Strony

piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 35 [Chaos]


-Jesteście pewni, że nie chcecie, bym zawiózł was do miasta?- zapytał uprzejmie woźnica.
Był to młody mężczyzna, chyba kupiec albo ktoś, kto kupcom dostarczał towary. Amir nawet nie starał się spamiętać, ale chyba miał na imię Pasco. Spotkali go kilka godzin temu, gdy akurat przejeżdżał obok, a oni zbierali się do podróży. Bez najmniejszego wahania czy wątpliwości, zaproponował im, że ich podwiezie. Amir i Nadim przystali na propozycję niemalże natychmiast, wymęczeni wcześniejszą wędrówką. Nie planowali jednak dalekiej podróży, a już na pewno nie planowali zapuszczać się za mury miast. Potomek wilków miał na sobie kaptur, już wcześniej widzieli przejeżdżające nieopodal wozy, a nauczeni doświadczeniem, woleli nie ryzykować i nie sprawdzać, jak bardzo lubiani byli pobratymcy Nadima w tych okolicach.
-Nie- odpowiedział Nadim, uśmiechając się lekko. Siedział na samym przedzie, niedaleko mężczyzny. Amir wylądował nieco dalej, pomiędzy skrzynią z jakimiś narzędziami, a paletami materiałów.- Zmierzamy gdzie indziej. Wysiądziemy zaraz w lesie, panie.
-Nie trzeba się tak do mnie zwracać- odparł mężczyzna, z wyraźnym zakłopotaniem.
-Podróżujesz też do Alitis…?- zainteresował się Amir.
Jego towarzysz spojrzał na niego przez ramię ze zdziwieniem.
-Do Alitis…?- zdumiał się Pasco, po czym zaśmiał się serdecznie i pokręcił głową.- Kawał drogi stąd! Nigdy zresztą jeszcze tam nie byłem, choć znam kilku podróżnych kupców, którzy stamtąd pochodzą albo tam właśnie zbili majątek… Może, jeśli sprawdzę się i nikt mnie nie okradnie, mój szef zechce mnie tam wysłać…?
Amir parsknął cicho. Teraz podróżowali po rozległym obszarze, na którym nie było nawet jednego drzewa, ale widać było z oddali las. Pasco nie był jedynym, który dziś tędy przejeżdżał, a Amir miał dziwne wrażenie, że na uczęszczanym przez kupców przejściu, ciężko było uniknąć kłopotów.
-Nie ma innego przejścia do tego miasta?- zapytał, darując sobie komentarz.- Jakiejś drogi?
-Jest droga- potwierdził Pasco, skinąwszy głową.- Ale trzeba mieć dużo pieniędzy, by tamtędy przejechać. Najpierw ci z mojego miasta biorą opłaty, później jeszcze ktoś po środku, i wreszcie tamci…- młodzian wzruszył bezradnie ramionami.- Bogaci kupcy czy arystokraci mają na to pieniądze, ale ja na pewno nie.
-Raz jeszcze dziękuję, że zgodziłeś się nas zabrać- powiedział Nadim.- To duża przysługa.
-Ależ, najmniejsza!- zaśmiał się Pasco.- I tak, w końcu, jadę w tamtą stronę, nie robi mi to wielkiej różnicy…
-I nie obawiałeś się…?- dopytał Amir, mocno zdumiony tym faktem. Pasco zerknął na niego ukradkiem przez ramię, chyba nie bardzo rozumiejąc, co ten ma na myśli.- Wziąć ze sobą dwóch obcych ludzi- wyjaśnił więc, choć zdawało się to zupełnie oczywiste.- To dość ryzykowne.
Nawet bardzo. Zwłaszcza, gdy wiezie się coś cennego.
Pasco nie sprawiał wrażenia zbytnio przejętego.
-Nie wyglądacie groźnie!- stwierdził z rozbawieniem. Amir uniósł brew w geście niedowierzania. Zakapturzony osobnik z łukiem i nie-zakapturzony osobnik z mieczem… Tak, rzeczywiście wyglądali niewinnie niczym dzieci.- Zresztą, to bardzo spokojna okolica. Może to zabrzmi dziwnie, ale jeżdżę tędy już długo i nie spotkało mnie nic złego… Nie ze strony ludzi- uściślił i zachichotał nerwowo, nie wyjaśniwszy jednak, co miał na myśli.
Jechali dalej. Amir zaczął w oddali dostrzegać rysy czegoś dziwnego. Z początku, zdawało mu się, że to jakiś budynek, później dostrzegł jednak, że to coś innego. Jakby pomnik…? Nie… Trzy pomniki. Stojące naprzeciw siebie, pokaźne i wysokie. Dopiero, gdy znajdowali się kawałek dalej, był w stanie lepiej dostrzec ich kształt. To były…
-… Głowy…?- szepnął, nie będąc pewien tego, co widzi. Trzy okrągłe głowy, zwrócone twarzami ku sobie, z pustymi oczodołami i rozdziawionymi ustami. Nie był do końca pewien, z czego zostały wykonane, chyba z kamienia, ale z jakiegoś gładkiego, jakby śliskiego i błyszczącego w słońcu.
-Taaak…- potwierdził Pasco z dziwną nerwowością.
-Obiekt kultu?- dopytywał Amir, nie bardzo widząc inny cel tej specyficznej budowli.
-Och, zdecydowanie nie- odpowiedział stanowczo młody woźnica.- Może kiedyś temu służyły, właściwie sam nie wiem. Ja nie wychowywałem się w pobliżu, dorastałem dość daleko, w pewnej wsi, ale gdy pytałem starszych mieszkańców, każdy twierdził, że te głowy były tu już przed ich narodzinami, a pewnie i przed narodzinami ich dziadów i pradziadów… Nie sposób więc dojść do tego, kto je zbudował, być może nawet ludzie, którzy mieszkali tu wieki temu. Ale niedobrze jest się do nich zbliżać- dodał natychmiast. Amir i Nadim wbili w niego pytające spojrzenie.- Te głowy są przeklęte. Każdy, kogo tu spotkacie wam to powie… Jest o nich kilka legend, słyszałem niegdyś, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania… Ale ja tam nie znam tak odważnego, co zostałby długo i wypytywał…- dodał, wyraźnie zlękniony.- Dlatego ja omijam je z daleka.
-Co to znaczy, że są przeklęte?- dopytywał Nadim.
Pasco wzdrygnął się wyraźnie.
-Konie są przy nich nerwowe- odparł, jakby to cokolwiek wyjaśniało.
-I tyle…?- Amir czuł, że nie jest to jedyne wytłumaczenie.
-Nie…- przyznał młodzian.- Te głowy… One gadają…
-Gadają…?- człowiek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
-Tak… Mówią… Szepcą. Cały czas. Lepiej się tam nie zbliżać.
Przez długą chwilę panowała zupełna cisza. Pasco popędził nieco konie. Moment później, znaleźli się na równi z trzema dziwacznymi budowlami, choć wciąż, w sporej odległości od nich. Najwyraźniej młodzieniec rzeczywiście nie zamierzał się do nich zbliżać.
-Co dokładnie mówią…?- Nadim był wyraźnie zafascynowany.
Pasco zawahał się przez moment, jakby wcale nie chciał rozmawiać na ten temat. Zaraz zaczął jednak ostrożnie:
-Na początku słychać tylko pojedyncze słowa… Ja ich nie rozumiałem. Ale pewien człowiek, powiedział mi raz, że to imiona. Nie jestem pewien, czy to prawda- przyznał.- Ale takie właśnie panuje przekonanie wśród okolicznej ludności. Że są to imiona wielkich bohaterów. Albo wielkich zbrodniarzy. Ja tam nie wiem. Ale wiem, że szepczą je nieustannie… A później…
Pasco wzdrygnął się po raz kolejny i umilkł.
-Byłeś tam, prawda?- rzucił Amir. Ten wniosek był całkowicie oczywisty.
Woźnica skinął głową.
-Przejeżdżałem tamtędy… Dwa razy… Za pierwszym razem przemknąłem bardzo szybko. Słyszałem te słowa. Imiona. Dziwaczne wrażenie. Serce waliło mi tak, że bliski byłem śmierci, ale pojechałem dalej i jakiś czas później, wezbrała się we mnie pewnego rodzaju ciekawość… Sam nie wiem, co też strzeliło mi do głowy, może te pogłoski i opowiastki o magii tego miejsca i wszechwiedzy skał...- Pasco sprawiał wrażenie zdenerwowanego na samego siebie.- Wracając do mojego miasta, zdecydowałem się przejechać tamtędy ponownie… I zatrzymałem się na dłużej… Okropieństwo…- podsumował, drżącym od emocji głosem.
-Co się stało?- zapytał Nadim.
Dłonie Pasca, ściskające lejce, zadrżały wyraźnie. Przez moment młodzieniec milczał. Skierował twarz w lewo, przyglądając się przez dłuższy moment mijanym rzeźbom. Odetchnął płytko.
-To było… To było takie uczucie…- zaczął, nie mogąc się uspokoić.- Jakbym zupełnie tracił zmysły… Słyszałem głosy w swojej głowie… Głosy które znałem i które były mi zupełnie obce… Urywki rozmów… Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, ani gdzie się znajduję… Wydawało mi się, że tracę grunt pod nogami, wokół mnie panowała zupełna ciemność, a ja popadałem w jakiś obłęd… Nagle ogarnęła mnie panika. Wrzeszczałem, a przynajmniej tak mi się wydawało, wzywałem pomocy, zerwałem się do biegu, chciałem uciec, ale nie widziałem nic przed sobą, nie było nic prócz mnie i tych głosów… A później… Później, jeden z kupców znalazł mnie spory kawałek dalej. Nieprzytomnego. Przerażonego… Nie idźcie tam, jeśli życie wam miłe- dodał Pasco, a na jego twarzy pojawił się nerwowy grymas, który miał być chyba uśmiechem.- Ja, w każdym razie, nie zbliżę się tam na krok…
Amir też nie miał takiego zamiaru. Zerknął jednak podejrzliwie na swojego kompana, który historii Pasca wysłuchał z niezwykłym zainteresowaniem. Ciekawość Nadima w tych kwestiach niezmiennie budziła jego niepomierne wprost zdumienie.
Jechali dalej. Głowy zostały w tyle, choć wciąż można było je zobaczyć. Od prawej strony zbliżyli się do linii lasu, ale woźnica nie zamierzał tam chyba jeszcze skręcać.
-Zatrzymaj się, proszę- rzucił nagle Nadim.
-Tutaj?- zdziwił się Pasco.
-Tak- potwierdził z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Tutaj wysiądziemy.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
Młodzian zatrzymał konie.
-Naprawdę mogę was zawieźć dalej- zapewnił.
-Tu będzie idealnie- odparł jednak potomek wilków, uśmiechając się do mężczyzny z wdzięcznością.- Dziękuję.
Zeskoczył z wozu i spojrzał wyczekująco na kompana, który nie bardzo mogąc uczynić cokolwiek innego, zrobił dokładnie to samo. Moment jeszcze Nadim rozmawiał z młodym woźnicą, a chwilę później patrzyli już, jak ten samotnie odjeżdża. Amir obejrzał się w stronę dziwacznych posągów, po czym zerknął nieufnie na swojego towarzysza. Miał wrażenie, graniczące z pewnością, że Nadim skrócił czas ich podróży właśnie ze względu na te dziwaczne monumenty i wcale mu się to nie podobało.
-Nawet o tym nie myśl- rzucił stanowczo, choć Nadim nie zdążył choćby zerknąć w stronę nietypowych rzeźb. Potomek wilków spojrzał na niego bez zrozumienia.- Nie będziemy się tam zbliżali- obwieścił stanowczo Amir.- Ty zwłaszcza. Powiedział, że to niebezpieczne, nie słuchałeś uważnie?
-Naprawdę nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi- parsknął cicho potomek wilków.
-Ach, tak…- mężczyzna uśmiechnął się kpiąco.- Mam uwierzyć, że twoja decyzja o nagłym postoju spowodowana była… zmęczeniem…?- zapytał ironicznie.- Mieliśmy jechać dalej, zapomniałeś? Skąd w ogóle pomysł, by wysiadać tutaj?
-Zbliża się noc- wyjaśnił spokojnie Nadim.- Jesteśmy blisko lasu i jednocześnie mamy do dyspozycji polanę, więc możemy, do rana, przeczekać tutaj. Uznałem, że tak będzie wygodniej, niż gdybyśmy mieli zatrzymywać się gdzieś przy samym mieście i tam szukać sobie miejsca do wypoczynku.
Amir spoglądał na kompana z uniesioną, w pełnym politowania geście, brwią. Jakimś dziwnym trafem, to wytłumaczenie wcale go nie przekonało.
-O co ci chodzi, Amir?- parsknął potomek wilków.
-O to, że nie wolno ci się tam zbliżać.
-Przecież wiem- westchnął ciężko Nadim, przewróciwszy oczyma.- Za kogo mnie uważasz…?
-Za ciebie, niestety- syknął w odpowiedzi mężczyzna.- Aż za dobrze wiem, że im bardziej coś jest niepokojące, tym bardziej cię ciekawi. Zostaw to. Nie potrzebujemy kłopotów.
-Nie potrzebujemy- zgodził się z nim potomek wilków, zdecydowanie zbyt łatwo i potulnie, by człowiek mógł się uspokoić.
-Nie żartuję- zaznaczył natychmiast.
-Ja też nie. Żadnych głów. Zrozumiałem.
Amir przysiadł na ziemi, obserwując poczynania Nadima z nieufnością.
-Zaraz wrócę- obwieścił niedługo po rozłożeniu ich rzeczy potomek wilków.
Człowiek spojrzał na niego podejrzliwie.
-Idę po drewno- dodał natychmiast Nadim.- W tamtą stronę- zaznaczył, wskazując las.- Ale jeśli chcesz się upewnić, że mówię prawdę, możesz iść ze mną- dodał, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej i spoglądając na kochanka z wyczekiwaniem.
-Rozpalanie tutaj ogniska nie jest dobrym pomysłem- odpowiedział Amir.- Przejeżdża tędy wiele osób, będziemy na siebie zwracali zbyt dużą uwagę.
-Dobrze.- doprawdy, spokój i uległość Nadima zaczynały go coraz bardziej niepokoić.- Więc idę się załatwić. Moja towarzyska propozycja pozostaje jednak aktualna- dodał uszczypliwie.
Amir spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, po czym westchnął jedynie ciężko i kręcąc głową rzucił:
-Dobrze, już dobrze, idź...
Właściwie nie miał większego wyboru. Mógł albo Nadimowi zaufać albo... przywiązać go do najbliższego drzewa i uważnie pilnować.
Bo nie było innego sposobu, by odciągnąć Nadima od obiektu jego nadmiernej ciekawości.

To była wyjątkowo zimna noc. Amir wyrwał się na moment ze snu i przewracał przez chwilę z boku na bok, szukając dla siebie wygodnej pozycji. Na oślep sięgnął dłonią przed siebie, usiłując natrafić na materiał koca... Zdawało mu się, że nakrył się nim, gdy zasypiał, ale właściwie nie był do końca pewien. Równie dobrze mógł usnąć w ramionach potomka wilków, który ogrzewał go bardziej skutecznie. Ułożył się na plecach, wzdychając głęboko i kapitulując. Nie mógł jednak zasnąć. Drżał lekko przez chłód, mając wrażenie, że jego ciało było skostniałe od zimna. Leżał tak dłuższą chwilę, nim w pełnym pretensji pomruku, wyrwało się z jego ust imię:
-Nadim...
Był przekonany, że potomek wilków przesunął się gdzieś dalej. Ale gdy człowiek uchylił powieki i uniósł się na przedramionach, rozglądając dookoła, przekonał się, że Nadima nigdzie nie było.
-Nadim!- zawołał, podnosząc się ociężale i spoglądając zaspanymi oczyma w stronę lasu.- Nadim!- krzyknął raz jeszcze, na próżno czekając na odpowiedź. Odetchnął głęboko, po czym odszedł kilka kroków dalej i sięgnął po leżący na ziemi koc, zarzucając go na ramiona.- Nadim!- spróbował po raz kolejny, zupełnie bez efektu.
Prychnął z irytacją, chociaż, właściwie, powinien się do tego przyzwyczaić. Potomek wilków już taki był. Wstawał w środku nocy i spacerował, i łaził, i włóczył się zupełnie bez celu, bez konkretnego powodu, jakby naprawdę nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Być może dla mieszkańca lasów było to zachowanie jak najbardziej naturalne, ale Amir naprawdę nie mógł za nim nadążyć. Nadim był istotą tak niezrozumiałą w swoim zachowaniu, tak absurdalnie i gorliwie broniącą pozbawionych większego znaczenia wartości, przekonaną o cierpieniach poniesionych przez własne plemię, przekonaną o winach ludzi, a jednocześnie wyznającą jakiś dziwny system zasad, który sprawiał, że pomimo poglądów, które powinny wzbudzać u niego nietolerancję i opór, umysł miał zaskakująco otwarty. Nie widział nigdzie zagrożeń, nie widział niebezpieczeństw, nie rozumiał dlaczego miałby nie przyjmować czyichś słów za prawdę.
-... Nadim...- warknął raz jeszcze pod nosem mężczyzna, przysięgając sobie, że gdy potomek wilków wreszcie wróci, przemówi mu do rozumu.- Nad...- zaczął, ale w tym momencie obejrzał się za siebie, a jego wzrok spoczął na widocznych z oddali pomnikach. Dopiero w tym momencie przypomniał sobie o nich i, nagle, odpowiedź na pytanie, gdzie znajdował się jego kompan, stała się zaskakująco prosta.
Na litość bogów! Dlaczego...? Dlaczego zawsze musiał robić mu coś podobnego? Czy słysząc o czymś dziwnym i niespotykanym, nie powinien raczej trzymać się z daleka...? Co za głupota, co za bezmyślność! Amir z chwili na chwilę denerwował się coraz bardziej. Koc zsunął się z jego ramion, gdy gwałtownym gestem porwał z ziemi swój miecz, przyczepiając go do pasa. Raz jeszcze spojrzał w stronę rzeźb i prychnął głośno, po czym ruszył w ich kierunku szybkim krokiem.
-Nadim! Nadim!- wołał jeszcze przez moment, ale zaraz umilkł na dobre, dręczony jakimś nieprzyjemnym przeczuciem.
Trawa szeleściła pod jego stopami. Wsłuchiwał się we wszechobecne brzęczenie pasikoników i swój własny, przyspieszony oddech. Rozglądał się dookoła uważnie, jakby liczył, że dostrzeże gdzieś kompana, ale pośród nieporośniętych żadnymi wysokimi trawami czy drzewami terenów, dostrzegłby go bez przeszkód już wcześniej.
Wreszcie znalazł się w pobliżu tych specyficznych posągów. Minął jeden z nich i nagle znalazł się na środku ułożonego z kamiennych płytek trójkąta, którego brzegi sięgały każdej z trzech głów.
-Nadim...?- zamierzał zawołać, ale przytłoczony potęgą rzeźb, wydusił z siebie ledwie słyszalny szept.
Choć z dala głowy wydawały mu się niemalże identyczne, teraz widział, że każda z nich różniła się od pozostałych. Szerokością, wielkością oczu, grymasem, w jaki układały się rozwarte szeroko usta... Jedna z głów zdawała uśmiechać się do niego, jednak w jakiś niepokojący, niemalże makabryczny sposób. Ta, przed którą stał, usta miała rozwarte szeroko, jakby w agresywnym, pełnym gniewu krzyku. Usta trzeciej układały się w taki sposób, że nadawały jej wyrazu rozpaczy i cierpienia. To miejsce z pewnością napawało grozą i mogło budzić przerażenie, zwłaszcza w takich okolicznościach. Ale Amir właśnie zdał sobie sprawę z pewnej kwestii. Nie słyszał głosów. Żadnych słów. Imion. Niczego. To była pewnie jedna z legend. Ledwie opowiastka, jaką lubili się raczyć mieszkańcy. To przyniosło mu pewną ulgę. Amir nie lubił się bać i niełatwo było go przerazić. Pomijając sprawy, których nie rozumiał. Te napawały go okropnym lękiem. Ale to miejsce okazało się być mniej wyjątkowe, niż opowiadano.
-SAGITHAL.
... A tak przynajmniej myślał.
Nim usłyszał to słowo. To był szept. Ledwie szept, ale wypowiedziany tak potężnym, tak strasznym głosem, że  Amirowi wydał się krzykiem. Mężczyzna nie ruszał się przez moment, sparaliżowany i niepewny tego, co usłyszał. Zaczął obracać się powoli wokół własnej osi i rozglądać dookoła, szukając źródła głosu.
-AKASHITOSH.
Kolejne słowo sprawiło, że poczuł narastającą panikę. Przełknął nerwowo ślinę, wycofując się nerwowo z trójkątnego pola. Nadima tu nie było. Tak, nie było go... Co za ulga...
-FORTIS.
To go zatrzymało. Lęk usunął się w cień. Amir wrócił na poprzednie miejsce, spoglądając kolejno po posągach.
-Co powiedziałeś?!- krzyknął wreszcie.
Nie usłyszał odpowiedzi.
-Co powiedzieliście?!- zawołał znowu.- Fortis! To imię! Co to miało znaczyć?!
-ASTARGOT.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie mężczyzna.- Fortis! To o nim mówiliście! Co o nim wiecie?!- wykrzyknął, przypominając sobie słowa Pasca. Czy to możliwe, by te głazy znały odpowiedzi na wszystkie pytania...?- Co o nim wiecie?!- powtórzył znowu nerwowo.
-ELAIM.
-Znacie tą historię! Wiecie o Fortisie! I o demonie!- rzucił, na próżno oczekując potwierdzenia.- Wiecie, czego chce ten demon...? Dlaczego powrócił? Czemu mają służyć te kryształy...? Wiecie, czy nie?!- wykrzyknął gniewnie.
I wtedy zapanowała cisza. Tak głucha, tak przerażająca, że mężczyzna zdał sobie nagle sprawę, że nie słyszy nawet własnego oddechu,  bicia własnego serca. Było to tak okropne i nieprzyjemne wrażenie, że przez kilka sekund nie poruszał się wcale, nie będąc w stanie do niego przywyknąć. A moment później... Moment później usłyszał coś ponownie.
Ale to nie było żadne imię. Żadne słowo. Tylko śmiech. Dziecięcy, radosny śmiech, którego źródła nie mógł zlokalizować. I znów, zupełnie bezowocnie, rozglądał się dookoła. I znów nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie, co to właściwie było. Chciał się wycofać. Chciał uciec z tego miejsca. Ale zaraz usłyszał znajomy głos i zatrzymał się gwałtownie.
-Nie chcę tego robić, Amir...- usłyszał piskliwy, chłopięcy głos.
-Hadrin...- szepnął z niedowierzaniem.- Co to ma być, do diabła?!- krzyknął donośnie.- Co to ma znaczyć?!
-To wszystko twoja wina...- powiedział ktoś inny. On sam... To był jego głos! Jego dziecięcy głos...- To przez ciebie wyleciał przez okno. Chcę z powrotem mój sztandar wojenny, więc wespnij się tam i mi go przynieś...
-Ale tu jest wysoko!- załkał rozpaczliwie Hadrin.- Spadnę!
-Jesteś takim tchórzem...- prychnął ze złością drugi głos.- Sam to zrobię, jeśli ty nie chcesz... Ale ty już nigdy nie będziesz mógł się ze mną bawić. Nie potrzebuję mięczaków w swojej armii.
-Ale... Ale ja...- Hadrin z trudem mówił, ledwie opanowując płacz.- Ja naprawdę... Dobrze, dobrze!- zawołał nagle, jakby czymś przerażony.- Odsuń się! Ja to zrobię!
-Jesteś mięczakiem, nie zrobisz tego.
-Zrobię! Pójdę po to, Amir...
-Zobaczymy! Jeśli stchórzysz, powiem wszystkim, że jesteś strachajłem... No dalej! Wejdź tam!
Amir oddychał płytko, nie rozumiejąc tego, co się wokół niego dzieje. Te głosy, które słyszał... To wspomnienie... Ta rozmowa już się odbyła. To nie był wytwór jego wyobraźni.
-Dobrze...- szepnął cicho Hadrin, pociągając nosem.
-Nie!- wrzasnął donośnie mężczyzna, wiedząc, jak to się skończy.- Hadrin, nie rób tego! Nie rób tego!
Znów zapanowała cisza. A później tę ciszę naruszył kolejny, znany mu głos.
-Jak mógł mnie tak bardzo zawieść...?
-Ludwik...?- szepnął z niedowierzaniem Amir, słysząc swojego wuja.
Nie widział już zbyt wyraźnie. Wszystko wokół niego zrobiło się jakieś mgliste i nieostre. Nie koncentrował się jednak na tym wcale, znów na oślep, zupełnie naiwnie i bezcelowo, poszukując wokół siebie tego, który do niego mówił.
-Tak ogromne rozczarowanie... A przecież miał być moim następcą- głos Ludwika był spokojny, ale tkwiła w nim jakaś nuta goryczy, smutku. Amir pokręcił z niedowierzaniem głową, na próżno wciąż szukając swego opiekuna pośród ponurych rzeźb.- Poświęciłem mu wszystko. Szkoliłem go. Wychowywałem. Przygotowałem do objęcia tronu, a on zrezygnował dla takiej błahostki, dla czegoś tak ulotnego...
-Nie! Wuju!- zaprotestował gwałtownie Amir. Nie widział nigdzie Ludwika, ale wołał do niego z takim przekonaniem, jakby był on prawdziwy, jakby stał gdzieś niedaleko, rzeczywiście wypowiadając wszystkie te słowa. I tak, jakby sam Amir mógł mieć na nie wpływ, mógł do niego dotrzeć.- Musisz mnie przecież zrozumieć! Sam byłeś w takiej sytuacji! Nie nadaję się na króla! Przecież musisz rozumieć! Ludwiku!
-... Dla czegoś tak ulotnego...- powtórzył szeptem głos.
Amir zachwiał się na nogach, czując się dziwnie słaby. Rozejrzał się dookoła niepewnie, zdając sobie sprawę z tego, że nie widzi już nawet żadnych konkretnych kształtów, konturów, a ledwie rozmazane plamy różnorakich kolorów, które powoli stawały się dziwnie wypłowiałe, martwe.
-Powiesz mi wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi?
Kolejny głos. Ten głos również był mu znany, ale Amir nie potrafił sobie przypomnieć, do kogo może należeć.
-O co chodzi w czym...?- parsknął cicho drugi.
-Nadim!- szepnął mężczyzna, rozpoznając swojego kompana.
-Sam wiesz...- a to był... Elnir.... Tak, Elnir. Przyjaciel jego towarzysza. Teraz Amir słyszał to wyraźnie.- Chodzą różne pogłoski o tej wyprawie...
-Jakie pogłoski?- zapytał z pozorną obojętnością potomek wilków.
-O tobie. I o tym księciu- odparł Elnir.- Podobno bardzo się ze sobą... zaprzyjaźniliście- zakpił.
Nadim zaśmiał się lekko.
-Chyba wiem, o co chcesz zapytać... Jesteś pewien, że chcesz wiedzieć?
-Nie- odparł szczerze Elnir, po czym zachichotał.- Ale liczę, że mnie nie rozczarujesz. Chyba z nim nie...
-... spałem?- dokończył pobłażliwie potomek wilków.- Jasne, że tak.
-Ale...- przyjaciel Nadima sprawiał wrażenie mocno zaskoczonego.- Przecież ty chyba nie...
-Posłuchaj, Elnir...- wyjaśnił z nutką zniecierpliwienia jego rozmówca.- To była naprawdę długa podróż. Od czasu do czasu pojawialiśmy się w jakiejś wiosce czy mieście, ale przez większość czasu wędrowaliśmy jedynie we własnym towarzystwie... Nie było dookoła zbyt wielu kobiet, więc... Chyba sam rozumiesz...
Amir skamieniał na moment, słysząc te słowa.
-Nie...- szepnął z niedowierzaniem.- Nadim!- krzyknął, jak gdyby naprawdę wierzył, że mężczyzna może go usłyszeć.- Nadim, co ty mówisz?!
-I nic więcej was nie łączy?- dopytał Elnir.
-Nie- odparł stanowczo towarzysz człowieka.- Nic. Nawet nie zamierzam się z nim więcej spotkać.
-NADIM!- wrzasnął boleśnie Amir, padając na kolana. Zakrył twarz dłońmi, czując łzy pod powiekami. Plamy wokół niego stały się nagle zupełnie wyblakłe, szarawe. Gdyby skoncentrował się na tym choćby przez chwilę, zdałby sobie sprawę z tego, że nie jest już w stanie odróżnić poszczególnych plam od siebie. Wszystko zlewało się w jednolitą, nieprzeniknioną całość.- Jak możesz... Jak mogłeś to powiedzieć...- załkał cicho, poruszony słowami potomka wilków. Nie rozumiał... Dlaczego? Przecież Nadim mówił mu coś innego... Jak mógł go tak oszukać...?
-Czuję się w obowiązku wystąpić w imieniu mojego schorowanego wuja i całego królestwa...- usłyszał donośny, wyniosły głos Hadrina. Podniósł się powoli z kolan, wsłuchując się w słowa brata.- ... i wytłumaczyć wszystko to, co się wydarzyło. Chcę powiedzieć, że mój brat... Ten, którego nazywałem bratem i który zawsze, mimo tego, co uczynił, nim pozostanie... Został już wykluczony z królewskiego rodu. I, choć rozumiem wasz gniew, proszę was również o zrozumienie dla niego... To nie jasność umysłu, nie kalkulacja, a szaleństwo pchnęło go do tego czynu... Gdy tylko go odnajdziemy, dopilnujemy, by to nie powtórzyło się już nigdy więcej...
-O czym ty mówisz...?- szepnął bez zrozumienia Amir.
-Bardzo mu tak dobrze!- usłyszał zachrypnięty, męski głos.- Jednego psa mniej na tym świecie!
-Co tam pan wiesz...- odparł mu pretensjonalny, kobiecy głos.- Nie wolno tak czynić... A nawet gdyby, to nie zabił go kierowany szlachetnymi pobudkami, o nie... Nie słyszał pan...? To był jego... kochanek...- szepnęła wstydliwie.- Obrzydliwe.
Amir stał jak wryty w miejscu, nie mogąc, a może raczej nie chcąc zrozumieć znaczenia tych słów.
-Co wy mówicie... Co wy mówicie...- powtarzał szaleńczo.
Wokół niego panowała absolutna ciemność. Stał pośród niej samotnie, otoczony tylko tymi głosami, które były jedynym, co do niego docierało.
-Potworne to było morderstwo...- westchnęła jakaś staruszka.- Kto by pomyślał, że człowiek jest zdolny do takich czynów... I to jeszcze książę...
-Och, wie pani...- odpowiedział męski głos.- Jak sobie taki ubzdura jakieś demony i inne brednie, to co się później dziwić... Wiadomo było od dawna, że na rozum mu padło...
-Nie, nie, nie...- szeptał nieustannie Amir, rozedrganym głosem, pełen przerażenia.
-Jak mogłeś to zrobić?!- usłyszał gniewny krzyk Elnira.- Jak mogłeś?! Morderco!
-Przestań!- krzyknął przeraźliwie mężczyzna.
-Jak mogłeś?! Potworze! Nazywałeś go swoim przyjacielem!
-Nie zrobiłem tego! Nie zrobiłem tego!- wrzasnął Amir tak głośno, jak tylko potrafił.- Nie zrobiłem! Nie! Nie! Nie! Nie!- krzyczał raz po raz, zagłuszając ten pełen pretensji, pełen rozżalenia głos, czując rozdzierający ból w sercu na myśl, że mogłaby to być prawda.- Nadim! Nadim!- zawołał żałośnie, łkając i wciąż słysząc te same głosy, te same oskarżenia, te same słowa wypowiadane z taką obojętnością, taką wzgardą, jakby nie mógł ich słyszeć.- Przestańcie! Przestańcie natychmiast! DOŚĆ!
Wokół niego panowały nieprzeniknione ciemności. Amir nie wiedział, do kogo krzyczy i nawet nie uznawał za słuszne, aby taki cel odnaleźć. Stał w bezruchu, wrzeszcząc, błagając, by to wszystko się skończyło... A moment później, z jego własnego krzyku uformował się jakiś inny. Okropny, przeszywający wrzask rozdarł na nowo ciszę, płosząc wszystkie pozostałe głosy. Amir zatkał uszy, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Złowieszczy, pełen gniewu dźwięk wdzierał się do jego umysłu, odbierając mu zmysły, doprowadzając do szaleństwa... To było coś więcej niż zwykły krzyk. Coś bolesnego. Przenikającego ciało do głębi, odbierającego resztę nadziei, resztę świadomości, a w zamian pozostawiającego niekończącą się rozpacz i obłęd. Amir nie mógł tego wytrzymać. Padł na kolana, błagając o litość, ale krzyk coraz bardziej przybierał na sile i, z chwili na chwilę, stawał się coraz głośniejszy. W pewnym momencie, zbierając resztki sił, Amir zerwał się na nogi i zaczął gnać przed siebie, nie będąc w stanie zrozumieć, przed czym ucieka. I krzyczał, krzyczał razem z tym okropnym wrzaskiem, który zdawał się dochodzić z głębi niego samego. Biegł na oślep, przedzierając się przez ciemności i, raz po raz, potykając o własne nogi. Nie miał żadnego konkretnego celu. Chciał tylko uciec przed tym potwornym dźwiękiem.
I nagle coś wyłoniło się z mroku. Amir zatrzymał się gwałtownie. Wszystko wokół niego ucichło, a on stał naprzeciw postaci obleczonej gorejącym ogniem. Cofnął się o kilka kroków, ledwie wierząc własnym oczom. Czaszka o pustych oczodołach wpatrywała się w niego. Żuchwa opadła z wolna na dół, a z wnętrza kościstej głowy wypełzł długi, szkarłatny jęzor. Korpus postaci był poraniony, porozdzierane ciało ukazywało nagie kości, obdarte ze skóry nogi stąpały pośród płomieni, zmierzając wprost w stronę Amira.
-Nie!- wrzasnął mężczyzna, dobywając broni.
Kreatura zatrzymała się nagle. Koścista głowa przechyliła się na bok i zaraz z jej szczęk wydobył się przeraźliwy wrzask. Postać ruszyła do niego szybkim krokiem.
Amir krzyknął wściekle i zamachnął się. Kreatura w ostatniej chwili padła na ziemię, umykając od ciosu i bardzo sprawnie czmychnęła do tyłu.
-Nie podchodź!- warknął do potwora Amir.- Nie podchodź, bo cię zabiję!- wycedził przez zęby.
Stwór cofnął się o kilka kroków. A później uniósł pokaleczone dłonie. Znowu zaryczał okropnie. Amir wrzasnął głucho i rzucił się do ataku, pewien tego, że i kreatura go zaatakuje. Ale gdybył juz o krok od potwora, nagle zdał sobie z czegoś sprawę... Uniesione dłonie nie były gestem agresji. Tylko obrony. A ten wrzask...
-Amir...- ten wrzask nie przypominał wrzasku ani trochę i był w istocie ledwie wypowiadanymi z lękiem słowami.- Amir, słyszysz mnie...?
Najpierw zobaczył jego. Nadima. Stojącego na miejscu tego, którego omal przed chwilą nie zabił. Amir pokręcił głową z niedowierzaniem, spoglądając na swojego towarzysza bez zrozumienia. A moment później powróciło wszystko inne. Najpierw szarości, później powoli barwy, z barw formowały się poszczególne kształty, a wzrok mężczyzny stopniowo odzyskiwał ostrość widzenia.
-Już wszystko dobrze, Amir...- starał się go uspokoić potomek wilków, nie podchodząc jednak do trzymającego broń mężczyzny.
Amir chciał coś powiedzieć, ale ledwie cichy jęk wyrwał się z jego warg. Miecz wysunął mu się z dłoni i opadł na podłoże. On sam zachwiał się na nogach, czując się zupełnie pozbawiony sił.
A ledwie sekundę później, runął bezwładnie na ziemię.

Z trudem uchylił ociężałe powieki. Leżał na trawie, okryty kocem i chyba płaszczem albo inną częścią garderoby. Podniósł rękę, odruchowo zsuwając z siebie materiał. Czuł się potwornie zmęczony. Rozejrzał się z wolna i jego wzrok natrafił na widoczne w oddali posągi. Poczuł taki przypływ paniki, że nie zważając na własne wyczerpanie, usiłował podnieść się na nogi, ale czyjeś silne ręce na powrót przycisnęły go do ziemi.
-Nie!- rzucił Amir, wbijając palce w ramiona nachylającego się nad nim kompana.- Nie, nie, nie...- szeptał z przerażeniem, usiłując się wyrwać.
-Już w porządku- odparł łagodnie Nadim, uspokajając go nieco.- W porządku, Amir. Nic się nie dzieje.
Amir odetchnął płytko. Wsłuchując się w kojący głos towarzysza i nie mogąc za nic pozbyć się tego paraliżującego lęku, który zalągł się w jego sercu, na nowo zapadał w płytki sen.

Obudził się ponownie i podniósł powoli na przedramionach. Było jeszcze całkowicie ciemno. Usiadł, a następnie przetarł twarz dłońmi, usiłując odpędzić zmęczenie, które na szczęście obejmowało teraz jedynie ciało, pozostawiając całkowicie przytomnym umysł mężczyzny. Nadima nie było. Amir podkulił kolana i wsparł na nich głowę, odetchnąwszy płytko. Wtem,usłyszał dziwny odgłos. Kolejne dźwięki, które przywodziły mu na myśl uderzanie w ogromne bębny, dochodziły powoli do jego uszu. Zmarszczył brwi i podniósł głowę, rozglądając się dookoła. W pierwszej chwili, w pierwszym racjonalnym wyjaśnieniu, stwierdził, że może jakiś orszak przejeżdża w pobliżu. Ale polana była zupełnie pusta. Jego wzrok spoczął na czarnych posągach. Zadrżał mimowolnie, odwracając go zaraz, nie będąc w stanie patrzeć w tamtą stronę zbyt długo, bez lęku. Miał nadzieję, że gdziekolwiek Nadim podział się tym razem, wróci szybko.
Dźwięki się nasiliły. Przerwa pomiędzy kolejnymi zmniejszyła się. Teraz następowały zaraz po sobie, może,ledwie,z sekundą przerwy. Amir przełknął ślinę, coraz bardziej się denerwując. Rozejrzał się wokół siebie, później dotknął pasa, ale zdał sobie sprawę, że nigdzie w pobliżu nie ma jego broni. Nadim musiał mu ją zabrać. Amir już nie pamiętał kiedy i dlaczego. Uderzenia stawały się coraz bardziej intensywne. Mężczyzna położył się i zacisnął powieki, choć odgłosów, nie dało się ani nie słyszeć, ani ignorować. Miał wrażenie, że ziemia drży pod ich wpływem. Stopniowo zaczęły zmieniać się w jakiś inny dźwięk. Ciągły, donośny pisk, który rozbrzmiał tak głośno, że Amir aż zatkał uszy i krzyknął, nie będąc w stanie tego wytrzymać. Nagle wszystko ucichło. Mężczyzna podniósł się na powrót, spoglądając w stronę głów. I znów rozbrzmiały bębny.
-Niech to szlag...- syknął ze złością, podnosząc się z ziemi i ruszając w tamtym kierunku.
Był przerażony jak diabli, ale nie zamierzał zwlekać dłużej. Doskonale wiedział, że to coś prowokowało go, wzywało do siebie, zmuszało do tego, by wrócił w tamto miejsce. Przyspieszył kroku. Kilka minut później, znalazł się w tym samym miejscu, z którego wczoraj z tak ogromnym popłochem uciekał. Stanął w centrum trójkąta i zaczął rozglądać się kolejno po rzeźbach. Tutaj panowała absolutna cisza. Czekał jednak na to, co usłyszał wczoraj. Na głosy. Imiona. Ale zamiast tego, usłyszał nagle przeciągły pisk. Nie mogąc zlokalizować jego źródła, odwrócił się powoli w stronę tej głowy, która stała tuż za nim. Zaniemówił, widząc, jak jej oczodoły rozjaśniają się szkarłatnym blaskiem. Cofnął się i zaraz zwrócił raz jeszcze w kierunku tych rzeźb, które znajdowały się za nim. Jedna z nich spoglądała na niego kryształowo błękitnymi oczyma. Druga, błyszczącymi zielenią. Grunt zaczął nagle usuwać mu się spod stóp.
Krzyknął, usiłując chwycić się czegoś na oślep. Obejmujące go mocno ramiona zdawały się być na to przygotowane, bo natychmiast chwyciły nadgarstki Amira i przytrzymały jego ręce. Ten szamotał się jeszcze przez chwilę nieprzytomnie, nim zdał sobie sprawę z tego, że było to jakieś złudzenie lub sen. Jęknął głucho, uspokajając się. Potomek wilków oparł głowę na jego ramieniu, nie odzywając się ani słowem.
-Nadim... Nadim...- wydusił przez zaschnięte gardło człowiek.- Daj mi wody...- było to chyba najbardziej składne i zrozumiałe zdanie, jakie dziś z siebie wydusił.
Nadim pokiwał gorliwie głową, sięgając po bukłak. Amir przewrócił się na plecy, nie rozumiejąc, dlaczego wciąż czuje się tak okropnie zmęczony. Znużenie go nie opuszczało, ale powoli zdawało się go opuszczać coś innego – obłęd. To dziwne szaleństwo, którego doświadczył, zbliżając się do tamtych figur. Chociaż obudziwszy się przed momentem, nie był nawet pewien, czy i to nie było jedynie snem. Uniósł z trudem głowę, pijąc i zaraz spojrzał w kierunku rzeźb. Nie. To zdecydowanie nie był sen. Nadim spoglądał na niego z niepokojem, jakby obawiał się jego reakcji. Tym razem jednak człowiek zachował spokój, mimo przerażenia, jakie wzbudzało w nim samo spojrzenie w tamtym kierunku. Skończył pić i zamknął bukłak, po czym położył na powrót głowę na posłaniu.
-Co się tam stało, Amir?- zapytał łagodnie jego kompan.
Człowiek westchnął głęboko i zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć. Najbardziej utkwił mu w głowie sam strach. Okropny, paraliżujący lęk, którego nie dało się w żaden sposób opisać. I to dziwne wrażenie, jakby tracił zmysły, jakby cały świat spowijał mrok, a on był jedynym, który na nim pozostał... Ale teraz zaczynał sobie przypominać również pozostałe elementy tej historii.
-Słyszałem te... te głosy... imiona...- wycharczał.- Dokładnie jak mówił ten chłopak... A później... O bogowie...- jęknął głucho, zakrywając twarz dłońmi.- O bogowie... Omal cię nie zabiłem...- szepnął niemalże z niedowierzaniem, przypominając sobie tamto zdarzenie. To jak usiłował zaatakować Nadima. Nie Nadima. Tego potwora. Potwora, który okazał się być jednak jego kompanem. Co za szaleństwo go do tego skłoniło!- Omal cię nie zabiłem...- powtórzył, nie mogąc zrozumieć, jak do tego doszło.
-Nie byłeś sobą- odpowiedział stanowczo Nadim.
Amir prychnął cicho.
-Też mi różnica...- rzucił z rozgoryczeniem.
Zwłaszcza w obliczu tego, co tak bardzo go przerażało. W obliczu tej myśli, że on mógłby mieć... mógłby być... nosić w sobie demona. Wtedy też nie byłby sobą. A jednak mógłby wyrządzić krzywdę potomkowi wilków. I wielu innym osobom. I jeszcze te głosy... Poczuł jak łzy zbierają się w jego oczach na samo wspomnienie. Rozczarowanie jego wuja. I wyjaśnienia Hadrina. I ci wszyscy ludzie, którzy mówili o nim jak o mordercy. O mordercy Nadima... Eldir i jego wściekłość. Słowa samego Nadima... Słyszał tak potworne rzeczy, że mimo iż zdawały się być jednym z elementów jego chwilowego szaleństwa, trudno było mu przejść nad nimi do porządku dziennego. Przecież wuj nie mógł zareagować w ten sposób na jego rezygnację. Sam był w podobnej sytuacji. Zrozumiałby, prawda...? I Nadim... Nadim na pewno nie zrobiłby mu czegoś podobnego. Nie oszukiwał go przecież. Ale gdyby się okazało, że tak właśnie było... Amir by go nie zabił. Nie byłby w stanie. Prawda...? Nie zrobiłby tego... Nie zrobiłby...? Nawet, gdyby przez to stał się rozczarowaniem dla swojego wuja i sam zrezygnował z miejsca w królewskiej rodzinie...? Nie zrobiłby tego. Mógłby przysiąc, że nie. A jeśli...? A jeśli to wszystko nie miałoby większego sensu? Jeśli ten demon... to wszystko... nie miałoby żadnego znaczenia? Jeśli zmarnowałby tak wiele czasu? I poświęciłby tak wiele dla niego, a on... A co, jeśli był siebie zbyt pewny, a w rzeczywistości mógłby paść ofiarą takiego samego obłędu...?
-Amir...?- Nadim odsunął delikatnie dłonie od jego twarzy.- Czemu w ogóle tam poszedłeś?- zapytał bez zrozumienia.
-Bo... Bo obudziłem się, a ciebie nie było- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna.- Wiem, że obiecywałeś, że tam nie pójdziesz, ale mimo wszystko... Przykro mi, że w ciebie zwątpiłem... Kiedy wstałem, a ciebie nie było obok, doszedłem do wniosku, że musiałeś tam właśnie się udać, więc również tam poszedłem. Ciebie nie było. Usłyszałem te głosy. Chciałem zawrócić, ale wtedy usłyszałem imię...- dopiero teraz Amir dostrzegł zakłopotanie na twarzy potomka wilków. Zakłopotanie i coś na kształt zawstydzenia. Zmarszczył brwi, dopiero moment później uświadamiając sobie, z czego to wynikało.- Ty tam poszedłeś...- rzucił i aż parsknął z niedowierzaniem.- Poszedłeś tam! Ty draniu!
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast Nadim, kręcąc głową.- Chciałem, owszem, ale...
-Obiecywałeś! Zarzekałeś się, że tam nie pójdziesz!
-Tak, ale...
-Ty cholerny draniu!
-Przepraszam!- jęknął głucho potomek wilków, spoglądając na towarzysza z wyraźną skruchą.- Sądziłem, że to może mieć związek z kryształami... I gdy usłyszałem o tym miejscu, doszedłem do wniosku, że lepiej będzie sprawdzić... W końcu już nie raz w takich dziwacznych okolicznościach znajdowaliśmy fragment... A brakuje nam już tylko jednego... Jesteśmy blisko domu i byłem niemalże całkowicie pewien, że on tam będzie... Chciałem cię do tego przekonać... Ale gdy obudziłem się w nocy, doszedłem do wniosku, że najpierw się tam rozejrzę... Poszedłem w tamtą stronę, ale później zwątpiłem, czy dobrze robię... I zawróciłem... Wszedłem do lasu... Nie wiedziałem, że się obudzisz...
-Zawsze się budzę!- warknął z wściekłością mężczyzna.- A ty zawsze ładujesz się w kłopoty! Jakbyś nie mógł chociaż raz... Och, na litość boską!- Nadim położył uszy po sobie i spuścił głowę, pokornie słuchając słów mężczyzny.- Doprowadzasz mnie do szału! Gdybym mógł mieć do ciebie chociaż odrobinę zaufania... Odrobinę zaufania! Ale nie! Ty zawsze wiesz najlepiej! Cholerne duchy w lesie? Musisz sprawdzić, oczywiście! Przeklęte, gadające, doprowadzające do obłędu głowy...? Czemu nie, nic nie jest ci straszne!
-Przepraszam...- rzucił po raz kolejny potomek wilków, wzdychając ciężko.- Naprawdę nie wiedziałem, że dojdzie do czegoś takiego. Chciałem tylko sprawdzić, czy to nie ma nic wspólnego z kryształami.
-Nie- odparł z wściekłością Amir.- Chciałeś sprawdzić, bo słyszałeś, że te dziwaczne rzeźby znają odpowiedź na wszystkie pytania. I dobrze wiem, o co chciałeś zapytać!- dodał gniewnie.- Dobrze wiem, że dręczą cię dokładnie takie same wątpliwości, jak mnie!- syknął, odwracając się na bok, plecami do potomka wilków.
-I... One ci coś powiedziały...?- och, doprawdy, ciekawość Nadima w tych sferach była nie do zaspokojenia!
-A gdyby mi powiedziały...?- Amir spojrzał na potomka wilków przez ramię.- A gdyby powiedziały mi, że mam w sobie demona...? Co byś wtedy zrobił?
-Powiedziałbym, że to kłamstwo- odpowiedział Nadim.- Bo tak ci nie powiedziały... Prawda...?- dopytał niepewnie.
-Prawda...- potwierdził mężczyzna.
Nadim przywarł kurczowo do jego pleców, składając na ramieniu kochanka czuły pocałunek. Amir przymknął powieki i moment później, znów zupełnie opadł z sił, zapadając w sen nieprzynoszący ani ulgi, ani odpoczynku.
Chciał jak najszybciej wydostać się z tego przeklętego miejsca.

Leżał w bezruchu na środku kamiennego trójkąta. Chciał podnieść się natychmiast, ale jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Nie był w stanie choćby drgnąć. Całą siłą, jaka mu pozostała, usiłował zmusić się do tego, by choćby podnieść głowę. Uczynił to z wielkim trudem, ale zaraz znowu został przyciągnięty do zimnego podłoża. Zauważył, że nie znajdował się już na środku polany. Unosił się w ciemnościach. A wokół niego nie było wcale tych cholernych głów. Nie rozumiał, co się dzieje. Wiatr wiał mocno, potęgując odczucie chłodu. W pewnym momencie oczy zaczęły mu łzawić i wszystko, co widział, stało się rozmazane.
Usłyszał przeciągły syk. Najpierw jeden, później kolejny. Zobaczył nad sobą te postaci. Nie rzeźby. Jakby... cienie. Trzy cienie stały dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej te przeklęte głazy. Uformowane miały jedynie głowy. Każdą rozświetlała para błyszczących, kolorowych oczu. Sylwetki stworzeń były niewyraźne, rozmywały się przy każdym większym podmuchu. Te syki... To były wydawane przez postaci dźwięki. Rozmowa.
Stworzenie o szkarłatnych oczach, zbliżyło się do niego. Amir szarpnął się odruchowo, choć nie przyniosło to żadnego rezultatu. Nie był w stanie uciec. Cień nachylił się nad nim. Z mroku uformowała się dłoń, która weszła głęboko w klatkę piersiową mężczyzny. Amir wrzasnął, choć nie czuł bólu. Oczy postaci rozświetliły się jeszcze bardziej.
Ocknął się gwałtownie, gdy całe jego ciało podskoczyło, jak się okazało, wraz z przyczepą, w której się znajdował. Zmarszczył brwi, podrywając się do pozycji siedzącej. Przed sobą widział tamte głowy, które z chwili na chwilę, pozostawały w coraz większej odległości od niego. Obejrzał się za siebie, odrobinę zdezorientowany. Dostrzegł tego chłopaka, który ich tutaj przywiózł i siedzącego obok Nadima. Dyskutowali o czymś spokojnie, nim potomek wilków zdał sobie sprawę z tego, że jego towarzysz się przebudził.
-No wreszcie...- rzucił, uśmiechając się do niego lekko.- Jak się czujesz...?- dodał zaraz niepewnie.
-Dobrze...- odpowiedział Amir, pocierając potylicę, w którą uderzył się przed chwilą. Przeczesał palcami włosy, raz jeszcze spoglądając w stronę rzeźb. Czuł się już dużo lepiej. Zdecydowanie lepiej niż wtedy, w pobliżu tych głazów. Wróciły mu siły.- Nie powinieneś być w mieście...?- zwrócił się niepewnie w stronę Pasca.
Chłopak zaśmiał się serdecznie.
-Ja to mam pecha! Napadli mnie! Dasz wiarę?- zachichotał, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Tuż pod bramami miasta! Tyle czasu jeździłem po bardziej niebezpiecznych terenach, a capnęli mnie akurat tam! Ale wzięli tylko towary... Mnie nic nie zrobili, koniom na szczęście też nie...- stwierdził z wyraźną ulgą Pasco.- I tak sobie myślę, że chyba zajmę się czymś innym... Ojciec miał rację, całe to przewożenie nigdy mi chyba nie było pisane... A skoro i tak nie mam, póki co, z czego spłacić mego pracodawcy... Może wrócę do swojej wioski i zajmę się stadniną...? Tak właśnie sobie myślę...
-Dlaczego wracamy?- Amir spojrzał na swojego kompana bez zrozumienia.
-Poprosiłem Pasca, żeby nam pomógł- wyjaśnił potomek wilków.- Byłeś w kiepskim stanie, chciałem, żeby pomógł nam się dostać do wioski, by ktoś mógł cię obejrzeć... Ale chyba już lepiej...- westchnął z wyraźną ulgą.- Wysiądziemy wcześniej i pójdziemy inną drogą. Naokoło. Sądzę, że tak będzie bezpieczniej.
-Ano!- potwierdził wesoło Pasco.- Mówiłem, żeby nie zbliżać się do tych głów... To wielka nierozwaga, pakować się w sprawy, o których my, zwykli ludzie, nie mamy żadnego pojęcia...
Amir skinął niemrawo głową, znowu kierując swój wzrok w stronę tamtych rzeźb. Były już tak daleko, że ledwie je widział. Spoglądał na nie tak długo, aż wreszcie zupełnie zniknęły mu z oczu. A wtedy usłyszał coś, co sprawiło, że serce zamarło w nim na moment.
-AMIR.
Jego imię rozbrzmiało potężnym, donośnym głosem, który dotarł do niego mimo odległości. Zdezorientowany człowiek spojrzał w stronę towarzyszących mu mężczyzn, ale ci rozmawiali ze sobą beztrosko, jakby niczego nie usłyszeli.
Amir westchnął głęboko i spojrzał w niebo.
Byli blisko domu. I blisko rozwiązania całej tej sprawy. Został im do odnalezienia ostatni odłamek. To, co będzie później, wciąż jednak pozostawało całkowicie niejasne.
Te głowy wypowiadały imiona, tego Amir był pewien.
Imiona wielkich oprawców lub bohaterów, tak z kolei powiedział mu Pasco.
Amir miał nadzieję, że nie było w tym wiele prawdy.
Bo wtedy jego przyszłość byłaby absolutnie jasna.
... Skoro został postawiony w jednym szeregu z Fortisem.

10 komentarzy:

  1. To jest absolutnie najlepszy rozdział Chaosu jaki napisałaś. Totalnie mnie zamurowała końcówka. Po prostu niesamowity rozdział.

    Hiss.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie... ej, no Amir? Bohater czy zbrodniarz?
    Zgadzam się, najlepszy rozdział. Jest tak... tajemniczo! Chciałabym wejsc do twojej głowy i dowiedzieć się jak ta cała historia się skonczy .. no i Wyzwanie. Ehhh nucze się sztuki czytania w myslach i to na odległosć ! strzeż się :)
    Ciekawosc , ciekawosc i tylko to.
    Doprawdy.
    Pomysł swietny , a "rozmowa" z Eldirem.. Nie mogę uwierzyć , mam nadzieję ,że Nadim nigdy by...
    Cóż... pozostaje cierpliwie czekać... albo cóż , już się biorę do nauki ;>
    Pozdrawiam cieplutko , Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń
  3. Um.. Jak mogłaś w takim momencie? Mam mętlik w głowie i nie bardzo wiem co myśleć. Oczywiście mam kilka swoich teorii. I wszystko przekonuje mnie, iż w Amirze rzeczywiście znajduje się ten demon. Boję się, że on zawładnie Amirem i coś złego się stanie. Ale wtedy Nadim mu pomoże prawda? Nie wierzę, aby Nadim traktował człowieka jako odskocznie. Jemu na pewno zależy! No i Amir nie zabiłby go! Na pewno nie! Eh. Mówiłam, że mam mętlik w głowie. Został im jeden kryształ, a pytań przybywa. Kochankowie zamiast odpowiedzi, znajdują kolejną zagadkę. Eh, no cóż. Troszkę szkoda, że rozdział taki krótki, czuję niedosyt xD Zresztą Chaos to moje ukochane opowiadanie i gdybym mogła tobym czytała codziennie i ciągle byłoby mi mało. Nie mogę się doczekać zakończenia, chociaż... Wtedy będę tęsknić za tą parką. Zastanawiam się, w którym momencie to zakończysz i ile pozostało do końca.. Bo mam wrażenie, że to już nie długo (obym się myliła, obym się myliła *trzyma kciuki*)

    To za tydzień Wyzwanie? Jej! Już nie mogę się doczekać ♥ Um wybrałaś już jakie opowiadanie pojawi się po Chaosie? (tak wiem wybiegam w przyszłość)

    Dobra, jako, że nie mogę się zdecydować co napisać, a jak będę dalej pisała to powstanie to jeszcze bardziej pokręcone. Zakończę swój skromny komentarz w tym momencie xD

    Pozdrawiam i życzę dużo weny! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile dobrze policzyłam, będzie to również "Wyzwanie" :).

      Usuń
  4. Anonimowy12:54 PM

    *p* Kocham cię. Kolejny genialny odcinek. Przeraziłam się nie na żarty, gdy "Nadim" mówił, że zabawiał się z Amirem bo nie było tam kobiet D: Serce mnie zabolało! No i ostatnia sytuacja! AMIR?! NO WAY! Czuję, że następny rozdział będzie znaczący. Tyle muszę czekaaać :< No nic. POCZEKAM. Weny życzę i czekam na Johnny'ego <3
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudo. Rozdział czytałam siedząc dzisiaj na przystanku i czekając na autobus i jak zawsze przy czytaniu twoich opowiadań wczuwałam się w rolę bohaterów i aż mi się łzy w oczach zebrały, gdy czytałam rozmowę Nadima z Eldirem.
    Mam nadzieję, że gdy Amir usłyszał swoje imię, oznaczało to, że jest bohaterem, a nie oprawcą, bo właściwie Fortis też był za bohatera uważany... Nie wierzę, żeby Amir potem zrobił coś złego . _ .
    Nie pozwalam na smutne zakończenie!

    Ach... I chyba powinnam częściej komentować, ale zawsze jak próbuję coś napisać, to wychodzi tak jak teraz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy3:08 PM

    Motyw z głowami był po prostu świetny. Już sam ich opis wzbudził we mnie lekki niepokój, a później jak się już rozgadały - brr! Klimatyczne, bardzo w stylu Chaosu.
    Oczywiście, Nadim jest wszystkiemu winny :D Biedny Amir, zawsze ma pod górkę. Strasznie mi go szkoda było, po tym wszystkim - taki spanikowany i zagubiony, a w Nadimie, oparcie w tym momencie miał raczej mierne.
    Obecność Fortisa wśród innych bohaterskich (lub mniej) imion mnie jakoś nie zaskoczyła, ale najbardziej zaciekawiło mnie wymienienie imienia Amira. I to bez Nadima. Mam oczywiście nadzieję, że Amir okaże się tym z worka "bohaterów", a nie "zbrodniarzy", ale brak potomka wilków nieco mnie martwi. Pierwsze skojarzenie jakie się nasuwa o Amirze-bohaterze to pokonanie demona lub coś innego związanego z kryształami. Ale jeśli tak by było, to czy Nadim też nie powinien być wymieniony? Główki-rasistki!
    No chyba, że Amir zostanie bohaterem (lub zbrodniarzem :() z całkiem innych powodów. No cholera, od trzydziestu pięciu rozdziałów tego opowiadania mam wrażenie, że nic nie rozumiem :D
    Swoją drogą z Amira było niezłe ziółko za dzieciaka. "Nie potrzebuję mięczaków w swojej armii" - świetne :) Szczególnie to wspomnienie wydaje się ciekawe, gdy ma się w pamięci z jaką opiekuńczością Amir traktuje brata teraz. Co do reszty wyobrażeń - wow. Nawet sama myśl, że mógłby on kiedykolwiek zrobić krzywdę Nadimowi jest dość ... porażająca.
    Rozdział był naprawdę mocny i w moim odczuciu dość smutny. A może to wizja ich nieuchronnego powrotu tak wpływa na odbiór. W każdym razie to chyba jedna z lepszych części Chaosu.

    Czekam na kolejny rozdział :)

    Virus

    OdpowiedzUsuń
  7. Po tym rozdziale znów mam w głowie same pytania. Co to wszystko znaczyło. Amir zbrodniarz czy też bohater? Mam nadzieję, że to drugie. Musi być wyjaśnienie tego wszystkiego. A to co mówiły mu te głowy mogło być jego odczuciem strachu o jakim sam nie wie. Boi się, że mimo wszystko jest dla Nadima tylko zabawką. I boi się, że rozczaruje wuja swoją decyzją. Noe, nie wiem. Wiem, że jesteśmy coraz bliżej końca podróży i wszystko się wyjaśni, ale teraz tym bardziej chciałabym poznać rozwiązania. Bardziej niż na początku tego opowiadania.

    Weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy4:19 PM

    "-AMIR.
    (...) jego przyszłość byłaby absolutnie jasna.
    ... Skoro został postawiony w jednym szeregu z Fortisem."

    piękne zakończenie, aż nie można doczekać się rozwiązania
    niewiele jest historii budzących w takie napięcie

    pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy2:34 PM

    Silencio, Twoje pomysły jak zwykle są niesamowite :) Opis głów dokładny, sugestywny i.. przerażający. Brr, ciary na plecach.
    Astargot? Jak to nowe opowiadanie, które piszesz? Jak skończę Chaos, to się za nie wezmę!
    Amir.. zbrodniarz czy bohater? Zdecydowanie bohater! Może coś na kształt odkupienia win Fortisa..? A może.. może owszem ma w sobie część demona, ale też ostatni kryształ? Może Amir jest ostatnim kryszałem? Rany, zaleciało Potterem i ostatnim horkruksem :D
    Co do Nadima, to on nie jest tak wyrachowany, by móc zrobić Amirowi takie świństwo jak w tej rozmowie z Eldirem. Nie, Nadim w ogóle nie jest wyrachowany, jest szczery i bezpośredni. I myślę, że będzie miał niemały udział w ostecznej rozgrywce z demonem.
    Alys
    PS. Otworzyłam ostatnio świąteczną gazetę, a tam na pierwszej stronie dodatku widnieje tytuł: Miłość w czasach chaosu :D Jak mi się przyjemnie skojarzyło z Twoim opowiadaniem :D
    A że ŚWięta jeszcze się nie skończyły, to wszystkiego najlepszego, Silencio! I na Nowy Rok też :)

    OdpowiedzUsuń