Strony

sobota, 29 grudnia 2012

§ 15 § [YFM]


Absalom przystanął przed gospodą Edalisa. Długą chwilę wpatrywał się w budynek, wahając się, czy wejść do środka, ale wreszcie otworzył drzwi i chwiejnym, niepewnym krokiem, przekroczył próg. Był już późny wieczór. W zatłoczonej sali panował zgiełk i rumor. Chłopak rozejrzał się dookoła spłoszonym wzrokiem. Jakiś zataczający się mężczyzna, który akurat zmierzał do wyjścia, wpadł na niego z impetem i obdarzył go kilkoma soczystymi przekleństwami, ale Absalom nawet tego nie dosłyszał. Właściwie ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół niego. Dostrzegł pusty stolik przy ścianie i zajął przy nim miejsce. Otulił się ramionami. Ciepło wnętrza przynosiło zmarzniętemu ciału niewielką ulgę. Absalom miał na sobie całkowicie przemoknięte rzeczy. Pasma mokrych włosów przylepiały mu się do twarzy i szyi. Nie chciał wracać do domu opiekuna. Tu też nie zamierzał przychodzić. Wałęsał się kilkanaście godzin, najpierw po lesie, później w mieście, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Wydawało mu się, że takie miejsce nie istnieje. Nie było go u boku Mortalisa, i nie było go tutaj, pośród tych wszystkich ludzi, obcych, przerażających i budzących w nim nieufność. Pierwszy raz czuł się tak strasznie samotny, tak wypruty z wszelkich uczuć, tak bardzo zniszczony. Łzy zbierały się w jego oczach za każdym razem, gdy myślał o tym, co się wydarzyło. Czuł wstyd. Taki okropny wstyd… Że też zrobił coś podobnego… Był rozczarowany i rozgoryczony. Wściekły na samego siebie. Wściekły na własną naiwność. Ale przecież to wszystko wydawało się być zupełnie inne. Kiedy Mortalis go przeprosił, kiedy oddawał jego pocałunki, kiedy go dotykał, spoglądał na niego inaczej, specyficznie, z pewnego rodzaju czułością, troską… Absalom czuł, że nagle otrzymał wszystko to, czego tak bardzo pragnął. To wszystko w jednej chwili znalazło się w jego rękach. I zaraz, nie wiedzieć kiedy, wymknęło się z nich, niczym ziarna piasku. To był piękny sen, z którego został gwałtownie wybudzony. I teraz już nie miał innego wyboru, jak tylko przyjąć do wiadomości ponurą rzeczywistość.
Nie wróci do Mortalisa. Teraz był już tego pewien. Żałował, że wrócił wczorajszego dnia. Żałował zresztą wszystkiego, co się wtedy zdarzyło. Zachował się w nieodpowiedni, właściwie karygodny sposób. Zrobił coś… nienormalnego, coś niestosownego, dalekiego od jakichkolwiek standardów. A Mortalis… Mortalis chyba poczuł się zobowiązany. W jakiś sposób. Jak mógł postąpić w tak lekkomyślnie…?
-Absa…?- usłyszał zaskoczony głos i przeniósł nieprzytomny wzrok na stojącą obok niego kobietę. Dopiero po chwili rozpoznał w niej Georginę. Ta uśmiechnęła się do niego serdecznie. Jej bordowa suknia opinała się mocno na pokaźnym brzuchu.- Co ty tu robisz o takiej porze…? Widzę, że ciebie też złapała ta potworna ulewa… Usiądź bliżej kominka, ogrzejesz się…
Chłopak wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym uśmiechnął wymuszenie i pokręcił głową. Wciąż nie był jeszcze pewien, co właściwie zamierza zrobić. Poza Mortalisem i Edalisem, nie miał nikogo bliskiego. Nie znał nikogo, komu mógłby zaufać. Jego opiekun nie chciał go już pod swoim dachem. A Edalis… Edalis niejednokrotnie proponował chłopakowi, by ten tu został. Ale Absalom się obawiał. Tkwił w nim jakiś dziwny, irracjonalny lęk, że to, co zrobił, to co czuł, kim był, może wyjść na jaw. Że Edalis się o tym dowie i odepchnie go tak samo jak uczynił to Mortalis. Nie miał pojęcia, co czynić.
-Wszystko w porządku…?- Georgina zaniepokoiła się wyraźnie, przyglądając mu się z uwagą.
-Tak- odparł niemrawo. Po raz kolejny wymusił na sobie uśmiech. Musiał jednak wyglądać jak jedna wielka kupka nieszczęścia, bo kobieta wciąż patrzyła na niego litościwie, z troską.- Dawno cię nie widziałem…- odezwał się cicho, koncentrując na moment spojrzenie na jej brzuchu.
-Cóż, już niedługo…- uśmiechnęła się pogodnie, kładąc na nim dłoń i głaszcząc go z czułością.- Nie wychodziłam z domu, ten rumor raczej mi nie służy, ale odkąd mój ojciec odkrył, że jednak jest zdolny przejść się kilka kroków, odwiedził mnie parokrotnie…- rzuciła takim tonem, że nawet Absalom w swoim oszołomieniu wyczuł bez problemu, że jest daleka od radości z tego powodu.- A jak wiesz, nie są z moim mężem w najlepszej komitywie… Wolę więc, od czasu do czasu odwiedzić go tutaj…
-Mógłbym z nim porozmawiać…?- zapytał nieśmiało Absalom.
-Z moim ojcem?- dopytała.
Skinął głową.
-Rzecz jasna- odpowiedziała spokojnie.- Jest na górze, pójdę po niego… I przyniosę ci jakiś koc, zamarzniesz na kość…
Odeszła niespiesznym krokiem, przeciskając się pomiędzy gośćmi. Absalom skubał nerwowo wargę, śledząc ją przez moment wzrokiem, po czym skoncentrował się na pozostałych,obecnych w pomieszczeniu. Donośne wrzaski rozlegały się w całym wnętrzu, chrapliwe śmiechy, chichot siedzącego nieopodal dziewczęcia, które spoczęło na kolanach jednego z mężczyzn, który już niecierpliwie błądził dłońmi pod jej spódnicą… Wokół pełno było pijanych, zataczających się ludzi. Ktoś spał z głową wspartą o stół. Po drugiej stronie sali toczyła się jakaś poważna awantura, która chwilę później przerodziła się w bójkę. Absalom przyglądał się temu wszystkiemu z niezrozumieniem i lękiem. To nie był jego świat. Momentami fascynował go. Ciekawił. Ale wciąż pozostawał zupełnie obcym i nieporównywalnie odmiennym od tego, w którym do tej pory żył chłopak. I Abslom nie miał pojęcia, jak odnaleźć się w tej rzeczywistości. Zwłaszcza bez Mortalisa. Jedynego człowieka, który pomógł mu odnaleźć się wtedy, gdy potrzebował tego najbardziej.
Grupka stojąca nieopodal schodów, rozstąpiła się gwałtownie, robiąc miejsce do przejścia właścicielowi budynku. A Edalis, jak to Edalis, miejsca potrzebował wiele. Dowodów uznania i szacunku również, nic więc dziwnego, że obecni zdecydowali się mu szybko ustąpić pola, bo rozjuszony Edalis nie tylko miał szerokie wpływy i możliwości działania, ale i, mimo z pozoru niestrasznego, a może i śmiesznego wyglądu, potrafił porządnie się zamachnąć, a raczej ciężko byłoby znaleźć śmiałków, którzy zdecydowaliby się odpowiedzieć mu tym samym. Tuż obok niego stąpała Georgina, która zaraz wskazała ojcu stolik, przy którym siedział młodzieniec. Edalis doczłapał do niego, sapiąc zwyczajowo i męcząc się, jakby była to bardzo wyczerpująca wędrówka. Jak na kogoś, kto polubił spacery, wciąż trzymał się dość kiepsko. Usadowił się naprzeciw Absaloma.
-Chłopcze!- zawołał, oddychając płytko.- Już się jakiś czas nie widzieliśmy, co…? Co cię sprawdza o tej porze…?
-Proszę…- Georgina zgodnie z obietnicą, narzuciła na ramiona młodzieńca koc. Chłopak uśmiechnął się do niej odrobinę niemrawo.- Źle wyglądasz…- oceniła z niepokojem.- Powinieneś wypocząć. Ojcze…?- dodała zaraz z naciskiem, spoglądając na Edalisa surowo.
-Hm?- mruknął tamten.
-Daj mu pokój i każ wypocząć. Jest cały przemoknięty. I nie zadręczaj go zbyt długo- dodała z lekkim uśmiechem. Owinęła chustę wokół szyi.- Ja już pójdę.
-Chcesz iść sama, w takich ciemnościach…?- zmartwił się Edalis.
Uśmiechnęła się z politowaniem.
-Sądzę, że twoje imię jest najlepszym straszakiem na wszelkich ewentualnych bandytów…- stwierdziła pobłażliwie.- Poza tym, umiem sobie poradzić, nie niepokój się zbytnio. Pojawię się za kilka dni…
-Może!- rzucił stanowczo.- Może się pojawisz! Ale liczę na to, że mój wnuk przyjdzie na świat lada dzień… O, wiem, że tak będzie…- dodał, spoglądając czule na córkę, a raczej na jej brzuch.- Czuję, że zaraz będzie… Jutro, może pojutrze… Dziadek już czeka!
-Ojcze…- Georgina uniosła brew.- To samo powtarzasz od dwóch tygodni. Przyjdzie wtedy, kiedy będzie pora. Nie zamęcz Absy- dodała, uśmiechnąwszy się do młodzieńca uprzejmie.- Do zobaczenia- pożegnała się z nim i ruszyła do wyjścia.
Edalis śledził ją uważnym, troskliwym spojrzeniem do momentu, gdy opuściła gospodę. Dopiero wtedy jego wzrok spoczął na Absalomie.
-No…?- ponaglił go nieco.- Cóż to za wizyta, chłopcze…? Zazwyczaj przychodzisz popołudniami, nie spodziewałem się ciebie przy tej atmosferze…
-Mogę tu zostać?- wypalił chłopak, wciąż nie będąc pewnym, czy to dobry pomysł. Póki co, nie miał jednak żadnego innego.
-Hę? Jasne, że możesz, chłopcze!- zaśmiał się serdecznie.- Wiesz dobrze, że jesteś tu mile widziany, zawsze i o każdej porze, zresztą tłoków nie ma i nikogo stąd nie wyrzucam, prócz niektórych partaczy, gnojków, i wyschniętych na wiór nieudaczników życiowych…
-Nie…- Absalom odezwał się cicho, kręcąc głową.- Chodzi mi o to… Chodzi mi o to, czy mogę zostać tu na dłużej…?- zapytał nieśmiało, zagryzając wargę.
Edalis wbił w niego zdumione spojrzenie.
-Na dłużej…?- powtórzył niemalże z niedowierzaniem, ale zaraz zaśmiał się wesoło.- Ależ jasne, chłopcze! Ileż to już razy ci powtarzałem, że jesteś tu tak mile widziany, jak nikt inny! Wreszcie podjąłeś odpowiednią decyzję i bardzo mnie to cieszy, bo tylko zmarnowałbyś się na tym odludziu… Niechże ten dziwak mieszka tam sobie sam, skoro ludzie mu nie mili…- dodał, prychnąwszy, ale zaraz przyjrzał się Absalomowi uważniej. Chłopak poczuł, jak do oczu napływają mu łzy, na samo wspomnienie Mortalisa.- Ejże, ejże…- zaniepokoił się Edalis.- Coś się wydarzyło…?
Absalom pokręcił jedynie głową, milcząc przez długą chwilę. Do tej pory nie mógł pogodzić się z tym wszystkim, co się stało. Ani z własnymi uczynkami, ani ze słowami, jakie usłyszał od swojego opiekuna. Rozpamiętywał je nieustannie. Paliły go do żywego. To, jak Mortalis powtarzał, że ten musi odejść. Że nie chce go już w ich wspólnym domu. Że powinien zamieszkać gdzieś indziej. Te słowa nie były zwyczajnie stanowcze, były po prostu okrutne.
-Mortalis kazał mi się przenieść do miasta- szepnął w końcu ledwie słyszalnie, zachrypniętym nieco głosem.
-No i bardzo dobrze!- stwierdził z pełnym przekonaniem Edalis.- Wreszcie zrobił coś dobrego dla ludzkości!- zarechotał, kręcąc głową.- Powtarzałem mu od samego początku: zostaw dzieciaka tutaj, a sam rób co tylko miałeś robić... Co to za mina, Absa?- mężczyzna zmarszczył brwi.- Nie cieszysz się…? Przenosiny to nie rozstanie! Będziesz go przecież odwiedzał! Jak Georgina mnie! To naturalna kolej rzeczy, odchowani muszą odejść i chować własne dzieci…
Chłopak pokręcił głową.
-On mnie już nie chce…- stwierdził wilgotnym głosem, spuszczając wzrok.
Edalis patrzył na niego długo, chyba nie będąc w stanie zrozumieć, w czym dokładnie rzecz. Ostatecznie jednak westchnął cicho i wznosząc się na wyżyny dyplomacji, której nie był mistrzem, zaczął łagodnie:
-Powiedział ci coś…? Podła paskuda, nigdy nie miał wyczucia, za grosz! Choć z drugiej strony, na licho mu wyczucie, skoro zanim się odezwie, to całe towarzystwo umrze oczekując…? Dobrze, że w ogóle jeszcze coś gada… Uraził cię pewnie jakoś? Ach, chłopcze… Musisz wiedzieć, że on już z natury jest oschły, dziwaczny i kompletnie nieprzystosowany do życia w czyimkolwiek towarzystwie… To samotnik. Odmieniec pełną gębą. Wierz mi, bo znam go dobrze, długo i gorszego dziwadła na swojej drodze nie spotkałem… Co nie zmienia faktu, że cenię jego umiejętności- dodał z głębokim westchnieniem.- No i jego samego też, odrobinę, ale to z dobrego serca i nadmiaru sympatii, jakim zawsze dysponowałem… Tak czy inaczej, chłopcze, on cię bardzo… Hm…- Edalis umilkł, zastanawiając się przez chwilę.- Kto tam wie, co siedzi w jego łbie, ale… Nie oddał cię przecież nigdzie. A on raczej nie ma w sobie krzty moralności czy świadomości obowiązku… Lubi cię. Tak sądzę, jeśli kogokolwiek lubi. Rzadko mieliśmy okazję rozmawiać o tym otwarcie… Rzadko jest okazja gadać w nim w ogóle… Ale nakazywał mi surowo, żeby dbać o ciebie i uważać, by nie stała ci się żadna krzywda czy nieprzyjemność… Powiedziałbym nawet, że traktuje cię jak syna… O ile on może wiedzieć cokolwiek o tym, czym jest rodzina, bo Stwórca mi świadkiem, nie słyszałem nigdy, by wspominał o rodzicach choćby słowem, więc może i wcale ich nie miał…
Te słowa wcale nie sprawiły, że Absalom poczuł się lepiej. Wprost przeciwnie. Mortalis traktował go jak syna. A on…? Na pewno zupełnie inaczej niż ojca. Nigdy zresztą nie spoglądał na opiekuna w taki właśnie sposób, ale jego ostatnie zachowanie przekroczyło wszelkie granice. Wiedział o tym. To uczucie, które tkwiło w nim boleśnie, nie było naturalne, normalne, zgodne z jakimikolwiek zasadami. I gdyby miał możliwość, wyzbyłby się go bez chwili wahania. Ale nie potrafił. Chyba nie.
-Pamiętasz…- zaczął po chwili, przełykając nerwowo ślinę. Edalis patrzył na niego pytająco.- Mówiłeś mi kiedyś… Mówiłeś mi o pewnej kobiecie… Tej, która tu… pomieszkuje…- język mu się plątał, z trudnością klecił kolejne słowa.- Tej, która… Hm…
-Mówisz o tej prostytutce?- zapytał otwarcie Edalis, marszcząc brwi.
Absalom pokiwał głową.
-Czy mógłbyś… Mógłbyś ją zapytać… Czy ona… Czy mogłaby… Czy ja mógłbym… Spróbować… Sprawdzić… Chciałbym tylko… Wiedzieć…- wydusił z siebie z trudem.
Edalis wpatrywał się w niego przez moment, wyraźnie zdumiony.
-Pewien jesteś, chłopcze?- dopytał.- Aż tak ci się spieszy do bycia mężczyzną…? Nie żeby było w tym coś złego, wprost przeciwnie, to już dobry wiek, żebyś znalazł sobie kogoś, ale… Nie wolałbyś znaleźć wpierw jakiegoś dziewczęcia w twoim wieku…? Zakochać się…? Uczucia to dobra sprawa, gdy jest się jeszcze młodym i ma złudzenia… Bo ona to jest starsza od ciebie… Urodziwa, bardzo- zacmokał z zadowoleniem.- Ale starsza.
-Mógłbyś…?- zapytał raz jeszcze Absalom.
-Jeśli chcesz- odparł Edalis, skinąwszy głową.- Pogadam, jak przyjdzie, a przyjdzie pewnie rano. A ty lepiej idź na górę, chłopcze, bo słowo daję, wyglądasz jak trup. Zaraz cię zaprowadzę, kilka pokojów jest przygotowanych, nie są zbyt… hm… No cóż… Jutro znajdę ci lepszy, gdy te łajzy już polezą… Chodź no. Tylko idź przodem, bo jeszcze mi gdzieś omdlejesz… Jadłeś coś dziś w ogóle…?
Absalom stracił poczucie rzeczywistości. Nie był w stanie określić, co dokładnie robił nim dotarł do pokoju i o czym rozmawiał z Edalisem. Dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi pomieszczenia, ocknął się jakby. Rozejrzał dookoła powoli. Wnętrze było małe i ciasne, bardzo ciemne, wyposażone bardzo skromnie i zwyczajnie. Było czysto, pościel została zmieniona, chłopak czuł jej przyjemny zapach, gdy kładł się do łóżka, nie zdejmując nawet odzienia. Nakrył się kołdrą. Przymknął powieki, czując potworne zmęczenie. Czuł się tu obco i nieswojo. Może dlatego nie mógł zasnąć. Może przez hałasy dobiegające z dołu, wrzaski i okrzyki pijanych gości, do których za nic nie był w stanie się przyzwyczaić. A może po prostu przez gonitwę myśli i nieustanne wracanie nimi do osoby swojego opiekuna.
Czy jeszcze w ogóle go zobaczy…?
Poczuł się fatalnie, gdy pomyślał, że nie będzie miał okazji. Przecież nie chciał wracać. A Mortalis nigdy tutaj nie przyjdzie. Nawet po to, by go choćby zobaczyć. Zresztą… Czemu niby miałoby mu go brakować…? Wcześniej żył samotnie i chyba takie właśnie życie mu odpowiadało. Absalom zawsze czuł, że ten troszczy się o niego. Dba. Ale teraz to straciło na znaczeniu. Dbał o niego jak ojciec. To właśnie powiedział Edalis. Dla Absaloma ta świadomość była nie do zniesienia. Rozczarował wszystkich, nawet samego siebie. A przecież nie chciał tego. Nigdy nie zamierzał czynić podobnych rzeczy. Chciał być po prostu… normalny. I w tamtej chwili, był na tyle zdeterminowany, by zrobić wszystko, aby się takim stać.
Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem, gdy ucichły odgłosy dochodzące z sali. Nie dane było mu jednak spać długo. Niewiele ponad godzinę później, usłyszał pukanie do drzwi, które natychmiast go wybudziło. Usiadł powoli. Bolała go głowa.
-Możesz wejść- rzucił zachrypniętym głosem, pewien tego, że to Edalis.
Gdy drzwi do pomieszczenia otworzyły się, dostrzegł jednak kogoś zupełnie innego. Kobietę. Ta weszła do środka swobodnym krokiem. Absalom wbił w nią pełne zdumienia spojrzenie, pewien, że ta się pomyliła. Była od niego starsza przynajmniej o dziesięć lat. Szczupła, choć dość szeroka w biodrach, o jasnej karnacji, rudych, sięgających ramion, falowanych lekko włosach, odziana dość nietypowo. Bez cienia wahania czy wątpliwości, usiadła na brzegu łóżka, wbijając w zagubionego chłopaka wyczekujące spojrzenie.
-Więc…- zaczęła w końcu, nieco zniecierpliwiona.- Edalis wspominał, że chciałeś o czymś ze mną… porozmawiać…- zaśmiała się z rozbawieniem, gdy tylko powiedziała te słowa.- Zresztą, dobrze wiemy, czego chciałeś.
Absalom milczał, nie odrywając od niej wzroku. Onieśmielała go, a może wręcz trochę przerażała. Domyślał się już, kim była, ale teraz, gdy się tutaj znalazła, kompletnie nie wiedział, jak powinien się zachować.
-Jesteś bardzo młody- oceniła, unosząc brew.- Edalis coś wspominał… No…?- wzruszyła ramionami, najwyraźniej oczekując jakiejś odpowiedzi, ale Absalom był zbyt zaszokowany, żeby wydusić z siebie cokolwiek.- Nie musisz się krępować, chłopczyku, choć przy pierwszym razie to, zdaje się, niewykonalne…- westchnęła niemalże ze strudzeniem, niespiesznie zsuwając ze swoich ramion materiał bluzki.- Załatwmy to szybko, dobrze…? To znaczy, nie żeby specjalnie mi się spieszyło, Edalis płaci całkiem dobrze, ale raczej nie ma się co łudzić, że będzie to trwało więcej niż kilka sekund, czyż nie…?- uśmiechnęła się, zsuwając materiał niżej i odsłaniając biust.
Absalom speszył się jeszcze bardziej. Nie wiedział, gdzie podziać oczy, patrzenie na półnagą kobietę było za bardzo krępujące i, w jakiś sposób, kompletnie nieodpowiednie.
-Możesz dotknąć…- rzuciła, widząc zresztą chyba, że młodzian nie przejawia zbytniej inicjatywy.- Albo patrzeć, jak wolisz…- dodała złośliwie.- Chociaż naprawdę wolałabym, żebyś już przeszedł do rzeczy…
Przysunęła się bliżej chłopaka, który spojrzał na nią nieco przerażony. Chwyciła go za brodę i przyciągnęła do pocałunku, całkowicie przejmując inicjatywę.
-O, Stwórco, jak ja tego nie znoszę…- mruknęła z wyraźną niechęcią, gdy tylko jej wargi odkleiły się od biernych ust Absaloma.
Chwyciła chłopaka za dłoń i położyła ją na swojej piersi, jakby chcąc go ośmielić, ale Absalom natychmiast cofnął rękę, zażenowany. Jego uwagę przykuło, zresztą, w tej sekundzie coś zupełnie innego. Odgłos trzaskających raz po raz drzwi, dobiegający z korytarza. Kobieta nachyliła się nad nim i nagle… Drzwi od tego pokoju otworzyły się również. Absalom z początku nie mógł widzieć, kto znalazł się wewnątrz, bo chwilę wcześniej kobieta wpiła się w jego usta ponownie, zasłaniając mu wejście. Gdy usłyszała, że ktoś wszedł, oderwała się od niego, ale nie zdążyła nawet obejrzeć, bo ktoś chwycił ją za włosy i szarpnął mocno, zwlekając z łóżka.
-Co ty wyrabiasz?!- krzyknęła z przerażeniem.
Absalom nie miał pojęcia, co się dzieje. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, kto przed nim stoi. Mortalis. Mortalis w swoim charakterystycznym, czarnym płaszczu. Dlatego chłopak nie rozpoznał go z początku. Spojrzał na niego, zdezorientowany.
-Chodź- szepnął mężczyzna, chwytając go za ramię i wyciągając z łóżka.
Absalom nie wahał się ani chwili, ruszył za nim natychmiast, nie zadając choćby jednego pytania, pomimo, że nie rozumiał zupełnie nic.
-Edalis! EDALIS!- wrzasnęła siedząca na ziemi kobieta, zakrywając pospiesznie piersi.
Mortalis i Absalom opuścili pomieszczenie. Mężczyzna wciąż trzymał go za rękę. Sprowadził go na dół, po schodach, a następnie ruszył pospiesznym krokiem wzdłuż, opustoszałej niemalże zupełnie, sali. Dwie osoby, które widać spędziły tutaj noc, po wczorajszej biesiadzie i wybudziły przez hałasy, w pierwszej chwili zerwały się na równe nogi, ale zaraz zatrzymały gwałtownie, wpatrując w Mortalisa tak, jakby zobaczyli ducha. Opiekun młodzieńca zignorował to zupełnie. Kompletnie oszołomiony chłopak, dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że do drzwi podszedł Edalis, zagradzając je.
-Co ty wyrabiasz, głupcze?!- warknął w kierunku Mortalisa.
-Zejdź mi z drogi- odparł lodowato mężczyzna, zatrzymując się tuż przed nim.
-Bo cóż mi zrobisz?!- Edalis oburzył się bardzo.- Gadaj natychmiast, co ty właściwie wyrabiasz…? Straszysz mi gości, na litość Stwórcy! Cóż ci strzeliło do łba?!
Mortalis przecisnął się obok mężczyzny, wychodząc. Absalom ruszył w ślad za nim, choć, szczerze mówiąc, nie wiedział ani o co chodzi, ani nawet, jak powinien się zachować. Jego opiekun zatrzymał się na powrót przed Edalisem.
-Nie waż się nigdy więcej robić czegoś podobnego…- wycedził przez zęby, spoglądając na właściciela gospody z gniewem, jakiego Absalom nigdy u niego nie widział.- Nigdy.
Absalom i tak nie zdążyłby powiedzieć ani słowa, bo Mortalis odciągnął go na bok. Puścił chłopaka i szybkim krokiem ruszył w kierunku bramy. Absalom usiłował dotrzymać mu kroku, ale był zbyt zmęczony, by go dogonić. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego opiekun jest zdenerwowany. Chłopak nie do końca wiedział, czy sytuacją, w jakiej go zastał, czy spojrzeniami ludzi, których mijali. Nie było ich wielu. O tej porze miasto było dość opustoszałe. Ale ci, którzy znaleźli się na ich drodze, reagowali podobnie, jak mężczyźni z gospody. Przystawali, spoglądali w ich kierunku albo płochliwie odwracali wzrok, oddalając się prędko. Absalom nie słyszał żadnych komentarzy czy rozmów. Był zbyt zresztą zbyt wyczerpany, by analizować to wszystko. Opuścili miasto. Wędrowali drogą, a następnie znaleźli się w lesie.
-Mortalis…- rzucił wreszcie chłopak, wyrywając się z otępienia.- Mortalis!- zawołał, zatrzymując się bezradnie. Jego opiekun szedł przed siebie jeszcze przez chwilę, po czym przystanął, słysząc, że podopieczny nie idzie za nim. Odwrócił się w jego kierunku.- Co się stało…?- nie rozumiał Absalom. Cała ta sytuacja była dla niego zaskakująca i dziwaczna. Czuł się zażenowany, że Mortalis widział go z tamtą kobietą… Ale z drugiej strony, czy nie tego właśnie mężczyzna chciał?
Długo musiał oczekiwać odpowiedzi.
-Nie zostawiaj mnie- usłyszał w końcu ciche słowa, które chyba przyszły jego opiekunowi z trudem.
Mortalis odwrócił się ponownie i znów skierował do ich chatki. Absalom wydobył z siebie resztki sił i ruszył za nim biegiem. Jego opiekun zwolnił nieco. Szli obok siebie. Chłopak spoglądał na mężczyznę ukradkiem, omal nie potykając się o własne nogi. Gdy dostrzegł, że i opiekun na niego spogląda, uśmiechnął się do niego. Niepewnie i bez przekonania. Nie mógł wiedzieć, co dokładnie znaczyły te słowa. Ale dla niego samego znaczyły  wiele. Nawet, jeśli nie wiedział jeszcze, jak to wszystko będzie wyglądało, gdy tylko przekroczą próg.
Wreszcie znaleźli się w domu. Mortalis zdjął z siebie płaszcz, odkładając go na bok. Absalom wodził za nim wzrokiem, przysiadłszy na łóżku. Opiekun dostrzegł jego spojrzenie. Podszedł do chłopaka, dotknąwszy dłonią jego czoła.
-Czuję się dobrze…- powiedział cicho chłopak.
Tak właśnie było, nawet, jeśli przemęczony głos zdawał się wskazywać na coś innego. Serce biło mu szybko, rozkoszne uczucie kłębiło się w podbrzuszu, za każdym razem, gdy w myślach powtarzał sobie słowa mężczyzny… A przecież nie znaczyły nic więcej, prócz tego, co w sposób oczywisty z nich wynikało. Mortalis chciał go przy sobie. Nie inaczej niż wcześniej. Nie inaczej niż jak syna, jak podopiecznego, kogoś, kogo wychowywał i na kim mu zależało… Ale tak czy inaczej, chciał go. Ta świadomość wprawiała Absaloma w stan bliski ekscytacji. W tym właśnie momencie gotów był na wszelkie deklaracje, obietnice, na zapewnienia, że się zmieni, że to, co uczynił, nigdy już się nie powtórzy, ale zdawało się, że Mortalis wcale tego od niego nie wymaga.
Mężczyzna cofnął dłoń i klęknął przy podopiecznym, wpatrując mu się prosto w oczy.
-Nie rób mi tego nigdy więcej.
Nie powiedział mu tego w taki sposób jak wtedy, Edalisowi. Mówił łagodnie. Cicho. Właściwie to była prośba. Absalom uśmiechnął się lekko. Skinął głową, sięgając dłonią do policzka mężczyzny. Mortalis wzdrygnął się wyraźnie. Odsunął się, niemalże odruchowo, i wyprostował. Chłopak speszył się i odwrócił wzrok.
-Połóż się, Absa- powiedział spokojnie mężczyzna.- Odpocznij.
-Dobrze- zgodził się natychmiast chłopak.
Był zbyt skołowany i zmęczony. Nie do końca wiedział, jak się zachować. Opiekun przyniósł mu coś do przebrania. Absalom zmienił ubrania i wsunął się pod kołdrę. Mortalis krzątał się przez moment po pomieszczeniu, chyba kompletnie bez celu. Chłopak obserwował go z uwagą.
-Dlaczego po mnie przyszedłeś…?- zapytał nagle.
W końcu wcześniej twierdził, że go tu nie chce. Absalom był pewien, że nie bez powodu. Jego opiekun obawiał się czegoś. Kogoś. Ale tak czy inaczej, skoro twierdził, że z Edalisem byłby bezpieczniejszy…
-Popełniłem wiele poważnych błędów w swoim życiu, Absa…- odparł mężczyzna.- Nie zamierzam popełnić kolejnego. Wypocznij- powiedział raz jeszcze i wyszedł z pomieszczenia, chyba świadom tego, że Absalom nie zaśnie, póki ten nie zniknie mu z widoku.
Te słowa wywarły na młodzieńcu duże wrażenie. Wiercił się jeszcze kilkadziesiąt minut, rozmyślając nad nimi i ciesząc się z faktu, że znów znalazł się w tym jedynym miejscu, które zawsze należało do niego – w domu. Wreszcie jednak zasnął znużony. Spał kilkanaście godzin. Gdy się przebudził, w pomieszczeniu panowała ciemność. Podniósł się do pozycji siedzącej, odgarniając zbłąkane pasemka włosów z twarzy i aż podskoczył, gdy zdał sobie sprawę z tego, że ktoś jeszcze znajduje się w pomieszczeniu. Mortalis siedział na swoim łóżku, przyglądając się chłopakowi z uwagą. Ten uśmiechnął się do swojego opiekuna, gdy tylko zdał sobie sprawę, że to on. Przez dłuższą chwilę panowała zupełna cisza. Absalom czuł jednak, że musi coś powiedzieć i wyjaśnić swoje ostatnie zachowanie.
Zszedł z łóżka i zatrzymał się przy mężczyźnie.
-Przepraszam- powiedział w końcu cicho.- To, co wtedy zrobiłem… Gdy… cię pocałowałem…- wydusił z siebie chłopak.- To się nie powtórzy… Ja wiem, że nie powinienem… I wiem, że…- urwał na dłuższą chwilę, czując nieprzyjemne, dławiące uczucie w gardle.- Wiem, że to nie jest normalne. Ani dobre. Nie zrobię już tego. Zmienię się. Przysięgam.
Mortalis chwycił go za rękę i ściągnął na miejsce obok siebie. Spoglądał na niego z uwagą przez moment, po czym musnął wargami usta chłopaka. Delikatnie, powoli, jakby z pewnym oporem. Absalom spoglądał na niego z zaskoczeniem, absolutnie nic z tego nie rozumiejąc. Ale zaraz uśmiechnął się radośnie. Objął mężczyznę wokół szyi, przyciskając się do niego mocno. Dopiero po kilku minutach poczuł, jak ramiona mężczyzny zaciskają się wokół jego pasa. Przymknął powieki, nie przestając uśmiechać się pogodnie. Wczorajszy wieczór, dzisiejszy ranek… Te wszystkie zdarzenia straciły nagle na znaczeniu.
Wreszcie młodzieniec odsunął się od swojego opiekuna.
-Chodź ze mną- poprosił, wyciągając do niego dłoń.
Mortalis chwycił za nią, podnosząc się powoli z łóżka.
-Dokąd…?
-Nad jezioro- odparł wesoło chłopak. Puścił mężczyznę, by nałożyć buty i narzucić na siebie cieplejszą koszulę, po czym wyszedł z domu.
Mortalis ruszył w ślad za nim, nie mówiąc ani słowa. Był środek nocy, ale Absalomowi ani trochę to nie przeszkadzało. Ruszyli obaj przez las, w stronę jeziora. Absalom o czymś mówił. Właściwie, gdyby zapytać go za kilkanaście minut, o czym dokładnie, chyba nie potrafiłby odpowiedzieć. Zupełnie bez ładu i składu, opowiadał o czymś, zaczynał jakiś temat, urywał, by przejść do następnego, który zaraz również pozostawał bez kontynuacji. Język mu się plątał, radosny uśmiech nie schodził z twarzy. Był tak podekscytowany, tak szczęśliwy, że ledwie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę. W końcu wskoczył na drogę przed Mortalisa  i idąc tyłem, patrząc na mężczyznę, zaczął:
-Jestem szczęśliwy... Nawet nie masz pojęcia… Marzyłem o tym…- westchnął w radosnym uniesieniu.
-Sądziłem, że marzyłeś o księżniczkach- odpowiedział spokojnie Mortalis.
Absalom zaśmiał się i pokręcił głową.
-To było dawno…- odparł i już miał coś dodać, ale potknął się o wystający korzeń i niewiele brakowało, a skończyłby na ziemi, gdyby ramiona opiekuna nie pochwyciły go na czas.- Dziękuję…- bąknął, czerwieniąc się nieco.
Dotarli wreszcie nad jezioro. Usiedli na piasku. Absalom wpatrywał się przez dłuższą chwilę w rozgwieżdżone niebo. Zerknął na swojego opiekuna. Uśmiechnął się raz jeszcze. Był szczęśliwy. Absolutnie szczęśliwy i chyba nic nie mogłoby go teraz wytrącić z tego nastroju. Z warg Mortalisa wydobył się cichy jęk, gdy usiłował przesunąć się na bok. Dopiero wtedy chłopak przypomniał sobie, w jakim stanie jest mężczyzna. Patrzył na niego przez moment z niepokojem. Był ranny, a mimo to przyszedł po niego. Do miasta. Do ludzi, których nie znosił i od których stronił od lat. I jeszcze ten pocałunek… Ledwie muśnięcie, ale mimo wszystko… Absalom nie potrzebował już innych dowodów.
-Nie wyruszysz, prawda?- zapytał nagle, bo była to ostatnia kwestia, jaka go dręczyła. Opiekun wbił w niego pytające spojrzenie.- Teraz już nie możesz wyruszyć!- stwierdził z pełnym przekonaniem młodzieniec.- Zostaniemy tutaj razem. Będziemy żyć… normalnie.
-Jak to sobie wyobrażasz, Absa?
Chłopak wzruszył ramionami. Nie miał z tym najmniejszego problemu, wydawało mu się to naturalne.
-Będę musiał odejść. Prędzej czy później…- odparł powoli jego opiekun.- Jest wielu ludzi, którym się naraziłem. Jeśli nie znajdę ich jako pierwszy, oni w końcu znajdą mnie. A co za tym idzie, znajdą też ciebie.
-To oni ci to zrobili…?- dopytał młodzieniec, ale tak, jak się spodziewał, nie uzyskał odpowiedzi.- Nie musisz się o mnie bać. A nawet jeśli, przecież będziesz wtedy ze mną. Razem sobie poradzimy…
-Razem…?- ton Mortalisa pobrzmiewał lekką kpiną.
-Tak…- Absalom skinął głową, nabierając nagle dziwnej pewności.- Przecież poradziłem sobie z tym wilkołakiem. Pamiętasz?
-Całe szczęście- skwitował jego słowa mężczyzna.- I w tym właśnie cały sęk… Szczęście…
-To nie była kwestia szczęścia!- zaperzył się młodzieniec.- Zabiłem go, chociaż byłem sam i nie miałem nikogo do pomocy! A był przecież silniejszy od ludzi, sam to powiedziałeś!- Mortalis nie wyglądał na przekonanego.- A ci bandyci…? Ci, którzy napadli wtedy na dom…? Ich też powstrzymałem!
-Zabiłeś- poprawił podopiecznego mężczyzna, a na twarzy Absaloma pojawił się niepowstrzymany grymas.- Widzisz…? Do tej pory tego żałujesz. Masz wyrzuty sumienia. Gdybyś miał wybór, nie zrobiłbyś tego.
-Nikt by tego nie zrobił, gdyby miał wybór.
-Mylisz się. Ludzie, którzy mnie szukają, nie cofną się przed niczym. Jeśli cię znajdą, wykorzystają każdą sekundę twojego wahania. Nie mają litości. Nie przyjdą tu po kosztowności. Ich zachowanie nie będzie wynikiem wypaczonego instynktu. Będą chłodno kalkulować. Znajdą odpowiedni sposób, by wszystko zorganizować. I zabiją cię. Nie pytając o nic.
Absalom milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad słowami mężczyzny. Wzbudziły w nim pewną obawę, ale to nie była obawa o swój własny los. Raczej o Mortalisa. I wolał, by jego opiekun był tutaj, z nim, bez względu na wszystko. A może zwłaszcza,  przez wzgląd na to, że zadarł z takimi osobami… Chłopak będzie mógł mu pomóc. Wiedział, że Mortalis w niego nie wierzy. Jeszcze nie. Ale wiedział też, że sobie poradzi. Byłby gotów zrobić dla niego absolutnie wszystko.
-Zaufaj mi- poprosił cichutko, spoglądając na opiekuna.- Może nie dałbym sobie rady, gdybym był tutaj sam, ale… Ale z tobą sobie poradzę. Na pewno- dodał z pełnym przekonaniem.
Mortalis spojrzał w niebo, po czym podniósł się powoli.
-Chodź, Absa. Zaraz znowu zacznie padać- rzucił, po czym skręcił w pobliskie drzewa.
Absalom zerwał się na równe nogi i pognał za nim.
Gdy zbliżali się do domu, rzeczywiście zaczynało już kropić. Weszli do środka. Mortalis chwycił za ubrania i zaczął przebierać się w ciszy. Absalom odkaszlnął i skierował wzrok na okno, mocno zawstydzony. Przez krótką chwilę, miał ochotę zapytać mężczyznę, co dokładnie znaczył ten pocałunek. Albo pocałować go samemu i sprawdzić jego reakcję. Ale ostatecznie zrezygnował, zdając sobie sprawę z tego, że ten dzień był i tak wystarczająco ciężki dla nich obu.
-Mogę spać z tobą…?- wydusił z siebie po chwili, gdy Mortalis już się przebrał. Mężczyzna zatrzymał się przy nim, spoglądając na niego pytająco.- T… Tylko dziś, bo…- zająknął się chłopak, pąsowiejąc. Miał wrażenie, że zapytał o coś niewłaściwego.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Zaraz jednak, podszedł do swojego łóżka i odsunął je spod ściany. Absalom, widząc grymas bólu na jego twarzy, doskoczył do niego natychmiast i sam złączył ze sobą dwa łóżka.
-Miałeś się nie przemęczać- zauważył.- Rany nie są jeszcze dobrze zagojone, musisz na siebie uważać.
Mortalis westchnął tylko głęboko. Przygotowawszy się do snu, wszedł pod kołdrę, zajmując miejsce przy ścianie. Absalom znalazł się zaraz tuż obok i objął opiekuna mocno, przyciskając się do niego.
-Absa… Zdajesz sobie sprawę z tego, że leżymy na jednym łóżku…?- zapytał Mortalis.
-Mhm- potwierdził pogodnie chłopak.
-Jest ciasno.
-Ale ciepło.
Ciche parsknięcie wyrwało się z warg jego opiekuna.
-Zawsze widzisz tylko dobre strony…?- zapytał mężczyzna.
-Zawsze- potwierdził bez chwili wahania młodzieniec.
I może dlatego sądził, że teraz będzie już tylko lepiej.
Mortalis wyzdrowieje, zmieni się, nie będzie odchodził, zostanie przy nim.
I będą ze sobą blisko. Bardzo blisko. Tak, jak zawsze tego chciał.
I nawet, jeśli te wyobrażenia przypominały naiwną baśń, Absalom wierzył w nie mocno.
Zasnął w spokoju, otoczony ramionami mężczyzny.

12 komentarzy:

  1. Rozdział świetny. Na początku trochę smutny. Biedny Absa, tak mu współczułam. Nie podobało mi się, iż chce spóbować się ,,zmienić". Przecież, ten plan z góry był skazany na porażkę. A potem, jak Mortalis przyszedł po niego <3 To było słodkie i te słowa ,,Nie zostawiaj mnie". Kocham ^^
    Jeszcze inicjatywa opiekuna i ten pocałunek..
    Ciekawe jak się dalej to potoczy. ;3
    Czekam na kolejny rozdział ^w^

    A teraz dwa razy Chaos *o* Nie mogę się doczekać. A za trzy Wyzwanie. Fajnie by było gdyby później pojawił się kolejne YFM, albo AFY. Ogólnie czekam na Twoje notki, bo każda jest mega wciągająca ^.^
    Szkoda, że na niektóre trzeba tak długo czekać..

    Pozdrawiam i życzę dużo weny

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:39 AM

    Wow!. *.* Słodkie zakończenie. Absalom w końcu jest szczęśliwy i ma to czego tak pragnął. Myślałam, że zrobi coś w tedy z tą kobietą, był taaaki zdesperowany. Naszczęście wkroczył Mostalis. Rozdział piękny jak zawsze. Pozdrawiam. ^^ Rose Blood

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy4:13 PM

    ach, to "wierzył"... tylko "wierzył"... ale teraz mogą już nawet umrzeć [wierzę], byleby razem. i to i tak będzie w pewnym sensie dobre zakończenie.
    'i don't want to die, but i don't want to die before going into space!' ~~ oglądam uchuu kyoudai


    indy. z mocą życzeń.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam! Chciałabym Cię serdecznie zaprosić na mojego nowego bloga, którego dopiero zaczynam pisać, ale widzę w nim przyszłość. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jak nie masz ochoty to nie wchodź, ale byłoby mi na prawdę miło :). Mam również nadzieję, że spodoba Ci się historia tworzona przeze mnie!

    http://existence-yaoi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Początek był smutny. Widziałam zrozpaczonego Absę i sama tak się poczułam. Potem scena z prostytutką i wejściem Mortlaisa była przecudowna. Facet był jak tornado. Babsko za włosy i won, on należy do mnie. Nawet nie wiesz jaką miałam radochę z tego. Mortalis zobaczył jak to jest bez Absy. Na pewno martwił się o niego itd. a już ta kobieta tylko wzmogła chęć, by chłopak wrócił do domu.
    "-Nie zostawiaj mnie" Miód na moje skołatane początkiem rozdziału serce. Te słowa to jak wyznanie miłości.
    A potem wspólne zaśnięcie. Gdzieżby Absa spał na osobnym łóżku, kiedy może przytulić się do Mortalisa, a ten go będzie ogrzewał swoim ciepłem. :D
    No, cudnie, no. :DD

    Weny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniały rozdział. Umarłam *.* Na razie nic więcej nie napiszę... muszę ochłonąć ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:06 PM

    Wreszcie moje kochanie <3 Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Moje ulubione opowiadanie! Mój kochany Mortlais, uh... zawsze zakochuje się w tych najmroczniejszych charakterach. Rozdzialik fantastyczny, aż żałuje, że nie poczekałam, aż napiszesz następny, by przeczytać je w ciągu. Najwyżej jeszcze raz go sobie za kilka tygodni przeczytam ^w^ Jeszcze raz dziękuję <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy3:10 PM

    Rozdział bardzo mi się podobał : ) Od początku do końca, właściwie nie było żadnego słabszego momentu.
    Szczerze mówiąc myślałam, że Absa trochę na dłużej zostanie u Edalisa, ochłonie, przemyśli parę spraw i da czas do refleksji również Mortalisowi.
    Początek był tak przygnębiający i tak mi było żal głównego bohatera, że nawet jego naiwne zachowanie, wyjątkowo, mnie nie denerwowało (no była chwila słabości, kiedy wpadł na genialny pomysł zamówienia sobie prostytutki, no ale niech mu będzie.) Edalis jak zwykle był bezbłędny, naprawdę pasjami uwielbiam tą postać : ) Nie wiem czy to trafne spostrzeżenie :D > ale wydało mi się, że Mortalis zrozumiał całą sytuację tak, że to niby Edalis nasłał tę pannę na Abse, ciekawe co będzie jak się dowie, że to był cudowny pomysł swojego wychowanka :)
    Cieszę się, że Mortalis podjął wreszcie konkretną decyzję i zdał sobie sprawę, że odsunięcie od siebie Absaloma nie było dobrym pomysłem. Po przeczytaniu tego rozdziału jakoś mam lepszy humor, końcówka była naprawdę świetna i dająca nadzieję, że ten ich zwariowany, romantyczny związek ma szanse zaistnieć. Mimo to coś czuję, że zbierają się nad nimi czarne chmury, skutki trybu życia Mortalisa w końcu ich dopadną.
    Och, no i wyznanie Mortalisa było cudowne i o wiele razy bardziej przejmujące niż "kocham cię" :) Bardzo mi się podobało.

    Czekam na kolejny rozdział :)

    Virus

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy6:41 PM

    Witam,
    oj dość dawno mnie tutaj nie było, i sporo mam zaległości, ale skomentuję ten rozdział bo to jedno z moich ulubionych opowiadań ;] Jest po prostu fantastyczny, Mortalis sam udał się do miasta po Absaloma, no na początku trochę smutny, biedny Absa współczułam mu, próbował się zmienić na siłę to tak się nie da. Słowa Mortalisa „Nie zostawiaj mnie” były po prostu słodkie...
    Na nowy rok życzę Tobie dużo weny...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy10:02 PM

    Urocze, kochane, pocieszające, bardzo ładnie. Szczęśliwego Nowego. D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Awww... Tak się lżej na duszy od razu zrobiło, gdy Mortalis się jednak pojawił. Naprawdę, uwielbiam to opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy2:04 PM

    Witaj Silencio, czy jest jakaś szansa że pojawi się wkrótce kolejny rozdział YFM? To jedno z Twoich najlepszych opowiadań, strasznie żałuję, że nie bierzesz go pod uwagę w swoich najbliższych planach. Wiem, że kiepska ze mnie fanka bo nie udzielam się regularnie ale czytam z wielkim zapałem każdy rozdział, który dodajesz. Pamiętaj, że masz też mnóstwo cichych wielbicieli :) Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam i życzę dużo zapału do pisania :)
    J.

    OdpowiedzUsuń