Strony

czwartek, 6 grudnia 2012

- 9 - [Edmund Lancaster]



Z dedykacją dla mojego brata, Miksona I wspaniałego :D
Z okazji Mikołajek :*

Siedzieli obaj w przestrzennym salonie, na obitej brązowym materiałem kanapie. Pomieszczenie było przestronne, ładnie urządzone, a przed nimi, na dywanie stał niezbyt duży stół, naprzeciwko znajdowała się meblościanka, telewizor, który od razu rzucił się w oczy Edmundowi, pokaźnej wielkości szafa. Tuż przy wyjściu, obok ściany, stał kolejny stolik, ten jednak był mały, okrągły, leżały na nim jakieś dokumenty oraz stał wazon z kwiatami, które zdecydowanie nie były  w najlepszym stanie. Podobnie sprawa miała się z tymi, które znajdowały się na parapecie. James postukał nerwowo palcami w kolano, spoglądając na towarzyszącego mu młodzieńca, który podobnie jak on, z uwagą i czymś na kształt zaciekawienia, rozglądał się dookoła. I chyba po raz pierwszy, na tle Edmunda, to on był tym bardziej zaskoczonym, zdezorientowanym i niedowierzającym. Jego światopogląd po raz kolejny został wystawiony na dość drastyczną próbę. I James, szczerze mówiąc, nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jakie będzie wytłumaczenie całej tej sytuacji.
Ta kobieta, kimkolwiek była, raczej nie spieszyła się z wyjaśnieniami. Zaprowadziła ich do tego pokoju, a sama, jak stwierdziła, poszła zrobić herbatę. Najwyraźniej nie przeszkadzało jej wcale, że gości u siebie absolutnie zaskoczonego młodego mężczyznę, który zastanawiał się poważnie nad własnym zdrowiem psychicznym, i ,mniej zaskoczonego, martwego od kilku wieków hrabiego. Wróciła po kilkunastu minutach, trzymając w dłoniach tackę, na której znajdował się pojemnik z cukrem i trzy filiżanki. Mało subtelnie ustawiła ją na stole, kładąc jedną z filiżanek przed Jamesem.
-Słodzisz, kochany?- zapytała, uśmiechając się uprzejmie. James odkaszlnął, nieco zdezorientowany i pokiwał głową. Przysunęła do niego cukiernicę, po czym podała filiżankę Edmundowi, zwracając się do niego- A ty, drogi paniczu…? Chociaż może powinnam zapytać, czy w ogóle pijesz…- dodała z nutką rozbawienia. Edmund przyglądał jej się cokolwiek podejrzliwie, i nie odpowiedziawszy nic, wziął jedynie naczynie.
Kobieta usadowiła się wygodnie na jednym z foteli. Odczekała, aż James cokolwiek drżącym ruchem dłoni, wsypie łyżeczkę cukru do swojej herbaty,po czym sowicie posłodziła własną.
-Teresa Hawkes- przedstawiła się, nie przestając uśmiechać. Uniosła leniwie filiżankę do ust, dmuchnąwszy wprost w płyn, po czym przeniosła wzrok na Lancastera.- Gdybyś był ciekaw, drogi paniczu… Wątpię, byś znał moje imię… Zwłaszcza, że zmieniałam je już kilka razy.
-Nazywam się James- wtrącił nieśmiało niedawny student
Kobieta skinęła głową.
-Więc…- rzuciła z wyraźnym wyczekiwaniem.
Edmund raz jeszcze powiódł dookoła błędnym wzrokiem.
-Nie masz już kur- stwierdził cicho, nieco zamglonym głosem.
Kobieta zachichotała.
-Nie… Wiele się pozmieniało od czasów twojego życia, szanowny paniczu… Albo od czasów twojej śmierci, jak wolisz…- odłożyła filiżankę na spodeczek, po czym założyła nogę na nogę. Przez długą chwilę nie odrywała od hrabiego Lancastera wzroku, Jamesowi poświęcając znacznie mniej zainteresowania. To go nie dziwiło. On również był zdania, że żywi zmarli są dużo bardziej ciekawi, choć ona nie sprawiała wrażenia zdziwionej.- Podobają ci się moje włosy?- zapytała nagle, zawijając na palec czarny kosmyk.- Przefarbowałam je… Uważam, że takie bardziej do mnie pasują, są takie… Wyraziste! Zawsze żałowałam, że muszę rodzić się z tym beznadziejnym, mysim kolorem…- mruknęła, krzywiąc się z niechęcią.- Ach, tam… A zęby?- uśmiechnęła się promiennie.- Piękne są, prawda? I pomyśleć, że któregoś życia wypadły mi wszystkie! Potworne! Teraz bym sobie na to nie pozwoliła… A jak oceniasz strój…? Kobieta w spodniach, to dopiero musi być niespodzianka…
-Rzuciłaś na mnie klątwę…- szepnął cichutko Edmund.
-Hm…?- kobieta spojrzała na niego pytająco, znów sięgając po filiżankę, i jak gdyby nigdy nic, upijając solidny łyk.
-Rzuciłaś na mnie klątwę!- powtórzył młody hrabia, tym razem pewniej i niemalże z oburzeniem.- Za tamte kury!
-Za kury…?- uśmiechnęła się litościwie.- Och, drogi Lancasterze. Nie dbam o kury. Nie są mi już do niczego potrzebne. Teraz kury można kupić w sklepie. Martwe. Gotowe. Nieopierzone. Co prawda, lubiłam je skubać, ale…- wzruszyła ramionami w geście swoistej bezradności.- Tak jest łatwiej. Właściwie wszystko jest teraz łatwe. Nie trzeba się zastanawiać… Myśleć nad tym, co zrobić, jak przeżyć… To swoista ulga, wiesz? Nie martwić się o choroby, które dziesiątkują ludność, pozbawione sensu wojenki, chłopa, który goni cię z widłami…- uśmiechnęła się szeroko.- To dopiero piękne czasy! Właściwie wcale nie trzeba myśleć. Ludzie skutecznie oduczają się tej ciężkiej i zbędnej czynności… I kto by pomyślał, że tego dożyjemy, Edmundzie…?- westchnęła z teatralnym rozrzewnieniem.- Bez wielkich panów, bez podległych im ziem, bez masowego wyzysku, bez wojen, właściwie bez ograniczeń… Wiesz, że byliśmy już na Księżycu?
-Co?- Edmund spojrzał na nią bez zrozumienia, marszcząc brwi.
Zaśmiała się, kiwając głową w pobłażliwym geście.
-To są wspaniałe czasy, mój drogi hrabio! Czasy rzekomej równości… Ha! To dopiero- zachichotała.- Równości ras, równości płci… Czasy, w których największy pan, gdyby był jeszcze panem, byłby sądzony w ten sam sposób, jak najmarniejszy z jego poddanych czy pracowników… Przynajmniej w teorii- dodała, wzruszywszy ramionami. Napiła się raz jeszcze, odkładając filiżankę.- A pomyśleć, że założyłam się, że świat nie przetrwa drugiej wojny… Co za marna wiara w człowieka… Szkoda, że ta, z którą się założyłam, nie dotrwała do końca zakładu… Niestety, tamte zdarzenia okazały się być jej końcem świata…- zachichotała.
James słuchał jej słów, wciąż tego wszystkiego nie rozumiejąc. Oto siedział w najdziwniejszym towarzystwie pod słońcem. Pomiędzy martwym od kilku wieków hrabią, który jednak żył, co stanowiło pewną oczywistą sprzeczność, ale nie dało się tego wyjaśnić inaczej i kobietą, którą sam Edmund nazwał „czarownicą”, która też powinna nie żyć od kilku wieków, jak nakazywałby rozsądek i logika, ale jak widać, ani rozsądek, ani logika, nie miały z tą sprawą nic wspólnego.
-Rzuciłaś na mnie klątwę- powtórzył stanowczo Edmund.
-Ja?- dopiero teraz kobieta zareagowała na te oskarżenia.- Niby jak?- parsknęła litościwie.- Wasza rodzina zdecydowanie przeceniała moje umiejętności…
-A więc jak to się stało, że żyjesz?- wtrącił się James.
Dopiero wtedy Teresa skierowała na niego uważne spojrzenie. Uśmiechnęła się lekko.
-To banalnie proste, dla kogoś kto wie i rozumie. Ty nie wiesz i nie rozumiesz, a co za tym idzie, nie próbuj pojąć, nie uda ci się… Chodzi o nic więcej, jak tylko o świadomość i pamięć. Świadomość i pamięć kształtują nas, to dzięki nim jesteśmy tym, kim jesteśmy… Gdzież tam ciało, gdzie serce, świadomość, dusza…!- prychnęła, machnąwszy lekceważąco dłonią.- Kiedy nadchodził więc odpowiedni czas, i moje ciało słabło… Hodowałam sobie nowe…
-Hodowałaś…?- James zmarszczył brwi.
-Mogę ci powiedzieć otwarcie, jak to się dzieje, że na świecie pojawia się nowy, zazwyczaj mały, człowiek, ale nie sądzę, by on był w tych kwestiach uświadomiony…- rzuciła teatralnym szeptem, machnąwszy głową w kierunku Emunda, który prychnął z obruszeniem, by zaraz wbić w Jamesa cokolwiek niepewne spojrzenie, najwyraźniej rzeczywiście nie mając pojęcia o czym mowa.
-Rodziłaś sobie dziecko?- dopytał James.
-Córkę- potwierdziła, skinąwszy głową.
-I…?
-I?- uniosła brew, jakby zaskoczona pytaniem.- Ach, tak…- westchnęła, znudzona.- Zapomniałam, że to takie skomplikowane…- rzuciła kpiąco, jakby w istocie było zupełnie inaczej.- I żyłam dalej. Wychowywałam dziecko. Siebie. Swoje przyszłe ciało. Czyli wciąż siebie. A gdy przychodził odpowiedni czas…- urwała na chwilę, by zaraz dokończyć- ... Moja świadomość i pamięć przechodziła do tamtego ciała. Do mnie- sprecyzowała raz jeszcze.- No, może rzeczywiście to odrobinę kłopotliwe, szczególnie w tym aspekcie…- stwierdziła po chwili namysłu.- Można by więc powiedzieć, że z każdym moim nowym życiem jestem po trosze tą samą, a po trosze zupełnie inną osobą, biorąc pod uwagę lata dzieciństwa… Wydaje mi się, że w tym dzieciństwie byłam trochę nieśmiała…- uniosła palec do ust, zastanawiając się wyraźnie.- Właściwie już nie pamiętam.
To wyjaśnienie nie miało,rzecz jasna,nic wspólnego z logiką ani rozsądkiem, ale przynajmniej jakieś wyjaśnienie istniało, w przeciwieństwie do sytuacji, w której znajdował się Edmund.
-Więc rzuciłaś na niego klątwę?- zapytał raz jeszcze James, poszukując tego wyjaśnienia usilnie.
-Powiedziałam już, że nie…- westchnęła ze znudzeniem.- Gdybym potrafiła sprawiać, by martwi ożywali, nie bawiłabym się w tego rodzaju szczegóły… Choć zdaje się, że jestem bardziej żywa niż ty, drogi Lancasterze…- uśmiechnęła się cokolwiek złośliwie.
Edmund spoglądał na nią chmurnie.
-To tylko pożyteczna sztuczka- skwitowała.
-Sztuczka?- rzucił z niedowierzaniem James. Umiejętność pozostania żywym przez kilka wieków, nieszczególnie pasowała mu do tego słowa.
-Owszem- odparła jednak Teresa, jakby nie było w tym nic zaskakującego.
James milczał przez krótką chwilę. Edmund zaczął pić swoją herbatę.
-Co cię łączyło z hrabią Lancasterem?- zapytał w końcu mężczyzna.
Edmund odsunął filiżankę od ust, spoglądając na niego z uwagą.
-Z hrabią Lancasterem?!- rzuciła ciemnowłosa z udawanym przerażeniem.- Na Boga, przysięgam, że nic! Łączyło mnie wiele interesujących rzeczy z wieloma interesującymi mężczyznami…- uśmiech, jaki pojawił się na jej twarzy sprawił, że James poczuł, jak jego policzki oblewają się czerwienią.- Ale z nim…?- zaśmiała się.- Nie, nie, to zdecydowanie nie mój typ mężczyzny… Kiedyś to byli mężczyźni! Gdy brało się takiego w ramiona…- westchnęła rozmarzona, sprawiając, że James z chwili na chwilę krępował się coraz bardziej.- Pachnieli jak mężczyźni! Walką i potem! I byli silni! I zaradni! A teraz… A teraz goszczę u siebie jakiegoś, pożal się Boże, szlachcica i studenta historii…
James wbił w nią zdumione spojrzenie.
-Skąd wiesz…?- rzucił ze zdumieniem.
-Ja wiem wszystko, mój drogi…- rzuciła ze śmiertelną powagą, by zaraz, widząc minę Jamesa, parsknąć rozbawionym śmiechem.- Wystarczy na ciebie spojrzeć, kochany, z pracą fizyczną nie miałeś raczej do czynienia… Przyszedłeś tutaj z nieszczególnie uprzejmym, o ile pamięć mnie nie myli, i nieszczególnie rozgarniętym, cudownie żywym, a raczej żywo-martwym hrabią, więc chyba nie masz zbyt wielu zajęć w ciągu dnia… Nie podejrzewam cię więc, o posiadanie pracy. Jakoś jednak musiałeś go odnaleźć. Panicz Lancaster nie opuszczał zamku, a ty się na niego natknąłeś… Nie jesteś włóczęgą ani bezdomnym, po coś więc tam poszedłeś. Nie wyglądasz na bardzo ciekawskiego, jesteś dociekliwy, ale to całkiem co innego. Nie szukasz kłopotów. Jesteś zafascynowany. Nie tylko swoim znaleziskiem, to budzi oczywistą fascynację. Masz jakąś pasję. W dodatku wygląda na to, że dobrze wiesz, kim jest ten uroczy, nie tak znowu młody, człowiek… Ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, pewnie nawet nie zdałby sobie sprawy z tego, na kogo się natknął. Jesteś młody. Jesteś więc studentem albo po prostu zaintrygowanym tematem laikiem, ale stawiam na to pierwsze, zwłaszcza, że w tym okresie, niektórzy studenci naszej uczelni zaczynają badania do stworzenia swoich prac… Trafiłam?- uśmiechnęła się uroczo.
-Byłem studentem- poprawił ją James.- Skąd wiesz, że Edmund nie wychodził z zamku?- dopytał.
Kobieta przewróciła oczyma, wzdychając głęboko.
-Mogłabym udzielić ci bardzo obszernej i błyskotliwej odpowiedzi, ale może po prostu uznamy z góry, że jestem inteligentna, i zajmiemy się ciekawszymi sprawami?- uśmiechnęła się kpiąco.- Nie potrzeba magii ani czytania w myślach, jak pewnie założyłeś, gdy ma się odrobinę sprytu…
-Ach… Ach, tak…- James odkaszlnął, nieco skrępowany, usiłując zebrać myśli.- Chciałem zapytać… Zapytać cię o kontakty z Lancasterami. Chcieli cię wyrzucić…?- założył.
-Mnie?- uśmiechnęła się litościwie.- Och, proszę! Edwin Lancaster był człowiekiem naiwnym i przesądnym… Co zresztą cechowało znaczną część ówczesnego społeczeństwa… Jak już mówiłam, potrafię kilka pożytecznych sztuczek… Za bardzo się mnie obawiał, by cokolwiek ze mną zrobić… W przeciwieństwie do tych przeklętych urzędasów!- rzuciła nagle z oburzeniem.- Człowiek przeżyje w spokoju kilkanaście wieków, a i tak będą zawracać mu cztery litery! Papiery, papiery, rachunki, papiery…- sapnęła z irytacją.- Chcą ode mnie odkupić ziemię, chcą coś tu budować, nowe osiedla, nowe budynki, też coś!- warknęła pod nosem.- To jedyny tak frustrujący element współczesności! Dawniej urzędnicy się mnie obawiali, a teraz… Ach…- odetchnęła ciężko, kręcąc głową.- Tylko mnie drażnią…
-Edmund wspominał, że toczyłaś spory z jego rodziną- odezwał się James.
Kobieta spojrzała na niego z uwagą.
-Tak…- potwierdziła w końcu ostrożnie.- Powiedzmy, że niektóre ich działania wzbudzały we mnie… opór- dokończyła dyplomatycznie, uśmiechając się lekko.
Edmund wpatrywał się w nią ze zmarszczonymi brwiami, wyraźnie, dawno już, zagubiwszy się w ich rozmowie.
-Jakie działania?- zapytał natychmiast James.
-Wiesz, co jest straszną wadą tego całego przenoszenia świadomości…?- zapytała leniwie, przesuwając opuszkami palców wzdłuż oparcia fotela.- Nie sposób wszystkiego spamiętać…- odpowiedziała po chwili. James spojrzał na nią bez zrozumienia.- Zbyt dużo informacji, zbyt dużo wspomnień, zbyt dużo zależności…
-Więc nie pamiętasz?- dopytał niepewnie mężczyzna.
-Nie- odparła, uśmiechając się krótko.- Bardzo mi przykro…- dodała, choć jej ton zdecydowanie na to nie wskazywał.
James otworzył usta, ale w tym momencie Edmund przysunął się do niego bliżej, szepnąwszy niezbyt dyskretnie:
-Jamie… Muszę do toalety…
-Drzwi po prawej, gdy tylko stąd wyjdziesz, drogi paniczu- udzieliła odpowiedzi Teresa, uśmiechając się.
Edmund posłał jej cokolwiek nieufne i chłodne spojrzenie, ale po chwili, z trzaskiem, odłożył filiżankę na spodek, po czym wstał i dumnym krokiem opuścił pomieszczenie. James powiódł za nim wzrokiem, ostatecznie koncentrując go na ciemnowłosej.
-Mam nadzieję, że umie korzystać z dobytków nowoczesności, bo chyba wiesz, że w jego czasach wyglądało to trochę inaczej…- rzuciła z udawaną obawą.- Ach, przypomniała mi się moja pierwsza mikrofalówka…- westchnęła nostalgicznie.- I nie wiem skąd zrodził się we mnie ten pomysł, że to urządzenie będzie na tyle praktyczne, że da się w nim nawet osuszyć mojego biednego, całkiem zmokłego kota… Biedny Esteban…- pokręciła głową.- Był takim miłym kotkiem! Ale trochę zbyt ciekawskim, zawsze właził tam, gdzie nie powinien…
James przełknął ślinę.
Teresa raz jeszcze obdarzyła go uprzejmym uśmiechem odstawiając filiżankę na stół.
Mężczyzna obejrzał się w stronę drzwi, po czym upewniwszy się, że Edmund jeszcze nie wraca, zebrał się na odwagę i rzucił otwarcie:
-To twoja sprawka?
Kobieta uniosła brew w pytającym geście.
-To, że przeżył przez tyle wieków… Że przeżył własną śmierć. To ty się do tego przyczyniłaś?
Westchnęła ze znudzeniem, przewracając oczyma.
-Mówiłam już, że nie…- mruknęła obojętnie.- Nie wiem, dlaczego podejrzewasz mnie o tego rodzaju dobroczynność, niby po co miałabym zdobywać się na taki akt łaski…? Po to, żeby przyszedł kilka wieków później z ciekawskim młodziakiem i zawracał mi gitarę…?- uśmiechnęła się z politowaniem.
-Nie wydaje mi się, żeby to był akt łaski…- zauważył ostrożnie James.
Szczerze mówiąc, nie był pewien, czy chciałby żyć… a raczej egzystować… w sposób podobny młodemu Lancasterowi.
-Ale żyje. W pewnym sensie…- zachichotała kobieta, wyraźnie rozbawiona tym faktem.- Gdybym naprawdę miała się „mścić”, zwłaszcza za kury… Uwielbiałam moje kury…- zastrzegła natychmiast.- … poszłabym raczej w drugą stronę, nie sądzisz? Albo skazałabym go na wieczne męki, czy coś równie oczywistego i banalnego, tak czy inaczej, naprawdę nie potrafię robić tego rodzaju rzeczy, powtarzałam ci niejednokrotnie… Gdybym potrafiła, banda urzędasów z papierkami nie zaprzątałaby mi głowy…- westchnęła ciężko.
-Ale jesteś w stanie mu pomóc?- dopytywał dalej mężczyzna.- Zrobić coś, by… By wszystko wróciło do normy?
-Sprawić by umarł?
James zaniemówił przez chwilę słysząc te słowa.
-Nie- odpowiedział nerwowo moment później.- By był zwyczajny.
Teresa zaśmiała się kpiąco.
-„Pinokio” to całkiem sympatyczna bajeczka, ale jakoś nie widzę się w roli dobrej wróżki… Potrafię zrobić to i owo, by wywołać odpowiednie wrażenie oraz zapewnić sobie swoistego rodzaju dziedziczenie wszystkiego, co przez wieki udało mi się osiągnąć i czego udało mi się dowiedzieć, ale, choć z pewnością wydaje ci się to dziwne i niespotykane, nie ma w tym naprawdę nic aż tak niezwykłego i metafizycznego… Edmund Lancaster żyje. To znaczy, nie całkiem, ale mniejsza z tym. Widać tkwi w tym jakiś głębszy sens i jakaś niepoznana siła, różnie przez różnych nazywana i ta siła, jak widać, tego właśnie chce. Nic nie dzieje się bez powodu. Nasz drewniany chłopiec również jest tu zważywszy na jakiś cel, cel z którego sam pewnie nie zdaje sobie sprawy. Niektóre zbrodnie nie mogą zostać zapomniane…- dodała szeptem.
-Szczególnie te niezwykłe- wtrącił się James.
-Hm?- wyrwała się z otępienia i spojrzała na niego pytająco.
-Morderstwo Lancasterów- przypomniał mężczyzna.
-Morderstwo Lancasterów…?- skrzywiła się, po czym pokręciła głową.- To najbardziej zwykła i banalna zbrodnia wszechczasów. Zresztą wszystkie zbrodnie takie są, od zarania dziejów, po czasy dzisiejsze, uwierz specjalistce…
-Przecież nie pamiętasz…- zauważył James, marszcząc brwi.
Uśmiechnęła się lekko.
-Dlaczego taki student jak ty, nie wykorzysta okazji, którą zdobył… a zgodzisz się chyba, że twoje „odkrycie” wywarłoby duży wpływ na współczesny świat,i nie zechce pokazać swojego znaleziska, w oczekiwaniu na pieniądze i zachwyty…?- zapytała ciemnowłosa.
James wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.
-Nie potrzebuję pieniędzy- odparł w końcu.
-Och, kochany!- uśmiechnęła się z politowaniem.- Od czasu ich powstania, każdy ich potrzebuje. A w tych czasach? Szczególnie.
-Ale dla mnie nie są priorytetem- sprostował mężczyzna.- Chcę po prostu dowiedzieć się, jak to wszystko możliwe. Dowiedzieć się prawdy.
-Szlachetnie…- oceniła Teresa, choć pobrzmiewała w tym jakaś drwiąca nuta.- Ale czy nie łatwiej byłoby ci się tego dowiedzieć przy sztabie naukowców, badaczy, i innych, którzy znają się na tym lepiej od ciebie?
-Wątpię, by ktokolwiek znał się obecnie na żywych, którzy powinni już dawno nie żyć- odparł ostrożnie James, nie będąc tego do końca pewnym, bo miał dziwne wrażenie, że oto siedziała przed nim specjalistka w tym temacie.
-Sprawdź- zasugerowała, nie przestając się uśmiechać.
James zawahał się przez chwilę.
-Nie chcę, by stało mu się coś złego- stwierdził w końcu.
-Zalatuje trochę teorią spiskową… Naprawdę uważasz, że ci na górze nie mają nic lepszego do roboty, niż dręczenie, niesłusznie wciąż żywych, paniczów…?- zakpiła.
-Ale będą go sprawdzać. Przeprowadzać jakieś eksperymenty. Nie wiem, co jeszcze będą w stanie z nim zrobić. Nie chcę, żeby do tego doszło. Ja… Ja jestem za niego odpowiedzialny.
-Sam narzuciłeś na siebie tę odpowiedzialność- odparła kobieta.- Nikt nie wymagałby odpowiedzialności w tak szokującym momencie, od przeciętnego człowieka…
James uśmiechnął się niepewnie.
-Może nie jestem przeciętny.
-Och, ależ jesteś- kobieta zachichotała.- Ale ta sprawa pozwoliła ci poczuć, że jest inaczej, czyż nie…? Wyjątkowy i jedyny, któremu udało się odkryć coś takiego… To miłe uczucie, nieprawdaż?- oparła dłonie na udzie, nie przestając się uśmiechać.- Ale w dłuższej perspektywie nużące, uwierz mi na słowo…
James nie odpowiadał, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
-Nie jesteś wyjątkowy, biedaku- odezwała się w końcu.- Nie ma w tobie nic wyjątkowego. Odnalazłeś go przez zbieg okoliczności. Przypadek.
-Mówiłaś, że nic nie dzieje się bez powodu- zauważył mężczyzna.
-Ach…- uśmiechnęła się z zadowoleniem.- Jednak słuchałeś… To dobrze. Słuchaj uważnie tych, którzy mają najwięcej do powiedzenia, a wszystko będzie jasne…
James pokręcił głową bez zrozumienia.
-Ale wcale nie chodzi ani o odpowiedzialność, ani o wyjątkowość, czyż nie?- uśmiechnęła się szerzej, po czym westchnęła głęboko.- Strach! Zawsze wszystko kręci się wokół strachu… Boisz się, że nawet, gdybyś pokazał go komuś, nikt by ci nie uwierzył… Że naraziłbyś się na kpiny. Oszczerstwa.
-Dlaczego miałbym się tego bać?- nie rozumiał James.- Mam obok siebie żywy dowód…
-Może i żywy, ale niezbyt świeży- zachichotała kobieta.- Zresztą, dobrze wiemy, że nie chodzi o żadne dowody… Ile razy, odkąd go znalazłeś, zastanawiałeś się, czy nie śpisz? Czy nie zwariowałeś? Nie postradałeś zmysłów? Nie wyobraziłeś sobie tego wszystkiego…?- dopytywała. James milczał. Do tej pory zdarzało mu się nad tym zastanawiać.- A co pomyślałeś, gdy mnie spotkaliście…? Ludzki umysł jest ograniczony. Zdolny do myślenia w kategoriach abstrakcyjnych, to prawda, zdolny do tworzenia abstrakcji, zdolny do najróżniejszych wymysłów i dziwactw, ale wciąż – ograniczony. Wiesz, jak to było z teoriami o UFO? Kiedy zaczął się ten cały szał, wyobrażano sobie ogromne, okrągłe statki, ale dość toporne, ciężkie, przypominające budową współczesne maszyny… Wydające głośne odgłosy. Kiedy ludzie odkryli nowe możliwości, dziwnym trafem, i UFO zaczęło się zmieniać… Ewoluowało.
-Rozwinęło się wraz z nami?- zasugerował żartobliwie James.
Kobieta skinęła głową.
-Jak wszystko, co wymyślili ludzie. Człowiek jest zdolny do wiary w najróżniejsze głupoty i cuda, ale ta wiara, musi mieścić się w granicach jego wyobrażeń… Czarownica żyjąca od wieków…? Jakiś szlachcic, który cudem jest żywy…?- zaśmiała się lekko.- Nikt nie tworzy teorii o żywych zmarłych. To znaczy owszem, zombie są dość miłe, ale… Och, no i Elvis!- wykrzyknęła nagle, wstając z miejsca.- Ale Elvis… Elvis to był dopiero mężczyzna…- westchnęła z utęsknieniem.- A jak tańczył…- poruszyła biodrami, nucąc coś przez chwilę.- Dasz wiarę, że żyłam w czasach, w którym pokazywano go na koncertach jedynie od pasa w górę…? Podobno był zbyt wyzywający… Ha! I któżby uwierzył, że dziś banda nagusów może przejść środkiem miasta protestując w obronie zielonych krabów albo prawa do jedzenia pizzy w poniedziałki…- parsknęła.
-Dlaczego Lancasterowie zostali zamordowani?- zapytał otwarcie mężczyzna.
Kobieta stanęła za stołem i, oparłszy o niego dłonie, wbiła w Jamesa uważne spojrzenie.
-A dlaczego ktokolwiek zostaje zamordowany…?- rzuciła w odpowiedzi, co miało być chyba elementem jakiejś intelektualnej prowokacji, ale James czuł się za bardzo zagubiony, by to dostrzec.- Dlaczego ktoś miały ich zamordować?- dopytała więc niecierpliwie.- Czysto teoretycznie, bez wchodzenia w szczegóły, dlaczego? Jaki powód mógłby mieć ewentualny sprawca…?
-Pieniądze- zasugerował James, bo to było pierwsze, co przyszło mu do głowy. Kobieta wciąż wpatrywała się w niego z wyczekiwaniem, więc poczuł się zobowiązany, by to wyjaśnić- Lancasterowie mimo wszystko byli majętni… Może nie najbardziej majętni, ale…
-Pieprzyć Lancasterów- machnęła obojętnie dłonią.- Dalej.
James odkaszlnął, nieco zakłopotany.
-Władza…- odpowiedział po chwili namysłu.- Być może były pewne spory, o których nie wiemy, i które…
-Władza, doskonale- przerwała mu Teresa.- Dalej?
Mężczyzna rozważał to wielokrotnie i naprawdę przeróżne powody przychodziły mu do głowy, niektóre były tak abstrakcyjne, że aż sam się dziwił, że mógł na nie wpaść. Teraz jednak usiłował sobie przypomnieć te bardziej prawdopodobne.
-Może… zemsta…?- szepnął.
-Doskonale!- ciemnowłosa klasnęła w dłonie i zaczęła niespiesznie krążyć po pomieszczeniu, wyraźnie zadowolona. James wbił w nią zbłąkane spojrzenie.- Pieniądze, władza, zemsta! Trzy uniwersalne powody! Ludzkość od wieków nie kieruje się niczym innym, przy wyborze ofiary do zarżnięcia…- uśmiechnęła się leniwie, zatrzymując na powrót przy fotelu i przysiadając na podłokietniku.- Wszystko inne znajduje się w tych trzech powodach. Chytrość, pożądanie, miłość, nienawiść, strach, wściekłość, pragnienie wolności, pragnienie śmierci, szaleństwo, zazdrość, gniew, manipulacja, okrucieństwo, cierpienie… Wszystko. Widzisz? Mówiłam ci, że to nie jest skomplikowane… To wręcz nudne! Od wieków nie dzieje się nic emocjonującego!- westchnęła z rozdrażnieniem.
James wpatrywał się w nią z uwagą przez dłuższą chwilę.
-Ty wcale nie masz luk w pamięci- stwierdził.
-Ależ mam!- zachichotała cicho.- Potworne! A oprócz tego, nie chcę psuć ci zabawy… Wszelcy nieistniejący bogowie niech będą mi świadkami, że rozrywka to jedyne, co nie utraciło wartości przez cały ten czas…
W pomieszczeniu na powrót pojawił się Edmund.
-Nie żebym was ponaglała…- rzuciła Teresa, zerkając na zegarek.- Ale przyciągają mnie sprawy niezwykłej wagi… W południe kończy się promocja w supermarkecie, wybaczcie- rzuciła z teatralną przykrością.
-Tak… Tak, chyba będziemy się już zbierać…- stwierdził pospiesznie James, wstając i zostawiając nietkniętą herbatę.- Przepraszamy za kłopot. Chodź już, Edmund…- podszedł do chłopaka, po czym zagarnął go ramieniem, prowadząc do przedpokoju.
Kobieta odprowadziła ich do drzwi.
-Więc… Do widzenia- James uśmiechnął się do niej niepewnie, zatrzymując się na progu.
-Och, nie strasz…- przewróciła oczyma, wzdychając ze znudzeniem.- Choć zdaje się, że to rzeczywiście nieuniknione… Do rychłego zobaczenia, studenciku… Paniczu…- skinęła głową zdezorientowanemu Lancasterowi.
Obaj wyszli na zewnątrz. Bez chwili wahania, zatrzasnęła za nimi drzwi.
Stali przez chwilę w miejscu, wpatrując się w nie, po czym popatrzyli po sobie.
James westchnął głęboko.
-Studencik…- szepnął pod nosem Lancaster, wyraźnie zagubiony.
-To było o mnie- uświadomił go James.
-Wiem. Mogę cię tak nazywać?
-Co? Oczywiście, że nie.
-Dlaczego? Ona przecież mogła!
-Edmund... Lepiej naprawdę już chodźmy.

Znowu pojawili się w bibliotece, tym razem James miał zamiar oddać książki i chyba tylko swoim długim przekonywaniem Edmunda, że tylko wejdą do środka, pobędą tam kilka minut i odejdą, zdołał go namówić, by ten poszedł z nim. James zatrzymał się przed biurkiem, za którym siedziała bibliotekarka. Położył książki, które wypożyczył,ledwie wczoraj,na blacie. Oparł się o niego, czekając aż kobieta skończy rozmawiać przez telefon. Zerknął na stojącego za nim Edmunda, który rozglądał się nieufnie. Uśmiechnął się do siebie, po czym odwrócił wzrok i… Spostrzegł kogoś jeszcze.
-Anette!- zawołał niepohamowanie, widząc rudowłosą, która zmierzała do wyjścia. Zatrzymała się gwałtownie, odrobinę zdezorientowana, przez chwilę najwyraźniej nie mogąc ustalić, kto ją wołał. Dostrzegła Jamesa i uśmiechnęła się szeroko, podchodząc do niego.- Cześć…- przywitał się z nią chłopak, odrobinę skrępowany. Czuł, jak rumieńce wstępują mu na policzki. Edmund chyba na niego patrzył, co sprawiło, że poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany.
-Cześć- zaśmiała się dziewczyna, zatrzymując przy blacie.- Nie spodziewałam się, że cię tu dziś zobaczę… O…- rzuciła, zerkając na przyniesione przez chłopaka książki.- Już?- zapytała z podziwem.- Przeczytałeś wszystko?
-Taaak…- durny rumieniec za nic w świecie nie chciał ustąpić.- Zrobiłem notatki, mam też trochę kser… Ekhem… Tak… Przepraszam, że wypożyczyłem prawie wszystko, co było dostępne…- dodał z nerwowym uśmiechem.- Teraz będziesz mogła już się z tym zapoznać.
-Większość z nich już czytałam, o ile nie wszystkie- odpowiedziała mu Anette, uśmiechając się serdecznie.- Poza tym, sądzę, że tobie i tak przydały się bardziej… A ja mam kilka swoich książek na ten temat… Ale lubię tu przychodzić. Panuje tu taka miła atmosfera… I cisza… Zazwyczaj…- dodała po chwili, zerknąwszy dyskretnie na Edmunda i zachichotała z rozbawieniem. Wyjęła komórkę, chyba sprawdzając godzinę.
To przypomniało o czymś Jamesowi.
-Chciałem… To znaczy zamierzałem… Właściwie to już miałem to zrobić…- zaczął się motać. Dziewczyna spoglądała na niego bez zrozumienia.- Bo… Bo miałem dzwonić. Albo pisać. W sprawie tego spotkania… Jeśli jeszcze pamiętasz… Bo… Moglibyśmy się spotkać… Porozmawiać… Wiesz… O historii… O… historii, tak…- o Boże, miej litość!- O ile oczywiście zechcesz…
-Pewnie, że tak- odpowiedziała dziewczyna,ku jego uldze, choć to wcale nie uspokoiło, bijącego jak szalone,serca mężczyzny ani jego nerwowych ruchów.- Mówiłam ci już, że będzie mi strasznie miło spotkać się z kimś o podobnych zainteresowaniach… No i… W ogóle miło będzie mi się z kimś spotkać…- stwierdziła, zakłopotana.- Nie mam zbyt wielu znajomych… Mają mnie za dziwaczkę...
-To… To świetnie. To znaczy świetnie, że się zgadzasz- Jamesowi plątał się język.- Więc może spotkalibyśmy się jutro albo…
-Przez trzy dni pracuje do późna- uśmiechnęła się przepraszająco.- Ale może zadzwoniłbyś w weekend?
-Jasne- James uśmiechnął się wesoło.
Odpowiedziała mu tym samym.
-Nie wiem, czy zdołam zaimponować byłemu studentowi…- rzuciła, przewracając kilka stron leżącej na wierzchu książki.- Ale postaram się nadrobić ewentualne braki do tego czasu…
James uśmiechnął się raz jeszcze.
-Muszę lecieć- stwierdziła dziewczyna.- To… Do zobaczenia?
-Tak- potwierdził rozentuzjazmowany James i,nie wiedzieć czemu,… Nachylił się w jej kierunku.
Przez chwilę spanikował, widząc wyraz zdumienia malujący się na jej twarzy i sam nie mógł uwierzyć, w to, co właśnie wyprawiał. Dziewczyna uśmiechnęła się z zakłopotaniem i cmoknęła go krótko w policzek, a następnie zatrzymała się przy Edmundzie i uczyniła to samo.
-Cześć- pożegnała się z nimi raz jeszcze, wychodząc.
Młody hrabia potarł ucałowane miejsce z niezbyt szczęśliwą miną, po czym skierował podejrzliwe, badawcze spojrzenie na towarzyszącego mu mężczyznę. James oprzytomniał dopiero po chwili.
-Co…? No co?- odkaszlnął nerwowo.
I nagle, zupełnie niespodziewanie, Edmund podniósł się nieco i cmoknął go w policzek, zupełnie tak, jak uczyniła to dziewczyna.
-E… Edmund…- rzucił kompletnie zdumiony James, rumieniąc się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe, tym razem z absolutnego zawstydzenia. Rozejrzał się dookoła, mając szczerą nadzieję, że nikt tego nie widział.- Co ty robisz…?- zapytał bez zrozumienia.
-Cześć, Jamie- rzucił dumnie, odwracając się na pięcie i odchodząc, zupełnie jak rudowłosa.
-Edmund?!- zawołał za nim mężczyzna, zupełnie zdezorientowany.- Przepraszam, mogłaby się pani trochę pospieszyć…?- zwrócił się do bibliotekarki.

Edmund zachowywał się cokolwiek dziwacznie i James nie bardzo potrafił dopatrzeć się w tym racjonalnej przyczyny. Za każdym razem, gdy (nie tak) młody hrabia, przechodził z jednego pomieszczenia do drugiego, najpierw zatrzymywał się przy Jamesie, cmokał go w policzek i z dumnym: „Do zobaczenia, Jamie” albo „Cześć, Jamie”, szedł dalej. Mężczyzna czuł się kompletnie zdezorientowany. Panicz sprawiał wrażenie bardzo z siebie zadowolonego i wesołego. Ciężko było dowiedzieć się, o co konkretnie chodzi Lancasterowi, o ile w ogóle tkwił w tym naśladowaniu jakikolwiek sens. Wieczorem, gdy James miał właśnie wyjść do kuchni, a Edmund zerwał się z kanapy, by „pożegnać” go w ten sam, co zwykle, sposób, mężczyzna zdecydował się zareagować.
-Edmund, nie możesz tego robić…- zaoponował łagodnie, chwytając młodzieńca za ramiona i zatrzymując go.
Lancaster spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Dlaczego nie?- zapytał, marszcząc brwi.- Ona mogła.
-Taaak…- mężczyzna odkaszlnął, skrępowany.- Ale ona jest dziewczyną…- zauważył. Edmund skinął głową. Najwyraźniej mu to nie umknęło.- A ja jestem chłopakiem. Dziewczyny całują chłopców, a chłopcy dziewczyny… Przynajmniej zazwyczaj, czasem zdarza się, że jest troszeczkę inaczej, chociaż w twoich czasach… Ach, mniejsza…- James czuł, że jak dalej będzie brnął w tą stronę, to hrabia kompletnie przestanie rozumieć o co, też mu chodzi.- Po prostu… Po prostu tak już jest. Nie całuje się kogoś… Ot tak…
Edmund prychnął donośnie, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
-Mogę całować każdego, jak tylko mi się podoba!- obwieścił dumnie.
-Specyficzny dobór słów…- James uśmiechnął się mimowolnie, ale zdawał sobie sprawę z tego, że sam Lancaster nie bardzo wie, co mówi.- Dobrze, Edmund… Usiądź, zaraz przyniosę kolację, hm?- zaproponował, kapitulując, po czym szybko czmychnął do kuchni, nim panicz zdążył wprowadzić swe zamierzenie w życie.
James zaczął przeglądać lodówkę i szafki w poszukiwaniu czegoś, co można byłoby zjeść. Dawno już nie zrobił zakupów, wyczerpał zresztą większość pieniędzy, jakie miał na ten miesiąc, a Edmund zaczynał jeść coraz więcej, co przysparzało mu pewnych problemów, bo do tej pory musiał utrzymywać jedynie samego siebie, a nie jeszcze kapryśnego panicza z przed wieków. Chociaż akurat w tej kwestii, młody Lancaster kaprysił mniej, może ze względu na fakt, że większości z rzeczy, które podawał mu James, nigdy wcześniej nie jadł. Mężczyzna westchnął ze zrezygnowaniem, wyciągając opakowanie płatków truskawkowych. Nasypał je do dwóch misek, wyrzucając pusty worek. Mleka nie miał. Przyniósł miski do pokoju i usadowił się obok Edmunda, podając mu jedną z nich. Chwycił za pilot i przełączył z programu informacyjnego na jakiś film. Lancaster nie oponował, zajadając się płatkami. Oglądali przez chwilę w milczeniu. James zerknął dyskretnie na młodego panicza wgapionego w ekran, zastanawiając się długo, czy powinien zadać pytanie, które cisnęło mu się na usta.
-Byłeś kiedyś zakochany, Edmund?- rzucił jednak w końcu.
Lancaster, dość niechętnie, odwrócił wzrok od rozmawiających ze sobą postaci, spoglądając na Jamesa z wyrazem dalekim od zrozumienia.
-Zauroczony?- podpowiedział James, choć to chyba jedynie oddaliło Edmunda od uświadomienia sobie tego, co miał na myśli.- Edmund, kochałeś kiedyś kogoś?
-Ach, tak…- potwierdził Lancaster, kiwając głową.- Mamę i tatę.
-Nie, nie…- westchnął James.- Chodzi mi o to, czy kochałeś jakąś kobietę.
-Och. Więc tylko mamę.
Mężczyzna jęknął głucho w duchu. To będzie trudniejsze niż przypuszczał.
-Chodzi mi o dziewczynę… O kogoś w twoim wieku albo w wieku podobnym tobie…- wyjaśnił ostrożnie.
-Nie- Edmund wzruszył ramionami.- Ale miałem się żenić- dodał po chwili.
-Naprawdę?- zainteresował się James.
-Tak. Kiedyś- stwierdził obojętnie.
-Z kim?
-Nie wiem. Ojciec coś wspominał…
-Ale chodzi mi o płeć… Edmund… Miałeś ożenić się z kobietą, tak?- James podjął naprawdę żałosne próby uświadomienia Lancastera w pewnych regułach otaczającego go świata. Ten spoglądał na niego z czymś na kształt pobłażania.
-Głupi jesteś, Jamie- stwierdził zwyczajowo, kręcąc głową z litością.- A niby z kim innym?
-O to mi właśnie chodzi. Mężczyźni zawsze żenią się z kobietami, czyż nie?
-Nie da się żenić z nikim innym, tylko z kobietami- prychnął Edmund, odrobinę poirytowany, spoglądając znów na ekran.- Ty jak czasem coś powiesz…
James zachichotał niepohamowanie.
-A twoi rodzice? Byli małżeństwem, prawda?- spróbował ponownie.
-Mhm.
-I łączyła ich inna miłość, czyż nie? To znaczy… Kochali się inaczej, niż ty byś ich kochał albo…
-Jak inaczej?- Edmund uniósł brew.
-No… Głębiej…
-Jak głębiej?
James skapitulował, wracając do oglądania. Czuł, że dziś nic nie wyjdzie z jego ambitnych planów uświadamiania hrabiego.
-Ożenisz się z nią…?- rzucił nagle podejrzliwie, po dłuższej chwili spokoju Edmund, zerkając na siedzącego obok mężczyznę ze zmrużonymi oczyma.
-Co…?- James omal się nie zakrztusił.- Nie!- zaoponował gwałtownie.- Oczywiście, że nie! To nie są takie czasy, Edmund, tłumaczyłem ci już…- wyjaśnił, skrępowany.- Teraz się nie żeni, tylko na przykład… umawia… Na randki…
-Randki?- podchwycił Edmund.
-Takie spotkania- James uśmiechnął się łagodnie.- Dwie osoby… Idą gdzieś razem albo spotykają się w domu… Rozmawiają… Jedzą coś … Oglądają filmy… Przytulają się… I tak dalej…
Głowa Lancastera opadła na jego ramię. James zerknął na niego, rumieniąc się mimowolnie.
-To tak jak my- stwierdził dumnie Edmund.
-Nie, nie…- westchnął głęboko James.- Edmund, na randce spotyka się z dziewczynami. Owszem, czasem sytuacja jest inna, ale… Zawsze spotyka się z dziewczynami- zaznaczył ostatecznie, bo panicz Lancaster spoglądał na niego tak, jakby posądzał go o utratę zdrowych zmysłów. Nie dało się wyjaśnić komuś, kto żył w tak odległych czasach, także pod względem mentalnym i światopoglądowym, pewnych aktualnych oczywistości.- Po prostu oglądajmy, dobrze?- zaproponował, skrępowany.
Edmund wzruszył ramionami, po czym przywarł do niego jeszcze ciaśniej, zajadając się płatkami. James zerknął na niego ukradkiem, uśmiechnąwszy się mimowolnie.
Minie jeszcze bardzo dużo czasu, nim młody Lancaster w pełni zda sobie sprawę ze zmian, jakie zaszły od czasów, w których żył do czasów obecnych. I nim James nauczy się tłumaczyć mu te sprawy w taki sposób, by ten w końcu zaczął je rozumieć.

James leżał na kanapie, spoglądając w ekran wyciszonego telewizora i przełączając kanały w poszukiwaniu czegoś, co mógłby obejrzeć. Edmund spał w sypialni. On sam nie mógł zasnąć. Za dużo zdarzyło się w ciągu tego jednego dnia i gdy tracił coś, na czym mógłby się skoncentrować, zaczynał się nad tym zastanawiać. Problem w tym, że te rozważania nie prowadziły zupełnie do niczego. Były jak rozważania na temat możliwości tego, że Edmund żyje – takich możliwości po prostu nie było. Nie było też możliwości, żeby współcześnie istniała jakaś czarownica sprzed wieków, która podobno wcale nie była czarownicą, ani że przekazywała swoją świadomość z pokolenia na pokolenie. Nie było żadnego racjonalnego rozwiązania. To wszystko było jak wyrwane z jakieś baśni, tyle, że baśnie, jak do tej pory, wydawały mu się jedynie fikcją. To była rzeczywistość. Usłyszał skrzypnięcie łóżka dobiegające z drugiego pomieszczenia. Pomyślał, że może Edmund nie może zasnąć przez światło telewizora i wyłączył go. Chwilę później usłyszał kroki, które zatrzymały się w progu.
-Co się stało, Edmund?- zapytał, podnosząc się na przedramionach.- Nie możesz spać?
Młody hrabia podszedł do niego i usiadł przy kanapie, chwytając go za dłoń.
-Dzisiaj ja potrzymam cię za rękę- stwierdził cicho.
James uśmiechnął się.
-Nie trzeba- zaoponował łagodnie.- Na podłodze jest zimno i twardo…- sam coś o tym wiedział…- Wracaj do łóżka, Edmund, naprawdę nie musisz…
Panicz pokręcił głową.
-Co się stało?- dopytał raz jeszcze mężczyzna.
-Nie chcę tam spać, Jamie…- przyznał cichutko hrabia.
-Mam przyjść i poczekać z tobą aż zaśniesz?- zaproponował James.
-Nie… Tam jest strasznie…
-Strasznie?
-Mhm…- przyznał niepewnie Edmund.- Chyba się boję…
-Czego można bać się w moim pokoju, Edmund?- James zaśmiał się.
-Nie wiem… Ten człowiek dziwnie na mnie patrzy…
-Człowiek…?- zdumiał się mężczyzna, mając pewne problemy z kojarzeniem faktów.- Ach, ten… Chodzi ci o plakat, tak? O ten obrazek na ścianie?- upewnił się.
Edmund skinął głową.
-Zdejmę go jutro- obiecał James, ale to jak widać nie uspokoiło młodego hrabiego. Rzeczywiście, sprawiał wrażenie bardzo spiętego i zlęknionego. Mężczyzna zastanawiał się, czy to nie ich dzisiejsza wizyta u tamtej kobiety, wprawiła go w podobny stan.- A jeśli położę się z tobą?- zaproponował.
Edmund najwyraźniej zastanawiał się nad tym przez chwilę. W końcu jednak spojrzał na Jamesa i mruknął ciche:
-Dobrze.
Mężczyzna stłumił zmęczone ziewnięcie i zsunął z siebie koc, po czym chwycił Edmunda za dłoń i ruszył wraz z nim w stronę sypialni. Lepszym pomysłem byłoby chyba zapalenie światła, o czym James pomyślał dopiero wtedy, gdy boleśnie uderzył stopą w szafkę. Jęknął głucho, pocierając obolałe miejsce i czekając, aż Lancaster wejdzie do łóżka. Ten wcisnął się pod ścianę i uczynił to tak gwałtownie, że uderzył weń głową, co zasygnalizował czymś na kształt nieszczęśliwego łkania. Mężczyzna położył się obok i przyciągnął go do siebie, musnąwszy krótko jego czoło wargami. Panicz objął go ciasno ramionami, wtulając się w niego. James oparł policzek na jego głowie, wzdychając cicho i głaszcząc go z wolna.
Tak, był za niego odpowiedzialny. Bez względu na to, czy rzeczywiście sam to na siebie narzucił i czy ktoś tego od niego oczekiwał. W takich chwilach uświadamiał sobie, że był teraz wszystkim, co Edmund miał. Jego przyjacielem i opiekunem. Nie było nikogo innego, kto interesowałby się losem młodzieńca. I kto przywiązałby się do niego tak mocno, jak James przez cały ten czas…
-Rzuciła na mnie klątwę…?- dopytał cichutko Edmund, z wyraźną obawą.- Ta czarownica… Rzuciła na mnie klątwę, tak?
-Nie sądzę, Edmund…- odpowiedział James.- Wydaje mi się, że nie kłamała. Rzeczywiście nie miała powodu robić czegoś podobnego.
-Więc czemu taki jestem…?
Mężczyzna milczał przez długą chwilę.
-Nie wiem, Edmund- odpowiedział w końcu, kompletnie bezradnie.- Ale nie musisz się przejmować. Ze mną jesteś bezpieczny. I obiecuję ci, że dowiemy się, co dokładnie stało się tamtej nocy. Tylko musisz dać mi trochę czasu.
Edmund Lancaster wyraźnie się uspokoił.
A James był gotów zrobić naprawdę wiele, by spełnić daną mu obietnicę.

8 komentarzy:

  1. Cudowny rodział *.* zachowanie Edmunda mnie rozbraja niemal mogę sobie wyobrazić jego fochy na Jamie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. postać czarownicy <3 chociaż jej nie lubię

    a Edmund je coraz więcej..^^^

    a Jamie faktycznie jest nieuświadomiony.

    bu! mam ochotę ich narysować, jak tak leżą, ale Już Raz Próbowałam i To Nie Jest Łatwe!

    ciekawe jak się rano obudzą <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Tej czarownicy już nie lubię. Strasznie dużo mówi, ale przy tym kręci i nie powiedziała nic co by wskazywało na to dlaczego Edmund "żyje". Chociaż, może warto by poczytać między wierszami, ale ja jakoś nie potrafię tego robić. Może podała rozwiązanie lub je podsunęła. Ale faktem jest, że przy niej trzeba być ostrożnym i dobrze, że Jamie nie pił tej herbaty.
    To mnie ubawiło:
    "-Studencik…- szepnął pod nosem Lancaster, wyraźnie zagubiony.
    -To było o mnie- uświadomił go James.
    -Wiem. Mogę cię tak nazywać?
    -Co? Oczywiście, że nie.
    -Dlaczego? Ona przecież mogła!"
    Tutaj Edmund wydał mi się małym chłopcem ona mogła, a czemu ja nie mogę, jak chcę. Panicz jest coraz bardziej słodki.

    Pocałował go w policzek i sobie poszedł. Hahahahaha
    Podobało mi się, jak Jamie się plątał próbując wytłumaczyć Edmundowi z kim się chodzi na randki, co to są randki. itd. A ten „to tak jak my”. I jeszcze wcześniej kolejne pocałunki. Uśmiałam się. Biedny James nie wie co robić. A i rumieni się. :DD

    Wzmianka o patrzącym człowieku sprawiła, że zrobiło mi się zimno. Już sobie wyobraziłam, że tam w pokoju jest jakiś duch i zaczął nawiedzać Edmunda lub hrabia widzi kogoś w wyobraźni. Kogoś z przeszłości, kto go zabił, prawie zabił.

    „Jego przyjacielem i opiekunem.” Na razie. W przyszłości dodałabym kochankiem i partnerem.

    A tak ogólnie to rozdział fantastyczny i długi. Dzięki. :D

    Weny życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy9:02 PM

      oho, ja też się zaczęłam bać, jak usłyszałam na co nasz Nieumarły się skarży :XD wcale nie przestałam, ale to inna sprawa...

      Usuń
  4. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ta czarownica miała jednak coś wspólnego z dziwną "śmiercią" hrabiego.
    Biedny chłopiec, jest taki zdezorientowany. Nie dość, że nie może pojąć, co się stało w przeszłości, to jeszcze nie rozumie, co się dzieje teraz. James będzie musiał poświęcić mu dużo czasu, uwagi i... ciepła:p
    Pozdrawiam i życzę nieustającej weny:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy7:36 PM

    ale przecież to czego chce Jamie chyba się dzieje. Edmund tak jakby budzi się z letargu :-- kurcze, przypomina mi niedorozwiniętą osobę, jeśli wszystko ma się dobrze skończyć musi w końcu odnaleźć się w tym świecie :- żeby Jamie tylko niczego nie spieprzył, żeby nie spieprzył... buuu nie podoba mi się to converting-straight/bi guys-to gays thing. it's troublesome. i na przykład taki Nadim. brakuje mi jakiejś sceny w której omal [znowu] nie straci Amira i nie zdradzi się z tym jak bardzo [bardzo!] mu na nim zależy... wiem to tanie ale słodkie i głównie na takie rzeczy lecę jeśli chodzi o Jakikolwiek Romans, więc wyłącznie yaoi.
    a jeśli chodzi o EL... ooch jakże kibicuję żeby James umówił się z tą dziewczyną i jak co do czego przyjdzie -- błagam -- odkrył że jednak jest gejem. chociaż nic nie czuł leżąc tak z Edmundem, więc część nadziei - stracona...

    znowu indy

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy9:40 PM

    i've just brushed up on some chapters of everyme... Edmund tak strasznie przypomina mi Brandona... haha ;]

    indy indy indy

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się, że odnowiłaś Edmunda.. Ale pomijając ten fakt, komentuje twojego bloga pierwszy raz. Natknęłam się na niego jakoś w Maju, no i zostałam do dzisiaj. Przeczytałam wszystko od dechy do dechy, oprócz ostatniego rozdziału Chaosu.
    Piszesz fenomenalnie. Wiem, że słyszałaś to już mnóstwo razy, ale jeden raz więcej nigdy nie zaszkodzi.
    Podoba mi się twój styl, wytrwałość i pomysły na fabułę. To, że w trakcie niczego nie knocisz i nie porzucasz, tak jak ja to mam w zwyczaju... (Chcąc nie chcąc, zniechęcam się z prędkością światła)
    Ogólnie to piszesz z lekkością, której nie jedna osoba mogłaby Ci pozazdrościć.
    Moje ulubione opowiadanie na twoim blogu, to właśnie Edmund. Takie.. owiane tajemnicą. Fantasy. Czyli to, co kocham. :3
    Jeżeli będziesz miała chwilę czasu i nie zrazi Cię mój beznadziejny prolog.. (Dosłownie beznadziejny) to zapraszam do siebie. Piszę opowiadania yaoi na podstawie Naruto, jak sam adres wskazuję.

    http://opowiadania-yaoi-na-podstawie-naruto.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń