Strony

piątek, 30 listopada 2012

Rozdział 30 [Chaos]


Z dedykacją dla Zielonych Ludzi :)
Z umiłowaniem dla książek z dzieciństwa :)
I z dedykacją oraz umiłowaniem dla Magdaleny :*

Amir leżał w namiocie, słuchając, z nutką poirytowania, kropli deszczu bębniących leniwie o jego materiał. Na szczęście, póki co, nie zapowiadało się na burzę, i na szczęście, udało mu się zająć sobie tę mniej dziurawą część, choć nie bardzo podobało mu się, że Nadim zamierzał kolejną noc spędzić pod gołym niebem. Nie żeby wcześniej, w podobnych warunkach, im się to nie zdarzało. Potomek wilków wraz z poetą, już jakiś czas temu oddalili się w kierunku jeziora. Było zdecydowanie zbyt ciemno i zimno, jak na tego rodzaju wycieczki, ale trudno było wymagać od Nadima, by przejmował się tego rodzaju „drobnostkami”.
Mężczyzna westchnął cicho, chcąc doczekać przyjścia towarzyszy, choć był już tak senny, że jego myśli zaczynały krążyć niekontrolowanie wokół różnych tematów, a on nie był pewien, jak długo jeszcze wytrzyma. Przymknął powieki. W tym momencie, ktoś wślizgnął się do namiotu. I zachowanie tego kogoś było tak oczywiste, że nawet półprzytomny Amir nie mógł wysnuć innego wniosku, jak tylko ten, że tym kimś był Nadim. Potomek wilków pochylił się nad nim, muskając wargami skroń mężczyzny. Ciemne, wilgotne pasemko opadło w tym momencie na policzek człowieka, który leżał odwrócony do kompana plecami. Otworzył oczy i zerknął przez ramię na uśmiechającego się specyficznie potomka wilków.
-Masz mokre włosy…- wymamrotał, marszcząc brwi.- Gdzie właściwie jest Devin…?
-Devin szuka swoich spodni- odpowiedział potomek wilków, kładąc się obok niego i podpierając na łokciu.
-Szuka swoich… Co?- zdumiał się Amir, zmuszony do tego, by wykazać się jak na tę chwilę wyjątkowymi, siłami intelektualnymi.- Jak to spodni…?- powtórzył po chwili, marszcząc brwi. Następnie przewrócił się na plecy, wbijając w towarzysza pełne niezrozumienia spojrzenie.- Co się stało z jego spodniami?
-Zaginęły mu gdzieś, gdy się kąpał…- odparł potomek wilków nie przestając się uśmiechać w bardzo charakterystyczny sposób.- Albo po prostu ktoś strasznie zły i strasznie niecierpliwy zawiesił je na pobliskim drzewie…- dopowiedział po chwili. znacząco- Jak wolisz…
Amir uniósł brwi, dopiero teraz zaczynając pojmować, do czego zmierza jego kompan. Uśmiechnął się mimowolnie na samą myśl, bardzo szybko powracając do rzeczywistości. Obrócił się w stronę potomka wilków.
-A czy ten strasznie zły i niecierpliwy osobnik miał ogon…?- dopytał z pozorną powagą, mimowolnie zwilżywszy wargi językiem.
Nadim nachylił się nad nim.
-Tak mówią…- szepnął człowiekowi wprost do ucha, nie poprzestając na tym. Musnął wargami płatek jego ucha, po czym jego usta zsunęły się niżej, na szyję. Niespiesznie wędrowały w dół, naprzemiennie to całując, to delikatnie podgryzając skórę mężczyzny, który westchnął, ulegając przyjemności. Jedną dłoń wsunął w mokre włosy potomka wilków, drugą oparł na jego plecach, badając palcami wilgotną skórę i zbliżając się coraz bardziej do pośladków kochanka. Kiedy już na nie natrafił, zdał sobie sprawę z czegoś, na co wcześniej nie zwrócił uwagi.
-Jesteś nagi…?- parsknął, w pierwszej chwili z niedowierzaniem.
-Mhm…- potwierdził pomrukiem Nadim, jakby nie było w tym nic dziwnego.
-Nagi?- powtórzył raz jeszcze Amir, nie mogąc powstrzymać chichotu, jaki cisnął się na jego wargi.
-Kompletnie- potwierdził dumnie potomek wilków, przerywając pieszczoty i uśmiechając się do kochanka sugestywnie.
-I taki tu przyszedłeś…? Nagi w sensie…?
Nadim skinął głową.
-Nie chciałem tracić czasu.
Amir wybuchnął śmiechem.
-Ćśśś… Cicho…- zachichotał Nadim, wpijając się w wargi człowieka, co rzeczywiście stanowiło najlepszy sposób na uciszenie go w każdej sytuacji.
Złączyli się ze sobą w ciasnym uścisku, oplatając nawzajem ramionami i przetoczyli na bok, choć w wąskim namiocie nie mieli zbyt wiele przestrzeni. Amir wylądował na dole, Nadim rozsiadł się wygodnie na jego biodrach, z lekko stwardniałą męskością. Uśmiechnął się szeroko, dostrzegając, jak wzrok jego kochanka koncentruje się na tym właśnie punkcie. Amir podniósł się do pozycji siedzącej, obejmując partnera jedną ręką w pasie, wolną dłonią natomiast, natychmiast sięgnął do jego członka. Stymulował go niespiesznymi ruchami, rozkoszując się pocałunkiem, jaki złożył na jego wargach Nadim i jego nieco chłodnymi dłońmi, które wślizgnęły się pod koszulę człowieka. Sam Amir również z chęcią pozbyłby się odzienia, w szczególności dolnych partii, bo i jego ciało zareagowało na bliskość kochanka. Palce potomka wilków zacisnęły się na rąbku jego koszuli i szarpnęły go w górę, ale Amir był zbyt skoncentrowany na penetrowaniu wnętrza jego ust, by odrywać się od niego choćby na chwilę. Dopiero moment później, przerwał pocałunek, spoglądając na Nadima nieco zamglonym wzrokiem.
-Ile właściwie mamy czasu…?- zapytał podejrzliwie, opierając dłonie na biodrach kompana.
Nadim wzruszył ramionami, oddychając płytko.
-Kilka minut…- odparł.
-Kilka minut?- westchnął Amir, rozczarowany, przyciskając go do siebie z powrotem.- Tak szybko nawet się nie rozbieram… Nie mówiąc o innych sprawach…
-Dlatego jestem tu, żeby ci pomóc- stwierdził z prowokującym uśmiechem Nadim.
Człowiek parsknął rozbawiony. Chciał powrócić do warg potomka wilków, ale ten wykorzystał chwilę, by pozbawić go górnej części garderoby. Amir zamruczał mimowolnie, choć w tym związku nie on miał w zwyczaju podobne zachowania. Nadim uśmiechnął się, zagryzając figlarnie wargę i pchnął kochanka, by ten położył się na plecach. W sposób cokolwiek niecierpliwy, pozbawił go również spodni i bielizny, po czym na powrót, triumfalnie niemalże, rozsiadł się na jego biodrach. Amir ponownie się podniósł i wpił mocno w jego wargi. Potomek wilków oddał pocałunek, ocierając się jednocześnie swoją męskością o męskość kompana. Amir jęknął w jego wargi. Jedną dłoń oparł na karku potomka wilków, czując pod palcami wilgotne pasemka włosów. Drugą chwycił za członek kochanka, powracając do pieszczot, tym razem jednak szybszych i bardziej intensywnych. Rzeczywiście, nie należało tracić czasu, zwłaszcza w takich okolicznościach… Przez chwilę, w jego głowie niekontrolowanie pojawił się obraz Devina, który ich przyłapuje… Uśmiechnął się przez moment z rozbawieniem, ale zaraz odepchnął od siebie te wyobrażenia, bo jakoś nieszczególnie miał ochotę myśleć o poecie w takim momencie. Nadim jęknął cicho. Człowiek położył się z powrotem na plecach, ciągnąc za sobą kochanka. Potomek wilków otarł się o niego kilkakrotnie, przenosząc jednocześnie pocałunki na jego szyję i zmierzając ciepłymi wargami w stronę torsu. Amir przymknął powieki, biorąc płytki oddech. Przerwał pieszczoty, pozwalając zawędrować kochankowi niżej. Czuł, jak usta kompana zaciskają się wokół jego sutka i ssą go lekko. Stłumił w sobie cisnący mu się na usta jęk. Nadim powtórzył to samo na jego drugim sutku. Język potomka wilków przemknął wzdłuż skóry mężczyzny. Amir niecierpliwie wyczekiwał ciągu dalszego, ale po chwili uświadomił sobie, że jeżeli dalej będą szli w tym kierunku, Devin ich przyłapie, i to jeszcze zanim na dobre wezmą się do rzeczy, a nie miał najmniejszej ochoty, by ktokolwiek im przerywał. Na powrót przyciągnął więc do siebie kochanka. Wpił się w jego szyję, chwytając jednocześnie za swoją męskość i pocierając ją o członek towarzysza. Nadim poruszał miarowo biodrami, napierając na ciało Amira. Ich ciche jęki zbiegły się ze sobą w ciszy. Usta złączyły na powrót w żarliwym pocałunku. Płytki oddech, drżące ciało, rozkosz rozbrzmiewająca w jękach i westchnieniach… Szczytowali razem. Nadim położył się na nim, przymykając powieki i starając się uspokoić oddech. Amir w geście rozsądku sięgnął po leżący obok koc i nakrył ich obu, na wypadek, gdyby Devin zamierzał się pospieszyć, choć nic na to nie wskazywało. Potomek wilków ucałował wargi człowieka, po czym musnął nosem jego nos, uśmiechając się z zadowoleniem.
-Więcej niż kilka minut…- stwierdził z rozbawieniem Amir.
-Podziękujmy Devinowi…- szepnął Nadim, po czym przesunął językiem po ustach mężczyzny.
Amir rozchylił wargi, usiłując w nie pochwycić koniuszek języka potomka wilków.
-Chciałbym cię mieć dla siebie na dłużej…- powiedział z tęsknym westchnieniem Nadim, całując go raz jeszcze.
-Na jak długo…?
-Całą noc.
-Niezbyt wygórowane marzenie- zaśmiał się człowiek.
-Na razie i na to brakuje nam możliwości…- uśmiechnął się w odpowiedzi Nadim.- Ale gwarantuje ci, że to nie koniec moich planów…
Amir wyciągnął dłoń, wsuwając ją we włosy kompana.
-Już niedługo…- szepnął.
-Czyżbyś zamierzał sprzedać Devina?- rzucił z udawanym obruszeniem potomek wilków.- Bo wiesz, że na to nie mogę się zgodzić…
Człowiek parsknął śmiechem.
-Nie, to byłoby zbyt skomplikowane… Najpierw musiałbym uciąć mu język, żeby ktokolwiek zechciał go kupić… A i wtedy mógłby być problem ze sprzedaniem takiego wybrakowanego osobnika… I któżby mi uwierzył, że był bardziej wybrakowany wcześniej…?- westchnął Amir.
Jego kompan zachichotał, kładąc głowę na klatce piersiowej mężczyzny.
-Chodzi mi o to, że niedługo będziemy w domu…- wyjaśnił ostrożnie Amir.
-Tak…- potwierdził potomek wilków.- Nie do końca „niedługo”, ale rzeczywiście…
-Więc…
-Amir… Sądzę, że okoliczności w naszych ojczyznach będą bardziej… Skomplikowane… Niż obecność Devina…- zauważył łagodnie.
Amir spojrzał na niego z niepokojem, wspominając ich ostatnią rozmowę. Zawsze, gdy schodzili na te tematy, jakiś lęk wkradał się do jego myśli i zaczynał zastanawiać się nad tym, jak to będzie wyglądało po ich powrocie. Z tym, że on już wiedział, co zamierza. Nie interesowały go okoliczności. Z Nadimem było inaczej.
-Devin idzie…- rzucił potomek wilków, zsuwając się z kompana i układając obok.
Amir usłyszał kuśtykającego i marudzącego poetę dopiero po chwili. Szybko wdział na siebie spodnie, zostawiając cały koc Nadimowi. I zaraz Devin siadł z głuchym jękiem przed namiotem, rozsunął jego poły i zajrzał do środka.
-O, drodzy przyjaciele! Mam dziś chyba strasznego jakiegoś pecha…- podzielił się z nimi refleksją, wyraźnie zdyszany.- Mam spać na zewnątrz…?- zaniepokoił się po chwili.
-Nie, nie, Devin, zaraz wejdziesz do środka- odpowiedział Nadim z łagodnym uśmiechem.- Jest trochę chłodno… Wezmę sobie koc…- poinformował, posyłając drugiemu towarzyszowi kolejny uśmiech, który sprawił, że Amir nie mógł powstrzymać chichotu.
Owinięty materiałem potomek wilków, wyczołgał się z namiotu. Devin zajął jego miejsce.
-Przyjemnych snów, przyjacielu…- westchnął sennie poeta, przewracając się na brzuch i zasypiając chwilę później.
Amir uśmiechnął się lekko pod nosem, przymykając powieki. Przez chwilę jego myśli błądziły leniwie wokół osoby potomka wilków, po czym i on zasnął.
Nie minęło jednak wiele czasu, gdy obudził się nagle. Otworzył oczy, podnosząc się gwałtownie do pozycji siedzącej. Przetarł powieki, czując, że coś jest nie w porządku. Chciał rozejrzeć się dookoła, ale w tym momencie coś zaczęło razić go mocno w oczy. Jęknął cicho i zakrył je ręką, usiłując przyzwyczaić się do światła i wypatrzeć jego źródło. Słońce…? Przecież mógłby przysiąc, że zasnął w namiocie. Teraz jednak z pewnością go w nim nie było. Leżał na trawie, na otwartej przestrzeni, zdawało mu się, że dokładnie w tym samym miejscu, w którym się zatrzymali. Ale namiotu nie było. Nie było Devina ani Nadima. A na niebie wcale nie górowało słońce. Ogromny kryształ. Coś o kształcie kryształu. Jaskrawe, bladoróżowe światło biło od niego we wszystkich kierunkach. Amir zmrużył oczy, przyglądając mu się przez długą chwilę i kompletnie nie wierząc temu, co widzi. Nie była to jednak najbardziej abstrakcyjna rzecz, jaką dostrzegł. Z pewnością nie mogło to konkurować z tym, co zobaczył, gdy jego wzrok spoczął na koronach drzew. Rozdziawił usta, kompletnie sparaliżowany, nie do końca wiedząc, co właściwie uczynić. W pierwszym odruchu chciał uciec, ale nawet nie drgnął , nie mogąc oderwać wzroku od tej osobliwości. Na drzewie, a raczej na drzewach, rozparty wygodnie na ich koronach, siedział mężczyzna. Kilkunastometrowy mężczyzna. O zielonej skórze, ogromnej głowie, która dyndała na bardzo chudej, nie pasującej doń w ogóle,szyi, dużym nosie, czarnych oczach i gęstych brwiach. Uszy miał spiczaste, z czoła wystawała para krótkich rogów. Miał zielone włosy, odrobinę jaśniejsze od koloru skóry, zieloną, długą brodę, która zaplątała się wokół jednego z pni drzewa. Ciało patykowate, bardzo chude, odziane w zieloną koszulę i spodnie. Jego dłonie i stopy były ogromne, zupełnie nieproporcjonalne do reszty. Machał nimi leniwie, sprawiając wrażenie znudzonego.
-Co, u diabła…?- wyrwało się z ust kompletnie przerażonego człowieka.
-Ach, witaj!- zawołał pogodnie zielony stwór, nie przestając się uśmiechać.- Jak się czujemy…? Przebudzony i przytomny…? Mam nadzieję, że nie! Ha, ha! Ale gotów do działania, prawda…? To doskonale!
Amir wpatrywał się w niego bez choćby krzty zrozumienia. Nie, nie rozumiał kompletnie. W zasadzie chyba przekraczało to wszelkie, dopuszczalne przez niego granice oderwania od rzeczywistego świata. Rozejrzał się raz jeszcze. Gdzie byli Nadim i Devin…? Co tu się w ogóle działo, do licha?!
-Kim ty jesteś…?- rzucił pod nosem, cicho, właściwie sam do siebie.
Wyglądało jednak na to, że tamten nie miał najmniejszego problemu z dosłyszeniem tych słów.
-Kimś, kto szuka rozrywki! Desperacko i niezmiennie, od lat, i bez przerwy…- wyrecytował dumnie, kiwnąwszy ogromną głową. Ułożył dłoń w taki sposób, jakby zamierzał się skłonić.- Kimś, kto potrzebuje drobnego rozproszenia! Drobnej uwagi! Zabawy! Śmiechu! Ha, ha! O tak, będę się śmiał!- oświadczył dumnie.- Zawsze to zresztą czynię… Gry i gierki… Świat jest taki zabawny! Wy tacy jesteście! Raj dla mej duszy!
Amir nic z tego nie zrozumiał i właściwie, nawet nie próbował. Był to z pewnością najbardziej niecodzienny, abstrakcyjny, oddalony od rzeczywistości i niemożliwy do wyjaśnienia w jakikolwiek zdroworozsądkowy sposób, obraz, jaki kiedykolwiek widział.
-Czym ty jesteś…?- szepnął tym razem, bo nazywanie tego monstrum człowiekiem z pewnością nie miało racji bytu. Co to było? Diabeł? Demon? Jaki rodzaj potwora…?
-Nie przedstawiłem się…?- zielony osobnik zmartwił się wyraźnie, po czym roześmiał radośnie.- Ach, nic straconego! Zrodziłem się wieki temu z mej matki, Nieobecnej Okrutnej Carycy! Szybko jednak uwolniłem się spod jej władania, tak, tak, matki są tak przesadnie władcze…- Amir nie odrywał od niego uważnego spojrzenia, z każdym jego słowem mając coraz większe wrażenie, że to wszystko chyba po prostu jest jakimś niezdrowym urojeniem, a nie rzeczywistością.- Za to mój ojciec…! O, mój ojciec jest wspaniały! Maleńki Rąbnięty Obrotny Konusik! Tak bym go nazwał! Wesołek jakich mało! Przy nim jest zdecydowanie najwięcej śmiechu!- rechotał stwór.-  A kim ja jestem…? Ja, o moja rozrywko, jestem samotny! Jestem ekscentryczny! I jestem absolutnie niezwykły! Oto ja! Samotniczek Ekscentryczek Nowatorski, do usług…- wyszczerzył w szerokim uśmiechu zielonkawe zęby, znów wykonując coś na kształt połowicznego ukłonu.- Ty nie musisz mi się przedstawiać… Znam cię doskonale!
Zwariował. Amir, nie zielony stwór. Zielone, gigantyczne stwory nie istnieją, dlatego nie mogą wariować, chociaż ten miał z pewnością nie po kolei w głowie. Człowiek potarł skronie, usiłując skoncentrować się na tym, co się wokół niego działo. Raz jeszcze rozejrzał się z uwagą. Cholerny kryształ na niebie. Cholerne zielone monstrum rozłożone na drzewach i spoglądające na niego bez przerwy. I nic poza tym. Las. Usiłował sobie przypomnieć dokładnie miejsce, w którym się zatrzymali. Wyglądało na to, że to było właśnie to miejsce. Ale nie było ich rzeczy. Nie było namiotu. Nie było jego kompanów…
-Gdzie jest Nadim…?- zapytał wreszcie kreatury, spoglądając na nią z uwagą.- I Devin…?
Stwór oparł palce na brodzie, rozdziawiając wargi w wyrazie groteskowego zdumienia i rozglądając się przez chwilę.
-No właśnie, gdzie oni są?- rzucił, rozkładając dłonie.
-Co im zrobiłeś?- warknął Amir.
Stwór zachichotał, bardzo rozbawiony.
-Nic- odparł wesoło.- Jeszcze nic.
Człowiek poruszył się niespokojnie. Nic się nie zgadzało, nic do siebie nie pasowało… Co tu się działo…? Czy to możliwe, by jego własny umysł płatał mu figle…?
-Gdzie są moi towarzysze?- powtórzył surowo.
-Ach, tam, nie rób takiej miny- odpowiedziało pogodnie monstrum.- Rozchmurz się! Jestem w końcu naprawdę miłym człowiekiem… KŁAMSTWO!- wyrzucił z siebie nagle, donośnie, sprawiając wrażenie mocno uradowanego wyrazem dezorientacji i lęku, jaki wymalował się na twarzy Amira.- Wcale nie jestem człowiekiem!
Mężczyzna zmarszczył brwi, usiłując dojść do jakiegokolwiek, logicznego wniosku, o ile takie, w tej sytuacji, były w ogóle możliwe.
-… Jesteś tym demonem…- stwierdził po chwili.
Monstrum jęknęło niemalże boleśnie.
-Nie, nie, nie, nie słuchałeś uważnie…- odparł, kręcąc wielgachną głową z wyraźnym rozczarowaniem.- Ja chcę się tylko bawić… I nie nudzić, nie, nie, nuda bywa pożywką dla wyobraźni, ale w dłuższej perspektywie… Nuda zabija! Bezradność zabija! Brak zajęć zabija! Ja muszę się bawić! Muszę tkać, muszę istnieć! Muszę działać! Działanie, o ma rozrywko, działanie wyzwala! Emocje! Miłości! Złudzenia! Lęki! Radości! Chaos! Kompletny chaos!- zawołał donośnie.- Niech żyje chaos!
Amir wpatrywał się w niego, oszołomiony. Pokręcił głową i przymknął na chwilę powieki, usiłując uporządkować sobie to wszystko. Jakim cudem to mogło dziać się naprawdę…?
-Przygotowałem nam małą grę… Żebyśmy się nie nudzili…- powiedział stwór.- Och, dobra!- zarechotał wesoło.- Żebym ja się nie nudził! Nie wiedzieć czemu, wy spoglądacie na to zupełnie inaczej! Ale gry są dobre! Dają możliwość zabawy… I sprawdzenia samych siebie…- wyszczerzył się pogodnie.- Tak jest, moja rozrywko! Mam nadzieję, że okażesz się równie fascynujący jak zakładam, bo inaczej mógłbym się nieco rozczarować i nudzić… Nie lubię się nudzić…- uprzedził raz jeszcze.- Ale! Nie wyprzedzajmy faktów! Czasu mamy niewiele, gadanie jest nudne, działajmy!
-Skąd pomysł, że będę chciał grać z tobą w cokolwiek…?- rzucił Amir.
-Och, sądzisz, że dam ci możliwość wyboru?- zachichotała kreatura, szczerze rozbawiona.- O nie, nie, dowolność to zbyt duży przywilej, nie możemy sobie na to pozwolić, moja rozrywko, nie, nie… Ale jak wspominałem, jestem miły… To nie było kłamstwo… Dlatego dam ci coś na zachętę…- stwierdził, uśmiechając się szeroko. Amir spoglądał na niego bez zrozumienia. Stwór poruszył brwiami, jakby chciał dać mu coś do zrozumienia. Człowiek pokręcił głową, nie mając pojęcia, w czym rzecz.- Och, rozrywko…- westchnął rozczarowany zielony osobnik.- Spójrz w górę…- dodał, teatralnym szeptem.
Amir popatrzył na zawieszony wysoko na niebie kryształ, po czym przeniósł wzrok z powrotem na zielonego stwora. Ten uśmiechnął się z zadowoleniem.
-Kryształ- stwierdził człowiek.
-Owszem.
-Kryształ wielkości słońca…- dodał, coraz bardziej powątpiewając we własne zdrowe zmysły.
-Szczegóły!- parsknął wesoło jego rozmówca.- Sądziłem, że może mi się kiedyś przydać, więc go sobie wziąłem… Właściciel był chyba do niego bardzo przywiązany… A to pech…- westchnął z udawanym smutkiem, by zaraz dodać radośnie- Raczej nie będzie mnie szukał… Ha, właściwie to jestem pewien! Wątpię, by zdawał sobie sprawę z tego, gdzie podziała się jego błyskotka! Chociaż wątpię też, by wiedział, skąd pochodziła! A to dobre, ma rozrywko! Już sama ta historia jest tak fantastyczna, że można uśmiać się po pachy!
Amir pokręcił głową.
-Nie zamierzam z tobą grać- stwierdził twardo.
-Zamierzasz- zapewnił go zielony stwór.- Uwierz na słowo.
-Nie obchodzi mnie kryształ- odparł ostro.- Chcę wiedzieć, gdzie są moi towarzysze.
-Daj mi szansę!- jęknął groteskowo i błagalnie osobnik.- Pierwsza gra! Pierwsza gra, dobra rozrywka, rozrywko, kolejna zachęta, a jakby tego było mało, odpowiedź na twoje pytanie… Co ty na to?
Amir wpatrywał się w niego przez chwilę, kompletnie zdezorientowany.
-Nie mam pojęcia, o co ci chodzi- stwierdził wreszcie zgodnie z prawdą.- Ale nie dam się wmanewrować w nic podobnego…
Zielony stwór zachichotał, wyraźnie wesół.
-Odwróć się, więc, i przemyśl to jeszcze raz…- rzucił prowokująco.
Człowiek spoglądał na niego przez chwilę, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście powinien to robić. Wreszcie jednak zwrócił się twarzą do drzew, które znajdowały się wcześniej za jego plecami. Dostrzegł to, co miał dostrzec. Znieruchomiał.
-Devin…- szepnął, zdumiony.
I gdyby to rzeczywiście był Devin, nie byłoby problemu. Kłopot jednak w tym, że stał przed nim nie jeden poeta, a… trzech. Trzech Devinów, którzy spoglądali po sobie wzajemnie, mocno zdezorientowani, po czym skierowali wzrok na Amira. Mężczyzna natychmiast ruszył w ich kierunku, ale nagle ziemia zadrgała gwałtownie. Tuż przed jego stopami pojawiło się nagle szerokie pęknięcie, które oddzieliło go od towarzysza… Towarzyszy… Devinów.
-Devin!- krzyknął człowiek, nie mając pojęcia, co robić.
-Przyjacielu!- usłyszał poddenerwowany głos, ale nie zdążyłby nawet ustalić, który z poetów wyrzucił z siebie to słowo.
Odwrócił się na powrót w stronę zielonego stwora, który spoglądał na niego z pełnym satysfakcji i autentycznej, dziecinnej niemalże, radości uśmiechem.
-To jest właśnie dobra gra…- ocenił, zadowolony. Amir zmarszczył brwi, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Dobra gra powinna obnażać intencje albo obnażać słabości… Czasem jedno i drugie… Dobra gra powinna bawić, a to, moja rozrywko, będzie doskonała zabawa!- zaśmiał się wesoło brodaty, zacierając dłonie.- No, dalej! Co tak patrzysz…? Ach, tak! Olaboga! Zapomniałem dodać…? Wybierasz jednego, a ja pozbywam się pozostałych- obwieścił, chichocąc. Amir osłupiał momentalnie, spoglądając na niego z przerażeniem.- Jak sądzisz, wybierzesz tego prawdziwego…?
-Niby po czym miałbym poznać, który z nich jest prawdziwy?!- warknął z przejęciem mężczyzna.
Obejrzał się w stronę poetów. Przyglądał się z dużą uwagą każdemu z nich, ale pod względem fizycznym nie różnili się pomiędzy sobą niczym, najdrobniejszym nawet szczegółem. Znów spojrzał na zielonego stwora. Ten uśmiechnął się do niego z pozorną niewinnością, wzruszając ramionami i jednocześnie, w sugestywny sposób, poruszając brwiami, jakby chciał mu dać do zrozumienia, by ten sam do tego doszedł.
-Devin!- zawołał cokolwiek desperacko.- Devin, możesz mi odpowiadać…?
-Ach, przyjacielu! Błagam cię, nie zostawiaj mnie tutaj, widzisz chyba, że ja jestem prawdziwy!- odparł mu pospiesznie jeden z poetów, wychodząc przed szereg. I przez chwilę, ledwie tę krótką chwilę, Amir miał jeszcze nadzieję, że to rzeczywiście będzie takie proste.- Przecież to ja…
-Amirze!- jęknął z bólem następny, usiłując odepchnąć tego, który wystąpił.- Amirze, to ja, twój przyjaciel! Ja jestem prawdziwy! O, dobrzy bogowie! Ja nie chcę umierać!
-Oni kłamią, Amir! Ja jestem prawdziwy!- zawołał znów trzeci.- Uwierz mi na słowo, błagam, uwierz mi…- załkał niemalże, wyraźnie poruszony.- Przecież mówiłeś, że zawsze cię irytowałem, na pewno byś mnie poznał…
-Nie, to ja cię irytowałem!
-To ja cię irytowałem!
-Ja irytowałem cię najbardziej!
-Dość! DOŚĆ!- krzyknął Amir, unosząc dłoń.- Przestańcie natychmiast!- syknął gniewnie, a poeci odsunęli się od siebie, przyglądając mu się z wyczekiwaniem, w pełnym napięcia milczeniu. Mężczyzna wziął głęboki oddech. Raz jeszcze przyjrzał im się z uwagą, po czym skierował spojrzenie na tę kreaturę.- To nie gra- oświadczył.- To szaleństwo.
-Dziękuję…- stwór pokiwał z dumą głową, jakby uznał to za komplement.- Pójdźmy na kompromis i uznajmy to za szaloną grę! Co ty na to…?
-Ja nie będę grał- zaprotestował mężczyzna.- Nie będę kładł na szali życia mojego towarzysza. Ani za kryształ, ani za nic innego.
-Jesteś pewien…?- stwór udał zaniepokojonego.- Bo chyba wiesz, że w takim wypadku, musiałbym się pozbyć wszystkich…
Amir zacisnął mocno wargi, coraz bardziej zdenerwowany. Nie wiedział, co miał robić.
-Chociaż może to dla ciebie wygodne…- zasugerowała kreatura.- Trzech jest nie do wytrzymania, ale i jeden jest zapewne bardzo denerwujący… Właściwie lepiej byłoby się go pozbyć, prawda…?-istota uśmiechnęła się przebiegle.- A właściwie, może i masz rację…
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Amir. Stwór wbił w niego ciekawskie spojrzenie.- Powiedz mi, jak mam ich rozpoznać, do diabła!- syknął, wytrącony z równowagi.- Co mam zrobić?!
-Zgodzisz się chyba, że byłaby to mało rozrywkowa rozrywka, moja rozrywko, gdybym ci podpowiedział…- odparł obojętnie stwór, układając się wygodniej na konarach drzew.- Nie bawiłbym się tak dobrze. A ja lubię bawić się wybornie!  Co postanawiasz, Amirze…? Nie mamy w końcu wieczności! No, a przynajmniej ty jej nie masz…
-Mogę zadawać mu pytania?- rzucił mężczyzna, woląc się upewnić.
-Choćby i całe multum- potwierdził z zadowoleniem stwór.- Zdziwiłbym się, gdybyś zamierzał czynić cokolwiek innego… Pytaj więc, moja przebiegła rozrywko! Zobaczymy, ile rzeczywiście jest w tobie sprytu…
Amir stanął blisko krawędzi, spoglądając na poetów. Wziął głęboki oddech, zastanawiając się, jak to wszystko ułożyć. Z początku chciał nakazać im odpowiadanie po kolei, ale wtedy nie zdołałby ustalić, czy wszyscy znają odpowiedź, czy też jeden powtarza to, co mówił drugi. Zdecydował się, że wyłapie tego, który odpowie najszybciej i najbardziej zgodnie z prawdą.
-Ostatnia kobieta, w której się kochałeś…?- wyrzucił z siebie.
-Kobiety czy kobieta… Ach, serce me złamane po stokroć, na dwoje rozdarte… Włos jasny walecznej i spojrzenie przyszłej królowej! Gdybyś była jedną, a nie dwiema pannami…
-Królewna, o boska, przepiękna, wspaniała i wojowniczka, która jej towarzyszyła, także całkiem nadobna… Cudna… Blade jej lica… Anioł, nie dziewica! Ach, bogowie chyba musieli niegdyś pozostawić na ziemi swe dzieci, skoro takie piękne istoty mogą chodzić wśród ludzi…
-O dwie dziewice! Najsłodsze ze słodkich, najpiękniejsze z pięknych! Och, gdyby któraś z nich chciała choćby zwrócić na mnie uwagę, wierz mi, mój przyjacielu, wierz mi, że…
-To bez sensu… Kompletnie bez sensu…- szepnął sam do siebie Amir, słuchając z coraz mniejszą uwagą mówiących jednocześnie poetów. Nie słuchali się nawzajem. Dobrze znali odpowiedź. Wszyscy. Jak…? Skąd mogli wiedzieć? Rozsądek podpowiadał mu, że tylko prawdziwy Devin powinien zdawać sobie z tego sprawę, ale było zupełnie inaczej.- Dobrze!- rzucił donośnie, uspokajając mówiących.- Powiedzcie mi coś innego… Gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy…?
Nie bez powodu zadał im to pytanie. Zdawało mu się, że może ten stwór, czymkolwiek był i skądkolwiek się wziął, obserwował ich ostatnimi czasy, stąd wiedział i rozumiał co się dookoła działo. To dotyczyło jednak dalszej przeszłości.
-Moja kochanka, utonęła tu… z ranka…- dokończył odrobinę kulawo jeden z Devinów.
-Wygnali mnie z wioski, mnie, zrozpaczonego, odepchnęli, jak gdybym był im zupełnie nieprzydatny… I oto zjawiło się me przeznaczenie, odnalazło mnie tak, jak podejrzewałem…
-O, przyjacielu! Nigdy nie zapomnę, gdy mnie znaleźliście, nad tym jeziorem, samotnego i gotowego umrzeć z żalu!
-Moja kochanka…!
Amir złapał się za głowę. Niemożliwe. Jak? Jak…? Desperackim wzrokiem spojrzał znów na obserwującego go z uwagą i rozbawieniem stwora. Jak miał znaleźć prawdziwego Devina? I jakim cudem wszyscy trzej potrafili odpowiedzieć na jego pytanie…? Był rozdarty, zupełnie zagubiony i zdezorientowany. W głowie słyszał już tylko szum przekrzykujących się wzajemnie głosów, które z opowieści, przemieniły się znów w prośby i czcze zapewnienia każdego z poetów, że to on właśnie jest tym prawdziwym i żaden inny nie może mu w tej prawdziwości dorównać. A przecież musiało istnieć jakieś rozwiązanie. A może nie…? Kim była ta istota, która chichotała z zadowoleniem, obserwując to, jak mężczyzna miota się i denerwuje coraz bardziej? Co miała na celu, prócz czerpania radości z jego strachu i wątpliwości? Nie znał odpowiedzi. Zastanawiał się długo, przyglądając się Devinom, którzy zaczęli nagle spierać się między sobą, coraz głośniej i bardziej gwałtownie. Właściwie… Właściwie było coś jeszcze… Nagły pomysł, który zaświtał mu w głowie.
-Oto jedzie pan bogaty…- zaczął donośnie. Poeci umilkli natychmiast, wbijając w niego zdezorientowane spojrzenie.- Oto jedzie pan bogaty…- powtórzył znów Amir.- Dokończ swój wiersz, Devinie…- poprosił, przenikliwym wzrokiem spoglądając na stojących obok siebie mężczyzn. Tym razem jednak, żaden nie wyrwał się do odpowiedzi. Amir ledwie mógł w to uwierzyć. On sam nie pamiętał zakończenia tego wiersza. Ale był pewien, że Devin by pamiętał. O tak, jeśli poeta do czegokolwiek miał głowę, to właśnie do własnych wierszy i poematów. Potrafił zaczynać je i kończyć kilka tygodni później, pamiętając każde słowo, każdą pauzę, każdy moment wytchnienia i chwilę dla, niepotrzebnej zupełnie, egzaltacji. A teraz…?- Oto jedzie pan wspaniały…- zaczął snów, wodząc wzrokiem po zdezorientowanych twarzach.- Devin…?
-Eee…- zakłopotał się jeden z poetów.
-… Chyba było tam coś o koniach…- dodał drugi, zastanawiając się poważnie.
-O tak, z pewnością coś o koniach!- podchwycił trzeci.
-Coś o koniach, tak, tak!
Amir parsknął z politowaniem, odwracając się do zielonego stwora.
-Oszukujesz…- stwierdził.- Żaden z nich nie jest prawdziwy.
-Doskonale! Doskonale, doprawdy doskonale!- śmiała się do rozpuku kreatura, kręcąc z niedowierzaniem ogromną, nieproporcjonalną do reszty ciała głową.- Nie wiesz na czym to polega, a i tak ci się udało…! Godne podziwu! Sam nie znałeś odpowiedzi, czyż nie…?
-Nie- potwierdził Amir.
-Ach, chytre! Ach, jakie pełne sprytu! Skoro ty jej nie znałeś, jak mógłbym znać ją ja…?- stwór rozłożył dłonie w bezradnym geście. Człowiek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc jego słów.- Wiedziałem, że znalazłem cię nie na próżno i będę bawił się doskonale! Cieszę się, że nie zawodzisz!
-Skłamałeś- przypomniał mu lodowato mężczyzna.
-Ja…?- stwór pstryknął leniwie palcami. Zapanowała przyjemna cisza, która kontrastowała ze wcześniejszym rumorem spierających się, tym razem o konie, Devinów. Wszyscy poeci zniknęli.- Ależ skąd!
-Powiedziałeś, że jeden z nich jest prawdziwy- upierał się Amir.
-Nie, nie…- usta brodatego ułożyły się w szerokim, zadowolonym uśmiechu.- Ja tylko zapytałem, czy sądzisz, że wybierzesz prawdziwego. To było nic innego, tylko pytanie. Pytanie i drobna prowokacja, powiedzmy…
-Więc gdzie jest prawdziwy Devin?- zapytał ostro mężczyzna.
-Tam, gdzie być powinien!- odparła wesoło istota.
-Czyli…?
-Ach, któż ma czas na nudnych poetów, gdy znajdzie sobie tak cudowną rozrywkę, jak ty…?- zachichotał z rozbawieniem stwór.- Nie dziwię się, że twój ogoniasty towarzysz tak bardzo ceni sobie twoje towarzystwo… Spryt godny podziwu… A może to co innego…? Instynkt…? Ha! Wygrałeś, moja rozrywko! Rzadko kto potrafi wygrać, ale tobie się udało! Twój umysł jest sprawny, ale jak jest z ciałem…?- dopytywał prowokująco zielony.- Ciało jest nudne! Ciało jest ograniczone! Ciało samo w sobie jest ograniczeniem… Ja na przykład nie mam żadnych ograniczeń…- powiedział i, w tym momencie, z jego ramion wyrosła para wielkich skrzydeł. Amir przyglądał się temu, kompletnie zaskoczony.- Ale wy, ludzie… A gdybyście nagle nauczyli się latać…?- zapytał, zafascynowany.- Zastanawiałeś się nad tym wcześniej…? Ilu z was w ogóle zdałoby sobie sprawę z tego, że to potraficie…? Ilu wykorzystałoby nowe możliwości…? Dasz wiarę, moja rozrywko…? Gościłem tu i wojowników, i rycerzy, i królów, w pełni sił, rannych i obłożnie chorych i każdy, wierz mi, każdy pozwolił się ograniczyć swemu ciału… Zdaje się, że zapomnieli, co kontroluje ciało… I co kontroluje cały ten świat…- przyłożył opuszek długiego, chudego palca do skroni.- Nie rozczaruj mnie…
-Nie chcę brać w tym dłużej udziału- zastrzegł Amir, choć zważywszy na to, co wydarzyło się przed chwilą, wiedział, aż za dobrze, że zaraz może zostać do takich działań skłoniony.- Powiedz mi, gdzie są moi towarzysze. Kryształ jest mniej ważny.
-Ach, kryształ…- stwór machnął dłonią w geście ostentacyjnej obojętności.- Cóż mówi mi o tobie to, że potrzebujesz kryształu…? Nic, zupełnie nic! Nuda! Ale nie priorytety! Priorytety są ciekawsze! Na pierwszym miejscu stawiasz swoich kompanów- ocenił, kiwając głową i uśmiechając się przy tym szeroko.- Ciekawe. Podjąłeś się gry. Nie z chęci zysku, a z obawy. O tak, obawiałeś się. O tego, który, jak się zdawało, nie jest ci szczególnie bliski… Ale to pozory. Łatwo się przywiązujesz, rozrywko. Szybko zyskujesz świadomość odpowiedzialności… To ta świadomość tak bardzo cię przeraża, czyż nie…?
-Jeśli przejdę tą twoją grę… Jeśli mi się uda, wypuścisz moich towarzyszy?- zapytał otwarcie mężczyzna.
Kreatura zachichotała, wyraźnie rozbawiona.
-Skąd- odparła.
-Więc jaki w tym wszystkim cel…?- szepnął człowiek, coraz bardziej zdenerwowany i niepewny.
-Odpowiedziałem ci już! Zabawa!- wykrzyknął radośnie stwór.- Zabawa jest celem samym w sobie. Rozrywka, moja rozrywko, rozrywka jest celem nadrzędnym! Ty mnie intrygujesz. Lubię być zaintrygowany. Ty mnie ciekawisz. Lubię być zaciekawiony. Daj mi to, czego potrzebuję, a ja dam ci coś w zamian… Nie dla każdego szykuję tak cenne podarki…
-Nie obchodzi mnie to!- warknął z irytacją Amir.- Wypuść moich kompanów! Nie możesz postępować w ten sposób! Chcesz czegoś ode mnie, nie od nich!
-Wiesz jaki jest z wami problem, rozrywko?- zapytał stwór, nie przestając się uśmiechać.- Zbyt wiele rzeczy rozumiecie po fakcie… Nie potraficie patrzeć dalej. Ty nie jesteś tu wyjątkiem, choć, i tak, liczę na to, że jeszcze mnie zaskoczysz… Kluczem do zrozumienia tej sprawy, jest oczywista kwestia… Ja mogę tutaj wszystko- zachichotał brodaty.- A ty…?- dopytał z zaciekawieniem. Amir milczał, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Co mógłbyś zrobić dla denerwującego poety? Dla bezradnego brata…? Wymagającego wuja…? A co zrobiłbyś, żeby ratować kochanka, którego wciąż nie jesteś pewien…?
Amir pokręcił jedynie głową, po czym odwrócił wzrok w kierunku, w którym wcześniej widział poetów. Ziemia zdążyła się zasklepić. Nie było ani śladu po szczelinie, jaka w niej powstała. A kilka metrów dalej, na trawie, leżał Nadim. Spoglądał na mężczyznę wzrokiem pełnym bezradności i dezorientacji, usta miał zatkane, dłonie związane. Sznur wbijał się mocno w nadgarstki. Człowiek natychmiast rzucił się w jego kierunku, ale nie zdążył do niego dobiec, gdy tuż przed nim, nagle, z ziemi wyłoniły się pędy roślin, które szybko ukształtowały się w coś podobnego do ściany. Próbował ją ominąć, ale to samo stało się obok, a po chwili otaczało go zewsząd. Znalazł się w czymś na kształt labiryntu. Stwór zszedł z drzew, przeniósł się bliżej człowieka, zajrzał z zaciekawieniem do środka, obserwując z góry, jak mężczyzna błąka się i miota po wąskich ścieżkach, usiłując odnaleźć jakąkolwiek drogę.
-Nie chcesz mnie zapytać, czy on jest prawdziwy…?- upewnił się brodaty.- Nie ufasz mi, zakładasz, że nie powiem ci prawdy… I tak nie mógłbyś ryzykować, prawda…?
Amir nie słuchał jego słów. Rozejrzał się dookoła desperacko, zaczynając uświadamiać sobie, że za każdym zakrętem, za każdym razem, gdy znajdował jakieś przejście, oddalał się coraz bardziej od miejsca, w którym widział potomka wilków. Zatrzymał się przy roślinnej ścianie i zaczął wspinać po niej prędko, chcąc w ten sposób przedostać się na drugą stronę.
-Oooooch!- zaśmiał się donośnie stwór.- To jest dopiero ciekawe! Ale obawiam się, że nie możesz łamać zasad, rozrywko…
-Nie mówiłeś o żadnych zasadach…- syknął człowiek, prawie dostając się na górę.
-Bo żadnych nie było- przyznała kreatura, uśmiechając się wesoło.- Dopóki nie postanowiłem, że jednak będą… Mówiłem ci przecież, że ja mogę wszystko…
Amir nie zrozumiał jego słów. Przynajmniej do momentu, w którym wszystkie ściany, nagle, pokryły się grubymi, długimi cierniami. Gdy mężczyzna poczuł je pod dłońmi, krzyknął z bólu, spadając na dół. Raz jeszcze usiłował odnaleźć inną drogę, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie o to w tym wszystkim chodziło. Ten stwór czegoś od niego chciał. Bardzo konkretnej reakcji. Nie pozwoliłby mu łatwo odnaleźć Nadima. Nie wystarczało samo poszukiwanie. Na powrót zatrzymał się przed jedną ze ścian. Zacisnął mocno wargi, wahając się jedynie przez chwilę. Znów spróbował wspiąć się na ścianę. Ostre ciernie kaleczyły jego dłonie. Za pierwszym razem zeskoczył po chwili, za drugim również. Nie poddawał się jednak. Słyszał cichy, zadowolony chichot, wyraźnie rozbawionego stwora. Kolce wbijały się w jego ciało lub, w najlepszym wypadku, zahaczały o jego odzienie. Za każdym razem, gdy usiłował dostać się wyżej, musiał szarpnąć mocno, oswobadzając się i jednocześnie rozdzierając ranę. Zagryzł mocno wargi, czując krew pod palcami. Ból zaczynał być coraz mniej nieznośny, a coraz bardziej tępy, nieco zaślepiający, możliwy do opanowania… W tym momencie, coś chwyciło go mocno za ramiona, ciągnąć z powrotem do ziemi. Obejrzał się ze zdumieniem, widząc pędy roślin, które wyłoniły się z podłoża, oplotły wokół jego rąk i usiłowały sprowadzić z powrotem na dół.
-Co robisz?!- krzyknął donośnie do stwora, ale zamiast odpowiedzi, usłyszał jedynie jego śmiech.
Z całej siły starał się utrzymać, ale przychodziło mu to z coraz większym trudem. Został ściągnięty na ziemię. Znowu rzucił się w kierunku ściany widząc, słysząc po reakcjach stwora, że o to właśnie mu chodziło, ale został zatrzymany, nim zdążył jej dotknąć. Z chwili na chwilę coraz bardziej wściekły i zdenerwowany, szarpał się i wyrywał, usiłując wyswobodzić z roślinnych więzów, które zaczynały oplatać jego nogi i tułów.
-A gdyby tak zacząć odliczanie…?- zapytał po chwili brodaty.- Jak myślisz, rozrywko…? Odliczanie to całkiem niezła mobilizacja, prawda…? Szczególnie, gdy nie wiadomo, co się zdarzy później…
-Przestań! PRZESTAŃ!- krzyknął Amir. W całej tej szarpaninie, zapomniał zupełnie o swoich ranach i o bólu, który wcześniej przeszywał jego ciało. Dopiero po chwili zdał sobie jednak sprawę – ran już nie było. Nie było choćby śladów jego prób przedostania się na drugą stronę, ani na jego ciele, ani na wcześniej poszarpanym odzieniu. Dlaczego…? Usiłował zauważyć związek. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu rozwiązać tą sytuację. Czy to mogło być złudzenie…? Zupełnie jak wtedy, gdy spotkał Nathaira. Czyżby ten stwór bawił się z jego umysłem w taki właśnie sposób?
-Raz…
Drgnął nerwowo. Zagryzł wargę, usiłując dostrzec cokolwiek logicznego w tym całym szaleństwie. Szarpnął się znów. Zapomniał o bólu i ból zniknął. Zapomniał o ranach, zniknęły i one. Jak mógł jednak zapomnieć o tym, co go otaczało…?
-Co mam zrobić?!- zawołał znów do stwora.
-Dwa… Trzy, cztery, pięć…- zanucił brodaty, niespecjalnie zachowując równe odstępy czasowe pomiędzy wypowiadanymi przez siebie cyframi.
Przymknął na chwilę powieki, usiłując się skupić. Chaos. Niech góruje chaos. Tak powiedział…? Zapytał „Devinów” o to, czego sam nie wiedział i dopiero wtedy był w stanie stwierdzić, że żaden z nich nie jest prawdziwy. Wszystko obracało się wokół niego, wokół jego umysłu. A gdyby miał siłę, by rozerwać te więzy…? Niemożliwe. Pomyślał o tym, i w tym momencie poczuł, jak pnącza zacieśniają się na jego ciele. Niemożliwe…? Może wcale nie powinien być pewien…? Widział obok siebie cholernego, wielkiego, zielonego potwora, który wziął się dosłownie znikąd. Tuż nad nim, na niebie, zamiast słońca, górował kryształ. Ledwie chwilę temu rozmawiał z trzema Devinami. Nie bardzo pasowało to do rzeczywistego świata, więc może…? Szarpnął się raz jeszcze, mocno, z takim przekonaniem, jakby te pnącza, które go więziły, były w istocie słabe  i cienkie. Wyrwał się bez problemu. Ruszył przed siebie, znowu zatrzymując przed ścianą. Stwór przestał odliczać. Śmiał się cicho, obserwując z uwagą jego poczynania. Wielka głowa zawisła nad labiryntem, zasłaniając na chwilę kryształ. Amir widział jednak dobrze, mimo ciemności. Przedarł się przez pierwszą ścianę, niemalże rozrywając ją dłońmi. Żaden ślad, żadna rana nie pozostała na jego skórze po starciu z kolcami. Szedł dalej, zmierzając do miejsca, w którym widział wcześniej Nadima, radząc sobie w dokładnie ten sam sposób. W końcu dostrzegł potomka wilków. Był tuż przed nim. Ruszył do niego biegiem i w tym momencie, Nadim zniknął. Zniknął labirynt, zniknęły pnącza, a zielony stwór podniósł się i zasiadł na swoim poprzednim miejscu, uśmiechając się szeroko.
-Gdzie on jest…?- rzucił w jego kierunku mężczyzna.- Po co mnie zwodzisz?!
-Nie zwodzę cię, rozrywko! Ja tylko się z tobą bawię! Bardzo dobrze! Co prawda liczyłem na to, że rzeczywiście polecisz, ale… To też było ciekawe! Umysł masz sprawny! Ciało także… Serce i duszę również, wręcz ponad przeciętnie… Bardzo mi się podobasz…
-Co zrobiłeś z moimi towarzyszami?!- zapytał Amir, coraz bardziej znużony tym, co się wokół niego działo.- Devin nie był prawdziwy. Nadim też mógł taki nie być.
-W tym miejscu zawsze jesteś sam, Amirze…- uśmiechnął się stwór, ale nagle spoważniał. Spojrzał na bok, marszcząc gęste brwi i patrząc długo w jedno miejsce.- A może jednak nie…?- zapytał po chwili, zaintrygowany.
Amir spojrzał w tamtym kierunku. Zobaczył jakąś sylwetkę, za jednym z drzew, może nawet ledwie cień. Nie był w stanie dojrzeć, kto to taki.
-Nadim…?- rzucił niepewnie, niczego nie rozumiejąc.
-O nie, to żaden z twoich towarzyszy, rozrywko…- szepnął z zafascynowanym uśmiechem brodaty.- To ktoś taki jak ja… Gość. Ale on jest tu dłużej… Ha! Ha! Czyżbyś zaciekawił nie tylko mnie…? Chociaż on ma inne cele… On tylko czeka…
-Czeka…? O czym ty w ogóle mówisz?- zapytał Amir, kompletnie nie wiedząc, co się wokół niego dzieje i z każdą kolejną sekundą, stan ten raczej się pogłębiał, zamiast poprawiać.
Ogromna dłoń wyciągnęła się w kierunku kryształu. Chwyciła go, zdejmując z nieba, po czym skierowała się do Amira. Gdy jednak znalazła się tuż przy nim, była wielkości normalnej dłoni, a kryształ – wielkości wszystkich kryształów. Mężczyzna spojrzał na stwora nieufnie, nie wiedząc, co uczynić.
-Zasłużyłeś, moja rozrywko- stwór uśmiechnął się z zadowoleniem.- Na pewno kiedyś jeszcze do ciebie zajrzę… Z nową grą… A tymczasem, weź to.
-Skąd mam wiedzieć, czy jest prawdziwy?- zapytał Amir.- To twoja kolejna prowokacja…?
-Ha, ha! Zawsze podejrzewają mnie o najgorsze…- zielona dłoń wsunęła fragment za pas mężczyzny. Amir odsunął się, nadal spoglądając na swojego rozmówcę nieufnie.- A ja mam najczystsze intencje! Czystszych już mieć bym nie mógł! I jestem dość sympatyczny, w porównaniu z tym drugim…
-Z tym drugim…? O czym ty w ogóle mówisz?! Gdzie są moi kompani?- zapytał raz jeszcze.
-Na swoim miejscu.
-Czyli…?
-Zaraz się przekonasz, Amirze- odpowiedział stwór, chichocąc. Wyprostował się, wstając.- Chciałbym bardzo zostać z tobą dłużej, ale czas mnie nagli, a ile jeszcze rozrywek przede mną! Ha! Nie ma co się ograniczać! Monotonia by mnie zgubiła! Żegnaj, przyszły królu! Mam nadzieję, że zostaniesz królem… Choć nie byłbyś pierwszą ociężałą głową, na którą zwróciłem uwagę… Lepszy ociężały łeb, niż łeb zakuty! Haha! Ach, ciężki jest los rycerzy!
Stanął na ogromnych stopach, po czym odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku, robiąc wielkie susy i brodząc pomiędzy drzewami. Amir pokręcił z niedowierzaniem głową, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Stwór zniknął. Człowiek odwrócił się, spoglądając w miejsce, w które wcześniej patrzył brodaty. Ktoś tam był. Amir widział, jak chowa się przed jego wzrokiem.
-Nadim…?- rzucił raz jeszcze niepewnie.- Nadim?
Długie, liszajowate palce zacisnęły się na pniu drzewa.
Amir drgnął mimowolnie, usiłując dostrzec cokolwiek więcej.
I nagle wszystko się skończyło. Gwałtownie, ledwie w sekundę, nim choćby zdążył zdać sobie z tego sprawę. Ocknął się. Serce waliło mu jak oszalałe, oddech miał przyspieszony, gesty nerwowe i niepewne. Pełnym niedowierzania wzrokiem błądził wokół siebie, uświadamiając sobie, że znajduje się w namiocie, a obok niego, jakby nigdy nic, śpi Devin.
-Devin!- natychmiast chwycił poetę za ramiona, szarpnąwszy go mocno. Ten wybudził się, spoglądając na niego nieprzytomnym wzrokiem.- Devin, wszystko w porządku…?- zapytał, wpatrując się w zdezorientowanego towarzysza z uwagą.- Słyszysz mnie?! Czy wszystko w porządku?!
-N… Nie wiem…- odpowiedział po chwili poeta, z wyraźnym wahaniem.- A czemu właściwie mnie budzisz…?
Amir sapnął niecierpliwie, puszczając kompana. Wyczołgał się z namiotu, po czym znalazłszy na zewnątrz, odszukał wzrokiem drugiego z towarzyszy. Potomek wilków drzemał wsparty o drzewo, odziany jedynie w spodnie i niedbale nakryty kocem. Mężczyzna dobiegł do niego prędko, klękając obok.
-Nadim!- wykrzyknął. Potomek wilków otworzył oczy, spoglądając na niego z lekkim przerażeniem.- Nadim, jesteś cały?! Na litość bogów!- rzucił z przejęciem i ulgą jednocześnie, uświadamiając sobie, że kompanowi nic nie jest.- Nie wiem, skąd się tutaj wziął, przysięgam, nie mam pojęcia, obudziłem się, a on już tutaj był… Pokaż mi dłonie- zażądał, po czym nie czekając na, zdecydowanie zbyt opóźnioną, reakcję potomka wilków, chwycił go za nadgarstki i zaczął oglądać je dokładnie. Ani śladu po sznurze. Żadnych otarć, niczego. Spojrzał potomkowi wilków prosto w oczy i westchnął głęboko.- Dobrzy bogowie… Naprawdę nie wiem, jak to wszystko się wydarzyło, ale…
-… Co się wydarzyło…?- dopytał niepewnie Nadim.
Amir zmarszczył brwi.
-Nie wiesz?- zapytał, zdumiony.- Nic wam nie zrobił… To było jego złudzenie…? Grał ze mną w ten sposób…?
-Amir, o czym ty mówisz?- powtórzył potomek wilków.
-O stworze!- odparł z poirytowaniem mężczyzna.- Wielkim, zielonym człowieku, który siedział tam… o tam…- Amir machnął bezradnie dłonią w kierunku drzew.- Robił strasznie dziwaczne rzeczy, mówił strasznie dziwaczne rzeczy, a na górze, zamiast słońca, znajdował się fragment kryształu i… Czemu tak patrzysz…?- dopytał niepewnie, widząc rozbawiony uśmiech błąkający się na twarzy towarzysza.
-Amir…- zaczął łagodnie potomek wilków.- Stałem na czatach. Nikogo tu nie było.
-Raczej spałeś na czatach!- prychnął mężczyzna.- Mogłeś go przeoczyć!
-Wielkiego, zielonego człowieka…?
-To nie był zwykły człowiek!- syknął w odpowiedzi mężczyzna, bardzo poirytowany kpiącym tonem kompana.- Nawet nie wiesz, jak dziwaczne rzeczy robił! Poza tym… Poza tym…- bąknął i umilkł, czując, jak Nadim przykłada mu dłoń do czoła w geście teatralnej troski.- Co ty robisz?!- obruszył się jeszcze bardziej.
-Nie masz gorączki…- ocenił z uśmiechem potomek wilków.- Czyli albo znowu wpadłeś w uścisk jakiejś specyficznej rośliny… Albo po prostu ci się to przyśniło- stwierdził.
Amir pokręcił głową.
-Nie, nie rozumiesz! To nie był sen! Umiem rozpoznać sen od jawy! To było dziwaczne, całkowicie nierzeczywiste i irracjonalne, ale… Posłuchaj…- zaczął, usiłując uporządkować sobie to wszystko w głowie. Pobłażliwy wzrok, jakim spoglądał na niego towarzysz, z pewnością mu tego nie ułatwiał.- Nagle znalazłem się tutaj, na środku polany, patrzyłem w górę, ogromny kryształ emanował światłem… Prawie jak słońce, ale to nie było słońce, to był cholerny kryształ! I ten człowiek… To nie był człowiek… Zielony! Cały zielony, ogromny, jakby starzec, chociaż głos miał inny… Mówił o grach. I nagle zobaczyłem trzech Devinów i…
-Trzech Devinów?- szepnął z przejęciem Nadim.- Nie dziwię się, że jesteś przerażony…
Amir zacisnął wargi w wąską linijkę.
-To nie jest zabawne- wycedził gniewnie.
-Trzech Devinów?- pokpiwał sobie wciąż potomek wilków.- Nie, to zdecydowanie nie jest zabawne…
Człowiek zdzielił go w ramię.
-Amir… To był sen- powiedział raz jeszcze Nadim.- Zielone, gigantyczne stwory nie istnieją w rzeczywistości. I skoro ja ci to mówię, to tak właśnie jest- dodał z rozbawieniem.
Amir otworzył usta, ale zaraz umilkł, zastanawiając się nad tym.
-Ale to było takie realne…- rzucił cicho.- To znaczy, to wcale nie było realne! Było kompletnie nierzeczywiste, ale mimo wszystko…
-Tylko sen- uspokoił go potomek  wilków.
Człowiek wziął głęboki wdech, po czym skinął głową. Miał wrażenie, jakby to działo się ledwie chwilę temu i działo się naprawdę, ale to było jedyne logiczne wytłumaczenie.
-Co się stało, przyjacielu?- głowa Devina wysunęła się troskliwie z namiotu.
-Amir miał zły sen- wyjaśnił potomek wilków, wstając.
-Znowu?
Amir posłał poecie mordercze spojrzenie.
-Tak czy inaczej, skoro już wstaliśmy, nie traćmy czasu- zakomenderował Nadim.- Zbierajmy się, dobrze?
Podszedł do namiotu, wyciągając z jego wnętrza ich rzeczy i porządkując wszystko. Amir wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, wciąż zastanawiając  nad tym snem. Chyba zaczynał już wariować, skoro śniły mu się takie rzeczy… Chociaż z drugiej strony, zacząłby wariować, gdyby widział tego rodzaju istoty na jawie. Wzdrygnął się mimowolnie, przypominając sobie zielonego stwora. Dziwaczne. Chociaż, gdyby zdarzyło się naprawdę…
Przypomniał sobie o czymś.
Zmarszczył brwi, po czym wsunął palce za pas…
… by zaraz wyciągnąć z zań fragment kryształu.
Obrócił go, przyglądając mu się ze zdumieniem i niedowierzaniem.
Rozejrzał się dookoła cokolwiek płochliwie, po czym skierował wzrok na szykujących się do odejścia towarzyszy.
-Sen, tak?- zapytał z przekąsem.

12 komentarzy:

  1. Rozdział genialny. Świetnie wymyśliłaś zdobycie kolejnego kryształu. Bo jak rozumiem Amir znalazł ten kryształ co dostał od zielonego cósia? xD
    Ciekawi mnie jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

    Rozdział jest świetny, inny od reszty. Ten początek genialny. Super wątek jak Devin poszukiwał swoich spodni. A rozmowa Amira z Nadinem o sprzedaży poety epicka ^^
    Bohaterowie pasują do siebie idealnie..

    Podoba mi się to, że nadal nie wiemy kim jest zielony mężczyzna.
    Podejrzewam, że postać, która chowała się za drzewami to demon, sprawca zamieszania i twórca kryształu.

    Kórczę ta niewiedza, ta chcęć poznania dalszej częsci mnie zabija!!
    Jak ja chcę kolejną część..
    No cóż.

    Za tydzień Edmund a za dwa Chaos.
    Szczerze? Z LPoH nie przepadam. Kocham prawie wszystkie Twoje opowiadania. Z wyjątkiem LPoH i Gabriela.. Może spróbuję się do nich przekonać..
    Jednak najbardziej lubię Chaos i Wyzwanie ;3


    Pozdrawiam i życzę dużo weny ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham cie za twoje pomysły. Ciagle mnie zaskakujesz! szacun!. I ten zielony gościu ;p Trafiłas z kolorem, kocham zielony xD Cud miód i czekolada <3 dzięki!
    Weny!:*
    Annola

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:50 AM

    hahhahaah! ale się pod koniec usmiałam xD Jak zawsze genialne, kochanie <3 Czekam na going all the way <3 Niech te Davin ich zostawi na godzinę samychhhh xD (zUo mood)
    btw, idę dopiero spać xD
    pozdrawiam!
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy11:52 AM

    Scena na początku bardzo miła dla oka :) Zasmarkałam się ze śmiechu przy fragmencie, gdy Amir odkrywa, że Nadim jest całkiem nagi > i później już nie mogłam wyrzucić z głowy obrazka jak Nadim ze złowieszczym uśmiechem chowa majtki i spodnie Devinowi, po czym w podskokach przybiega do namiotu :D Jestem bardzo ciekawa jakież to pomysły uknuł Nadim pod tą swoją pokręconą łepetynką i czemu mam wrażenie, że wiele z nich może się skończyć nieszczególnie. Szczególnie dla Amira. Niemniej jednak czekam, aż chłopcy pozbędą się (na chwilę) Devina i pójdą na całość, bez stresów i pośpiechu :) Póki co karmisz nas jedynie kąskami, bardzo smacznymi, ale nie ukrywam, że przeczytałabym hm, bardziej rozbudowaną scenkę. Eh, przez to wszystko zaczynam się bardziej przychylać w stronę osób skandujących "Pozbyć się Devina!" :(

    Zgadzam się z przedmówczyniami - Silencio, Ty nas nigdy nie przestaniesz zaskakiwać! I naprawdę, zamiast z każdym rodziałem rozumieć więcej, z każdą nową częścią rozumiem mniej. I jest to cudowne! > bo wciąż niczego nie jestem pewna i każdy rozdział to dla mnie nowe pomysły i teorie :D
    Jeśli chodzi o tą tajemniczą postać w głowie Amira powiedziałabym, że to ten demon (ten sam, z którym Amir dyskutował, gdy był pod wpływem tej dziwacznej rośliny i ten sam, który ukazał sie księciu pod koniec "idealnego sennego życia", jakkolwiek by tego nie nazwać :D) Chyba najbardziej mi pasuje, tylko nie za bardzo wiem co by to mogło właściwie oznaczać. Pomysłów kilka mam, jeden głupszy od drugiego, więc nie będę się tutaj nimi chwalić :D W każdym razie, znowuż, po przeczytaniu rozdziału w głowie mam istny chaos :>

    Co do zielonej potwory, bardzo podobały mi się sceny z jej udziałem. Można powiedzieć, że Amir i Nadim nie muszą się nigdzie ruszać, kryształy same do nich przychodzą :) Polubiłam tego zielonego stwora, mam nadzieję, że się jeszcze pojawi (praktycznie to zapowiedział, więc jest nadzieja!:))
    Obie zagadki były bardzo pomysłowe - trzec Devinów musiało być faktycznie dla Amira traumatycznym przeżyciem :) I podzielam rozczarowanie zielonego potwora! :( Też chciałam, żeby Amir poleciał!

    W sumie jestem też trochę zaintrygowana. Wiedziałam, że Amir jest inteligentny (a na pewno inteligentniejszy od swoich towarzyszy) ale zagadki, wg mnie, były dość, hm, trudne i żeby wpaść na prawidłową odpowiedź trzeba było się wykazać sprytem i sporym refleksem > a nie spodziewałam się tego, w takiej dawce, po Amirze :D Może dla innych to było oczywiste, ale ja poczułam się mile zaskoczona i coraz bardziej uważam, że Amir jest naprawdę wyjątkową postacią : )

    Jedyne co mi trochę nie pasowało w rozdziale, to to, że był za krótki. Znaczy nie tyle za krótki, co jakby niedokończony, a przynajmniej miałam takie wrażenie > że po ostatnich słowach Amira powinno być COŚ jeszcze. Nie wiem jak to inaczej wytłumaczyć :(

    Dobra kończę, bo w komentarzu się coraz większy burdel robi, jeszcze trochę i nikt nic nie zrozumie :D

    W każdym razie, ogólnie rozdziałem jestem zachwycona :) Silencio, jak Ty to robisz, że każdy jest na tak wysokim poziomie :) i oczywiście ukłon w stronę Twojej bety, która również na pewno odwala kawał dobrej roboty.
    Czekam niecierpliwie na kolejny Chaos (dwa tygodnie, ojesu)

    Pozdrawiam,

    Virus :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczcie , nie mogę się powstrzymać...
      Do Virus,
      "Nadim ze złowieszczym uśmiechem chowa majtki i spodnie Devinowi, po czym w podskokach przybiega do namiotu :D"
      Rozbawiłaś mnie tym komentarzem do łez, też mi to stanęło przed oczami Buhahaha *.*

      Usuń
    2. Anonimowy10:40 PM

      Do usług ;)

      Virus

      Usuń
  5. Bardzo lubię Devina, ale też mi powoli zaczyna przeszkadzać, że przez niego chłopcy nie mogą się sobą nacieszyć ;p dlatego też wizja TRZECH Devinów przeraziła mnie chyba nie mniej niż Amira xD
    Pomysł na rozdział super, ten stwór genialny, tak plastycznie go opisałaś, że naprawdę miałam go przed oczami, łatwo było mi przywołać sobie ten surrealistyczny klimat. I przyznam, że rozwiązanie pierwszej zagadki mnie zaskoczyło, Amir naprawdę jest bystry, skoro na to wpadł (cóż, w każdym razie bystrzejszy ode mnie bo ja nie wpadłam xD ).
    No i pojawił się też jakiś tajemniczy stwór, ciekawe czy to faktycznie demon? Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział, no i na YFM, które zapowiedziałaś ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Buahaha... "Występują pewne komplikacje w grze, i Devin przepada na zawsze. Ale w zamian Green daję Amirowi aż trzech" Cóż do prawdy wizja jak z najstraszniejszego horroru *.*.
    Jak już pisałam, mały zbol ze mnie i najbardziej mi się podobało gdy się miziali :D I tekst o sprzedaniu Devina haha Wybrakowany towar :( Ja tam bym kupiła...
    Hmm wszyscy rozkmina czy ten zielony to demon.
    Mi się nie wydaje ,żeby tak było. Ten stworek był zbyt wesoły i taki... cóż, moja wizja Fortisa (Boże, bym nie pomyliła imienia ) wygląda tak, że jest to dostojny demon , poważny i mądry i wgl coś w ten deseń.
    Podoba mi się to ,że Amir dla Nadima jest gotów do takich poświęceń , umm... nie mogę doczekać się wyznania miłości.
    Czekam niecierpliwie na next :)
    Kocham cię, twoja Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubię Devina, ale niech zniknie na jedną noc u jakiejś księżniczki, kobiety, służki, czy kogoś innego i da czas Amirowi i Nadimowi na wszelkie czułostki i coś więcej. Tak, żeby nie musieli się śpieszyć i mogli oddać sobie, a scenka byłaby o wiele bardziej rozbudowana. To pisze spragniona ich bliskości osoba.^^
    Pomysł ze spodniami Nadim miał genialny. :D
    Zielony stwór, kimkolwiek on był trochę mnie irytował. Nie powiem, bo pomysł świetny, ale jak jakbym kogoś takiego spotkała to by mnie coś trafiło. Ale na szczęście Amir pokazał, że ma łeb na karku, pomyślał o tym i owym i udało mu się powrócić do namiotu i kompanów. I w sumie, po pokazaniu kryształu, nasuwają się pytania czy to był sen, czy jawa. Jak to pierwsze, to skąd wziął się kryształ?

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:24 PM

    Ach! Rozdział cudowny ^^ kryształowy wątek wreszcie ruszył, co w połączeniu z rozkoszną namiotową sceną z początku daje kompletne spełnienie. Pomysł na zielonego demona dobry i zaskakujący. Devin jak zwykle przeszkadza ;) kondycja Chaosu znów wzrasta, co cieszy ;) Oby tak dalej, nieziemska Silencio!

    ViolettiHousut

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy10:39 AM

    Publikujesz na blogach już od kilku lat, nikt w ciągu tego czasu nie powiedział ci, że źle zapisujesz dialogi?

    OdpowiedzUsuń
  10. Amir jest rzeczywiście odpowiedzialną osobą i byłby doskonałym królem. Jako władca dbałby zapewne i o tych, których nie lubi. I jak tu wybrać? Być królem kochanym przez wielu czy po prostu sobą, Amirem, kochanym przez jedną osobę, Nadima najchętniej? Cóż, on już wybrał (i nie mam mu za złe tej odrobiny egoizmu, jest po prostu zakochany), ale kto wie, co przyniesie przyszłość, może będzie musiał zmienić priorytety... Mam jednak nadzieję, że się nie podda, będzie walczyć do końca o swoją miłość i nie uniesie się poczuciem honoru, gdy znowu Nadim mu zasugeruje, iż byłby wspaniałym władcą.
    Co do zielonego stwora, przypomina mi złych czarnoksiężników z baśni i legend, którzy stawiali głównych bohaterów w podobnej sytuacji. Jednak, z tego co pamiętam (nie twierdzę, że pamiętam wszystko;)), zawsze jedna z wybieranych osób była tą prawdziwą, realną...
    Jeśli chodzi o Amira, myślę, że jeszcze kiedyś pofrunie/odleci i to nie dlatego, że jakiś stwór go do tego zmusza:p
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń