Strony

sobota, 29 grudnia 2012

§ 15 § [YFM]


Absalom przystanął przed gospodą Edalisa. Długą chwilę wpatrywał się w budynek, wahając się, czy wejść do środka, ale wreszcie otworzył drzwi i chwiejnym, niepewnym krokiem, przekroczył próg. Był już późny wieczór. W zatłoczonej sali panował zgiełk i rumor. Chłopak rozejrzał się dookoła spłoszonym wzrokiem. Jakiś zataczający się mężczyzna, który akurat zmierzał do wyjścia, wpadł na niego z impetem i obdarzył go kilkoma soczystymi przekleństwami, ale Absalom nawet tego nie dosłyszał. Właściwie ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół niego. Dostrzegł pusty stolik przy ścianie i zajął przy nim miejsce. Otulił się ramionami. Ciepło wnętrza przynosiło zmarzniętemu ciału niewielką ulgę. Absalom miał na sobie całkowicie przemoknięte rzeczy. Pasma mokrych włosów przylepiały mu się do twarzy i szyi. Nie chciał wracać do domu opiekuna. Tu też nie zamierzał przychodzić. Wałęsał się kilkanaście godzin, najpierw po lesie, później w mieście, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Wydawało mu się, że takie miejsce nie istnieje. Nie było go u boku Mortalisa, i nie było go tutaj, pośród tych wszystkich ludzi, obcych, przerażających i budzących w nim nieufność. Pierwszy raz czuł się tak strasznie samotny, tak wypruty z wszelkich uczuć, tak bardzo zniszczony. Łzy zbierały się w jego oczach za każdym razem, gdy myślał o tym, co się wydarzyło. Czuł wstyd. Taki okropny wstyd… Że też zrobił coś podobnego… Był rozczarowany i rozgoryczony. Wściekły na samego siebie. Wściekły na własną naiwność. Ale przecież to wszystko wydawało się być zupełnie inne. Kiedy Mortalis go przeprosił, kiedy oddawał jego pocałunki, kiedy go dotykał, spoglądał na niego inaczej, specyficznie, z pewnego rodzaju czułością, troską… Absalom czuł, że nagle otrzymał wszystko to, czego tak bardzo pragnął. To wszystko w jednej chwili znalazło się w jego rękach. I zaraz, nie wiedzieć kiedy, wymknęło się z nich, niczym ziarna piasku. To był piękny sen, z którego został gwałtownie wybudzony. I teraz już nie miał innego wyboru, jak tylko przyjąć do wiadomości ponurą rzeczywistość.
Nie wróci do Mortalisa. Teraz był już tego pewien. Żałował, że wrócił wczorajszego dnia. Żałował zresztą wszystkiego, co się wtedy zdarzyło. Zachował się w nieodpowiedni, właściwie karygodny sposób. Zrobił coś… nienormalnego, coś niestosownego, dalekiego od jakichkolwiek standardów. A Mortalis… Mortalis chyba poczuł się zobowiązany. W jakiś sposób. Jak mógł postąpić w tak lekkomyślnie…?
-Absa…?- usłyszał zaskoczony głos i przeniósł nieprzytomny wzrok na stojącą obok niego kobietę. Dopiero po chwili rozpoznał w niej Georginę. Ta uśmiechnęła się do niego serdecznie. Jej bordowa suknia opinała się mocno na pokaźnym brzuchu.- Co ty tu robisz o takiej porze…? Widzę, że ciebie też złapała ta potworna ulewa… Usiądź bliżej kominka, ogrzejesz się…
Chłopak wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym uśmiechnął wymuszenie i pokręcił głową. Wciąż nie był jeszcze pewien, co właściwie zamierza zrobić. Poza Mortalisem i Edalisem, nie miał nikogo bliskiego. Nie znał nikogo, komu mógłby zaufać. Jego opiekun nie chciał go już pod swoim dachem. A Edalis… Edalis niejednokrotnie proponował chłopakowi, by ten tu został. Ale Absalom się obawiał. Tkwił w nim jakiś dziwny, irracjonalny lęk, że to, co zrobił, to co czuł, kim był, może wyjść na jaw. Że Edalis się o tym dowie i odepchnie go tak samo jak uczynił to Mortalis. Nie miał pojęcia, co czynić.
-Wszystko w porządku…?- Georgina zaniepokoiła się wyraźnie, przyglądając mu się z uwagą.
-Tak- odparł niemrawo. Po raz kolejny wymusił na sobie uśmiech. Musiał jednak wyglądać jak jedna wielka kupka nieszczęścia, bo kobieta wciąż patrzyła na niego litościwie, z troską.- Dawno cię nie widziałem…- odezwał się cicho, koncentrując na moment spojrzenie na jej brzuchu.
-Cóż, już niedługo…- uśmiechnęła się pogodnie, kładąc na nim dłoń i głaszcząc go z czułością.- Nie wychodziłam z domu, ten rumor raczej mi nie służy, ale odkąd mój ojciec odkrył, że jednak jest zdolny przejść się kilka kroków, odwiedził mnie parokrotnie…- rzuciła takim tonem, że nawet Absalom w swoim oszołomieniu wyczuł bez problemu, że jest daleka od radości z tego powodu.- A jak wiesz, nie są z moim mężem w najlepszej komitywie… Wolę więc, od czasu do czasu odwiedzić go tutaj…
-Mógłbym z nim porozmawiać…?- zapytał nieśmiało Absalom.
-Z moim ojcem?- dopytała.
Skinął głową.
-Rzecz jasna- odpowiedziała spokojnie.- Jest na górze, pójdę po niego… I przyniosę ci jakiś koc, zamarzniesz na kość…
Odeszła niespiesznym krokiem, przeciskając się pomiędzy gośćmi. Absalom skubał nerwowo wargę, śledząc ją przez moment wzrokiem, po czym skoncentrował się na pozostałych,obecnych w pomieszczeniu. Donośne wrzaski rozlegały się w całym wnętrzu, chrapliwe śmiechy, chichot siedzącego nieopodal dziewczęcia, które spoczęło na kolanach jednego z mężczyzn, który już niecierpliwie błądził dłońmi pod jej spódnicą… Wokół pełno było pijanych, zataczających się ludzi. Ktoś spał z głową wspartą o stół. Po drugiej stronie sali toczyła się jakaś poważna awantura, która chwilę później przerodziła się w bójkę. Absalom przyglądał się temu wszystkiemu z niezrozumieniem i lękiem. To nie był jego świat. Momentami fascynował go. Ciekawił. Ale wciąż pozostawał zupełnie obcym i nieporównywalnie odmiennym od tego, w którym do tej pory żył chłopak. I Abslom nie miał pojęcia, jak odnaleźć się w tej rzeczywistości. Zwłaszcza bez Mortalisa. Jedynego człowieka, który pomógł mu odnaleźć się wtedy, gdy potrzebował tego najbardziej.
Grupka stojąca nieopodal schodów, rozstąpiła się gwałtownie, robiąc miejsce do przejścia właścicielowi budynku. A Edalis, jak to Edalis, miejsca potrzebował wiele. Dowodów uznania i szacunku również, nic więc dziwnego, że obecni zdecydowali się mu szybko ustąpić pola, bo rozjuszony Edalis nie tylko miał szerokie wpływy i możliwości działania, ale i, mimo z pozoru niestrasznego, a może i śmiesznego wyglądu, potrafił porządnie się zamachnąć, a raczej ciężko byłoby znaleźć śmiałków, którzy zdecydowaliby się odpowiedzieć mu tym samym. Tuż obok niego stąpała Georgina, która zaraz wskazała ojcu stolik, przy którym siedział młodzieniec. Edalis doczłapał do niego, sapiąc zwyczajowo i męcząc się, jakby była to bardzo wyczerpująca wędrówka. Jak na kogoś, kto polubił spacery, wciąż trzymał się dość kiepsko. Usadowił się naprzeciw Absaloma.
-Chłopcze!- zawołał, oddychając płytko.- Już się jakiś czas nie widzieliśmy, co…? Co cię sprawdza o tej porze…?
-Proszę…- Georgina zgodnie z obietnicą, narzuciła na ramiona młodzieńca koc. Chłopak uśmiechnął się do niej odrobinę niemrawo.- Źle wyglądasz…- oceniła z niepokojem.- Powinieneś wypocząć. Ojcze…?- dodała zaraz z naciskiem, spoglądając na Edalisa surowo.
-Hm?- mruknął tamten.
-Daj mu pokój i każ wypocząć. Jest cały przemoknięty. I nie zadręczaj go zbyt długo- dodała z lekkim uśmiechem. Owinęła chustę wokół szyi.- Ja już pójdę.
-Chcesz iść sama, w takich ciemnościach…?- zmartwił się Edalis.
Uśmiechnęła się z politowaniem.
-Sądzę, że twoje imię jest najlepszym straszakiem na wszelkich ewentualnych bandytów…- stwierdziła pobłażliwie.- Poza tym, umiem sobie poradzić, nie niepokój się zbytnio. Pojawię się za kilka dni…
-Może!- rzucił stanowczo.- Może się pojawisz! Ale liczę na to, że mój wnuk przyjdzie na świat lada dzień… O, wiem, że tak będzie…- dodał, spoglądając czule na córkę, a raczej na jej brzuch.- Czuję, że zaraz będzie… Jutro, może pojutrze… Dziadek już czeka!
-Ojcze…- Georgina uniosła brew.- To samo powtarzasz od dwóch tygodni. Przyjdzie wtedy, kiedy będzie pora. Nie zamęcz Absy- dodała, uśmiechnąwszy się do młodzieńca uprzejmie.- Do zobaczenia- pożegnała się z nim i ruszyła do wyjścia.
Edalis śledził ją uważnym, troskliwym spojrzeniem do momentu, gdy opuściła gospodę. Dopiero wtedy jego wzrok spoczął na Absalomie.
-No…?- ponaglił go nieco.- Cóż to za wizyta, chłopcze…? Zazwyczaj przychodzisz popołudniami, nie spodziewałem się ciebie przy tej atmosferze…
-Mogę tu zostać?- wypalił chłopak, wciąż nie będąc pewnym, czy to dobry pomysł. Póki co, nie miał jednak żadnego innego.
-Hę? Jasne, że możesz, chłopcze!- zaśmiał się serdecznie.- Wiesz dobrze, że jesteś tu mile widziany, zawsze i o każdej porze, zresztą tłoków nie ma i nikogo stąd nie wyrzucam, prócz niektórych partaczy, gnojków, i wyschniętych na wiór nieudaczników życiowych…
-Nie…- Absalom odezwał się cicho, kręcąc głową.- Chodzi mi o to… Chodzi mi o to, czy mogę zostać tu na dłużej…?- zapytał nieśmiało, zagryzając wargę.
Edalis wbił w niego zdumione spojrzenie.
-Na dłużej…?- powtórzył niemalże z niedowierzaniem, ale zaraz zaśmiał się wesoło.- Ależ jasne, chłopcze! Ileż to już razy ci powtarzałem, że jesteś tu tak mile widziany, jak nikt inny! Wreszcie podjąłeś odpowiednią decyzję i bardzo mnie to cieszy, bo tylko zmarnowałbyś się na tym odludziu… Niechże ten dziwak mieszka tam sobie sam, skoro ludzie mu nie mili…- dodał, prychnąwszy, ale zaraz przyjrzał się Absalomowi uważniej. Chłopak poczuł, jak do oczu napływają mu łzy, na samo wspomnienie Mortalisa.- Ejże, ejże…- zaniepokoił się Edalis.- Coś się wydarzyło…?
Absalom pokręcił jedynie głową, milcząc przez długą chwilę. Do tej pory nie mógł pogodzić się z tym wszystkim, co się stało. Ani z własnymi uczynkami, ani ze słowami, jakie usłyszał od swojego opiekuna. Rozpamiętywał je nieustannie. Paliły go do żywego. To, jak Mortalis powtarzał, że ten musi odejść. Że nie chce go już w ich wspólnym domu. Że powinien zamieszkać gdzieś indziej. Te słowa nie były zwyczajnie stanowcze, były po prostu okrutne.
-Mortalis kazał mi się przenieść do miasta- szepnął w końcu ledwie słyszalnie, zachrypniętym nieco głosem.
-No i bardzo dobrze!- stwierdził z pełnym przekonaniem Edalis.- Wreszcie zrobił coś dobrego dla ludzkości!- zarechotał, kręcąc głową.- Powtarzałem mu od samego początku: zostaw dzieciaka tutaj, a sam rób co tylko miałeś robić... Co to za mina, Absa?- mężczyzna zmarszczył brwi.- Nie cieszysz się…? Przenosiny to nie rozstanie! Będziesz go przecież odwiedzał! Jak Georgina mnie! To naturalna kolej rzeczy, odchowani muszą odejść i chować własne dzieci…
Chłopak pokręcił głową.
-On mnie już nie chce…- stwierdził wilgotnym głosem, spuszczając wzrok.
Edalis patrzył na niego długo, chyba nie będąc w stanie zrozumieć, w czym dokładnie rzecz. Ostatecznie jednak westchnął cicho i wznosząc się na wyżyny dyplomacji, której nie był mistrzem, zaczął łagodnie:
-Powiedział ci coś…? Podła paskuda, nigdy nie miał wyczucia, za grosz! Choć z drugiej strony, na licho mu wyczucie, skoro zanim się odezwie, to całe towarzystwo umrze oczekując…? Dobrze, że w ogóle jeszcze coś gada… Uraził cię pewnie jakoś? Ach, chłopcze… Musisz wiedzieć, że on już z natury jest oschły, dziwaczny i kompletnie nieprzystosowany do życia w czyimkolwiek towarzystwie… To samotnik. Odmieniec pełną gębą. Wierz mi, bo znam go dobrze, długo i gorszego dziwadła na swojej drodze nie spotkałem… Co nie zmienia faktu, że cenię jego umiejętności- dodał z głębokim westchnieniem.- No i jego samego też, odrobinę, ale to z dobrego serca i nadmiaru sympatii, jakim zawsze dysponowałem… Tak czy inaczej, chłopcze, on cię bardzo… Hm…- Edalis umilkł, zastanawiając się przez chwilę.- Kto tam wie, co siedzi w jego łbie, ale… Nie oddał cię przecież nigdzie. A on raczej nie ma w sobie krzty moralności czy świadomości obowiązku… Lubi cię. Tak sądzę, jeśli kogokolwiek lubi. Rzadko mieliśmy okazję rozmawiać o tym otwarcie… Rzadko jest okazja gadać w nim w ogóle… Ale nakazywał mi surowo, żeby dbać o ciebie i uważać, by nie stała ci się żadna krzywda czy nieprzyjemność… Powiedziałbym nawet, że traktuje cię jak syna… O ile on może wiedzieć cokolwiek o tym, czym jest rodzina, bo Stwórca mi świadkiem, nie słyszałem nigdy, by wspominał o rodzicach choćby słowem, więc może i wcale ich nie miał…
Te słowa wcale nie sprawiły, że Absalom poczuł się lepiej. Wprost przeciwnie. Mortalis traktował go jak syna. A on…? Na pewno zupełnie inaczej niż ojca. Nigdy zresztą nie spoglądał na opiekuna w taki właśnie sposób, ale jego ostatnie zachowanie przekroczyło wszelkie granice. Wiedział o tym. To uczucie, które tkwiło w nim boleśnie, nie było naturalne, normalne, zgodne z jakimikolwiek zasadami. I gdyby miał możliwość, wyzbyłby się go bez chwili wahania. Ale nie potrafił. Chyba nie.
-Pamiętasz…- zaczął po chwili, przełykając nerwowo ślinę. Edalis patrzył na niego pytająco.- Mówiłeś mi kiedyś… Mówiłeś mi o pewnej kobiecie… Tej, która tu… pomieszkuje…- język mu się plątał, z trudnością klecił kolejne słowa.- Tej, która… Hm…
-Mówisz o tej prostytutce?- zapytał otwarcie Edalis, marszcząc brwi.
Absalom pokiwał głową.
-Czy mógłbyś… Mógłbyś ją zapytać… Czy ona… Czy mogłaby… Czy ja mógłbym… Spróbować… Sprawdzić… Chciałbym tylko… Wiedzieć…- wydusił z siebie z trudem.
Edalis wpatrywał się w niego przez moment, wyraźnie zdumiony.
-Pewien jesteś, chłopcze?- dopytał.- Aż tak ci się spieszy do bycia mężczyzną…? Nie żeby było w tym coś złego, wprost przeciwnie, to już dobry wiek, żebyś znalazł sobie kogoś, ale… Nie wolałbyś znaleźć wpierw jakiegoś dziewczęcia w twoim wieku…? Zakochać się…? Uczucia to dobra sprawa, gdy jest się jeszcze młodym i ma złudzenia… Bo ona to jest starsza od ciebie… Urodziwa, bardzo- zacmokał z zadowoleniem.- Ale starsza.
-Mógłbyś…?- zapytał raz jeszcze Absalom.
-Jeśli chcesz- odparł Edalis, skinąwszy głową.- Pogadam, jak przyjdzie, a przyjdzie pewnie rano. A ty lepiej idź na górę, chłopcze, bo słowo daję, wyglądasz jak trup. Zaraz cię zaprowadzę, kilka pokojów jest przygotowanych, nie są zbyt… hm… No cóż… Jutro znajdę ci lepszy, gdy te łajzy już polezą… Chodź no. Tylko idź przodem, bo jeszcze mi gdzieś omdlejesz… Jadłeś coś dziś w ogóle…?
Absalom stracił poczucie rzeczywistości. Nie był w stanie określić, co dokładnie robił nim dotarł do pokoju i o czym rozmawiał z Edalisem. Dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi pomieszczenia, ocknął się jakby. Rozejrzał dookoła powoli. Wnętrze było małe i ciasne, bardzo ciemne, wyposażone bardzo skromnie i zwyczajnie. Było czysto, pościel została zmieniona, chłopak czuł jej przyjemny zapach, gdy kładł się do łóżka, nie zdejmując nawet odzienia. Nakrył się kołdrą. Przymknął powieki, czując potworne zmęczenie. Czuł się tu obco i nieswojo. Może dlatego nie mógł zasnąć. Może przez hałasy dobiegające z dołu, wrzaski i okrzyki pijanych gości, do których za nic nie był w stanie się przyzwyczaić. A może po prostu przez gonitwę myśli i nieustanne wracanie nimi do osoby swojego opiekuna.
Czy jeszcze w ogóle go zobaczy…?
Poczuł się fatalnie, gdy pomyślał, że nie będzie miał okazji. Przecież nie chciał wracać. A Mortalis nigdy tutaj nie przyjdzie. Nawet po to, by go choćby zobaczyć. Zresztą… Czemu niby miałoby mu go brakować…? Wcześniej żył samotnie i chyba takie właśnie życie mu odpowiadało. Absalom zawsze czuł, że ten troszczy się o niego. Dba. Ale teraz to straciło na znaczeniu. Dbał o niego jak ojciec. To właśnie powiedział Edalis. Dla Absaloma ta świadomość była nie do zniesienia. Rozczarował wszystkich, nawet samego siebie. A przecież nie chciał tego. Nigdy nie zamierzał czynić podobnych rzeczy. Chciał być po prostu… normalny. I w tamtej chwili, był na tyle zdeterminowany, by zrobić wszystko, aby się takim stać.
Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem, gdy ucichły odgłosy dochodzące z sali. Nie dane było mu jednak spać długo. Niewiele ponad godzinę później, usłyszał pukanie do drzwi, które natychmiast go wybudziło. Usiadł powoli. Bolała go głowa.
-Możesz wejść- rzucił zachrypniętym głosem, pewien tego, że to Edalis.
Gdy drzwi do pomieszczenia otworzyły się, dostrzegł jednak kogoś zupełnie innego. Kobietę. Ta weszła do środka swobodnym krokiem. Absalom wbił w nią pełne zdumienia spojrzenie, pewien, że ta się pomyliła. Była od niego starsza przynajmniej o dziesięć lat. Szczupła, choć dość szeroka w biodrach, o jasnej karnacji, rudych, sięgających ramion, falowanych lekko włosach, odziana dość nietypowo. Bez cienia wahania czy wątpliwości, usiadła na brzegu łóżka, wbijając w zagubionego chłopaka wyczekujące spojrzenie.
-Więc…- zaczęła w końcu, nieco zniecierpliwiona.- Edalis wspominał, że chciałeś o czymś ze mną… porozmawiać…- zaśmiała się z rozbawieniem, gdy tylko powiedziała te słowa.- Zresztą, dobrze wiemy, czego chciałeś.
Absalom milczał, nie odrywając od niej wzroku. Onieśmielała go, a może wręcz trochę przerażała. Domyślał się już, kim była, ale teraz, gdy się tutaj znalazła, kompletnie nie wiedział, jak powinien się zachować.
-Jesteś bardzo młody- oceniła, unosząc brew.- Edalis coś wspominał… No…?- wzruszyła ramionami, najwyraźniej oczekując jakiejś odpowiedzi, ale Absalom był zbyt zaszokowany, żeby wydusić z siebie cokolwiek.- Nie musisz się krępować, chłopczyku, choć przy pierwszym razie to, zdaje się, niewykonalne…- westchnęła niemalże ze strudzeniem, niespiesznie zsuwając ze swoich ramion materiał bluzki.- Załatwmy to szybko, dobrze…? To znaczy, nie żeby specjalnie mi się spieszyło, Edalis płaci całkiem dobrze, ale raczej nie ma się co łudzić, że będzie to trwało więcej niż kilka sekund, czyż nie…?- uśmiechnęła się, zsuwając materiał niżej i odsłaniając biust.
Absalom speszył się jeszcze bardziej. Nie wiedział, gdzie podziać oczy, patrzenie na półnagą kobietę było za bardzo krępujące i, w jakiś sposób, kompletnie nieodpowiednie.
-Możesz dotknąć…- rzuciła, widząc zresztą chyba, że młodzian nie przejawia zbytniej inicjatywy.- Albo patrzeć, jak wolisz…- dodała złośliwie.- Chociaż naprawdę wolałabym, żebyś już przeszedł do rzeczy…
Przysunęła się bliżej chłopaka, który spojrzał na nią nieco przerażony. Chwyciła go za brodę i przyciągnęła do pocałunku, całkowicie przejmując inicjatywę.
-O, Stwórco, jak ja tego nie znoszę…- mruknęła z wyraźną niechęcią, gdy tylko jej wargi odkleiły się od biernych ust Absaloma.
Chwyciła chłopaka za dłoń i położyła ją na swojej piersi, jakby chcąc go ośmielić, ale Absalom natychmiast cofnął rękę, zażenowany. Jego uwagę przykuło, zresztą, w tej sekundzie coś zupełnie innego. Odgłos trzaskających raz po raz drzwi, dobiegający z korytarza. Kobieta nachyliła się nad nim i nagle… Drzwi od tego pokoju otworzyły się również. Absalom z początku nie mógł widzieć, kto znalazł się wewnątrz, bo chwilę wcześniej kobieta wpiła się w jego usta ponownie, zasłaniając mu wejście. Gdy usłyszała, że ktoś wszedł, oderwała się od niego, ale nie zdążyła nawet obejrzeć, bo ktoś chwycił ją za włosy i szarpnął mocno, zwlekając z łóżka.
-Co ty wyrabiasz?!- krzyknęła z przerażeniem.
Absalom nie miał pojęcia, co się dzieje. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, kto przed nim stoi. Mortalis. Mortalis w swoim charakterystycznym, czarnym płaszczu. Dlatego chłopak nie rozpoznał go z początku. Spojrzał na niego, zdezorientowany.
-Chodź- szepnął mężczyzna, chwytając go za ramię i wyciągając z łóżka.
Absalom nie wahał się ani chwili, ruszył za nim natychmiast, nie zadając choćby jednego pytania, pomimo, że nie rozumiał zupełnie nic.
-Edalis! EDALIS!- wrzasnęła siedząca na ziemi kobieta, zakrywając pospiesznie piersi.
Mortalis i Absalom opuścili pomieszczenie. Mężczyzna wciąż trzymał go za rękę. Sprowadził go na dół, po schodach, a następnie ruszył pospiesznym krokiem wzdłuż, opustoszałej niemalże zupełnie, sali. Dwie osoby, które widać spędziły tutaj noc, po wczorajszej biesiadzie i wybudziły przez hałasy, w pierwszej chwili zerwały się na równe nogi, ale zaraz zatrzymały gwałtownie, wpatrując w Mortalisa tak, jakby zobaczyli ducha. Opiekun młodzieńca zignorował to zupełnie. Kompletnie oszołomiony chłopak, dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że do drzwi podszedł Edalis, zagradzając je.
-Co ty wyrabiasz, głupcze?!- warknął w kierunku Mortalisa.
-Zejdź mi z drogi- odparł lodowato mężczyzna, zatrzymując się tuż przed nim.
-Bo cóż mi zrobisz?!- Edalis oburzył się bardzo.- Gadaj natychmiast, co ty właściwie wyrabiasz…? Straszysz mi gości, na litość Stwórcy! Cóż ci strzeliło do łba?!
Mortalis przecisnął się obok mężczyzny, wychodząc. Absalom ruszył w ślad za nim, choć, szczerze mówiąc, nie wiedział ani o co chodzi, ani nawet, jak powinien się zachować. Jego opiekun zatrzymał się na powrót przed Edalisem.
-Nie waż się nigdy więcej robić czegoś podobnego…- wycedził przez zęby, spoglądając na właściciela gospody z gniewem, jakiego Absalom nigdy u niego nie widział.- Nigdy.
Absalom i tak nie zdążyłby powiedzieć ani słowa, bo Mortalis odciągnął go na bok. Puścił chłopaka i szybkim krokiem ruszył w kierunku bramy. Absalom usiłował dotrzymać mu kroku, ale był zbyt zmęczony, by go dogonić. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego opiekun jest zdenerwowany. Chłopak nie do końca wiedział, czy sytuacją, w jakiej go zastał, czy spojrzeniami ludzi, których mijali. Nie było ich wielu. O tej porze miasto było dość opustoszałe. Ale ci, którzy znaleźli się na ich drodze, reagowali podobnie, jak mężczyźni z gospody. Przystawali, spoglądali w ich kierunku albo płochliwie odwracali wzrok, oddalając się prędko. Absalom nie słyszał żadnych komentarzy czy rozmów. Był zbyt zresztą zbyt wyczerpany, by analizować to wszystko. Opuścili miasto. Wędrowali drogą, a następnie znaleźli się w lesie.
-Mortalis…- rzucił wreszcie chłopak, wyrywając się z otępienia.- Mortalis!- zawołał, zatrzymując się bezradnie. Jego opiekun szedł przed siebie jeszcze przez chwilę, po czym przystanął, słysząc, że podopieczny nie idzie za nim. Odwrócił się w jego kierunku.- Co się stało…?- nie rozumiał Absalom. Cała ta sytuacja była dla niego zaskakująca i dziwaczna. Czuł się zażenowany, że Mortalis widział go z tamtą kobietą… Ale z drugiej strony, czy nie tego właśnie mężczyzna chciał?
Długo musiał oczekiwać odpowiedzi.
-Nie zostawiaj mnie- usłyszał w końcu ciche słowa, które chyba przyszły jego opiekunowi z trudem.
Mortalis odwrócił się ponownie i znów skierował do ich chatki. Absalom wydobył z siebie resztki sił i ruszył za nim biegiem. Jego opiekun zwolnił nieco. Szli obok siebie. Chłopak spoglądał na mężczyznę ukradkiem, omal nie potykając się o własne nogi. Gdy dostrzegł, że i opiekun na niego spogląda, uśmiechnął się do niego. Niepewnie i bez przekonania. Nie mógł wiedzieć, co dokładnie znaczyły te słowa. Ale dla niego samego znaczyły  wiele. Nawet, jeśli nie wiedział jeszcze, jak to wszystko będzie wyglądało, gdy tylko przekroczą próg.
Wreszcie znaleźli się w domu. Mortalis zdjął z siebie płaszcz, odkładając go na bok. Absalom wodził za nim wzrokiem, przysiadłszy na łóżku. Opiekun dostrzegł jego spojrzenie. Podszedł do chłopaka, dotknąwszy dłonią jego czoła.
-Czuję się dobrze…- powiedział cicho chłopak.
Tak właśnie było, nawet, jeśli przemęczony głos zdawał się wskazywać na coś innego. Serce biło mu szybko, rozkoszne uczucie kłębiło się w podbrzuszu, za każdym razem, gdy w myślach powtarzał sobie słowa mężczyzny… A przecież nie znaczyły nic więcej, prócz tego, co w sposób oczywisty z nich wynikało. Mortalis chciał go przy sobie. Nie inaczej niż wcześniej. Nie inaczej niż jak syna, jak podopiecznego, kogoś, kogo wychowywał i na kim mu zależało… Ale tak czy inaczej, chciał go. Ta świadomość wprawiała Absaloma w stan bliski ekscytacji. W tym właśnie momencie gotów był na wszelkie deklaracje, obietnice, na zapewnienia, że się zmieni, że to, co uczynił, nigdy już się nie powtórzy, ale zdawało się, że Mortalis wcale tego od niego nie wymaga.
Mężczyzna cofnął dłoń i klęknął przy podopiecznym, wpatrując mu się prosto w oczy.
-Nie rób mi tego nigdy więcej.
Nie powiedział mu tego w taki sposób jak wtedy, Edalisowi. Mówił łagodnie. Cicho. Właściwie to była prośba. Absalom uśmiechnął się lekko. Skinął głową, sięgając dłonią do policzka mężczyzny. Mortalis wzdrygnął się wyraźnie. Odsunął się, niemalże odruchowo, i wyprostował. Chłopak speszył się i odwrócił wzrok.
-Połóż się, Absa- powiedział spokojnie mężczyzna.- Odpocznij.
-Dobrze- zgodził się natychmiast chłopak.
Był zbyt skołowany i zmęczony. Nie do końca wiedział, jak się zachować. Opiekun przyniósł mu coś do przebrania. Absalom zmienił ubrania i wsunął się pod kołdrę. Mortalis krzątał się przez moment po pomieszczeniu, chyba kompletnie bez celu. Chłopak obserwował go z uwagą.
-Dlaczego po mnie przyszedłeś…?- zapytał nagle.
W końcu wcześniej twierdził, że go tu nie chce. Absalom był pewien, że nie bez powodu. Jego opiekun obawiał się czegoś. Kogoś. Ale tak czy inaczej, skoro twierdził, że z Edalisem byłby bezpieczniejszy…
-Popełniłem wiele poważnych błędów w swoim życiu, Absa…- odparł mężczyzna.- Nie zamierzam popełnić kolejnego. Wypocznij- powiedział raz jeszcze i wyszedł z pomieszczenia, chyba świadom tego, że Absalom nie zaśnie, póki ten nie zniknie mu z widoku.
Te słowa wywarły na młodzieńcu duże wrażenie. Wiercił się jeszcze kilkadziesiąt minut, rozmyślając nad nimi i ciesząc się z faktu, że znów znalazł się w tym jedynym miejscu, które zawsze należało do niego – w domu. Wreszcie jednak zasnął znużony. Spał kilkanaście godzin. Gdy się przebudził, w pomieszczeniu panowała ciemność. Podniósł się do pozycji siedzącej, odgarniając zbłąkane pasemka włosów z twarzy i aż podskoczył, gdy zdał sobie sprawę z tego, że ktoś jeszcze znajduje się w pomieszczeniu. Mortalis siedział na swoim łóżku, przyglądając się chłopakowi z uwagą. Ten uśmiechnął się do swojego opiekuna, gdy tylko zdał sobie sprawę, że to on. Przez dłuższą chwilę panowała zupełna cisza. Absalom czuł jednak, że musi coś powiedzieć i wyjaśnić swoje ostatnie zachowanie.
Zszedł z łóżka i zatrzymał się przy mężczyźnie.
-Przepraszam- powiedział w końcu cicho.- To, co wtedy zrobiłem… Gdy… cię pocałowałem…- wydusił z siebie chłopak.- To się nie powtórzy… Ja wiem, że nie powinienem… I wiem, że…- urwał na dłuższą chwilę, czując nieprzyjemne, dławiące uczucie w gardle.- Wiem, że to nie jest normalne. Ani dobre. Nie zrobię już tego. Zmienię się. Przysięgam.
Mortalis chwycił go za rękę i ściągnął na miejsce obok siebie. Spoglądał na niego z uwagą przez moment, po czym musnął wargami usta chłopaka. Delikatnie, powoli, jakby z pewnym oporem. Absalom spoglądał na niego z zaskoczeniem, absolutnie nic z tego nie rozumiejąc. Ale zaraz uśmiechnął się radośnie. Objął mężczyznę wokół szyi, przyciskając się do niego mocno. Dopiero po kilku minutach poczuł, jak ramiona mężczyzny zaciskają się wokół jego pasa. Przymknął powieki, nie przestając uśmiechać się pogodnie. Wczorajszy wieczór, dzisiejszy ranek… Te wszystkie zdarzenia straciły nagle na znaczeniu.
Wreszcie młodzieniec odsunął się od swojego opiekuna.
-Chodź ze mną- poprosił, wyciągając do niego dłoń.
Mortalis chwycił za nią, podnosząc się powoli z łóżka.
-Dokąd…?
-Nad jezioro- odparł wesoło chłopak. Puścił mężczyznę, by nałożyć buty i narzucić na siebie cieplejszą koszulę, po czym wyszedł z domu.
Mortalis ruszył w ślad za nim, nie mówiąc ani słowa. Był środek nocy, ale Absalomowi ani trochę to nie przeszkadzało. Ruszyli obaj przez las, w stronę jeziora. Absalom o czymś mówił. Właściwie, gdyby zapytać go za kilkanaście minut, o czym dokładnie, chyba nie potrafiłby odpowiedzieć. Zupełnie bez ładu i składu, opowiadał o czymś, zaczynał jakiś temat, urywał, by przejść do następnego, który zaraz również pozostawał bez kontynuacji. Język mu się plątał, radosny uśmiech nie schodził z twarzy. Był tak podekscytowany, tak szczęśliwy, że ledwie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę. W końcu wskoczył na drogę przed Mortalisa  i idąc tyłem, patrząc na mężczyznę, zaczął:
-Jestem szczęśliwy... Nawet nie masz pojęcia… Marzyłem o tym…- westchnął w radosnym uniesieniu.
-Sądziłem, że marzyłeś o księżniczkach- odpowiedział spokojnie Mortalis.
Absalom zaśmiał się i pokręcił głową.
-To było dawno…- odparł i już miał coś dodać, ale potknął się o wystający korzeń i niewiele brakowało, a skończyłby na ziemi, gdyby ramiona opiekuna nie pochwyciły go na czas.- Dziękuję…- bąknął, czerwieniąc się nieco.
Dotarli wreszcie nad jezioro. Usiedli na piasku. Absalom wpatrywał się przez dłuższą chwilę w rozgwieżdżone niebo. Zerknął na swojego opiekuna. Uśmiechnął się raz jeszcze. Był szczęśliwy. Absolutnie szczęśliwy i chyba nic nie mogłoby go teraz wytrącić z tego nastroju. Z warg Mortalisa wydobył się cichy jęk, gdy usiłował przesunąć się na bok. Dopiero wtedy chłopak przypomniał sobie, w jakim stanie jest mężczyzna. Patrzył na niego przez moment z niepokojem. Był ranny, a mimo to przyszedł po niego. Do miasta. Do ludzi, których nie znosił i od których stronił od lat. I jeszcze ten pocałunek… Ledwie muśnięcie, ale mimo wszystko… Absalom nie potrzebował już innych dowodów.
-Nie wyruszysz, prawda?- zapytał nagle, bo była to ostatnia kwestia, jaka go dręczyła. Opiekun wbił w niego pytające spojrzenie.- Teraz już nie możesz wyruszyć!- stwierdził z pełnym przekonaniem młodzieniec.- Zostaniemy tutaj razem. Będziemy żyć… normalnie.
-Jak to sobie wyobrażasz, Absa?
Chłopak wzruszył ramionami. Nie miał z tym najmniejszego problemu, wydawało mu się to naturalne.
-Będę musiał odejść. Prędzej czy później…- odparł powoli jego opiekun.- Jest wielu ludzi, którym się naraziłem. Jeśli nie znajdę ich jako pierwszy, oni w końcu znajdą mnie. A co za tym idzie, znajdą też ciebie.
-To oni ci to zrobili…?- dopytał młodzieniec, ale tak, jak się spodziewał, nie uzyskał odpowiedzi.- Nie musisz się o mnie bać. A nawet jeśli, przecież będziesz wtedy ze mną. Razem sobie poradzimy…
-Razem…?- ton Mortalisa pobrzmiewał lekką kpiną.
-Tak…- Absalom skinął głową, nabierając nagle dziwnej pewności.- Przecież poradziłem sobie z tym wilkołakiem. Pamiętasz?
-Całe szczęście- skwitował jego słowa mężczyzna.- I w tym właśnie cały sęk… Szczęście…
-To nie była kwestia szczęścia!- zaperzył się młodzieniec.- Zabiłem go, chociaż byłem sam i nie miałem nikogo do pomocy! A był przecież silniejszy od ludzi, sam to powiedziałeś!- Mortalis nie wyglądał na przekonanego.- A ci bandyci…? Ci, którzy napadli wtedy na dom…? Ich też powstrzymałem!
-Zabiłeś- poprawił podopiecznego mężczyzna, a na twarzy Absaloma pojawił się niepowstrzymany grymas.- Widzisz…? Do tej pory tego żałujesz. Masz wyrzuty sumienia. Gdybyś miał wybór, nie zrobiłbyś tego.
-Nikt by tego nie zrobił, gdyby miał wybór.
-Mylisz się. Ludzie, którzy mnie szukają, nie cofną się przed niczym. Jeśli cię znajdą, wykorzystają każdą sekundę twojego wahania. Nie mają litości. Nie przyjdą tu po kosztowności. Ich zachowanie nie będzie wynikiem wypaczonego instynktu. Będą chłodno kalkulować. Znajdą odpowiedni sposób, by wszystko zorganizować. I zabiją cię. Nie pytając o nic.
Absalom milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad słowami mężczyzny. Wzbudziły w nim pewną obawę, ale to nie była obawa o swój własny los. Raczej o Mortalisa. I wolał, by jego opiekun był tutaj, z nim, bez względu na wszystko. A może zwłaszcza,  przez wzgląd na to, że zadarł z takimi osobami… Chłopak będzie mógł mu pomóc. Wiedział, że Mortalis w niego nie wierzy. Jeszcze nie. Ale wiedział też, że sobie poradzi. Byłby gotów zrobić dla niego absolutnie wszystko.
-Zaufaj mi- poprosił cichutko, spoglądając na opiekuna.- Może nie dałbym sobie rady, gdybym był tutaj sam, ale… Ale z tobą sobie poradzę. Na pewno- dodał z pełnym przekonaniem.
Mortalis spojrzał w niebo, po czym podniósł się powoli.
-Chodź, Absa. Zaraz znowu zacznie padać- rzucił, po czym skręcił w pobliskie drzewa.
Absalom zerwał się na równe nogi i pognał za nim.
Gdy zbliżali się do domu, rzeczywiście zaczynało już kropić. Weszli do środka. Mortalis chwycił za ubrania i zaczął przebierać się w ciszy. Absalom odkaszlnął i skierował wzrok na okno, mocno zawstydzony. Przez krótką chwilę, miał ochotę zapytać mężczyznę, co dokładnie znaczył ten pocałunek. Albo pocałować go samemu i sprawdzić jego reakcję. Ale ostatecznie zrezygnował, zdając sobie sprawę z tego, że ten dzień był i tak wystarczająco ciężki dla nich obu.
-Mogę spać z tobą…?- wydusił z siebie po chwili, gdy Mortalis już się przebrał. Mężczyzna zatrzymał się przy nim, spoglądając na niego pytająco.- T… Tylko dziś, bo…- zająknął się chłopak, pąsowiejąc. Miał wrażenie, że zapytał o coś niewłaściwego.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Zaraz jednak, podszedł do swojego łóżka i odsunął je spod ściany. Absalom, widząc grymas bólu na jego twarzy, doskoczył do niego natychmiast i sam złączył ze sobą dwa łóżka.
-Miałeś się nie przemęczać- zauważył.- Rany nie są jeszcze dobrze zagojone, musisz na siebie uważać.
Mortalis westchnął tylko głęboko. Przygotowawszy się do snu, wszedł pod kołdrę, zajmując miejsce przy ścianie. Absalom znalazł się zaraz tuż obok i objął opiekuna mocno, przyciskając się do niego.
-Absa… Zdajesz sobie sprawę z tego, że leżymy na jednym łóżku…?- zapytał Mortalis.
-Mhm- potwierdził pogodnie chłopak.
-Jest ciasno.
-Ale ciepło.
Ciche parsknięcie wyrwało się z warg jego opiekuna.
-Zawsze widzisz tylko dobre strony…?- zapytał mężczyzna.
-Zawsze- potwierdził bez chwili wahania młodzieniec.
I może dlatego sądził, że teraz będzie już tylko lepiej.
Mortalis wyzdrowieje, zmieni się, nie będzie odchodził, zostanie przy nim.
I będą ze sobą blisko. Bardzo blisko. Tak, jak zawsze tego chciał.
I nawet, jeśli te wyobrażenia przypominały naiwną baśń, Absalom wierzył w nie mocno.
Zasnął w spokoju, otoczony ramionami mężczyzny.

piątek, 21 grudnia 2012

Informacja

Za tydzień, jak już chyba wspominałam, pojawi się nowy rozdział "You Found Me". Później, dwa razy pod rząd, z okazji, powiedzmy, spóźnionego prezentu świątecznego dla pewnego osobnika, pojawią się rozdziały "Chaosu". Następnie "Wyzwanie".

Poza tym, chciałam poinformować wszystkich czytelników "Wyzwania", że choć do tej pory poświęcałam mu dość niewiele uwagi, teraz to się zmieni. Przejrzałam statystyki i co oczywiste, okazało się, że "Chaos" i "Wyzwanie" są najchętniej czytanymi opowiadaniami. Co za tym idzie, możecie się spodziewać "Wyzwania" częściej niż dotąd.

Rozdział 32 [Chaos]


Amir westchnął, cokolwiek nostalgicznie, spoglądając w bezchmurne niebo. To był ładny dzień, tym razem pogoda im dopisała. Słońce świeciło, ale nie było upału, a przyjemny, odświeżający wiatr, wydawał się być doskonałym na czas wędrówki. Tyle, że oni już nie wędrowali. Postanowili zrobić sobie postój. Wędrowali wczoraj. W rzęsistym deszczu. A przedwczoraj po raz ostatni widzieli Devina… Świadomość, że nikt nie będzie opowiadał ballad o pochylonym drzewie, silił się  na pieśni wielbiące wielkie miłości, dopytywał o intymne szczegóły ich specyficznej relacji, ani tworzył wierszy o wymarzonej, wyśnionej kochance, powinna przynieść Amirowi ulgę, ale, jak do tej pory, był jakiś smętny i nieswój. Wstyd było mu się przyznać, ale chyba rzeczywiście brakowało mu Devina. Nie wiedział, dokładnie z jakiego powodu, bo i trudno było mu odnaleźć w osobie niedawnego towarzysza cokolwiek, COKOLWIEK, co mogłoby go nie irytować, nie drażnić i nie doprowadzać do skrajnej wściekłości, ale mimo wszystko, bez niego, przez moment, zrobiło się zbyt cicho i zbyt pusto. Devin odnalazł swoją „jedyną”. Już, przynajmniej,drugą z kolei, ale tym razem na poważnie. Amir nigdy w życiu nie domyśliłby się, że tak to właśnie się skończy. Zresztą, on nie uważał, żeby to był właściwy wybór i chętnie porozmawiałby na ten temat z poetą raz jeszcze, z miliardem argumentów, jakie przyszły mu do głowy już po tym, jak się pożegnali, ale… Nie będzie miał okazji. Cóż. Dziwne uczucie. Chyba robił się za bardzo sentymentalny.
-Tęsknisz za nim- usłyszał słowa potomka wilków i aż podskoczył nerwowo, zerkając w stronę, z której dochodziły.
Nadim stał nieopodal, wsparty o drzewo, z ramionami skrzyżowanymi na klatce piersiowej i spoglądał na niego z pełnym zrozumienia uśmiechem. Amir był tak przekonany, że ten jeszcze hasa radośnie po pobliskich lasach, że nawet nie zauważył jego powrotu. Obruszył się bardzo, z pewnym opóźnieniem, ale jednak.
-Ja?- parsknął z politowaniem.- Chyba żartujesz! To znaczy… Nawet nie wiem, o co ci właściwie chodzi…- sprostował, odkaszlnąwszy dyskretnie.
Nadim uśmiechnął się z rozbawieniem na te słowa, nie przestając mu się przyglądać.
-Lubiłeś go- stwierdził w końcu, prawie triumfalnie.
-Devina…?- Amir zaśmiał się nieco sztucznie.- Nie znosiłem go! Jego i jego poezji! Więcej gadał niż robił…- wymamrotał z irytacją.- I nieustannie pakował się w kłopoty! Te jego śpiewy! I jego królewny! Dobrzy bogowie! Gdyby nas nie spotkał, zginąłby już jakiś tysiąc razy! I nam też niewiele brakowało, by zginąć przez niego! A jaki był lekkomyślny…! Aż godny pożałowania! Naprawdę…- Uśmiech potomka wilków poszerzał się z każdym jego słowem, ale Amir dopiero po chwili zorientował się, że od kilku minut gada jak najęty o kimś, za kim absolutnie „nie tęskni”. Umilkł więc na dłuższą chwilę, świadom, że jego własne słowa świadczą raczej o czymś przeciwnym, by zaraz dodać- Daj spokój, Nadim! Dlaczego miałbym tęsknić za kimś, kto tak bardzo mnie drażnił…?- burknął, wstając.
Potomek wilków podszedł do niego powoli i objął go od tyłu. Amir znieruchomiał w jego ramionach, czując, jak kompan zsuwa materiał koszuli z jego ramienia i składa na nim krótki pocałunek.
-Bo najbardziej drażniący cię osobnicy, jakimś cudem stają się ci bardzo bliscy…- zauważył, śmiejąc się cicho. Jego wargi na powrót spoczęły na skórze mężczyzny.
-Bogowie, dopomóżcie…- westchnął z udawanym strudzeniem człowiek, zdając sobie sprawę z tego, że tkwi w tym jakieś ziarno prawdy. A może po prostu wynikało to z tego, że był osobą, której ciężko było nie drażnić.
Nadim zachichotał cicho, wędrując niespiesznie ustami po szyi mężczyzny, i nagradzając stęsknioną dotyku skórę, subtelną pieszczotą. Amir przymknął na moment powieki, pozostając w uścisku towarzysza i zaczął zastanawiać się nad tym, jak to się stało, że wczorajszego dnia, Nadim pozwolił mu odpocząć w absolutnym spokoju. Człowiek parsknął cicho pod nosem, uśmiechając się z rozbawieniem. Gdyby nie był skonany ich cokolwiek wycieńczającą podróżą, pewnie sam nie czekałby długo, by się za niego zabrać…
-Rozejrzałeś się już…?- zapytał jednak, wracając do rzeczywistości.
-Mhm…- zamruczał wesoło Nadim, odgarniając włosy kompana za jego drugie ramię i już koncentrował wargi na jego policzku i okolicach ucha.- Jest bardzo miła rzeka, tu, w pobliżu… Gdybyś wciąż był zainteresowany…- szepnął, zachęcająco.
Amir zerknął na niego podejrzliwie.
-A powinienem być…?- zapytał, a na jego ustach wykwitł mimowolny uśmiech.
-Zdecydowanie…- pewność w głosie potomka wilków była bardzo obiecująca.
Człowiek nie przestawał się uśmiechać. Obejrzał się na kompana, po czym z wolna skinął głową, co chyba miało być wyrazem aprobaty. Nadim odsunął się od niego, by, z niezmiennym uśmiechem, chwycić kochanka za dłoń i pociągnąć go za sobą w pobliskie drzewa. Amir zatrzymał się jeszcze na moment przy ich pakunku i przezornie chwycił koc, co z niewiadomych przyczyn, wywołało u potomka wilków odrobinę złośliwy chichot. Teraz, gdy nie musieli się z niczym spieszyć, ani martwić kręcącym w pobliżu poetą, Amir nie zamierzał narażać się na ewentualny dyskomfort. Tak było w końcu znacznie przyjemniej.
Szli niespiesznie, wymieniając spojrzenia i uśmiechy, nie rozmawiając ze sobą wiele. Przyjemne ciepło rodziło się w człowieku, za każdym razem, gdy spoglądał na swojego towarzysza. Ścisnął mocniej jego dłoń, zrównując się z nim krokiem. Nadim przyspieszył, a już po chwili, zaczął biec. Amir zaśmiał się głośno, ruszając razem z nim. Dotarli do brzegu rzeki, okolonego drzewami. Zatrzymali się obok siebie. Amir zerknął ukradkiem na swojego towarzysza, który zaczął rozbierać się niespiesznie. Sam również, z pozornym spokojem, zdjął z siebie koszulę, a następnie rozpiął pas i zsunął swoje spodnie, usiłując powstrzymać się przed nazbyt natarczywym spoglądaniem w kierunku, coraz mniej odzianego, kochanka. Nadim pozbył się ubrań całkowicie, Amir po chwili również. Wtedy potomek wilków chwycił kompana w ramiona.
-I pomyśleć, że do tej pory odmawiałeś wspólnej kąpieli…- szepnął z teatralnym żalem, przyciskając kochanka do pobliskiego drzewa.
Amir oparł się o pień plecami, wpatrując w towarzysza z rozbawieniem.
-Głupi ja…- odparł cicho, po czym przesunął językiem wzdłuż dolnej wargi, nie mogąc się doczekać pocałunku.
Nadim odpowiedział mu radosnym uśmiechem.
-Devin nigdy nie odmawiał…- mruknął mu do ucha, cokolwiek prowokująco, by zaraz zahaczyć o jego płatek zębami.
Amir zaśmiał się.
-Chcesz mi coś powiedzieć…?- rzucił z udawanym oburzeniem.
-Mhm… Gdy się kąpie, śpiewa jeszcze gorzej…- odpowiedział wesoło potomek wilków.
Człowiek pokręcił głową.
-Niemożliwe- stwierdził kategorycznie, chichocąc.
Nadim zawtórował mu tym samym i zaraz upragnione wargi potomka wilków, spoczęły na ustach mężczyzny, który ochoczo przyjął wyczekany pocałunek. Objął ciasno kochanka. Dłonie człowieka zawędrowały od razu na pośladki towarzysza, ale ten zdawał się mieć inne plany, bo sprytnie wyplątał się z jego uścisku. Amir jęknął w formie protestu, ale ciepłe usta Nadima, które spoczęły zaraz na jego szyi, chwilowo mu to zrekompensowały. Człowiek westchnął, odchylając lekko głowę. Potomek wilków nie zatrzymał się. Pochylił się nad kompanem, całując jego obojczyk, a następnie przechodząc na tors. Amir przymknął powieki, poddając mu się całkowicie. Usta Nadima wędrowały coraz niżej i niżej… Potomek wilków klęknął, pieszcząc wargami podbrzusze mężczyzny. Jego język, jego pocałunki, sprawiły, że to już nie ciepło rodziło się w Amirze, a istny gorąc, który zalał falą całe jego ciało, potęgowany dreszczami podniecenia rozchodzącymi się od miejsca pieszczoty. Na tym jednak, potomek wilków nie poprzestał. Oparł dłonie na biodrach kochanka i zszedł jeszcze niżej, składając lekki pocałunek na jednym, a następnie drugim udzie, by wreszcie…
-Oooch…- przeciągły, niepohamowany jęk wyrwał się z ust nieco zaskoczonego człowieka.
Wargi potomka wilków zacisnęły się na jego męskości i zaczęły działać cuda.
Amir miał wrażenie, że stoi bardzo niestabilnie. Wczepił się palcami w pień, o który był wsparty, oddychając szybko i czując narastające pożądanie. Zdecydowanie nie takiego obrotu sprawy się spodziewał. Przycisnął zewnętrzną stronę dłoni do ust, usiłując w ten sposób, niezbyt skutecznie, stłumić serię jęków i westchnień, jakie wydobywały się z jego warg, w reakcji na poczynania towarzysza, który zresztą poczynał sobie bardzo śmiało i bardzo wprawnie, zwłaszcza jak na kogoś, kto wcześniej zajmował się wyłącznie zaspokajaniem kobiet. Chociaż, co Amir mógł o tym wiedzieć… Jedyne, co go w tej chwili interesowało, to usta Nadima, ssące jego członek i jego język, który w przerwach, wędrował wzdłuż całej męskości człowieka.
Zaraz jednak potomek wilków przerwał. Amir spojrzał na niego, cokolwiek zamglonym, wzrokiem, nie bardzo wiedząc, co jest tego przyczyną. Ku jego zdumieniu, Nadim wyprostował się i zaraz z rozbawionym uśmiechem, pognał do rzeki.
-Nadim!- zawołał za nim mężczyzna, z trudem odlepiwszy się od drzewa. Nogi uginały się pod nim lekko, oddech wciąż miał przyspieszony i nierówny.- Nadim, do licha!- zirytował się bardzo, bo jego męskość zdecydowanie domagała się kontynuacji wcześniejszych czynności.
-Chodź do mnie!- krzyknął do niego potomek wilków.
Amir stanął przy brzegu, z dłońmi opartymi na biodrach i sterczącym członkiem, spoglądając w kierunku kompana wzrokiem dalekim od wielkiej miłości. Jęknął głucho, naprawdę licząc, że Nadim zlituje się nad nim i wróci. Wyglądało jednak na to, że potomek wilków nie ma tego w zamiarze. Szkoda. Amir sam dokończyłby dzieła, ale spojrzenie, jakim obdarzył go towarzysz, skrywało w sobie dość kuszącą obietnicę, więc, chcąc nie chcąc, westchnąwszy ciężko i z absolutnym trudem, ruszył powoli w jego stronę. Bardzo powoli. Bardzo powoli i bardzo chwiejnie. I nieco boleśnie, przy okazji. Zanurzał się coraz bardziej w chłodnej wodzie, a gdy wreszcie znalazł się w niej po pas… Udało mu się dobrnąć do Nadima. Zmrużył gniewnie oczy, przyglądając się radosnej twarzy kompana.
-To było okrucieństwo- burknął.- Zdajesz sobie sprawę…?
Nadim próbował wykonać coś, co chyba miało być ukłonem, przez co na moment stracił równowagę i oparł się na ramionach kochanka, śmiejąc się głośno.
-Wybacz, wasza wysokość…- szepnął teatralnie.
-Oberwiesz- zagroził mu Amir, choć i z jego warg wyrwał się cichy chichot.
Nadim uśmiechnął się figlarnie i wpił w usta kochanka. Amir oddał pocałunek, jedną ręką obejmując towarzysza wokół pasa, a drugą dłonią wędrując w jego włosach, by ostatecznie zatrzymać ją przy uchu kompana i zacząć głaskać je niespiesznie. Potomek wilków zamruczał, bardzo zadowolony. Druga dłoń człowieka obniżyła się, odruchowo niemalże, zmierzając w stronę pośladków Nadima. Zatrzymała się jednak przy ogonie potomka wilków. Amir chwycił za niego, przesuwając wzdłuż jego długości palcami. Zachichotał wprost w usta kochanka. Nie wiedzieć czemu, ale za każdym razem, gdy docierał do tej części ciała towarzysza, strasznie go to bawiło.
-Wiesz, że chwytasz z niewłaściwej strony…?- szepnął mu do ucha potomek wilków, przerwawszy wcześniej ich pocałunek.
Amir parsknął śmiechem i pchnął go lekko. Nadim również się zaśmiał i uczynił dokładnie to samo, ale niespodziewający się niczego człowiek, stracił równowagę i runął do wody, zanurzając się całkiem. Udało mu się wreszcie wstać i wyłonić na powierzchnię. Odgarnął wilgotne włosy z twarzy, kasłając i plując wodą.
-Nie znoszę cię…- wyrzucił z siebie z niezwykłą czułością.
-Och, wprost przeciwnie…- odparł z rozbawieniem potomek wilków, na powrót przyciągając go do siebie.
Pocałował mężczyznę, obejmując go jednocześnie ciasno. Amir przycisnął się do niego ochoczo, mniej jednak skoncentrowany na pocałunku. Raz po raz ocierał się, cokolwiek niecierpliwie, o udo kompana, żądny dokończenia tego, co potomek wilków rozpoczął na brzegu. Usłyszał, jak Nadim śmieje się cicho, nie przerywając mu jednak i nie mówiąc ani słowa. Dłonie kompana spoczęły na pośladkach człowieka. Masowały je przez dłuższą chwilę spokojnie, gdy usta potomka wilków błądziły po szyi mężczyzny. W pewnym momencie, Amir znieruchomiał, czując, jak palec towarzysza wsuwa się do jego wnętrza. Zacisnął mocno dłonie na ramionach kochanka, w pierwszej chwili zupełnie zdezorientowany. Wydał z siebie niepohamowany jęk, gdy w pewnym momencie, Nadim natrafił na wyjątkowo czuły punkt w jego wnętrzu. Potomek wilków przerwał pocałunki, spoglądając na kochanka i uśmiechając się z niekłamaną satysfakcją, po czym wpił się w jego usta. Opuszkiem palca napierał wciąż na ten sam punkt, wywołując u Amira dreszcze rozkoszy. Człowiek pozwolił sobie na miarowe westchnienia, sięgając jednocześnie dłonią do męskości Nadima. Potomek wilków zrewanżował mu się dokładnie tym samym, kontynuując wciąż wcześniejszą pieszczotę, która potęgowała doznania mężczyzny. Ich pocałunki z każdą chwilą stawały się coraz bardziej żarliwe, chaotyczne, urywane… Przyspieszone oddechy splatały się w jedno z szumem wody.
Skończyli w swoich ramionach. Nadim wtulił się w kochanka, przyciskając go do siebie mocno. Amir westchnął głęboko, zamykając potomka wilków w uścisku.
-I co teraz…?- mruknął Nadim.
Amir wziął głębszy oddech. Bijące jak oszalałe serce uspokajało się powoli.
-Teraz cię chcę- odparł dość niezrozumiale.
-Masz mnie- zachichotał w odpowiedzi Nadim.
-Chcę cię bardziej- sprecyzował człowiek, choć chyba i to nie było do końca jasne.
-Bardziej…?- podchwycił Nadim, odsuwając się nieco i spoglądając na niego z zaintrygowaniem.- Co proponujesz…?- zapytał, uśmiechając się bezczelnie.
Amir przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
-Czy będzie wielkim nietaktem, jeśli przyznam, że bardzo chciałbym być z tobą… bliżej? Jeszcze bliżej niż przed chwilą…- odkaszlnął, odrobinę skrępowany własnymi wyjaśnieniami.
Uśmiech Nadima poszerzył się jeszcze.
-Nie wiem- odparł spokojnie.- Jestem skromnym potomkiem wilków, nie znam się na tym, co taktowne…
-Tak…- parsknął z politowaniem Amir.- To zauważyłem dawno temu.
Jego kompan zaśmiał się wesoło. Wciąż obejmując kurczowo, przesuwali się powoli w stronę brzegu, wymieniając krótkie, niespieszne pocałunki.
-Ostatnim razem cię bolało- stwierdził Nadim.- Długo.
-Taaaak…- odparł z głębokim westchnieniem mężczyzna.
-Dlaczego?
Człowiek wzruszył ramionami.
-Nie przygotowałem się odpowiednio, a ty… Ty nie byłeś szczególnie delikatny…
-Zarzucasz mi brak subtelności?- Nadim obruszył się teatralnie.
Amir zachichotał i skinął głową.
-Absolutny- potwierdził.
Potomek wilków westchnął z udawanym przejęciem.
-Jak mogłem dopuścić się tak rażącego niedopatrzenia!
-Rażącego niedopatrzenia godzącego w monarszą cześć…- odpowiedział w tym samym tonie człowiek, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, co dokładnie powiedział.
-Monarszą…?- Nadim uśmiechnął się szeroko.- To przejęzyczenie…? Bo nawet jeśli, to…
-Och, przymknij się…- parsknął człowiek, wpijając się gwałtownie w wargi kochanka.
Potomek wilków zachichotał, wciąż zmierzając w stronę lasu. Znaleźli się na płyciźnie, a chwilę później obaj wylądowali na piaszczystym brzegu. Amir odsunął się odrobinę i odkaszlnął, nie wiedzieć czemu, lekko skrępowany własną nagością. Nadim, jak zwykle zresztą, skrępowania nie podzielał.
-Więc, co mam zrobić, żeby cię nie bolało?- zapytał otwarcie.
-Potrzebujemy czegoś mokrego- stwierdził niezbyt odkrywczo Amir.
Potomek wilków rozejrzał się dookoła, po czym parsknął śmiechem. No tak. Gdzie mogliby znaleźć cokolwiek mokrego w pobliżu rzeki…? Człowiek aż sam uśmiechnął się z politowaniem.
-Coś mokrego i śliskiego- spróbował znów doprecyzować i sam szukał myślami czegoś, co mogłoby im ułatwić sprawę, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nic, co nie przekraczałoby granicy absolutnej obrzydliwości.
-Dobrze- zgodził się Nadim, skinąwszy głową.
-Co „dobrze”?- mężczyzna spojrzał na niego, nieco zdezorientowany.
-Coś mokrego i śliskiego. W porządku- nie wiedzieć czemu, Nadim sprawiał wrażenie żywo uradowanego.- Nie ma problemu.
-Doprawdy…?- zdumiał się Amir.
-Mhm- potwierdził z pełnym przekonaniem jego towarzysz.
Potomek wilków chwycił za koc i rozłożył go szybkim ruchem, po czym ostentacyjnym gestem, na wpół się kłaniając, wskazał go nieco zagubionemu mężczyźnie.
-Wasza wysokość pozwoli…?- zapytał figlarnie.
Amir darował sobie wszelkie uwagi i tę złośliwość kompana skomentował jedynie morderczym spojrzeniem, a następnie ułożył się na materiale. Cokolwiek zawstydzony patrzył na Nadima, który przez moment ani myślał ruszać się z miejsca i tylko przyglądał mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wreszcie jednak usadowił się wygodnie na biodrach towarzysza, spoglądając na niego z góry. Człowiek usiłował go dotknąć, ale jego kochanek sprawnym gestem chwycił go za nadgarstki i przycisnął je do ziemi. Amir spoglądał na niego ze zdziwieniem. Spojrzenie Nadima przywodziło mu na myśl wzrok bardzo zadowolonego drapieżnika, który właśnie schwytał absolutnie bezbronną i niezdolną do ucieczki ofiarę. Człowiek zwilżył mimowolnie wargi, niecierpliwie oczekując na to, co się wydarzy. A Nadim pochylił się nad nim, a następnie…
Zaśmiał się radośnie i, z rozkosznym pomrukiem, potarł kilkukrotnie policzkiem o policzek kompana. Puszczając dłonie człowieka, wtulił się mocniej w jego ciało, przesuwając nosem wzdłuż szyi. Amir zachichotał cicho, wsuwając dłoń we włosy kochanka i przeczesując je niespiesznie.
-Jesteś ciepły- zamruczał z zadowoleniem Nadim, wciąż ocierając się o niego delikatnie.
-Dz… Dziękuję…- bąknął nieco zdezorientowany książę, nie bardzo wiedząc, jak odebrać te słowa.
-I ładnie pachniesz. Lubię twój zapach. Całego cię lubię- wyznał, muskając wargami obojczyk kochanka.
Amir uśmiechnął się mimowolnie.
-Mam odpowiedzieć ci tym samym…?- zapytał przekornie.
Nadim uniósł głowę, spoglądając na niego z uwagą.
-Jeśli chcesz- odparł pogodnie.
Człowiek uniósł powoli rękę, by pogłaskać czule policzek mężczyzny. Niespiesznie przesunął dłoń  w stronę jego ust i pogładził opuszkami wargi kochanka. Nadim ucałował jego palce, a następnie wewnętrzną i zewnętrzną stronę dłoni. Amir uśmiechnął się z rozbawieniem, czując, jak usta potomka wilków, sprawnie przechodzą na jego przedramię, by zaraz złożyć na nim kilka pocałunków, przy których Nadim nie omieszkał zahaczyć zębami o skórę kochanka. Moment później, kompan człowieka, przeniósł wargi na jego szyję i zaczął kąsać ją lekko, jak zresztą miał w zwyczaju. Amir zachichotał cicho, niespiesznie głaszcząc kompana za uchem. Chwilę później, zacisnął palce na pasmach jego włosów i przyciągnął go do długiego pocałunku. Nadim zamruczał rozkosznie w jego wargi. Usadowił się pomiędzy rozchylonymi, ugiętymi lekko, nogami kochanka. Z wolna wędrował dłonią wzdłuż uda Amira. Jego język penetrował śmiało wnętrze ust mężczyzny. Człowiek odpowiadał na pocałunek równie żarliwie, obejmując potomka wilków ramieniem. Wyjątkowo, nie musieli spieszyć się absolutnie z niczym. Pozwalali sobie na mniej lub bardziej subtelne pieszczoty, rozkoszując się swoją bliskością, stymulując nawzajem niespiesznie, wręcz prowokująco. Amir uniósł lekko biodra, ocierając się o męskość kochanka. Już po chwili, ten odpowiedział mu tym samym. W pewnym momencie potomek wilków zatrzymał się i wyprostował, spoglądając na kochanka z góry.
-Co?- rzucił Amir, patrząc na Nadima zamglonym wzrokiem.
-Odwróć się- poprosił uroczo potomek wilków.
Człowiek parsknął cicho, potrzebując chwili, żeby zebrać się w sobie i zmienić pozycję. Przewrócił się na brzuch, a następnie podniósł do klęku, podpierając się przed sobą dłońmi i znajdując się w dość dyskomfortowej dla niego samego konfiguracji. Nadim zamruczał z zadowoleniem, z niezwykłym skupieniem badając dłońmi pośladki Amira.
-Czy jesteś już gotowy…?- syknął Amir, nieco wytrącony z równowagi.
-Dlaczego się denerwujesz?- zdumiał się Nadim, właściwie kładąc się na kochanku.
Amir odwrócił twarz w jego stronę i ucałował go krótko.
-Po prostu… Nie do końca odpowiada mi to… położenie…- odpowiedział powoli.- Nie widzę, co wyrabiasz, zresztą nie bardzo lubię, gdy zagłębiasz się w tamte rejony, z tej strony jestem ciekawszy…
-Jeszcze nie zacząłem.
-Co?- nie rozumiał Amir.
Nadim zsunął się z kochanka, usadawiając wygodnie za nim.
-Zagłębiać się- odparł.
-Że niby c…- usiłował zapytać po raz kolejny człowiek, ale odpowiedź przyszła nim zdążył dokończyć zdanie.- Och…- wydusił z siebie, kompletnie zaskoczony, gdy poczuł, jak język potomka wilków wsuwa się do jego wnętrza. Dziwne uczucie. Amir nie pamiętał, żeby ktokolwiek robił z nim coś podobnego. Przełknął ślinę i zagryzł wargi, usiłując zamaskować własne skrępowanie, co zresztą, w obliczu tej właśnie, pierwotnie pełnej dyskomfortu pozycji, nie sprawiło mu aż takiego problemu.
Przyjemny, ciepły dreszcz przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa. Jeszcze jeden, i kolejny… Mimowolne westchnienia raz po raz wydobywały się z jego warg. Dobrzy bogowie… Uśmiechnął się sam do siebie nieco złośliwie, uświadamiając sobie, że chyba nie znajdzie w swoim ciele takiego fragmentu, z którym szanowny język Nadima nie zechciałby się zapoznać. Zresztą, chyba mu to nie przeszkadzało… Potomek wilków przerywał na jakiś czas, całował i kąsał delikatnie pośladki kochanka, by zaraz wrócić do poprzedniej pieszczoty. Amir czuł, jak drży mimowolnie pod wpływem jego poczynań. Przymknął powieki, nie wiedzieć czemu, w pewnym momencie uciekając nieco biodrami do przodu. Wtedy Nadim skończył ostatecznie, by zaraz bez słowa, wsunąć we wnętrze kochanka dwa palce.
-Wchodzą gładko!- stwierdził, uradowany.
-Daruj sobie te komentarze!- warknął gniewnie Amir, cały spąsowiały z zawstydzenia.
-Dlaczego…?- Nadim uśmiechnął się cokolwiek bezczelnie.- Sprawdzam tylko efekty swoich…
-Milcz.
Potomek wilków spełnił rozkaz, chichocąc pod nosem i wciąż penetrując wnętrze człowieka palcami. Gdy dołożył kolejny, z ust Amira wydobył się głośny, odrobinę bolesny jęk, zaraz jednak przyzwyczaił się do tego uczucia. Miarowe westchnienia i ciche jęki wydobywały się raz po raz z jego warg. Z każdą chwilą niecierpliwił się jednak coraz bardziej, oczekując tego, że poczuje w swoim wnętrzu coś zupełnie innego. Nadim zdawał się doskonale wyczuwać jego oczekiwanie, bo w pewnym momencie przerwał pieszczotę. Uklęknąwszy za towarzyszem, wsunął w niego czubek swojej męskości, by zaraz wycofać ją niespiesznie. Powtórzył tę czynność jeszcze kilkanaście razy. Mięśnie Amira spinały się i na powrót rozluźniały. Mężczyzna jęknął głucho, odruchowo mocniej wypinając się w stronę kochanka.
-Doprowadzasz mnie do szału…- wycedził przez zęby.
-Taki mam plan- odparł rozbawiony Nadim i zaraz bardzo gwałtownie i szybko, jak na swoje wcześniejsze poczynania, zagłębił się w człowieku całkowicie.
Amir zacisnął mocno wargi i tylko stłumiony jęk wyrwał się z nich ukradkiem, gdy poczuł w sobie męskość kochanka. Nadim składał wilgotne pocałunki na jego plecach i ramionach, przez chwilę trwając w bezruchu. Wreszcie, zaczął poruszać biodrami, z początku powoli, stopniowo zwiększając jednak intensywność swoich pchnięć. Człowiek czuł, jak ręce, na których się podpierał, drżą lekko, jakby miały trudność z utrzymaniem jego ciała. Chyba zresztą cały się trząsł. Gorące dreszcze raz po raz przemykały po całym jego ciele, pozostawiając po sobie przyjemne mrowienie. Dłonie potomka wilków zacisnęły się mocno na jego biodrach, kierując ich ruchami całkowicie. Amir czuł gorący oddech kochanka na swoich plecach.
-Mógłbyś… Mógłbyś…- wyjąkał nieskładnie, pomiędzy kolejnymi jękami.
Potomek wilków natychmiast sięgnął jedną dłonią w kierunku pulsującej męskości kochanka. Zrównał tempo pieszczot z tempem szybkich, gwałtownych ruchów biodrami. Przeciągły jęk wyrwał się z ust Amira. Człowiek zacisnął mocno palce na materiale koca. Z trudem łapał powietrze, czując zbliżające się spełnienie. Fala gorąca oblała jego ciało. Rozkoszne dreszcze rozprzestrzeniały się błyskawicznie. Miał wrażenie, że, przez moment, całe jego ciało zatrzymało się zupełnie, wszystkie mięśnie spięły, a coś w jego wnętrzu eksplodowało tysiącem różnych doznań i emocji. Łokcie ugięły się pod nim. Oparł głowę na ułożonych na kocu przedramionach, odruchowo wypinając się mocniej w stronę potomka wilków. Ten szczytował chwilę później w jego wnętrzu, zalewając je gorącym płynem. Nadim poruszał się powoli w kochanku jeszcze przez moment, po czym wysunął się z niego i dał mu możliwość przewrócenia na plecy. Amir uczynił to z cichym stęknięciem, zaraz na powrót znajdując się przed potomkiem wilków. Ten uśmiechnął się do niego radośnie, po czym obdarzył go czułym pocałunkiem.
Amir przymknął powieki, oddając go leniwie.
Jego oddech uspokajał się powoli, bicie serca wracało do normy. Nie zamierzając się z niczym spieszyć, objął kochanka wokół szyi, przyciskając go do siebie mocniej. Nadim poleżał przy nim jeszcze moment, muskając znów szyję i ramiona człowieka wargami, po czym oswobodził się z jego uścisku i wstał. Amir podniósł się na przedramionach, zmęczony i odrobinę obolały. Spojrzał na niego pytająco.
-Trzeba coś zjeść- oświadczył Nadim, uśmiechnąwszy się pogodnie.
-Mhm…- odparł odległym głosem człowiek, opadając z powrotem na koc.- Mógłbyś mi podać moje ubrania…?
Z lekkim rozbawieniem obserwował jak nagi potomek wilków podchodzi do drzewa, przy którym obaj się rozebrali i zbiera ich odzienie. Nie wrócił jednak do człowieka, a ruszył w kierunku lasu.
-Co ty robisz?- zaniepokoił się Amir.- Złodzieju ubrań, spodnie Devina ci nie wystarczyły?!- zawołał żartobliwie, choć złośliwy uśmieszek, jakim odpowiedział mu Nadim, raczej nie wskazywał, by potomek wilków zamierzał zawrócić.- Nadim! Dawaj moje ubrania! Natychmiast! Albo… Albo zaraz wstanę i za tobą pójdę!- te słowa nie zabrzmiały tak groźnie, jak tego chciał, zważywszy na fakt, że, szczerze mówiąc, nie miał siły się ruszyć.
-Nie- odparł gładko potomek wilków.- Wrócę tu za jakiś czas i będziemy kontynuować- zachichotał pogodnie, znikając w lesie.
-Nadim!- krzyknął za nim wściekły i wciąż roznegliżowany Amir.
Wściekły i roznegliżowany Amir był jeszcze groźniejszy niż Amir regularnie doprowadzany do szału. Odetchnął kilkukrotnie, po czym zebrał się w sobie i, z pełnym niechęci jękiem, zaczął podnosić się powoli. Chwiejnym krokiem skierował się do wody i przycupnął na płyciźnie, zaczynając obmywać niespiesznie swoje ciało.
Zerknął raz jeszcze w kierunku lasu.

Amir siedział nieopodal rzeki, trzymając w dłoniach swój miecz i, na całe szczęście, był całkowicie odziany. Przesunął powoli opuszkami palców wzdłuż ostrza, spoglądając w kierunku wody i zastanawiając się nad tym, co stanie się niedługo. Powrót do ich ojczyzny zbliżał się nieubłaganie. Wcześniej mężczyzna nie wyobrażał sobie nawet, że mógłby wiązać z tym jakikolwiek niepokój. Sytuacja jednak uległa zmianie. Nawet to, co sam wcześniej dla siebie planował nie było oczywiste w obliczu tych wszystkich zmian. Nie mówiąc już o planach, jakie snuli za niego inni ludzie. Ludwik. Wiedział już, że nie może zgodzić się na bycie królem, bez względu na wszystko, bo to oznaczałoby dla niego ten sam rodzaj izolacji i odseparowania, jaki dzielił przez długie lata ich wujów. Korona wydawała się być dla wielu synonimem absolutnej władzy i swobody, ale prawda była inna. To było prawdziwe zniewolenie. Każda decyzja, każdy krok, każde słowo, które się wypowiadało – wypowiadać należało w interesie ogółu, społeczeństwa, oględnie mówiąc – królestwa. Nie było tam miejsca na samowolkę. Arystokracja czaiła się z boku, patrząc monarsze na ręce i nie wahając się krytykować głośno decyzji, które jej nie odpowiadały. Podobną funkcję pełnili zresztą kapłani, wywodzący się zazwyczaj z tych samych kręgów. Amir, kochający potomka wilków, byłby zatem złym królem. Królem niemoralnym. Królem skażonym złem, działającym przeciwko narodowi, i darzącym nadmierną sympatią te istoty. A to, dla wielu ludzi, wciąż było najgorszym z możliwych. Łagodność i łaskawość Ludwika w stosunku do potomków wilków, mimo, iż teraz zaowocowała poprawą ich stosunków z ludźmi, wcześniej budziła ogromne protesty wszystkich środowisk. Arystokraci mówili o czystości krwi i ziemiach, które mogłyby należeć do nich. Kapłani o jednych obyczajach, jednej moralności i ziemi, która mogłaby zostać darowana bogom. Mieszczanie opowiadali o atakach i okrutnych zbrodniach przedstawicieli tamtej rasy, zazwyczaj powtarzając zwykłe plotki lub kłamstwa, i o ziemi, na której można by budować nowe budynki, spichlerze i domy. A chłopi… Chłopi mówili tylko o ziemi, choć, co oczywiste, niewiele by jej dla nich pozostało. Wszystko to jednak sprowadzało się do jednego. Do napiętnowania aktualnego władcy i, niemalże, zrzucenia go z tronu. Gdyby Ludwik innymi decyzjami nie potrafił złagodzić opinii poszczególnych grup, pewnie skończyłby bardzo źle, pomijając fakt, że i tak, zapewne niejeden szlachcic znajdujący się blisko niego, chętnie dosypałby mu jakiegoś specyfiku do napoju. Amir nie był taki, jak wuj. Nie potrafił zrozumieć emocji ogółu. Ani rzucić im czegoś bezwartościowego dla chwilowej satysfakcji. Wiedział, że sobie nie poradzi. To nie egoizm nim kierował. Nie wyłącznie, w każdym razie, egoizm. Tylko obawa o efekty podjętej przez Ludwika decyzji, wobec której musiał prędzej czy później zaprotestować.
Usłyszał zbliżające się do niego kroki i zaraz, jego kompan usadowił się za nim, zakrywając mu oczy dłońmi. Amir zachichotał cicho, zaciskając palce prawej ręki na jego nadgarstku.
-O co chodzi…?- zapytał.
-Powiedz mi, co widzisz- szepnął ciepło Nadim.
-Teraz…? Niewiele, ale będzie mi łatwiej, jeśli zabierzesz ręce…
-Nie- zaśmiał się cicho potomek wilków.- Wyobraź coś sobie. Coś, czego chcesz. Co jest ci miłe.
Amir westchnął, nieco rozbawiony.
-Wyobrażam sobie ciebie i mnie- odparł dla świętego spokoju. Nadim zdecydowanie był miły i jemu, i jego sercu.- Zadowolony?
-Gdzie jesteśmy?- dopytywał potomek wilków.- Co robimy…?
-Robimy coś, co również jest mi bardzo miłe- odparł ze śmiechem Amir.- Daj spokój, Nadim, czemu to ma służyć…?
-Wyobraź nas sobie ubranych- zasugerował potomek wilków, chichocąc.
-Możemy być i ubrani, żadna różnica- odpowiedział człowiek z szerokim uśmiechem.
-Więc, wyobraź sobie, że nie robimy niczego nieprzyzwoitego- dopowiedział potomek wilków, wyjątkowo uparcie drążąc ten temat.
Amir chciał się z nim droczyć jeszcze przez chwilę, ale ostatecznie odetchnął głęboko i rzeczywiście skoncentrował się na prośbie kompana. Cóż mógłby sobie wyobrażać…? Widział oczyma wyobraźni dokładnie to, co za każdym razem, gdy z nadzieją myślał o ich przyszłości. Nie musiał się nad tym zastanawiać.
-Widzę ciebie i mnie…- powiedział raz jeszcze z cichym westchnieniem.- Jesteśmy razem… gdzieś… gdzieś daleko…- sprecyzował, nie będąc do końca pewnym.- Daleko od królestwa. I od twojego lasu. Sami. Chociaż to chyba też jest las. Albo i nie. Nie jestem pewien… Mieszkamy tu… Tak sądzę…- odkaszlnął, skrępowany.- I jesteśmy szczęśliwi. Starsi. Nieco starsi niż teraz- dodał, czując, że pieką go policzki. Byłoby mu dużo łatwiej, gdyby miał pewność co do planów Nadima, wyglądało jednak na to, że potomek wilków żadnego planu nie ma, co zresztą wcale go nie dziwiło.
Nadim cofnął dłonie. Uśmiechnął się tajemniczo.
-Co?- burknął Amir, spoglądając na kompana przez ramię.
-Nic…- Nadim podniósł się niespiesznie.- To interesujące.
-Co jest interesujące?
Potomek wilków uśmiechnął się szerzej.
-Ty- odparł.- Jak zwykle.
Amir zmarszczył brwi.
-Co jest w tym niby interesującego…?- mruknął bez zrozumienia.- Rozmawiałem już z tobą o tym. Wiesz doskonale, jakie mam plany.
-Nie chodzi o plany, ale o marzenia- odpowiedział ze spokojem potomek wilków.
-Moje marzenia też znasz- Amir wzruszył obojętnie ramionami. Odłożył miecz i wstał powoli, spoglądając na kompana.- Chcę ciebie- wyznał szczerze.- Ciebie i świętego spokoju. Czego chyba zresztą nie da się pogodzić, ale ostatecznie, i tak, wybieram ciebie, bo święty spokój bez twojej irytującej osoby u boku, byłby w istocie wiecznym niepokojem…- westchnął ciężko.
Nadim zaśmiał się niepohamowanie.
-Taaak…- rzucił, zagryzając figlarnie wargę.- Cóż, nie o tym mówiłem- dodał jednak zaraz.- Do tej pory, gdy rozmawialiśmy o twojej przyszłości, wspominałeś o tym, że chciałbyś być dowódcą wojsk. Albo mieć coś wspólnego z armią. Teraz jednak, wyniosłeś się swoimi marzeniami daleko poza królestwo… Dowódca może mieć mały problem, dowodząc armią z takiej odległości…
Amir skinął głową.
-Zawsze widziałem siebie w takiej roli, bo zawsze widziałem siebie jako część królestwa. Osobę, która będzie w jakiś sposób pomagała Ludwikowi i wszystkim, tak jak umie. To akurat umiałem. Sądziłem, że się w tym odnajdę. Nadal zresztą sądzę, że tam byłoby dla mnie najlepsze miejsce. Ale poznałem ciebie i wiem, że trudno nam będzie zaznać odrobiny spokoju w mojej ojczyźnie…
-A więc jednak priorytety się zmieniają- zauważył Nadim.- O tym właśnie ci mówiłem. Miałem rację.
-Owszem, priorytety się zmieniają- potwierdził bez chwili wahania człowiek.- Powiedziałbym nawet, że często i w zależności od okoliczności. Ale to wcale nie oznacza, że nie przychodzi czas, w którym należy podjąć decyzję. A zanim się ją podejmie, należałoby mieć jakiś plan. Jakiś konkretny cel. I przede wszystkim, wiedzieć czego się chce… Ja wiem- dodał stanowczo, wpatrując się towarzyszowi prosto w oczy.- Ale szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy ty również…
Nadim wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę.
Amir naprawdę liczył, że może to będzie moment, w którym wreszcie usłyszy odpowiedź. Potomek wilków uśmiechnął się jednak po chwili i rzucił wymijająco:
-Chodź… Trzeba rozpalić ognisko.

Nadim siedział wsparty plecami o pień drzewa, Amir leżał, opierając głowę na klatce piersiowej kochanka. Obaj byli nadzy i odrobinę znużeni dniem. Chwilę temu, potomek wilków nakrył ich niespiesznie kocem, choć nie było zimno. Ciepło bijące od palącego się w pobliżu ogniska wystarczało. Człowiek milczał, wpatrując się w ciemne niebo. Jedna sprawa nieustannie powracała do jego myśli, nie dając o sobie zapomnieć. Pozbył się niektórych niepokojów i wątpliwości związanych z Nadimem, to prawda, ale jeden, zasadniczy powód do niepokoju wciąż pozostał nierozwiązany. Różnica tkwiła w ich podejściu i Amir coraz bardziej wątpił w to, czy jego towarzysz kiedykolwiek spojrzy na tą sprawę tak samo, jak on. A co za tym szło, że kiedykolwiek usłyszy od niego słowa, które sam gotów byłby wypowiedzieć bez wahania. Że zostanie z nim bez względu na wszystko i zrobi co tylko będzie potrafił, by tak się właśnie stało. A każdy dzień zbliżał ich przecież do powrotu do domu.
-Seks jest dużo lepszy- skwitował nagle Nadim.
Człowiek obejrzał się na niego, marszcząc brwi.
-Z mężczyznami…?- dopytał niepewnie. Doprawdy, nie spodziewałby się podobnej deklaracji z ust odwiecznego miłośnika kobiet.
-Z tobą- odparł potomek wilków.
Amir uśmiechnął się do siebie mimowolnie.
-Z ludźmi?- droczył się z Nadimem.
Kompan objął go mocniej.
-Z Amirem- odpowiedział, muskając wargami skroń kochanka.
-Mam pewnie kilku imienników…
-Mam ich poszukać…?- zapytał potomek wilków, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu.
Mężczyzna wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym pokręcił głowę.
-Nie…- szepnął, odwracając wzrok w kierunku ogniska.- Zdecydowanie nie.
Nadim zaśmiał się ciepło.
-Wiesz, co zrobię, gdy tylko wrócimy…?- zapytał nagle. Amir zerknął ukradkiem na kompana, zaskoczony jego słowami. Zdawało mu się, że, zwłaszcza ostatnimi czasy, jego kochanek unikał tego rodzaju tematów jak ognia.- Wynajmę pokój w Trupiarni…- westchnął, rozmarzony.- Przemycę cię tam niepostrzeżenie… I nie wypuszczę z łóżka przez cały dzień- zamruczał człowiekowi wprost do ucha, by zaraz zahaczyć o nie zębami, a następnie musnąć je delikatnie.
Amir zaśmiał się pogodnie.
-To obietnica?- dopytał.
-Groźba- Nadim uśmiechnął się przebiegle.
-Kean nie wynajmuje pokojów. W Trupiarni- wyjaśnił Amir, rujnując ambitne plany towarzysza, który spojrzał na niego z niedowierzaniem.- Już od jakiegoś czasu. Mieszka z rodziną na górze.
-Tak…?- Nadim westchnął rozczarowany.- Szkoda.
-Ale… Ale nie masz powodów, by się przejmować. W zamku łóżka są o wiele wygodniejsze…- wypowiedział wreszcie słowa, nad którymi wahał się dobrą chwilę.
Obawiał się trochę reakcji towarzysza i chyba słusznie, bo Nadim sprawiał wrażenie spłoszonego. Najwyraźniej człowiek pomylił się w swojej ocenie rzeczywistości. Wydawało mu się, że potomek wilków porusza ten temat, chcąc przejść do poważniejszej rozmowy, ale oczekiwanie czegoś podobnego było złudne.
-Amir…- odezwał się ostrożnie jego towarzysz.- Naprawdę nie sądzę, abym był mile widziany na twoim zamku…
-Więc znajdziemy sobie inne miejsce…- nie odpuszczał mężczyzna. Nie patrzył już na kompana, bo jakoś ciężko było znieść mu jego pełne niepewności, a momentami wręcz skrępowania spojrzenie. Spoglądał na niebo, usiłując z całych sił mówić w miarę spokojnie, choć przy Nadimie było mu bardzo ciężko trzymać emocje na wodzy.- Twoi pobratymcy, niezależnie od tego, co twierdzisz, sami również nie należą do najbardziej otwartych… Ale mój zamek i twój las to nie jedyne miejsca na Ziemi. Możemy przenieść się gdzieś dalej.
-Już o tym rozmawialiśmy- odparł jedynie Nadim, jakby z całej siły chciał zmiany tematu.- Ustaliliśmy parę spraw i…
-Nie- przerwał mu stanowczo człowiek.- Ustaliliśmy jedynie to, że nie będziemy o tym rozmawiać. A ja chciałbym wreszcie wiedzieć, co o tym wszystkim myślisz.
-Mówiłem ci, co myślę.
-To mi nie wystarcza.
Nadim milczał przez dłuższą chwilę.
-Dobrze…- odezwał się w końcu. Jego łagodny ton wskazywał już jednak, co będzie zawierało się w kolejnych słowach. Amir zacisnął mocno wargi, czując narastającą irytację, ale starał się nie dać tego po sobie poznać.- Jest bardzo wiele spraw, które są przed nami. Bardzo wiele decyzji, wyborów… Okoliczności… Nie wiemy, co się wydarzy, mówiłem ci. Teraz jesteśmy tutaj i wszystko wydaje się łatwiejsze… Ale sam się przekonasz, że po powrocie, gdy znajdziesz się z powrotem ze swoimi bliskimi, gdy staniesz przed wujem i będziesz miał mu powiedzieć, że nie spełnisz jego oczekiwań, gdy zobaczysz brata… Wszystko się zmieni. Poza tym, jest jeszcze ten demon… Nie wiemy, co się wydarzy, gdy to wszystko się skończy ani jak potoczą się nasze losy. Nie oczekuj ode mnie odpowiedzi, skoro niczego nie możemy być pewni.
-A uczucia…?- Amir uśmiechnął się gorzko.- Tego chociaż jesteś pewien.
-Całkowicie- odparł z pełnym przekonaniem potomek wilków.
-Ale ta pewność nie jest ważniejsza od wszystkich pozostałych niepewności, które masz przed sobą…- dopowiedział cicho człowiek, nie mogąc skryć emocji. Właściwie żałował, że poruszył ten temat. Nie mógł spodziewać się po potomku wilków innej odpowiedzi, prócz tej, którą usłyszał poprzednio. Ale zależało mu na tym, żeby usłyszeć, że Nadimowi naprawdę na tym zależy. Nie na nim samym, w sensie uczuciowym. Na ich relacji. Na tym, by byli razem. Wyglądało jednak na to, że potomek wilków rozważa to raczej w ramach ewentualności.
-Poczekajmy- rzucił Nadim.- Proszę cię tylko o to. Poczekajmy do naszego powrotu. Wtedy dam ci jasną odpowiedź.
Amir skinął powoli głową, nie chcąc się dłużej spierać.
Tak. Mógł poczekać.
Miał tylko dziwne wrażenie, że w starciu z priorytetami Nadima, z jego pobratymcami, z jego rodziną, przekonaniami, światopoglądem, pracą na rzecz społeczności, religią, wiarą w zmiany i przywiązaniem do wspólnoty…
… Przegra.
Bez względu na wszystko.

sobota, 15 grudnia 2012

18. Zaufanie [LPoH]


Z najwyższą ostrożnością, nałożyłem na naszykowany wcześniej talerz porcję karkówki, którą udało mi się przygotować w naczyniu żaroodpornym (użytym zresztą przeze mnie po raz pierwszy) i dwie łyżki ziemniaków, które oblałem wcześniej sosem z kawałkami pieczarek. Przyjrzałem się daniu z taką uwagą i dokładnością, jakby miało być ono jakiś dziełem sztuki, po czym, z dużo mniejszą uwagą, zająłem się nakładaniem swojej porcji. Skosztowałem kilka kęsów. Zdaję się, że naprawdę udało mi się w końcu przyrządzić coś zjadliwego i nie będącego połączeniem jajek z warzywami albo czymś równie prostym. Nigdy nie gotowałem nic poza naprawdę banalnymi potrawami, nigdy zresztą, nie kupowałem nawet niektórych produktów, ale uznałem, że Andy powinien jeść normalne posiłki. Zresztą, miałem szczerą nadzieję, że mu zasmakuje.
Rudowłosy wyszedł z rana na spacer i chyba nie spieszyło mu się z powrotem, dzięki czemu mogłem spędzić przedpołudnie w towarzystwie książki kucharskiej, słuchając jednocześnie jednym uchem audycji radiowej poradni małżeńskiej, i okazjonalnie, krzyków sąsiadów. Choć i tak, było dziś wyjątkowo spokojnie. Chłopak wysłał mi jednak sms-a, że zaraz będzie, więc przygotowałem obiad i podałem do stołu, ułożywszy ładnie sztućce. Cholera, znowu się denerwowałem. Chciałem być dla niego… miły. Bardziej miły niż zwykle. Ale! Ale nie do przesady miły, rzecz jasna! Może po prostu sam już nie wiedziałem, czego chciałem i w tym tkwił mój największy problem. Chociaż nie. Chciałem jego, a to jeszcze nie było skomplikowane. Komplikacje wynikały właśnie z konsekwencji tego „chcenia” dla mnie i dla niego.
Drzwi mieszkania otworzyły się na oścież.
-Jestem!- usłyszałem wesołe wołanie rudowłosego. Stałem w kuchni, uśmiechając się lekko i czekając, aż skończy zdejmować buty i kurtkę.- Dasz wiarę…? Chyba ktoś przyszedł do tej twojej starej sąsiadki, bo czuć zapach jakiegoś mięsa… Bardzo przyjemny zapach… Tutaj zresztą też…- dodał po chwili, wyraźnie zdumiony i wreszcie pojawił się w progu.
Zerknął na zastawiony stół. Uniósł brew. Jakiś uśmieszek błąkał się przez moment na jego wargach, a ja aż zacząłem się zastanawiać, czy z tym wszystkim nie przesadziłem.
-Super, Mitch- stwierdził jednak z zadowoleniem chłopak, siadając przy stole.
Zająłem miejsce naprzeciwko niego.
-Smacznego- rzuciłem, uśmiechając się serdecznie.
Andy bez chwili wahania zabrał się do jedzenia, wyraźnie bardzo głodny. Po chwili jednak przerwał i zmarszczył brwi.
-Coś nie tak?- zaniepokoiłem się.
-Nie ma jakiejś surówki…?
-N… Nie… Nie pomyślałem o tym… Przepraszam…- odparłem, nieco zdezorientowany.
-Spoko, Mitch- odparł lekko, po czym podniósł się z miejsca i ruszył do lodówki. Wyjął z niej dwa kiszone ogórki i ułożył na swoim talerzu, po czym wrócił do jedzenia, co jakiś czas zagryzając warzywem.- Pyszne!- powiedział w pewnym momencie, kiwając z uznaniem głową.- Serio, Mitch. Nie wiedziałem, że tak dobrze gotujesz…
Odkaszlnąłem cicho, rumieniąc się natychmiast.
-Ja też nie- przyznałem.
-Zaskoczyłeś mnie- stwierdził chłopak.- Dawno już nie jadłem czegoś tak dobrego… To znaczy jasne, ucieszyłbym się nawet, gdybyś zrobił mi hamburgera, ale wiesz…
Zaśmiałem się cicho, nie mogąc oderwać od niego wzroku.
-Uwielbiam cię…- szepnąłem mimowolnie i dopiero moment później zdałem sobie sprawę z tego, że te słowa wyszły z moich ust. Zawstydziłem się jeszcze bardziej, ale Andy tylko uśmiechnął się, gdy to usłyszał, nie mówiąc na ten temat ani słowa.
Zacząłem jeść, głównie po to, żeby ukryć własne zażenowanie.
-Zrobimy kiedyś pizzę, Mitch?- zagadnął mnie po chwili rudzielec.
-Hm?- spojrzałem na niego pytająco.
-Taką domową…- wyjaśnił z pełnymi ustami.- Słyszałem, że są naprawdę dobre…
Uśmiechnąłem się do niego ciepło.
-Oczywiście- odpowiedziałem.
-Ile właściwie zostało ci pieniędzy…?- dopytał rudowłosy, marszcząc brwi i przyglądając mi się badawczo.- Tak mniej więcej…
-Mniej więcej tyle, ile jest mi potrzebne- zaśmiałem się lekko.- Zarabiałem dość sporo, a jak widzisz, nie żyję w szczególnym luksusie, raczej dość skromnie…
-Skromnie?- Andy również się zaśmiał, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Mitch, żyjesz jak jakiś średniowieczny asceta! Gdybym miał tyle kasy… W sumie nie wiem, ile masz kasy, ale trochę tego jest… To nie rezygnowałabym z takiej super pracy! Byłeś architektem!
-Jestem- poprawił go odruchowo Mitch.
Andy parsknął cicho.
-No już nie bardzo… To fajna robota… Nie jakieś kopanie rowów czy coś…- zachichotał.- W takim wypadku mógłbyś mieć coś przeciwko, ale to przecież super praca! Mógłbyś pracować, zarabiać i żyć na ekstra poziomie! Mieć jakiś apartament albo przynajmniej dom, drogi samochód i inne super rzeczy… Jak ten twój przyjaciel…
-… Hugo…- wydusiłem z siebie z autentycznym żalem.
Jak Boga kocham, nigdy mu nie zazdrościłem. Naprawdę nigdy. A przy Andy’m, zazdrościłem mu wszystkiego. Gdybym był jak Hugo, to rudowłosy na pewno patrzyłby na mnie inaczej. I nie trzęsłyby mi się ręce za każdym razem, gdy znajdowałbym się blisko niego. Umiałbym powiedzieć coś zabawnego. Błyskotliwego. Zamiast zwyczajowego bełkotu, jaki powstawał z moich słów za każdym razem, gdy zwracałem się do Andy’ego. No i mógłbym mu zaimponować. Czymś znacznie lepszym niż wyremontowany pokój i świeżo przygotowany obiad.
-Ale ogólnie wrócisz jeszcze do pracy, nie?- Andy już prawie kończył.
Mnie apetyt przeszedł, więc nabierałem niewielkie kęsy, żując je następnie niemrawo.
-Chyba będę musiał…- przyznałem, skinąwszy głową.- Ale jeszcze trochę- dodałem zachowawczo.
-Skoro tak bardzo zależy ci na zmianach, to może po prostu zmień branżę?- zasugerował rudzielec.- Zostań taksówkarzem albo coś…- zachichotał.- O! Mam lepszy pomysł!- w jego oczach rozbłysły wesołe iskierki.- Zostań striptizerem!- omal nie zakrztusiłem się, słysząc tę propozycję.- Jak byłem jeszcze w domu, to raz, w jednym klubie, widziałem naprawdę śmieszną scenę…- chichotał chłopak.- To był chyba wieczór panieński albo coś w tym stylu… Dziewczyny gadały ze sobą i tak dalej, piły… Wreszcie przyszedł jakiś facet, z własną muzyką i zaczął się rozbierać… Żebyś widział ich miny, chyba nie takiego ciacha sobie życzyły! Miał z czterdzieści lat, był łysawy, no i ten brzuch…
Westchnąłem cicho pod nosem, czując się jeszcze gorzej. No cóż… Chyba musiałem pogodzić się z tym, że wzbudzałem w Andy’m podobne skojarzenia, chociaż raczej byłem daleki od radości.
-Mitch, nie musisz się od razu denerwować…- rudzielec chyba zauważył moją minę. Uśmiechnąłem się do niego, jakby chcąc mu udowodnić, że wcale tak nie jest, ale mój uśmiech wypadł chyba blado, bo chłopak wciąż przyglądał mi się z pobłażaniem.- Naprawdę nie musisz wszystkiego odnosić do siebie… Nie porównywałem cię do tamtego faceta przecież, ot tak, tylko mi się przypomniało…
-W porządku, Andy- odparłem jedynie, chociaż nie byłem przekonany.
-Przecież ty, jak na swój wiek, Mitch, jesteś całkiem niezły…- ocenił Andy, odkładając widelec i przyglądając mi się badawczo. Podniosłem na niego wzrok, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Nawet zwyczajowe „jak na swój wiek” nie przeszkadzało mi aż tak bardzo.- Naprawdę. Jesteś przystojny. Podobasz mi się.
Odkaszlnąłem raz, a później drugi, usiłując wydusić z siebie coś więcej niż pierwotne: „mhm”, ale nie bardzo byłem w stanie.
-Pozmywam- stwierdziłem w końcu, chwytając za swój, wciąż do połowy pełny, talerz i sięgając po naczynie z którego jadł rudowłosy, ale ten mnie ubiegł i sam posprzątał szybko ze stołu.
-Siedź, Mitch…- rzucił, podchodząc do zlewu. Nie mogłem się powstrzymać, by nie odwrócić za nim głowy, śledząc jego ruchy z wielkim skupieniem.- Masz…- zdjął z lodówki karteczkę i podał mi leżący na blacie długopis, by ostatecznie z niezwykłą gracją odwrócić się i wylądować mi na kolanach.- Robimy listę. Pizza- przypomniał mi, uśmiechając się cokolwiek złośliwie, gdy ja próbowałem zebrać myśli.
Coś ze mną jest zdecydowanie nie tak. Nie żeby to była jakaś nowość, zdałem sobie z tego sprawę już, gdy ta cała sprawa się rozpoczęła, ale z dnia na dzień uświadamiam to sobie coraz bardziej. W czasie obiadu przeżywam swoje największe uniesienia i dramaty, te drugie przez to, że w ciągu jednej sekundy wydaje mi się, że jestem kompletnie nieatrakcyjnym, starym facetem, który usiłuje dobrać się do nastolatka, krygując się i usprawiedliwiając wyrzutami sumienia (i jest w tym dużo prawdy), a te drugie przez to, że w równie szybkim czasie, Andy jednym słowem może sprawić, bym czuł się kimś zupełnie innym.
Nie byłem pewien, czy mówił prawdę twierdząc, że mu się podobam. Andy rzadko bywał poważny. Raczej figlarny. Po prostu figlarny. Chyba bawiło go moje zachowanie.
Objął mnie jednym ramieniem, spoglądając na mnie z wyczekiwaniem.
Przez moment wgapiałem się w niego absolutnie bezwstydnie, po czym zmusiłem się do tego, by chwycić za długopis i przenieść wzrok na kartkę.
-Tak… Pizza… Nigdy nie robiłem pizzy…- zauważyłem, niezbyt odkrywczo, czekając na pomoc rudowłosego, który, niezbyt pomocnie, omiótł moją szyję ciepłym oddechem, sprawiając, że całe moje ciało przeszły przyjemne dreszcze. Odchrząknąłem. Skoncentruj się, Mitch. Pizza.- Trzeba będzie z czegoś zrobić ciasto... Więc… drożdże?- zasugerowałem.
-Mhm…- potwierdził cichym pomrukiem.
-No i jakiś sos. Sos też by się przydał. Prawda, Andy?-  dopytałem, nieco zdezorientowany jego brakiem odpowiedzi. Andy lubił odpowiadać na wszystko.
-Mhm- wymruczał znów rudzielec.
-No i jakieś przyprawy. Mięso.
-Mhm.
-Może pieczarki?
-Mhm.
-Kukurydzę…?
-Mhm…
Spojrzałem na niego z rozbawieniem.
-Mhm?- podchwyciłem, unosząc brew.
-Mhm…- zamruczał raz jeszcze, po czym zaśmiał się cicho i wpił się w moje wargi.
Oddałem pocałunek, nieco onieśmielony. Westchnąłem mimowolnie, czując, jak jego język muska moje wargi, w sposób absolutnie kuszący. Rozchyliłem je w geście zachęty, ale Andy chciał mnie sprowokować do czegoś innego. Wsunąłem język do jego ust. Oparłem dłoń na policzku chłopaka, z chwili na chwilę całując go coraz bardziej żarliwie i zaczynając powoli zapominać o tym, że mam powody do wstydu i oporów. Tym razem, na szczęście, sytuację przerwał Andy, który oderwał się od moich warg z triumfalnym uśmiechem, by zaraz złożyć na moich ustach jeszcze kilka ciepłych i krótkich pocałunków.
-Dopisz jeszcze coś do nawilżania- zasugerował.
-Do nawilżania…?- w pierwszej chwili zupełnie nie zrozumiałem, co ma na myśli.- Do pizzy…?- zmarszczyłem brwi, na próżno usiłując znaleźć odpowiedź.
-… I gumki…- dopowiedział, chichocąc z rozbawieniem.
Dopiero wtedy do mnie dotarło…
… O bogowie…
Przeżywam właśnie kolejny zawał.
Spojrzałem na Andy’ego niemniej spłoszony niż zawsze, gdy słyszę od niego podobne sugestie. Może właśnie dlatego, że nigdy nie jestem pewien, na ile poważnie traktować jego słowa, a na ile są tylko jego żartem i drobną kpiną.
-Chcesz uprawiać ze mną seks…?- zapytałem ostrożnie.
Nie, to wbrew pozorom wcale nie było oczywiste. To znaczy po tym, co między nami zaszło… i nie mam na myśli pocałunków… można by uznać, że pewne kroki mamy już za sobą… I nie, wciąż nie jestem z tego dumny, wprost przeciwnie, ale wyczerpałem już chyba wszelkie możliwości przepraszania rudowłosego, który zresztą uważał, że nie mam powodów do wyrzutów sumienia. Andy mi się podobał. Podniecał mnie. Pociągał, jak nikt inny. I same moje wyobrażenia były już… Ekhem… Bardzo niestosowne. Gdybym jeszcze miał wprowadzić je w życie… Cóż… Poza tym, nie byłem pewien, czy ja rzeczywiście podobam się jemu, w jakikolwiek sposób, wykraczający poza zwykłą sympatię. Albo litość. Nieważne. Tak czy inaczej, nasze stosunki były… byłyby… nieodpowiednie. Nawet, biorąc pod uwagę to, że Andy mógłby rzeczywiście być mną zainteresowany… jakkolwiek… chyba wolałbym trochę zaczekać.
Aż będzie miał osiemnaście lat.
… Albo trzydzieści.
Och, Boże.
-Być może- Andy wzruszył obojętnie ramionami.
„Być może”? „Być może” mogło być odpowiedzią na pytanie czy zechce pójść ze mną do kina albo czy dać mu dokładkę, ale odpowiedź „być może” na pytanie o seks jest… ogólnie mówiąc, niewystarczająca.
-A ty chcesz uprawiać seks ze mną?- zapytał otwarcie chłopak.
-Eee…
… Dobrze.
Ta odpowiedź też nie była zbyt oczywista…
-Jednak pozmywam- odkaszlnąłem, zdejmując go sobie z kolan i wstając.
Podszedłem do zlewu, a Andy zajął moje miejsce, rozsiadając się wygodnie i przyglądając mi z uwagą. Odkręciłem kurek i zacząłem zmywać naczynia.
-Mitch, ile miałeś lat, jak przestałeś być prawiczkiem…?- zapytał nagle Andy, wyraźnie zaintrygowany.
Obejrzałem się na niego i zaśmiałem się cicho, kręcąc jedynie głową.
-Bo chyba przestałeś już nim być, co?- wyzłośliwiał się nieco rudzielec.
-Tak- potwierdziłem z rozbawionym uśmiechem.
-Kiedy?- nie dawał za wygraną.
-Miałem dwadzieścia parę lat…- rzuciłem ogólnie.
-Dwadzieścia ile lat?
Zaśmiałem się raz jeszcze.
-Dwadzieścia trzy- przyznałem, oglądając się na niego.- Dlaczego cię to ciekawi?
-Dwadzieścia trzy?!- Andy zaczął śmiać się niepohamowanie.- Oj, Mitch! W dzisiejszych czasach to byłbyś jakąś żywą skamieniałością czy coś…- uśmiechnąłem się pod nosem, wzdychając jednocześnie dość rozpaczliwie. Momentami, przy rudowłosym, rzeczywiście tak się czułem.- Dlaczego tak późno…? Och, nie mów mi… Pewnie nie czułeś potrzeby, żeby to zmieniać…- dodał dość kpiąco, wyśmiewając moje wyjaśnienia dotyczące pracy i innych życiowych spraw.
-Tak się po prostu złożyło- odpowiedziałem, odkładając talerze na suszarkę i zakręcając wodę. Odwróciłem się przodem do rudowłosego, opierając plecami o blat. Chciałem poruszyć pewien temat. Właściwie już od dawna, ale jakoś się nie składało, poza tym, gdy schodziliśmy na bardziej intymne sprawy, Andy często odpowiadał dość opryskliwie i widać było, że nie lubi, jak z nim o tym rozmawiam. Poza tym, nie chciałem wyjść na osobę, która wtrąca się w jego prywatność. Mimo wszystko, rzuciłem- Uważam, że zacząłeś za wcześnie. Mówię o seksie- wyjaśniłem, odkaszlnąwszy.
-A ty za późno…- zachichotał Andy, ale zaraz spoważniał nieco i odpowiedział ze spokojem- Wiem o tym, Mitch. W sensie wiem, że tak uważasz i wiem, że zacząłem za szybko.
-Oczywiście nie mam do ciebie pretensji- zaznaczyłem natychmiast. Wprost przeciwnie. Jedyną osobą do jakiej miałem pretensje był ten… mężczyzna. Właściwie mnie to zdumiało, ale ostatnimi czasy, im częściej myślałem o Andy’m i o tym, co go spotkało, myślałem też o tym człowieku. Wiedziałem, że rudzielcowi na nim zależało. I wtedy, i teraz również. Niezależnie od tego, czy to nadal było uczucie, ledwie sentyment, czy zwyczajne rozżalenie. Ten chłopak go w sobie rozkochał, sprawił, że ten, opuścił rodzinny dom, a następnie porzucił go bez cienia wątpliwości. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś mógłby postąpić równie okrutnie. Że ktoś w ogóle mógłby zrezygnować z kogoś takiego jak Andy. Ja nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnego.- Wiem, że on był od ciebie starszy… Pewnie na ciebie naciskał…
-Jasne, Mitch- przerwał mi, parskając cicho.- A za oknem właśnie przeleciała tęczowa krowa… Gdybym nie chciał, to nic by się nie stało.
-Byłeś dzieckiem- zauważyłem.
-Miałem czternaście lat- sprostował.
Uśmiechnąłem się znacząco.
-Teraz mam szesnaście- zauważył z nieco złośliwym uśmiechem.- Naprawdę sądzisz, że przez te dwa lata jakoś bardzo się zmieniłem…?
… Taaaak… To dobre pytanie.
-Zmężniałeś- odparłem.
-Ja?- Andy zaczął się śmiać.- Ja nie mężnieje, Mitch, ja z roku na rok robię się coraz bardziej dziwaczny… Moja matka tak mówiła…- dodał, uśmiechając się lekko.- Poza tym, wiem dobrze jakie wy macie do tego podejście.
-My?- podchwyciłem.
-Tak. Sta… Dorośli…- poprawił sam siebie Andy, choć niestety na tyle późno, że i tak zdążyłem podupaść na duchu.- Wydaje wam się, że wszyscy nas do wszystkiego zmuszają… Ale prawda jest taka, że gdybym nie chciał, to bym z nim nie był, i tyle. Ale chciałem. Podobał mi się. Zależało mi na nim… W pewien sposób…- wyraźnie silił się na obojętność, choć dobrze wiedziałem, że ta sprawa nadal budziła w nim duże emocje.- Nic wielkiego- podsumował, wzruszając ramionami.
-I nigdy nie żałowałeś?- zapytałem z niedowierzaniem.
Uśmiechnął się niepewnie.
-Raz. Za pierwszym razem. Obejrzeliśmy taki film i… nie byliśmy za dobrze przygotowani- wyjaśnił szczerze.- Później strasznie mnie bolało. Naprawdę okropnie. Sądziłem, że już tego nie powtórzę, ale następnym razem było już dobrze… Dlatego wiesz już, co dodać do listy zakupów- dodał z rozbawieniem.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, nadal nie będąc pewnym, czy traktować to na poważnie. Zresztą, nie to w tym momencie najbardziej mnie zastanawiało. Kusiło mnie, żeby zapytać wprost, jak bardzo Andy’emu zależy obecnie na tamtym chłopaku, ale ostatecznie się poddałem. To byłoby zdecydowanie niestosowne. Gdyby rudowłosy chciał o tym rozmawiać, pewnie mielibyśmy to już za sobą, ale najwyraźniej było to na tyle intymne, że nie chciał poruszać tego tematu.
-No… To zbieram się, Mitch- podniósł się z miejsca i ruszył do przedpokoju.
-Co?- zapytałem, zdezorientowany, idąc prędko za nim.- Ale… Przecież dopiero co wróciłeś…- stwierdziłem, obserwując, jak zakłada kurtkę.
-No- potwierdził rudzielec, niedbale zarzucając na szyję szalik.- Zjadłem i idę. Nie patrz tak na mnie, Mitch… Chcę po prostu pochodzić, pogadać ze znajomymi i w ogóle…
-Ze znajomymi…?- podchwyciłem natychmiast.
-Tak. Tymi z hotelu.
Ta informacja raczej mnie nie uspokoiła, wprost przeciwnie. Wolałem, żeby całkowicie zerwał z nimi kontakty i wydawało mi się, że odkąd mieszka ze mną, rzeczywiście tak jest. Trochę zdumiało mnie jego poranne wyjście, ale jeszcze nie wiedziałem, że ma coś wspólnego z tymi ludźmi. To tam Andy nabawił się kłopotów. Wiedziałem jednak, że ograniczanie go jest zupełnie bezcelowe i spotka się tylko z oporem.
-Nie przejmuj się, Mitch- parsknął chłopak.- Nic mi nie będzie.
-Ci ludzie, którzy zaatakowali cię wtedy, wieczorem…- przypomniałem. Skinął głową, spoglądając na mnie z wyczekiwaniem.- Znajdą cię tam.
-Nie szukają mnie już. Nie mają odwagi do starcia z moim obrońcą...- zachichotał. Podszedł do mnie i musnął krótko moje wargi, po czym ubrał prędko buty.- Serio, Mitch, nie masz powodów do zmartwień, wiem co robię… Nie sprawię ci żadnych problemów…
-A sobie?
-Sobie tym bardziej. Spokojnie.
Nie byłem spokojny, ale nie bardzo wiedziałem, jak mógłbym go powstrzymać.
-Ej, Mitch…- zaczął chłopak.- Mógłbyś dać mi trochę pieniędzy…?- zapytał dość nieśmiało.- No wiesz… Żebym gdzieś poszedł… Zjadł coś i w ogóle…
-Jasne- odpowiedziałem, mechanicznie wyjmując portfel z tylnej kieszeni. Sięgnąłem po banknot, ale nagle zamarłem w bezruchu, wahając się.
Andy westchnął ciężko.
-Nie. Nie kupię narkotyków. Ani alkoholu. Zbyt wiele. Nie, nie zrobię niczego złego. Przysięgam. Zresztą, dobra, Mitch, nie, to nie…- rzucił obojętnie, ruszając do drzwi.
-Andy!- chwyciłem go za ramię, zatrzymując przy sobie.- Wiesz dobrze, że nie o to chodzi… Masz…- wręczyłem mu studolarowy banknot. Uśmiechnął się z wdzięcznością.- Tylko uważaj na siebie, proszę cię.
-Pewnie, Mitch. Będę grzecznym chłopcem…- uśmiechnął się nagle figlarnie, zagryzając wargę.- O ile mnie pocałujesz…- dodał prowokująco, zbliżając się do mnie.
Parsknąłem cichutko. Ucałowałem delikatnie jego wargi.
-No wiesz, Mitch?!- westchnął z udawanym rozczarowaniem, opierając dłonie na biodrach.- Wręcz zmuszasz mnie do bycia niegrzecznym… Ale o tym porozmawiamy później…- dodał  z tajemniczym uśmiechem, po czym wyszedł z domu, nie zapiąwszy nawet kurtki.
Stałem jeszcze przez chwilę w miejscu, spoglądając na drzwi, po czym z głębokim westchnieniem powędrowałem do kuchni, usiłując znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Bez Andy’ego było zdecydowanie zbyt cicho i spokojnie.

Wrócił koło osiemnastej, co nieco mnie uspokoiło, chociaż chyba nie był w nastroju. Usiłowałem z nim porozmawiać, ale odpowiadał dość krótko, pisał coś na telefonie, a później poszedł wziąć prysznic, by ostatecznie usiąść w salonie i obejrzeć odcinek jakiegoś serialu. Dołączyłem do niego w połowie, ale naprawdę, jak na swoje zwyczajowe zachowanie, nie był zbyt rozmowny. Choć właściwie, jeśli chodziło o jego prywatne sprawy, nigdy nie był rozmowny. Później poszedł do swojego pokoju, chyba chciał zostać sam, a ja przeniosłem się do sypialni. Przebrany w piżamę, położyłem się do łóżka i włączyłem telewizor, chcąc się czymś zająć, choć nieustannie zastanawiałem się jedynie nad tym, czy będzie chciał spać ze mną i tej nocy. W końcu przyszedł. Miał na sobie dłuższe niż zwykle, dresowe spodnie i luźną koszulkę. Zatrzymał się na moment w progu, mierząc mnie uważnym spojrzeniem, po czym podszedł do łóżka i wślizgnął się pod kołdrę.
-Wszystko w porządku?- zapytałem z troską.
Zaśmiał się cicho.
-Mówiłem ci już, że tak.
Uśmiechnąłem się niepewnie.
-To spotkanie… Z twoimi znajomymi… Wszystko poszło jak trzeba?- dopytałem, bo nie miałem wątpliwości, że właśnie z tym wiążę się złe samopoczucie Andy’ego.
Wzruszył ramionami, unikając odpowiedzi.
-Nie wiem…- odparł w końcu, po dłuższej chwili.- Ale już nie będę się z nimi spotykał, Mitch.
-Dlaczego?- zaniepokoiłem się, marszcząc brwi.
-Po prostu. Nie mam ochoty.
-Wszystko w porządku, Andy?- zapytałem po raz kolejny, tym razem niemalże przerażony. Podniosłem się do pozycji siedzącej, chwytając go za ramiona i wpatrując w niego z obawą.- Niczego ci nie zrobili…?
Spojrzał na mnie jakoś dziwnie, po czym parsknął śmiechem.
-Czasem nie mogę w ciebie uwierzyć, Mitch…- westchnął cicho pod nosem, po czym dodał- Jasne, że wszystko okej. Tylko już ich nie lubię. Nie pytaj czemu, nie będę z nimi gadał… Będę przesiadywał z tobą w domu całymi dniami… Będziemy żyli po królewsku… Jak król i książę- zachichotał, rozbawiony.- Co ty na to?
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Czułem ulgę, że wszystko z nim w porządku, choć i tak wolałbym wiedzieć, co dokładnie zaszło. Przesunąłem mimowolnie opuszkami palców wzdłuż jego policzka. Spoglądał na mnie przez chwilę, po czym nachylił się, by sięgnąć po pilot, a następnie usadowił na moich biodrach. Odwrócił się na chwilę, by wyłączyć telewizor, po czym spojrzał mi prosto w oczy. Milczałem, nie będąc w stanie oderwać wzroku. Serce biło mi szybciej. Było cicho. Spokojnie. Chyba zapomniałem nawet o swoich nerwach i zwyczajowych wątpliwościach. Uwielbiałem na niego patrzeć.
-Teraz mnie pocałujesz, Mitch…?- zapytał, uśmiechając się lekko.- Ale tak porządnie…
Zaśmiałem się na te słowa.
-Zawsze całuję cię porządnie.
-Więc pocałuj mnie tak, jakbyś mnie całował, gdybyś mnie kochał- rzucił rudowłosy.
Nachylił się nade mną,i to on zainicjował pocałunek, zamykając mi usta i sprawiając, że nie wydostały się z nich słowa, które właśnie przeszły mi przez myśl. Kocham cię, Andy. Kocham cię szaleńczo i kompletnie nieracjonalnie. I tak, jak nie kochałem nikogo innego. Byłem tego pewien. Bałem się z początku, że chowam za wydumanymi uczuciami rzeczywiste motywy, pożądanie, pragnienie, ale teraz wiedziałem, że to wszystko nie na tym się opierało. Choć pragnąłem go bardzo… Jego ciepłe wargi rozchyliły się w zapraszającym geście. Nie mogłem nie odpowiedzieć. Nasze języki splotły się ze sobą w rozkosznym tańcu. Oplotłem go jedną ręką w pasie, wolną dłonią sięgając do jego włosów i wplatając w nie palce. Gładziłem niespiesznie rude pasma, całując go absolutnie bezwstydnie i zapominając na moment o wszelkich swoich zahamowaniach.
… Och, Andy.
I mogłem tylko wzdychać do niego w myślach, nawet teraz, gdy miałem go tak blisko siebie…
Nigdy nie całowałem nikogo tak długo. I nigdy nie czułem przy tym niczego podobnego do tych dreszczy pełnych rozkoszy i podniecenia, jakie przechodziły po całym moim ciele. Przewróciłem go na pościel, sprawiając, że to on wylądował na plecach, a ja zawisłem nad nim, odrywając się od jego warg. Uśmiechnąłem się radośnie. Zachichotał, zaplatając ręce wokół mojej szyi.
-Dobrze całujesz, Mitch- powiedział.- Zwłaszcza jak na prawiczka…
Zaśmiałem się.
-Nie jestem prawiczkiem.
-Ale byłbyś. Gdybyś był w moim wieku.
Parsknąłem z rozbawieniem, widząc jego uśmiech. Uwielbiałem, gdy się śmiał.
-Pocałuj mnie w szyję- zażądał prowokująco, by zaraz zagryźć wargę w figlarnym uśmiechu.
Spoglądałem na niego przez moment, po czym bez zwyczajowego wahania i setek pytań, jakie rodziły się w takich chwilach w moim umyśle, nachyliłem się nad nim i delikatnie musnąłem ustami jego szyję. Powędrowałem nieco niżej, powtarzając tę czynność kilkakrotnie, aż wreszcie, zachęcony jego pomrukami, wpiłem się w jego skórę. Jego uścisk zacieśnił się. Westchnął cicho. Ze świadomością tego, że brnę coraz dalej i zaraz może to skończyć źle, przerwałem niechętnie pieszczotę.
Andy podniósł się na moment do pozycji siedzącej i zrzucił z siebie koszulkę, by opaść z powrotem na pościel.
-Teraz tu…- zaśmiał się, wskazując na swój tors.
Nie mogłem powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Zsunąłem się niżej. Złożyłem kilka niespiesznych pocałunków na jego brzuchu. Miotał się przez moment, chichocąc niepohamowanie.
-M… Mitch… Mam tam łaskotki…- wydusił z siebie, wciąż się śmiejąc.
Zawtórowałem mu tym samym, przerywając i wracając na moment do jego ust. Złożyłem na nich powolny pocałunek, po czym znieruchomiałem, przyglądając się rozpromienionej twarzy rudowłosego. Oczy miał błyszczące, źrenice rozszerzone, usta rozchylone w delikatnym uśmiechu… Był szczęśliwy. Tak mi się wydawało.
-Więc…?- zapytał z figlarnym uśmiechem.- Gdzie pocałujesz mnie teraz…?
-Andy…- zacząłem ostrożnie. A wierzcie mi, powstrzymywanie się przy nim, nie tyle nawet od czynów, co od samych myśli, było niezwykle trudnym zadaniem, ale robiłem wszystko, co w mojej mocy, byle nie przekroczyć pewnej granicy.- Jeśli traktujesz to poważnie… To znaczy, jeśli naprawdę chcesz…- urwałem, zagryzając niepewnie wargę.- Chodzi mi o to, że jesteś atrakcyjny… B… Bardzo atrakcyjny…- wydukałem, obserwując, jak podnosi się powoli. Mój wzrok mimowolnie powędrował znów w kierunku jego odsłoniętego torsu.- Ale… Naprawdę sądzę, że zaczynamy z nieodpowiedniej strony- zaryzykowałem w końcu twierdzeniem.
-Okej- Andy wzruszył ramionami.- A jak powinniśmy zacząć?
-Bo ja wiem… Od randek… Spotkań…
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Andy zaśmiał się z politowaniem.
-Od randek zaczyna się w normalnych przypadkach.
-Czyli?- zdumiałem się.
-Czyli nie wśród gejów- odparł, unosząc brew, jakby było to oczywiste.
-Geje nie chodzą na randki?- zapytałem z rozbawieniem.
-Chodzą. Ale te randki zawsze kończą się seksem. Serio, Mitch- powiedział z pełnym przekonaniem.- My, faceci, jesteśmy inni. Brak tego emocjonalnego podejścia do sprawy i tak dalej… Znamy swoje potrzeby i je realizujemy. Jest fajnie. Nie trzeba się o nic martwić, nie ma zbędnego gadania… Co więc stoi na przeszkodzie?
-A uczucia?- zapytałem nieśmiało.
Wzruszył ramionami.
-Mogą być.
Pokręciłem głową.
-Ja wolałbym, żeby wszystko toczyło się innym torem…- powiedziałem ostrożnie.
Rudzielec przewrócił oczyma.
-W porządku, jak chcesz- odparł spokojnie.- Wiesz, co Mitch? Byłbyś świetną stroną pasywną w związku, mówię poważnie…- dodał cokolwiek złośliwie.- Więc, co tam jest między tobą i tym Hugo…?
-Andy!- jęknąłem ze zgrozą, wracając na swoją stronę łóżka. Przewrócił się na bok i podparł głowę na dłoni, przyglądając mi się z wyczekiwaniem.- Mówiłem ci, że nic! On jest heteroseksualny i nigdy, przenigdy, mnie nie pociągał.
-Och. Za stary dla ciebie…?
Jego uszczypliwości były chyba, w tym wypadku, całkowicie na miejscu. Naprawdę powinienem poważnie zastanowić się nad swoim zdrowiem psychicznym, skoro pierwszą i jedyną osobą, którą zainteresowałem się aż tak bardzo, pod każdym względem, również fizycznym, był nastolatek. Szesnastolatek dokładnie, by nie pogarszać jeszcze swojej sytuacji. Tak czy inaczej, raczej nie jest to standardowy przedział zainteresowań normalnego, dojrzałego, zdrowego mężczyzny. Zawsze sądziłem, że te określenia do mnie pasują, teraz nie miałem już złudzeń.
-Hugo mnie nie interesuje. Z wzajemnością- odpowiedziałem stanowczo, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że rudzielec żartuje.
-Gdybym był na jego miejscu, od razu bym się za ciebie zabrał…- wymruczał Andy, przysuwając się do mnie bliżej.
Drgnąłem mimowolnie, przełykając nerwowo ślinę, gdy jego dłoń oparła się na moment na moim torsie, by zaraz rozpocząć niespieszną wędrówkę w dół…
-Andy…- odkaszlnąłem, chwytając go za rękę i splatając swoje palce z palcami chłopaka. Zachichotał, widząc moje nieudolne próby zamaskowania swoich odczuć.- Jesteś pewien, że jesteś homoseksualny?
Uniósł brew, słysząc to pytanie.
-Skąd, Mitch. Jestem całkiem hetero. Dokładnie tak jak ty- zakpił.- Rany…- westchnął ciężko, zabierając dłoń.- Wiesz, że totalnie rujnujesz nastrój…?
-Staram się jak mogę…- uśmiechnąłem się w odpowiedzi.- Pytam poważnie, Andy. Zacząłeś wcześnie. Ludzie czasem się mylą. Czasem nie są pewni albo mają wątpliwości… Czasem dowiadują się po latach…- zauważyłem niezbyt odkrywczo. Ja dowiedziałem się niedawno. O moim prawdopodobnym homoseksualizmie. Albo Andyholiźmie, nie jestem pewien.- Może to taki etap… Dojrzewasz… I… Sam rozumiesz…
-Mitch, zawsze podobali mi się faceci, jeśli o to pytasz. I to absolutnie zawsze. Wiem, że niektórzy nie zdają sobie z tego sprawy albo to od siebie odpychają, ale co mnie to właściwie obchodzi?- wzruszył ramionami.- Ja jestem pewien. Ale ty nie jesteś- zachichotał, spoglądając na mnie z rozbawieniem.- Zastanawiasz się, jak to z tobą jest?
-Coś w tym stylu- przyznałem niepewnie.
-Może jesteś bi. Zdarza się.
-Nie sądzę… Byłem z kobietami, ale… Jakoś… Jakoś nigdy nie czułem tego, co czuję, gdy…- urwałem, uświadamiając sobie, że zaraz powiem coś, co sprawi, że umrę ze wstydu. Andy spoglądał na mnie z wyczekiwaniem i nieco złośliwym uśmieszkiem.- To jest coś zupełnie innego. Tak myślę. Wydaje mi się, że mogę być gejem.
-Wstrząsające- skomentował z udawanym przerażeniem.
Zaśmiałem się cicho.
-Może nie, ale nieco zaskakujące owszem.
-Okej, Mitch- westchnął głęboko Andy, przewracając się na drugi bok, plecami do mnie.- Jak nie masz ochoty się mną zająć, to chodźmy już spać… Ale jeśli coś będzie mnie kłuło w udo, tak jak wczorajszej nocy, to wiedz, że ja zajmę się troskliwie tobą…
-A… Andy…!-  jęknąłem głucho, czując, jak pąsowieje.- Ja…. J-Ja… Czy ja naprawdę…?
Dopiero po chwili usłyszałem jak chichoce złośliwie.
-Jasne, że nie- odparł z rozbawieniem.- Gaś już światło, Mitch.
To właśnie zrobiłem. Wróciłem do łóżka i położyłem się obok chłopaka, obejmując go od tyłu i wtulając się w jego plecy.
-Dobrej nocy- szepnąłem.
-Dobrej nocy, Mitch- odpowiedział łagodnie.
Przymknąłem z wolna powieki. Uśmiechnąłem się mimowolnie pod nosem, ciesząc się z jego bliskości. Chwilę później usłyszałem, jak szepcze cichutko:
-Ufam ci.