Strony

piątek, 30 listopada 2012

Informacja

Rozdział jaki jest, każdy widzi, już nie będę się tłumaczyć, wyszedł w sumie dość krótki, ale mniejsza z tym. Mam jednak dla Was informację co do przyszłego tygodnia. Zapomniałam kompletnie o tym, że miałam pisać LPoH, przypomnieliście mi, ale tak się składa, że na przyszły tydzień, wyjątkowo, zaplanowałam już kolejny rozdział Edmunda. LPoH pojawi się zatem później, a zaraz po nim, prawdopodobnie YFM, o którym też wspominaliście. Tak więc drobne przesunięcie, mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani.

Buziaki.

Rozdział 30 [Chaos]


Z dedykacją dla Zielonych Ludzi :)
Z umiłowaniem dla książek z dzieciństwa :)
I z dedykacją oraz umiłowaniem dla Magdaleny :*

Amir leżał w namiocie, słuchając, z nutką poirytowania, kropli deszczu bębniących leniwie o jego materiał. Na szczęście, póki co, nie zapowiadało się na burzę, i na szczęście, udało mu się zająć sobie tę mniej dziurawą część, choć nie bardzo podobało mu się, że Nadim zamierzał kolejną noc spędzić pod gołym niebem. Nie żeby wcześniej, w podobnych warunkach, im się to nie zdarzało. Potomek wilków wraz z poetą, już jakiś czas temu oddalili się w kierunku jeziora. Było zdecydowanie zbyt ciemno i zimno, jak na tego rodzaju wycieczki, ale trudno było wymagać od Nadima, by przejmował się tego rodzaju „drobnostkami”.
Mężczyzna westchnął cicho, chcąc doczekać przyjścia towarzyszy, choć był już tak senny, że jego myśli zaczynały krążyć niekontrolowanie wokół różnych tematów, a on nie był pewien, jak długo jeszcze wytrzyma. Przymknął powieki. W tym momencie, ktoś wślizgnął się do namiotu. I zachowanie tego kogoś było tak oczywiste, że nawet półprzytomny Amir nie mógł wysnuć innego wniosku, jak tylko ten, że tym kimś był Nadim. Potomek wilków pochylił się nad nim, muskając wargami skroń mężczyzny. Ciemne, wilgotne pasemko opadło w tym momencie na policzek człowieka, który leżał odwrócony do kompana plecami. Otworzył oczy i zerknął przez ramię na uśmiechającego się specyficznie potomka wilków.
-Masz mokre włosy…- wymamrotał, marszcząc brwi.- Gdzie właściwie jest Devin…?
-Devin szuka swoich spodni- odpowiedział potomek wilków, kładąc się obok niego i podpierając na łokciu.
-Szuka swoich… Co?- zdumiał się Amir, zmuszony do tego, by wykazać się jak na tę chwilę wyjątkowymi, siłami intelektualnymi.- Jak to spodni…?- powtórzył po chwili, marszcząc brwi. Następnie przewrócił się na plecy, wbijając w towarzysza pełne niezrozumienia spojrzenie.- Co się stało z jego spodniami?
-Zaginęły mu gdzieś, gdy się kąpał…- odparł potomek wilków nie przestając się uśmiechać w bardzo charakterystyczny sposób.- Albo po prostu ktoś strasznie zły i strasznie niecierpliwy zawiesił je na pobliskim drzewie…- dopowiedział po chwili. znacząco- Jak wolisz…
Amir uniósł brwi, dopiero teraz zaczynając pojmować, do czego zmierza jego kompan. Uśmiechnął się mimowolnie na samą myśl, bardzo szybko powracając do rzeczywistości. Obrócił się w stronę potomka wilków.
-A czy ten strasznie zły i niecierpliwy osobnik miał ogon…?- dopytał z pozorną powagą, mimowolnie zwilżywszy wargi językiem.
Nadim nachylił się nad nim.
-Tak mówią…- szepnął człowiekowi wprost do ucha, nie poprzestając na tym. Musnął wargami płatek jego ucha, po czym jego usta zsunęły się niżej, na szyję. Niespiesznie wędrowały w dół, naprzemiennie to całując, to delikatnie podgryzając skórę mężczyzny, który westchnął, ulegając przyjemności. Jedną dłoń wsunął w mokre włosy potomka wilków, drugą oparł na jego plecach, badając palcami wilgotną skórę i zbliżając się coraz bardziej do pośladków kochanka. Kiedy już na nie natrafił, zdał sobie sprawę z czegoś, na co wcześniej nie zwrócił uwagi.
-Jesteś nagi…?- parsknął, w pierwszej chwili z niedowierzaniem.
-Mhm…- potwierdził pomrukiem Nadim, jakby nie było w tym nic dziwnego.
-Nagi?- powtórzył raz jeszcze Amir, nie mogąc powstrzymać chichotu, jaki cisnął się na jego wargi.
-Kompletnie- potwierdził dumnie potomek wilków, przerywając pieszczoty i uśmiechając się do kochanka sugestywnie.
-I taki tu przyszedłeś…? Nagi w sensie…?
Nadim skinął głową.
-Nie chciałem tracić czasu.
Amir wybuchnął śmiechem.
-Ćśśś… Cicho…- zachichotał Nadim, wpijając się w wargi człowieka, co rzeczywiście stanowiło najlepszy sposób na uciszenie go w każdej sytuacji.
Złączyli się ze sobą w ciasnym uścisku, oplatając nawzajem ramionami i przetoczyli na bok, choć w wąskim namiocie nie mieli zbyt wiele przestrzeni. Amir wylądował na dole, Nadim rozsiadł się wygodnie na jego biodrach, z lekko stwardniałą męskością. Uśmiechnął się szeroko, dostrzegając, jak wzrok jego kochanka koncentruje się na tym właśnie punkcie. Amir podniósł się do pozycji siedzącej, obejmując partnera jedną ręką w pasie, wolną dłonią natomiast, natychmiast sięgnął do jego członka. Stymulował go niespiesznymi ruchami, rozkoszując się pocałunkiem, jaki złożył na jego wargach Nadim i jego nieco chłodnymi dłońmi, które wślizgnęły się pod koszulę człowieka. Sam Amir również z chęcią pozbyłby się odzienia, w szczególności dolnych partii, bo i jego ciało zareagowało na bliskość kochanka. Palce potomka wilków zacisnęły się na rąbku jego koszuli i szarpnęły go w górę, ale Amir był zbyt skoncentrowany na penetrowaniu wnętrza jego ust, by odrywać się od niego choćby na chwilę. Dopiero moment później, przerwał pocałunek, spoglądając na Nadima nieco zamglonym wzrokiem.
-Ile właściwie mamy czasu…?- zapytał podejrzliwie, opierając dłonie na biodrach kompana.
Nadim wzruszył ramionami, oddychając płytko.
-Kilka minut…- odparł.
-Kilka minut?- westchnął Amir, rozczarowany, przyciskając go do siebie z powrotem.- Tak szybko nawet się nie rozbieram… Nie mówiąc o innych sprawach…
-Dlatego jestem tu, żeby ci pomóc- stwierdził z prowokującym uśmiechem Nadim.
Człowiek parsknął rozbawiony. Chciał powrócić do warg potomka wilków, ale ten wykorzystał chwilę, by pozbawić go górnej części garderoby. Amir zamruczał mimowolnie, choć w tym związku nie on miał w zwyczaju podobne zachowania. Nadim uśmiechnął się, zagryzając figlarnie wargę i pchnął kochanka, by ten położył się na plecach. W sposób cokolwiek niecierpliwy, pozbawił go również spodni i bielizny, po czym na powrót, triumfalnie niemalże, rozsiadł się na jego biodrach. Amir ponownie się podniósł i wpił mocno w jego wargi. Potomek wilków oddał pocałunek, ocierając się jednocześnie swoją męskością o męskość kompana. Amir jęknął w jego wargi. Jedną dłoń oparł na karku potomka wilków, czując pod palcami wilgotne pasemka włosów. Drugą chwycił za członek kochanka, powracając do pieszczot, tym razem jednak szybszych i bardziej intensywnych. Rzeczywiście, nie należało tracić czasu, zwłaszcza w takich okolicznościach… Przez chwilę, w jego głowie niekontrolowanie pojawił się obraz Devina, który ich przyłapuje… Uśmiechnął się przez moment z rozbawieniem, ale zaraz odepchnął od siebie te wyobrażenia, bo jakoś nieszczególnie miał ochotę myśleć o poecie w takim momencie. Nadim jęknął cicho. Człowiek położył się z powrotem na plecach, ciągnąc za sobą kochanka. Potomek wilków otarł się o niego kilkakrotnie, przenosząc jednocześnie pocałunki na jego szyję i zmierzając ciepłymi wargami w stronę torsu. Amir przymknął powieki, biorąc płytki oddech. Przerwał pieszczoty, pozwalając zawędrować kochankowi niżej. Czuł, jak usta kompana zaciskają się wokół jego sutka i ssą go lekko. Stłumił w sobie cisnący mu się na usta jęk. Nadim powtórzył to samo na jego drugim sutku. Język potomka wilków przemknął wzdłuż skóry mężczyzny. Amir niecierpliwie wyczekiwał ciągu dalszego, ale po chwili uświadomił sobie, że jeżeli dalej będą szli w tym kierunku, Devin ich przyłapie, i to jeszcze zanim na dobre wezmą się do rzeczy, a nie miał najmniejszej ochoty, by ktokolwiek im przerywał. Na powrót przyciągnął więc do siebie kochanka. Wpił się w jego szyję, chwytając jednocześnie za swoją męskość i pocierając ją o członek towarzysza. Nadim poruszał miarowo biodrami, napierając na ciało Amira. Ich ciche jęki zbiegły się ze sobą w ciszy. Usta złączyły na powrót w żarliwym pocałunku. Płytki oddech, drżące ciało, rozkosz rozbrzmiewająca w jękach i westchnieniach… Szczytowali razem. Nadim położył się na nim, przymykając powieki i starając się uspokoić oddech. Amir w geście rozsądku sięgnął po leżący obok koc i nakrył ich obu, na wypadek, gdyby Devin zamierzał się pospieszyć, choć nic na to nie wskazywało. Potomek wilków ucałował wargi człowieka, po czym musnął nosem jego nos, uśmiechając się z zadowoleniem.
-Więcej niż kilka minut…- stwierdził z rozbawieniem Amir.
-Podziękujmy Devinowi…- szepnął Nadim, po czym przesunął językiem po ustach mężczyzny.
Amir rozchylił wargi, usiłując w nie pochwycić koniuszek języka potomka wilków.
-Chciałbym cię mieć dla siebie na dłużej…- powiedział z tęsknym westchnieniem Nadim, całując go raz jeszcze.
-Na jak długo…?
-Całą noc.
-Niezbyt wygórowane marzenie- zaśmiał się człowiek.
-Na razie i na to brakuje nam możliwości…- uśmiechnął się w odpowiedzi Nadim.- Ale gwarantuje ci, że to nie koniec moich planów…
Amir wyciągnął dłoń, wsuwając ją we włosy kompana.
-Już niedługo…- szepnął.
-Czyżbyś zamierzał sprzedać Devina?- rzucił z udawanym obruszeniem potomek wilków.- Bo wiesz, że na to nie mogę się zgodzić…
Człowiek parsknął śmiechem.
-Nie, to byłoby zbyt skomplikowane… Najpierw musiałbym uciąć mu język, żeby ktokolwiek zechciał go kupić… A i wtedy mógłby być problem ze sprzedaniem takiego wybrakowanego osobnika… I któżby mi uwierzył, że był bardziej wybrakowany wcześniej…?- westchnął Amir.
Jego kompan zachichotał, kładąc głowę na klatce piersiowej mężczyzny.
-Chodzi mi o to, że niedługo będziemy w domu…- wyjaśnił ostrożnie Amir.
-Tak…- potwierdził potomek wilków.- Nie do końca „niedługo”, ale rzeczywiście…
-Więc…
-Amir… Sądzę, że okoliczności w naszych ojczyznach będą bardziej… Skomplikowane… Niż obecność Devina…- zauważył łagodnie.
Amir spojrzał na niego z niepokojem, wspominając ich ostatnią rozmowę. Zawsze, gdy schodzili na te tematy, jakiś lęk wkradał się do jego myśli i zaczynał zastanawiać się nad tym, jak to będzie wyglądało po ich powrocie. Z tym, że on już wiedział, co zamierza. Nie interesowały go okoliczności. Z Nadimem było inaczej.
-Devin idzie…- rzucił potomek wilków, zsuwając się z kompana i układając obok.
Amir usłyszał kuśtykającego i marudzącego poetę dopiero po chwili. Szybko wdział na siebie spodnie, zostawiając cały koc Nadimowi. I zaraz Devin siadł z głuchym jękiem przed namiotem, rozsunął jego poły i zajrzał do środka.
-O, drodzy przyjaciele! Mam dziś chyba strasznego jakiegoś pecha…- podzielił się z nimi refleksją, wyraźnie zdyszany.- Mam spać na zewnątrz…?- zaniepokoił się po chwili.
-Nie, nie, Devin, zaraz wejdziesz do środka- odpowiedział Nadim z łagodnym uśmiechem.- Jest trochę chłodno… Wezmę sobie koc…- poinformował, posyłając drugiemu towarzyszowi kolejny uśmiech, który sprawił, że Amir nie mógł powstrzymać chichotu.
Owinięty materiałem potomek wilków, wyczołgał się z namiotu. Devin zajął jego miejsce.
-Przyjemnych snów, przyjacielu…- westchnął sennie poeta, przewracając się na brzuch i zasypiając chwilę później.
Amir uśmiechnął się lekko pod nosem, przymykając powieki. Przez chwilę jego myśli błądziły leniwie wokół osoby potomka wilków, po czym i on zasnął.
Nie minęło jednak wiele czasu, gdy obudził się nagle. Otworzył oczy, podnosząc się gwałtownie do pozycji siedzącej. Przetarł powieki, czując, że coś jest nie w porządku. Chciał rozejrzeć się dookoła, ale w tym momencie coś zaczęło razić go mocno w oczy. Jęknął cicho i zakrył je ręką, usiłując przyzwyczaić się do światła i wypatrzeć jego źródło. Słońce…? Przecież mógłby przysiąc, że zasnął w namiocie. Teraz jednak z pewnością go w nim nie było. Leżał na trawie, na otwartej przestrzeni, zdawało mu się, że dokładnie w tym samym miejscu, w którym się zatrzymali. Ale namiotu nie było. Nie było Devina ani Nadima. A na niebie wcale nie górowało słońce. Ogromny kryształ. Coś o kształcie kryształu. Jaskrawe, bladoróżowe światło biło od niego we wszystkich kierunkach. Amir zmrużył oczy, przyglądając mu się przez długą chwilę i kompletnie nie wierząc temu, co widzi. Nie była to jednak najbardziej abstrakcyjna rzecz, jaką dostrzegł. Z pewnością nie mogło to konkurować z tym, co zobaczył, gdy jego wzrok spoczął na koronach drzew. Rozdziawił usta, kompletnie sparaliżowany, nie do końca wiedząc, co właściwie uczynić. W pierwszym odruchu chciał uciec, ale nawet nie drgnął , nie mogąc oderwać wzroku od tej osobliwości. Na drzewie, a raczej na drzewach, rozparty wygodnie na ich koronach, siedział mężczyzna. Kilkunastometrowy mężczyzna. O zielonej skórze, ogromnej głowie, która dyndała na bardzo chudej, nie pasującej doń w ogóle,szyi, dużym nosie, czarnych oczach i gęstych brwiach. Uszy miał spiczaste, z czoła wystawała para krótkich rogów. Miał zielone włosy, odrobinę jaśniejsze od koloru skóry, zieloną, długą brodę, która zaplątała się wokół jednego z pni drzewa. Ciało patykowate, bardzo chude, odziane w zieloną koszulę i spodnie. Jego dłonie i stopy były ogromne, zupełnie nieproporcjonalne do reszty. Machał nimi leniwie, sprawiając wrażenie znudzonego.
-Co, u diabła…?- wyrwało się z ust kompletnie przerażonego człowieka.
-Ach, witaj!- zawołał pogodnie zielony stwór, nie przestając się uśmiechać.- Jak się czujemy…? Przebudzony i przytomny…? Mam nadzieję, że nie! Ha, ha! Ale gotów do działania, prawda…? To doskonale!
Amir wpatrywał się w niego bez choćby krzty zrozumienia. Nie, nie rozumiał kompletnie. W zasadzie chyba przekraczało to wszelkie, dopuszczalne przez niego granice oderwania od rzeczywistego świata. Rozejrzał się raz jeszcze. Gdzie byli Nadim i Devin…? Co tu się w ogóle działo, do licha?!
-Kim ty jesteś…?- rzucił pod nosem, cicho, właściwie sam do siebie.
Wyglądało jednak na to, że tamten nie miał najmniejszego problemu z dosłyszeniem tych słów.
-Kimś, kto szuka rozrywki! Desperacko i niezmiennie, od lat, i bez przerwy…- wyrecytował dumnie, kiwnąwszy ogromną głową. Ułożył dłoń w taki sposób, jakby zamierzał się skłonić.- Kimś, kto potrzebuje drobnego rozproszenia! Drobnej uwagi! Zabawy! Śmiechu! Ha, ha! O tak, będę się śmiał!- oświadczył dumnie.- Zawsze to zresztą czynię… Gry i gierki… Świat jest taki zabawny! Wy tacy jesteście! Raj dla mej duszy!
Amir nic z tego nie zrozumiał i właściwie, nawet nie próbował. Był to z pewnością najbardziej niecodzienny, abstrakcyjny, oddalony od rzeczywistości i niemożliwy do wyjaśnienia w jakikolwiek zdroworozsądkowy sposób, obraz, jaki kiedykolwiek widział.
-Czym ty jesteś…?- szepnął tym razem, bo nazywanie tego monstrum człowiekiem z pewnością nie miało racji bytu. Co to było? Diabeł? Demon? Jaki rodzaj potwora…?
-Nie przedstawiłem się…?- zielony osobnik zmartwił się wyraźnie, po czym roześmiał radośnie.- Ach, nic straconego! Zrodziłem się wieki temu z mej matki, Nieobecnej Okrutnej Carycy! Szybko jednak uwolniłem się spod jej władania, tak, tak, matki są tak przesadnie władcze…- Amir nie odrywał od niego uważnego spojrzenia, z każdym jego słowem mając coraz większe wrażenie, że to wszystko chyba po prostu jest jakimś niezdrowym urojeniem, a nie rzeczywistością.- Za to mój ojciec…! O, mój ojciec jest wspaniały! Maleńki Rąbnięty Obrotny Konusik! Tak bym go nazwał! Wesołek jakich mało! Przy nim jest zdecydowanie najwięcej śmiechu!- rechotał stwór.-  A kim ja jestem…? Ja, o moja rozrywko, jestem samotny! Jestem ekscentryczny! I jestem absolutnie niezwykły! Oto ja! Samotniczek Ekscentryczek Nowatorski, do usług…- wyszczerzył w szerokim uśmiechu zielonkawe zęby, znów wykonując coś na kształt połowicznego ukłonu.- Ty nie musisz mi się przedstawiać… Znam cię doskonale!
Zwariował. Amir, nie zielony stwór. Zielone, gigantyczne stwory nie istnieją, dlatego nie mogą wariować, chociaż ten miał z pewnością nie po kolei w głowie. Człowiek potarł skronie, usiłując skoncentrować się na tym, co się wokół niego działo. Raz jeszcze rozejrzał się z uwagą. Cholerny kryształ na niebie. Cholerne zielone monstrum rozłożone na drzewach i spoglądające na niego bez przerwy. I nic poza tym. Las. Usiłował sobie przypomnieć dokładnie miejsce, w którym się zatrzymali. Wyglądało na to, że to było właśnie to miejsce. Ale nie było ich rzeczy. Nie było namiotu. Nie było jego kompanów…
-Gdzie jest Nadim…?- zapytał wreszcie kreatury, spoglądając na nią z uwagą.- I Devin…?
Stwór oparł palce na brodzie, rozdziawiając wargi w wyrazie groteskowego zdumienia i rozglądając się przez chwilę.
-No właśnie, gdzie oni są?- rzucił, rozkładając dłonie.
-Co im zrobiłeś?- warknął Amir.
Stwór zachichotał, bardzo rozbawiony.
-Nic- odparł wesoło.- Jeszcze nic.
Człowiek poruszył się niespokojnie. Nic się nie zgadzało, nic do siebie nie pasowało… Co tu się działo…? Czy to możliwe, by jego własny umysł płatał mu figle…?
-Gdzie są moi towarzysze?- powtórzył surowo.
-Ach, tam, nie rób takiej miny- odpowiedziało pogodnie monstrum.- Rozchmurz się! Jestem w końcu naprawdę miłym człowiekiem… KŁAMSTWO!- wyrzucił z siebie nagle, donośnie, sprawiając wrażenie mocno uradowanego wyrazem dezorientacji i lęku, jaki wymalował się na twarzy Amira.- Wcale nie jestem człowiekiem!
Mężczyzna zmarszczył brwi, usiłując dojść do jakiegokolwiek, logicznego wniosku, o ile takie, w tej sytuacji, były w ogóle możliwe.
-… Jesteś tym demonem…- stwierdził po chwili.
Monstrum jęknęło niemalże boleśnie.
-Nie, nie, nie, nie słuchałeś uważnie…- odparł, kręcąc wielgachną głową z wyraźnym rozczarowaniem.- Ja chcę się tylko bawić… I nie nudzić, nie, nie, nuda bywa pożywką dla wyobraźni, ale w dłuższej perspektywie… Nuda zabija! Bezradność zabija! Brak zajęć zabija! Ja muszę się bawić! Muszę tkać, muszę istnieć! Muszę działać! Działanie, o ma rozrywko, działanie wyzwala! Emocje! Miłości! Złudzenia! Lęki! Radości! Chaos! Kompletny chaos!- zawołał donośnie.- Niech żyje chaos!
Amir wpatrywał się w niego, oszołomiony. Pokręcił głową i przymknął na chwilę powieki, usiłując uporządkować sobie to wszystko. Jakim cudem to mogło dziać się naprawdę…?
-Przygotowałem nam małą grę… Żebyśmy się nie nudzili…- powiedział stwór.- Och, dobra!- zarechotał wesoło.- Żebym ja się nie nudził! Nie wiedzieć czemu, wy spoglądacie na to zupełnie inaczej! Ale gry są dobre! Dają możliwość zabawy… I sprawdzenia samych siebie…- wyszczerzył się pogodnie.- Tak jest, moja rozrywko! Mam nadzieję, że okażesz się równie fascynujący jak zakładam, bo inaczej mógłbym się nieco rozczarować i nudzić… Nie lubię się nudzić…- uprzedził raz jeszcze.- Ale! Nie wyprzedzajmy faktów! Czasu mamy niewiele, gadanie jest nudne, działajmy!
-Skąd pomysł, że będę chciał grać z tobą w cokolwiek…?- rzucił Amir.
-Och, sądzisz, że dam ci możliwość wyboru?- zachichotała kreatura, szczerze rozbawiona.- O nie, nie, dowolność to zbyt duży przywilej, nie możemy sobie na to pozwolić, moja rozrywko, nie, nie… Ale jak wspominałem, jestem miły… To nie było kłamstwo… Dlatego dam ci coś na zachętę…- stwierdził, uśmiechając się szeroko. Amir spoglądał na niego bez zrozumienia. Stwór poruszył brwiami, jakby chciał dać mu coś do zrozumienia. Człowiek pokręcił głową, nie mając pojęcia, w czym rzecz.- Och, rozrywko…- westchnął rozczarowany zielony osobnik.- Spójrz w górę…- dodał, teatralnym szeptem.
Amir popatrzył na zawieszony wysoko na niebie kryształ, po czym przeniósł wzrok z powrotem na zielonego stwora. Ten uśmiechnął się z zadowoleniem.
-Kryształ- stwierdził człowiek.
-Owszem.
-Kryształ wielkości słońca…- dodał, coraz bardziej powątpiewając we własne zdrowe zmysły.
-Szczegóły!- parsknął wesoło jego rozmówca.- Sądziłem, że może mi się kiedyś przydać, więc go sobie wziąłem… Właściciel był chyba do niego bardzo przywiązany… A to pech…- westchnął z udawanym smutkiem, by zaraz dodać radośnie- Raczej nie będzie mnie szukał… Ha, właściwie to jestem pewien! Wątpię, by zdawał sobie sprawę z tego, gdzie podziała się jego błyskotka! Chociaż wątpię też, by wiedział, skąd pochodziła! A to dobre, ma rozrywko! Już sama ta historia jest tak fantastyczna, że można uśmiać się po pachy!
Amir pokręcił głową.
-Nie zamierzam z tobą grać- stwierdził twardo.
-Zamierzasz- zapewnił go zielony stwór.- Uwierz na słowo.
-Nie obchodzi mnie kryształ- odparł ostro.- Chcę wiedzieć, gdzie są moi towarzysze.
-Daj mi szansę!- jęknął groteskowo i błagalnie osobnik.- Pierwsza gra! Pierwsza gra, dobra rozrywka, rozrywko, kolejna zachęta, a jakby tego było mało, odpowiedź na twoje pytanie… Co ty na to?
Amir wpatrywał się w niego przez chwilę, kompletnie zdezorientowany.
-Nie mam pojęcia, o co ci chodzi- stwierdził wreszcie zgodnie z prawdą.- Ale nie dam się wmanewrować w nic podobnego…
Zielony stwór zachichotał, wyraźnie wesół.
-Odwróć się, więc, i przemyśl to jeszcze raz…- rzucił prowokująco.
Człowiek spoglądał na niego przez chwilę, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście powinien to robić. Wreszcie jednak zwrócił się twarzą do drzew, które znajdowały się wcześniej za jego plecami. Dostrzegł to, co miał dostrzec. Znieruchomiał.
-Devin…- szepnął, zdumiony.
I gdyby to rzeczywiście był Devin, nie byłoby problemu. Kłopot jednak w tym, że stał przed nim nie jeden poeta, a… trzech. Trzech Devinów, którzy spoglądali po sobie wzajemnie, mocno zdezorientowani, po czym skierowali wzrok na Amira. Mężczyzna natychmiast ruszył w ich kierunku, ale nagle ziemia zadrgała gwałtownie. Tuż przed jego stopami pojawiło się nagle szerokie pęknięcie, które oddzieliło go od towarzysza… Towarzyszy… Devinów.
-Devin!- krzyknął człowiek, nie mając pojęcia, co robić.
-Przyjacielu!- usłyszał poddenerwowany głos, ale nie zdążyłby nawet ustalić, który z poetów wyrzucił z siebie to słowo.
Odwrócił się na powrót w stronę zielonego stwora, który spoglądał na niego z pełnym satysfakcji i autentycznej, dziecinnej niemalże, radości uśmiechem.
-To jest właśnie dobra gra…- ocenił, zadowolony. Amir zmarszczył brwi, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Dobra gra powinna obnażać intencje albo obnażać słabości… Czasem jedno i drugie… Dobra gra powinna bawić, a to, moja rozrywko, będzie doskonała zabawa!- zaśmiał się wesoło brodaty, zacierając dłonie.- No, dalej! Co tak patrzysz…? Ach, tak! Olaboga! Zapomniałem dodać…? Wybierasz jednego, a ja pozbywam się pozostałych- obwieścił, chichocąc. Amir osłupiał momentalnie, spoglądając na niego z przerażeniem.- Jak sądzisz, wybierzesz tego prawdziwego…?
-Niby po czym miałbym poznać, który z nich jest prawdziwy?!- warknął z przejęciem mężczyzna.
Obejrzał się w stronę poetów. Przyglądał się z dużą uwagą każdemu z nich, ale pod względem fizycznym nie różnili się pomiędzy sobą niczym, najdrobniejszym nawet szczegółem. Znów spojrzał na zielonego stwora. Ten uśmiechnął się do niego z pozorną niewinnością, wzruszając ramionami i jednocześnie, w sugestywny sposób, poruszając brwiami, jakby chciał mu dać do zrozumienia, by ten sam do tego doszedł.
-Devin!- zawołał cokolwiek desperacko.- Devin, możesz mi odpowiadać…?
-Ach, przyjacielu! Błagam cię, nie zostawiaj mnie tutaj, widzisz chyba, że ja jestem prawdziwy!- odparł mu pospiesznie jeden z poetów, wychodząc przed szereg. I przez chwilę, ledwie tę krótką chwilę, Amir miał jeszcze nadzieję, że to rzeczywiście będzie takie proste.- Przecież to ja…
-Amirze!- jęknął z bólem następny, usiłując odepchnąć tego, który wystąpił.- Amirze, to ja, twój przyjaciel! Ja jestem prawdziwy! O, dobrzy bogowie! Ja nie chcę umierać!
-Oni kłamią, Amir! Ja jestem prawdziwy!- zawołał znów trzeci.- Uwierz mi na słowo, błagam, uwierz mi…- załkał niemalże, wyraźnie poruszony.- Przecież mówiłeś, że zawsze cię irytowałem, na pewno byś mnie poznał…
-Nie, to ja cię irytowałem!
-To ja cię irytowałem!
-Ja irytowałem cię najbardziej!
-Dość! DOŚĆ!- krzyknął Amir, unosząc dłoń.- Przestańcie natychmiast!- syknął gniewnie, a poeci odsunęli się od siebie, przyglądając mu się z wyczekiwaniem, w pełnym napięcia milczeniu. Mężczyzna wziął głęboki oddech. Raz jeszcze przyjrzał im się z uwagą, po czym skierował spojrzenie na tę kreaturę.- To nie gra- oświadczył.- To szaleństwo.
-Dziękuję…- stwór pokiwał z dumą głową, jakby uznał to za komplement.- Pójdźmy na kompromis i uznajmy to za szaloną grę! Co ty na to…?
-Ja nie będę grał- zaprotestował mężczyzna.- Nie będę kładł na szali życia mojego towarzysza. Ani za kryształ, ani za nic innego.
-Jesteś pewien…?- stwór udał zaniepokojonego.- Bo chyba wiesz, że w takim wypadku, musiałbym się pozbyć wszystkich…
Amir zacisnął mocno wargi, coraz bardziej zdenerwowany. Nie wiedział, co miał robić.
-Chociaż może to dla ciebie wygodne…- zasugerowała kreatura.- Trzech jest nie do wytrzymania, ale i jeden jest zapewne bardzo denerwujący… Właściwie lepiej byłoby się go pozbyć, prawda…?-istota uśmiechnęła się przebiegle.- A właściwie, może i masz rację…
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Amir. Stwór wbił w niego ciekawskie spojrzenie.- Powiedz mi, jak mam ich rozpoznać, do diabła!- syknął, wytrącony z równowagi.- Co mam zrobić?!
-Zgodzisz się chyba, że byłaby to mało rozrywkowa rozrywka, moja rozrywko, gdybym ci podpowiedział…- odparł obojętnie stwór, układając się wygodniej na konarach drzew.- Nie bawiłbym się tak dobrze. A ja lubię bawić się wybornie!  Co postanawiasz, Amirze…? Nie mamy w końcu wieczności! No, a przynajmniej ty jej nie masz…
-Mogę zadawać mu pytania?- rzucił mężczyzna, woląc się upewnić.
-Choćby i całe multum- potwierdził z zadowoleniem stwór.- Zdziwiłbym się, gdybyś zamierzał czynić cokolwiek innego… Pytaj więc, moja przebiegła rozrywko! Zobaczymy, ile rzeczywiście jest w tobie sprytu…
Amir stanął blisko krawędzi, spoglądając na poetów. Wziął głęboki oddech, zastanawiając się, jak to wszystko ułożyć. Z początku chciał nakazać im odpowiadanie po kolei, ale wtedy nie zdołałby ustalić, czy wszyscy znają odpowiedź, czy też jeden powtarza to, co mówił drugi. Zdecydował się, że wyłapie tego, który odpowie najszybciej i najbardziej zgodnie z prawdą.
-Ostatnia kobieta, w której się kochałeś…?- wyrzucił z siebie.
-Kobiety czy kobieta… Ach, serce me złamane po stokroć, na dwoje rozdarte… Włos jasny walecznej i spojrzenie przyszłej królowej! Gdybyś była jedną, a nie dwiema pannami…
-Królewna, o boska, przepiękna, wspaniała i wojowniczka, która jej towarzyszyła, także całkiem nadobna… Cudna… Blade jej lica… Anioł, nie dziewica! Ach, bogowie chyba musieli niegdyś pozostawić na ziemi swe dzieci, skoro takie piękne istoty mogą chodzić wśród ludzi…
-O dwie dziewice! Najsłodsze ze słodkich, najpiękniejsze z pięknych! Och, gdyby któraś z nich chciała choćby zwrócić na mnie uwagę, wierz mi, mój przyjacielu, wierz mi, że…
-To bez sensu… Kompletnie bez sensu…- szepnął sam do siebie Amir, słuchając z coraz mniejszą uwagą mówiących jednocześnie poetów. Nie słuchali się nawzajem. Dobrze znali odpowiedź. Wszyscy. Jak…? Skąd mogli wiedzieć? Rozsądek podpowiadał mu, że tylko prawdziwy Devin powinien zdawać sobie z tego sprawę, ale było zupełnie inaczej.- Dobrze!- rzucił donośnie, uspokajając mówiących.- Powiedzcie mi coś innego… Gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy…?
Nie bez powodu zadał im to pytanie. Zdawało mu się, że może ten stwór, czymkolwiek był i skądkolwiek się wziął, obserwował ich ostatnimi czasy, stąd wiedział i rozumiał co się dookoła działo. To dotyczyło jednak dalszej przeszłości.
-Moja kochanka, utonęła tu… z ranka…- dokończył odrobinę kulawo jeden z Devinów.
-Wygnali mnie z wioski, mnie, zrozpaczonego, odepchnęli, jak gdybym był im zupełnie nieprzydatny… I oto zjawiło się me przeznaczenie, odnalazło mnie tak, jak podejrzewałem…
-O, przyjacielu! Nigdy nie zapomnę, gdy mnie znaleźliście, nad tym jeziorem, samotnego i gotowego umrzeć z żalu!
-Moja kochanka…!
Amir złapał się za głowę. Niemożliwe. Jak? Jak…? Desperackim wzrokiem spojrzał znów na obserwującego go z uwagą i rozbawieniem stwora. Jak miał znaleźć prawdziwego Devina? I jakim cudem wszyscy trzej potrafili odpowiedzieć na jego pytanie…? Był rozdarty, zupełnie zagubiony i zdezorientowany. W głowie słyszał już tylko szum przekrzykujących się wzajemnie głosów, które z opowieści, przemieniły się znów w prośby i czcze zapewnienia każdego z poetów, że to on właśnie jest tym prawdziwym i żaden inny nie może mu w tej prawdziwości dorównać. A przecież musiało istnieć jakieś rozwiązanie. A może nie…? Kim była ta istota, która chichotała z zadowoleniem, obserwując to, jak mężczyzna miota się i denerwuje coraz bardziej? Co miała na celu, prócz czerpania radości z jego strachu i wątpliwości? Nie znał odpowiedzi. Zastanawiał się długo, przyglądając się Devinom, którzy zaczęli nagle spierać się między sobą, coraz głośniej i bardziej gwałtownie. Właściwie… Właściwie było coś jeszcze… Nagły pomysł, który zaświtał mu w głowie.
-Oto jedzie pan bogaty…- zaczął donośnie. Poeci umilkli natychmiast, wbijając w niego zdezorientowane spojrzenie.- Oto jedzie pan bogaty…- powtórzył znów Amir.- Dokończ swój wiersz, Devinie…- poprosił, przenikliwym wzrokiem spoglądając na stojących obok siebie mężczyzn. Tym razem jednak, żaden nie wyrwał się do odpowiedzi. Amir ledwie mógł w to uwierzyć. On sam nie pamiętał zakończenia tego wiersza. Ale był pewien, że Devin by pamiętał. O tak, jeśli poeta do czegokolwiek miał głowę, to właśnie do własnych wierszy i poematów. Potrafił zaczynać je i kończyć kilka tygodni później, pamiętając każde słowo, każdą pauzę, każdy moment wytchnienia i chwilę dla, niepotrzebnej zupełnie, egzaltacji. A teraz…?- Oto jedzie pan wspaniały…- zaczął snów, wodząc wzrokiem po zdezorientowanych twarzach.- Devin…?
-Eee…- zakłopotał się jeden z poetów.
-… Chyba było tam coś o koniach…- dodał drugi, zastanawiając się poważnie.
-O tak, z pewnością coś o koniach!- podchwycił trzeci.
-Coś o koniach, tak, tak!
Amir parsknął z politowaniem, odwracając się do zielonego stwora.
-Oszukujesz…- stwierdził.- Żaden z nich nie jest prawdziwy.
-Doskonale! Doskonale, doprawdy doskonale!- śmiała się do rozpuku kreatura, kręcąc z niedowierzaniem ogromną, nieproporcjonalną do reszty ciała głową.- Nie wiesz na czym to polega, a i tak ci się udało…! Godne podziwu! Sam nie znałeś odpowiedzi, czyż nie…?
-Nie- potwierdził Amir.
-Ach, chytre! Ach, jakie pełne sprytu! Skoro ty jej nie znałeś, jak mógłbym znać ją ja…?- stwór rozłożył dłonie w bezradnym geście. Człowiek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc jego słów.- Wiedziałem, że znalazłem cię nie na próżno i będę bawił się doskonale! Cieszę się, że nie zawodzisz!
-Skłamałeś- przypomniał mu lodowato mężczyzna.
-Ja…?- stwór pstryknął leniwie palcami. Zapanowała przyjemna cisza, która kontrastowała ze wcześniejszym rumorem spierających się, tym razem o konie, Devinów. Wszyscy poeci zniknęli.- Ależ skąd!
-Powiedziałeś, że jeden z nich jest prawdziwy- upierał się Amir.
-Nie, nie…- usta brodatego ułożyły się w szerokim, zadowolonym uśmiechu.- Ja tylko zapytałem, czy sądzisz, że wybierzesz prawdziwego. To było nic innego, tylko pytanie. Pytanie i drobna prowokacja, powiedzmy…
-Więc gdzie jest prawdziwy Devin?- zapytał ostro mężczyzna.
-Tam, gdzie być powinien!- odparła wesoło istota.
-Czyli…?
-Ach, któż ma czas na nudnych poetów, gdy znajdzie sobie tak cudowną rozrywkę, jak ty…?- zachichotał z rozbawieniem stwór.- Nie dziwię się, że twój ogoniasty towarzysz tak bardzo ceni sobie twoje towarzystwo… Spryt godny podziwu… A może to co innego…? Instynkt…? Ha! Wygrałeś, moja rozrywko! Rzadko kto potrafi wygrać, ale tobie się udało! Twój umysł jest sprawny, ale jak jest z ciałem…?- dopytywał prowokująco zielony.- Ciało jest nudne! Ciało jest ograniczone! Ciało samo w sobie jest ograniczeniem… Ja na przykład nie mam żadnych ograniczeń…- powiedział i, w tym momencie, z jego ramion wyrosła para wielkich skrzydeł. Amir przyglądał się temu, kompletnie zaskoczony.- Ale wy, ludzie… A gdybyście nagle nauczyli się latać…?- zapytał, zafascynowany.- Zastanawiałeś się nad tym wcześniej…? Ilu z was w ogóle zdałoby sobie sprawę z tego, że to potraficie…? Ilu wykorzystałoby nowe możliwości…? Dasz wiarę, moja rozrywko…? Gościłem tu i wojowników, i rycerzy, i królów, w pełni sił, rannych i obłożnie chorych i każdy, wierz mi, każdy pozwolił się ograniczyć swemu ciału… Zdaje się, że zapomnieli, co kontroluje ciało… I co kontroluje cały ten świat…- przyłożył opuszek długiego, chudego palca do skroni.- Nie rozczaruj mnie…
-Nie chcę brać w tym dłużej udziału- zastrzegł Amir, choć zważywszy na to, co wydarzyło się przed chwilą, wiedział, aż za dobrze, że zaraz może zostać do takich działań skłoniony.- Powiedz mi, gdzie są moi towarzysze. Kryształ jest mniej ważny.
-Ach, kryształ…- stwór machnął dłonią w geście ostentacyjnej obojętności.- Cóż mówi mi o tobie to, że potrzebujesz kryształu…? Nic, zupełnie nic! Nuda! Ale nie priorytety! Priorytety są ciekawsze! Na pierwszym miejscu stawiasz swoich kompanów- ocenił, kiwając głową i uśmiechając się przy tym szeroko.- Ciekawe. Podjąłeś się gry. Nie z chęci zysku, a z obawy. O tak, obawiałeś się. O tego, który, jak się zdawało, nie jest ci szczególnie bliski… Ale to pozory. Łatwo się przywiązujesz, rozrywko. Szybko zyskujesz świadomość odpowiedzialności… To ta świadomość tak bardzo cię przeraża, czyż nie…?
-Jeśli przejdę tą twoją grę… Jeśli mi się uda, wypuścisz moich towarzyszy?- zapytał otwarcie mężczyzna.
Kreatura zachichotała, wyraźnie rozbawiona.
-Skąd- odparła.
-Więc jaki w tym wszystkim cel…?- szepnął człowiek, coraz bardziej zdenerwowany i niepewny.
-Odpowiedziałem ci już! Zabawa!- wykrzyknął radośnie stwór.- Zabawa jest celem samym w sobie. Rozrywka, moja rozrywko, rozrywka jest celem nadrzędnym! Ty mnie intrygujesz. Lubię być zaintrygowany. Ty mnie ciekawisz. Lubię być zaciekawiony. Daj mi to, czego potrzebuję, a ja dam ci coś w zamian… Nie dla każdego szykuję tak cenne podarki…
-Nie obchodzi mnie to!- warknął z irytacją Amir.- Wypuść moich kompanów! Nie możesz postępować w ten sposób! Chcesz czegoś ode mnie, nie od nich!
-Wiesz jaki jest z wami problem, rozrywko?- zapytał stwór, nie przestając się uśmiechać.- Zbyt wiele rzeczy rozumiecie po fakcie… Nie potraficie patrzeć dalej. Ty nie jesteś tu wyjątkiem, choć, i tak, liczę na to, że jeszcze mnie zaskoczysz… Kluczem do zrozumienia tej sprawy, jest oczywista kwestia… Ja mogę tutaj wszystko- zachichotał brodaty.- A ty…?- dopytał z zaciekawieniem. Amir milczał, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Co mógłbyś zrobić dla denerwującego poety? Dla bezradnego brata…? Wymagającego wuja…? A co zrobiłbyś, żeby ratować kochanka, którego wciąż nie jesteś pewien…?
Amir pokręcił jedynie głową, po czym odwrócił wzrok w kierunku, w którym wcześniej widział poetów. Ziemia zdążyła się zasklepić. Nie było ani śladu po szczelinie, jaka w niej powstała. A kilka metrów dalej, na trawie, leżał Nadim. Spoglądał na mężczyznę wzrokiem pełnym bezradności i dezorientacji, usta miał zatkane, dłonie związane. Sznur wbijał się mocno w nadgarstki. Człowiek natychmiast rzucił się w jego kierunku, ale nie zdążył do niego dobiec, gdy tuż przed nim, nagle, z ziemi wyłoniły się pędy roślin, które szybko ukształtowały się w coś podobnego do ściany. Próbował ją ominąć, ale to samo stało się obok, a po chwili otaczało go zewsząd. Znalazł się w czymś na kształt labiryntu. Stwór zszedł z drzew, przeniósł się bliżej człowieka, zajrzał z zaciekawieniem do środka, obserwując z góry, jak mężczyzna błąka się i miota po wąskich ścieżkach, usiłując odnaleźć jakąkolwiek drogę.
-Nie chcesz mnie zapytać, czy on jest prawdziwy…?- upewnił się brodaty.- Nie ufasz mi, zakładasz, że nie powiem ci prawdy… I tak nie mógłbyś ryzykować, prawda…?
Amir nie słuchał jego słów. Rozejrzał się dookoła desperacko, zaczynając uświadamiać sobie, że za każdym zakrętem, za każdym razem, gdy znajdował jakieś przejście, oddalał się coraz bardziej od miejsca, w którym widział potomka wilków. Zatrzymał się przy roślinnej ścianie i zaczął wspinać po niej prędko, chcąc w ten sposób przedostać się na drugą stronę.
-Oooooch!- zaśmiał się donośnie stwór.- To jest dopiero ciekawe! Ale obawiam się, że nie możesz łamać zasad, rozrywko…
-Nie mówiłeś o żadnych zasadach…- syknął człowiek, prawie dostając się na górę.
-Bo żadnych nie było- przyznała kreatura, uśmiechając się wesoło.- Dopóki nie postanowiłem, że jednak będą… Mówiłem ci przecież, że ja mogę wszystko…
Amir nie zrozumiał jego słów. Przynajmniej do momentu, w którym wszystkie ściany, nagle, pokryły się grubymi, długimi cierniami. Gdy mężczyzna poczuł je pod dłońmi, krzyknął z bólu, spadając na dół. Raz jeszcze usiłował odnaleźć inną drogę, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie o to w tym wszystkim chodziło. Ten stwór czegoś od niego chciał. Bardzo konkretnej reakcji. Nie pozwoliłby mu łatwo odnaleźć Nadima. Nie wystarczało samo poszukiwanie. Na powrót zatrzymał się przed jedną ze ścian. Zacisnął mocno wargi, wahając się jedynie przez chwilę. Znów spróbował wspiąć się na ścianę. Ostre ciernie kaleczyły jego dłonie. Za pierwszym razem zeskoczył po chwili, za drugim również. Nie poddawał się jednak. Słyszał cichy, zadowolony chichot, wyraźnie rozbawionego stwora. Kolce wbijały się w jego ciało lub, w najlepszym wypadku, zahaczały o jego odzienie. Za każdym razem, gdy usiłował dostać się wyżej, musiał szarpnąć mocno, oswobadzając się i jednocześnie rozdzierając ranę. Zagryzł mocno wargi, czując krew pod palcami. Ból zaczynał być coraz mniej nieznośny, a coraz bardziej tępy, nieco zaślepiający, możliwy do opanowania… W tym momencie, coś chwyciło go mocno za ramiona, ciągnąć z powrotem do ziemi. Obejrzał się ze zdumieniem, widząc pędy roślin, które wyłoniły się z podłoża, oplotły wokół jego rąk i usiłowały sprowadzić z powrotem na dół.
-Co robisz?!- krzyknął donośnie do stwora, ale zamiast odpowiedzi, usłyszał jedynie jego śmiech.
Z całej siły starał się utrzymać, ale przychodziło mu to z coraz większym trudem. Został ściągnięty na ziemię. Znowu rzucił się w kierunku ściany widząc, słysząc po reakcjach stwora, że o to właśnie mu chodziło, ale został zatrzymany, nim zdążył jej dotknąć. Z chwili na chwilę coraz bardziej wściekły i zdenerwowany, szarpał się i wyrywał, usiłując wyswobodzić z roślinnych więzów, które zaczynały oplatać jego nogi i tułów.
-A gdyby tak zacząć odliczanie…?- zapytał po chwili brodaty.- Jak myślisz, rozrywko…? Odliczanie to całkiem niezła mobilizacja, prawda…? Szczególnie, gdy nie wiadomo, co się zdarzy później…
-Przestań! PRZESTAŃ!- krzyknął Amir. W całej tej szarpaninie, zapomniał zupełnie o swoich ranach i o bólu, który wcześniej przeszywał jego ciało. Dopiero po chwili zdał sobie jednak sprawę – ran już nie było. Nie było choćby śladów jego prób przedostania się na drugą stronę, ani na jego ciele, ani na wcześniej poszarpanym odzieniu. Dlaczego…? Usiłował zauważyć związek. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu rozwiązać tą sytuację. Czy to mogło być złudzenie…? Zupełnie jak wtedy, gdy spotkał Nathaira. Czyżby ten stwór bawił się z jego umysłem w taki właśnie sposób?
-Raz…
Drgnął nerwowo. Zagryzł wargę, usiłując dostrzec cokolwiek logicznego w tym całym szaleństwie. Szarpnął się znów. Zapomniał o bólu i ból zniknął. Zapomniał o ranach, zniknęły i one. Jak mógł jednak zapomnieć o tym, co go otaczało…?
-Co mam zrobić?!- zawołał znów do stwora.
-Dwa… Trzy, cztery, pięć…- zanucił brodaty, niespecjalnie zachowując równe odstępy czasowe pomiędzy wypowiadanymi przez siebie cyframi.
Przymknął na chwilę powieki, usiłując się skupić. Chaos. Niech góruje chaos. Tak powiedział…? Zapytał „Devinów” o to, czego sam nie wiedział i dopiero wtedy był w stanie stwierdzić, że żaden z nich nie jest prawdziwy. Wszystko obracało się wokół niego, wokół jego umysłu. A gdyby miał siłę, by rozerwać te więzy…? Niemożliwe. Pomyślał o tym, i w tym momencie poczuł, jak pnącza zacieśniają się na jego ciele. Niemożliwe…? Może wcale nie powinien być pewien…? Widział obok siebie cholernego, wielkiego, zielonego potwora, który wziął się dosłownie znikąd. Tuż nad nim, na niebie, zamiast słońca, górował kryształ. Ledwie chwilę temu rozmawiał z trzema Devinami. Nie bardzo pasowało to do rzeczywistego świata, więc może…? Szarpnął się raz jeszcze, mocno, z takim przekonaniem, jakby te pnącza, które go więziły, były w istocie słabe  i cienkie. Wyrwał się bez problemu. Ruszył przed siebie, znowu zatrzymując przed ścianą. Stwór przestał odliczać. Śmiał się cicho, obserwując z uwagą jego poczynania. Wielka głowa zawisła nad labiryntem, zasłaniając na chwilę kryształ. Amir widział jednak dobrze, mimo ciemności. Przedarł się przez pierwszą ścianę, niemalże rozrywając ją dłońmi. Żaden ślad, żadna rana nie pozostała na jego skórze po starciu z kolcami. Szedł dalej, zmierzając do miejsca, w którym widział wcześniej Nadima, radząc sobie w dokładnie ten sam sposób. W końcu dostrzegł potomka wilków. Był tuż przed nim. Ruszył do niego biegiem i w tym momencie, Nadim zniknął. Zniknął labirynt, zniknęły pnącza, a zielony stwór podniósł się i zasiadł na swoim poprzednim miejscu, uśmiechając się szeroko.
-Gdzie on jest…?- rzucił w jego kierunku mężczyzna.- Po co mnie zwodzisz?!
-Nie zwodzę cię, rozrywko! Ja tylko się z tobą bawię! Bardzo dobrze! Co prawda liczyłem na to, że rzeczywiście polecisz, ale… To też było ciekawe! Umysł masz sprawny! Ciało także… Serce i duszę również, wręcz ponad przeciętnie… Bardzo mi się podobasz…
-Co zrobiłeś z moimi towarzyszami?!- zapytał Amir, coraz bardziej znużony tym, co się wokół niego działo.- Devin nie był prawdziwy. Nadim też mógł taki nie być.
-W tym miejscu zawsze jesteś sam, Amirze…- uśmiechnął się stwór, ale nagle spoważniał. Spojrzał na bok, marszcząc gęste brwi i patrząc długo w jedno miejsce.- A może jednak nie…?- zapytał po chwili, zaintrygowany.
Amir spojrzał w tamtym kierunku. Zobaczył jakąś sylwetkę, za jednym z drzew, może nawet ledwie cień. Nie był w stanie dojrzeć, kto to taki.
-Nadim…?- rzucił niepewnie, niczego nie rozumiejąc.
-O nie, to żaden z twoich towarzyszy, rozrywko…- szepnął z zafascynowanym uśmiechem brodaty.- To ktoś taki jak ja… Gość. Ale on jest tu dłużej… Ha! Ha! Czyżbyś zaciekawił nie tylko mnie…? Chociaż on ma inne cele… On tylko czeka…
-Czeka…? O czym ty w ogóle mówisz?- zapytał Amir, kompletnie nie wiedząc, co się wokół niego dzieje i z każdą kolejną sekundą, stan ten raczej się pogłębiał, zamiast poprawiać.
Ogromna dłoń wyciągnęła się w kierunku kryształu. Chwyciła go, zdejmując z nieba, po czym skierowała się do Amira. Gdy jednak znalazła się tuż przy nim, była wielkości normalnej dłoni, a kryształ – wielkości wszystkich kryształów. Mężczyzna spojrzał na stwora nieufnie, nie wiedząc, co uczynić.
-Zasłużyłeś, moja rozrywko- stwór uśmiechnął się z zadowoleniem.- Na pewno kiedyś jeszcze do ciebie zajrzę… Z nową grą… A tymczasem, weź to.
-Skąd mam wiedzieć, czy jest prawdziwy?- zapytał Amir.- To twoja kolejna prowokacja…?
-Ha, ha! Zawsze podejrzewają mnie o najgorsze…- zielona dłoń wsunęła fragment za pas mężczyzny. Amir odsunął się, nadal spoglądając na swojego rozmówcę nieufnie.- A ja mam najczystsze intencje! Czystszych już mieć bym nie mógł! I jestem dość sympatyczny, w porównaniu z tym drugim…
-Z tym drugim…? O czym ty w ogóle mówisz?! Gdzie są moi kompani?- zapytał raz jeszcze.
-Na swoim miejscu.
-Czyli…?
-Zaraz się przekonasz, Amirze- odpowiedział stwór, chichocąc. Wyprostował się, wstając.- Chciałbym bardzo zostać z tobą dłużej, ale czas mnie nagli, a ile jeszcze rozrywek przede mną! Ha! Nie ma co się ograniczać! Monotonia by mnie zgubiła! Żegnaj, przyszły królu! Mam nadzieję, że zostaniesz królem… Choć nie byłbyś pierwszą ociężałą głową, na którą zwróciłem uwagę… Lepszy ociężały łeb, niż łeb zakuty! Haha! Ach, ciężki jest los rycerzy!
Stanął na ogromnych stopach, po czym odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku, robiąc wielkie susy i brodząc pomiędzy drzewami. Amir pokręcił z niedowierzaniem głową, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Stwór zniknął. Człowiek odwrócił się, spoglądając w miejsce, w które wcześniej patrzył brodaty. Ktoś tam był. Amir widział, jak chowa się przed jego wzrokiem.
-Nadim…?- rzucił raz jeszcze niepewnie.- Nadim?
Długie, liszajowate palce zacisnęły się na pniu drzewa.
Amir drgnął mimowolnie, usiłując dostrzec cokolwiek więcej.
I nagle wszystko się skończyło. Gwałtownie, ledwie w sekundę, nim choćby zdążył zdać sobie z tego sprawę. Ocknął się. Serce waliło mu jak oszalałe, oddech miał przyspieszony, gesty nerwowe i niepewne. Pełnym niedowierzania wzrokiem błądził wokół siebie, uświadamiając sobie, że znajduje się w namiocie, a obok niego, jakby nigdy nic, śpi Devin.
-Devin!- natychmiast chwycił poetę za ramiona, szarpnąwszy go mocno. Ten wybudził się, spoglądając na niego nieprzytomnym wzrokiem.- Devin, wszystko w porządku…?- zapytał, wpatrując się w zdezorientowanego towarzysza z uwagą.- Słyszysz mnie?! Czy wszystko w porządku?!
-N… Nie wiem…- odpowiedział po chwili poeta, z wyraźnym wahaniem.- A czemu właściwie mnie budzisz…?
Amir sapnął niecierpliwie, puszczając kompana. Wyczołgał się z namiotu, po czym znalazłszy na zewnątrz, odszukał wzrokiem drugiego z towarzyszy. Potomek wilków drzemał wsparty o drzewo, odziany jedynie w spodnie i niedbale nakryty kocem. Mężczyzna dobiegł do niego prędko, klękając obok.
-Nadim!- wykrzyknął. Potomek wilków otworzył oczy, spoglądając na niego z lekkim przerażeniem.- Nadim, jesteś cały?! Na litość bogów!- rzucił z przejęciem i ulgą jednocześnie, uświadamiając sobie, że kompanowi nic nie jest.- Nie wiem, skąd się tutaj wziął, przysięgam, nie mam pojęcia, obudziłem się, a on już tutaj był… Pokaż mi dłonie- zażądał, po czym nie czekając na, zdecydowanie zbyt opóźnioną, reakcję potomka wilków, chwycił go za nadgarstki i zaczął oglądać je dokładnie. Ani śladu po sznurze. Żadnych otarć, niczego. Spojrzał potomkowi wilków prosto w oczy i westchnął głęboko.- Dobrzy bogowie… Naprawdę nie wiem, jak to wszystko się wydarzyło, ale…
-… Co się wydarzyło…?- dopytał niepewnie Nadim.
Amir zmarszczył brwi.
-Nie wiesz?- zapytał, zdumiony.- Nic wam nie zrobił… To było jego złudzenie…? Grał ze mną w ten sposób…?
-Amir, o czym ty mówisz?- powtórzył potomek wilków.
-O stworze!- odparł z poirytowaniem mężczyzna.- Wielkim, zielonym człowieku, który siedział tam… o tam…- Amir machnął bezradnie dłonią w kierunku drzew.- Robił strasznie dziwaczne rzeczy, mówił strasznie dziwaczne rzeczy, a na górze, zamiast słońca, znajdował się fragment kryształu i… Czemu tak patrzysz…?- dopytał niepewnie, widząc rozbawiony uśmiech błąkający się na twarzy towarzysza.
-Amir…- zaczął łagodnie potomek wilków.- Stałem na czatach. Nikogo tu nie było.
-Raczej spałeś na czatach!- prychnął mężczyzna.- Mogłeś go przeoczyć!
-Wielkiego, zielonego człowieka…?
-To nie był zwykły człowiek!- syknął w odpowiedzi mężczyzna, bardzo poirytowany kpiącym tonem kompana.- Nawet nie wiesz, jak dziwaczne rzeczy robił! Poza tym… Poza tym…- bąknął i umilkł, czując, jak Nadim przykłada mu dłoń do czoła w geście teatralnej troski.- Co ty robisz?!- obruszył się jeszcze bardziej.
-Nie masz gorączki…- ocenił z uśmiechem potomek wilków.- Czyli albo znowu wpadłeś w uścisk jakiejś specyficznej rośliny… Albo po prostu ci się to przyśniło- stwierdził.
Amir pokręcił głową.
-Nie, nie rozumiesz! To nie był sen! Umiem rozpoznać sen od jawy! To było dziwaczne, całkowicie nierzeczywiste i irracjonalne, ale… Posłuchaj…- zaczął, usiłując uporządkować sobie to wszystko w głowie. Pobłażliwy wzrok, jakim spoglądał na niego towarzysz, z pewnością mu tego nie ułatwiał.- Nagle znalazłem się tutaj, na środku polany, patrzyłem w górę, ogromny kryształ emanował światłem… Prawie jak słońce, ale to nie było słońce, to był cholerny kryształ! I ten człowiek… To nie był człowiek… Zielony! Cały zielony, ogromny, jakby starzec, chociaż głos miał inny… Mówił o grach. I nagle zobaczyłem trzech Devinów i…
-Trzech Devinów?- szepnął z przejęciem Nadim.- Nie dziwię się, że jesteś przerażony…
Amir zacisnął wargi w wąską linijkę.
-To nie jest zabawne- wycedził gniewnie.
-Trzech Devinów?- pokpiwał sobie wciąż potomek wilków.- Nie, to zdecydowanie nie jest zabawne…
Człowiek zdzielił go w ramię.
-Amir… To był sen- powiedział raz jeszcze Nadim.- Zielone, gigantyczne stwory nie istnieją w rzeczywistości. I skoro ja ci to mówię, to tak właśnie jest- dodał z rozbawieniem.
Amir otworzył usta, ale zaraz umilkł, zastanawiając się nad tym.
-Ale to było takie realne…- rzucił cicho.- To znaczy, to wcale nie było realne! Było kompletnie nierzeczywiste, ale mimo wszystko…
-Tylko sen- uspokoił go potomek  wilków.
Człowiek wziął głęboki wdech, po czym skinął głową. Miał wrażenie, jakby to działo się ledwie chwilę temu i działo się naprawdę, ale to było jedyne logiczne wytłumaczenie.
-Co się stało, przyjacielu?- głowa Devina wysunęła się troskliwie z namiotu.
-Amir miał zły sen- wyjaśnił potomek wilków, wstając.
-Znowu?
Amir posłał poecie mordercze spojrzenie.
-Tak czy inaczej, skoro już wstaliśmy, nie traćmy czasu- zakomenderował Nadim.- Zbierajmy się, dobrze?
Podszedł do namiotu, wyciągając z jego wnętrza ich rzeczy i porządkując wszystko. Amir wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, wciąż zastanawiając  nad tym snem. Chyba zaczynał już wariować, skoro śniły mu się takie rzeczy… Chociaż z drugiej strony, zacząłby wariować, gdyby widział tego rodzaju istoty na jawie. Wzdrygnął się mimowolnie, przypominając sobie zielonego stwora. Dziwaczne. Chociaż, gdyby zdarzyło się naprawdę…
Przypomniał sobie o czymś.
Zmarszczył brwi, po czym wsunął palce za pas…
… by zaraz wyciągnąć z zań fragment kryształu.
Obrócił go, przyglądając mu się ze zdumieniem i niedowierzaniem.
Rozejrzał się dookoła cokolwiek płochliwie, po czym skierował wzrok na szykujących się do odejścia towarzyszy.
-Sen, tak?- zapytał z przekąsem.

piątek, 23 listopada 2012

Dzień dobry

Następnie pojawi się "Chaos", nie wiem, czy na czas, ale postaram się. Co chcielibyście przeczytać później? Mogę dodać kolejny rozdział "Edmunda", jeśli macie ochotę, jeśli nie, piszcie czego oczekujecie, ale za dwa tygodnie ani "Theodore" ani "Wyzwanie" na pewno się nie pojawią, więc z pominięciem tych dwóch opowiadań.

Pozdrawiam :)

- 8 - [Edmund Lancaster]


Edmund Lancaster rozglądał się nieufnie po uniwersyteckiej bibliotece, wspinając się, wraz z Jamesem, po schodach, na pierwsze piętro. Zdawało się, że w miejscu, w którym się znaleźli, Edmundowi przeszkadzało zupełnie wszystko. Surowym wzrokiem zerkał na regały,które mijali, surowym wzrokiem mierzył przechodzących obok ludzi i równie surowo prychnął w odpowiedzi na subtelną sugestię mężczyzny, by spróbował zachować ciszę. James był szczerze zdumiony, że komuś, kto przez kilka wieków tkwił w jednym miejscu, w absolutnej samotności, może przeszkadzać cisza, ale może w tym właśnie tkwił sęk całej tej sytuacji.
-Nie chcę tu być- burknął Edmund zwyczajowo poirytowanym tonem, marszcząc brwi.
James wdrapał się na piętro, czekając na niego przez chwilę.
-Edmund…- zaczął łagodnie, spoglądając na potomka hrabiego z należną mu uwagą. Zauważył, że im bardziej koncentrował się na osobie arystokraty, tym łatwiej było mu go skłonić do pewnego rodzaju działań.- Powiedziałem ci, że muszę przejrzeć parę książek. Zrobię to tak szybko, jak się da i wrócimy razem do domu. Czy tak może być?
-Nie może tak być!- syknął donośnie młody hrabia. Siedzący kawałek dalej studenci, którzy uczyli się czegoś, obejrzeli się na dyskutujących z wyraźnym zdenerwowaniem.- Tu jest nudno! I cicho! Nie chcę tu być! Chcę wrócić do domu! I oglądać ekran!- dodał wyniośle, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej i odwracając dumnie wzrok.
James odetchnął głęboko.
-Edmund…- powiedział znowu, korzystając ze swoich pokładów cierpliwości, która, o dziwo, nie została jeszcze wyczerpana przez arystokratę.- Rozumiem, ale musisz być tutaj cicho. Nie wolno ci krzyczeć.
-Niby dlaczego?- obruszył się potomek hrabiego, od wieków przekonany, że wolno mu absolutnie wszystko.
-Ponieważ są tutaj ludzie i oni czytają… Nie będą mogli się skupić, jeśli będziesz hałasował…- usiłował uświadomić młodego Lancastera mężczyzna, zdając sobie jednak sprawę z tego, że stoi przed nim wyjątkowo trudne zadanie.- Bądź wobec nich uprzejmy. I łaskawy- dodał natychmiast James, świadom, że to słowo bardziej trafi do serca nastoletniego, i jednocześnie żyjącego od wieków, panicza.
-Dlaczego czytają?- Edmund Lancaster zmarszczył brwi i zerknął na mężczyznę z obawą.- Kto im kazał…?- dodał szeptem, wyraźnie zaniepokojony.
James zaśmiał się cicho.
-Nikt im nie kazał, Edmund…- odparł, rozbawiony miną młodego hrabiego.- Lubią to.
-Czytać?!- prychnął z niedowierzaniem Edmund.- Przecież czytanie jest takie nudne…- mruknął, kręcąc z niechęcią głową.- Zawsze wolałem jeździć konno…
-Domyślam się- stwierdził James, nie przestając się uśmiechać.- Ale, tak czy inaczej, mam tu pewne sprawy do załatwienia. Musisz na mnie zaczekać, Edmund.
-Nie chcę tu czekać!- denerwował się panicz Lancaster, do którego chyba nie trafiły argumenty mężczyzny.- Chcę wracać do domu! Chcę rower i nie będę nic czytał!
-Ale nikt ci nie każe czytać, Edmund, ja…
-Co to jest…?- Edmund obejrzał się za siebie i jego wzrok spoczął na stojącym przy ścianie komputerze.
James, odetchnąwszy z ulgą, wzniósł oczy ku niebu w niemym podziękowaniu.
-Chodź, Edmund…- chwycił młodzieńca za ramiona i poprowadził go do biurka. Usadowił na krześle, które samo w sobie zaciekawiło Lancastera tak bardzo, że ten obracał się na nim przez chwilę w kółko, wyraźnie zaskoczony i trochę zdezorientowany. Podniósł na Jamesa wzrok, sprawiając wrażenie zagubionego.- Widzisz ten ekran, Edmund…?- zapytał łagodnie mężczyzna, na powrót opierając jedną rękę na ramieniu hrabiego. Edmund skinął głową.- Dotknij tego…- zaczął mężczyzna, chwytając delikatnie za dłoń młodzieńca i układając ją na myszce.- I obserwuj…- dodał, poruszywszy dłonią panicza.
Ten błądził przez chwilę wzrokiem po ekranie, nie mogąc nic dostrzec. Dopiero po chwili wyprostował się, po czym zbliżył twarz do monitora, prawie dotykając go nosem.
-Edmund…- James odciągnął go nieco.
-Rusza się…- szepnął zafascynowany arystokrata, poruszając myszką.- Dlaczego się rusza…?- dopytał jednak zaraz, zaniepokojony, oglądając się na Jamesa.- Czy to może wyjść…?- rzucił, obserwując kursor ze zmarszczonymi brwiami.- I co to w ogóle jest…?
James zachichotał niepohamowanie.
-To jest… taka strzałka, Edmund…- odpowiedział łagodnie.- I nie, nie może wyjść.
-Strzałka…? Wygląda trochę jak mysz… Tylko mała…- odparł zaciekawiony hrabia.
-To jest mysz…- poprawił go James, wskazując na trzymane przez Lancastera urządzenie.
-Mysz?!- wykrzyknął tamten z zaskoczeniem, odruchowo cofając dłoń. James odkaszlnął cichutko, słysząc, cokolwiek gniewne, komentarze dobiegające od strony uczących się nieopodal studentów.- Prawdziwa mysz…?- zapytał z niedowierzaniem.- Ach… Automatyczna mysz…- odpowiedział po chwili sam sobie, patrząc na mężczyznę z uwagą.- Taka jak automatyczne konie…?
-Dokładnie taka.
-Wszystko macie automatyczne…- burknął pochmurnie Lancaster, zaraz jednak powracając do wcześniejszej zabawy.
James odetchnął dyskretnie z ulgą, oddalając się od nastoletniego panicza. Nie odszedł jednak daleko, wciąż mając go na oku. Zatrzymał się przy dziale z książkami na temat historii lokalnej, dziale, zresztą, stosunkowo mało popularnym. Sama literatura, która się tam znajdowała też była dość uboga. James przejrzał tytuły kolejnych książek. Na pewno, w czasie swoich studiów miał w rękach je wszystkie i na pewno, wśród jego notatek znajdowały się ich fragmenty i to, co wówczas wydawało mu się najbardziej istotne. Teraz jednak, zaczynał myśleć, że może coś pominął i nie dostrzegł jakiegoś istotnego szczegółu, który stanowiłby rozwiązanie zagadki śmierci Lancasterów. Bo do rozwiązania zagadki pośmiertnego życia jednego z nich, było z pewnością bardzo daleko. Sięgnął do pierwszej z brzegu książki, otwierając ją na stronie z wypisanymi hasłami i szukając nazwiska Lancasterów.
-James!- usłyszał jednak paniczne wołanie Edmunda.
Zacisnął powieki z głuchym jękiem, mając szczerą nadzieję, że obecni w czytelni są na tyle cierpliwi, by wstrzymać się z mordem potomka hrabiego. Przynajmniej na jakiś czas. Podszedł do młodzieńca, przywołując na twarz uśmiech i nachylił się nad nim, by, z pełną cierpliwością, zapytać:
-Co się stało, Edmund?
-Nie wiem…- Lancaster wyglądał na przerażonego.
James z trudem opanował śmiech, który cisnął mu się na usta. Edmund musiał przycisnąć prawy przycisk myszki i teraz, z autentycznym lękiem, spoglądał na okienko, które pojawiło się na pulpicie.
-Wiesz, co, Edmund…? Mam lepszy pomysł…- stwierdził James, dostrzegając leżące na blacie biurka słuchawki. Podłączył je do komputera i wsadził na głowę arystokraty, który w pierwszej chwili usiłował je z siebie zrzucić.- Zostaw, Edmund…- mężczyzna chwycił delikatnie za jego dłonie. Młodzieniec spojrzał na niego, wyraźnie skrępowany i lekko zdziwiony.- Będziesz mógł słyszeć.
-Co?
-Muzykę…- James uśmiechnął się do niego łagodnie. Włączył przeglądarkę internetową i wszedł na stronę z różnego rodzaju filmikami. Wpisał hasło muzyki klasycznej i zaraz wyświetliło mu się kilka pozycji. Wybrał tę najdłuższą, kilkudziesięciominutową i włączył ją Edmundowi.
Lancaster rozdziawił usta, wyraźnie zafascynowany, chyba nawet nie tyle samymi dźwiękami, co zmieniającymi się obrazkami. James uśmiechnął się do siebie leciutko, zostawiając potomka hrabiego sam na sam z muzyką i oddalił się znów niepostrzeżenie. Zatrzymał się przy regale, oglądając raz jeszcze trzymaną w dłoniach książkę. Nic interesującego. Odłożył ją na półkę. Do jego uszu dotarł wyraźnie rozbawiony śmiech Edmunda. James uśmiechnął się do siebie mimowolnie, sięgając po kolejną pozycję. Lancasterowie, ziemie, morderstwo… Ledwie krótka wzmianka, ani słowa o samym Edmundzie. Nic tu nie znajdzie. Chwycił kolejną. Przejrzał spis treści. Kilkadziesiąt stron poświęconych rodzinie młodego arystokraty. Ach, tak, pamiętał tą książkę. Autor skoncentrował się hipotezach dotyczących mordu dokonanego na Lancasterach i życia lub śmierci samego Edmunda. James zawahał się przez chwilę, ale ostatecznie odłożył książkę na stolik obok, uważając ją za wartą przeczytania. Następna pozycja. Niewiele o samym Edmundzie, ale w całości poświęcona jego rodowi. Warta przeczytania. Odłożył ją obok poprzedniej. Kolejna. Lokalne rody. Może nie powinien ograniczać się do samych Lancasterów…? Położył ją na stoliku. Następna. Bardziej ogólna, traktująca raczej o sprawach gospodarczych i społecznych niż politycznych, ale może i to mu się przyda…? Może musiał patrzeć na sprawę szerzej…? Odłożył. Sięgnął po następną, otwierając na stronie ze spisem treści i czytając coś na ten temat. Symbolika, ziemie, rodziny szlacheckie… Niewiele szczegółów… Czytając jeszcze, sięgał już dłonią po kolejną pozycję. I nagle ktoś dotknął jego dłoni. Cofnął rękę odruchowo i ten ktoś również to uczynił. Książka, po którą sięgnął, łupnęła o ziemię. James schylił się i podniósł ją, przenosząc spojrzenie na stojącą przed nim dziewczynę.
-Przepraszam- odezwała się, uśmiechając ze skrępowaniem. James zamrugał zdumiony, w pierwszej chwili nie zdobywając się na odpowiedź, a jedynie przyglądając się dziewczynie z uwagą. Miała rude, sięgające ramion włosy, upięte dość niedbale w warkocz, jasną twarz, pokrytą piegami i niebieskie oczy.- Byłam trochę… rozkojarzona, tak zwykle miewam…- stwierdziła, chichocąc.- Rzadko ktoś tu bywa i jakoś tak nie zdążyłam się rozejrzeć…
-Nic się nie stało…- odpowiedział James, wyciągając do niej książkę.- Proszę- powiedział.
-Och, nie!- zaprotestowała, kręcąc głową.- Byłeś pierwszy. Poza tym, widzę, że to coś poważnego…- dodała, zerkając na zgromadzony przez chłopaka stosik książek.
-Może poczekać- zaśmiał się James. Jeszcze kilka wieków…- Poza tym, studenci mają pierwszeństwo.
-Nie jestem studentką- odpowiedziała dziewczyna. Spojrzał na nią ze zdziwieniem.- To znaczy, jeszcze nie jestem. To znaczy wcale nie jestem, ale chciałabym nią być, ale to raczej niemożliwe… Wiesz, duże wymagania, to poważna uczelnia, w dodatku droga, a moje wyniki i stypendium…- pokręciła głową, jęknąwszy głucho.- No i pracuję. Tak czy inaczej, odpada. To raczej moje… hobby.
-Historia?
-Historia lokalna- dopowiedziała.
James zdziwił się jeszcze bardziej.
-To dość… niecodzienne hobby- przyznał i oboje zaśmiali się jednocześnie.
-Taaak… Znajomi mają mnie za kompletnego świra- stwierdziła, wyraźnie skrępowana, po czym wbiła w mężczyznę pełne wyczekiwania spojrzenie.- A ty…?
-Ach… Ja… Ja też nie jestem studentem…- odparł James, z jakiegoś powodu czując się lekko poddenerwowany. Może dlatego, że spotkania z lubiącymi historię, urodziwymi dziewczynami, gdzieś pomiędzy bibliotecznymi regałami, nie zdarzały mu się zbyt często…- To znaczy, już nim nie jestem. Skończyłem studia.
-To też dość niecodzienne- zaśmiała się w odpowiedzi.- To znaczy nie skończenie studiów, tylko twoja obecność tutaj… Szczerze mówiąc, nie widuję tutaj tłumów nawet obecnych studentów…- dodała, konspiracyjnym szeptem.
James zachichotał.
-Mogę zobaczyć…?- zapytała ostrożnie, zerkając na stos książek zgromadzony przez mężczyznę.
Ten skinął głową, uśmiechając się uprzejmie.
Podeszła do stolika, oglądając wybrane przez niego pozycje.
-Lancasterowie… Głównie Lancasterowie…- wywnioskowała bez problemu, podnosząc wzrok na Jamesa i uśmiechając się do niego. Odpowiedział nieco nerwowym uśmiechem.- To jakaś praca…?
-Tak. Coś w tym rodzaju.
-Lancasterowie to strasznie ciekawa rodzina. Zawsze mnie dziwiło, że budzą tak małe zainteresowanie! Przecież historia tego rodu ma w sobie wszystko! Romanse, intrygi, tajemnicze zabójstwo… Słyszałeś o Edmundzie Lancasterze?- dopytała po chwili, zerkając na Jamesa z uwagą.
-Oczywiście- zaśmiał się tamten.- Trudno, żebym nie słyszał.
-Och, uwierz, że wcale nie trudno!- odparła, kręcąc głową.- Jeden student zaprosił mnie na kawę, zeszłam na ten temat, a on pół godziny po moim wywodzie zapytał, niezbyt dyskretnie, kto to taki…- James wybuchnął śmiechem. Zawtórowała mu, po czym westchnęła- To wszystko wydarzyło się tak blisko, a jakby nikt się tym nie interesował! Inne historie trafiają do ludzi łatwo, a przecież ta rodzina była bardzo wpływowa na tych ziemiach! No i sam Edmund Lancaster… Choćby dla niego warto interesować się tą sprawą… Czytałeś?- zapytała, podnosząc jedną z książek wybranych przez Jamesa.- Autor strasznie ciekawie opisuje okoliczności jego ewentualnej śmierci… Sama długo się nad tym zastanawiałam… No bo… Zgodzisz się chyba, że to trochę nieracjonalne? Zabicie jego rodziców, a wykradanie tylko jego ciała… Bez sensu…- stwierdziła. James skinął głową.- Właściwie jest wiele hipotez. Może go porwali, a ten zginął po drodze na wskutek ran? Albo sam upozorował własną śmierć, by umknąć mordercom…? Choć to też właściwie idiotyczne… Albo to on zaplanował wszystko. Śmierć rodziców i własną, by później pod innym nazwiskiem, za zgodą wuja, rządzić swoimi ziemiami…
-Nie wydaje mi się, żeby był aż tak przebiegły i wyrachowany…- odparł James, oglądając się mimowolnie na Emunda, który siedział przed monitorem, szczerząc się wesoło sam do siebie.
-No nie wiem!- zaśmiała się cicho.- W ich czasach wszystko było możliwe! Młodsi od niego robili naprawdę okropne rzeczy!- otworzyła jedną z książek na którejś stronie, później to samo zrobiła z kolejną. Dopiero po chwili zreflektowała się i rzuciła- Przepraszam… Mam jakiś taki dziwaczny odruch, zawsze szukam jakichś informacji… Przeszkadzam ci, prawda…?
-Nie, ani trochę- zaoponował James, uśmiechając się łagodnie.- Właściwie jestem po prostu zdumiony… Nie spotykam raczej dziewczyn z tego rodzaju hobby… To znaczy… Nie żebym uważał, że dziewczyny nie są na tyle…- jęknął w duchu, brnąc coraz dalej, ale ku jego zaskoczeniu, na twarzy jego rozmówczyni wciąż widniał pogodny uśmiech.- Dziewczyny są bardzo inteligentne, ale zazwyczaj interesują się innymi sprawami… Nawet w obrębie historii… Właściwie wszyscy, których znałem, interesowali się innymi sprawami…
-Wiem o czym mówisz- odpowiedziała, skinąwszy głową.- Mieszkam w mieście, w którym wydarzyła się tak niesamowita zbrodnia i nawet nikt o tym nie mówi!- jęknęła zawiedziona. James zaśmiał się na sformułowanie „niesamowita zbrodnia”. Rudowłosa zdawała się być absolutnie zafascynowana tym tematem.- Wiem, że to było wieki temu, ale to nierozwiązana sprawa! Na takich historiach bazują książki i filmy, a u nas wszyscy wolą skupić się na czymś innym…- stwierdziła, wyraźnie rozczarowana.
James miał coś odpowiedzieć i nagle usłyszał muzykę. Obejrzał się na Emunda zdumiony i dostrzegł, że ten szybko wstał od komputera, ze słuchawkami na uszach, wyrywając ich końcówkę, przez co wszyscy mogli słyszeć teraz klasyczne kompozycje. James odkaszlnął cicho, podbiegając szybko do komputera i wyłączając go. W tym czasie, Emund dotarł już do stolika i wzrokiem pełnym niepokoju, przyglądał się rudowłosej. James stanął obok niego i zdjął słuchawki z jego uszu.
-Edmund, co się stało…?- zapytał łagodnie.
-Kto to?- burknął panicz, spoglądając na dziewczynę ze zmarszczonymi brwiami.
-Och, zapomniałam! Nazywam się Anette- przedstawiła się wesoło, wyciągając rękę w kierunku młodzieńca. Nic nie wskazywało jednak na to, by ten w ogóle kwapił się, by ją uścisnąć.- Taaak…- odkaszlnęła niepewnie, cofając dłoń.- Może naprawdę już pójdę i nie będę przeszkadzać…
-Nie przeszkadzasz- powtórzył raz jeszcze, z pełnym przekonaniem James.
-Właśnie, że tak- stwierdził Edmund. James spojrzał na niego ze zdumieniem.- Przecież mówiłeś, że będziesz czytać…- mruknął panicz.
Anette odkaszlnęła dyskretnie.
-Edmund…- syknął cicho mężczyzna, po czym przeniósł na dziewczynę spojrzenie i ,z cokolwiek skrępowanym uśmiechem, stwierdził- To mój przyjaciel.
-Też interesuje się historią?- zapytała dziewczyna, uśmiechając się uprzejmie do Edmunda, który nie sprawiał wrażenia zainteresowanego udzieleniem jej odpowiedzi.
-W pewnym sensie…- zakasłał James.
Edmund Lancaster właściwie sam w sobie był historią.
-Jestem jego jedynym przyjacielem- rzucił nagle potomek hrabiego. James wbił w niego zaskoczone spojrzenie, rudowłosa zresztą również wydawała się zdziwiona.- Jedynym i na zawsze- dodał wyniośle.
-Och… Och!- rzuciła, po czym zaczęła się śmiać. Spojrzała na Jamesa, później na Edmunda, i znów na Jamesa…- To znaczy… Nie chciałam niczego… To znaczy, ja nawet nie… Nie chciałam wchodzić między was ani nic w tym stylu…- dodała natychmiast, a James dopiero w tym momencie zrozumiał, co miała na myśli.- Przyszłam tylko pogadać o historii, serio- zapewniła Edmunda, który wciąż wpatrywał się w nią chmurnie.
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast James.- Nie jest tak, jak myślisz…
-Właśnie, że jest- odparł Edmund.
James spojrzał na niego i westchnął ciężko.
-Edmund! Nawet nie wiesz, o czym mówisz- zauważył cicho.
-Wiem. O tym, że jesteś moim przyjacielem- mruknął.
-Nie tylko…- odparł James, odkaszlnąwszy cichutko, choć nie spodziewał się, by Edmund zrozumiał tę subtelną sugestię. W jego czasach coś takiego raczej nie było na porządku dziennym.- Nie łączy nas nic… szczególnego- powiedział znacząco.
-Moja mama mawia, że szczególnie to się robi dopiero, jak ludzie zaczynają ze sobą mieszkać- zażartowała Anette, chichocąc.
-Jamie ze mną mieszka- odpowiedział Edmund. Anette umilkła, wbijając w niego zdumione spojrzenie. James jęknął w duchu.- Robi mi kąpiel. I czasem śpi ze mną w jednym pokoju. Właściwie cały czas. Ale wczoraj nie spał, bo ja zasnąłem zanim przyszedł- obwieścił.
James chyba właśnie załamał się na duchu.
-To… skomplikowane…- bąknął tylko, świadom tego, że został całkowicie pogrążony.- Tak czy inaczej, to właśnie Edmund…
-Okej…- zaśmiała się dziewczyna.- Edmund… Fantastyczne imię.
-Edmund Lancaster- przedstawił się wyniośle młodzieniec.
-Co takiego?- zdumiała się.
-Nazywam się Edmund Lancaster- powtórzył lodowato panicz.
-Zbieżność nazwisk…- wyjaśnił pospiesznie James.- I imienia również…
-Wow… To naprawdę duża zbieżność…- stwierdziła, mocno zaskoczona.- Tak czy inaczej, takie nazwisko chyba zobowiązuje…- zaśmiała się, spoglądając na naburmuszonego panicza z serdecznością.- Co myślisz o…
-Kim ona jest, Jamie?- przerwał dziewczynie potomek hrabiego, spoglądając na towarzyszącego mu mężczyznę z wyczekiwaniem.
I po raz pierwszy, James odczuł ulgę, że ten odezwał się w takiej chwili. Chyba dość niestosownym, choć , jednocześnie całkowicie nieświadomym, zachowaniem byłoby dopytywanie Edmunda, co sądzi na temat teorii o swojej własnej śmierci…
-Właściwie chyba naprawdę już pójdę- stwierdziła pospiesznie rudowłosa. James chciał zaprotestować, ale ta zaraz dodała- Gdybyś chciał porozmawiać… To znaczy wiem, że średnio nadaję się do rozmowy, gadam jak najęta- parsknęła, sięgając do torebki.- Ale gdybyś jednak chciał… Nie ukrywam, że miło byłoby się spotkać… Porozmawiać na wspólne tematy… Naprawdę mało kto ma takie zainteresowania!- stwierdziła, wyjmując kartkę i długopis, po czym zapisała na niej ciąg cyfr. James wpatrywał się w nią, odrobinę skrępowany, ale bardzo zadowolony z faktu, że słowa Edmunda chyba nie zraziły jej kompletnie.- Proszę- podała mu karteczkę.- Zadzwoń, gdybyś chciał się spotkać. Cześć. Cześć, Edmund- uśmiechnęła się raz jeszcze do młodzieńca, jakby chcąc go przekonać, że nie miała żadnych złych zamiarów, ale natrafiając na wyjątkowo lodowate spojrzenie hrabiego, odkaszlnęła tylko znacząco, uśmiechnęła się do Jamesa i odeszła pospiesznie.
-A książka…?- zawołał za nią James, unosząc tomik, po który oboje sięgnęli, ale już się nie odwróciła.
-Kim ona była?- powtórzył znowu Edmund, szturchając mężczyznę w ramię, najwyraźniej bardzo niezadowolony z faktu, że był przez tak długi czas ignorowany.
-Przyszła tutaj poczytać książkę. Jak ja- wyjaśnił spokojnie James. Uśmiechnął się do siebie mimowolnie, spoglądając na pozostawiony przez rudowłosą numer telefonu. Rzeczywiście, zainteresowania miała niecodzienne… Choć kłamstwem byłoby stwierdzenie, że mężczyznę zafascynowało w jej osobie jedynie to.- Ale my chyba sobie darujemy…- dodał, wracając do rzeczywistości. Grupka studentów patrzyła w ich stronę morderczo.- I postaramy się to wypożyczyć? Co ty na to?
Edmund uśmiechnął się z zadowoleniem.

-Podsumujmy…- rzucił James, tak bardzo pochłonięty tym, co czytał, że zaczynał mówić głośno to, o czym myślał.
-Cicho bądź, Jamie!- skarcił go Edmund, który siedział na kanapie i oglądał telewizję.
James zamilkł posłusznie, odgarniając włosy palcami i wracając do sporządzonych przez siebie notatek i przyniesionych książek. Nic. Zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy. Znowu. Ale dlaczego…? Jeszcze zeszłej nocy wydawało mu się, że oto znalazł klucz do całej zagadki. Sen. Jak mógł nie zauważyć tego wcześniej…? Sen był kluczem! Edmund mówił o rodzicach, którzy spali. I o śpiących strażnikach, z którymi wyszli służący… Sen był jednak śmiercią, którą skołatany umysł potomka hrabiego przebrał w złudzenie, w które sam Edmund wierzył bardzo długo, nie będąc w stanie wyjaśnić tego, co rzeczywiście widział owej pamiętnej nocy. Edmund widział śpiących strażników. Martwych strażników, których wynosili służący. I widział martwych rodziców. Widział wszystko. W jego głowie tkwiły odpowiedzi, ale młodzieniec wydawał się być zbyt zagubiony, by umiał przypomnieć sobie cokolwiek więcej. Tak czy inaczej, był świadkiem tych zdarzeń. I sam zginął. Właśnie dlatego, że wszystko widział? A może zginąłby tak czy inaczej? Był przypadkową ofiarą czy jednym z celów?
-Dlaczego cię zabili…- szepnął cicho pod nosem, po czym westchnął bezradnie, przecierając twarz dłońmi.
-Bo był złym człowiekiem- usłyszał odpowiedź Edmunda. Przeniósł wzrok na młodzieńca, który wpatrywał się w ekran telewizora, nie rozumiejąc sensu jego słów.- Był złym człowiekiem- powtórzył hrabia, odwracając głowę w kierunku mężczyzny.- On- dodał, wskazując na telewizor.- Ten, którego zabiła jego żona. Był złym człowiekiem. Tak mi się wydaje. Chociaż nie wiem, co znaczy „rżnąć wszystko, co się rusza”…
-Boże, Edmund!- James zerwał się natychmiast z miejsca.- Co ty oglądasz…
-Telewizor- odparł hrabia, wzruszywszy ramionami.
-Telewizję- poprawił go mężczyzna, wyłączając urządzenie.
-Dlaczego wyłączasz?- zdenerwował się młodzieniec.
-Dobrze…- James stanął przed siedzącym na kanapie Edmundem. Ten wbił w niego pytające spojrzenie.- Jeszcze raz…- odetchnął głęboko mężczyzna, usiłując uporządkować wszystko w swojej głowie, chociaż w całej tej sprawie brakowało jednego ważnego elementu. Przyczyny. Powodu, dla którego doszło do tamtej okrutnej zbrodni…- Zabili cię, bo wszystko widziałeś. Byłeś naocznym świadkiem. Ale może zrobiliby to tak czy inaczej…- mówił, pochłonięty rozważaniami. Potomek hrabiego spoglądał na niego cokolwiek obojętnie, jakby wcale nie był zainteresowany jego słowami.- Tak czy nie…? Wydaje się, że tak… Po co mieliby zabijać twoich rodziców, a ciebie pozostawiać przy życiu…? Służba… Wynajęli służbę…- kontynuował, marszcząc brwi.- Dlaczego?- zapytał znów bezradnie.- Dlaczego zrobili to służący? Musieli to zrobić oni. To nie byli specjaliści… Gdyby nimi byli, zrobiliby z tobą to samo, co z twoimi rodzicami… Ale im poderżnęli gardło, kiedy ty…- umilkł nagle, dostrzegając, że na twarzy Edmunda wymalował się wyraz szoku i przerażenia.- Przepraszam!- zawołał natychmiast, siadając obok niego.- Przepraszam, Edmund- szepnął miękko, zdając sobie sprawę, że nie powinien był przypominać młodzieńcowi tej sytuacji. Panicz Lancaster skinął niemrawo głową. James wciąż jednak zastanawiał się nad tym. Rodzice Edmunda musieli spać. Dlatego właśnie zabicie ich przyszło napastnikom tak łatwo. Weszli do ich sypialni bez najmniejszego problemu. Nie hałasowali. Nie zwrócili na siebie uwagi… Teraz to wydawało się oczywiste. To musiała być służba. Dlaczego służba…? Ktoś ich przekupił…? Edmund Lancaster ich zobaczył. Rozpoznał. Nie spał. Dlatego potraktowali go inaczej… Gdyby byli specjalistami, nie mieliby problemu z tym, żeby zaciągnąć go z powrotem do łóżka i sprawić, by podzielił los swych rodziców. Nie mieliby problemu, żeby przytrzymać go i zabić od razu tam, gdzie stał. A jednak posypał się grad ciosów, których ślady Edmund nosił wciąż na swoim ciele. Tak nie zachowuje się wyrachowany morderca. Nie zabija w ten sposób. Nie zabiera ciała…- Edmund…- zaczął spokojnie. Chwycił, wciąż wyraźnie wstrząśniętego, hrabiego za ręce, które ułożył następnie na swoich udach i nakrył je dłońmi.- Pomyśl raz jeszcze, błagam… Kto mógłby chcieć śmierci twoich rodziców? Kto sprawiał im problemy…?
-Nie wiem…- odparł bezradnie młody Lancaster.- Mówiłem ci już, że nigdy mnie to nie obchodziło…
-Nie pamiętasz nikogo?- naciskał James.- Zupełnie nikogo…? Nikt nie przychodzi ci do głowy…?
Przez chwilę na twarzy Edmunda malowała się pustka. Pokręcił głową, ale zaraz zmarszczył brwi, chyba coś sobie przypominając. James wpatrywał się w niego z napięciem i wyczekiwaniem.
-Była taka… wiedźma…- rzucił Lancaster niemalże z satysfakcją.- Ojciec jej nie znosił. Nikt jej nie znosił… Podła czarownica… Mieszkała w naszym lesie…
-I… Co ona robiła…?- zapytał James, choć był już właściwie pewien, że to niewłaściwy trop.
-Nie wiem… Nie chciała się wynieść… Podła grzesznica…- burknął obruszony.- Czasem jeździłem konno i zbliżałem się do jej chatki… Płoszyłem jej kury…- zachichotał wesoło Edmund.- To było zabawne…
James odkaszlnął dyskretnie.
-Nie bardzo…- postanowił zaoponować.
-Nie było cię tam, Jamie, co ty możesz wiedzieć!- prychnął w odpowiedzi potomek hrabiego.- Myślisz, że rzuciła na mnie klątwę…?- dopytał po chwili. Oczy błyszczały mu z ciekawości. James westchnął cicho, nie odpowiadając.- Ojciec mówił, że ona rzuca klątwy… Szczególnie na mężczyzn, ale nie tylko… Podobno…- Edmund umilkł na chwilę, po czym przysunął się blisko Jamesa, jakby ktoś miał ich podsłuchiwać.- Podobno…- szepnął mu wprost do ucha.- Potrafiła jednym spojrzeniem sprawić, by ktoś poważnie zachorował… I jednym słowem wywołać ulewę… I uśmiechnąwszy się do jakiejś dziewoi sprawić, by ta stała się obrzydliwie brzydka…
-Tak, Edmund…- odparł jedynie James, uśmiechnąwszy się uprzejmie.
Takimi umiejętnościami cechowało się wiele „czarownic”, zwłaszcza tych, które ostatecznie kończyły na stosie. Nie wiedzieć czemu, wtedy ich cudowne zdolności, nie przynosiły im żadnego ratunku. Wolał nie przypominać sobie, ile kobiet straciło życie przez absurdalne oskarżenia wynikające niekiedy z głupoty, niekiedy ze strachu, a niekiedy z chęci zemsty i czystej złośliwości. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że Edmund raczej nie zrozumie jego wyjaśnień, więc z góry je sobie darował.
-Wiem, gdzie ona mieszka… Potrafiłbym tam trafić…- mówił dalej Lancaster, wyraźnie podekscytowany.- To znaczy stąd nie… Ale z mojego zamku to bym umiał. Umiałbym tam trafić, Jamie.
James nie znosił, gdy ich rozmowy schodziły w te rejony. Zagryzł wargę, po czym przymknął na chwilę powieki, starając się dobrze ubrać swoje myśli w słowa.
-Edmund…- zaczął po chwili łagodnie.- Rozejrzyj się dookoła. Żyjemy w zupełnie innych czasach. Ty… Ty żyłeś w innej epoce… Wcześniej… I…- wziął głęboki oddech.- Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Nie ma tutaj twoich rodziców, ani dalszej rodziny, ani służby… Nie ma żadnych ludzi, którzy żyli wtedy i których znałeś… Nie ma nikogo. Nikogo prócz ciebie, Edmund.
Ledwie zauważalny cień przemknął przez twarz potomka hrabiego. Zdawało się, że zastanawia się chwilę nad słowami mężczyzny. Odwrócił wzrok. Zaraz jednak na powrót spojrzał na Jamesa.
-Ale umiałbym tam trafić- powtórzył z uporem.
-Wiesz, co, Edmund?- mężczyzna uśmiechnął się do niego serdecznie. Widział jego zagubienie i narastający niepokój. Nie chciał, by ten się denerwował.- To bardzo dobrze. Pójdziemy tam jutro, dobrze? Przejdziemy się na spacer i sprawdzimy, czy rzeczywiście tam jest… Przygotować ci kąpiel?
Pozostała część dnia minęła im w przyjemnej atmosferze. O ile pominąć drobny wybuch gniewu panicza Lancastera, który poczuł się bardzo sfrustrowany kolejną serią pytań zadawanych przez Jamesa i odparł wyniośle, że nie będzie współpracował tak długo, jak długo James nie włączy ekranu i nie zrobi mu czegoś dobrego do jedzenia. Gdy tak się jednak stało, pochłonięty oglądaniem kreskówek (James uznał, że to jednak bezpieczniejsze rejony niż te, w które wcześniej zagłębił się młodzieniec…), uciszał jedynie dopytującego desperacko Jamesa donośnymi i pełnymi obruszenia syknięciami. James poddał się, choć bardzo ciężko było mu nawet na chwilę odbiec myślami od tematu zbrodni. W jego głowie nieustannie pojawiały się nowe teorie, ale w każdej brakowało jakiegoś elementu, czegoś, co sprawiałoby, że ta, a nie inna wersja wydarzeń, mogłaby być uznana za najbardziej prawdopodobną. Niezbyt przyjemnym elementem, było też przypomnienie sobie o rachunkach, które musiał zapłacić. James wciąż jeszcze dostawał coś na kształt stypendium naukowego, które dyrektor placówki wypłacał mu, chyba nie tyle, jak tłumaczył, z powodu jego osiągnięć, co swoistej litości nad jego stanem finansowym, który nie był aż tak opłakany. Swoją drogą, James powinien się chyba z nim spotkać. Ciekawe, czy ten nadal skłaniałby go do zainteresowania się historią Fitzgeraldów… Dostawał też jakąś sumę od rodziców, ale i to mogło nie wystarczyć, zważywszy na to, że miał na utrzymaniu Edmunda, który zaczął jeść, i zużywać tyle wody i prądu, że musiało to spowodować większe koszty. Zastanawiał się poważnie nad znalezieniem pracy. Edmund Lancaster miał bardziej przedsiębiorczy pomysł. Zaproponował Jamesowi, by ten pobierał opłatę od każdego, kto chciał przejść obok jego domu. James uśmiechnął się łagodnie odpowiadając, że to niemożliwe. Jego wyjaśnienie, że ten teren nie należy do niego, spotkało się z obruszonym prychnięciem panicza i jego pytaniem, do kogo zatem należy. James odparł, że tak właściwie, to chyba do nikogo. Poirytowany Lancaster stwierdził, że James jest głupi, bo jego ojciec powtarzał mu zawsze, że ziemia zawsze do kogoś należy, w czym tkwiło zresztą ziarno prawdy, ale mężczyźnie nie chciało się już tego wyjaśniać. Pomijając jednak kilka niesprzyjających ogólnej ocenie faktów, czas upłynął im miło.
Wieczorem, Edmund Lancaster położył się, już tradycyjnie, w łóżku mężczyzny. Ten zajrzał na chwilę do sypialni, bardzo zadowolony z faktu, że oprócz innych potrzeb fizjologicznych, jego podopieczny „nauczył” się również spać.
-Dobranoc, Edmund- rzucił, uśmiechając się do panicza łagodnie i chcąc przejść szybko do salonu, zatrzymał go jednak głos Lancastera:
-Nie zostaniesz ze mną dopóki nie zasnę, Jamie?
James wszedł do pomieszczenia.
-A zaśniesz?- chciał się upewnić.
Edmund skinął głową.
-Tak sądzę…- odparł z nutką powątpiewania.
Mężczyzna przysiadł na brzegu łóżka, darując sobie siedzenie na zimnej podłodze. Edmund szybko odnalazł jego dłoń i zacisnął na niej palce. James uśmiechnął się do niego lekko. W pomieszczeniu panowała cisza, a jedynym źródłem światła było to podchodzące z drugiego pokoju, które wdzierało się do środka przez uchylone drzwi.
-Czy ja naprawdę umarłem, Jamie…?- zapytał po chwili Edmund, wpatrując się w sufit. Głos miał drżący i wyraźnie niepewny.
-Tak… Tak, tak sądzę…- odpowiedział mężczyzna, mając spore problemy z tym, żeby to wyjaśnić.- A jednak żyjesz. To raczej… niezwykłe…- uśmiechnął się, starając się uspokoić młodzieńca.- Nie zdarzyło się do tej pory. To znaczy… raczej się nie zdarzyło. A przynajmniej nic o tym nie wiem. Przykro mi, Edmund. Naprawdę nie potrafię tego wytłumaczyć.
Edmund skinął głową.
-A umrę…?- rzucił moment później, wyraźnie zlękniony.- Bo ja nie chcę już umierać, Jamie… Umieranie boli…
-Nie… Nie wiem… Nie mam pojęcia…- przyznał bezradnie mężczyzna.- Ale nie wydaje mi się, żebyś miał umrzeć. Żyjesz… po śmierci… naprawdę długo. To znaczy, nie żeby istniała jakaś skala, jak już mówiłem, nikt raczej nie dokonał czegoś podobnego… Ale nie starzejesz się. Nie umrzesz więc ze starości. Twoje serce nie bije. Nie oddychasz. Właściwie twój organizm w ogóle nie powinien funkcjonować… Twój mózg… A jednak… Chyba po prostu jesteś wyjątkowy, Edmund- uśmiechnął się, ściskając zimną dłoń młodzieńca.
-A ty umrzesz…?
James odkaszlnął cicho. Lancaster pytał go o to nie po raz pierwszy. I wyglądało na to, że mało co budziło w nim takie przerażenie jak ta świadomość. Świadomość, że znowu mógłby zostać sam.
-Owszem…- odparł spokojnie.- Ale jeszcze nie teraz. Minie naprawdę dużo czasu.
-Umrzesz jutro?- dopytał Edmund.
-Jutro?- zdumiał się James, marszcząc brwi.- Dlaczego miałbym… Ach, tak…- dopiero po chwili uświadomił sobie, jak dziwaczne było poczucie czasu młodego Lancastera.- Nie wiem…- powiedział po chwili.- Ale tak. Sądzę, że nie wcześniej niż jutro…
-Nie chcę, żebyś umierał, Jamie…- rzucił potomek hrabiego, wbijając w mężczyznę uważne spojrzenie. James spoglądał na niego z uwagą.- Lubię z tobą mieszkać. Lubię ekrany… I wszystkie te mechaniczne stworzenia… Które tak dziwnie buczą…
-Buczą?- dopytał z rozbawieniem mężczyzna.
-Tak, buczą…- potwierdził szeptem Lancaster.- A ciebie lubię jeszcze bardziej, Jamie. Nie zostawiaj mnie samego.
James uśmiechnął się łagodnie.
-Nie zostawię cię, Edmund.

Szli niespiesznie wzdłuż drogi. Edmund chwycił mężczyznę pod ramię, sprawiając wrażenie zdezorientowanego. Nieustannie powtarzał jedynie, że nie pamięta tego, czy innego miejsca, a James starał się mu znowu uświadomić łagodnie, że świat od czasu jego życia bardzo się zmienił. Nawet miejsce, w którym potomek hrabiego mieszkał. Tereny, jakie spoczywały w rękach Lancasterów, ich wsie, przekształciły się w miasto, a las, który otaczał zamek, pomniejszył się bardzo. Powstała droga, nowe budynki… Okoliczne ziemie, i tak wydawały się być wykorzystane w bardzo niewielkim procencie. James pozwolił Edmundowi poprowadzić się dalej, chociaż ten wydawał się być coraz mniej pewnym tego, czy jest w ogóle w stanie trafić do miejsca, o którym mówił. Mężczyzna wyjął telefon komórkowy, mając wciąż w głowie wczorajsze zdarzenie z biblioteki. Bardzo miłe zdarzenie, należało dodać. W czasie studiów nie miał zbyt wiele czasu na spotykanie się z kimkolwiek… A i kandydatki jakoś nie waliły drzwiami i oknami. Niczego mu nie brakowało, no, może prócz chęci wchodzenia w jakiekolwiek związki. Ale teraz… Właściwie… Och, do licha! Musiałby skłamać, gdyby powiedział, że wczorajsze spotkanie nie wywarło na nim dużego wrażenia. Ładna dziewczyna, w dodatku bardzo serdeczna, trochę zakręcona, ale uprzejma i nie wystraszyła się Edmunda… Zainteresowana historią… Błyskotliwa… I zabawna… James całą siłą woli zmusił się do tego, by ponownie wylądować na ziemi. Chciał wysłać jej sms-a z pytaniem o to, czy miałaby ochotę spotkać się z nim ponownie. Choć właściwie, nie był nawet pewien, jak zacząć. „Cześć, pamiętasz mnie? Jestem tym chłopakiem, którego spotkałaś wczoraj, i który chyba nawet nie zdążył ci się przedstawić, ale na pewno dobrze pamiętasz mojego znajomego, Edmunda… Może się gdzieś spotkamy?”. Jęknął w duchu. To raczej nie brzmiałoby zbyt dobrze. Schował komórkę, dochodząc do wniosku, że zastanowi się nad tym, gdy już wróci do domu. Ostatnio zresztą, miał bardzo wiele powodów do rozmyślań.
-Zdaję się, że jesteśmy blisko…- odnotował Edmund z niemałą satysfakcją.
James uśmiechnął się do niego uprzejmie. Podejrzewał, że w miejscu, w którym mieszkała dawna „czarownica” Lancasterów, nie znajdą zupełnie niczego. Przestali trzymać się głównej drogi, przy której znajdowało się kilka budynków i zeszli ścieżką w dół. Edmund przyspieszył nieco kroku, odsuwając się od mężczyzny. Ten ruszył w ślad za nim. I zaraz obaj dotarli do kolejnego domostwa. To wyglądało tak, jakby zostało wyrwane z dawno wykarczowanego lasu i wklejone na powrót tutaj. Ogrodzony teren otaczały jeszcze wysokie, dość gęsto rosnące drzewa. Dom był trzypiętrowy, biały i zdecydowanie współczesny, zresztą bardzo ładny, musiał należeć do kogoś majętnego. Ogród całkiem spory, ale dość niezadbany, jakby jego właściciele nie mieli czasu, by się nim należycie zająć.
-To chyba jednak nie tutaj…- westchnął Edmund, rozglądając się dookoła zbłąkanym wzrokiem.
-To tutaj, Edmund. Ale ta kobieta po prostu już tu nie mieszka- stwierdził James.
Potomek hrabiego pokiwał głową z wyraźnym rozczarowaniem.
-Chyba nie… Nie ma kur…- dodał, opierając się o ogrodzenie i wyglądając za nie.
James zaśmiał się lekko.
W tym momencie, drzwi od domu otworzyły się i wyszła z nich jakaś kobieta. Miała nie więcej niż trzydzieści lat, kręcone, sięgające ramion, czarne włosy, ubrana dość luźno, w dżinsy i kurtkę, zeszła na dół, dopiero po chwili dostrzegając przybyszy. James odkaszlnął odrobinę nerwowo, odciągając Edmunda od ogrodzenia.
-Lepiej już chodźmy- stwierdził, woląc nie zwracać na siebie uwagi ani nie budzić niepotrzebnych podejrzeń.
-Mhm…- zgodził się hrabia, ale w tym momencie James dostrzegł coś dziwnego.
Na twarzy kobiety wymalował się szeroki uśmiech. Podeszła do nich szybkim krokiem, by następnie, zamaszystym ruchem, otworzyć bramę.
-Przepraszam…- odezwał się natychmiast James sądząc, że ta na kogoś oczekiwała albo ich z kimś pomyliła.- Tylko przechodziliśmy, szukaliśmy kogoś…
-Edmund Lancaster…- rzuciła, a mężczyzna dosłownie zamarł słysząc te słowa. Potomek hrabiego wbił w nią uważne spojrzenie, po czym zmrużył oczy, przyglądając jej się badawczo.- Wiedziałam, że w końcu się pojawisz…
-Naprawdę…?- szepnął James, nie mając bladego pojęcia, co tu się dzieje.
-Oczywiście, że nie!- zaśmiała się tamta, machnąwszy lekceważąco dłonią.- Ale żebyś widział miny tych urzędasów, gdy im to mówię! Prawie robią pod siebie! Na co tak patrzycie…? Wchodźcie do środka…

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 29 [Chaos]


Cisza. Grobowa cisza. Tak napięta atmosfera, nie panowała pomiędzy nimi chyba nawet wtedy, gdy dopiero co ze sobą wyruszyli, pełni uprzedzeń i niechęci. Najwyraźniej taka była cena niedopowiedzenia. Amir milczał. Nie miał ochoty mówić. Dostrzegał spojrzenia, które raz po raz rzucał mu kompan, pełne wyczekiwania i niemalże błagalne, ale ignorował je zupełnie, jak gdyby nie wiedział, co oznacza. Nadim chciał mu coś wyjaśnić. Zapewne wytłumaczyć swoje wczorajsze słowa, ale Amirowi nie potrzebne były wyjaśnienia. Bez względu na motywacje i przyczyny, sens tego, co powiedział mu potomek wilków był dość jasny i nie trzeba było głowić się nad tym długo, by dojść do tego, co miał na myśli. Nadim mówił, że mu na nim zależy. A później, że niczego w związku z tym nie planuje, co chyba przesądzało o sprawie. Taki właśnie był potomek wilków i Amir wiedział o tym doskonale. Spontaniczny, pełen dziwacznego przekonania, że wszystkie decyzje podejmą się same, a przyszłość ułoży się po jego myśli. Amir nie był jednak jedną z przypadkowo poznanych przez niego panien, by pozwalać sobie na takie traktowanie. A przynajmniej nie chciał zostać wepchnięty w jej rolę, zezwalając na to, by Nadim traktował ich… relację… w taki sposób, jakby zupełnie nie liczyło się dla niego nic poza chwilą obecną.
Devinowi chyba strasznie ciążył ten nieprzyjemny klimat, może dlatego, że nie potrafił zrozumieć jego przyczyn. Nucił coś, później układał wiersz, recytował, by ostatecznie również zamilknąć, chyba nie odnajdując swojej zwyczajowej motywacji – dezaprobaty Amira.
-Trzeba zebrać trochę drewna i zdobyć coś do jedzenia na dziś- obwieścił wreszcie Amir, przerywając swoje własne milczenie. Podniósł się z miejsca, natychmiast ścigany wzrokiem obu kompanów.
-Nie wyruszamy dziś?- zdumiał się Nadim.
-Devin nie wygląda dobrze, niech odpocznie dłużej…- odpowiedział mężczyzna, choć w rzeczywistości wcale nie chodziło o poetę. Potrzebował chwili na odreagowanie i powrót do, jako takiego, porządku. Nie zamierzał, niczym urażony panicz, dąsać się i obrażać. Właściwie nie do końca wiedział, co zamierzał, z racji tego, że wszystkie ostatnie wydarzenia działy się szybko i nie były inicjowane przez niego. Tak czy inaczej, musiał odetchnąć.
-Ależ czuję się całkiem dobrze, ja…- zaczął Devin.
-Niech tak będzie- zgodził się potomek wilków, przerywając poecie i również podniósł się z miejsca.- To nie jest zły pomysł. Pomogę ci.
-W czym?- mruknął obojętnie mężczyzna, kierując się w stronę lasu.
-W zbieraniu drewna- odparł Nadim, choć było oczywiste, że nie z tej przyczyny ruszył w ślad za nim.
-Nie idę po drewno. Idę do miasta- obwieścił Amir.
-Do miasta…?- powtórzył potomek wilków, marszcząc brwi.- Ale… Jesteśmy blisko Pogranicza… Nie mogę iść z tobą…- zauważył.
-Wiem- odparł mężczyzna, bo o to właśnie mu chodziło.- Idę sam. Nie wszystko co robię musi mieć bezpośredni związek z tobą…- stwierdził, choć zaraz naszła go dość przykra świadomość, że chyba ostatnimi czasy tak rzeczywiście było.
-Mądre słowa- Nadim skinął głową.- Sądzę, że jedyny w tym towarzystwie książę powinien wziąć je pod uwagę…- dodał znacząco. Amir zatrzymał się, odwracając w jego kierunku.- Nie każda decyzja musi wiązać się z tobą. Czasem to, czego chcemy, nie jest jednoznaczne z tym, co jest dla nas dobre- uściślił.
Devin wyglądał tak, jakby zaczął się zastanawiać, czy nie zgubił swoich prawdziwych kompanów gdzieś po drodze i już planował rozpocząć ich poszukiwania. Wodził wzrokiem od jednego do drugiego, przyglądając im się niemal z niedowierzaniem.
-Widać książęta mają już skłonność do tego rodzaju postrzegania rzeczywistości…- odparł Amir, uśmiechając się kpiąco.- Ale, jeśli pamięć mnie nie myli, tobie moje bycie księciem nie przeszkadza… Wprost przeciwnie, życzysz mi jeszcze wyższych funkcji…
Wargi potomka wilków zacisnęły się gniewnie. Amir ruszył dalej, przyspieszając kroku. Przeszedł może kilkadziesiąt metrów, gdy zatrzymał go stanowczy głos Nadima:
-Stój.
Amir, nie wiedzieć czemu, nie mógł postąpić inaczej. Zatrzymał się, rzeczywiście, choć przez chwilę stał do Nadima tyłem, usiłując opanować własne emocje i nie dać ich po sobie poznać. Nie dało się ukryć, że był rozgoryczony. Nie zły. Rozgoryczony po prostu. Wreszcie powoli odwrócił się w kierunku towarzysza, spoglądając na niego z pozornym spokojem.
-Naprawdę nie rozumiesz tego, co starałem ci się wczoraj przekazać…?- zapytał Nadim, spoglądając na niego z niedowierzaniem.- Naprawdę nie rozumiesz…?
-Rozumiem aż za dobrze- odparł chłodno mężczyzna, który nie zdołał powstrzymać nutki urazy, jaka wkradła się niepostrzeżenie do jego głosu.
-Wątpię- Nadim podszedł do niego bliżej.- Gdybyś rozumiał, nie zareagowałbyś w ten sposób. Nigdy się nad tym nie zastanawiałeś…? Nad tym, co spotkało naszych wujów?- Amir nie ruszył się z miejsca, spoglądając na kompana z wyczekiwaniem.- Kiedy opowiedziałem ci ich historię byłeś wzburzony, ale przecież musiałeś o tym myśleć… Czy kiedykolwiek myślałeś więc o tym, co by było, gdyby ta historia potoczyła się inaczej…? Ludwik i Canis pełnią bardzo ważne funkcje. Obaj są odpowiedzialni nie tylko za swoje życie, ale za życia wielu innych. Był jednak czas, gdy nie mieli tej świadomości. I co by było, gdyby wtedy postanowili inaczej…? Gdyby zechcieli uciec albo przynajmniej zrezygnować ze swoich powinności…?- pytał potomek wilków, wpatrując się mężczyźnie prosto w oczy.- Kto rządziłby teraz waszym państwem…? Kto by cię wychowywał…? Kim byś teraz był?- rzucił otwarcie.
-Nie wiem- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir, wzruszając ramionami.- Nie mogę wiedzieć. Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. I tak, gdy myślałem o tym z początku, dochodziłem do tych samych wniosków… Poczułem względem wuja jeszcze większy podziw, gdy uświadomiłem sobie, z czego musiał zrezygnować…- szepnął cicho. Przekonał się o tym dopiero w momencie, gdy sam zrozumiał swoje uczucia. I, gdy próbował sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby mając blisko siebie tego, na którym tak bardzo mu zależało, czuł presję podjęcia tego typu decyzji.- Zrobił coś dobrego. Coś wielkiego. Tak właśnie sądziłem. Ale później przypomniałem sobie, ile razy patrzyłem na niego i widziałem jego smutek. Ile razy zastanawiałem się nad tym, dlaczego wciąż wydaje się być taki samotny, dlaczego nie zachowuje się inaczej, dlaczego koncentruje się tylko na władzy… To nigdy nie były jego ambicje…- stwierdził, kręcąc głową.- Teraz wiem to lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie tego chciał. I to wcale się nie zmieniło. Nie wydaje mi się, żebym miał prawo wymagać od kogoś poświęcenia samego siebie, choćby dla milionów innych osób. Może i masz rację. Może gdyby nie Ludwik, byłbym dzisiaj innym człowiekiem, może nie byłoby mnie tutaj wcale. Może moje państwo też byłoby inne, inne byłyby losy jego mieszkańców i co za tym idzie, wasze również. Ale to nie ma dla mnie żadnego znaczenia…- dodał. Nadim przyglądał mu się z uwagą.- Nie zamierzam ustalać komuś życia i kłaść na szali jego szczęścia, tylko po to, by uszczęśliwiać samego siebie… Zresztą, Ludwik sam podjął decyzję. Ja też mam do tego prawo. I nie każ mi wybierać tego samego. Nie zamierzam powtórzyć jego historii. Bez względu na wszystko.
-Proszę cię tylko o to, żebyś się nie spieszył- powiedział Nadim.- Żebyś nie planował niczego z wyprzedzeniem. To odległa przyszłość. A ty chcesz już teraz wycofywać się i rezygnować z tego, co zostało dla ciebie przewidziane… I wcale nie dlatego, że przeraziła cię ich historia…- stwierdził z pełnym przekonaniem.- Chcesz zrzucić ze swoich barków odpowiedzialność. To odpowiedzialność cię przeraża.
Nie to go przerażało. Wcześniej owszem. Bał się planów wuja. Bał się reakcji brata. Teraz bał się tylko jednego. Że straci Nadima. I nie potrafił się z tym pogodzić, bez względu na wszystko.
-Nie- odparł jedynie, nie dodając już nic więcej.
-Podejmiesz decyzję wtedy, gdy naprawdę będziesz zmuszony to zrobić- odpowiedział Nadim.- Niczego nie da się zaplanować.
-W porządku- powiedział człowiek, choć wyraźnie coraz trudniej było mu zachować spokój.- Niczego nie da się zaplanować, tak…? Dobrze. Naprawdę nie zdawałeś sobie sprawy z tego, jakie mam do tego podejście…? Nie jestem tobą. Nie zadowolę się kimś innym, gdy nagle okaże się, że coś stanie nam na przeszkodzie… Ale mniejsza z tym. Po prostu udawajmy, że to nie miało miejsca, że nic się nie wydarzyło. Traktujmy się normalnie, zupełnie tak, jak wcześniej.
-Nie będziesz traktował mnie jak wcześniej- odparł z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Uraziłem twoją dumę, chociaż w ogóle nie rozumiem, dlaczego…
-Nie, to ja nie rozumiem!- przerwał mu gwałtownie Amir, nie mogąc pohamować emocji.- Nie rozumiem, po co w ogóle mnie prowokowałeś?!- zapytał bez zrozumienia. Nadim sprawiał wrażenie zdezorientowanego.- Nie oczekiwałem od ciebie niczego! Żadnej reakcji! Zupełnie niczego! Mogłeś po prostu zostawić mnie w spokoju, zachowywać się, jakby tamtego pocałunku nie było i udawać, że nie zdajesz sobie sprawy z moich uczuć albo mówić o nich otwarcie, ale nie dawać mi powodu, żebym w ogóle zaczynał roić sobie coś takiego…
-Ja nie…
-Jesteś głupcem, Nadim!- warknął gniewnie.- Głupcem! Nie chodzi o moją dumę! Tylko o to, z jaką łatwością przyszło ci powiedzieć, że to wszystko nie ma dla ciebie najmniejszego znaczenia!
-Niczego takiego nie powiedziałem!- zaprotestował natychmiast potomek wilków.
-Nie tłumacz się!- prychnął pobłażliwie mężczyzna.- I nie brnij w to dalej, doskonale wiem, o co ci chodziło. Zakończmy więc, ten temat w tym momencie. Najlepiej na zawsze- dodał kategorycznie.
-Wcale cię nie prowokowałem!
-Nie robiłeś nic innego.
-Sądzisz, że traktowałem to jak zabawę…?- zapytał Nadim, nie wiedząc, jak rozumieć słowa mężczyzny.
-Jestem przekonany- odparł surowo tamten.
-Brednie!- obruszył się potomek wilków, wyraźnie urażony.
-Chciałeś po prostu spróbować jak to jest z mężczyzną…- stwierdził Amir z gorzkim uśmiechem.- Wcale nie jestem zdziwiony, właściwie mogłem się tego po tobie spodziewać… Naiwnością chyba, byłoby oczekiwanie, że potraktujesz tego rodzaju sprawy poważnie, w końcu raczej nie to jest twoją domeną… Cóż… Naprawdę mam nadzieję, że ci się podobało…- zakpił, nie przestając się uśmiechać, choć uśmiech ten, przeradzał się powoli w bolesny grymas.- Przynajmniej będziesz miał co wspominać, gdy już wrócimy do domu i zapomnimy o swoim istnieniu…- dodał, po czym odwrócił się, chcąc odejść, ale potomek wilków chwycił go gwałtownie za ramiona, odwracając do siebie.
-Nigdy nie zrobiłbym ci czegoś podobnego!- wykrzyknął niepohamowanie, wyraźnie wytrącony z równowagi.- Nigdy!
Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem, zaskoczony jego reakcją. Nie odpowiedział jednak, bo zdał sobie sprawę z tego, że ktoś ich obserwuje. Odwrócił głowę, dostrzegając stojącego kawałek dalej Devina, który przyglądał im się ostrożnie. Potomek wilków puścił mężczyznę i odsunął się od niego odrobinę.
-O co chodzi, Devin…?- rzucił Amir, choć ciągle spoglądał wyłącznie na Nadima. Zauważył, jak ten odwraca się od niego, jakby próbował skryć swoje emocje. Dłoń potomka wilków powędrowała do jego ust, zakrywając je w nerwowym geście.
-Chciałem tylko zapytać, czy mógłbym iść z tobą do miasta…- wyartykułował poeta, unosząc brwi.
-Tak… Tak, oczywiście…- odparł mężczyzna. Posłał Nadimowi ostatnie spojrzenie, po czym ruszył przed siebie wolno, czekając na kuśtykającego towarzysza.- Chodź, Devin…

-… Nie mógłbym tutaj mieszkać…- mówił Devin. Właściwie mówił ciągle, chyba rekompensując sobie zupełnie nienaturalne dla siebie milczenie, jakie zachowywał od kilku dni.- Miasta są takie… pozbawione magii…- stwierdził, rozglądając się po niewielkim placu, bardzo opustoszałym, ze względu na porę. Amir nie odpowiadał, pogrążony we własnych myślach, które dalekie były od tego, o czym mówił poeta.- Jest tu zbyt wielu ludzi… Ja wolałbym mieszkać w lesie… Sam… Albo z wybranką mego serca…- szepnął rozmarzony, by zaraz dodać ponuro- Choć chyba tak cudowne istoty nie istnieją, niestety… Ale zamieszkałbym na odludziu, pustkowiu, gdzie mógłbym tworzyć dla samego siebie… Choć tworzenie dla samego siebie, przyjacielu, jest takie bezowocne, takie pozbawione sensu… Odkąd jestem z wami, mam więcej pomysłów, a i wasza uwaga bardzo mi schlebia… Ale ludzie mnie nie doceniają... Ale gdybym miał ją…! Ach, cudowna, wspaniała, najpiękniejsza z pięknych i wymarzona…- gadał dalej jak najęty, zupełnie nie przejmując się faktem, że Amir słyszy, może, co drugie zdanie.- Wtedy tworzyłbym dla niej… Wszystko dla niej… Moje serce… Dusza…- ekscytował się nieustannie.- Moja sztuka, która jest kwintesencją tych dwóch…! Ach, cudowna moja, gdzie może teraz być…? Dzieliłbym z nią losy mego życia, gdzieś w odosobnieniu… Albo na wsi. Właściwie mógłbym mieszkać na wsi. Nie w mojej, tam zbytnio mną wzgardzono, ale może gdzie indziej…
-Nie pasujesz do wsi…- odparł w końcu Amir, wtrącając się w monolog towarzysza. Devin spojrzał na niego pytająco.- Ani do pustkowia. Powinieneś mieszkać w mieście.
-Dlaczego, przyjacielu?- zdumiał się niepomiernie poeta.
-Bo żeby mieszkać na pustkowiu albo na wsi trzeba pracować- odpowiedział dobitnie mężczyzna, posyłając kompanowi pobłażliwe spojrzenie.- Nie wykarmisz ani siebie, ani swej wybranki twoją poezją. A nie wyglądasz ani na kogoś, kto mógłby uprawiać ziemię, na polowaniu nie znasz się zupełnie, więc jak wyobrażasz sobie samotną egzystencję, co…?
-Liczy się serce, Amirze- odparł beztrosko Devin.
-Nie- zaprotestował mężczyzna.- Liczy się to, co potrafisz robić. Twoje umiejętności ograniczają możliwości twojego samotnego, jak mówisz, życia, jedynie do jednego miejsca. Do miasta. Tutaj jest większa liczba darmozjadów i jakoś żyją…- zauważył litościwie.
-Nie, nie, nie, nie…- poeta pokręcił głową, uśmiechając się łagodnie.- Nie byłbym w stanie mieszkać w mieście, za nic na świecie.
Amir parsknął cicho pod nosem w odpowiedzi. Przechadzali się przez chwilę po placu, po czym Devin rzucił nagle, zaintrygowany:
-A cóż to takiego…?
Amir spojrzał w tamtym kierunku, dostrzegając scenę dość osobliwą. Na niewielkim podeście, znajdowało się obite drogim materiałem krzesło, można by wręcz rzec, że tron. Na schodkach doń prowadzących drzemał, niedbale ubrany, młodzian, z zakrytą, zsuniętym kapeluszem, twarzą. Przy samym siedzisku stała jakaś starsza kobiecina, która z wyraźnym zmęczeniem na twarzy, czyściła miejsce z czegoś, co wyglądało jak ekskrementy ptaków.
-To pewnie ma jakiś związek z religią, prawda…?- zapytał Devin, zaciekawiony.
-Tron? Z religią?- Amir uśmiechnął się powątpiewająco.- Władza z religią co prawda cele ma dość zbieżne, ale nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek czcił tron… Chociaż… Skoro można czcić dziury…
-Zapytam- zadecydował Devin i nie czekając na towarzysza, pokuśtykał w kierunku dziwacznego miejsca. Amir westchnął ciężko, nie mając najmniejszych problemów z tym, żeby do dogonić.- Droga pani…- poeta zaczepił sprzątającą kobietę, która zatrzymała się, spoglądając na niego z uprzejmym uśmiechem.- Jesteśmy wędrowcami… Chcielibyśmy się dowiedzieć, po cóż tu ten tron…
-To pomysł króla, mości panie- odparła kobiecina.- Król ma córkę, którą chce prędko wydać za mąż, póki jest jeszcze młoda… Ale na dworze dziwne zwyczaje panują, drogi panie…- rzuciła z wyraźną dezaprobatą.- U nas dawno już by była wydana za miłego kawalera, ale tam inaczej… Tam panna ma wybór i może stawić warunek swemu przyszłemu małżonkowi, aby tym sposobem wybrać tego, który jest najbardziej godzien jej ręki… Królewna więc, zadecydowała, że jej przyszły mąż ma pokonać jej obrońcę… Jakiegoś rycerza z dworu, nikt dokładnie nie wie… A że żadnemu z synów szlacheckich się to dotąd nie udało, król w swej desperacji zdecydował się na pretendentów z ludu… Ale chyba i to niezbyt mu się powiodło, bo królewna wciąż jest samotna… Król tym tronem chciał zwrócić uwagę młodzieńców i zachęcić ich do ożenku, ale nasi mieszczanie, czy oni umieją walczyć w ogóle…?- kobieta rozłożyła bezradnie ręce.- Tak czy inaczej, nic z tego. Dziwna to panna, że nie chce wyjść za mąż…
-Nie chce, niech nie wychodzi…- odparł obojętnie Amir. Nigdy do końca nie pojmował wszystkich tych królewskich dziwactw, rygorów i wymysłów… Owszem, czasem małżeństwa polityczne mogły mieć istotne znaczenie, ale tu, jak widać, nie o politykę chodziło.
-Jak to tak, „niech nie wychodzi”?- obruszyła się kobiecina, kręcąc z dezaprobatą głową.- Tak nie można! To jedyna córa króla! Następczyni tronu! A król niemłody przecież… Jak to by było, gdyby ona rządziła…? Kobieta na tronie? To pech i nieszczęście! Mąż jest jej potrzebny!- rozsądziła kategorycznie.- Wybaczcie, panowie- rzuciła, po czym odeszła od nich nieco, wracając do pracy.
-No cóż… Tak czy inaczej, już wiesz, czemu to służy…- stwierdził Amir, spoglądając na swojego towarzysza i dopiero wtedy dostrzegł, że ten ma dość dziwną minę.- O co chodzi…?- dopytał, nieco tym zaniepokojony.
-Chcę poślubić księżniczkę…- szepnął Devin, rozmarzony.
Amir parsknął z niedowierzaniem.
-Że co…?
-Chcę poślubić księżniczkę!- powtórzył poeta z niezwykłym entuzjazmem, uśmiechając się szeroko.- Królewnę! Wspaniałą, piękną, młodą królewnę…
-Czekaj, czekaj…- Amir wyciągnął dłoń, chcąc uspokoić towarzysza i jednocześnie zrozumieć, co ten właściwie wygaduje.- Ktoś mówił coś na temat jej urody…?
-Przeciętna jest, panie- odezwała się kobiecina, która jak widać, słuchała ich wymiany zdań.- Widziałam ją osobiście. Z twarzy dość ładna, ale wąska w biodrach. Niedobra do rodzenia dzieci.
-Nie chcę dzieci, chcę księżniczkę…- szepnął Devin.
-Co ty wygadujesz?!- ofuknął go Amir.- Nie znasz jej! Nawet jej nie widziałeś! Nie jesteś mieszkańcem tego miasta! Właściwie w ogóle nie chciałeś mieszkać w mieście!
-Skłonny jestem do wielu poświęceń, w imię miłości, mój przyjacielu…- powiedział poeta, który chyba w swej ekscytacji, głuchy był już na wszelkie argumenty.- Czułem, mój drogi, czułem po prostu, że gdzieś w tej podróży, czeka na mnie moje przeznaczenie, cel mojej egzystencji, mojej poezji, powód, dla którego serce moje bije…- mówił z przejęciem, kładąc dłoń na klatce piersiowej.- I oto jest! Niczym znak z nieba, niczym promień słońca, oblewający mnie swą radością, swym blaskiem, odnalazłem tę, o której zawsze marzyłem, tę wymarzoną, najpiękniejszą z pięknych, cudowną, przeznaczoną mi od chwili urodzenia… Musiała śnić o mnie tak, jak i ja o niej śniłem… Marzyć o mnie, jak i ja o niej marzyłem… I pewnie oczekuje mnie pełna nadziei, czekając, aż się pojawię…
Kobieta spojrzała na poetę ukradkiem w taki sposób, jakby nie była pewna, co do jego zdrowia psychicznego. Amir był pewien. Devin zwariował.
-Śniłeś o setkach kobiet, Devin- warknął z poirytowaniem Amir.- A ona nie ma pojęcia o twoim istnieniu! Zresztą, jak ty sobie to wyobrażasz, co?!- parsknął pobłażliwie.- Przecież ledwie chodzisz! A nawet, gdybyś był w pełni sił, i tak bliżej ci do kaleki niż wojownika…- zakpił.- Co…?- rzucił po chwili, dostrzegając, jak poeta wpatruje się w niego błagalnie.- O co ci chodzi…?- zapytał, nieco zaniepokojony.- Chyba nie… Ty chyba oszalałeś!- prychnął, obruszony.- Mam ci zdobyć królewnę? JA mam TOBIE zdobyć królewnę?! Rzuciło ci się na głowę!
-Proszę!
-Nie ma mowy!
-Błagam!- jęknął rozpaczliwie Devin.
-Powiedziałem ci wyraźnie! Nie!
-Tak dobrze walczysz…- mówił z przejęciem poeta.- Podziwiam cię, Amirze, i zrozum, że gdy ty rozwijałeś umiejętności twego ciała, ja szkoliłem mą duszę…
-Trzeba było podszkolić umysł!- warknął wściekle mężczyzna.- Nie zamierzam bić się o jakąś kobietę!- prychnął wyniośle.- A nawet, gdyby było inaczej, to ja bym zwyciężył, więc to ja byłbym… kandydatem… na męża…- wycedził z wyraźnym niesmakiem.- To zupełnie bez sensu.
-Ależ nie, przyjacielu!- upierał się Devin.- Powiedzielibyśmy, że jesteś mym rycerzem, mym wysłannikiem, który walczy w moim imieniu! Każdy wszak widzi, że jestem niesprawny! To byłoby uczciwe! Ja miałbym królewnę, ty udowodniłbyś swą niewątpliwą siłę…
-Nie chcę nic nikomu udowadniać!
-Błagam!- powtórzył znów Devin i nim Amir zdążył zareagować, puścił kij na którym się podpierał i niemalże rzucił na mężczyznę, ściskając go mocno.- Błagam, Amirze! Błagam, błagam…
-Zabieraj ręce!- rzucił mężczyzna, wyraźnie skrępowany.- Co ty wyrabiasz, w ogóle…?- syknął, odsuwając od siebie poetę i rozglądając się dookoła, nieco speszony.
-Błagam…- jęczał wciąż poeta, uparcie niczym dziecko.- Amirze, zrozum, oto odnalazłem swoje przeznaczenie, wybrankę swego serca! Czuję to, czuję, o tutaj!- szepnął z przejęciem, dotykając klatki piersiowej i westchnął z egzaltacją.- Moja najwspanialsza! Czeka tam na mnie, samotna i opuszczona, może pozbawiona nadziei przez te długie lata, gdy nie dane nam było być razem… Amirze! Zrób to dla mnie, proszę! Będę winien ci przysługę!
-Nie chcę twoich przysług!
-Więc… Więc…- zająknął się poeta, wyraźnie szukając argumentów. Amir uniósł brew w geście politowania.- Ale wtedy nie będziesz musiał się mną przejmować- stwierdził nagle.- Nie chciałeś, żebym z wami podróżował, Amirze i choć jesteś bliski memu sercu, choć jesteś mym przyjacielem, wiem o tym doskonale…- doprawdy? Amir był szczerze zdziwiony. Do tej pory poeta sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział zupełnie niczego.- A więc będziesz miał mnie z głowy. Ja pojmę za żonę królewnę, co jak sądzę, jest mi przeznaczone, a wy ruszycie dalej, beze mnie…
Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad tym poważnie. Devin przeszkadzał mu mniej niż wcześniej, co nie zmieniało faktu, że wciąż był irytujący. Amir ani myślał pozbywać się go na siłę, ale gdyby naprawdę zechciał zostać… I gdyby rzeczywiście został... W końcu chodziło o jeden pojedynek. A Amir był w tym doskonały, naprawdę doskonały! Owszem, ostatnie wydarzenia pozostawiły po sobie ślad i zapewne nie byłby tak sprawny jak zawsze, ale jeśli starcie miało być uczciwe, był niemalże przekonany, że sobie poradzi. Westchnął głęboko, wahając się wyraźnie.
-To idiotyczne…- stwierdził w końcu i widział wyraz zawodu, malujący się na twarzy poety.- ...Ale dobrze…- mruknął ostatecznie.- Zgadzam się.
-Dobrzy bogowie, mój przyjacielu!- Devin wyglądał tak, jakby miał się popłakać ze wzruszenia.
Znów chciał się rzucić na szyję kompana, ale ten zrobił skuteczny unik, przez co poeta omal nie wylądował na ziemi, z trudem utrzymując równowagę. Amir podał mu jego kij, na którym ten wsparł się, wpatrując się w mężczyznę niemalże z uwielbieniem.
-Ale nie ponoszę żadnej odpowiedzialności, jeśli twoja królewna nie będzie pasowała do twoich wyobrażeń!- zastrzegł ostro mężczyzna, mając jednocześnie dziwne wrażenie, że zapewne tak będzie, bo mało która istniejąca kobieta, mogłaby spełnić wymagania Devina. Ten jednak wyglądał na tak przekonanego o słuszności swych własnych urojeń, że jedynie pokiwał głową, choć widać było, że nie dopuszcza do siebie tego rodzaju scenariusza.- Dobra…- westchnął ciężko Amir.- Zrobię to… Ale właściwie… Właściwie to co mam zrobić…?- zapytał po chwili, zdezorientowany, przenosząc wzrok na kobietę, która od dłuższej chwili nie zajmowała się porządkami, a przysłuchiwała ich rozmowie.
-Rzuć rycerzowi wyzwanie, panie…- odparła.
-Podobno nie wiadomo, który to rycerz- zauważył mężczyzna.
-Ano nie wiadomo…- odparła, skinąwszy głową.- Stań przy tronie i rzuć wyzwanie. Tak to działa. Podobno…- dodała powątpiewająco.- Wiesz, panie, dawno już nikt się tym nie interesował…
-Świetnie…- westchnął ciężko mężczyzna. Wspiął się na podwyższenie i rzucił.- Wyzywam rycerza królewny na pojedynek! Tak…?- zapytał, zdezorientowany, widząc, jak kilku przechodniów chichocze po jego słowach. Kobiecina pokiwała głową, choć zdawało się, że sama nie wie, jak to wszystko ma wyglądać. Amir zerknął przez ramię na nieporuszonego młodziana.- Tamten chłopak się tym zajmuje…? Ten, który drzemie?- dopytał starszej.
-To jakaś młoda dama…- odpowiedziała staruszka.
-Dama?- powtórzył Amir, zupełnie zaskoczony i raz jeszcze przeniósł spojrzenie na śpiącą. Dama, kobieta, ubrana w spodnie, koszulę, kapelusz i wyglądająca niczym mężczyzna…? Skrzywił się lekko, po czym westchnął tylko, wzruszając obojętnie ramionami. Co go to w końcu obchodziło.
-Obudzić ją…?
-Nie, nie- zaprotestował, kręcąc głową, po czym dodał szeptem- Niech pani nic nikomu nie mówi, dobrze…? Zrobiłem to po prostu dla świętego spokoju i nie obrażę się wcale, jeśli nikt nie będzie mnie pamiętał…- dodał, po czym już miał zejść z podwyższenia, gdy na wszelki wypadek rzucił- Gdyby ktokolwiek jednak mnie szukał, jestem w pobliskim lesie!- po chwili upomniał sam siebie za głupotę i mruknął- Ale kto nigdy miałby to robić…
Zeskoczył na dół, spoglądając na Devina z lekką irytacją.
-Zadowolony?- mruknął.
-Zachwycony, przyjacielu!- odparł z szerokim uśmiechem jego towarzysz.- Poślubię królewnę!

-Ma najpiękniejsza, moja miła, gdzieżeś mi się oddaliła…? Lata długie cię szukałem, i cierpiałem, i czekałem, by ostatnim swoim tchnieniem… Znaleźć ciebie, me marzenie!
Devin zdecydowanie powrócił do swej wcześniejszej formy, bo wył i stękał nieustannie, wymyślając coraz to nowe zwrotki swej niezbyt przyjemnej dla ucha pieśni. Amir nie miał najmniejszej ochoty wysłuchiwać tego dłużej, i na miejscu wydumanej królewny, również oddaliłby się od poety i to bardzo szybko.
Wypatrzył już wcześniej dość płytki staw, kawał drogi od miejsca, w którym się zatrzymali. Stanął na brzegu, rozglądając roztropnie dookoła, po czym zrzucił z siebie ubrania i wszedł do wody. Ta, w najgłębszym miejscu, sięgała mu niewiele za kolana. Była nieprzyjemnie zimna, ale Amir nie zamierzał tkwić w niej długo. Szybkimi ruchami zaczął obmywać swoje ciało, pogrążony jednocześnie w rozmyślaniach. Z Nadimem, od ich porannego sporu, właściwie nie rozmawiał. Ale nie był już tak, jak wcześniej, pewien swoich postanowień. Tak czy inaczej, ich kolejna rozmowa, wymagałaby prywatności, a o to przy Devinie, a przy wyjącym nieustannie i gadającym jak najęty Devinie szczególnie – było bardzo trudno. Poeta zdążył, trzy po trzy,wyjaśnić potomkowi wilków, co właściwie zaszło. Amir uśmiechał się tylko pobłażliwie. Już reakcja tej kobiety pozwalała mu sądzić, że nawet, jeśli kiedykolwiek traktowano poważnie tego rodzaju publiczne wyzwania, to na pewno zwyczaj ten jest już dawno zapomniany. Nikt go nie słuchał. Nikt go nie widział. Nikt nie wiedział, gdzie go szukać. Nie kazano mu się nigdzie udać, ani z nikim rozmawiać. Wszystko to wyglądało na nic innego jak pogłoskę, ale Amir nie zamierzał szybko i brutalnie przywracać Devina do rzeczywistości. Zaśmiał się cicho, zsuwając włosy za jedno ramię. Poecie zdecydowanie nie było potrzeba wiele, by unosił się kilka metrów nad ziemią, emanując swą naiwną radością dookoła.
Nagle dobiegł do niego tętent kopyt. Zamarł w bezruchu, nasłuchując. Dźwięk dochodził najpierw z oddali, później, jak gdyby się zbliżył. Amir zaniepokoił się. Był pewien, że jeździec jest jeden, ale tak czy inaczej, znajdowali się w pobliżu terenów, na których potomkowie wilków i ludzie toczyli swoje konflikty. Obawiał się, że ktoś może natknąć się na Nadima, co mogłoby skutkować przykrymi konsekwencjami, raczej dla tego, który przybył, niż dla nich samych. Koń jednak zatrzymał się nieopodal miejsca, w którym on sam się znajdował. Amir rozejrzał się po raz kolejny. Dookoła panowała zupełna cisza, nie licząc odgłosów natury. Po chwili uspokoił się, i choć jeździec nie ruszył, Amir był już niemalże zupełnie przekonany, że ten zbłądził gdzieś i zatrzymał się na chwilę, albo po prostu załatwiał swoje sprawy. Już miał powrócić do wykonywanej przez siebie czynności, gdy nagle usłyszał rżenie konia i ponowny dźwięk jego kopyt, uderzających szybko o ziemię. Białe zwierzę wyłoniło się zza pobliskich drzew. Dosiadał go jakiś człowiek, wzrostem dorównujący, niemalże, mężczyźnie, cały odziany w zbroję. Na głowie miał hełm z zasuniętą przyłbicą. Amir nie zareagował w pierwszej chwili wcale, kompletnie zaszokowany, jeszcze przez sekundę mając wrażenie, że jeździec zamierza po prostu przejechać obok. Gdy jednak zobaczył, jak ten dobywa broni i rusza w jego kierunku, zerwał się gwałtownie, biegnąc ku brzegowi, gdzie zostawił wszystkie swoje rzeczy. Koń wskoczył do wody, pokonując staw na skos. Amir dopadł szybko do swojej własności, dobywając prędko miecza. Jeździec przejechał obok niego, zamachnąwszy się bronią. Mężczyzna jednak upadł płasko na ziemię, unikając ciosu. Koń zatrzymał się kawałek dalej, jeździec zawrócił.
-Nadim! NADIM!- wrzasnął przeraźliwie Amir, chociaż miał świadomość, że jego towarzysz jest zbyt daleko, by mógł go usłyszeć. Zerwał się na nogi i rzucił biegiem w kierunku lasu, wpadając pomiędzy pobliskie drzewa.
Rycerz ruszył w ślad za nim, ale otoczenie, w pierwszej chwili, spowolniło go na tyle, by Amir był w stanie odbiec kawałek dalej. Syknął głucho, czując nieznośny ból, w miejscu, gdzie wciąż widniał ślad po jego spotkaniu z pobratymcami Nadima. Tętent kopyt był coraz bliżej. Mężczyzna odwrócił głowę i dostrzegł napastnika za pobliskimi drzewami. Koń skręcił gwałtownie, ale Amir wykrzesał z siebie resztki sił i wskoczył w wysokie, gęsto rosnące krzaki, zaczynając przedzierać się przez nie prędko. Te stanowiły dla zwierzęcia dużą przeszkodę. Amir zatrzymał się moment później, nasłuchując. Ktoś przemieszczał się kawałek dalej, najwyraźniej starając się do niego dostać. Mężczyzna zdawał sobie jednak sprawę ze swojej chwilowej przewagi. To on wyskoczył przez napastnika i zamachnął się mieczem. Rycerz odskoczył jednak w ostatnim momencie i czubek ostrza przesunął się ledwie wzdłuż jego kirysu. Tym razem to jego przeciwnik zaatakował. Amir odparował cios. Ostrza ich mieczy starły się na dłuższą chwilę, gdy siłowali się ze sobą. Amir zwyciężył bez większych problemów, odpychając napastnika. Ten jednak, ruszył na niego ponownie. Wyprowadzane przez niego ataki nie były zbyt silne, ale szybkie i precyzyjne, odrobinę dezorientujące, przez co Amir miał kłopoty z unikaniem i odpieraniem jego ciosów, zwłaszcza zważywszy to, że nie był w pełni sił i gwałtowne ruchy powodowały przeszywający ból.
-Amir!- usłyszał w pewnym momencie dochodzące z oddali wołanie potomka wilków.- Amir?! Gdzie jesteś?!
Wołanie Nadima wybiło ze skupienia przeciwnika mężczyzny. Amir wykorzystał to bardzo szybko, wytrącając z dłoni rycerza broń. Nie zdążył jednak zrobić niczego więcej, bowiem jego oponent pchnął go mocno i przewrócił. Amir upadł plecami prosto na jakiegoś rodzaju roślinę, o ostrych kolcach. Zawył z bólu, czując, jak te wbijają się mocno w jego skórę. Nie pozwolił jednak atakującemu wykorzystać tej przewagi – zerwał się, mimo bólu i chwycił go za nogi, by bez większego trudu, powalić go na podłoże.
-Amir! Amir, gdzie jesteś?!- krzyczał Nadim. Głos miał zaniepokojony, lekko drżący od przyspieszonego oddechu. Był coraz bliżej.- AMIR!
Przeciwnik człowieka zerwał się do ucieczki.
-O nie!- warknął gniewnie mężczyzna, chwytając go za hełm i po chwili siłowania, zdejmując go z głowy atakującego.
Tamten jęknął głucho. Jasne, długie włosy posypały się na jego twarz, zakrywając je zupełnie. Amir chwycił za nie mocno, chcąc powstrzymać go od odejścia, ale jego oponent szarpnął się gwałtownie, wstając na nogi. Zabrał swój miecz i odbiegł. Amir usłyszał znów tętent kopyt i wiedział już, że ten odjechał.
-Amir!- tym razem to był głos Devina.
-Bogowie…- jęknął mężczyzna, czując, jak łzy napływają mu do oczu. Sięgnął do pleców, ale zaraz cofnął dłoń, krzywiąc się z bólu. W drugiej, odruchowo ściśniętej ręce, trzymał jedyną pozostałość po tym, który go atakował – pęk jasnych włosów.
-Amir! AMIR!- Nadim przedarł się do niego. Zamarł na chwilę w bezruchu, wpatrując się w mężczyznę z zaskoczeniem.- Co się stało, u diabła…?- zapytał, pomagając Amirowi się podnieść.
-Daj mi coś do ubrania…- rzucił cokolwiek wstydliwie mężczyzna, zdając sobie sprawę ze swojego położenia.
-To wygląda fatalnie…- ocenił Nadim, oglądając jego plecy. Syknął cicho, jak gdyby to on był tym, który odczuwa ból.- Co się stało?- powtórzył z niepokojem.
Devin dobiegł do nich, oddychając płytko.
-Ktoś mnie zaatakował- odpowiedział Amir. Odkaszlnął cicho, po czym posłał surowe spojrzenie Devinowi, który spoglądał na niego zdecydowanie zbyt śmiało.
-Tamten rycerz?- zapytał Devin, wyraźnie podekscytowany.
Amir westchnął ciężko. Na to rzeczywiście wyglądało, choć szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, jak to wszystko się zdarzyło.
-Rycerz? Rycerz od królewny?- parsknął cicho potomek wilków.- Przecież mówiłeś, że to bujda- zauważył, wpatrując się w Amira bez zrozumienia.
-Czy możemy o tym porozmawiać później?- warknął odrobinę napastliwie mężczyzna, nie mając nawet możliwości, by się zakryć.
-Masz rację. Chodź. Najpierw cię opatrzę.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie człowiek.- Najpierw przyniesiesz mi moje ubrania- burknął, czerwieniąc się wyraźnie.- Natychmiast.
-Co to takiego…?- zainteresował się poeta, spoglądając na zaciśniętą dłoń mężczyzny.
-Hm…?- Amir uniósł ją, dopiero po chwili przypominając sobie, co w niej trzyma.- Ach, tak…- mruknął, oglądając jasne pasma z uwagą.- Jego włosy. Wyrwałem mu je, gdy uciekał.
-Więc… Wygrałeś? Poślubię królewnę?- dopytywał Devin.
-Nie. Nie wygrałem- odmruknął mężczyzna.
-Przegrałeś?- parsknął Nadim.
Amir posłał mu spojrzenie pełne oburzenia i niechęci jednocześnie.
-Oczywiście, że nie przegrałem! Zaskoczył mnie! Później pojawiliście się wy, a on uciekł! Choć muszę przyznać, że walczył bardzo… przyzwoicie…- stwierdził ostrożnie, na powrót wracając spojrzeniem do jasnych pasm. Ciekawe… Szkoda, że nie dojrzał twarzy tego, który był jego przeciwnikiem. Zaintrygował go, a Amira intrygowało stosunkowo niewiele rzeczy, o osobach już nie wspominając.
-Mogę zobaczyć…?- Nadim wyciągnął dłoń w jego kierunku.
Amir zerknął na niego kątem oka, po czym wzruszywszy ramionami, oddał mu pukiel jasnych włosów. Potomek wilków przyjrzał mu się z uwagą. Przesunął wzdłuż pasemek palcami, po czym przysunął je do nosa i powąchał.
-Ładne włosy. Wręcz piękne, jak na mężczyznę…- ocenił ostrożnie.- Bardzo miękkie i delikatne…- dodał, spoglądając na Amira.- Pachnące… Podobne do twoich…- dodał. Amir zaczerwienił się jeszcze bardziej, coraz dotkliwej zdając sobie sprawę z własnej nagości.
-Do czego właściwie zmierzasz?- zapytał, siląc się na spokój.
-… A jednak są inne…- kontynuował swój iście specjalistyczny wywód Nadim.- Pachną czym innym. Jakby… olejkiem… Albo perfumami… Trudno powiedzieć… Tak czy inaczej… Rzekłbym, że nie należą do mężczyzny.
-Co?- zdumiał się Devin.
Amir parsknął bez zrozumienia.
-Co to niby znaczy, że nie należą do mężczyzny?- zapytał, zupełnie nie wiedząc, do czego zmierza jego towarzysz.
-Zdaje mi się, że to dość oczywiste…- potomek wilków uśmiechnął się pobłażliwie.- Moim zdaniem, podchodzą z głowy kobiety…
-Kobiety?! Kobiety! Też coś!- syknął Amir. Zabrał towarzyszowi jasne pasma, oglądając je raz jeszcze.- Ciekawe po czym wnioskujesz! Olejek?! Perfumy?! Też mi argumenty!- prychnął donośnie.- Pochodzi z zamku, z dworu, dba o wygląd, cóż w tym dziwnego…? Poza tym, nie widziałeś go! To był mężczyzna! Na pewno!
-Widziałeś jego twarz?- dopytał spokojnie potomek wilków.
Amir zawahał się wyraźnie.
-… Nie- przyznał po chwili.- Ale… Ale kobieta?!- parsknął znów, kręcąc głową z niedowierzaniem.- To niedorzeczne! Kobieta by mnie nie pokonała!
-Mówiłeś, że cię nie pokonał- wtrącił Devin, wyraźnie zaniepokojony.
-Ale niewiele brakowało! Bardzo dobrze walczył! On! To jasne, że to był on! Kobiety tak nie walczą…- mruknął pogardliwie mężczyzna.- Kobiety w ogóle nie walczą. A już na pewno nie tak dobrze, jak ja… To nie była kobieta! Widzę, że bawisz się przednio!- rzucił z irytacją, widząc uśmieszek rozbawienia błąkający się na wargach potomka wilków.- Mówię ci raz jeszcze, wiem z kim walczyłem! Rozróżniłbym kobietę od mężczyzny! I walczyłem z mężczyzną! Z wysokim, dobrze władającym bronią, pochodzącym z dworu i posiadającym zadbane, jasne włosy, mężczyzną…- dopowiedział, a do jego głosu wkradła się na powrót nutka zaciekawienia.
Nadim uśmiechnął się drwiąco.
-Świetnie.
-Co?- obruszył się Nadim.
-Devin dostanie królewnę, a ty rycerza-pięknisia…- wyrecytował kpiąco.- A co zostaje dla mnie…?
-Możesz wziąć konia- odparł Amir, podobnym tonem.- Konia nikt nie chciał.
Nadim parsknął cicho.
-Więc… Kobieta pokonała Amira?- wtrącił się poeta, najwyraźniej nie wiedząc już, co się dzieje.
-Nikt mnie nie pokonał!- warknął gniewnie Amir.- A poza tym, to niedorzeczne! Dlaczego to miałaby być kobieta…?
Nadim wzruszył ramionami.
-Nie przyszło wam do głowy, że królewna i jej obrońca to jedna i ta sama osoba…?- zapytał.

-Niedorzeczne niedorzeczności… Bredzące brednie…- burczał pod nosem Amir, owinięty ciasno kocem, spoglądając w kierunku Devina, który dumnie przemawiał do… włosów, wyznając już,dosłownie, dozgonną miłość ich właścicielce.
Problem w tym, że to nie mogła być właścicielka. Amir wiedział o tym najlepiej. Po prostu nie mogła! Kobiet nie uczy się walczyć! Kobiety są słabe! Mniejsze! Niższe przynajmniej! W ogóle…! W ogóle, co to za głupi wymysł! Teorie Nadima chyba pokrywały się z jego fantazjami! Królewna walcząca w swojej obronie! Też coś! Głupie wymysły!
Potomek wilków pojawił się przy nim, podając mu jego ubrania.
-Proszę…- rzucił, kładąc je przed nim.- Czy teraz mogę już cię dotknąć…?- zapytał pobłażliwie, a Amir zerknął na niego jedynie kątem oka, po czym szybko, wciąż osłaniając się kocem, wdział na siebie bieliznę i spodnie. Dopiero wtedy zsunął materiał z ramion i skinął przyzwalająco głową.
Nadim usiadł za nim, przyglądając się niewielkim rozcięciom.
-Ach! Ma piękna! Ma ukochana!- wzdychał i pojękiwał Devin, niemalże w stanie ekstazy, spoglądając na pasma jasnych włosów z uwielbieniem i czcią. Amir prychnął cicho pod nosem. Świetnie! Jeszcze zobaczy! Zobaczy, jaką minę będzie miał poeta, gdy dowie się, że jego wybranka jest wybrankiem!- Złotowłosa królewno! Cnoty swej bronisz silniej niźli pozostałe… Czekasz na tego, który będzie gotów ślubować ci miłość, który przeznaczony jest ci od chwili narodzin! Oto jestem! O, cudna pani…! Silna i piękna, prowadź moje serce…
-Ja się zabiję…- mruknął Amir, pocierając skronie.- Ostrożnie!- skarcił potomka wilków, syknąwszy cicho, bo ten odrobinę zbyt mocno obchodził się z jego zadrapaniami.- Devin!- zwrócił się na powrót do poety, tonem pełnym irytacji. Ten przerwał swój monolog, przenosząc na niego spojrzenie.- Mówiłem ci już. To nie była kobieta.
-Ależ była, Amirze!- nie było chyba sensu przekonywać Devina do zmiany zdania.
-Kobiety tak nie walczą!
-To była kobieta wyjątkowa!- upierał się poeta, uśmiechając radośnie.- Mówiłem ci już, od pierwszej chwili, pierwszej sekundy, gdy tylko usłyszałem jej imię…
-Nie usłyszałeś jej imienia!
-… wiedziałem, że jest mi przeznaczona…- dokończył gładko Devin.- Wiedziałem, że jest tą jedyną, na którą czekałem lata, pogrążony w rozpaczy i apatii…- Amir uśmiechnął się kwaśno na te słowa. Jeśli poeta był przykładem rozpaczy i apatii, to on był istnym wzorem cierpliwości i miłości.- Wspaniała, boska, jedyna…
-Czy nie mówiłeś, że kobieta ma być subtelna?- dopytywał dalej mężczyzna.- Jak to pasuje do kobiety, która zachowuje się niczym mężczyzna i walczy przeciwko nim?
-Subtelność, mój przyjacielu, ma się w swym wnętrzu! Delikatna to istota, o kruchym ciele, ale mężnym sercu! Jej upór budzi większy mój podziw, niż fałszywa skromność i udawana uległość! Ach, cudowna, po stokroć cudowna…
Devin wstał, podparł się na kiju i pokuśtykał w stronę lasu, wciąż gadając do samego siebie i wzdychając w ekstazie. Amir powiódł za nim pełnym politowania wzrokiem, po chwili zdając sobie jednak sprawę, że odejście poety spowodowało pewien… dyskomfort. Zerknął ukradkiem na Nadima, który sprawdzał, czy w rozcięciach na jego skórze nie pozostały kolce. Zacisnął wargi, nic nie mówiąc i znowu zaczął wpatrywać się przed siebie. Nie zamierzał wracać do ich sporu, przynajmniej nie teraz. Słowa potomka wilków po raz kolejny wzbudziły w nim i wątpliwości, i naiwną nadzieję. Nadim miał rację. Za bardzo się obawiał. Nie chciał się rozczarować i nie chciał pozwolić się zranić. Jego uczucia do potomka wilków były zbyt poważne. Wcześniejsze romanse były błahe i nieistotne, niepoważne, oparte na wzajemnej dyskrecji i potrzebach, nic więcej. Teraz było inaczej. Dla niego. Dla Nadima przecież nie musiało to wyglądać podobnie.
Zdawało mu się, że zawarli coś w rodzaju niepisanej umowy. Że będą zachowywać się zwyczajnie, przynajmniej z pozoru, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Nagle poczuł ciepły oddech Nadima na swoim karku. Wargi potomka wilków zbliżyły się do jego skóry, by zaraz musnąć ją delikatnie. Amir drgnął, czując dreszcz przebiegający wzdłuż jego karku.
-Co robisz…?- zapytał, starając się brzmieć surowo, ale sprawiał raczej wrażenie poddenerwowanego. I to nie tylko dlatego, że Devin wciąż był tak blisko, że Amir słyszał jego śpiew, i, że mógł w każdej chwili pojawić się przy nich.
Nadim nie odpowiedział. Raz jeszcze ucałował jego kark, by delikatnymi muśnięciami zawędrować na prawe ramię mężczyzny.
-Przestań…- to nie był protest ani nawet prośba. Amir wydusił to z siebie, świadom tego, że to zachowanie zdecydowanie odbiegało od tego, jak traktowali się „wcześniej”.
Potomek wilków nie sprawiał jednak wrażenia ani odrobinę zniechęconego. Pochylił się, wodząc niespiesznie wargami po plecach mężczyzny i sprawnie manewrując pomiędzy rozcięciami. Amir westchnął mimowolnie, przymykając powieki. Usta Nadima powróciły znów do jego karku. Dłoń potomka wilków spoczęła na jego lewym ramieniu. Człowiek niemalże odruchowo oparł na niej policzek.
-Czy mógłbyś teraz, chociaż na chwilę, zapomnieć o swoich wątpliwościach i postarać się zrozumieć, co miałem na myśli, gdy mówiłem ci tamte słowa…?- szepnął mu do ucha potomek wilków.
Amir odsunął się od towarzysza i podniósł się na nogi. Nadim spojrzał na niego z dołu, wyraźnie wyczekując z odpowiedzi.
-Devin tu jest- odpowiedział jedynie Amir, co właściwie odpowiedzią jednak nie było, a zaledwie próbą jej uniknięcia.
Nadim westchnął ciężko, spoglądając na niego ze zrezygnowaniem.
I właściwie na tym skończyły się ich możliwości prywatnej rozmowy. Devin wrócił na swoje miejsce, rozłożył się na ziemi i zupełnie tak jak wcześniej, zaczął marzyć na temat swojej przyszłej żony, o czym już był przekonany, choć Amir próbował dać mu jasno do zrozumienia, że po pierwsze, wcale nie wygrał, po drugie, nawet, gdyby wygrał, nie miałby na to dowodu, co było bardzo sprytnym rozwiązaniem ze strony tego, który to wymyślił, bo jak u licha udowodnić pokonanie rycerza królewny, skoro nikt nie wiedział, kto nim właściwie był…? Do poety jednak nie trafiały żadne wyjaśnienia. Zaślepiony swym nieuchwyconym jeszcze szczęściem, zasypywał swych towarzyszy istną lawiną słów, jak zwykle pozbawionych głębszego sensu i treści. Nadim poszedł na polowanie. Gdy udało im się w końcu rozpalić ognisko, by upiec oporządzonego ptaka (swoją droga, jak na zwyczajowe zdobycze potomka wilków, naprawdę niewielkiego), Amir usłyszał znajomy dźwięk. Tętent kopyt rozległ się w pobliżu. Ktoś zbliżał się do nich. Tak samo, jak i wtedy. Jeden koń. Jeden jeździec. Nadim podniósł się, chwytając za łuk, nieco zdezorientowany. Amir również złapał za broń.
-To on…?- szepnął Devin.
-To bez sensu…- mruknął mężczyzna, marszcząc brwi.- Przecież widział, że mam towarzyszy… Nie przyjechałby tutaj sam, to samobójstwo…
I rzeczywiście, gdy tylko koń pokazał się na polanie, okazało się, że rycerz nie był sam. Wraz z nim, na tym samym zwierzęciu, jechała młoda dama, odziana w długą suknię i płaszcz. Kaptur zsunął jej się z głowy, ukazując brązowe loki. Była dość wysoka, okrągła z twarzy, miała błękitne oczy. Jej strój był ładny, idealnie dopasowany, z pewnością wykonany z drogiego materiału. Gdy koń zatrzymał się, rycerz zeskoczył z niego pierwszy, po czym pomógł swej damie zsiąść z wierzchowca. Ta stanęła naprzeciwko nich, po czym spojrzała na towarzyszącego jej człowieka i skinęła głową.
-Nazywam się księżniczka Ariene- zwróciła się do spoglądających na nią mężczyzn. Rycerz zaczął zdejmować hełm.- A to mój obrońca- dodała, przedstawiając tego, który walczył w jej imieniu.- Eres.
Rycerz odsłonił twarz. Wargi Amira rozchyliły się ze zdumienia. Spojrzał na Nadima, który uniósł brwi, uśmiechając się z rozbawieniem, po czym znów powrócił spojrzeniem do tego, z którym walczył. Choć, niestety, musiał teraz przyznać… do tej, z którą walczył. Wysoka, smukła, czego raczej nie dało się dostrzec na pierwszy rzut oka, przez zbroję, w którą była ubrana, o jasnych, długich włosach, których pasemka trzymał jeszcze w dłoni wyraźnie zaskoczony Devin, twarz miała podłużną, surową, o stalowych oczach i wąskich ustach, na pewno nie liczyła sobie więcej niż dwadzieścia parę lat, podobnie jak towarzysząca jej królewna.
Amir zacisnął mocno zęby, ledwie wierząc w to, co widzi. Kobieta! Cholerna kobieta! Fascynacja tym doskonałym wojownikiem, z którym walczył, minęła mu natychmiastowo, zastąpiona przez absolutne niedowierzanie. Gdyby nie wszystkie dowody, świadczące o tym, że zaatakowała go rzeczywiście ta osoba, byłby wręcz gotów twierdzić, że ktoś żartuje sobie z niego okrutnie, chcąc wyprowadzić go z równowagi. Niestety, nic na to nie wskazywało.
-Witajcie- Ariene uśmiechnęła się do nich łagodnie, ukłoniwszy się uprzejmie. Jej towarzyszka skinęła jedynie głową, przyglądając się Amirowi z uwagą.
-O, panie!- Devin wyrwał się do przodu iście szaleńczo, rzucając się przed kobietami na kolana. Obie wbiły w niego zaskoczone spojrzenie.- O, panie! Najdroższe i najwspanialsze! Piękne, jak gdyby zrodziło was samo niebo! I te promienie słońca, które plotły te cudowne kosmyki…- wzdychał, ukazując trzymane przez siebie włosy.- I cudowny błękit, który zamknął się w twych oczach…- dodał, spoglądając z uwielbieniem na królewnę, która wbiła w swą towarzyszkę pełne niezrozumienia spojrzenie.- Ach, cóż mam zrobić…? Dwa anioły, zstąpiły tutaj, oba tak cudowne, tak piękne i pełne wdzięku! Jaka to szkoda, że mężczyzna rodzi się z jednym sercem! Choć moje serce, jakby na dwie części dzielone…
-Devin…- rzucił ostrzegawczo Amir, choć cała sytuacja niezmiernie go bawiła.
-Oddałem me serce królewnie! Ach, ależ później…! Przekonany ślepo, że królewna sama zjawiła się tutaj, wielbiłem o ciebie, pani!- zwrócił się do Eres, która spoglądała na niego z nieskrywanym zniecierpliwieniem.- Mój błąd i błąd serca mego, ależ jaki poważny! I teraz serce moje rozdarte na dwoje! Kocham i wielbię...! Ach, obie!- jęknął dramatycznie, łapiąc się za głowę. Amir zrobił w tym momencie dokładnie to samo, choć przyczyny były zgoła inne.- I cóż mam teraz począć…?
-Devin!- upomniał go po raz kolejny.
Stojący obok Nadim chichotał dyskretnie, zasłaniając usta dłonią.
-Zdecydujcie same!- wykrzyknął poeta, rozkładając ręce w geście bezradności.- Weźcie mnie obie lub obie porzućcie! Kochajcie mnie razem lub razem znienawidźcie! Serce me rozedrzyjcie albo weźcie je w objęcia! Ach, weźcie serce moje, jeśli jeszcze jest wam miłe…!
-Devin…- odezwał się łagodnie potomek wilków.- Nie sądzę, żeby którakolwiek z nich chciała twojego serca…- zauważył, spoglądając na kobiety dość znacząco.
-Nie. Zdecydowanie go nie chcemy- potwierdziła chłodno Eres. Wyminęła zdezorientowanego poetę zamaszystym krokiem i podeszła do Amira, zatrzymując się tuż przy nim i spoglądając mu w oczy ze śmiałością, która była co najmniej oburzająca i nie przystawała żadnej kobiecie.- Chcemy porozmawiać. Z tobą.

Amir siedział przy stole, w maleńkiej izbie, oczekując na te, które go tutaj sprowadziły. To był niewielki domek, po drugiej stronie lasu, właściwie na jego skraju. Nie wyglądał zdecydowanie jak posiadłość królewny, wyposażony był raczej skromnie, by nie rzec, że wręcz ubogo, ale najprawdopodobniej służyło to zachowaniu pozorów i odstraszeniu ciekawskich ludzi. Obie kobiety poruszały się w nim bardzo swobodnie, a stan znajdujących się wewnątrz rzeczy wskazywał na to, że ktoś często musiał tutaj gościć. Do izby weszła najpierw Eres. Amir łypnął na nią niechętnie. Odpowiedziała mu pewnym, stanowczym spojrzeniem. Nie było w niej ani odrobiny lęku czy płochliwości. Teraz, gdy zdjęła z siebie zbroję, wyglądała zdecydowanie mniej potężnie, a wręcz niepozornie. Z wyglądu niczym, prócz męskiego stroju, nie wyróżniała się spośród innych kobiet. Za to wszystko inne wyróżniało ją bardzo. Tembr jej głosu, sposób, w jaki zwracała się do Amira, bez najmniejszych obaw i cienia pokory, czasem wręcz pretensjonalnie czy ze znudzeniem, jej spojrzenie, chłodne i wyniosłe, to, jak się poruszała, jak mówiła do tej drugiej, jak się zachowywała… Niektórym mogłoby się to wydać fascynujące, w Amirze rodziło jedynie frustrację i niezadowolenie.
W pomieszczeniu pojawiła się też Ariene. Z uprzejmym uśmiechem, postawiła przed Amirem czarkę herbaty.
-Nie mamy tu wiele więcej- wyjaśniła spokojnie.- Dziękuję, że się pojawiłeś.
Amir zerknął na nią i skinął jedynie głową. Ona nie drażniła go tak bardzo, jak jej towarzyszka.
-Zostaw nas samych, dobrze?- zwróciła się do niej Eres.
-Samych…?- kobieta zmarszczyła brwi, wpatrując się w kompankę z wyraźnym poirytowaniem.- Przecież mówiłaś, że mamy załatwić to razem.
-Przecież już to załatwiłyśmy…- odparła z uporem tamta.- Pozwól mi się tym zająć, proszę.
-Sprawa dotyczy mnie- odpowiedziała twardo Ariene.-Naprawdę uważasz, że nie powinnam słyszeć jak przebiega rozmowa…?
-Słyszeć możesz…- zgodziła się jej towarzyszka, skinąwszy głową.- Ale mówić będę ja. Po prostu daj mi to załatwić.
Królewna wpatrywała się w nią przez chwilę z wyraźnym niezadowoleniem, ostatecznie jednak mruknęła coś cicho i wyszła do pomieszczenia obok. Widziała ich stamtąd dobrze, dobrze zapewne też ich słyszała, zerkała na nich co jakiś czas przez otwarte na oścież drzwi.
-Pospiesz się- rzucił chłodno Amir. Jego niedawna przeciwniczka zajęła miejsce naprzeciwko niego.- Nie mam zwyczaju siedzieć w ten sposób i gawędzić z kobietami…
-… niczym równy z równym…?- dopowiedziała Eres, uśmiechając się złośliwie, choć mężczyzna nie zamierzał mówić niczego podobnego. Nie zmieniało to jednak faktu, że tak właśnie myślał, nie od dziś zresztą. Skinął głową.- Dobrze znam ten typ… Chociaż wydaje mi się, że jednak należy mi się szacunek… Pokonałam cię.
-Dobre sobie!- prychnął Amir, urażony. Wciąż nie mógł sobie wybaczyć tamtego pojedynku i tego, że nie zaprezentował się lepiej, zwłaszcza w obliczu tego, kto okazał się z nim mierzyć.- Wcale mnie nie pokonałaś!
-Gdyby twój towarzysz nie przyszedł, wszystko rozstrzygnęłoby się bardzo szybko…
-Na pewno nie na twoją korzyść- odparł stanowczo mężczyzna.- Dopiero zaczynałem i jeszcze chwila, a zorientowałbym się, z kim walczę…
-Nie zorientowałeś się, a więc byłam na tyle dobra, byś sądził, że walczysz z mężczyzną- nie ustępowała Eres.- Czy to nie wystarczający powód do traktowania mnie z równym szacunkiem jak jednego z nich…?
-Żadna kobieta nie walczy tak dobrze jak mężczyzna- odparł z pełnym przekonaniem Amir.- Poza tym, zaskoczyłaś mnie. To nie był uczciwy pojedynek.
-Nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać…- przyznała po chwili wahania Eres.- Owszem, mam pewne… słabsze punkty, które mnie od was odróżniają, w wielu względach. Potrafię jednak zastąpić słabości ciała sprytem i odpowiednią taktyką… Nie myśl jednak, że wszystkie moje potyczki wyglądają w ten sposób. Pokonywałam już mężczyzn w otwartej walce, udowadniając im, że kobieta może być równie silna… A raczej udowodniłabym im to, gdybym mogła…- dodała gorzko.- Jak pewnie się domyślasz, wolałam się nie ujawnić, przez co żyją w przekonaniu, że pokonał ich jakiś mężczyzna… To zapewne gwarantuje pewne poczucie ulgi, co?- zakpiła wyraźnie.- I nieustępującą świadomość waszej wyższości nad nami…
-Świadomość nie ma tu nic do rzeczy- przerwał jej niecierpliwie Amir.- Nie ściągnęłaś mnie tu jednak po to, żeby wygłaszać te przemówienie, więc mów, czego chcesz.
Eres wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. Splotła ze sobą szczupłe dłonie, nie odzywając się przez chwilę wcale, jakby zastanawiała się nad doborem słów. W końcu zaczęła ostrożnie:
-Nasze położenie… Moje i Ariene… Jest dość skomplikowane…- stwierdziła wyjątkowo wymijająco.- Zdaję się, że domyśliłeś się, jakie łączą nas relacje…- Amir skinął głową. Nie było to szczególnie trudne.- Ona musi wyjść za mąż. Przez długi czas łudziłyśmy się, że można tego uniknąć, ale sprawa jest poważna. Król choruje i robi się coraz bardziej zdesperowany. Wymusi na niej małżeństwo, a nawet, jeśli on tego nie uczyni, zrobią to inni, zaraz po jego śmierci… Jej sytuacja i tak jest wyjątkowa, większość kobiet nie ma aż tak dużej swobody jak ona obecnie, szczególnie jeśli chodzi o zamążpójście… Ale to nieuniknione. A im dłużej odwlekane  w czasie, tym większe prawdopodobieństwo, że przydzielą jej tego, który będzie najbardziej wpływowy…
-Co to ma wspólnego ze mną?- przerwał jej Amir, unosząc pytająco brew.
-Widziałam was razem. Ciebie i twojego towarzysza…- wyjaśniła spokojnie kobieta, widząc pytające spojrzenie mężczyzny.- Wróciłam, żeby sprawdzić, w jakim jesteś stanie… Zobaczyłam cię z tym potomkiem wilków. Wtedy właśnie uznałam, że to dość interesujący zbieg okoliczności…
-Nadal nie wiem, do czego zmierzasz- uświadomił ją Amir.
-… Uznałam także, że będziesz w stanie zrozumieć łączące nas relacje…- kontynuowała, nie bacząc na jego ponaglenia.- I, że będziesz w stanie nam pomóc.
-Ja?- parsknął cicho mężczyzna.- Pomóc? Niby w jaki sposób?
-Ona potrzebuje męża- powtórzyła raz jeszcze Eres, z wyraźnym naciskiem. Amir zmarszczył brwi.- Ty będziesz najlepszym kandydatem…- dodała po chwili otwarcie. Mężczyzna spojrzał na nią z niedowierzaniem i parsknął niepohamowanym śmiechem, ale zupełnie zignorowała jego reakcję.- Jesteś młody, mogłeś jej się spodobać, nikt nie będzie miał wątpliwości ani podejrzeń. Silny, zdrowy… Stosunkowo inteligentny, jak wnioskuję po chwili rozmowy z tobą, zrobisz dobre wrażenie… Przedstawimy cię w odpowiedni sposób, by nie wywołać niepotrzebnego skandalu…
-Doskonały plan- zironizował mężczyzna.- Ale będziecie musiały wprowadzić go w życie beze mnie.
-To dobra propozycja- stwierdziła Eres.- Nie wymaga od ciebie właściwie żadnego poświęcenia. Będziesz miał masę swobody. Chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jaką dostajesz okazję… Wielu zgodziłoby się bez wahania choćby dla samej pozycji… Nie wiążą się z tym żadne wymagania wobec twojej osoby… Będziesz mógł się z nim spotykać. Może nawet będziesz mógł wziąć go do zamku, choć obecna sytuacja trochę to wszystko komplikuje…
-Nie- odparł twardo Amir.- Nie zgadzam się.
-Co takiego…?- kobieta sprawiała wrażenie wyraźnie zaskoczonej, jakby była niemalże zupełnie przekonana co do swojego wyboru.- Będziesz mężem przyszłej królowej. Będziesz posiadał bogactwa. Władzę. Wszystko, o czymkolwiek ludzie mogą marzyć…
-Przeceniasz moje marzenia, nie są aż tak ambitne…- odpowiedział pobłażliwie mężczyzna.- A jeśli chcesz mnie przekonać bogactwem i wpływami, to zdecydowanie trafiłaś na niewłaściwą osobę…
-Mówiłam!- odezwała się triumfalnie królewna, z drugiego pomieszczenia. Stanęła w progu, spoglądając w kierunku swej towarzyszki.- Powiedziałam ci, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. On nie jest taki jak pozostali. Niech mnie licho strzeli, jeśli nie wychował się wśród arystokracji.
-Wychowałem…- potwierdził Amir, skinąwszy głową.- W rodzinie króla, konkretnie.
-Widzisz…?- Ariene uśmiechnęła się triumfalnie do wyraźnie zdumionej towarzyszki, po czym wróciła do drugiego pomieszczenia.
-Tym lepiej…- odezwała się Eres.- Masz obycie i klasę, wiesz, jak się zachować, zaimponujesz mieszkańcom i doradcom…
-Nie jestem pewien, czy usłyszałaś moją odpowiedź, więc pozwól, że ci przypomnę – była negatywna- stwierdził mężczyzna, wzdychając pobłażliwie.- Nie zamierzam nikomu imponować, a bogactwa mnie nie obchodzą. Was zaś, jak widać, nie obchodzi zbytnio los waszego królestwa, skoro gotowe jesteście wznieść na tron kogoś, kogo ledwie znacie… Nie wiesz, kim jestem, jakie mam intencje, jakie plany, nie wiesz, czy nie doprowadzę do ruiny waszej własnej ojczyzny, ale zdaje się to ciebie zupełnie nie obchodzić…
-Nie obchodzi mnie- potwierdziła chłodno kobieta.- Pewne decyzje należy podejmować. Wcale nie uważam, że to właściwie. Wprost przeciwnie. To godne pożałowania i pogardy, szczególnie z naszej pozycji. Ale nie możemy funkcjonować inaczej. Może przyjdą czasy, gdy kobiety będą miały więcej swobody…
Amir uśmiechnął się jedynie.
Kobiety i swoboda… Też coś!
-Zgódź się. Niczego w ten sposób nie stracisz- upierała się Eres.
-Prócz własnej wolności, wiem. Nie, dziękuję- odpowiedział stanowczo mężczyzna.- Nie ma mowy. Nie ożenię się ani z twoją królewną, ani z żadną inną, to moja ostateczna decyzja.
-Więc co mamy zrobić…?- zapytała z wyraźną desperacją.- Nie weźmiemy tego drugiego. To potomek wilków. Sytuacja polityczna nie pozwoliłaby ani na takie małżeństwo, ani nawet romans…
-Nie proponowałem go jako następnego kandydata- stwierdził pobłażliwie Amir.
-Więc kogo mamy wybrać? Tego śpiewaka?- zaśmiała się z litością Eres.- Ariene ma rację, jest całkiem sympatyczny, ale jego podejście do nas jest oczywiste. Wątpię, by zrozumiał, a gdyby rozumiał, na pewno by się nie zgodził… Ale lepszy on, niż któryś z naszych szlachciców…
-Devina też nie proponowałem- dodał mężczyzna.- On również nie ożeni się z twoją królewną.
-Dlaczego…?- zapytała otwarcie Eres.- Miałby wszystko. Dosłownie wszystko. Iście królewskie życie. A jeśli chodzi o nas… Cóż, sytuacja byłaby bardzo skomplikowana… Ale na pewno jakoś byśmy sobie poradziły…
-Wiem coś na temat królewskiego życia i nie życzyłbym go nikomu, nawet najbardziej irytującemu człowiekowi, jakiego znam… Którym Devin zresztą zdecydowanie jest…- stwierdził Amir.- Poza tym, ma naprawdę wiele wad, wśród których jest naiwność, zupełna głupota i zaślepienie, jeśli chodzi o kobiety, ale to wcale nie znaczy, że da się wykorzystywać jak ostatni kretyn. A przynajmniej ja na to nie pozwolę. Obawiam się, że musicie sobie znaleźć innego nadmiernie miłującego głupca…
-Ty byłbyś najlepszy…- upierała się wciąż kobieta.- Wasze stosunki, wszystko byłoby oczywiste i proste… Nie byłoby żadnych komplikacji. A nawet, gdyby coś… Cóż… Jesteś dość przystojny…- oceniła chłodno, zerkając nerwowo w kierunku drugiego pomieszczenia.- Więc… Gdyby naciskano na potomstwo albo…
-Co takiego?!- w izbie natychmiast pojawiła się Ariene.- Co ty znowu wygadujesz?!
-Uspokój się…
-Nie! O czym znowu decydujesz za moimi plecami?!- zirytowała się królewna.
-O niczym nie decyduję…- odpowiedziała cierpliwie tamta.- Po prostu… Muszę brać pod uwagę różne możliwości, nie sądzisz…?
-A nie sądzisz, że te możliwości powinnaś od razu odrzucić…?- prychnęła surowo kobieta.- Nie ma mowy! Po prostu nie ma mowy!
-Jesteś następczynią tronu, jedyną, jak do tej pory!- krzyknęła za wychodzącą Ariene Eres.- To oczywiste, że będą od ciebie oczekiwać dziedzica! Poza tym… Dziecko…- powiedziała cicho.- To wcale nie taki zły pomysł…
-Och, czyżby?!- Ariene zatrzymała się w progu, posyłając jej gniewne spojrzenie.- Skoro jest tak bardzo przystojny, to możesz go poprosić, żeby cię nim obdarował!- syknęła i trzasnęła donośnie drzwiami, zamykając je za sobą.
Eres odetchnęła głęboko.
-Pomóż nam- powiedziała w końcu.
-Nie.
-Proszę. Jesteś nam potrzebny.
-Wydaje mi się, że skończyliśmy tą rozmowę…- stwierdził mężczyzna, podnosząc się z miejsca.
-Sądzisz, że poniżałabym się tak, gdybym miała inne wyjście?!- wykrzyknęła kobieta, również wstając.- Nie traciłabym na ciebie czasu, gdybym mogła uczynić cokolwiek innego, byle zapewnić nam spokój!
-Spokój czy wygodę…?- Amir uśmiechnął się kpiąco, ruszając do wyjścia.
-Kochasz go?- zawołała za nim kobieta.
Mężczyzna zatrzymał się, by po chwili odwrócić powoli w jej kierunku.
-Kochasz go?- powtórzyła, chyba jednak znając odpowiedź.- Tego potomka wilków. Kochasz go, prawda?
-Jakie to ma teraz znaczenie?- zapytał chłodno mężczyzna.
-Nie byłbyś gotów zrobić wszystkiego byleby z nim być?!- Eres podeszła do niego.- Nie podjąłbyś każdej decyzji, byleby tylko go uszczęśliwić…? Naprawdę nie rozumiesz, jaka jest nasza sytuacja…? Jeśli wkrótce nie zdecyduje się sama, kto inny wybierze jej męża. Żyjemy w świecie, w którym mężczyźni kontrolują wszystko. On też będzie ją kontrolował. Rozdzieli nas albo ją skrzywdzi. Tak czy inaczej, nie mogę do tego dopuścić. Czy nie powinieneś rozumieć tego lepiej niż ktokolwiek inny…?
Amir wpatrywał się w nią przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się nad jej słowami.
-Zrobiłbym wiele, żeby z nim być…- odpowiedział moment później, dokładnie rozważywszy swoje słowa.- Nie wszystko, ale wiele. O ile on, chciałby tego samego. Ale to nie jest ta sama sytuacja. Powiedziałaś, że nie masz wyjścia, ale to nieprawda. Są inne rozwiązania. Ty wybrałaś sobie najłatwiejsze.
-Najłatwiejsze?- prychnęła z niedowierzaniem kobieta.- Co innego mogłybyśmy uczynić?
-To proste. Wymuszają na niej zamążpójście, bo jest królewną i jej małżonek zostanie następcą tronu. Niech zrezygnuje. Z pewnymi obciążeniami człowiek się rodzi, ale nie z każdymi musi również umierać.
-To niemożliwe- stwierdziła kategorycznie jasnowłosa, kręcąc głową.- Jej ojciec jest schorowany. Stary. Nie przeżyłby czegoś takiego.
-Też mi argument!- prychnął lekceważąco Amir.
-Poza tym, pamiętaj, że to kobieta! Może wśród was coś takiego jest łatwe do przyjęcia, ale na pewno nie w jej przypadku! Ona i tak ma dużo swobody, dużo więcej niż inne kobiety, zwłaszcza z jej pochodzeniem, wiem o tym bardzo dobrze… Ale nie pozwoliliby jej podjąć takiego kroku za nic na świecie. Wymusiliby na niej pozostanie w zamku i podjęcie swojej funkcji, a gdyby jej ojciec nie żył, nawet nie chcę sobie wyobrażać, do czego byliby zdolni ci, którzy już ułożyli jej życie…
-Więc ucieknijcie- mężczyzna wzruszył obojętnie ramionami.- Poruszacie się z pełną swobodą, jak zauważyłem. Niczego wam więcej nie potrzeba. Weź ją i odjedźcie stąd. Bez żadnego tłumaczenia i, najprawdopodobniej, bez konsekwencji. Zatrzymajcie się gdzieś daleko i ułóżcie sobie życie. Bez zbędnego balastu w postaci męża o wiadomych preferencjach…
-Łatwo ci mówić!- odparła gorzko.- Na zamku jesteśmy bezpieczne! Nikt nie zwraca na nas aż tak dużej uwagi, dama dworu i królewna… Na nasze kontakty spoglądają z przymrużeniem oka… A tam…? Gdzie indziej…? Dwie kobiety, mieszkające razem? Młode? Będące materiałem na ewentualne żony i kochanki?- pokręciła głową.- To będzie zwracało uwagę, będzie źle widziane…
-A więc to jednak kwestia wygody…
-Nie!- zaprotestowała gwałtownie Eres.- To kwestia podjęcia właściwej decyzji! Naszego wspólnego bezpieczeństwa! Nie przeżyłybyśmy gdziekolwiek indziej!
-Jakoś nie wydaje mi się, żeby wasz związek był fenomenem na skalę światową…- Amir uśmiechnął się pobłażliwie.- Istnieją inne tego rodzaju… pary… zapewne nie tylko na zamkach, i dają sobie radę… Choć rzeczywiście, to dość specyficzna konfiguracja…
-I kto to mówi!- prychnęła z politowaniem jasnowłosa.
-Ja jestem mężczyzną i tak, to też dość specyficzne, choć raczej nie tak bardzo, jak wasze kontakty… Nie wiem, jak wiele znasz kobiet o podobnych preferencjach, ja nie znałem dotąd żadnej, za to mężczyzn aż zbyt wielu…
-Bo zamykacie nas w domach!- krzyknęła z oburzeniem.- Nie pozwalacie nam wychodzić! Ograniczacie sens naszego życia do zajmowania się tym, co dla was samych jest niegodne uwagi i poniżające! Dobrze was poznałam! Was, wielkich panów szczególnie! Specyficzna konfiguracja, tak…? Niech i tak będzie! Ci podobni do ciebie…- skrzywiła się z obrzydzeniem, kręcąc głową.- Mają żony i dzieci… A później jak gdyby nigdy nic spotykają się z mężczyznami… Wstrętne!
-Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale nakłaniałaś mnie do czegoś podobnego- zauważył Amir, uśmiechając się pobłażliwie.- Poza tym, chcesz czy nie, różnimy się bardzo. Pogódź się z tym. Wasze obowiązki są naturalne. Rodzicie dzieci, więc musicie się nimi zajmować. Nie chcecie rodzić dzieci, to tego nie róbcie. Zresztą, nie wiem, jaki ty możesz mieć z tym kłopot. Nie występuj w roli obrończyni tych, którym najwyraźniej odpowiada ich położenie.
-Różni was od nas jedynie wasza własna pycha!- odparła wyniośle, przeszywając Amira lodowatym spojrzeniem.- Bardzo żałuję, że gdy biegałeś wkoło nagi, nie pozbawiłam cię jedynego elementu, który czyni z ciebie mężczyznę…- uśmiechnęła się złośliwie.
-Nasze różnice nie są kwestią ciała. Nasze różnicę tkwią tutaj- stwierdził człowiek, wskazując palcem na skroń.
-Też coś! Znam kobiety mądrzejsze od was po stokroć i te, które pokonałyby was w sile, którą tak się szczycicie! A jednak, choćby tak się stało, wy nigdy nie przyznacie nam prawa do istnienia na równych warunkach! Zawsze będziemy jedynie elementem, który możecie w dowolnej chwili wziąć i odrzucić, jakby nie był niczym istotnym!
-Dosyć tego!- Ariene na powrót pojawiła się w pomieszczeniu, wyczuwając chyba, że atmosfera zaczyna się zagęszczać jeszcze bardziej.- Daj spokój, Eres…- poprosiła cicho rozjuszoną towarzyszkę.- Powiedział wyraźnie. Nie pomoże nam. Nie naciskaj.- rzuciła stanowczo, widząc, że jej kompanka już otwiera usta, by powiedzieć coś jeszcze.
Jasnowłosa wpatrywała się w mężczyznę nie kryjąc gniewu, ale ostatecznie powstrzymała się i nie rzuciła już żadnej uwagi.
-Jeśli naprawdę się o nią boisz, podejmiesz decyzję, która zapewni wam prawdziwy spokój, nie tylko pozorny- stwierdził Amir.
Po czym skinąwszy na pożegnanie głową brązowowłosej, opuścił chatkę.

Wszedł do rozłożonego przez potomka wilków namiotu i ułożył się na brzuchu, wzdychając ciężko. Błądził przez chwilę dłonią po podłożu, by natrafić wreszcie palcami na koc, którym następnie usiłował się okryć, niezbyt skutecznie, z resztą. Długa wędrówka przez las, jaką urządził sobie w drodze powrotnej, gubiąc się przy tym ze dwa razy, nim trafił do swoich towarzyszy, dosłownie go wyczerpała. Ułożył głowę na przedramionach i przymknął powieki, zastanawiając się, czy Nadim wciąż jeszcze uświadamia biednego Devina, który za nic w świecie nie mógł zrozumieć, dlaczego nie ożenił się z królewną. Chwilę później, ktoś wślizgnął się do namiotu. W pierwszej chwili mężczyzna nie zareagował, będąc pewnym, że to Devin, ale sądząc po nienaturalnej, jak dla poety, ciszy, musiał to być jego drugi kompan. Co zresztą potwierdził fakt, że tenże przybysz, położył się nagle na jego plecach, wtulając się w niego mocno i musnął wargami jego ucho, by szepnąć cicho:
-Nie bądź zły.
Niepohamowany uśmiech wpełznął na wargi człowieka, gdy usłyszał te słowa. Poczuł, jak Nadim pociera policzkiem o jego policzek i mruczy cicho.
-To przeprosiny…?- zapytał Amir, siląc się na niemalże oficjalny ton, choć jemu samemu odpowiedź wydawała się być oczywista.
-Nie- zaoponował jednak Nadim, ku jego zaskoczeniu.- Nie uważam, żebym miał za co przepraszać albo z czegoś się wycofywać, ale…
-Och, świetnie…- mruknął gorzko mężczyzna, przewracając się na bok, plecami do potomka wilków i tym samym strącając go z siebie.
Nadim przysiadł obok niego, nie rezygnując.
-Mógłbyś mnie posłuchać…?- zapytał poważnie, wpatrując się w kompana z uwagą. Amir zdecydowanie mógłby, chociaż jeszcze nie był pewien, czy chciał.- Chociaż przez chwilę. Nie pozwoliłeś mi wytłumaczyć, co miałem na myśli. Naprawdę wolisz nie wiedzieć…?
Człowiek zawahał się wyraźnie. Zerknął na potomka wilków przez ramię, zawahał się po raz kolejny, po czym westchnąwszy głęboko, odwrócił się w jego stronę, tak powoli i opornie, jakby ktoś go do tego zmuszał. Podniósł się do pozycji siedzącej, spoglądając na towarzysza z wyczekiwaniem. Jeśli Nadim miał coś jeszcze do wyjaśnienia, właściwie lepiej by zrobił to teraz. Amir nie zamierzał po raz kolejny błądzić we własnych złudzeniach i karmić się niepewnością.
-Powiedziałeś, że zrezygnujesz z bycia królem, gdy tylko wrócimy- przypomniał mu potomek wilków.- I, że nie chcesz być monarchą. Że twój brat byłby lepszy…- Amir skinął niecierpliwie głową, nie wiedząc, dokąd jego towarzysz zmierza z tą całą wyliczanką.- A co by było, gdyby Hadrin odmówił? Gdyby nagle zmienił plany i nie chciał przejąć władzy?
Amir uniósł brew i parsknął śmiechem. Odmawiający władzy Hadrin…? Bardzo chciałby to zobaczyć, ale szczerze mówiąc, nawet z wyobrażeniem sobie takiej sytuacji miał spory problem.
-To niemożliwe- stwierdził z pełnym przekonaniem.
-Być może- zgodził się z nim Nadim.- Ale ja proszę cię tylko, żebyś pomyślał, co by się zdarzyło w takiej sytuacji. Twój brat przyszedłby do ciebie albo do twojego wuja. Zrezygnował ze swoich wszelkich praw do tronu. Chciałby wybrać inną drogę. Co byś wtedy zrobił…?- zapytał Nadim, wpatrując się w towarzysza z wyraźnym zaciekawieniem.- Nakazałbyś mu, aby tego nie czynił…? Zabroniłbyś mu podobnego postępowania…?
-Ależ skąd!- żachnął się Amir.- Gdyby naprawdę tego chciał… Choć mogę cię zapewnić, że tak się nie stanie…- zaznaczył z góry.- … zrozumiałbym to doskonale, z oczywistych względów.
W końcu sam nie chciał być monarchą i, przynajmniej z tego punktu widzenia, postawa Hadrina zawsze go dziwiła. Ale to był nadrzędny cel jego brata, cel właściwie życiowy i podsycany nieustannie przez oczekiwania arystokratów i zachowanie ich wuja, który chwaląc młodszego z podopiecznych znacznie częściej i powierzając mu zadania związane ze swoją funkcją, zrodził we wszystkich wyjątkowo mylne wrażenie, że to on zostanie jego następcą.
-A więc kazałbyś wujowi, aby szukał kandydata na przyszłego króla wśród arystokratów…? A może miałby wystawić tron do miasta i szukać go wśród mieszczan…?- ironizował Nadim, uśmiechając się pobłażliwie.- Miałby wybrać kogoś obcego?
-Do czego ty właściwie zmierzasz?- zapytał bez zrozumienia Amir.- Nie wiem, co bym wtedy zrobił, bo nigdy nie stanę przed takim wyborem, mam co do tego pewność. Hadrin chce być królem i to się nie zmieni. Koniec kropka.
-Dobrze. A co by było, gdyby twój brat był poważnie chory i niezdolny do sprawowania swojej funkcji?- kontynuował swoje hipotetyczne wyliczenia Nadim.- Albo gdyby stało się coś poważniejszego…? Co wtedy…?
-Po co w ogóle mówisz mi takie rzeczy…?
-Bo chcę ci pokazać, że nasze życie nie zależy wyłącznie od tego, jakie podejmiemy decyzję, ale też od naszego otoczenia i od tego, co dzieje się z nim, z jego woli, lub też nie…- odpowiedział spokojnie potomek wilków.- Więc? Co byś zrobił w takiej sytuacji? Również byś odmówił?
Amir zacisnął wargi, długo głowiąc się na rozwiązaniem. Ale właściwie odpowiedź nasuwała się sama. Nie. Nie odmówiłby. Nie mógłby odmówić. Byłby wtedy jedynym dziedzicem, ostatnią osobą, która mogłaby utrzymać ład pozostawiony po Ludwiku, chociaż wcale nie widział się w tej roli i był świadom, że swoją ignorancją, którą zawsze zachowywał w dziedzinach, w których z powodzeniem obracali się jego brat i wuj, narobiłby większych kłopotów, niż jakikolwiek arystokrata.
-Nie odmówiłbym…- przyznał po długiej chwili milczenia. Nadim uśmiechnął się tylko. Wyglądało na to, że on znał już odpowiedź.- Ale to zupełnie bez sensu!- prychnął mężczyzna.- Hadrin chce władzy, jest zdrowy, w pełni sił! Nadaje się na to stanowisko jak mało kto! Nie ma żadnego powodu, by rozważać taką okoliczność…
-Ale ten powód może się w każdej chwili pojawić- przypomniał mu potomek wilków.
Amir pokręcił głową, wyraźnie niezadowolony.
-Nie wiesz, co się wydarzy- stwierdził krótko.
-Właśnie!- rzucił triumfalnie Nadim.- To usiłuję ci przekazać od dłuższego czasu. Nie wiesz, co się wydarzy. Nie masz pojęcia, co jeszcze zmieni się w twoim życiu i życiu twoich bliskich. Nie możesz więc podejmować decyzji, kierując się emocjami i tym, co wydaje ci się być dla ciebie dobre w tym momencie…- uświadomił go cierpliwie.- Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić, ani słowami, ani czynami i powinieneś wiedzieć o tym najlepiej…- dodał cicho.- To, co mi wtedy powiedziałeś… Cóż… Ucieszyło mnie w pewien sposób…- przyznał potomek wilków, a przyjemne ciepło na powrót wkradło się do serca Amira.- Ale nas nie uczono, by kierować się dobrem jednostki. Jesteśmy grupą. Los jednostki jest ważny, bo składa się na całość, ale to nie zmienia faktu, że chodzi przede wszystkim o dobro ogółu. I nie możesz teraz wiedzieć, jak długo twoje dobro będzie równoznaczne z dobrem tych, którymi w przyszłości będziesz… którymi mógłbyś w przyszłości rządzić- poprawił się Nadim.
-Dobrze…- odpowiedział łagodnie mężczyzna.- Niech tak będzie. Ale nie zostanę królem- zaznaczył natychmiast. Nadim jęknął głucho, skrywając twarz w dłoniach.- Za nic w świecie i bez względu na wszystko!- dodał stanowczo Amir.- Przynajmniej przy obecnych okolicznościach. To nie jest funkcja dla mnie i proszę cię, żebyś to zaakceptował.
-A ja proszę cię jedynie o to, byś nie podejmował pochopnych decyzji…- odpowiedział potomek wilków.- Czy możesz to dla mnie zrobić?
Amir westchnął cichutko, spoglądając na kompana.
Obawiał się, niestety, że dla niego mógłby zrobić wszystko.
-Tak…- odpowiedział w końcu, tonem dalekim od radości.
Nadim uśmiechnął się z zadowoleniem. Objął kochanka, przyciągając go do siebie i wpił się w jego wargi. Amir natychmiast oddał pocałunek, uświadamiając sobie, jak bardzo stęsknił się za ciepłymi wargami towarzysza. A biorąc pod uwagę czas, jaki wywołał tę tęsknotkę, nie wróżyło to zbyt dobrze wizji, w której on, jako władca, miałby odizolować się od niego na zawsze... Nie… Bez względu na wszystko, był pewien, że nie pozwoli sobie na coś podobnego. Nie teraz, gdy wreszcie go miał. Nadim przesunął usta na policzek i szczękę kochanka, składając na niej kilka pocałunków, po czym zsunął się na jego szyję, kontynuując, by nagle przerwać i rzucić:
-Swoją drogą… Nie rozumiem, dlaczego nie szanujecie swoich autorytetów…- powiedział. Człowiek spojrzał na niego bez zrozumienia, odrobinę zamglony jego bliskością i zaraz westchnął mimowolnie, gdy poczuł, jak Nadim zaciska delikatnie zęby na jego skórze, w sposób absolutnie prowokujący i niedopuszczalny, zważywszy na to, że, chwilowo nieobecny poeta, miał się zaraz pojawić.- Gdyby Canis wyznaczył mnie jako swojego następcę, nie wahałbym się ani chwili…- Nadim powędrował wargami jeszcze trochę niżej, znowu kąsając kochanka. Amir zachichotał cicho, przymykając powieki i zatrzymując dłoń na karku kompana.- Czułbym się zaszczycony… A nawet, gdyby nie, czułbym się zobowiązany. Ty jednak opierasz się, choć szanujesz swojego wuja i jak sam mówiłeś, cechuje się ogromną mądrością. Dlaczego?- zapytał otwarcie, przerywając na moment pieszczoty.
-Nie zawsze muszę zgadzać się z Ludwikiem…- odpowiedział Amir, wplatając palce w hebanowe włosy towarzysza.- Nikt nie jest nieomylny, każdy popełnia błędy. Decyzja Ludwika dotycząca mnie, jest tego najlepszym dowodem. Nie byłbym dobrym królem, o czym mówiłem ci wiele razy…- ciężkie, niemal pełne rezygnacji westchnienie wyrwało się z warg Nadima.- Fakt, że mój wuj zazwyczaj ma rację, nie oznacza wcale, że nie może się mylić.
-Pewnie tak właśnie musiałeś myśleć, gdy mówił ci o kryształach, prawda?- zapytał cokolwiek kpiąco potomek wilków.- Albo o powrocie demona. Pewnie sądziłeś, że się myli, czyż nie…?
-Mhm… Mniej więcej…- potwierdził Amir, nie zamierzając zajmować się szczegółami, za to mając wielką ochotę, by zająć się swym kochankiem, póki jeszcze miał chwilę czasu. Niestety, miał świadomość, że oto Nadim natrafił na temat, o którym potrafił gadać jak najęty, co odrobinę komplikowało jego plany.
-A jednak miał rację- stwierdził triumfalnie potomek wilków.- I co do kryształów, i co do powrotu demona, i…
-Chwila, chwila!- przerwał mu natychmiast Amir, znajdując oto i temat dogodny dla siebie. Nadim spojrzał na niego pytająco.- Miał rację co do kryształów, owszem- potwierdził mężczyzna.- Zapewne do ich pochodzenia również. Ale o żadnym powrocie demona nic mi jeszcze nie wiadomo…
-Chyba żartujesz!- parsknął cicho potomek wilków, jakby naprawdę miał taką nadzieję.
-Nie, wcale nie żartuję- upierał się mężczyzna.- Gdyby rzeczywiście powrócił, może potrzebowałby czasu, aby zebrać siły, w porządku, mogę to zrozumieć… Ale tak czy inaczej, to podobno potężna istota, której w sposób znaczący zagrażamy, czyż nie…? Powinna więc, kręcić się gdzieś w pobliżu, próbować nas powstrzymać, a biorąc pod uwagę jej siłę, o której tak ochoczo opowiadacie, nie miałby najmniejszego problemu z tym, żeby unicestwić nas ot tak. Więc gdzie on jest, ten wasz demon…?
Nadim wzniósł oczy ku górze, wzdychając ostentacyjnie.
-Znowu to samo.
-Niby co?- obruszył się człowiek.
-Nic- zaśmiał się cicho potomek wilków.- Może po prostu się boi.
-Demon? Demon się boi? Wszechpotężna istota?
-Tak.
-Niby czego?
-Ciebie- Nadim uśmiechnął się pobłażliwie.- Twoich pytań. Wyobrażasz sobie…?- zapytał z udawaną powagą.- Pojawiłby się tutaj ze swoimi złowieszczymi zamiarami… A ty musiałbyś się upewnić, więc pytałbyś, co tu robi, dlaczego tu jest, po co się ujawnił, skoro nie musiał, a skoro musiał, to dlaczego, po co mu te kryształy, czemu był takim idiotą, że pozwolił się unicestwić wieki temu, czemu był takim idiotą, że współpracował z Fortisem, czy naprawdę jest tym, kim jest, a jeśli tak, to czy może to udowodnić, a czy może zrobić to jeszcze lepiej, bo masz drobne wątpliwości… Czy, czy, czy…- zanucił Nadim, bardzo rozbawiony.- Bla, bla, bla…
-Wcale tak nie robię!- zaprotestował z oburzeniem mężczyzna.
-Robisz dokładnie tak, jak mówię.
-Gdyby ten demon pojawił się tutaj, dysponując takimi siłami, jak to opisujecie, raczej nie miałbym o co pytać…- stwierdził z politowaniem mężczyzna.- A jeśli brać pod uwagę jego niszczycielskie zdolności, zapewne nie miałbym również możliwości zadania jakiegokolwiek pytania. Zabiłby nas i to pewnie bez większych problemów…
-Po co?- zapytał Nadim.
-Jak to „po co”?- prychnął jego kompan.- Bo mu zagrażamy! Gdyby postąpił inaczej, to byłoby nieracjonalne…
-Nie każdy postępuje racjonalnie…- szepnął Nadim z dość znaczącym uśmiechem, który jednak umknął poruszonemu Amirowi.
-Gdyby demon postępował tak jak ty, zapewne dziś nie byłby demonem, a kupką popiołu… Czy co tam zostaje z demonów…- mruknął z powątpiewaniem człowiek.- I może tak właśnie marnie skończył. Nic dziwnego, skoro zadawał się z potomkiem wilków…
Nadim parsknął niepohamowanym śmiechem.
-Nie mówiłem o nieracjonalnym postępowaniu w związku z naszymi przygodami- zaznaczył, rozbawiony.
-Eufemistyczne słowo określające ryzykowanie przeze mnie życia…- zironizował Amir.- Nieracjonalne postępowanie w związku z czym miałeś na myśli…?
-W związku z tobą- odparł otwarcie potomek wilków, wpatrując się Amirowi prosto w oczy, jakby ciekaw jego reakcji.
-Ach…- mężczyzna odkaszlnął skrępowany, czując, jak pąsowieje zupełnie pod wpływem spojrzenia kochanka.- Tak… Cóż… No tak…- dobrą chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że od dłuższego momentu duka coś zupełnie bez sensu i zdobył się wreszcie na odpowiedź- Nie sądzę, aby demon był mną zainteresowany w taki sposób…
-Mam nadzieję…- stwierdził potomek wilków, nie odrywając od towarzysza cokolwiek prowokującego wzroku.- Wykazujesz bowiem dość dziwaczną fascynację tego rodzaju istotami, czyż nie…? Na przykład pewnym rogaczem…- dodał z uśmiechem.
-Rogaczem…?- Amir nie potrafił myśleć przy swoim kompanie zbyt szybko, więc i to słowo zabrało mu trochę czasu, nim skojarzył je z osobą, o której mówili.- Chodzi ci o tego diabła…?- dopytał, po czym zaśmiał się cicho.- Mówiłem ci, że chodzi mi tylko o informacje… A poza tym…- umilkł nagle. Spojrzał na potomka wilków przenikliwie, raz jeszcze analizując jego słowa. Mimowolny uśmiech pojawił się na jego wargach.- Byłeś zazdrosny…?- zapytał niemalże z niedowierzaniem.
-Co?- spłoszył się wyraźnie Nadim.
Amir zaśmiał się głośno.
-Oczywiście, że byłeś zazdrosny!- stwierdził triumfalnie.- Już wtedy…? To ciekawe… To bardzo ciekawe…- zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu.
-Wcale nie byłem zazdrosny…- oponował cokolwiek nieudolnie Nadim.
-… Kto by pomyślał…
-Nie byłem! Po prostu obawiałem się, że wpędzi cię w kłopoty.
Amir spojrzał na kompana z politowaniem.
-Żadna istota nie wpędziła mnie dotąd w większe kłopoty niż ty- stwierdził.
I kolejny pocałunek, którym obdarzył go potomek wilków, upewnił go w przekonaniu, że to już raczej się nie zmieni. Objął kochanka ciasno, rozchylając wargi w niemym zaproszeniu. Ich języki zetknęły się ze sobą i splotły w rozkosznym tańcu. Amir oparł dłoń na policzku kompana, drugą rękę wsuwając w jego włosy. Palce Nadima zawędrowały pod materiał koszuli człowieka i pospiesznie błądziły po jego plecach, wywołując przyjemne dreszcze. Nie mogli jednak nacieszyć się sobą. Chwilę później usłyszeli, nieco z oddali, śpiewającego ponuro poetę i wiedzieli już, że Devin zaraz się przy nich pojawi. Nadim przerwał ich pocałunek, by zaraz jeszcze na chwilę powrócić do warg mężczyzny. Odsunął się ledwie odrobinę i zaraz ucałował go ponownie, by ostatecznie oderwać się od warg człowieka z wyraźnym trudem. Wtedy jednak, to Amir chwycił za poły jego koszuli, przyciągając go do siebie po raz ostatni i całując mocno.
-Dokąd idziesz…?- zapytał cicho.
-Będę stał na czatach…- odpowiedział potomek wilków.- Na wypadek gdyby twoja niedoszła żona jeszcze się pojawiła, z zastępem kobiecych wojowników, chcąc jednak cię zdobyć…
-Ha, ha…- Amir uśmiechnął się kwaśno.
-… A gdy on już zaśnie…- Nadim nachylił się w jego kierunku, szepnąwszy mu te słowa do ucha.- Możesz do mnie dołączyć…- człowiek przełknął ślinę, czując, jak robi mu się gorąco.
-To dlatego rozłożyłeś namiot…?- zapytał, czując, jak szeroki uśmiech ciśnie mu się na wargi.
Nadim uśmiechnął się jedynie.
-Będę czekał- powiedział, odchodząc.

Wyszli z lasu i wlekli się jakąś piaszczystą drogą. Było jeszcze przed południem, ale słońce już oblewało ich nieznośnym gorącem, które z pewnością miało się jeszcze nasilić. Amir odetchnął głęboko, ocierając pot z czoła. Obok niego wędrował zakapturzony Nadim, który, zapewne, gdyby nie jego umiejętność dostosowywania się do różnych warunków, miałby jeszcze gorzej od niego. Z tyłu zaś wlókł się nieszczęśliwy Devin, który dość ciężko przyjął fakt, że nieco się pomylił z obiektem, który uznał za sobie przeznaczony.
-Nie martw się, Devin…- nawet Amir poczuł w sobie jakąś nutkę współczucia, która nakłoniła go do wypowiedzenia tych słow.- Jeszcze trafi się inna…
-Ach, nie wiem, Amirze…- westchnął rozpaczliwie poeta, przeżywając najwyraźniej swój pierwszy, wielki kryzys.- Może czekam bezowocnie…? Może  nigdy nie pojawi się ta, która jest mi pisana…? Może żadna nie jest mi pisana…? Ach, przyjacielu! Jakież to okropne uczucie, jakie potworne! Kochać i zostać odtrąconym, rozdartym! Serce moje cierpiało wiele! Ale to dobrze dla poety, gdy jego serce i dusza cierpi! Tworzyć można i radości, i z rozpaczy, mnie zostało to drugie, ale podobno piękniejsza jest twórczość zrodzona z duchowych kaźni… Ach, i ja takie przeżyłem! Ma wybranka! Niech jej się wiedzie, niech będzie szczęśliwa! Choć ja tą skazę na zawsze zachowam w swym sercu… Pozostanie niczym gorzka pamiątka, ale jednocześnie, niczym doświadczenie mnie, odważnego, który zdecydował się kochać… To uczucie sprawiło, że się dławiłem i jednocześnie, jakby odetchnąłem. Sądziłem, że porzucę poezję, ale poezja została ze mną, lepsza i silniejsza niźli kiedykolwiek! Gotów byłem umrzeć z nieszczęścia, ale i jakby narodziłem się na nowo!
-I to wszystko przeżyłeś w ciągu jednego dnia…?- zapytał ze sceptycyzmem Amir.
-W ciągu jednego wieczora, przyjacielu- poprawił go Devin.
-Ach, tak…
-Ciągle jednak nie rozumiem…- odezwał się poeta, wyraźnie zbłąkany.- Dlaczego ona nie mogła być ze mną…?
-Ponieważ kochała kobietę- odpowiedział potomek wilków.
-Och. Jak siostrę…?
-Nie… Nie, jak siostrę, Devin…- westchnął ciężko Amir.- Tak, jak i ty ją. Tyle, że mniej platonicznie, mniej histerycznie i raczej długotrwale…- zakpił.
-Z całym szacunkiem, przyjacielu, ale to chyba niemożliwe…- powiedział poeta, nadal nie potrafiąc całej sytuacji zrozumieć.- To znaczy… Jak kobieta mogłaby kochać kobietę jak mężczyzna…? To chyba niemożliwe, prawda…? Miłość mężczyzny do kobiety jest miłością specyficzną i niepowtarzalną… Zgodzisz się ze mną, chyba…?
-Nie wiem- odparł obojętnie Amir.- Nigdy nie kochałem kobiety.
Devin pokiwał głową ze zrozumieniem.
-Znam te serca czyste i nieskalane uczuciem! Nie martw się, przyjacielu! I ciebie kiedyś trafi ta bolączka, która jest największą radością i największym nieszczęściem człowieka zarazem!
-Czyżby…?- Amir uśmiechnął się mimowolnie.
Jego spojrzenie powędrowało do potomka wilków, który skierował na niego wzrok dokładnie w tej samej chwili. Uśmiechnęli się do siebie obaj, nieco rozbawieni. Przyspieszyl kroku, zostawiając kuśtykającego poetę w tyle.
-Jak mogłeś nie przyjść…?- zapytał z udawanym obruszeniem Nadim, zerkając na swojego towarzysza.
-Zasnąłem… Sam nie wiem, jak to się stało…- stwierdził Amir, chichocąc cicho.- Położyłem się, przyszedł Devin, zaczął gadać, a później…- wzruszył bezradnie ramionami.- Jakoś tak wyszło…
-Szkoda… Miałem wobec ciebie bardzo ambitne plany…
Amir spojrzał na kochanka, zaintrygowany.
-A czy te plany mogą zostać zrealizowane w późniejszym czasie…?- zapytał, unosząc kącik ust w uśmiechu.
-Może…- szepnął figlarnie Nadim.
Człowiek zaśmiał się lekko, zostając nieco z tyłu. Zmierzył kompana uważnym spojrzeniem, ciesząc się właściwie ze swojego położenia. W tym momencie, zza zakrętu, wyszedł jakiś młodzieniec, który prowadził konia, na którym siedziała staruszka. Była przyodziana w płaszcz, podobny do tego, który miał na sobie potomek wilków i tylko siwe pasma, wystające spod kaptura, mogły sugerować jej wiek. Amir dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że młodzian wygląda uderzająco podobnie do tego, którego widział drzemiącego przy tronie. A staruszka miała zaskakująco młode dłonie… Przyspieszył kroku, zrównując się z tym, który prowadził konia.
-Więc jednak odchodzicie…?- zapytał cicho.
Eres skierowała na niego lodowate spojrzenie.
-Nie dałeś nam wielkiego wyboru…- odpowiedziała ostrym tonem.- Więc przynajmniej zejdź nam z drogi i nie wydaj nas przed wszystkimi!- syknęła gniewnie, jakby ktokolwiek poza nimi znajdował się na drodze.
Amir odsunął się nieco, przenosząc wzrok na królewnę, która zsunęła z siebie na chwilę kaptur, wraz z doczepionymi do niego włosami. Uśmiechnęła się delikatnie do mężczyzny i skinęła mu głową. Jej wargi ułożyły się w bezgłośne: „dziękuję”. Amir również odpowiedział jej uśmiechem.
Odetchnął głęboko, zwalniając, by Devin mógł go dogonić.
Ogarnął go przyjemny spokój.
On wszelkie decyzje miał jeszcze przed sobą.