Strony

sobota, 19 stycznia 2013

Informacja + Głosowanie

"Chaos" pojawi się z tygodniowym opóźnieniem zważywszy na sesję :). Czas wkroczyć w studenckie życie.

"Chaos", później "Wyzwanie" i znowu "Chaos"... A później? To zależy od Was. Piszcie w komentarzach, jakie opowiadanie chcielibyście przeczytać. Możecie głosować na wszystkie tytuły, włącznie z tymi zawieszonymi oraz na samo "Wyzwanie" i "Chaos". Tym razem zmieniam jednak nieco zasady i uznaję przede wszystkim głosy osób komentujących i ogólnie wykazujących się jakąś aktywnością.

Pozdrawiam serdecznie.

piątek, 18 stycznia 2013

16. Johnny jest przerażony [Wyzwanie]


Johnny obudził się kilkanaście minut wcześniej, zanim  powinien zadzwonić jego budzik. Nieświadom tego, że już nadszedł poranek, przewrócił się na bok z głębokim westchnieniem, pewien, że do świtu pozostało mu jeszcze dużo czasu. Czuł się tak, jakby miał kaca, choć wczorajszego dnia nie wypił ani kropelki alkoholu. Sam jednak dobrze wiedział, że nie o to chodzi. Chodziło o wyzwanie. Chodziło o Erica. I przede wszystkim – chodziło o Keitha. O Johnny’ego zresztą również, czego nie dało się pominąć, ale w tym wypadku, wyjątkowo, jego osoba nie wydawała się być w tym zestawieniu najważniejsza. Za każdym razem, gdy o tym myślał… a od tego, co wydarzyło się wczorajszego wieczora, myślał o tym przynajmniej z kilkaset razy, niemalże obsesyjnie… czuł coś, czego nie czuł nigdy wcześniej. Johnny się bał. I choć w pierwszej chwili kompletnie nie mógł zrozumieć swojego własnego, panicznego niemalże strachu, który wstąpił w niego wczoraj, gdy zobaczył Erica i Keitha – teraz zaczynał dostrzegać skąd wynikało to okropnie nieprzyjemne uczucie.
Johnny nigdy nie kłamał. Owszem, zdarzyło mu się czasem nawymyślać jakąś historyjkę, tłumacząc się z tego, że nie odrobił zadania czy kryć kumpla. Albo z czarującym uśmiechem odpowiedzieć zainteresowanej nim bez wzajemności dziewczynie, że niestety jest zajęty. Albo naściemniać tu i ówdzie by wygrać wyzwanie. Ale o to właśnie chodziło. O wymyślanie i ściemnianie. Johnny nigdy nie postrzegał tego jako rzeczywistych kłamstw, choć zapewne ktoś inny nie wahałby się przed taką oceną. Było mu w gruncie rzeczy obojętne, czy prawda wyjdzie na jaw czy nie. To nie miało, właściwie żadnego, istotnego znaczenia. Bo Johnny, w sprawach istotnych, nie kłamał. Był szczery. Szczery jak dziecko. I oto nagle, znalazł się w zupełnie innej sytuacji. Skłamał. Wiele razy. Okłamywał Keitha. I Benny’ego. I nawet samego siebie, ale to bardzo skutecznie umykało jego uwadze. A najgorsze było to, że po prostu nie mógł powiedzieć prawdy. Nie mógł powiedzieć prawdy, więc musiał podtrzymywać to kłamstwo w stosunkach z Keithem. I nie mógł się przyznać, że porzucił wyzwanie, więc musiał nadal udawać i znosić głupie uśmieszki Erica i jego dziwaczne, prowokacyjne zachowania, które zdawały się nie mieć żadnego sensu. I, w ogóle, znalazł się w sytuacji kompletnie bez wyjścia, więc tylko się bał. Bał się tego, że kłamstwo może wyjść na jaw, niszcząc absolutnie wszystko. A Eric zdawał się ten strach wykorzystywać.
Tylko po co…? Johnny przewrócił się na plecy, wzdychając ciężko. Nie mógł tego zrozumieć. Eric zachowywał się dziwnie już od dłuższego czasu. Jego złośliwości, które nie były już nawet złośliwościami, a bezlitosnym szydzeniem, ignorowanie dawnych kumpli, mącenie, knucie, kłamanie, wtrącanie się w związek Benny’ego i Maicy, a teraz jeszcze to… Eric bawił się w jakiegoś niszczyciela związków…? Sęk w tym, że Johnny w żadnym nie był, przynajmniej oficjalnie. I Benny miał rację. Gdyby Eric powiedział Keithowi o wyzwaniu, przegrałby. A Eric niczego tak nie nienawidził, jak przegrywania. Przegrywania z Johnny’m zwłaszcza. A może wcale nie o to chodziło? Może chciał po prostu sprowokować szatyna, by ten sam się wydał…? Ha! Johnny uśmiechnął się triumfalnie pod nosem. Niedoczekanie jego! Chociaż właściwie, niewiele brakowało. Zachował się idiotycznie, wychodząc w popłochu z imprezy najlepszego przyjaciela, a jeszcze bardziej idiotyczne były wyjaśnienia, które przedstawiał Keithowi.
Nie miał jednak zamiaru dać się sprowokować po raz drugi.
A przynajmniej, tym optymistycznym wnioskiem zakończył swoje rozmyślania, przymykając powieki i decydując się wreszcie zasnąć. Nie minęła jednak nawet minuta, gdy usłyszał dźwięk budzika. Wyłączył go, pełen niedowierzania sprawdzając godzinę. Jęknął głucho, uświadamiając sobie straszną prawdę. Z wielkim trudem podniósł się do pozycji siedzącej i przetarł kilkukrotnie twarz, po czym zamarł w bezruchu, jakby jeszcze nie był pewien czy wstać, czy spać dalej. Wizja wpadającej do jego pokoju Rose, kilku minut do wyjścia i jego w stanie zupełnej rozsypki, wystraszyła go jednak skutecznie. Podniósł się i ruszył do łazienki.
Przygotowania do wyjścia pochłonęły tyle samo czasu i energii, co zawsze. Choć dzisiaj chyba koncentrował się na swoim stroju i fryzurze nieco mniej niż zazwyczaj. Owszem, doprowadzenie się do absolutnej perfekcji wciąż było jego celem, ale myśli, jak na złość, uciekały do tego mało przyjemnego tematu. Będzie musiał coś wymyślić. Wytłumaczyć się przed Keihtem. Skłamać. Uświadomił to sobie moment później. Tak właśnie. Skłamać. Już wczoraj skłamał mówiąc, że jest zazdrosny. Zaczynał kłamać coraz częściej i wcale mu się to nie podobało. Zwłaszcza, że miał oszukiwać Keitha.
Skończywszy doprowadzać się do stanu, co najmniej, boskiego, zszedł na dół. Rose już była w kuchni, pospiesznie rozpakowywała zakupy, nie zauważywszy chyba tego, że szatyn pojawił się w pomieszczeniu. Johnny usiadł przy stole, wpatrując się w nią z lekkim rozbawieniem. Gdy odwracała się, by włożyć paczkę płatków do szafki, dostrzegła Johnny’ego i aż podskoczyła.
-Cześć, Rose- przywitał się z nią wesoło szatyn.
-Johnny…- burknęła, odrobinę karcąco.- Co ty taki… taki jakiś…- machnęła dłonią, przyglądając się chłopakowi z uwagą.- … taki nieogarnięty?
-Nieogarnięty?- przeraził się, nie na żarty, Johnny, podrywając się z miejsca. Przejrzał się w szklanych drzwiczkach od jednej z szafek i uspokoił natychmiast, dochodząc do wniosku, że jego fryzura jest absolutnie perfekcyjna.- O co chodzi, Rose?- dopytał z ulgą, wracając na miejsce.
-Bo ja wiem…- odparła kobieta, wzruszywszy ramionami.- Tak się jakoś skradasz… Nie zdążyłam nic wczoraj przygotować, więc zrobię ci jajecznicę. Może być?
-Na szynce- poprosił Johnny, skinąwszy głową.
Rose zajęła się przygotowaniami.
-Dobrze się czujesz, Johnny?- dopytała po chwili, łypnąwszy na szatyna podejrzliwie.
Nie wiedzieć czemu, chłopak zmartwił się tym pytaniem.
-Nie…- odparł po chwili wahania.- Nie, Rose- odpowiedział szczerze.- Chyba mam problem…- dodał.
-Problem?- Rose zostawiła patelnię na gazie, odwracając się do podopiecznego i przyglądając mu odrobinę podejrzliwie.- Jaki ty możesz mieć problem, Johnny? Jesteś młody i zdrowy, w tym wieku i stanie ludzie nie mają problemów- stwierdziła z pełnym przekonaniem, by zaraz zmrużyć oczy i raz jeszcze przyjrzeć się nieco zdezorientowanemu chłopakowi.- Bo chyba nie wdałeś się w coś poważnego, co…? W narkotyki.
-Narkotyki?- zdumiał się Johnny.
Rose złapała się za głowę.
-Dobry Boże!- jęknęła ze zgrozą, jakby uznała odpowiedź chłopaka za potwierdzenie.
-Nie, Rose, no co ty…- zachichotał szatyn, kręcąc głową.- Nie w tym rzecz, tylko… Po prostu…- zastanawiał się dłuższą chwilę nad tym, co chciał powiedzieć. Wzruszył bezradnie ramionami, wzdychając ciężko.- Wplątałem się w coś… dziwnego. Nietypowego. I nie bardzo wiem, jak z tego wszystkiego wybrnąć- przyznał szczerze.
-Och… To dobrze…- odparła jego gosposia, kiwając głową.- To znaczy nie jest dobrze, że wpakowałeś się w kłopoty, ale dobrze, że nie…- umilkła, mieszając jajecznicę, po czym na powrót obejrzała się na chłopaka z obawą.- Bo chyba to nie mafia, prawda? Oglądałam ostatnio taki straszny program o młodych ludziach, którzy wdają się w jakieś gangi, nie gangi, jakieś bronie, morderstwa… A później nie wiedzą… A później nie wiedzą, jak się z tego wyplątać- podsumowała nagle ze zgrozą, kojarząc to najwyraźniej ze słowami Johnny’ego.
Chłopak zaśmiał się z rozbawieniem.
-Nie o to chodzi, Rose- uspokoił kobietę.- Po prostu okłamałem kogoś. Nie celowo- zaznaczył.- No, może trochę… Ale nie sądziłem, że wyjdzie z tego coś tak poważnego… Nie chciałem, żeby to tak wyglądało. Nie mam pojęcia, jak to rozwiązać.
-Cóż…- Rose wzruszyła ramionami, wyłączając palnik i nakładając swojemu podopiecznemu śniadanie. Moment później pokaźna porcja jajecznicy wylądowała na talerzu przed Johnny’m, w towarzystwie dwóch kromek chleba i szklanki jogurtu.- Najlepszym rozwiązaniem kłamstwa jest powiedzenie prawdy, czyż nie?
-Ale nie mogę powiedzieć prawdy…- wyjaśnił Johnny, napychając jedzenie do ust.- Bo wtedy Keith przestałby mnie lubić. W ogóle przestałby się do mnie odzywać…- szepnął pod nosem.- Ale przez to tylko się denerwuję… I jeszcze Eric…- mówił, właściwie bardziej do siebie niż do Rose, analizując własne słowa.
-Co ty tam mówisz, Johnny?- rzuciła gosposia, chyba nic z tego nie rozumiejąc.
-Nic, nic.
-To jedzże w końcu, spóźnisz się do szkoły… Nie wierzę, że ci to mówię, ale czasem… choć rzadko- zastrzegła natychmiast.- … lepiej jest nie mówić prawdy. Naprawdę, Johnny. Jak masz kogoś zranić, to lepiej zachowaj to dla siebie. Zapamiętaj sobie moje słowa.
I Johnny zapamiętał je sobie dobrze.
Na tyle dobrze, że nagle odnalazł w nich usprawiedliwienie dla samego siebie.
I na krótką chwilę, udało mu się zapomnieć o lęku i wyrzutach sumienia.
W końcu, w gruncie rzeczy, nie robił przecież nic złego.

Johnny zaparkował pod szkołą pięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Odetchnął z ulgą, wyjątkowo zadowolony z faktu, że udało mu się uniknąć spóźnienia, zwłaszcza, że przypadło im zastępstwo ze Stevens. Wysiadł pospiesznie z samochodu i pognał do szkoły. Przywitał się na korytarzu z kilkoma znajomymi, po czym zatrzymał się przy swojej szafce. Wziął podręcznik do matematyki, po czym ruszył szybkim krokiem w stronę klasy. Samopoczucie zdążyło mu się już poprawić. Nagle dostrzegł przed sobą Keitha. Brunet spojrzał na niego i uśmiechnął się lekko. Podszedł do szatyna natychmiast. Najwyraźniej na niego czekał.
-Cześć…- przywitał się z nim Johnny, z początku niepewny jego nastroju.
-Cześć…- ciemnowłosy uśmiechnął się lekko. Szatyn również uśmiechnął się w odpowiedzi. Cieszył się, że Keith nie jest na niego zły po tym, co zdarzyło się wczoraj.- Już ci lepiej…?- dopytał chłopak.
-Taaak…- Johnny odkaszlnął, skrępowany. Do tej pory nie rozumiał, dlaczego dał się sprowokować w tak głupi sposób. Postanowił sobie jednak, że nie będzie się przejmował ani Erickiem, ani jego dziwacznym zachowaniem. W końcu nie mógł nic zrobić. Nie chciał przegrać. Nie wiedział o tym, że Johnny’emu zależy na brunecie. A Keith wcale by go nie słuchał, nawet gdyby ten spróbował nagadać mu jakichś bzdur.- Przepraszam, Keith- rzucił ze skruchą.- Naprawdę nie wiem, co mi odbiło.
-Ja też nie…- odparł krótko chłopak.
W tym momencie zadzwonił dzwonek. Keith obejrzał się przez ramię i chyba zamierzał się odwrócić, ale Johnny chwycił go za nadgarstek, zatrzymując przy sobie. Ciemnowłosy odkaszlnął cicho i cofnął dłoń, wyraźnie skrępowany, posyłając szatynowi pytające spojrzenie.
-Spotkamy się dzisiaj?- rzucił niemalże zwyczajowo Johnny.
Na ustach bruneta pojawił się lekki uśmiech.
-Chyba…- odparł, zdawało by się, równie rutynowo.- Po lekcjach muszę zrobić zakupy, przyjść do domu, pewnie będę musiał posiedzieć z Angie… Ale postaram się wpaść później. O ile będziesz w domu.
-Będę- zapewnił go natychmiast Johnny.
-To dobrze- Keith uśmiechnął się lekko.
-Mam jechać z tobą…? Mogę ci pomóc z zakupami i jeśli chcesz, to…
-Naprawdę, nie trzeba- przerwał mu natychmiast ciemnowłosy, kręcąc głową.- Dam sobie radę- dodał.
Johnny chciał coś odpowiedzieć, ale Keith raz jeszcze obejrzał się za siebie, po czym rzucił ledwie słyszalne: „cześć” i odszedł na bok. Dopiero wtedy szatyn zobaczył zmierzającego w jego stronę Benny’ego. Uśmiechnął się do niego i machnął mu dłonią, świadom tego, że nie odpisał, przynajmniej, na z tuzin jego sms-ów, w których Benny dopytywał o wszystko, począwszy od tego, dlaczego Johnny wyszedł z jego imprezy, po jego zdrowie psychiczne.
-Myślałem, że już nie przyjedziesz- rzucił blondyn, zatrzymując się przy przyjacielu.
-Gdzie Maicy?- zainteresował się Johnny.
Benny wzruszył ramionami.
-Nie przyjdzie. Dziś i jutro chyba też. Gorzej się czuje. Odwiedzę ją zresztą po szkole… A ty?- dopytał podejrzliwe, mrużąc oczy.
-Co ja?- Johnny postanowił udawać głupiego i ,z zupełnie niejasnych powodów, wychodziło mu to całkiem dobrze.
-Czemu tak się wczoraj ulotniłeś, co?- obruszył się Benny.- Myślałem, że zostaniesz, pogadasz, pomożesz mi sprzątać i w ogóle… Mogłeś chociaż coś powiedzieć…
-Przepraszam…- westchnął Johnny, przepraszając zresztą już po raz drugi tego dnia.- Gorzej się poczułem.
-Ta…- Benny mlasnął z niezadowoleniem.- Na widok Erica gadającego z Keithem… Zauważyłem…
-Chodzi o to, że…
-Och, darowałbyś już sobie to wyzwanie!- prychnął z irytacją Benny. Johnny syknął ostrzegawczo, dając przyjacielowi znak, by ten był cicho. Keith był wystarczająco daleko, by nie móc tego usłyszeć, ale szatyn i tak się przeraził.- Sam mówiłeś, że sobie odpuszczasz! Ale wiedziałem, że nie dasz sobie spokoju! Chyba prędzej byś umarł niż przegrał z Erickiem! Albo został gejem!- dodał ze zdenerwowaniem, jakby było to gorsze od pierwszej możliwości.
-Cicho, Benny!- jęknął głucho chłopak.- Mówiłem ci już, koniec z wyzwaniem. Ale nie chcę, żeby Keith się dowiedział. Sądzisz, że chciałby się ze mną przyjaźnić po czymś takim…? Ty chciałbyś kolegować się z kimś, kto zamierzał cię poderwać…?- zaśmiał się sztucznie.
Benny zastanawiał się przez moment.
-Nie- odparł wreszcie, kręcąc głową.- Zdecydowanie nie. To trochę obleśne…- przyznał, krzywiąc się nieco.- Ale mniejsza z tym. Po prostu nie chcę, żebyś zrobił coś głupiego, okej?
-Okej- zapewnił go Johnny.
… Uświadomiwszy sobie przez chwilę, że zrobił już bardzo wiele rzeczy, które jego najlepszy kumpel uznałby za „głupie”, a nawet więcej.
-Więc jak impreza…?- zapytał szatyn, usiłując zejść na bezpieczniejszy grunt.
Benny wzruszył ramionami.
-Nijak- stwierdził obojętnie.- Nic ciekawego się nie działo. Ludzie powoli się rozchodzili… Linda została dłużej, kręciła się tu i tam, chyba sądziła, że gdzieś wyszedłeś i zaraz wrócisz. Potem podeszła do mnie i zapytała, czy pojechałeś po żarcie albo alkohol. Jak jej powiedziałem, że raczej już nie wrócisz, sprawiała wrażenie strasznie zawiedzionej…- zrelacjonował z dość niewesołą miną.- Najwyraźniej liczyła, że spędzi z tobą wieczór… I nie tylko wieczór… Wolałem jej nie dobijać informacją, że wieczór spędziłeś w towarzystwie Keitha… Tylko wieczór, mam nadzieję…- dodał, spoglądając na przyjaciela surowo. Johnny parsknął śmiechem, jakby słowa kumpla naprawdę nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.- A oprócz tego to serio, nic godnego uwagi.
-A Eric?- zainteresował się Johnny.
-Eric?- Benny chyba zdziwił się, że szatyn o niego pyta.- Siedział do samego końca… Został jak wszyscy już poszli. Wiedziałem, że chce się pogodzić, ale go olałem. Powiedziałem, że może już iść, bo nie potrzebuję jego zasranej pomocy, ale i tak został… Zaczął coś gadać o Maicy… Gadaliśmy przez moment normalnie, a później przyszedł Carl. On to dopiero miał wieczór!- zachichotał Benny.- Tkwił w kiblu przez połowę czasu! No i, Eric pogadał jeszcze chwilę o czymś innym i się zmył.
-O Maicy…- powtórzył Johnny.
-Tak.
-Co konkretnie…?
-Rany, nie wiem…- westchnął Benny.- Tak tylko zaczął. Pewnie nie wiedział, o czym gadać, żebym mu od razu nie przyłożył…
Johnny uśmiechnął się lekko, po czym rozejrzał dookoła, usiłując odszukać wzrokiem Erica, ale nie było go nigdzie w pobliżu. Ta sytuacja zastanawiała go jeszcze bardziej. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego Eric miesza się w sprawy Benny’ego. I to raczej „miesza się” nie jako dobry, zmartwiony kumpel, tylko ktoś, kto chce doprowadzić do rozpadu związku przyjaciela. Bez sensu.
W tym momencie na korytarzu pojawiła się pani Stevens. Otworzyła drzwi od klasy i wpuściła oczekujących do środka. Johnny i Benny usiedli obok siebie, na swoim zwyczajowym miejscu. Szatyn zerknął jeszcze w stronę siedzącego na tyłach Keitha i uśmiechnął się do niego lekko.
-Nie musicie otwierać książek- stwierdziła Stevens, zamykając za sobą drzwi i stając na środku klasy.- Nie będziemy dzisiaj zajmować się zadaniami. Chcę z wami omówić kilka spraw, w tym kwestie związane z zaliczeniem. Ale najpierw sprawdzę obecność…
Stevens prawie kończyła odczytywać listę, gdy otwarły się drzwi do klasy. Podniosła głowę, zerkając surowo w tamtym kierunku, ale zaraz jej wzrok nieco złagodniał. Eric wszedł do wnętrza pomieszczenia, zatrzymując się przy biurku nauczycielki.
-Przepraszam za spóźnienie- powiedział.
-Niech pan siada, panie Smith- odparła jedynie kobieta, machnąwszy dłonią.
-Niech pan siada, panie Smith…- przedrzeźnił ją cicho Benny, krzywiąc się przy tym zabawnie.- Jak zwykle… Gdybym to był ja, najpierw zwęgliłaby mnie wzrokiem, a później odgryzła mi głowę, ale „Pan Smith”…
-Bradley, czy chciałbyś się podzielić z nami wszystkimi tymi interesującymi informacjami, o których teraz tak żywo dyskutujesz…?- Stevens wbiła w Johnny’ego pełne politowania spojrzenie.
Benny umilkł natychmiast, robiąc głupią minę.
-Nie, pani Stevens- odpowiedział gładko Johnny. Był już przyzwyczajony do tego, że to jemu, z ich czwórki, zawsze obrywało się najbardziej.
-Całe szczęście- skwitowała to nauczycielka, a następnie zaczęła odczytywać pozostałe nazwiska.
Eric cieszył się szczególnymi względami u wielu nauczycieli. Nic dziwnego, miał dobre stopnie, brał udział w różnego rodzaju szkolnych akcjach i zawsze był nieprawdopodobnie wprost uprzejmy wobec wszystkich pedagogów. Nieprawdopodobnie z tego względu, że niektórym pewnie trudno byłoby uwierzyć, że w słowniku Erica w ogóle znajduje się takie słowo jak „uprzejmość”. Stevens nie okazywała swojej sympatii ostentacyjnie, ale rzeczywiście oceniała zachowania jasnowłosego znacznie łagodniej niż jego kolegów.
-Zacznę więc, od informacji, która nie będzie napawała wszystkich paniką…- zironizowała, podnosząc się z miejsca i sięgając po jedną z leżących na biurku kartek.- W mieście Shildon, jedna ze szkół organizuje interesujący konkurs, do którego została wytypowana również nasza placówka… Konkurs odbędzie się w weekend. W sobotę będzie miała miejsce popołudniowa debata na temat kierunku w jaki zmierza medycyna i kwestii ograniczeń moralnych z tym związanych, a w niedzielę odbędą się dwa testy wiedzy, jeden typowo humanistyczny, drugi z zakresu przedmiotów ścisłych… Potrzebna jest więc, dość szeroka wiedza… Każda wybrana szkoła typuje pięć osób. Po rozmowach z pozostałymi nauczycielami, wybraliśmy wstępnie tę piątkę. I reprezentacja z tej klasy będzie dość spora…- stwierdziła.- Wybraliśmy Keitha Larsona i Erica Smitha. Oczywiście wszystko zależy od waszej zgody.
Johnny’emu szczęka opadła. Przez dłuższą chwilę miał wrażenie, że to jakiś żart.
-Panie Larson…?- dopytała Stevens.
-W porządku- zgodził się Keith, skinąwszy głową.
-A pan, panie Smith…?- nauczycielka spojrzała na Erica pytająco.
Nim sam zainteresowany zdążył odpowiedzieć, jeden z jego kolegów z drużyny, krzyknął:
-Eric nie może jechać! Mamy mecz w sobotę!
Szatyn odetchnął z ulgą. No tak. Szkolny ćwierćfinał. Eric w życiu nie przepuściłby takiej okazji.
-Tak…- Stevens mlasnęła z niezadowoleniem.- Wasz nauczyciel już mnie o tym poinformował… Wiem, że to ważny mecz, a ty jesteś członkiem szkolnej reprezentacji, więc w porządku… Dziś wielu młodych stawia przede wszystkim na sport…- skwitowała z ciężkim westchnieniem.
-Ależ skąd- odpowiedział Eric.- Chętnie wezmę udział w konkursie.
Johnny aż parsknął z niedowierzaniem.
-Doprawdy?- zdumiała się Stevens, razem z przynajmniej połową klasy, w tym Johnny’m, Benny’m i wszystkimi, którzy znali Erica na tyle by wiedzieć, że treningi zawsze były dla niego bardzo ważne.
-Tak- potwierdził bez wahania jasnowłosy.
-Eric, co ty wygadujesz!- rzucił zbolałym niemalże głosem jego kolega z drużyny.- Nie możesz nas zostawić! Wiesz przecież, że Williams też nie zagra przez tą kontuzję! Jesteś najlepszym zawodnikiem!
-Więc weźmiecie sobie kogoś z rezerwowych- odparł beznamiętnie chłopak, jakby w ogóle go to nie interesowało.
-Ale… Ale…- zająknął się tamten.
-Dosyć, dosyć!- rzuciła natychmiast Stevens, unosząc dłoń.- Ustalicie to sobie później, proszę poinformować mnie o podjętej decyzji najpóźniej jutro, panie Smith.
-Informuję panią teraz- odpowiedział Eric.- Jadę na konkurs.
-Jestem pod wrażeniem- stwierdziła nauczycielka, kiwając z uznaniem głową.- Tak… Więc teraz przejdę do kwestii zaliczenia, a po lekcji zostaniecie obaj, wraz z Larsonem, i porozmawiamy o szczegółach…
-Oczywiście…- odpowiedział Eric.
Po czym zwrócił twarz w stronę Johnny’ego.
I obdarował go chyba najbardziej podłym uśmiechem, na jaki było go stać.

Johnny wpadał w panikę. A przynajmniej przeżywał całkiem spory atak histerii na samą myśl o tym, że Eric wyjeżdża razem z Keithem. Gdy wrócił już do domu, nie bardzo mógł znaleźć dla siebie miejsce. Kręcił się od pomieszczenia do pomieszczenia, włączał telewizor, chcąc się czymś zająć, ale zaraz wyłączał go zdenerwowany, zaczynał odrabiać lekcje, pisał sms-a do Benny’ego i urywał w połowie, a następnie znowu się kręcił. Nie było w tym większego sensu ani celu, ale zupełnie nie potrafił się opanować. Ta sytuacja chyba go przerastała. I przerażała, to przede wszystkim. Czego, u licha, chciał Eric?! Jeszcze tego ranka, Johnny gotów był się założyć, że chłopak wolałby zwyciężyć, a raczej wolałby nie przegrać, niż zrobić mu na złość. Ale, z jeszcze większym przekonaniem, mógłby stwierdzić, że nie wyjechałby na żaden konkurs, porzucając drużynę i to w czasie meczu! Eric nie dbał o oceny. Stopnie miał dobre, ale przychodziło mu to bez większego wysiłku, nie wkładał w to ani czasu, ani energii. Koncentrował się na treningach, na drużynie. Sam przebąkiwał jeszcze wtedy, gdy z Johnny’m w ogóle rozmawiał, że wiąże z tym swoją przyszłość. A teraz?! To było niewiarygodne! I jeszcze ten uśmiech… Szatynowi trudno było uwierzyć, że Eric nagle poczuł w sobie powołanie i chęć do nauki! To oczywiste, że chciał go zdenerwować! Ale po co?! Odpowiedź właściwie mogłaby być prosta. Bo był Erickiem. Podłym dupkiem, który w pewnym momencie zaczął robić mu na złość, a później, na złość całemu światu. Ale czemu się w to mieszał? Po co? Naprawdę chciał powiedzieć Keithowi o wyzwaniu? Jeśli tak, po co je w ogóle rozpoczął? Nie mógł przecież wiedzieć o tym, że Johnny’emu na nim zależy. Prawda…? A jeśli wiedział…? Już sama ta perspektywa sprawiła, że Johnny jęknął głucho. Nie pamiętał, by Eric kiedykolwiek darzył go szczególną sympatią, ale jeszcze do niedawna, mógłby przysiąc, że nie posunąłby się do czegoś podobnego. Ale sama sytuacja z Benny’m i Maicy była wystarczająco oczywista. Eric strasznie się zmienił. I nie wiedzieć czemu, robił coś, co według Johnny’ego kompletnie nie miało sensu, i w dodatku skierowane było w stronę osoby, którą Eric lubił. W stronę Benny’ego. Idiotyzm.
Keith przyszedł trochę po siedemnastej. Johnny był w stanie rozsypki, niczego nie przygotował, ani nawet nie zastanawiał się nad tym, co będą robić. Otworzył brunetowi drzwi, wpuszczając go do środka. Na dworze musiało być naprawdę zimno, bo Keith zamiast zwyczajowej bluzy, miał na sobie kurtkę. Ach, nie… Gdy tylko odwiesił ją na wieszak, oczom Johnny’ego ukazało się charakterystyczne odzienie. Uśmiechnął się do ciemnowłosego z rozbawieniem, idąc razem z nim do salonu, ale zaraz, znowu ta sama obawa chwyciła go za serce.
Brunet zatrzymał się i spojrzał na niego z uwagą.
-O co chodzi…?- zapytał, bo na twarzy szatyna malował się dość dziwny grymas.
-Więc… jedziesz na konkurs- stwierdził nie wiedzieć czemu Johnny.
-Tak- potwierdził Keith.
Zapanowała cisza.
Johnny zagryzł niepewnie wargę. Sam nie wiedział, co dokładnie chciał powiedzieć i co chciał usłyszeć. Ale choć bardzo chciał sobie darować pytanie, nie mógł się powstrzymać:
-Eric też jedzie?
Ciemnowłosy zmarszczył brwi.
-Chyba…- odpowiedział i zdawało się, że wie mniej więcej do czego to wszystko zmierza.- Powiedział Stevens, że jedzie, więc najwyraźniej tak jest. Mnie się nie zwierzał- dodał.
-I co… tak… tak sobie jedziecie?- Johnny próbował się uśmiechnąć, ale nie był pewien, czy mu to wyszło.- Razem…? Sami?
Keith wpatrywał się w niego tak, jakby niepokoił się o jego stan zdrowia psychicznego.
-Autobusem- stwierdził, wzruszywszy ramionami.- Razem z innymi uczniami. Z paru szkół z miasta.
-Mhm…- szatyn chciał chyba obliczyć ile mniej więcej czasu Eric i Keith będą mogli spędzić sam na sam. I już nie podobała mu się ta perspektywa.- A… Później? Gdzie się zatrzymacie? W jakimś hotelu?
-Chyba.
-I… będziecie w jednym pokoju?
-Johnny, o co ci chodzi?- warknął Keith, wyraźnie poirytowany.
Chłopak jęknął głucho.
-Ja po prostu nie chcę, żebyś z nim jechał- przyznał otwarcie.
Keith parsknął z niedowierzaniem.
-Naprawdę nie wiem, co ci odbija…- przyznał szczerze.- Eric jest gejem?- zapytał nagle. Johnny spojrzał na niego zdumiony, dopiero po chwili przypominając sobie o swojej wczorajszej wersji wydarzeń. Miał być w końcu zazdrosny.- Wszyscy twoi kumple nimi są…?- zakpił ciemnowłosy.- A nawet jeśli, to bardzo wątpię, żeby się mną interesował. Naprawdę nie masz powodów do obaw, nie każdy ma tak kiepski gust jak ty…- stwierdził pobłażliwie.
-Nie o to chodzi, Keith!- odparł stanowczo szatyn.- Tylko… Rany…- jęknął głucho, usiłując znaleźć odpowiednie słowa.- Eric mnie nie lubi. Robi wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie. Nie chcę, żeby ci czegoś o mnie naopowiadał!
-Zdaję się, że już o tym rozmawialiśmy- uciął Keith.- Nie będę z nim rozmawiał na twój temat, nie mam najmniejszego zamiaru. I nie wiem, co cię tak strasznie niepokoi. Słyszałem już masę plotek o tobie, nie mając na to najmniejszej ochoty, ale jakoś potrafiłem sam wyrobić sobie o tobie zdanie. Dlaczego mi nie ufasz?- zapytał bez zrozumienia.
Ufał Keithowi. Ufał mu bardzo, tak bardzo, że choć w istocie znał się z nim niedługo, powiedział mu o sprawach, o których nie wspominał nawet Benny’emu. Ale wiedział, że jeśli Keith się dowie, to wszystko się skończy. Nie był zakochaną po uszy w Johnny’m dziewczyną, którą dałoby się później łatwo przekonać, że Eric jest kłamcą. Jeśli Keith usłyszy o wyzwaniu, wszystko stanie się dla niego jasne. I nie będzie chciał się zadawać z szatynem. A tej perspektywy, Johnny nie mógł znieść.
-Ufam ci, Keith- odpowiedział więc, z głębokim westchnieniem, uspokajając się nieco.- Ale jemu nie ufam. Nie chcę, żeby… żeby przekonał cię do czegoś albo…- plątał się Johnny, zupełnie nie wiedząc jak wyjaśnić swoje zachowanie.- … albo żeby opowiadał ci o jakichś bzdurach i… Wiem, jak to brzmi, ale mam wrażenie, że on naprawdę gotów jest zrobić wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie.
-Więc co?- parsknął z politowaniem ciemnowłosy.- Mam nie jechać na konkurs, bo on na niego jedzie?
-Nie, jasne, że nie- zaprotestował natychmiast Johnny.- On nie powinien jechać. Wcale nie chciał jechać! Jedzie ze względu na ciebie. Nigdy nie opuszczał meczy.
-Johnny, ty chyba sam siebie nie słyszysz…- Keith wpatrywał się w niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.- Nie wiem, dlaczego Eric jedzie, ale jakoś wątpię, by moja osoba miała z tym cokolwiek wspólnego… Powtarzałem ci już tysiąc razy, ledwie go znam! Jak, zresztą, większość osób z tej klasy. Wszystkie, pomijając ciebie- dodał znacząco.- I, choć nie mam pojęcia, dlaczego pomyślałeś o czymś tak idiotycznym, gwarantuję ci, że on nie jest mną zainteresowany- stwierdził kategorycznie.- Nie zapraszał mnie dotąd do siebie na korepetycje, ani nic w tym stylu, więc sam rozumiesz…- dodał z rozbawieniem.
Johnny uśmiechnął się lekko na te słowa, ale nie poczuł się lepiej.
-Ale jeśli on jedzie, to znaczy, że ma w tym jakiś cel- kontynuował.- I po prostu nie chcę, żeby…- urwał w połowie, nie wiedząc, jak zakończyć swój marny wywód.
-Oczekujesz, że z nim porozmawiam i zmuszę go, żeby nie jechał?- Keith spoglądał na niego bez najmniejszego zrozumienia, chyba w ogóle nie mając pojęcia, o co mu chodzi.
Nie, nie. Z pewnością nie mając pojęcia. Przynajmniej na razie.
-Jasne, że nie…
Johnny widział, że Keith zaczyna czuć się coraz bardziej zdezorientowany i, właściwie, trudno było mu się dziwić. Chwycił więc chłopaka za dłonie i przyciągnął go do siebie, przytulając mocno.
-Przepraszam- rzucił, uspokajając się trochę. Dobrze wiedział, że jego słowa do niczego nie doprowadzą. To wszystko nie miało w gruncie rzeczy nic wspólnego z Keithem. Chodziło tylko o niego i Erica. Ciemnowłosy nie miał na nic wpływu i nie zdawał sobie sprawy z tego wszystkiego. Johnny nie chciał go denerwować.- Cieszę się, że jedziesz na konkurs…- odsunął się od bruneta i uśmiechnął do niego pogodnie, a następnie pociągnął za rękę w stronę kanapy.
Usiadł na niej i ściągnął Keitha na miejsce obok. Ciemnowłosy przez chwilę jeszcze patrzył na niego niepewnie, jakby oczekiwał, że szatyn będzie kontynuował wcześniejszy temat, Johnny jednak nie miał takiego zamiaru. Przy Keithie rozluźniał się i zapominał o całym świecie, teraz nie było inaczej. Nie miał ochoty myśleć ani o wyzwaniu, ani o Ericku. Miał ochotę być z ciemnowłosym, całować go, przytulać, dotykać… Nadal nie do końca rozumiał, jak to możliwe, że może mu się podobać chłopak. Że chłopak może go fascynować aż do takiego stopnia. Dobrze zresztą wiedział, że nie chodziło jedynie o podobanie się i fascynację. Zależało mu na ciemnowłosym. Ale przecież nie był gejem. Nie był, prawda…? Nigdy wcześniej nie spotykał się z mężczyznami, do głowy by mu nie przyszło, by się z którymś umówić, zdawało mu się zresztą, że i żaden nie pociągał go szczególnie… Teraz sam nie był pewien. Gdy pierwszy raz rozmawiał z Keithem, nie miał przecież ochoty na podobne rzeczy. A teraz nie mógł wprost uwierzyć, że powstrzymywał się tak długo nim go pocałował. Już na samą myśl o pocałunku, zrobiło mu się ciepło… Spojrzał na wargi bruneta, oblizując własne. Miał wrażenie, że czekał na to wieki.
-Na pewno wygrasz- rzucił, przysuwając się bliżej chłopaka z figlarnym uśmiechem.
-Na pewno…- zakpił brunet, odpowiadając mu pełnym politowania uśmiechem.- Johnny, to jest konkurs. Przyjeżdżają tam same dobrze uczące się osoby…
-Ale te osoby nie są takie mądre jak ty…- odpowiedział z pełnym przekonaniem szatyn, unosząc niespiesznie dłoń i przesuwając palcami po policzku chłopaka.
Keith odkaszlnął skrępowany.
-Jasne…- rzucił tylko z wyraźnym zawstydzeniem.- To… Ekhem… Co właściwie… Co będziemy robić?- zapytał.
Szatyn uśmiechnął się szeroko na te słowa.
-Nie wiem…- odparł z wolna, wciąż głaszcząc skórę chłopaka.- Hm… Możemy coś obejrzeć…- zaproponował.
-Mhm?
-… Albo czegoś posłuchać…
-Tak?- Keith najwyraźniej czekał na dalsze propozycje.
-… Albo możesz mnie pocałować- dopowiedział Johnny, zagryzając wargę w figlarnym uśmiechu.
Keith zarumienił się po czubki uszu.
-Teraz…?- zapytał niepewnie.
Johnny parsknął śmiechem.
-Możesz później, jeśli wolisz. Poczekam cierpliwie…
O nie, chyba by nie zdołał. Ale Keith uśmiechnął się lekko i ,oparłszy dłoń na udzie szatyna, musnął powoli jego wargi. Johnny westchnął mimowolnie, odpowiadając na pocałunek, ale niczego nie przyspieszając. Pozwolił ciemnowłosemu panować nad wszystkim. Rozchylił delikatnie usta, zapraszając jego język do środka. Keith niespiesznie badał wnętrze jego warg. Jego palce odruchowo zacisnęły się mocniej na udzie Johnny’ego, który mruknął z zadowoleniem, czując przyjemne dreszcze rozchodzące się od miejsca dotyku chłopaka. Miał ochotę całować Keitha. Miał ochotę całować go długo i nie spieszyć się z niczym, i to właśnie czynił. Przejmował inicjatywę, prowokując język ciemnowłosego do rozkosznego tańca i zaraz znowu pozwalał mu odzyskać kontrolę, kierować wszystkim. Poczynania Keitha zdradzały nieporadność i niepewność, ale Johnny’emu wcale to nie przeszkadzało. Miał świadomość tego, że był pierwszą osobą z którą Keith był bliżej, że dla niego wszystko było nowe. Dla Johnny’ego zresztą również. Całował już wcześniej wiele osób… dziewczyn… ale te pocałunki zdawały się być zupełnie inne. Nie potrafił oderwać się od ciepłych warg bruneta. Smakował je raz po raz, czując przyjemne ciepło i narastające podniecenie. Nie potrafił sobie przypomnieć, by ktokolwiek podobał mu się równie mocno. Pocałunki Keitha stawały się coraz bardziej śmiałe i namiętne. Johnny nie mógł opanować się dłużej. Jego dłonie chwyciły za rąbek bluzy i zaczęły podwijać ją niespiesznie do góry. Ciemnowłosy wzdrygnął się, odrywając od warg kochanka. Spojrzał na niego odrobinę zdezorientowany.
-Nie mogę zostać na noc…- wydusił z siebie.
Johnny nie mógł powstrzymać rozbawionego chichotu. Tak bardzo go uwielbiał! I jego rumieńce, i jego skrępowanie, i sposób, w jaki odpowiadał na pocałunki… Kochany Keith! Gdyby mógł nie wypuszczałby go ze swoich ramion ani na chwilę.
-Nie znam się zbytnio na prawie, ale zdaję się, że żadne przepisy nie zakazują robienia tego typu rzeczy za dnia…- zaśmiał się radośnie.
Keith poczerwieniał jeszcze bardziej i odkaszlnął cichutko. Nie oponował, gdy Johnny zrzucił z niego bluzę. Następnie palce szatyna niecierpliwie chwyciły za guziki od koszuli, którą rozpięły sprawnie i zrzuciły z ramion bruneta bez chwili wahania. A później… A później czekała na niego jeszcze podkoszulka, na której widok, Johnny zaśmiał się lekko.
-Warstwy…- stwierdził z wesołym uśmiechem.- Nie chciałeś być przeze mnie rozebrany?- zapytał z rozbawieniem.
-Nie wiedziałem, że będę przez kogokolwiek rozbierany- odpowiedział Keith.
Johnny zachichotał.
-Mogłeś się domyślić…
Zdjął z ciemnowłosego także podkoszulkę, pod którą na szczęście znajdowała się już przyjemnie ciepła klatka piersiowa chłopaka. Johnny badał ją opuszkami palców, powróciwszy do ust ciemnowłosego. Napierał na jego ciało, kładąc go powoli i sprawiając ostatecznie, że głowa bruneta wylądowała na oparciu. Oderwał się od jego ust, uśmiechając lekko. Keith wpatrywał się w niego z wyraźnym zaciekawieniem. Johnny rozsiadł się pomiędzy jego nogami, nie mając zbyt wiele miejsca na wąskiej kanapie. Nachylił się nad torsem chłopaka i zaczął składać na nim, z początku, bardzo subtelne pocałunki. Keith przymknął powieki, wstrzymując na moment oddech. Wypuścił powietrze z płuc, gdy wargi Johnny’ego zamknęły się wokół jednego z jego sutków. Szatyn ssał go powoli, wsłuchując się w przyjemne westchnienia i czując, jak biodra Keitha poruszają się odruchowo, ocierając o niego. Językiem wyznaczył linię pomiędzy sutkami ciemnowłosego i zaczął pieścić drugi, w ten sam sposób. Miał wrażenie, że wraz z kolejnym westchnieniem, z ust bruneta wyrwało się jego imię. Z zadowoleniem kontynuował rozkoszną wędrówkę, schodząc ustami coraz niżej i niżej. Całował jego brzuch, językiem kreślił na skórze wilgotne ślady, docierając wreszcie do spodni chłopaka. Przerwał pieszczoty. Rozpiął pasek, a następnie rozporek ciemnowłosego. Cofnął się, by ściągnąć z niego spodnie. Chwilę później, pozbawił go również bielizny i skarpetek, które odrzucił na bok. Keith parsknął cicho. Spoglądał na Johnny’ego z uwagą. Jego oczy błyszczały z podniecenia, klatka piersiowa unosiła się szybko. Nim szatyn zdążył zrobić cokolwiek więcej, ciemnowłosy podniósł się do pozycji siedzącej. Najpierw zdjął z Johnny’ego sweter, by następnie natychmiast wpić się gwałtownie w jego wargi. Johnny objął go wokół pasa, przyciskając do siebie. Przesunął palcami po podbrzuszu bruneta, by ostatecznie zacisnąć je na jego męskości. Keith jęknął głucho wprost w jego wargi. Odsunął się jednak po chwili, by rozpiąć rozporek Johnny’ego. Sam szatyn podniósł się niecierpliwie, zsuwając z pośladków spodnie wraz z bielizną i uwalniając spragnioną dotyku kochanka męskość. Zaczęli pieścić się wzajemnie. Johnny wciągnął chłopaka na swoje kolana, nie przestając całować go namiętnie. Język Keitha przemknął po jego ustach, wdzierając się w nie na powrót. Zaraz jednak, ich pocałunki stały się krótsze, chaotyczne, przerywane jękami i westchnieniami. Ciemnowłosy doszedł pierwszy. Johnny skończył niedługo po nim, skrywając twarz w szyi chłopaka. Przez długą chwilę tulił do siebie bruneta, uśmiechając się z zadowoleniem.
-Dziękuję- mruknął cichutko Keith.
Johnny zaśmiał się ciepło. Ucałował delikatnie czoło chłopaka, później skroń, policzek, linię szczęki i brodę… Po chwili jednak zsunął ciemnowłosego ze swoich kolan. Sięgnął po chusteczki i wytarł się, by naciągnąć na siebie bieliznę i spodnie. Wstał powoli, po czym obdarzył Keitha szerokim uśmiechem.
-Zgłodniałem- oświadczył.- Na co masz ochotę?- dodał, kierując się do kuchni.
Zatrzymał się, widząc, że Keith z wyraźnym zawstydzeniem spogląda na narzutę kanapy, na której pozostały ślady tego, co robili. Brunet odkaszlnął cicho, wbijając w kochanka zakłopotane spojrzenie.
Johnny zachichotał.
-Nie martw się. Wrzucę to do prania, Rose nie zauważy.
Keith pobladł, chyba dopiero teraz przypominając sobie o gosposi.
-Nie masz się czym przejmować, serio- uspokoił go szatyn, rozbawiony jego zażenowaniem.
-Mhm…- odmruknął niepewnie brunet, nakrywając się narzutą.
Johnny pokręcił głową i chichocąc, przeszedł do kuchni. Otworzył lodówkę, wyjmując z niej przygotowanego świeżo przez Rose kurczaka, ziemniaki i jakąś surówkę.
-Zjesz ze mną, Keith?- zawołał.
-Mogę zjeść…- usłyszał odpowiedź bruneta.
Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem.
To oznaczało, że mieli dla siebie jeszcze trochę czasu.

Kanapa była niewygodna i jak się okazało, w pewnym momencie zabrakło im na niej miejsca. Johnny zdjął narzutę i rozłożył ją na podłodze. Leżeli na niej obaj, na brzuchu, oglądając telewizję. Przynajmniej teoretycznie, bo chyba żaden z nich nie nie wiedział, za bardzo, co dzieje się na ekranie, zajęty czymś zupełnie innym i zmęczony. Kawałek dalej stała, prawie całkiem opróżniona, miska po chipsach, których fragmenty zresztą uporczywie wbijały się w ciało Johnny’ego, nie pozwalając mu ułożyć w wygodny sposób. Pewnie dlatego, że przewrócił naczynie i wysypał znaczną część jego zawartości, gdy w pewnym momencie, cokolwiek gwałtownie, powrócił do bardzo uważnego badania ciała ciemnowłosego.
Od czasu przyjścia Keitha minęło kilka godzin. Na dworze już dawno zapanowała ciemność. Byli nieco znużeni. Szatyn błądził leniwie palcami po nagich plecach chłopaka, kreśląc na nich jakieś wzory. Obaj byli w samej bieliźnie. Jednocześnie, co jakiś czas, całował delikatnie jego wargi i policzek.
-Która godzina…?- zapytał brunet, nieco nieprzytomnie. Johnny’emu zdawało się zresztą, że już jakiś czas temu przysnął na kilka minut.
Chłopak zdobył się na to, by podnieść się nieco i zerknąć na zegarek.
-Dwudziesta pierwsza…- odpowiedział, opadając na posłanie.
-Tak późno?- zmartwił się Keith.
Johnny jęknął w duchu.
-… pięćdziesiąt siedem…- przyznał.
-Co?!- brunet natychmiast zerwał się na nogi, odzyskując energię.
-Zostań!- jęknął Johnny, chwytając go za nadgarstek i zatrzymując przy sobie.
-Nie mogę- odparł ciemnowłosy.- Muszę napisać coś na jutro, zresztą, jest już naprawdę bardzo późno…
-Więc zostań na noc- upierał się szatyn.
Keith spojrzał na niego surowo.
-Nie ma mowy- stwierdził kategorycznie.
-Dlaczego? Nastawię budzik na wcześniejszą godzinę i odprowadzę cię zanim Rose wróci… Albo po prostu zostaniesz, co za różnica…? Przecież już wcześniej nocowali u mnie znajomi…
-Nie sądzę, żeby z którymś z nich przyłapała cię w jednym łóżku w dość… dziwnym ułożeniu- odpowiedział z zawstydzeniem Keith.- Nie naciskaj, Johnny- dodał natychmiast. Szatyn zrobił wyjątkowo nieszczęśliwą minę, ale ciemnowłosy wydawał się być nieubłagany.- Naprawdę lepiej będzie jak już pójdę…
Zaczął zbierać swoje ubrania i nakładać je na siebie w pośpiechu. Johnny podniósł się na przedramionach, przyglądając mu się.
-Odwieźć cię?- zapytał.
Keith parsknął tylko cicho.
-Powiedz chociaż, że jutro też przyjdziesz…- poprosił szatyn.
Brunet zatrzymał się na moment, dopinając spodnie.
-Nie bardzo…- odpowiedział po chwili z głębokim westchnieniem. Johnny jęknął, absolutnie zdruzgotany i spojrzał na niego błagalnie.- Nie mogę. Muszę zostać z Angie, moja mama wyjeżdża na dwa dni…- wzruszył ramionami, ale był wyraźnie niezadowolony i poirytowany.- Opiekunka przyjdzie rano, gdy będę w szkole. Później muszę się nią zająć sam.
Johnny pokiwał głową ze zrozumieniem.
-Więc mamy tylko jedno rozwiązanie…
Keith spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Musisz zaprosić mnie do siebie- dopowiedział szatyn, uśmiechając się szeroko.- Wtedy nie będziesz sam. A ja będę z tobą.
Brunet parsknął z rozbawieniem i pokręcił głową.
-Johnny, naprawdę nie musisz…- zaczął zwyczajowo.
-Ale chcę- odparł równie uparcie, co zwykle, chłopak.
Keith wpatrywał się w niego przez długą chwilę, wyraźnie wahając się.
-Dobrze- odpowiedział w końcu, kiwnąwszy głową.- Możesz przyjść.
Johnny obdarzył go ciepłym uśmiechem.
Świat Keitha był inny. Dziwny i momentami zupełnie niezrozumiały. Ale ciekawił Johnny’ego równie mocno jak sam chłopak. Chciał, żeby Keith mu zaufał. Zupełnie i całkowicie. Zapomniał jednak o tym, że trudno zapracować na czyjeś zaufanie, samemu skrywając przed kimś tajemnice.

niedziela, 13 stycznia 2013

Rozdział 34 [Chaos]


Amir umierał. A przynajmniej tak mu się zdawało, bo od ponad godziny, z krótszymi i dłuższymi przerwami, wymiotował w pobliskie krzaki. Potomek wilków, po kilku dość nieudolnych próbach okazania wsparcia i pomocy, i dość mało uprzejmych odpowiedziach kompana, stał wsparty o pobliskie drzewo i przyglądał mu się z wyrazem twarzy, który daleki był od współczucia, ale podejrzanie bliski rozbawienia, czego jednak człowiek nie wiedział i bogom dzięki. A przecież jeszcze rano czuł się doskonale. Zjedli coś jak zwykle razem, ruszyli w drogę, przeszli spory kawał… Potem rozbolał go brzuch, ale nie było to nic bardziej nieznośnego niż zwykle, jakieś pół godziny później zdecydował, że się zatrzymają, wypoczęli przez kwadrans i zdawało się, że wszystko w porządku, więc ruszyli dalej. A chwilę potem, Nadim stanął przy nim, pytając o coś, czego Amir już nawet nie pamiętał, i nagle, nie wiedzieć kiedy, dzisiejsze śniadanie człowieka, wylądowało pod nogami potomka wilków, co ten przyjął z lekkim zdziwieniem, aczkolwiek bez najmniejszego oburzenia. Oburzył się natomiast Amir, bo ten mały incydent był ledwie początkiem do potwornej rzyganiny, która ciągnęła się już zdecydowanie zbyt długo, by mężczyzna miał siłę to znosić. Wydawało mu się, że cokolwiek miał zwrócić, zwrócił już dawno i, jak tak dalej pójdzie, wyrzuci z siebie własne wnętrzności, ale te rozważania nie okazały się zbyt pomocne i nie przyniosły żadnego skutku. Najwyraźniej jego organizm miał na ten temat własne zdanie.
Torsje na moment ustały, chociaż człowiek nie miał najmniejszych wątpliwości, że za chwilę powrócą ze zdwojoną siłą. Przetarł wargi, wyprostował się dość słabo i obejrzał na kompana.
-Jak się ma wybraniec demona…?- zakpił Nadim, podając mu wypełniony bukłak z wodą.
-Bawi cię to?- burknął mężczyzna, drżącą dłonią otwierając pojemnik i wlewając w siebie spory haust wody, choć nie miał złudzeń, że ta zaraz wyleci tą samą drogą.
-Wybraniec demona rzygający jak najęty…? Potwornie…- przyznał potomek wilków, na wszelki wypadek zabierając kompanowi przedmiot z rąk.
-Nie żartuj sobie… z takich rzeczy…- wydusił z siebie Amir, już czując zbliżającą się falę mdłości.
-Nie żartuję… tylko wytykam ci pewne błędy w twoim rozumowaniu…- stwierdził Nadim, który od kilku dni nie czynił nic innego.
-Żebym ja ci zaraz nie wytknął…- warknął człowiek i urwał w połowie, jęknąwszy głucho.- O bogowie…- szepnął słabo i zaraz nachylił się na powrót.
Kolejna seria wymiotów była nieco mniej intensywna niż poprzednie, ale, paradoksalnie, jeszcze bardziej wycieńczająca… Amir podniósł się znowu, oddychając płytko. Znowu obejrzał się na towarzysza. Zmarszczył brwi, widząc, jak ten kuca przy jednym z krzaków, zbierając zawieszone na nim jeżyny. Moment później, bez chwili wahania, wsunął jedną do ust i uśmiechnął się do siebie, wyraźnie bardzo zadowolony.
-Jak w ogóle możesz teraz jeść?!- ofuknął go mężczyzna.
Nadim podniósł na niego zdumione spojrzenie.
-O co chodzi?- zapytał bez zrozumienia.
Amir sapnął gniewnie.
-Wymiotuję!- zauważył.
-Ale ja nie- odparł Nadim, wzruszając ramionami, jakby naprawdę nie miał pojęcia, o co chodzi jego kompanowi.- Jestem głodny… Łazimy cały dzień, a te są naprawdę bardzo ładne… Chcesz…?- potomek wilków uśmiechnął się cokolwiek bezczelnie.
-Śmiej się, draniu!- warknął na niego człowiek.- Powinieneś przynajmniej poczuć się do odpowiedzialności.
-Ja?- zdziwił się jego kompan.
-Tak!- parsknął kpiąco mężczyzna.- Właśnie ty! Nie udawaj zaskoczonego! Jem tylko to, na co ty polujesz i co ty przyrządzasz! Więc to, że jestem w takim stanie, to tylko i wyłącznie twoja wina! Ile razy powtarzałem ci, że za słabo dopiekasz mięso?!
-A ile razy powtarzałem ci, żebyś sam to robił…?
Amir pominął tę nieco niewygodną kwestię.
-Poza tym, ja mam się dobrze- dodał potomek wilków, prostując się i prezentując w całej okazałości, jakby ktokolwiek w to wątpił.- A przecież jemy praktycznie to samo. Powinno trafić i mnie.
-Tylko, że ty, nie masz problemu z jedzeniem surowego mięsa!- odparł z poirytowaniem mężczyzna.- A ja, co tłumaczyłem ci setki razy, owszem, mam! Więc gdybyś był łaskaw…
-Coście za jedni…?- usłyszeli czyjś głos.
Amir drgnął, dopiero teraz dostrzegając mężczyznę, który stał kawałek za potomkiem wilków, z toporem uniesionym tak, jakby gotów był do ataku i przyglądał im się z podejrzliwością i uwagą. Był starszy, koło pięćdziesięcioletni, zupełnie osiwiały z pokaźną blizną, chyba po oparzeniu, która szpeciła jego śniadą twarz. Nadim odwrócił się w jego stronę. Mężczyzna zmierzył go zdziwionym spojrzeniem.
-Niech mnie licho…- rzucił tylko, wędrując wzrokiem od poruszającego się nieco nerwowo ogona do charakterystycznych uszu.- Niech mnie licho…- powtórzył, niemalże w zadumie, zmarszczywszy brwi. Amir dobyłby miecza, ale ledwie sięgnął do klingi, poczuł, że zbiera mu się na wymioty.
-Jesteśmy wędrowcami, panie- wyjaśnił pospiesznie potomek wilków.
-Ta…- odparł zamyślony mężczyzna, nie odrywając od Nadima wzroku, po czym otrząsnął się i rzucił- Co to, wędrowcy już nie widzą płotów?
-Płotów…?- zdumiał się Nadim.
-Ano płotów! Ogrodzenia! To nie jest jakiś tam kawałek lasu, tylko mój kawałek lasu, ot co! Z dziada pradziada!- obwieścił z wyraźną dumą.- Cały teren jest ogrodzony, kawałek po kawałku, jak mogliście nie widzieć…?
-Chyba widziałem, panie…- przyznał po chwili wahania potomek wilków.- Ale… nie zwróciłem większej uwagi, zdaje mi się… Nie wiedziałem, że można mieć lasy na własność…- podrapał się po głowie, wyraźnie zdezorientowany. Amir wydał z siebie głuchy jęk, pochylając się ponownie.- To jakaś wioska…?- zapytał Nadim, zaintrygowany.
-Wioska?- skrzywił się jegomość.- Wioska, panie, to jest kawałek dalej! Prawie przylega do tych terenów, ale od tamtej strony, a to naprawdę pokaźna ziemia… Moja ziemia, panie, moja na wyłączność. Nie wiem jeszcze, co tu będę robił, póki co mieszka tu moja córa, ja też już się wybudowałem…
-Po co ci tak duże tereny, panie?- nie rozumiał potomek wilków.
-Jak to „po co”?- pan właściciel również nie rozumiał.
-Skoro i tak nie możesz ich wykorzystać…- Nadim wzruszył bezradnie ramionami, chyba naprawdę nie mogąc pojąć, że dla niektórych ludzi sam fakt posiadania czegoś był wystarczającym powodem do dumy i poczucia wyższości. Potomkowie wilków, raczej nie mieli o tym pojęcia, dzieląc ze sobą niemalże wszystko.
-Nie wszystko zawsze trzeba wykorzystywać, panie- odpowiedział, tak jak spodziewał się Amir, właściciel terenów.- A ja na pewno na tym skorzystam jeszcze… Długi czas mieszkałem gdzie indziej, bo w wiosce to za mną nie przepadają, ale zdecydowałem się jednak tutaj wrócić… Tak myślę, właśnie, może by chłopom skrócić trochę drogę, puścić ich tędy, by nie musieli łazić dookoła na swoje polowania i zbiory, a w zamian pobierać opłaty…?
-Opłaty za chodzenie po lesie…?- Nadim zdumiał się niepomiernie.
-No rzecz jasna, po moim lesie! Nie o tym zresztą miałem gadać… Co tu robicie…?- zapytał, z lekkim niepokojem spoglądając na łuk znajdując się na plecach Nadima. Fakt, że potomek wilków nawet nie pomyślał o tym, by po niego sięgnąć, uspokoił najwyraźniej tego człowieka.
Nim potomek wilków zdążył odpowiedzieć, Amir znów zaczął wymiotować.
-Oj…- mruknął z obrzydzeniem właściciel.- Ten to chyba nie czuje się zbyt dobrze, co…?
Amir bardzo chętnie odpowiedziałby mu na tę oczywistość, ale nie bardzo był w stanie i może tym lepiej dla całej sprawy.
-Dobra…- siwowłosy odetchnął, opuszczając topór.- Chodźcie no… Mam tu dom niedaleko… Możecie się zatrzymać na trochę, jeśli chcecie… Wybaczcie, że jestem taki nerwowy, ale ci wieśniacy bywają namolni i wkradają się tutaj… Licho wie, co któremuś strzeli do głowy, nim się sprowadziłem, nękali moją córkę. Ale ty jesteś, panie, całkiem sympatyczny- zwrócił się do potomka wilków.- Chodźcie, chodźcie…
Amir skończył po chwili i otarłszy wargi, zebrał się, by ruszyć wreszcie przed siebie. Nadim szedł krok w krok z nim, jakby obawiał się, że człowiek zemdleje, do czego w sumie niewiele brakowało, bo Amirowi rzeczywiście było jakoś słabo, o zawrotach głowy nie wspominając. Dotarli jednak do wykarczowanego terenu, gdzie stał dom mężczyzny. Ten zatrzymał się u drzwi, oglądając raz jeszcze na gości trochę podejrzliwie, ale uspokoiwszy się, sięgnął do pasa po klucze i, po otwarciu trzech zamków, wpuścił ich do wnętrza.
-Chodźcie, panowie, bez lęku…- mruknął również przekraczając próg i zamykając za nimi drzwi.- Dopiero co się wybudowałem, wiele tutaj nie ma, kazałem sobie sprowadzić z miasta parę mebli, pięknych mebli, panowie, wytwarzanych z najlepszego drewna, i cały sprzęt również stamtąd pochodzi, od zdolnych rzemieślników i najlepszych handlarzy… Znalazłem nawet takiego, co mi się zadeklarował sprowadzić jakieś przedmioty z innego kontynentu…
-Jakie przedmioty?- zainteresował się Nadim.
Mężczyzna spojrzał na niego zdziwiony.
-No… przedmioty po prostu- odparł, sam wyraźnie nie wiedząc i wzruszył ramionami.- Grunt, że stamtąd, nie? Zmierzam po prostu do tego, że trochę się naczekam, nim całość dostawy tutaj dotrze… A ty coś za jeden w ogóle…?- zwrócił się do Nadima i widać było, że to ciekawiło go od samego początku.
-Nazywam się Nadim- odparł tamten.
-Nie o to pytałem…
-Jestem potomkiem wilków- wyjaśnił kompan Amira, nieco zaskoczony.- Nie słyszał pan o nas?
-Słyszeć to i słyszałem- potwierdził siwowłosy, kiwając głową.- Ale na oczy to nigdy nie widziałem… Pół życia spędziłem w tej wiosce, a jak już podróżowałem, to i tak niezbyt daleko stąd… Ale tak, słyszałem o was to i owo… Jeden karczmarz dużo gadał  o istotach, co są niby od wilków, a mają ogon jak psy i uszy jak psy… Ale gadał też o niebieskich wróżkach wielkości dłoni, więc zbytnio go nie słuchałem…- zachichotał.- Chodźcie tu…
Przeszli do jednego z pomieszczeń. Stał tam nieduży stół z kilkoma krzesłami. Było też palenisko. Przy ścianie leżały różnego rodzaju pakunki, torby i skrzynie. Ten człowiek najwyraźniej mówił prawdę i dopiero zaczynał się tutaj wprowadzać. Zresztą, przedsionek w którym najpierw się znaleźli, był nieoświetlony i zupełnie opustoszały, co również na to wskazywało. Jegomość natychmiast wręczył Amirowi sporą miednicę, na widok której, mężczyźnie znów zebrało się na mdłości, ale jakimś cudem udało mu się powstrzymać. Opadł na jedno z krzeseł, a Nadim usiadł obok niego.
-A jak tobie na imię, panie?- zwrócił się do chorego siwowłosy.
-Amir…- wydusił z siebie mężczyzna.
-Miło poznać. Clach- przedstawił mu się właściciel ziem, skinąwszy uprzejmie głową. Amir już wcześniej dostrzegł, że jego gesty, mimika, styl bycia, są odrobinę dziwaczne i groteskowe. Chodził z uniesioną wysoko głową, stąpał z pokraczną dumą i chyba zdawało mu się, że w ten sposób pasuje do drogiego stroju, jaki nosił. Był wieśniakiem, który w jakiś sposób dorobił się sporego majątku i teraz usiłował przestać być tym, kim się urodził, a awansować do rangi szlachcica.- O, chwila moment, panie, zaraz ci ulży- zwrócił się do Amira, zatrzymując się przy pakunkach, które zaczął zaraz przyglądać.- Mam tutaj doskonałe lekarstwo, świetny specyfik, dostałem zresztą, od pewnego uzdrowiciela, uzdrowiciela samego króla, naprawdę doskonały specjalista… Momencik, momencik… O, to chyba to… Ach, nie, wybacz, panie… To zdaję się trutka na te przeklęte szkodniki… Już, już, momencik… No i mam!- obwieścił zaraz z dumą, stawiając przed Amirem niewielką buteleczkę z jakimś mdławego koloru płynem.
-Nie, dziękuję…- odmówił Amir, siląc się na uprzejmość.
-Ależ czemu, panie…? Bez lęku! To świetny specyfik, no doskonały! Zawsze piję, jak mnie w brzuchu kręci i ulga na miejscu, panie! Nawet, jak sobie wcześniej popiję!- dodał, chichocąc.
-Naprawdę…?- zainteresował się Nadim, podnosząc buteleczkę i otwierając ją. Powąchał ją, po czym śmiało upił łyk.
-Co ty wyrabiasz?!- warknął Amir, spoglądając na niego z oburzeniem.
-Jest… dziwne w smaku…- ocenił potomek wilków, mlasnąwszy, po czym podał buteleczkę kompanowi.- Napij się. Całkiem przyjemne.
Człowiek spojrzał na niego cokolwiek morderczo. On nie miał samobójczych zapędów, w przeciwieństwie do kompana, ale właściwie było mu wszystko jedno. Napił się niewielkiej ilości specyfiku. Płyn był odrobinę łykowaty i dziwnie gęsty. Mężczyzna skrzywił się z początku, ale zaraz poczuł się tak, jakby substancja chłodziła go od środka, orzeźwiając i na chwilę odpędzając mdłości. Odetchnął głębiej, mając nadzieję, że przy okazji nie wypali mu wnętrzności.
-Lepiej panie, co?- uśmiechnął się właściciel, będąc o tym przekonany.- Działa przez jakiś czas, więc weźcie to sobie…
Amir jeszcze łypał na specyfik nieufnie, więc to potomek wilków bez wahania zgarnął buteleczkę.
-Ale właściwie… Tak sobie myślę, panowie, może zostaniecie, póki nie wydobrzeje…?- zaproponował gospodarz.- Nie tu, rzecz jasna, bo tu nie ma miejsca, ale zaprowadzę was do mojej córy… Ona dobrze was ugości…
-Jesteś pewien, że nie będziemy przeszkadzać, panie?- zaniepokoił się Nadim, którego zazwyczaj takie „drobnostki” nie niepokoiły ani trochę.
-Skądże!- machnął dłonią.- Tu nie ma nic do roboty! Ludzie z wioski albo uprzykrzają mi życie albo trzymają się ode mnie z dala! Och, alkohol mi się skończył, niech to diabły…- mruknął, niezadowolony, przestając przeszukiwać pakunki i siadając obok przybyszy.- Powiem wam coś, panowie, bo już mnie to wszystko drażni… Mój prapradziad posiadał tę ziemię… Tę, na której teraz jesteśmy, kawałek po kawałku, cała była jego… Ale właśnie doszło tam do sporu z wsią i mu tę ziemię zabrali… Chłopi wykarczowali część lasu, później pobudowali sobie domy, kilka, nie więcej, polowali tutaj… Prapradziad był już stary i na granicy śmierci, więc nie walczył o nią zbytnio, pradziad właściwie wcale się tym nie interesował, choć powinien, ale dziadek już zaczął starania. Chociaż on to formalnie, tu się zgłaszał, tam chodził do ludzi… Mój ojciec już szedł inną drogą. On wiedział, że z tymi prostakami to trzeba stanowczo!- siwowłosy uderzył pięścią w stół.- Do nich, panie, nie można uprzejmie, nie można z serdecznością, bo jak się zaprą, panie, to koniec! Do nich trzeba ze stanowczością, z szantażem, bez żadnych oporów… No i ojcu coś tam się udało odzyskać, ale to był ledwie skrawek… A później udało się resztę odzyskać mnie- stwierdził z zadowoleniem.- To nie były łatwe czasy… Większość stojących tu domów spłonęła, paru ludzi przypłaciło to życiem, ale mimo to… Tak czy inaczej, od tamtego czasu źle na mnie patrzą, wygadują o mnie takie bzdury, że się to w głowie nie mieści i pewnie najchętniej by mnie zabili, ale niedoczekanie ich! Ja się tu przeniosę jeszcze z całą świtą, ze służbą, ze wszystkimi i panie, nie będzie tu żadnej wsi, ale miasto z prawdziwego zdarzenia! A ja będę królem tego miasta! Ha! Tak sobie właśnie myślę…
Amir uśmiechnął się dość niemrawo. Te ambitne marzenia miały marne szanse realizacji, o ile miały je w ogóle, ale nie miał ochoty spierać się z tym człowiekiem. Nadim sprawiał wrażenie odrobinę zdezorientowanego, a może i nabrał pewnego dystansu do rozmówcy, bo zdawało się, że w jednej chwili stracił do niego całą sympatię. Nie było w tym zresztą nic dziwnego. Mieszkańcy lasów, na siłę usuwani ze swoich domów… Cóż, musieli mu się kojarzyć dość jednoznacznie.
Właściciel ziem żalił im się jeszcze przez kilkanaście minut, narzekając na swoją dolę, po czym zdecydował się, iż przeniosą się do jego córki. Wyszli z domu, idąc przez chwilę leśną ścieżką. Amir odniósł wrażenie, że nieczęsto miewał gości. Chyba szukał podziwu i możliwości podzielenia się tym, co zdarzyło się w jego życiu, bo mówił bardzo dużo, wspominając także o prywatnych sprawach, co raczej nie było normalne. Opowiadał o córce i wnuczce, narzekając na mężczyznę który je porzucił i chwaląc je za zaradność. Wreszcie znaleźli się przy piętrowym domu. Ten był starszy, Amir odniósł wrażenie, że dużo starszy od tego zbudowanego niedawno przez mężczyznę. Uwiązany na dworze pies szczekał jak oszalały i chyba dobiegłby do nich bez chwili wahania, gdyby miał taką możliwość.
-On tak zawsze- uspokoił swoich gości siwowłosy i załomotał do drzwi, po czym bez czekania na to, aż zostanie wpuszczony, sam wszedł do środka, wpuszczając również wędrowców.
-Ojcze…?- dobiegł z drugiego pomieszczenia kobiecy głos i zaraz w progu pojawiła się córka mężczyzny. Miała czarne, długie włosy, oczy również ciemnego koloru, ubrana była raczej skromnie, podobnie do wieśniaków. Spojrzała na towarzyszy siwowłosego z nieufnością, a gdy jej wzrok spoczął na Nadimie, zdawało się, że wręcz się przeraziła.- Witam…- odezwała się cicho.
Amir i Nadim skinęli jej głowami.
-Mam nadzieję, że nagotowałaś więcej!- zawołał radośnie jej ojciec.- To moi goście… Zatrzymają się u ciebie przez kilka dni…
Nie trzeba było przyglądać się kobiecie długo, by dostrzec, że zdecydowanie nie jest z tego zadowolona. Uśmiechnęła się do przybyłych uprzejmie, po czym rzuciła dość surowym tonem:
-Ojcze, możemy porozmawiać?
-Rzecz jasna… Siądźcie sobie, panowie- człowiek podążył za córką.
Amir i Nadim spojrzeli po sobie bez zrozumienia, nie bardzo wiedząc, gdzie mają siąść, skoro stali wciąż w przedsionku. Ostatecznie więc zostali w tym samym miejscu i przez to doszły do nich głosy spierających się ojca i córki:
-… Oni mają tu zostać…? Chyba żartujesz…
-Dlaczego? To sympatyczni ludzie…
-Ludzie?- parsknęła cicho.- Jeden chyba nawet nim nie jest… A nawet jeśli, jak to sobie wyobrażasz? Mam zostać z dwoma obcymi mężczyznami pod moim dachem…? Sama?- zapytała z obawą.
-Och, dajże spokój! Zawsze podejrzewasz wszystkich o najgorsze!
-Muszę- odparła z naciskiem.- Mam córkę.
-Nie wyglądają na takich… Zresztą, powiedz sama, kiedy ostatnio ktoś tu był…? Normalni z nich wędrowcy, jeden czuje się gorzej, wydobrzeją, pójdą sobie… A najwyżej spuścisz psa z łańcucha i będzie po problemie…
-Chyba, żeby zagryzł nas wszystkich… Wiesz, że nie znoszę tego bydlęcia…
-Więc mogę tu zostać, jeśli cię to uspokoi.
-Gdzie?!- parsknęła z irytacją.- Jest jeden wolny pokój, z jednym łożem! Nawet oni się nie zmieszczą!
-Jakoś sobie poradzą…
-Przepraszam…- Nadim wszedł do wąskiej kuchni, najwyraźniej zdecydowawszy się interweniować.- Nie chciałem podsłuchiwać, ale… Naprawdę nie chcemy sprawiać kłopotów. Więc, jeśli…
-Żaden kłopot, panie!- zapewnił go gorąco właściciel ziem.
Jego córka uśmiechnęła się, siląc na uprzejmość, ale widać było, że ten pomysł wciąż jej nie zachwyca.
-Oczywiście…- odpowiedziała cicho.- Przejdźcie do jadalni, proszę… Zaraz podam obiad…
Tak też uczynili, chociaż żaden z przybyłych nie był do końca przekonany, czy rzeczywiście powinni się tu zatrzymywać. Ujadanie psa dochodzące z dworu było dla Amira niemalże nie do zniesienia.
-Przepraszam, panowie, że musieliście tego słuchać…- powiedział gospodarz, kładąc na stole, przed gośćmi, dodatkowe nakrycie.- To dobra dziewczyna, ale strasznie uprzedzona do mężczyzn, tak mi się zdaje… Chyba przez to, że ją chłop zostawił… Zero odpowiedzialności! Babę jak babę, ale i dziecko…? Ja ze swoją wytrzymałem i jak była młoda, i jak chorowała, i po śmierci sam córkę wychowałem, a tamten… Ech, szkoda słów na drani…- mruknął, sięgając po trunek, którego nie poskąpił mężczyznom, zalewając nim ich kubki do pełna.
Amir swojego nie tknął, bo choć trochę mu się poprawiło, wciąż nie czuł się zbyt dobrze. Zresztą wydawało mu się, że branie czegokolwiek od człowieka, który może pomylić lekarstwo z trutką jest nieco ryzykowne. W progu pomieszczenia pojawiło się jakieś dziecko. Mała dziewczynka, odziana w sukienkę, ze sporym opatrunkiem na jednym z ramion i ciemnymi włosami, splątanymi w krótkie warkocze. W pierwszej chwili chciała chyba podbiec do dziadka, ale zobaczywszy gości, zatrzymała się gwałtownie, wpatrując się w nich z dziwnym lękiem. Siwowłosy podszedł do niej i wziął na ręce.
-Agnes! Jak się ma moja mała duma…?- zagadnął ją, obracając w powietrzu.- Ci mili panowie zatrzymają się z nami na dzień czy dwa…- odstawił dziecko na podłogę.- Przywitaj się ładnie.
Agnes stanęła przy siedzącym z brzegu Nadimie i chwyciwszy za rąbki sukienki, ukłoniła się jak przystało. Nadim wstał z miejsca i klęknął przy niej, uśmiechając się pogodnie.
-Jak masz na imię…?- rzucił, jak gdyby nie słyszał.
-Agnes…- odparła niepewnie.
-A ja nazywam się Nadim. Jestem potomkiem wilków- dodał, widząc, że dziewczynkę bardzo zaciekawiły jego specyficzne uszy. Poruszył nimi lekko. Uśmiechnęła się, chyba odrobinę bardziej ośmielona.- Mam też ogon…- dodał, machnąwszy kilkakrotnie wspomnianą częścią ciała.
Amir parsknął cicho, przyglądając się towarzyszowi ukradkiem. Nadim lubił dzieci.
-Chodź tu, maluchu…- przywołał dziewczynkę dziadek, siadając na swoim miejscu. Odbiegła od Nadima i usadowiła się na kolanach siwowłosego.- A co tu się stało…?- zmartwił się mężczyzna, spoglądając na widoczny opatrunek.
-Poparzyłam się- odparła płochliwie dziewczynka.
-O, to niedobrze! Ja też się kiedyś poparzyłem…- zaśmiał się dziadek, wskazując na swoją twarz.- Wiele lat temu…
-Wiem- powiedziała cicho.
W pomieszczeniu pojawiła się jej matka. Na stole ustawiła półmisek pełen upieczonych świeżo ryb.
-Zaraz przyniosę też inne mięso i kompot…- rzuciła nieco znużonym głosem, wychodząc pospiesznie.
Agnes obejrzała się za nią, po czym rzuciła do siwowłosego:
-Dziadku, nie przychodź tutaj.
-Hę…?- zdumiał się siwowłosy. Zerknął po twarzach nieco zaskoczonych gości, po czym skierował wzrok na dziewczynkę.- O czym ty mówisz, drobino…? Nie chcesz widzieć dziadka…?
-Chcę- odparła ciemnowłosa.- Ale nie tutaj. Tutaj jest ta kobieta. I pyta o ciebie.
-Jaka znów kobieta?- mężczyzna spojrzał na nią bez zrozumienia.
-Maledictina… Mówiła, że ją znasz.
-Nie sądzę… Co to za dziwne imię… - odpowiedział wyraźnie zdezorientowany właściciel i pokręcił głową.- Czego właściwie chciała…? To jedna z wieśniaczek…?
-Nie. Mieszka tutaj.
-Co?- zdumiał się siwowłosy.
-Znowu o tym opowiadasz…?- rzuciła matka dziewczynki, pojawiając się w pomieszczeniu z dzbanek kompotu.- Wybacz jej ojcze, coś sobie ubzdurała.
-Wcale nie!- zaperzyła się Agnes, schodząc z kolan dziadka i siadając na miejscu obok.
-Agnes…- kobieta spojrzała na nią stanowczo, po czym zerknęła w kierunku przybyszy, jakby odrobinę zawstydzona słowami córki.- Proszę wybaczyć, to chyba taki wiek… Zaraz przyniosę resztę…
Gdy stół był już zastawiony, zresztą zdecydowanie zbyt obficie jak na taką ilość osób, zaczęli jeść. Niemalże wszyscy, bo Amir nie tknął niczego. Już sam zapach drażnił jego nozdrza i wywoływał dość nieprzyjemne odczucia, ale wytrzymał przy stole. Nadim jadł za trzech, zresztą jak zwykle, gdy miał okazję zjeść coś przyzwoitszego, właściciel zachwalał z dumą ryby, które pochodzić miały z jego własnego stawu i ,rzekomo, były najbardziej okazałymi i najsmaczniejszymi w całej okolicy, Agnes uśmiechała się ukradkowo do potomka wilków, gdy ten przenosił na nią spojrzenie, odpowiadając jej tym samym i ,niekiedy, robiąc głupie miny, a matka dziewczynki milczała, raczej nieszczególnie ciesząc się z głośnego towarzystwa. Minęło około trzech godzin, gdy siwowłosy zdecydował się wrócić do domu i zająć rozpakowywaniem, zostawiając swych gości w rękach niezadowolonej z takiego obrotu spraw, córki. Ta jednak, z wymuszoną uprzejmością, poinformowała gości, że przygotuje im pokój. Wcześniej jednak przeszła do kuchni, sprzątając po posiłku. Agnes pobiegła za nią. Amir i Nadim zamierzali przewietrzyć się i umknąć na chwilę od dość dziwacznej atmosfery, ale zatrzymując się w przedsionku, usłyszeli rozmowę, która ich zaciekawiła.
-Powiedz jej, żeby sobie poszła!- rzuciła dziewczynka.
-O czym ty mówisz, Agnes…?- głos kobiety drżał lekko, była wyraźnie poirytowana i zniecierpliwiona, ale starała się tego nie okazywać.
-O tej kobiecie! Ona chce zrobić dziadkowi krzywdę! Szuka go!
-Agnes, na litość bogów, naprawdę nie wiem, co sobie ubzdurałaś…- westchnęła, zmęczona.- To ci chłopcy ze wsi, którzy wkradają się do lasu…? Oni naopowiadali ci tych bredni…? Chcą cię wystraszyć.
-Nie. To ona mi powiedziała. Mówiłam ci, że przychodzi do mnie w nocy!
-Agnes…
-Mamo, każ jej odejść! Dlaczego nie każesz jej odejść?!
-Bo nie wiem, nie mam pojęcia, o czym ty w ogóle mówisz!- wykrzyknęła niepohamowanie kobiet. Nadim zdecydował się wejść do pomieszczenia. Amir ruszył za nim, ale żadna z rozmawiających w pierwszej chwili nie zwróciła na nich uwagi.- Nie ma tu żadnej kobiety, Agnes! Żadnej! Ile razy mam z tobą obchodzić cały dom?!
-Ale ona…
-Nikt nie byłby w stanie się tutaj ukrywać!
-Ona się ukrywa! Każ jej odejść! Dlaczego nie każesz jej odejść, mamo?! Ona sobie pójdzie!
-Agnes…
-Dlaczego?!
-Nie zamierzam słuchać tych bzdur!
-Więc dlaczego w ogóle ją tutaj wpuściłaś?!- upierała się dziewczynka.
Dopiero wtedy jej matka dostrzegła mężczyzn. Drgnęła lekko i spojrzała na nich, po czym przeniosła wzrok na córkę.
-Nikogo nie wpuszczałam- odpowiedziała, opanowując emocje.
-Nieprawda!- zaperzyło się dziecko.- Sama widziałam! Przyszła w nocy i zapukała tutaj, a ty jej otworzyłaś… Pozwoliłaś wejść jej do środka! Każ jej odejść, mamo!
-Skoro tak było, dlaczego niczego takiego nie pamiętam…?- kobieta spojrzała na nią bez zrozumienia.
Dziewczynka milczała.
-Agnes…?- zagadnął ją Nadim.- Może chcesz się pobawić na dworze…?
Dziecko skinęło niepewnie głową.
-Nie!- zaprotestowała jej matka, odrobinę zbyt gwałtownie. Widać było, że spogląda na nich z dużą nieufnością. Zaraz jednak opamiętała się i rzuciła- Tu… Tu w pobliżu, dobrze…?- wyraźnie niepokoiła ją cała sytuacja.
Nadim skinął głową i wziął dziewczynkę za dłoń, wyprowadzając ją z domu. Amir obejrzał się za nim, zamierzając wyjść, ale ostatecznie zdecydował się zapytać:
-O czym mówi pani córka…?
Kobieta parsknęła gorzko.
-Chciałabym wiedzieć- odparła ze zmęczeniem.- Już jakiś czas temu sobie to ubzdurała… Chyba wieśniacy ją straszą… To taka banalna historia, zupełnie nie wiem, czemu ktoś opowiada ją dziecku… Oni naprawdę nas nienawidzą…- westchnęła ciężko.
-Historia…?- zainteresował się mężczyzna.
Ta spojrzała na niego ukradkiem, jakby w pierwszej chwili nie zamierzała nic mówić, ale ostatecznie zaczęła:
-To nie jest chlubny moment dla mojej rodziny. Chcieliśmy odzyskać tą ziemię. Mój dziadek… wraz z moim ojcem, choć on był wtedy dość młody… chciał raz na zawsze pozbyć się ludzi, którzy tu mieszkali. Kazał memu ojcu i kilkunastu chłystkom ze wsi, którym sowicie zapłacił, żeby przyszli tutaj i spalili wszystkie domostwa… Mieli wypłoszyć stąd ludzi… Nie sądzę, żeby komuś miała zdarzyć się krzywda…- dodała natychmiast.- To znaczy nie sądzę, żeby mój dziadek coś takiego planował… Ale był strasznie niecierpliwy. A ci ludzie, którym kazał to zrobić… byli potworni. I…- umilkła na dłuższą chwilę. Zagryzła nerwowo wargę, odwracając na moment wzrok w kierunku okna.- Zrobili to, co im kazano… Wieśniacy uciekli. Większość z nich. Ale w tym domu, w którym jesteśmy teraz… To dość potworny zbieg okoliczności…- odetchnęła płytko, przeczesując palcami włosy.- Z początku nie chciałam tu mieszkać, ale przecież to tylko dom… Nie spalili go. Tylko weszli do środka… Bo tutaj mieszkała pewna kobieta. Młoda kobieta…- przełknęła ślinę.- I oni… Hm… Sądzili, że… Mogą… Cóż… Złapali ją tutaj. Było ich kilku i… Hm… Ona wybiegła po wszystkim, ale… Ale później złapali ją w lesie i… Podpalili ją. Mój ojciec nie brał w tym udziału- zaznaczyła natychmiast stanowczo.- Próbował ich powstrzymać. Gdy zobaczył, co się dzieje, usiłował jej pomóc. To wtedy jeden z tych ludzi oparzył go mocno. Ale i tak, cała odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, spoczęła na nas. Wtedy jeszcze nie było mnie na świecie, ale ojciec opowiadał mi o tym… Później trochę się uspokoiło… Ci wieśniacy, którzy wtedy z nim przyszli… Część z nich została osądzona, ale nie wszyscy… Wszyscy jednak zginęli. W dość niedługim czasie, to był duży zbieg okoliczności, ale tak się stało… Mieszkańcy wymyślili sobie pewną historyjkę, która miała to tłumaczyć. O kobiecie. Maledictina, tak miałaby się nazywać… Podobno widzieli jakąś postać snującą się nocami po wsi… To bzdura, wiem o tym- dodała natychmiast, kręcąc głową.- Ale moja córka się boi. Wszystko dlatego, że ci ludzie wciąż przychodzą tutaj, domagają się by przywrócić im te ziemie, opowiadają te straszne rzeczy, a ja boję się, że ktoś mógłby nas skrzywdzić… Setki razy powtarzałam mojemu ojcu, żeby się opamiętał i zostawił to wszystko, ale on uważa, że zbyt długo o to walczyliśmy… Moim zdaniem popełnia duży błąd.
Amir nie odpowiedział ani słowem.
Zdawało mu się jednak, że przy takim oporze wieśniaków, królestwo tego człowieka upadnie jeszcze nim powstanie.

Amir siedział na jednym z foteli ustawionych przed kominkiem. W jednej ręce trzymał do połowy pełen kieliszek, z którego co jakiś czas, upijał niewielki łyk wina. To była, zresztą,pierwsza rzecz, jaka przeszła mu dziś przez gardło. Czuł się już lepiej, choć kilka godzin wcześniej dopadła go kolejna fala mdłości, tym razem jednak mniej gwałtowna. Na dworze było już ciemno. Chwilę wcześniej widział potomka wilków, odprowadzającego dziewczynkę do pokoju i rozmawiającego z jej matką. Kobieta chyba uspokoiła się widząc, że żaden z nich nie ma złych zamiarów, choć jej nieufność nie minęła całkowicie. Amirowi trudno było się dziwić. Żyła w dość trudnej atmosferze, sama, oddalona od wioski, choć tu nie sama odległość miała znaczenie, a to, jak wielki dystans wytworzył się między tą rodziną a pozostałymi wieśniakami po tamtych zdarzeniach. Na jej miejscu, Amir również byłby pełen obaw. Właściwie fakt, że jeszcze nie doszło tu do jakiegoś linczu, który byłby zemstą za wcześniejsze zbrodnie, był zaskakujący. Małe społeczności miały to do siebie, że rzadko pozwalały sobie na zapomnienie. Nie dziwiły też opowieści i legendy jakie wokół tego urosły.
Amir wyrwał się z zamyślenia, słysząc kroki. Odwrócił głowę i dostrzegł swojego towarzysza, który zaraz usadowił się na fotelu obok. Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odzywał. Amir spuścił jedną rękę wolno za oparcie fotela. Moment później, Nadim uczynił to samo i zaraz otarł się dłonią o dłoń kompana. Człowiek uśmiechnął się mimowolnie. Potomek wilków powtórzył ten sam ruch, tym razem zahaczając palcem o palec mężczyzny. Cofnął na chwilę rękę, by zaraz chwycić za dłoń kompana, tym razem na dobre. Amir czuł, jak kciuk towarzysza gładzi niespiesznie zewnętrzną stronę jego dłoni. Było ciepło. I przyjemnie.
-Chcesz mieć dzieci?- zapytał nagle człowiek, czym chyba mocno zaskoczył potomka wilków.
Właściwie nie wiedział, czemu o to zapytał. Dobrze wiedział, że Nadim dogaduje się z dziećmi, zresztą potomek wilków parę razy wspominał coś o swojej przyszłej rodzinie, ale widząc go dziś z Agnes, Amir zainteresował się tym jeszcze bardziej. Nie dało się w końcu ukryć, że z ich… relacji… potomstwa z pewnością nie będzie. Więc jeśli dla Nadima było to ważne… Cóż. To był niewątpliwie jeszcze jeden powód, dla którego nie spoglądał na nich zbyt przyszłościowo.
-Chciałem- odpowiedział Nadim, nie uciekając od odpowiedzi.
Amir spojrzał na niego z zaintrygowaniem.
-Ile?- zapytał.
-Nie wiem- zaśmiał się potomek wilków.- Ile by się dało, trochę ciężko to zaplanować… Chociaż u nas, jak wiesz, są pewne problemy… Nie rodzi się tyle dzieci, ile powinno… Ale gdyby mi się poszczęściło…- Nadim wyszczerzył się wesoło, wzruszając ramionami.- Dziewiątkę… Albo dziesiątkę…
Amir parsknął niepohamowanym śmiechem.
-Nie próżnowałbyś- stwierdził, rozbawiony.
Nadim zawtórował mu tym samym.
-A spodziewałeś się po mnie czegoś innego?
-Po tobie?- zachichotał mężczyzna.- Nie, zdecydowanie nie…
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odzywał.
-Więc… Wszystko przed tobą…- stwierdził ostrożnie człowiek.
-Nie- zaprzeczył łagodnie potomek wilków, kręcąc głową.- Już nie.
Amira zdziwiły te słowa.
-Dlaczego?- dopytał niepewnie.
-Mówiłem ci już- Nadim nie przestawał się uśmiechać.- W życiu zmieniają się priorytety i okoliczności, a co za tym idzie, oczekiwania… Pojawiają się pewne ograniczenia… To dość naturalne…
-Ty masz jakiekolwiek ograniczenia?- zakpił mężczyzna.
-Najmniejszych- zachichotał jego kompan.- Ale kiedyś marzyłem właśnie o czymś takim. A teraz marzę o innych sprawach.
-O czym?- Amir nie mógł się powstrzymać.
Potomek wilków spojrzał na niego i uśmiechnął się w taki sposób, że mężczyzna czuł, jak na jego policzki wpełza rumieniec. Palce Nadima powędrowały wyżej, na nadgarstek kochanka, najpierw muskając go lekko opuszkami, by zaraz zacisnąć się wokół niego mocno.
-A ty…?- zapytał nagle potomek wilków, wytrącając kompana z chwilowego oszołomienia.
-Co ja?- nie rozumiał Amir.
-Chcesz mieć dzieci?
Mężczyzna zaśmiał się na te słowa kpiąco.
-Jasne…- skwitował je pobłażliwie, parsknąwszy cicho pod nosem.
-O co chodzi?
-Odpowiedź jest raczej oczywista, nie sądzisz…?- rzucił z politowaniem mężczyzna.
-Wcale nie- odparł jednak stanowczo potomek wilków.- Przecież twoje preferencje nie wykluczają chęci posiadania potomstwa.
-Ale wykluczają możliwość- odpowiedział Amir.
Nadim zachichotał mimowolnie.
-No nie wiem… Istnieją na pewno kobiety, które gotowe byłyby urodzić potomstwo księciu czy przyszłemu królowi…
Człowiek zerknął na niego morderczo.
-Ale ja nie zaliczam się do osobników, którzy zgodziliby się na coś podobnego. Zresztą, na litość bogów, nie obrzydzaj mnie…
Na te słowa Nadim zaśmiał się jeszcze bardziej.
-Nie rozumiem, jak mogą cię obrzydzać kobiety- stwierdził, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-Nie obrzydzają mnie kobiety, tylko… tylko kobiety bliżej- sprecyzował z nutką irytacji.- Po prostu mi się nie podobają, w porządku?
-To jakiś uraz…?
Amir spojrzał na potomka wilków w taki sposób, iż nie ulegało wątpliwości, że jeśli Nadim nie daruje sobie prześmiewczego tonu, sam zaraz skończy z jakimś urazem.
-Poza tym, nawet gdyby istniała taka możliwość, to zdecydowanie nie jest dla mnie- stwierdził stanowczo Amir.- Nigdy nie widziałem siebie w roli ojca, z oczywistych względów, ale w ogóle nie przepadam za dziećmi…
-Więc wygląda na to, że królewski ród zakończy się na tobie…- Nadim uśmiechnął się lekko.
-Nie tak prędko- uspokoił go pobłażliwie mężczyzna.- Nie zapominaj, że mam jeszcze brata. On ma zgoła odmienne preferencje, więc nie sądzę, by miał problem ze spłodzeniem następcy tronu.
Nadim milczał przez dłuższą chwilę.
-Z tą kobietą…?- zapytał w końcu i człowiek już wiedział, że za na tym pytaniu się nie kończy i czai się w nim coś podchwytliwego.
Amir westchnął głęboko. Były trzy tematy, które zawsze doprowadzały ich do sporu. Fortis i demon, Amir jako następca tronu i, nie wiedzieć czemu, Hadrin. Mężczyzna nie miał pojęcia, dlaczego potomek wilków, tak strasznie koncentrował się na osobie jego brata, ale mógł śmiało stwierdzić, że Nadim, nie znając Hadrina (widział go w końcu ledwie parę razy), nie darzy go sympatią.
-Może- odparł więc spokojnie mężczyzna, nie chcąc wdawać się w żadną dyskusję na temat intymnego pożycia jego brata.- Z tą, albo z każdą inną, z którą tylko zechce, to nie moja sprawa.
-On jej nie kocha- stwierdził z pełnym przekonaniem Nadim.
Amir spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Nie wiem- odpowiedział w końcu, po chwili zastanowienia.- Nie znam się na tego rodzaju miłościach, ale gdy ostatni raz sprawdzałem, była mu bardzo bliska… Zresztą od samego początku tej znajomości, był nią bardzo zafascynowany.
-Ale się z nią nie ożenił- powiedział Nadim.
-Wiesz dobrze, że to skomplikowane.
-Bo jest wieśniaczką?
Amir skinął głową.
-Takie związki nie są ani mile widziane, ani praktyczne. Ślub króla powinien być… pożyteczny dla królestwa. Jeden władca wydaję za mąż swoją córkę drugiemu, żeby zapieczętować sojusz, i tak dalej… Nie tylko arystokracja jest takiego zdania, społeczeństwo również nie lubi zbytniego „zniżania” się władzy. Hadrinowi już nie raz dostało się po uszach za ten związek.
-Więc chodzi o opinię arystokratów?- podchwycił potomek wilków.
Amir westchnął ciężko.
-Między innymi.
-Wiesz dobrze, że mam rację. Gdyby mu na niej poważnie zależało, nie przejmowałby się tym.
-To naprawdę mnie nie dotyczy… Ślub z taką kobietą byłby dla niego obciążeniem- Amir starał się bronić brata, choć właściwie sam uważał, że Hadrin powinien podjąć jakąś decyzję w tej sprawie. Albo rzeczywiście postąpić wbrew ogólnym nakazom i pojąć ją za żonę, albo zostawić ją w spokoju, a nie mamić.
-A dla ciebie, życie z mężczyzną, w dodatku potomkiem wilków, obciążeniem by nie było…- zakpił Nadim. Amir poruszył się niespokojnie.- Ty byłbyś gotów zrezygnować z wielu rzeczy. On tylko jej to obiecuje. Dobrze o tym wiesz. Zwodzi ją. Nie jest wobec niej uczciwy. Gdyby powiedział jej, że jest tylko kochanką, pewnie nie zgodziłaby się z nim spotykać. Ale ona jest kochanką księcia. I kiedy ją pozostawi, wciąż nią będzie, w oczach tych wszystkich ludzi. Przecież sam zdajesz sobie z tego sprawę.
Amir nie miał ochoty o tym rozmawiać.
-Pozwól, że zacytuję… „Jak możesz kogoś oceniać, nie znając go?”- rzucił więc złośliwie.
Nadim uśmiechnął się do niego w podobny sposób.
-Pozwól, że zacytuję…- odparł dokładnie w tym samym tonie.- „Gdyby chodziło o kogoś innego, nie miałbyś problemu z oceną”.
Obaj parsknęli śmiechem.
Wyglądało na to, że własne argumenty najtrudniej było ominąć.

Amir nie czuł się zbyt dobrze. Zdecydowanie żałował, że pozwolił sobie na drugi kieliszek wina. Nadim kilkanaście minut temu wyszedł się przewietrzyć. Amir miał na niego zaczekać, ale nieszczególnie spodobała mu się wizja spędzenia całej nocy nad miednicą, w stanie dalekim od użyteczności, więc wszedł po schodach na górę, do wskazanej im wcześniej przez kobietę sypialni, i położył się do łóżka. Był tak znużony, że nawet nieznośne ujadanie psa, który, najwyraźniej, nie męczył się zbyt szybko, dochodzące z zewnątrz, nie przeszkodziło mu w zapadnięciu w dość płytki, ale jednak, sen. Przebudził się dopiero, gdy usłyszał, jak ktoś wchodzi do pokoju. Uchylił powieki, ale nie poruszył się aż do momentu, w którym potomek wilków ułożył się obok niego, wtulając twarz w jego szyję. Amir uśmiechnął się mimowolnie.
-Jak się czujesz…?- zagadnął go Nadim, omiatając ciepłym oddechem jego skórę.
-Lepiej- odparł oszczędnie człowiek.
-Nie śnił ci się żaden koszmar, mam nadzieję…?- Amir nie był na tyle przytomny by stwierdzić to z całym przekonaniem, ale miał dziwne wrażenie, że w głosie kompana dosłyszał coś na kształt prowokacji.
-Nie wiem- odparł więc, zerkając na niego.- A to liczy się jako sen…?
-Oooch…- Nadim zachichotał z rozbawieniem.- Okrutny, urażony książę… To kara za moje drobne złośliwości…?
Amir tylko parsknął cicho, nie odpowiadając.
Wargi Nadima musnęły delikatnie jego szyję, wywołując przyjemne mrowienie rozchodzące się od miejsca subtelnego pocałunku.
-Sprawię, że to będzie najpiękniejszy sen, jaki kiedykolwiek miałeś…- stwierdził potomek wilków, uśmiechając się figlarnie. Podparł się dłońmi po obu stronach kochanka, zawisnąwszy nad nim. Przyglądał mu się z uwagą, powoli zbliżając do jego twarzy. Amir zwilżył usta językiem, zdradzając swoją niecierpliwość. Uśmiech satysfakcji wykwitł na wargach Nadima. Ale ledwie chwilę przed momentem, w którym te wargi miały połączyć się z wargami człowieka, Amir przewrócił się na bok, a następnie na brzuch, rzuciwszy krótkie i nieco kpiące:
-Czyżby…?
Niemalże słyszał jęk rozczarowania, jaki wydobył się z ust potomka wilków. Nie wyglądało jednak na to, by Nadim zamierzał na tym poprzestać. Wtulił się w plecy kompana i złożył kilka pocałunków na jego karku. Jedną dłoń ułożył na biodrze mężczyzny, drugą już zdążył wsunąć pod górną część jego garderoby.
-Jesteś najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego znam…- wymruczał kochankowi do ucha, które musnął następnie czule.
Amir nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
-Na litość bogów, Nadim…- odparł, rozbawiony.- Nie próbuj mnie zagadywać jak jakiejś podpitej dziewki w gospodzie…
-Kiedy to prawda…- westchnął tęsknie potomek wilków. Jego palce, które jeszcze chwilę temu bez skrępowania wędrowały w górę, po plecach kochanka, teraz zmieniły kierunek na przeciwny. Moment później wsunęły się powoli za pas mężczyzny, najwyraźniej, niecierpliwie wyczekując momentu, w którym będą mogły go rozpiąć.- Uwielbiam cię… Uwielbiam…- szeptał rozkosznie.- Podobasz mi się… Gdybym mógł, dotykałbym cię cały czas…
-Dotykałbyś wszystkiego, co tylko się rusza, to żadna pociecha…- drażnił się z nim mężczyzna.
-Nieprawda… Jesteś jedynym mężczyzną, który mi się podoba…- stwierdził z pełnym przekonaniem Nadim.
Amir westchnął głęboko.
-Nadal nie jestem pewien, czy to dobrze, czy źle…- odpowiedział.
Nadim zamruczał cichutko.
-Zaraz się przekonasz…
-Nie- zaprotestował stanowczo Amir.
Potomek wilków jęknął niemalże z rozpaczą.
-Dlaczego nie…?- nie rozumiał.
-Bo jesteśmy pod obcym dachem- wyjaśnił człowiek.
-No właśnie, pod dachem- Nadim najwyraźniej nie widział w tym żadnego problemu, co zresztą jego kompana wcale nie zaskoczyło.- Jest ciepło… Nie ma wilgoci… Zwierząt… Ani robactwa… I jest łóżko…- zauważył, pomrukując cicho. Otarł się policzkiem o policzek kochanka, przyciskając do niego jeszcze mocniej.
-Cudze łóżko- zauważył Amir, bo ten szczegół najwyraźniej umknął uwadze potomka wilków albo, co bardziej prawdopodobne, wcale go nie interesował.
-Co za różnica?
-Taka, że ktoś może tutaj wejść!- syknął w odpowiedzi człowiek.- Miej chociaż odrobinę przyzwoitości!
-Nie chcę przyzwoitości, chcę ciebie- stwierdził kategorycznie potomek wilków, po czym sprawnym ruchem, przewrócił kochanka na plecy, natychmiast wpijając się w jego usta.
Amir westchnął cicho, świadom tego, że i tak, nie będzie w stanie opierać się mu długo. Oddał pocałunek po chwili wahania, zamykając kochanka w swoich ramionach. Język potomka wilków penetrował wnętrze jego warg, a dłonie Nadima błądziły po jego ciele. Moment później, kochanek oderwał się od człowieka, podnosząc nieco i szybkim ruchem zdjął z siebie górną część odzienia. Amir korzystając z chwili, objął go pasie i przetoczył się z nim na bok, zamieniając ich pozycje. Rozsiadł się wygodnie na biodrach kochanka, spoglądając na niego z góry. Moment później, wpił się w jego szyję. Jedną dłonią chwycił za dłoń kochanka, splatając ich palce. Drugą, wędrował po jego umięśnionym torsie, zatrzymując się najpierw przy jednym, a później drugim sutku, poświęcając chwilę na ich pieszczotę. Nadim pomrukiwał z zadowoleniem, zaciskając palce na materiale koszuli mężczyzny. Po chwili szarpał ją dość niecierpliwie, wyraźnie nie mogąc doczekać aż zedrze ją z człowieka. Amir podniósł się na moment, zdejmując z siebie górne odzienie. Nadim podniósł się do pozycji siedzącej, obejmując ciasno kochanka. Uśmiechnął się do niego figlarnie, ledwie sekundę nim ich usta spotkały się na powrót w namiętnym pocałunku. Nadim otarł się o krocze człowieka, jęknąwszy wprost w jego wargi.
-Cicho!- syknął ostrzegawczo mężczyzna.
-Bo co…?- zapytał Nadim, oddychając płytko.
-Bo ktoś tu wejdzie…- burknął Amir z nutką zawstydzenia.
Nadim parsknął śmiechem.
-Ty byś wszedł…?- zapytał z rozbawieniem.- Słysząc tak charakterystyczne odgłosy…?
-Wolałbym, żeby nikt ich nie słyszał!- zaznaczył z irytacją mężczyzna.- I tak, kiedyś wszedłem… Gdy byłem dzieckiem i te odgłosy nie były ani trochę charakterystyczne… Zobaczyłem służkę i stajennego… Niezbyt miły widok…- dodał z ciężkim westchnieniem.
Nadim uśmiechnął się złośliwie.
-Ot, i mamy powody urazu.
Amir prychnął z oburzeniem, ale zamiast komentarza, z jego ust wyrwał się jedynie jęk, gdy poczuł, jak potomek wilków składa na jego szyi i ramionach krótkie pocałunki, przeplatane z delikatnym kąsaniem.
-Słyszysz…?- zapytał jednak po chwili, marszcząc brwi.
-Co takiego…?- wymruczał Nadim, nie zaprzestając pieszczot.
-Nic… W tym rzecz…- Amir zdumiał się nieco.- Ten pies szczeka prawie przez cały dzień, zamykając się ledwie na chwile… A teraz jest cicho…
-Najwyraźniej się zmęczył…- odpowiedział potomek wilków, musnąwszy wargami usta kochanka. Spojrzał mu prosto w oczy.- I poszedł spać…- stwierdził, kładąc Amira pod sobą.- Wszyscy poszli spać…- kontynuował, wędrując powoli opuszkami palców po klatce piersiowej mężczyzny.- Wszyscy prócz nas, więc, czy teraz, korzystając z chwili ciszy i spokoju, mogę zająć się tobą tak jak należy…?
Amir zaśmiał się niepohamowanie.
-Jeśli nie masz nawilżacza… Porządnego nawilżacza…- zaznaczył natychmiast, widząc, jak na wargach Nadima pojawia się szeroki uśmiech.- To nie masz co liczyć na nic specjalnego…
-Szkoda…- potomek wilków wcale nie sprawiał wrażenia rozczarowanego. Rozsiadł się wygodnie pomiędzy nogami mężczyzny, rozpinając jego spodnie i zsuwając je z niego bez pośpiechu. Amir spojrzał na niego podejrzliwie.- To znaczy, byłoby szkoda…- poprawił się po chwili Nadim.- Gdybym absolutnie przypadkowo nie miał przy sobie czegoś, co idealnie się nada…- sięgnął dłonią do kieszeni, wyjmując niewielką fiolkę.
-Co to takiego?- zapytał Amir, mrużąc oczy.
-Oliwka.
-Oliwka…?- rzucił z zaskoczeniem mężczyzna, podczas gdy Nadim masował delikatnie jego uda, nachylając się nad nim.- Skąd ty, u diabła, wziąłeś… Och… Och!- westchnął mimowolnie, czując, jak wargi kochanka zamykają się na jego męskości.- Tak… Hm… Hm… Nhh…- mniej więcej tyle prócz tłumionych z trudem jęków, wydobyło się z jego ust. Nie trzeba było zresztą wiele, by zapomniał o swoich pytaniach i wcześniejszych oporach. Nie mógł powstrzymać kolejnych westchnień, które cisnęły się na jego wargi w reakcji na śmiałe poczynania potomka wilków.
Nadim ostatni raz musnął wargami czubek męskości człowieka, po czym przeniósł pocałunki na wewnętrzną stronę jego ud. Błądził przez chwilę wargami po skórze mężczyzny, by wreszcie wyprostować się. Spoglądał na Amira, oddychając płytko i nanosząc substancję z fiolki na dłoń. Moment później, dwa palce potomka wilków znalazły się we wnętrzu człowieka i zaczęły szybko poruszać. Amir wczepił palce w pościel, zagryzając wargi. Usta potomka wilków znalazły się na torsie kochanka, rozpoczynając rozkoszną wędrówkę w kierunku podbrzusza mężczyzny. Jego ruchy stały się szybsze.
Gdy Nadim przestał go nawilżać, Amir przewrócił się na bok. Potomek wilków usadowił się za jego plecami. Oparłszy dłoń na biodrze kochanka, zaczął wchodzić w niego powoli. Zatrzymał się na dłuższy moment, składając na ramieniu człowieka delikatne pocałunki, po czym zaczął poruszać się w nim mocno, przytrzymując dłonią biodro Amira i kierując jego ruchami. Człowiek zacisnął powieki, westchnąwszy cicho. Początkowo czuł lekki dyskomfort, ale zaraz charakterystyczne, rozkoszne dreszcze, zaczęły przebiegać przez całe jego ciało. Kolejne pchnięcia potomka wilków przybierały na sile. Amir drżał lekko. Jęknął, gdy dłoń kochanka przesunęła się z jego biodra na męskość i zacisnęła  na niej mocno. Kolejne pieszczoty zbliżały go do końca. Odwrócił głowę, mimowolnie poszukując warg kochanka. Nadim przesunął językiem po jego ustach, po czym wpił się w nie gwałtownie. Amir jęknął głośno. Usta potomka wilków przesunęły się na brodę i szczękę człowieka. Ich kolejne westchnienia zbiegły się ze sobą w ciszy. Ciszy krępującej dla Amira, któremu co chwila zdawało się, że słyszy jakieś kroki, choć myślał, że było to efektem jego zażenowania… okolicznościami. Wszystkie okoliczności bardzo szybko odeszły jednak w zapomnienie. Gwałtowne dreszcze wstrząsnęły jego ciałem. Zacisnął mocno wargi, z trudem powstrzymując się od krzyku, gdy rozkosz wypełniła go całkowicie. Nadim wgryzł się w jego ramię, szczytując. Amir doszedł właściwie w tym samym momencie.
Przez chwilę żaden z nich nie poruszał się. Leżeli obok siebie, oddychając płytko, z przymkniętymi na wpół powiekami. Zaraz jednak Nadim przytulił się do pleców kochanka, muskając czule jego kark. Amir uśmiechnął się lekko. Odnalazł dłonią kołdrę i nakrył ich nią, zakrywając również prześcieradło, które nosiło ślady tego, co przed chwilą robili. Ślady wyjątkowo krępujące, ale Amir liczył, że uda mu się jakoś zająć tym szczegółem rano.
-To nie była oliwka, prawda…?- zapytał po chwili.
-Nie…- przyznał bez wahania potomek wilków.- To był ten specyfik. Na twoje mdłości. Nie byłem pewien, czy ci się to spodoba, więc wybrałem bezpieczniejszą wersję…
Amir nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że to podaje się nieco… z drugiej strony?
Nadim zachichotał cicho.
-Grunt, że poskutkowało- stwierdził, ucałowawszy ramię Amira, dokładnie w tym miejscu, które wcześniej ugryzł, powstrzymując się od reakcji.- Przepraszam…- dodał, pocierając zaczerwienioną skórę.
Amir mruknął coś jedynie. Potomek wilków odszukał dłoń kochanka pod nakryciem i splótł z nią swoje palce. Człowiek przymknął powieki, czując senność.
-Myślę, że jesteśmy sobie przeznaczeni- odezwał się nagle potomek wilków. Amir otworzył oczy tylko po to, by obejrzeć się na kompana z pobłażaniem. Parsknął śmiechem i zamknął je na powrót, układając głowę na poduszce.- ...że byliśmy sobie przeznaczeni od początku- nie dawał za wygraną Nadim.
-Nie wierzę w przeznaczenie- odparł zgodnie z prawdą Amir.
-… powiedział wybraniec demona…- jego kompan nie mógł sobie darować tej złośliwości.
-Och, dałbyś już spokój!- warknął mężczyzna, bardzo niezadowolony z faktu, że Nadim wciąż mu to wypominał. Może dlatego, że jego ta sytuacja wcale nie bawiła. I nie był zresztą pewien, czy i potomek wilków czuje się rozbawiony. Pokpiwał sobie z tego, owszem, ale gdy wydawało mu się, że Amir na niego nie patrzy, sprawiał wrażenie niepewnego i niespokojnego. Zupełnie tak, jak jego kompan. Tyle, że Nadim miał jeszcze swoją dziwaczną wiarę. Był wybrańcem bogów. Wierzył w słowa Canisa i całą to opowiastkę. Amir nie wiedział, w co powinien wierzyć. I wcale nie był pewien, czy to wszystko nie jest jakąś ogromną pomyłką.
-Spotkaliśmy się dzień, nim to wszystko się zaczęło…- rzucił Nadim.- I w tym momencie, gdy on dał znak swojego powrotu, też byliśmy razem… Zostaliśmy razem wybrani, by zrealizować tę misję… No i nasi wujowie…
-Och, dobrzy bogowie, co nasi wujowie mają z tym wspólnego?- jęknął głucho mężczyzna.
-Wszystko- odpowiedział ze śmiechem potomek wilków.- Po prostu historia się powtarza.
-Wolałbym nie- odparł chłodno człowiek.
-Nie o tym mówię. Chodzi mi po prostu o to, że zdarzyło się bardzo dużo zbiegów okoliczności, które nas ze sobą połączyły. A może raczej, za dużo zbiegów okoliczności, by rzeczywiście nimi były. Wydaje mi się, że spotkało nas to, co było nam pisane od zawsze.
Amir nie wierzył w tego rodzaju bzdury. Nie chcąc jednak protestować ani spierać się o to, zapytał tylko cicho:
-Jesteśmy, więc, sobie przeznaczeni…? Naszym przeznaczeniem jest być razem? Na zawsze?
-Nie wiem- odpowiedział spokojnie Nadim.- Ale wiem, że jest nim być razem teraz.
Nie była to szczególnie pocieszająca odpowiedź, ale człowiek musiał się nią zadowolić. Moment później potomek wilków już spał, wtulony w niego. Amir przewrócił się ostrożnie na plecy, obejmując kochanka ramieniem. Wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym westchnął głęboko. Bał się. Okropnie bał się tego wszystkiego. To, co zdarzyło się ostatnio, wzbudziło w nim w istocie paraliżujący zupełnie lęk. Zapominał o tym, gdy rozmawiał z Nadimem, zapominał, gdy był w jego obecności, gdy mieli jakieś zajęcia, ale gdy zapadała noc, a on, raz po raz, przypominał sobie słowa, które usłyszał od tamtej istoty… które pochodziły od niego samego... nie mógł nie czuć przerażenia. A co, jeśli się nie mylił? A co, jeśli stanie się coś złego? Jeśli on sam doprowadzi do czyjejś krzywdy? Do krzywdy Nadima. Ludwika. Hadrina i wszystkich ludzi, którzy w jakiś sposób byli dla niego ważni? Co jeśli w istocie nie miał nad sobą żadnej kontroli? I wszystko to było częścią nie cudownej bajki o wybrańcach bogów, ale czyjegoś planu? Planu, który nie miał na celu nic dobrego, to oczywiste…
Musnął wargami czoło kochanka i przymknął powieki.
Jutro mieli wyruszyć. Każdy krok zbliżał ich do domu.
A to było jedyne miejsce, w którym mógł uzyskać odpowiedzi na swoje wątpliwości.
A przynajmniej miał taką nadzieję.

Amir upewnił się, że mają wszystkie rzeczy. Podniósł miecz i doczepił go do pasa. Nadim nie spieszył się zbytnio. Siedział na brzegu łóżka, na szczęście przynajmniej odziany, przyglądając się poczynaniom towarzysza bez szczególnego zainteresowania.
-Jesteś pewien, że powinniśmy już iść?- zapytał.- Chyba należałoby się pożegnać z tym, który pozwolił nam tu zamieszkać… No i z tą kobietą…
-Z tą kobietą się pożegnamy, o ile uda nam się ją spotkać- odpowiedział Amir.- I podziękujemy jej za gościnę… A jeśli usłyszała to, co tu wczoraj wyprawiałeś, to…- mężczyzna tylko westchnął ciężko i pokręcił głową.
-Co ja wyrabiałem?- potomek wilków parsknął śmiechem, podnosząc się na nogi.- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie byłem tu sam…? Jesteś taki spięty…- chwycił człowieka za nadgarstek i nim ten zdążył się zorientować, przycisnął go plecami do ściany.- … że chyba muszę coś na to poradzić…- Nadim uśmiechnął się niemalże złośliwie.
Amir chyba miał się odsunąć. A przynajmniej tak mu się wydawało, nim usta kochanka nie złączyły się z jego wargami. Później, na ledwie chwilę, zapomniał o całym świecie. A za moment dobiegł ich obu krzyk dochodzący z zewnątrz:
-Mamo!- to był głos tej dziewczynki. Sprawiała wrażenie przerażonej- Mamo!
Mężczyźni spojrzeli po sobie, po czym obaj ruszyli szybko na dół. Na schodach zauważyli tę kobietę. Obejrzała się na nich z lękiem i po trosze ulgą, może z początku podejrzewała, że to oni znajdują się z jej dzieckiem. Wypadła przez drzwi frontowe. Natychmiast wybiegli za nią. Amir zatrzymał się na szczycie niewielkich schodków prowadzących do domu. Zobaczył dziewczynkę, która klęczała obok, jak mu się w pierwszej chwili wydawało, śpiącego psa. Ale uwiązane na łańcuchu zwierzę nie spało. Na jego głowie widać było krwawy ślad, jak po uderzeniu czymś twardym. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby w pierwszej chwili kompletnie nie wiedziała, co robić. Chwyciła się za serce i odetchnęła płytko, po czym obejrzała na swoich gości. Nie ulegało wątpliwości, że to o nich w pierwszej chwili pomyślała i nie było w tym nic dziwnego.
-To nie my…- zapewnił ją Nadim, który kucnął obok dziewczynki, obejmując ją.- Widziałem go wczoraj, późno, gdy wracałem, owszem… Ale nic mu nie było- zapewnił.- Kiedy mnie zobaczył, zaczął na mnie szczekać, a niedługo później, ucichł. Wydawało mi się, że zasnął.
-To ona!- zawołała dziewczynka, wyrywając się z uścisku potomka wilków i stając przed matką.- Kiedy mi uwierzysz…? Ona robi te wszystkie złe rzeczy! Ona szuka dziadka! Mówiła mi! Nie może stąd wyjść! Chce się dowiedzieć, gdzie jest i wtedy będzie mogła opuścić to miejsce! Ale zrobi mu krzywdę!
-Skończ z tym…- syknęła kobieta, łapiąc się za głowę.- Skończ z tymi bredniami, na litość boską… Idź do domu.
-Nie- zaprotestowała jej córka, wilgotnym głosem, ale Nadim wziął ją prędko na ręce i zaprowadził do wnętrza budynku.
Amir obejrzał się za nią.
-Przepraszam…- szepnęła rozedrganym głosem kobieta.- Wiem dobrze, kto to zrobił… To ci wieśniacy… Oni nigdy nie dadzą nam spokoju… Parę razy już włamywali się tutaj… Niszczyli jakieś rzeczy… Chcą nas przestraszyć. A ja po prostu chcę opuścić to miejsce… Bardzo żałuję, że mój ojciec tak strasznie się upiera… Proszę- dodała po chwili, wskazując głową na dom.- Proszę wejść… Ja… Ja muszę tu jeszcze posprzątać.
Amir spoglądał na nią przez chwilę, po czym wrócił do budynku. Chciał wejść po schodach i skierować się do zajmowanej przez nich sypialni, ale usłyszał głos towarzysza dochodzący z niewielkiej kuchni. Poszedł więc tam, i zatrzymał się w progu, dostrzegając Nadima i dziewczynkę.
-Więc kto to był, Agnes?- zapytał cicho mężczyzna.
-Mówię mamie od samego początku- upierała się dziewczynka.- To ta kobieta. Wieśniacy nazywają ją Maledictina… Ona mieszkała w tym domu. Ale odeszła. Po tym, jak umarła. I wróciła tamtego wieczora. A mama pozwoliła jej wejść. Ale ona nic nie pamięta. I przez to nie każe jej sobie iść. Gdyby jej to powiedziała, ona musiałaby odejść. Ale mama nic nie rozumie… Ona też wcale nie chce tu być. Odeszłaby sama, ale nie może. Chciała tu znaleźć kogoś… dziadka… Ale jego tu nie ma. I zmusza mnie, żebym jej powiedziała, ale wiem, że robi straszne rzeczy…- urwała na moment, chwyciwszy się za opatrunek na ramieniu.- Dlatego nie chcę jej mówić.
Nadim spoglądał na nią przez dłuższą chwilę, nie odzywając się wiele. Amir zmarszczył brwi, przysłuchując się całej historii, nie chcąc jednak ingerować w rozmowę.
-Mogę zobaczyć…?- rzucił nagle potomek wilków, wskazując na obandażowane miejsce.
Skinęła powoli głową.
Delikatnie odwiązał opatrunek. Amir wszedł do pomieszczenia, by lepiej widzieć. Zatrzymał się, zdumiony. Na ramieniu dziewczynki znajdował się czerwony ślad, zdecydowanie po oparzeniu. Nie to było jednak najbardziej zdumiewające. Ten ślad miał bardzo konkretny kształt. Kształt dłoni. Nadim przeniósł wzrok na swojego kompana.
-Czy twoja mama to widziała…?- upewnił się potomek wilków.
-Tak- potwierdziła dziewczynka, podczas gdy on raz jeszcze obandażował to miejsce.- Ale ona myśli, że to wszystko ci wieśniacy! Ale oni tutaj prawie wcale nie przychodzą! Odkąd się tutaj pojawiliśmy, byli tu może ze dwa razy… Ale nie robili niczego złego. Tylko się awanturowali. Poszli sobie. Niczego nie chcieli.
-To oni opowiedzieli ci o tej kobiecie?- dopytał Amir.
-Nie- odparła stanowczo dziewczynka.- Ale ona mówiła mi o nich. Nienawidzi ich. Zrobiła im dużą krzywdę.
Nadim podniósł wzrok na kompana, najwyraźniej wyczekując jego decyzji.
-Gdzie ona jest?- zapytał człowiek.
-Wychodzi nocą- odparła płochliwie dziewczynka.
-A za dnia?
-Nie ma jej. Jest nocą. Tylko nocą.
-Już w porządku, Agnes- Nadim uśmiechnął się do niej łagodnie.- Jeśli ta kobieta tutaj jest, postaramy się ją odnaleźć…- raz jeszcze zerknął w stronę towarzysza.- Myślisz o tym samym co ja, prawda…?- dopytał z wahaniem.
Amir zastanowił się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.
Nie miał pojęcia, co to wszystko mogło znaczyć. Ale cokolwiek by to nie było, należało się tym zająć. Jak najszybciej.

-Sądzisz, że to duch…?
Nadim wpatrywał się w kompana, oczekując odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie. Człowiek milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w ciemność. Siedzieli obaj na schodkach przed domem, spoglądając w las i czekając na to, co ma się wydarzyć. Cała sprawa była dziwna. Dziwna i niepokojąca. W pierwszej chwili łatwo było zignorować opowieści dziecka i lęk matki, zwłaszcza biorąc pod uwagę wytłumaczenie. Ale teraz wytłumaczenie to, nie wydawało się być już tak oczywiste. Amir nie znał ludzi, którzy czynią podobne rzeczy. Nie znał też takich duchów, choć to najwyraźniej podejrzewał jego kompan. Słyszał to w jego głosie. Tę specyficzną ekscytację, zaciekawienie, jak zawsze, gdy chodziło o coś tak niezwykłego i przerażającego jednocześnie. To drugie jednak zdawało się pozostawać przez potomka wilków niezauważone.
-Nie wiem- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir.- Wbrew temu, co o mnie sądzisz, nie znam się zbytnio na duchach… Ale ci, których spotkałem, nie byli zdolni do podobnych rzeczy… Tak mi się przynajmniej wydaje.
-Więc co?- drążył dalej Nadim.- Naprawdę myślisz, że ktoś mógłby się tu ukrywać?
-Przecież wiesz, że nie- parsknął człowiek.
To było oczywiste. Za pozwoleniem matki Agnes sprawdzili cały dom. Kobieta nie była tym zachwycona, ale sprawiała wrażenie zbyt zmęczonej by protestować i upierać się przy swoim zdaniu. Przeszukali wszystko, pomieszczenie po pomieszczeniu, od piętra, przez parter, po piwnicę. Nie znaleźli zupełnie nikogo. To nie była zresztą duża posiadłość, wszystkie pomieszczenia były na co dzień używane, nie było możliwości, by ktokolwiek mógł się tutaj ukrywać.
-Więc ci wieśniacy?- spytał potomek wilków.
Amir wzruszył ramionami.
-Może.
-Amir, poszedłem tam, gdzie ona mi powiedziała… Pod to obramowanie, które znajduje się bliżej wioski. Nie jest naruszone, a dookoła jest pełno błota. Gdyby ktokolwiek szedł tamtędy w ostatnim czasie, zostawiłby po sobie ślady, ale żadnych śladów nie ma. Można iść inną drogą, ale samo dojście tam stąd zajmuje mniej więcej pół godziny. Wioska też nie znajduje się od razu za płotem. Nie wiem więc, kto miałby nadkładać drogi, nocą i iść tu tak długo, by zrobić głupi żart.
-A czemu ta kobieta nic nie wie na temat tego ducha?- rzucił Amir, bo to ciekawiło go najbardziej.
-Sama mówiła, że ma twardy sen.
Człowiek parsknął cicho.
-Tak twardy, by nie usłyszeć własnego dziecka…?- rzucił z politowaniem.- Jest na jej punkcie przewrażliwiona. Zresztą, dziewczynka obudziłaby ją sama, gdyby kogoś zobaczyła, czyż nie?
-Więc może zdaje sobie sprawę z istnienia tego ducha, ale z jakichś przyczyn się boi- stwierdził Nadim.
-Owszem, wygląda na przerażoną, ale raczej ludźmi, niż duchami- odparł Amir.- Na pewno nie pozwoliłaby skrzywdzić córki, więc nie pozwoliłaby też wałęsać się tutaj jakiejś zjawie z piekła rodem. Coś tu po prostu nie pasuje…- stwierdził w zamyśleniu.
-Więc może Agnes nie powiedziała nam całej prawdy…- stwierdził potomek wilków.
To była spokojna noc. Siedzieli ponad dwie godziny w bezruchu, spoglądając przed siebie. Amir zmarzł nieco. Żaden z nich nie dostrzegł nic niepokojącego. Właściwie nie dostrzegli niczego. Nawet dzikiego zwierzęcia, które mogłoby zbliżyć się do domu  w poszukiwaniu jedzenia. Nadim wsparł policzek na dłoni, prawie przysypiając. I wtedy rozległ się głośny trzask, jakby ktoś zrzucił na posadzkę coś ciężkiego. Obaj podskoczyli, natychmiast podnosząc się na nogi. Człowiek otworzył drzwi do domu i zatrzymał się na parterze. Dał znak swojemu kompanowi, by ten był cicho, i nasłuchiwał. Słyszał bardzo szybkie kroki na piętrze. A moment później, drzwi od któregoś z pomieszczeń zatrzasnęły się z hukiem. Amir zmarszczył brwi. Spojrzał na kompana, po czym ruszył przodem, po schodach. Potomek wilków trzymał się tuż za nim. Człowiek wszedł na piętro. Zatrzymał się, słysząc rozedrgany głos dochodzący z jednego z pomieszczeń.
-Nie mogę… Dlaczego nie mogę opuścić tego miejsca…?- lamentowała jakaś kobieta, łkając głośno.- Dlaczego, dlaczego, dlaczego… On miał tu być! Wróciłam specjalnie po niego! Gdzie on jest?! Mów! Mów, gdzie on jest?! Gdzie jest człowiek z blizną?!
-Nie wiem- odpowiedziała Agnes.
Nadim wyprzedził kompana i pognał do pomieszczenia, uchylając drzwi. To był pokój dziewczynki. Amir dobiegł do niego i zajrzał do środka.
-Wiesz!- syknęła jakaś kobieta. Amir dopiero moment później, rozpoznał w niej matkę dziewczynki. Zaczęła zbliżać się do dziecka, a to cofnęło się natychmiast o parę kroków.- Wciąż mnie okłamujesz! Wiem, że możesz mi pomóc! Powiedz mi, a będę mogła stąd odejść!
-Nie znam nikogo takiego…- upierała się Agnes, coraz bardziej przerażona.
Kobieta stała przez chwilę w bezruchu, dysząc ciężko.
-Mam cię już dość!- syknęła w końcu, rzuciwszy się gwałtownie w stronę dziecka.
-Nie!- krzyknął Nadim, wpadając do pomieszczenia i chwytając za materiał sukni matki Agnes, usiłując ją odciągnąć.- Co ty robisz?! To twoja córka!
Odwróciła się w stronę potomka wilków, chwytając go mocno za przedramię. Amir w pierwszej chwili nie rozumiał, co się dzieje. Usłyszał tylko bolesny krzyk wydobywający się z warg kochanka. Nadim zachwiał się na nogach, a moment później, został z dużą siłą odrzucony w kierunku ściany. Uderzył w nią z jękiem i osunął się na posadzkę. Dziewczynka natychmiast dobiegła do niego, klękając obok. Oczy kobiety zwróciły się w stronę Amira.
-Ty…- syknęła, mrużąc je wściekle.- To ty jesteś tym, którego szukam…? Nie, nie, nie…- jęknęła zaraz, skrywając twarz w dłoniach.- Pamiętam ogień, który zostawił na nim piętno… Dlaczego, dlaczego nie mogę stąd odejść i go odszukać… Odejdę ledwie na kilka kroków i znów muszę wracać… Mój dom… Powinnam umrzeć tutaj…
-Jesteś duchem tej kobiety. Tej, która zginęła tamtej nocy…- rzucił Amir. Spojrzał w stronę kompana. Ten skinął głową, chcąc dać do zrozumienia, że nic mu nie jest. Wciąż jednak krzywił się z bólu. Na wyciągniętym przedramieniu widać było ślad oparzenia.
-Jestem czymś więcej niż duchem!- krzyknęła w odpowiedzi.- Jestem mścicielem! I nic, i nikt nie stanie mi na drodze, odkąd oni są ze mną! Powiedz mi, powiedz mi teraz, gdzie jest mężczyzna z blizną!
Amir zawahał się.
-Co ci uczynił…?- zapytał w końcu.
Gorzki śmiech wyrwał się z ust kobiety.
-Mów- odparła jedynie.- Mów, gdzie on jest.
-Nie! Błagam!- pisnęła dziewczynka.
-Nie zaznasz spoczynku dopóki nie zemścisz się na nim…?- dopytywał Amir.
-Co ty robisz?!- rzucił bez zrozumienia potomek wilków.- Nic jej nie mów!
 -Nie zaznam spoczynku już nigdy- odparła kobieta.- NIGDY. Oddałam swoją wieczność, by móc zemścić się na nich… On jest ostatni, więc powiedz mi…
Amir milczał długą chwilę, walcząc z samym sobą.
-AMIR!- wrzasnął jego kompan.- Cokolwiek on uczynił, to nie jest kara! Morderstwo nie jest karą!
-Cokolwiek uczynił…?- powtórzył jedynie mężczyzna, wcale nie będąc tego pewnym.
-To jest jedyna kara!- syknęła kobieta.- Jedyna, jaka istnieje od początku świata… Powiedz mi wreszcie! POWIEDZ MI!
Amir spojrzał na swojego kompana, by zaraz na powrót wbić wzrok w twarz tej kobiety. Słyszał ciche łkanie dziewczynki. Przymknął na moment powieki, a gdy uchylił je na powrót, odpowiedział z pewnym trudem:
-Nic o tym nie wiem.
-NIE!- przeraźliwy wrzask wydobył się z ust kobiety, gdy skoczyła w jego kierunku. Chwyciła dłońmi za jego szyję, jak gdyby chciała go udusić, ale zaraz wrzasnęła ponownie, tym razem z bólu, cofając się w popłochu. Uniosła dłonie, których wewnętrzną stronę pokryły bąble. Amir stał w bezruchu, zdezorientowany, nie mając pojęcia, co właśnie się wydarzyło. Podeszła do niego raz jeszcze, płochliwie. Wyciągnęła drżącą dłoń i dotknęła jego twarzy. Wrzasnęła raz jeszcze, odskakując. Skóra była oparzona, miejscami wręcz odchodziła od ciała.- Czym ty jesteś…?- syknęła, spoglądając na niego z niedowierzaniem.- Czym ty jesteś…? Piekło! Niech wszystkich was pochłonie piekło!- syknęła boleśnie, po czym ominąwszy Amira, wypadła z pomieszczenia z dzikim krzykiem.
Człowiek podbiegł prędko do kompana i stojącej obok niego dziewczynki.
-Wszystko w porządku…?- zapytał, dotykając ramienia potomka wilków.
-Tak…- odparł, podnosząc się powoli.- Tak, wszystko w porządku…- szepnął, zdezorientowany.- Niczego nie rozumiem… Ta kobieta… Przecież to jej matka, ja nie…
-To nie jest mama!- rzuciła natychmiast Agnes.- To nie ona! Mama śpi! A ona budzi się właśnie wtedy!
-To teraz bez znaczenia- uciął Amir. Potomek wilków wziął dziecko na ręce.- Trzeba ją stąd zabrać.
-Zaniosę ją do domu jej dziadka- odpowiedział Nadim.
Człowiek zawahał się przez chwilę, po czym skinął głową. Wyszli z pomieszczenia. Nadim, niosąc dziewczynkę, zszedł pierwszy, Amir ruszył za nim. Nagle potomek wilków zatrzymał się gwałtownie.
-Amir… Coś się pali…- rzucił.
Dopiero chwilę później do nozdrzy człowieka doszedł charakterystyczny swąd. Pospiesznym krokiem skierował się do kuchni, zatrzymując się w progu.
-Ogień… Ogień, wszędzie ogień…- syczała pod nosem znajdująca się tam kobieta.- Byłoby lepiej, gdyby pochłonął mnie z tym domem… Dlaczego nie mogę opuścić tego przeklętego domu…?- pytała samą siebie. W dłoni trzymała jedną z umocowanych wcześniej na ścianie świec. Chwilę wcześniej musiała podpalić zasłonki, które już niemalże strawił ogień.
Amir w pierwszej chwili zamierzał ją powstrzymać, ale nie był w stanie nic zrobić. Płomienie były potężne, rozprzestrzeniały się z niewiarygodną szybkością. Świeca wymknęła się z dłoni kobiety i uderzyła o posadzkę. Nie zgasła, a w miejscu, w które upadła, pojawił się jaskrawy ogień.
-Nadim! Zabierz dziecko!- krzyknął do kompana Amir, a potomek wilków natychmiast wybiegł z budynku. Mężczyzna usiłował znaleźć przejście przez płomienie, ale te zdawały się otaczać szczelnie całe pomieszczenie.- Jeśli tu zostaniesz, spłoniesz!- krzyknął do stojącej w bezruchu kobiety.- Nie zemścisz się już na nikim! Zginiesz!
-Raz już zginęłam…- odpowiedziała stanowczo.- I nigdzie dokąd poszłam, nie mogłam uciec od ognia… Może więc, ogień jest moim wybawieniem…
-To nie jest twoje ciało!- krzyknął Amir. Musiał odsunąć się o kilka kroków. Dym był duszący i nie do zniesienia.- Zabijesz nie tylko siebie, ale też tę kobietę! To matka tej dziewczynki! Nie możesz jej skrzywdzić!
Stała w bezruchu, jakby nie słyszała jego słów.
-Malecidtina!- zawołał, przypominając sobie jej imię.
Przeniosła na niego pełne lęku spojrzenie. Podniosła powoli oparzone dłonie. Długie paznokcie wbiła sobie w policzki i przesunęła nimi gwałtownie, rozdzierając sobie skórę. Pełen wściekłości wrzask wstrząsnął Amirem, który musiał uchylić się przed buchającym z pomieszczenia ogniem. Zawrócił i pobiegł prędko w stronę drzwi, widząc rozprzestrzeniające się po całym budynku płomienie. Wybiegł na zewnątrz, docierając do stojącego nieopodal domku kompana. Cały dom trawił ogień. Nie zapaliło się jednak nic prócz niego. Chodźmy źdźbło trawy.
-Jesteś cały…?- upewnił się Nadim.
Mężczyzna skinął nieprzytomnie głową.
-A… A ona…?- odkaszlnął cicho potomek wilków. Wciąż trzymał na rękach dziewczynkę, ale ta zdawała się być kompletnie oszołomiona i zdezorientowana. Nie zdawała żadnych pytań, a jedynie patrzyła na płonący budynek.
Amir pokręcił tylko głową.
Obaj ruszyli w stronę domu właściciela ziem. Dotarli tam moment później. Amir wszedł do środka pierwszy, przytrzymując drzwi dla towarzysza. Na parterze nie było nikogo.
-Clach!- krzyknął Nadim, rozglądając się za gospodarzem.
Z piętra dało się słyszeć jakiś bolesny jęk i zaraz dobiegł do nich zdecydowanie nietrzeźwy głos siwowłosego:
-Ach, moi goście… Zdawało mi się, że miałem przyjść wczoraj… Ale… Powstrzymała mnie człowiecza natura…- zachichotał z rozbawieniem, pojawiając się na szczycie schodów. Pokonał pierwsze kilka stopni chwiejnym krokiem, ale gdy wreszcie dostrzegł mężczyzn i swoją wnuczkę, omal z nich nie spadł.- Co tu się dzieje…?- zapytał bez zrozumienia.- Co się stało, Agnes?
-Ta kobieta znowu przyszła- odparła wilgotnym głosem dziewczynka.
-Co…?
Nadim chciał coś powiedzieć, ale nim zdążył, Amir chwycił mężczyznę za poły stroju i szarpnął go zdecydowanym ruchem, ściągając na dół. Siwowłosy przewrócił się, upadając na jeden ze schodów i spojrzał na stojącego przed nim mężczyznę z lękiem.
-Amir!- rzucił ostrzegawczo potomek wilków.
-Ona szuka ciebie- wycedził przez zęby.- Ma więc konkretny powód. Powiedziałeś córce, że ją uratowałeś, ale to nieprawda, czyż nie…? Wybieliłeś się, chociaż nie taka była twoja rola w tym całym zdarzeniu…
-O czym mówisz…?- zdumiał się właściciel, chyba nie rozumiejąc ani słowa z tego, o czym mówił mężczyzna. Nic zresztą dziwnego, cuchnął tak, jakby opróżnił całe zapasy swojego alkoholu. Strach jednak potrafił otrzeźwić jak nic innego.
Amir wyjął miecz i przysunął jego ostrze do gardła mężczyzny. Agnes krzyknęła.
-Amir!- syknął gniewnie jego kompan.
Człowiek jednak nie zamierzał go słuchać.
-Doskonale wiesz, o czym mówię…- odparł stanowczo. Starzec pokręcił rozpaczliwie głową, usiłując się cofnąć, ale nie był w stanie uniknąć ostrza.- Chodzi mi o tę kobietę, która zginęła tej nocy, gdy twoja rodzina odzyskała ziemie. Wieśniacy nazywają ją Meledictiną… Ale ty zapewne znałeś ją pod innym imieniem…
Tamten przełknął nerwowo ślinę unosząc dłonie w obronnym geście.
-Ja naprawdę nie rozumiem…- szepnął, zdezorientowany, posyłając rozpaczliwe spojrzenie potomkowi wilków.- Naprawdę nie rozumiem…
-Zaraz pomogę ci zrozumieć- warknął Amir, a mężczyzna krzyknął płochliwie.
-Nie! Nie, błagam! Ja powiem, ale… ale ja… ja nie wiem, co mam powiedzieć!
-Powiedz, co uczyniłeś tamtej kobiecie. Tamtej, która spłonęła.
-Nic! Przysięgam na bogów wszelkich, że nic!- upierał się siwowłosy, wpatrując w Amira błagalnym wzrokiem.- Pomogłem jej! Tak było! Nie uczyniłem jej żadnej krzywdy! Nie brałem w tym udziału! Byłem gdzie indziej, a gdy to zobaczyłem… Starałem się ich powstrzymać… Przysięgam… Błagam… Ta blizna, którą teraz mam…- wskazał na swoją twarz.- To pamiątka po tamtym zdarzeniu. Nawet nie potrafiłbym… Nie chciałbym… Nie miałem  żadnego powodu… Nie krzywdź mnie, proszę!
Amir cofnął z wolna miecz, chowając go do pochwy.
-Więc dlaczego ona cię szuka?- zapytał.
-Nie wiem… Nie wiem…- odpowiedział ze zdenerwowaniem właściciel, chyba wciąż obawiając się tego, że może zostać zraniony.- Kto…?- dopytał więc dopiero po chwili, marszcząc brwi.
Nadim odstawił dziewczynkę na posadzkę i minąwszy kompana, podał Clachowi dłoń, pomagając mu się podnieść. Wnuczka natychmiast podbiegła do dziadka, wszczepiając palce w materiał jego spodni i trzymając się go kurczowo, jakby bała się odejść choćby na krok. Siwowłosy posłał potomkowi wilków wdzięczne spojrzenie. Pogłaskał dziecko po główce, wpatrując się w przybyszy z nerwowym wyczekiwaniem.
-Twoja córka, panie…- zaczął potomek wilków, spoglądając na dziewczynkę.- Twoja córka… Dom strawiły płomienie- wyjaśnił po chwili. Właściciel spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Co takiego…?- zapytał.
-Szukał cię czyjś duch- wyjaśnił Amir. To zdumiało siwowłosego jeszcze bardziej.- Duch tamtej dziewczyny. Dziewczynka miała rację, że ktoś tam był. W ciele jej matki. Budził się nocą.
-O czym wy, do licha, mówicie?!- zdenerwował się starzec.
-O tym, że chciał się na tobie zemścić. Twój dom spłonął. A twoja córka nie żyje.
-Co…?- załkał starzec, spoglądając na nich z niedowierzaniem.- Nie, nie, nie… To niemożliwe!- wykrzyknął.
-Mama przecież wróci rano!- rzuciła dziewczynka, płacząc.- Prawda, że wróci?- spojrzała na potomka wilków z nadzieją.
Ten nie odpowiedział.
-Dlaczego tak stoicie?!- ofuknął ich starzec.- Ratujmy ją!- dodał, przedzierając się pośród mężczyzn. Jego wnuczka stała w bezruchu, spoglądając na dziadka niepewnie.- Wiadra! Musi tu być gdzieś wiadro! Pobiegniemy do stawu…
Nadim podszedł do starca i chwycił go za ramię, zatrzymując.
-Nie zostało już nic do odratowania- odpowiedział zgodnie z prawdą.
Ten zwrócił się w jego stronę, wyraźnie zrozpaczony.
-Niemożliwe…- szepnął, po czym opadł na jedno z krzeseł.- Niemożliwe…- zasłonił oczy dłonią, płacząc cicho. Anges podbiegła do niego, wchodząc mu na kolana i wtulając się w niego mocno. Nadim obejrzał się na towarzysza, jakby oczekiwał, że ten coś powie.- Co ja mam teraz zrobić…? Co ja mam zrobić…?- pytał sam siebie starzec.
-Zajmij się tym, kto ci pozostał- odpowiedział Amir, wstępując do pomieszczenia.- I lepiej opuść te ziemię. Wiesz dobrze, że nawet, jeśli należały do ciebie i twojej rodziny, w imię jej odzyskania popełniliście zbrodnię. Oddaj ją wieśniakom i wyjedź.
-Oddać…?- mężczyzna odsunął dłoń od twarzy, spoglądając na mówiącego z niedowierzaniem.- Oddać coś, o co walczyliśmy tak długo…? To niedorzeczność…
-Twoja córka nie żyje, bo przyszło jej odpowiadać za błędy ojca- odparł ostro Amir.- Nie chciała tutaj żyć. Była narażona na coś więcej niż tylko niechęć wieśniaków. Nie popełniaj tego samego błędu.
-Ha… Ty…- mężczyzna zerwał się z miejsca, ściągając wcześniej ze swoich kolan dziewczynkę. Cofnął się za stół.- Ty kłamco…- wycedził przez zęby.- Oni cię wysłali! Mogłem się domyślić! Zabiłeś moją córkę i opowiadasz te wymysły o duchu… Chcecie nas stąd wygnać! Zabrać naszą ziemię! Moją ziemię! Niedoczekanie twoje!
Amir otworzył usta, ale w tym momencie usłyszał coś, co przykuło jego uwagę. Kroki na piętrze, które przemknęły szybko z jednego miejsca na drugie. Chwila ciszy. I znów kroki. Wyraźne, na tyle wyraźne, że bez trudu usłyszeli je wszyscy obecni w pomieszczeniu. Właściciel zbladł.
-Coś mi mówi, że to nie jest skrywana  kochanka…- rzucił potomek wilków, spoglądając w górę.
Przez moment żaden z nich się nie poruszał, usiłując ustalić, dokąd zmierzają kroki. A moment później, rozległ się ogromny huk. Coś rozbiło sufit, wpadając z potężnym łoskotem na stół i łamiąc go w pół. Amir i Nadim odskoczyli natychmiast. Stojąca nieopodal dziewczynka, odbiegła na bok z piskiem. Jakaś postać podniosła się powoli, wśród gęstej, opadającej warstwy kurzu. Nadim wstrzymał oddech. To była kobieta. O czarnej, niemalże zwęglonej skórze, naga, łysa, potworna. Zwróciła twarz w stronę siwowłosego, który wydał z siebie krótki krzyk, cofając się na oślep.
-Uważaj!- wrzasnął Nadim.
Siwowłosy zorientował się w ostatniej chwili, nim sam wpadł we własne palenisko. Odsunął się na bok, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
-Tu jesteś…- rzuciło makabryczne stworzenie.
-Nie podchodź! Nie podchodź, na bogów!- jęknął błagalnie siwowłosy, wciskając się w kąt.
Potwór ruszył w jego stronę.
-Twoi bogowie ci nie pomogą. Mi też nie pomogli…- stwór stawiał chwiejne kroki. Głos miał wysoki, wręcz piskliwy.
-To ty…? Ty jesteś tą dziewczyną…?- rzucił nerwowo właściciel ziemi.- Nie uczyniłem ci nic złego! Nie wyrządziłem ci żadnej krzywdy! Próbowałem cię ocalić!
-Ocalić…?- zakpiła istota.- W jakiż to sposób próbowałeś mnie ocalić? Sprowadzając ich tutaj?! Zawłaszczając sobie te ziemie?! Ty jesteś winien temu wszystkiemu bardziej niż ktokolwiek…
Amir ruszył o kilka kroków przed siebie, ze zmarszczonymi brwiami, przysłuchując się dokładnie słowom wypowiadanym przez kobietę. Chwilę, ledwie sekundę temu, zdawało mu się, że słyszy coś dziwacznego. Nadim naciągnął cięciwę. Człowiek uniósł jednak dłoń, dając mu do zrozumienia, by nic nie czynił.
-… bardziej niż ktokolwiek…- powtórzył stwór. Ale to już nie był jeden głos. Ale wiele głosów.
Amir sięgnął do szyi i zerwał z niej woreczek. Sięgnął do niego, wydobywając jeden z kryształów i ruszył z nim w dłoni w kierunku istoty. Uczynił to nie mając najmniejszej pewności, co do efektu tych działań, ale nie pomylił się. Dało się słyszeć donośny chrzęst, gdy kobieta zwróciła gwałtownie twarz w jego stronę. Puste oczy patrzyły wprost na niego. Ciało jednak wyrywało się do przodu, jakby wciąż chciało zmierzać w stronę siwowłosego.
-Witaj, Amirze…- usłyszał szept. Nie, nie jeden szept. Całą gamę szeptów. Różne głosy, które formowały się jednak w to samo powitanie.- Kogo najbardziej nienawidzisz…? Kogo gotów byłbyś zabić…? Dla niektórych celów warto oddać duszę… Dusza jest bez wartości… Po cóż dusza komuś, kto skazany jest na to, by wciąż nienawidzić…? Raduj się, skoro nikt nie przychodzi ci na myśl… Ale my wiemy. Zawsze wiemy, co kryje się najgłębiej. Smak zemsty jest tak słodki, że ktokolwiek jej zakosztuje, nie cofnie się już nigdy… A wiesz, na kim my chcemy się zemścić, Amirze…?
Mężczyzna drgnął niespokojnie, nie ruszywszy się jednak z miejsca. Kreatura ruszyła z wolna w jego kierunku.
-NIE!- wrzasnęła zaraz.- On musi zginąć! Przysięgaliście, że pomożecie mi go zgładzić! … Siostro w niedoli…- odparła moment później, zdawać by się mogło, sama sobie.- Żadne słowo nie jest dane na zawsze…- syknęła cicho.
A moment później, runęła bezwładnie na podłogę.
Długą chwilę, nikt z obecnych w pomieszczeniu nie poruszał się ani o krok. Nadim schował łuk. Podszedł powoli do ciała, nachylając się nad nim. Przewrócił je na plecy, wpatrując się w okaleczoną twarz. Spojrzał przez ramię na kompana.
-Nie żyje- powiedział.
Siwowłosy osunął się na ziemię z bolesnym jękiem. Dziewczynka podbiegła do niego prędko, rzucając mu się na szyję i przyciskając do niego mocno.
-Dobrzy bogowie…- powtarzał starzec, pełnym przerażenia głosem.- O, dobrzy bogowie…
Amir umieścił kryształ z powrotem w woreczku.
Odetchnąwszy płytko, rozejrzał się dookoła.
Jak mógł wierzyć w cokolwiek, skoro nic nie było jasne?
A każdy kolejny zmierzch, zamiast ukojenia, rodził nowe demony.