.
-Dałeś je... ŻE CO?!- wrzasnął Amir, łapiąc się za głowę.- Już lepiej byłoby, gdybyś zabrał je tutaj, żadna różnica! Albo... No nie wiem... Rzucił je na ulicę!
-Nie rozumiem, o co ci chodzi!
-Chodzi mi o to, że zostawiłeś „los naszych rodzin” w rękach kompletnego kretyna! Który da się okraść albo zabić za najbliższym rogiem! Na litość bogów!- wycedził przez zęby Amir, odwracając się od potomka wilków i idąc kilka kroków przed siebie.
Odetchnął głębiej kilka razy, przeczesując nerwowo włosy. Był wściekły. Wszystko poszło nie tak, jak miało pójść. Nadim miał zostać na górze. Z kryształami. Na wypadek, gdyby... Na wypadek, gdyby coś poszło nie w porządku. Amir miał być tutaj sam. To było jego ryzyko, do licha! Tak samo, jak Nadim ryzykował, idąc za tą królową do jej lodowego zamku!
… Chociaż wtedy Amir poszedł za nim. Niech to szlag.
Wrzeszczał na towarzysza, chociaż to nie była jego wina. Amir postąpiłby na jego miejscu podobnie.
-Powiedziałeś, że wrócisz...- stwierdził cicho Nadim. Amir zerknął na niego przez ramię, dostrzegając uważne spojrzenie kompana.- Sądziłem, że znasz wyjście. Znasz...?- dopytał niepewnie, widząc wahanie w oczach towarzysza.
-... Nie do końca...- przyznał Amir. Szczerze mówiąc, nie miał żadnej pewności, że jakiekolwiek wyjście w ogóle istnieje. To było tylko i wyłącznie jego założenie, którym dość łatwo uzasadnił popełnienie takiego głupstwa.- Ale musi tu być wyjście!- dodał prędko, widząc minę Nadima.- Ten król wrócił, więc...
-Jaki król...?- zdumiał się potomek wilków.
-Niczego nie słuchałeś, prawda...?- westchnął ciężko Amir, kręcąc głową.- Ostatni król tego miasta. Ten, który rzekomo słyszał bogów. I który rzekomo zszedł do zaświatów. Tym tunelem właśnie. I wrócił. Musiał mieć jakiś sposób.
-I jesteś pewien, że to wszystko nie było jednym, wielkim oszustwem...?- zapytał Nadim, pełen wątpliwości.
-Oczywiście, że było jednym, wielkim oszustwem- potwierdził jego słowa człowiek, co do tego będąc akurat w pełni przekonanym.- I dlatego, musiał się stąd jakoś wydostać. Skoro ludzie widzieli, jak wpada przez tą dziurę, to znaczy, że naprawdę tu był. I udało się mu jakoś uwolnić. Nie wiem, jeszcze jak, ale wątpię w jakiekolwiek magiczne zdolności zsyłane przez tajemnicze istoty, więc...
-A demony?- zapytał potomek wilków.
Amir westchnął ciężko.
-Ten król podobno rozmawiał z bogami. I jako wybraniec tychże, muszę stwierdzić, że jak do tej pory nie byli zbyt pomocni, więc nie mam powodów by myśleć, że w jego przypadku byli bardziej łaskawi. Powinniśmy się po prostu rozejrzeć i poszukać. W porządku...?- dopytał, siląc się na spokój.
Nadim skinął głową.
-Byliśmy chyba w gorszych sytuacjach- stwierdził, uśmiechając się.
Amir odpowiedział mu niemrawym uśmiechem. Do tamtych sytuacji nie doprowadził go jego chwilowy zanik rozsądku. Że też Nadim musiał się w to wszystko wpakować... Że też on musiał wpakować w to wszystko Nadima.
Ruszyli obaj w przeciwnych kierunkach, docierając do ścian jaskini. Szli wzdłuż nich, dotykając ich dłońmi i poszukując w tych ciemnościach czegokolwiek, co mogłoby choć przypominać wyjście. Przy pierwszym okrążeniu Amir nie koncentrował się aż tak bardzo, będąc przez chwilę naiwnie przekonanym, że rzeczywiście uda mu się coś odnaleźć. Drogę. Tunel. Ukryte przejście. Drzwi. Leżące na terenie całej jaskini ciała z pewnością nie stanowiły na to najlepszego dowodu i nie dawały szczególnych powodów do nadziei. Mężczyzna jednak nie odpuszczał. Kolejnym razem, badał już każdy fragment skały z większą dokładnością, przesuwał opuszkami palców po strukturze zimnych, śliskich kamieni, poświęcając uwagę każdemu wgłębieniu, każdej rysie i pęknięciu, zachowując jeszcze wiarę w to, że mu się uda. A jednak nie znalazł nic.
-Mam dla ciebie dobrą wiadomość...- usłyszał głos Nadima i oderwał się na chwilę od wykonywanej przez siebie czynności, odwracając błyskawicznie w jego stronę. Potomek wilków już od kilkudziesięciu minut odpuścił sobie dalsze poszukiwania, zajmując się czymś innym. W tym momencie, nachylał się nad jednymi zwłokami.- Te ciała wyglądają normalnie. To znaczy normalnie zginęły. Wygląda na to, że nikt ich nie zamordował, ani nic takiego.
Amir jęknął w duchu, wracając do niezbyt twórczego obmacywania ścian.
-To rzeczywiście dobra wiadomość...- warknął głucho pod nosem.- W końcu każdy wolałby przez kilka dni umierać z głodu czy zimna, niż dać się po prostu raz a dobrze zabić...
On nie miałby tego problemu. Kazano mu się przebrać w specjalny strój, by był charakterystyczny, wyróżniał się spośród arystokratów i mieszczan, ale zachował swoją broń. Nie żeby planował z niej zrobić taki użytek, bynajmniej. Nie żeby w ogóle planował, by gnić w tej jaskini. Szczerze mówiąc, jeszcze nie tak dawno nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. I szczerze mówiąc – nie zaplanował zupełnie niczego. Zerknął ukradkiem na Nadima. Jego ruchy stały się szybsze i nieco bardziej chaotyczne. Przecież musiało tu coś być. Po prostu musiało, do diabła! Nadim miał rację, byli w gorszych sytuacjach. Nie raz stali twarzą twarz ze śmiercią. I udawało im się, do licha, za każdym razem!
Ale wyglądało na to, że teraz było inaczej. Po kilku godzinach zupełnie bezowocnej walki, Amir musiał przyznać się przed samym sobą do porażki. Osunął się pod ścianę, wyczerpany bieganiną wokoło. Nadim podszedł do niego i usiadł tuż obok, nie odzywając się ani słowem. To był chyba ten moment, w którym mężczyzna powinien poczuć panikę. W której obaj powinni ją poczuć. Znaleźli się w jakiejś cholernej dziurze, wydrążonej w cholernej skale i póki co, nic nie wskazywało na to, że rzeczywiście istnieje cholerny sposób, by się stąd wydostać. Ale Amir nie czuł strachu, tylko znużenie. Spoglądający na niego spod wpół przymkniętych powiek potomek wilków, także zdawał się być raczej senny niż przerażony. Amir uśmiechnął się pod nosem z gorzkim rozbawieniem, gdy zdał sobie z tego sprawę. Może jeszcze nie dotarło do nich to, w jakich tarapatach się znaleźli. A może znajdowali się w nich zbyt często, by traktować je poważnie.
-Przynajmniej nie jesteśmy w zaświatach...- parsknął z rozbawieniem Nadim, uśmiechając się do kompana.
-Nic straconego, za chwilę będziemy...- odpowiedział złośliwie Amir, opierając dłonie na kolanach.- No chyba, że nagle odkryłeś w sobie wybrańca bogów i okazało się, że posiadasz niezwykłe umiejętności przenikania przez ściany albo...
-Daruj sobie uszczypliwości- przerwał mu natychmiast Nadim.- To nie moja wina.
-Jasne, że twoja!- prychnął z poirytowaniem mężczyzna.- A kto, u licha, kazał ci tu skakać?! I zostawiać los naszych bliskich w rękach tego kretyna?!
-Devin przynajmniej zna naszą historię.
-Co za ulga!- westchnął Amir, teatralnie kładąc sobie dłoń na sercu.
-A poza tym, mówiłeś, że uda ci się stąd wydostać...- dodał potomek wilków.- Sądziłem, że naprawdę tak jest.
-... Tak...- potwierdził cicho mężczyzna.- Tak, przepraszam...- rzucił z poczuciem winy, w pełni świadom tego, że sam dopuścił do takiej sytuacji. Zawsze zastanawiał się nad wszystkim dwa razy, zawsze musiał wszystko przemyśleć, dobrze ocenić, ale teraz... Teraz to było niemalże jak znak! Czy nie o takich znakach mówił mu Nadim, gdy opowiadał o przeznaczeniu i tego typu bredniach? Potrzebowali kryształów. Lud poszukiwał króla. Kamień był w koronie. Czy mogło istnieć jeszcze więcej cholernych zbiegów okoliczności?!
-To nic...- szepnął w odpowiedzi potomek wilków.- I tak bym skoczył.
Amir spojrzał na towarzysza krzywo, bynajmniej nie czując się pocieszonym.
-Jesteśmy razem- powiedział Nadim, widząc jego wzrok.- Na dobre i na złe, tak?- dodał, uśmiechając się łagodnie.
Amir pokręcił głową.
-To jest raczej najgorsze z najgorszych, ale niech ci będzie. Jestem doprawdy wzruszony. Mówię ci to teraz, bo za jakiś czas, gdy będę przymierał głodem, mogę zapomnieć o tym drobnym szczególe...
Potomek wilków parsknął śmiechem.
-Zimno ci?- zapytał, spoglądając na człowieka z uwagą.
Amir zerknął na niego kątem oka. Obaj zaśmiali się z lekkim skrępowaniem. Amir odgarnął nieco nerwowym gestem włosy z twarzy i nie mówiąc nic więcej, przysunął się do kompana, opierając głowę na jego ramieniu. Chwilę później, potomek wilków objął go jedną ręką. Spokój. Zupełny spokój. Absolutna cisza, przerywana jedynie irytującym dźwiękiem spadających z góry kropel. Mężczyzna westchnął głęboko. Naprawdę tutaj umrą...? Na litość bogów. A pomyśleć, że naprawdę mógłby polubić to miejsce! No, może gdyby nie te ciemności i wszechobecna wilgoć... Ale lubił tą ustronność. Żadnych ludzi. Żadnych śpiewająco-grających poetów. Tylko oni dwaj. Sami.
-Mogę cię o coś zapytać...?- rzucił cicho Nadim.
-Hm?
Potomek wilków zawahał się wyraźnie.
-Czy kiedykolwiek... Czy kiedykolwiek traktowałeś mnie inaczej niż jak... przyjaciela?- zapytał, wyjątkowo dyplomatycznie, ale Amir nie miał problemu z tym, żeby pojąć sens tych słów.
Przełknął nerwowo ślinę, wyrywając się nagle z uścisku towarzysza, który spoglądał na niego badawczo.
-Oczywiście...- odpowiedział człowiek, uśmiechając się wymuszenie i udając, że naprawdę nie rozumiał intencji kompana.- Na początku traktowałem cię jak wroga.
-Nie o to pytam. Chodzi mi o to, czy zależało ci na mnie inaczej niż jak na przyjacielu- sprostował Nadim, nie odrywając od coraz bardziej zakłopotanego Amira pełnego wyczekiwania wzroku.
Mężczyzna zerwał się na równe nogi. Rany boskie, dlaczego go o to pytał, dlaczego akurat teraz?!
-Nadim...- rzucił jedynie, jakby liczył, że potomek wilków po prostu sobie odpuści.
-Odpowiedz- nalegał jednak jego kompan.
Amir odwrócił się, zagryzając dolną wargę niemalże do krwi. To, że miał tu zginąć, nie oznaczało, że wcześniej zamierzał zupełnie się pogrążyć. Nie był jeszcze na łożu śmierci, żeby mówić o takich sprawach! Zresztą... To nie miało nic wspólnego z Nadimem. Owszem, zależało mu na nim, ale to były jego uczucia. Prywatne uczucia i nie zamierzał się nimi z nikim dzielić. Tym bardziej, że nie widział w tym najmniejszego sensu. Nie chciał wzbudzić u potomka wilków ani skrępowania, ani litości swoją deklaracją. Właściwie to w ogóle nie zamierzał niczego deklarować.
-Twoje wahanie oznacza potwierdzenie?- dopytał Nadim.
-Po co w ogóle o tym mówimy?- mężczyzna odszedł kilka kroków i odwrócił się ponownie, siląc się na spokój.
-Chcę znać prawdę.
-Teraz?! Teraz chcesz znać prawdę?!- o, i tyle właśnie z tego spokoju zostało. Oto, co Nadim potrafił u niego wywołać, jednym swoim zdaniem.- A do czego ci ona, na litość bogów, w takim momencie?!
-Po prostu mi powiedz- nalegał wciąż jego kompan.
Amir wziął głęboki oddech czując, że tym razem nie uda mu się z tego łatwo wyplątać.
-Dobrze... Dobrze, posłuchaj...- zaczął, drżącym z nerwów głosem.- Spędziliśmy ze sobą... dużo czasu... Naprawdę dużo czasu. Ze względu na tę podróż, wyprawę, jakkolwiek to nazwać i... Ja mam oczywiste preferencje, a co za tym idzie...- plątał się, gubiąc się zupełnie pod pełnym uwagi i skupienia wzrokiem towarzysza.- Chodzi mi o to, że byłem z tobą sam na sam... Przez bardzo długi czas... Bez innych osób... mężczyzn... To znaczy teraz jest Devin, ale...
-Więc teraz coś się zmieniło?- przerwał mu Nadim.
-Nie! Nic nie rozumiesz, Nadim...- mężczyzna westchnął bezradnie.- Powiedzmy, że... Owszem coś... Coś poczułem... Ale nie musisz czuć się w żaden sposób zobowiązany!- zastrzegł natychmiast.
-Nie czuję się zobowiązany- odpowiedział potomek wilków.
-I tak ma pozostać! To nic wielkiego...- dodał po chwili, siląc się na uśmiech.- Wynika z niczego innego, jak moich upodobań i twojego towarzystwa. Nigdy nie zamierzałem ci tego w żaden sposób okazywać.
-Wydaje mi się, że okazałeś- stwierdził cicho Nadim.
Amir miał wrażenie, że zaraz serce wyskoczy mu z piersi. Nagle wszystko straciło na znaczeniu. To, że znaleźli się w tym miejscu, że nie było stąd wyjścia, że mieli tu umrzeć... Liczyła się ta rozmowa i wzrok potomka wilków, to, co widział w jego oczach, jego słowa, wyczekiwanie... Mężczyzna czuł się tak, jakby o coś go oskarżano, choć Nadim mówił wszystko z zupełnym spokojem, podszytym jakąś nutką ledwie zauważalnych i trudnych do rozpoznania emocji.
-Przepraszam, jeśli odczułeś to w taki sposób- powiedział człowiek.
-Nie powiedziałem, że mi to przeszkadza.
Amir spojrzał na swojego kompana, nie potrafiąc zrozumieć tych słów.
-Że co ci przeszkadza?- zapytał zdumiony.
-Twoje uczucia- odpowiedział potomek wilków.
-Nadim...- zaczął mężczyzna, kręcąc głową.- Posłuchaj raz jeszcze. Dobrze wiem, jakie są między nami różnice w tym względzie. Moje... Moje odczucia... To wynikało po prostu z przywiązania do ciebie...- usiłował to wyjaśnić w jakiś racjonalny, zrozumiały sposób, który niczego by między nimi nie zmienił, nie wprowadził pełnego skrępowania milczenia, niepokoju, niepewności co do intencji tego drugiego. Amir za nic nie chciał stawiać się w takiej sytuacji.- Nie przywiązałem się tak wcześniej do żadnego innego mężczyzny. To znaczy owszem, mam wuja i brata, ale to nie to samo... Jesteś moim przyjacielem. Zależy mi na tobie- wyznał, spoglądając na Nadima z uwagą.- Właśnie dlatego, że nim jesteś. Nie zrobiłbym niczego, żeby stracić twoją przyjaźń.
Tym razem to Nadim sprawiał wrażenie zagubionego.
-Nic już z tego nie rozumiem...- przyznał, podnosząc się z miejsca.
Stanął tuż naprzeciwko Amira, wpatrując się w niego z dziwną stanowczością.
-Między nami jest dużo różnic- Amir nie potrafił nawet zliczyć, ile razy powtarzał tę bzdurę. Bzdurę nie dlatego, że nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Dlatego, że jeśli chodzi o jego uczucia, była jedynie płytką wymówką.- I tyle. Dobrze zdaję sobie z tego sprawę. To wszystko, co powinieneś wiedzieć.
Jego kompan parsknął gorzko na te słowa.
-Chodzi o to, że jestem potomkiem wilków, tak...?- zapytał, zbolałym głosem.- Znów zaczynasz...?
-Niczego nie zaczynam!- zaprotestował natychmiast mężczyzna, nawet nie mając tego na myśli.- Nie mówiłem o tym!
-A o czym innym...?
Amir pokręcił głową, nie chcąc dłużej drążyć tego tematu.
-W ogóle nie powinniśmy o tym mówić...- zauważył, odsuwając się nieco.- Przecież stąd nie wyjdziemy!- rzucił z politowaniem, rozglądając się dookoła.- Umrzemy tutaj, zdajesz sobie z tego sprawę...? Przeze mnie, to prawda. Ale ty... Ty zostawiłeś kryształy w rękach tego... tego idioty!- warknął z irytacją.
-Jakie to ma znaczenie...?- zapytał bez zrozumienia Nadim.
-Jakie to ma znaczenie?!- powtórzył z niedowierzaniem jego kompan.- Przecież to wy mówiliście coś o demonach, o końcu świata, zbliżającej się zagładzie i tego typu bzdetach!
-Jakie to ma znaczenie, jeśli mamy tu umrzeć...?- doprecyzował Nadim, co wcale niczego nie ułatwiało.
Amir odwrócił wzrok, nie odpowiadając. Nie rozumiał, z jakiej przyczyny potomek wilków drążył ten temat. Dlaczego? Co on chciał usłyszeć, u diabła?! Będzie mu lepiej, ginąć w tej uroczej atmosferze, obok rozkładających się zwłok z myślą, że jego towarzysz skrycie się w nim podkochiwał? Czemu to miało służyć?!
-Jesteśmy tutaj sami...- odezwał się potomek wilków.- Więc powiedz mi. To czyni dla ciebie tak ogromną różnicę...? Mój ogon...? Uszy...?- Amir prychnął donośnie, chcąc odpowiedzieć, ale Nadim nie dał mu takiej możliwości.- Kultura? Religia? Nie wiem, sam nie wiem, co jeszcze innego, odpowiedz mi!- syknął, wyraźnie zdenerwowany.
-Nic z tych rzeczy nie czyni dla mnie różnicy- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna.
-Ale dopatrujesz się różnic- upierał się potomek wilków.- W czym?
-To chyba oczywiste.
-Chyba nie do końca.
-Przestań! Nie chcę...- Amir odetchnął płytko, siląc się na spokój.- Nie chcę o tym rozmawiać.
-Może wkrótce nie będziesz miał okazji, rzeczywiście- mruknął jadowicie jego kompan, odwracając się na pięcie.
-Tobie podobają się kobiety!- stwierdził mężczyzna. Jego towarzysz zatrzymał się i obejrzał na niego, przyglądając mu się z uwagą.- Mnie nie. Nigdy nie zrozumiesz tego, co... co mógłbym czuć. A ja nie chcę ci tego wyjaśniać i nie widzę sensu, by dłużej o tym dyskutować.
-Masz mnie za idiotę?- parsknął Nadim, kręcąc głową.
-Mam za idiotę tego, któremu zostawiłeś w ręku „zbawienie naszych ludów”- warknął w odpowiedzi Amir.
-Zmieniasz temat. To, co czujesz... co czułeś...- poprawił się po chwili wahania jego towarzysz.- … jest bezwartościowe, bo jestem potomkiem wilków?
-Nie!- krzyknął w odpowiedzi mężczyzna.
-Więc o co chodzi?
-Jest bezwartościowe, bo jest nieracjonalne!
-Jakie?- zdumiał się Nadim.
Amir nie miał ani siły, ani ochoty, spierać się dalej o te same kwestie.
-Tak jak mówiłeś, Nadim...- powiedział dla świętego spokoju.- Nawet... Nawet pomijając najbardziej oczywiste kwestie... Różnimy się w wielu sprawach. Ja zdaję i zawsze zdawałem sobie z tego sprawę. Twój naród... I mój naród...- wzruszył ramionami.- Dla mnie to oczywiste.
-A więc jednak...- potomek wilków uśmiechnął się boleśnie, odwracając wzrok.- Wszystko sprowadza się do jednego.
-Nie! To ty wszystko sprowadzasz do jednego!
-Sądziłem, że zmieniłeś o nas zdanie! Że nas akceptujesz!
-Bo tak jest!
-Uważasz nas za gorszych od siebie!
-Nieprawda!
-Właśnie, że tak! Zaakceptowałeś mnie, bo musiałeś! Ale zachowałeś swoją opinię na temat moich rodaków, prawda...?- Nadim uśmiechnął się gorzko.
-Na temat niektórych? Tak, owszem- potwierdził bez cienia skrępowania Amir.- Ale nie oceniam wszystkich tak samo. Za to ty...- parsknął z politowaniem, kręcąc głową. Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.- Czynisz z siebie pokrzywdzonego, z twoich pobratymców również, mówisz, jak bardzo źle ludzie was oceniają, a zaraz sprowadzasz nas niemalże do poziomu prymitywnych bestii, was wynosząc pod niebiosa! Nie możesz przyjąć faktu, że twoi bracia, tak, twoi bracia Nadim, grabili, mordowali i robili te wszystkie inne rzeczy, które zarzucasz ludziom!
-Nie masz na to dowodów!- warknął w odpowiedzi Nadim.
Amir uśmiechnął się z politowaniem. Nigdy nie mógł zrozumieć, jak jego kompan, wrażliwy na różnego rodzaju krzywdy, zdolny do współczucia, mógł  jednocześnie momentami zamieniać się w zaślepionego hipokrytę.
-A miasta, do których dotarli...?- rzucił Amir.- Nie wasi potomkowie wilków, owszem, nie z waszego plemienia, ale jednak...
-Słyszałeś, co z nimi czyniono! Wymordowano ich bezlitośnie, jak zwierzęta! Za które zresztą nas uważasz!
-Nigdy nie powiedziałem nic podobnego!- krzyknął z wściekłością Amir.
-Nazywałeś nas psami!
No i zaczynało się, do licha!
-To było dawno temu! Robiłem to z gniewu, z nieporadności, potrzebowałem kogoś, na kogo mógłbym zrzucić winę za różne sprawy... Nie znałem was!
-Teraz też nas nie znasz...
-Znam ciebie. To mi wystarcza.
-A ja znam podobnych do mnie!- upierał się Nadim.- I wiem, że nawet, jeśli wśród nich są ci, którzy zdolni są uczynić komuś krzywdę, nie ma ich tak wielu, jakbyście tego chcieli! Nigdy nie byliśmy do was nastawieni agresywnie!
-Oczywiście, że byliście!- krzyknął Amir.- I te hordy, które przetoczyły się przez miasta, rabując i mordując, zapewne z wielu przyczyn, określasz mianem „niewielu”? Było ich więcej niż was, w waszym lesie!
-Skąd możesz to wiedzieć?!
-Z opowieści ludzi!
-Ludzie koloryzują, bo nas nienawidzą! Tak samo, jak i ty!
Amir parsknął niepohamowanym śmiechem. Jeśli odczucia ludzi do potomków wilków byłyby takie jak Amira do Nadima, to... Cóż. To byłoby nieco niezdrowe.
-Nie przyszło ci nigdy do głowy, że mają powody do niechęci?
-Ty nie miałeś powodów.
-Bo wy nie wkradacie się do naszego miasta i nie mordujecie naszych bliskich- zauważył Amir.
-Ale tak właśnie mówicie...- zauważył, niestety zgodnie z prawdą, Nadim.
-Nic nie rozumiesz...- westchnął jedynie Amir.
-To ty nic nie rozumiesz!
-Będziesz bronił swoich pobratymców do końca! Ja nie muszę tego robić! Jestem w stanie uznać, że są ludzie, którzy czynią zło! Że jest ich wielu! Może nawet więcej niż tych, którzy czynią dobro! Ale ty...- Amir jęknął głucho, po czym machnął jedynie dłonią.- A zresztą... Czemu mam się dziwić. Czemu mam się dziwić, skoro z własnego oprawcy robicie bohatera!
-Za to wy potraficie jedynie zrzucić na niego całą odpowiedzialność! Nie pamiętając zupełnie, co stało się przyczyną desperackiej decyzji Fortisa!
-Desperackiej?! Dobre sobie! Zawarł pakt z demonem! I o ile my, rzekomo, pomijamy przyczyny, wy pomijacie skutki! On nie tylko nas pokonał. On wprowadził rządy, na których ucierpieli twoi rodacy. Może z dokładnie takimi samymi przekonaniami jak ty. Skąd wiesz, czy jego władza by ci odpowiadała? Skąd wiesz, że nie byłbyś jednym z tych, którego gotów byłby zgładzić?
Nadim cofnął się o kilka kroków.
-Teraz widzę, że Canis nie miał racji- powiedział gorzko.- Będziecie nas nienawidzić wiecznie. Bez względu na wszystko.
-Co ty bredzisz, Nadim!- syknął mężczyzna.
-Magnolio, słodka Magnolio... Któraś nad miłość moją, ceniła sobie złoto... Ach...
Amir i Nadim znieruchomieli momentalnie, słysząc znajomy śpiew i ciężkie, smętne westchnienie. Mężczyzna spojrzał na swojego kompana ze zdumieniem, ledwie wierząc własnym uszom. Potomek wilków był równie zdumiony.
-Devin!- krzyknął Amir, podbiegając w kierunku ściany, zza której słyszał głos poety.- DEVIN! Słyszysz mnie?!
-Amir?! Dobrzy bogowie!- głos poety oddalił się nieco.- Ty naprawdę jesteś w zaświatach!
-Co...?- bąknął mężczyzna, marszcząc brwi, po czym pokręcił jedynie głową, dając sobie spokój z zastanawianiem się nad sensem tych słów i krzyknął- Devin, posłuchaj mnie uważnie! Wróć na miejsce, w którym byłeś wcześniej!
-Mam wrócić do swojej wioski...?
-Nie!
-To jakiś znak...? Znak z zaświatów...?
-Nie jestem w zaświatach!- wrzasnął z poirytowaniem Amir.
-Dobrzy bogowie! A więc gdzie...?- rzucił Devin, autentycznie przerażony.
-Devin!- Nadim stanął obok swojego kompana, włączając się do rozmowy.- Posłuchaj mnie uważnie. Ja i Amir jesteśmy gdzieś zamknięci. Możesz się rozejrzeć i powiedzieć, co wokół siebie widzisz...?
-Och. Tak. Tak sądzę...- poeta umilkł na dłuższą chwilę, po czym kontynuował ostrożnie- Wyszedłem z miasta... Jestem w lesie... Otacza mnie zieleń drzew... Chwilę temu złapałem samotny liść i skojarzyło mi się z nieuchronnym losem człowieka, który...
-DEVIN!- wrzasnął głucho Amir.
-Co jeszcze widzisz?- zapytał łagodnie Nadim.
-Jakieś skały.
-Skały?!- podchwycił natychmiast mężczyzna.
-Tak. Skały.
-Podejdź bliżej nich.
-I co dalej...?- zapytał zdezorientowany poeta.
Amir słyszał go znacznie lepiej niż chwilę temu.
-Przyjrzyj się tym skałom. Widzisz coś szczególnego...?
-Bo ja wiem...?- bąknął Devin.- Skały jak skały... Och. Tu jest coś czerwonego...
-Czerwonego?
-Tak. Jak krew. Ale to nie krew, tylko... barwnik. Tak mi się zdaje.
-Devin, czy jesteś w stanie odsunąć któryś z tych kamieni?- dopytał z uwagą Nadim.
-Ja...? Nie sądzę... Chyba powinienem sprowadzić pomoc...
-NIE!- zaprotestowali natychmiast Amir i Nadim.
-Lepiej nie, Devin...- dodał potomek wilków.- Najpierw się rozejrzyj i upewnij. Stoisz blisko nas.
-Mogę spróbować...
Amir nie wiedział, co dokładnie robił poeta, słyszał jedynie jego bolesne postękiwania i jęki. Westchnął ciężko, zniecierpliwiony, zaczynając zastanawiać się nad tym, co wymyślić dalej. Jeśli Devin nie radził sobie sam, rzeczywiście trzeba było znaleźć kogoś do pomocy. Chociaż biorąc pod uwagę stan umysłowy poety, istniało duże prawdopodobieństwo, że jeśli oddali się z tego miejsca choćby o kilkadziesiąt metrów, zapewne nie będzie w stanie tutaj powrócić...
-Uważaj!- krzyknął nagle Nadim i szarpnął gwałtownie zdezorientowanego mężczyznę, odciągając go w ostatniej chwili, nim potężny głaz runął do wnętrza jaskini, otwierając im jednocześnie drogę do wyjścia.
-Chyba się udało...- mruknął Devin, pocierając ramię.
Amir wpatrywał się w niego z autentycznym zdumieniem.
-Dziękuję- rzucił pogodnie Nadim, podchodząc do poety i całując go w czoło.
Jego towarzysz nie miał mu tego za złe. Wyjątkowo, miał ochotę okazać ich niespodziewanemu wybawcy, równie dużo sympatii.
Wydostał się z jaskini w ślad za Nadimem, biorąc głęboki oddech i rozkoszując się świeżym powietrzem.
-Jak tu trafiłeś...?- dopytywał Devina potomek wilków.
-Wyszedłem z miasta. Nie wiedziałem, co mam robić. A później słyszałem taki ładny śpiew... U mnie, w głowie...- wyjaśnił, widząc pytające spojrzenia towarzyszących mu mężczyzn.- Tak sądzę. Czasem coś śpiewa mi w głowie... A może to byłeś ty, Amir...?
-Co?- prychnął mężczyzna.
-Śpiewałeś?
-Oczywiście, że nie!
-Szkoda... To był naprawdę ładny śpiew...
Amir nie słyszał tych słów. Podniósł głowę, spoglądając w stronę miasta. Dopiero po chwili dotarło do niego, w jakiej sytuacji się znaleźli. Lekki uśmiech mimowolnie pojawił się na jego wargach. Stojący obok Nadim, podchwycił to natychmiast, uśmiechając się szeroko. Devin sprawiał wrażenie nieco zdezorientowanego. Wzruszył jednak ramionami i również wyszczerzył się pogodnie, nieświadom rodzącego się w umyśle swoich towarzyszy planu.
Korona czekała.

Kiedy przeszli przez bramy miasta i ruszyli wzdłuż jednej z ulic, zastał ich dokładnie taki sam widok jak wtedy, gdy pojawili się tutaj po raz pierwszy. Ulice były niemalże zupełnie opustoszałe. Można było dostrzec właściwie jedynie żebraków albo przedstawicieli największej biedoty, która, jak widać, miała większe problemy na głowie, niż kwestie zmartwychwstania i cudów. Amir nie miał żadnego konkretnego pomysłu Nie wiedział, jak rozwinie się sytuacja. Kiedy zbliżyli się już na pewną odległość do zamku, zaczęli dostrzegać zgromadzonych w jego pobliżu ludzi. Część z nich modliła się gorliwie albo dyskutowała pomiędzy sobą. Niektórzy byli wyraźnie znudzeni, inni – wprost przeciwnie. Podekscytowani i zaciekawieni tym, co działo się w tym specyficznym, połączonym irracjonalną, fałszywą legendą, towarzystwem. Czy ktokolwiek spodziewał się, że rzeczywiście się tutaj pojawią? Amir miał duże wątpliwości. Ktoś podniósł wzrok i spojrzał na niego z uwagą. Zaraz kolejni ludzie zaczęli spoglądać w jego kierunku, mierzyli go uważnym spojrzeniem, coś szeptali. Nie zorientowali się chyba w pierwszej chwili, ale od razu było widać, że nie pasował do tego tłumu oczekujących na niezrealizowany nigdy cud.
-To on...!- wykrzyknął ktoś, stłumionym głosem.- Bogowie! Dobrzy bogowie!
W pierwszej chwili nikt chyba nie zrozumiał, czego dotyczyły te słowa.
-Święty królu!- jęknęła głucho jakaś kobieta, rzucając mu się do stóp.
Amir wzdrygnął się mimowolnie, odsuwając nieco. Otaczający go ludzie wyglądali tak, jakby ledwie wierzyli w słowa kobiety.
-To on...- rozległ się twierdzący i pełen wątpliwości zarazem głos.
Zaraz ktoś powtórzył to samo.
-To on...?- pytał znów ktoś inny.
-Byłem widziałem, ale...
-Święty królu! O, święty królu!
Część ludzi stała w miejscu, mierząc kroczącego Amira sceptycznym spojrzeniem. Część wydawała się zaszokowana. Pozostali natomiast ruszyli natychmiast w jego kierunku. Wyciągali ręce, próbując dotknąć mężczyzny, zagradzali mu drogę, stawali za nim, krzycząc różne rzeczy, modląc się na głos i błagając głośno o jakieś łaski. Niewiele jednak dało się z tego wszystkiego zrozumieć.
-Spokojnie!- rzucił Nadim, wyraźnie nie bardzo radząc sobie z napierającym na nich, coraz liczniejszym tłumem.
Devin rozglądał się płochliwie, uczepiwszy Amira kurczowo.
Coraz więcej osób do nich dołączało. Ludzie wyjaśniali coś między sobą, przepychali się gwałtownie, byleby dotrzeć bliżej Amira, w pewnym momencie zmuszając go do tego, by  się zatrzymał. Został zupełnie osaczony. Ktoś szarpał go za ubranie, kto inny chwycił go za ramię, ciągnąc do tyłu, obce dłonie, nabożnie, dotykały jego twarzy i pleców.
-Dosyć!- krzyknął wreszcie Amir, nie będąc w stanie wyrwać się z tego tłumu wyciągniętych w jego kierunku ramion.- Dosyć!- warknął gniewnie. Część dłoni cofnęło się natychmiast.- Nie dotykajcie mnie! Odsuńcie się! Natychmiast!
Stojący blisko niego ludzie, przyjęli te słowa z pełną powagą, a nawet swego rodzaju płochliwością. Kilku płaczących, błagających i przylepiających się wciąż do Amira, mimo jego słów, szybko zostało od niego odciągniętych.
-Idziemy w kierunku zamku- poinformował ludzi mężczyzna.- Chodźcie ze mną.
Amir ruszył do przodu, a w ślad za nim podążył tłum, śpiewający jakąś pieśń, dotyczącą poprzedniego króla. Nadim wyglądał na nieco zaniepokojonego. Gdy pojawili się przy bramach, zatrzymali ich strażnicy. Amir usiłował coś wyjaśnić, ale w obliczu tego rozgardiaszu, i tak nie byłby w stanie. Nie było to jednak potrzebne. Niecierpliwy tłum naparł na wejście i niemożliwy do powstrzymania, wraz z Amirem i jego kompanami, wdarł się na teren zamku. Strażnicy stojący przy wrotach, odsunęli się dla własnego bezpieczeństwa. Amir wszedł do zamku, a za nim podążyli wszyscy pozostali. Znaleźli się nagle w ogromnej sali, będącej salą koronacyjną, na co wskazywał stojący na podwyższeniu tron. W tejże sali znajdowało się kilkudziesięciu mężczyzn, którzy sprawiali wrażenie, jakby nie wiedzieli, co się stało.
Amir wszedł po stopniach wyżej, zatrzymując się obok arystokraty, który go wtedy przesłuchiwał.
-Ty...- rzucił tamten, blednąc w jednej chwili.- Jak to możliwe...?
-Król! Król!- krzyczał czekający przy podwyższeniu tłum, wpatrując się w Amira z uwielbieniem i wyczekiwaniem.
-Nie...- syknął arystokrata, kręcąc głową.- Nie!- wrzasnął głośno. Część z krzyczących umilkła, wpatrując się w niego.- Ludzie! Zostaliście oszukani!- obwieścił mężczyzna.- Erysus was oszukał!- wściekły, pełen oburzenia szum, sprawił, że mówiący musiał na moment umilknąć.- Posłuchajcie mnie! Erysus nie był święty! Nie był wybrańcem bogów! Nie zszedł do zaświatów! To było oszustwo, dzięki któremu utrzymał władzę! On jest na to najlepszym dowodem!- dodał łysy, wskazując na Amira.
Ale oczekujący ludzie nie chcieli go słuchać. Pełne niechęci okrzyki rozbrzmiały w sali.
-Naprawdę sądzisz, że możesz tak łatwo obalić kłamstwo, na którym sam się opierałeś...?- parsknął pobłażliwie Amir, uśmiechając się lekko.
Arystokrata spojrzał na niego z wyższością nie odpowiadając.
-Ludzie!- zawołał znowu, schodząc powoli do poirytowanego tłumu.- Robiliśmy wiele dla waszego dobra! Ta plotka...
Nie zdążył jednak dokończyć zdania. Został nagle chwycony przez kilku z gromadzących się ludzi i ściągnięty na dół. Chwilę później zniknął w gęstwinie oczekujących. Zapadła cisza. Amir rozejrzał się dookoła, wpatrując się w zastygłe w wyrazie przerażenia twarze pozostałych arystokratów. Żaden z nich nie wydawał się być na tyle odważny, by wykazać się równą zuchwałością.
-Dajcie nam króla!- krzyknął ktoś z tłumu i zaraz fala tego samego żądania przetoczyła się przez pomieszczenie.
Jeden ze szlachciców, ze sztucznym, mocno wymuszonym uśmiechem, podszedł do Amira.
-Czego chcesz...?- zapytał półgębkiem, zatrzymując się przed nim.
-Korony- powiedział mężczyzna.
Arystokrata odwrócił się do jednego ze swych towarzyszy i skinął w jego kierunku. Ten opuścił na chwilę pomieszczenie, po czym powrócił z koroną. Chciał wsadzić ją na głowę Amira, ale ten chwycił ją w dłonie i niezbyt dyskretnie, przekazał potomkowi wilków.
-Chciałbym najpierw coś powiedzieć...- rzucił, szczerze mówiąc, mając niewielkie pojęcie, w jaki sposób przemawiać do tego rodzaju zgromadzenia. Obejrzał się dookoła, nieco zdezorientowany, po czym przyciągnął do siebie Devina.- Śpiewaj- mruknął cicho.
-C... Co?- zdumiał się poeta, spoglądając na oczekujących.
-Śpiewaj!- powtórzył niecierpliwie Amir.
-Ach... Eee... Najsłodsza Magnolio, któraś wybrała, nad miłość moją...
Rozczarowany szum zagłuszył dalszy ciąg.
-Dajcie nam króla!- rozległy się znowu krzyki.
W tym momencie ktoś włożył mu koronę na głowę. Amir obejrzał się za siebie, dostrzegając Nadima, który uśmiechał się znacząco, trzymając w dłoni fragment.
Amir uśmiechnął się do niego  lekko.
-To naprawdę ty...?- usłyszał pełen zdumienia głos i zobaczył stojącego kilka stopni niżej woźnicę.- Na bogów wszelkich, jak żeś to zrobił?! To... To prawda...?- zapytał, niemalże przerażony.
Amir nie miał szansy odpowiedzieć.
-Życz nam, życz nam!- rozległ się krzyk tłumu.
-Czego oni chcą?- rzucił bez zrozumienia nowo ukoronowany, zerkając na stojącego obok arystokratę.
-Każdy nasz król, po wyborze, życzy ludziom konkretnej łaski. Na przykład zdrowia...- wyjaśnił pobłażliwie tamten.- A nasz ostatni, po powrocie, przekazał ludności również wieść od bogów... Nie wątpię, że również jakąś otrzymałeś...- dodał kpiąco.
-Życz nam, królu! Życz nam!
Amir uniósł ręce w górę, uciszając na chwilę zgromadzonych.
-Życzę wam- powiedział głośno.- Życzę wam rozumu!- zdjął koronę z głowy.- A poza tym, mam dla was wiadomość od bogów. Nakazali mi namaścić na władcę jednego z poddanych. I oto jest- dodał, wskazując na stojącego przed nim woźnicę, który spojrzał na niego oszołomiony. Amir podszedł do niego i wsunął mu koronę w dłonie.
-Co ty wyrabiasz...?- zapytał z niedowierzaniem tamten.
Oczy wszystkich zebranych utkwione były w Amirze. Nikt chyba do końca nie zrozumiał, co właśnie się zdarzyło, ale nie przeszkodziło im to, chwilę później, skandować znów radośnie: „król, król nasz!” i wpatrywać się w mężczyznę wzrokiem pełnym uwielbienia. Amir wycofał się na górę, stając obok arystokraty. Zauważył, że część z obecnych szlachciców, ulotniła się gdzieś podczas całej tej groteskowej, skróconej ceremonii, a jak Amir znał arystokratów, nie sądził, by ci ryzykowali dłuższym pobytem tutaj.
-Jest gdzieś inne wyjście...?- mruknął cicho.
Możny spojrzał na niego podejrzliwie.
-Jak szybko się wyniesiecie...?- zapytał, najwyraźniej zainteresowany jedynie tą kwestią.
-Najszybciej jak się da.
-Nie będziecie nam sprawiać więcej kłopotów?
-Nie.
Arystokrata uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem.
-Więc chodźcie za mną. I najlepiej narzućcie sobie coś na głowę...- dodał, spoglądając znacząco na Nadima.- A później radzę się wam bardzo spieszyć...

Siedzieli we trzech na leśnej polanie. Amir zajął miejsce przy jednym z drzew, przyglądając się swoim kompanom z daleka. Nadim i Devin rozmawiali o czymś ze sobą, śmiejąc się co jakiś czas pogodnie. Mężczyzna nie chciał do nich podchodzić. Dręczyły go pewne... rozważania. Rozważania nietypowe, jak na jego zwyczajowe podejście do tego rodzaju spraw. Chodziło konkretnie o rozmowę, czy raczej kłótnię, jaka wywiązała się pomiędzy nim, a potomkiem wilków w tej jaskini. Wtedy nie zastanawiał się nad tym w podobny sposób. Teraz jednak zaczęły nachodzić go pewne myśli... Myśli, czy przypadkiem Nadim...
Nie, nie robił sobie nadziei. Wprost przeciwnie. Po prostu rozważał to, z jakiej przyczyny Nadim zaczął z nim rozmowę na podobny temat, doszedł do pewnego wniosku... Doszedł do wniosku, że potomek wilków mógł być nim... w pewien sposób zainteresowany. Na pewno nie tak, jak Amir nim. Ale może... Może chociaż trochę... To było naiwne i sam Amir usiłował wyplenić ze swojej głowy to absurdalne podejrzenie. Chyba zaczynał sobie za dużo wyobrażać, za dużo oczekiwać, efektem czego, były tak idiotyczne wnioski. Ale z jakiego powodu Nadim mógłby z nim rozmawiać na taki temat? Amir nie wyobrażał sobie czegoś podobnego ze swojej strony. Ale potomek wilków był inny. Bardziej otwarty. Bezpośredni. Może rzeczywiście był ciekaw? Chciał dociec prawdy, zaczął się czegoś domyślać i najzwyczajniej w świecie, chciał się upewnić... Ale dlaczego w takim momencie...? Jakie to miało wtedy znaczenie? Dlaczego nie zapytał go o to wcześniej? Amir głowił się nad tym, usiłując znaleźć racjonalne przesłanki, które mogłyby kierować zachowaniem jego kompana. Z tym, że Nadim nie był racjonalny. Ani trochę. I może w tym tkwił cały kłopot.
… Chyba się zdecydował. Powie mu.
Tak. Tak, powie mu.
Nadim już się domyślał. Amir powinien być z nim szczery, obiecali to sobie przecież. Jeśli jego uczucia były dla kompana bez znaczenia, być może nie wpłynie to na ich relację tak silnie, jak obawiał się tego mężczyzna. A jeśli było inaczej...
Nieważne.
-Czy ktoś wybierze się wreszcie na polowanie, czy będziemy tu siedzieć dłużej...?- rzucił Amir z udawaną surowością, nie ukrywając wcale, jakiego „ktosia” ma na myśli.
Liczył na to, że Devin zostanie tutaj, a on pójdzie z potomkiem wilków i będzie miał szansę spędzić z nim chwilę sam na sam.
-Już się robi, wasza wysokość!- odkrzyknął Nadim, wspinając się na szczyty swojej złośliwości.
-Radzę ci tego nie powtarzać!- ostrzegł go lojalnie towarzysz, podnosząc się na nogi i ruszając w stronę mężczyzn.
-Uważam, że powinieneś się przyzwyczajać...- zasugerował potomek wilków.
-Nadim!- spojrzenie Amira było jednoznaczne i wskazywało na to, że jeśli Nadim ośmieli się wypowiedzieć choćby słowo na ten temat, to będzie ono ostatnim w jego krótkim i zakończonym tragiczną śmiercią żywocie.
-Pójdę nad staw...- poinformował swoich towarzyszy poeta, po raz pierwszy, zapewne zupełnie nieświadomie, wpisując się zupełnie w plany Amira, który miał już drugi powód, by poczuć do niego choćby nikłą sympatię.
Devin oddalił się, zostawiając ich ze sobą.
Amir zerknął na potomka wilków z uwagą, wahając się odrobinę. Kiedy myślał o tym... domniemanym i cokolwiek mało prawdopodobnym, zainteresowaniu Nadima jego osobą, zaczynał sobie przypominać wszystkie te chwile, gdy jego kompan troszczył się o niego, gdy był dla niego serdeczny, trzymał go w objęciach, mówił mu różne rzeczy... Wcześniej nie zwracał na to uwagi. Wydawało mu się, że w ten sposób Nadim okazuje mu przyjaźń. Teraz sam już nie był pewien, na ile jego odczucia były prawdziwe, a na ile wynikały z jego oczekiwań.
-Przepraszam- odezwał się nagle Nadim.
Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Za to, co powiedziałem ci wtedy, w jaskini- wyjaśnił spokojnie jego kompan.- Przepraszam. Wiem, że nie nienawidzisz moich pobratymców. Chyba po prostu poniosły mnie emocje.
-Mnie też- odparł zdawkowo Amir, uśmiechając się lekko.
Potomek wilków podniósł się z miejsca.
-Nadim...- rzucił natychmiast, podchodząc do niego bliżej. Potomek wilków posłał mu pytające spojrzenie.- Możemy...- zaczął i odkaszlnął nerwowo.- Czy moglibyśmy kontynuować naszą... naszą wcześniejszą rozmowę?
Potomek wilków wpatrywał się w niego przenikliwie przez dłuższą chwilę. W pewnym momencie uśmiechnął się i skinął głwą.
-Teraz?- dopytał ostrożnie.
-... Nie...- wydusił z siebie Amir, chociaż w pierwszej chwili zamierzał wyrzucić z siebie wszystko.- Nie, teraz nie...- powiedział i aż jęknął głucho w duchu, zdając sobie sprawę ze swojego tchórzostwa.
Potomek wilków uśmiechnął się znowu.
-Będę w lesie- poinformował jedynie towarzysza i zaraz odszedł, by zniknąć za drzewami.
Amir wziął kilka głębszych oddechów. Krążył przez chwilę po polanie, walcząc z własnymi myślami. W końcu jednak postanowił wziąć się w garść. W końcu będą musieli razem wędrować. Jeszcze długo. Chyba. Miał nadzieję. Takie niedopowiedzenie wpłynęłoby źle na ich relacje! Och, gdyby był to jedyny powód...! I gdyby Amir nie uroił sobie nagle tej płonnej nadziei...
Ruszył szybko w kierunku, w którym oddalił się jego kompan. Przeszedł kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się za drzewami, nieopodal stawu, dostrzegając Devina i Nadima. Poeta potknął się, w swojej zwyczajowej nieporadności i wywrócił na ziemię. Potomek wilków pomógł mu wstać i uściskał go serdecznie, śmiejąc się głośno.
I wtedy Amir zdał sobie z czegoś sprawę.
Serdeczność Nadima, jego troska, nie wynikała z jakichś szczególnych uczuć. Niczym nie różniła się od serdeczności i troski, jaką okazywał Devinowi.
Wycofał się natychmiast, zapominając o tym, co chwilę temu sam postanowił.
Jego uczucia były bez znaczenia.

19 komentarzy:

  1. Jeny jejku! i ty jesteś niezadowolona z tego rozdzialu? Autorko najdroższa! To było epickie! Wow dawno żadne opowiadanie nie wzbudziło we mnie aż takich emocji jak to, a ta rozmowa kurczaczki! serducho to mi waliło tak jak Amirowi chyba xP Tylko czemu pózniej on musial w ostatnim momencie stchorzyc..?T.T le czyżby Nadim czuł cos do amira co raz bardziej?;>
    Weny duuuzo weny życze! pozderki ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:50 PM

    też nie rozumiem czemu ten rozdział jest niby słaby, mi się bardzo podobał :) podoba mi się, że uczucie pomiędzy bohaterami tworzy się powoli i nie starasz się na siłę przejść do rzeczy. Te rozterki miłosne Armira bardzo mi się podobają. W sumie wczuwam się w jego sytuację tak, że sama mam wątpliwości co do uczuć Nadima, pomimo tego, że powinno być oczywiste, że je odwzajemnia :) ,,Posłuchaj mnie uważnie. Ja i Amir jesteśmy gdzieś zamknięci. Możesz się rozejrzeć i powiedzieć, co wokół siebie widzisz...?
    -Och. Tak. Tak sądzę...- poeta umilkł na dłuższą chwilę, po czym kontynuował ostrożnie- Wyszedłem z miasta... Jestem w lesie... Otacza mnie zieleń drzew... Chwilę temu złapałem samotny liść i skojarzyło mi się z nieuchronnym losem człowieka, który...
    -DEVIN!- wrzasnął głucho Amir." to mnie bardzo rozbawiło, polubiłam Devina za to, że jest zarazem irytujący i na swój sposób zabawny :) Po tym rozdziale nie mogę się doczekać kolejnego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy1:01 PM

    Nie wiem dlaczego sądzisz, że ten rozdział jest słaby..
    Mi się podobał.

    Kurcze. Sama zaczęłam się zastanawiać czy Nadim coś czuje do Amira..
    Myślałam, że tak, gdy zapytał czy Amir coś do niego czuje w jaskini.
    Devin jest ciekawą, śmieszną oraz irytującą postacią. Tylko szkoda, że przez niego Nadin i Amir mało ze sobą rozmawiali.. Brakowało mi tego.
    Nie dziwię się że tak irytował Amira.

    Chciałabym żeby w końcu do czegoś doszło między głównymi bohaterami!!
    Tak, tak wiem. Masz swoją koncepcję i to rozumiem. Zresztą bardzo mi się to podoba w tym opowiadaniu. Wszystko dzieje się w normalnym tępie, te wątpliwości Amira są takie.. takie.. wzruszające? xD
    Jednak nie zmienia to faktu, że czekam na coś romantycznego ^^

    Z niecierpliwością oczekuję kolejnego rozdziału oraz czekam na "Książę".
    Wgl mam pytanie. Za co się weźmiesz później? Tak wiem wybiegam w przyszłość ale ja poprostu ciekawa jestem no!
    Mam nadzieję, że szybciutko dodasz tutaj następną notkę;3

    Pozdrawiam i życzę weny
    Ai~chan

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy2:25 PM

    CO????!!!! Jak możesz?! jak możesz tak dawać mu nadzieję, a potem... uhh!
    to nie fair!

    mam nadzieję, że Nadim jednak coś do niego czuje :)

    życzę weny, kochanie :*

    Lea

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy2:49 PM

    Też nie mogę pojąć dlaczego droga Silencio uważasz, że rozdział jest beznadziejny : )Chyba jednak dostaniesz tego kopa w dupe za głupie gadanie! :) Jedyny minus tego rozdziału to to, że tak szybko się go czyta : ) Część bardzo mi się podobała, w sumie taka dość spokojna na tle innych (no w porównaniu do innych przygód Nadima i Amira to był lajcik) super się czytało. No i najważniejsze - rozmowa Nadima z Amirem. Aaw, kilka razy ją czytałam. Była tak przepełniona emocjami zarówno jednego i drugiego, że ach, och : ) Nadim ciągle mnie zastanawia - znaczy sądzę, że już zdaje sobie sprawę, że jest zakochany w swoim prywatnym księciu, ale nie za bardzo wie co zrobić. A Amira to tylko pałką w łeb, żeby się ogarnął : D Coś czuję, że Nadim teraz tak łatwo nie da za wygraną i będzie molestował : D Amira, żeby kontynuować rozmowę :D i może wreszcie z niego wydusi prawdę. Mijają się chłopcy, nie mogą dotrzeć do siebie, a przecież czują to samo : ) Ach, niepotrzebne komplikowanie sobie życia, ale w końcu to Nadim i Amir : D A Devin jest super : } Bardzo się cieszę, że mają kolejnego kompana : )
    Coś czuję, że w kolejnym rozdziale będzie kombo, oby się pojawił jak najszybciej! : )

    Pozdrawiam,
    Virus

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeśli ten rozdział był słaby, to ja jestem królewna śnieżka xD

    Proszę, niech Amir powie w końcu o swoich uczuciach! Cały rozdział jak na szpilkach siedziałam z myślą, że nareszcie, NARESZCIE się tego doczekam, ale nie :< Musiałaś przedłużyć moje cierpienie xD

    Mam nadzieję, że Nadim nie da za wygraną i wydusi z Amira, co mu tam na wątrobie siedzi, bo jak nie, to sama się tam pofatyguję i to zrobię :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Uśmiałam się z początku. Biedny Amir ma przerąbane mając u boku Devina. I nie dziwię się, że jest wściekły. Do tej pory zawsze był z Nadimem, a teraz Nadim spędza dużo czasu z poetą. Czas, który mógł poświęcić Amirowi zabiera ktoś inny. Dobrze, że w końcu przyznał, że był zazdrosny. I nie wydaje mi się, żeby miał jakieś tam urojenia względem tego, jak Nadim się teraz zachowuje, co mówi do niego. Uczucia Nadima też już nie są takie jak na początku, tym bardziej, że unika ostatnio kobiet, co zostało podkreślone w którymś rozdziale. :DD
    Pomiędzy Amirem i Nadimem powstaje jakieś wybuchowe napięcie. Mam wrażenie, że brakuje tylko zapalnika, iskry i wszystko to wybuchnie. Nic dziwnego, bo przecież ukrywanie uczuć przez Amira łatwe nie jest, takie coś kumuluje się we wnętrzu człowieka, aż w końcu z wielką siłą wydostaje się na zewnątrz. Do tego te pytania Nadima podsycają tylko atmosferę. Naciskaj wilczku, naciskaj. :DD
    Strasznie podobała mi się ich rozmowa w jaskini. Już myślałam, że Amir będąc w zasięgu śmierci wyzna swoje uczucia, a tu zaczęli się kłócić. Później w lesie Amir był zdecydowany... i stchórzył. Och, Silencio trzymasz nas w napięciu. :D
    I jakoś pod koniec rozdziału zrobiło mi się smutno. Miałam ochotę pogłaskać Amira po głowie i powiedzieć mu, że serdeczność Nadima w stosunku do niego jest inna niż do Devina. I może w następnym rozdziale Nadim nie ustąpi tak łatwo i w jakiś sposób wyciągnie prawdę od kompana. Chociaż ja sądzę, że Amir wygada się w bardzo niespodziewanym przez czytelników momencie. :D
    "-Och. Tak. Tak sądzę...- poeta umilkł na dłuższą chwilę, po czym kontynuował ostrożnie- Wyszedłem z miasta... Jestem w lesie... Otacza mnie zieleń drzew... Chwilę temu złapałem samotny liść i skojarzyło mi się z nieuchronnym losem człowieka, który...
    -DEVIN!- wrzasnął głucho Amir." Przy tym też nieźle się uśmiałam. Devin jednak wnosi trochę humoru w ich wędrówkę. Ale tak mi wpadło do głowy podczas czytania rozdziału, czy on jest tym za kogo się podaje, może coś kombinuje i tylko udaje taką osobę. Z drugiej strony, może faktycznie jest takim nierozgarniętym poetą, choćby sądząc po ten scenie jak Amir i Nadim go usłyszeli, jak śpiewał, gdy byli uwięzieni. Zobaczymy w przyszłości jaka jest prawda o panu Devinie. :D

    Rozdział moim zdaniem świetny. To Ty wiesz co tam chciałaś jeszcze umieścić, my tego nie wiemy, ale naprawdę mi się bardzo podobało. Szczególnie jak Amir i Nadim byli sami i jak ten pierwszy położył głowę na ramieniu Potomka wilków. Brakuje mi ich zasypiania razem. I faktycznie tych ich rozmów i tego "dobranoc".

    Dopiero teraz miałam okazję przeczytać rozdział i dlatego spóźniony komentarz.^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudowny rozdział. Nadzieja nie towarzyszyła tylko Amirowi, bo i mnie trzymała się do samego końca. Nadzieja na wyznanie ogoniastemu prawdy, nadzieja na (minimalną choćby) zmianę w ich relacjach. Chociaż, na upartego, te zmiany zachodzą cały czas... Drobne, bo drobne, ale w tym cały urok. Ostatnio dumna jestem ze swej cierpliwości, więc i tu się nią wykażę (choć zdaję sobie sprawę z tego, że tak czy inaczej innego wyjścia bym nie miała ;)). Niewiarygodne jest to, że z taką łatwością udało Ci się zarezerwować moje serce dla tego opowiadania. Bo, jak już kiedyś wspominałam, klimaty zupełnie nie moje. Ale...! Chaosowi będę wierna do końca.

    Życzę Weny, przy pisaniu kolejnego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
  9. Co za tchórz z tego Amira! Wystarczyło, że zobaczył serdeczne zachowanie Nadima wobec Devina i zrezygnował... Tylko szukał pretekstu, żeby nie musieć przyznać się do uczuć. Mężczyźni to tchórze, serio! Na pewno w końcu Amir powie Nadimowi, co czuje, bo już się zaczął łamać i mam takie niejasne wrażenie, że Devin będzie miał w tym jakiś udział. Oby tylko nie okazało się, że gdy dojdzie do jakiejś romantycznej sceny,np.pocałunku, Nadim będzie w stanie całkowicie się zaangażować i okaże się, że książę pociąga go również w sensie seksualnym:P Jeśli nie, to, przysięgam, wpadnę w ciężką depresję i będziesz mi musiała płacić za terapię, Droga Autorko;)
    PS Rozdział świetny!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mała poprawka: Miało być: Oby tylko okazało się…

      Usuń
  10. 'bogowie' sprzyjają Amirowi tak samo jak Fortisowi, wcześniej O.O

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy3:06 PM

    Dobra, skończyłam czytać po raz drugi. KOCHAM CIĘ. OMG, to jest przełom na który czekałam Y^Y Ta plątanina słów Amira służąca wyjaśnieniu, ale jednocześnie pogłębiająca go w nieporadnej sytuacji <3 Aaaah <3 Nadim musi być bi. MUSIMUSIMUSI. Ja wiem, że jest! On rozumie. Końcówka......... Myślałam, że powie, że chce o tym rozmawiać teraz. Gdyby tylko powiedział "teraz"... AAGRRR! Gdyby nie ten Devin! Mówiłam ci, że nikt go nie lubi! xD
    Mówisz, że ci nie wychodzi, a wychodzi coraz lepiej... Dla ciebie nie ma pojęcia 'brak weny'. Mówię całkiem serio <3
    Mam nadzieję, że za 2 tygodnie będzie równie przełomowo *_* (choć pwnie tak nie będzie, ale coooo tam :D)
    LoliShouta
    Ps. Kocham cię<3

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy6:13 PM

    OchBoże, tak blisko a tak daleko. Świetnie budujesz napięcie, zarówno w wątku z kryształami, jak i tym co, dzieje się między głównymi bohaterami. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie to "teraz" na podjęcie rozmowy raz jeszcze tylko z trochę lepszym skutkiem. D.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jesteś niezadowolona z rozdziału. Znalazłam tylko kilka drobnych potknięć, ale to rzeczy które można poprawić w ciągu kilku sekund. Np. Wschodnia Monarchia. Monarchia to ustrój, a miejsce gdzie panuje określa się raczej jako królestwo, czy księstwo. Może chodziło Ci o "marchię"? Ale to zwykłe czepialstwo, bo wcale nie przeszkadza w odbiorze, poza tym znalazłam jakieś powtórzenie i coś poplątało się w zdaniu „paraliżującej myśli i morzu samotności”.

    A poza tym to... kocham Devina ;D też mnie czasem denerwuje, że zabiera Amirowi i Nadimowi ich czas "sam na sam", ale wprowadza dużo humoru i przy tym rozdziale naprawdę się uśmiałam :)
    I ostatnia rzecz to... że nie masz serca xD naprawdę byłam pewna, że wreszcie Amir wyzna swoje uczucia, a tu znowu nic... Cóż, w każdym razie jest do tego coraz bliżej i mam tylko nadzieję, że jak już się na to zdobędzie to odpowiedź Nadima będzie taka, na jaką wszyscy liczymy ^^
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie rozumiem dlaczego jesteś dla siebie taka surowa.
    Mogło być gorzej! (Jestem mistrzem pocieszania!). Żartuję oczywiście.
    Kocurku , jeśli dla ciebie to jest źle napisane , to ja chcę wiedzieć co za arcydzieła chowasz w domu które są napisane według ciebie perfekcyjnie.
    Ja osobiście jestem jak najbardziej zadowolona, mnie się podobało i to bardzo.
    Tylko... ohh taka okazja... i jednak nie wyznał mu miłości.
    Dwa proste słowa , a tak trudno je wypowiedzieć.
    Albo Nadim jest idiotą, i lubi dotykać i przytulać wszystko co popadnie, albo również coś czuję do Amira.
    No przepraszam bardzo! Przytula go, mówi ,że ma ładne włosy , martwi się o niego i troszczy. Jeśli to nie jest przejaw jako takiej miłości, to ja nie wiem co to jest.
    Podobała mi się kłótnia Devina z Woźnicą hihi... Co poeta może wiedzieć o kobietach! Lepiej sobie znaleźć faceta!
    Co nie, Amir? :D
    Stwierdziłam ,że mogłabym czytać tylko Chaos <3 No i wyzwanie... I LpOH... hihi co ja pisze, zaraz bym wymieniła wszystkie opowiadania (Poza księciem... Książe nie wywołuję u mnie takiego... podniecenia? xd co inne twoje dzieła)
    Zgadzam się ,że poeta dodaje humoru, ale troche juz mnie irytuje.
    Hmm zobaczymy co skrywa pod maską głupiutkiego facecika :D
    Pozdrawiam i nie moge doczekać sie następnego Chaosu :).
    Kocham cię tygrysku

    OdpowiedzUsuń
  15. O bogowie.
    Posunę się do rękoczynów.
    Co z tego, że nie mam z nim najmniejszych szans.
    Wzięłabym widelec i zadźgała takiego.
    Krwiożercze widelce.
    Phie.
    Tak tak, mam na myśli Amira.
    Oczywiście jest moją ulubioną postacią w Chaosie, ale...
    Zadźgałabym!
    Zaraz zejdę na dół do kuchni i pobawię się w Sebastiana Michaelisa.
    Rzucanie sztućcami zawsze spoko.
    Amir, ty niekompetentny idioto.
    Przyznałbyś się, kłamco.
    Przecież widać jak na dłoni, że Nadim już i tak ma swoje domysły i podejrzenia.
    Nasz idealny Nadim, wzór wzorów i bóg bogów.
    Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, jak się go słucha.
    Ile tutaj rasizmu.
    I zadufanych potomków wilków.
    Phie.
    Amir przynajmniej przyzna, że ludzie nie są idealni.
    A Nadim? Gdzie tam, jego naród zasługuje na older czystości.
    Chociaż Nadim czysty i niewinny nie jest...
    Najlepsza była scena z burdelem.
    Uśmiałam się do łez.
    Dosłownie.
    Spadłam z łóżka i ciągle się śmiałam.
    Widzisz, do jakiego stanu mnie doprowadzasz?
    Devin...
    Irytujący.
    Nie znoszę poetów.
    W jednym twoim opowiadaniu był...poeta.
    To słowo nawet mi przez gardło przejść nie może.
    Jakieś imię na F miał, nie wiem, ale strasznie mnie wkurzał.
    Tak samo jak wszyscy inni poeci.
    Na miejscu Amira już dawno odcięłabym mu... chociażby... Potem powiem, że przypadkowo... lunatykuje! Język. Odciachałabym ten język i wszyscy zaczęliby mnie wychwalać w niebiosa.
    No, może oprócz obrońcy uciśnionych, Nadima.
    On pewnie spaliłby mnie na stosie.
    Bo jestem człowiekiem. Złym, bezlitosnym, kompletnie nie posiadającym głębszych uczuć.
    Co nie, Nadim?
    No, ja tu gadu gadu, a czas leci.
    Więc pomijając moje spostrzeżenia odnośnie Chaosu..
    Bo tak, to mój pierwszy komentarz na jakimkolwiek twoim blogu, a czytam twoje twory od czterech lat...
    Wiem wiem, szmat czasu...
    Every Me jest nieśmiertelne.
    Może następnym razem skuszę się o dłuższy komentarz.
    Wiesz o której dzisiaj poszłam spać?
    O piątej.
    A wiesz czyja to wina?
    Tak tak, twoja.
    Bowiem Chaos odłożyłam sobie na sam koniec.
    Nie wiem czemu, jakoś tak.. Był na końcu w linkach, w dodatku był dłuższy od innych.
    No i dzisiaj skończyłam go czytać.
    Amir jest boski.
    Według mnie będzie doskonałym królem.
    Może nieco z początku go to przytłoczy i będzie iście wkurwiony owym faktem...
    Ale z czasem, z czasem zobaczymy.
    Ja tam Amira popieram.
    Bycie Królem to straszna wtopa.
    Wolałabym już myć podłogi w mojej szkole.
    A moim ulubionym opowiadaniem, nie licząc Every Me, które znowu czytam od nowa...
    Tak przy okazji, Tony nie jest wcale taki zły.
    Jak znam zakończenie tej całej historii, to patrzę na niego niemal z radością.
    W końcu trzeba mu współczuć...
    Biedny, zboczony Tony, który ma jakieś kudłate myśli widząc konia na znaczku...
    No nic, tylko współczuć.
    A po tym wyjeździe...
    To już w ogóle. Biedny, słodki Tony.
    Słodki jak mój klozet, ale pomińmy.

    OdpowiedzUsuń
  16. I druga część..
    No to powracając do mojego ulubionego opowiadania.
    Jest nim Edmund.
    Tak tak, ten dziwny Edmund, który żyje i mówi zaprzeczając wszelakim prawą logiki.
    Edmund, którego żeś zawiesiła chyba bezpowrotnie.
    No nic, zadowolę się tym co jest.
    Wiedz tylko, że Edmund jest boski.
    Zachowuje się trochę tak jak Brandonek, ale pomińmy.
    To w końcu książę.
    A zachwycanie się telewizorem jest zawsze spoko.
    Poza tym, na Arrenium uśmiałam się jak głupia.
    Ta akcja z kotem.
    Bezbłędna.
    Najlepsze było, co ten go ożywił, a główny bohater jebnął tym zwierzakiem o ścianę... XD
    I te ich dialogi.
    No po prostu leżałam.
    A z opowiadań, których nie zawiesiłaś.
    Kocham Theodora oraz Nathaniela i Louisa.
    Najlepsze są te sadystyczne myśli Theo i jego sny.
    Ubić rudzielca.
    W sumie, to trochę dziwne, że po śmierci tego Oliviera tak szybko zaskoczył.
    Ja od śmierci kogoś ważnego nie potrafię się ogarnąć do dziś.
    A było to... osiem lat temu, no więc szacun dla niego.
    No, chyba jednak przekroczyłam ten limit znaków.
    A co tam, żadna nowość.
    Dlaczego ujawniłam się teraz?
    Bowiem ostatnie parę linijek Chaosu wywołało u mnie tak zwany oczopląs... Widzisz, czasami dobrze zirytować czytelnika. XD
    Pozdrawiam i życzę wielkiego napływu weny.
    No i podziwiam to, że ciągle chcę Ci się to wszystko pisać...
    A gdyby napadła Cię myśl odpisania mi.
    Co zamierzasz napisać następnie? mogę liczyć na Theodora?
    Albo jakiegoś bonusa do Every Me... * marzenia ściętej głowy *
    Phie... Tak trudno się rozstać z Brandonem i Desmondem, że czytam to i czytam, od czterech lat od nowa...
    Co z tego, że znam to na pamięć!
    No, to kończę, bo znowu zaczynam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za długi komentarz :). Kolejny pojawi się prawdopodobnie "Theodore". "Prawdopodobnie", bo mam ostatnio drobne problemy z koncentracją na pisaniu, ale to inna kwestia. Plany co do bonusu do EM odeszły na razie w niepamięć i nie wiem, czy jest szansa, by too się zmieniło.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  17. Anonimowy11:43 PM

    Dlaczego?? Dlaczego stchórzyłeś, Amir?? A już tak mało brakowało! Już tak czekałam na te słowa pełne emocji. I już wyobrażałam sobie reakcję Nadima. Rany julek... A tak to znowu nie skończę na tym rozdziale, tylko przeczytam kolejny, a przecież miałam takie postanowienie pójść jednak wcześniej spać i się wyspać. Dzięki, Silencio :P
    Przez całą ich rozmowę w jaskini trzymałam się w absolutnym napięciu za ramię i aż mi zdrętwiało ;) Tylko dlaczego (znowu) oni obaj zawsze zbaczają *haha* na tematy ich różnic kulturowo-rasowo-światopoglądowo-nie-wiem-jeszcze-jakich?? I zawsze się przy tym kłócą! Moje kochane robaczki :D
    Alys
    PS. Widzisz, Silencio, ile osób pod różnymi Twoimi opowiadaniami wspomina z sentymentem/rozrzewnieniem "Every me"? Stworzyłaś coś niezwykłego i kultowego :D

    OdpowiedzUsuń