Strony

piątek, 22 lutego 2013

18. Johnny i trudne rozmowy [Wyzwanie]


Johnny wbiegł szybko po schodach na piętro i zatrzymał się przed drzwiami swojego mieszkania. Wstał dokładnie o tej porze, o której zamierzał i miał być w domu naprawdę wcześnie, ale najpierw trudno było mu się odlepić od zaspanego Keitha, później musiał jeszcze znaleźć swoje ubrania, ubrać się i, doprowadziwszy do jako takiego porządku, wyjść, nie robiąc szczególnego hałasu. Nie to jednak zajęło mu najwięcej czasu. Otóż, Johnny za nic w świecie nie mógł znaleźć swojego samochodu. Najpierw był święcie przekonany, że zaparkował tuż w pobliżu domu Keitha i najgorsze scenariusze przychodziły mu do głowy. Przypomniał sobie jednak, że ciemnowłosy upomniał go, by poszukał miejsca gdzieś indziej. Problemem było jednak zlokalizowanie tego „gdzieś”. Odnalazł auto po długich staraniach i mocno zaspany (dzięki Bogu, że ulice o takich porach były niemalże opustoszałe), podjechał pod dom. Było już po piątej, Johnny przypuszczał, że może i przed szóstą. Natomiast Rose przychodziła po piątej, czasami i wcześniej. Szatyn już wiedział, że jest w tarapatach.
Mając bardzo wątłą nadzieję, że może tym razem kobieta z jakichś powodów przyszła później (Rose praktycznie nigdy się to nie zdarzało), nacisnął na klamkę. Drzwi uchyliły się bez najmniejszego oporu. Johnny jęknął głucho, już węsząc zbliżające się kłopoty. Wsunął się do przedpokoju na palcach, starając najciszej, jak tylko było to możliwe, zdjąć z siebie kurtkę, a gdy zaczął zsuwać z siebie obuwie dostrzegł, że Rose stoi tuż przy nim. Gosposia patrzyła na niego surowym wzrokiem, opierając dłonie na biodrach i, najwyraźniej, oczekując wyjaśnień.
-Cześć, Rose- Johnny uśmiechnął się głupio, przez krótką chwilę chcąc udawać, że absolutnie nic się nie stało i całkowicie normalnym jest wracanie o tej porze do domu. Mina jednak szybko mu zrzedła, bo Rose nie zdawała się mieć ochoty swojemu podopiecznemu odpuścić.
-Gdzie się podziewałeś, Johnny?- ofuknęła go.
-U kolegi...- odpowiedział dyplomatycznie szatyn, woląc nie precyzować, którego „kolegę” miał na myśli.- Jakoś tak się zasiedziałem...
-U kolegi!- prychnęła kobieta i pokręciła głową, w pełnym potępienia geście.- Już ja to znam! Imprezy, alkohole, dziewczyny... chłopacy...- poprawiła się po chwili, marszcząc brwi. Johnny otworzył usta, by zaprotestować, ale gosposia kontynuowała- Och, nie myśl sobie, że nigdy nie byłam młoda, Johnny, ja wiem, że w tym wieku zawsze chce się robić szalone rzeczy...- rzuciła z niezadowoleniem. Chłopak na moment przestał jej słuchać, usiłując sobie wyobrazić Rose robiącą „coś szalonego”, ale okazało się to być zbyt dużym wyzwaniem. Uśmiechnął się sam do siebie z rozbawieniem.- Nie ciesz się pod nosem, nie ma w tym nic śmiesznego!- skarciła go kobieta, a Johnny natychmiast spoważniał, przywołując na twarz pełen skruchy wyraz.- Ja ci mówiłam, Johnny, ja się wtrącać nie będę... Bylebyś nie wpadł w jakieś poważne tarapaty... Ale obiecałam twojej mamie, że będziesz chodził do szkoły i dobrze się zachowywał... To nie weekend, tylko środek tygodnia!- rzuciła z oburzeniem.- A ty wyglądasz, jakbyś nie przespał nawet godziny!
-Spałem trochę...- Johnny podrapał się po głowie, po czym po chwili wahania wypalił- Byłem u Keitha.
Rose uniosła brwi. Szatyn odkaszlnął cicho. Po kilkudziesięciu sekundach wyjątkowo niezręcznej ciszy, gosposia rzuciła jedynie:
-Och... To wiele wyjaśnia...
Po czym wycofała się z przejścia i wróciła do kuchni. Johnny natychmiast ruszył za nią, czując się w obowiązku wyjaśnić całą sytuację. Tuż po tym, jak Rose przyłapała go z Keithem... To znaczy nie przyłapała go na niczym niestosownym, w porównaniu z tym, co robili później... Johnny czuł się bardzo skrępowany. Z jednej strony, gosposia miała absolutną rację, podejrzewając go o... bliższe kontakty z Keithem. Z drugiej... Johnny dość nerwowo zareagował na jej insynuacje na temat jego orientacji i kontaktów z innymi chłopakami, chociażby Benny’m. To nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Szatyn w końcu spotykał się wcześniej z dziewczynami. Owszem, z Keithem to było coś innego. Poważnego. Ale i tak... Nie był gejem. Chyba. Nie zajmował się tą kwestią zbytnio. Tak czy inaczej, nie chciał, żeby Rose tak myślała .
-Rose, to nie tak jak myślisz- zaczął więc dumnie, zatrzymując się przy swojej gosposi.- To znaczy... nie wiem, co sobie myślisz...- sprostował po chwili.- Po prostu... Sęk w tym, że mama Keitha wyjechała i zostawiła go samego...
-Zrozumiałam- skwitowała to jedynie Rose.
-Nie!- zaparł się natychmiast Johnny, jęknąwszy w duchu, gdy uświadomił sobie, że to nie był najlepszy początek.- Chciałem mu po prostu pomóc...
-Johnny, naprawdę nie muszę wiedzieć- odparła kobieta.
-Chodzi o to, że Keith ma chorą siostrę- wyjaśnił szatyn. Dopiero wtedy gosposia spojrzała na niego ze zdumieniem.- Jest prawie w naszym wieku, ale miała wypadek i jest, w pewnym sensie, opóźniona w rozwoju. Keith został z nią sam, więc... chciałem pomóc.
-Biedactwo...- przejęła się Rose.- Ten chłopiec zajmuje się nią sam...?
-Z mamą. Ale ona wyjechała, a poza tym, i tak ma dużo na głowie.
-Wiedziałam, jak tylko go zobaczyłam, że nie jest najszczęśliwszy...- westchnęła Rose, kiwając głową ze zrozumieniem i współczuciem.- Straszne wypadki chodzą po ludziach! Zwłaszcza dla chłopca w jego wieku, to musi być potworne. Szkoła, chora siostra, masa obowiązków... Powinieneś mu pomóc, Johnny... Ale nie pomagać przez całą noc- dodała natychmiast z wyczuwalną nutką złośliwości.
-Eee...- Johnny odkaszlnął cicho.- Było późno, byłem zmęczony...- wyjaśnił, wzruszywszy ramionami.- Keith ma duży dom, więc...- „więc i tak spaliśmy w jednym pokoju, tuż obok siebie”, dokończył w myślach.- To nie był żaden kłopot...
-Och, wierzę...
-Rose...- szatyn westchnął niemalże z desperacją, nie potrafiąc znaleźć żadnego sposobu, by jakoś to wszystko wyjaśnić. Może dlatego, że gosposia znała go naprawdę dobrze, rzadko się co do niego myliła... Oczywiście, pomijając całą masę irracjonalnych podejrzeń, domysłów co do jego związków z kolegami i parę innych kwestii... ale tak, Johnny był gotów bez wahania stwierdzić, że znała go jak mało kto. I sam też nie chciał jej okłamywać czy zwodzić, ale nigdy nie rozmawiał z nią o dziewczynach, ani, w ogóle, o tego rodzaju sprawach. Rozmawianie o chłopaku, z tej perspektywy, wydawało się być jeszcze bardziej zawstydzające.
-Dajże spokój, Johnny, myślisz, że jestem ślepa...?- gosposia zerknęła na niego bez zrozumienia i pokręciła głową z ciężkim westchnieniem, zajmując się przygotowywaniem podopiecznemu śniadania.- Stara jestem, ale swoje przeżyłam, swoje widziałam, i swoje wiem... Nie musisz mi się tłumaczyć, ale jestem za ciebie odpowiedzialna, więc, zgodnie z umową, nocuj w domu, jeśli na drugi dzień musisz iść do szkoły... A teraz lepiej doprowadź się do porządku, bo zaraz się spóźnisz!- skarciła chłopaka.
Szatyn uśmiechnął się szeroko.
-Dobrze, Rose- odpowiedział pokornie, cmoknąwszy kobietę w policzek i pognał na górę.
-Tak, tak...- usłyszał jeszcze mamrotanie kobiety.
Gdy tylko znalazł się w swojej sypialni, nie mógł powstrzymać rozbawionego śmiechu na myśl o własnych wykrętach.
Rose była z nim od samego początku i, chyba, nie istniał żaden sposób, by cokolwiek się przed nią ukryło.

Johnny pojawił się na szkolnym korytarzu. Jedną dłonią podtrzymywał przewieszony przez ramię plecak, a drugą zakrywał usta, nie będąc w stanie stłumić kolejnego, szerokiego ziewnięcia. Był przyzwyczajony do tego, że nie spał zbyt długo, ale tej nocy rzeczywiście była to ledwie chwila i czuł się autentycznie przemęczony. Nie wyróżniał się szczególnie na tle całej rzeszy ziewających i strudzonych wczesną porą uczniów. Podszedł do swojej szafki, otwierając ją powoli, po czym zerknął w stronę klasy, w której mieli zajęcia. Uśmiechnął się do siebie z rozbawieniem, widząc siedzącego przy ścianie Keitha, który pocierał sennie oczy, czytając jakąś książkę. Moment później, jego wzrok spoczął na stojącym kawałek dalej Benny’m, który przyglądał mu się, dopóki nie spostrzegł, że szatyn patrzy wprost na niego. Wtedy odwrócił wzrok, zajmując się całkowicie Maicy, z którą rozmawiał jeszcze przez chwilę, po czym ucałował ją czule i ruszył w stronę szafek. Johnny uśmiechnął się do niego wesoło, nie ruszając się z miejsca. Wiedział, że jego przyjaciel jest pewnie obrażony po wczorajszym. Nie rozumiał, dlaczego blondyn tak złościł się z powodu Keitha. Benny zerknął na szatyna spode łba, otwierając własną szafkę, znajdującą się, zresztą, tuż przy szafce Johnny’ego. Najwyraźniej oczekiwał, że jego przyjaciel odezwie się pierwszy.
-Cześć- rzucił pogodnie szatyn, przyzwyczajony już do różnego rodzaju fochów jasnowłosego.- Coś się wczoraj stało...?- dopytał ostrożnie. Benny zerknął na niego z grobową powagą, po czym uniósł brew.- No, że przyjechałeś- wyjaśnił Johnny. Jeśli dobrze widział, z Maicy wszystko było w porządku.
-Musi coś się stać, żebym mógł odwiedzić najlepszego kumpla?- burknął Benny, wyciągając swoje książki. Zatrzasnął szafkę, po czym oparł się o nią plecami, wciąż patrząc na Johnny’ego surowo.
-Wiesz, że nie o to chodzi- zaśmiał się szatyn, kręcąc głową.- Po prostu, zawsze dzwoniłeś albo wysyłałeś sms-y zanim przyjeżdżałeś... Nie miałem pojęcia, że zamierzasz wpaść.
-A ty zawsze powtarzałeś, że, w razie czego, mam przyjeżdżać, bo i tak siedzisz w domu...- prychnął blondyn.
Było to zresztą zgodne z prawdą, bo gdy kumple Johnny’ego spotykali się z dziewczynami, on  nie miał zbyt wiele do roboty. Jego związki były krótkotrwałe, polegały raczej na pojedynczych spotkaniach czy randkach, nie w głowie było mu cokolwiek poważniejszego, więc czekał na sygnał od paczki, kiedy gdzieś razem wychodzą albo u kogo piją. Ale... cóż, ostatnimi czasy to się zmieniło.
-Mogłeś zadzwonić- powtórzył raz jeszcze Johnny, uśmiechając się łagodnie.
-Wybacz, że nie przewidziałem, że spędzasz czas ze swoim nowym kolegą...- odparł wyjątkowo kąśliwie Benny.- Miły wieczór...? Mam nadzieję, że tylko wieczór- parsknął chłopak, a szatyn odkaszlnął nerwowo.- A może nie? Upojna noc? Masz już jakieś fotki dla Ericka, żebyście mogli się razem poślinić?- kpił.
-Benny!- rzucił błagalnie chłopak.- Mówiłem ci już, że skończyłem z tym wyzwaniem, nie wiem, dlaczego się złościsz.- blondyn nasrożył się wyraźnie.- Sam dobrze wiesz, że ostatnimi czasy rzadko się spotykamy poza szkołą. Przecież ja się nie denerwuję, gdy odwołujesz spotkanie albo nie możesz gdzieś wyjść, bo jesteś z Maicy...
-Z Maicy!- powtórzył znacząco jasnowłosy.- Maicy jest moją dziewczyną. Gdybyś ty był akurat z Lindą, nie miałbym nic przeciwko. Ale ty, oczywiście, byłeś z Keithem...- wypowiedział imię ciemnowłosego z wyraźną irytacją i niesmakiem.- No chyba, że Keith jest twoim chłopakiem...- zironizował.- W takim razie rozumiem... To znaczy nie, wcale nie rozumiem, ale to by wiele wyjaśniało...
-Benny, daj już spokój!- Johnny wolał nie wchodzić na grząski grunt.
-Jasne... Może wolisz się też przesiąść do swojego nowego przyjaciela...? Nie krępuj się...
Johnny patrzył na chłopaka, przez moment, ze zmarszczonymi brwiami, po czym parsknął śmiechem. Benny przestał się na moment dąsać i spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Jesteś zazdrosny...?- zapytał, ledwie w to wierząc, szatyn.
Benny prychnął cicho.
-Jeszcze czego.
-Benny, jesteś moim najlepszym przyjacielem- powiedział szczerze Johnny, nie przestając uśmiechać się z rozbawieniem.- I to się nie zmieni, bez względu na wszystko.
-Jakoś w ciągu tych lat, nie poszukiwałeś sobie nowych kumpli...- mruknął Benny, wyraźnie jednak udobruchany.
-No bo... jakoś tak wyszło- zaśmiał się szatyn, wzruszywszy ramionami.- Przez to głupie wyzwanie, ale mówiłem ci już, że nie o to chodzi. Keith jest naprawdę fajny i...
-Boże, bo zwymiotuję- wymamrotał z poirytowaniem Benny.
Szatyn zachichotał.
-Wszystko między nami okej?- upewnił się.
Blondyn spoglądał na niego przez chwilę, po czym westchnął i skinął głową.
-Dobra. Widzimy się dzisiaj...?
Johnny odkaszlnął cicho. Już wczoraj obiecał Keithowi, że przyjdzie również tego dnia. Jego mama miała wrócić dopiero późnym wieczorem, chciał spędzić z chłopakiem trochę czasu...
-Idę do Keitha- przyznał.
Benny parsknął z niedowierzaniem.
-Nie no, ja się pochlastam...
-Obiecałem mu już wczoraj!- wytłumaczył się natychmiast szatyn.
-Jasne!- warknął gniewnie Benny.
-Cześć- Carl pojawił się przy nich.
-Carl, widzimy się dzisiaj?- zapytał go jasnowłosy.
-Dzisiaj...?- Carl zgłupiał przez moment, słysząc tę propozycję zamiast powitania. Zastanawiał się chwilę, po czym pokręcił głową- Nie mogę. Mówiłem ci, że zapisałem się na rugby. Dzisiaj mam trening.
Benny wybałuszył oczy.
-Gratuluję- Johnny uśmiechnął się do kolegi serdecznie.
-Trzymajcie mnie, bo umrę, mój jeden kumpel przerzucił się na facetów, a drugi odkrył w sobie nowe powołanie...- wymamrotał pod nosem Benny i w tym momencie, jak na zawołanie, przeszedł koło nich Eric. Chyba zamierzał wyminąć, go bez słowa, ale blondyn rzucił za nim- Hej! Hej, Eric!- zdezorientowany chłopak zatrzymał się i podszedł do nich, spoglądając na Benny’ego pytająco.- Widzimy się dzisiaj?
-Mam trening do siedemnastej- odpowiedział spokojnie, bez chwili zastanowienia.- Ale później możemy się gdzieś spotkać, napisz mi sms-a- dodał, po czym poszedł dalej.
Benny uśmiechnął się z zadowoleniem do towarzyszących mu kumpli.
-No...- rzucił z ulgą.- Przynajmniej jeden normalny! A jego akurat najmniej o normalność podejrzewałem...- zaśmiał się cicho.
Johnny patrzył przez moment za odchodzącym Erickiem. On też nie podejrzewał go o normalność. I nie był wcale pewien, czy Benny powinien się z nim spotykać przy tych wszystkich dziwacznych okolicznościach...
Ale był pewien jednego.
Eric miał jakąś tajemnicę.

Johnny wszedł za Angelicą do jej pokoju. Pierwszym, na co zwrócił uwagę, poza rzucającymi się w oczy, różowymi ścianami, był fakt, że jej sypialnia była większa od sypialni Keitha. Większa i znacznie bardziej bogato wyposażona. Stojące przy ścianie łóżko było ładnie posłane, typowo dziewczęcą pościelą, na której znajdowały się obrazki księżniczek. Ściany ozdobione były naklejkami, sercami, gwiazdkami, zwierzętami i postaciami z bajek. Na dużym biurku, oprócz ramki z rodzinnym zdjęciem, które stało w samym kącie, znajdował się otwarty piórnik, pełen najróżniejszych kredek, flamastrów i długopisów. Niektóre z nich leżały rozsypane po całym blacie, wokół nieskończonego rysunku. Na ziemi stał kufer z zabawkami. Zajmowały one również wysoki regał. Johnny zaczynał wątpić w swoją teorię o tym, że rodzina Keitha ma mało pieniędzy. Rzeczy, które posiadała Angie, w przeciwieństwie do tychnależących do bruneta, wyglądały drogo. Różnego rodzaju pluszowe przytulanki, z których największa (brunatny miś z ogromną kokardą zawiązaną wokół szyi), stała tuż przy drzwiach. Oprócz tego, cała masa lalek, które Angie najwyraźniej uwielbiała. Głównie tych w stylu Barbie, choć Angelica cierpliwie wyjaśniała mu, jak odróżnić Barbie od innych, uderzająco do niej podobnych, lalek. Dziewczyna wybrała swoją ulubioną, wzięła również Kena i zajęła miejsce przed ogromnym domkiem dla lalek. Johnny usiadł obok niej, oglądając zabawkę. Dom był naprawdę duży. Pełen różnego rodzaju szaf, w których znajdowały się ubrania, szafek, innych mebli i przedmiotów codziennego użytku. Łazienka była tak dobrze wyposażona, że Johnny nie mógł powstrzymać chichotu, gdy zobaczył maleńki papier toaletowy.
-Jak ma na imię...?- zapytał, oczywiście nie o papier, a o lalkę, biorąc jasnowłosą zabawkę w dłoń. Miała włosy, ozdobione diademem oraz fioletowymi gwiazdkami i, tego samego koloru, długą suknię.
-Nie ma przecież jednego imienia- Angie spojrzała na Johnny’ego z politowaniem, jakby było to zupełnie oczywiste.- Przebieram ją w różne rzeczy. Czasem jest księżniczką, a czasem piosenkarką albo aktorką... Piosenkarka nie może mieć się przecież nazywać tak, jak księżniczka- pouczyła chłopaka. Szatyn zaśmiał się cicho.- Kiedy jest piosenkarką, nazywam ją Diva albo Queen albo... albo... Jasmina... Jasmina to ładne imię dla piosenkarki- stwierdziła, kiwając głową.- A kiedy jest księżniczką, nazywam ją Elisabeth albo Diana... Albo Luisa. Luisa to takie ładne imię...- uśmiechnęła się lekko, biorąc lalkę z powrotem i gładząc czule gładkie, jasne włosy.- Oglądałam kiedyś z mamą taki serial. O dziewczynie, która też się tak nazywała... Kiedyś miała straszny wypadek, ale ją odratowali i leżała w szpitalu... Miała...- Angie zmarszczyła brwi, jakby usiłowała sobie przypomnieć to słowo.- ...amnezję... Tak jak ja...
-Miałaś amnezję?- zdumiał się szatyn.
-Nie- odpowiedziała dziewczyna, wzruszywszy ramionami.- Ale też miałam wypadek i długo leżałam w szpitalu... Ale ona nie miała nikogo. A ja mam mamę.
-I Keitha- dopowiedział Johnny.
Angie naburmuszyła się jak zwykle, gdy o tym rozmawiali.
-Nie lubię Keitha- odpowiedziała dobitnie.- Jest... dupkiem- ostatnie słowo wypowiedziała szeptem.
-Angie...- Johnny spojrzał na nią bez zrozumienia.- Przecież Keith bardzo cię kocha!- dziewczyna pokręciła głową, zaciskając wargi.- Pamiętasz, jak bawił się z nami wczoraj...?
-Ale gdy ciebie nie ma, jest zupełnie inny- odparła dziewczyna, wzdychając ciężko.- Cały czas czegoś mi zakazuje! Dręczy mnie! Każe mi nie biegać po schodach, nie ruszać tego i tamtego...- wymamrotała gniewnie Angelica.- Denerwuje mnie! Niczego nie rozumie! I jeszcze złości mamę! Nie jest dobrym dzieckiem! Chce wychodzić i wychodzić... Mama się denerwuje... Ja jestem dobrym dzieckiem- stwierdził.- Ja jestem w domu cały czas.
Chłopak przysłuchiwał się temu, co mówiła Angie z takimi samymi uczuciami, jak zawsze, gdy słyszał te słowa. Było mu strasznie żal dziewczyny, wydawało mu się, że nie powinna spędzać czasu wyłącznie w domu, otoczona jedynie przez rodzinę i opiekunki. Z drugiej strony, Angelica z pewnością nie mogła zrozumieć motywacji i oczekiwań brata. Była w końcu wiecznym dzieckiem. Trzeba było jej pilnować. Cała uwaga koncentrowała się na niej. Spędzanie całych dni w zamknięciu wydawało się jej być czymś zupełnie naturalnym.
-Jestem najlepszym przyjacielem Keitha- powiedział Johnny.
-Jesteś moim najlepszym przyjacielem- odparła Angie, uśmiechając się do chłopaka promiennie.- Powiedziałam to mamie. Ona mówiła, że chyba już nie przyjdziesz, ale ja wiedziałam, że znowu się spotkamy.
Johnny uśmiechnął się serdecznie.
-Będziemy widywać się często, Angie- powiedział radośnie.- A to kto...?- zapytał, biorąc do ręki jasnowłosego partnera lalki.
-To jest książę- odpowiedziała dziewczyna.- Nie mam dla niego innych ubrań. Jest podobny do ciebie- dodała nieśmiało.
-Do mnie...?- chłopak zaśmiał się lekko, oglądając męską lalkę z uwagą. Przesunął palcem po jasnej czuprynie księcia i obejrzał jego bielutki, bezzębny uśmiech. Zaśmiał się cicho. Owszem, pewne podobieństwa można było odnaleźć, choć nie ulegało wątpliwości, że Ken nie mógł z nim konkurować w urodzie i ogólnej wspaniałości.- Chyba tak.
-Narysuję coś dla ciebie- rzuciła nagle Angie, podrywając się na nogi i siadając przy biurku. Chwyciła za napoczętą pracę i odwróciła kartkę na drugą stronę, chwytając za kredki- Idź...- zwróciła się do Johnny’ego.- Nie patrz, zawołam cię, jak skończę...
-Dobrze- zaśmiał się szatyn.
Moment później wyszedł z pokoju i zszedł swobodnym krokiem na dół. Wiedział, że Keith krzątał się gdzieś po parterze, zajmując się porządkami. Zastał go w salonie. Tym razem pomieszczenie było jaśniejsze, dzięki odsłoniętym zasłonom i dużo mniej zakurzone, dzięki ciemnowłosemu, który zajął się sprzątaniem. Teraz sięgał ścierką na jakąś wysoką półkę, stojąc jednocześnie na nieco chybotliwej pufie. Johnny zatrzymał się przy nim, zaniepokojony. Keith dostrzegł go i zszedł z mebla.
-Co się stało...?- zapytał niepewnie.
-Nic- Johnny uśmiechnął się szeroko i usiadł na kanapie.
Keith przecisnął się obok niewielkiego stolika, podchodząc do niego.
-Gdzie Angie...?- rzucił, kładąc ściereczkę na blacie.
-Rysuje- odpowiedział pogodnie szatyn.
Brunet uśmiechnął się lekko.
-Ciebie?
-Pewnie tak- zachichotał Johnny.- Nie przeszkadzam ci?
-Jakbyś zazwyczaj robił coś innego...- Keith zaśmiał się cicho.- Jesteś pewien, że wszystko okej...?- dopytał zaraz, całkowicie poważnie.- Jeśli musisz wyjść... Albo po prostu nie czujesz się zbyt komfortowo, ona cię męczy, to...
-Keith...- Johnny wolał przerwać ten wywód, bo z doświadczenia wiedział, że im więcej ciemnowłosy o podobnych rzeczach mówił, tym bardziej sam utwierdzał się w wymyślonym przez siebie przekonaniu, że Johnny jest tutaj tylko i wyłącznie dla tego, by nie sprawić mu przykrości.- Nie wiem, czy zdążyłeś się zorientować, ale mimo moich niezliczonych zalet i wdzięków, jestem przede wszystkim prostolinijny...- szatyn obdarzył bruneta uśmiechem godnym chłopaka z reklamy pasty do zębów.- Gdyby coś było nie tak, powiedziałbym ci.
... Chyba, że chodziłoby o wyzwanie.
Wtedy by nie powiedział. Co trochę oddalało go od tejże prostolinijności, ale Johnny nie zamierzał marnować czasu, który mógł poświęcić Keithowi, na zawracanie sobie tym głowy.
-Jasne...- parsknął jedynie ciemnowłosy.
Johnny chwycił go za nadgarstek i ściągnął na miejsce obok siebie.
-Wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie...- rzucił z prowokującym niemal uśmiechem.- Co musi zrobić przyjaciel, żeby stać się chłopakiem...?
-Johnny- burknął jedynie Keith, chcąc się podnieść, ale szatyn nie dał mu takiej możliwości.
Oparł dłoń na karku chłopaka i przyciągnął go do pocałunku. Dłonie ciemnowłosego zacisnęły się rozkosznie na jego koszuli, a sam Keith pozostał przez moment zupełnie bierny, jakby zamierzał się wycofać. Zaraz jednak, przysunął się bliżej Johnny’ego, włączając się do pocałunku. Szatyn poczuł, jak chłopak oplata ręce wokół jego szyi. Oparł wolną dłoń na biodrze bruneta i, w tym momencie, obaj usłyszeli, pełne zdumienia:
-Co robisz...?
Johnny drgnął i oderwał się od warg ciemnowłosego, odwracając w stronę, stojącej w drzwiach, Angie, która przyglądała się im z absolutnym zaskoczeniem i niedowierzaniem.
-Cześć, Angie- Johnny uśmiechnął się do niej serdecznie.- Skończyłaś rysować...?
-Całowałeś go...?- zapytała bez zrozumienia dziewczyna, marszcząc brwi. Keith parsknął jedynie cicho, zabierając ścierkę i wracając do sprzątania.- Całowałeś go, prawda...? Dlaczego?
Johnny zachichotał.
-Bo bardzo go lubię...- odparł, przenosząc na bruneta iście rozanielone spojrzenie.
-Ale on jest chłopakiem!- stwierdził Angie.- Chłopcy nie całują innych chłopców. Tylko dziewczyny- wyjaśniła cierpliwie.- Książę całuje księżniczkę.
-Widać niektórzy książęta wolą żaby- wtrącił Keith.
-Nie!- protestowała dalej Angelica, kręcąc głową.- Tak po prostu nie jest. Jesteś chłopakiem! Księciem!- Johnny’emu pewnie w normalnych okolicznościach by to schlebiło, ale teraz, czuł się raczej zdezorientowany.- I nie możesz całować Keitha. Powinieneś... całować księżniczkę. Mnie.
-Angie, wystarczy- skarcił ją jej brat.
-Dlaczego wszystko mi odbierasz?!- krzyknęła, wbijając w ciemnowłosego gniewne spojrzenie.
Johnny czuł, że zaraz wyniknie z tego prawdziwa awantura i już zastanawiał się gorączkowo nad tym, jak tego w miarę subtelnie uniknąć. Mistrzem subtelności jednak zdecydowanie nie był i chyba gdyby nie trzask drzwi frontowych, który rozległ się chwilę po wypowiedzianych przez dziewczynę słowach, rzeczywiście rozpętałoby się piekło.
-Mamo!- zawołała płaczliwie Angie, wracając na korytarz.
-Co się stało, kochanie?- Johnny usłyszał troskliwy, kobiecy głos.
Keith odłożył trzymaną przez siebie ścierkę i wytarł dłonie w spodnie, po czym stanął przy Johnny’m ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma wsłuchując się w słowa matki.
-Keith całuje Johnny’ego- załkała Angelica. Szatyn nie bardzo wiedział co zrobić, całkowicie zakłopotany zaistniałą sytuacją.- Powiedz mu, żeby tego nie robił!
-Angie...- jej mama zawahała się przez chwilę, po czym zajrzała do pokoju, w którym znajdował się jej syn wraz z gościem.
-Dzień dobry- Johnny podniósł się natychmiast z miejsca, przywitawszy z kobietą.
-Dzień dobry- odpowiedziała uprzejmie, siląc się na uśmiech.- Keith, możemy porozmawiać...?- zapytała po chwili.
Keith westchnął ciężko.
-Zaraz wrócę- mruknął ponuro do szatyna, po czym wyszedł z pomieszczenia i ruszył za kobietą.
Johnny stał przez moment w tym samym miejscu, nie bardzo wiedząc, co zrobić z samym sobą. Sytuacja trochę go krępowała. Zaraz jednak, w salonie pojawiła się Angie.
-Chodź- szepnęła, wyciągając w jego kierunku rękę.
Chłopak uścisnął ją i pozwolił poprowadzić się wzdłuż korytarza. Z początku sądził, że dziewczyna prowadzi go do swojego pokoju, ale gdy minęli schody i zatrzymali się przy zamkniętych drzwiach jednego z pomieszczeń, dotarło do niego, że coś innego było celem jej celem. Zupełnie jak wtedy, tak i teraz, Angelica z wyraźnym napięciem i zaciekawieniem jednocześnie, wsłuchiwała się w dobiegające zza drzwi, niezbyt głośne, ale słyszane w tym miejscu dokładnie, odgłosy kłótni.
-... Po prostu nie sądzę, by przyprowadzanie tu tego chłopca było najlepszym pomysłem...- wyjaśniała spokojnie mama Keitha.
-Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia brunet.- Nie mam już prawa przyprowadzać tutaj nikogo...?
-Wiesz, że nie o to chodzi, Keith. Oczywiście, że masz prawo mieć przyjaciół...
-... Do tej pory nie miałem...
-Ale Angie...- zaczęła kobieta, z naciskiem na imię swojej córki. Angelica przysunęła się jeszcze bliżej drzwi. Johnny jęknął głucho w duchu. Oparł dłoń na jej ramieniu i dał jej gestem znać, by odeszli dalej, ale dziewczyna najwyraźniej ani o tym myślała.-Chodzi o nią, nie o ciebie, Keith.
-Johnny zna jej sytuację- odpowiedział, zgodnie z prawdą, brunet.
-Nie w tym rzecz- odparła cicho kobieta.- Angie bardzo łatwo się przywiązuje. Cały czas mówi o tym chłopcu. A przecież on nie będzie tutaj przychodził przez cały czas. Rozczaruje się. Będzie zła i nerwowa.- palce Angelicy zacisnęły się mocniej na dłoni Johnny’ego.- Pewnie nastąpi moment, w którym przestaniecie się spotykać, ty zapomnisz, ale ona tak łatwo nie zapomina...
-To życzenia?- parsknął bez zrozumienia brunet.
-Keith...
-Johnny jest moim jedynym przyjacielem. Jest kimś więcej, niż tylko przyjacielem. Będę się z nim spotykał, a on będzie tu przychodził. Nie zamierzam urywać z nim kontaktu.
-Wiesz, jak ona na niego reaguje...
-Reaguje tak na wszystkich!- wybuchnął ciemnowłosy.- Widzi tylko nas, najbliższą rodzinę i opiekunki... Gdybyś posłała ją do szkoły albo pozwalała jej wychodzić częściej, nowa znajomość nie byłaby dla niej czymś tak zaskakującym...
-Rozmawialiśmy o tym setki razy, Keith... To niemożliwe.
Przez chwilę panowała cisza. Johnny spojrzał na Angelicę błagalnie, raz jeszcze próbując jej dać do zrozumienia, że powinni pójść gdzieś indziej. Dziewczyna już odsuwała się od drzwi, gdy zatrzymał ją przy nich głos Keitha:
-W weekend jadę na konkurs.
-To świetnie, Keith- Johnny czuł, że mama bruneta starała się okazać entuzjazm, ale z jej głosu wciąż przebijało się tylko zmęczenie i niepokój.
-Coraz częściej będę wychodził. Coraz częściej spotykał się z Johnny’m. Będę wyjeżdżał. I pamiętaj, że niedługo czeka mnie też wybór studiów.
-W mieście jest dobra uczelnia...
-Może. Ale ja tutaj nie zostanę. Nie będę mieszkał z wami.
-Keith...- szepnęła kobieta.- Dobrze wiesz, że jesteśmy dla Angie całym światem...
-I to jest właśnie problem.
-Kto ma się nią zajmować, gdy ja pracuję...?
-Opiekunka. Wynajmuj je częściej.
-Nie mamy na to pieniędzy...
-Owszem, mamy!- zirytował się Keith.- Tata przesyła ci alimenty! Gdybyś nie odkładała większości z nich...
-To zabezpieczenie dla waszej przyszłości! Twojej i Angie! Gdyby coś mi się stało...
-Wiem, że nie o to chodzi.
-Nie- zgodziła się kobieta.- Wiesz dobrze, że nie chodzi o pieniądze. Nie chcę ich. Gdyby twój ojciec, zamiast wysyłać te kwoty, chociaż raz w tygodniu znalazł czas, żeby zająć się Angie, byłoby łatwiej, i mnie, i tobie...
-Przecież przyjeżdża.
-Raz, dwa razy w miesiącu.
-Mieszka w innym mieście! Regularnie dzwoni!
-Otóż to. Uciekł od obowiązków.
-Może nie mógł już wytrzymać!
-Angie...- szepnął Johnny, ogarniając dziewczynę ramieniem.- Chodźmy się pobawić. Proszę- dodał z naciskiem, niemalże odciągając ją od drzwi.
Słuchanie takich rozmów zdecydowanie nie było dla niej dobre.
I, właściwie, trudno się było dziwić jej niechęci wobec brata.

11 komentarzy:

  1. Anonimowy10:18 PM

    Kocham to opowiadanie. Jak tylko widzę kolejny rozdział to serce mi szybciej bije.

    Keith jest świetny, strasznie słodki. Uwielbiam jego nieśmiałość, że jest taki delikatny, spokojny, nieporadny jezeli chodzi o seks.
    Ile ja bym dał żeby miec takiego Keitha. :c

    Tak ogólnie to chciałem powiedzieć, że wszystko co piszesz jest doskonałe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Albo ten rozdział był wyjątkowo krótki albo ja całkowicie straciłam poczucie czasu ale niezwykle sprawnie mi się to czytało o.o" to Twoje najlepsze opowiadanie <3
    Można wiedzieć kiedy pojawi się kolejny rozdział Sunrise? *-*

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy12:09 PM

    Jeju, dlaczego robisz sobie przerwę od tego opowiadania? *^* Wcześniej mówiłaś, że się na nim skupisz, dlaczego narobiłaś mi nadziei... :c

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:47 PM

    Awww... Johnny i Kaith są razem tacy słodcy. ;3 Jak prawdziwa królewska parą (w królestwie yaoi oczywiście). xD Ta cała choroba Angie nadaje temu opowiadaniu smutku. Strasznie szkoda mi tej dziewczyny... Mam nadzieję, że kiedyś wyzdrowieje, chodź to mało prawdopodobne. Podpisuje się pod wcześniejszym komentarzem. Ogromna szkoda... ;( Pozdrawiam. ;* Rose Blood

    OdpowiedzUsuń
  5. O niee, przerwa od Wyzwania? Jak ja to wytrzymam?
    Po prostu muszę wiedzieć jak to się dalej rozwinie, ta niepewność mnie dobija. -w-
    To będzie okropne jak Keith się dowie. :c
    On jest taki uroczy, no i Johnny też, że na samą myśl się rozpływam. ~
    Odnośnie Erica mam teorię, że jest gejem i Benny mu się podoba. *v*

    Btw, czytam Twojego bloga, Silencio, od miesiąca i uwielbiam wszystko co piszesz. :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Coraz bardziej mnie denerwuje mam Keitha. Ona też by chciała zamknąć syna w domu i, żeby nie wychodził. Przecież chłopak nie może życia spędzić z siostrą. Będzie chciał studiować, założyć rodzinę z Johnnym (:DD). Tym bardziej matka powinna posłać Angie do specjalnej szkoły. Niech dziewczyna zobaczy, że poza domem jest życie i może spotkać przyjaciół. A ta kobieta zamknęła ich oboje w domu i tak ma według niej pozostać. Nic dziwnego, że Keith się buntuje przez co czuje złość do siostry, ona o tym wie i czuje to samo.

    Benny umówił się z Eric'em. :DD Coś czuję, że Eric chciał, aby Johny był zajęty Keithem i nie miał czasu na przyjaciela. O, czyli Benny jest zazdrosny. Nie miałby nic przeciw, gdyby Keith był chłopakiem Johnny'ego, ale w innym wypadku jest zły, że chłopak to nie jemu poświęca czas tylko innemu koledze.

    Weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Um, na początek powiem, że rozdział przeczytałam w piątek, ale... Jakoś nie miałam siły by go skomentować.. Jakoś nie miałam weny na komenta...

    To tak, Keith i Johnny są słodcy. Uwielbiam, gdy są razem ♥ Mama Keitha zaczyna mnie denerwować. Chłopak może mieć przyjaciół ALE nie powinni oni przychodzić do jej domu, Keith nie powinien wychodzić do nich. Powinien siedzieć w domu i bawić się z siostrą! No kurcze! Ile on ma lat?! Angie jest miłą dziewczyną, może gdyby zaczęła wychodzić, inaczej spostrzegała świat? Przecież nie można jej trzymać w zamknięciu! Nawet psa się wyprowadza na spacery >.< (tak wiem, dziwne porównanie..)
    Nie dziwię się niechęci Angie do Keitha. Skoro dziewczyna podsłuchuje jego rozmowy z mamą.. Chłopak naprawdę ją kocha! I dlatego nie umie się pogodzić z tym całym wypadkiem :( Szkoda mi tej dziewczynki. Angie myślała, że Johnny będzie jej księciem. No cóż chłopak już jest zajęty przez jej brata ; D (kolejny powód, aby nie lubić Keitha >.<)
    Mam nadzieję, że rodzeństwo w końcu się dogada...

    Oh, ten Benny. Od początku podejrzewałam, że jest zazdrosny o przyjaźń Johnnego z Keithem. Ciekawa jestem jak przyjaciel zareagowałby na wiadomość, że Keith jest chłopakiem Johnnego... Johnny powinien mu wyznać prawdę. Jestem ciekawa reakcji Bennego ♥

    Mam nadzieję, że Eric już nie będzie się wtrącał w życie Johnnego.. Chociaż wtedy nie byłby sobą. No cóż mam nadzieję, że chociaż sprawa z wyzwaniem jakoś gładko pójdzie (ta jasne bo Keith tak to na luzie przyjmie.. Mam nadzieję że nie będzie się za długo obrażał i pozwoli Johnnemu się wytłumaczyć. Właśnie jak Johnny zamierza to wyjaśnić?)

    Rose jest świetna. Jej nie przegadasz xD Ten rozdział utwierdził mnie w przekonaniu, jak bardzo lubię gosposię <3

    Szkoda, że robisz sobie przerwę od tego opowiadania (bo Chaos i Wyzwanie to moje ulubione ♥). Podejrzewam, że musisz sobie to wszystko przemyśleć. Podejrzewam, że będziesz chciała za niedługo wyjawić prawdę Keithowi o wyzwaniu. A to pewnie będzie dla Ciebie nie lada wyzwanie xD Zastanawiam się kiedy zamierzasz zakończyć to opowiadanie.. (będę tęsknić za Keithem i Johnnym...)

    Za tydzień Chaos <3 Jak miło. ciekawi mnie co tym razem wymyślisz, co się wydarzy.. W Chaosie zawsze mnie zaskakujesz! ; )
    Z (nie)cierpliwością czekam na następną notkę ^^


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! :*
    PS Łoł.. Nie planowałam się tak rozpisywać O_____O

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy3:11 PM

    Szkoda, że robisz sobie przerwę od tego opowiadania, to moje ulubione jak na razie xD
    Mama Keitha jest strasznie wkurzająca, ja rozumiem... Ciężkie życie itd. ale bez przesady. Za to Angie bardzo mi przypadła do gustu.
    Co do Erica - ja zdania nie zmienię. Nadal sądzę, że zakochał się w Bennym, haha.
    Niech ta przerwa nie będzie zbyt długa. Potem zawsze zapomina się o niektórych dość istotnych sprawach i najczęściej trzeba czytać jeszcze raz :)
    Weny!

    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  9. Droga Silencio,
    Pierwsze co chciałabym Ci powiedzieć, mija się troszkę z opowiadaniem o Johnny'm. Jednak myślę, że będzie Ci miło wiedząc, że pokochałam Cię po przeczytaniu "Every me". Ile łez przy tym przelałam, jak to wyklinałam, ile razy przerywałam w połowie, żeby uspokoić się papierosem. Jak często przepraszam współlokatorki za te wszystkie (kur.wy, pier.dole.nia, itd). Twój styl strasznie mi pod pasował, dialogi nie są napisane na siłę, postacie nie są sztuczne, wszystko jest wspaniałe. Chociaż z bólem serca muszę przyznać, że początek mnie nie ruszył, bo co tak na prawdę widziałam? Nieogarniętego, upośledzonego gówniarza, który nie potrafi sobie tyłka bez lokaja podetrzeć, ale hardo czytałam dalej. I w tym momencie padam na kolana i błagam Cię o wybaczenie. Z rozdziały na rozdział, obserwowałam to jak wspaniale się rozwijasz, jak dużo serca w to wkładasz. 100% szacunku w twoim kierunku (jak to mawia Grzesiu Wlaźlak z zespołu Bethel)Wracając jednak do Wyzwania. Cóż, WOW! Piękne prowadzenie postaci, chwała Ci o łaskawa, że ten biedny chłopaczyna nie padł mu w ramiona w drugim rozdziale, bo wirtualnie bym skopała. Dzisiaj, zamiast aktywnie brać udział w debatach na uczelni, siedziałam zgarbiona ,niczym słynny Quasimodo, wczytując się w te przerażająco małe literki na telefonie. Szepty typu "Oh! Cmon Johnny! Bierz go w końcu" spotkały się z chichotami moich znajomych. Dobrze mieć koło siebie ludzi, którzy akceptują twoje zboczenia. Podesłałam linka znajomej, bardzo chciałabym przekonać ją do BoysLove :) Mam również nadzieję, droga Silencio, że nie zrobisz mi dłuższej przerwy od tego opowiadania niż tydzień. Nie lubię komentować postów, nie wiem czemu. Wolałabym napisać tam tylko jedną literkę, żeby autor/ka wiedziała, że nie pisze tego dla siebie, ale to wszystko. Tutaj jednak myślę, że zasłużyłaś, zdecydowanie. Nie chodzi mi o mój komentarz (wychodzę na próżną), ale na komentarze od wszystkich, którzy to czytają. Gdybym miała możliwość, bo wątpię czy mieszkasz w okolicach Poznania, zabrałabym Cię na piwo, dwa, ewentualnie siedem. Zrób, że mi przyjemność w tym paskudnym okresie, mego marnego, studenckiego życia i dodaj niedługo rozdział 19, ewentualnie 20 też.
    Życzę Ci Silencio, dużo weny i wytrwałości, bo wiem, że czasami się nie chce, traci się wiarę we własne możliwości, ale wierz mi... Idzie Ci świetnie :)
    Pozdrawiam i śle buziaki nasączone weną.
    <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy4:32 PM

    Powiem tylko tak: JESTEŚ FENIUSZEM.
    Wczoraj trafiłam na Twojego bloga, zarwałam noc, nie poszłam na zajęcia i przeczytałam wszystko od początku do końca. Po prostu nie mogłam sie od niego oderwać!
    Nie moge sie doczekać kolejnych części :)
    Pozdrawiam
    Risako-chi

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy12:21 AM

    Witaj, Silencio! Nawet nie wiem od czego zacząć, bo tyle myśli na raz chce się uwolnić z mojej głowy, żebym mogła je tu spisać.
    No dobrze, to może tak... Na Twojego bloga trafiłam przez zupełny przypadek i przeczytałam najnowsze wpisy, czyli 18 rozdział Wyzwania i kilka ostatnich Chaosu...i stwierdziłam, że takie czytanie nie ma sensu ;P Krótko mówiąc, uznałam, że muszę, po prostu muszę wrócić do początku tych opowiadań! Że wystarczyło tak niewiele, żebym wciągnęła się w historie Twoich bohaterów. Zaczęłam od Wyzwania i właśnie je skończyłam. I chcę Ci powiedzieć, że Cię uwielbiam! To jak piszesz, jak tworzysz postacie, Twój humor i błyskotliwe dialogi! Genialne! Z całego serca życzę sobie i Tobie następnych 18 rozdziałów :D Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie czytać o Johnnym i Keitha! Stali się częścią mojego życia i obu ich kocham równie mocno, choć nieco inaczej. Obaj są tacy...rozczulający! Każdy rozdział Wyzwania sprawiał mi niesamowitą radość i to takie przyjemne i miłe ciepło rozchodzące się wewnątrz mnie :) Bo ja strasznie przeżywam losy bohaterów, których lubię. Więc proszę, nie zrób im krzywdy ;P i żeby Keith dał sobie radę i wybaczył Johnny'emu, kiedy się dowie o wyzwaniu . Poza tym życzę Ci dużo, dużo weny, a nam, czytelnikom, żebyśmy nie musieli długo czekać na następny rozdział :)
    PS.1. Myślę, że zagląda tu wiele osób jak ja, które raczej nigdy nie komentują. Ale pamiętaj, że są i że czytają i chcą więcej :)
    PS.2. Zabieram się za Chaos od początku!

    OdpowiedzUsuń