Strony

sobota, 9 lutego 2013

17. Johnny i propozycje nie do odrzucenia


Johnny zaparkował samochód pod domem Keitha. Cały dzień był absolutnie podekscytowany z powodu wizyty u ciemnowłosego, oczywiście, zupełnie przeciwnie do samego zainteresowanego. Keith zdążył mu już napomknąć, dwa razy w szkole i chyba z dziesięć razy odkąd spod niej odjechali, że Johnny wcale nie musi jechać, jeśli nie ma na to ochoty i jeśli ma na głowie jakieś istotniejsze zajęcia. Szatyn jednak istotnych zajęć nie miał chyba nigdy w życiu, więc nie musiał się przejmować tego typu sprawami, a poza tym, za nic nie odpuściłby sobie możliwości spędzenia czasu z ciemnowłosym. Nie rozumiał zresztą, niemalejącej wciąż, niepewności Keitha. W jego rodzinie panowała specyficzna atmosfera, owszem, Johnny nie był do tego przyzwyczajony, trochę go to zadziwiało, ale z drugiej strony, mógł mu chyba jakoś pomóc. Zresztą, naprawdę lubił jego siostrę i nie miał nic przeciwko jej obecności.
-Chyba nie powinieneś tu parkować...- stwierdził Keith, otwierając drzwi i zabierając swoją torbę.- To miejsce sąsiada.
-Zaraz znajdę inne- Johnny uśmiechnął się do niego lekko i, gdy brunet zamknął drzwi, odjechał kawałek i zaparkował za rogiem.
Wysiadł i z bardzo pogodnym nastawieniem ruszył w kierunku domu ciemnowłosego. Znowu zauważył, że niemalże wszystkie żaluzje były zasłonięte, pomijając okna jednego pomieszczenia na parterze – chyba kuchni, i jednego na piętrze. Keith zostawił uchyloną furtkę, więc Johnny wszedł na teren posesji bez zbytniego skrępowania, a następnie dostał się do wnętrza domu. Zdjął z siebie kurtkę i buty, zostawiając wszystko w przedpokoju. Nasłuchiwał przez moment głosu Keitha, po czym zatrzymał się w progu pomieszczenia, w którym znajdował się brunet.
-Twoja mama coś ugotowała, nie zdążyłam zobaczyć co...- mówiła do niego właśnie jakaś rudowłosa dziewczyna, niewiele starsza od nich, mająca może dwadzieścia lat. Sprawiała dużo bardziej sympatyczne wrażenie od poprzedniej opiekunki, którą Johnny tu widział.- Angie jest na górze, chyba trochę się nudzi... Starałam się ją czymś zająć, ale jak zwykle mówi tylko o...- umilkła, dostrzegłszy Johnny’ego i lekki rumieniec wstąpił na jej policzki.- Dzień dobry...- przywitała się z nim, wyraźnie skrępowana.
-Dzień dobry- Johnny uśmiechnął się do niej wesoło.
-Poczekaj na mnie w salonie- Keith uśmiechnął się do niego.
Johnny skinął głową i skierował się do następnego pomieszczenia, ale zatrzymał się na moment za ścianą, słysząc słowa dziewczyny:
-Twoja mama nic nie wspominała, że będziesz miał gości...- stwierdziła niepewnie.- To znaczy, przecież w ogóle ich nie miewacie... Nie chcę się wtrącać w nie moje sprawy, ale...
-To mój przyjaciel- wyjaśnił spokojnie Keith.- Zna sytuację Angie. Wszystko jest w porządku.
-Dobrze...- westchnęła głęboko.- Oczywiście niczego nie powiem, możesz być spokojny, ale nie chciałabym, żeby wyniknęły z tego jakieś problemy...
-Nie będzie żadnych problemów.
Johnny wszedł do pogrążonego w absolutnych ciemnościach salonu. To było duże pomieszczenie, ale umeblowane w taki sposób, że ledwie dało się przecisnąć pomiędzy kolejnymi szafami, a kanapą, czy kanapą a stojącym tuż przed nią stolikiem. Szatyn zajął na niej miejsce, wyczuwając pod palcami niewielką warstwę kurzu. Chyba rzadko ktokolwiek tu bywał, co nieco go zdumiało. W tym domu mieszkały w końcu trzy osoby, dodatkowo pojawiały się jeszcze opiekunki, a większość pomieszczeń i tak, sprawiała wrażenie zupełnie nieużywanych. Chwilę później usłyszał, jak ktoś kręci się po przedpokoju, a trzask frontowych drzwi był komunikatem, że opiekunka Angie już wyszła. Keith pojawił się w salonie.
-Dać ci coś do picia...?- zapytał nerwowo, szybko podchodząc do okien i odsłaniając je, dzięki czemu do pomieszczenia dostało się wreszcie trochę światła.- Soku?
Johnny uśmiechnął się lekko i skinął głową.
Keith wrócił kilka minut później, przynosząc mu szklankę wody.
-Przepraszam...- rzucił, wyraźnie skrępowany.- Nie mam nic innego.
-W porządku- szatyn raz jeszcze uśmiechnął się do niego, tym razem bardziej uspokajająco.
Zakłopotanie Keitha było dla niego nie do końca zrozumiałe, chłopak sprawiał wrażenie nieustannie zawstydzonego, odkąd tylko przekroczyli próg. Owszem, Johnny był... Cóż... nieco oderwany od rzeczywistości, biorąc pod uwagę życie ciemnowłosego. Nieco oderwany od tego rodzaju spraw i problemów. Ale przecież wiedział, że mama chłopaka pracuje, a sam Keith się uczy. W dodatku oboje musieli poświęcać dużo czasu Angelice. Rozumiał, że mieli mniej czasu na sprzątanie czy zakupy, nie był też do końca pewien, jak wygląda sytuacja finansowa ciemnowłosego. Dom był duży, jego utrzymanie na pewno sporo kosztowało, w dodatku trzeba było opłacać opiekunki... Johnny nie chciał pytać, to tylko wywołałoby u Keitha jeszcze większe skrępowanie. Ale tak czy inaczej, szatyn naprawdę  wszystkie te okoliczności rozumiał. Jedynym, co go zdumiewało i napawało dziwnymi odczuciami, była sama atmosfera w rodzinie bruneta, jak i ta panująca w całym domu. Johnny nie mieszkał ze swoimi rodzicami, rzadko się z nimi kontaktował, ale miał z nimi dość dobre relacje. No i, miał jeszcze Rose. A Keith... Johnny’emu wydawało się, że musi być strasznie samotny. Nie tylko ze względu na brak kolegów w szkole.
-Angie zaraz zejdzie...- poinformował go Keith z wyraźnym podenerwowaniem.- Gdyby coś było nie tak... Gdyby wchodziła ci na głowę albo...
-Keith...- Johnny zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
Ile razy słyszał już podobne ostrzeżenia! A przecież Angie nie sprawiała żadnych kłopotów. Przynajmniej jemu. Jej relacje z bratem były chyba znacznie bardziej skomplikowane. Keith skinął głową i wyszedł z pomieszczenia. Moment później, tak jak zapowiedział, wewnątrz pojawiła się Angelica. Ciemnowłosy chyba uprzedził ją, kogo może się spodziewać, bo nie wyglądała na zaskoczoną widokiem szatyna. Uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym rozsiadła na fotelu, zabawnie przewieszając nogi przez jego oparcie. W dłoni trzymała pudełko z kartami i spoglądała na Johnny’ego z dużym zainteresowaniem.
-Co u ciebie, Angie?- zapytał ciepło szatyn.
-Wiedziałam, że jeszcze mnie odwiedzisz- stwierdziła dziewczyna, nie przestając się uśmiechać.- Mama mówiła, że nie, ale ja wiedziałam. Jesteś moim przyjacielem.
-Tak- potwierdził Johnny, skinąwszy głową, po czym spojrzał na to, co trzymała w dłoni.- To karty?
-Nowe- pochwaliła się z zadowoleniem Angelica.- Mama mi kupiła zanim wyjechała... Chcesz ze mną pograć...?
Moment później dziewczyna już siedziała obok niego, a Johnny tasował śmieszne karty z obrazami jakichś księżniczek.
-Nie wiem, jak w to się gra...- przyznał z zakłopotaniem. W ogóle w karty grywał rzadko, kiedyś, zdarzało im się na imprezach pogrywać w pokera albo coś podobnego, ale te karty się do tego nie nadawały.
-To Czarny Piotruś- wyjaśniła cierpliwie Angie.- Ja mam swoje karty, ty masz swoje... Biorę od ciebie jedną i jeśli mam parę, odkładam ją na bok... A później ty bierzesz ode mnie i tak dalej. Przegrywa ta osoba, która zostaje z kartą bez pary.
Zaczęli grać. Angelica miała chyba mnóstwo frajdy, bo Johnny, mimo wyjaśnień, a nawet przeczytania instrukcji na pudełku, radził sobie dość kiepsko. Non stop pokazywał własne karty, zaczynając o czymś mówić, czy o coś pytać, a Angie chichotała z zadowoleniem, wyciągając z jego talii wszystko, co było jej potrzebne. Po kilku tego rodzaju rozgrywkach, chyba ją to jednak znudziło.
-Może pogramy w gry planszowe?- zaproponowała zamiast tego.- Mam kilka bardzo fajnych... Lubię „Supermarket”. Pogramy?- zapytała z nadzieją.
-Jasne, Angie- Johnny uśmiechnął się do niej wesoło.
Dziewczyna radośnie wybiegła z pokoju i pognała na moment na górę. Keith był chyba czymś zajęty. Johnny nie był zaskoczony, w tak dużej posiadłości musiało być naprawdę sporo pracy i nie chciał mu przeszkadzać. Wolał zająć się jego siostrą. Ta wróciła chwilę później, niezwykle uradowana. Rozłożyła grę, cierpliwie wytłumaczyła Johnny'emu zasady i zaczęli się bawić. Grali jakieś pół godziny, nim w pomieszczeniu pojawił się ciemnowłosy.
-Zaraz podam obiad... Sprzątnij to wcześniej, Angie- poprosił cicho.
-Chcę jeść tutaj- odparła dziewczyna.
Brat spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem, po czym pokręcił głową.
-Nie. Podam w kuchni- stwierdził kategorycznie.
Angelica naburmuszyła się.
-Chcę jeść tutaj!- powtórzyła buńczucznie, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
-Mama zawsze podaje ci w kuchni i ja nie zamierzam tego zmieniać....- syknął z wyraźną irytacją Keith, chyba zupełnie nie mogąc się opanować. Johnny przysłuchiwał się tej rozmowie z pewnym skrępowaniem, nie będąc pewien, czy w ogóle powinien się w to mieszać.- Więc uprzątnij to... proszę... i przejdź do kuchni.
-Nie- prychnęła dumnie Angie, odwracając się do Keitha plecami.
Ciemnowłosy spoglądał na nią, wyraźnie bezradnie, nie będąc pewien, co zrobić.
-Podaj tutaj, Keith- zasugerował łagodnie szatyn. Brunet spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Sprzątniemy to, a później posprzątamy też talerze...
Johnny nie widział w tym żadnego kłopotu i chyba żadnego kłopotu, w istocie, wcale w tym nie było. Keith stał przez chwilę w bezruchu, po czym skinął niemrawo głową i wrócił do kuchni. Zadowolona Angelica, schowała, z pomocą Johnny'ego, grę, a następnie odniosła ją na górę, by wrócić do salonu akurat wtedy, gdy Keith przyniósł już wszystkie talerze i sztućce. Angie zajęła miejsce na kanapie pomiędzy swoim bratem a gościem, przyglądając się swojej porcji z wyraźnym zniesmaczeniem. Wsunęła widelec w ziemniaki, dłubiąc w nich ze skrzywioną miną. Później zerknęła na kotlet i surówkę, z równym niezadowoleniem.
-Nie będę tego jadła- oświadczyła, rzucając widelec i siadając głębiej w kanapie.
Johnny już po minie Keitha widział, że zaraz może z tego wyniknąć prawdziwa awantura.
-Jadłaś to przedwczoraj... i wczoraj...- wyjaśnił ciemnowłosy, widać z trudem siląc się na cierpliwość.- Mama to zostawiła. I musisz to zjeść.
-Nie chcę jeść codziennie tego samego- zdenerwowała się Angie i ,szczerze mówiąc, Johnny wcale się jej nie dziwił.
-Mam pomysł!- rzucił, widząc, że atmosfera robi się jeszcze cięższa niż zwykle. Keith spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Jadłaś kiedyś pizzę, Angie?- szatyn uśmiechnął się ciepło, zwracając do dziewczyny.
-Kilka razy...- potwierdziła niepewnie.- Robiłam ją z mamą- dodała z dumą.
-A chciałabyś zjeść teraz...?
Dziewczyna pokiwała gorliwie głową, wyraźnie zachwycona pomysłem. Johnny uśmiechnął się do niej raz jeszcze, po czym wyjął telefon i wyszedł na moment z pomieszczenia. Wykonał telefon do znajomej pizzerii, zamawiając najlepszą i największą pizzę jaką mieli. Akurat podawał adres ciemnowłosego, gdy ten pojawił się obok niego.
-Nie musisz tego robić- rzucił cicho Keith, gdy ten tylko się rozłączył.
-Ale chcę- odparł swobodnie Johnny, nie widząc w tym najmniejszego problemu. Nie chciał za to, by brunet znowu kłócił się ze swoją siostrą.- Nie masz się czym przejmować, Keith, znam to miejsce. Robią naprawdę przepyszną pizzę! No i lokal nie jest daleko, więc przyjedzie za, góra, pół godziny...
Szatyn jednak już wiedział, że wcale nie o pizzę chodziło. Keith spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się do Johnny’ego plecami, nerwowo zagryzając wargę i krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Johnny spojrzał na niego niepewnie. Wiedział, że brunet jest bardzo zdenerwowany.
-To po prostu nie jest...- zaczął lekko wilgotnym głosem Keith.- Chodzi mi o to, że... Może to nie jest najlepszy pomysł... Tak sądzę... Jeśli masz jakieś inne rzeczy do roboty...
-Keith...- rzucił cicho chłopak, obchodząc bruneta i stając przed nim. Chwycił go za ramiona, dostrzegając z trudem powstrzymywane łzy w jego oczach. Łzy wynikające chyba przede wszystkim z wściekłości na to wszystko, co się wokół niego działo.- Wiem, że to nie jest do końca moja sprawa... Ale Angie jest tylko dzieckiem i nie powinieneś...
-Nie jest!- przerwał mu ostro Keith i zaraz ściszył głos, uświadamiając sobie, że dziewczyna mogła to usłyszeć.- Nie jest dzieckiem. Jest prawie w moim wieku! Powinna być teraz inna! Samodzielna! Powinna chodzić do szkoły i spotykać się z koleżankami, a zamiast tego przesiaduje tutaj całe dnie, robiąc wszystkie te rzeczy, których osoby w jej wieku już nie robią... I nie mogę tego znieść- przyznał otwarcie, spoglądając szatynowi w oczy.
-Ale Angie chyba już zawsze taka będzie...- zauważył Johnny. Keith parsknął tylko gorzko, odwracając wzrok. Miał tego świadomość.- I... Rozumiem, że to może być trudne... Chociaż może nie rozumiem...- wycofał się natychmiast, widząc, jak na twarzy bruneta pojawia się pełen irytacji grymas.- Ale nie możesz jej traktować tak... całkiem poważnie. Ona tego nie rozumie. Traktuje to jak atak. Potrzebuje zainteresowania, uwagi, zabawy, zupełnie jak dzieci. Daj jej od czasu do czasu trochę swobody.
Keith zastanawiał się przez chwilę, po czym skinął powoli głową, chyba rozumiejąc w czym rzecz. Johnny uśmiechnął się do niego ciepło i objął kurczowo ramionami, przyciskając do siebie. Rozumiał zdenerwowanie i gniew ciemnowłosego. I rozumiał te same emocje u Angie. Ale wiedział, że ona sama nie wszystko mogła pojąć. Tego, że Keith był dla niej za ostry. Zbyt stanowczy. Momentami zbyt oschły. Może właśnie dlatego, że był sfrustrowany i wściekły. Bo kiedy większość osób w jego wieku zajmowała się głównie sobą, przyjaciółmi, imprezami, on siedział tutaj z siostrą, skazany na absolutną samotność. Ale Keith nie był już samotny. A Johnny miał pewność, że choćby z tej przyczyny, to wyzwanie było najlepszym, co mogło go spotkać.
Pizzę dowieźli bardzo szybko, była tak duża, że starczyła im właściwie do samego wieczora. Gdy Keith zajmował się innymi obowiązkami, Johnny bawił się z Angelicą i grał z nią w różne gry. Później udało mu się również namówić ciemnowłosego, by ten do nich dołączył. Angie z początku nie wyglądała na zadowoloną, ale gdy zaczęli grać w trójkę, zdawało się, że na moment zapomniała zupełnie o swoich emocjach, angażując się w przebieg rozgrywki i rozmawiając z Keithem niemal tak swobodnie, jak robiła to z szatynem.
Gdy zrobiło się już późno, Angelica akurat się kąpała, a Keith szykował wszystko, żeby położyć ją spać, Johnny uznał, że chyba najwyższy czas zbierać się do domu. Gdy ciemnowłosy zszedł do salonu, gdzie szatyn czekał, już miał się z nim pożegnać, ale Keith, wyraźnie skrępowany, rzucił:
-Jeśli chciałbyś zostać... To znaczy... Na noc...- odkaszlnął niepewnie.
-Chciałbym- odpowiedział od razu Johnny, uśmiechając się szeroko.
Keith odpowiedział mu delikatnym uśmiechem.
-Położę Angie i wezmę prysznic. Poczekaj w moim pokoju, dobrze...? Zaraz po prawej, na piętrze.
Szatyn skinął głową i udał się tam bez chwili wahania. Wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi, po czym rozejrzał się po wnętrzu z niezwykłą uwagą. Pokój Keitha wystrojem różnił się nieco od pozbawionych przestrzeni, zagraconych niemalże, pomieszczeń. Stało tu łóżko, biurko i niewielka szafka, w której, co odnotował natychmiast Johnny, sam nie byłby w stanie pomieścić choćby drobnej części posiadanej przez siebie garderoby. Niemalże na każdym  meblu, łącznie z łóżkiem, zalegały książki. Na szafce stało kilka zdjęć, głównie Keitha, ale również jedno rodzinne. Johnny chwycił za jedno z nich, przedstawiające bruneta w wieku ledwie kilku lat. Uśmiechnął się z rozbawieniem dostrzegając zsunięte z nosa chłopca okulary, rozmierzwione włosy i zdezorientowane spojrzenie. Sięgnął po kolejne. Keith na jakimś apelu, chyba w podstawówce. Na jakimś konkursie. Odbierający nagrodę... Przeniósł wzrok na rodzinną fotografię, na której znajdował się nie tylko ciemnowłosy, jego mama i siostra, ale również ojciec, o którym Johnny nie słyszał dotąd zbyt wiele. Przyjrzał się kolejno uśmiechniętym twarzom, po czym zerknął na korkową tablicę, wiszącą nad biurkiem bruneta. Przyczepione były do niej różnego rodzaju dyplomy, zaświadczenia o udziale w konkursach oraz coś na kształt medalu. Johnny obrócił go w dłoniach, po czym odpiął delikatnie jeden z dyplomów i cofnął się, by usiąść na łóżku. Obejrzał go dokładnie, odczytując, że należy się Keithowi za osiągnięcie wybitnego wyniku w konkursie wiedzy przyrodniczej, jeszcze w czasie gimnazjum. Chłopak, w tym właśnie momencie, wszedł do pomieszczenia.
Parsknął cicho na widok tego, czym zainteresował się szatyn.
-Rozgość się...- rzucił z rozbawionym uśmiechem, po czym usiadł obok Johnny’ego i oparł głowę na jego ramieniu.
-Ej, Keith...- powiedział nagle szatyn, dostrzegając jeszcze jeden istotny element.- Masz urodziny szóstego grudnia!
-Tak...- odparł ostrożnie brunet.- I co?
-To już niedługo- Johnny wyszczerzył się radośnie.
Keith odkaszlnął niepewnie.
-Tak, ale nie chcę, żebyś z tego powodu cokolwiek wyprawiał- odpowiedział stanowczo.
-Jasne, że nie...- szatyn zachichotał cicho pod nosem.- A co chciałbyś dostać...?
-Johnny!- jęknął Keith, wyraźnie skrępowany.- Ja nie obchodzę urodzin... zbyt... zbytnio- dokończył kulawo.- To nie jest jakiś szczególnie istotny dzień i naprawdę nie musisz...
-To dzień w którym się urodziłeś- odpowiedział szatyn.- Jak może nie być szczególnie istotny?- zaśmiał się cicho. On sam swoje urodziny świętował długo i hucznie w gronie przyjaciół, chociaż ranek najczęściej spędzał z Rose i ze swoją rodziną, o ile akurat miał taką możliwość. Nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej.- Urodziny to ważna rzecz- podsumował z uśmiechem.- Zgadnij, kiedy urodziłem się ja.
-Nie mam bladego pojęcia- mruknął Keith prosto w ramię szatyna.
-Podpowiem ci...- szatyn uśmiechnął się szeroko.- Jestem gorącym chłopakiem, więc musiałem urodzić się w bardzo gorącym miesiącu...
-Ach...- ciemnowłosy podniósł głowę i spojrzał na szatyna z pełnym politowania uśmiechem.- A ja urodziłem się w grudniu i jestem bardzo zimnym chłopakiem...?
-Tego nie powiedziałem- zachichotał Johnny.
-Zastosowałem się do twojej analogii- odparł z rozbawieniem Keith.
Johnny chwycił bruneta za brodę i zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu. Już miał ucałować jego usta, gdy, jak na złość, i absolutnie do przewidzenia, usłyszał dzwonek telefonu. Pewnie zignorowałby to, ale Keith, i tak, zdążył się już spłoszyć i odsunąć nieco, więc Johnny, jedną ręką przyciągając go do siebie na powrót, wyswobodził komórkę z kieszeni wolną dłonią i odebrał ją z pogodnym:
-Halo?
-Gdzie jesteś?- usłyszał głos Benny’ego.- Od kwadransa stoję u ciebie przed drzwiami... Nie mówiłeś, że gdzieś wychodzisz.
Johnny jęknął głucho w duchu. No świetnie! Nie uprzedzał przyjaciela, bo po pierwsze, ten już od dawna nie składał mu podobnych, niezapowiedzianych wizyt, a po drugie, doskonale wiedział, jak Benny zareagowałby na informację, że zamierza spędzić popołudnie u Keitha. Nawet więcej niż popołudnie. Teraz spędzał u niego wieczór i nic nie wskazywało na to, by nie miał spędzić i nocy, co zresztą bardzo mu odpowiadało. Ze zrozumiałych więc przyczyn, wolał przyjaciela nie tyle okłamać, co po prostu oszczędzić mu tej części opowieści, ale niestety, założenie, że to się nie wyda, było chyba nazbyt optymistycznym.
-... U Keitha- przyznał więc Johnny, bardzo ostrożnie i bardzo subtelnie, mając szczerą nadzieję, że nie usłyszy zaraz pełnych poirytowania uwag jasnowłosego, o swojej głupocie, wyzwaniu i Ericku.
Przez długą chwilę nie słyszał zupełnie nic.
-Gdzie jesteś...?- powtórzył raz jeszcze Benny, jakby nie dosłyszał.
Albo jakby miał taką nadzieję. Trudno było ustalić.
-U Keitha...- powtórzył szatyn, siląc się na spokój.
I w tym momencie, Benny się rozłączył. Johnny jęknął cichutko, odkładając telefon. Brunet przyglądał mu się z uwagą.
-To Benny- wyjaśnił chłopak, uśmiechając się lekko.- Wpadł do mnie, sądził, że jestem w domu.
-On mnie chyba nie lubi...- wysnuł przypuszczenie Keith.
-Wcale nie!- zaprotestował szatyn, ale ciemnowłosy nie wyglądał na przekonanego. Sęk w tym, co Johnny dobrze zresztą wiedział, że nie chodziło o Keitha. Tylko o to wyzwanie właśnie. Był pewien, że gdyby najzwyczajniej w świecie zaczął się z Keithem zadawać i nie kryłyby się za tym żadne dwuznaczności, Benny reagowałby inaczej. Chociaż... Chociaż nawet bez wyzwania kryłyby się za tym dwuznaczności, o czym jego przyjaciel by nie wiedział. Teraz też nie był, zresztą, do końca świadom tego, jak bardzo szatyn jest zainteresowany niedawno poznanym chłopakiem. I Johnny po raz pierwszy nie chciał, a może raczej obawiał się wspomnieć mu o czymś, co było naprawdę ważnym elementem jego życia.
-Myślę, że jednak tak... Dziwnie na mnie patrzy za każdym razem, gdy ze sobą rozmawiamy.
Johnny odpowiedział mu jedynie niepewnym uśmiechem.
To była kolejna sprawa, którą musiał jakoś doprowadzić do porządku.
... Unikając przy tym szczerości jak ognia.

Leżeli obaj na niewielkim materacu, na podłodze Keitha. Co prawda, między jego meblami nie było zbyt dużo przestrzeni, ale i tak, mieli więcej miejsca niż mieliby na jego łóżku. Johnny nie do końca mógł się ułożyć, raz po raz zmieniając pozycję, to wbijając w ramię róg biurka, to znów uderzając się głową o krzesło. Ostatecznie skapitulował, zamykając Keitha w swoich ramionach i przymykając powieki. Musiało być już koło pierwszej w nocy. Nim Johnny wziął prysznic, naszykował się do snu, nim przygotowali to wszystko, porozmawiali, minęło sporo czasu. I niewiele im go pozostało, zważywszy na to, że szatyn musiał wcześnie wstać, żeby dostać się do swojego mieszkania przed pójściem do szkoły. Marzyło mu się coś zupełnie innego. Kilka dni wolnego, z Keithem u boku... Uśmiechnął się na samą myśl. Do ferii zostało jeszcze sporo czasu, ale może w któryś weekend...?
-Przepraszam, jeśli byłem dziś dla ciebie niemiły- odezwał się cicho brunet.
Johnny spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Nie byłeś- uśmiechnął się łagodnie.- Wszystko było w porządku, Keith.
Ciemnowłosy nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, ale wyraźnie nie chciał na tym kończyć tematu. Zastanawiał się przez moment, by wreszcie zacząć ostrożnie:
-Niewielu ludzi o tym wie, bo ludzie... Źle reagują- powiedział powoli.- Dużo pytają. Jak to się stało. Czemu. Czy da się to wyleczyć. Czy to jeszcze minie... Niektórzy z uprzejmości, inni są po prostu ciekawi. To normalne, ale tak uporczywe, że nie da się tego znieść. Za każdym razem, gdy o tym z kimś rozmawiam, trafia mnie szlag... A później mówią inne rzeczy. Że zawsze mogło być gorzej. Albo, że zdarzają się jakieś „cuda” i może Angie jeszcze będzie taka, jak być powinna...- parsknął gorzko.- Niczego nie rozumieją. Pocieszają, że na pewno będzie jeszcze lepiej, chociaż nie mogą mieć tej pewności. Sęk w tym, że z dnia na dzień nie jest ani lepiej, ani gorzej. Jest dokładnie tak samo. Kiedy z nią jestem i z nią rozmawiam, mam wrażenie, jakbym stał w miejscu. Jakby nic w moim życiu się nie zmieniało. I mam poczucie winy. I boję się. I chociaż wiem, że powinienem się nią zajmować i opiekować, że jestem jej bratem, kiedy myślę o tym, że moja mama może pewnego dnia stracić siły...- umilkł, zagryzając nerwowo wargę.
Johnny przyglądał mu się przez długą chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. To, co Keith mu powiedział, było szczere do bólu. Prawdziwe. Brunet rzadko mówił o sobie, a chyba po raz pierwszy zdradził szatynowi coś tak istotnego. To świadczyło o tym, że mu ufał.
-Ja nie będę mówił ci tych wszystkich rzeczy, Keith- odparł łagodnie.- Myślę, że ci ludzie też nie robią tego, żeby cię zdenerwować. Czasem po prostu nie wie się, co powiedzieć- przyznał szczerze Johnny, uśmiechając się niepewnie.- Ale ja nie robię tego z litości. Lubię Angie. I ciebie...- dodał, muskając wargami czoło chłopaka.
-Tak...- parsknął cicho Keith.- Ona też cię lubi.
-A ty...?
Brunet zaśmiał się lekko, przewracając na plecy. Johnny zawisł nad nim, oczekując odpowiedzi.
-To chyba oczywiste, nie sądzisz...?- rzucił brunet, unosząc brew.- Jesteś moim jedynym przyjacielem.
-Przyjacielem...?- podchwycił Johnny, oblizując wargi.- Zdaję się, że ostatnim razem określiłeś mnie nieco innym słowem...
Keith dopiero po chwili zrozumiał, o co chodziło. Szatyn nie dostrzegł tego w panujących w pomieszczeniu ciemnościach, ale był całkowicie pewien, że na twarzy chłopaka widniał teraz uroczy, charakterystyczny rumieniec. Uśmiechnął się do siebie raz jeszcze.
-To... Powiedziałem to, bo moja mama... Chciałem mieć spokój...- odkaszlnął Keith.
-Takie rzeczy mówi się rodzicom, żeby mieć spokój...?- drążył dalej Johnny, nie odpuszczając.- Wydawało mi się, że dokładnie odwrotne...
-Ekhem... Cóż... Tak...- wydusił z siebie brunet, coraz bardziej skrępowany.- Tak po prostu jakoś wyszło.
Johnny ucałował rozchylone lekko wargi chłopaka. Ciemnowłosy instynktownie odpowiedział na pocałunek, oplatając partnera ramionami. Szatyn nie pogłębiał go, smakując jedynie rozkosznie słodkich ust chłopaka.
-... I takich rzeczy nie robi się chyba z przyjaciółmi...- dokończył triumfalnie, gdy wreszcie udało mu się od niego oderwać.
-Najwyraźniej się robi- uciął Keith z zawstydzeniem.
Johnny parsknął niepohamowanym śmiechem.
-Dzięki Bogu, że nie jesteś bardziej popularny...
Ciemnowłosy zachichotał. Johnny powrócił do warg chłopaka. Tym razem wdarł się pomiędzy nie językiem, inicjując bardziej namiętny pocałunek. Stopniowo pozwalał Keithowi przejąć nad nim kontrolę. Wsunął dłoń w lekko wilgotne włosy bruneta. Drugą, niemalże odruchowo, oparł na jego klatce piersiowej. Niecierpliwe palce szatyna przemknęły po chropowatym materiale koszuli od piżamy i zatrzymały się na górnych guzikach. Johnny zaczął rozpinać je niespiesznie, delektując się pocałunkiem kochanka. Przerwał go jednak na moment, by zapytać prowokacyjnie:
-A co musi zrobić przyjaciel, żeby był kimś więcej niż tylko przyjacielem...?
Keitha chyba na chwilę zamurowało. Johnny nie był pewien dlaczego, ale na to pytanie, ciemnowłosy zareagował dosyć płochliwie.
-N... Nie wiem...- wydukał, mocno skrępowany.
Johnny zaśmiał się cicho. Skończył rozpinać koszulę chłopaka i rozsunął powoli jej poły. Przesunął niespiesznie dłonią wzdłuż klatki piersiowej bruneta, a następnie zaczął zsuwać z niego luźne spodnie. Usłyszał, jak Keith przełyka ślinę. Ciemnowłosy był wyraźnie podenerwowany, ale nie oponował. Jego ciało było napięte. Szatyn nie do końca wiedział w czym rzecz. Wpił się na powrót w wargi bruneta. Zacisnął palce jednej dłoni na męskości Keitha, drugą natomiast oparł na unoszącej się szybko klatce piersiowej bruneta. Stymulował go niespiesznymi ruchami, czując jednocześnie, jak chłopak rozluźnia się pod wpływem pocałunku i subtelnych pieszczot. Usta Johnny’ego przesunęły się na policzek bruneta. Złożył na nim wilgotny pocałunek i podążył niżej, całując linię jego szczęki, a następnie koncentrując się na szyi ciemnowłosego. Keith westchnął rozkosznie. Szatyn kontynuował. Ssał delikatnie skórę chłopaka, pozostawiając po sobie charakterystyczne, różowe ślady. Zsunął się jeszcze niżej. Zajął się sutkami bruneta. Ten jęknął i zadrżał pod wpływem kolejnego doznania. Johnny uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem, świadom tego, że chłopak był wrażliwy na ten rodzaj pieszczoty. Uwielbiał go dotykać i całować. Moment, w którym ciało chłopaka unosiło się lekko, w którym mimowolnie szukało ciała kochanka, by otrzeć się o nie lekko, gdy drżało z podniecenia, gdy z ust Keitha wydobywały się kolejne jęki i westchnienia... To było zdecydowanie najbardziej przyjemne. Johnny powędrował wargami niżej. Dotarłszy na podbrzusze, zatrzymał się na moment, zastanawiając się nad czymś, ledwie przez chwilę. A, że Johnny z natury nie był człowiekiem, który zastanawiałby się nad czymkolwiek długo, bez chwili wahania, wsunął członek chłopaka do swoich ust i zaczął ssać powoli jego końcówkę, nie przestając masować trzonu. Keith wydał z siebie przeciągły, pełen zaskoczenia jęk. Uniósł głowę, by spojrzeć na szatyna.
-C... Co ty robisz, Johnny...?- wydusił z siebie, zdezorientowany, nim jęknął po raz kolejny.
Szatyn przerwał na moment i spojrzał na niego z wesołym uśmiechem.
-Mam przestać...?- zapytał prowokacyjnie.
Brunet podparł się na przedramionach, nie odrywając od niego wzroku. Zagryzł na moment dolną wargę, oddychając płytko, po czym pokręcił przecząco głową. Johnny dokładnie tego się spodziewał. Ucałował czubek męskości chłopaka, po czym powrócił do wcześniejszej czynności. Keith był pierwszym chłopakiem, którego miał tak blisko. Nie był do końca pewien, ani do czego może się posunąć, ani do czego posunąć się jest zdolny. Uwielbiał go pieścić i całować. Poznawał stopniowo jego ciało i decydował się na działania, o które wcześniej nawet by się nie podejrzewał. I, co mogłoby go zadziwić jeszcze bardziej, gdyby faktycznie poświęcił temu choć chwilę – nie czuł żadnych oporów. Chyba powinien, zważywszy na to, że nigdy nawet nie fantazjował o mężczyznach. Johnny jednak, niespecjalnie miał ochotę wgłębiać się w ten temat i analizować swoje własne preferencje pod takim kątem.
Przerwał pieszczotę i ułożył się na plecach, przyciągając bruneta do pocałunku. Keith oparł dłoń na jego biodrze, po czym chwycił palcami za rąbek bokserek szatyna. To była jedyna część garderoby, jaką Johnny na sobie miał. Uniósł biodra, umożliwiając chłopkowi zsunięcie ich z siebie. Ciemnowłosy, nie przerywając pocałunku, usadowił się na jego biodrach. Johnny podniósł się do pozycji siedzącej czując, że, jak tak dalej pójdzie, jego bliższe kontakty z biurkiem Keitha, na które natrafiał raz po raz, skończą się czymś więcej niż tylko siniakami. Objął chłopaka ramieniem, wpijając się w jego szyję. Keith masował szybko męskość szatyna, ocierając się o niego niecierpliwie. Moment później chwycił za oba członki, pieszcząc je jednocześnie. Jęknął przeciągle, opierając głowę na ramieniu kochanka. Keith doszedł, ale nie zaprzestał swojej wcześniejszej czynności. Johnny odchylił lekko głowę do tyłu, pozwalając sobie na całkiem donośne westchnienia. Jego dłonie przesunęły się wzdłuż pleców chłopaka, by znaleźć się na jego pośladkach. Szatyn ugniatał je przez chwilę, po czym przesunął pomiędzy nimi dłonią. To było raczej instynktowne niż planowane. Keith zamarł na moment w jego ramionach, ale zaraz kontynuował. Wpił się śmiało w usta Johnny’ego, dokładnie w tym samym momencie, w którym szatyn skończył.
Położyli się powoli na materacu. Keith zsunął się na swoje wcześniejsze miejsce. Johnny przymknął powieki, uśmiechając się do siebie mimowolnie.
-Chyba nie zostało już wiele czasu do rana...- zauważył.
-Raczej nie...- odparł Keith.
Przez moment żaden z nich się nie odzywał. Johnny właściwie prawie przysypiał, gdy usłyszał napięty głos ciemnowłosego:
-Chcesz... To znaczy... Czy chciałbyś... ze mną... Chodzi mi o to, że... Sam pewnie wiesz- dokończył, mocno skrępowany.
Johnny spojrzał na niego i zaśmiał się cicho.
-Nie- odpowiedział szczerze.- Nie mam pojęcia.
Keith spoglądał na niego z wyraźnym zażenowaniem, chyba nie wiedząc, jak ma wyrazić to, co miał na myśli.
-Oglądałem wczoraj taki film...- zaczął więc, odkaszlnąwszy cichutko. Johnny wyczekiwał jego dalszych słów.- Z dwoma mężczyznami... To był film... o seksie...- przyznał powoli. Szatyn poczuł, jak rozbawiony uśmiech ciśnie mu się na usta, ale całą siłą woli zmusił się do zachowania powagi.- To znaczy o takim... prawdziwym seksie... Nie wiem, czy mnie rozumiesz...- kontynuował ostrożnie Keith.- Po prostu... Chciałem wiedzieć, czy ty chcesz...
Johnny, mimo szczerych chęci, nie wytrzymał. Ryknął niepohamowanym śmiechem, a Keith jęknął głucho i odwrócił się do niego plecami, kuląc się przy samym brzegu łózka.
-Nie wierzę, że to powiedziałem- rzucił z zawstydzeniem.
-Przepraszam... Przepraszam...- chichotał wciąż szatyn, przytulając się do chłopaka od tyłu i całując go delikatnie w ramię.- Naprawdę nie chciałem się śmiać, tylko... Mówiłeś o tym tak... Przepraszam...- wciąż nie mógł się opanować. Dopiero moment później uspokoił się nieco, choć nadal uśmiechał się sam do siebie, mocno rozbawiony tym, co usłyszał.- Chcę z tobą robić wszystko, Keith- westchnął w kark bruneta, który następnie ucałował.- Absolutnie wszystko.
-Ale chyba nie teraz...?- ciemnowłosy sprawiał wrażenie na wpół podekscytowanego, na wpół absolutnie przerażonego. Ach, no i wciąż całkowicie zawstydzonego zaistniałą sytuacją.
-Nie- odparł swobodnie Johnny, odnajdując dłoń chłopaka i splatając ich palce.- We właściwym czasie.
Ta odpowiedź najwyraźniej Keithowi wystarczyła i trochę go uspokoiła. Johnny wtulił się mocniej w jego plecy, nie przestając się uśmiechać.
To był naprawdę dobry dzień.

9 komentarzy:

  1. Jej, to było słodkie. Agny nie jest zła, żal mi jej. Nie dziwię się reakcji Keitha. W końcu on chciałby aby jego siostra była zdrowa, chciałby, aby wszystko było jak dawniej... Jestem pewna, że bardzo mocno ją kocha. Dobrze, że Johnny się z nią dogaduje ^^

    Keith ogólnie jest słodki. Jak się pytał Johnnego czy zostanie na noc, aww to było rozkoszne ♥ Albo jak mówił o tym seksie, tak uroczo się jąkał i zawstydzał <3

    Benny.. Z jednej strony go lubię, ale z drugiej.. denerwuje mnie. No rozumiem jego zdziwienie całą sytuacją, ale mógłby porozmawiać z Johnnym o tym wszystkim. Ciekawe jakby się zachował, gdyby dowiedział się, jakie to perypetie łączą jego przyjaciela z Keithem..

    Co raz bardziej zastanawiam się jak to wszystko się zakończy... Jak Keith zareaguje, gdy dowie się o wyzwaniu? Zachwycony to on nie będzie.. Z niecierpliwością oczekuję następnego rozdziału.
    No a za tydzień Chaos <3

    Wyzwanie i Chaos to moje dwa ukochane opowiadania ♥ ale co raz częściej zastanawia mnie Sunrise. Dawno nie było nowego rozdziału, a z tego co pamiętam zatrzymałaś się w najciekawszym momencie. Tak więc z czystej ciekawości zapytam, kiedy będzie można się go spodziewać?


    Pozdrawiam i życzę dużo weny no i czasu na pisanie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, na razie nie wiem :). Skoncentrowałam się na tych dwóch opowiadaniach i przez to pozostałe odeszły na dalszy plan. Mam nadzieję, że uda mi się do nich powrócić za jakiś czas.

      Usuń
  2. Jestem zauroczona tym rozdziałem, podobnie jak całym opowiadaniem. Niesamowicie to wszystko opisujesz :3. Dlatego mam nadzieję, że szybko zobaczę osiemnastkę, o ile wytrzymam xD <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Keith chce traktować siostrę jak dorosła, a ona pomimo takiego wyglądu ma umysł dziecka. I chce się bawić, chce, żeby się nią interesowano. Keith boi się co będzie dalej. On chce mieć swoje własne życie. Związać się z kimś, a nie być opiekunką do końca życia. Do tego zachowanie ludzi może go denerwować.
    Kocham jak Johnyy i Keith są razem. Są tacy uroczy, te ich pocałunki i coś więcej też. Do tego spragnienie siebie nawzajem. Keith chce czegoś więcej, ale gdyby Johnny nie zaczął sam, by pewnie poszedł spokojnie spać. A to jego jąkanie się, gdy pytał o seks. On, jest słodki. Wyobrażam sobie jak to mówił, jaki był zarumieniony. Ciasteczko do schrupania. I wciąż się boję co będzie później, gdy na jaw wyjdzie wyzwanie. Johnny powinien mu powiedzieć o wszystkim o tym co teraz czuje, że już się nie bawi nim. Keith pozna prawdę, tylko pytanie w jaki sposób ją pozna. Oj, będzie to boleć.

    OdpowiedzUsuń
  4. ech każdy rozdział z Keithem i Johnnym to jak pyszna tabliczka czekolady:D i tak samo uzależniają^^
    oni są tak niewyobrażalni uroczy! miło także, że okazało sie że jednak Johhny nie jestem takim głuptasem jakby się wydawało na początku (choć Keith też ma do niego cierpliwość- jakby mi ktoś tak sie rządził to bym co najmniej nagadała! biedny Johnny zakałapućka sie w swojej taktyce unikania szczerości i będzie bolesne bam! ale wierzę, że jakoś to przezwyciężą, dalej będą słodcy i kochani, a ja będę mogła rozkoszować sie swoim nałogiem:D

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:54 PM

    Kocham cię, kobieto <3 Cały odcinek pełen tego, co lubię najbardziej <3 Nic dodać, nic ująć. Niedługo... już niedługo~! Johnny i Keith...! OHOHOHHO!
    Swoją drogą, mam nadzieję, że w Chaosie też trafisz kiedyś na taki etap gdzie popełnisz odcinek pełen słodyczy i fluffu xD
    Pozdrawiam i życzę weny!
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy4:17 PM

    "-Oglądałem wczoraj taki film...- zaczął więc, odkaszlnąwszy cichutko. Johnny wyczekiwał jego dalszych słów.- Z dwoma mężczyznami... To był film... o seksie...- przyznał powoli. Szatyn poczuł, jak rozbawiony uśmiech ciśnie mu się na usta, ale całą siłą woli zmusił się do zachowania powagi.- To znaczy o takim... prawdziwym seksie... Nie wiem, czy mnie rozumiesz...- kontynuował ostrożnie Keith.- Po prostu... Chciałem wiedzieć, czy ty chcesz..."
    Och, och! On chce i cała rzesza innych ludzi także! Chcee, jak najszybciej :)
    Ten fragment mnie rozwalił xD Keith jest taki uroczy, że coś strasznego!

    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakie to było urocze... To zdecydowanie moje ulubione opowiadanie z Twojego repertuaru <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy12:24 AM

    O mój Boże, sto lat mnie tu nie było, zapewne me imię (czy raczej jego pierwsza litera) zostało w głębokim zapomnieniu, ale ja tych opowiadań NIGDY nie zapomnę. ...wciąż z uśmiechem na twarzy wspominam Desmonda... ;)
    Dzięki przyjaciółce i Twojej zgodzie Silencio na drukowanie opowiadań byłam na bieżąco tylko z Chaosem. A to Johnny i jego wyzwanie - tyle się tu dzieje! Jestem tak szczęśliwa, że w końcu odzyskałam własny komputer i że jutro też jest dzień, wolny od matur w którym będę mogła kontynuować czytanie zaległości... :)
    Chce mi się płakać z radości, ciesz się że mnie teraz nie widzisz xD
    Nic się nie zmieniło od czasu, gdy byłam tu ostatnio - wciąż jesteś takim samym identycznym geniuszem opowiadań.
    Wracam do komentowania, by odkupić swoje winy nie posiadania komputera przez tak długi czas.
    Ściskam i pozdrawiam najmocniej na świecie, Silencio!

    J.

    OdpowiedzUsuń