Strony

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 29 [Chaos]


Cisza. Grobowa cisza. Tak napięta atmosfera, nie panowała pomiędzy nimi chyba nawet wtedy, gdy dopiero co ze sobą wyruszyli, pełni uprzedzeń i niechęci. Najwyraźniej taka była cena niedopowiedzenia. Amir milczał. Nie miał ochoty mówić. Dostrzegał spojrzenia, które raz po raz rzucał mu kompan, pełne wyczekiwania i niemalże błagalne, ale ignorował je zupełnie, jak gdyby nie wiedział, co oznacza. Nadim chciał mu coś wyjaśnić. Zapewne wytłumaczyć swoje wczorajsze słowa, ale Amirowi nie potrzebne były wyjaśnienia. Bez względu na motywacje i przyczyny, sens tego, co powiedział mu potomek wilków był dość jasny i nie trzeba było głowić się nad tym długo, by dojść do tego, co miał na myśli. Nadim mówił, że mu na nim zależy. A później, że niczego w związku z tym nie planuje, co chyba przesądzało o sprawie. Taki właśnie był potomek wilków i Amir wiedział o tym doskonale. Spontaniczny, pełen dziwacznego przekonania, że wszystkie decyzje podejmą się same, a przyszłość ułoży się po jego myśli. Amir nie był jednak jedną z przypadkowo poznanych przez niego panien, by pozwalać sobie na takie traktowanie. A przynajmniej nie chciał zostać wepchnięty w jej rolę, zezwalając na to, by Nadim traktował ich… relację… w taki sposób, jakby zupełnie nie liczyło się dla niego nic poza chwilą obecną.
Devinowi chyba strasznie ciążył ten nieprzyjemny klimat, może dlatego, że nie potrafił zrozumieć jego przyczyn. Nucił coś, później układał wiersz, recytował, by ostatecznie również zamilknąć, chyba nie odnajdując swojej zwyczajowej motywacji – dezaprobaty Amira.
-Trzeba zebrać trochę drewna i zdobyć coś do jedzenia na dziś- obwieścił wreszcie Amir, przerywając swoje własne milczenie. Podniósł się z miejsca, natychmiast ścigany wzrokiem obu kompanów.
-Nie wyruszamy dziś?- zdumiał się Nadim.
-Devin nie wygląda dobrze, niech odpocznie dłużej…- odpowiedział mężczyzna, choć w rzeczywistości wcale nie chodziło o poetę. Potrzebował chwili na odreagowanie i powrót do, jako takiego, porządku. Nie zamierzał, niczym urażony panicz, dąsać się i obrażać. Właściwie nie do końca wiedział, co zamierzał, z racji tego, że wszystkie ostatnie wydarzenia działy się szybko i nie były inicjowane przez niego. Tak czy inaczej, musiał odetchnąć.
-Ależ czuję się całkiem dobrze, ja…- zaczął Devin.
-Niech tak będzie- zgodził się potomek wilków, przerywając poecie i również podniósł się z miejsca.- To nie jest zły pomysł. Pomogę ci.
-W czym?- mruknął obojętnie mężczyzna, kierując się w stronę lasu.
-W zbieraniu drewna- odparł Nadim, choć było oczywiste, że nie z tej przyczyny ruszył w ślad za nim.
-Nie idę po drewno. Idę do miasta- obwieścił Amir.
-Do miasta…?- powtórzył potomek wilków, marszcząc brwi.- Ale… Jesteśmy blisko Pogranicza… Nie mogę iść z tobą…- zauważył.
-Wiem- odparł mężczyzna, bo o to właśnie mu chodziło.- Idę sam. Nie wszystko co robię musi mieć bezpośredni związek z tobą…- stwierdził, choć zaraz naszła go dość przykra świadomość, że chyba ostatnimi czasy tak rzeczywiście było.
-Mądre słowa- Nadim skinął głową.- Sądzę, że jedyny w tym towarzystwie książę powinien wziąć je pod uwagę…- dodał znacząco. Amir zatrzymał się, odwracając w jego kierunku.- Nie każda decyzja musi wiązać się z tobą. Czasem to, czego chcemy, nie jest jednoznaczne z tym, co jest dla nas dobre- uściślił.
Devin wyglądał tak, jakby zaczął się zastanawiać, czy nie zgubił swoich prawdziwych kompanów gdzieś po drodze i już planował rozpocząć ich poszukiwania. Wodził wzrokiem od jednego do drugiego, przyglądając im się niemal z niedowierzaniem.
-Widać książęta mają już skłonność do tego rodzaju postrzegania rzeczywistości…- odparł Amir, uśmiechając się kpiąco.- Ale, jeśli pamięć mnie nie myli, tobie moje bycie księciem nie przeszkadza… Wprost przeciwnie, życzysz mi jeszcze wyższych funkcji…
Wargi potomka wilków zacisnęły się gniewnie. Amir ruszył dalej, przyspieszając kroku. Przeszedł może kilkadziesiąt metrów, gdy zatrzymał go stanowczy głos Nadima:
-Stój.
Amir, nie wiedzieć czemu, nie mógł postąpić inaczej. Zatrzymał się, rzeczywiście, choć przez chwilę stał do Nadima tyłem, usiłując opanować własne emocje i nie dać ich po sobie poznać. Nie dało się ukryć, że był rozgoryczony. Nie zły. Rozgoryczony po prostu. Wreszcie powoli odwrócił się w kierunku towarzysza, spoglądając na niego z pozornym spokojem.
-Naprawdę nie rozumiesz tego, co starałem ci się wczoraj przekazać…?- zapytał Nadim, spoglądając na niego z niedowierzaniem.- Naprawdę nie rozumiesz…?
-Rozumiem aż za dobrze- odparł chłodno mężczyzna, który nie zdołał powstrzymać nutki urazy, jaka wkradła się niepostrzeżenie do jego głosu.
-Wątpię- Nadim podszedł do niego bliżej.- Gdybyś rozumiał, nie zareagowałbyś w ten sposób. Nigdy się nad tym nie zastanawiałeś…? Nad tym, co spotkało naszych wujów?- Amir nie ruszył się z miejsca, spoglądając na kompana z wyczekiwaniem.- Kiedy opowiedziałem ci ich historię byłeś wzburzony, ale przecież musiałeś o tym myśleć… Czy kiedykolwiek myślałeś więc o tym, co by było, gdyby ta historia potoczyła się inaczej…? Ludwik i Canis pełnią bardzo ważne funkcje. Obaj są odpowiedzialni nie tylko za swoje życie, ale za życia wielu innych. Był jednak czas, gdy nie mieli tej świadomości. I co by było, gdyby wtedy postanowili inaczej…? Gdyby zechcieli uciec albo przynajmniej zrezygnować ze swoich powinności…?- pytał potomek wilków, wpatrując się mężczyźnie prosto w oczy.- Kto rządziłby teraz waszym państwem…? Kto by cię wychowywał…? Kim byś teraz był?- rzucił otwarcie.
-Nie wiem- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir, wzruszając ramionami.- Nie mogę wiedzieć. Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. I tak, gdy myślałem o tym z początku, dochodziłem do tych samych wniosków… Poczułem względem wuja jeszcze większy podziw, gdy uświadomiłem sobie, z czego musiał zrezygnować…- szepnął cicho. Przekonał się o tym dopiero w momencie, gdy sam zrozumiał swoje uczucia. I, gdy próbował sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby mając blisko siebie tego, na którym tak bardzo mu zależało, czuł presję podjęcia tego typu decyzji.- Zrobił coś dobrego. Coś wielkiego. Tak właśnie sądziłem. Ale później przypomniałem sobie, ile razy patrzyłem na niego i widziałem jego smutek. Ile razy zastanawiałem się nad tym, dlaczego wciąż wydaje się być taki samotny, dlaczego nie zachowuje się inaczej, dlaczego koncentruje się tylko na władzy… To nigdy nie były jego ambicje…- stwierdził, kręcąc głową.- Teraz wiem to lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie tego chciał. I to wcale się nie zmieniło. Nie wydaje mi się, żebym miał prawo wymagać od kogoś poświęcenia samego siebie, choćby dla milionów innych osób. Może i masz rację. Może gdyby nie Ludwik, byłbym dzisiaj innym człowiekiem, może nie byłoby mnie tutaj wcale. Może moje państwo też byłoby inne, inne byłyby losy jego mieszkańców i co za tym idzie, wasze również. Ale to nie ma dla mnie żadnego znaczenia…- dodał. Nadim przyglądał mu się z uwagą.- Nie zamierzam ustalać komuś życia i kłaść na szali jego szczęścia, tylko po to, by uszczęśliwiać samego siebie… Zresztą, Ludwik sam podjął decyzję. Ja też mam do tego prawo. I nie każ mi wybierać tego samego. Nie zamierzam powtórzyć jego historii. Bez względu na wszystko.
-Proszę cię tylko o to, żebyś się nie spieszył- powiedział Nadim.- Żebyś nie planował niczego z wyprzedzeniem. To odległa przyszłość. A ty chcesz już teraz wycofywać się i rezygnować z tego, co zostało dla ciebie przewidziane… I wcale nie dlatego, że przeraziła cię ich historia…- stwierdził z pełnym przekonaniem.- Chcesz zrzucić ze swoich barków odpowiedzialność. To odpowiedzialność cię przeraża.
Nie to go przerażało. Wcześniej owszem. Bał się planów wuja. Bał się reakcji brata. Teraz bał się tylko jednego. Że straci Nadima. I nie potrafił się z tym pogodzić, bez względu na wszystko.
-Nie- odparł jedynie, nie dodając już nic więcej.
-Podejmiesz decyzję wtedy, gdy naprawdę będziesz zmuszony to zrobić- odpowiedział Nadim.- Niczego nie da się zaplanować.
-W porządku- powiedział człowiek, choć wyraźnie coraz trudniej było mu zachować spokój.- Niczego nie da się zaplanować, tak…? Dobrze. Naprawdę nie zdawałeś sobie sprawy z tego, jakie mam do tego podejście…? Nie jestem tobą. Nie zadowolę się kimś innym, gdy nagle okaże się, że coś stanie nam na przeszkodzie… Ale mniejsza z tym. Po prostu udawajmy, że to nie miało miejsca, że nic się nie wydarzyło. Traktujmy się normalnie, zupełnie tak, jak wcześniej.
-Nie będziesz traktował mnie jak wcześniej- odparł z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Uraziłem twoją dumę, chociaż w ogóle nie rozumiem, dlaczego…
-Nie, to ja nie rozumiem!- przerwał mu gwałtownie Amir, nie mogąc pohamować emocji.- Nie rozumiem, po co w ogóle mnie prowokowałeś?!- zapytał bez zrozumienia. Nadim sprawiał wrażenie zdezorientowanego.- Nie oczekiwałem od ciebie niczego! Żadnej reakcji! Zupełnie niczego! Mogłeś po prostu zostawić mnie w spokoju, zachowywać się, jakby tamtego pocałunku nie było i udawać, że nie zdajesz sobie sprawy z moich uczuć albo mówić o nich otwarcie, ale nie dawać mi powodu, żebym w ogóle zaczynał roić sobie coś takiego…
-Ja nie…
-Jesteś głupcem, Nadim!- warknął gniewnie.- Głupcem! Nie chodzi o moją dumę! Tylko o to, z jaką łatwością przyszło ci powiedzieć, że to wszystko nie ma dla ciebie najmniejszego znaczenia!
-Niczego takiego nie powiedziałem!- zaprotestował natychmiast potomek wilków.
-Nie tłumacz się!- prychnął pobłażliwie mężczyzna.- I nie brnij w to dalej, doskonale wiem, o co ci chodziło. Zakończmy więc, ten temat w tym momencie. Najlepiej na zawsze- dodał kategorycznie.
-Wcale cię nie prowokowałem!
-Nie robiłeś nic innego.
-Sądzisz, że traktowałem to jak zabawę…?- zapytał Nadim, nie wiedząc, jak rozumieć słowa mężczyzny.
-Jestem przekonany- odparł surowo tamten.
-Brednie!- obruszył się potomek wilków, wyraźnie urażony.
-Chciałeś po prostu spróbować jak to jest z mężczyzną…- stwierdził Amir z gorzkim uśmiechem.- Wcale nie jestem zdziwiony, właściwie mogłem się tego po tobie spodziewać… Naiwnością chyba, byłoby oczekiwanie, że potraktujesz tego rodzaju sprawy poważnie, w końcu raczej nie to jest twoją domeną… Cóż… Naprawdę mam nadzieję, że ci się podobało…- zakpił, nie przestając się uśmiechać, choć uśmiech ten, przeradzał się powoli w bolesny grymas.- Przynajmniej będziesz miał co wspominać, gdy już wrócimy do domu i zapomnimy o swoim istnieniu…- dodał, po czym odwrócił się, chcąc odejść, ale potomek wilków chwycił go gwałtownie za ramiona, odwracając do siebie.
-Nigdy nie zrobiłbym ci czegoś podobnego!- wykrzyknął niepohamowanie, wyraźnie wytrącony z równowagi.- Nigdy!
Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem, zaskoczony jego reakcją. Nie odpowiedział jednak, bo zdał sobie sprawę z tego, że ktoś ich obserwuje. Odwrócił głowę, dostrzegając stojącego kawałek dalej Devina, który przyglądał im się ostrożnie. Potomek wilków puścił mężczyznę i odsunął się od niego odrobinę.
-O co chodzi, Devin…?- rzucił Amir, choć ciągle spoglądał wyłącznie na Nadima. Zauważył, jak ten odwraca się od niego, jakby próbował skryć swoje emocje. Dłoń potomka wilków powędrowała do jego ust, zakrywając je w nerwowym geście.
-Chciałem tylko zapytać, czy mógłbym iść z tobą do miasta…- wyartykułował poeta, unosząc brwi.
-Tak… Tak, oczywiście…- odparł mężczyzna. Posłał Nadimowi ostatnie spojrzenie, po czym ruszył przed siebie wolno, czekając na kuśtykającego towarzysza.- Chodź, Devin…

-… Nie mógłbym tutaj mieszkać…- mówił Devin. Właściwie mówił ciągle, chyba rekompensując sobie zupełnie nienaturalne dla siebie milczenie, jakie zachowywał od kilku dni.- Miasta są takie… pozbawione magii…- stwierdził, rozglądając się po niewielkim placu, bardzo opustoszałym, ze względu na porę. Amir nie odpowiadał, pogrążony we własnych myślach, które dalekie były od tego, o czym mówił poeta.- Jest tu zbyt wielu ludzi… Ja wolałbym mieszkać w lesie… Sam… Albo z wybranką mego serca…- szepnął rozmarzony, by zaraz dodać ponuro- Choć chyba tak cudowne istoty nie istnieją, niestety… Ale zamieszkałbym na odludziu, pustkowiu, gdzie mógłbym tworzyć dla samego siebie… Choć tworzenie dla samego siebie, przyjacielu, jest takie bezowocne, takie pozbawione sensu… Odkąd jestem z wami, mam więcej pomysłów, a i wasza uwaga bardzo mi schlebia… Ale ludzie mnie nie doceniają... Ale gdybym miał ją…! Ach, cudowna, wspaniała, najpiękniejsza z pięknych i wymarzona…- gadał dalej jak najęty, zupełnie nie przejmując się faktem, że Amir słyszy, może, co drugie zdanie.- Wtedy tworzyłbym dla niej… Wszystko dla niej… Moje serce… Dusza…- ekscytował się nieustannie.- Moja sztuka, która jest kwintesencją tych dwóch…! Ach, cudowna moja, gdzie może teraz być…? Dzieliłbym z nią losy mego życia, gdzieś w odosobnieniu… Albo na wsi. Właściwie mógłbym mieszkać na wsi. Nie w mojej, tam zbytnio mną wzgardzono, ale może gdzie indziej…
-Nie pasujesz do wsi…- odparł w końcu Amir, wtrącając się w monolog towarzysza. Devin spojrzał na niego pytająco.- Ani do pustkowia. Powinieneś mieszkać w mieście.
-Dlaczego, przyjacielu?- zdumiał się niepomiernie poeta.
-Bo żeby mieszkać na pustkowiu albo na wsi trzeba pracować- odpowiedział dobitnie mężczyzna, posyłając kompanowi pobłażliwe spojrzenie.- Nie wykarmisz ani siebie, ani swej wybranki twoją poezją. A nie wyglądasz ani na kogoś, kto mógłby uprawiać ziemię, na polowaniu nie znasz się zupełnie, więc jak wyobrażasz sobie samotną egzystencję, co…?
-Liczy się serce, Amirze- odparł beztrosko Devin.
-Nie- zaprotestował mężczyzna.- Liczy się to, co potrafisz robić. Twoje umiejętności ograniczają możliwości twojego samotnego, jak mówisz, życia, jedynie do jednego miejsca. Do miasta. Tutaj jest większa liczba darmozjadów i jakoś żyją…- zauważył litościwie.
-Nie, nie, nie, nie…- poeta pokręcił głową, uśmiechając się łagodnie.- Nie byłbym w stanie mieszkać w mieście, za nic na świecie.
Amir parsknął cicho pod nosem w odpowiedzi. Przechadzali się przez chwilę po placu, po czym Devin rzucił nagle, zaintrygowany:
-A cóż to takiego…?
Amir spojrzał w tamtym kierunku, dostrzegając scenę dość osobliwą. Na niewielkim podeście, znajdowało się obite drogim materiałem krzesło, można by wręcz rzec, że tron. Na schodkach doń prowadzących drzemał, niedbale ubrany, młodzian, z zakrytą, zsuniętym kapeluszem, twarzą. Przy samym siedzisku stała jakaś starsza kobiecina, która z wyraźnym zmęczeniem na twarzy, czyściła miejsce z czegoś, co wyglądało jak ekskrementy ptaków.
-To pewnie ma jakiś związek z religią, prawda…?- zapytał Devin, zaciekawiony.
-Tron? Z religią?- Amir uśmiechnął się powątpiewająco.- Władza z religią co prawda cele ma dość zbieżne, ale nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek czcił tron… Chociaż… Skoro można czcić dziury…
-Zapytam- zadecydował Devin i nie czekając na towarzysza, pokuśtykał w kierunku dziwacznego miejsca. Amir westchnął ciężko, nie mając najmniejszych problemów z tym, żeby do dogonić.- Droga pani…- poeta zaczepił sprzątającą kobietę, która zatrzymała się, spoglądając na niego z uprzejmym uśmiechem.- Jesteśmy wędrowcami… Chcielibyśmy się dowiedzieć, po cóż tu ten tron…
-To pomysł króla, mości panie- odparła kobiecina.- Król ma córkę, którą chce prędko wydać za mąż, póki jest jeszcze młoda… Ale na dworze dziwne zwyczaje panują, drogi panie…- rzuciła z wyraźną dezaprobatą.- U nas dawno już by była wydana za miłego kawalera, ale tam inaczej… Tam panna ma wybór i może stawić warunek swemu przyszłemu małżonkowi, aby tym sposobem wybrać tego, który jest najbardziej godzien jej ręki… Królewna więc, zadecydowała, że jej przyszły mąż ma pokonać jej obrońcę… Jakiegoś rycerza z dworu, nikt dokładnie nie wie… A że żadnemu z synów szlacheckich się to dotąd nie udało, król w swej desperacji zdecydował się na pretendentów z ludu… Ale chyba i to niezbyt mu się powiodło, bo królewna wciąż jest samotna… Król tym tronem chciał zwrócić uwagę młodzieńców i zachęcić ich do ożenku, ale nasi mieszczanie, czy oni umieją walczyć w ogóle…?- kobieta rozłożyła bezradnie ręce.- Tak czy inaczej, nic z tego. Dziwna to panna, że nie chce wyjść za mąż…
-Nie chce, niech nie wychodzi…- odparł obojętnie Amir. Nigdy do końca nie pojmował wszystkich tych królewskich dziwactw, rygorów i wymysłów… Owszem, czasem małżeństwa polityczne mogły mieć istotne znaczenie, ale tu, jak widać, nie o politykę chodziło.
-Jak to tak, „niech nie wychodzi”?- obruszyła się kobiecina, kręcąc z dezaprobatą głową.- Tak nie można! To jedyna córa króla! Następczyni tronu! A król niemłody przecież… Jak to by było, gdyby ona rządziła…? Kobieta na tronie? To pech i nieszczęście! Mąż jest jej potrzebny!- rozsądziła kategorycznie.- Wybaczcie, panowie- rzuciła, po czym odeszła od nich nieco, wracając do pracy.
-No cóż… Tak czy inaczej, już wiesz, czemu to służy…- stwierdził Amir, spoglądając na swojego towarzysza i dopiero wtedy dostrzegł, że ten ma dość dziwną minę.- O co chodzi…?- dopytał, nieco tym zaniepokojony.
-Chcę poślubić księżniczkę…- szepnął Devin, rozmarzony.
Amir parsknął z niedowierzaniem.
-Że co…?
-Chcę poślubić księżniczkę!- powtórzył poeta z niezwykłym entuzjazmem, uśmiechając się szeroko.- Królewnę! Wspaniałą, piękną, młodą królewnę…
-Czekaj, czekaj…- Amir wyciągnął dłoń, chcąc uspokoić towarzysza i jednocześnie zrozumieć, co ten właściwie wygaduje.- Ktoś mówił coś na temat jej urody…?
-Przeciętna jest, panie- odezwała się kobiecina, która jak widać, słuchała ich wymiany zdań.- Widziałam ją osobiście. Z twarzy dość ładna, ale wąska w biodrach. Niedobra do rodzenia dzieci.
-Nie chcę dzieci, chcę księżniczkę…- szepnął Devin.
-Co ty wygadujesz?!- ofuknął go Amir.- Nie znasz jej! Nawet jej nie widziałeś! Nie jesteś mieszkańcem tego miasta! Właściwie w ogóle nie chciałeś mieszkać w mieście!
-Skłonny jestem do wielu poświęceń, w imię miłości, mój przyjacielu…- powiedział poeta, który chyba w swej ekscytacji, głuchy był już na wszelkie argumenty.- Czułem, mój drogi, czułem po prostu, że gdzieś w tej podróży, czeka na mnie moje przeznaczenie, cel mojej egzystencji, mojej poezji, powód, dla którego serce moje bije…- mówił z przejęciem, kładąc dłoń na klatce piersiowej.- I oto jest! Niczym znak z nieba, niczym promień słońca, oblewający mnie swą radością, swym blaskiem, odnalazłem tę, o której zawsze marzyłem, tę wymarzoną, najpiękniejszą z pięknych, cudowną, przeznaczoną mi od chwili urodzenia… Musiała śnić o mnie tak, jak i ja o niej śniłem… Marzyć o mnie, jak i ja o niej marzyłem… I pewnie oczekuje mnie pełna nadziei, czekając, aż się pojawię…
Kobieta spojrzała na poetę ukradkiem w taki sposób, jakby nie była pewna, co do jego zdrowia psychicznego. Amir był pewien. Devin zwariował.
-Śniłeś o setkach kobiet, Devin- warknął z poirytowaniem Amir.- A ona nie ma pojęcia o twoim istnieniu! Zresztą, jak ty sobie to wyobrażasz, co?!- parsknął pobłażliwie.- Przecież ledwie chodzisz! A nawet, gdybyś był w pełni sił, i tak bliżej ci do kaleki niż wojownika…- zakpił.- Co…?- rzucił po chwili, dostrzegając, jak poeta wpatruje się w niego błagalnie.- O co ci chodzi…?- zapytał, nieco zaniepokojony.- Chyba nie… Ty chyba oszalałeś!- prychnął, obruszony.- Mam ci zdobyć królewnę? JA mam TOBIE zdobyć królewnę?! Rzuciło ci się na głowę!
-Proszę!
-Nie ma mowy!
-Błagam!- jęknął rozpaczliwie Devin.
-Powiedziałem ci wyraźnie! Nie!
-Tak dobrze walczysz…- mówił z przejęciem poeta.- Podziwiam cię, Amirze, i zrozum, że gdy ty rozwijałeś umiejętności twego ciała, ja szkoliłem mą duszę…
-Trzeba było podszkolić umysł!- warknął wściekle mężczyzna.- Nie zamierzam bić się o jakąś kobietę!- prychnął wyniośle.- A nawet, gdyby było inaczej, to ja bym zwyciężył, więc to ja byłbym… kandydatem… na męża…- wycedził z wyraźnym niesmakiem.- To zupełnie bez sensu.
-Ależ nie, przyjacielu!- upierał się Devin.- Powiedzielibyśmy, że jesteś mym rycerzem, mym wysłannikiem, który walczy w moim imieniu! Każdy wszak widzi, że jestem niesprawny! To byłoby uczciwe! Ja miałbym królewnę, ty udowodniłbyś swą niewątpliwą siłę…
-Nie chcę nic nikomu udowadniać!
-Błagam!- powtórzył znów Devin i nim Amir zdążył zareagować, puścił kij na którym się podpierał i niemalże rzucił na mężczyznę, ściskając go mocno.- Błagam, Amirze! Błagam, błagam…
-Zabieraj ręce!- rzucił mężczyzna, wyraźnie skrępowany.- Co ty wyrabiasz, w ogóle…?- syknął, odsuwając od siebie poetę i rozglądając się dookoła, nieco speszony.
-Błagam…- jęczał wciąż poeta, uparcie niczym dziecko.- Amirze, zrozum, oto odnalazłem swoje przeznaczenie, wybrankę swego serca! Czuję to, czuję, o tutaj!- szepnął z przejęciem, dotykając klatki piersiowej i westchnął z egzaltacją.- Moja najwspanialsza! Czeka tam na mnie, samotna i opuszczona, może pozbawiona nadziei przez te długie lata, gdy nie dane nam było być razem… Amirze! Zrób to dla mnie, proszę! Będę winien ci przysługę!
-Nie chcę twoich przysług!
-Więc… Więc…- zająknął się poeta, wyraźnie szukając argumentów. Amir uniósł brew w geście politowania.- Ale wtedy nie będziesz musiał się mną przejmować- stwierdził nagle.- Nie chciałeś, żebym z wami podróżował, Amirze i choć jesteś bliski memu sercu, choć jesteś mym przyjacielem, wiem o tym doskonale…- doprawdy? Amir był szczerze zdziwiony. Do tej pory poeta sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział zupełnie niczego.- A więc będziesz miał mnie z głowy. Ja pojmę za żonę królewnę, co jak sądzę, jest mi przeznaczone, a wy ruszycie dalej, beze mnie…
Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad tym poważnie. Devin przeszkadzał mu mniej niż wcześniej, co nie zmieniało faktu, że wciąż był irytujący. Amir ani myślał pozbywać się go na siłę, ale gdyby naprawdę zechciał zostać… I gdyby rzeczywiście został... W końcu chodziło o jeden pojedynek. A Amir był w tym doskonały, naprawdę doskonały! Owszem, ostatnie wydarzenia pozostawiły po sobie ślad i zapewne nie byłby tak sprawny jak zawsze, ale jeśli starcie miało być uczciwe, był niemalże przekonany, że sobie poradzi. Westchnął głęboko, wahając się wyraźnie.
-To idiotyczne…- stwierdził w końcu i widział wyraz zawodu, malujący się na twarzy poety.- ...Ale dobrze…- mruknął ostatecznie.- Zgadzam się.
-Dobrzy bogowie, mój przyjacielu!- Devin wyglądał tak, jakby miał się popłakać ze wzruszenia.
Znów chciał się rzucić na szyję kompana, ale ten zrobił skuteczny unik, przez co poeta omal nie wylądował na ziemi, z trudem utrzymując równowagę. Amir podał mu jego kij, na którym ten wsparł się, wpatrując się w mężczyznę niemalże z uwielbieniem.
-Ale nie ponoszę żadnej odpowiedzialności, jeśli twoja królewna nie będzie pasowała do twoich wyobrażeń!- zastrzegł ostro mężczyzna, mając jednocześnie dziwne wrażenie, że zapewne tak będzie, bo mało która istniejąca kobieta, mogłaby spełnić wymagania Devina. Ten jednak wyglądał na tak przekonanego o słuszności swych własnych urojeń, że jedynie pokiwał głową, choć widać było, że nie dopuszcza do siebie tego rodzaju scenariusza.- Dobra…- westchnął ciężko Amir.- Zrobię to… Ale właściwie… Właściwie to co mam zrobić…?- zapytał po chwili, zdezorientowany, przenosząc wzrok na kobietę, która od dłuższej chwili nie zajmowała się porządkami, a przysłuchiwała ich rozmowie.
-Rzuć rycerzowi wyzwanie, panie…- odparła.
-Podobno nie wiadomo, który to rycerz- zauważył mężczyzna.
-Ano nie wiadomo…- odparła, skinąwszy głową.- Stań przy tronie i rzuć wyzwanie. Tak to działa. Podobno…- dodała powątpiewająco.- Wiesz, panie, dawno już nikt się tym nie interesował…
-Świetnie…- westchnął ciężko mężczyzna. Wspiął się na podwyższenie i rzucił.- Wyzywam rycerza królewny na pojedynek! Tak…?- zapytał, zdezorientowany, widząc, jak kilku przechodniów chichocze po jego słowach. Kobiecina pokiwała głową, choć zdawało się, że sama nie wie, jak to wszystko ma wyglądać. Amir zerknął przez ramię na nieporuszonego młodziana.- Tamten chłopak się tym zajmuje…? Ten, który drzemie?- dopytał starszej.
-To jakaś młoda dama…- odpowiedziała staruszka.
-Dama?- powtórzył Amir, zupełnie zaskoczony i raz jeszcze przeniósł spojrzenie na śpiącą. Dama, kobieta, ubrana w spodnie, koszulę, kapelusz i wyglądająca niczym mężczyzna…? Skrzywił się lekko, po czym westchnął tylko, wzruszając obojętnie ramionami. Co go to w końcu obchodziło.
-Obudzić ją…?
-Nie, nie- zaprotestował, kręcąc głową, po czym dodał szeptem- Niech pani nic nikomu nie mówi, dobrze…? Zrobiłem to po prostu dla świętego spokoju i nie obrażę się wcale, jeśli nikt nie będzie mnie pamiętał…- dodał, po czym już miał zejść z podwyższenia, gdy na wszelki wypadek rzucił- Gdyby ktokolwiek jednak mnie szukał, jestem w pobliskim lesie!- po chwili upomniał sam siebie za głupotę i mruknął- Ale kto nigdy miałby to robić…
Zeskoczył na dół, spoglądając na Devina z lekką irytacją.
-Zadowolony?- mruknął.
-Zachwycony, przyjacielu!- odparł z szerokim uśmiechem jego towarzysz.- Poślubię królewnę!

-Ma najpiękniejsza, moja miła, gdzieżeś mi się oddaliła…? Lata długie cię szukałem, i cierpiałem, i czekałem, by ostatnim swoim tchnieniem… Znaleźć ciebie, me marzenie!
Devin zdecydowanie powrócił do swej wcześniejszej formy, bo wył i stękał nieustannie, wymyślając coraz to nowe zwrotki swej niezbyt przyjemnej dla ucha pieśni. Amir nie miał najmniejszej ochoty wysłuchiwać tego dłużej, i na miejscu wydumanej królewny, również oddaliłby się od poety i to bardzo szybko.
Wypatrzył już wcześniej dość płytki staw, kawał drogi od miejsca, w którym się zatrzymali. Stanął na brzegu, rozglądając roztropnie dookoła, po czym zrzucił z siebie ubrania i wszedł do wody. Ta, w najgłębszym miejscu, sięgała mu niewiele za kolana. Była nieprzyjemnie zimna, ale Amir nie zamierzał tkwić w niej długo. Szybkimi ruchami zaczął obmywać swoje ciało, pogrążony jednocześnie w rozmyślaniach. Z Nadimem, od ich porannego sporu, właściwie nie rozmawiał. Ale nie był już tak, jak wcześniej, pewien swoich postanowień. Tak czy inaczej, ich kolejna rozmowa, wymagałaby prywatności, a o to przy Devinie, a przy wyjącym nieustannie i gadającym jak najęty Devinie szczególnie – było bardzo trudno. Poeta zdążył, trzy po trzy,wyjaśnić potomkowi wilków, co właściwie zaszło. Amir uśmiechał się tylko pobłażliwie. Już reakcja tej kobiety pozwalała mu sądzić, że nawet, jeśli kiedykolwiek traktowano poważnie tego rodzaju publiczne wyzwania, to na pewno zwyczaj ten jest już dawno zapomniany. Nikt go nie słuchał. Nikt go nie widział. Nikt nie wiedział, gdzie go szukać. Nie kazano mu się nigdzie udać, ani z nikim rozmawiać. Wszystko to wyglądało na nic innego jak pogłoskę, ale Amir nie zamierzał szybko i brutalnie przywracać Devina do rzeczywistości. Zaśmiał się cicho, zsuwając włosy za jedno ramię. Poecie zdecydowanie nie było potrzeba wiele, by unosił się kilka metrów nad ziemią, emanując swą naiwną radością dookoła.
Nagle dobiegł do niego tętent kopyt. Zamarł w bezruchu, nasłuchując. Dźwięk dochodził najpierw z oddali, później, jak gdyby się zbliżył. Amir zaniepokoił się. Był pewien, że jeździec jest jeden, ale tak czy inaczej, znajdowali się w pobliżu terenów, na których potomkowie wilków i ludzie toczyli swoje konflikty. Obawiał się, że ktoś może natknąć się na Nadima, co mogłoby skutkować przykrymi konsekwencjami, raczej dla tego, który przybył, niż dla nich samych. Koń jednak zatrzymał się nieopodal miejsca, w którym on sam się znajdował. Amir rozejrzał się po raz kolejny. Dookoła panowała zupełna cisza, nie licząc odgłosów natury. Po chwili uspokoił się, i choć jeździec nie ruszył, Amir był już niemalże zupełnie przekonany, że ten zbłądził gdzieś i zatrzymał się na chwilę, albo po prostu załatwiał swoje sprawy. Już miał powrócić do wykonywanej przez siebie czynności, gdy nagle usłyszał rżenie konia i ponowny dźwięk jego kopyt, uderzających szybko o ziemię. Białe zwierzę wyłoniło się zza pobliskich drzew. Dosiadał go jakiś człowiek, wzrostem dorównujący, niemalże, mężczyźnie, cały odziany w zbroję. Na głowie miał hełm z zasuniętą przyłbicą. Amir nie zareagował w pierwszej chwili wcale, kompletnie zaszokowany, jeszcze przez sekundę mając wrażenie, że jeździec zamierza po prostu przejechać obok. Gdy jednak zobaczył, jak ten dobywa broni i rusza w jego kierunku, zerwał się gwałtownie, biegnąc ku brzegowi, gdzie zostawił wszystkie swoje rzeczy. Koń wskoczył do wody, pokonując staw na skos. Amir dopadł szybko do swojej własności, dobywając prędko miecza. Jeździec przejechał obok niego, zamachnąwszy się bronią. Mężczyzna jednak upadł płasko na ziemię, unikając ciosu. Koń zatrzymał się kawałek dalej, jeździec zawrócił.
-Nadim! NADIM!- wrzasnął przeraźliwie Amir, chociaż miał świadomość, że jego towarzysz jest zbyt daleko, by mógł go usłyszeć. Zerwał się na nogi i rzucił biegiem w kierunku lasu, wpadając pomiędzy pobliskie drzewa.
Rycerz ruszył w ślad za nim, ale otoczenie, w pierwszej chwili, spowolniło go na tyle, by Amir był w stanie odbiec kawałek dalej. Syknął głucho, czując nieznośny ból, w miejscu, gdzie wciąż widniał ślad po jego spotkaniu z pobratymcami Nadima. Tętent kopyt był coraz bliżej. Mężczyzna odwrócił głowę i dostrzegł napastnika za pobliskimi drzewami. Koń skręcił gwałtownie, ale Amir wykrzesał z siebie resztki sił i wskoczył w wysokie, gęsto rosnące krzaki, zaczynając przedzierać się przez nie prędko. Te stanowiły dla zwierzęcia dużą przeszkodę. Amir zatrzymał się moment później, nasłuchując. Ktoś przemieszczał się kawałek dalej, najwyraźniej starając się do niego dostać. Mężczyzna zdawał sobie jednak sprawę ze swojej chwilowej przewagi. To on wyskoczył przez napastnika i zamachnął się mieczem. Rycerz odskoczył jednak w ostatnim momencie i czubek ostrza przesunął się ledwie wzdłuż jego kirysu. Tym razem to jego przeciwnik zaatakował. Amir odparował cios. Ostrza ich mieczy starły się na dłuższą chwilę, gdy siłowali się ze sobą. Amir zwyciężył bez większych problemów, odpychając napastnika. Ten jednak, ruszył na niego ponownie. Wyprowadzane przez niego ataki nie były zbyt silne, ale szybkie i precyzyjne, odrobinę dezorientujące, przez co Amir miał kłopoty z unikaniem i odpieraniem jego ciosów, zwłaszcza zważywszy to, że nie był w pełni sił i gwałtowne ruchy powodowały przeszywający ból.
-Amir!- usłyszał w pewnym momencie dochodzące z oddali wołanie potomka wilków.- Amir?! Gdzie jesteś?!
Wołanie Nadima wybiło ze skupienia przeciwnika mężczyzny. Amir wykorzystał to bardzo szybko, wytrącając z dłoni rycerza broń. Nie zdążył jednak zrobić niczego więcej, bowiem jego oponent pchnął go mocno i przewrócił. Amir upadł plecami prosto na jakiegoś rodzaju roślinę, o ostrych kolcach. Zawył z bólu, czując, jak te wbijają się mocno w jego skórę. Nie pozwolił jednak atakującemu wykorzystać tej przewagi – zerwał się, mimo bólu i chwycił go za nogi, by bez większego trudu, powalić go na podłoże.
-Amir! Amir, gdzie jesteś?!- krzyczał Nadim. Głos miał zaniepokojony, lekko drżący od przyspieszonego oddechu. Był coraz bliżej.- AMIR!
Przeciwnik człowieka zerwał się do ucieczki.
-O nie!- warknął gniewnie mężczyzna, chwytając go za hełm i po chwili siłowania, zdejmując go z głowy atakującego.
Tamten jęknął głucho. Jasne, długie włosy posypały się na jego twarz, zakrywając je zupełnie. Amir chwycił za nie mocno, chcąc powstrzymać go od odejścia, ale jego oponent szarpnął się gwałtownie, wstając na nogi. Zabrał swój miecz i odbiegł. Amir usłyszał znów tętent kopyt i wiedział już, że ten odjechał.
-Amir!- tym razem to był głos Devina.
-Bogowie…- jęknął mężczyzna, czując, jak łzy napływają mu do oczu. Sięgnął do pleców, ale zaraz cofnął dłoń, krzywiąc się z bólu. W drugiej, odruchowo ściśniętej ręce, trzymał jedyną pozostałość po tym, który go atakował – pęk jasnych włosów.
-Amir! AMIR!- Nadim przedarł się do niego. Zamarł na chwilę w bezruchu, wpatrując się w mężczyznę z zaskoczeniem.- Co się stało, u diabła…?- zapytał, pomagając Amirowi się podnieść.
-Daj mi coś do ubrania…- rzucił cokolwiek wstydliwie mężczyzna, zdając sobie sprawę ze swojego położenia.
-To wygląda fatalnie…- ocenił Nadim, oglądając jego plecy. Syknął cicho, jak gdyby to on był tym, który odczuwa ból.- Co się stało?- powtórzył z niepokojem.
Devin dobiegł do nich, oddychając płytko.
-Ktoś mnie zaatakował- odpowiedział Amir. Odkaszlnął cicho, po czym posłał surowe spojrzenie Devinowi, który spoglądał na niego zdecydowanie zbyt śmiało.
-Tamten rycerz?- zapytał Devin, wyraźnie podekscytowany.
Amir westchnął ciężko. Na to rzeczywiście wyglądało, choć szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, jak to wszystko się zdarzyło.
-Rycerz? Rycerz od królewny?- parsknął cicho potomek wilków.- Przecież mówiłeś, że to bujda- zauważył, wpatrując się w Amira bez zrozumienia.
-Czy możemy o tym porozmawiać później?- warknął odrobinę napastliwie mężczyzna, nie mając nawet możliwości, by się zakryć.
-Masz rację. Chodź. Najpierw cię opatrzę.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie człowiek.- Najpierw przyniesiesz mi moje ubrania- burknął, czerwieniąc się wyraźnie.- Natychmiast.
-Co to takiego…?- zainteresował się poeta, spoglądając na zaciśniętą dłoń mężczyzny.
-Hm…?- Amir uniósł ją, dopiero po chwili przypominając sobie, co w niej trzyma.- Ach, tak…- mruknął, oglądając jasne pasma z uwagą.- Jego włosy. Wyrwałem mu je, gdy uciekał.
-Więc… Wygrałeś? Poślubię królewnę?- dopytywał Devin.
-Nie. Nie wygrałem- odmruknął mężczyzna.
-Przegrałeś?- parsknął Nadim.
Amir posłał mu spojrzenie pełne oburzenia i niechęci jednocześnie.
-Oczywiście, że nie przegrałem! Zaskoczył mnie! Później pojawiliście się wy, a on uciekł! Choć muszę przyznać, że walczył bardzo… przyzwoicie…- stwierdził ostrożnie, na powrót wracając spojrzeniem do jasnych pasm. Ciekawe… Szkoda, że nie dojrzał twarzy tego, który był jego przeciwnikiem. Zaintrygował go, a Amira intrygowało stosunkowo niewiele rzeczy, o osobach już nie wspominając.
-Mogę zobaczyć…?- Nadim wyciągnął dłoń w jego kierunku.
Amir zerknął na niego kątem oka, po czym wzruszywszy ramionami, oddał mu pukiel jasnych włosów. Potomek wilków przyjrzał mu się z uwagą. Przesunął wzdłuż pasemek palcami, po czym przysunął je do nosa i powąchał.
-Ładne włosy. Wręcz piękne, jak na mężczyznę…- ocenił ostrożnie.- Bardzo miękkie i delikatne…- dodał, spoglądając na Amira.- Pachnące… Podobne do twoich…- dodał. Amir zaczerwienił się jeszcze bardziej, coraz dotkliwej zdając sobie sprawę z własnej nagości.
-Do czego właściwie zmierzasz?- zapytał, siląc się na spokój.
-… A jednak są inne…- kontynuował swój iście specjalistyczny wywód Nadim.- Pachną czym innym. Jakby… olejkiem… Albo perfumami… Trudno powiedzieć… Tak czy inaczej… Rzekłbym, że nie należą do mężczyzny.
-Co?- zdumiał się Devin.
Amir parsknął bez zrozumienia.
-Co to niby znaczy, że nie należą do mężczyzny?- zapytał, zupełnie nie wiedząc, do czego zmierza jego towarzysz.
-Zdaje mi się, że to dość oczywiste…- potomek wilków uśmiechnął się pobłażliwie.- Moim zdaniem, podchodzą z głowy kobiety…
-Kobiety?! Kobiety! Też coś!- syknął Amir. Zabrał towarzyszowi jasne pasma, oglądając je raz jeszcze.- Ciekawe po czym wnioskujesz! Olejek?! Perfumy?! Też mi argumenty!- prychnął donośnie.- Pochodzi z zamku, z dworu, dba o wygląd, cóż w tym dziwnego…? Poza tym, nie widziałeś go! To był mężczyzna! Na pewno!
-Widziałeś jego twarz?- dopytał spokojnie potomek wilków.
Amir zawahał się wyraźnie.
-… Nie- przyznał po chwili.- Ale… Ale kobieta?!- parsknął znów, kręcąc głową z niedowierzaniem.- To niedorzeczne! Kobieta by mnie nie pokonała!
-Mówiłeś, że cię nie pokonał- wtrącił Devin, wyraźnie zaniepokojony.
-Ale niewiele brakowało! Bardzo dobrze walczył! On! To jasne, że to był on! Kobiety tak nie walczą…- mruknął pogardliwie mężczyzna.- Kobiety w ogóle nie walczą. A już na pewno nie tak dobrze, jak ja… To nie była kobieta! Widzę, że bawisz się przednio!- rzucił z irytacją, widząc uśmieszek rozbawienia błąkający się na wargach potomka wilków.- Mówię ci raz jeszcze, wiem z kim walczyłem! Rozróżniłbym kobietę od mężczyzny! I walczyłem z mężczyzną! Z wysokim, dobrze władającym bronią, pochodzącym z dworu i posiadającym zadbane, jasne włosy, mężczyzną…- dopowiedział, a do jego głosu wkradła się na powrót nutka zaciekawienia.
Nadim uśmiechnął się drwiąco.
-Świetnie.
-Co?- obruszył się Nadim.
-Devin dostanie królewnę, a ty rycerza-pięknisia…- wyrecytował kpiąco.- A co zostaje dla mnie…?
-Możesz wziąć konia- odparł Amir, podobnym tonem.- Konia nikt nie chciał.
Nadim parsknął cicho.
-Więc… Kobieta pokonała Amira?- wtrącił się poeta, najwyraźniej nie wiedząc już, co się dzieje.
-Nikt mnie nie pokonał!- warknął gniewnie Amir.- A poza tym, to niedorzeczne! Dlaczego to miałaby być kobieta…?
Nadim wzruszył ramionami.
-Nie przyszło wam do głowy, że królewna i jej obrońca to jedna i ta sama osoba…?- zapytał.

-Niedorzeczne niedorzeczności… Bredzące brednie…- burczał pod nosem Amir, owinięty ciasno kocem, spoglądając w kierunku Devina, który dumnie przemawiał do… włosów, wyznając już,dosłownie, dozgonną miłość ich właścicielce.
Problem w tym, że to nie mogła być właścicielka. Amir wiedział o tym najlepiej. Po prostu nie mogła! Kobiet nie uczy się walczyć! Kobiety są słabe! Mniejsze! Niższe przynajmniej! W ogóle…! W ogóle, co to za głupi wymysł! Teorie Nadima chyba pokrywały się z jego fantazjami! Królewna walcząca w swojej obronie! Też coś! Głupie wymysły!
Potomek wilków pojawił się przy nim, podając mu jego ubrania.
-Proszę…- rzucił, kładąc je przed nim.- Czy teraz mogę już cię dotknąć…?- zapytał pobłażliwie, a Amir zerknął na niego jedynie kątem oka, po czym szybko, wciąż osłaniając się kocem, wdział na siebie bieliznę i spodnie. Dopiero wtedy zsunął materiał z ramion i skinął przyzwalająco głową.
Nadim usiadł za nim, przyglądając się niewielkim rozcięciom.
-Ach! Ma piękna! Ma ukochana!- wzdychał i pojękiwał Devin, niemalże w stanie ekstazy, spoglądając na pasma jasnych włosów z uwielbieniem i czcią. Amir prychnął cicho pod nosem. Świetnie! Jeszcze zobaczy! Zobaczy, jaką minę będzie miał poeta, gdy dowie się, że jego wybranka jest wybrankiem!- Złotowłosa królewno! Cnoty swej bronisz silniej niźli pozostałe… Czekasz na tego, który będzie gotów ślubować ci miłość, który przeznaczony jest ci od chwili narodzin! Oto jestem! O, cudna pani…! Silna i piękna, prowadź moje serce…
-Ja się zabiję…- mruknął Amir, pocierając skronie.- Ostrożnie!- skarcił potomka wilków, syknąwszy cicho, bo ten odrobinę zbyt mocno obchodził się z jego zadrapaniami.- Devin!- zwrócił się na powrót do poety, tonem pełnym irytacji. Ten przerwał swój monolog, przenosząc na niego spojrzenie.- Mówiłem ci już. To nie była kobieta.
-Ależ była, Amirze!- nie było chyba sensu przekonywać Devina do zmiany zdania.
-Kobiety tak nie walczą!
-To była kobieta wyjątkowa!- upierał się poeta, uśmiechając radośnie.- Mówiłem ci już, od pierwszej chwili, pierwszej sekundy, gdy tylko usłyszałem jej imię…
-Nie usłyszałeś jej imienia!
-… wiedziałem, że jest mi przeznaczona…- dokończył gładko Devin.- Wiedziałem, że jest tą jedyną, na którą czekałem lata, pogrążony w rozpaczy i apatii…- Amir uśmiechnął się kwaśno na te słowa. Jeśli poeta był przykładem rozpaczy i apatii, to on był istnym wzorem cierpliwości i miłości.- Wspaniała, boska, jedyna…
-Czy nie mówiłeś, że kobieta ma być subtelna?- dopytywał dalej mężczyzna.- Jak to pasuje do kobiety, która zachowuje się niczym mężczyzna i walczy przeciwko nim?
-Subtelność, mój przyjacielu, ma się w swym wnętrzu! Delikatna to istota, o kruchym ciele, ale mężnym sercu! Jej upór budzi większy mój podziw, niż fałszywa skromność i udawana uległość! Ach, cudowna, po stokroć cudowna…
Devin wstał, podparł się na kiju i pokuśtykał w stronę lasu, wciąż gadając do samego siebie i wzdychając w ekstazie. Amir powiódł za nim pełnym politowania wzrokiem, po chwili zdając sobie jednak sprawę, że odejście poety spowodowało pewien… dyskomfort. Zerknął ukradkiem na Nadima, który sprawdzał, czy w rozcięciach na jego skórze nie pozostały kolce. Zacisnął wargi, nic nie mówiąc i znowu zaczął wpatrywać się przed siebie. Nie zamierzał wracać do ich sporu, przynajmniej nie teraz. Słowa potomka wilków po raz kolejny wzbudziły w nim i wątpliwości, i naiwną nadzieję. Nadim miał rację. Za bardzo się obawiał. Nie chciał się rozczarować i nie chciał pozwolić się zranić. Jego uczucia do potomka wilków były zbyt poważne. Wcześniejsze romanse były błahe i nieistotne, niepoważne, oparte na wzajemnej dyskrecji i potrzebach, nic więcej. Teraz było inaczej. Dla niego. Dla Nadima przecież nie musiało to wyglądać podobnie.
Zdawało mu się, że zawarli coś w rodzaju niepisanej umowy. Że będą zachowywać się zwyczajnie, przynajmniej z pozoru, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Nagle poczuł ciepły oddech Nadima na swoim karku. Wargi potomka wilków zbliżyły się do jego skóry, by zaraz musnąć ją delikatnie. Amir drgnął, czując dreszcz przebiegający wzdłuż jego karku.
-Co robisz…?- zapytał, starając się brzmieć surowo, ale sprawiał raczej wrażenie poddenerwowanego. I to nie tylko dlatego, że Devin wciąż był tak blisko, że Amir słyszał jego śpiew, i, że mógł w każdej chwili pojawić się przy nich.
Nadim nie odpowiedział. Raz jeszcze ucałował jego kark, by delikatnymi muśnięciami zawędrować na prawe ramię mężczyzny.
-Przestań…- to nie był protest ani nawet prośba. Amir wydusił to z siebie, świadom tego, że to zachowanie zdecydowanie odbiegało od tego, jak traktowali się „wcześniej”.
Potomek wilków nie sprawiał jednak wrażenia ani odrobinę zniechęconego. Pochylił się, wodząc niespiesznie wargami po plecach mężczyzny i sprawnie manewrując pomiędzy rozcięciami. Amir westchnął mimowolnie, przymykając powieki. Usta Nadima powróciły znów do jego karku. Dłoń potomka wilków spoczęła na jego lewym ramieniu. Człowiek niemalże odruchowo oparł na niej policzek.
-Czy mógłbyś teraz, chociaż na chwilę, zapomnieć o swoich wątpliwościach i postarać się zrozumieć, co miałem na myśli, gdy mówiłem ci tamte słowa…?- szepnął mu do ucha potomek wilków.
Amir odsunął się od towarzysza i podniósł się na nogi. Nadim spojrzał na niego z dołu, wyraźnie wyczekując z odpowiedzi.
-Devin tu jest- odpowiedział jedynie Amir, co właściwie odpowiedzią jednak nie było, a zaledwie próbą jej uniknięcia.
Nadim westchnął ciężko, spoglądając na niego ze zrezygnowaniem.
I właściwie na tym skończyły się ich możliwości prywatnej rozmowy. Devin wrócił na swoje miejsce, rozłożył się na ziemi i zupełnie tak jak wcześniej, zaczął marzyć na temat swojej przyszłej żony, o czym już był przekonany, choć Amir próbował dać mu jasno do zrozumienia, że po pierwsze, wcale nie wygrał, po drugie, nawet, gdyby wygrał, nie miałby na to dowodu, co było bardzo sprytnym rozwiązaniem ze strony tego, który to wymyślił, bo jak u licha udowodnić pokonanie rycerza królewny, skoro nikt nie wiedział, kto nim właściwie był…? Do poety jednak nie trafiały żadne wyjaśnienia. Zaślepiony swym nieuchwyconym jeszcze szczęściem, zasypywał swych towarzyszy istną lawiną słów, jak zwykle pozbawionych głębszego sensu i treści. Nadim poszedł na polowanie. Gdy udało im się w końcu rozpalić ognisko, by upiec oporządzonego ptaka (swoją droga, jak na zwyczajowe zdobycze potomka wilków, naprawdę niewielkiego), Amir usłyszał znajomy dźwięk. Tętent kopyt rozległ się w pobliżu. Ktoś zbliżał się do nich. Tak samo, jak i wtedy. Jeden koń. Jeden jeździec. Nadim podniósł się, chwytając za łuk, nieco zdezorientowany. Amir również złapał za broń.
-To on…?- szepnął Devin.
-To bez sensu…- mruknął mężczyzna, marszcząc brwi.- Przecież widział, że mam towarzyszy… Nie przyjechałby tutaj sam, to samobójstwo…
I rzeczywiście, gdy tylko koń pokazał się na polanie, okazało się, że rycerz nie był sam. Wraz z nim, na tym samym zwierzęciu, jechała młoda dama, odziana w długą suknię i płaszcz. Kaptur zsunął jej się z głowy, ukazując brązowe loki. Była dość wysoka, okrągła z twarzy, miała błękitne oczy. Jej strój był ładny, idealnie dopasowany, z pewnością wykonany z drogiego materiału. Gdy koń zatrzymał się, rycerz zeskoczył z niego pierwszy, po czym pomógł swej damie zsiąść z wierzchowca. Ta stanęła naprzeciwko nich, po czym spojrzała na towarzyszącego jej człowieka i skinęła głową.
-Nazywam się księżniczka Ariene- zwróciła się do spoglądających na nią mężczyzn. Rycerz zaczął zdejmować hełm.- A to mój obrońca- dodała, przedstawiając tego, który walczył w jej imieniu.- Eres.
Rycerz odsłonił twarz. Wargi Amira rozchyliły się ze zdumienia. Spojrzał na Nadima, który uniósł brwi, uśmiechając się z rozbawieniem, po czym znów powrócił spojrzeniem do tego, z którym walczył. Choć, niestety, musiał teraz przyznać… do tej, z którą walczył. Wysoka, smukła, czego raczej nie dało się dostrzec na pierwszy rzut oka, przez zbroję, w którą była ubrana, o jasnych, długich włosach, których pasemka trzymał jeszcze w dłoni wyraźnie zaskoczony Devin, twarz miała podłużną, surową, o stalowych oczach i wąskich ustach, na pewno nie liczyła sobie więcej niż dwadzieścia parę lat, podobnie jak towarzysząca jej królewna.
Amir zacisnął mocno zęby, ledwie wierząc w to, co widzi. Kobieta! Cholerna kobieta! Fascynacja tym doskonałym wojownikiem, z którym walczył, minęła mu natychmiastowo, zastąpiona przez absolutne niedowierzanie. Gdyby nie wszystkie dowody, świadczące o tym, że zaatakowała go rzeczywiście ta osoba, byłby wręcz gotów twierdzić, że ktoś żartuje sobie z niego okrutnie, chcąc wyprowadzić go z równowagi. Niestety, nic na to nie wskazywało.
-Witajcie- Ariene uśmiechnęła się do nich łagodnie, ukłoniwszy się uprzejmie. Jej towarzyszka skinęła jedynie głową, przyglądając się Amirowi z uwagą.
-O, panie!- Devin wyrwał się do przodu iście szaleńczo, rzucając się przed kobietami na kolana. Obie wbiły w niego zaskoczone spojrzenie.- O, panie! Najdroższe i najwspanialsze! Piękne, jak gdyby zrodziło was samo niebo! I te promienie słońca, które plotły te cudowne kosmyki…- wzdychał, ukazując trzymane przez siebie włosy.- I cudowny błękit, który zamknął się w twych oczach…- dodał, spoglądając z uwielbieniem na królewnę, która wbiła w swą towarzyszkę pełne niezrozumienia spojrzenie.- Ach, cóż mam zrobić…? Dwa anioły, zstąpiły tutaj, oba tak cudowne, tak piękne i pełne wdzięku! Jaka to szkoda, że mężczyzna rodzi się z jednym sercem! Choć moje serce, jakby na dwie części dzielone…
-Devin…- rzucił ostrzegawczo Amir, choć cała sytuacja niezmiernie go bawiła.
-Oddałem me serce królewnie! Ach, ależ później…! Przekonany ślepo, że królewna sama zjawiła się tutaj, wielbiłem o ciebie, pani!- zwrócił się do Eres, która spoglądała na niego z nieskrywanym zniecierpliwieniem.- Mój błąd i błąd serca mego, ależ jaki poważny! I teraz serce moje rozdarte na dwoje! Kocham i wielbię...! Ach, obie!- jęknął dramatycznie, łapiąc się za głowę. Amir zrobił w tym momencie dokładnie to samo, choć przyczyny były zgoła inne.- I cóż mam teraz począć…?
-Devin!- upomniał go po raz kolejny.
Stojący obok Nadim chichotał dyskretnie, zasłaniając usta dłonią.
-Zdecydujcie same!- wykrzyknął poeta, rozkładając ręce w geście bezradności.- Weźcie mnie obie lub obie porzućcie! Kochajcie mnie razem lub razem znienawidźcie! Serce me rozedrzyjcie albo weźcie je w objęcia! Ach, weźcie serce moje, jeśli jeszcze jest wam miłe…!
-Devin…- odezwał się łagodnie potomek wilków.- Nie sądzę, żeby którakolwiek z nich chciała twojego serca…- zauważył, spoglądając na kobiety dość znacząco.
-Nie. Zdecydowanie go nie chcemy- potwierdziła chłodno Eres. Wyminęła zdezorientowanego poetę zamaszystym krokiem i podeszła do Amira, zatrzymując się tuż przy nim i spoglądając mu w oczy ze śmiałością, która była co najmniej oburzająca i nie przystawała żadnej kobiecie.- Chcemy porozmawiać. Z tobą.

Amir siedział przy stole, w maleńkiej izbie, oczekując na te, które go tutaj sprowadziły. To był niewielki domek, po drugiej stronie lasu, właściwie na jego skraju. Nie wyglądał zdecydowanie jak posiadłość królewny, wyposażony był raczej skromnie, by nie rzec, że wręcz ubogo, ale najprawdopodobniej służyło to zachowaniu pozorów i odstraszeniu ciekawskich ludzi. Obie kobiety poruszały się w nim bardzo swobodnie, a stan znajdujących się wewnątrz rzeczy wskazywał na to, że ktoś często musiał tutaj gościć. Do izby weszła najpierw Eres. Amir łypnął na nią niechętnie. Odpowiedziała mu pewnym, stanowczym spojrzeniem. Nie było w niej ani odrobiny lęku czy płochliwości. Teraz, gdy zdjęła z siebie zbroję, wyglądała zdecydowanie mniej potężnie, a wręcz niepozornie. Z wyglądu niczym, prócz męskiego stroju, nie wyróżniała się spośród innych kobiet. Za to wszystko inne wyróżniało ją bardzo. Tembr jej głosu, sposób, w jaki zwracała się do Amira, bez najmniejszych obaw i cienia pokory, czasem wręcz pretensjonalnie czy ze znudzeniem, jej spojrzenie, chłodne i wyniosłe, to, jak się poruszała, jak mówiła do tej drugiej, jak się zachowywała… Niektórym mogłoby się to wydać fascynujące, w Amirze rodziło jedynie frustrację i niezadowolenie.
W pomieszczeniu pojawiła się też Ariene. Z uprzejmym uśmiechem, postawiła przed Amirem czarkę herbaty.
-Nie mamy tu wiele więcej- wyjaśniła spokojnie.- Dziękuję, że się pojawiłeś.
Amir zerknął na nią i skinął jedynie głową. Ona nie drażniła go tak bardzo, jak jej towarzyszka.
-Zostaw nas samych, dobrze?- zwróciła się do niej Eres.
-Samych…?- kobieta zmarszczyła brwi, wpatrując się w kompankę z wyraźnym poirytowaniem.- Przecież mówiłaś, że mamy załatwić to razem.
-Przecież już to załatwiłyśmy…- odparła z uporem tamta.- Pozwól mi się tym zająć, proszę.
-Sprawa dotyczy mnie- odpowiedziała twardo Ariene.-Naprawdę uważasz, że nie powinnam słyszeć jak przebiega rozmowa…?
-Słyszeć możesz…- zgodziła się jej towarzyszka, skinąwszy głową.- Ale mówić będę ja. Po prostu daj mi to załatwić.
Królewna wpatrywała się w nią przez chwilę z wyraźnym niezadowoleniem, ostatecznie jednak mruknęła coś cicho i wyszła do pomieszczenia obok. Widziała ich stamtąd dobrze, dobrze zapewne też ich słyszała, zerkała na nich co jakiś czas przez otwarte na oścież drzwi.
-Pospiesz się- rzucił chłodno Amir. Jego niedawna przeciwniczka zajęła miejsce naprzeciwko niego.- Nie mam zwyczaju siedzieć w ten sposób i gawędzić z kobietami…
-… niczym równy z równym…?- dopowiedziała Eres, uśmiechając się złośliwie, choć mężczyzna nie zamierzał mówić niczego podobnego. Nie zmieniało to jednak faktu, że tak właśnie myślał, nie od dziś zresztą. Skinął głową.- Dobrze znam ten typ… Chociaż wydaje mi się, że jednak należy mi się szacunek… Pokonałam cię.
-Dobre sobie!- prychnął Amir, urażony. Wciąż nie mógł sobie wybaczyć tamtego pojedynku i tego, że nie zaprezentował się lepiej, zwłaszcza w obliczu tego, kto okazał się z nim mierzyć.- Wcale mnie nie pokonałaś!
-Gdyby twój towarzysz nie przyszedł, wszystko rozstrzygnęłoby się bardzo szybko…
-Na pewno nie na twoją korzyść- odparł stanowczo mężczyzna.- Dopiero zaczynałem i jeszcze chwila, a zorientowałbym się, z kim walczę…
-Nie zorientowałeś się, a więc byłam na tyle dobra, byś sądził, że walczysz z mężczyzną- nie ustępowała Eres.- Czy to nie wystarczający powód do traktowania mnie z równym szacunkiem jak jednego z nich…?
-Żadna kobieta nie walczy tak dobrze jak mężczyzna- odparł z pełnym przekonaniem Amir.- Poza tym, zaskoczyłaś mnie. To nie był uczciwy pojedynek.
-Nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać…- przyznała po chwili wahania Eres.- Owszem, mam pewne… słabsze punkty, które mnie od was odróżniają, w wielu względach. Potrafię jednak zastąpić słabości ciała sprytem i odpowiednią taktyką… Nie myśl jednak, że wszystkie moje potyczki wyglądają w ten sposób. Pokonywałam już mężczyzn w otwartej walce, udowadniając im, że kobieta może być równie silna… A raczej udowodniłabym im to, gdybym mogła…- dodała gorzko.- Jak pewnie się domyślasz, wolałam się nie ujawnić, przez co żyją w przekonaniu, że pokonał ich jakiś mężczyzna… To zapewne gwarantuje pewne poczucie ulgi, co?- zakpiła wyraźnie.- I nieustępującą świadomość waszej wyższości nad nami…
-Świadomość nie ma tu nic do rzeczy- przerwał jej niecierpliwie Amir.- Nie ściągnęłaś mnie tu jednak po to, żeby wygłaszać te przemówienie, więc mów, czego chcesz.
Eres wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. Splotła ze sobą szczupłe dłonie, nie odzywając się przez chwilę wcale, jakby zastanawiała się nad doborem słów. W końcu zaczęła ostrożnie:
-Nasze położenie… Moje i Ariene… Jest dość skomplikowane…- stwierdziła wyjątkowo wymijająco.- Zdaję się, że domyśliłeś się, jakie łączą nas relacje…- Amir skinął głową. Nie było to szczególnie trudne.- Ona musi wyjść za mąż. Przez długi czas łudziłyśmy się, że można tego uniknąć, ale sprawa jest poważna. Król choruje i robi się coraz bardziej zdesperowany. Wymusi na niej małżeństwo, a nawet, jeśli on tego nie uczyni, zrobią to inni, zaraz po jego śmierci… Jej sytuacja i tak jest wyjątkowa, większość kobiet nie ma aż tak dużej swobody jak ona obecnie, szczególnie jeśli chodzi o zamążpójście… Ale to nieuniknione. A im dłużej odwlekane  w czasie, tym większe prawdopodobieństwo, że przydzielą jej tego, który będzie najbardziej wpływowy…
-Co to ma wspólnego ze mną?- przerwał jej Amir, unosząc pytająco brew.
-Widziałam was razem. Ciebie i twojego towarzysza…- wyjaśniła spokojnie kobieta, widząc pytające spojrzenie mężczyzny.- Wróciłam, żeby sprawdzić, w jakim jesteś stanie… Zobaczyłam cię z tym potomkiem wilków. Wtedy właśnie uznałam, że to dość interesujący zbieg okoliczności…
-Nadal nie wiem, do czego zmierzasz- uświadomił ją Amir.
-… Uznałam także, że będziesz w stanie zrozumieć łączące nas relacje…- kontynuowała, nie bacząc na jego ponaglenia.- I, że będziesz w stanie nam pomóc.
-Ja?- parsknął cicho mężczyzna.- Pomóc? Niby w jaki sposób?
-Ona potrzebuje męża- powtórzyła raz jeszcze Eres, z wyraźnym naciskiem. Amir zmarszczył brwi.- Ty będziesz najlepszym kandydatem…- dodała po chwili otwarcie. Mężczyzna spojrzał na nią z niedowierzaniem i parsknął niepohamowanym śmiechem, ale zupełnie zignorowała jego reakcję.- Jesteś młody, mogłeś jej się spodobać, nikt nie będzie miał wątpliwości ani podejrzeń. Silny, zdrowy… Stosunkowo inteligentny, jak wnioskuję po chwili rozmowy z tobą, zrobisz dobre wrażenie… Przedstawimy cię w odpowiedni sposób, by nie wywołać niepotrzebnego skandalu…
-Doskonały plan- zironizował mężczyzna.- Ale będziecie musiały wprowadzić go w życie beze mnie.
-To dobra propozycja- stwierdziła Eres.- Nie wymaga od ciebie właściwie żadnego poświęcenia. Będziesz miał masę swobody. Chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jaką dostajesz okazję… Wielu zgodziłoby się bez wahania choćby dla samej pozycji… Nie wiążą się z tym żadne wymagania wobec twojej osoby… Będziesz mógł się z nim spotykać. Może nawet będziesz mógł wziąć go do zamku, choć obecna sytuacja trochę to wszystko komplikuje…
-Nie- odparł twardo Amir.- Nie zgadzam się.
-Co takiego…?- kobieta sprawiała wrażenie wyraźnie zaskoczonej, jakby była niemalże zupełnie przekonana co do swojego wyboru.- Będziesz mężem przyszłej królowej. Będziesz posiadał bogactwa. Władzę. Wszystko, o czymkolwiek ludzie mogą marzyć…
-Przeceniasz moje marzenia, nie są aż tak ambitne…- odpowiedział pobłażliwie mężczyzna.- A jeśli chcesz mnie przekonać bogactwem i wpływami, to zdecydowanie trafiłaś na niewłaściwą osobę…
-Mówiłam!- odezwała się triumfalnie królewna, z drugiego pomieszczenia. Stanęła w progu, spoglądając w kierunku swej towarzyszki.- Powiedziałam ci, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. On nie jest taki jak pozostali. Niech mnie licho strzeli, jeśli nie wychował się wśród arystokracji.
-Wychowałem…- potwierdził Amir, skinąwszy głową.- W rodzinie króla, konkretnie.
-Widzisz…?- Ariene uśmiechnęła się triumfalnie do wyraźnie zdumionej towarzyszki, po czym wróciła do drugiego pomieszczenia.
-Tym lepiej…- odezwała się Eres.- Masz obycie i klasę, wiesz, jak się zachować, zaimponujesz mieszkańcom i doradcom…
-Nie jestem pewien, czy usłyszałaś moją odpowiedź, więc pozwól, że ci przypomnę – była negatywna- stwierdził mężczyzna, wzdychając pobłażliwie.- Nie zamierzam nikomu imponować, a bogactwa mnie nie obchodzą. Was zaś, jak widać, nie obchodzi zbytnio los waszego królestwa, skoro gotowe jesteście wznieść na tron kogoś, kogo ledwie znacie… Nie wiesz, kim jestem, jakie mam intencje, jakie plany, nie wiesz, czy nie doprowadzę do ruiny waszej własnej ojczyzny, ale zdaje się to ciebie zupełnie nie obchodzić…
-Nie obchodzi mnie- potwierdziła chłodno kobieta.- Pewne decyzje należy podejmować. Wcale nie uważam, że to właściwie. Wprost przeciwnie. To godne pożałowania i pogardy, szczególnie z naszej pozycji. Ale nie możemy funkcjonować inaczej. Może przyjdą czasy, gdy kobiety będą miały więcej swobody…
Amir uśmiechnął się jedynie.
Kobiety i swoboda… Też coś!
-Zgódź się. Niczego w ten sposób nie stracisz- upierała się Eres.
-Prócz własnej wolności, wiem. Nie, dziękuję- odpowiedział stanowczo mężczyzna.- Nie ma mowy. Nie ożenię się ani z twoją królewną, ani z żadną inną, to moja ostateczna decyzja.
-Więc co mamy zrobić…?- zapytała z wyraźną desperacją.- Nie weźmiemy tego drugiego. To potomek wilków. Sytuacja polityczna nie pozwoliłaby ani na takie małżeństwo, ani nawet romans…
-Nie proponowałem go jako następnego kandydata- stwierdził pobłażliwie Amir.
-Więc kogo mamy wybrać? Tego śpiewaka?- zaśmiała się z litością Eres.- Ariene ma rację, jest całkiem sympatyczny, ale jego podejście do nas jest oczywiste. Wątpię, by zrozumiał, a gdyby rozumiał, na pewno by się nie zgodził… Ale lepszy on, niż któryś z naszych szlachciców…
-Devina też nie proponowałem- dodał mężczyzna.- On również nie ożeni się z twoją królewną.
-Dlaczego…?- zapytała otwarcie Eres.- Miałby wszystko. Dosłownie wszystko. Iście królewskie życie. A jeśli chodzi o nas… Cóż, sytuacja byłaby bardzo skomplikowana… Ale na pewno jakoś byśmy sobie poradziły…
-Wiem coś na temat królewskiego życia i nie życzyłbym go nikomu, nawet najbardziej irytującemu człowiekowi, jakiego znam… Którym Devin zresztą zdecydowanie jest…- stwierdził Amir.- Poza tym, ma naprawdę wiele wad, wśród których jest naiwność, zupełna głupota i zaślepienie, jeśli chodzi o kobiety, ale to wcale nie znaczy, że da się wykorzystywać jak ostatni kretyn. A przynajmniej ja na to nie pozwolę. Obawiam się, że musicie sobie znaleźć innego nadmiernie miłującego głupca…
-Ty byłbyś najlepszy…- upierała się wciąż kobieta.- Wasze stosunki, wszystko byłoby oczywiste i proste… Nie byłoby żadnych komplikacji. A nawet, gdyby coś… Cóż… Jesteś dość przystojny…- oceniła chłodno, zerkając nerwowo w kierunku drugiego pomieszczenia.- Więc… Gdyby naciskano na potomstwo albo…
-Co takiego?!- w izbie natychmiast pojawiła się Ariene.- Co ty znowu wygadujesz?!
-Uspokój się…
-Nie! O czym znowu decydujesz za moimi plecami?!- zirytowała się królewna.
-O niczym nie decyduję…- odpowiedziała cierpliwie tamta.- Po prostu… Muszę brać pod uwagę różne możliwości, nie sądzisz…?
-A nie sądzisz, że te możliwości powinnaś od razu odrzucić…?- prychnęła surowo kobieta.- Nie ma mowy! Po prostu nie ma mowy!
-Jesteś następczynią tronu, jedyną, jak do tej pory!- krzyknęła za wychodzącą Ariene Eres.- To oczywiste, że będą od ciebie oczekiwać dziedzica! Poza tym… Dziecko…- powiedziała cicho.- To wcale nie taki zły pomysł…
-Och, czyżby?!- Ariene zatrzymała się w progu, posyłając jej gniewne spojrzenie.- Skoro jest tak bardzo przystojny, to możesz go poprosić, żeby cię nim obdarował!- syknęła i trzasnęła donośnie drzwiami, zamykając je za sobą.
Eres odetchnęła głęboko.
-Pomóż nam- powiedziała w końcu.
-Nie.
-Proszę. Jesteś nam potrzebny.
-Wydaje mi się, że skończyliśmy tą rozmowę…- stwierdził mężczyzna, podnosząc się z miejsca.
-Sądzisz, że poniżałabym się tak, gdybym miała inne wyjście?!- wykrzyknęła kobieta, również wstając.- Nie traciłabym na ciebie czasu, gdybym mogła uczynić cokolwiek innego, byle zapewnić nam spokój!
-Spokój czy wygodę…?- Amir uśmiechnął się kpiąco, ruszając do wyjścia.
-Kochasz go?- zawołała za nim kobieta.
Mężczyzna zatrzymał się, by po chwili odwrócić powoli w jej kierunku.
-Kochasz go?- powtórzyła, chyba jednak znając odpowiedź.- Tego potomka wilków. Kochasz go, prawda?
-Jakie to ma teraz znaczenie?- zapytał chłodno mężczyzna.
-Nie byłbyś gotów zrobić wszystkiego byleby z nim być?!- Eres podeszła do niego.- Nie podjąłbyś każdej decyzji, byleby tylko go uszczęśliwić…? Naprawdę nie rozumiesz, jaka jest nasza sytuacja…? Jeśli wkrótce nie zdecyduje się sama, kto inny wybierze jej męża. Żyjemy w świecie, w którym mężczyźni kontrolują wszystko. On też będzie ją kontrolował. Rozdzieli nas albo ją skrzywdzi. Tak czy inaczej, nie mogę do tego dopuścić. Czy nie powinieneś rozumieć tego lepiej niż ktokolwiek inny…?
Amir wpatrywał się w nią przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się nad jej słowami.
-Zrobiłbym wiele, żeby z nim być…- odpowiedział moment później, dokładnie rozważywszy swoje słowa.- Nie wszystko, ale wiele. O ile on, chciałby tego samego. Ale to nie jest ta sama sytuacja. Powiedziałaś, że nie masz wyjścia, ale to nieprawda. Są inne rozwiązania. Ty wybrałaś sobie najłatwiejsze.
-Najłatwiejsze?- prychnęła z niedowierzaniem kobieta.- Co innego mogłybyśmy uczynić?
-To proste. Wymuszają na niej zamążpójście, bo jest królewną i jej małżonek zostanie następcą tronu. Niech zrezygnuje. Z pewnymi obciążeniami człowiek się rodzi, ale nie z każdymi musi również umierać.
-To niemożliwe- stwierdziła kategorycznie jasnowłosa, kręcąc głową.- Jej ojciec jest schorowany. Stary. Nie przeżyłby czegoś takiego.
-Też mi argument!- prychnął lekceważąco Amir.
-Poza tym, pamiętaj, że to kobieta! Może wśród was coś takiego jest łatwe do przyjęcia, ale na pewno nie w jej przypadku! Ona i tak ma dużo swobody, dużo więcej niż inne kobiety, zwłaszcza z jej pochodzeniem, wiem o tym bardzo dobrze… Ale nie pozwoliliby jej podjąć takiego kroku za nic na świecie. Wymusiliby na niej pozostanie w zamku i podjęcie swojej funkcji, a gdyby jej ojciec nie żył, nawet nie chcę sobie wyobrażać, do czego byliby zdolni ci, którzy już ułożyli jej życie…
-Więc ucieknijcie- mężczyzna wzruszył obojętnie ramionami.- Poruszacie się z pełną swobodą, jak zauważyłem. Niczego wam więcej nie potrzeba. Weź ją i odjedźcie stąd. Bez żadnego tłumaczenia i, najprawdopodobniej, bez konsekwencji. Zatrzymajcie się gdzieś daleko i ułóżcie sobie życie. Bez zbędnego balastu w postaci męża o wiadomych preferencjach…
-Łatwo ci mówić!- odparła gorzko.- Na zamku jesteśmy bezpieczne! Nikt nie zwraca na nas aż tak dużej uwagi, dama dworu i królewna… Na nasze kontakty spoglądają z przymrużeniem oka… A tam…? Gdzie indziej…? Dwie kobiety, mieszkające razem? Młode? Będące materiałem na ewentualne żony i kochanki?- pokręciła głową.- To będzie zwracało uwagę, będzie źle widziane…
-A więc to jednak kwestia wygody…
-Nie!- zaprotestowała gwałtownie Eres.- To kwestia podjęcia właściwej decyzji! Naszego wspólnego bezpieczeństwa! Nie przeżyłybyśmy gdziekolwiek indziej!
-Jakoś nie wydaje mi się, żeby wasz związek był fenomenem na skalę światową…- Amir uśmiechnął się pobłażliwie.- Istnieją inne tego rodzaju… pary… zapewne nie tylko na zamkach, i dają sobie radę… Choć rzeczywiście, to dość specyficzna konfiguracja…
-I kto to mówi!- prychnęła z politowaniem jasnowłosa.
-Ja jestem mężczyzną i tak, to też dość specyficzne, choć raczej nie tak bardzo, jak wasze kontakty… Nie wiem, jak wiele znasz kobiet o podobnych preferencjach, ja nie znałem dotąd żadnej, za to mężczyzn aż zbyt wielu…
-Bo zamykacie nas w domach!- krzyknęła z oburzeniem.- Nie pozwalacie nam wychodzić! Ograniczacie sens naszego życia do zajmowania się tym, co dla was samych jest niegodne uwagi i poniżające! Dobrze was poznałam! Was, wielkich panów szczególnie! Specyficzna konfiguracja, tak…? Niech i tak będzie! Ci podobni do ciebie…- skrzywiła się z obrzydzeniem, kręcąc głową.- Mają żony i dzieci… A później jak gdyby nigdy nic spotykają się z mężczyznami… Wstrętne!
-Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale nakłaniałaś mnie do czegoś podobnego- zauważył Amir, uśmiechając się pobłażliwie.- Poza tym, chcesz czy nie, różnimy się bardzo. Pogódź się z tym. Wasze obowiązki są naturalne. Rodzicie dzieci, więc musicie się nimi zajmować. Nie chcecie rodzić dzieci, to tego nie róbcie. Zresztą, nie wiem, jaki ty możesz mieć z tym kłopot. Nie występuj w roli obrończyni tych, którym najwyraźniej odpowiada ich położenie.
-Różni was od nas jedynie wasza własna pycha!- odparła wyniośle, przeszywając Amira lodowatym spojrzeniem.- Bardzo żałuję, że gdy biegałeś wkoło nagi, nie pozbawiłam cię jedynego elementu, który czyni z ciebie mężczyznę…- uśmiechnęła się złośliwie.
-Nasze różnice nie są kwestią ciała. Nasze różnicę tkwią tutaj- stwierdził człowiek, wskazując palcem na skroń.
-Też coś! Znam kobiety mądrzejsze od was po stokroć i te, które pokonałyby was w sile, którą tak się szczycicie! A jednak, choćby tak się stało, wy nigdy nie przyznacie nam prawa do istnienia na równych warunkach! Zawsze będziemy jedynie elementem, który możecie w dowolnej chwili wziąć i odrzucić, jakby nie był niczym istotnym!
-Dosyć tego!- Ariene na powrót pojawiła się w pomieszczeniu, wyczuwając chyba, że atmosfera zaczyna się zagęszczać jeszcze bardziej.- Daj spokój, Eres…- poprosiła cicho rozjuszoną towarzyszkę.- Powiedział wyraźnie. Nie pomoże nam. Nie naciskaj.- rzuciła stanowczo, widząc, że jej kompanka już otwiera usta, by powiedzieć coś jeszcze.
Jasnowłosa wpatrywała się w mężczyznę nie kryjąc gniewu, ale ostatecznie powstrzymała się i nie rzuciła już żadnej uwagi.
-Jeśli naprawdę się o nią boisz, podejmiesz decyzję, która zapewni wam prawdziwy spokój, nie tylko pozorny- stwierdził Amir.
Po czym skinąwszy na pożegnanie głową brązowowłosej, opuścił chatkę.

Wszedł do rozłożonego przez potomka wilków namiotu i ułożył się na brzuchu, wzdychając ciężko. Błądził przez chwilę dłonią po podłożu, by natrafić wreszcie palcami na koc, którym następnie usiłował się okryć, niezbyt skutecznie, z resztą. Długa wędrówka przez las, jaką urządził sobie w drodze powrotnej, gubiąc się przy tym ze dwa razy, nim trafił do swoich towarzyszy, dosłownie go wyczerpała. Ułożył głowę na przedramionach i przymknął powieki, zastanawiając się, czy Nadim wciąż jeszcze uświadamia biednego Devina, który za nic w świecie nie mógł zrozumieć, dlaczego nie ożenił się z królewną. Chwilę później, ktoś wślizgnął się do namiotu. W pierwszej chwili mężczyzna nie zareagował, będąc pewnym, że to Devin, ale sądząc po nienaturalnej, jak dla poety, ciszy, musiał to być jego drugi kompan. Co zresztą potwierdził fakt, że tenże przybysz, położył się nagle na jego plecach, wtulając się w niego mocno i musnął wargami jego ucho, by szepnąć cicho:
-Nie bądź zły.
Niepohamowany uśmiech wpełznął na wargi człowieka, gdy usłyszał te słowa. Poczuł, jak Nadim pociera policzkiem o jego policzek i mruczy cicho.
-To przeprosiny…?- zapytał Amir, siląc się na niemalże oficjalny ton, choć jemu samemu odpowiedź wydawała się być oczywista.
-Nie- zaoponował jednak Nadim, ku jego zaskoczeniu.- Nie uważam, żebym miał za co przepraszać albo z czegoś się wycofywać, ale…
-Och, świetnie…- mruknął gorzko mężczyzna, przewracając się na bok, plecami do potomka wilków i tym samym strącając go z siebie.
Nadim przysiadł obok niego, nie rezygnując.
-Mógłbyś mnie posłuchać…?- zapytał poważnie, wpatrując się w kompana z uwagą. Amir zdecydowanie mógłby, chociaż jeszcze nie był pewien, czy chciał.- Chociaż przez chwilę. Nie pozwoliłeś mi wytłumaczyć, co miałem na myśli. Naprawdę wolisz nie wiedzieć…?
Człowiek zawahał się wyraźnie. Zerknął na potomka wilków przez ramię, zawahał się po raz kolejny, po czym westchnąwszy głęboko, odwrócił się w jego stronę, tak powoli i opornie, jakby ktoś go do tego zmuszał. Podniósł się do pozycji siedzącej, spoglądając na towarzysza z wyczekiwaniem. Jeśli Nadim miał coś jeszcze do wyjaśnienia, właściwie lepiej by zrobił to teraz. Amir nie zamierzał po raz kolejny błądzić we własnych złudzeniach i karmić się niepewnością.
-Powiedziałeś, że zrezygnujesz z bycia królem, gdy tylko wrócimy- przypomniał mu potomek wilków.- I, że nie chcesz być monarchą. Że twój brat byłby lepszy…- Amir skinął niecierpliwie głową, nie wiedząc, dokąd jego towarzysz zmierza z tą całą wyliczanką.- A co by było, gdyby Hadrin odmówił? Gdyby nagle zmienił plany i nie chciał przejąć władzy?
Amir uniósł brew i parsknął śmiechem. Odmawiający władzy Hadrin…? Bardzo chciałby to zobaczyć, ale szczerze mówiąc, nawet z wyobrażeniem sobie takiej sytuacji miał spory problem.
-To niemożliwe- stwierdził z pełnym przekonaniem.
-Być może- zgodził się z nim Nadim.- Ale ja proszę cię tylko, żebyś pomyślał, co by się zdarzyło w takiej sytuacji. Twój brat przyszedłby do ciebie albo do twojego wuja. Zrezygnował ze swoich wszelkich praw do tronu. Chciałby wybrać inną drogę. Co byś wtedy zrobił…?- zapytał Nadim, wpatrując się w towarzysza z wyraźnym zaciekawieniem.- Nakazałbyś mu, aby tego nie czynił…? Zabroniłbyś mu podobnego postępowania…?
-Ależ skąd!- żachnął się Amir.- Gdyby naprawdę tego chciał… Choć mogę cię zapewnić, że tak się nie stanie…- zaznaczył z góry.- … zrozumiałbym to doskonale, z oczywistych względów.
W końcu sam nie chciał być monarchą i, przynajmniej z tego punktu widzenia, postawa Hadrina zawsze go dziwiła. Ale to był nadrzędny cel jego brata, cel właściwie życiowy i podsycany nieustannie przez oczekiwania arystokratów i zachowanie ich wuja, który chwaląc młodszego z podopiecznych znacznie częściej i powierzając mu zadania związane ze swoją funkcją, zrodził we wszystkich wyjątkowo mylne wrażenie, że to on zostanie jego następcą.
-A więc kazałbyś wujowi, aby szukał kandydata na przyszłego króla wśród arystokratów…? A może miałby wystawić tron do miasta i szukać go wśród mieszczan…?- ironizował Nadim, uśmiechając się pobłażliwie.- Miałby wybrać kogoś obcego?
-Do czego ty właściwie zmierzasz?- zapytał bez zrozumienia Amir.- Nie wiem, co bym wtedy zrobił, bo nigdy nie stanę przed takim wyborem, mam co do tego pewność. Hadrin chce być królem i to się nie zmieni. Koniec kropka.
-Dobrze. A co by było, gdyby twój brat był poważnie chory i niezdolny do sprawowania swojej funkcji?- kontynuował swoje hipotetyczne wyliczenia Nadim.- Albo gdyby stało się coś poważniejszego…? Co wtedy…?
-Po co w ogóle mówisz mi takie rzeczy…?
-Bo chcę ci pokazać, że nasze życie nie zależy wyłącznie od tego, jakie podejmiemy decyzję, ale też od naszego otoczenia i od tego, co dzieje się z nim, z jego woli, lub też nie…- odpowiedział spokojnie potomek wilków.- Więc? Co byś zrobił w takiej sytuacji? Również byś odmówił?
Amir zacisnął wargi, długo głowiąc się na rozwiązaniem. Ale właściwie odpowiedź nasuwała się sama. Nie. Nie odmówiłby. Nie mógłby odmówić. Byłby wtedy jedynym dziedzicem, ostatnią osobą, która mogłaby utrzymać ład pozostawiony po Ludwiku, chociaż wcale nie widział się w tej roli i był świadom, że swoją ignorancją, którą zawsze zachowywał w dziedzinach, w których z powodzeniem obracali się jego brat i wuj, narobiłby większych kłopotów, niż jakikolwiek arystokrata.
-Nie odmówiłbym…- przyznał po długiej chwili milczenia. Nadim uśmiechnął się tylko. Wyglądało na to, że on znał już odpowiedź.- Ale to zupełnie bez sensu!- prychnął mężczyzna.- Hadrin chce władzy, jest zdrowy, w pełni sił! Nadaje się na to stanowisko jak mało kto! Nie ma żadnego powodu, by rozważać taką okoliczność…
-Ale ten powód może się w każdej chwili pojawić- przypomniał mu potomek wilków.
Amir pokręcił głową, wyraźnie niezadowolony.
-Nie wiesz, co się wydarzy- stwierdził krótko.
-Właśnie!- rzucił triumfalnie Nadim.- To usiłuję ci przekazać od dłuższego czasu. Nie wiesz, co się wydarzy. Nie masz pojęcia, co jeszcze zmieni się w twoim życiu i życiu twoich bliskich. Nie możesz więc podejmować decyzji, kierując się emocjami i tym, co wydaje ci się być dla ciebie dobre w tym momencie…- uświadomił go cierpliwie.- Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić, ani słowami, ani czynami i powinieneś wiedzieć o tym najlepiej…- dodał cicho.- To, co mi wtedy powiedziałeś… Cóż… Ucieszyło mnie w pewien sposób…- przyznał potomek wilków, a przyjemne ciepło na powrót wkradło się do serca Amira.- Ale nas nie uczono, by kierować się dobrem jednostki. Jesteśmy grupą. Los jednostki jest ważny, bo składa się na całość, ale to nie zmienia faktu, że chodzi przede wszystkim o dobro ogółu. I nie możesz teraz wiedzieć, jak długo twoje dobro będzie równoznaczne z dobrem tych, którymi w przyszłości będziesz… którymi mógłbyś w przyszłości rządzić- poprawił się Nadim.
-Dobrze…- odpowiedział łagodnie mężczyzna.- Niech tak będzie. Ale nie zostanę królem- zaznaczył natychmiast. Nadim jęknął głucho, skrywając twarz w dłoniach.- Za nic w świecie i bez względu na wszystko!- dodał stanowczo Amir.- Przynajmniej przy obecnych okolicznościach. To nie jest funkcja dla mnie i proszę cię, żebyś to zaakceptował.
-A ja proszę cię jedynie o to, byś nie podejmował pochopnych decyzji…- odpowiedział potomek wilków.- Czy możesz to dla mnie zrobić?
Amir westchnął cichutko, spoglądając na kompana.
Obawiał się, niestety, że dla niego mógłby zrobić wszystko.
-Tak…- odpowiedział w końcu, tonem dalekim od radości.
Nadim uśmiechnął się z zadowoleniem. Objął kochanka, przyciągając go do siebie i wpił się w jego wargi. Amir natychmiast oddał pocałunek, uświadamiając sobie, jak bardzo stęsknił się za ciepłymi wargami towarzysza. A biorąc pod uwagę czas, jaki wywołał tę tęsknotkę, nie wróżyło to zbyt dobrze wizji, w której on, jako władca, miałby odizolować się od niego na zawsze... Nie… Bez względu na wszystko, był pewien, że nie pozwoli sobie na coś podobnego. Nie teraz, gdy wreszcie go miał. Nadim przesunął usta na policzek i szczękę kochanka, składając na niej kilka pocałunków, po czym zsunął się na jego szyję, kontynuując, by nagle przerwać i rzucić:
-Swoją drogą… Nie rozumiem, dlaczego nie szanujecie swoich autorytetów…- powiedział. Człowiek spojrzał na niego bez zrozumienia, odrobinę zamglony jego bliskością i zaraz westchnął mimowolnie, gdy poczuł, jak Nadim zaciska delikatnie zęby na jego skórze, w sposób absolutnie prowokujący i niedopuszczalny, zważywszy na to, że, chwilowo nieobecny poeta, miał się zaraz pojawić.- Gdyby Canis wyznaczył mnie jako swojego następcę, nie wahałbym się ani chwili…- Nadim powędrował wargami jeszcze trochę niżej, znowu kąsając kochanka. Amir zachichotał cicho, przymykając powieki i zatrzymując dłoń na karku kompana.- Czułbym się zaszczycony… A nawet, gdyby nie, czułbym się zobowiązany. Ty jednak opierasz się, choć szanujesz swojego wuja i jak sam mówiłeś, cechuje się ogromną mądrością. Dlaczego?- zapytał otwarcie, przerywając na moment pieszczoty.
-Nie zawsze muszę zgadzać się z Ludwikiem…- odpowiedział Amir, wplatając palce w hebanowe włosy towarzysza.- Nikt nie jest nieomylny, każdy popełnia błędy. Decyzja Ludwika dotycząca mnie, jest tego najlepszym dowodem. Nie byłbym dobrym królem, o czym mówiłem ci wiele razy…- ciężkie, niemal pełne rezygnacji westchnienie wyrwało się z warg Nadima.- Fakt, że mój wuj zazwyczaj ma rację, nie oznacza wcale, że nie może się mylić.
-Pewnie tak właśnie musiałeś myśleć, gdy mówił ci o kryształach, prawda?- zapytał cokolwiek kpiąco potomek wilków.- Albo o powrocie demona. Pewnie sądziłeś, że się myli, czyż nie…?
-Mhm… Mniej więcej…- potwierdził Amir, nie zamierzając zajmować się szczegółami, za to mając wielką ochotę, by zająć się swym kochankiem, póki jeszcze miał chwilę czasu. Niestety, miał świadomość, że oto Nadim natrafił na temat, o którym potrafił gadać jak najęty, co odrobinę komplikowało jego plany.
-A jednak miał rację- stwierdził triumfalnie potomek wilków.- I co do kryształów, i co do powrotu demona, i…
-Chwila, chwila!- przerwał mu natychmiast Amir, znajdując oto i temat dogodny dla siebie. Nadim spojrzał na niego pytająco.- Miał rację co do kryształów, owszem- potwierdził mężczyzna.- Zapewne do ich pochodzenia również. Ale o żadnym powrocie demona nic mi jeszcze nie wiadomo…
-Chyba żartujesz!- parsknął cicho potomek wilków, jakby naprawdę miał taką nadzieję.
-Nie, wcale nie żartuję- upierał się mężczyzna.- Gdyby rzeczywiście powrócił, może potrzebowałby czasu, aby zebrać siły, w porządku, mogę to zrozumieć… Ale tak czy inaczej, to podobno potężna istota, której w sposób znaczący zagrażamy, czyż nie…? Powinna więc, kręcić się gdzieś w pobliżu, próbować nas powstrzymać, a biorąc pod uwagę jej siłę, o której tak ochoczo opowiadacie, nie miałby najmniejszego problemu z tym, żeby unicestwić nas ot tak. Więc gdzie on jest, ten wasz demon…?
Nadim wzniósł oczy ku górze, wzdychając ostentacyjnie.
-Znowu to samo.
-Niby co?- obruszył się człowiek.
-Nic- zaśmiał się cicho potomek wilków.- Może po prostu się boi.
-Demon? Demon się boi? Wszechpotężna istota?
-Tak.
-Niby czego?
-Ciebie- Nadim uśmiechnął się pobłażliwie.- Twoich pytań. Wyobrażasz sobie…?- zapytał z udawaną powagą.- Pojawiłby się tutaj ze swoimi złowieszczymi zamiarami… A ty musiałbyś się upewnić, więc pytałbyś, co tu robi, dlaczego tu jest, po co się ujawnił, skoro nie musiał, a skoro musiał, to dlaczego, po co mu te kryształy, czemu był takim idiotą, że pozwolił się unicestwić wieki temu, czemu był takim idiotą, że współpracował z Fortisem, czy naprawdę jest tym, kim jest, a jeśli tak, to czy może to udowodnić, a czy może zrobić to jeszcze lepiej, bo masz drobne wątpliwości… Czy, czy, czy…- zanucił Nadim, bardzo rozbawiony.- Bla, bla, bla…
-Wcale tak nie robię!- zaprotestował z oburzeniem mężczyzna.
-Robisz dokładnie tak, jak mówię.
-Gdyby ten demon pojawił się tutaj, dysponując takimi siłami, jak to opisujecie, raczej nie miałbym o co pytać…- stwierdził z politowaniem mężczyzna.- A jeśli brać pod uwagę jego niszczycielskie zdolności, zapewne nie miałbym również możliwości zadania jakiegokolwiek pytania. Zabiłby nas i to pewnie bez większych problemów…
-Po co?- zapytał Nadim.
-Jak to „po co”?- prychnął jego kompan.- Bo mu zagrażamy! Gdyby postąpił inaczej, to byłoby nieracjonalne…
-Nie każdy postępuje racjonalnie…- szepnął Nadim z dość znaczącym uśmiechem, który jednak umknął poruszonemu Amirowi.
-Gdyby demon postępował tak jak ty, zapewne dziś nie byłby demonem, a kupką popiołu… Czy co tam zostaje z demonów…- mruknął z powątpiewaniem człowiek.- I może tak właśnie marnie skończył. Nic dziwnego, skoro zadawał się z potomkiem wilków…
Nadim parsknął niepohamowanym śmiechem.
-Nie mówiłem o nieracjonalnym postępowaniu w związku z naszymi przygodami- zaznaczył, rozbawiony.
-Eufemistyczne słowo określające ryzykowanie przeze mnie życia…- zironizował Amir.- Nieracjonalne postępowanie w związku z czym miałeś na myśli…?
-W związku z tobą- odparł otwarcie potomek wilków, wpatrując się Amirowi prosto w oczy, jakby ciekaw jego reakcji.
-Ach…- mężczyzna odkaszlnął skrępowany, czując, jak pąsowieje zupełnie pod wpływem spojrzenia kochanka.- Tak… Cóż… No tak…- dobrą chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że od dłuższego momentu duka coś zupełnie bez sensu i zdobył się wreszcie na odpowiedź- Nie sądzę, aby demon był mną zainteresowany w taki sposób…
-Mam nadzieję…- stwierdził potomek wilków, nie odrywając od towarzysza cokolwiek prowokującego wzroku.- Wykazujesz bowiem dość dziwaczną fascynację tego rodzaju istotami, czyż nie…? Na przykład pewnym rogaczem…- dodał z uśmiechem.
-Rogaczem…?- Amir nie potrafił myśleć przy swoim kompanie zbyt szybko, więc i to słowo zabrało mu trochę czasu, nim skojarzył je z osobą, o której mówili.- Chodzi ci o tego diabła…?- dopytał, po czym zaśmiał się cicho.- Mówiłem ci, że chodzi mi tylko o informacje… A poza tym…- umilkł nagle. Spojrzał na potomka wilków przenikliwie, raz jeszcze analizując jego słowa. Mimowolny uśmiech pojawił się na jego wargach.- Byłeś zazdrosny…?- zapytał niemalże z niedowierzaniem.
-Co?- spłoszył się wyraźnie Nadim.
Amir zaśmiał się głośno.
-Oczywiście, że byłeś zazdrosny!- stwierdził triumfalnie.- Już wtedy…? To ciekawe… To bardzo ciekawe…- zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu.
-Wcale nie byłem zazdrosny…- oponował cokolwiek nieudolnie Nadim.
-… Kto by pomyślał…
-Nie byłem! Po prostu obawiałem się, że wpędzi cię w kłopoty.
Amir spojrzał na kompana z politowaniem.
-Żadna istota nie wpędziła mnie dotąd w większe kłopoty niż ty- stwierdził.
I kolejny pocałunek, którym obdarzył go potomek wilków, upewnił go w przekonaniu, że to już raczej się nie zmieni. Objął kochanka ciasno, rozchylając wargi w niemym zaproszeniu. Ich języki zetknęły się ze sobą i splotły w rozkosznym tańcu. Amir oparł dłoń na policzku kompana, drugą rękę wsuwając w jego włosy. Palce Nadima zawędrowały pod materiał koszuli człowieka i pospiesznie błądziły po jego plecach, wywołując przyjemne dreszcze. Nie mogli jednak nacieszyć się sobą. Chwilę później usłyszeli, nieco z oddali, śpiewającego ponuro poetę i wiedzieli już, że Devin zaraz się przy nich pojawi. Nadim przerwał ich pocałunek, by zaraz jeszcze na chwilę powrócić do warg mężczyzny. Odsunął się ledwie odrobinę i zaraz ucałował go ponownie, by ostatecznie oderwać się od warg człowieka z wyraźnym trudem. Wtedy jednak, to Amir chwycił za poły jego koszuli, przyciągając go do siebie po raz ostatni i całując mocno.
-Dokąd idziesz…?- zapytał cicho.
-Będę stał na czatach…- odpowiedział potomek wilków.- Na wypadek gdyby twoja niedoszła żona jeszcze się pojawiła, z zastępem kobiecych wojowników, chcąc jednak cię zdobyć…
-Ha, ha…- Amir uśmiechnął się kwaśno.
-… A gdy on już zaśnie…- Nadim nachylił się w jego kierunku, szepnąwszy mu te słowa do ucha.- Możesz do mnie dołączyć…- człowiek przełknął ślinę, czując, jak robi mu się gorąco.
-To dlatego rozłożyłeś namiot…?- zapytał, czując, jak szeroki uśmiech ciśnie mu się na wargi.
Nadim uśmiechnął się jedynie.
-Będę czekał- powiedział, odchodząc.

Wyszli z lasu i wlekli się jakąś piaszczystą drogą. Było jeszcze przed południem, ale słońce już oblewało ich nieznośnym gorącem, które z pewnością miało się jeszcze nasilić. Amir odetchnął głęboko, ocierając pot z czoła. Obok niego wędrował zakapturzony Nadim, który, zapewne, gdyby nie jego umiejętność dostosowywania się do różnych warunków, miałby jeszcze gorzej od niego. Z tyłu zaś wlókł się nieszczęśliwy Devin, który dość ciężko przyjął fakt, że nieco się pomylił z obiektem, który uznał za sobie przeznaczony.
-Nie martw się, Devin…- nawet Amir poczuł w sobie jakąś nutkę współczucia, która nakłoniła go do wypowiedzenia tych słow.- Jeszcze trafi się inna…
-Ach, nie wiem, Amirze…- westchnął rozpaczliwie poeta, przeżywając najwyraźniej swój pierwszy, wielki kryzys.- Może czekam bezowocnie…? Może  nigdy nie pojawi się ta, która jest mi pisana…? Może żadna nie jest mi pisana…? Ach, przyjacielu! Jakież to okropne uczucie, jakie potworne! Kochać i zostać odtrąconym, rozdartym! Serce moje cierpiało wiele! Ale to dobrze dla poety, gdy jego serce i dusza cierpi! Tworzyć można i radości, i z rozpaczy, mnie zostało to drugie, ale podobno piękniejsza jest twórczość zrodzona z duchowych kaźni… Ach, i ja takie przeżyłem! Ma wybranka! Niech jej się wiedzie, niech będzie szczęśliwa! Choć ja tą skazę na zawsze zachowam w swym sercu… Pozostanie niczym gorzka pamiątka, ale jednocześnie, niczym doświadczenie mnie, odważnego, który zdecydował się kochać… To uczucie sprawiło, że się dławiłem i jednocześnie, jakby odetchnąłem. Sądziłem, że porzucę poezję, ale poezja została ze mną, lepsza i silniejsza niźli kiedykolwiek! Gotów byłem umrzeć z nieszczęścia, ale i jakby narodziłem się na nowo!
-I to wszystko przeżyłeś w ciągu jednego dnia…?- zapytał ze sceptycyzmem Amir.
-W ciągu jednego wieczora, przyjacielu- poprawił go Devin.
-Ach, tak…
-Ciągle jednak nie rozumiem…- odezwał się poeta, wyraźnie zbłąkany.- Dlaczego ona nie mogła być ze mną…?
-Ponieważ kochała kobietę- odpowiedział potomek wilków.
-Och. Jak siostrę…?
-Nie… Nie, jak siostrę, Devin…- westchnął ciężko Amir.- Tak, jak i ty ją. Tyle, że mniej platonicznie, mniej histerycznie i raczej długotrwale…- zakpił.
-Z całym szacunkiem, przyjacielu, ale to chyba niemożliwe…- powiedział poeta, nadal nie potrafiąc całej sytuacji zrozumieć.- To znaczy… Jak kobieta mogłaby kochać kobietę jak mężczyzna…? To chyba niemożliwe, prawda…? Miłość mężczyzny do kobiety jest miłością specyficzną i niepowtarzalną… Zgodzisz się ze mną, chyba…?
-Nie wiem- odparł obojętnie Amir.- Nigdy nie kochałem kobiety.
Devin pokiwał głową ze zrozumieniem.
-Znam te serca czyste i nieskalane uczuciem! Nie martw się, przyjacielu! I ciebie kiedyś trafi ta bolączka, która jest największą radością i największym nieszczęściem człowieka zarazem!
-Czyżby…?- Amir uśmiechnął się mimowolnie.
Jego spojrzenie powędrowało do potomka wilków, który skierował na niego wzrok dokładnie w tej samej chwili. Uśmiechnęli się do siebie obaj, nieco rozbawieni. Przyspieszyl kroku, zostawiając kuśtykającego poetę w tyle.
-Jak mogłeś nie przyjść…?- zapytał z udawanym obruszeniem Nadim, zerkając na swojego towarzysza.
-Zasnąłem… Sam nie wiem, jak to się stało…- stwierdził Amir, chichocąc cicho.- Położyłem się, przyszedł Devin, zaczął gadać, a później…- wzruszył bezradnie ramionami.- Jakoś tak wyszło…
-Szkoda… Miałem wobec ciebie bardzo ambitne plany…
Amir spojrzał na kochanka, zaintrygowany.
-A czy te plany mogą zostać zrealizowane w późniejszym czasie…?- zapytał, unosząc kącik ust w uśmiechu.
-Może…- szepnął figlarnie Nadim.
Człowiek zaśmiał się lekko, zostając nieco z tyłu. Zmierzył kompana uważnym spojrzeniem, ciesząc się właściwie ze swojego położenia. W tym momencie, zza zakrętu, wyszedł jakiś młodzieniec, który prowadził konia, na którym siedziała staruszka. Była przyodziana w płaszcz, podobny do tego, który miał na sobie potomek wilków i tylko siwe pasma, wystające spod kaptura, mogły sugerować jej wiek. Amir dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że młodzian wygląda uderzająco podobnie do tego, którego widział drzemiącego przy tronie. A staruszka miała zaskakująco młode dłonie… Przyspieszył kroku, zrównując się z tym, który prowadził konia.
-Więc jednak odchodzicie…?- zapytał cicho.
Eres skierowała na niego lodowate spojrzenie.
-Nie dałeś nam wielkiego wyboru…- odpowiedziała ostrym tonem.- Więc przynajmniej zejdź nam z drogi i nie wydaj nas przed wszystkimi!- syknęła gniewnie, jakby ktokolwiek poza nimi znajdował się na drodze.
Amir odsunął się nieco, przenosząc wzrok na królewnę, która zsunęła z siebie na chwilę kaptur, wraz z doczepionymi do niego włosami. Uśmiechnęła się delikatnie do mężczyzny i skinęła mu głową. Jej wargi ułożyły się w bezgłośne: „dziękuję”. Amir również odpowiedział jej uśmiechem.
Odetchnął głęboko, zwalniając, by Devin mógł go dogonić.
Ogarnął go przyjemny spokój.
On wszelkie decyzje miał jeszcze przed sobą.

14 komentarzy:

  1. Anonimowy10:26 PM

    Silencio, kocham Cię miłością bezgraniczną. Biorę się natychmiast do czytania:)

    Etna

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy1:57 AM

    Hahahahaha Zasnął! Po prostu. Kiedy Nadim mial takie plany! xD Boze tak sie uchichotalam w tym momencie ze szkoda gadac;p
    Rozdzial epicki <3 nie zeby to bylo cos nowego ;p Dzieki!;*

    Annola

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy9:43 AM

    Awww... Ale fajny rozdział ^^
    Cieszę się, że Amir pogodził się z Nadimem
    Oni są dla siebie stworzeni <3

    Rozmowa bohaterów o demonie była genialna.
    I te pytania wymyślane przez Nadima. Po prostu świetne ^^

    A jak Amir zasnął to padłam x3
    To było epickie ;D
    Zresztą tak samo jak cały rozdział *w*

    Polubiłam księżniczkę i jej ,,obrończynię".
    Fajnie, że razem uciekły.
    Mam nadzieję, że miłość człowieka i potomka wilków będzie trwała wiecznie.
    Amir naprawdę nadaje się na króla...
    Tylko obawiam się, że jeżeli nim zostanie to będzie musiał zerwać kontakty z potomkiem wilków, a tego bym nie chciała.

    Zastanawia mnie jak to rozwiążesz.
    A wlaśnie kiedy bohaterowie znajdą kryształy?
    Bo mam wrażenie, że przestało im zależeć na ich poszukiwaniu...

    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału Chaos'u


    Pozdawiam i życzę dużo weny
    Ai~chan

    OdpowiedzUsuń
  4. Historia z tego rozdziału jest chyba jedną z moich ulubionych do teraz. Szczególnie postać Eres mi się spodobała :)
    I nie mogę uwierzyć, że Amir zasnął, jak on mógł? xD
    Jestem coraz bardziej ciekawa przed jaką decyzją ostatecznie stanie Amir i jakiego dokona wyboru... ale oni są po prostu zbyt cudowni żeby ich rozdzielać, więc mam wielką nadzieję że się jakoś ułoży :)
    Czekam na kolejny rozdział ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy12:12 AM

    YES, YES, YES! Uwielbiam <3 Tyle pocałunków <3 omg... czuję się spełniona... Już myślałam, że pozbędą się tego niedoszłego poety, ale jak widać, jeszcze nie nadszedł czas. XD Życzę weny! Nie moge się doczekać ich schadzek. Mam nadzieję, że Amir powie Nadimowi prosto w twarz, że musi być delikatniejszy... XD Wyobrażam to sobie... hahahahh! <3 Lesbijskie zapędy też fajnie wyszły <3
    Powodzonka z pisaniem! Amir, ty mój bohaterze, stajesz się taki otwarty <3
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  6. Fantastyczny rozdział. Tak się zaczytałam, że nie wiem co się wokół mnie działo.
    Księżniczka i jej dama dworu/rycerz świetne. Dobrze wybrały i mam nadzieję, że będą razem. Tak samo mam nadzieję, że Nadim i Amir spędzą razem życie. Pasują do siebie idealnie.
    Przez chwilę byłam zła, że Devin nadal z nimi jest, ponieważ przez niego nie mogą porozmawiać w całkiem inny sposób.
    Ach, te ich pocałunki w usta, szyję. Mrrrr
    Amir zasnął. Hahahahaha, ale cieszę się, że to zrobił, albowiem bałam się, że nie opisałaś ich intymnego spotkania, a przecież ono jest ważne. To byłby ich drugi raz, może delikatniejszy, czulszy i przede wszystkim Amir nie jest już taki obolały, jak za pierwszym razem. :D
    Uśmiałam się przy tym, jak Amir walczył z rycerzem będąc całkiem nagim. :DD I potem, kiedy Nadim wymieniał pytania, które człowiek zadałby demonowi. Święta racja, tak by było. :D
    Kocham to opowiadanie. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy5:48 PM

    Cudowny rozdział!
    Bałam się, że może być trochę przygnębiający, w związku z tym co się działo w ostatniej części, ale - jak przyjemnie się rozczarowałam! :) To chyba będzie mój ulubiony rozdział, co chwila chichotałam z tego czy innego tekstu. W ogóle podchody Nadima były piękne! I obrażony Amir, który nie chciał wyjść na nadąsaną panienkę i w myśl tej idei polazł tam, gdzie Nadim nie mógł : ) Podczas walki Amira z rycerzem nie mogłam się skupić, bo ciągle miałam w głowie, że przecież Amir walczy w stanie ... niepełnego ubrania i musiało wyglądać to dość komicznie :D Ach, zła wyobraźnia.
    Biedny Amir, Nadim znalazł sposób na jego dąsy :) Tutaj posmyrać, tutaj pocałować, ach, ach :) Nie mam nic przeciwko takiemu godzeniu się :) > a tak na poważnie ta "wyjaśniająca rozmowa" chyba nie za wiele im pomogła. W sensie Amir i tak uważa, że nie zostanie królem, a Nadim nic przyszłościowo jeszcze nie planuje. Czyli w sumie nic się nie zmieniło. Oj, coś czuję, że ten temat wróci jak bumerang i chłopcy będą musieli dojść ze sobą do ładu. Nadim ma w jakimś sensie rację, oczywiście, ale ja i tak bardziej jestem w stanie zrozumieć Amira i to za jego przebiegłym planem jestem : ) Oo! Strasznie, strasznie podobały mi się reakcje Nadima : ) A szczególnie ta, gdy Amir zasugerował mu, że Nadim nie traktuje ich hm, związku poważnie. Takie ... mocne to było :) I haha, z Nadima zazdrośnik wychodzi, ale to dobrze, dobrze wróży na przyszłość : ) Najpierw o diabła, teraz o rycerza (całkiem niepotrzebnie jak się okazało! :))
    Devin również był kochany i aż go mi trochę szkoda. W sumie jestem ciekawa jakąż to wybranke serca dla niego szykujesz :) I czy w ogóle szykujesz.
    W sumie nie wydaje mi się, że Nadim z Amirem mają szansę "zgubić" teraz Devina, przeczuwam, że poeta zostanie z nimi do końca : }
    Co do głównego wątku: podobał mi się : ) Mało w "kryształowym stylu", bo zazwyczaj ich przygody są nieco straszne i niepokojące, a ta była w pewnym sensie nawet odprężająca :)
    Ta księżniczka i jej obrończyni to mi trochę żeńską wersję Nadima i Amira przypominały : D Rozmowa Amira z Eres, cudo, trafił swój na swego.
    No i jak widzę, po komentarzach: największe rozczarowanie - Amir zaspał!:D
    Haha, z początku pomyślałam, że pominęłaś scenę erotyczną i już mi było smutno, a później takie wyjaśnienie :D No cóż, to tylko zaostrza apetyt na kolejny rozdział!
    Powtórzę się jeszcze raz: rozdział świetny! jeden z moich ulubionych, jeśli nie ulubiony! Przepraszam za trochę nieskładny i hm, chaotyczny :D komentarz, ale PO TAKIM rozdziale nie byłabym w stanie chyba niczego sensowniejszego sklecić :D

    Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na kolejną część :)

    Virus

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:23 PM

    Droga Autorko, wpadłam tu wczoraj aby zająć swój niedzielny wieczór. Pochłonęłam Sunrise jednym tchem. Myślałam, że opowiadanie liczy sobie tylko 24 rozdziały. Ale jakoś mi ten 'ostatni' odcinek nie pasował na koniec. No, i w końcu mnie olśniło, że jednak opowiadanie nie jest zakończone ani wstrzymane. Czy w najbliższej przyszłości można spodziewać się kontynuacji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że tak :).

      Usuń
  9. Anonimowy8:55 AM

    Agh, ja też zasnęłam, jak Amir xd a rano doczytałam do końca. To nie tak, że było nudne, po prostu bylam zmęczona! :P
    Czasem nie mogę uwierzyć w to, jaki masz talent. chaos to chyba jedno z najlepszych opowiadań w internecie. (nie tylko yaoi)
    Trochę wkurza mnie podejście Nadima do spraw miłosnych... No cóż, zobaczymy jak to będzie dalej.. :)

    welcome-to-yashin.blogspot.com

    Yuki

    OdpowiedzUsuń
  10. Rozdział, jak zwykle zresztą, trzyma poziom, ale czuję pewien niedosyt. Nie, nie dlatego, że nie opisałaś gorącej sceny miłosnej. Bardzo brakuje mi spojrzenia na to, co się dzieje z perspektywy Nadima. Narracja jest trzecioosobowa, ale właściwie patrzymy na ten świat jedynie oczami Amira, więc nic nie poradzę, ze chciałabym wiedzieć, co dzieje się w głowie potomka wilków, poczuć to, co on czuje, zagłębić się w tę burzę uczuć i doznań(wierzę, że to nie letni kapuśniaczek a burza z piorunami;p). Może droga Autorka rozważy moją nieśmiałą propozycję? O ile to nie zaburzy planów dotyczących prowadzenia narracji oczywiście. Tak czy owak, czekam niecierpliwie na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam ciepło:)
    PS Bardzo podoba mi się poczucie humoru Nadima, a szczególnie rozbawił mnie moment, kiedy mówił do Amira: "Będę stał na czatach [...] Na wypadek gdyby twoja niedoszła żona jeszcze się pojawiła, z zastępem kobiecych wojowników, chcąc jednak cię zdobyć…" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narracja w moich opowiadaniach zawsze (poza drobnymi wyjątkami) prowadzona jest z perspektywy jednego z bohaterów nawet, jeśli narracja jest trzecioosobowa :). Narrator nie wszechwiedzący, a "tkwiący" w głowie jednego z bohaterów, jeśli mogę to tak roboczo ująć. I to raczej nie ulegnie zmianie :).

      Usuń
    2. Dziękuję. Teraz mam już jasność i w sumie jestem zadowolona, bo gdybyś zmieniła sposób prowadzenia narracji, opowiadanie straciłoby swój niepowtarzalny charakter, co dotarło do mnie poniewczasie. To ostatecznie TWOJE opowiadanie:D Pozdrawiam ciepło:)

      Usuń
  11. devin jest beznadziejny. to znaczy nie jako postać, tylko jako człowiek. jestem strasznie ciekawa, co dla niego planujesz [i mam nadzieję, że mogę zakończyć to zdanie uśmiechem?] ;]

    OdpowiedzUsuń