Strony

piątek, 18 stycznia 2013

16. Johnny jest przerażony [Wyzwanie]


Johnny obudził się kilkanaście minut wcześniej, zanim  powinien zadzwonić jego budzik. Nieświadom tego, że już nadszedł poranek, przewrócił się na bok z głębokim westchnieniem, pewien, że do świtu pozostało mu jeszcze dużo czasu. Czuł się tak, jakby miał kaca, choć wczorajszego dnia nie wypił ani kropelki alkoholu. Sam jednak dobrze wiedział, że nie o to chodzi. Chodziło o wyzwanie. Chodziło o Erica. I przede wszystkim – chodziło o Keitha. O Johnny’ego zresztą również, czego nie dało się pominąć, ale w tym wypadku, wyjątkowo, jego osoba nie wydawała się być w tym zestawieniu najważniejsza. Za każdym razem, gdy o tym myślał… a od tego, co wydarzyło się wczorajszego wieczora, myślał o tym przynajmniej z kilkaset razy, niemalże obsesyjnie… czuł coś, czego nie czuł nigdy wcześniej. Johnny się bał. I choć w pierwszej chwili kompletnie nie mógł zrozumieć swojego własnego, panicznego niemalże strachu, który wstąpił w niego wczoraj, gdy zobaczył Erica i Keitha – teraz zaczynał dostrzegać skąd wynikało to okropnie nieprzyjemne uczucie.
Johnny nigdy nie kłamał. Owszem, zdarzyło mu się czasem nawymyślać jakąś historyjkę, tłumacząc się z tego, że nie odrobił zadania czy kryć kumpla. Albo z czarującym uśmiechem odpowiedzieć zainteresowanej nim bez wzajemności dziewczynie, że niestety jest zajęty. Albo naściemniać tu i ówdzie by wygrać wyzwanie. Ale o to właśnie chodziło. O wymyślanie i ściemnianie. Johnny nigdy nie postrzegał tego jako rzeczywistych kłamstw, choć zapewne ktoś inny nie wahałby się przed taką oceną. Było mu w gruncie rzeczy obojętne, czy prawda wyjdzie na jaw czy nie. To nie miało, właściwie żadnego, istotnego znaczenia. Bo Johnny, w sprawach istotnych, nie kłamał. Był szczery. Szczery jak dziecko. I oto nagle, znalazł się w zupełnie innej sytuacji. Skłamał. Wiele razy. Okłamywał Keitha. I Benny’ego. I nawet samego siebie, ale to bardzo skutecznie umykało jego uwadze. A najgorsze było to, że po prostu nie mógł powiedzieć prawdy. Nie mógł powiedzieć prawdy, więc musiał podtrzymywać to kłamstwo w stosunkach z Keithem. I nie mógł się przyznać, że porzucił wyzwanie, więc musiał nadal udawać i znosić głupie uśmieszki Erica i jego dziwaczne, prowokacyjne zachowania, które zdawały się nie mieć żadnego sensu. I, w ogóle, znalazł się w sytuacji kompletnie bez wyjścia, więc tylko się bał. Bał się tego, że kłamstwo może wyjść na jaw, niszcząc absolutnie wszystko. A Eric zdawał się ten strach wykorzystywać.
Tylko po co…? Johnny przewrócił się na plecy, wzdychając ciężko. Nie mógł tego zrozumieć. Eric zachowywał się dziwnie już od dłuższego czasu. Jego złośliwości, które nie były już nawet złośliwościami, a bezlitosnym szydzeniem, ignorowanie dawnych kumpli, mącenie, knucie, kłamanie, wtrącanie się w związek Benny’ego i Maicy, a teraz jeszcze to… Eric bawił się w jakiegoś niszczyciela związków…? Sęk w tym, że Johnny w żadnym nie był, przynajmniej oficjalnie. I Benny miał rację. Gdyby Eric powiedział Keithowi o wyzwaniu, przegrałby. A Eric niczego tak nie nienawidził, jak przegrywania. Przegrywania z Johnny’m zwłaszcza. A może wcale nie o to chodziło? Może chciał po prostu sprowokować szatyna, by ten sam się wydał…? Ha! Johnny uśmiechnął się triumfalnie pod nosem. Niedoczekanie jego! Chociaż właściwie, niewiele brakowało. Zachował się idiotycznie, wychodząc w popłochu z imprezy najlepszego przyjaciela, a jeszcze bardziej idiotyczne były wyjaśnienia, które przedstawiał Keithowi.
Nie miał jednak zamiaru dać się sprowokować po raz drugi.
A przynajmniej, tym optymistycznym wnioskiem zakończył swoje rozmyślania, przymykając powieki i decydując się wreszcie zasnąć. Nie minęła jednak nawet minuta, gdy usłyszał dźwięk budzika. Wyłączył go, pełen niedowierzania sprawdzając godzinę. Jęknął głucho, uświadamiając sobie straszną prawdę. Z wielkim trudem podniósł się do pozycji siedzącej i przetarł kilkukrotnie twarz, po czym zamarł w bezruchu, jakby jeszcze nie był pewien czy wstać, czy spać dalej. Wizja wpadającej do jego pokoju Rose, kilku minut do wyjścia i jego w stanie zupełnej rozsypki, wystraszyła go jednak skutecznie. Podniósł się i ruszył do łazienki.
Przygotowania do wyjścia pochłonęły tyle samo czasu i energii, co zawsze. Choć dzisiaj chyba koncentrował się na swoim stroju i fryzurze nieco mniej niż zazwyczaj. Owszem, doprowadzenie się do absolutnej perfekcji wciąż było jego celem, ale myśli, jak na złość, uciekały do tego mało przyjemnego tematu. Będzie musiał coś wymyślić. Wytłumaczyć się przed Keihtem. Skłamać. Uświadomił to sobie moment później. Tak właśnie. Skłamać. Już wczoraj skłamał mówiąc, że jest zazdrosny. Zaczynał kłamać coraz częściej i wcale mu się to nie podobało. Zwłaszcza, że miał oszukiwać Keitha.
Skończywszy doprowadzać się do stanu, co najmniej, boskiego, zszedł na dół. Rose już była w kuchni, pospiesznie rozpakowywała zakupy, nie zauważywszy chyba tego, że szatyn pojawił się w pomieszczeniu. Johnny usiadł przy stole, wpatrując się w nią z lekkim rozbawieniem. Gdy odwracała się, by włożyć paczkę płatków do szafki, dostrzegła Johnny’ego i aż podskoczyła.
-Cześć, Rose- przywitał się z nią wesoło szatyn.
-Johnny…- burknęła, odrobinę karcąco.- Co ty taki… taki jakiś…- machnęła dłonią, przyglądając się chłopakowi z uwagą.- … taki nieogarnięty?
-Nieogarnięty?- przeraził się, nie na żarty, Johnny, podrywając się z miejsca. Przejrzał się w szklanych drzwiczkach od jednej z szafek i uspokoił natychmiast, dochodząc do wniosku, że jego fryzura jest absolutnie perfekcyjna.- O co chodzi, Rose?- dopytał z ulgą, wracając na miejsce.
-Bo ja wiem…- odparła kobieta, wzruszywszy ramionami.- Tak się jakoś skradasz… Nie zdążyłam nic wczoraj przygotować, więc zrobię ci jajecznicę. Może być?
-Na szynce- poprosił Johnny, skinąwszy głową.
Rose zajęła się przygotowaniami.
-Dobrze się czujesz, Johnny?- dopytała po chwili, łypnąwszy na szatyna podejrzliwie.
Nie wiedzieć czemu, chłopak zmartwił się tym pytaniem.
-Nie…- odparł po chwili wahania.- Nie, Rose- odpowiedział szczerze.- Chyba mam problem…- dodał.
-Problem?- Rose zostawiła patelnię na gazie, odwracając się do podopiecznego i przyglądając mu odrobinę podejrzliwie.- Jaki ty możesz mieć problem, Johnny? Jesteś młody i zdrowy, w tym wieku i stanie ludzie nie mają problemów- stwierdziła z pełnym przekonaniem, by zaraz zmrużyć oczy i raz jeszcze przyjrzeć się nieco zdezorientowanemu chłopakowi.- Bo chyba nie wdałeś się w coś poważnego, co…? W narkotyki.
-Narkotyki?- zdumiał się Johnny.
Rose złapała się za głowę.
-Dobry Boże!- jęknęła ze zgrozą, jakby uznała odpowiedź chłopaka za potwierdzenie.
-Nie, Rose, no co ty…- zachichotał szatyn, kręcąc głową.- Nie w tym rzecz, tylko… Po prostu…- zastanawiał się dłuższą chwilę nad tym, co chciał powiedzieć. Wzruszył bezradnie ramionami, wzdychając ciężko.- Wplątałem się w coś… dziwnego. Nietypowego. I nie bardzo wiem, jak z tego wszystkiego wybrnąć- przyznał szczerze.
-Och… To dobrze…- odparła jego gosposia, kiwając głową.- To znaczy nie jest dobrze, że wpakowałeś się w kłopoty, ale dobrze, że nie…- umilkła, mieszając jajecznicę, po czym na powrót obejrzała się na chłopaka z obawą.- Bo chyba to nie mafia, prawda? Oglądałam ostatnio taki straszny program o młodych ludziach, którzy wdają się w jakieś gangi, nie gangi, jakieś bronie, morderstwa… A później nie wiedzą… A później nie wiedzą, jak się z tego wyplątać- podsumowała nagle ze zgrozą, kojarząc to najwyraźniej ze słowami Johnny’ego.
Chłopak zaśmiał się z rozbawieniem.
-Nie o to chodzi, Rose- uspokoił kobietę.- Po prostu okłamałem kogoś. Nie celowo- zaznaczył.- No, może trochę… Ale nie sądziłem, że wyjdzie z tego coś tak poważnego… Nie chciałem, żeby to tak wyglądało. Nie mam pojęcia, jak to rozwiązać.
-Cóż…- Rose wzruszyła ramionami, wyłączając palnik i nakładając swojemu podopiecznemu śniadanie. Moment później pokaźna porcja jajecznicy wylądowała na talerzu przed Johnny’m, w towarzystwie dwóch kromek chleba i szklanki jogurtu.- Najlepszym rozwiązaniem kłamstwa jest powiedzenie prawdy, czyż nie?
-Ale nie mogę powiedzieć prawdy…- wyjaśnił Johnny, napychając jedzenie do ust.- Bo wtedy Keith przestałby mnie lubić. W ogóle przestałby się do mnie odzywać…- szepnął pod nosem.- Ale przez to tylko się denerwuję… I jeszcze Eric…- mówił, właściwie bardziej do siebie niż do Rose, analizując własne słowa.
-Co ty tam mówisz, Johnny?- rzuciła gosposia, chyba nic z tego nie rozumiejąc.
-Nic, nic.
-To jedzże w końcu, spóźnisz się do szkoły… Nie wierzę, że ci to mówię, ale czasem… choć rzadko- zastrzegła natychmiast.- … lepiej jest nie mówić prawdy. Naprawdę, Johnny. Jak masz kogoś zranić, to lepiej zachowaj to dla siebie. Zapamiętaj sobie moje słowa.
I Johnny zapamiętał je sobie dobrze.
Na tyle dobrze, że nagle odnalazł w nich usprawiedliwienie dla samego siebie.
I na krótką chwilę, udało mu się zapomnieć o lęku i wyrzutach sumienia.
W końcu, w gruncie rzeczy, nie robił przecież nic złego.

Johnny zaparkował pod szkołą pięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Odetchnął z ulgą, wyjątkowo zadowolony z faktu, że udało mu się uniknąć spóźnienia, zwłaszcza, że przypadło im zastępstwo ze Stevens. Wysiadł pospiesznie z samochodu i pognał do szkoły. Przywitał się na korytarzu z kilkoma znajomymi, po czym zatrzymał się przy swojej szafce. Wziął podręcznik do matematyki, po czym ruszył szybkim krokiem w stronę klasy. Samopoczucie zdążyło mu się już poprawić. Nagle dostrzegł przed sobą Keitha. Brunet spojrzał na niego i uśmiechnął się lekko. Podszedł do szatyna natychmiast. Najwyraźniej na niego czekał.
-Cześć…- przywitał się z nim Johnny, z początku niepewny jego nastroju.
-Cześć…- ciemnowłosy uśmiechnął się lekko. Szatyn również uśmiechnął się w odpowiedzi. Cieszył się, że Keith nie jest na niego zły po tym, co zdarzyło się wczoraj.- Już ci lepiej…?- dopytał chłopak.
-Taaak…- Johnny odkaszlnął, skrępowany. Do tej pory nie rozumiał, dlaczego dał się sprowokować w tak głupi sposób. Postanowił sobie jednak, że nie będzie się przejmował ani Erickiem, ani jego dziwacznym zachowaniem. W końcu nie mógł nic zrobić. Nie chciał przegrać. Nie wiedział o tym, że Johnny’emu zależy na brunecie. A Keith wcale by go nie słuchał, nawet gdyby ten spróbował nagadać mu jakichś bzdur.- Przepraszam, Keith- rzucił ze skruchą.- Naprawdę nie wiem, co mi odbiło.
-Ja też nie…- odparł krótko chłopak.
W tym momencie zadzwonił dzwonek. Keith obejrzał się przez ramię i chyba zamierzał się odwrócić, ale Johnny chwycił go za nadgarstek, zatrzymując przy sobie. Ciemnowłosy odkaszlnął cicho i cofnął dłoń, wyraźnie skrępowany, posyłając szatynowi pytające spojrzenie.
-Spotkamy się dzisiaj?- rzucił niemalże zwyczajowo Johnny.
Na ustach bruneta pojawił się lekki uśmiech.
-Chyba…- odparł, zdawało by się, równie rutynowo.- Po lekcjach muszę zrobić zakupy, przyjść do domu, pewnie będę musiał posiedzieć z Angie… Ale postaram się wpaść później. O ile będziesz w domu.
-Będę- zapewnił go natychmiast Johnny.
-To dobrze- Keith uśmiechnął się lekko.
-Mam jechać z tobą…? Mogę ci pomóc z zakupami i jeśli chcesz, to…
-Naprawdę, nie trzeba- przerwał mu natychmiast ciemnowłosy, kręcąc głową.- Dam sobie radę- dodał.
Johnny chciał coś odpowiedzieć, ale Keith raz jeszcze obejrzał się za siebie, po czym rzucił ledwie słyszalne: „cześć” i odszedł na bok. Dopiero wtedy szatyn zobaczył zmierzającego w jego stronę Benny’ego. Uśmiechnął się do niego i machnął mu dłonią, świadom tego, że nie odpisał, przynajmniej, na z tuzin jego sms-ów, w których Benny dopytywał o wszystko, począwszy od tego, dlaczego Johnny wyszedł z jego imprezy, po jego zdrowie psychiczne.
-Myślałem, że już nie przyjedziesz- rzucił blondyn, zatrzymując się przy przyjacielu.
-Gdzie Maicy?- zainteresował się Johnny.
Benny wzruszył ramionami.
-Nie przyjdzie. Dziś i jutro chyba też. Gorzej się czuje. Odwiedzę ją zresztą po szkole… A ty?- dopytał podejrzliwe, mrużąc oczy.
-Co ja?- Johnny postanowił udawać głupiego i ,z zupełnie niejasnych powodów, wychodziło mu to całkiem dobrze.
-Czemu tak się wczoraj ulotniłeś, co?- obruszył się Benny.- Myślałem, że zostaniesz, pogadasz, pomożesz mi sprzątać i w ogóle… Mogłeś chociaż coś powiedzieć…
-Przepraszam…- westchnął Johnny, przepraszając zresztą już po raz drugi tego dnia.- Gorzej się poczułem.
-Ta…- Benny mlasnął z niezadowoleniem.- Na widok Erica gadającego z Keithem… Zauważyłem…
-Chodzi o to, że…
-Och, darowałbyś już sobie to wyzwanie!- prychnął z irytacją Benny. Johnny syknął ostrzegawczo, dając przyjacielowi znak, by ten był cicho. Keith był wystarczająco daleko, by nie móc tego usłyszeć, ale szatyn i tak się przeraził.- Sam mówiłeś, że sobie odpuszczasz! Ale wiedziałem, że nie dasz sobie spokoju! Chyba prędzej byś umarł niż przegrał z Erickiem! Albo został gejem!- dodał ze zdenerwowaniem, jakby było to gorsze od pierwszej możliwości.
-Cicho, Benny!- jęknął głucho chłopak.- Mówiłem ci już, koniec z wyzwaniem. Ale nie chcę, żeby Keith się dowiedział. Sądzisz, że chciałby się ze mną przyjaźnić po czymś takim…? Ty chciałbyś kolegować się z kimś, kto zamierzał cię poderwać…?- zaśmiał się sztucznie.
Benny zastanawiał się przez moment.
-Nie- odparł wreszcie, kręcąc głową.- Zdecydowanie nie. To trochę obleśne…- przyznał, krzywiąc się nieco.- Ale mniejsza z tym. Po prostu nie chcę, żebyś zrobił coś głupiego, okej?
-Okej- zapewnił go Johnny.
… Uświadomiwszy sobie przez chwilę, że zrobił już bardzo wiele rzeczy, które jego najlepszy kumpel uznałby za „głupie”, a nawet więcej.
-Więc jak impreza…?- zapytał szatyn, usiłując zejść na bezpieczniejszy grunt.
Benny wzruszył ramionami.
-Nijak- stwierdził obojętnie.- Nic ciekawego się nie działo. Ludzie powoli się rozchodzili… Linda została dłużej, kręciła się tu i tam, chyba sądziła, że gdzieś wyszedłeś i zaraz wrócisz. Potem podeszła do mnie i zapytała, czy pojechałeś po żarcie albo alkohol. Jak jej powiedziałem, że raczej już nie wrócisz, sprawiała wrażenie strasznie zawiedzionej…- zrelacjonował z dość niewesołą miną.- Najwyraźniej liczyła, że spędzi z tobą wieczór… I nie tylko wieczór… Wolałem jej nie dobijać informacją, że wieczór spędziłeś w towarzystwie Keitha… Tylko wieczór, mam nadzieję…- dodał, spoglądając na przyjaciela surowo. Johnny parsknął śmiechem, jakby słowa kumpla naprawdę nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.- A oprócz tego to serio, nic godnego uwagi.
-A Eric?- zainteresował się Johnny.
-Eric?- Benny chyba zdziwił się, że szatyn o niego pyta.- Siedział do samego końca… Został jak wszyscy już poszli. Wiedziałem, że chce się pogodzić, ale go olałem. Powiedziałem, że może już iść, bo nie potrzebuję jego zasranej pomocy, ale i tak został… Zaczął coś gadać o Maicy… Gadaliśmy przez moment normalnie, a później przyszedł Carl. On to dopiero miał wieczór!- zachichotał Benny.- Tkwił w kiblu przez połowę czasu! No i, Eric pogadał jeszcze chwilę o czymś innym i się zmył.
-O Maicy…- powtórzył Johnny.
-Tak.
-Co konkretnie…?
-Rany, nie wiem…- westchnął Benny.- Tak tylko zaczął. Pewnie nie wiedział, o czym gadać, żebym mu od razu nie przyłożył…
Johnny uśmiechnął się lekko, po czym rozejrzał dookoła, usiłując odszukać wzrokiem Erica, ale nie było go nigdzie w pobliżu. Ta sytuacja zastanawiała go jeszcze bardziej. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego Eric miesza się w sprawy Benny’ego. I to raczej „miesza się” nie jako dobry, zmartwiony kumpel, tylko ktoś, kto chce doprowadzić do rozpadu związku przyjaciela. Bez sensu.
W tym momencie na korytarzu pojawiła się pani Stevens. Otworzyła drzwi od klasy i wpuściła oczekujących do środka. Johnny i Benny usiedli obok siebie, na swoim zwyczajowym miejscu. Szatyn zerknął jeszcze w stronę siedzącego na tyłach Keitha i uśmiechnął się do niego lekko.
-Nie musicie otwierać książek- stwierdziła Stevens, zamykając za sobą drzwi i stając na środku klasy.- Nie będziemy dzisiaj zajmować się zadaniami. Chcę z wami omówić kilka spraw, w tym kwestie związane z zaliczeniem. Ale najpierw sprawdzę obecność…
Stevens prawie kończyła odczytywać listę, gdy otwarły się drzwi do klasy. Podniosła głowę, zerkając surowo w tamtym kierunku, ale zaraz jej wzrok nieco złagodniał. Eric wszedł do wnętrza pomieszczenia, zatrzymując się przy biurku nauczycielki.
-Przepraszam za spóźnienie- powiedział.
-Niech pan siada, panie Smith- odparła jedynie kobieta, machnąwszy dłonią.
-Niech pan siada, panie Smith…- przedrzeźnił ją cicho Benny, krzywiąc się przy tym zabawnie.- Jak zwykle… Gdybym to był ja, najpierw zwęgliłaby mnie wzrokiem, a później odgryzła mi głowę, ale „Pan Smith”…
-Bradley, czy chciałbyś się podzielić z nami wszystkimi tymi interesującymi informacjami, o których teraz tak żywo dyskutujesz…?- Stevens wbiła w Johnny’ego pełne politowania spojrzenie.
Benny umilkł natychmiast, robiąc głupią minę.
-Nie, pani Stevens- odpowiedział gładko Johnny. Był już przyzwyczajony do tego, że to jemu, z ich czwórki, zawsze obrywało się najbardziej.
-Całe szczęście- skwitowała to nauczycielka, a następnie zaczęła odczytywać pozostałe nazwiska.
Eric cieszył się szczególnymi względami u wielu nauczycieli. Nic dziwnego, miał dobre stopnie, brał udział w różnego rodzaju szkolnych akcjach i zawsze był nieprawdopodobnie wprost uprzejmy wobec wszystkich pedagogów. Nieprawdopodobnie z tego względu, że niektórym pewnie trudno byłoby uwierzyć, że w słowniku Erica w ogóle znajduje się takie słowo jak „uprzejmość”. Stevens nie okazywała swojej sympatii ostentacyjnie, ale rzeczywiście oceniała zachowania jasnowłosego znacznie łagodniej niż jego kolegów.
-Zacznę więc, od informacji, która nie będzie napawała wszystkich paniką…- zironizowała, podnosząc się z miejsca i sięgając po jedną z leżących na biurku kartek.- W mieście Shildon, jedna ze szkół organizuje interesujący konkurs, do którego została wytypowana również nasza placówka… Konkurs odbędzie się w weekend. W sobotę będzie miała miejsce popołudniowa debata na temat kierunku w jaki zmierza medycyna i kwestii ograniczeń moralnych z tym związanych, a w niedzielę odbędą się dwa testy wiedzy, jeden typowo humanistyczny, drugi z zakresu przedmiotów ścisłych… Potrzebna jest więc, dość szeroka wiedza… Każda wybrana szkoła typuje pięć osób. Po rozmowach z pozostałymi nauczycielami, wybraliśmy wstępnie tę piątkę. I reprezentacja z tej klasy będzie dość spora…- stwierdziła.- Wybraliśmy Keitha Larsona i Erica Smitha. Oczywiście wszystko zależy od waszej zgody.
Johnny’emu szczęka opadła. Przez dłuższą chwilę miał wrażenie, że to jakiś żart.
-Panie Larson…?- dopytała Stevens.
-W porządku- zgodził się Keith, skinąwszy głową.
-A pan, panie Smith…?- nauczycielka spojrzała na Erica pytająco.
Nim sam zainteresowany zdążył odpowiedzieć, jeden z jego kolegów z drużyny, krzyknął:
-Eric nie może jechać! Mamy mecz w sobotę!
Szatyn odetchnął z ulgą. No tak. Szkolny ćwierćfinał. Eric w życiu nie przepuściłby takiej okazji.
-Tak…- Stevens mlasnęła z niezadowoleniem.- Wasz nauczyciel już mnie o tym poinformował… Wiem, że to ważny mecz, a ty jesteś członkiem szkolnej reprezentacji, więc w porządku… Dziś wielu młodych stawia przede wszystkim na sport…- skwitowała z ciężkim westchnieniem.
-Ależ skąd- odpowiedział Eric.- Chętnie wezmę udział w konkursie.
Johnny aż parsknął z niedowierzaniem.
-Doprawdy?- zdumiała się Stevens, razem z przynajmniej połową klasy, w tym Johnny’m, Benny’m i wszystkimi, którzy znali Erica na tyle by wiedzieć, że treningi zawsze były dla niego bardzo ważne.
-Tak- potwierdził bez wahania jasnowłosy.
-Eric, co ty wygadujesz!- rzucił zbolałym niemalże głosem jego kolega z drużyny.- Nie możesz nas zostawić! Wiesz przecież, że Williams też nie zagra przez tą kontuzję! Jesteś najlepszym zawodnikiem!
-Więc weźmiecie sobie kogoś z rezerwowych- odparł beznamiętnie chłopak, jakby w ogóle go to nie interesowało.
-Ale… Ale…- zająknął się tamten.
-Dosyć, dosyć!- rzuciła natychmiast Stevens, unosząc dłoń.- Ustalicie to sobie później, proszę poinformować mnie o podjętej decyzji najpóźniej jutro, panie Smith.
-Informuję panią teraz- odpowiedział Eric.- Jadę na konkurs.
-Jestem pod wrażeniem- stwierdziła nauczycielka, kiwając z uznaniem głową.- Tak… Więc teraz przejdę do kwestii zaliczenia, a po lekcji zostaniecie obaj, wraz z Larsonem, i porozmawiamy o szczegółach…
-Oczywiście…- odpowiedział Eric.
Po czym zwrócił twarz w stronę Johnny’ego.
I obdarował go chyba najbardziej podłym uśmiechem, na jaki było go stać.

Johnny wpadał w panikę. A przynajmniej przeżywał całkiem spory atak histerii na samą myśl o tym, że Eric wyjeżdża razem z Keithem. Gdy wrócił już do domu, nie bardzo mógł znaleźć dla siebie miejsce. Kręcił się od pomieszczenia do pomieszczenia, włączał telewizor, chcąc się czymś zająć, ale zaraz wyłączał go zdenerwowany, zaczynał odrabiać lekcje, pisał sms-a do Benny’ego i urywał w połowie, a następnie znowu się kręcił. Nie było w tym większego sensu ani celu, ale zupełnie nie potrafił się opanować. Ta sytuacja chyba go przerastała. I przerażała, to przede wszystkim. Czego, u licha, chciał Eric?! Jeszcze tego ranka, Johnny gotów był się założyć, że chłopak wolałby zwyciężyć, a raczej wolałby nie przegrać, niż zrobić mu na złość. Ale, z jeszcze większym przekonaniem, mógłby stwierdzić, że nie wyjechałby na żaden konkurs, porzucając drużynę i to w czasie meczu! Eric nie dbał o oceny. Stopnie miał dobre, ale przychodziło mu to bez większego wysiłku, nie wkładał w to ani czasu, ani energii. Koncentrował się na treningach, na drużynie. Sam przebąkiwał jeszcze wtedy, gdy z Johnny’m w ogóle rozmawiał, że wiąże z tym swoją przyszłość. A teraz?! To było niewiarygodne! I jeszcze ten uśmiech… Szatynowi trudno było uwierzyć, że Eric nagle poczuł w sobie powołanie i chęć do nauki! To oczywiste, że chciał go zdenerwować! Ale po co?! Odpowiedź właściwie mogłaby być prosta. Bo był Erickiem. Podłym dupkiem, który w pewnym momencie zaczął robić mu na złość, a później, na złość całemu światu. Ale czemu się w to mieszał? Po co? Naprawdę chciał powiedzieć Keithowi o wyzwaniu? Jeśli tak, po co je w ogóle rozpoczął? Nie mógł przecież wiedzieć o tym, że Johnny’emu na nim zależy. Prawda…? A jeśli wiedział…? Już sama ta perspektywa sprawiła, że Johnny jęknął głucho. Nie pamiętał, by Eric kiedykolwiek darzył go szczególną sympatią, ale jeszcze do niedawna, mógłby przysiąc, że nie posunąłby się do czegoś podobnego. Ale sama sytuacja z Benny’m i Maicy była wystarczająco oczywista. Eric strasznie się zmienił. I nie wiedzieć czemu, robił coś, co według Johnny’ego kompletnie nie miało sensu, i w dodatku skierowane było w stronę osoby, którą Eric lubił. W stronę Benny’ego. Idiotyzm.
Keith przyszedł trochę po siedemnastej. Johnny był w stanie rozsypki, niczego nie przygotował, ani nawet nie zastanawiał się nad tym, co będą robić. Otworzył brunetowi drzwi, wpuszczając go do środka. Na dworze musiało być naprawdę zimno, bo Keith zamiast zwyczajowej bluzy, miał na sobie kurtkę. Ach, nie… Gdy tylko odwiesił ją na wieszak, oczom Johnny’ego ukazało się charakterystyczne odzienie. Uśmiechnął się do ciemnowłosego z rozbawieniem, idąc razem z nim do salonu, ale zaraz, znowu ta sama obawa chwyciła go za serce.
Brunet zatrzymał się i spojrzał na niego z uwagą.
-O co chodzi…?- zapytał, bo na twarzy szatyna malował się dość dziwny grymas.
-Więc… jedziesz na konkurs- stwierdził nie wiedzieć czemu Johnny.
-Tak- potwierdził Keith.
Zapanowała cisza.
Johnny zagryzł niepewnie wargę. Sam nie wiedział, co dokładnie chciał powiedzieć i co chciał usłyszeć. Ale choć bardzo chciał sobie darować pytanie, nie mógł się powstrzymać:
-Eric też jedzie?
Ciemnowłosy zmarszczył brwi.
-Chyba…- odpowiedział i zdawało się, że wie mniej więcej do czego to wszystko zmierza.- Powiedział Stevens, że jedzie, więc najwyraźniej tak jest. Mnie się nie zwierzał- dodał.
-I co… tak… tak sobie jedziecie?- Johnny próbował się uśmiechnąć, ale nie był pewien, czy mu to wyszło.- Razem…? Sami?
Keith wpatrywał się w niego tak, jakby niepokoił się o jego stan zdrowia psychicznego.
-Autobusem- stwierdził, wzruszywszy ramionami.- Razem z innymi uczniami. Z paru szkół z miasta.
-Mhm…- szatyn chciał chyba obliczyć ile mniej więcej czasu Eric i Keith będą mogli spędzić sam na sam. I już nie podobała mu się ta perspektywa.- A… Później? Gdzie się zatrzymacie? W jakimś hotelu?
-Chyba.
-I… będziecie w jednym pokoju?
-Johnny, o co ci chodzi?- warknął Keith, wyraźnie poirytowany.
Chłopak jęknął głucho.
-Ja po prostu nie chcę, żebyś z nim jechał- przyznał otwarcie.
Keith parsknął z niedowierzaniem.
-Naprawdę nie wiem, co ci odbija…- przyznał szczerze.- Eric jest gejem?- zapytał nagle. Johnny spojrzał na niego zdumiony, dopiero po chwili przypominając sobie o swojej wczorajszej wersji wydarzeń. Miał być w końcu zazdrosny.- Wszyscy twoi kumple nimi są…?- zakpił ciemnowłosy.- A nawet jeśli, to bardzo wątpię, żeby się mną interesował. Naprawdę nie masz powodów do obaw, nie każdy ma tak kiepski gust jak ty…- stwierdził pobłażliwie.
-Nie o to chodzi, Keith!- odparł stanowczo szatyn.- Tylko… Rany…- jęknął głucho, usiłując znaleźć odpowiednie słowa.- Eric mnie nie lubi. Robi wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie. Nie chcę, żeby ci czegoś o mnie naopowiadał!
-Zdaję się, że już o tym rozmawialiśmy- uciął Keith.- Nie będę z nim rozmawiał na twój temat, nie mam najmniejszego zamiaru. I nie wiem, co cię tak strasznie niepokoi. Słyszałem już masę plotek o tobie, nie mając na to najmniejszej ochoty, ale jakoś potrafiłem sam wyrobić sobie o tobie zdanie. Dlaczego mi nie ufasz?- zapytał bez zrozumienia.
Ufał Keithowi. Ufał mu bardzo, tak bardzo, że choć w istocie znał się z nim niedługo, powiedział mu o sprawach, o których nie wspominał nawet Benny’emu. Ale wiedział, że jeśli Keith się dowie, to wszystko się skończy. Nie był zakochaną po uszy w Johnny’m dziewczyną, którą dałoby się później łatwo przekonać, że Eric jest kłamcą. Jeśli Keith usłyszy o wyzwaniu, wszystko stanie się dla niego jasne. I nie będzie chciał się zadawać z szatynem. A tej perspektywy, Johnny nie mógł znieść.
-Ufam ci, Keith- odpowiedział więc, z głębokim westchnieniem, uspokajając się nieco.- Ale jemu nie ufam. Nie chcę, żeby… żeby przekonał cię do czegoś albo…- plątał się Johnny, zupełnie nie wiedząc jak wyjaśnić swoje zachowanie.- … albo żeby opowiadał ci o jakichś bzdurach i… Wiem, jak to brzmi, ale mam wrażenie, że on naprawdę gotów jest zrobić wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie.
-Więc co?- parsknął z politowaniem ciemnowłosy.- Mam nie jechać na konkurs, bo on na niego jedzie?
-Nie, jasne, że nie- zaprotestował natychmiast Johnny.- On nie powinien jechać. Wcale nie chciał jechać! Jedzie ze względu na ciebie. Nigdy nie opuszczał meczy.
-Johnny, ty chyba sam siebie nie słyszysz…- Keith wpatrywał się w niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.- Nie wiem, dlaczego Eric jedzie, ale jakoś wątpię, by moja osoba miała z tym cokolwiek wspólnego… Powtarzałem ci już tysiąc razy, ledwie go znam! Jak, zresztą, większość osób z tej klasy. Wszystkie, pomijając ciebie- dodał znacząco.- I, choć nie mam pojęcia, dlaczego pomyślałeś o czymś tak idiotycznym, gwarantuję ci, że on nie jest mną zainteresowany- stwierdził kategorycznie.- Nie zapraszał mnie dotąd do siebie na korepetycje, ani nic w tym stylu, więc sam rozumiesz…- dodał z rozbawieniem.
Johnny uśmiechnął się lekko na te słowa, ale nie poczuł się lepiej.
-Ale jeśli on jedzie, to znaczy, że ma w tym jakiś cel- kontynuował.- I po prostu nie chcę, żeby…- urwał w połowie, nie wiedząc, jak zakończyć swój marny wywód.
-Oczekujesz, że z nim porozmawiam i zmuszę go, żeby nie jechał?- Keith spoglądał na niego bez najmniejszego zrozumienia, chyba w ogóle nie mając pojęcia, o co mu chodzi.
Nie, nie. Z pewnością nie mając pojęcia. Przynajmniej na razie.
-Jasne, że nie…
Johnny widział, że Keith zaczyna czuć się coraz bardziej zdezorientowany i, właściwie, trudno było mu się dziwić. Chwycił więc chłopaka za dłonie i przyciągnął go do siebie, przytulając mocno.
-Przepraszam- rzucił, uspokajając się trochę. Dobrze wiedział, że jego słowa do niczego nie doprowadzą. To wszystko nie miało w gruncie rzeczy nic wspólnego z Keithem. Chodziło tylko o niego i Erica. Ciemnowłosy nie miał na nic wpływu i nie zdawał sobie sprawy z tego wszystkiego. Johnny nie chciał go denerwować.- Cieszę się, że jedziesz na konkurs…- odsunął się od bruneta i uśmiechnął do niego pogodnie, a następnie pociągnął za rękę w stronę kanapy.
Usiadł na niej i ściągnął Keitha na miejsce obok. Ciemnowłosy przez chwilę jeszcze patrzył na niego niepewnie, jakby oczekiwał, że szatyn będzie kontynuował wcześniejszy temat, Johnny jednak nie miał takiego zamiaru. Przy Keithie rozluźniał się i zapominał o całym świecie, teraz nie było inaczej. Nie miał ochoty myśleć ani o wyzwaniu, ani o Ericku. Miał ochotę być z ciemnowłosym, całować go, przytulać, dotykać… Nadal nie do końca rozumiał, jak to możliwe, że może mu się podobać chłopak. Że chłopak może go fascynować aż do takiego stopnia. Dobrze zresztą wiedział, że nie chodziło jedynie o podobanie się i fascynację. Zależało mu na ciemnowłosym. Ale przecież nie był gejem. Nie był, prawda…? Nigdy wcześniej nie spotykał się z mężczyznami, do głowy by mu nie przyszło, by się z którymś umówić, zdawało mu się zresztą, że i żaden nie pociągał go szczególnie… Teraz sam nie był pewien. Gdy pierwszy raz rozmawiał z Keithem, nie miał przecież ochoty na podobne rzeczy. A teraz nie mógł wprost uwierzyć, że powstrzymywał się tak długo nim go pocałował. Już na samą myśl o pocałunku, zrobiło mu się ciepło… Spojrzał na wargi bruneta, oblizując własne. Miał wrażenie, że czekał na to wieki.
-Na pewno wygrasz- rzucił, przysuwając się bliżej chłopaka z figlarnym uśmiechem.
-Na pewno…- zakpił brunet, odpowiadając mu pełnym politowania uśmiechem.- Johnny, to jest konkurs. Przyjeżdżają tam same dobrze uczące się osoby…
-Ale te osoby nie są takie mądre jak ty…- odpowiedział z pełnym przekonaniem szatyn, unosząc niespiesznie dłoń i przesuwając palcami po policzku chłopaka.
Keith odkaszlnął skrępowany.
-Jasne…- rzucił tylko z wyraźnym zawstydzeniem.- To… Ekhem… Co właściwie… Co będziemy robić?- zapytał.
Szatyn uśmiechnął się szeroko na te słowa.
-Nie wiem…- odparł z wolna, wciąż głaszcząc skórę chłopaka.- Hm… Możemy coś obejrzeć…- zaproponował.
-Mhm?
-… Albo czegoś posłuchać…
-Tak?- Keith najwyraźniej czekał na dalsze propozycje.
-… Albo możesz mnie pocałować- dopowiedział Johnny, zagryzając wargę w figlarnym uśmiechu.
Keith zarumienił się po czubki uszu.
-Teraz…?- zapytał niepewnie.
Johnny parsknął śmiechem.
-Możesz później, jeśli wolisz. Poczekam cierpliwie…
O nie, chyba by nie zdołał. Ale Keith uśmiechnął się lekko i ,oparłszy dłoń na udzie szatyna, musnął powoli jego wargi. Johnny westchnął mimowolnie, odpowiadając na pocałunek, ale niczego nie przyspieszając. Pozwolił ciemnowłosemu panować nad wszystkim. Rozchylił delikatnie usta, zapraszając jego język do środka. Keith niespiesznie badał wnętrze jego warg. Jego palce odruchowo zacisnęły się mocniej na udzie Johnny’ego, który mruknął z zadowoleniem, czując przyjemne dreszcze rozchodzące się od miejsca dotyku chłopaka. Miał ochotę całować Keitha. Miał ochotę całować go długo i nie spieszyć się z niczym, i to właśnie czynił. Przejmował inicjatywę, prowokując język ciemnowłosego do rozkosznego tańca i zaraz znowu pozwalał mu odzyskać kontrolę, kierować wszystkim. Poczynania Keitha zdradzały nieporadność i niepewność, ale Johnny’emu wcale to nie przeszkadzało. Miał świadomość tego, że był pierwszą osobą z którą Keith był bliżej, że dla niego wszystko było nowe. Dla Johnny’ego zresztą również. Całował już wcześniej wiele osób… dziewczyn… ale te pocałunki zdawały się być zupełnie inne. Nie potrafił oderwać się od ciepłych warg bruneta. Smakował je raz po raz, czując przyjemne ciepło i narastające podniecenie. Nie potrafił sobie przypomnieć, by ktokolwiek podobał mu się równie mocno. Pocałunki Keitha stawały się coraz bardziej śmiałe i namiętne. Johnny nie mógł opanować się dłużej. Jego dłonie chwyciły za rąbek bluzy i zaczęły podwijać ją niespiesznie do góry. Ciemnowłosy wzdrygnął się, odrywając od warg kochanka. Spojrzał na niego odrobinę zdezorientowany.
-Nie mogę zostać na noc…- wydusił z siebie.
Johnny nie mógł powstrzymać rozbawionego chichotu. Tak bardzo go uwielbiał! I jego rumieńce, i jego skrępowanie, i sposób, w jaki odpowiadał na pocałunki… Kochany Keith! Gdyby mógł nie wypuszczałby go ze swoich ramion ani na chwilę.
-Nie znam się zbytnio na prawie, ale zdaję się, że żadne przepisy nie zakazują robienia tego typu rzeczy za dnia…- zaśmiał się radośnie.
Keith poczerwieniał jeszcze bardziej i odkaszlnął cichutko. Nie oponował, gdy Johnny zrzucił z niego bluzę. Następnie palce szatyna niecierpliwie chwyciły za guziki od koszuli, którą rozpięły sprawnie i zrzuciły z ramion bruneta bez chwili wahania. A później… A później czekała na niego jeszcze podkoszulka, na której widok, Johnny zaśmiał się lekko.
-Warstwy…- stwierdził z wesołym uśmiechem.- Nie chciałeś być przeze mnie rozebrany?- zapytał z rozbawieniem.
-Nie wiedziałem, że będę przez kogokolwiek rozbierany- odpowiedział Keith.
Johnny zachichotał.
-Mogłeś się domyślić…
Zdjął z ciemnowłosego także podkoszulkę, pod którą na szczęście znajdowała się już przyjemnie ciepła klatka piersiowa chłopaka. Johnny badał ją opuszkami palców, powróciwszy do ust ciemnowłosego. Napierał na jego ciało, kładąc go powoli i sprawiając ostatecznie, że głowa bruneta wylądowała na oparciu. Oderwał się od jego ust, uśmiechając lekko. Keith wpatrywał się w niego z wyraźnym zaciekawieniem. Johnny rozsiadł się pomiędzy jego nogami, nie mając zbyt wiele miejsca na wąskiej kanapie. Nachylił się nad torsem chłopaka i zaczął składać na nim, z początku, bardzo subtelne pocałunki. Keith przymknął powieki, wstrzymując na moment oddech. Wypuścił powietrze z płuc, gdy wargi Johnny’ego zamknęły się wokół jednego z jego sutków. Szatyn ssał go powoli, wsłuchując się w przyjemne westchnienia i czując, jak biodra Keitha poruszają się odruchowo, ocierając o niego. Językiem wyznaczył linię pomiędzy sutkami ciemnowłosego i zaczął pieścić drugi, w ten sam sposób. Miał wrażenie, że wraz z kolejnym westchnieniem, z ust bruneta wyrwało się jego imię. Z zadowoleniem kontynuował rozkoszną wędrówkę, schodząc ustami coraz niżej i niżej. Całował jego brzuch, językiem kreślił na skórze wilgotne ślady, docierając wreszcie do spodni chłopaka. Przerwał pieszczoty. Rozpiął pasek, a następnie rozporek ciemnowłosego. Cofnął się, by ściągnąć z niego spodnie. Chwilę później, pozbawił go również bielizny i skarpetek, które odrzucił na bok. Keith parsknął cicho. Spoglądał na Johnny’ego z uwagą. Jego oczy błyszczały z podniecenia, klatka piersiowa unosiła się szybko. Nim szatyn zdążył zrobić cokolwiek więcej, ciemnowłosy podniósł się do pozycji siedzącej. Najpierw zdjął z Johnny’ego sweter, by następnie natychmiast wpić się gwałtownie w jego wargi. Johnny objął go wokół pasa, przyciskając do siebie. Przesunął palcami po podbrzuszu bruneta, by ostatecznie zacisnąć je na jego męskości. Keith jęknął głucho wprost w jego wargi. Odsunął się jednak po chwili, by rozpiąć rozporek Johnny’ego. Sam szatyn podniósł się niecierpliwie, zsuwając z pośladków spodnie wraz z bielizną i uwalniając spragnioną dotyku kochanka męskość. Zaczęli pieścić się wzajemnie. Johnny wciągnął chłopaka na swoje kolana, nie przestając całować go namiętnie. Język Keitha przemknął po jego ustach, wdzierając się w nie na powrót. Zaraz jednak, ich pocałunki stały się krótsze, chaotyczne, przerywane jękami i westchnieniami. Ciemnowłosy doszedł pierwszy. Johnny skończył niedługo po nim, skrywając twarz w szyi chłopaka. Przez długą chwilę tulił do siebie bruneta, uśmiechając się z zadowoleniem.
-Dziękuję- mruknął cichutko Keith.
Johnny zaśmiał się ciepło. Ucałował delikatnie czoło chłopaka, później skroń, policzek, linię szczęki i brodę… Po chwili jednak zsunął ciemnowłosego ze swoich kolan. Sięgnął po chusteczki i wytarł się, by naciągnąć na siebie bieliznę i spodnie. Wstał powoli, po czym obdarzył Keitha szerokim uśmiechem.
-Zgłodniałem- oświadczył.- Na co masz ochotę?- dodał, kierując się do kuchni.
Zatrzymał się, widząc, że Keith z wyraźnym zawstydzeniem spogląda na narzutę kanapy, na której pozostały ślady tego, co robili. Brunet odkaszlnął cicho, wbijając w kochanka zakłopotane spojrzenie.
Johnny zachichotał.
-Nie martw się. Wrzucę to do prania, Rose nie zauważy.
Keith pobladł, chyba dopiero teraz przypominając sobie o gosposi.
-Nie masz się czym przejmować, serio- uspokoił go szatyn, rozbawiony jego zażenowaniem.
-Mhm…- odmruknął niepewnie brunet, nakrywając się narzutą.
Johnny pokręcił głową i chichocąc, przeszedł do kuchni. Otworzył lodówkę, wyjmując z niej przygotowanego świeżo przez Rose kurczaka, ziemniaki i jakąś surówkę.
-Zjesz ze mną, Keith?- zawołał.
-Mogę zjeść…- usłyszał odpowiedź bruneta.
Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem.
To oznaczało, że mieli dla siebie jeszcze trochę czasu.

Kanapa była niewygodna i jak się okazało, w pewnym momencie zabrakło im na niej miejsca. Johnny zdjął narzutę i rozłożył ją na podłodze. Leżeli na niej obaj, na brzuchu, oglądając telewizję. Przynajmniej teoretycznie, bo chyba żaden z nich nie nie wiedział, za bardzo, co dzieje się na ekranie, zajęty czymś zupełnie innym i zmęczony. Kawałek dalej stała, prawie całkiem opróżniona, miska po chipsach, których fragmenty zresztą uporczywie wbijały się w ciało Johnny’ego, nie pozwalając mu ułożyć w wygodny sposób. Pewnie dlatego, że przewrócił naczynie i wysypał znaczną część jego zawartości, gdy w pewnym momencie, cokolwiek gwałtownie, powrócił do bardzo uważnego badania ciała ciemnowłosego.
Od czasu przyjścia Keitha minęło kilka godzin. Na dworze już dawno zapanowała ciemność. Byli nieco znużeni. Szatyn błądził leniwie palcami po nagich plecach chłopaka, kreśląc na nich jakieś wzory. Obaj byli w samej bieliźnie. Jednocześnie, co jakiś czas, całował delikatnie jego wargi i policzek.
-Która godzina…?- zapytał brunet, nieco nieprzytomnie. Johnny’emu zdawało się zresztą, że już jakiś czas temu przysnął na kilka minut.
Chłopak zdobył się na to, by podnieść się nieco i zerknąć na zegarek.
-Dwudziesta pierwsza…- odpowiedział, opadając na posłanie.
-Tak późno?- zmartwił się Keith.
Johnny jęknął w duchu.
-… pięćdziesiąt siedem…- przyznał.
-Co?!- brunet natychmiast zerwał się na nogi, odzyskując energię.
-Zostań!- jęknął Johnny, chwytając go za nadgarstek i zatrzymując przy sobie.
-Nie mogę- odparł ciemnowłosy.- Muszę napisać coś na jutro, zresztą, jest już naprawdę bardzo późno…
-Więc zostań na noc- upierał się szatyn.
Keith spojrzał na niego surowo.
-Nie ma mowy- stwierdził kategorycznie.
-Dlaczego? Nastawię budzik na wcześniejszą godzinę i odprowadzę cię zanim Rose wróci… Albo po prostu zostaniesz, co za różnica…? Przecież już wcześniej nocowali u mnie znajomi…
-Nie sądzę, żeby z którymś z nich przyłapała cię w jednym łóżku w dość… dziwnym ułożeniu- odpowiedział z zawstydzeniem Keith.- Nie naciskaj, Johnny- dodał natychmiast. Szatyn zrobił wyjątkowo nieszczęśliwą minę, ale ciemnowłosy wydawał się być nieubłagany.- Naprawdę lepiej będzie jak już pójdę…
Zaczął zbierać swoje ubrania i nakładać je na siebie w pośpiechu. Johnny podniósł się na przedramionach, przyglądając mu się.
-Odwieźć cię?- zapytał.
Keith parsknął tylko cicho.
-Powiedz chociaż, że jutro też przyjdziesz…- poprosił szatyn.
Brunet zatrzymał się na moment, dopinając spodnie.
-Nie bardzo…- odpowiedział po chwili z głębokim westchnieniem. Johnny jęknął, absolutnie zdruzgotany i spojrzał na niego błagalnie.- Nie mogę. Muszę zostać z Angie, moja mama wyjeżdża na dwa dni…- wzruszył ramionami, ale był wyraźnie niezadowolony i poirytowany.- Opiekunka przyjdzie rano, gdy będę w szkole. Później muszę się nią zająć sam.
Johnny pokiwał głową ze zrozumieniem.
-Więc mamy tylko jedno rozwiązanie…
Keith spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Musisz zaprosić mnie do siebie- dopowiedział szatyn, uśmiechając się szeroko.- Wtedy nie będziesz sam. A ja będę z tobą.
Brunet parsknął z rozbawieniem i pokręcił głową.
-Johnny, naprawdę nie musisz…- zaczął zwyczajowo.
-Ale chcę- odparł równie uparcie, co zwykle, chłopak.
Keith wpatrywał się w niego przez długą chwilę, wyraźnie wahając się.
-Dobrze- odpowiedział w końcu, kiwnąwszy głową.- Możesz przyjść.
Johnny obdarzył go ciepłym uśmiechem.
Świat Keitha był inny. Dziwny i momentami zupełnie niezrozumiały. Ale ciekawił Johnny’ego równie mocno jak sam chłopak. Chciał, żeby Keith mu zaufał. Zupełnie i całkowicie. Zapomniał jednak o tym, że trudno zapracować na czyjeś zaufanie, samemu skrywając przed kimś tajemnice.

16 komentarzy:

  1. Och i ah i w ogóle *.*
    Powiem ci ,że to ja się przeraziłam widząc tytuł Wyzwania! Pierwsza mysl- "O Boze.. Boże, Keith sie dowiedział! " Na szczęscie to jeszcze nie ten czas... ufff.
    Ojojojoj Johnny... wszyscy kłamią ^^
    Nie pamiętam czy już to pisałam... zapewne tak, cóż powtórzę się ,Keith jest tak piekielnie uroczy!
    Ehh dziewczyna naczyta się takich opowiadań, o takich chłopakach a potem cały internet jest przepełniony twierdzeniami ,że kobiecie nie można dogodzić :D
    Hmm w tej czesci najbardziej podobalo mi się... cóż... Fapfapfap :D (szczerosc )
    Już nie mogę się doczekać następnego Wyzwania no i oczywiscie Chaosu!
    Pozdrawiam cieplutko!
    Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń
  2. om nom nom, zabieram się za czytanie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Umm.. Słodko, słodko, słodko <33
    Kocham to opowiadanie ^^ Zastanawiam się co będzie dalej. Czy Eric wyzna Keithowi prawdę o Johnnym? Eh, obawiam się, iż przyszedł czas na komplikacje. Że Keith dowie się prawdy. Boje się tak samo (lub może bardziej) jak Johnny. Chcę aby byli szczęśliwi, no przywiązałam się do nich. Ja nie chcę czytać ich kłótni! To będzie straszne. Boję się, że Eric powie coś Keithowi, a potem Johnny się wyda. NIE! Błagam nie. (Tak wiem histeryzuję, no ale..)
    Z jednej strony Keith powinien dowiedzieć się prawdy, ale z drugiej. Nie chcę aby cierpiał, aby oboje cierpieli :(

    No dobra może przestanę wybiegać w przyszłość i skupię się na tym rozdziale.
    Mówiłam już jest słodki? Tak? To się powtórzę ^^ Jest mega słodki ^^
    Uwielbiam rozmowy Johnnego z Keithem. Keith jest uroczy, a Johnny się przy nim zmienia i wgl obaj są boscy <3
    Benny zaczyna mnie irytować. Sam zauważył, że coś z jego przyjacielem się dzieje, że inaczej się zachowuje. Czemu z nim nie porozmawia tylko złości się o to wyzwanie. Wg mnie on nie jest godny zaufania. Czy gdyby wiedział co Johnny robi z Keithem, to by się od niego odwrócił, znienawidziłby go? Chociaż może uzmysłowiłby mu, iż chłopak zakochał się w Keithcie.
    Eh, przez ten rozdział nie mogę się doczekać następnego <3
    Tak więc pisz, pisz, pisz.

    Pozdrawiam i życzę dużo weny!

    PS. Zawsze zastanawiało mnie czy Ty piszesz notki w ciągu tego tygodnia czy masz jakiś zapas...
    PS.2 Ekhem. Przepraszam za taki.. dziwny komentarz. Bo wydaje mi się, iż za piękny nie wyszedł -.-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentarz jest bardzo ładny, także absolutnie nie ma za co przepraszać :). Rozdziały piszę zazwyczaj z tygodnia na tydzień, chociaż czasem udaje mi się zrobić sobie jakiś zapas, najczęściej jednorozdziałowy.

      Usuń
    2. Bosz to tak się da? W sensie, że napisać taki genialny, długi, fantastyczny rozdział w ciągu tygodnia? O____O
      Droga Silencio, to ja się powtórzę (w jakimś komentarzu już to pisałam) Jesteś wielka!!

      Usuń
  4. Anonimowy1:23 PM

    Jeeej, moje ulubione opowiadanie. <3
    Kurde, jeżeli Eric naprawdę coś wspomni Keithowi o tym wyzwaniu... Jestem ciekawa jak zareaguje. Może uznać to co mówi za kłamstwo, bo sam mówił, że ufa Johnnemu i nie przejmuje się tym co ktoś o nim mówi. Ale kurczę... ach, nie wytrzymam tych dwóch tygodni. O ile to będzie w następnym rozdziale. @.@
    No cóż, życzę weny, weny, weny i powodzenia na sesji!
    Hiss.

    OdpowiedzUsuń
  5. oooh, jak ja nie cierpię Erica -.- taka menda ._.

    a Keith jest taki słodki, że nie ogarniam :3. nie mogę znieść tego, że Johnny go tak okłamuje :c... jest okropnym tchórzem, nie potrafi nawet powiedzieć Erickowi, że zrezygnował =.=... a przecież Keith mu tak ufa ;_;...

    rozwala mnie też jak Johnny ma takie rozkminy czy jest gejem, czy może jednak nie o XD... whatever XD

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy3:47 PM

    Myślę, że Eric chce skłócić Benny'ego nie tylko z jego dziewczyną, ale również z Johnnym, ale to już chyba większośc osób zauwazyla ;D W każdym razie piszesz świetnie, czekam na ciąg dalszy!
    Weny :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy4:57 PM

    kuuurcze naprawdę jestem ciekawa Erica. i tego, kiedy wreszcie go wyjaśnisz. bo to musi nastąpić mniej więcej w tym samym czasie, gdy Keith się wreszcie od niego dowie o wyzwaniu, prawda? i zakładam że ten wyjazd to faktycznie świetna po temu okazja...
    tylko teraz: opiszesz wydarzenie, w którym nie będzie brał udziału Johnny, czy postawisz go przed faktem dokonanym? DX: *so anxious*

    indy

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy5:44 PM

    Wiesz co mnie ciekawi? Czy Johnny w ogóle wie, jak wygląda gejowski seks... I mean... okej, jechanie na ręcznym jest zrozumiałe, ale... em... no ja nie wiem, czy on wie xD Wie?
    Tak, liczę na odpowiedź w tej kwestii bo mnie to nurtuje :D
    Odcinek świetny, jak zawsze <3 Nie mogę się doczekać dalszej części Chaosu <3
    Mam nadzieję, że Eric zrezygnuje z tego wyjazdu :T
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  9. Lepiej by było jakby Keith od Johnny'ego dowiedział się prawdy. Przecież chłopak może mu to jakoś wytłumaczyć. Wiadomo, że się boi i go rozumiem, ale będzie gorzej, jak ktos inny mu to powie. I nie sądzę, że to zrobi Eric. Nie wiem o co mu chodzi, ale on ma jakiś swój plan i lubi denerwować Johnny'ego, ale nie powie nic Keithowi. Johnny powinien podejść do niego i zapytać o co mu chodzi. Po co to wyzwanie i czego Eric chce od Bennyego i jego dziewczyny. Nadal jestem za tym, że Eric chce Bennyego dla siebie. (to moja cicha nadzieja:DDD)

    Uwielbiam jak Johnny i Keith są razem. Ciągnie ich do siebie i jeszcze Johnny rąk nie potrafi oderwać od bruneta. Razem są słodcy i tacy kochani. Lubię ja się przytulają, całują i robią coś więcej. :D Tylko tak jak Johnny boję się co będzie dalej. Powinni być razem, bo są świetną parą. Johnny przy brunecie się zmienia, otwiera. Jest kochany, obaj są. :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy8:28 PM

    Mam dziwne wrażenie, że Ericowi nie chodzi o pogrążenie Johnny'ego, ale że spodobał mu się Keith...

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam ochotę się rozryczeć. Bo kurcze, tak uwielbiam to opowiadanie, że z każdym nowym rozdziałem, mam świadomość, że po prostu dobiega końca. Tak cholernie się przywiązałam do tej parki, że naprawdę bardzo ciężko będzie mi pewnego dnia powiedzieć im papa.
    Jednak, oczywiście cieszę się, że postanowiłaś częściej zamieszczać rozdziały Wyzwania, nie mogłaś mi sprawić lepszej niespodzianki!
    Widzę, że Johnny nie panuje nad sytuacją. Ja za niego boję się chyba kilkukrotnie bardziej, co będzie, kiedy Keith się dowie? Boże... A teraz ich relacja wygląda na taką idealną, poza tym, że Johnny powoli dusi się, żyjąc w tym kłamstwie.
    Nie mam pojęcia czemu, ale Johnny`ego wyobrażam sobie jako Cedrica Bratzke, a Keitha jako Lee Gikwanga z teledysku "Beautiful" i "I like love you the best". Nie wiem, to chyba, że tam wyglądał jak taki typowy kujonek, z nerdami, w mundurku i te osoby strasznie pasowały mi do opisów xD pierwszy raz wyobraziłam sobie te postacie i tak mi już zostało.
    Bardzo lubie charaktery Keitha i Johnny`ego. Mimo, że Johnny jest czasami lekko ciapowaty i wychodzi na ciote, a Keith taki niedostępny. Ale mimo wszystko, strasznie się z nimi zżyłam i pokochałam je od pierwszego rozdziału.
    Tworzysz niesamowitą historię, którą uwielbiam i wiedz, że mimo upływającego czasu, nie zmieniłam zdania, Wyzwanie jest jednym z moich ukochanych opowiadań!

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy11:33 AM

    Cudowny rozdział, Wyzwanie to zdecydowanie najlepsze opowiadanie na tym blogu. Strasznie się boje, że Keith dowie się o wyzwaniu i wszystko przepadnie. Ale liczę na to, że koniec końców będzie dobrze między nimi. :3

    alex

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy1:16 PM

    Od dłuższego czasu mam wrażenie, że Eric zabujał się w Benny'm, nieustannie dąży do zniszczenia jego związku z Maicy, a i tak jak coś to chce zagadać :D Zastanawiam się tylko co Eric ma do Johnny'ego, jaki cel ma w dokuczaniu mu.
    Na miejscu Johnny'ego powiedziałabym Keithowi prawdę, tylko się bardziej pogrąża w kłamstwach, a założę się, że brunet i tak się dowie :)


    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  14. Jacy oni są słodziutcy <3
    Zgadzam się z Luaną. Johnny powinien sam powiedzieć Keith'owi o wyzwaniu, bo nie sądzę, żeby to dało się ukryć.
    Rozdział naprawdę świetny!

    OdpowiedzUsuń