Strony

piątek, 22 lutego 2013

Informacja

Robię sobie przerwę od "Wyzwania", teraz będą dwa rozdziały "Chaosu" pod rząd, a następnie, prawdopodobnie "Edmund". 

Pozdrawiam serdecznie :).

18. Johnny i trudne rozmowy [Wyzwanie]


Johnny wbiegł szybko po schodach na piętro i zatrzymał się przed drzwiami swojego mieszkania. Wstał dokładnie o tej porze, o której zamierzał i miał być w domu naprawdę wcześnie, ale najpierw trudno było mu się odlepić od zaspanego Keitha, później musiał jeszcze znaleźć swoje ubrania, ubrać się i, doprowadziwszy do jako takiego porządku, wyjść, nie robiąc szczególnego hałasu. Nie to jednak zajęło mu najwięcej czasu. Otóż, Johnny za nic w świecie nie mógł znaleźć swojego samochodu. Najpierw był święcie przekonany, że zaparkował tuż w pobliżu domu Keitha i najgorsze scenariusze przychodziły mu do głowy. Przypomniał sobie jednak, że ciemnowłosy upomniał go, by poszukał miejsca gdzieś indziej. Problemem było jednak zlokalizowanie tego „gdzieś”. Odnalazł auto po długich staraniach i mocno zaspany (dzięki Bogu, że ulice o takich porach były niemalże opustoszałe), podjechał pod dom. Było już po piątej, Johnny przypuszczał, że może i przed szóstą. Natomiast Rose przychodziła po piątej, czasami i wcześniej. Szatyn już wiedział, że jest w tarapatach.
Mając bardzo wątłą nadzieję, że może tym razem kobieta z jakichś powodów przyszła później (Rose praktycznie nigdy się to nie zdarzało), nacisnął na klamkę. Drzwi uchyliły się bez najmniejszego oporu. Johnny jęknął głucho, już węsząc zbliżające się kłopoty. Wsunął się do przedpokoju na palcach, starając najciszej, jak tylko było to możliwe, zdjąć z siebie kurtkę, a gdy zaczął zsuwać z siebie obuwie dostrzegł, że Rose stoi tuż przy nim. Gosposia patrzyła na niego surowym wzrokiem, opierając dłonie na biodrach i, najwyraźniej, oczekując wyjaśnień.
-Cześć, Rose- Johnny uśmiechnął się głupio, przez krótką chwilę chcąc udawać, że absolutnie nic się nie stało i całkowicie normalnym jest wracanie o tej porze do domu. Mina jednak szybko mu zrzedła, bo Rose nie zdawała się mieć ochoty swojemu podopiecznemu odpuścić.
-Gdzie się podziewałeś, Johnny?- ofuknęła go.
-U kolegi...- odpowiedział dyplomatycznie szatyn, woląc nie precyzować, którego „kolegę” miał na myśli.- Jakoś tak się zasiedziałem...
-U kolegi!- prychnęła kobieta i pokręciła głową, w pełnym potępienia geście.- Już ja to znam! Imprezy, alkohole, dziewczyny... chłopacy...- poprawiła się po chwili, marszcząc brwi. Johnny otworzył usta, by zaprotestować, ale gosposia kontynuowała- Och, nie myśl sobie, że nigdy nie byłam młoda, Johnny, ja wiem, że w tym wieku zawsze chce się robić szalone rzeczy...- rzuciła z niezadowoleniem. Chłopak na moment przestał jej słuchać, usiłując sobie wyobrazić Rose robiącą „coś szalonego”, ale okazało się to być zbyt dużym wyzwaniem. Uśmiechnął się sam do siebie z rozbawieniem.- Nie ciesz się pod nosem, nie ma w tym nic śmiesznego!- skarciła go kobieta, a Johnny natychmiast spoważniał, przywołując na twarz pełen skruchy wyraz.- Ja ci mówiłam, Johnny, ja się wtrącać nie będę... Bylebyś nie wpadł w jakieś poważne tarapaty... Ale obiecałam twojej mamie, że będziesz chodził do szkoły i dobrze się zachowywał... To nie weekend, tylko środek tygodnia!- rzuciła z oburzeniem.- A ty wyglądasz, jakbyś nie przespał nawet godziny!
-Spałem trochę...- Johnny podrapał się po głowie, po czym po chwili wahania wypalił- Byłem u Keitha.
Rose uniosła brwi. Szatyn odkaszlnął cicho. Po kilkudziesięciu sekundach wyjątkowo niezręcznej ciszy, gosposia rzuciła jedynie:
-Och... To wiele wyjaśnia...
Po czym wycofała się z przejścia i wróciła do kuchni. Johnny natychmiast ruszył za nią, czując się w obowiązku wyjaśnić całą sytuację. Tuż po tym, jak Rose przyłapała go z Keithem... To znaczy nie przyłapała go na niczym niestosownym, w porównaniu z tym, co robili później... Johnny czuł się bardzo skrępowany. Z jednej strony, gosposia miała absolutną rację, podejrzewając go o... bliższe kontakty z Keithem. Z drugiej... Johnny dość nerwowo zareagował na jej insynuacje na temat jego orientacji i kontaktów z innymi chłopakami, chociażby Benny’m. To nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Szatyn w końcu spotykał się wcześniej z dziewczynami. Owszem, z Keithem to było coś innego. Poważnego. Ale i tak... Nie był gejem. Chyba. Nie zajmował się tą kwestią zbytnio. Tak czy inaczej, nie chciał, żeby Rose tak myślała .
-Rose, to nie tak jak myślisz- zaczął więc dumnie, zatrzymując się przy swojej gosposi.- To znaczy... nie wiem, co sobie myślisz...- sprostował po chwili.- Po prostu... Sęk w tym, że mama Keitha wyjechała i zostawiła go samego...
-Zrozumiałam- skwitowała to jedynie Rose.
-Nie!- zaparł się natychmiast Johnny, jęknąwszy w duchu, gdy uświadomił sobie, że to nie był najlepszy początek.- Chciałem mu po prostu pomóc...
-Johnny, naprawdę nie muszę wiedzieć- odparła kobieta.
-Chodzi o to, że Keith ma chorą siostrę- wyjaśnił szatyn. Dopiero wtedy gosposia spojrzała na niego ze zdumieniem.- Jest prawie w naszym wieku, ale miała wypadek i jest, w pewnym sensie, opóźniona w rozwoju. Keith został z nią sam, więc... chciałem pomóc.
-Biedactwo...- przejęła się Rose.- Ten chłopiec zajmuje się nią sam...?
-Z mamą. Ale ona wyjechała, a poza tym, i tak ma dużo na głowie.
-Wiedziałam, jak tylko go zobaczyłam, że nie jest najszczęśliwszy...- westchnęła Rose, kiwając głową ze zrozumieniem i współczuciem.- Straszne wypadki chodzą po ludziach! Zwłaszcza dla chłopca w jego wieku, to musi być potworne. Szkoła, chora siostra, masa obowiązków... Powinieneś mu pomóc, Johnny... Ale nie pomagać przez całą noc- dodała natychmiast z wyczuwalną nutką złośliwości.
-Eee...- Johnny odkaszlnął cicho.- Było późno, byłem zmęczony...- wyjaśnił, wzruszywszy ramionami.- Keith ma duży dom, więc...- „więc i tak spaliśmy w jednym pokoju, tuż obok siebie”, dokończył w myślach.- To nie był żaden kłopot...
-Och, wierzę...
-Rose...- szatyn westchnął niemalże z desperacją, nie potrafiąc znaleźć żadnego sposobu, by jakoś to wszystko wyjaśnić. Może dlatego, że gosposia znała go naprawdę dobrze, rzadko się co do niego myliła... Oczywiście, pomijając całą masę irracjonalnych podejrzeń, domysłów co do jego związków z kolegami i parę innych kwestii... ale tak, Johnny był gotów bez wahania stwierdzić, że znała go jak mało kto. I sam też nie chciał jej okłamywać czy zwodzić, ale nigdy nie rozmawiał z nią o dziewczynach, ani, w ogóle, o tego rodzaju sprawach. Rozmawianie o chłopaku, z tej perspektywy, wydawało się być jeszcze bardziej zawstydzające.
-Dajże spokój, Johnny, myślisz, że jestem ślepa...?- gosposia zerknęła na niego bez zrozumienia i pokręciła głową z ciężkim westchnieniem, zajmując się przygotowywaniem podopiecznemu śniadania.- Stara jestem, ale swoje przeżyłam, swoje widziałam, i swoje wiem... Nie musisz mi się tłumaczyć, ale jestem za ciebie odpowiedzialna, więc, zgodnie z umową, nocuj w domu, jeśli na drugi dzień musisz iść do szkoły... A teraz lepiej doprowadź się do porządku, bo zaraz się spóźnisz!- skarciła chłopaka.
Szatyn uśmiechnął się szeroko.
-Dobrze, Rose- odpowiedział pokornie, cmoknąwszy kobietę w policzek i pognał na górę.
-Tak, tak...- usłyszał jeszcze mamrotanie kobiety.
Gdy tylko znalazł się w swojej sypialni, nie mógł powstrzymać rozbawionego śmiechu na myśl o własnych wykrętach.
Rose była z nim od samego początku i, chyba, nie istniał żaden sposób, by cokolwiek się przed nią ukryło.

Johnny pojawił się na szkolnym korytarzu. Jedną dłonią podtrzymywał przewieszony przez ramię plecak, a drugą zakrywał usta, nie będąc w stanie stłumić kolejnego, szerokiego ziewnięcia. Był przyzwyczajony do tego, że nie spał zbyt długo, ale tej nocy rzeczywiście była to ledwie chwila i czuł się autentycznie przemęczony. Nie wyróżniał się szczególnie na tle całej rzeszy ziewających i strudzonych wczesną porą uczniów. Podszedł do swojej szafki, otwierając ją powoli, po czym zerknął w stronę klasy, w której mieli zajęcia. Uśmiechnął się do siebie z rozbawieniem, widząc siedzącego przy ścianie Keitha, który pocierał sennie oczy, czytając jakąś książkę. Moment później, jego wzrok spoczął na stojącym kawałek dalej Benny’m, który przyglądał mu się, dopóki nie spostrzegł, że szatyn patrzy wprost na niego. Wtedy odwrócił wzrok, zajmując się całkowicie Maicy, z którą rozmawiał jeszcze przez chwilę, po czym ucałował ją czule i ruszył w stronę szafek. Johnny uśmiechnął się do niego wesoło, nie ruszając się z miejsca. Wiedział, że jego przyjaciel jest pewnie obrażony po wczorajszym. Nie rozumiał, dlaczego blondyn tak złościł się z powodu Keitha. Benny zerknął na szatyna spode łba, otwierając własną szafkę, znajdującą się, zresztą, tuż przy szafce Johnny’ego. Najwyraźniej oczekiwał, że jego przyjaciel odezwie się pierwszy.
-Cześć- rzucił pogodnie szatyn, przyzwyczajony już do różnego rodzaju fochów jasnowłosego.- Coś się wczoraj stało...?- dopytał ostrożnie. Benny zerknął na niego z grobową powagą, po czym uniósł brew.- No, że przyjechałeś- wyjaśnił Johnny. Jeśli dobrze widział, z Maicy wszystko było w porządku.
-Musi coś się stać, żebym mógł odwiedzić najlepszego kumpla?- burknął Benny, wyciągając swoje książki. Zatrzasnął szafkę, po czym oparł się o nią plecami, wciąż patrząc na Johnny’ego surowo.
-Wiesz, że nie o to chodzi- zaśmiał się szatyn, kręcąc głową.- Po prostu, zawsze dzwoniłeś albo wysyłałeś sms-y zanim przyjeżdżałeś... Nie miałem pojęcia, że zamierzasz wpaść.
-A ty zawsze powtarzałeś, że, w razie czego, mam przyjeżdżać, bo i tak siedzisz w domu...- prychnął blondyn.
Było to zresztą zgodne z prawdą, bo gdy kumple Johnny’ego spotykali się z dziewczynami, on  nie miał zbyt wiele do roboty. Jego związki były krótkotrwałe, polegały raczej na pojedynczych spotkaniach czy randkach, nie w głowie było mu cokolwiek poważniejszego, więc czekał na sygnał od paczki, kiedy gdzieś razem wychodzą albo u kogo piją. Ale... cóż, ostatnimi czasy to się zmieniło.
-Mogłeś zadzwonić- powtórzył raz jeszcze Johnny, uśmiechając się łagodnie.
-Wybacz, że nie przewidziałem, że spędzasz czas ze swoim nowym kolegą...- odparł wyjątkowo kąśliwie Benny.- Miły wieczór...? Mam nadzieję, że tylko wieczór- parsknął chłopak, a szatyn odkaszlnął nerwowo.- A może nie? Upojna noc? Masz już jakieś fotki dla Ericka, żebyście mogli się razem poślinić?- kpił.
-Benny!- rzucił błagalnie chłopak.- Mówiłem ci już, że skończyłem z tym wyzwaniem, nie wiem, dlaczego się złościsz.- blondyn nasrożył się wyraźnie.- Sam dobrze wiesz, że ostatnimi czasy rzadko się spotykamy poza szkołą. Przecież ja się nie denerwuję, gdy odwołujesz spotkanie albo nie możesz gdzieś wyjść, bo jesteś z Maicy...
-Z Maicy!- powtórzył znacząco jasnowłosy.- Maicy jest moją dziewczyną. Gdybyś ty był akurat z Lindą, nie miałbym nic przeciwko. Ale ty, oczywiście, byłeś z Keithem...- wypowiedział imię ciemnowłosego z wyraźną irytacją i niesmakiem.- No chyba, że Keith jest twoim chłopakiem...- zironizował.- W takim razie rozumiem... To znaczy nie, wcale nie rozumiem, ale to by wiele wyjaśniało...
-Benny, daj już spokój!- Johnny wolał nie wchodzić na grząski grunt.
-Jasne... Może wolisz się też przesiąść do swojego nowego przyjaciela...? Nie krępuj się...
Johnny patrzył na chłopaka, przez moment, ze zmarszczonymi brwiami, po czym parsknął śmiechem. Benny przestał się na moment dąsać i spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Jesteś zazdrosny...?- zapytał, ledwie w to wierząc, szatyn.
Benny prychnął cicho.
-Jeszcze czego.
-Benny, jesteś moim najlepszym przyjacielem- powiedział szczerze Johnny, nie przestając uśmiechać się z rozbawieniem.- I to się nie zmieni, bez względu na wszystko.
-Jakoś w ciągu tych lat, nie poszukiwałeś sobie nowych kumpli...- mruknął Benny, wyraźnie jednak udobruchany.
-No bo... jakoś tak wyszło- zaśmiał się szatyn, wzruszywszy ramionami.- Przez to głupie wyzwanie, ale mówiłem ci już, że nie o to chodzi. Keith jest naprawdę fajny i...
-Boże, bo zwymiotuję- wymamrotał z poirytowaniem Benny.
Szatyn zachichotał.
-Wszystko między nami okej?- upewnił się.
Blondyn spoglądał na niego przez chwilę, po czym westchnął i skinął głową.
-Dobra. Widzimy się dzisiaj...?
Johnny odkaszlnął cicho. Już wczoraj obiecał Keithowi, że przyjdzie również tego dnia. Jego mama miała wrócić dopiero późnym wieczorem, chciał spędzić z chłopakiem trochę czasu...
-Idę do Keitha- przyznał.
Benny parsknął z niedowierzaniem.
-Nie no, ja się pochlastam...
-Obiecałem mu już wczoraj!- wytłumaczył się natychmiast szatyn.
-Jasne!- warknął gniewnie Benny.
-Cześć- Carl pojawił się przy nich.
-Carl, widzimy się dzisiaj?- zapytał go jasnowłosy.
-Dzisiaj...?- Carl zgłupiał przez moment, słysząc tę propozycję zamiast powitania. Zastanawiał się chwilę, po czym pokręcił głową- Nie mogę. Mówiłem ci, że zapisałem się na rugby. Dzisiaj mam trening.
Benny wybałuszył oczy.
-Gratuluję- Johnny uśmiechnął się do kolegi serdecznie.
-Trzymajcie mnie, bo umrę, mój jeden kumpel przerzucił się na facetów, a drugi odkrył w sobie nowe powołanie...- wymamrotał pod nosem Benny i w tym momencie, jak na zawołanie, przeszedł koło nich Eric. Chyba zamierzał wyminąć, go bez słowa, ale blondyn rzucił za nim- Hej! Hej, Eric!- zdezorientowany chłopak zatrzymał się i podszedł do nich, spoglądając na Benny’ego pytająco.- Widzimy się dzisiaj?
-Mam trening do siedemnastej- odpowiedział spokojnie, bez chwili zastanowienia.- Ale później możemy się gdzieś spotkać, napisz mi sms-a- dodał, po czym poszedł dalej.
Benny uśmiechnął się z zadowoleniem do towarzyszących mu kumpli.
-No...- rzucił z ulgą.- Przynajmniej jeden normalny! A jego akurat najmniej o normalność podejrzewałem...- zaśmiał się cicho.
Johnny patrzył przez moment za odchodzącym Erickiem. On też nie podejrzewał go o normalność. I nie był wcale pewien, czy Benny powinien się z nim spotykać przy tych wszystkich dziwacznych okolicznościach...
Ale był pewien jednego.
Eric miał jakąś tajemnicę.

Johnny wszedł za Angelicą do jej pokoju. Pierwszym, na co zwrócił uwagę, poza rzucającymi się w oczy, różowymi ścianami, był fakt, że jej sypialnia była większa od sypialni Keitha. Większa i znacznie bardziej bogato wyposażona. Stojące przy ścianie łóżko było ładnie posłane, typowo dziewczęcą pościelą, na której znajdowały się obrazki księżniczek. Ściany ozdobione były naklejkami, sercami, gwiazdkami, zwierzętami i postaciami z bajek. Na dużym biurku, oprócz ramki z rodzinnym zdjęciem, które stało w samym kącie, znajdował się otwarty piórnik, pełen najróżniejszych kredek, flamastrów i długopisów. Niektóre z nich leżały rozsypane po całym blacie, wokół nieskończonego rysunku. Na ziemi stał kufer z zabawkami. Zajmowały one również wysoki regał. Johnny zaczynał wątpić w swoją teorię o tym, że rodzina Keitha ma mało pieniędzy. Rzeczy, które posiadała Angie, w przeciwieństwie do tychnależących do bruneta, wyglądały drogo. Różnego rodzaju pluszowe przytulanki, z których największa (brunatny miś z ogromną kokardą zawiązaną wokół szyi), stała tuż przy drzwiach. Oprócz tego, cała masa lalek, które Angie najwyraźniej uwielbiała. Głównie tych w stylu Barbie, choć Angelica cierpliwie wyjaśniała mu, jak odróżnić Barbie od innych, uderzająco do niej podobnych, lalek. Dziewczyna wybrała swoją ulubioną, wzięła również Kena i zajęła miejsce przed ogromnym domkiem dla lalek. Johnny usiadł obok niej, oglądając zabawkę. Dom był naprawdę duży. Pełen różnego rodzaju szaf, w których znajdowały się ubrania, szafek, innych mebli i przedmiotów codziennego użytku. Łazienka była tak dobrze wyposażona, że Johnny nie mógł powstrzymać chichotu, gdy zobaczył maleńki papier toaletowy.
-Jak ma na imię...?- zapytał, oczywiście nie o papier, a o lalkę, biorąc jasnowłosą zabawkę w dłoń. Miała włosy, ozdobione diademem oraz fioletowymi gwiazdkami i, tego samego koloru, długą suknię.
-Nie ma przecież jednego imienia- Angie spojrzała na Johnny’ego z politowaniem, jakby było to zupełnie oczywiste.- Przebieram ją w różne rzeczy. Czasem jest księżniczką, a czasem piosenkarką albo aktorką... Piosenkarka nie może mieć się przecież nazywać tak, jak księżniczka- pouczyła chłopaka. Szatyn zaśmiał się cicho.- Kiedy jest piosenkarką, nazywam ją Diva albo Queen albo... albo... Jasmina... Jasmina to ładne imię dla piosenkarki- stwierdziła, kiwając głową.- A kiedy jest księżniczką, nazywam ją Elisabeth albo Diana... Albo Luisa. Luisa to takie ładne imię...- uśmiechnęła się lekko, biorąc lalkę z powrotem i gładząc czule gładkie, jasne włosy.- Oglądałam kiedyś z mamą taki serial. O dziewczynie, która też się tak nazywała... Kiedyś miała straszny wypadek, ale ją odratowali i leżała w szpitalu... Miała...- Angie zmarszczyła brwi, jakby usiłowała sobie przypomnieć to słowo.- ...amnezję... Tak jak ja...
-Miałaś amnezję?- zdumiał się szatyn.
-Nie- odpowiedziała dziewczyna, wzruszywszy ramionami.- Ale też miałam wypadek i długo leżałam w szpitalu... Ale ona nie miała nikogo. A ja mam mamę.
-I Keitha- dopowiedział Johnny.
Angie naburmuszyła się jak zwykle, gdy o tym rozmawiali.
-Nie lubię Keitha- odpowiedziała dobitnie.- Jest... dupkiem- ostatnie słowo wypowiedziała szeptem.
-Angie...- Johnny spojrzał na nią bez zrozumienia.- Przecież Keith bardzo cię kocha!- dziewczyna pokręciła głową, zaciskając wargi.- Pamiętasz, jak bawił się z nami wczoraj...?
-Ale gdy ciebie nie ma, jest zupełnie inny- odparła dziewczyna, wzdychając ciężko.- Cały czas czegoś mi zakazuje! Dręczy mnie! Każe mi nie biegać po schodach, nie ruszać tego i tamtego...- wymamrotała gniewnie Angelica.- Denerwuje mnie! Niczego nie rozumie! I jeszcze złości mamę! Nie jest dobrym dzieckiem! Chce wychodzić i wychodzić... Mama się denerwuje... Ja jestem dobrym dzieckiem- stwierdził.- Ja jestem w domu cały czas.
Chłopak przysłuchiwał się temu, co mówiła Angie z takimi samymi uczuciami, jak zawsze, gdy słyszał te słowa. Było mu strasznie żal dziewczyny, wydawało mu się, że nie powinna spędzać czasu wyłącznie w domu, otoczona jedynie przez rodzinę i opiekunki. Z drugiej strony, Angelica z pewnością nie mogła zrozumieć motywacji i oczekiwań brata. Była w końcu wiecznym dzieckiem. Trzeba było jej pilnować. Cała uwaga koncentrowała się na niej. Spędzanie całych dni w zamknięciu wydawało się jej być czymś zupełnie naturalnym.
-Jestem najlepszym przyjacielem Keitha- powiedział Johnny.
-Jesteś moim najlepszym przyjacielem- odparła Angie, uśmiechając się do chłopaka promiennie.- Powiedziałam to mamie. Ona mówiła, że chyba już nie przyjdziesz, ale ja wiedziałam, że znowu się spotkamy.
Johnny uśmiechnął się serdecznie.
-Będziemy widywać się często, Angie- powiedział radośnie.- A to kto...?- zapytał, biorąc do ręki jasnowłosego partnera lalki.
-To jest książę- odpowiedziała dziewczyna.- Nie mam dla niego innych ubrań. Jest podobny do ciebie- dodała nieśmiało.
-Do mnie...?- chłopak zaśmiał się lekko, oglądając męską lalkę z uwagą. Przesunął palcem po jasnej czuprynie księcia i obejrzał jego bielutki, bezzębny uśmiech. Zaśmiał się cicho. Owszem, pewne podobieństwa można było odnaleźć, choć nie ulegało wątpliwości, że Ken nie mógł z nim konkurować w urodzie i ogólnej wspaniałości.- Chyba tak.
-Narysuję coś dla ciebie- rzuciła nagle Angie, podrywając się na nogi i siadając przy biurku. Chwyciła za napoczętą pracę i odwróciła kartkę na drugą stronę, chwytając za kredki- Idź...- zwróciła się do Johnny’ego.- Nie patrz, zawołam cię, jak skończę...
-Dobrze- zaśmiał się szatyn.
Moment później wyszedł z pokoju i zszedł swobodnym krokiem na dół. Wiedział, że Keith krzątał się gdzieś po parterze, zajmując się porządkami. Zastał go w salonie. Tym razem pomieszczenie było jaśniejsze, dzięki odsłoniętym zasłonom i dużo mniej zakurzone, dzięki ciemnowłosemu, który zajął się sprzątaniem. Teraz sięgał ścierką na jakąś wysoką półkę, stojąc jednocześnie na nieco chybotliwej pufie. Johnny zatrzymał się przy nim, zaniepokojony. Keith dostrzegł go i zszedł z mebla.
-Co się stało...?- zapytał niepewnie.
-Nic- Johnny uśmiechnął się szeroko i usiadł na kanapie.
Keith przecisnął się obok niewielkiego stolika, podchodząc do niego.
-Gdzie Angie...?- rzucił, kładąc ściereczkę na blacie.
-Rysuje- odpowiedział pogodnie szatyn.
Brunet uśmiechnął się lekko.
-Ciebie?
-Pewnie tak- zachichotał Johnny.- Nie przeszkadzam ci?
-Jakbyś zazwyczaj robił coś innego...- Keith zaśmiał się cicho.- Jesteś pewien, że wszystko okej...?- dopytał zaraz, całkowicie poważnie.- Jeśli musisz wyjść... Albo po prostu nie czujesz się zbyt komfortowo, ona cię męczy, to...
-Keith...- Johnny wolał przerwać ten wywód, bo z doświadczenia wiedział, że im więcej ciemnowłosy o podobnych rzeczach mówił, tym bardziej sam utwierdzał się w wymyślonym przez siebie przekonaniu, że Johnny jest tutaj tylko i wyłącznie dla tego, by nie sprawić mu przykrości.- Nie wiem, czy zdążyłeś się zorientować, ale mimo moich niezliczonych zalet i wdzięków, jestem przede wszystkim prostolinijny...- szatyn obdarzył bruneta uśmiechem godnym chłopaka z reklamy pasty do zębów.- Gdyby coś było nie tak, powiedziałbym ci.
... Chyba, że chodziłoby o wyzwanie.
Wtedy by nie powiedział. Co trochę oddalało go od tejże prostolinijności, ale Johnny nie zamierzał marnować czasu, który mógł poświęcić Keithowi, na zawracanie sobie tym głowy.
-Jasne...- parsknął jedynie ciemnowłosy.
Johnny chwycił go za nadgarstek i ściągnął na miejsce obok siebie.
-Wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie...- rzucił z prowokującym niemal uśmiechem.- Co musi zrobić przyjaciel, żeby stać się chłopakiem...?
-Johnny- burknął jedynie Keith, chcąc się podnieść, ale szatyn nie dał mu takiej możliwości.
Oparł dłoń na karku chłopaka i przyciągnął go do pocałunku. Dłonie ciemnowłosego zacisnęły się rozkosznie na jego koszuli, a sam Keith pozostał przez moment zupełnie bierny, jakby zamierzał się wycofać. Zaraz jednak, przysunął się bliżej Johnny’ego, włączając się do pocałunku. Szatyn poczuł, jak chłopak oplata ręce wokół jego szyi. Oparł wolną dłoń na biodrze bruneta i, w tym momencie, obaj usłyszeli, pełne zdumienia:
-Co robisz...?
Johnny drgnął i oderwał się od warg ciemnowłosego, odwracając w stronę, stojącej w drzwiach, Angie, która przyglądała się im z absolutnym zaskoczeniem i niedowierzaniem.
-Cześć, Angie- Johnny uśmiechnął się do niej serdecznie.- Skończyłaś rysować...?
-Całowałeś go...?- zapytała bez zrozumienia dziewczyna, marszcząc brwi. Keith parsknął jedynie cicho, zabierając ścierkę i wracając do sprzątania.- Całowałeś go, prawda...? Dlaczego?
Johnny zachichotał.
-Bo bardzo go lubię...- odparł, przenosząc na bruneta iście rozanielone spojrzenie.
-Ale on jest chłopakiem!- stwierdził Angie.- Chłopcy nie całują innych chłopców. Tylko dziewczyny- wyjaśniła cierpliwie.- Książę całuje księżniczkę.
-Widać niektórzy książęta wolą żaby- wtrącił Keith.
-Nie!- protestowała dalej Angelica, kręcąc głową.- Tak po prostu nie jest. Jesteś chłopakiem! Księciem!- Johnny’emu pewnie w normalnych okolicznościach by to schlebiło, ale teraz, czuł się raczej zdezorientowany.- I nie możesz całować Keitha. Powinieneś... całować księżniczkę. Mnie.
-Angie, wystarczy- skarcił ją jej brat.
-Dlaczego wszystko mi odbierasz?!- krzyknęła, wbijając w ciemnowłosego gniewne spojrzenie.
Johnny czuł, że zaraz wyniknie z tego prawdziwa awantura i już zastanawiał się gorączkowo nad tym, jak tego w miarę subtelnie uniknąć. Mistrzem subtelności jednak zdecydowanie nie był i chyba gdyby nie trzask drzwi frontowych, który rozległ się chwilę po wypowiedzianych przez dziewczynę słowach, rzeczywiście rozpętałoby się piekło.
-Mamo!- zawołała płaczliwie Angie, wracając na korytarz.
-Co się stało, kochanie?- Johnny usłyszał troskliwy, kobiecy głos.
Keith odłożył trzymaną przez siebie ścierkę i wytarł dłonie w spodnie, po czym stanął przy Johnny’m ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma wsłuchując się w słowa matki.
-Keith całuje Johnny’ego- załkała Angelica. Szatyn nie bardzo wiedział co zrobić, całkowicie zakłopotany zaistniałą sytuacją.- Powiedz mu, żeby tego nie robił!
-Angie...- jej mama zawahała się przez chwilę, po czym zajrzała do pokoju, w którym znajdował się jej syn wraz z gościem.
-Dzień dobry- Johnny podniósł się natychmiast z miejsca, przywitawszy z kobietą.
-Dzień dobry- odpowiedziała uprzejmie, siląc się na uśmiech.- Keith, możemy porozmawiać...?- zapytała po chwili.
Keith westchnął ciężko.
-Zaraz wrócę- mruknął ponuro do szatyna, po czym wyszedł z pomieszczenia i ruszył za kobietą.
Johnny stał przez moment w tym samym miejscu, nie bardzo wiedząc, co zrobić z samym sobą. Sytuacja trochę go krępowała. Zaraz jednak, w salonie pojawiła się Angie.
-Chodź- szepnęła, wyciągając w jego kierunku rękę.
Chłopak uścisnął ją i pozwolił poprowadzić się wzdłuż korytarza. Z początku sądził, że dziewczyna prowadzi go do swojego pokoju, ale gdy minęli schody i zatrzymali się przy zamkniętych drzwiach jednego z pomieszczeń, dotarło do niego, że coś innego było celem jej celem. Zupełnie jak wtedy, tak i teraz, Angelica z wyraźnym napięciem i zaciekawieniem jednocześnie, wsłuchiwała się w dobiegające zza drzwi, niezbyt głośne, ale słyszane w tym miejscu dokładnie, odgłosy kłótni.
-... Po prostu nie sądzę, by przyprowadzanie tu tego chłopca było najlepszym pomysłem...- wyjaśniała spokojnie mama Keitha.
-Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia brunet.- Nie mam już prawa przyprowadzać tutaj nikogo...?
-Wiesz, że nie o to chodzi, Keith. Oczywiście, że masz prawo mieć przyjaciół...
-... Do tej pory nie miałem...
-Ale Angie...- zaczęła kobieta, z naciskiem na imię swojej córki. Angelica przysunęła się jeszcze bliżej drzwi. Johnny jęknął głucho w duchu. Oparł dłoń na jej ramieniu i dał jej gestem znać, by odeszli dalej, ale dziewczyna najwyraźniej ani o tym myślała.-Chodzi o nią, nie o ciebie, Keith.
-Johnny zna jej sytuację- odpowiedział, zgodnie z prawdą, brunet.
-Nie w tym rzecz- odparła cicho kobieta.- Angie bardzo łatwo się przywiązuje. Cały czas mówi o tym chłopcu. A przecież on nie będzie tutaj przychodził przez cały czas. Rozczaruje się. Będzie zła i nerwowa.- palce Angelicy zacisnęły się mocniej na dłoni Johnny’ego.- Pewnie nastąpi moment, w którym przestaniecie się spotykać, ty zapomnisz, ale ona tak łatwo nie zapomina...
-To życzenia?- parsknął bez zrozumienia brunet.
-Keith...
-Johnny jest moim jedynym przyjacielem. Jest kimś więcej, niż tylko przyjacielem. Będę się z nim spotykał, a on będzie tu przychodził. Nie zamierzam urywać z nim kontaktu.
-Wiesz, jak ona na niego reaguje...
-Reaguje tak na wszystkich!- wybuchnął ciemnowłosy.- Widzi tylko nas, najbliższą rodzinę i opiekunki... Gdybyś posłała ją do szkoły albo pozwalała jej wychodzić częściej, nowa znajomość nie byłaby dla niej czymś tak zaskakującym...
-Rozmawialiśmy o tym setki razy, Keith... To niemożliwe.
Przez chwilę panowała cisza. Johnny spojrzał na Angelicę błagalnie, raz jeszcze próbując jej dać do zrozumienia, że powinni pójść gdzieś indziej. Dziewczyna już odsuwała się od drzwi, gdy zatrzymał ją przy nich głos Keitha:
-W weekend jadę na konkurs.
-To świetnie, Keith- Johnny czuł, że mama bruneta starała się okazać entuzjazm, ale z jej głosu wciąż przebijało się tylko zmęczenie i niepokój.
-Coraz częściej będę wychodził. Coraz częściej spotykał się z Johnny’m. Będę wyjeżdżał. I pamiętaj, że niedługo czeka mnie też wybór studiów.
-W mieście jest dobra uczelnia...
-Może. Ale ja tutaj nie zostanę. Nie będę mieszkał z wami.
-Keith...- szepnęła kobieta.- Dobrze wiesz, że jesteśmy dla Angie całym światem...
-I to jest właśnie problem.
-Kto ma się nią zajmować, gdy ja pracuję...?
-Opiekunka. Wynajmuj je częściej.
-Nie mamy na to pieniędzy...
-Owszem, mamy!- zirytował się Keith.- Tata przesyła ci alimenty! Gdybyś nie odkładała większości z nich...
-To zabezpieczenie dla waszej przyszłości! Twojej i Angie! Gdyby coś mi się stało...
-Wiem, że nie o to chodzi.
-Nie- zgodziła się kobieta.- Wiesz dobrze, że nie chodzi o pieniądze. Nie chcę ich. Gdyby twój ojciec, zamiast wysyłać te kwoty, chociaż raz w tygodniu znalazł czas, żeby zająć się Angie, byłoby łatwiej, i mnie, i tobie...
-Przecież przyjeżdża.
-Raz, dwa razy w miesiącu.
-Mieszka w innym mieście! Regularnie dzwoni!
-Otóż to. Uciekł od obowiązków.
-Może nie mógł już wytrzymać!
-Angie...- szepnął Johnny, ogarniając dziewczynę ramieniem.- Chodźmy się pobawić. Proszę- dodał z naciskiem, niemalże odciągając ją od drzwi.
Słuchanie takich rozmów zdecydowanie nie było dla niej dobre.
I, właściwie, trudno się było dziwić jej niechęci wobec brata.

piątek, 15 lutego 2013

Rozdział 36 [Chaos]


Amir szedł przez chwilę pośród drzew, po czym wyłonił się zza nich, wchodząc na polanę. Był to ogromny teren znajdujący się pomiędzy niewielkim lasem, a wysokimi, stromymi wzgórzami. Mężczyzna zatrzymał się na moment i spojrzał w górę. Jego wzrok przemknął po kamiennych wzniesieniach i powędrował po niebie, zatrzymując się na moment na księżycu. Srebrzyste koło wyłoniło się zza chmur, błyszcząc jasno na niebie. Człowiek rozejrzał się dookoła, wypatrując z oddali ogniska. Ruszył w tamtym kierunku. Gdy zbliżył się do jasnych, ogrzewających płomieni, dostrzegł również oświetlonego nimi, spoczywającego kawałek dalej od przyjemnego ciepła, potomka wilków. Nadim leżał płasko na brzuchu, całkowicie nagi, ale chyba nadmiarem optymizmu byłoby spodziewanie się po nim choć odrobiny skrępowania. Amir uśmiechnął się do siebie mimowolnie i chwycił za koc, pewien, że jego kompan usnął. Gdy jednak podszedł bliżej i nachylił się nad kochankiem, otulając go materiałem, dostrzegł, że oczy Nadima są otwarte, a on sam wpatruje się w jakiś punkt przed sobą, najwyraźniej zamyślony.
-Wiem, że lubicie mówić o swojej jedności z naturą, ale to już chyba przesada...- zażartował Amir, zakrywając towarzysza do pasa i przesuwając czule dłonią wzdłuż nagich pleców.
Nadim nie odzywał się przez chwilę, wyraźnie zamyślony.
-Wiesz, że niedługo wrócimy?- zapytał cicho.
-Wiem- odpowiedział Amir, z niemalże absolutnym spokojem.
Obaj doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Z dnia na dzień zbliżali się do swojego domu. Oczywistym było, że zarówno Amir, jak i jego kompan, chcieli zobaczyć swoich bliskich. I równie oczywistym było, że ich przyszłość... przyszłość ich relacji... jest bardzo niepewna. Ciężko było pogodzić ze sobą te sprzeczne uczucia. Radość narastającą w momencie, w którym Amir uświadamiał sobie, że niedługo uściska brata, porozmawia z wujem... I ten okropny strach, który rodził się w jego sercu, z myślą o chwili powrotu do domu. Nie rozmawiali o tym zbyt wiele. Koncentrowali się na czymś innym, jakby celowo unikając bolesnego tematu. Dopiero teraz Amir widział, jak bardzo nieuzasadnione były jego pretensje i oczekiwania. Jak pozbawione sensu były wszystkie spory. Ani on, ani Nadim, nie mogli mieć pewności, co ich czeka. Lepiej było więc, mówić o czymś innym. Cieszyć się swoją obecnością. Wspominać wszystko to, co zdarzyło się odkąd wyruszyli. Ostatnio zdarzało im się to coraz częściej. Rozmawiali o swoich przygodach, o zdarzeniach, ludziach i innych istotach, które napotkali, o Devinie... Większość z tych zdarzeń, po tym wszystkim, co spotkało ich później, wzbudzała w nich śmiech. Jeszcze bardziej śmiali się, przypominając sobie początki swojej relacji. Ciężko było utrzymać powagę, gdy Nadim, wyjątkowo nadętym głosem, przedrzeźniał Amira, powtarzając niegdyś wypowiadane przez niego słowa. A i potomek wilków nie mógł się powstrzymać, gdy człowiek pełnym natchnienia tonem wygłaszał przemowy na temat nieskazitelności jego rasy, przypominając przy tym dość nieprzyjemny moment spotkania z inną grupą jego pobratymców.
-Wiesz, że to nie kwestia tygodni, a raczej dni?- dopytywał potomek wilków.
-Wiem- potwierdził raz jeszcze mężczyzna.
 Zostawił potomka wilków i wrócił bliżej ogniska, siadając na ziemi. Nadim podniósł się powoli, podtrzymując zakrywający go koc i ruszył pospiesznie za swoim kochankiem, o mały włos nie przewracając się w trakcie drogi. Położył się przy Amirze, kładąc głowę na kolanach mężczyzny. Człowiek parsknął cicho, przeczesując przez moment splątane kosmyki włosów kompana, a następnie drapiąc go za uszami. Nadim zamruczał cicho. Wydawał się smutny, pogrążony w myślach. Zazwyczaj było zupełnie inaczej. To Amir się przejmował. To Amir nie potrafił oderwać się od myśli o tym, co będzie później. Potomek wilków zdawał się na tym nie koncentrować, jakby było mu właściwie obojętne.
-Przecież ty nie boisz się przyszłości...- Amir uśmiechnął się leciutko, spoglądając na twarz kompana z uwagą.
-Trudno nie obawiać się czegoś, co nie jest oczywiste- odpowiedział Nadim.
Człowiek skinął głową.
-Mogę cię o coś zapytać...?- rzucił ostrożnie.
-Mhm...- potwierdził potomek wilków, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
-Gdybyśmy wrócili i okazałoby się, że wcale nie mam zostać królem... Że Ludwik tego ode mnie nie oczekuje... Że nikt tego nie oczekuje... I, że ten demon... nie stanowi żadnego zagrożenia...- Amir zawahał się przez moment.- ... czy wtedy wciąż chciałbyś ze mną być?
-Amir...- mruknął jedynie potomek wilków, chyba obawiając się, że może to wszcząć kolejny spór.
-To nie jest wstęp do dyskusji- zaznaczył więc mężczyzna.- Po prostu odpowiedz. Jeśli nie wiesz, też chciałbym to wiedzieć. Masz prawo nie być pewny.
 Nadim podniósł się do pozycji siedzącej, wpatrując kochankowi prosto w oczy.
-Powiedziałem ci już, że moich uczuć jestem absolutnie pewny- odpowiedział.
-To znaczy „tak”...?- Amir uśmiechnął się lekko.
-Tak- potwierdził stanowczo Nadim.
Człowiek wpił się gwałtownie w jego wargi. Nieco zaskoczony tym potomek wilków, oddał pocałunek dopiero po chwili, oplatając ręce wokół szyi mężczyzny. Ten niemalże przycisnął go do ziemi, wciąż całując żarliwie i mocno. Tylko to chciał usłyszeć. Wiedział już bowiem, że było to istotniejsze i ważniejsze od pustych zapewnień i obietnic. Prawda była taka, że żaden z nich nie mógł sobie na nie pozwolić. Nie byli wolni. Wolni byli jedynie ci, którzy nie mieli żadnych zobowiązań i niezdolni byli do jakichkolwiek uczuć. Amir oderwał się od warg kochanka. Spoglądał na niego przez chwilę, po czym musnął delikatnie jego brodę i położył się obok, odwracając do Nadima plecami. Pozwolił, by silne ramiona potomka wilków objęły co ciasno. Poczuł, jak usta kochanka składają na jego karku pełen czułości pocałunek.
-Kocham cię- powiedział cicho Nadim.
-Jesteś dla mnie wszystkim- odpowiedział szeptem Amir.
Po tych słowach, nastała cisza, choć ulotne wyznania wciąż jeszcze dźwięczały w ich głowach. Ich dłonie odnalazły się. Palce splotły ze sobą mocno.
Amir bardzo chciał, by nic już nie mogło ich rozdzielić.
Ale miał wrażenie, że każdy dzień zbliża ich do nieuniknionej burzy w ich życiu.
Tej, która miała zmienić wszystko.

-Więc...? Co mu powiesz...?- potomek wilków spoglądał na towarzysza w oczekiwaniu, siedząc nieopodal tlącego się wątle ogniska i uśmiechając się z rozbawieniem. Moment później wgryzł się w ostatni kawałek mięsa, jaki został im z porannego, niezbyt udanego, polowania.
Amir wyprostował się, podnosząc jednocześnie swój miecz. Akurat zbierali się do dalszej drogi, gdy pojawił się temat tego, co będą robić po powrocie.
-Powiem mu: „Wuju... Powinieneś usiąść, bowiem powiem ci coś, czego pewnie się nie spodziewasz. Polubiłem potomka wilków... Aby uświadomić ci, jak bardzo, pozwól, że ci przypomnę... Ty i Canis...?”- wyrecytował z absolutną powagą Amir.
Potomek wilków wybuchnął niepohamowanym śmiechem i chwyciwszy za pierwszą rzecz, jaka leżała mu pod ręką, rzucił nią w Amira. Rzecz ta okazała się być bukłakiem, który mężczyzna złapał w locie, również śmiejąc się lekko.
-Nie powiesz tego- stwierdził Nadim i zabrzmiało to iście prowokacyjnie.
-Zdziwisz się- drażnił się z nim człowiek.
-Na pewno tego nie powiesz- upierał się potomek wilków, nie przestając się uśmiechać.
-Rzucasz mi wyzwanie...?- Amir uniósł brew, ale nie udało mu się zachować powagi i zaraz zaczął chichotać cicho.- A ty co zrobisz?- zapytał, spoglądając na Nadima z wyczekiwaniem.
Potomek wilków żuł przez chwilę mięso, wyraźnie zastanawiając się nad tą kwestią. Wzruszył z wolna ramionami, by zaraz przełknąć i odpowiedzieć:
-Pójdę do Canisa. Tak, najpierw zdecydowanie do niego. I opowiem mu wszystko to, co mi się przydarzyło. Krok po kroku. Tak dokładnie, jak tylko to pamiętam.
Amir parsknął pobłażliwie i przewrócił oczyma.
-No tak...- rzucił z nutką kąśliwości.- Wy i wasze narodowe ględzenie...
 -Nie o to chodzi- zaprotestował Nadim, odrzucając pozostawione przez siebie kostki na bok.- Chyba się ze mną zgodzisz, że to niezwykła historia. Ty też na pewno będziesz chciał się nią z kimś podzielić.
-Ani myślę- odpowiedział Amir.- Mam lepsze rzeczy do roboty.
 -...Poza tym, Canis powinien się o wszystkim dowiedzieć. W końcu może nam pomóc zrozumieć niektóre zdarzenia...- kontynuował, z przekonaniem w głosie, Nadim.- Mogliśmy napotkać jakieś istotne symbole, których nie zrozumieliśmy. Może te różne dziwne sprawy, da się, wbrew pozorom, łatwo wyjaśnić.
Amir uniósł brew w geście politowania. Jakoś mu się nie wydawało, ale nie zamierzał wszczynać kolejnej dyskusji. Nie rozumiał, z jakich powodów, wuj Nadima miałby być lepiej poinformowany w tych kwestiach o nich samych. Dobrze, dobrze, mógł przyjąć te wszystkie metafizyczne wyjaśnienia, mógł przyjąć argument o wieku, mądrości, magii, czy innych bredniach przekazywanych z pokolenia na pokolenie wśród pobratymców jego towarzysza. Ale Canisa tu nie było. Oni widzieli to wszystko na własne oczy – on nie. Nie przeżył tego i prawdopodobnie nie starczy mu nawet wyobraźni, by pojąć, jak wiele dziwacznych zdarzeń spotkało ich podczas wędrówki.
-A później spotkam się z moimi przyjaciółmi. Z Eldirem- dodał, uśmiechając się szeroko.- Myślę, że jego najbardziej mi brakuje, i on pewnie również oczekuje mojego powrotu... Opowiem mu, pewnie, o tym wszystkim i...
 -... i powiesz mu, że byłeś ze mną dlatego, że nie miałeś pod ręką żadnej kobiety...- dokończył z nieco złośliwym uśmieszkiem Amir, nawiązując do tych głosów, które słyszał będąc w pobliżu upiornych rzeźb. Opowiedział o tym Nadimowi, co spotkało się z bardzo stanowczą reakcją potomka wilków.
-Wiesz dobrze, że nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnego- zauważył Nadim i rzeczywiście, Amir wiedział. Co nie zmieniło faktu, że to, co wtedy usłyszał, wciąż napawało go niepokojem.Nie tyle nawet, przez rzekome słowa kochanka, co jego własny, domniemany czyn. Nie podejrzewał, by był zdolny do czegoś takiego, nawet, gdyby towarzysz rzeczywiście postąpił z nim aż tak okrutnie.
-Zobaczymy...- Amir nie przestawał uśmiechać się złośliwie.
-Wolę nie ryzykować...- odpowiedział z podobnym uśmieszkiem Nadim.- Bo wtedy ty mnie zabijesz...
-Taki mam plan- zachichotał człowiek.
Nadim zaśmiał się lekko. Najwyraźniej nie spieszyło mu się szczególnie do drogi.
 -Bardzo chcę zobaczyć wuja, ale szczerze mówiąc, nie mogę się doczekać spotkania z bratem- przyznał szczerze Amir, zastanawiając się nad tym, jak będzie wyglądał ten moment.- Chciałbym z nim porozmawiać, dowiedzieć się, co robił, gdy mnie nie było, jak mijał mu czas... I widzieć jego minę, gdy dowie się, że zmieniłem swoje nastawienie w stosunku do was...- zaśmiał się na samą myśl i pokręcił głową.- To chyba zaskoczy nieco wszystkich... Jestem pewien, że on bardzo się o mnie martwił. Ludwik ufa Canisowi i ma swoje powody, ale Hadrin jest inny. Ta sprawa bardzo go niepokoiła. Tak bardzo, że sprzeciwił się wujowi, a możesz wierzyć, że to nie zdarza mu się często... Na pewno się ucieszy, gdy mnie zobaczy- Amir uśmiechnął się sam do siebie, przywiązując miecz go pasa.- Myślę, że nie poświęciłem mu wystarczająco dużo czasu wcześniej. Sam nie wiem... Kiedy byłem obok niego, to tak o tym nie myślałem... Ale w czasie tej podróży, doszedłem do wniosku, że nie rozmawiałem z nim na wszystkie tematy, na które powinienem byłz nim rozmawiać... Nie jestem w końcu potomkiem wilków, by wtrącać się w czyjeś prywatne sprawy...- dodał znacząco. Nadim uśmiechnął się jedynie, słuchając wywodu towarzysza z zainteresowaniem.- Nigdy nie chciałem przekraczać pewnej granicy, ale dziś myślę, że jest wiele spraw, o których mi nie mówił,a o które ja nigdy nie pytałem. Tak...- odkaszlnął, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że ględzi nieustannie, już od kilku minut.- Zbieraj się- rzucił do potomka wilków.- Musimy iść dalej.
Nadim skinął głową i zmusił się do tego, by wstać. Zabrał ich rzeczy i ruszyli. Szli kawałek, rozmawiając i zbliżając się do węższego obszaru polany, który znajdował się tuż pomiędzy skalistymi wzniesieniami, a drzewami wyznaczającymi linię pobliskiego lasu. Dyskutowali o czymś zawzięcie, gdy nagle rozległ się donośny, bolesny skowyt. Obaj zatrzymali się odruchowo, zdumieni. Dźwięk dochodził z lasu, z bardzo bliskiej odległości. Coś poruszyło się w krzakach i, nim którykolwiek z nich zdążył się zorientować, co się właściwie dzieje, na polanę wypadł ogromny, szary wilk. Pognał ślepo przed siebie, wprost na stojącego na jego drodze Amira. Mężczyzna był tak zdumiony, że nim sięgnął po miecz, poczuł silne uderzenie i upadł. Zwierzę pognało dalej. Przeskakiwało sprawnie kolejne kamienie i głazy, wędrując ku górze, aż wreszcie zniknęło w jednej z jaskiń. Amir wpatrywał się we wnękę z kompletnym zaskoczeniem. Nadim również patrzył w tamtą stronę, po czym skierował wzrok w kierunku drzew, pewnie przeczuwając, że coś musiało gonić przerażone zwierzę. Las wydawał się być jednak spokojny. Klęknął przy kompanie i nagle spojrzał na niego z lękiem.
-Ugryzł cię...?- zapytał zdezorientowany, widząc ślad krwi na spodniach człowieka, tuż nad jego kolanami.
Amir spojrzał na materiał i przesunął po nim palcami. Popatrzył na zabrudzoną krwią dłoń. Zmarszczył brwi, po czym raz jeszcze przeniósł wzrok w stronę jaskini.
-Musiał być ranny- odpowiedział.- Otarł się o mnie, gdy mnie potrącił.
W tym momencie zobaczył coś, co na moment go sparaliżowało. We wnęce zapłonęło nagle jasne światło, jakby ktoś wewnątrz rozpalił ognisko.
-Nadim!- syknął, spoglądając na kompana.- Zobacz... Zobacz na tą jaskinię!
Ale gdy ponownie spojrzał w tamtą stronę, nie dostrzegł już niczego podobnego. Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Ktoś musiał to ugasić...- szepnął sam do siebie Amir.- Ktoś tam jest- dodał, odwracając się w stronę kompana.- Pójdę na górę, a ty przynieś coś, czym będziemy mogli sobie oświetlić drogę. Myślę, że ktoś się tam ukrywa.
-Tam...?- potomek wilków był zaskoczony.- W tej jaskini? Tam gdzie pobiegł ten wilk?
Amir skinął niecierpliwie głową. Podbiegł do skalistego wzniesienia i zaczął wspinać się powoli po głazach. Nadim stał przez moment w bezruchu, przyglądając się poczynaniom kompana.
-Idź!- krzyknął do niego mężczyzna.
Dopiero wtedy potomek wilków skinął głową i pognał w kierunku ich dogasającego już ogniska. Amir zahaczył o wystający, ostro zakończony kamień i jęknął cicho, czując, jak rozdziera sobie o niego kolano. Wspiął się jeszcze wyżej, docierając wreszcie do wnęki. Stanął w samym wejściu, usiłując dostrzec cokolwiek w jej wnętrzu, ale panowały tam nieprzeniknione ciemności. Postanowił poczekać więc na kompana. Nadim ukazał się jego oczom chwilę później. Sprawnie pokonał skaliste wybrzuszenia i znalazł się tuż obok kompana, trzymając w dłoniach pochodnię.
-Czego użyłeś...?- zapytał Amir, spoglądając na źródło światła.
-Tłuszczu zwierzęcego- odpowiedział potomek wilków.- Kilka minut na pewno wytrzyma. Amir...- rzucił, widząc, że jego towarzysz zamierza wejść do środka.- To nie jest dobry pomysł. To zwierzę jest ranne, a jeśli poczuje się osaczone, na pewno zaatakuje.
Człowiek dobył miecza.
-Widziałem światło- odpowiedział zgodnie z prawdą.
-Światło?- zdumiał się Nadim.- W tej jaskini...?
-Tak- potwierdził Amir, skinąwszy niecierpliwie głową.- Pojawiło się na chwilę i zgasło. Wydaje mi się, że jest tu ktoś jeszcze.
-Ale...
Potomek wilków najwyraźniej zamierzał o coś jeszcze zapytać, ale Amir ruszył przed siebie, dając kompanowi znak ręką, by ten towarzyszył mu i oświetlał drogę. Tak też Nadim uczynił. Jaskinia była wąska, ale sprawiała wrażenie rozległej. Amir otarł się o ściany wąskiego przejścia, usiłując dostać się dalej.
-Jest tu ktoś...?- zapytał ostrożnie Nadim.- Halo! Jest tu ktoś?!- zawołał raz jeszcze.
Odzewu nie było.
Płomień rozświetlił pobliską ścianę i wtedy Amir dostrzegł na niej jakieś znaki, zapisane szkarłatnym barwnikiem. Podszedł bliżej i zmarszczył brwi, w słabym świetle usiłując odczytać symbole, które okazały się być niczym innym, jak literami.
-Poświeć tutaj- zwrócił się do kompana, całkowicie skoncentrowany na widzianych przez siebie słowach.
Nadim rozglądał się nerwowo, ale spełnił polecenie towarzysza. Gdy sam dostrzegł litery, zmarszczył brwi, przyglądając im się z uwagą.
-Nie wiem, co jest tu napisane...- przyznał niepewnie.- Ale jeśli rzeczywiście ktoś tu się ukrywa, powinniśmy iść dalej... Amir...?- rzucił, najwyraźniej nie rozumiejąc powodów zwłoki kompana.
Człowiek zapomniał na moment o tym wszystkim. W jakimś instynktownym, nieświadomym niemalże odruchu, przesunął opuszkami palców wzdłuż pierwszej, nakreślonej litery. A później stało się coś dziwnego. Później światło pochodni zniknęło, ale on i tak widział wszystko bardzo dobrze, mimo panującego mroku. Widział swoją dłoń. Nie. Nie swoją. Męską, poranioną dłoń, o smukłych palcach, zakończonych długimi paznokciami. Czuł się jednak tak, jakby ręka ta należała do niego. Ale gdy chciał ją cofnąć, ta nie drgnęła. Pokryte czerwonym płynem palce, kreśliły na ścianie kolejne słowa. Amir nie miał nad tym żadnej kontroli. Ale przecież czuł to tak dokładnie... Ciecz na swoich palcach. Chłód dotykanej przez niego ściany. Patrzył na pojawiające się litery, które, zdawało się, malował on sam.
-Przybyliśmy na miejsce...- szepnął, bez problemu odczytując to, co zostało napisane.- Nie chcąc żyć pośród zdrajców i pośród uciekinierów, tworzymy naszą historię. Nie ma nas wielu. Gromada zakłada osadę u stóp góry. Nie mamy żołnierzy. Nie mamy broni. Nie mamy władcy. Wciąż jednak mamy coś, co należy tylko do nas. Życie. Przeczucie mówi mi jednak, że i to wkrótce utracimy.
Gdy Amir wypowiedział ostatnie słowo, wszystko wróciło do normy. Spoglądał na własną dłoń, opartą o chłodną skałę, oświetloną trzymaną przez Nadima pochodnią. Mężczyzna cofnął rękę, spłoszony tym, co się wydarzyło. Potomek wilków zdawał się nic nie zauważyć.
-Nie ma tu żadnej osady- stwierdził, marszcząc brwi.- Nie ma nawet śladu...
-Oświetl dalej- szepnął Amir, przesuwając dłonią ku kolejnym, wyłaniającym się pod wpływem światła literom .
-Czuję się samotny...- odczytał kolejne słowa.- Zaglądają tutaj. Mówią, że źle ze mną. To nieprawda. To z nimi jest źle. Nic nie rozumieją. Ludzie tu przybędą. Zabiją nas wszystkich. Nikt nie ocaleje. Wolę być tutaj. Góra jest bezpieczna.
-Ludzie?- zdumiał się Nadim.- Ale...- umilkł na moment, wyraźnie zdezorientowany.- To... Jest mowa o moich pobratymcach, prawda...?- rzucił, wstrząśnięty.
-Tak sądzę...- odparł ostrożnie Amir, przechodząc do kolejnych zdań.- Jak się bronić, gdy nasz bohater upadł...? Co powstrzyma ludzi, skoro sam demon nie był w stanie ich powstrzymać? Nic nie stoi już na ich drodze.
-Nie rozumiem...- szepnął potomek wilków, kręcąc głową.- Nie wiedziałem, że jakaś grupa oddzieliła się od tych, którzy odeszli. Albo od tych, którzy pozostali. Co się z nimi stało...?- zapytał sam siebie, przechodząc dalej, po czym spojrzał na kompana z wyczekiwaniem.
-Odnalazłem coś- przeczytał Amir.- Tutaj, w jaskini.
Kilka kroków. I znów kolejne zdania.
-Jak dobrze, że tu jesteś mój bracie!- odczytał zapis człowiek.- Oni by nie zrozumieli. Nie pokażę im tego. Ale teraz rozumiem już wszystko. Jego śmierć nie poszła na marne. TO nadal istnieje. Jest w moich rękach. Światło nadziei zapłonęło dla nas na nowo.
-O czym on pisze...?- nie rozumiał Nadim.
Amir pokręcił jedynie głową, w niecierpliwym geście. Miał już pewne podejrzenia.
-Gdyby nie ty, umarłbym w samotności...- przeczytał kolejne zapiski.- Ale razem sobie poradzimy. Teraz rozumiem. Jestem wybrańcem. Tym, który ma zbawić naszą rasę. Wiedziałem zawsze, że jest mi pisane coś wielkiego. Och, bracie! Nigdy nikogo nie kochałem jak ciebie. Zostaniemy razem już do końca.
-Było ich dwóch...- szepnął sam do siebie Nadim.- A co zresztą...?
Poszli dalej. Przez dłuższy kawałek na ścianach nie było zupełnie nic, ale w końcu natrafili na kolejne litery.
-Znowu tu przychodzą. Kilku z nich odeszło. Albo stało się z nimi coś gorszego. Mówiłem im. Ostrzegałem. Ludzie ich wybiją. Czemu więc szukają odpowiedzi tutaj? Za dużo pytań. Ukryj się, mój bracie. Nasze przeznaczenie wkrótce nas dosięgnie.
-Nic z tego nie rozumiem...- przyznał bezradnie Nadim.- Zupełnie nic.
Amir zatrzymał się przed następnymi słowami.
-Tej nocy wszyscy zniknęli- przeczytał powoli.- Nie wiem, co się stało. Nie wiem, dlaczego odeszli. Ludzie wkrótce przybędą. Wiem to. Wiemy, bracie. Staniemy do walki razem.
Ruszyli. Moment pustki, a później ledwie jedno zdanie:
-Dlaczego nikt się nie pojawił?
I znów. Kawałek dalej znaleźli wymalowane czerwienią słowo:
-Dlaczego?
-Ja naprawdę nie...- Nadim, z chwili na chwilę, sprawiał wrażenie coraz bardziej zdezorientowanego.- Czego on oczekiwał? Co się miało zdarzyć? Co z pozostałymi?
Poszedł kilka kroków przed siebie. Oświetlił fragment ściany, na którym znajdowało się coś, co wyglądało jak ogromna, szkarłatna plama. Amirowi zdawało się, że autor wcześniejszych słów napisał tu coś, co następnie zamazał w ten sposób, usiłując ukryć. Zmarszczył brwi. Przyspieszył kroku, poszukując w bladym świetle dalszego ciągu tej historii. Odnalazł go, gdy wyłonili się z wąskiego korytarza, przechodząc do szerszej części jaskini.
-On nie jest dla mnie...- odczytał ledwie widoczne, czerwone słowa.- Teraz widzę to wyraźnie. Dlaczego kłamiesz, mój bracie? On czeka na kogoś innego.
Nadim pokręcił głową bez zrozumienia. Ruszył szybciej przed siebie, coraz bardziej chaotycznie i niecierpliwie, poszukując kolejnych zapisanych znaków. Amir podążył za nim.
-Te szepty...- przeczytał następne odnalezione słowa. Zaraz pod nimi, znajdowały się kolejne- Zdaje mi się, że postradałem zmysły.
Następna szkarłatna plama.
A później...
-Obudziłem się sam. Byłem tu sam. Cały ten czas.
Amir zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tymi słowami. Potomek wilków przeszedł dalej. Człowiek podszedł do kompana dopiero wtedy, gdy został przez niego zawołany. Kolejny fragment.
-Mój bracie...- zaczął powoli odczytywać litery.- Jak mogłem nie widzieć? Jak mogłem nie dostrzegać, że jesteś tylko odbiciem moich własnych pragnień? Zrodzonym w tym przekleństwie, które odnalazłem...
-Co to wszystko znaczy?
-Nie wiem- odpowiedział zgodnie z prawdą człowiek. Dalej.- Wróć do mnie- odczytał krzywe, ledwie widoczne słowa.- Wolę szaleństwo od samotności.
Nie mogli zrobić nic innego, jak tylko podążyć dalej, szukając odpowiedzi na własne wątpliwości. Odnaleźli kolejne słowa. Amir odczytał je najpierw w myślach, nim zaczął mówić:
-Krew. Tak dużo krwi. Nie krzepnie, ani nie zmienia swojej barwy. Przekleństwo. Moja własna krew patrzy na mnie ze ścian...- urwał, widząc niewyraźny dopisek na dole.- To nie jest moja krew- odczytał.
Zauważył, jak Nadim zakrywa usta dłonią. Przesunął pochodnię kawałek dalej, oświetlając najdłuższy fragment wypisanego szkarłatem tekstu. Człowiek zatrzymał się tuż przed nim, w ciszy analizując kolejne litery. Przymknął na moment powieki, po czym zerknął ukradkiem na towarzysza i zaczął cicho:
-Znalazłem ich dziś. Wszystkich. Całą gromadę. Mężczyzn, kobiety i dzieci... Martwi. Wszyscy martwi. Leżą w tej jamie, którą mi pokazałeś, bracie. Nie, którą ja sam... Nie... Ich ciała... Nie mogę na to patrzeć. Nie mogę w to wierzyć. Jak ktokolwiek mógłby być tak okrutny? Ja? To przecież nie mogłem być ja.
-O boże!- jęknął głucho Nadim.- O boże...
Kolejny obraz pojawił się w głowie Amira, równie żywy i realistyczny jak tamten. Widział ogromny dół,  w dole kilkadziesiąt ciał potomków wilków. Widział nieruchome twarze, okaleczone głowy, rozpłatane gardła. I te ręce, które wydały mu się być znowu jego własnymi, które w pośpiechu zakopywały wszystko, drżące od okropnego płaczu, niemalże skowytu, który mężczyzna słyszał w swoich uszach. Przymknął na moment powieki, pozwalając temu dziwacznemu odczuciu odejść.
Spojrzał na swojego kompana, który nadal wpatrywał się w ostatnie odnalezione przez nich słowa, jakby potrafił z nich wiele wyczytać.
-Boże... Dobry boże...- powtarzał nieustannie potomek wilków, wyraźnie wstrząśnięty tym, co usłyszał.- Jak to w ogóle możliwe...?
Amir drgnął i skierował swój wzrok w inną stronę, słysząc ciche zawodzenie. Dostrzegł ledwie widoczną wnękę z której dochodziło światło. Schował powoli broń, ruszywszy w tamtym kierunku. Znalazł się w kolejnej części jaskini, okrągłej, niemalże przypominającej pomieszczenie. Jej wierzch był otwarty tak, że promienie słońca wnikały do wewnątrz, na moment oślepiając, przyzwyczajonego do mroku, mężczyznę. Tam właśnie, jak najdalej od tego światła, kłębiła się jakaś postać. Amir podszedł bliżej. Przy ścianie kulił się odwrócony do niego plecami potomek wilków. Łkał cicho do momentu, aż usłyszał kroki. Zamarł w bezruchu. Amir przyglądał mu się z uwagą, nie wiedząc, co zrobić. Powoli, ten mężczyzna odwrócił się do niego. Amir patrzył prosto w zniszczoną, przemęczoną twarz potomka wilków. Złote oczy istoty rozchyliły się w wyrazie przerażenia. Chude, pokryte szkarłatem dłonie, wyciągnęły się w stronę człowieka w rozpaczliwym geście. Amir sam nie wiedział, co robi. To był odruch. Wyciągnął uspokajająco dłonie w stronę odnalezionego przez siebie mężczyzny. Wtedy ten chwycił go za przedramiona. Chude palce zsuwały się po rękach człowieka, aż puściły je zupełnie, pozostawiając na nich ślady, które same nosiły. A później, potomek wilków uniósł palec do ust, by po chwili wskazać nim na przeciwległą ścianę.
Amir nie zareagował od razu. W pierwszej chwili podniósł swoje dłonie, zabarwione czerwienią, przyglądając im się niepewnie.
-Amir!- głos Nadima wytrącił go z zamyślenia.
 Mężczyzna drgnął i spojrzał na swojego kompana, a gdy jego wzrok powrócił do rąk, te były już czyste. Zdezorientowany, usiłował odnaleźć wzrokiem tego, którego widział przed chwilą. Ale przy ścianie leżał jedynie ten wilk, którego zobaczyli przed wejściem do jaskini. Amir ukląkł przy martwym zwierzęciu, dostrzegając głęboką ranę w jego boku.
-Musiał się wykrwawić- stwierdził cicho.
 Człowiek podniósł się powoli, po czym odwrócił w kierunku, który wcześniej wskazał mu tamten potomek wilków. Zastanowił się przez chwilę, po czym niespiesznym gestem, odwiązał woreczek z kryształami ze swojej szyi, zdejmując go.
-Co ty robisz...?- zapytał niepewnie Nadim.
Amir pokręcił jedynie głową, ruszywszy w tamtym kierunku powoli. Przymknął oczy, przechodząc przez najbardziej oświetlony punkt i właśnie w tym momencie, kryształy szarpnęły mocno, a on, ledwie mógł utrzymać je w dłoni. Podążył dalej, zatrzymując się przed ostatnim, oświetlonym przez słońce napisem.
DOM.
W środkowej literze, znajdowało się małe wgłębienie.
 A w nim, ledwie możliwy do zauważenia, fragment kryształu.
Amir wydobył go ze ściany, po czym spojrzał na swojego kompana.
Mieli już wszystkie kryształy.

Stali u stóp wzgórza. Nadim spoglądał na skaliste wzniesienia, najwyraźniej wciąż wstrząśnięty tym, co zaszło w jaskini. Amir myślał już jednak o czymś zupełnie innym. Wpatrywał się w spoczywający na jego otwartej dłoni kawałek kryształu. Ostatni fragment. Tego właśnie pragnęli. Do tego dążyli od samego początku. Mężczyzna, nawet gdyby chciał, nie potrafiłby racjonalnie wytłumaczyć tego wszystkiego, co im się przydarzyło. Nie lubił słowa „przeznaczenie”, ale jak inaczej miał określić te wszystkie zdarzenia, które przywiodły ich do tego, kulminacyjnego momentu? Wszystko było dokładnie tak, jak być miało. Odnaleźli cały kryształ, wkrótce mieli wracać do domu... Amir bardzo często zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe. Nadal nie wiedział, ale liczył, że wkrótce pozna odpowiedzi na swoje wątpliwości.
 Nadim przeniósł na niego wzrok. Przez moment obaj, jedynie, spoglądali sobie w oczy, milcząc. Wreszcie, potomek wilków skinął ostrożnie głową. Amir uczynił to samo i przeniósłszy wzrok na odłamek, bardzo powolnym ruchem, zbliżył go do woreczka, w którym znajdowały się pozostałe części kryształu. Usłyszał, jak jego kompan wstrzymuje oddech, wyraźnie nie wiedząc, czego może się spodziewać. Amir czuł jednocześnie strach i podekscytowanie. Przecież od początku tego właśnie szukali. A on szukał odpowiedzi. Rozwiązań. Czegoś, co pozwoliłoby mu zrozumieć, jak to wszystko funkcjonuje. Co dałoby mu jasność, zamiast pozbawionych sensu wróżb, przepowiedni i zapewnień, które należało przyjmować jedynie na wiarę. Po chwili wahania, umieścił ostatni kryształ wśród pozostałych.
 Był tak skoncentrowany na tym, co miało się wydarzyć, że był głuchy i ślepy na wszystko inne. Wydawało mu się, że dookoła panuje grobowa cisza. Słyszał tylko bicie własnego serca i nerwowy oddech towarzysza. Mijały sekundy. Następne. I kolejne. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt... Sekundy zaczęły zmieniać się w minuty niecierpliwego, pełnego napięcia wyczekiwania, ale nic się nie stało, zupełnie nic. Amir zmarszczył brwi i potrząsnął woreczkiem, jakby mogło to w czymkolwiek pomóc. Potomek wilków odetchnął z ulgą. Widać właśnie tego, mimo niepokoju, się spodziewał. Ale Amir nie czuł ulgi. Czuł narastającą z każdą chwilą frustrację i wściekłość. Jak to...? Nic się nie stało? Zupełnie nic? Dlaczego...? Dlaczego nic się nie stało?! Pytał o to samego siebie i nie mógł znaleźć odpowiedzi. Jeśli było to jedyne, co mogło zniszczyć demona, to ten, powinien zareagować. Mieli już wszystko. Wszystko, co mogło doprowadzić go do unicestwienia. Byli blisko domu. Dla potencjalnego wroga, nie byłoby lepszego momentu, by to wszystko powstrzymać. Jeżeli ta istota pragnęła kryształu, powinna uczynić dokładnie to samo. Amir dopuszczał taką możliwość. Zastanawiał się, czy demonowi nie jest na rękę to, że zbierają odłamki. Ale wtedy też powinien się pojawić. Dlaczego nie chciał odebrać tego, co było mu tak drogie...? Człowiek nie mógł uwierzyć w to, by potężna, przebiegła istota, w tak pozbawiony sensu sposób, ryzykowała swoim własnym istnieniem. To nie było nawet prawdopodobne. Doświadczenie, jakie przyniosła demonowi śmierć Fortisa i jego własna porażka, powinno go czegoś nauczyć, czyż nie...? Czy coś tak niewyobrażalnie silnego mogło lekceważyć tego rodzaju broń? Amir nie wierzył w pozbawione sensu dywagacje kompana, że demon może nie zdawać sobie sprawy z ich obecności, albo nie być świadomym, że zbierają kryształy. Trudno było się nie domyślić, a poza tym, przez cały ten czas, nie byli zbyt dyskretni. Cała masa różnej maści istot wiedziała o odłamach, a ta pradawna potęga, miałaby nie mieć o nich pojęcia...?
-Wszystko w porządku...?- zapytał ostrożnie potomek wilków, widząc wyraz niedowierzania i wściekłości, malujący się na twarzy kompana.
-Nie- odwarknął w odpowiedzi mężczyzna.- Nic nie jest w porządku! Dlaczego nic się nie wydarzyło...?- zapytał bez zrozumienia, wpatrując się w woreczek.
-Amir...- zaczął łagodnie jego towarzysz, ale człowiek już wiedział, co zaraz usłyszy. Kolejną porcję bredni, które nie trzymały się kupy i nie tworzyły żadnego całościowego obrazu. Które nie pasowały zupełnie do tego, co przeżyli.
-Nie!- rzucił raz jeszcze mężczyzna, rozdrażniony do granic możliwości.- To jest odpowiednia pora! Jedyna pora, by ten demon się pojawił! Ile razy mam jeszcze zadawać pytanie, gdzie on się do licha podziewa, gdy my zbieramy to, co ma pozbawić go życia?!
-Może chce zaatakować z zaskoczenia, nie znasz przecież jego...
-Jasne!- przerwał mu z politowaniem książę.- Bo my jesteśmy tacy przerażający i niepowstrzymani! Pamiętasz tego smoka, który był jego tworem...? Jak moglibyśmy powstrzymać kogoś, kto czyni tak niewiarygodne rzeczy?- prychnął Amir.- Nie ma żadnego racjonalnego wyjaśnienia, rozumiesz?! Nie ma! Możesz dalej okłamywać sam siebie, ale takie są fakty. Mamy wszystkie odłamki. Jeśli na to właśnie czekał, powinien zaatakować. Och, zapomniałem! Nie musiałby robić nawet tego, jest w końcu tak potężny!- zakpił, kręcąc głową.- Zaraz powrócimy do królestwa! A on co...? Ignoruje to? Nie obchodzi go fakt, że dążymy do jego unicestwienia...?
-Canis powiedział, że mamy zebrać wszystkie odłamki- wytłumaczył cierpliwie Nadim.- Będzie chciał zapewne połączyć je w całość. Musimy mu zaufać, on na pewno...
-Tak, na pewno...- potwierdził z pełną rozgoryczenia drwiną Amir.- Canis wie w końcu wszystko!
-Nie rozumiem, dlaczego z tego kpisz...- Nadim zmarszczył brwi.- Nie wierzyłeś, gdy powiedział, że istnieją fragmenty kryształu. Nie wierzyłeś, gdy mówił o demonie. Ani gdy opowiadał, że pierwszy fragment zaprowadzi nas do pozostałych. Nie wierzyłeś w ani jedno jego słowo, ale jak do tej pory, wszystko co mówił, okazuje się być prawdą.
-Owszem...- potwierdził Amir, uśmiechając się litościwie. Czasem po prostu nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć w to, jak bardzo Nadim jest naiwny!- Dlatego, że powiedział nam jedynie to, co sam wiedział. Nie rozumiesz...? Dał nam elementy układanki, a nie jej całość! Gdyby wiedział, jak powstrzymać demona, powiedziałby to od razu! Ale powiedział coś innego. Powiedział, że nie jest tego pewien- przypomniał mężczyzna.
-Więc daj mu szansę!- upierał się Nadim.- Może teraz, gdy dostanie kryształy, uda mu się dowiedzieć czegoś więcej! Może odpowie na twoje wątpliwości!
-Och, nie wątpię...- zakpił człowiek.- Pewnie waszym ulubionym tekstem. Niech zgadnę... Coś w stylu: „Nie wszystko jest takie oczywiste” albo: „Są pewne sprawy, których nasze umysły nie obejmą”...
-Amir...- Nadim westchnął ciężko i pokręcił głową.- Nie wszystko da się wyjaśnić tak prosto i logicznie, jakbyś tego chciał.
-No i proszę, o to mi właśnie chodziło...- zaśmiał się pobłażliwie mężczyzna.- To właśnie ci powtarzali, gdy nabierałeś wątpliwości i pytałeś, dlaczego ten dobry i cudowny bohater, jakim był Fortis, robił tak okrutne rzeczy...?- prychnął litościwie.- Daj spokój, Nadim. Nie wierzę, że naprawdę tego nie widzisz... Nie ma żadnego pasującego rozwiązania, żadnego, choćby...
Amir umilkł gwałtownie. Dopiero teraz przypomniał sobie, że owszem istnieje rozwiązanie. Istnieje wersja, która wyjaśniałaby absolutnie wszystko. I właśnie dlatego, tak bardzo pragnął odnaleźć ostatni fragment i jednocześnie, tak bardzo się tego obawiał. Po to, by się przekonać. Upewnić. I chyba tak rzeczywiście się stało.
Cofnął się o kilka kroków, spoglądając na trzymane odłamki kryształu. A jeśli tego właśnie ten demon pragnął...? I jeśli nie odzyskał tego tylko dlatego, że już to miał...? Tylko dlatego, że Amir był jego wybrańcem, był mu poddany, opętany albo cokolwiek takiego? I czekał na właściwy moment, by przejąć nad nim kontrolę...
Przeraził się. Wcześniej, gdy o tym myślał, wzbudzało to w nim podobne odczucia, ale teraz nie widział już innego wyjaśnienia.
-Zabierz je- rzucił, wyciągając woreczek w kierunku Nadima.
Ten cofnął się, z początku nie rozumiejąc.
-Zabierz je ode mnie!- krzyknął człowiek, zbliżając się do kompana.
-Amir...- zaczął powoli potomek wilków.- Wiem, co myślisz. Ale naprawdę nie sądzę, żebyś...
-Po prostu weź je ode mnie- naciskał człowiek.
Nadim zawahał się przez chwilę po czym skinął głową, zabierając od mężczyzny kryształy i zawieszając je na swojej szyi. Amir odwrócił się gwałtownie i ruszył szybkim krokiem przed siebie, rzuciwszy jedynie chaotyczne:
-Chodźmy.
Potomek wilków bez słowa podążył za nim.
Pewne przypuszczenia okazywały się prawdziwe.
Inne nie.
Amir nie mógł mieć pewności, co do własnej racji, zwłaszcza w obliczu tego, jak często podczas ich podróży zawodziło go jego własne myślenie.
Ale wiedział jedno.
Ta historia była niepełna.
I niezależnie od tego, co zostało im jeszcze do odkrycia, Amir czuł już, że nie wyniknie z tego nic dobrego.

sobota, 9 lutego 2013

17. Johnny i propozycje nie do odrzucenia


Johnny zaparkował samochód pod domem Keitha. Cały dzień był absolutnie podekscytowany z powodu wizyty u ciemnowłosego, oczywiście, zupełnie przeciwnie do samego zainteresowanego. Keith zdążył mu już napomknąć, dwa razy w szkole i chyba z dziesięć razy odkąd spod niej odjechali, że Johnny wcale nie musi jechać, jeśli nie ma na to ochoty i jeśli ma na głowie jakieś istotniejsze zajęcia. Szatyn jednak istotnych zajęć nie miał chyba nigdy w życiu, więc nie musiał się przejmować tego typu sprawami, a poza tym, za nic nie odpuściłby sobie możliwości spędzenia czasu z ciemnowłosym. Nie rozumiał zresztą, niemalejącej wciąż, niepewności Keitha. W jego rodzinie panowała specyficzna atmosfera, owszem, Johnny nie był do tego przyzwyczajony, trochę go to zadziwiało, ale z drugiej strony, mógł mu chyba jakoś pomóc. Zresztą, naprawdę lubił jego siostrę i nie miał nic przeciwko jej obecności.
-Chyba nie powinieneś tu parkować...- stwierdził Keith, otwierając drzwi i zabierając swoją torbę.- To miejsce sąsiada.
-Zaraz znajdę inne- Johnny uśmiechnął się do niego lekko i, gdy brunet zamknął drzwi, odjechał kawałek i zaparkował za rogiem.
Wysiadł i z bardzo pogodnym nastawieniem ruszył w kierunku domu ciemnowłosego. Znowu zauważył, że niemalże wszystkie żaluzje były zasłonięte, pomijając okna jednego pomieszczenia na parterze – chyba kuchni, i jednego na piętrze. Keith zostawił uchyloną furtkę, więc Johnny wszedł na teren posesji bez zbytniego skrępowania, a następnie dostał się do wnętrza domu. Zdjął z siebie kurtkę i buty, zostawiając wszystko w przedpokoju. Nasłuchiwał przez moment głosu Keitha, po czym zatrzymał się w progu pomieszczenia, w którym znajdował się brunet.
-Twoja mama coś ugotowała, nie zdążyłam zobaczyć co...- mówiła do niego właśnie jakaś rudowłosa dziewczyna, niewiele starsza od nich, mająca może dwadzieścia lat. Sprawiała dużo bardziej sympatyczne wrażenie od poprzedniej opiekunki, którą Johnny tu widział.- Angie jest na górze, chyba trochę się nudzi... Starałam się ją czymś zająć, ale jak zwykle mówi tylko o...- umilkła, dostrzegłszy Johnny’ego i lekki rumieniec wstąpił na jej policzki.- Dzień dobry...- przywitała się z nim, wyraźnie skrępowana.
-Dzień dobry- Johnny uśmiechnął się do niej wesoło.
-Poczekaj na mnie w salonie- Keith uśmiechnął się do niego.
Johnny skinął głową i skierował się do następnego pomieszczenia, ale zatrzymał się na moment za ścianą, słysząc słowa dziewczyny:
-Twoja mama nic nie wspominała, że będziesz miał gości...- stwierdziła niepewnie.- To znaczy, przecież w ogóle ich nie miewacie... Nie chcę się wtrącać w nie moje sprawy, ale...
-To mój przyjaciel- wyjaśnił spokojnie Keith.- Zna sytuację Angie. Wszystko jest w porządku.
-Dobrze...- westchnęła głęboko.- Oczywiście niczego nie powiem, możesz być spokojny, ale nie chciałabym, żeby wyniknęły z tego jakieś problemy...
-Nie będzie żadnych problemów.
Johnny wszedł do pogrążonego w absolutnych ciemnościach salonu. To było duże pomieszczenie, ale umeblowane w taki sposób, że ledwie dało się przecisnąć pomiędzy kolejnymi szafami, a kanapą, czy kanapą a stojącym tuż przed nią stolikiem. Szatyn zajął na niej miejsce, wyczuwając pod palcami niewielką warstwę kurzu. Chyba rzadko ktokolwiek tu bywał, co nieco go zdumiało. W tym domu mieszkały w końcu trzy osoby, dodatkowo pojawiały się jeszcze opiekunki, a większość pomieszczeń i tak, sprawiała wrażenie zupełnie nieużywanych. Chwilę później usłyszał, jak ktoś kręci się po przedpokoju, a trzask frontowych drzwi był komunikatem, że opiekunka Angie już wyszła. Keith pojawił się w salonie.
-Dać ci coś do picia...?- zapytał nerwowo, szybko podchodząc do okien i odsłaniając je, dzięki czemu do pomieszczenia dostało się wreszcie trochę światła.- Soku?
Johnny uśmiechnął się lekko i skinął głową.
Keith wrócił kilka minut później, przynosząc mu szklankę wody.
-Przepraszam...- rzucił, wyraźnie skrępowany.- Nie mam nic innego.
-W porządku- szatyn raz jeszcze uśmiechnął się do niego, tym razem bardziej uspokajająco.
Zakłopotanie Keitha było dla niego nie do końca zrozumiałe, chłopak sprawiał wrażenie nieustannie zawstydzonego, odkąd tylko przekroczyli próg. Owszem, Johnny był... Cóż... nieco oderwany od rzeczywistości, biorąc pod uwagę życie ciemnowłosego. Nieco oderwany od tego rodzaju spraw i problemów. Ale przecież wiedział, że mama chłopaka pracuje, a sam Keith się uczy. W dodatku oboje musieli poświęcać dużo czasu Angelice. Rozumiał, że mieli mniej czasu na sprzątanie czy zakupy, nie był też do końca pewien, jak wygląda sytuacja finansowa ciemnowłosego. Dom był duży, jego utrzymanie na pewno sporo kosztowało, w dodatku trzeba było opłacać opiekunki... Johnny nie chciał pytać, to tylko wywołałoby u Keitha jeszcze większe skrępowanie. Ale tak czy inaczej, szatyn naprawdę  wszystkie te okoliczności rozumiał. Jedynym, co go zdumiewało i napawało dziwnymi odczuciami, była sama atmosfera w rodzinie bruneta, jak i ta panująca w całym domu. Johnny nie mieszkał ze swoimi rodzicami, rzadko się z nimi kontaktował, ale miał z nimi dość dobre relacje. No i, miał jeszcze Rose. A Keith... Johnny’emu wydawało się, że musi być strasznie samotny. Nie tylko ze względu na brak kolegów w szkole.
-Angie zaraz zejdzie...- poinformował go Keith z wyraźnym podenerwowaniem.- Gdyby coś było nie tak... Gdyby wchodziła ci na głowę albo...
-Keith...- Johnny zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
Ile razy słyszał już podobne ostrzeżenia! A przecież Angie nie sprawiała żadnych kłopotów. Przynajmniej jemu. Jej relacje z bratem były chyba znacznie bardziej skomplikowane. Keith skinął głową i wyszedł z pomieszczenia. Moment później, tak jak zapowiedział, wewnątrz pojawiła się Angelica. Ciemnowłosy chyba uprzedził ją, kogo może się spodziewać, bo nie wyglądała na zaskoczoną widokiem szatyna. Uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym rozsiadła na fotelu, zabawnie przewieszając nogi przez jego oparcie. W dłoni trzymała pudełko z kartami i spoglądała na Johnny’ego z dużym zainteresowaniem.
-Co u ciebie, Angie?- zapytał ciepło szatyn.
-Wiedziałam, że jeszcze mnie odwiedzisz- stwierdziła dziewczyna, nie przestając się uśmiechać.- Mama mówiła, że nie, ale ja wiedziałam. Jesteś moim przyjacielem.
-Tak- potwierdził Johnny, skinąwszy głową, po czym spojrzał na to, co trzymała w dłoni.- To karty?
-Nowe- pochwaliła się z zadowoleniem Angelica.- Mama mi kupiła zanim wyjechała... Chcesz ze mną pograć...?
Moment później dziewczyna już siedziała obok niego, a Johnny tasował śmieszne karty z obrazami jakichś księżniczek.
-Nie wiem, jak w to się gra...- przyznał z zakłopotaniem. W ogóle w karty grywał rzadko, kiedyś, zdarzało im się na imprezach pogrywać w pokera albo coś podobnego, ale te karty się do tego nie nadawały.
-To Czarny Piotruś- wyjaśniła cierpliwie Angie.- Ja mam swoje karty, ty masz swoje... Biorę od ciebie jedną i jeśli mam parę, odkładam ją na bok... A później ty bierzesz ode mnie i tak dalej. Przegrywa ta osoba, która zostaje z kartą bez pary.
Zaczęli grać. Angelica miała chyba mnóstwo frajdy, bo Johnny, mimo wyjaśnień, a nawet przeczytania instrukcji na pudełku, radził sobie dość kiepsko. Non stop pokazywał własne karty, zaczynając o czymś mówić, czy o coś pytać, a Angie chichotała z zadowoleniem, wyciągając z jego talii wszystko, co było jej potrzebne. Po kilku tego rodzaju rozgrywkach, chyba ją to jednak znudziło.
-Może pogramy w gry planszowe?- zaproponowała zamiast tego.- Mam kilka bardzo fajnych... Lubię „Supermarket”. Pogramy?- zapytała z nadzieją.
-Jasne, Angie- Johnny uśmiechnął się do niej wesoło.
Dziewczyna radośnie wybiegła z pokoju i pognała na moment na górę. Keith był chyba czymś zajęty. Johnny nie był zaskoczony, w tak dużej posiadłości musiało być naprawdę sporo pracy i nie chciał mu przeszkadzać. Wolał zająć się jego siostrą. Ta wróciła chwilę później, niezwykle uradowana. Rozłożyła grę, cierpliwie wytłumaczyła Johnny'emu zasady i zaczęli się bawić. Grali jakieś pół godziny, nim w pomieszczeniu pojawił się ciemnowłosy.
-Zaraz podam obiad... Sprzątnij to wcześniej, Angie- poprosił cicho.
-Chcę jeść tutaj- odparła dziewczyna.
Brat spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem, po czym pokręcił głową.
-Nie. Podam w kuchni- stwierdził kategorycznie.
Angelica naburmuszyła się.
-Chcę jeść tutaj!- powtórzyła buńczucznie, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
-Mama zawsze podaje ci w kuchni i ja nie zamierzam tego zmieniać....- syknął z wyraźną irytacją Keith, chyba zupełnie nie mogąc się opanować. Johnny przysłuchiwał się tej rozmowie z pewnym skrępowaniem, nie będąc pewien, czy w ogóle powinien się w to mieszać.- Więc uprzątnij to... proszę... i przejdź do kuchni.
-Nie- prychnęła dumnie Angie, odwracając się do Keitha plecami.
Ciemnowłosy spoglądał na nią, wyraźnie bezradnie, nie będąc pewien, co zrobić.
-Podaj tutaj, Keith- zasugerował łagodnie szatyn. Brunet spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Sprzątniemy to, a później posprzątamy też talerze...
Johnny nie widział w tym żadnego kłopotu i chyba żadnego kłopotu, w istocie, wcale w tym nie było. Keith stał przez chwilę w bezruchu, po czym skinął niemrawo głową i wrócił do kuchni. Zadowolona Angelica, schowała, z pomocą Johnny'ego, grę, a następnie odniosła ją na górę, by wrócić do salonu akurat wtedy, gdy Keith przyniósł już wszystkie talerze i sztućce. Angie zajęła miejsce na kanapie pomiędzy swoim bratem a gościem, przyglądając się swojej porcji z wyraźnym zniesmaczeniem. Wsunęła widelec w ziemniaki, dłubiąc w nich ze skrzywioną miną. Później zerknęła na kotlet i surówkę, z równym niezadowoleniem.
-Nie będę tego jadła- oświadczyła, rzucając widelec i siadając głębiej w kanapie.
Johnny już po minie Keitha widział, że zaraz może z tego wyniknąć prawdziwa awantura.
-Jadłaś to przedwczoraj... i wczoraj...- wyjaśnił ciemnowłosy, widać z trudem siląc się na cierpliwość.- Mama to zostawiła. I musisz to zjeść.
-Nie chcę jeść codziennie tego samego- zdenerwowała się Angie i ,szczerze mówiąc, Johnny wcale się jej nie dziwił.
-Mam pomysł!- rzucił, widząc, że atmosfera robi się jeszcze cięższa niż zwykle. Keith spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Jadłaś kiedyś pizzę, Angie?- szatyn uśmiechnął się ciepło, zwracając do dziewczyny.
-Kilka razy...- potwierdziła niepewnie.- Robiłam ją z mamą- dodała z dumą.
-A chciałabyś zjeść teraz...?
Dziewczyna pokiwała gorliwie głową, wyraźnie zachwycona pomysłem. Johnny uśmiechnął się do niej raz jeszcze, po czym wyjął telefon i wyszedł na moment z pomieszczenia. Wykonał telefon do znajomej pizzerii, zamawiając najlepszą i największą pizzę jaką mieli. Akurat podawał adres ciemnowłosego, gdy ten pojawił się obok niego.
-Nie musisz tego robić- rzucił cicho Keith, gdy ten tylko się rozłączył.
-Ale chcę- odparł swobodnie Johnny, nie widząc w tym najmniejszego problemu. Nie chciał za to, by brunet znowu kłócił się ze swoją siostrą.- Nie masz się czym przejmować, Keith, znam to miejsce. Robią naprawdę przepyszną pizzę! No i lokal nie jest daleko, więc przyjedzie za, góra, pół godziny...
Szatyn jednak już wiedział, że wcale nie o pizzę chodziło. Keith spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się do Johnny’ego plecami, nerwowo zagryzając wargę i krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Johnny spojrzał na niego niepewnie. Wiedział, że brunet jest bardzo zdenerwowany.
-To po prostu nie jest...- zaczął lekko wilgotnym głosem Keith.- Chodzi mi o to, że... Może to nie jest najlepszy pomysł... Tak sądzę... Jeśli masz jakieś inne rzeczy do roboty...
-Keith...- rzucił cicho chłopak, obchodząc bruneta i stając przed nim. Chwycił go za ramiona, dostrzegając z trudem powstrzymywane łzy w jego oczach. Łzy wynikające chyba przede wszystkim z wściekłości na to wszystko, co się wokół niego działo.- Wiem, że to nie jest do końca moja sprawa... Ale Angie jest tylko dzieckiem i nie powinieneś...
-Nie jest!- przerwał mu ostro Keith i zaraz ściszył głos, uświadamiając sobie, że dziewczyna mogła to usłyszeć.- Nie jest dzieckiem. Jest prawie w moim wieku! Powinna być teraz inna! Samodzielna! Powinna chodzić do szkoły i spotykać się z koleżankami, a zamiast tego przesiaduje tutaj całe dnie, robiąc wszystkie te rzeczy, których osoby w jej wieku już nie robią... I nie mogę tego znieść- przyznał otwarcie, spoglądając szatynowi w oczy.
-Ale Angie chyba już zawsze taka będzie...- zauważył Johnny. Keith parsknął tylko gorzko, odwracając wzrok. Miał tego świadomość.- I... Rozumiem, że to może być trudne... Chociaż może nie rozumiem...- wycofał się natychmiast, widząc, jak na twarzy bruneta pojawia się pełen irytacji grymas.- Ale nie możesz jej traktować tak... całkiem poważnie. Ona tego nie rozumie. Traktuje to jak atak. Potrzebuje zainteresowania, uwagi, zabawy, zupełnie jak dzieci. Daj jej od czasu do czasu trochę swobody.
Keith zastanawiał się przez chwilę, po czym skinął powoli głową, chyba rozumiejąc w czym rzecz. Johnny uśmiechnął się do niego ciepło i objął kurczowo ramionami, przyciskając do siebie. Rozumiał zdenerwowanie i gniew ciemnowłosego. I rozumiał te same emocje u Angie. Ale wiedział, że ona sama nie wszystko mogła pojąć. Tego, że Keith był dla niej za ostry. Zbyt stanowczy. Momentami zbyt oschły. Może właśnie dlatego, że był sfrustrowany i wściekły. Bo kiedy większość osób w jego wieku zajmowała się głównie sobą, przyjaciółmi, imprezami, on siedział tutaj z siostrą, skazany na absolutną samotność. Ale Keith nie był już samotny. A Johnny miał pewność, że choćby z tej przyczyny, to wyzwanie było najlepszym, co mogło go spotkać.
Pizzę dowieźli bardzo szybko, była tak duża, że starczyła im właściwie do samego wieczora. Gdy Keith zajmował się innymi obowiązkami, Johnny bawił się z Angelicą i grał z nią w różne gry. Później udało mu się również namówić ciemnowłosego, by ten do nich dołączył. Angie z początku nie wyglądała na zadowoloną, ale gdy zaczęli grać w trójkę, zdawało się, że na moment zapomniała zupełnie o swoich emocjach, angażując się w przebieg rozgrywki i rozmawiając z Keithem niemal tak swobodnie, jak robiła to z szatynem.
Gdy zrobiło się już późno, Angelica akurat się kąpała, a Keith szykował wszystko, żeby położyć ją spać, Johnny uznał, że chyba najwyższy czas zbierać się do domu. Gdy ciemnowłosy zszedł do salonu, gdzie szatyn czekał, już miał się z nim pożegnać, ale Keith, wyraźnie skrępowany, rzucił:
-Jeśli chciałbyś zostać... To znaczy... Na noc...- odkaszlnął niepewnie.
-Chciałbym- odpowiedział od razu Johnny, uśmiechając się szeroko.
Keith odpowiedział mu delikatnym uśmiechem.
-Położę Angie i wezmę prysznic. Poczekaj w moim pokoju, dobrze...? Zaraz po prawej, na piętrze.
Szatyn skinął głową i udał się tam bez chwili wahania. Wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi, po czym rozejrzał się po wnętrzu z niezwykłą uwagą. Pokój Keitha wystrojem różnił się nieco od pozbawionych przestrzeni, zagraconych niemalże, pomieszczeń. Stało tu łóżko, biurko i niewielka szafka, w której, co odnotował natychmiast Johnny, sam nie byłby w stanie pomieścić choćby drobnej części posiadanej przez siebie garderoby. Niemalże na każdym  meblu, łącznie z łóżkiem, zalegały książki. Na szafce stało kilka zdjęć, głównie Keitha, ale również jedno rodzinne. Johnny chwycił za jedno z nich, przedstawiające bruneta w wieku ledwie kilku lat. Uśmiechnął się z rozbawieniem dostrzegając zsunięte z nosa chłopca okulary, rozmierzwione włosy i zdezorientowane spojrzenie. Sięgnął po kolejne. Keith na jakimś apelu, chyba w podstawówce. Na jakimś konkursie. Odbierający nagrodę... Przeniósł wzrok na rodzinną fotografię, na której znajdował się nie tylko ciemnowłosy, jego mama i siostra, ale również ojciec, o którym Johnny nie słyszał dotąd zbyt wiele. Przyjrzał się kolejno uśmiechniętym twarzom, po czym zerknął na korkową tablicę, wiszącą nad biurkiem bruneta. Przyczepione były do niej różnego rodzaju dyplomy, zaświadczenia o udziale w konkursach oraz coś na kształt medalu. Johnny obrócił go w dłoniach, po czym odpiął delikatnie jeden z dyplomów i cofnął się, by usiąść na łóżku. Obejrzał go dokładnie, odczytując, że należy się Keithowi za osiągnięcie wybitnego wyniku w konkursie wiedzy przyrodniczej, jeszcze w czasie gimnazjum. Chłopak, w tym właśnie momencie, wszedł do pomieszczenia.
Parsknął cicho na widok tego, czym zainteresował się szatyn.
-Rozgość się...- rzucił z rozbawionym uśmiechem, po czym usiadł obok Johnny’ego i oparł głowę na jego ramieniu.
-Ej, Keith...- powiedział nagle szatyn, dostrzegając jeszcze jeden istotny element.- Masz urodziny szóstego grudnia!
-Tak...- odparł ostrożnie brunet.- I co?
-To już niedługo- Johnny wyszczerzył się radośnie.
Keith odkaszlnął niepewnie.
-Tak, ale nie chcę, żebyś z tego powodu cokolwiek wyprawiał- odpowiedział stanowczo.
-Jasne, że nie...- szatyn zachichotał cicho pod nosem.- A co chciałbyś dostać...?
-Johnny!- jęknął Keith, wyraźnie skrępowany.- Ja nie obchodzę urodzin... zbyt... zbytnio- dokończył kulawo.- To nie jest jakiś szczególnie istotny dzień i naprawdę nie musisz...
-To dzień w którym się urodziłeś- odpowiedział szatyn.- Jak może nie być szczególnie istotny?- zaśmiał się cicho. On sam swoje urodziny świętował długo i hucznie w gronie przyjaciół, chociaż ranek najczęściej spędzał z Rose i ze swoją rodziną, o ile akurat miał taką możliwość. Nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej.- Urodziny to ważna rzecz- podsumował z uśmiechem.- Zgadnij, kiedy urodziłem się ja.
-Nie mam bladego pojęcia- mruknął Keith prosto w ramię szatyna.
-Podpowiem ci...- szatyn uśmiechnął się szeroko.- Jestem gorącym chłopakiem, więc musiałem urodzić się w bardzo gorącym miesiącu...
-Ach...- ciemnowłosy podniósł głowę i spojrzał na szatyna z pełnym politowania uśmiechem.- A ja urodziłem się w grudniu i jestem bardzo zimnym chłopakiem...?
-Tego nie powiedziałem- zachichotał Johnny.
-Zastosowałem się do twojej analogii- odparł z rozbawieniem Keith.
Johnny chwycił bruneta za brodę i zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu. Już miał ucałować jego usta, gdy, jak na złość, i absolutnie do przewidzenia, usłyszał dzwonek telefonu. Pewnie zignorowałby to, ale Keith, i tak, zdążył się już spłoszyć i odsunąć nieco, więc Johnny, jedną ręką przyciągając go do siebie na powrót, wyswobodził komórkę z kieszeni wolną dłonią i odebrał ją z pogodnym:
-Halo?
-Gdzie jesteś?- usłyszał głos Benny’ego.- Od kwadransa stoję u ciebie przed drzwiami... Nie mówiłeś, że gdzieś wychodzisz.
Johnny jęknął głucho w duchu. No świetnie! Nie uprzedzał przyjaciela, bo po pierwsze, ten już od dawna nie składał mu podobnych, niezapowiedzianych wizyt, a po drugie, doskonale wiedział, jak Benny zareagowałby na informację, że zamierza spędzić popołudnie u Keitha. Nawet więcej niż popołudnie. Teraz spędzał u niego wieczór i nic nie wskazywało na to, by nie miał spędzić i nocy, co zresztą bardzo mu odpowiadało. Ze zrozumiałych więc przyczyn, wolał przyjaciela nie tyle okłamać, co po prostu oszczędzić mu tej części opowieści, ale niestety, założenie, że to się nie wyda, było chyba nazbyt optymistycznym.
-... U Keitha- przyznał więc Johnny, bardzo ostrożnie i bardzo subtelnie, mając szczerą nadzieję, że nie usłyszy zaraz pełnych poirytowania uwag jasnowłosego, o swojej głupocie, wyzwaniu i Ericku.
Przez długą chwilę nie słyszał zupełnie nic.
-Gdzie jesteś...?- powtórzył raz jeszcze Benny, jakby nie dosłyszał.
Albo jakby miał taką nadzieję. Trudno było ustalić.
-U Keitha...- powtórzył szatyn, siląc się na spokój.
I w tym momencie, Benny się rozłączył. Johnny jęknął cichutko, odkładając telefon. Brunet przyglądał mu się z uwagą.
-To Benny- wyjaśnił chłopak, uśmiechając się lekko.- Wpadł do mnie, sądził, że jestem w domu.
-On mnie chyba nie lubi...- wysnuł przypuszczenie Keith.
-Wcale nie!- zaprotestował szatyn, ale ciemnowłosy nie wyglądał na przekonanego. Sęk w tym, co Johnny dobrze zresztą wiedział, że nie chodziło o Keitha. Tylko o to wyzwanie właśnie. Był pewien, że gdyby najzwyczajniej w świecie zaczął się z Keithem zadawać i nie kryłyby się za tym żadne dwuznaczności, Benny reagowałby inaczej. Chociaż... Chociaż nawet bez wyzwania kryłyby się za tym dwuznaczności, o czym jego przyjaciel by nie wiedział. Teraz też nie był, zresztą, do końca świadom tego, jak bardzo szatyn jest zainteresowany niedawno poznanym chłopakiem. I Johnny po raz pierwszy nie chciał, a może raczej obawiał się wspomnieć mu o czymś, co było naprawdę ważnym elementem jego życia.
-Myślę, że jednak tak... Dziwnie na mnie patrzy za każdym razem, gdy ze sobą rozmawiamy.
Johnny odpowiedział mu jedynie niepewnym uśmiechem.
To była kolejna sprawa, którą musiał jakoś doprowadzić do porządku.
... Unikając przy tym szczerości jak ognia.

Leżeli obaj na niewielkim materacu, na podłodze Keitha. Co prawda, między jego meblami nie było zbyt dużo przestrzeni, ale i tak, mieli więcej miejsca niż mieliby na jego łóżku. Johnny nie do końca mógł się ułożyć, raz po raz zmieniając pozycję, to wbijając w ramię róg biurka, to znów uderzając się głową o krzesło. Ostatecznie skapitulował, zamykając Keitha w swoich ramionach i przymykając powieki. Musiało być już koło pierwszej w nocy. Nim Johnny wziął prysznic, naszykował się do snu, nim przygotowali to wszystko, porozmawiali, minęło sporo czasu. I niewiele im go pozostało, zważywszy na to, że szatyn musiał wcześnie wstać, żeby dostać się do swojego mieszkania przed pójściem do szkoły. Marzyło mu się coś zupełnie innego. Kilka dni wolnego, z Keithem u boku... Uśmiechnął się na samą myśl. Do ferii zostało jeszcze sporo czasu, ale może w któryś weekend...?
-Przepraszam, jeśli byłem dziś dla ciebie niemiły- odezwał się cicho brunet.
Johnny spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Nie byłeś- uśmiechnął się łagodnie.- Wszystko było w porządku, Keith.
Ciemnowłosy nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, ale wyraźnie nie chciał na tym kończyć tematu. Zastanawiał się przez moment, by wreszcie zacząć ostrożnie:
-Niewielu ludzi o tym wie, bo ludzie... Źle reagują- powiedział powoli.- Dużo pytają. Jak to się stało. Czemu. Czy da się to wyleczyć. Czy to jeszcze minie... Niektórzy z uprzejmości, inni są po prostu ciekawi. To normalne, ale tak uporczywe, że nie da się tego znieść. Za każdym razem, gdy o tym z kimś rozmawiam, trafia mnie szlag... A później mówią inne rzeczy. Że zawsze mogło być gorzej. Albo, że zdarzają się jakieś „cuda” i może Angie jeszcze będzie taka, jak być powinna...- parsknął gorzko.- Niczego nie rozumieją. Pocieszają, że na pewno będzie jeszcze lepiej, chociaż nie mogą mieć tej pewności. Sęk w tym, że z dnia na dzień nie jest ani lepiej, ani gorzej. Jest dokładnie tak samo. Kiedy z nią jestem i z nią rozmawiam, mam wrażenie, jakbym stał w miejscu. Jakby nic w moim życiu się nie zmieniało. I mam poczucie winy. I boję się. I chociaż wiem, że powinienem się nią zajmować i opiekować, że jestem jej bratem, kiedy myślę o tym, że moja mama może pewnego dnia stracić siły...- umilkł, zagryzając nerwowo wargę.
Johnny przyglądał mu się przez długą chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. To, co Keith mu powiedział, było szczere do bólu. Prawdziwe. Brunet rzadko mówił o sobie, a chyba po raz pierwszy zdradził szatynowi coś tak istotnego. To świadczyło o tym, że mu ufał.
-Ja nie będę mówił ci tych wszystkich rzeczy, Keith- odparł łagodnie.- Myślę, że ci ludzie też nie robią tego, żeby cię zdenerwować. Czasem po prostu nie wie się, co powiedzieć- przyznał szczerze Johnny, uśmiechając się niepewnie.- Ale ja nie robię tego z litości. Lubię Angie. I ciebie...- dodał, muskając wargami czoło chłopaka.
-Tak...- parsknął cicho Keith.- Ona też cię lubi.
-A ty...?
Brunet zaśmiał się lekko, przewracając na plecy. Johnny zawisł nad nim, oczekując odpowiedzi.
-To chyba oczywiste, nie sądzisz...?- rzucił brunet, unosząc brew.- Jesteś moim jedynym przyjacielem.
-Przyjacielem...?- podchwycił Johnny, oblizując wargi.- Zdaję się, że ostatnim razem określiłeś mnie nieco innym słowem...
Keith dopiero po chwili zrozumiał, o co chodziło. Szatyn nie dostrzegł tego w panujących w pomieszczeniu ciemnościach, ale był całkowicie pewien, że na twarzy chłopaka widniał teraz uroczy, charakterystyczny rumieniec. Uśmiechnął się do siebie raz jeszcze.
-To... Powiedziałem to, bo moja mama... Chciałem mieć spokój...- odkaszlnął Keith.
-Takie rzeczy mówi się rodzicom, żeby mieć spokój...?- drążył dalej Johnny, nie odpuszczając.- Wydawało mi się, że dokładnie odwrotne...
-Ekhem... Cóż... Tak...- wydusił z siebie brunet, coraz bardziej skrępowany.- Tak po prostu jakoś wyszło.
Johnny ucałował rozchylone lekko wargi chłopaka. Ciemnowłosy instynktownie odpowiedział na pocałunek, oplatając partnera ramionami. Szatyn nie pogłębiał go, smakując jedynie rozkosznie słodkich ust chłopaka.
-... I takich rzeczy nie robi się chyba z przyjaciółmi...- dokończył triumfalnie, gdy wreszcie udało mu się od niego oderwać.
-Najwyraźniej się robi- uciął Keith z zawstydzeniem.
Johnny parsknął niepohamowanym śmiechem.
-Dzięki Bogu, że nie jesteś bardziej popularny...
Ciemnowłosy zachichotał. Johnny powrócił do warg chłopaka. Tym razem wdarł się pomiędzy nie językiem, inicjując bardziej namiętny pocałunek. Stopniowo pozwalał Keithowi przejąć nad nim kontrolę. Wsunął dłoń w lekko wilgotne włosy bruneta. Drugą, niemalże odruchowo, oparł na jego klatce piersiowej. Niecierpliwe palce szatyna przemknęły po chropowatym materiale koszuli od piżamy i zatrzymały się na górnych guzikach. Johnny zaczął rozpinać je niespiesznie, delektując się pocałunkiem kochanka. Przerwał go jednak na moment, by zapytać prowokacyjnie:
-A co musi zrobić przyjaciel, żeby był kimś więcej niż tylko przyjacielem...?
Keitha chyba na chwilę zamurowało. Johnny nie był pewien dlaczego, ale na to pytanie, ciemnowłosy zareagował dosyć płochliwie.
-N... Nie wiem...- wydukał, mocno skrępowany.
Johnny zaśmiał się cicho. Skończył rozpinać koszulę chłopaka i rozsunął powoli jej poły. Przesunął niespiesznie dłonią wzdłuż klatki piersiowej bruneta, a następnie zaczął zsuwać z niego luźne spodnie. Usłyszał, jak Keith przełyka ślinę. Ciemnowłosy był wyraźnie podenerwowany, ale nie oponował. Jego ciało było napięte. Szatyn nie do końca wiedział w czym rzecz. Wpił się na powrót w wargi bruneta. Zacisnął palce jednej dłoni na męskości Keitha, drugą natomiast oparł na unoszącej się szybko klatce piersiowej bruneta. Stymulował go niespiesznymi ruchami, czując jednocześnie, jak chłopak rozluźnia się pod wpływem pocałunku i subtelnych pieszczot. Usta Johnny’ego przesunęły się na policzek bruneta. Złożył na nim wilgotny pocałunek i podążył niżej, całując linię jego szczęki, a następnie koncentrując się na szyi ciemnowłosego. Keith westchnął rozkosznie. Szatyn kontynuował. Ssał delikatnie skórę chłopaka, pozostawiając po sobie charakterystyczne, różowe ślady. Zsunął się jeszcze niżej. Zajął się sutkami bruneta. Ten jęknął i zadrżał pod wpływem kolejnego doznania. Johnny uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem, świadom tego, że chłopak był wrażliwy na ten rodzaj pieszczoty. Uwielbiał go dotykać i całować. Moment, w którym ciało chłopaka unosiło się lekko, w którym mimowolnie szukało ciała kochanka, by otrzeć się o nie lekko, gdy drżało z podniecenia, gdy z ust Keitha wydobywały się kolejne jęki i westchnienia... To było zdecydowanie najbardziej przyjemne. Johnny powędrował wargami niżej. Dotarłszy na podbrzusze, zatrzymał się na moment, zastanawiając się nad czymś, ledwie przez chwilę. A, że Johnny z natury nie był człowiekiem, który zastanawiałby się nad czymkolwiek długo, bez chwili wahania, wsunął członek chłopaka do swoich ust i zaczął ssać powoli jego końcówkę, nie przestając masować trzonu. Keith wydał z siebie przeciągły, pełen zaskoczenia jęk. Uniósł głowę, by spojrzeć na szatyna.
-C... Co ty robisz, Johnny...?- wydusił z siebie, zdezorientowany, nim jęknął po raz kolejny.
Szatyn przerwał na moment i spojrzał na niego z wesołym uśmiechem.
-Mam przestać...?- zapytał prowokacyjnie.
Brunet podparł się na przedramionach, nie odrywając od niego wzroku. Zagryzł na moment dolną wargę, oddychając płytko, po czym pokręcił przecząco głową. Johnny dokładnie tego się spodziewał. Ucałował czubek męskości chłopaka, po czym powrócił do wcześniejszej czynności. Keith był pierwszym chłopakiem, którego miał tak blisko. Nie był do końca pewien, ani do czego może się posunąć, ani do czego posunąć się jest zdolny. Uwielbiał go pieścić i całować. Poznawał stopniowo jego ciało i decydował się na działania, o które wcześniej nawet by się nie podejrzewał. I, co mogłoby go zadziwić jeszcze bardziej, gdyby faktycznie poświęcił temu choć chwilę – nie czuł żadnych oporów. Chyba powinien, zważywszy na to, że nigdy nawet nie fantazjował o mężczyznach. Johnny jednak, niespecjalnie miał ochotę wgłębiać się w ten temat i analizować swoje własne preferencje pod takim kątem.
Przerwał pieszczotę i ułożył się na plecach, przyciągając bruneta do pocałunku. Keith oparł dłoń na jego biodrze, po czym chwycił palcami za rąbek bokserek szatyna. To była jedyna część garderoby, jaką Johnny na sobie miał. Uniósł biodra, umożliwiając chłopkowi zsunięcie ich z siebie. Ciemnowłosy, nie przerywając pocałunku, usadowił się na jego biodrach. Johnny podniósł się do pozycji siedzącej czując, że, jak tak dalej pójdzie, jego bliższe kontakty z biurkiem Keitha, na które natrafiał raz po raz, skończą się czymś więcej niż tylko siniakami. Objął chłopaka ramieniem, wpijając się w jego szyję. Keith masował szybko męskość szatyna, ocierając się o niego niecierpliwie. Moment później chwycił za oba członki, pieszcząc je jednocześnie. Jęknął przeciągle, opierając głowę na ramieniu kochanka. Keith doszedł, ale nie zaprzestał swojej wcześniejszej czynności. Johnny odchylił lekko głowę do tyłu, pozwalając sobie na całkiem donośne westchnienia. Jego dłonie przesunęły się wzdłuż pleców chłopaka, by znaleźć się na jego pośladkach. Szatyn ugniatał je przez chwilę, po czym przesunął pomiędzy nimi dłonią. To było raczej instynktowne niż planowane. Keith zamarł na moment w jego ramionach, ale zaraz kontynuował. Wpił się śmiało w usta Johnny’ego, dokładnie w tym samym momencie, w którym szatyn skończył.
Położyli się powoli na materacu. Keith zsunął się na swoje wcześniejsze miejsce. Johnny przymknął powieki, uśmiechając się do siebie mimowolnie.
-Chyba nie zostało już wiele czasu do rana...- zauważył.
-Raczej nie...- odparł Keith.
Przez moment żaden z nich się nie odzywał. Johnny właściwie prawie przysypiał, gdy usłyszał napięty głos ciemnowłosego:
-Chcesz... To znaczy... Czy chciałbyś... ze mną... Chodzi mi o to, że... Sam pewnie wiesz- dokończył, mocno skrępowany.
Johnny spojrzał na niego i zaśmiał się cicho.
-Nie- odpowiedział szczerze.- Nie mam pojęcia.
Keith spoglądał na niego z wyraźnym zażenowaniem, chyba nie wiedząc, jak ma wyrazić to, co miał na myśli.
-Oglądałem wczoraj taki film...- zaczął więc, odkaszlnąwszy cichutko. Johnny wyczekiwał jego dalszych słów.- Z dwoma mężczyznami... To był film... o seksie...- przyznał powoli. Szatyn poczuł, jak rozbawiony uśmiech ciśnie mu się na usta, ale całą siłą woli zmusił się do zachowania powagi.- To znaczy o takim... prawdziwym seksie... Nie wiem, czy mnie rozumiesz...- kontynuował ostrożnie Keith.- Po prostu... Chciałem wiedzieć, czy ty chcesz...
Johnny, mimo szczerych chęci, nie wytrzymał. Ryknął niepohamowanym śmiechem, a Keith jęknął głucho i odwrócił się do niego plecami, kuląc się przy samym brzegu łózka.
-Nie wierzę, że to powiedziałem- rzucił z zawstydzeniem.
-Przepraszam... Przepraszam...- chichotał wciąż szatyn, przytulając się do chłopaka od tyłu i całując go delikatnie w ramię.- Naprawdę nie chciałem się śmiać, tylko... Mówiłeś o tym tak... Przepraszam...- wciąż nie mógł się opanować. Dopiero moment później uspokoił się nieco, choć nadal uśmiechał się sam do siebie, mocno rozbawiony tym, co usłyszał.- Chcę z tobą robić wszystko, Keith- westchnął w kark bruneta, który następnie ucałował.- Absolutnie wszystko.
-Ale chyba nie teraz...?- ciemnowłosy sprawiał wrażenie na wpół podekscytowanego, na wpół absolutnie przerażonego. Ach, no i wciąż całkowicie zawstydzonego zaistniałą sytuacją.
-Nie- odparł swobodnie Johnny, odnajdując dłoń chłopaka i splatając ich palce.- We właściwym czasie.
Ta odpowiedź najwyraźniej Keithowi wystarczyła i trochę go uspokoiła. Johnny wtulił się mocniej w jego plecy, nie przestając się uśmiechać.
To był naprawdę dobry dzień.

piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 35 [Chaos]


-Jesteście pewni, że nie chcecie, bym zawiózł was do miasta?- zapytał uprzejmie woźnica.
Był to młody mężczyzna, chyba kupiec albo ktoś, kto kupcom dostarczał towary. Amir nawet nie starał się spamiętać, ale chyba miał na imię Pasco. Spotkali go kilka godzin temu, gdy akurat przejeżdżał obok, a oni zbierali się do podróży. Bez najmniejszego wahania czy wątpliwości, zaproponował im, że ich podwiezie. Amir i Nadim przystali na propozycję niemalże natychmiast, wymęczeni wcześniejszą wędrówką. Nie planowali jednak dalekiej podróży, a już na pewno nie planowali zapuszczać się za mury miast. Potomek wilków miał na sobie kaptur, już wcześniej widzieli przejeżdżające nieopodal wozy, a nauczeni doświadczeniem, woleli nie ryzykować i nie sprawdzać, jak bardzo lubiani byli pobratymcy Nadima w tych okolicach.
-Nie- odpowiedział Nadim, uśmiechając się lekko. Siedział na samym przedzie, niedaleko mężczyzny. Amir wylądował nieco dalej, pomiędzy skrzynią z jakimiś narzędziami, a paletami materiałów.- Zmierzamy gdzie indziej. Wysiądziemy zaraz w lesie, panie.
-Nie trzeba się tak do mnie zwracać- odparł mężczyzna, z wyraźnym zakłopotaniem.
-Podróżujesz też do Alitis…?- zainteresował się Amir.
Jego towarzysz spojrzał na niego przez ramię ze zdziwieniem.
-Do Alitis…?- zdumiał się Pasco, po czym zaśmiał się serdecznie i pokręcił głową.- Kawał drogi stąd! Nigdy zresztą jeszcze tam nie byłem, choć znam kilku podróżnych kupców, którzy stamtąd pochodzą albo tam właśnie zbili majątek… Może, jeśli sprawdzę się i nikt mnie nie okradnie, mój szef zechce mnie tam wysłać…?
Amir parsknął cicho. Teraz podróżowali po rozległym obszarze, na którym nie było nawet jednego drzewa, ale widać było z oddali las. Pasco nie był jedynym, który dziś tędy przejeżdżał, a Amir miał dziwne wrażenie, że na uczęszczanym przez kupców przejściu, ciężko było uniknąć kłopotów.
-Nie ma innego przejścia do tego miasta?- zapytał, darując sobie komentarz.- Jakiejś drogi?
-Jest droga- potwierdził Pasco, skinąwszy głową.- Ale trzeba mieć dużo pieniędzy, by tamtędy przejechać. Najpierw ci z mojego miasta biorą opłaty, później jeszcze ktoś po środku, i wreszcie tamci…- młodzian wzruszył bezradnie ramionami.- Bogaci kupcy czy arystokraci mają na to pieniądze, ale ja na pewno nie.
-Raz jeszcze dziękuję, że zgodziłeś się nas zabrać- powiedział Nadim.- To duża przysługa.
-Ależ, najmniejsza!- zaśmiał się Pasco.- I tak, w końcu, jadę w tamtą stronę, nie robi mi to wielkiej różnicy…
-I nie obawiałeś się…?- dopytał Amir, mocno zdumiony tym faktem. Pasco zerknął na niego ukradkiem przez ramię, chyba nie bardzo rozumiejąc, co ten ma na myśli.- Wziąć ze sobą dwóch obcych ludzi- wyjaśnił więc, choć zdawało się to zupełnie oczywiste.- To dość ryzykowne.
Nawet bardzo. Zwłaszcza, gdy wiezie się coś cennego.
Pasco nie sprawiał wrażenia zbytnio przejętego.
-Nie wyglądacie groźnie!- stwierdził z rozbawieniem. Amir uniósł brew w geście niedowierzania. Zakapturzony osobnik z łukiem i nie-zakapturzony osobnik z mieczem… Tak, rzeczywiście wyglądali niewinnie niczym dzieci.- Zresztą, to bardzo spokojna okolica. Może to zabrzmi dziwnie, ale jeżdżę tędy już długo i nie spotkało mnie nic złego… Nie ze strony ludzi- uściślił i zachichotał nerwowo, nie wyjaśniwszy jednak, co miał na myśli.
Jechali dalej. Amir zaczął w oddali dostrzegać rysy czegoś dziwnego. Z początku, zdawało mu się, że to jakiś budynek, później dostrzegł jednak, że to coś innego. Jakby pomnik…? Nie… Trzy pomniki. Stojące naprzeciw siebie, pokaźne i wysokie. Dopiero, gdy znajdowali się kawałek dalej, był w stanie lepiej dostrzec ich kształt. To były…
-… Głowy…?- szepnął, nie będąc pewien tego, co widzi. Trzy okrągłe głowy, zwrócone twarzami ku sobie, z pustymi oczodołami i rozdziawionymi ustami. Nie był do końca pewien, z czego zostały wykonane, chyba z kamienia, ale z jakiegoś gładkiego, jakby śliskiego i błyszczącego w słońcu.
-Taaak…- potwierdził Pasco z dziwną nerwowością.
-Obiekt kultu?- dopytywał Amir, nie bardzo widząc inny cel tej specyficznej budowli.
-Och, zdecydowanie nie- odpowiedział stanowczo młody woźnica.- Może kiedyś temu służyły, właściwie sam nie wiem. Ja nie wychowywałem się w pobliżu, dorastałem dość daleko, w pewnej wsi, ale gdy pytałem starszych mieszkańców, każdy twierdził, że te głowy były tu już przed ich narodzinami, a pewnie i przed narodzinami ich dziadów i pradziadów… Nie sposób więc dojść do tego, kto je zbudował, być może nawet ludzie, którzy mieszkali tu wieki temu. Ale niedobrze jest się do nich zbliżać- dodał natychmiast. Amir i Nadim wbili w niego pytające spojrzenie.- Te głowy są przeklęte. Każdy, kogo tu spotkacie wam to powie… Jest o nich kilka legend, słyszałem niegdyś, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania… Ale ja tam nie znam tak odważnego, co zostałby długo i wypytywał…- dodał, wyraźnie zlękniony.- Dlatego ja omijam je z daleka.
-Co to znaczy, że są przeklęte?- dopytywał Nadim.
Pasco wzdrygnął się wyraźnie.
-Konie są przy nich nerwowe- odparł, jakby to cokolwiek wyjaśniało.
-I tyle…?- Amir czuł, że nie jest to jedyne wytłumaczenie.
-Nie…- przyznał młodzian.- Te głowy… One gadają…
-Gadają…?- człowiek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
-Tak… Mówią… Szepcą. Cały czas. Lepiej się tam nie zbliżać.
Przez długą chwilę panowała zupełna cisza. Pasco popędził nieco konie. Moment później, znaleźli się na równi z trzema dziwacznymi budowlami, choć wciąż, w sporej odległości od nich. Najwyraźniej młodzieniec rzeczywiście nie zamierzał się do nich zbliżać.
-Co dokładnie mówią…?- Nadim był wyraźnie zafascynowany.
Pasco zawahał się przez moment, jakby wcale nie chciał rozmawiać na ten temat. Zaraz zaczął jednak ostrożnie:
-Na początku słychać tylko pojedyncze słowa… Ja ich nie rozumiałem. Ale pewien człowiek, powiedział mi raz, że to imiona. Nie jestem pewien, czy to prawda- przyznał.- Ale takie właśnie panuje przekonanie wśród okolicznej ludności. Że są to imiona wielkich bohaterów. Albo wielkich zbrodniarzy. Ja tam nie wiem. Ale wiem, że szepczą je nieustannie… A później…
Pasco wzdrygnął się po raz kolejny i umilkł.
-Byłeś tam, prawda?- rzucił Amir. Ten wniosek był całkowicie oczywisty.
Woźnica skinął głową.
-Przejeżdżałem tamtędy… Dwa razy… Za pierwszym razem przemknąłem bardzo szybko. Słyszałem te słowa. Imiona. Dziwaczne wrażenie. Serce waliło mi tak, że bliski byłem śmierci, ale pojechałem dalej i jakiś czas później, wezbrała się we mnie pewnego rodzaju ciekawość… Sam nie wiem, co też strzeliło mi do głowy, może te pogłoski i opowiastki o magii tego miejsca i wszechwiedzy skał...- Pasco sprawiał wrażenie zdenerwowanego na samego siebie.- Wracając do mojego miasta, zdecydowałem się przejechać tamtędy ponownie… I zatrzymałem się na dłużej… Okropieństwo…- podsumował, drżącym od emocji głosem.
-Co się stało?- zapytał Nadim.
Dłonie Pasca, ściskające lejce, zadrżały wyraźnie. Przez moment młodzieniec milczał. Skierował twarz w lewo, przyglądając się przez dłuższy moment mijanym rzeźbom. Odetchnął płytko.
-To było… To było takie uczucie…- zaczął, nie mogąc się uspokoić.- Jakbym zupełnie tracił zmysły… Słyszałem głosy w swojej głowie… Głosy które znałem i które były mi zupełnie obce… Urywki rozmów… Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, ani gdzie się znajduję… Wydawało mi się, że tracę grunt pod nogami, wokół mnie panowała zupełna ciemność, a ja popadałem w jakiś obłęd… Nagle ogarnęła mnie panika. Wrzeszczałem, a przynajmniej tak mi się wydawało, wzywałem pomocy, zerwałem się do biegu, chciałem uciec, ale nie widziałem nic przed sobą, nie było nic prócz mnie i tych głosów… A później… Później, jeden z kupców znalazł mnie spory kawałek dalej. Nieprzytomnego. Przerażonego… Nie idźcie tam, jeśli życie wam miłe- dodał Pasco, a na jego twarzy pojawił się nerwowy grymas, który miał być chyba uśmiechem.- Ja, w każdym razie, nie zbliżę się tam na krok…
Amir też nie miał takiego zamiaru. Zerknął jednak podejrzliwie na swojego kompana, który historii Pasca wysłuchał z niezwykłym zainteresowaniem. Ciekawość Nadima w tych kwestiach niezmiennie budziła jego niepomierne wprost zdumienie.
Jechali dalej. Głowy zostały w tyle, choć wciąż można było je zobaczyć. Od prawej strony zbliżyli się do linii lasu, ale woźnica nie zamierzał tam chyba jeszcze skręcać.
-Zatrzymaj się, proszę- rzucił nagle Nadim.
-Tutaj?- zdziwił się Pasco.
-Tak- potwierdził z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Tutaj wysiądziemy.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
Młodzian zatrzymał konie.
-Naprawdę mogę was zawieźć dalej- zapewnił.
-Tu będzie idealnie- odparł jednak potomek wilków, uśmiechając się do mężczyzny z wdzięcznością.- Dziękuję.
Zeskoczył z wozu i spojrzał wyczekująco na kompana, który nie bardzo mogąc uczynić cokolwiek innego, zrobił dokładnie to samo. Moment jeszcze Nadim rozmawiał z młodym woźnicą, a chwilę później patrzyli już, jak ten samotnie odjeżdża. Amir obejrzał się w stronę dziwacznych posągów, po czym zerknął nieufnie na swojego towarzysza. Miał wrażenie, graniczące z pewnością, że Nadim skrócił czas ich podróży właśnie ze względu na te dziwaczne monumenty i wcale mu się to nie podobało.
-Nawet o tym nie myśl- rzucił stanowczo, choć Nadim nie zdążył choćby zerknąć w stronę nietypowych rzeźb. Potomek wilków spojrzał na niego bez zrozumienia.- Nie będziemy się tam zbliżali- obwieścił stanowczo Amir.- Ty zwłaszcza. Powiedział, że to niebezpieczne, nie słuchałeś uważnie?
-Naprawdę nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi- parsknął cicho potomek wilków.
-Ach, tak…- mężczyzna uśmiechnął się kpiąco.- Mam uwierzyć, że twoja decyzja o nagłym postoju spowodowana była… zmęczeniem…?- zapytał ironicznie.- Mieliśmy jechać dalej, zapomniałeś? Skąd w ogóle pomysł, by wysiadać tutaj?
-Zbliża się noc- wyjaśnił spokojnie Nadim.- Jesteśmy blisko lasu i jednocześnie mamy do dyspozycji polanę, więc możemy, do rana, przeczekać tutaj. Uznałem, że tak będzie wygodniej, niż gdybyśmy mieli zatrzymywać się gdzieś przy samym mieście i tam szukać sobie miejsca do wypoczynku.
Amir spoglądał na kompana z uniesioną, w pełnym politowania geście, brwią. Jakimś dziwnym trafem, to wytłumaczenie wcale go nie przekonało.
-O co ci chodzi, Amir?- parsknął potomek wilków.
-O to, że nie wolno ci się tam zbliżać.
-Przecież wiem- westchnął ciężko Nadim, przewróciwszy oczyma.- Za kogo mnie uważasz…?
-Za ciebie, niestety- syknął w odpowiedzi mężczyzna.- Aż za dobrze wiem, że im bardziej coś jest niepokojące, tym bardziej cię ciekawi. Zostaw to. Nie potrzebujemy kłopotów.
-Nie potrzebujemy- zgodził się z nim potomek wilków, zdecydowanie zbyt łatwo i potulnie, by człowiek mógł się uspokoić.
-Nie żartuję- zaznaczył natychmiast.
-Ja też nie. Żadnych głów. Zrozumiałem.
Amir przysiadł na ziemi, obserwując poczynania Nadima z nieufnością.
-Zaraz wrócę- obwieścił niedługo po rozłożeniu ich rzeczy potomek wilków.
Człowiek spojrzał na niego podejrzliwie.
-Idę po drewno- dodał natychmiast Nadim.- W tamtą stronę- zaznaczył, wskazując las.- Ale jeśli chcesz się upewnić, że mówię prawdę, możesz iść ze mną- dodał, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej i spoglądając na kochanka z wyczekiwaniem.
-Rozpalanie tutaj ogniska nie jest dobrym pomysłem- odpowiedział Amir.- Przejeżdża tędy wiele osób, będziemy na siebie zwracali zbyt dużą uwagę.
-Dobrze.- doprawdy, spokój i uległość Nadima zaczynały go coraz bardziej niepokoić.- Więc idę się załatwić. Moja towarzyska propozycja pozostaje jednak aktualna- dodał uszczypliwie.
Amir spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, po czym westchnął jedynie ciężko i kręcąc głową rzucił:
-Dobrze, już dobrze, idź...
Właściwie nie miał większego wyboru. Mógł albo Nadimowi zaufać albo... przywiązać go do najbliższego drzewa i uważnie pilnować.
Bo nie było innego sposobu, by odciągnąć Nadima od obiektu jego nadmiernej ciekawości.

To była wyjątkowo zimna noc. Amir wyrwał się na moment ze snu i przewracał przez chwilę z boku na bok, szukając dla siebie wygodnej pozycji. Na oślep sięgnął dłonią przed siebie, usiłując natrafić na materiał koca... Zdawało mu się, że nakrył się nim, gdy zasypiał, ale właściwie nie był do końca pewien. Równie dobrze mógł usnąć w ramionach potomka wilków, który ogrzewał go bardziej skutecznie. Ułożył się na plecach, wzdychając głęboko i kapitulując. Nie mógł jednak zasnąć. Drżał lekko przez chłód, mając wrażenie, że jego ciało było skostniałe od zimna. Leżał tak dłuższą chwilę, nim w pełnym pretensji pomruku, wyrwało się z jego ust imię:
-Nadim...
Był przekonany, że potomek wilków przesunął się gdzieś dalej. Ale gdy człowiek uchylił powieki i uniósł się na przedramionach, rozglądając dookoła, przekonał się, że Nadima nigdzie nie było.
-Nadim!- zawołał, podnosząc się ociężale i spoglądając zaspanymi oczyma w stronę lasu.- Nadim!- krzyknął raz jeszcze, na próżno czekając na odpowiedź. Odetchnął głęboko, po czym odszedł kilka kroków dalej i sięgnął po leżący na ziemi koc, zarzucając go na ramiona.- Nadim!- spróbował po raz kolejny, zupełnie bez efektu.
Prychnął z irytacją, chociaż, właściwie, powinien się do tego przyzwyczaić. Potomek wilków już taki był. Wstawał w środku nocy i spacerował, i łaził, i włóczył się zupełnie bez celu, bez konkretnego powodu, jakby naprawdę nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Być może dla mieszkańca lasów było to zachowanie jak najbardziej naturalne, ale Amir naprawdę nie mógł za nim nadążyć. Nadim był istotą tak niezrozumiałą w swoim zachowaniu, tak absurdalnie i gorliwie broniącą pozbawionych większego znaczenia wartości, przekonaną o cierpieniach poniesionych przez własne plemię, przekonaną o winach ludzi, a jednocześnie wyznającą jakiś dziwny system zasad, który sprawiał, że pomimo poglądów, które powinny wzbudzać u niego nietolerancję i opór, umysł miał zaskakująco otwarty. Nie widział nigdzie zagrożeń, nie widział niebezpieczeństw, nie rozumiał dlaczego miałby nie przyjmować czyichś słów za prawdę.
-... Nadim...- warknął raz jeszcze pod nosem mężczyzna, przysięgając sobie, że gdy potomek wilków wreszcie wróci, przemówi mu do rozumu.- Nad...- zaczął, ale w tym momencie obejrzał się za siebie, a jego wzrok spoczął na widocznych z oddali pomnikach. Dopiero w tym momencie przypomniał sobie o nich i, nagle, odpowiedź na pytanie, gdzie znajdował się jego kompan, stała się zaskakująco prosta.
Na litość bogów! Dlaczego...? Dlaczego zawsze musiał robić mu coś podobnego? Czy słysząc o czymś dziwnym i niespotykanym, nie powinien raczej trzymać się z daleka...? Co za głupota, co za bezmyślność! Amir z chwili na chwilę denerwował się coraz bardziej. Koc zsunął się z jego ramion, gdy gwałtownym gestem porwał z ziemi swój miecz, przyczepiając go do pasa. Raz jeszcze spojrzał w stronę rzeźb i prychnął głośno, po czym ruszył w ich kierunku szybkim krokiem.
-Nadim! Nadim!- wołał jeszcze przez moment, ale zaraz umilkł na dobre, dręczony jakimś nieprzyjemnym przeczuciem.
Trawa szeleściła pod jego stopami. Wsłuchiwał się we wszechobecne brzęczenie pasikoników i swój własny, przyspieszony oddech. Rozglądał się dookoła uważnie, jakby liczył, że dostrzeże gdzieś kompana, ale pośród nieporośniętych żadnymi wysokimi trawami czy drzewami terenów, dostrzegłby go bez przeszkód już wcześniej.
Wreszcie znalazł się w pobliżu tych specyficznych posągów. Minął jeden z nich i nagle znalazł się na środku ułożonego z kamiennych płytek trójkąta, którego brzegi sięgały każdej z trzech głów.
-Nadim...?- zamierzał zawołać, ale przytłoczony potęgą rzeźb, wydusił z siebie ledwie słyszalny szept.
Choć z dala głowy wydawały mu się niemalże identyczne, teraz widział, że każda z nich różniła się od pozostałych. Szerokością, wielkością oczu, grymasem, w jaki układały się rozwarte szeroko usta... Jedna z głów zdawała uśmiechać się do niego, jednak w jakiś niepokojący, niemalże makabryczny sposób. Ta, przed którą stał, usta miała rozwarte szeroko, jakby w agresywnym, pełnym gniewu krzyku. Usta trzeciej układały się w taki sposób, że nadawały jej wyrazu rozpaczy i cierpienia. To miejsce z pewnością napawało grozą i mogło budzić przerażenie, zwłaszcza w takich okolicznościach. Ale Amir właśnie zdał sobie sprawę z pewnej kwestii. Nie słyszał głosów. Żadnych słów. Imion. Niczego. To była pewnie jedna z legend. Ledwie opowiastka, jaką lubili się raczyć mieszkańcy. To przyniosło mu pewną ulgę. Amir nie lubił się bać i niełatwo było go przerazić. Pomijając sprawy, których nie rozumiał. Te napawały go okropnym lękiem. Ale to miejsce okazało się być mniej wyjątkowe, niż opowiadano.
-SAGITHAL.
... A tak przynajmniej myślał.
Nim usłyszał to słowo. To był szept. Ledwie szept, ale wypowiedziany tak potężnym, tak strasznym głosem, że  Amirowi wydał się krzykiem. Mężczyzna nie ruszał się przez moment, sparaliżowany i niepewny tego, co usłyszał. Zaczął obracać się powoli wokół własnej osi i rozglądać dookoła, szukając źródła głosu.
-AKASHITOSH.
Kolejne słowo sprawiło, że poczuł narastającą panikę. Przełknął nerwowo ślinę, wycofując się nerwowo z trójkątnego pola. Nadima tu nie było. Tak, nie było go... Co za ulga...
-FORTIS.
To go zatrzymało. Lęk usunął się w cień. Amir wrócił na poprzednie miejsce, spoglądając kolejno po posągach.
-Co powiedziałeś?!- krzyknął wreszcie.
Nie usłyszał odpowiedzi.
-Co powiedzieliście?!- zawołał znowu.- Fortis! To imię! Co to miało znaczyć?!
-ASTARGOT.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie mężczyzna.- Fortis! To o nim mówiliście! Co o nim wiecie?!- wykrzyknął, przypominając sobie słowa Pasca. Czy to możliwe, by te głazy znały odpowiedzi na wszystkie pytania...?- Co o nim wiecie?!- powtórzył znowu nerwowo.
-ELAIM.
-Znacie tą historię! Wiecie o Fortisie! I o demonie!- rzucił, na próżno oczekując potwierdzenia.- Wiecie, czego chce ten demon...? Dlaczego powrócił? Czemu mają służyć te kryształy...? Wiecie, czy nie?!- wykrzyknął gniewnie.
I wtedy zapanowała cisza. Tak głucha, tak przerażająca, że mężczyzna zdał sobie nagle sprawę, że nie słyszy nawet własnego oddechu,  bicia własnego serca. Było to tak okropne i nieprzyjemne wrażenie, że przez kilka sekund nie poruszał się wcale, nie będąc w stanie do niego przywyknąć. A moment później... Moment później usłyszał coś ponownie.
Ale to nie było żadne imię. Żadne słowo. Tylko śmiech. Dziecięcy, radosny śmiech, którego źródła nie mógł zlokalizować. I znów, zupełnie bezowocnie, rozglądał się dookoła. I znów nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie, co to właściwie było. Chciał się wycofać. Chciał uciec z tego miejsca. Ale zaraz usłyszał znajomy głos i zatrzymał się gwałtownie.
-Nie chcę tego robić, Amir...- usłyszał piskliwy, chłopięcy głos.
-Hadrin...- szepnął z niedowierzaniem.- Co to ma być, do diabła?!- krzyknął donośnie.- Co to ma znaczyć?!
-To wszystko twoja wina...- powiedział ktoś inny. On sam... To był jego głos! Jego dziecięcy głos...- To przez ciebie wyleciał przez okno. Chcę z powrotem mój sztandar wojenny, więc wespnij się tam i mi go przynieś...
-Ale tu jest wysoko!- załkał rozpaczliwie Hadrin.- Spadnę!
-Jesteś takim tchórzem...- prychnął ze złością drugi głos.- Sam to zrobię, jeśli ty nie chcesz... Ale ty już nigdy nie będziesz mógł się ze mną bawić. Nie potrzebuję mięczaków w swojej armii.
-Ale... Ale ja...- Hadrin z trudem mówił, ledwie opanowując płacz.- Ja naprawdę... Dobrze, dobrze!- zawołał nagle, jakby czymś przerażony.- Odsuń się! Ja to zrobię!
-Jesteś mięczakiem, nie zrobisz tego.
-Zrobię! Pójdę po to, Amir...
-Zobaczymy! Jeśli stchórzysz, powiem wszystkim, że jesteś strachajłem... No dalej! Wejdź tam!
Amir oddychał płytko, nie rozumiejąc tego, co się wokół niego dzieje. Te głosy, które słyszał... To wspomnienie... Ta rozmowa już się odbyła. To nie był wytwór jego wyobraźni.
-Dobrze...- szepnął cicho Hadrin, pociągając nosem.
-Nie!- wrzasnął donośnie mężczyzna, wiedząc, jak to się skończy.- Hadrin, nie rób tego! Nie rób tego!
Znów zapanowała cisza. A później tę ciszę naruszył kolejny, znany mu głos.
-Jak mógł mnie tak bardzo zawieść...?
-Ludwik...?- szepnął z niedowierzaniem Amir, słysząc swojego wuja.
Nie widział już zbyt wyraźnie. Wszystko wokół niego zrobiło się jakieś mgliste i nieostre. Nie koncentrował się jednak na tym wcale, znów na oślep, zupełnie naiwnie i bezcelowo, poszukując wokół siebie tego, który do niego mówił.
-Tak ogromne rozczarowanie... A przecież miał być moim następcą- głos Ludwika był spokojny, ale tkwiła w nim jakaś nuta goryczy, smutku. Amir pokręcił z niedowierzaniem głową, na próżno wciąż szukając swego opiekuna pośród ponurych rzeźb.- Poświęciłem mu wszystko. Szkoliłem go. Wychowywałem. Przygotowałem do objęcia tronu, a on zrezygnował dla takiej błahostki, dla czegoś tak ulotnego...
-Nie! Wuju!- zaprotestował gwałtownie Amir. Nie widział nigdzie Ludwika, ale wołał do niego z takim przekonaniem, jakby był on prawdziwy, jakby stał gdzieś niedaleko, rzeczywiście wypowiadając wszystkie te słowa. I tak, jakby sam Amir mógł mieć na nie wpływ, mógł do niego dotrzeć.- Musisz mnie przecież zrozumieć! Sam byłeś w takiej sytuacji! Nie nadaję się na króla! Przecież musisz rozumieć! Ludwiku!
-... Dla czegoś tak ulotnego...- powtórzył szeptem głos.
Amir zachwiał się na nogach, czując się dziwnie słaby. Rozejrzał się dookoła niepewnie, zdając sobie sprawę z tego, że nie widzi już nawet żadnych konkretnych kształtów, konturów, a ledwie rozmazane plamy różnorakich kolorów, które powoli stawały się dziwnie wypłowiałe, martwe.
-Powiesz mi wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi?
Kolejny głos. Ten głos również był mu znany, ale Amir nie potrafił sobie przypomnieć, do kogo może należeć.
-O co chodzi w czym...?- parsknął cicho drugi.
-Nadim!- szepnął mężczyzna, rozpoznając swojego kompana.
-Sam wiesz...- a to był... Elnir.... Tak, Elnir. Przyjaciel jego towarzysza. Teraz Amir słyszał to wyraźnie.- Chodzą różne pogłoski o tej wyprawie...
-Jakie pogłoski?- zapytał z pozorną obojętnością potomek wilków.
-O tobie. I o tym księciu- odparł Elnir.- Podobno bardzo się ze sobą... zaprzyjaźniliście- zakpił.
Nadim zaśmiał się lekko.
-Chyba wiem, o co chcesz zapytać... Jesteś pewien, że chcesz wiedzieć?
-Nie- odparł szczerze Elnir, po czym zachichotał.- Ale liczę, że mnie nie rozczarujesz. Chyba z nim nie...
-... spałem?- dokończył pobłażliwie potomek wilków.- Jasne, że tak.
-Ale...- przyjaciel Nadima sprawiał wrażenie mocno zaskoczonego.- Przecież ty chyba nie...
-Posłuchaj, Elnir...- wyjaśnił z nutką zniecierpliwienia jego rozmówca.- To była naprawdę długa podróż. Od czasu do czasu pojawialiśmy się w jakiejś wiosce czy mieście, ale przez większość czasu wędrowaliśmy jedynie we własnym towarzystwie... Nie było dookoła zbyt wielu kobiet, więc... Chyba sam rozumiesz...
Amir skamieniał na moment, słysząc te słowa.
-Nie...- szepnął z niedowierzaniem.- Nadim!- krzyknął, jak gdyby naprawdę wierzył, że mężczyzna może go usłyszeć.- Nadim, co ty mówisz?!
-I nic więcej was nie łączy?- dopytał Elnir.
-Nie- odparł stanowczo towarzysz człowieka.- Nic. Nawet nie zamierzam się z nim więcej spotkać.
-NADIM!- wrzasnął boleśnie Amir, padając na kolana. Zakrył twarz dłońmi, czując łzy pod powiekami. Plamy wokół niego stały się nagle zupełnie wyblakłe, szarawe. Gdyby skoncentrował się na tym choćby przez chwilę, zdałby sobie sprawę z tego, że nie jest już w stanie odróżnić poszczególnych plam od siebie. Wszystko zlewało się w jednolitą, nieprzeniknioną całość.- Jak możesz... Jak mogłeś to powiedzieć...- załkał cicho, poruszony słowami potomka wilków. Nie rozumiał... Dlaczego? Przecież Nadim mówił mu coś innego... Jak mógł go tak oszukać...?
-Czuję się w obowiązku wystąpić w imieniu mojego schorowanego wuja i całego królestwa...- usłyszał donośny, wyniosły głos Hadrina. Podniósł się powoli z kolan, wsłuchując się w słowa brata.- ... i wytłumaczyć wszystko to, co się wydarzyło. Chcę powiedzieć, że mój brat... Ten, którego nazywałem bratem i który zawsze, mimo tego, co uczynił, nim pozostanie... Został już wykluczony z królewskiego rodu. I, choć rozumiem wasz gniew, proszę was również o zrozumienie dla niego... To nie jasność umysłu, nie kalkulacja, a szaleństwo pchnęło go do tego czynu... Gdy tylko go odnajdziemy, dopilnujemy, by to nie powtórzyło się już nigdy więcej...
-O czym ty mówisz...?- szepnął bez zrozumienia Amir.
-Bardzo mu tak dobrze!- usłyszał zachrypnięty, męski głos.- Jednego psa mniej na tym świecie!
-Co tam pan wiesz...- odparł mu pretensjonalny, kobiecy głos.- Nie wolno tak czynić... A nawet gdyby, to nie zabił go kierowany szlachetnymi pobudkami, o nie... Nie słyszał pan...? To był jego... kochanek...- szepnęła wstydliwie.- Obrzydliwe.
Amir stał jak wryty w miejscu, nie mogąc, a może raczej nie chcąc zrozumieć znaczenia tych słów.
-Co wy mówicie... Co wy mówicie...- powtarzał szaleńczo.
Wokół niego panowała absolutna ciemność. Stał pośród niej samotnie, otoczony tylko tymi głosami, które były jedynym, co do niego docierało.
-Potworne to było morderstwo...- westchnęła jakaś staruszka.- Kto by pomyślał, że człowiek jest zdolny do takich czynów... I to jeszcze książę...
-Och, wie pani...- odpowiedział męski głos.- Jak sobie taki ubzdura jakieś demony i inne brednie, to co się później dziwić... Wiadomo było od dawna, że na rozum mu padło...
-Nie, nie, nie...- szeptał nieustannie Amir, rozedrganym głosem, pełen przerażenia.
-Jak mogłeś to zrobić?!- usłyszał gniewny krzyk Elnira.- Jak mogłeś?! Morderco!
-Przestań!- krzyknął przeraźliwie mężczyzna.
-Jak mogłeś?! Potworze! Nazywałeś go swoim przyjacielem!
-Nie zrobiłem tego! Nie zrobiłem tego!- wrzasnął Amir tak głośno, jak tylko potrafił.- Nie zrobiłem! Nie! Nie! Nie! Nie!- krzyczał raz po raz, zagłuszając ten pełen pretensji, pełen rozżalenia głos, czując rozdzierający ból w sercu na myśl, że mogłaby to być prawda.- Nadim! Nadim!- zawołał żałośnie, łkając i wciąż słysząc te same głosy, te same oskarżenia, te same słowa wypowiadane z taką obojętnością, taką wzgardą, jakby nie mógł ich słyszeć.- Przestańcie! Przestańcie natychmiast! DOŚĆ!
Wokół niego panowały nieprzeniknione ciemności. Amir nie wiedział, do kogo krzyczy i nawet nie uznawał za słuszne, aby taki cel odnaleźć. Stał w bezruchu, wrzeszcząc, błagając, by to wszystko się skończyło... A moment później, z jego własnego krzyku uformował się jakiś inny. Okropny, przeszywający wrzask rozdarł na nowo ciszę, płosząc wszystkie pozostałe głosy. Amir zatkał uszy, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Złowieszczy, pełen gniewu dźwięk wdzierał się do jego umysłu, odbierając mu zmysły, doprowadzając do szaleństwa... To było coś więcej niż zwykły krzyk. Coś bolesnego. Przenikającego ciało do głębi, odbierającego resztę nadziei, resztę świadomości, a w zamian pozostawiającego niekończącą się rozpacz i obłęd. Amir nie mógł tego wytrzymać. Padł na kolana, błagając o litość, ale krzyk coraz bardziej przybierał na sile i, z chwili na chwilę, stawał się coraz głośniejszy. W pewnym momencie, zbierając resztki sił, Amir zerwał się na nogi i zaczął gnać przed siebie, nie będąc w stanie zrozumieć, przed czym ucieka. I krzyczał, krzyczał razem z tym okropnym wrzaskiem, który zdawał się dochodzić z głębi niego samego. Biegł na oślep, przedzierając się przez ciemności i, raz po raz, potykając o własne nogi. Nie miał żadnego konkretnego celu. Chciał tylko uciec przed tym potwornym dźwiękiem.
I nagle coś wyłoniło się z mroku. Amir zatrzymał się gwałtownie. Wszystko wokół niego ucichło, a on stał naprzeciw postaci obleczonej gorejącym ogniem. Cofnął się o kilka kroków, ledwie wierząc własnym oczom. Czaszka o pustych oczodołach wpatrywała się w niego. Żuchwa opadła z wolna na dół, a z wnętrza kościstej głowy wypełzł długi, szkarłatny jęzor. Korpus postaci był poraniony, porozdzierane ciało ukazywało nagie kości, obdarte ze skóry nogi stąpały pośród płomieni, zmierzając wprost w stronę Amira.
-Nie!- wrzasnął mężczyzna, dobywając broni.
Kreatura zatrzymała się nagle. Koścista głowa przechyliła się na bok i zaraz z jej szczęk wydobył się przeraźliwy wrzask. Postać ruszyła do niego szybkim krokiem.
Amir krzyknął wściekle i zamachnął się. Kreatura w ostatniej chwili padła na ziemię, umykając od ciosu i bardzo sprawnie czmychnęła do tyłu.
-Nie podchodź!- warknął do potwora Amir.- Nie podchodź, bo cię zabiję!- wycedził przez zęby.
Stwór cofnął się o kilka kroków. A później uniósł pokaleczone dłonie. Znowu zaryczał okropnie. Amir wrzasnął głucho i rzucił się do ataku, pewien tego, że i kreatura go zaatakuje. Ale gdybył juz o krok od potwora, nagle zdał sobie z czegoś sprawę... Uniesione dłonie nie były gestem agresji. Tylko obrony. A ten wrzask...
-Amir...- ten wrzask nie przypominał wrzasku ani trochę i był w istocie ledwie wypowiadanymi z lękiem słowami.- Amir, słyszysz mnie...?
Najpierw zobaczył jego. Nadima. Stojącego na miejscu tego, którego omal przed chwilą nie zabił. Amir pokręcił głową z niedowierzaniem, spoglądając na swojego towarzysza bez zrozumienia. A moment później powróciło wszystko inne. Najpierw szarości, później powoli barwy, z barw formowały się poszczególne kształty, a wzrok mężczyzny stopniowo odzyskiwał ostrość widzenia.
-Już wszystko dobrze, Amir...- starał się go uspokoić potomek wilków, nie podchodząc jednak do trzymającego broń mężczyzny.
Amir chciał coś powiedzieć, ale ledwie cichy jęk wyrwał się z jego warg. Miecz wysunął mu się z dłoni i opadł na podłoże. On sam zachwiał się na nogach, czując się zupełnie pozbawiony sił.
A ledwie sekundę później, runął bezwładnie na ziemię.

Z trudem uchylił ociężałe powieki. Leżał na trawie, okryty kocem i chyba płaszczem albo inną częścią garderoby. Podniósł rękę, odruchowo zsuwając z siebie materiał. Czuł się potwornie zmęczony. Rozejrzał się z wolna i jego wzrok natrafił na widoczne w oddali posągi. Poczuł taki przypływ paniki, że nie zważając na własne wyczerpanie, usiłował podnieść się na nogi, ale czyjeś silne ręce na powrót przycisnęły go do ziemi.
-Nie!- rzucił Amir, wbijając palce w ramiona nachylającego się nad nim kompana.- Nie, nie, nie...- szeptał z przerażeniem, usiłując się wyrwać.
-Już w porządku- odparł łagodnie Nadim, uspokajając go nieco.- W porządku, Amir. Nic się nie dzieje.
Amir odetchnął płytko. Wsłuchując się w kojący głos towarzysza i nie mogąc za nic pozbyć się tego paraliżującego lęku, który zalągł się w jego sercu, na nowo zapadał w płytki sen.

Obudził się ponownie i podniósł powoli na przedramionach. Było jeszcze całkowicie ciemno. Usiadł, a następnie przetarł twarz dłońmi, usiłując odpędzić zmęczenie, które na szczęście obejmowało teraz jedynie ciało, pozostawiając całkowicie przytomnym umysł mężczyzny. Nadima nie było. Amir podkulił kolana i wsparł na nich głowę, odetchnąwszy płytko. Wtem,usłyszał dziwny odgłos. Kolejne dźwięki, które przywodziły mu na myśl uderzanie w ogromne bębny, dochodziły powoli do jego uszu. Zmarszczył brwi i podniósł głowę, rozglądając się dookoła. W pierwszej chwili, w pierwszym racjonalnym wyjaśnieniu, stwierdził, że może jakiś orszak przejeżdża w pobliżu. Ale polana była zupełnie pusta. Jego wzrok spoczął na czarnych posągach. Zadrżał mimowolnie, odwracając go zaraz, nie będąc w stanie patrzeć w tamtą stronę zbyt długo, bez lęku. Miał nadzieję, że gdziekolwiek Nadim podział się tym razem, wróci szybko.
Dźwięki się nasiliły. Przerwa pomiędzy kolejnymi zmniejszyła się. Teraz następowały zaraz po sobie, może,ledwie,z sekundą przerwy. Amir przełknął ślinę, coraz bardziej się denerwując. Rozejrzał się wokół siebie, później dotknął pasa, ale zdał sobie sprawę, że nigdzie w pobliżu nie ma jego broni. Nadim musiał mu ją zabrać. Amir już nie pamiętał kiedy i dlaczego. Uderzenia stawały się coraz bardziej intensywne. Mężczyzna położył się i zacisnął powieki, choć odgłosów, nie dało się ani nie słyszeć, ani ignorować. Miał wrażenie, że ziemia drży pod ich wpływem. Stopniowo zaczęły zmieniać się w jakiś inny dźwięk. Ciągły, donośny pisk, który rozbrzmiał tak głośno, że Amir aż zatkał uszy i krzyknął, nie będąc w stanie tego wytrzymać. Nagle wszystko ucichło. Mężczyzna podniósł się na powrót, spoglądając w stronę głów. I znów rozbrzmiały bębny.
-Niech to szlag...- syknął ze złością, podnosząc się z ziemi i ruszając w tamtym kierunku.
Był przerażony jak diabli, ale nie zamierzał zwlekać dłużej. Doskonale wiedział, że to coś prowokowało go, wzywało do siebie, zmuszało do tego, by wrócił w tamto miejsce. Przyspieszył kroku. Kilka minut później, znalazł się w tym samym miejscu, z którego wczoraj z tak ogromnym popłochem uciekał. Stanął w centrum trójkąta i zaczął rozglądać się kolejno po rzeźbach. Tutaj panowała absolutna cisza. Czekał jednak na to, co usłyszał wczoraj. Na głosy. Imiona. Ale zamiast tego, usłyszał nagle przeciągły pisk. Nie mogąc zlokalizować jego źródła, odwrócił się powoli w stronę tej głowy, która stała tuż za nim. Zaniemówił, widząc, jak jej oczodoły rozjaśniają się szkarłatnym blaskiem. Cofnął się i zaraz zwrócił raz jeszcze w kierunku tych rzeźb, które znajdowały się za nim. Jedna z nich spoglądała na niego kryształowo błękitnymi oczyma. Druga, błyszczącymi zielenią. Grunt zaczął nagle usuwać mu się spod stóp.
Krzyknął, usiłując chwycić się czegoś na oślep. Obejmujące go mocno ramiona zdawały się być na to przygotowane, bo natychmiast chwyciły nadgarstki Amira i przytrzymały jego ręce. Ten szamotał się jeszcze przez chwilę nieprzytomnie, nim zdał sobie sprawę z tego, że było to jakieś złudzenie lub sen. Jęknął głucho, uspokajając się. Potomek wilków oparł głowę na jego ramieniu, nie odzywając się ani słowem.
-Nadim... Nadim...- wydusił przez zaschnięte gardło człowiek.- Daj mi wody...- było to chyba najbardziej składne i zrozumiałe zdanie, jakie dziś z siebie wydusił.
Nadim pokiwał gorliwie głową, sięgając po bukłak. Amir przewrócił się na plecy, nie rozumiejąc, dlaczego wciąż czuje się tak okropnie zmęczony. Znużenie go nie opuszczało, ale powoli zdawało się go opuszczać coś innego – obłęd. To dziwne szaleństwo, którego doświadczył, zbliżając się do tamtych figur. Chociaż obudziwszy się przed momentem, nie był nawet pewien, czy i to nie było jedynie snem. Uniósł z trudem głowę, pijąc i zaraz spojrzał w kierunku rzeźb. Nie. To zdecydowanie nie był sen. Nadim spoglądał na niego z niepokojem, jakby obawiał się jego reakcji. Tym razem jednak człowiek zachował spokój, mimo przerażenia, jakie wzbudzało w nim samo spojrzenie w tamtym kierunku. Skończył pić i zamknął bukłak, po czym położył na powrót głowę na posłaniu.
-Co się tam stało, Amir?- zapytał łagodnie jego kompan.
Człowiek westchnął głęboko i zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć. Najbardziej utkwił mu w głowie sam strach. Okropny, paraliżujący lęk, którego nie dało się w żaden sposób opisać. I to dziwne wrażenie, jakby tracił zmysły, jakby cały świat spowijał mrok, a on był jedynym, który na nim pozostał... Ale teraz zaczynał sobie przypominać również pozostałe elementy tej historii.
-Słyszałem te... te głosy... imiona...- wycharczał.- Dokładnie jak mówił ten chłopak... A później... O bogowie...- jęknął głucho, zakrywając twarz dłońmi.- O bogowie... Omal cię nie zabiłem...- szepnął niemalże z niedowierzaniem, przypominając sobie tamto zdarzenie. To jak usiłował zaatakować Nadima. Nie Nadima. Tego potwora. Potwora, który okazał się być jednak jego kompanem. Co za szaleństwo go do tego skłoniło!- Omal cię nie zabiłem...- powtórzył, nie mogąc zrozumieć, jak do tego doszło.
-Nie byłeś sobą- odpowiedział stanowczo Nadim.
Amir prychnął cicho.
-Też mi różnica...- rzucił z rozgoryczeniem.
Zwłaszcza w obliczu tego, co tak bardzo go przerażało. W obliczu tej myśli, że on mógłby mieć... mógłby być... nosić w sobie demona. Wtedy też nie byłby sobą. A jednak mógłby wyrządzić krzywdę potomkowi wilków. I wielu innym osobom. I jeszcze te głosy... Poczuł jak łzy zbierają się w jego oczach na samo wspomnienie. Rozczarowanie jego wuja. I wyjaśnienia Hadrina. I ci wszyscy ludzie, którzy mówili o nim jak o mordercy. O mordercy Nadima... Eldir i jego wściekłość. Słowa samego Nadima... Słyszał tak potworne rzeczy, że mimo iż zdawały się być jednym z elementów jego chwilowego szaleństwa, trudno było mu przejść nad nimi do porządku dziennego. Przecież wuj nie mógł zareagować w ten sposób na jego rezygnację. Sam był w podobnej sytuacji. Zrozumiałby, prawda...? I Nadim... Nadim na pewno nie zrobiłby mu czegoś podobnego. Nie oszukiwał go przecież. Ale gdyby się okazało, że tak właśnie było... Amir by go nie zabił. Nie byłby w stanie. Prawda...? Nie zrobiłby tego... Nie zrobiłby...? Nawet, gdyby przez to stał się rozczarowaniem dla swojego wuja i sam zrezygnował z miejsca w królewskiej rodzinie...? Nie zrobiłby tego. Mógłby przysiąc, że nie. A jeśli...? A jeśli to wszystko nie miałoby większego sensu? Jeśli ten demon... to wszystko... nie miałoby żadnego znaczenia? Jeśli zmarnowałby tak wiele czasu? I poświęciłby tak wiele dla niego, a on... A co, jeśli był siebie zbyt pewny, a w rzeczywistości mógłby paść ofiarą takiego samego obłędu...?
-Amir...?- Nadim odsunął delikatnie dłonie od jego twarzy.- Czemu w ogóle tam poszedłeś?- zapytał bez zrozumienia.
-Bo... Bo obudziłem się, a ciebie nie było- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna.- Wiem, że obiecywałeś, że tam nie pójdziesz, ale mimo wszystko... Przykro mi, że w ciebie zwątpiłem... Kiedy wstałem, a ciebie nie było obok, doszedłem do wniosku, że musiałeś tam właśnie się udać, więc również tam poszedłem. Ciebie nie było. Usłyszałem te głosy. Chciałem zawrócić, ale wtedy usłyszałem imię...- dopiero teraz Amir dostrzegł zakłopotanie na twarzy potomka wilków. Zakłopotanie i coś na kształt zawstydzenia. Zmarszczył brwi, dopiero moment później uświadamiając sobie, z czego to wynikało.- Ty tam poszedłeś...- rzucił i aż parsknął z niedowierzaniem.- Poszedłeś tam! Ty draniu!
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast Nadim, kręcąc głową.- Chciałem, owszem, ale...
-Obiecywałeś! Zarzekałeś się, że tam nie pójdziesz!
-Tak, ale...
-Ty cholerny draniu!
-Przepraszam!- jęknął głucho potomek wilków, spoglądając na towarzysza z wyraźną skruchą.- Sądziłem, że to może mieć związek z kryształami... I gdy usłyszałem o tym miejscu, doszedłem do wniosku, że lepiej będzie sprawdzić... W końcu już nie raz w takich dziwacznych okolicznościach znajdowaliśmy fragment... A brakuje nam już tylko jednego... Jesteśmy blisko domu i byłem niemalże całkowicie pewien, że on tam będzie... Chciałem cię do tego przekonać... Ale gdy obudziłem się w nocy, doszedłem do wniosku, że najpierw się tam rozejrzę... Poszedłem w tamtą stronę, ale później zwątpiłem, czy dobrze robię... I zawróciłem... Wszedłem do lasu... Nie wiedziałem, że się obudzisz...
-Zawsze się budzę!- warknął z wściekłością mężczyzna.- A ty zawsze ładujesz się w kłopoty! Jakbyś nie mógł chociaż raz... Och, na litość boską!- Nadim położył uszy po sobie i spuścił głowę, pokornie słuchając słów mężczyzny.- Doprowadzasz mnie do szału! Gdybym mógł mieć do ciebie chociaż odrobinę zaufania... Odrobinę zaufania! Ale nie! Ty zawsze wiesz najlepiej! Cholerne duchy w lesie? Musisz sprawdzić, oczywiście! Przeklęte, gadające, doprowadzające do obłędu głowy...? Czemu nie, nic nie jest ci straszne!
-Przepraszam...- rzucił po raz kolejny potomek wilków, wzdychając ciężko.- Naprawdę nie wiedziałem, że dojdzie do czegoś takiego. Chciałem tylko sprawdzić, czy to nie ma nic wspólnego z kryształami.
-Nie- odparł z wściekłością Amir.- Chciałeś sprawdzić, bo słyszałeś, że te dziwaczne rzeźby znają odpowiedź na wszystkie pytania. I dobrze wiem, o co chciałeś zapytać!- dodał gniewnie.- Dobrze wiem, że dręczą cię dokładnie takie same wątpliwości, jak mnie!- syknął, odwracając się na bok, plecami do potomka wilków.
-I... One ci coś powiedziały...?- och, doprawdy, ciekawość Nadima w tych sferach była nie do zaspokojenia!
-A gdyby mi powiedziały...?- Amir spojrzał na potomka wilków przez ramię.- A gdyby powiedziały mi, że mam w sobie demona...? Co byś wtedy zrobił?
-Powiedziałbym, że to kłamstwo- odpowiedział Nadim.- Bo tak ci nie powiedziały... Prawda...?- dopytał niepewnie.
-Prawda...- potwierdził mężczyzna.
Nadim przywarł kurczowo do jego pleców, składając na ramieniu kochanka czuły pocałunek. Amir przymknął powieki i moment później, znów zupełnie opadł z sił, zapadając w sen nieprzynoszący ani ulgi, ani odpoczynku.
Chciał jak najszybciej wydostać się z tego przeklętego miejsca.

Leżał w bezruchu na środku kamiennego trójkąta. Chciał podnieść się natychmiast, ale jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Nie był w stanie choćby drgnąć. Całą siłą, jaka mu pozostała, usiłował zmusić się do tego, by choćby podnieść głowę. Uczynił to z wielkim trudem, ale zaraz znowu został przyciągnięty do zimnego podłoża. Zauważył, że nie znajdował się już na środku polany. Unosił się w ciemnościach. A wokół niego nie było wcale tych cholernych głów. Nie rozumiał, co się dzieje. Wiatr wiał mocno, potęgując odczucie chłodu. W pewnym momencie oczy zaczęły mu łzawić i wszystko, co widział, stało się rozmazane.
Usłyszał przeciągły syk. Najpierw jeden, później kolejny. Zobaczył nad sobą te postaci. Nie rzeźby. Jakby... cienie. Trzy cienie stały dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej te przeklęte głazy. Uformowane miały jedynie głowy. Każdą rozświetlała para błyszczących, kolorowych oczu. Sylwetki stworzeń były niewyraźne, rozmywały się przy każdym większym podmuchu. Te syki... To były wydawane przez postaci dźwięki. Rozmowa.
Stworzenie o szkarłatnych oczach, zbliżyło się do niego. Amir szarpnął się odruchowo, choć nie przyniosło to żadnego rezultatu. Nie był w stanie uciec. Cień nachylił się nad nim. Z mroku uformowała się dłoń, która weszła głęboko w klatkę piersiową mężczyzny. Amir wrzasnął, choć nie czuł bólu. Oczy postaci rozświetliły się jeszcze bardziej.
Ocknął się gwałtownie, gdy całe jego ciało podskoczyło, jak się okazało, wraz z przyczepą, w której się znajdował. Zmarszczył brwi, podrywając się do pozycji siedzącej. Przed sobą widział tamte głowy, które z chwili na chwilę, pozostawały w coraz większej odległości od niego. Obejrzał się za siebie, odrobinę zdezorientowany. Dostrzegł tego chłopaka, który ich tutaj przywiózł i siedzącego obok Nadima. Dyskutowali o czymś spokojnie, nim potomek wilków zdał sobie sprawę z tego, że jego towarzysz się przebudził.
-No wreszcie...- rzucił, uśmiechając się do niego lekko.- Jak się czujesz...?- dodał zaraz niepewnie.
-Dobrze...- odpowiedział Amir, pocierając potylicę, w którą uderzył się przed chwilą. Przeczesał palcami włosy, raz jeszcze spoglądając w stronę rzeźb. Czuł się już dużo lepiej. Zdecydowanie lepiej niż wtedy, w pobliżu tych głazów. Wróciły mu siły.- Nie powinieneś być w mieście...?- zwrócił się niepewnie w stronę Pasca.
Chłopak zaśmiał się serdecznie.
-Ja to mam pecha! Napadli mnie! Dasz wiarę?- zachichotał, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Tuż pod bramami miasta! Tyle czasu jeździłem po bardziej niebezpiecznych terenach, a capnęli mnie akurat tam! Ale wzięli tylko towary... Mnie nic nie zrobili, koniom na szczęście też nie...- stwierdził z wyraźną ulgą Pasco.- I tak sobie myślę, że chyba zajmę się czymś innym... Ojciec miał rację, całe to przewożenie nigdy mi chyba nie było pisane... A skoro i tak nie mam, póki co, z czego spłacić mego pracodawcy... Może wrócę do swojej wioski i zajmę się stadniną...? Tak właśnie sobie myślę...
-Dlaczego wracamy?- Amir spojrzał na swojego kompana bez zrozumienia.
-Poprosiłem Pasca, żeby nam pomógł- wyjaśnił potomek wilków.- Byłeś w kiepskim stanie, chciałem, żeby pomógł nam się dostać do wioski, by ktoś mógł cię obejrzeć... Ale chyba już lepiej...- westchnął z wyraźną ulgą.- Wysiądziemy wcześniej i pójdziemy inną drogą. Naokoło. Sądzę, że tak będzie bezpieczniej.
-Ano!- potwierdził wesoło Pasco.- Mówiłem, żeby nie zbliżać się do tych głów... To wielka nierozwaga, pakować się w sprawy, o których my, zwykli ludzie, nie mamy żadnego pojęcia...
Amir skinął niemrawo głową, znowu kierując swój wzrok w stronę tamtych rzeźb. Były już tak daleko, że ledwie je widział. Spoglądał na nie tak długo, aż wreszcie zupełnie zniknęły mu z oczu. A wtedy usłyszał coś, co sprawiło, że serce zamarło w nim na moment.
-AMIR.
Jego imię rozbrzmiało potężnym, donośnym głosem, który dotarł do niego mimo odległości. Zdezorientowany człowiek spojrzał w stronę towarzyszących mu mężczyzn, ale ci rozmawiali ze sobą beztrosko, jakby niczego nie usłyszeli.
Amir westchnął głęboko i spojrzał w niebo.
Byli blisko domu. I blisko rozwiązania całej tej sprawy. Został im do odnalezienia ostatni odłamek. To, co będzie później, wciąż jednak pozostawało całkowicie niejasne.
Te głowy wypowiadały imiona, tego Amir był pewien.
Imiona wielkich oprawców lub bohaterów, tak z kolei powiedział mu Pasco.
Amir miał nadzieję, że nie było w tym wiele prawdy.
Bo wtedy jego przyszłość byłaby absolutnie jasna.
... Skoro został postawiony w jednym szeregu z Fortisem.