Strony

piątek, 9 listopada 2012

15. Johnny jest zazdrosny [Wyzwanie]


Johnny przeszedł przez furtkę, po czym zatrzymał się przed drzwiami domu Benny’ego. Zapukał dość głośno i wsunął dłonie w kieszenie kurtki. Robiło się coraz chłodniej. Na podwórzu roiło się od pożółkłych liści, które odpadły z, teraz już niemalże zupełnie ogołoconych, drzew. Wziął głęboki oddech, po czym wypuścił z ust białą parę, podrygując jednocześnie, by zmniejszyć odczucie zimna. Po chwili drzwi otworzyła mama jego przyjaciela, która uśmiechnęła się do niego serdecznie.
-Johnny… Witaj. Wejdź…- rzuciła pogodnie, uchylając je szerzej i odsuwając się z przejścia.
-Dzień dobry- odpowiedział szatyn, wchodząc do przyjemnie ciepłego wnętrza.
Johnny zdjął z siebie buty i kurtkę, po czym odwiesił je na wieszak. Zawsze czuł się w domu przyjaciela bardzo swobodnie, co było zasługą nie tylko Benny'ego, ale także jego rodziców, którzy odnosili się do kolegi syna bardzo otwarcie i z dużą sympatią.
-Benny jest u siebie…- poinformowała kobieta, uśmiechając się pogodnie. Ruszyła wraz z szatynem po schodach, na górę.
Nie wiedzieć czemu, gdy Johnny patrzył na uśmiechniętą matkę przyjaciela, natychmiast przypomniał sobie o zdarzeniach z wczorajszego dnia. O rodzinie Keitha. Atmosfera jaka panowała w tym miejscu, w niczym nie przypominała tego, co działo się w domu bruneta. Tutaj wszystko wydawało się być na miejscu. Mama Benny’ego, jego ojciec, który znając życie, siedział teraz w salonie, czytając jak zwykle jakąś obszerną księgę albo chociażby gazetę, w swoich zdecydowanie przydużych i niewystarczająco mocnych okularach, sam Benny, który wieczorem, jak zwykle, urządzał imprezę przy… eee… właściwie trudno było ustalić, ale przynajmniej oficjalnym braku wiedzy rodziców. Nawet jego dom był taki… ciepły. Czuło się to od razu, gdy się na niego patrzyło i gdy wchodziło się do środka. Lekki chaos panujący wewnątrz, ślady błota prowadzące do kuchni i wskazujące na to, że któryś z domowników (Johnny dałby sobie rękę uciąć, że był to jego przyjaciel), nie zdejmując obuwia, urządził sobie wycieczkę do lodówki… To wszystko było naturalne i przyjemne. I nie były to pozory. Johnny dobrze znał rodzinę przyjaciela, z własnego doświadczenia i opowieści Benny’ego, który ze swoim zwyczajowym talentem do narzekania mówił o tym, że mama znowu zachowuje się tak, jakby przeprowadzała mu psychoanalizę. Państwo Richards byli bardzo spokojnymi ludźmi, dobrze sytuowanymi, z synem jedynakiem, któremu poświęcali całą masę uwagi, i któremu wolno było, tak naprawdę, niemalże na wszystko. I Johnny zastanawiał się właśnie… Czy gdyby pani Richards miała taką córkę jak Angie, byłaby tą samą panią Richards co teraz? I czy gdyby Benny miał taką siostrę, byłby tym samym Benny’m? Przypomniał sobie rozmowę Keitha z jego mamą. Pretensje ciemnowłosego i zmęczony głos kobiety. To było tak odległe, że wręcz nieporównywalne z tym, co działo się tutaj. I szatyn nie do końca wiedział, w czym szukać przyczyn. Sytuacja rodzinna Benny’ego i Keitha była diametralnie inna. Keith nie miał czasu ani swobody. W konsekwencji tego, nie miał też przyjaciół, ani choćby kolegów. Przynajmniej do niedawna.
-Carl nie przyjdzie?- zainteresowała się mama Benny’ego, gdy zatrzymali się pod drzwiami od pokoju jej syna.- Zawsze w weekendy uczyliście się razem…
-Eee… Dołączy później…- odpowiedział szatyn, wciąż nie do końca wiedząc, czy rodzice Benny’ego rzeczywiście nie mają pojęcia o tym, co działo się pod ich nieobecność. Właściwie często zastanawiał się nad tym, czy mama jego przyjaciela wie o wszystkim, ale pozwala żyć swojemu wychowankowi w błogiej nieświadomości, czy może to ona nie jest świadoma jego działań.
-Benny jest troszkę przygnębiony…- poinformowała Johnny’ego szeptem.- Mam nadzieję, że nie chodzi o Maicy… Benny!- zawołała wreszcie, otwierając na oścież drzwi do pokoju chłopaka i wpuszczając do niego szatyna. Blondyn siedział przy biurku, robiąc coś na komputerze. Gdy zobaczył Johnny’ego, wyłączył ekran i obrócił się w jego kierunku, zakładając ręce na klatce piersiowej i wpatrując się w niego cokolwiek srogo.- Johnny przyszedł. Niedługo z tatą wychodzimy- dodała jeszcze, spoglądając na syna, po czym raz jeszcze uśmiechnęła się do szatyna i opuściła pomieszczenie.
-Ekhem… Cześć- rzucił Johnny, usadawiając się na brzegu łóżka.
-Cześć…- mruknął Benny tonem, który wskazywał na jego śmiertelne i absolutnie krótkotrwałe nadąsanie. Chwycił za swoją komórkę, zerknął na wyświetlacz, po czym westchnął odrobinę nieszczęśliwie. Spojrzał na przyjaciela.- Twój chłopak nie przyszedł…?- zapytał z udawanym zasmuceniem.- A może po prostu czeka za drzwiami…?
Johnny spąsowiał odrobinę. Zapewne jasnowłosy byłby mniej skłonny do żartów na ten temat, gdyby wiedział, jak bliski był prawdy w swoich słowach…
-Benny, daj spokój…- poprosił szatyn.
-Ja mam dać spokój?!- obruszył się zwyczajowo jego przyjaciel.- A może ty w końcu dasz spokój?! Zdajesz sobie sprawę z tego, jak to wszystko wygląda?! Nie raz ci to mówiłem! To głupawy zakład, najgłupszy ze wszystkich, w jakich braliśmy udział! Podrywanie faceta jest… jest…- Benny poruszył rękoma w powietrzu, jakby chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu jakiegokolwiek określenia.- … jest idiotyczne, no! I obleśne! I nieprzyjemne! Ani dla mnie, ani dla Carla, ani dla Lindy, ani nawet dla tego Keitha! No i dla ciebie samego też nie, chyba, bo jeśli dobrze pamiętam, to wolisz dziewczyny…
Johnny zaczerwienił się jeszcze bardziej i odchrząknął, nic na ten temat nie mówiąc. Zresztą, nawet, gdyby chciał, bardzo trudno byłoby mu to wyjaśnić. Bo sęk w tym, że on rzeczywiście całe swoje życie był święcie przekonany, że wolał dziewczyny. Nigdy nawet nie miał powodu, by zastanawiać się nad tym, czy jego upodobania nie są cokolwiek odmienne. Po co? Jego przyjaciele mieli dziewczyny. On sam miał dziewczyny. Dziewczyny go uwielbiały! A teraz sprawy nieco się skomplikowały…
-Posłuchaj, Benny…- zaczął cierpliwie Johnny.- Ja po prostu lubię Keitha. Bardzo go lubię…- dodał, i jakiś głupawy uśmiech wpełznął bezwiednie na jego wargi.- I chciałbym, żebyście też go polubili… Żebyście go zaakceptowali, bo…
-Co ty właściwie chcesz mi powiedzieć?!- warknął napastliwie blondyn, którego mina zmieniała się w coraz bardziej oburzoną z każdym kolejnym słowem przyjaciela.
-Nic, ja tylko…
-Gadasz tak, jakbyś chciał mnie zapoznać z nową dziewczyną! Ogarnij się!- ofuknął go Benny, z bardzo niezadowoloną miną. Znowu zerknął na wyświetlacz telefonu, choć ten wcale nie dzwonił. I znowu westchnął, sprawiając wrażenie zdenerwowanego.- Jak mam polubić kogoś, kogo ty podrywasz…?- mruknął w końcu, unosząc brew.- To znaczy… Lindę lubię, ale dobrze wiesz, o co mi chodzi… Nie znam tego całego Keitha, a ty cały czas o nim gadasz, Keith to, Keith tamto…- rzucił, wyraźnie przedrzeźniając Johnny’ego.- I właściwie nie zamierzam go poznawać, dopóki nie skończysz z tymi głupotami… I mówiąc „skończysz”, nie mam na myśli tego, że zaczniesz go rozbierać…- wycedził przez zęby z niesmakiem.
Rozbierać… Keitha… Taaaak… Myśli szatyna rozbiegły się w dość odległym kierunku…
-Właściwie to ja nie chcę już dłużej się w to bawić…- wyrzucił z siebie, na wpół automatycznie, powracając do rzeczywistości.
Benny wbił w niego spojrzenie pełne zdumienia, by nie rzec, niedowierzania.
-Co?- szatyn spłoszył się nieco.
-Chcesz zrezygnować z wyzwania…?- dopytał chłopak, jakby chciał się upewnić.
Na twarzy Johnny’ego wyraźnie wymalowało się wahanie. Pomyślał o Ericu, o jego uśmieszku pełnym satysfakcji, o jego tekstach i niewątpliwym triumfie i sam zwątpił, czy rzeczywiście zamierza to zrobić… Ale chwilę później pomyślał o Keithie i wszystko było już właściwie oczywiste.
Skinął głową.
-Jestem zaskoczony…- przyznał Benny.- Oczywiście pozytywnie, ale nie spodziewałem się tego po tobie… Szczerze mówiąc, myślałem, że ty i Eric będziecie bawić się w te głupoty do końca… Te wyzwania to dziecinada! Żaden z nas nie ma na to tak naprawdę czasu! Ani ja, bo spotykam się z Maicy i mam ważniejsze rzeczy na głowie, ani nawet Carl… Tylko ty i Eric!- sapnął gniewnie.- A raczej tylko ty, bo to ty robisz te głupoty, a Eric zwyczajnie cię podpuszcza!
-Taaak… Właśnie… Jeśli chodzi o Erica…- zaczął Johnny.- Mógłbyś mu nie mówić, że zrezygnowałem…?
-Dlaczego?
-Wolałbym, żeby nie wiedział. Będzie się ze mnie wyśmiewał.
-Eric wyśmiewa się ze wszystkich- stwierdził Benny i trudno było odmówić mu racji.- A niektórych nawet bije…- dodał pod nosem, najwyraźniej wciąż mocno rozpamiętując ten fakt.- Drań jeden…- warknął niechętnie, znowu patrząc w telefon.- Dlaczego nie dzwoni?!- wyrzucił z siebie gwałtownie, poirytowany.
-Maicy?- dopytał Johnny, choć to było raczej oczywiste.
-Tak… Zostawiłem jej już z pięć sms-ów, a ona nadal nic…- denerwował się Benny.
Johnny wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, nie bardzo odnajdując się w tej sytuacji. Benny i Maicy raczej nie mieli żadnej manii na punkcie wzajemnego kontrolowania siebie i zarzucania się setkami wiadomości. No, przynajmniej do czasu dziwnego zachowania dziewczyny, a teraz, jak widać, tego rodzaju pomysły przeszły też, nie wiedzieć czemu, na blondyna.
-Coś się stało…?- zapytał otwarcie szatyn.
Jego przyjaciel spojrzał na niego z uwagą, po czym westchnął cicho, odkładając na chwilę telefon na blat biurka, chyba po to, by nie nakręcać się jeszcze bardziej.
-W sumie to ci nie powiedziałem… Pamiętasz, jak gadałem o całej tej sprawie z Erickiem? Wtedy, kiedy powiedział mi, żebym ją zostawił, ale tego samego dnia wróciliśmy do siebie…- Johnny pokiwał głową. Pamiętał bardzo dobrze.- No więc… On powiedział mi coś jeszcze…- przyznał jasnowłosy. Szatyn wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem, a sam Benny wyraźnie się wahał, ale w końcu przyznał- Mówił, że widział Maicy z jakimś chłopakiem. Innym chłopakiem- dodał takim tonem, jakby była to największa zbrodnia.
-I…?- dopytał Johnny, bo sądził, że jest jakiś ciąg dalszy tej historii.
-Jakie „i”?- prychnął Benny.- Była z innym chłopakiem. W jakimś klubie!
-Z jakim chłopakiem?
-Skąd mam wiedzieć?! Eric nic mi nie powiedział. Pewnie go nie znał. Chociaż może to był ktoś z naszej szkoły… Po co umówiła się z kimś w klubie, gdy się kłóciliśmy?- zapytał, denerwując się coraz bardziej. Zagryzł wargę, znowu sięgając po komórkę.
-Nie zapytałeś jej?- zdumiał się Johnny.
-Oczywiście, że nie! Wiesz, jaka zrobiła się drażliwa… Jeśli Eric coś przekręcił albo się pomylił, to dostałbym po głowie… Nie chciałem się z nią znowu kłócić. Zresztą, Eric nie widział nic szczególnego…- dodał Benny, takim tonem, jakby pocieszał sam siebie. Znów wpatrywał się ślepo w ekran telefonu.- Tylko sobie siedzieli… Razem… Pili… Śmiali się…- z każdym słowem zdawał się być coraz bardziej przygnębiony.
Johnny pokręcił głową, parsknąwszy śmiechem. Jego przyjaciel wbił w niego zdziwione spojrzenie.
-Benny, naprawę wierzysz Erickowi?- zapytał, szczerze tym faktem zaskoczony.- Nie sądzisz, że po prostu chce was skłócić?
-Po co miałby to robić?- nie rozumiał Benny.
Johnny wzruszył ramionami. Właściwie to sam zastanawiał się nad tym kilkakrotnie i nie mógł znaleźć żadnej przyczyny.
Drzwi od pokoju otworzyły się raz jeszcze i znowu zajrzała do nich mama Benny’ego, ubrana bardzo elegancko i przygotowana do wyjścia.
-Wychodzimy, Benny- poinformowała syna.- W lodówce zostawiłam ci sałatkę i coś na kolację, jeśli będziesz miał ochotę… Nie zagłodź Johnny’ego. Pieniądze leżą na blacie. Gdybyś czegoś potrzebował, to dzwoń.
-Jasne.
Pani Richards podeszła do syna i ucałowała go w policzek, na co ten zareagował pełnym niechęci skrzywieniem i zniecierpliwionym westchnięciem. Uśmiechnęła się pogodnie do Johnny’ego, kładąc na chwilę dłoń na jego ramieniu, po czym pożegnała się z oboma i wyszła.
-Nie wiem, co chodzi Erickowi po głowie, ale on uwielbia mieszać…- kontynuował Johnny. Jego przyjaciel wpatrywał się w niego z uwagą.- Nie pamiętasz już, jak powiedział dziewczynom, że wcale nie było cię z nami w klubie…? Nie wierzę, że to był przypadek, ani że Linda coś pokręciła… Nie mam pojęcia, o co mu chodziło, ale wcale nie chciał tego w żaden sposób naprostować… Później próbował cię przekonać, żebyś zerwał z Maicy… Gadał ci takie głupoty… Nie warto wierzyć w to, co mówi. Maicy przecież sama była o ciebie zazdrosna. Gdyby cię zdradzała albo chciała spotykać się z kimś innym, nie robiłaby ci o to wyrzutów.
-Ale jaki Eric miałby mieć w tym wszystkim cel?- dopytywał dalej Benny.
-Nie wiem. Eric po prostu już taki jest. Zawsze taki był- stwierdził Johnny, rozkładając bezradnie ręce.
-Nie…- odparł w zamyśleniu chłopak.- Nie zawsze…- dodał, po czym milczał przez chwilę, by znowu zerknąć na szatyna.- Chodź, zejdziemy do kuchni i zobaczymy, czy mama zostawiła coś zjadliwego… A później pójdziemy po piwo.
Johnny uśmiechnął się pogodnie, skinąwszy głową. Zeszli na dół, rozmawiając trochę o innych sprawach i zbliżającej się imprezie. Widać było, że Benny z całej siły stara się oderwać od rozmyślań o swojej dziewczynie, ale cały czas sprawiał wrażenie zaniepokojonego i wytrąconego z równowagi.
-A ten Keith… Nie będzie go…?- mruknął w końcu, gdy znaleźli się w kuchni i zerknął na przyjaciela kątem oka.
-Przyjedzie sam- odpowiedział Johnny.
Rozmawiał o tym z ciemnowłosym przez telefon dziś rano i ten nalegał, by Johnny po niego nie przyjeżdżał. Chyba czuł się skrępowany i zawstydzony po jego ostatniej wizycie, chociaż szatyn zupełnie nie rozumiał dlaczego. Tak czy inaczej, zapewnił, że będzie, ale przyjedzie sam. Johnny podał mu dokładny adres i na tym się zakończyło. Benny otworzył lodówkę i w tym momencie zadzwonił jego telefon. Chwycił go, autentycznie uradowany, odbierając natychmiast:
-Maicy?- rzucił i przez chwilę nic nie mówił, najwyraźniej słuchając tego, co mówi dziewczyna. Odetchnął z ulgą.- U lekarza…? Ale… Wszystko w porządku? Ach, no to dobrze… Co? Nie, ale… Na pewno? Jeśli chcesz mogę odwołać i… No dobrze, ale gdyby coś było nie tak… Bardzo mi przykro… Jutro do ciebie przyjadę i nie straszne mi żadne choroby…- zachichotał wesoło.
Johnny uśmiechnął się leciutko pod nosem, słuchając słów przyjaciela. Jego wcześniejszy zły nastrój zaniepokoił go jednak. Nie miał pojęcia, co chodzi Erickowi po głowie, ale sprawiał, że Benny jest nieszczęśliwy i to, nie podobało się szatynowi ani trochę. Gdyby wierzył, że może mieć na niego jakikolwiek wpływ, pewnie starałby się interweniować, ale Eric nie raz udowodnił mu, że ma w głębokim poważaniu i jego, i jego opinie.
Szatyn wyjął swój telefon i zobaczył, że ma jedną wiadomość. Pewnie nie usłyszał sygnału, gdy jechał samochodem. Otworzył sms-a od Keitha i odczytał:
„Spóźnię się.”
Nic więcej. Johnny poczuł lekki niepokój.
„Wszystko w porządku?” – zapytał w wysłanej przez siebie wiadomości.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.
„Tak.” – odpisał lakonicznie brunet.
„Na pewno? Wszystko w porządku z Angie?” – pytał dalej Johnny, woląc się upewnić.
„Tak.”
„A z twoją mamą?”
„Wszystko w porządku ze wszystkim, przestań pytać.”  - odpisał Keith, a szatyn słyszał w wyobraźni te słowa, wypowiadane jego zniecierpliwionym i poirytowanym głosem. Uśmiechnął się do siebie z rozbawieniem.
Benny skończył rozmawiać i poinformował przyjaciela, że Maicy zachorowała, była u lekarza i dlatego nie odbierała, ale teraz czuje się już dobrze. I, że chciał do niej jechać, ale Maicy życzyła mu dobrej zabawy i zapewniła, że nic jej nie jest. Wobec tego, obaj zajęli się dalszym przygotowaniem imprezy. Blondyn zajrzał do obficie wypełnionej lodówki.
-No… Z głodu nie umrzemy…- ocenił litościwie.
Johnny parsknął śmiechem. Jego przyjaciel wziął zostawione przez rodziców pieniądze.
-Idziemy?- zapytał, teraz sprawiając wrażenie absolutnie szczęśliwego.

Impreza trwała już od godziny. W salonie Benny’ego zebrało się kilkunastu ich wspólnych znajomych, ale ludzie wciąż jeszcze się schodzili. Sam gospodarz nie był jednak w szczególnie zabawowym nastroju. Siedział na kanapie, obok Johnny’ego, popijając piwo, w wolnej dłoni trzymając telefon i, co chwilę, odpowiadając na sms-y swojej dziewczyny. Czasem tylko podnosił głowę, by przywitać się z kimś, kto do nich podchodził albo powiedzieć coś do Johnny’ego. Szatyn również nie ruszał się z miejsca. Czekał na Keitha i, podobnie jak jego przyjaciel, raz po raz sprawdzał telefon. Wysłał nawet brunetowi sms-a z pytaniem, o której przyjedzie, ale nie uzyskał odpowiedzi i zaczynał się już zastanawiać, czy Keith w ogóle się pojawi. Wolne rytmy, niezbyt głośno grającej muzyki, idealnie pasowały do leniwego nastroju szatyna.
Benny sięgnął po kolejne piwo, ze stojącej przy kanapie skrzynki.
-Chcesz…?- zapytał, zerkając na szatyna.
Ten pokręcił głową.
-Jestem samochodem.
-I…? To jedno piwo…- stwierdził Benny, ale Johnny uśmiechnął się tylko, po raz kolejny odmawiając. Blondyn wzruszył ramionami, otwierając butelkę i upijając spory łyk.- Nie przeszkadza ci to…?- zapytał nagle, unosząc telefon.- Sorry, że cały czas gapię się w komórkę, ale…
-Nie, w porządku- odparł Johnny, który też nie robił nic innego.
Keitha wciąż nie było. Pojawił się jednak Carl, który przywitał się z nimi, po czym wylądował obok Johnny’ego i również, niemalże w pierwszym odruchu, sięgnął po komórkę. Szatyn uśmiechnął się pod nosem z rozbawieniem, zerkając ukradkiem najpierw na niego, a później na Benny’ego. Pierwszy raz, wszyscy trzej zamiast zajmować się tym, czym na imprezach zajmowali się zazwyczaj, czyli piciem, zabawą i dziewczynami, pochłonięci byli, dość smętnie wyglądającym, oczekiwaniem. Benny oczekiwał na kolejnego sms-a, Johnny na Keitha, a Carl… No właśnie, na co czekał Carl?
-Gdzie Agatha?- zapytał ze zdziwieniem szatyn.
-Przyjdzie niedługo- odparł Carl, uśmiechając się krótko.- Chyba ma jakieś problemy z zasięgiem, nie mogę się do niej dodzwonić…
Johnny skinął głową, po czym spojrzał w kierunku drzwi i uniósł brwi w geście zdumienia. Zobaczył Erica, który jakby nigdy nic, wszedł do pokoju, ale nie skierował się do nich, a zatrzymał na drugim końcu pomieszczenia, zaczynając rozmowę z jednym z gości.
-Eric tu jest…- poinformował ostrożnie Benny’ego.
Ten nasrożył się błyskawicznie, zerkając na bruneta z absolutną wrogością.
-Nie zapraszałem tego dupka…- warknął gniewnie.
-Najwyraźniej czuł się zaproszony.
-Tak…?- Benny uśmiechnął się kwaśno.- Zaraz to zmienię…
-Benny!- Johnny chwycił przyjaciela za ramię, zatrzymując go na miejscu.- Daj sobie spokój- powiedział, kręcąc głową.- Nie rób zamieszania.
-Mam to tak zostawić?! Rozbił mi nos, po czym przylazł tutaj nieproszony i nawet nie przyszedł przeprosić…? O nie…- prychnął gniewnie blondyn, zrywając się na równe nogi.
Johnny zauważył, że Eric spoglądał w ich kierunku, więc musiał to widzieć. Szybko jednak zareagował, razem z Carlem, i obaj chwycili Benny’ego za ręce, ściągając go z powrotem na kanapę i przytrzymując.
-Nie daj się sprowokować- rzucił szatyn, chcąc uspokoić jasnowłosego.
-Nie dam się sprowokować! Po prostu się zrewanżuję!
-Nie ma sensu- poparł Johnny’ego Carl.- Wszyscy będą o tym gadać i w ogóle… No i Maicy się dowie…
Ten argument podziałał na Benny’ego wybitnie kojąco, bo tylko burknął, że zamierza oficjalnie i po wsze czasy ignorować tego aroganckiego dupka, po czym, to właśnie czyniąc, zaczął pisać kolejnego sms-a. Johnny podniósł głowę, chcąc ustalić, co robi Eric, ale w tym momencie spostrzegł tego, na którego czekał niemalże cały dzień. Serce zabiło mu szybciej i szeroki uśmiech wpełznął na jego wargi. Keith stał nieopodal drzwi, wsparty o ścianę, błądząc po pomieszczeniu niepewnym spojrzeniem. Natrafił jednak na wzrok szatyna i również się do niego uśmiechnął.
Johnny odkaszlnął cicho, zerkając na przyjaciela.
-Keith przyszedł…- poinformował Benny’ego.
-Mhm…
-Pójdę się przywitać…- dodał, wstając.
Blondyn podniósł na niego wzrok, następnie przenosząc go na bruneta, po czym burknął już nieco bardziej ponure, acz wciąż zezwalające:
-Mhm…
Johnny ruszył w kierunku ciemnowłosego, nie przestając szczerzyć się radośnie. Ale nagle, ktoś stanął mu na drodze.
-Cześć, Johnny- Linda przywitała się z nim pogodnym uśmiechem.
-Och…- Johnny’ego zamurowało na dłuższą chwilę, bo będąc skupionym jedynie na chłopaku, nawet nie zauważył, że jest w pobliżu.- Cześć, Linda- odpowiedział, również odpowiadając uśmiechem, po czym zerknął ponad jej ramieniem na bruneta, który przyglądał mu się chyba, ale gdy tylko zauważył spojrzenie szatyna, odwrócił wzrok.
-Jak ci się podoba…?- zapytała figlarnie, obracając się przed chłopakiem i najwyraźniej chcąc zwrócić jego uwagę na swój strój. Miała na sobie bardzo ładną, ciemnoniebieską sukienkę, kończącą się przed kolanem i ściąganą w pasie. Wysokie, czarne szpilki sprawiały, że niemalże dorównywała wzrostem Johnny’emu.
-Wyglądasz… Wow…- stwierdził z autentycznym uznaniem szatyn.- Naprawdę pięknie…- podsumował, znowu zerkając na stojącego przy ścianie Keitha.
-Dzięki…- odpowiedziała Linda, wyraźnie zadowolona.- Zatańczymy?- zaproponowała, wpatrując się w Johnny’ego z wyczekiwaniem.
Chłopak zawahał się, po czym, nieco bezradnie, uśmiechnął i skinął głową. Przeszedł z dziewczyną kawałek dalej, gdzie na wolnej przestrzeni, powstałej z odsunięcia kilku mebli, tańczyła ledwie jedna para. Blondynka oparła jedną dłoń na jego ramieniu, drugą natomiast chwyciła go za rękę. Obracali się niespiesznie dookoła, a Linda cały czas spoglądała wprost w jego oczy, co nieco Johnny’ego krępowało, szczególnie w obliczu tego, że on sam non stop kierował wzrok na ciemnowłosego. Gdy w końcu jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Keitha, uśmiechnął się do niego przepraszająco. Keith odpowiedział mu niepewnym uśmiechem, ale wszystko wskazywało na to, że nie był zdenerwowany.
-Strasznie cieszę się, że tu jesteś, Johnny- odezwała się Linda.- Nie byłam pewna czy przyjdziesz i sama nie wiedziałam, czy się tu pojawić… A jednak jesteś. To dobrze. Bałam się być sama…- powiedziała, po czym oparła głowę o jego bark.
-Sama…? Dlaczego sama…? Ach, tak…- przypomniał sobie po chwili.- Maicy nie ma- stwierdził, skinąwszy głową.
-Źle się poczuła- wyjaśniła natychmiast Linda.
Szatyn skinął głową.
-Ale Agatha niedługo przyjdzie, prawda?
-Agatha?- zdumiała się jasnowłosa.- Pojechała do rodziny.
-Ale…- bąknął Johnny, niewiele z tego rozumiejąc.- Ale Carl na nią czeka… Nic mu nie powiedziała?
-Może…- odparła jasnowłosa, wzruszywszy ramionami.- Nie wiem. Do mnie dzwoniła już wczoraj… Może nie mogła się z nim skontaktować albo coś takiego…
-Możesz przecież dołączyć do nas- zauważył szatyn.- Usiądziesz ze mną, z Benny’m i Carlem…-  z Benny’m i Carlem przede wszystkim, bo szatyn miał nieco inne plany.- Nie będziesz przecież sama.
-To świetnie- ucieszyła się Linda, jakby wcześniej nie miała bladego pojęcia o takiej możliwości.
Tańczyli jeszcze przez chwilę, a gdy piosenka się skończyła, dziewczyna odsunęła się nieco, ale nie puściła dłoni szatyna.
-Idziemy…?
Johnny uśmiechnął się, skrępowany, po czym ruszył wraz z nią w kierunku kolegów. Dziewczyna zajęła miejsce na fotelu, ustawionym naprzeciw kanapy, a szatyn opadł na swoje poprzednie miejsce, czekając jedynie na odpowiedni moment, by szybko się stąd zerwać i iść wreszcie od bruneta.
-Cześć- przywitała się ze wszystkimi Linda.
-Cześć Lin…- Benny podniósł wzrok i zmierzył dziewczynę uważnym spojrzeniem. Wysoce uważnym spojrzeniem.- Cześć, Linda…- dokończył wreszcie, z głupawym uśmiechem, po czym przeniósł wzrok na Johnny’ego i poruszył sugestywnie brwiami, jakby chciał dać mu coś do zrozumienia.
-Agatha nie przyjdzie, Carl- poinformowała jasnowłosa drugiego chłopaka.- Musiała wyjechać. Jakieś sprawy rodzinne czy coś.
-Och. Nie dzwoniła…- rzucił zdumiony Carl.- To… Może ja spróbuję zadzwonić…- stwierdził, po czym podniósł się z miejsca i ruszył do wyjścia.
-Zauważyliście, że Eric tu jest?- zapytała Linda.
-Taaaak…- odparli jednocześnie Johnny i Benny, ten pierwszy z cichym westchnieniem, ten drugi z miną pod tytułem: „jestem obojętny i wcale mnie to nie obchodzi, ale zaraz mu przyłożę”.
Przez chwilę w towarzystwie zapanowała cisza. Linda rozglądała się po sali, Benny coś pisał, a Johnny upatrzył w tym wreszcie swoją szansę, by iść. Nie zdążył jednak nawet się podnieść, gdy jego przyjaciel mruknął cicho:
-Dużo piwa… Zdecydowanie zbyt dużo piwa…- po czym zerwał się gwałtownie i ruszył pospiesznie do łazienki.
Johnny westchnął ciężko w duchu. Linda uśmiechnęła się do niego. On odpowiedział tym samym, teraz nie bardzo mając jak odejść. Nie wypadało mu zostawić dziewczyny samej. Zerknął na Keitha, który miał taką minę, jakby sam nie wiedział, co tu jeszcze robi. Szatyn zastanawiał się, czy go tutaj nie zawołać, ale z drugiej strony, specyficzne nastawienie Benny’ego do jego osoby, no i Linda, która wiedziała o zakładzie, i ,zapewne, jej plany co do osoby Johnny’ego nie kończyły się na tańcu… Nie, to jednak nie był dobry pomysł.
-Eric jest dupkiem- stwierdziła nagle jasnowłosa. Johnny spojrzał na nią pytająco.- Wiem, że masz o nim takie samo zdanie, dlatego ci to mówię. Benny pewnie by go bronił, ale naprawdę nie ma sensu.
-Myślę, że o tym, że Eric jest dupkiem wie już znaczna część wszechświata i nie widzę chętnych do jego obrony…- zachichotał szatyn, nie rozumiejąc tego nagłego wyznania.- A Benny, szczególnie po ostatnim, raczej też by się do tego nie palił…
-Sęk w tym, że on naprawdę jest okropny…- odpowiedziała poważnie Linda.- Powiedział Maicy podłe rzeczy!
-Maicy…?- zdumiał się chłopak.- Niby co takiego…?
-Pamiętasz tą sprawę z waszym wypadem…? Gdy zapytałam Erica, on powiedział, że Benny’ego z wami nie było, a wy się zapieraliście i…
-On naprawdę z nami był.
-Mniejsza z tym- dziewczyna machnęła lekceważąco dłonią.- To naprawdę nieistotne. Tak czy inaczej… Nie chciałam, żeby wyszło na to, że wierzę jemu, a tobie nie… Chociaż tobie wierzę bardzo, Johnny…- stwierdziła, wyciągając w jego kierunku dłoń i opierając ją na nadgarstku chłopaka, po czym uśmiechnęła się ciepło.- Chociaż wiem, że broniłbyś swoich kumpli do upadłego i robisz przez nich naprawdę dziwne rzeczy…- mruknęła, krzywiąc się lekko.- Tak czy inaczej, stwierdziłam, że muszę go wypytać o parę spraw i próbowałam z nim o tym pogadać. Ale on był opryskliwy i chamski. Niczego się nie dowiedziałam i ,szczerze mówiąc, zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle wcześniej mi o tym mówił… A niedawno, dowiedziałam się od Maicy, że Eric powiedział jej coś o Benny’m. Że Benny się z kimś spotyka, za jej plecami.
-Co takiego…?- zdumiał się Benny.- Przecież to bzdura! Wiedziałbym, gdyby tak było, a Benny wcale taki nie jest…
-Wiem- odpowiedziała spokojnie jasnowłosa.- Maicy też już wie. Wściekła się na Erica.
-On powiedział Benny’emu dokładnie to samo…- rzucił w zamyśleniu szatyn.
-Co?
-Że widział Maicy w klubie z jakimś chłopakiem wtedy, gdy się kłócili.
-Że co?!- obruszyła się dziewczyna, prychając donośnie.- To kłamstwo! Maicy?! Z innym chłopakiem?! W klubie?!- parsknęła śmiechem, kręcąc głową.- To niemożliwe! Szczególnie nie teraz, gdy…- umilkła nagle, jakby zgubiła wątek, po czym odkaszlnęła i dokończyła gładko- … gdy źle się dzieje pomiędzy nią a Benny’m.
-Tak też myślałem- stwierdził Johnny.- Tylko dlaczego Eric robi to wszystko…?
Dziewczyna wzruszyła bezradnie ramionami.
-Też chciałabym się dowiedzieć.
Benny wrócił z łazienki i usiadł przy Johnny’m. Linda spojrzała na szatyna tak, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że skończą tą rozmowę później. Chłopak skinął ledwie zauważalnie głową. Nie wiedział jeszcze, czy powiedzieć o tym wszystkim przyjacielowi, ale wiedział, z całą pewnością, że nie powinien mu o tym mówić teraz. Blondyn i bez tego miał zapędy, żeby porozmawiać z Erickiem pięścią.
-O rany, to Kate!- ucieszyła się Linda, dostrzegając jakąś dziewczynę.- Zamówiłam od niej kosmetyki! Zaraz wracam- poinformowała chłopaków, a właściwie Johnny’ego, bo to jego obdarzyła promiennym uśmiechem, po czym odeszła.
Johnny odetchnął z ulgą w duchu i spojrzał w stronę Keitha, po czym… Zupełnie go zamurowało. Przez dłuższą chwilę siedział w bezruchu, czując, jak jego serce bije szybciej i tym razem wcale nie wynikało to z przyjemnych doznań ani z wpływu ciemnowłosego. Wprost przeciwnie. Wynikało ze strachu. Obok Keitha stał Eric i rozmawiał z nim o czymś. Johnny wpatrywał się w nich, ledwie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Brunet zaśmiał się z czegoś. Eric mówił dalej, uśmiechając się serdecznie.
-Co Eric wyrabia…?- rzucił z przerażeniem Johnny, właściwie sam do siebie.
Jego przyjaciel podniósł głowę i powiódł wzrokiem po sali, odnajdując wreszcie kolegę.
-Rozmawia z Keithem- odparł obojętnie.
-Tak, ale… Ale o czym z nim rozmawia…?- wydukał szatyn, coraz bardziej zlękniony.
Eric coś mówił. Keith odpowiedział. Obaj zaśmiali się jednocześnie.
-Skąd mam niby wiedzieć?- zdumiał się Benny.
-A co, jeśli on zamierza mu powiedzieć o wyzwaniu…?- szepnął chłopak.
-To chyba dobrze, nie…?- odparł obojętnie jasnowłosy. Johnny posłał mu pełne niezrozumienia i lęku spojrzenie.- Jeśli mu powie, to przegra. Zasady są jasne. Nie będzie mógł się z nikogo wyśmiewać, a ty nie będziesz miał powodu, żeby odgrywać tą szopkę…
-Nie, nie, nie rozumiesz…- zaprotestował Johnny, zrywając się z miejsca.
Benny krzyknął coś za nim, ale szatyn, który ruszył w stronę Keitha, nie usłyszał tego przez panujący dookoła rozgardiasz. Wprost nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Co, u licha, Eric próbował zrobić?! Przedarł się do ciemnowłosego i stanął obok niego.
-Cześć- rzucił płochliwie.
-Cześć- odpowiedział, ku niepomiernemu zdumieniu Johnny’ego Eric, nawet wysilając się na serdeczny, aczkolwiek bardzo fałszywy uśmiech.
-Tak czy inaczej, Stevens chyba nigdy nie przestanie tego robić- stwierdził z rozbawieniem Keith, najwyraźniej dążąc do zakończenia rozmowy.
-Owszem…- odparł blondyn, uśmiechając się uprzejmie.- To byłoby dla niej nie lada wyzwanie…
Johnny zamarł w bezruchu, gdy usłyszał te słowa, po czym raz jeszcze przeniósł wzrok na Erica, ale ten spoglądał na ciemnowłosego, zupełnie ignorując jego obecność. Szatyn przełknął nerwowo ślinę. O co mu chodziło…? O co mu chodziło, do diabła…? Przecież to on zaczął to wyzwanie. Benny miał rację, jeśli powie Keithowi prawdę, przegra. Eric nie pozwoliłby sobie na coś takiego, więc dlaczego...?
-Tak…- Keith skinął głową, również się uśmiechając.
-Ale może niektórych ludzi lepiej nie prowokować do pewnego zachowania…- jasnowłosy zaśmiał się cicho.- To może się skończyć tylko źle…- rzuciwszy te słowa, zerknął ukradkiem na Johnny’ego, posyłając mu iście uroczy uśmiech.
Chłopak denerwował się coraz bardziej.
-Tak, sądzę…- odpowiedział brunet.
-Cóż…- Eric zerknął przez ramię.- Może już was zostawię…?- rzucił, znowu spoglądając na szatyna.- Do zobaczenia w szkole… Keith…- dodał, obdarowując ciemnowłosego przyjaznym uśmiechem, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.
Szatyn nic nie powiedział, tylko powiódł za nim nerwowym spojrzeniem, wciąż nie mogąc znaleźć odpowiedzi na swoje pytanie. Chciał go tylko zdenerwować? Sprowokować, by ten sam się zdradził? Może właśnie o to mu chodziło. Problem jednak tkwił w tym, że jeśli chodzi o Erica, Johnny nie mógł być pewien niczego. Keith coś do niego powiedział, ale chłopak tego nie dosłyszał, pogrążony we własnych myślach.
-Chodźmy stąd, Keith- powiedział nagle.
-Co takiego?- zdumiał się ciemnowłosy.
-Chodźmy stąd. Wracajmy do domu…- Johnny odkaszlnął nerwowo, po czym nie czekając nawet na bruneta, wyszedł z pomieszczenia. Keith podążył w ślad za nim, wyraźnie zdezorientowany.
-Dlaczego…?- dopytał, nie rozumiejąc, co się dzieje.- Dopiero co przyszedłem. Coś się stało…?
-Nie, tylko… Tylko gorzej się czuję…- wydukał Johnny i wcale nie skłamał.
Pobladł z nerwów i dłonie trzęsły mu się lekko, gdy otwierał frontowe drzwi od domu Benny’ego. Gdy wyszedł z niego i stanął na chodniku, miał wrażenie, że jego nogi są jak z waty. Nie pamiętał, naprawdę nie pamiętał, by cokolwiek przeraziło go równie mocno, jak widok Erica rozmawiającego z Keithem. Keith po prostu nie mógł się dowiedzieć, że Johnny zgodził się na coś takiego. Nie mógł! Gdyby się dowiedział, na pewno nie chciałby mieć z szatynem nic wspólnego.
Podszedł do samochodu i otworzył drzwi od strony pasażera, by wpuścić do niego Keitha.
-Jesteś pewien, że możesz prowadzić…?- zaniepokoił się ciemnowłosy.
-Tak… Tak, jasne, że tak…- odmruknął z rozkojarzeniem Johnny, wsiadając. Oparł dłonie na kierownicy, nie odpaliwszy nawet silnika i po prostu siedział tak przez chwilę, oddychając miarowo i usiłując się uspokoić. Keith przyglądał mu się z uwagą.- O czym właściwie rozmawialiście…?- wypalił Johnny, spoglądając na bruneta.
-Co?- zapytał tamten, w pierwszej chwili nie rozumiejąc.- Ach… Ja i Eric…? O niczym…- stwierdził, wzruszając ramionami.- O niczym konkretnym… O szkole…
Johnny pokiwał głową. Wcale nie poczuł się pocieszony. Odpalił samochód i ruszył, wciąż pogrążony w obawach. A co, jeśli Eric zasugerował coś Keithowi? Coś, co ten w końcu zrozumie…? Boże, Boże, czego on właściwie chciał! Chciał dopiec Johnny’emu? Zrobić mu na złość? Wyjątkowo, wybrał sobie naprawdę doskonały sposób i jeszcze lepszy obiekt. Tylko po co? Eric nie znosił przegrywać. A przegrałby z własnej winy. To już nie miało dla niego znaczenia?
Nie odzywał się przez całą drogę. Keith coś mówił, ale do Johnny’ego ledwie to docierało. Odpowiadał niemrawymi pomrukami i kiwał głową. Zatrzymał się przy uliczce, na której końcu mieścił się dom ciemnowłosego. Wysiedli obaj.
-Wszystko w porządku…?- zapytał Keith, podchodząc do niego blisko i spoglądając na niego z niepokojem.- Na pewno mogę cię tak zostawić…?
Johnny wpatrywał się w bruneta i już miał odpowiedzieć, ale zupełnie nie wiedzieć, z jakiej przyczyny, z jego ust wyrwało się coś zupełnie innego, niż proste potwierdzenie:
-Dlaczego z nim rozmawiałeś, Keith?!- jęknął głucho.
-Co?- parsknął chłopak.- O co ci chodzi?
-O Erica! O czym z nim rozmawiałeś? Dlaczego? Czego on od ciebie chciał?- dopytywał z obawą, a ciemnowłosy spoglądał na niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
-Powiedziałem ci, że o niczym istotnym…- odpowiedział powoli, wyraźnie zaskoczony reakcją Johnny’ego.- Podszedł i zaczął ze mną rozmawiać… Skąd mam wiedzieć, czego chciał…? Pewnie się po prostu nudził i tyle… O co właściwie chodzi, Johnny…?
Szatyn wziął płytki oddech.
-Proszę, nie rozmawiaj z nim więcej- rzucił drżącym głosem.
Keith pokręcił głową, marszcząc brwi.
-Dlaczego?
-Bo on mnie nie znosi. Mówiłem ci.
-Jakie to ma znaczenie…? Zamieniłem z nim może dwa zdania…
-On cały czas robi mi na złość! Wygaduje pewnie o mnie różne bzdury… Może ci opowiedzieć jakieś kłamstwa o mnie, a później…
-Nie rozmawialiśmy o tobie- uświadomił go stanowczo Keith.- Zresztą, naprawdę sądzisz, że uwierzyłbym w jakieś bzdury…? Nie zamierzam mówić na twój temat z nikim, sam dobrze cię znam. Gdybym miał wierzyć każdej plotce i kłamstwom, to biorąc pod uwagę to, co, chcąc nie chcąc, i tak o tobie słyszałem w szkole, naprawdę powinienem trzymać się od ciebie z daleka…- zaśmiał się ciemnowłosy, chcąc rozluźnić atmosferę, ale Johnny nie poczuł się ani trochę lepiej.- Poza tym…. Myślisz, że nie odróżniłbym kłamstwa od prawdy…?
I to załamało chłopaka zupełnie. Oczywiście, że by odróżnił. W tym  właśnie sęk. Gdyby Keith się dowiedział, nie miałby żadnego problemu z tym, żeby zdać sobie sprawę z tego, że Eric mówi prawdę. Nawet Johnny to wiedział! Ciemnowłosy myślał, że wzmożone zainteresowanie Johnny’ego jego osobą, wszystkie te dziwaczne podchody i zaproszenia wynikały z tego, że szatyn się w nim zauroczył. Ale Johnny był pewien, że ten bardzo szybko zdałby sobie sprawę z tego, która wersja jest bardziej prawdopodobna.
-Dobrze, Keith, do jutra- rzucił zbolałym tonem, odwracając się na pięcie i chcąc wrócić do samochodu.
-O nie!- zaprotestował brunet, zagradzając mu drogę.- Powiedz mi, o co chodzi- zażądał stanowczo.- Czemu tak zareagowałeś kiedy zobaczyłeś, że rozmawiamy…?
-Powiedziałem ci już. Eric mnie nie lubi. Nie chcę, żeby ci czegoś o mnie nagadał.
-Niczego mi nie nagadał. Kazałbym mu odejść, gdyby chciał ze mną o tobie rozmawiać… Naprawdę sądzisz, że prawie obca osoba podejdzie do mnie i zacznie się wymieniać plotkami na twój temat…?- Keith parsknął cicho, kręcąc głową.- Ledwie go znam! Poza tym, mieliśmy okazję rozmawiać już kilka razy i jakoś nigdy nie kwapił się, by snuć na twój temat opowieści, więc nie wiem, czemu zakładasz, by tym razem miało być inaczej…- Johnny nie zakładał, Johnny to wiedział. I obawiał się, że Eric też wiedział, co takiego „innego” jest w tym wyzwaniu.- Czekaj, ty chyba nie…- Keith umilkł na chwilę, po czym zaśmiał się cicho.- Chyba nie jesteś zazdrosny…?- zapytał z niedowierzaniem.
-Tak. Jestem zazdrosny- odpowiedział Johnny, bo to chyba rzeczywiście mogłoby być jedyne wyjaśnienie, jakie pasowałoby do tej całej, zdecydowanie nienormalnej sytuacji. Nie mógł powiedzieć nic innego. Albo to, albo po prostu prawdę.
-Co takiego?- parsknął chłopak, wyraźnie oszołomiony.- Zazdrosny? Naprawdę? O rozmowę…? Co ci odbiło…?
-Nic, Keith, naprawdę nic…- Johnny chwycił chłopaka za ramiona, musnął krótko jego wargi, po czym odsunął go sobie z drogi.- Zobaczymy się jutro, dobrze…?- wymamrotał, autentycznie zmęczony tym wszystkim, po czym wsiadł do samochodu i nie czekając na nic więcej, odjechał.
Gdy dotarł wreszcie do mieszkania, nie wiedział za co się chwycić i czym właściwie zająć. Benny wysłał mu kilka sms-ów. Linda wysłała mu kilka sms-ów. Nawet Keith do niego napisał, wyraźnie zaniepokojony ostatnią sytuacją. Johnny jednak zignorował to wszystko. Odnalazł w katalogu numer Erica, przez chwilę naprawdę gotów zadzwonić do niego i wyjaśnić całą sprawę. Ale zdrowy rozsądek, wyjątkowo, wziął górę, przynajmniej w tym przypadku i ostatecznie nie wybrał numeru bruneta, odkładając komórkę na blat stołu.
Jeszcze tylko tego brakowało, by Eric zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo to wszystko obchodziło Johnny’ego.
Chociaż wiele wskazywało na to, że wiedział zdecydowanie za dużo.

9 komentarzy:

  1. Ale... krótko? Chociaż może mi się wydaje, hm. Przyznaję, że sama się denerwowałam rozmową Erica z Keithem. I tylko takie: "nie no, nie może mu powiedzieć!" Już jestem prawie pewna, że Eric podkochuje się w wiadomej osobie, bo w żaden inny sposób nie potrafię sobie wyjaśnić jego zachowania.

    Już teraz życzę Ci powodzenia, jak i wszystkiego najlepszego.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy9:59 PM

    Tak, zdaje się, że Eric ma względen Johnny'ego jakieś plany albo po prostu domyślił, że Johnny już nie gra w wyzwanie i chce go bardzo spektakularnie zdemaskować przed Keithem. Poza tym jest w 100% pewna, że Keith i tak się dowie i tak, prędzej czy później. Czekam na Edmunda. D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy11:46 PM

    Jej!
    Jak się cieszę, że dzisiaj Wyzwanie było xD
    Fajny rozdział, aczkolwiek 2 poprzednie były lepsze. No co mam zrobić, że w tym brakowało mi czułości? x3
    Ale i tak świetnie się go czytało ^^

    Erica nie lubięi nie polubię, na pewno ma jakieś plany, by zniszczyć związek Keitha i Johnny'ego.

    I tak wiem, że Keith dowie się o wyzwaniu, pewnie na początku będzie czuł się oszukany, a Johnny będzie musiał zapracować na ponowne zaufanie.

    Kurcze, ledwo co przeczytałam 15 rozdział a już mam ochotę na 16 xD
    Z opowiadań, które nie są zakończone Chaos i Wyzwanie są moimi ulubionymi ^^

    Teraz pozostaje mi czekać na Chaos (mam nadzieję, że uda mi się siąść przed kompem za tydzień)
    A i jeszcze jedno.
    WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!! <3
    Niech wena Cięnigdy nie opuści xD


    Pozdrawiam
    Ai~chan

    OdpowiedzUsuń
  4. Trudno rozgryźć Erica. Miesza w związku Benny'ego i Maicy obojgu wciskając kłamstwa i jeszcze teraz rozmawiał z Keithem, jakby coś tym chciał przekazać Johnny'emu. Chociaż mogło się to tak wydawać. Już wcześniej było wiadome, że Eric i Keith jakoś się tak znają. A co do Benny'ego to nadal podejrzewam, że Eric się w nim kocha. Ewentualnie w Maicy.
    Uważam, że Johnny powinien powiedzieć Keith'owi o wyzwaniu. Wyjaśnić mu wszystko, tak byłoby lepiej niż, jak chłopak dowie się do osób trzecich.
    Benny mnie troszkę zdenerwował tym sugerowaniem, że nie podobałoby mu się, jakby Johnny miał chłopaka. I ciekawe co on miał na tym komputerze, że wyłączył ekran. A ta jego złość na Erica jest świetna i aż chciałoby się, żeby obaj rzucili się na siebie tarzali po podłodze, a potem Eric by go całował. Oczywiście Benny, by się wyrywał, ale w końcu uległby mu. Ach, marzenia. :DD

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy7:16 PM

    Ale krótki rozdział. Miałam wrażenie, że się spieszyłaś i było tak trochę na odwal sie. Ale przepraszam ,to tylko takie przemyślenia xd
    i tak rozdział był boski, jak keith i eric rozmawiali to aż myślalam że na zawał zejdę z tych nerwów. nie mogę sobie wyobrazić jakby to było gdyby keith się dowiedział...o matko

    OdpowiedzUsuń
  6. co za rozdział! jeżeli teraz będziesz kazała czekać parę miesięcy na dalszy ciąg to nie masz litości! wielkie BUM nadchodzi i tupie ostrzegawczo, teraz pytanie czy coś zostanie z związku chłopaków (TAK!TAK!) czy spalona ziemia...
    rozdział niesamowicie napisany- nieodmiennie jest pod wrażeniem jak doskonale potrafisz oddawać emocje*.*
    pozdrawiam i błagam o litość^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:39 AM

    A ja mam kilka swoich teorii spiskowych :D
    Po puerwsze; Maicy jest w ciąży.
    Po drugie; Johnny w końcu wyda siebie samego, bo będzie myślał, że Keith już wie itede.
    Po trzecie zostawię dla siebie, bo jest mocno abstrakcyjne x3

    Tak czy inaczej rozdział jest bardzo fajny, chociaż mi też wydawał się nienaturalnie krótki. Od razu powiem, że życzę Ci powodzenia na kolokwiach, wszystkiego najlepszego z okazji zbliżajàcych się urodzin i, zwyczajowo, weny ;3
    Pozdrawiam,
    Asis.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy12:17 AM

    Też myślałam z początku że Maicy jest w ciąży ... ☻.☻

    Piszesz niesamowicie - gdy czytam twój tekst niemal się rozpływam.
    Po prostu istne szaleństwo.
    Można powiedzieć że zdobyłaś mnie swoim tekstem.
    Uwielbiam Cię za " Wyzwanie "

    Czekam każdego dnia ( 3 razy dziennie zaglądam tu z nadzieją :3 ) na dalszą część.
    Uzależniłam się od twojego opowiadania ♥

    Uwielbiam charaktery postaci ( wszystkich ) ♥
    Obawiam się tylko że tajemnica się wyda :p
    Przeżywam ich historię bardziej niż oni xD
    Ale taka prawda , dla mnie oni żyją a ja nie mogę się doczekać kontynuacji.

    Życzę weny , weny i jeszcze raz weny.
    Powodzenia ;*

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajny rozdział tak jak poprzednie, kocham twoje opowiadania ^ ^ mam nadzieję że dodasz niedługo ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń