Strony

piątek, 29 marca 2013

Informacja

Dziś dwa rozdziały: Sunrise i Edmund .

Później oczywiście "Chaos", później "Wyzwanie", a dalej jeszcze nie wiem.

25. Kłótnia i zgoda [Sunrise]

Od tamtego zdarzenia z Ricky’m, minął ponad tydzień. Amadeusz, tak jak się spodziewałem, wrócił kolejnego dnia. Jak zwykle był wściekły i jak zwykle się pokłóciliśmy, jak zwykle też, nie udało nam się dojść do porozumienia. Na koniec po prostu wymusił na mnie obietnicę, że nie spotkam się z Ricky’m, nie będę się z nim kontaktował, a jeśli cokolwiek będzie nie w porządku, natychmiast dam mu znać. Zgodziłem się dla świętego spokoju, bo naprawdę nie chciałem się już z nim spierać i tłumaczyć po raz tysięczny tych samych, dla mnie zupełnie oczywistych, spraw. Między nami nie było dobrze. Nie od tamtego wydarzenia, co jasne, było kiepsko już wcześniej, ale po tym wszystkim, sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła i skomplikowała. Zazwyczaj po sporach obaj dążyliśmy do tego, by jakoś to wszystko naprawić. Amadeusz często unosił się dumą, więc to ja, jako strona „uległa”, starałem się wszystko wyprostować. Czasem bywało odwrotnie. Czasem to ja się denerwowałem, a on łagodniał nagle i bardzo urokliwie, choć niezbyt empatycznie, a więc zupełnie w swoim stylu, starał się mnie udobruchać, zaczynając od pieszczot i dążąc oczywiście do tego, na czym zależało mu w naszej relacji najbardziej. Ale nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Lubiłem go takiego. Teraz jednak, żaden z nas nie dążył do porozumienia. Rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Rzadziej też się widywaliśmy. Ja zacząłem chodzić do szkoły z większą częstotliwością, chyba po to, by nie siedzieć w mieszkaniu ze snującym się dookoła z ponurą miną demonem. On znikał gdzieś w trakcie dnia i najwyraźniej znowu zaczął mnie obserwować, bo czasem zauważałem go gdzieś w trakcie lekcji, gdy rozmawiałem z przyjaciółmi czy wracałem do domu. Wiedziałem, że robi to z troski, a on wiedział doskonale, co o tym wszystkim myślę. Nie pierwszy już raz nie liczył się z moim zdaniem, a ja byłem na tyle znużony tym wszystkim, że nawet nie miałem ochoty o tym dyskutować. Chciał mnie sprawdzać…? Proszę bardzo.
Zaczynałem czuć się przy nim naprawdę źle. Cała atmosfera, jaka się między nami wytworzyła, to nieprzyjemne napięcie, jakby lada chwila miało dojść do konfliktu, wszystko to mnie drażniło i irytowało. Sprawiało, że unikałem konfrontacji i właściwie wolałem uciec od wszystkiego. Częściej widywałem się z przyjaciółmi. Wychodziłem gdzieś pod różnymi pretekstami, byle tylko powłóczyć się po parku czy obejść kilka razy blok i odetchnąć świeżym powietrzem. Ktoś, kto patrzyłby na naszą sytuację z zewnątrz, mógłby pomyśleć, że zaczynałem się odkochiwać. Ale to nieprawda. Czułem do Amadeusza dokładnie to samo, co wcześniej. Naprawdę byłem w nim zakochany. Ale coraz częściej nie mogłem pozbyć się myśli, że to uczucie nie przyniesie mi nic dobrego. Nie chodziło tylko o rozczarowanie związane z tym, że demon go nie odwzajemniał. Miałem wrażenie, że do siebie nie pasujemy. Że po tym, jak odszedłem od Ricky’ego, znowu wpakowałem się w bardzo niebezpieczną relację. Tym razem niebezpieczną pod zupełnie innym względem. Nie bałem się, że Amadeusz mógłby mi cokolwiek zrobić. Na pewno nie celowo. Ale te wszystkie kłótnie mnie dołowały i zniechęcały. Dni pełne milczenia sprawiały, że zastanawiałem się nad tym, jaki to wszystko ma sens. On jest demonem. Ja człowiekiem. To, co nas łączyło, było tak naprawdę bardzo nietrwałe i kruche. Naprawdę mi na nim zależało. Jemu na mnie też, byłem tego pewien, ale w zupełnie inny sposób. Ja miałem wybór. O ile można mówić o wyborze, gdy któregoś dnia, w twoim mieszkaniu, pojawia się bardzo natrętny współlokator. Tak czy inaczej, mogłem go zignorować, odepchnąć od siebie i być z kimkolwiek innym. On wyboru nie miał. Byłem jedynym człowiekiem, jakiego spotkał, który go widział. To nie były głębokie uczucia, to była fascynacja połączona z czymś na kształt przekonania, że ma mnie na własność.
Amadeusz nie był moim głównym problemem, ale na pewno nie stanowił dla mnie odpowiedniego wsparcia. Ricky już się nie pojawił, choć byłem tym szczerze zdumiony. Wydawało mi się, że natychmiast przyjdzie ponownie. Zaniepokojony, zapytałem nawet Amadeusza, czy ma z tym coś wspólnego, a on zareagował równie impulsywnie jak i tamtego dnia, zarzucając mi, że troszczę się o kogoś, kto mnie krzywdził. Nie rozumiał, że nie o troskę tu chodziło. Tak czy inaczej, Ricky chyba miał się dobrze, bo nie zrezygnował. Znowu znajdowałem te wiadomości w swojej skrzynce. Katy mówiła mi, że natknęła się na jednego z jego kumpli i zachowywał się wobec niej bardzo wulgarnie. Któregoś dnia, gdy szedłem do szkoły, ktoś wpadł na mnie z impetem, potrącił i przewrócił na ziemię, po czym pobiegł dalej, nawet się nie oglądając. Nie widziałem kto to, miał na sobie kaptur, ale na pewno nie był to Ricky. I właściwie, mógłby to być ktokolwiek. Ktoś, kto zrobił to przez przypadek, kto naprawdę się spieszył, kto nie zauważył… A jednak ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi i długi czas nie mogłem przestać o tym myśleć. To nie tak, że zaczynałem się bać, choć trudno było nie odczuwać strachu. Chodziło raczej o autentyczne zmęczenie całą sytuacją. Wiem, że to głupota, ale gdybym miał pieniądze i rzeczywiście byłoby mnie na to stać, chyba zapłaciłbym mu nawet dla chwili świętego spokoju. Ta sprawa nie dawała mi żyć. Nie mogłem spać. Źle się czułem. Nieustannie się nad tym zastanawiałem. Nie chodziło już o samego Ricky’ego i jego żądania wobec mnie. Nawet nie o niepokój, że jest zdolny posunąć się do czegoś więcej. Do tych obaw dołączyły bowiem nowe. A co, jeśli Ricky pojawi się tu znowu? Co, jeśli tym razem, Amadeusz w swojej gwałtowności, uczyni coś, co będzie miało znacznie gorsze skutki? Przecież ostatnim razem mógł go zabić. Demon tego nie rozumiał. Nie było mi żal byłego chłopaka. Po prostu nie chciałem mieć problemów. A przede wszystkim, nie chciałem być przyczyną jakiejś tragedii.
Siedziałem w szkolnej stołówce, razem z Jenną i Jackiem. Katy zaliczała jakiś sprawdzian. Ja nawet się nie trudziłem, dobrze wiedziałem, że nie zdam. Do szkoły chodziłem właściwie dla towarzystwa moich przyjaciół i po to, by wyrwać się z domu. Nie starałem się nawet o poprawienie ocen, nie dopytywałem nauczycieli, czy mogę cokolwiek poprawiać. Było mi głupio, gdy Jenna w moim imieniu usiłowała coś załatwić, najwyraźniej sądząc, że w ten sposób skłoni mnie do zmiany nastawienia. Ale ja byłem zrezygnowany. Zniechęcony. Nie miałem ochoty zupełnie na nic, a szkoła przestała być jakimkolwiek priorytetem. Nie wiedziałem nawet, czy w ogóle będę powtarzał klasę, czy zrezygnuję z dalszej nauki, gdy tylko skończę osiemnaście lat.
-Josh, ile ostatnio schudłeś…?- zapytała Jenna, przyglądając mi się z uwagą.- Pięć, sześć kilo…?- oceniła na oko. Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się niepewnie.- Nie wyglądasz dobrze…
-Ale czuję się dobrze- odpowiedziałem, starając się brzmieć jak najbardziej swobodnie, choć nie było w tym nic prawdziwego. Tęskniłem za momentem, w którym mogłem to powiedzieć z całą odpowiedzialnością. To było wtedy, gdy między mną i Amadeuszem było dobrze. Naprawdę dobrze. Owszem, zawsze się o coś kłóciliśmy. Ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej wykrzykiwał, że kogoś zabije przez zazdrość o mnie. Ani żeby zarzucał mi zdradę.
-Uważam, że naprawdę powinieneś spróbować raz jeszcze podejść do egzaminu z matematyki- powiedziała Jenna, która już od kilku dni wyraźnie nie mogła się powstrzymać, by nie próbować wpłynąć jakoś na zmianę podjętej przeze mnie decyzji. Jack zerknął na nią ostrzegawczo, ale kontynuowała- Serio, Josh. Nic nie jest jeszcze stracone! Mogę ci przecież pomóc w nauce… To wcale nie jest takie trudne… Wiem, że Worner cały czas się ciebie czepia, ale…
-Nie sądzę, żeby to cokolwiek dało…- odpowiedziałem spokojnie.- Nie tylko Worner mówi, że mnie obleje…
-No tak, ale nauczyciele zmieniliby zdanie, gdyby zobaczyli, że się starasz!- usiłowała mnie przekonać dziewczyna.- Nie wszyscy są tacy złośliwi jak ona, zresztą, gdybyś tylko chciał, poradziłbyś sobie i z Worner! Serio, Josh, postaraj się! Lepiej skończyć z jedną poprawką niż powtarzać rok…
-Nie wiem, czy będę go powtarzał- odparłem szczerze, a Jenna dosłownie osłupiała.- To chyba nie jest szkoła dla mnie…- dodałem cicho.
-Mówisz serio?- zdziwił się Jack. Skinąłem głową.- No… Ale przecież… No, do tej pory dawałeś sobie radę, nie?
-Właśnie!- podchwyciła natychmiast Jenna.- Zaliczyłeś pierwszy semestr bez najmniejszego problemu, no, może nie licząc fizyki, ale i z tym dałeś sobie radę! Ten semestr też zacząłeś dobrze. Dopiero później coś się zmieniło. Wiem, że chodzi o tego uciążliwego debila, który cały czas cię oszukiwał… Wiem, że on ciągle nie chce dać ci spokoju…
-Mówiłem ci, że sobie odpuścił…- przypomniałem swoje własne kłamstwo.
-Tak, a Katy z kolei mówiła mi, że jego koleś się do niej doczepił!- odpowiedziała Jenna, spoglądając na mnie z politowaniem.- Nie musisz mnie okłamywać, Josh. Mówiłam ci już, że powinieneś coś z tym zrobić… I naprawdę, proszę cię, nie olewaj szkoły! Co będziesz robił, jeśli nie zdasz liceum…? Przecież nie pójdziesz na żadne studia ani nawet do policealnej szkoły! Gdzie chcesz pracować bez podstawowego wykształcenia…?
Nie wiedziałem. Naprawdę się nad tym nie zastanawiałem, nie miałem do tego głowy. Nie miałem też pojęcia, co odpowiedzieć. Już od momentu pojawienia się Amadeusza, moi przyjaciele przestali mieć pełną wiedzę na temat tego, co dzieje się w moim życiu. Później doszły jeszcze inne kłamstwa. Chciałbym wyjaśnić im wszystko i sprawić, by choćby częściowo zrozumieli motywy mojego postępowania, ale nie mogłem.
-Jenna, daj już spokój…- burknął Jack, zerkając na mnie ukradkiem.
-No co? Przecież mam rację!- obruszyła się dziewczyna.- Josh zmarnuje sobie życie, chcesz na to pozwolić?!
-Niekoniecznie, przecież są ludzie, którzy nie skończyli szkoły, a radzą sobie bardzo dobrze…
-Och, świetnie! Na co czekasz? Jeszcze bardziej upewnij go w przekonaniu, że wcale nie popełnia błędu, chcąc rzucić szkołę! Nie rozumiesz, że to pojedyncze przypadki…? Żeby do czegoś dojść, trzeba mieć chociaż minimum wiedzy! Podstawowe wykształcenie to… to… to podstawa! Josh będzie tego naprawdę żałował, jeśli nie teraz, to za kilka lat! A my jesteśmy jego przyjaciółmi…
-Więc powinniśmy uszanować jego decyzję.
-Głupią decyzję?!
Milczałem, przysłuchując się kłótni przyjaciół. Dobrze wiedziałem, że Jenna ma rację, ale nie mogłem teraz myśleć o swojej przyszłości, skoro głowę zaprzątały mi niemal wyłącznie bieżące sprawy. Wiedziałem, że nawet gdybym chciał, nie udałoby mi się nadrobić całego tego materiału. Wiedziałem też, że nie znalazłbym w sobie odpowiednio dużo motywacji, by choćby spróbować. Wstałem nagle z miejsca, biorąc swój plecak. Przyjaciele przestali się spierać i spojrzeli na mnie z zaskoczeniem.
-A ty dokąd…?- rzuciła Jenna.
-Do domu.
-Ale mamy jeszcze trzy lekcje!- parsknęła dziewczyna.
Uśmiechnąłem się niemrawo.
-I tak nikt się mnie na nich nie spodziewa…- odpowiedziałem cicho, po czym narzuciłem plecach na ramię i ruszyłem do wyjścia ze stołówki.
-Widzisz…?- dotarł jeszcze do mnie oskarżycielski głos Jacka.- Twoja wina!
A może wszystko było wyłącznie moją winą…? Olewałem przyjaciół, odkąd pojawił się Amadeusz. Wcześniej bez problemu godziłem swój związek z Ricky’m i relacje z moją paczką. Później naprawdę ich zaniedbałem, chociaż oni ciągle przy mnie byli i troszczyli się o mnie. Oczekiwałem od demona rzeczy, których nie powinienem od niego oczekiwać. Wyznałem mu swoje uczucia i może popełniłem błąd, może powiedziałem o kilka słów za dużo, stawiając go w bardzo niezręcznej i nietypowej sytuacji. I nie mogłem poradzić sobie z Ricky’m, choć przecież nie jestem damą w opresji, a mężczyzną! Wstydziłem się iść na policję, a sam nie miałem odwagi, by raz na zawsze załatwić tą sprawę… Nikt inny prócz mnie nie ponosił winy za moją naiwność i tchórzostwo.
Wyszedłem poza teren szkoły i ruszyłem chodnikiem w kierunku swojego domu. Nagle zatrzymałem się, jak wmurowany. Kilkanaście metrów dalej, tuż przede mną, stał Ricky. Z początku byłem przekonany, że mam jakieś zwidy albo po prostu mi się wydaje. Przerażony tamtą sytuacją, nie raz już „widziałem” go gdzieś na ulicy, a gdy przechodziłem obok, okazywało się, że to ktoś, kto czasem nawet nie był do niego podobny. Teraz jednak się nie myliłem. To był mój dawny chłopak. Uśmiechnął się na mój widok paskudnie i ruszył w moją stronę. Niewiele myśląc, przeszedłem przez ulicę, choć w tym miejscu nie było pasów. Akurat nic nie jechało. Zrobił dokładnie to samo. Przystanąłem znowu, nie mając zbytnich możliwości, by przed nim uciec. Mogłem powtórzyć to, co przed chwilą, ale i on zapewne podążyłby za mną. Podobnie byłoby, gdybym odwrócił się i próbował odejść w inną stronę. Szedł w moim kierunku. Gdy trochę się do mnie zbliżył, zauważyłem, że prawą rękę ma obandażowaną i zawieszoną na temblaku. Na czole, po tej samej stronie, miał mały plaster, a kość policzkowa była wyraźnie opuchnięta. Od razu przypomniało mi się zdarzenie, do którego doszło gdy widzieliśmy się ostatnim razem. Miałem szczerą nadzieję, że Amadeusza nie ma tym razem gdzieś w pobliżu. Demon tego nie rozumiał, ale to ja mogłem mieć poważne kłopoty. Gdy twój były chłopak zostaje nagle zrzucony ze schodów, podczas rozmowy z tobą, a jedynym, który jest tam fizycznie obecny, jesteś ty sam, to raczej trudno się wytłumaczyć i upierać, że to absolutnie nie twoja wina.
-Cześć, Josh…- rzucił swobodnie Ricky, zatrzymując się tuż przy mnie. Poruszyłem się niespokojnie i zerknąłem na niego przez moment, po czym odwróciłem wzrok, nie odpowiadając.- Co za miłe, przypadkowe spotkanie…
-Nie ma w nim nic miłego- odpowiedziałem, siląc się na chłód, chociaż mój głos zdradzał jedynie zdenerwowanie całą sytuacją.
-Wiesz… Pamiętam jeszcze czasy, gdy byłeś zachwycony, gdy czekałem na ciebie kilka godzin pod szkołą…- przypomniał złośliwie.
-To było zanim okazałeś się draniem i naciągaczem- odparłem krótko.
-Wszystko byłoby w porządku, Josh, gdybyś nie mieszał nosa w nie swoje sprawy… Było nam ze sobą dobrze, a ty byś nie zbiedniał, gdybyś sypnął kasą…- powiedział zwyczajowo. Parsknąłem cicho. Rozbrajała mnie jego argumentacja. Jasne, on przecież nie zrobił absolutnie nic złego! Wcale nie próbował wyłudzić ode mnie pieniędzy, to ja, jego zły chłopak, popsułem wszystko między nami, bo byłem rzekomo dociekliwy. Chociaż tak naprawdę, to też było zasługą Amadeusza.- Zresztą, mogłeś to tak zostawić, ale nie. Ty musiałeś wszystkim rozgłosić, jaki to jesteś biedny i skrzywdzony… Przez ciebie, mój złoty interes się posypał. To chyba nic dziwnego, że żądam rekompensaty, nie…? I lepiej dobrze się zastanów nad kolejną odmową… Mam coraz większe problemy i nie mam za co zapłacić czynszu… Robię się coraz bardziej zdesperowany…- stwierdził z podłym uśmiechem.
Nie mogłem uwierzyć, że ktokolwiek może być tak bezczelny. Ale najbardziej dziwiłem się temu, jak w ogóle mogłem spotykać się z takim człowiekiem. Naprawdę byłem aż tak ślepy? Przecież byłem w nim zakochany po uszy! Gotów byłem bronić go bez względu na wszystko… Mówić, jaki to jest szczery, czarujący, miły, że nie byłby zdolny mnie oszukiwać… Teraz ciężko było mi się pogodzić ze swoją własną naiwnością. Co za głupiec ze mnie!
-Może trzeba było zacząć od takiej argumentacji, a nie gróźb…- zasugerowałem chłodno.-Wtedy zastanowiłbym się chociaż nad tym, czy ci pomagać.
Ricky zaśmiał się głośno.
-Nie chcę pożyczki ani pomocy charytatywnej…- odparł z rozbrajającą szczerością.
-Nie. Chcesz łatwej kasy od naiwnego, zakochanego w tobie frajera- odpowiedziałem niemal z bólem, przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno, doskonale wpisywałem się w ten opis.
Mój były wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać.
-Teraz wystarczy mi kasa od ciebie.
-Powiedziałem ci już, że nic nie dostaniesz!- rzuciłem z całą stanowczością, jaką byłem z siebie w stanie wydobyć.- Chcesz pieniędzy? Więc je sobie zarób! Czy zdobądź, jak wolisz, ale w jakiś uczciwy sposób! Nawet łatwy, niech będzie! Jestem bardzo zdziwiony, że w swojej bezczelności, jeszcze mnie za to nie pozwałeś…- prychnąłem, wskazując na jego zabandażowaną rękę.- Ale wiesz co…? To przynajmniej nosiłoby ZNAMIONA uczciwości!
-Kto zepchnął mnie wtedy ze schodów…?- zapytał Ricky, wyraźnie zaciekawiony.
Pokręciłem jedynie głową i usiłowałem go wyminąć, ale chwycił mnie za ramię i przyciągnął z powrotem do siebie.
-Twój chłoptaś…?
-To byłem ja- skłamałem.
-Nie, nie, nie…- rzucił Ricky, wciąż nie chcąc mnie puścić.- Na pewno nie. To był ktoś inny. Nie zauważyłem kto, bo patrzyłem na ciebie przez cały ten czas… Wciąż jesteś całkiem niezły, Josh…- mruknął, przysuwając się do mnie bliżej.
Wyrwałem się z jego uścisku i odsunąłem natychmiast.
-Odchrzań się ode mnie- warknąłem. Znów próbowałem go wyminąć, ale przesunął się, zagradzając mi drogę.
-Kto to jest Amadeusz…?- zapytał nagle.
Na moment mnie zamurowało. Spojrzałem na niego ze zdumieniem.
-Że co…?- wydusiłem z siebie.
-Amadeusz. Kto to taki?
-Nie mam pojęcia.
-Nie kłam- Ricky parsknął cicho.- Słyszałem, jak krzyknąłeś to imię po tym jak spadłem… To on mnie zepchnął. Proszę, proszę, Josh znalazł sobie faceta… Chętnie wpadnę do twojego mieszkanka raz jeszcze, może podczas twojej nieobecności… Może z kumplami…
-Daj mi spokój!
-Dobrze wiesz, co możesz zrobić, żeby pozbyć się mnie raz na zawsze…
-Chyba na jakiś czas!- parsknąłem, nie mając najmniejszych wątpliwości, że nie skończyłoby się na jednej zapłacie. Nie zamierzałem dać się wciągnąć w coś takiego, zresztą naprawdę nie miałem pieniędzy! Rodzice płacili za szkołę i za mieszkanie, mi przesyłali akurat tyle, żeby starczyło na przeżycie, a czasem i tak było kiepsko i brakowało mi pod koniec miesiąca. Nie miałem szans prosić ich o większe sumy, zwłaszcza teraz, gdy narobiłem sobie problemów w szkole i miałem nie zdać.- Zresztą… Posłuchaj mnie uważnie…- zacząłem, drżącym z nerwów głosem. Ricky zachichotał złośliwie, spoglądając na mnie z uwagą.- Powiedziałem ci to raz i powtórzę raz jeszcze. Nie dostaniesz ode mnie ani pensa. Możesz powtarzać te swoje groźby, próbować ode mnie wyłudzić kasę, ale prawda jest taka, że nie stać cię na nic więcej… To tylko twoje słowa. Zaczepiasz mnie i moich przyjaciół, nachodzisz mnie w domu, wydzwaniasz do Jenny, nasyłasz swoich kumpli, żeby mnie śledzili… Sądzisz, że się przestraszę?- rzuciłem z wymuszonym uśmiechem, choć w rzeczywistości, naprawdę się tego obawiałem.- Nie boję się ciebie. Już nie.
-Ta twoja denerwująca przyjaciółeczka… Ta Jenna…- zaczął Ricky z udawanym zamyśleniem.- Pewnie czasem wraca sama wieczorem z jakichś zajęć czy od koleżanki… Głupio by było, żeby natknęła się na mnie albo moich kolegów… Ale skoro jesteś pewien, że nie stanie się jej nic złego…
-Tak!- warknąłem gwałtownie w odpowiedzi. Ricky zdumiał się wyraźnie.- Tak, jestem pewien! Wiesz dlaczego? Bo mam już dość tych twoich gierek! Zbyt długo się z tobą męczyłem! Jeszcze dziś pójdę na policję i powiem im o wszystkim! Złożę na ciebie zawiadomienie… Mówiłeś, że już masz z nimi jakieś kłopoty…?- dodałem w teatralnym zamyśleniu.- Szkoda byłoby, być miał kolejne…- podsumowałem dokładnie takim samym tonem, jak i on, gdy zwracał się do mnie i mi groził.
Nie miałem takiego zamiaru. Wciąż przecież brakowało mi jakichkolwiek dowodów, wciąż cała sprawa była strasznie wstydliwa, ale Ricky chyba potraktował moje słowa poważnie, bo uśmiech zniknął na moment z jego twarzy.
-Nikt ci nie uwierzy w takie bajki…- stwierdził wreszcie.
-Wystarczy mi nasza ostatnia rozmowa przez telefon… No co tak patrzysz? Wszystko nagrałem- odparłem stanowczo, choć i to, oczywiście, było kłamstwem. On jednak nie mógł o tym wiedzieć.- Nie chciałem sobie robić dodatkowych kłopotów, sądziłem, że naprawdę się w końcu odczepisz, ale stało się inaczej, więc wkrótce zobaczysz…
Ricky wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę z wyraźnym poirytowaniem.
-Nic nie masz. Blefujesz- parsknął w końcu, choć jak na dłoni widać było, że nie ma co do tego pewności i najwyraźniej się obawia.
-Skoro jesteś tego taki pewien, to się przekonajmy…- odpowiedziałem z uśmiechem.
-Jesteś na to za głupi, Josh. Gdybyś rzeczywiście miał jakieś nagranie, poszedłbyś na policję już wcześniej…
-Przekonajmy się- powtórzyłem chłodno.
Ricky przysunął się do mnie.
-Jeśli na mnie doniesiesz…- zaczął szeptem.- Jeśli narobisz mi dodatkowych kłopotów… Zobaczysz, do czego naprawdę jestem zdolny.
-Nie boję się ciebie- odparłem twardo, choć nie było w tym nic prawdziwego.- Powiedziałem ci już raz, że jeśli zrobisz cokolwiek moim przyjaciołom lub mnie, stanie ci się coś bardzo złego!- dodałem i w tym akurat, nie było żadnego kłamstwa. Zwłaszcza po tamtej sytuacji i mojej rozmowie z demonem przekonałem się, że Amadeusz jest zdolny do naprawdę okrutnych rzeczy. I ja też byłbym do nich zdolny, gdyby Ricky odważył się zrobić cokolwiek moim bliskim.
-Ciekawe co…- zaśmiał się na te słowa chłopak.- Twój nowy znowu zepchnie mnie ze schodów…? Chyba trochę brakowało mu odwagi, skoro nawet nie stanął ze mną twarzą w twarz…
-Nie ma żadnego „nowego”! To ja cię zepchnąłem!
-Ta…- Ricky przewrócił oczyma, uśmiechając się pobłażliwie.- Chciałbym to zobaczyć, serio… Uśmiałbym się jak nigdy! Ale ty nie jesteś zdolny do czegoś takiego… Zresztą, pewnie nadal ci się podobam…- dodał bezczelnie.
-Brzydzę się tobą- odparłem zgodnie z prawdą, co nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.- I możesz wierzyć lub nie, ale tak, to byłem ja!
-Strasznie mi się taki podobasz, Josh…- przysunął się do mnie na powrót.- Może ciebie też jeszcze odwiedzę…?
Zamachnąłem się i z całej siły uderzyłem go z pięści w twarz. To było zaskoczenie nie tylko dla Ricky’ego, który zachwiał się gwałtownie i nie spodziewając takiego ciosu, upadł na ziemię. Dla mnie również. Zrobiłem to raczej odruchowo niż z namysłu. Rozejrzałem się nerwowo dookoła, ale ulice były właściwie puste.
-Co ty kurwa wyrabiasz?!- warknął Ricky, który miał wyraźne problemy z podniesieniem się z ziemi, ze względu na niesprawną rękę.
Ani myślałem, żeby mu pomagać.
-Jestem zdolny do rzeczy, o których nawet nie masz pojęcia…- powiedziałem, drżącym od emocji głosem.- A jeśli jeszcze raz pojawisz się w moim mieszkaniu, spotka cię coś znacznie gorszego niż wtedy! To nie jest groźba, Ricky…- dodałem poważnie.- To ostrzeżenie. Nie zbliżaj się do mnie już nigdy więcej.

Wróciłem do domu. Wszedłem do mieszkania i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Oparłem się o nie, oddychając głęboko i starając  uspokoić, bo po spotkaniu z Ricky’m wciąż targały mną emocje. Nadal nie mogłem uwierzyć, że go uderzyłem. To zresztą stanowiło chyba najlepszy dowód na to, jak bardzo wyprowadził mnie z równowagi. Dlaczego zawsze musiał pojawiać się w najmniej odpowiedniej chwili…? Dlaczego nie chciał dać mi spokoju? Przez niego wszystko komplikowało się jeszcze bardziej, a nie był moim jedynym problemem. Torba wymsknęła mi się z dłoni i upadła na posadzkę. Również osunąłem się na nią, czując, że brakuje mi sił. Podkuliłem nogi i wsunąłem palce we włosy, czując się strasznie zagubiony. Chciałem naiwnie wierzyć, że Ricky już się nie pojawi i że zrozumiał to ostrzeżenie. Ale ta nadzieja już nie raz okazywała się złudna. Zawsze wracał. Dawał mi chwilę oddechu, moment, w którym wydawało mi się, że wreszcie dał mi spokój i mogę o nim zapomnieć, a później pojawiał się jak gdyby nigdy nic. Co jeszcze mogłem zrobić, żeby odczepił się raz na zawsze? Zapłacić mu? To przyniosłoby odwrotny skutek. Pójść na policję? Świetnie, ale z czym? Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, jakby mnie tam potraktowali, gdybym opowiadał o moim byłym facecie, który próbuje wyłudzić ode mnie pieniądze, który mi grozi, podczas gdy ja zachowuję się jak nastolatka, nie umiejąca sobie z tym wszystkim poradzić. Zresztą teraz, dzięki Amadeuszowi, Ricky miał dobry argument w ręce. W każdej chwili mógł się powołać na tamto zdarzenie i twierdzić, że zrobiłem mu krzywdę. Albo, co gorsza, oskarżyć o to Amadeusza. Nie widział go, ale słyszał jak o nim mówię i to mogłoby wystarczyć. Co, jeśli policja zaczęłaby o niego dopytywać? Jeśli zaczęliby próbować ustalić kto to taki, jeśli kręciliby się wokół mnie, zadawali niewygodne pytania, a ja w końcu powiedziałbym coś głupiego, co postawiłoby mnie w bardzo złej sytuacji? Zresztą, najbardziej zdenerwowałem się właśnie wtedy, gdy Ricky wypowiedział imię demona. Sam nie wiem dlaczego. Przecież nigdy nie zobaczy Amadeusza, nie podejdzie do niego, niczego mu nie powie, nie skrzywdzi go, nie zrealizuje swoich gróźb… Ale sama świadomość, że o nim wiedział, wprawiła mnie w coś na kształt paniki. Wszystko wymykało mi się z rąk, traciłem kontrolę. Ricky wiedział o Amadeuszu i zapewne będzie chciał się dowiedzieć, kto to taki. Moi przyjaciele wiedzieli o nim te kłamstwa, które wymyśliłem na poczekaniu, ale już coraz częściej nalegali, żebym z nim gdzieś przyszedł albo chociaż im go przedstawił. Najwygodniej byłoby znów skłamać i powiedzieć, że się rozstaliśmy, ale wtedy z kolei, nie mógłbym im już wytłumaczyć tego, dlaczego tak rzadko się widujemy. Tak czy inaczej, moje życie z demonem komplikowało się coraz bardziej. A najbardziej komplikował je sam Amadeusz, który zamiast pomagać mi czy chociaż mnie wspierać, piętrzył problemy i zachowywał się raczej jak gniewny policjant, uparłszy się na to, by sprawdzać mnie na każdym kroku, a w domu okazywać mi zupełną obojętność. Czułem się coraz gorzej.
Poczułem łzy pod powiekami. Pociągnąłem nosem, starając się z całych sił powstrzymać od płaczu, ale z każdą jedną chwilą, każdą jedną myślą, było coraz gorzej. Popłakałem się i to było chyba najlepszym dowodem na to, jak bardzo słaby i żałosny byłem. Nie mogłem sobie poradzić z tymi wszystkimi sytuacjami i kłopotami, które sam ściągnąłem na swoją drogę. I już naprawdę nie wiedziałem, co mam robić i na czym się koncentrować. Miałem szkołę, którą kompletnie zawaliłem. Przyjaciół, których nie traktowałem tak, jak należy. Byłego chłopaka, który nie dość, że najpierw perfidnie mnie wykorzystał, to próbował to czynić nadal po naszym zerwaniu. I wreszcie Amadeusza, który w swojej zazdrości nie znał umiaru, a ja nie byłem pewien, czy jeszcze znam jego.
Łzy spływały mi po policzkach. Załkałem cicho, czując się kompletnie bezsilny. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś przede mną stoi. Podniosłem powoli wzrok. To był demon. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem jak zareagować. Nie spodziewałem się go tutaj o tej porze. Amadeusz zaś, na pewno nie spodziewał się mnie w takim stanie. Przez moment nie ruszał się i nic nie mógł, tylko na mnie patrząc, by wreszcie zapytać cicho:
-Co się stało?
Nie odpowiedziałem. Przetarłem twarz, starając się doprowadzić do porządku, ale łzy wciąż wracały. Nie byłem nawet świadom, że jestem tak bardzo rozbity i słaby.
Amadeusz klęknął przy mnie. Patrzył na mnie z troską i jednocześnie tak, jakby kompletnie nie miał pojęcia, w jaki sposób ma zareagować.
-Ktoś cię skrzywdził…?- zapytał z poważnym zaniepokojeniem.
Pokręciłem głową, parsknąwszy cicho. Wciąż zdumiewało mnie to, że mógł jednego dnia patrzeć na mnie spode łba, nie zamienić ze mną słowa, czy w ogóle unikać, a drugiego szukać porozumienia i zwracać się do mnie jak gdyby nigdy nic.
-Jesteś cały…?- rzucił, przysuwając się i przyglądając mi się z uwagą, jakby naprawdę sądził, że coś mi się stało.
W pierwszej chwili wcale nie zamierzałem tego robić, ale nie wytrzymałem. Objąłem go mocno wokół szyi, wtulając się w niego. Jednak zamiast opanować emocje, płakałem jeszcze bardziej. Amadeusz pomógł mi się podnieść. Poprowadził mnie powoli w stronę salonu, również przytulając do siebie. Wreszcie, usadził na brzegu łóżka, po czym usiadł obok. Patrzył na mnie w taki sposób, że mimo łez, miałem ochotę parsknąć śmiechem. Trochę tak, jak się patrzy na rozbite kawałki cennego naczynia leżące na podłodze – niby chciałoby się coś zrobić, żeby to naprawić, ale właściwie, nie bardzo wiadomo co.
-Dlaczego płaczesz…?- zapytał w końcu, wyraźnie poruszony.- Co się stało? Dlaczego płaczesz, Josh?- dopytywał nerwowo, podczas gdy ja, nie mogłem jeszcze wydusić z siebie ani słowa. Drżałem, usiłując się uspokoić.- O co chodzi? O szkołę? Dlaczego płaczesz?
-Boję się…- powiedziałem cicho.
-Czego?- zaniepokoił się demon.
-Że mnie zostawisz.
Amadeusza wyraźnie zamurowało.
-Że co…?- parsknął, kręcąc głową.- Dlaczego miałbym...? Nie zostawię cię, Josh…- stwierdził, ściskając mocniej moją dłoń.
Uśmiechnąłem się przez łzy. Wiedziałem, że to właśnie powie. Wiedziałem też, że nie chciał odchodzić, ale coraz częściej się nad tym zastanawiałem. Czasem wydawało mi się… Wydawało mi się nawet, że może rzeczywiście… w pewnym sensie… Może byłoby łatwiej, gdyby tak się stało. Ale szybko uświadamiałem sobie, że byłoby inaczej. Nie mógłbym się pozbierać, gdybym stracił go na zawsze. Teraz cały mój świat koncentrował się właśnie na nim.
Odchyliłem się do tyłu, kładąc na plecach i ocierając łzy. Do oczu wciąż napływały nowe, choć zaczynałem się wreszcie uspokajać. Amadeusz zawisł nade mną i musnął moje czoło.
-Przysięgam…- powiedział miękko. Po tym napiętym tygodniu, czułem się tak, jakbym nie słyszał go… takiego… od bardzo dawna.- Nie zostawię cię, Josh. Nie chcę cię zostawiać…
Poczułem jego wargi na swoich. Za jego pocałunkami też zdążyłem się stęsknić. Objąłem go jedną ręką, włączając się w pocałunek. Mój Amadeusz… Gdyby tylko potrafił być taki na co dzień, zapewne byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, nie bacząc na szkołę czy Ricky’ego… Bo właśnie w tym tkwił sęk. To kłótnie i spory z demonem najbardziej wyprowadzały mnie z równowagi i najbardziej zasmucały. Jego wargi przesunęły się na mój policzek. Złożył na nim kilka mniejszych pocałunków, a następnie musnął jeszcze ustami ucho, by zaraz ułożyć głowę na mojej klatce piersiowej, wtulając się w nią mocno. Zaśmiałem się cicho, pociągając nosem.
-Wiem, że jestem dla ciebie zły…- odezwał się po dłuższej chwili demon, podnosząc powoli. Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem, chcąc usłyszeć wyjaśnienie tych słów.- Źle cię traktuję. Wiem o tym. Żałuję…- stwierdził, odwracając wzrok.- Chcę, żeby wszystko było z nami dobrze. Chcę, żebyśmy ze sobą byli, kochali się i robili inne miłe rzeczy…- uśmiechnąłem się lekko na te słowa.- Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego stajesz w jego obronie!- rzucił nagle Amadeusz, spoglądając na mnie niemal z wyrzutem.
-Nie staję- odpowiedziałem stanowczo.
-Więc dlaczego nie pozwalasz mi go ukarać…?- zapytał surowo Amadeusz.- Dlaczego się o niego troszczysz?
-Nie chodzi o troskę- wyjaśniłem spokojnie.- Po prostu nie chcę, żebyś zrobił coś, czego będziesz żałować.
Amadeusz obruszył się wyraźnie.
-Nie żałowałbym nawet, gdybym go zabił- odparł lodowato.
Westchnąłem cicho. Spodziewałem się tych słów.
-Ale ja bym żałował… Posłuchaj- rzuciłem ostro widząc, jak gniewny grymas pojawia się na jego twarzy.- Takich rzeczy po prostu się nie robi. To nie w porządku.
-A to, co on ci robi, jest w porządku?!- zapytał zbolałym głosem, wpatrując się we mnie bez zrozumienia.- Ciągle coś do niego czujesz, prawda…?
Podniosłem się na przedramionach, patrząc mu prosto w oczy.
-Już mnie o to pytałeś…- mówiłem spokojnie, nie chcąc prowokować kolejnej kłótni.- I już ci odpowiedziałem. Nie zależy mi na nim w żaden sposób. Kocham ciebie…- szepnąłem, choć po moim pierwszym wyznaniu  i reakcji Amadeusza, nie sądziłem, by łatwo przeszło mi to przez usta. Demon drgnął lekko, jakby moje słowa go speszyły albo były dla niego niewygodne. Zignorowałem bolesne ukłucie w sercu i dokończyłem- Ricky jest mi zupełnie obojętny.
-Obojętny?! Powinieneś go nienawidzić za to, co ci zrobił!
-Ale co takiego mi zrobił, Amadeusz? Owszem, wykorzystywał mnie. Uderzył mnie na imprezie. Chce wyłudzić kasę. Okej. To naprawdę podłe i chamskie sprawy, nie lubię go, może nawet nie znoszę, ale nienawiść to bardzo duże słowo… I naprawdę potworne uczucie. Nie sądzę, bym chciał nim darzyć kogokolwiek, nawet jego…- stwierdziłem szczerze.
-Ale ja go nienawidzę…- odparł Amadeusz.
-Robisz to z zazdrości. To nie nienawiść- szepnąłem.
Dobrze wiedziałem, co kierowało demonem. Nie byłem natomiast pewien, co do tego, jakie „ludzkie” uczucia jest w stanie odczuwać i czy w ogóle potrafi je rozróżniać. Kierował się emocjami, robił to, co uznawał za słuszne, ale może wcale nie potrafił nienawidzić.
… I wcale nie potrafił kochać.
Nie mogłem mieć o to do niego żalu, tak jak i nie mogłem pozbyć się uczucia smutku, za każdym razem, gdy o tym myślałem.
Widziałem, że znów zastanawia się nad czymś i byłem pewien, że za chwilę będzie kontynuował tę rozmowę, zadając mi kolejne pytania, a ja nieszczególnie miałem na to ochotę, zwłaszcza, że potrafił pytać i manipulować mną w taki sposób, że zawsze słyszał to, czego chciał. Chociaż może to co „chciał” nie było tu odpowiednim słowem, bo raczej nie chciał słyszeć o mojej rzekomej sympatii do Ricky’ego. Ale ilekroć uparł się na jakimś temacie, zawsze gmatwał wszystko tak bardzo, że i tak wychodziło na jego.
Zareagowałem więc zawczasu, obejmując go na powrót i przyciągając do pocałunku. Jeśli cokolwiek mogło go odwieść od drążenia tej kwestii, to tylko i wyłącznie to. Zamruczał mimowolnie, oddając pocałunek i kładąc się obok mnie. Jego dłonie właściwie natychmiast znalazły się pod moją koszulką. Uśmiechnąłem się. Amadeusz, choć był istotą, która nie miała żadnych potrzeb, a już na pewno, nie powinna mieć potrzeb seksualnych (… seksualny demon brzmi kusząco, acz jakoś mało dostojnie), zawsze był skoncentrowany głównie na tym aspekcie i chyba rzeczywiście bardzo mu tego brakowało. Przez ten czas. Ten długi, długi czas.
… Tydzień.
Nie żeby mnie to dziwiło. Pewnie w normalnych warunkach uznałbym to za komplement i z dumą patrzył na siebie jak na kochanka doskonałego (… do którego, niestety, było mi daleko), ale fakt, że Amadeusz nie bardzo miał w czym wybierać, raczej nie pozwalał mi myśleć w ten sposób. Wciągnął mnie na siebie. Wsunąłem język między jego wargi, rozkoszując się pocałunkiem i czując, jak jego dłonie przesuwają się wzdłuż moich pleców, by spocząć na pośladkach i uciskać je lekko. Przetoczył się ze mną na bok, siadając okrakiem na moich biodrach i nagle chyba przypomniał sobie o tym, że jednak miał dalej dopytywać, bo przerwał pocałunek, wyprostował się i spojrzał na mnie z uwagą.
-Nie, błagam…- jęknąłem cicho, usiłując znów go pocałować, ale tym razem nie poszło tak łatwo.
-Gdybyś miał wybór pomiędzy mną, a nim…- zaczął Amadeusz, a ja już westchnąłem ciężko doskonale wiedząc, o co zapyta.- To wszystko, co chcę wiedzieć… Gdyby on cię przeprosił, zmienił się i chciał, żebyś z nim był, wybrałbyś mnie?
-Oczywiście, że tak- odparłem zdecydowanie.- Przecież wiesz, że nie wróciłbym do niego po tym, co mi zrobił!
Pierwsza część mojej wypowiedzi zapewne absolutnie by wystarczyła, ale chciałem dodać jeszcze jakiś element racjonalnego wyjaśnienia, który sprawiłby, że demon nie pytałby dalej. Najwyraźniej, przyniosło to jednak odwrotny skutek.
-A gdyby wcale cię nie skrzywdził? Gdyby był taki, jak myślałeś, że jest? Wtedy też wybrałbyś mnie…?
… Co to w ogóle było za pytanie?
Nie był taki i już. Nie mogłem tego zmienić.
Nie wiem, co by się zdarzyło, gdyby Ricky był uczciwy. Amadeusz i tak pojawił się już w moim życiu. Jeszcze w czasie trwania mojego związku z tamtym draniem, było między nami… bardzo… no… Ekhem… Cóż… Powiedzmy, że gdyby Ricky był uczciwy, to nie on zasługiwałby na miano dupka w tym związku, okej. Ale może nasze losy potoczyłyby się inaczej. Może ostatecznie wcale nie uległbym Amadeuszowi.
Nie wiem, nie miałem pojęcia, do licha!
Chociaż gdyby porównać to, co czułem do Ricky’ego, z tym, co czułem teraz do demona…
-Wybrałbyś mnie?- powtórzył Amadeusz, z wyraźnym napięciem.
-Tak!- odparłem stanowczo z nutką irytacji, a widząc, że otwiera usta, dodałem- Zamierzasz kontynuować, czy będziesz roztaczał kolejne wizje i kazał mi podejmować decyzje zależnie od stopnia cudowności Ricky’ego…?
Amadeusz spojrzał na mnie i zaśmiał się cicho. Chyba trochę mu ulżyło, chociaż dobrze wiedziałem, że ta sprawa dręczyła go w jakiś dziwny sposób. Nie rozumiałem dlaczego. Pomiędzy mną a Ricky’m wszystko było definitywnie skończone. Tylko skończony kretyn i masochista nadal czułby coś do takiego drania jak on.
Amadeusz wpił się w moje wargi, a jego palce zatrzymały się na rąbku mojej koszulki. Przerwał pocałunek, by zdjąć ją ze mnie sprawnie i zaraz znowu jego język znalazł się w moich ustach, pieszcząc ich wnętrze. Jedynym, co pozwalało mi przetrwać nasze spory i nie czuć, że są kompletnie pozbawione sensu, były te chwile – chwile, w których się godziliśmy. Jęknąłem mimowolnie, gdy wargi Amadeusza przeniosły się na moją klatkę piersiową i błądziły po całym torsie, na przemian ssąc i całując spragnioną pieszczoty skórę. Zagryzłem wargę, oddychając płytko. Dłonie ciemnowłosego prześlizgnęły się na moje uda. Gładziły przez moment ich wewnętrzną stronę, wywołując przyjemne mrowienie i podniecając coraz bardziej. Zaraz jednak znalazły się tuż przy zapięciu spodni. Amadeusz bardzo niecierpliwym gestem, odpiął guzik i otworzył rozporek. Już miał pozbawić mnie dolnej części garderoby, gdy nagle zatrzymał się i zniknął.
Zamrugałem zdezorientowany, rozglądając się dookoła, ale nie minęła chwila, gdy pojawił się znów na mnie.
Nagi.
Całkiem nagi.
Z buteleczką nawilżacza, którą musiał wziąć z łazienki.
-Bardzo ci się spieszy, co…?- zachichotałem z rozbawieniem.
-Nawet nie masz pojęcia…- zamruczał demon.- Mogę…?- szepnął z figlarnym uśmiechem, jak gdyby rzeczywiście musiał pytać o zgodę.
Zagryzłem wargę w uśmiechu, nic nie odpowiadając i tylko przyglądając mu się badawczo i czując, jak podniecenie narasta z każdą chwilą. Poruszyłem lekko biodrami, domagając się tego, by wreszcie zdjął ze mnie spodnie i zdecydowanie za ciasną bieliznę. Odłożył nawilżacz na bok i zrobił to, jednak wyjątkowo powoli, jakby prowokował mnie do jakiejś reakcji. Z trudem powstrzymałem się od ponaglenia go. Wytrzymałem. Uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Josh…- zaczął, poważniejąc nagle, a mnie w pierwszej chwili mina zrzedła, bo pomyślałem sobie, że oto Amadeusz wybrał sobie ten jakże doskonały moment do kontynuowania naszej rozmowy.- Muszę zadać ci bardzo ważne pytanie…
-Amadeusz, błagam!- jęknąłem z autentyczną frustracją.
-Pozwól więc, że zrobię to tak, jak należy…- kontynuował, a ja dopiero wtedy wychwyciłem w jego głosie nutkę rozbawienia i uświadomiłem sobie, że ten oficjalny ton bardzo mi coś przypomina.- Joshu Carter…- rzucił, przesuwając się wgłęb łóżka i nachylając nad moją męskością. Musnął wargami jej czubek, wywołując u mnie mimowolny jęk.- Czy zechcesz…- jego język przesunął się wzdłuż jego męskości.
-Boże, Amadeusz…- westchnąłem błagalnie.
-… czy zechcesz pozwolić mi na to…- kontynuował jak gdyby nigdy nic, po czym powtórzył swój wcześniejszy ruch, doprowadzając mnie do kolejnej, jeszcze głośniejszej reakcji.- Czy zechcesz pozwolić mi na to, żebym cię wziął?- dokończył wreszcie, po czym wziął moją męskość w usta.
Zaśmiałem się niepohamowanie, by zaraz jęknąć kilkakrotnie w reakcji na jego pieszczoty.
-Boże… Tak… Tak!- krzyknąłem, sam nie wiedząc, czy to w odpowiedzi, czy w konsekwencji jego czynów. Zacisnąłem palce na pościeli, gwałtownie łapiąc powietrze i czując, że jeśli Amadeusz będzie kontynuował, to zaraz dojdę w jego wargach.
Przerwał, jak mi się zdawało, dosłownie na moment przed kulminacyjnym momentem. Jęknąłem cicho, ale dobrze wiedziałem, że warto poczekać na finał. Rozsiadł się pomiędzy moimi nogami, sięgając po nawilżacz. Nabrał żelu na palce i wsunął je we mnie, szybkimi ruchami przygotowując mnie do stosunku. Również chciałem go przygotować, odwdzięczając się jednocześnie za tamtą pieszczotę, ale on był już całkowicie podniecony i gotowy. Spojrzał na mnie tęsknym, choć wyjątkowo pokornym, proszącym właściwie wzrokiem, jakby pytając, czy może już przystąpić do działania. Uśmiechnąłem się lekko i skinąłem głową. Moment później, wszedł we mnie powoli. Objąłem go ciasno. Pocałował mnie znowu. Zaczął poruszać się we mnie mocno i szybko. Nasze wargi odrywały się od siebie co krótki moment, łapiąc gwałtownie oddech, wydając z siebie jęk czy westchnienie i zaraz powracały znowu do tego urywanego, chaotycznego pocałunku. Dobry Boże, jak strasznie go uwielbiałem… Niewiele brakowało, a z moich ust, już po raz drugi tego dnia, wymsknęłoby się miłosne wyznanie. Nie sądziłem jednak, by mogło mu się to spodobać, a w tej sytuacji tylko by go rozproszyło.
Nie chciałem go rozpraszać, o nie…
Zacisnąłem mocno dłonie na jego ramionach, zdecydowanie za mocno, zapewne gdybym nie miał do czynienia z demonem, już usłyszałbym jakąś reakcję na ból. Wpiłem się gwałtownie w jego wargi, szczytując. Jego dłonie znalazły się na moich biodrach. Wchodził we coraz mocniej i szybciej. Wyjęczałem jego imię, moment przed tym, nim doszedł w moim wnętrzu.
Opadł na mnie, przyjemnie ciepły i nie przejawiający żadnych, najmniejszych nawet oznak zmęczenia, do czego zresztą przywykłem. Przetoczył się na miejsce obok i objął mnie mocno, nie dając mi możliwości, by się podnieść i sięgnąć po chusteczki czy cokolwiek innego, czym mógłbym się wytrzeć. Odetchnąłem, zostając w jego ramionach.
-Nienawidzę naszych kłótni…- powiedziałem szczerze.- Ale kocham się z tobą godzić…- zachichotałem, oglądając się na niego i muskając jego wargi.
Amadeusz zaśmiał się lekko.
-Nie chcę się z tobą kłócić…- odparł.- I nie chcę myśleć o tym całym… Nie chcę- skwitował stanowczo.- Ale nie chcę też, żebyś ty o nim myślał…
-Już ci tłumaczyłem!- westchnąłem bezradnie.
-Nie chcę, żebyś przez niego cierpiał.
-Nie cierpię przez niego, tylko przez ciebie- wypaliłem bez zastanowienia.
Amadeusz wbił we mnie zdumione spojrzenie.
-Przeze mnie…?- zapytał z wyraźną obawą.
-Nie w tym sensie…- wytłumaczyłem się natychmiast.- Chodzi po prostu o to, że kiedy między nami wszystko gra, to naprawdę potrafię mniej myśleć o tych przykrych sprawach… Ale kiedy jesteś… TAKI… Kiedy łazisz za mną wszędzie, śledzisz mnie, ignorujesz, zachowujesz się tak, jakbym zasługiwał na potępienie… Wtedy jest naprawdę źle.
Demon zamyślił się wyraźnie.
-Więc nie płakałeś przez niego…?- dopytał ostrożnie.
Zerknąłem na niego z obawą. Przez moment miałem wrażenie, że może rzeczywiście widział moją kłótnię z Ricky’m albo chociaż jej fragment, ale wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że pewnie zareagowałby już w jej trakcie, a jeśli nie, z pewnością nie dałby mi w domu żyć.
-Nie- odparłem spokojnie, choć w istocie mój dzisiejszy wybuch był mieszanką wszystkich tych emocji, również związanych z byłym chłopakiem.
Miałem wrażenie, że demon rzeczywiście zrozumiał moje wyjaśnienia, choć nie miałem wątpliwości, że nie uchroni nas to przed kolejnym sporem. Amadeusz postępował bardzo impulsywnie, wystarczyła drobna rzecz, by wytrącić go z równowagi.
-Więc płakałeś przeze mnie…?- rzucił ze szczerym zaniepokojeniem.
-Nie. Po prostu… byłem zmęczony…- powiedziałem, uśmiechając się do niego niepewnie.
-Zawsze płaczesz, gdy jesteś zmęczony…?- uniósł pytająco brew.- Bo mam cię dzisiaj zamiar zmęczyć jeszcze bardziej…- dodał, składając na mojej szyi kilka pocałunków, a ja parsknąłem śmiechem.
-Zmęczony psychicznie. Fizycznie możesz męczyć mnie do woli- stwierdziłem z rozbawieniem.
Leżeliśmy obok siebie przez chwilę. Z początku naprawdę nie zamierzałem do tego wracać ani nic mu mówić, ale zastanawiałem się nad tym nie raz i wiedziałem, że ja też nie jestem w stosunku do niego stuprocentowo uczciwy. Może niektórych z jego gwałtownych reakcji dałoby się uniknąć, gdybym był szczery i od razu mówił mu, co się dzieje. Amadeusz był demonem, przyzwyczaił się do tego, że może być wszędzie, gdzie tylko zechce i kontrolować wszystko, co go interesuje. Samo nie łażenie za mną krok w krok sprawiało mu chyba duży problem. A kiedy jeszcze ukrywałem coś przed nim i nagle okazywało się, że nie miał pojęcia, o jakieś sprawie – wtedy wpadał we wściekłość.
-Spotkałem dzisiaj Ricky’ego…- zacząłem nieśmiało.
Podniósł się na przedramieniu i spojrzał na mnie z uwagą.
-Pod szkołą…- dodałem, już po jego minie widząc, że nie miał o niczym pojęcia.- Wyszedłem wcześniej z lekcji, a on już tam czekał… Miał zabandażowaną rękę i wyglądał dosyć…
-I co?- przerwał mi Amadeusz, chyba nieco poirytowany tym opisem, jakby uważał, że jest to przejaw troski z mojej strony, choć oczywiście tak nie było.
-Nic szczególnego- odpowiedziałem ostrożnie.- Zatrzymał się przy mnie. Zaczął rozmawiać. Jak zwykle chciał pieniędzy. Zapytał, kim jesteś, bo słyszał, jak wołałem twoje imię… I… I go uderzyłem- dokończyłem cicho.
Amadeusz wbił we mnie zdumione spojrzenie.
-Że co zrobiłeś?
-Uderzyłem go- powtórzyłem, odkaszlnąwszy cicho.
-Uderzyłeś?
-Tak. Z pięści w twarz.
Demon zamrugał kilkakrotnie, po czym zaczął się głośno śmiać.
-Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić… Ciebie i… Och, rany…- chichotał nieustannie.- Żałuję, że mnie przy tym nie było!- rzucił z autentycznym zawodem.- Naprawdę musisz go nie lubić…- dodał po chwili z wyraźną ulgą.
-Nawet nie masz pojęcia…- szepnąłem, jak on uprzednio i obaj zaśmialiśmy się znowu.

Było koło szesnastej. Otworzyłem swoją torbę i wrzuciłem do niej podręczniki z matematyki i fizyki. Krzątałem się przez moment po pokoju, szukając portfela i nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie u licha go zostawiłem. Kilka sekund później, Amadeusz pojawił się przy mnie ze zgubą w ręce, wyjątkowo pomocny. Uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością, nie zwracając uwagi na to, że swoim zwyczajowym, pełnym gracji zachowaniem, omal nie strącił stojącego na stole talerza.
-Dziękuję- powiedziałem, chowając portfel do torby.
-Więc…- Amadeusz spojrzał na mnie z uwagą.- Będziesz u Jenny…?
-Tak- potwierdziłem pogodnie, narzucając na siebie dżinsową kurtkę i zakładając torbę przez ramię. Dopiero po chwili skierowałem na niego nieco zaniepokojone spojrzenie.- A ciebie tam nie będzie…?- dopytałem.
Zaśmiał się cicho.
-Jasne, że nie, Josh. Wiesz, że ci ufam. A tak a propos, poszedłem wczoraj odwiedzić Ricky’ego… Dobra robota, Josh…- stwierdził, uśmiechając się bardzo złośliwie.
-Ot i twoje zaufanie! Nie mogłeś uwierzyć mi na słowo…?
-Uwierzyłem. Po prostu chciałem zobaczyć efekt.
Zachichotałem. Zbliżyłem się do niego, po czym oparłem dłonie na jego ramionach i ucałowałem go powoli.
-Mam rozumieć, że będziesz tu, gdy wrócę…?- zapytałem, po czym zagryzłem wargę w figlarnym uśmiechu, moment przed tym, nim jego usta znowu połączyły się z moimi, ledwie na krótką chwilę.
-Mam rozumieć, że się pospieszysz…?
-Zajmie mi to góra dwie, trzy godziny- obiecałem. Jenna zadzwoniła do mnie wczoraj wieczorem, stosując chyba wszelkie możliwe argumenty, żeby przekonać mnie do zmiany zdania i przyłożenia do nauki. Ja właściwie podjąłem już decyzję, więc nie przyniosło to takiego efektu, jakiego się spodziewała, ale dla swojego i jej spokoju, postanowiłem się zgodzić na korepetycje i sprawdzić, czy rzeczywiście potrafię opanować chociażby kilka tematów.- Mam nadzieję, że nie będę musiał na ciebie czekać…- zaśmiałem się lekko, po czym ostatni raz musnąłem jego wargi i skierowałem się do wyjścia.
Opuściłem blok i ruszyłem niespiesznie przed siebie. Skręciłem w prawo, w jedną z uliczek. Usłyszałem dźwięk telefonu. Wyjąłem komórkę z kieszeni i dostrzegając na wyświetlaczu imię przyjaciółki, odebrałem z radosnym:
-Cześć, Jenna. Już idę na przystanek, będę u ciebie za jakieś pół godziny.
-Wiesz, już od naszej wczorajszej rozmowy mam dziwne wrażenie, że pogodziłeś się z tym twoim chłopakiem…- zaczęła dziewczyna z wyraźnym zaciekawieniem.
-C-Co…?- bąknąłem, pąsowiejąc lekko.- Ską… Właściwie, skąd pomysł, że byliśmy pokłóceni?- zreflektowałem się.
-No nie wiem, miałeś taki zły humor, naprawdę już sądziłam, że zerwałeś z tym swoim Amadeuszem… Ale jak słyszę, wprost promieniejesz- zachichotała, by zaraz dodać z całkowitą powagą i wyraźną determinacją- To dobrze. Bo wiedz, że ci nie odpuszczę, Joshu Carter! Wiem dobrze, że jesteś w stanie poprawić te wszystkie złe oceny jeśli weźmiesz się do roboty…
-Jenna…- jęknąłem cicho.
-Hej- usłyszałem czyjś głos i zatrzymałem się nagle, po czym odwróciłem za siebie.
Stał tam jakiś chłopak, wysoki i dość masywny, krótko ścięty. W pierwszej chwili sądziłem, że nie zwracał się do mnie, ale w uliczce nie było nikogo innego, a on patrzył wprost na mnie.
-Josh? Jooosh…?- rzuciła Jenna, najwyraźniej czekając na odpowiedź.
-Poczekaj, oddzwonię do ciebie zaraz, dobrze?- poprosiłem, po czym rozłączyłem się, nie rozumiejąc, o co chodzi.- Przepraszam, w czym rzecz?- zapytałem uprzejmie, patrząc na chłopaka.
Tamten wzruszył ramionami, uśmiechając się.
-Tak po prostu… Chciałem się przywitać…
-My się znamy…?
-A nie?- zapytał z udawanym zdumieniem.
-Nie sądzę…- odpowiedziałem szczerze. Zaczął iść w moim kierunku. Poczułem się mocno zdezorientowany.- Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek się widzieli…
Przyspieszył kroku. Cofnąłem się odrobinę, nie mając bladego pojęcia, co właściwie się dzieje.
-Zaraz przypomnisz sobie to i owo, frajerze- powiedział całkowicie spokojnym głosem, po czym zatrzymując się przy mnie, gwałtownym ruchem wytrącił mi telefon z ręki. Komórka z trzaskiem upadła na ziemię.
-J… Ja nie rozumiem…- stwierdziłem, przełykając ślinę.
Chciałem wycofać się jeszcze bardziej, ale z bocznej uliczki wyszło jeszcze dwóch chłopaków, który podeszli do mnie powoli, zagradzając drogę. Ten, który stał przede mną, pchnął mnie tak mocno, że wpadłem na jego kolegów. Jeden z nich przyłożył mi z pięści w brzuch. Zgiąłem się w pół z głuchym jękiem i z pewnością upadłbym na ziemię, gdyby pozostali dwaj nie przytrzymali mnie mocno. Tamten uderzył mnie jeszcze dwa razy, dokładnie w taki sam sposób, po czym zamachnął się mocno i walnął mnie prosto w twarz. Krzyknąłem z bólu. Puścili mnie, a ja upadłem na ziemię. Wołałem coś do nich, kuląc się jednocześnie i starając osłonić przed kolejnymi ciosami. Kopali mnie po plecach i nogach, śmiejąc się i wymieniając między sobą wulgarne komentarze. To im jednak nie wystarczyło, bo zaraz jeden z nich nachylił się nade mną i szarpnął mnie mocno, przewracając na plecy. Wrzasnąłem, gdy kolejne ciosy koncentrowały się na moim brzuchu. Wreszcie przestali, a jeden z nich, przycisnął mocno stopę do mojej klatki piersiowej, uniemożliwiając mi przewrócenie się. Z każdą chwilą dociskał ją coraz mocniej, wsłuchując się w moje pełne bólu jęki i szeptane z trudem prośby
-Lepiej się zastanów, co robisz, frajerze…- rzucił, pełnym rozbawienia głosem.- Bierz to- warknął do któregoś ze swoich kumpli.
Zauważyłem tylko, że jeden z nich sięga po torbę, która zsunęła mi się z ramienia, gdy zaczęli mnie bić.
-Idziemy!- zakomenderował ten sam chłopak i cała trójka przeszła obok mnie zupełnie spokojnie, jak gdyby nic się nie stało. Dopiero w miejscu, gdzie ta uliczka łączyła się z kolejną, przyspieszyli, by wreszcie ruszyć biegiem przed siebie.
Odkaszlnąłem gwałtownie, czując zbierającą się w ustach ciecz.
Próbowałem się podnieść, ale nie miałem siły. Klatka piersiowa strasznie mnie bolała. Widziałem swoją rozbitą komórkę, która leżała na ziemi, kawałek dalej. Usiłowałem się do niej przesunąć, ale znieruchomiałem gwałtownie, czując przeszywający ból w okolicach żeber.
Miałem wrażenie, że własne ciało odmawia mi posłuszeństwa.
Wszystko dookoła zaczynało ciemnieć.

- 11 - [Edmund Lancaster]

James przebudził się z cichym stęknięciem i zaczął podnosić się powoli, odczuwając bolesne skutki spania na niewygodnej kanapie. Książka, którą czytał przed zaśnięciem, poświęcona oczywiście Lancasterom, zsunęła się z kołdry i upadła na posadzkę. James ziewnął, zamierzając się schylić, by ją podnieść, ale w tym momencie podskoczył gwałtownie i wcisnął się w oparcie.
-Edmund...- rzucił, mocno zdezorientowany i, w pierwszej chwili, nieco przerażony. Hrabia Lancaster siedział na brzegu mebla, wpatrując się w mężczyznę z uwagą. I wyglądało na to, że znajduje się tam już od dłuższego czasu.
-Cześć, Jamie- powiedział, jak gdyby nigdy nic, panicz, który od wczorajszego zdarzenia zachowywał się podejrzanie cicho i zaskakująco mało roszczeniowo. Krótko mówiąc – zupełnie jak nie on, co może nie powinno dziwić, zwłaszcza ze względu na silną dawkę emocji jaką sam sobie zafundował (przy drobnej pomocy ze strony Jamesa, który chyba rzeczywiście nie dopilnował wszystkiego tak jak należy i nie domyślił się, że może dojść do takiej sytuacji), ale i tak budziło zdumienie.
-Cześć, Edmund...- odpowiedział James, uśmiechając się z lekkim skrępowaniem.
Zsunął się na brzeg kanapy, przysiadając na moment przy młodzieńcu i poszukując swoich papci pod meblem.
-Miałem sen- obwieścił hrabia Lancaster.
-To... dobrze...- skwitował jego słowa mężczyzna, nie bardzo wiedząc, co innego mógłby odpowiedzieć.
-Pierwszy raz od baaaardzo dawna...- rzucił Edmund z wyraźnym przejęciem.
Właściwie trudno było się temu dziwić, skoro przez większość swojego martwo-żywego etapu, hrabia nie spał wcale. Chociaż James czytał kiedyś o tym, iż osoby, które długo nie śpią, mają więcej snów niż przeciętnie. Edmunda najwyraźniej to nie dotyczyło.
... Jak i większość rzeczy.
-Co ci się śniło?- zainteresował się James.
-Jakiś mężczyzna. Był tutaj.
-Tutaj? W mieszkaniu?
Edmund skinął głową w zamyśleniu.
-Tam, gdzie śpię- wyjaśnił spokojnie, usiłując przypomnieć sobie szczegóły.- Leżał na podłodze i chyba nie żył.
-Skąd ten pomysł?- zdziwił się James.
-No... Bo wszędzie była krew... A on się nie ruszał, ani nie odzywał... I wyglądał trochę strasznie... I trochę znajomo... W ogóle, jakoś dziwnie...- Edmund wzruszył ramionami, sprawiając wrażenie raczej podekscytowanego niż przestraszonego.- Stałem przy nim i mówiłem do niego, że nie musi się przejmować, bo ja też tak trochę nie żyję. Ale nie odpowiadał.
... Tak.
Zmarli zazwyczaj mieli z tym pewien problem...
-I... co było później?- dopytywał James, uśmiechając się uprzejmie.
-Ktoś zapukał do drzwi. I ten mężczyzna wstał, a później schował się do szafy. Powiedziałem mu, żeby się nie bał, bo to pewnie ty i poszedłem otworzyć. Ale najpierw weszła ta czarownica, a ty przyszedłeś później. Ona kazała ci otworzyć szafę. Powiedziałem ci, żebyś tego nie robił, bo siedzi tam ten człowiek i chyba się boi... A później się obudziłem- dokończył Edmund, nieco zdezorientowany.- Sądzisz, że to mogło coś znaczyć?
-Znowu naoglądałeś się czegoś strasznego w telewizji?- zapytał James, ubierając obuwie i wstając.
-Nie. Ale oglądałem inne rzeczy...- zamyślił się znowu panicz. James stanął na środku pomieszczenia i wpatrywał się w Edmunda, który chyba miał mu coś jeszcze do powiedzenia.- Hej, Jamie? Sądzisz, że mogę być bogiem?- zapytał z absolutną powagą Lancaster, spoglądając na mężczyznę pytająco. James parsknął, rozbawiony.- No bo...- hrabia najwyraźniej poczuł się zobowiązany do udzielenia wyjaśnień.- Bogowie są nieśmiertelni, prawda? A niektórzy nawet umierają i żyją... Na przykład Jezus. Jezus żyje... Gdzieś tam...- zmarszczył brwi, jakby nie mógł sobie przypomnieć.- No i też ma rany. I w ogóle...
-Edmund...- James z trudem powstrzymywał się od śmiechu.- Jesteś naprawdę niezwykły, ale bardzo w to wątpię...
-Tak sądziłem- panicz Lancaster westchnął zrezygnowany, spuszczając wzrok. James dobrze wiedział, że i on, zwłaszcza od czasu uświadomienia sobie swojej sytuacji i wizyty u tej kobiety, chciałby znać wytłumaczenie stanu, w jakim się znalazł. Dla Jamesa, przynajmniej z początku, była to bardziej kwestia zaciekawienia, rozwiązania trudnej sytuacji w jakiej się znalazł, teraz, coraz bardziej troski o Edmunda i usiłowania uporządkowania przeszłości. Ale dla młodego Lancastera musiało to znaczyć o wiele więcej.- Nie umiem w końcu robić cudów, ani niczego fajnego...
James uśmiechnął się do niego ciepło.
-Umiejętność nie-oddychania przez tak długi czas wielu ludzi z pewnością uznałoby za... „fajną”- powiedział.- Umiejętność przetrwania własnej śmierci również, ale w tym, jak się okazało, nie jesteś jedyny...- stwierdził, z lekkim niepokojem wspominając bardzo zapadającą w pamięć, Teresę Hawke.
Edmund wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę.
-Dziś randka- powiedział.
-Ekhem... Tak... Spotkanie- James uśmiechnął się, tym razem nerwowo, starając nadać całej sytuacji bardziej subtelny wydźwięk. Randka brzmiała bardzo jednoznacznie, ale Edmund nie zdawał sobie z tego sprawy. Mężczyzna był pewien, że gdyby ten lepiej rozumiał, co oznacza to słowo, również nazwałby to inaczej.
-Randka- powtórzył Edmund.
-Mhm. Tak. Idziesz do łazienki...?- zagadnął, woląc nie wdrażać się za bardzo w temat.
Edmund pokręcił głową.
Czas do południa minął im raczej zwyczajnie. James przygotował śniadanie, włączył Edmundowi telewizor, choć sam Lancaster, wyjątkowo zdawał się być bardziej zainteresowany towarzystwem swojego współlokatora niż oglądaniem. Mężczyzna usiadł więc przy nim, zajmując się swoimi sprawami, ale spojrzenie jakim co jakiś czas obdarzał go panicz i właściwie sama jego obecność, bardzo go krępowała. Teoretycznie nie było w tym nic dziwnego. W końcu, bądź co bądź, umówił się z nim na „randkę”. Z tym, że to naprawdę nie była randka. Edmund tego nie rozumiał i nie do końca rozróżniał randkę od zwykłego, towarzyskiego spotkania, a James nie potrafił mu tego wystarczająco prosto wyjaśnić. A oczywiście, tym to właśnie było. Koleżeńskim spotkaniem. W restauracji. I tyle.
... Wciąż był skrępowany.
Do diabła.
Około trzynastej przyszykował Edmundowi ubrania do przebrania i sam czekał na niego, gotów do wyjścia.
-Nie stroisz się...- zauważył z lekkim zdumieniem młody Lancaster, zatrzymując się przy Jamesie z dżinsami w rękach.
-Eee... Wygodnie mi w tym...- odpowiedział James, uśmiechając się do chłopaka.- Ale jeśli chcesz, mogę się przebrać.
-Nie, tak jest w porządku.
Gdy Edmund był już gotów, obaj wyszli z mieszkania. Droga do restauracji upłynęła im wyjątkowo, a wręcz nieprawdopodobnie, spokojnie. Panicz Lancaster, choć żywo zainteresowany wszystkim, co było dla niego niesłychane i dziwne, nie zwracał na siebie tak dużej uwagi jak zwykle, właściwie odzywał się niewiele, tylko dopytywał o niektóre rzeczy, bardzo uprzejmie. Wreszcie znaleźli się przy knajpce i weszli do środka. Tym razem wewnątrz było o wiele bardziej tłoczno niż wtedy, gdy James znalazł się tam z Anette. Większość stolików była zajęta, kelnerzy krążyli w pośpiechu po całej sali, zbierając zamówienia albo dostarczając je. James i Edmund usiedli naprzeciwko siebie przy okrągłym, dwuosobowym stole. Mężczyzna uśmiechnął się do młodzieńca. Ten odpowiedział tym samym. James znowu poczuł się skrępowany, choć był to inny rodzaj zakłopotania niż ten, jaki towarzyszył mu wczoraj przed rzekomą randką... Ta też była właściwie randką tylko z nazwy. Chciał dobrze poznać Anette i dowiedzieć się o niej czegoś więcej... poza jej niewątpliwym umiłowaniem historii. Edmunda już znał. Mieszkali ze sobą. Wiedział o nim wiele, wiele dopytywał, choć młody Lancaster był momentami bardzo skryty i wyraźnie unikał odpowiedzi, jakby nie chciał myśleć o pewnych sprawach czy przypominać sobie o nich. Teraz jednak, James kompletnie nie miał pomysłu jak zacząć, ani o co zapytać.
-Co będziemy tu robić...?- rzucił Edmund, najwyraźniej mając dokładnie ten sam kłopot.
-Hm... Niedługo przyjdzie kelner... Złożymy zamówienie... Dostaniemy coś dobrego do jedzenia- wyjaśnił James.
-Jest tu gdzieś telewizor?- zainteresował się natychmiast Lancaster.
Mężczyzna pokręcił głową z uśmiechem.
-Nie, Edmund.
-Och...- młodzieniec nie sprawiał wrażenia szczególnie rozczarowanego, chociaż zaciekawionym wzrokiem wodził po zgromadzonych w lokalu osobach.- Więc co tu robią ci wszyscy ludzie...?- rzucił bardzo zdumiony, jakby nie widział powodu, by ci tu przebywali.
-Cóż... Jedzą... Rozmawiają... Po to się tu głównie spotyka- wyjaśnił cierpliwie James.- Żeby ze sobą porozmawiać.
-Więc my też będziemy rozmawiać?
-Tak.
-Och. W porządku. Możemy nie rozmawiać o tym, że nie żyję?
James zdziwił się bardzo słysząc to pytanie i dopiero po chwili dotarło do niego coś, na co wcześniej nie zwrócił większej uwagi. Rzeczywiście, o tym głównie rozmawiali. O tym w jakim stanie jest Edmund, dlaczego tak jest, ile pamięta z dnia swojej śmierci... Mężczyzna nieustannie starał się go przekonać, by ten myślał o tym i przypomniał sobie wszystko. Robił to w dobrej wierze, nie tylko dla siebie, ale też dla Lancastera. Naprawdę chciał rozwikłać tą tajemnicę. Ale na tym koncentrowały się ich relacje. Może nie było w tym nic dziwnego, w końcu trudno prowadzić rozmowy o hobby, szkole i dziewczynach z kimś, kto żył wieki temu i właściwie niewiele miałby na te tematy do powiedzenia. Ale i tak... Owszem, czasem rozmawiali o innych rzeczach. James wiele mu tłumaczył. Mieszkali ze sobą, więc w naturalny sposób, dyskutowali czasem o codziennych sprawach. Ale nie było w tym nic głębokiego, ani szczególnie interesującego, zwłaszcza jeśli postawić się w sytuacji hrabiego.
-Oczywiście, Edmund- odpowiedział James, uśmiechając się do chłopaka łagodnie.
W tym momencie, rozległo się pogodne i bardzo znajome:
-Cześć.
James obrócił się tak gwałtownie, że omal nie przewrócił się razem z krzesłem. Tuż przy ich stoliku stała Anette. Włosy miała związane i ubrana była w kucharski fartuszek. Obdarzyła znajomych wesołym uśmiechem.
-An... Anette...- wydukał James, mocno zdumiony.- Mówiłaś, że nie pracujesz w weekend...
-Dziewczyna, która pomaga w kuchni nie mogła przyjść, więc zadzwonili po mnie- odpowiedziała swobodnie.- Cześć, Edmund- przywitała się z Lancasterem, który posłał jej jedynie chłodne i dość nieprzyjemne spojrzenie, ale nie sprawiała wrażenia zrażonej tym faktem.- Co za miłe spotkanie...- dodała, znowu spoglądając na Jamesa.
-Randka- poprawił ją Edmund.
-Eee...- Anette sprawiała przez moment wrażenie mocno zdezorientowanej, jakby w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co właściwie Edmundowi chodziło. Zaraz jednak załapała i rzuciła z autentyczną ulgą- Och... To super. Gratuluję- uśmiechnęła się do Jamesa wesoło, choć ten nie miał tęgiej miny.- Właściwie to chciałam zapytać... A zresztą, nie będę wam przeszkadzać. Mogę do ciebie zadzwonić wieczorem i wtedy pogadamy?- upewniła się, spoglądając na mężczyznę pytająco.
-Jasne...- odparł tamten, siląc się na uśmiech.
-To świetnie- stwierdziła radośnie.- Zaraz popędzę do was Bruna. Do zobaczenia.
Odeszła od ich stolika. James aż jęknął głucho. No świetnie... Ciekawie musiało to wyglądać z jej perspektywy... Facet, który jeszcze wczoraj, jak się okazało zupełnie bezpodstawnie, twierdził, że jest z nią na randce i zapewniał, że z Edmundem nie łączy go nic specyficznego, dziś siedział w tej samej knajpce na randce właśnie z nim... Musiała być naprawdę przyzwyczajona do takich dziwactw, skoro nie zrobiło to na niej wielkiego wrażenia.
Ledwie kilkadziesiąt sekund później przy ich stoliku zatrzymał się Bruno z miną raczej daleką od szczęścia. Co doprowadziło Jamesa do wniosku, że to jego zwyczajowy wyraz twarzy, bo wczoraj powitał go z równą radością.
-Proszę...- rzucił chłopak, podając obu menu, po czym zawiesił wzrok na osobie Jamesa.- Och. Nieszczęśnik...- parsknął, odrobinę zdumiony, przyglądając się z uwagą towarzyszącemu mu młodzieńcowi, ale przez tę krótką chwilę Edmund akurat nie robił nic dziwacznego ani niepokojącego.
Widząc, że James otwiera menu, zrobił dokładnie tak samo, ze zmarszczonymi brwiami, w błyskawicznym tempie przewracając kilka stron i najwyraźniej nie bardzo wiedząc, co ma z tym zrobić.
-To jest eee... taki spis...- wyjaśnił cierpliwie James, widząc nieporadność hrabiego.- Różnych dań, które możemy tutaj zjeść...
-Tak...- potwierdził z politowaniem Bruno, po czym ostentacyjnym gestem, pokazał trzymaną przez siebie książeczkę.- MENU- odczytał pobłażliwie z okładki.- To chyba oczywiste.
-No nie wiem, Jamie...- odparł Edmund, któremu najwyraźniej nie bardzo chciało się czytać.- Jakaś pi... piz... pizza...- dokończył, mając wyraźną trudność z wymówieniem tego słowa.- Nie wiem, co to jest...
Bruno wybałuszył oczy.
James odkaszlnął cichutko.
-To bardzo smaczne, Edmund.
-Nie brzmi smacznie...- westchnął Lancaster, kręcąc głową.- Chciałbym galaretkę.
-Galaretkę...?- James spojrzał na kelnera trochę desperacko, ale ten wciąż wgapiał się w Edmunda tak, jakby nie mógł uwierzyć w jego istnienie.- Eee... Nie sądzę, żeby podawali tutaj galaretkę, Edmund...
-No raczej!- parsknął Bruno.- To pizzeria!
-Weźmiemy trójkę i coś do picia, proszę- James szybko zgarnął menu Lancastera i oddał je kelnerowi razem ze swoim własnym.
-Jasne... Masz prawdziwy talent do wyboru towarzystwa...- wymamrotał jeszcze na odchodnym Bruno, po czym (wreszcie!) sobie poszedł.
Przy stoliku znowu zapanowała cisza. Edmund zaczął rozglądać się po wnętrzu knajpy, a James zastanawiać nad tym, jak zacząć i poprowadzić rozmowę.
-Jak myślisz, Jamie, o czym oni rozmawiają...?- zapytał dość sceptycznie potomek Lancasterów, spoglądając na parę ze stolika obok, która zdecydowanie nie rozmawiała, a jedynie badała zawartość swoich ust.
-Oni się całują- odpowiedział zgodnie z prawdą James, a gdy spoczęło na nim zaciekawione spojrzenie młodzieńca, dodał pospiesznie- Bo to dziewczyna i chłopak... No wiesz... Mówiłem ci już o tych różnicach i tak dalej...- zakasłał nerwowo.- Edmund...- zaczął wreszcie mając nadzieję, że uda mu się przekazać to, co przekazać mu zamierzał, choć jego myśli, jakoś dziwnie krążące wokół tematu pocałunku, nie dawały mu szansy zbytniego skupienia się na temacie.- Wiem, że żyłeś w kompletnie innych okolicznościach, ale...
-Jamie...- westchnął ciężko młodzieniec, jakby przeczuwał, że ten wstęp będzie prowadził do kolejnej serii pytań o jego przeszłość i zdarzenia przed dniem śmierci.
-Nie, nie, posłuchaj...- uspokoił go James, uśmiechając się łagodnie.- Chodzi mi o to, że... te czasy są naprawdę wspaniałe. W porównaniu z twoimi, na pewno... Wiem, że to wszystko może cię przerażać i masz prawo się bać, ale te wszystkie nowe rzeczy, dają też nowe możliwości. Nie musisz być uwięziony w domu- stwierdził poważnie.- Rozumiem, że byłeś przyzwyczajony do tamtego zamku i, że teraz boisz się być gdziekolwiek sam, ale nie musisz być uzależniony ode mnie. Jestem twoim przyjacielem i zawsze nim będę. Możesz jednak zajmować się czymś w wolnym czasie... Rozwijać jakieś hobby... No nie wiem... Uczyć się...
-Nie lubię się uczyć- zaoponował natychmiast Edmund, krzywiąc się.
-Nauka nie wygląda teraz tak, jak w twoich czasach. Nie chodzi o czytanie, pisanie, etykietę i tym podobne sprawy... Ja sam studiowałem historię i...
-Nie lubię historii.
-Wiem, Edmund- odpowiedział cierpliwie James.- Ale ty możesz uczyć się czegokolwiek innego. Nawet czegoś praktycznego. Możesz mieć jakiś talent, z którego nie zdajesz sobie sprawy... Lubiłeś jeździć konno, teraz jeździsz na rowerze, to świetnie... To może być dobry początek. To oznacza, że stopniowo przystosujesz się do tego wszystkiego. Możesz zakolegować się z kimś nowym, zyskać przyjaciół...
Panicz Lancaster słuchał słów Jamesa z uwagą, ale z każdym kolejnym zdaniem, sprawiał wrażenie coraz bardziej przygaszonego. Gdy wreszcie mężczyzna umilkł i spojrzał na swojego rozmówcę pytająco, chcąc wiedzieć, co ten o tym myśli, Edmund obwieścił ponuro:
-Nie wiem, Jamie. Ja tu chyba nie pasuję.
Dopiero wtedy James doszedł do wniosku, że w swoich bardzo optymistycznych i bardzo chwilowych rozważaniach, posunął się zdecydowanie za daleko. Rozwijanie hobby pod jego własnym okiem – w porządku, ale gdziekolwiek indziej, w otoczeniu innych ludzi? Znajomi? Przyjaciele? Przechodnie mijający Edmunda, obcy ludzie, ci, którzy nie mieli powodu, by przyglądać mu się z uwagą, mogli nie widzieć, że ten od czasu do czasu zapomina o oddychaniu, mogli nie wyczuć, że jego serce nie bije i nie mieć szansy zobaczyć jego ran, ale każdy, kto znalazłby się blisko niego... James szybko zrozumiał, że dał się ponieść bardzo nierealnym marzeniom. Edmund nie mógł funkcjonować normalnie bez niego. O ile normalne funkcjonowanie w ogóle było w zakresie jego możliwości. Zawahał się przez moment, po czym wyciągnął rękę i położył dłoń na wierzchu dłoni hrabiego, chcąc dodać mu otuchy. W tym momencie, jak zwykle w samą porę, pojawił się Bruno z tacą w ręku. Dostrzegłszy osobliwą sytuację, rzucił:
-Boże, miej go w swojej opiece...- po czym, z głębokim westchnieniem, ustawił na blacie talerz z pizzą, dwie szklanki i butelkę napoju, a następnie odszedł pospiesznym krokiem, mamrocąc coś o wszechobecnych dziwakach.
James nałożył Edmundowi i sobie po kawałku pizzy, korzystając z doskonałej okazji, by cofnąć dłoń i zająć się czymś, co chociaż odrobinę zmniejszy jego skrępowanie oraz możliwość rozmowy. Ale po kilkunastu minutach dość nieprzyjemnej ciszy, zaczęli rozmawiać. O dziwo, całkiem swobodnie i dokładnie o tym, o czym zwykle rozmawiali. Edmund mówił co ostatnio widział w telewizji, James przypominał, że film to nie rzeczywistość, Edmund się oburzał, przypominając mężczyźnie jego wyjaśnienia, które jednak filmów nie dotyczyły, James wyjaśniał raz jeszcze, a Edmund wciąż nie rozumiał... Nie było potrzeby silić się na nic głębokiego i James z niemałym rozbawieniem zdał sobie sprawę z tego, że chyba z początku, paradoksalnie, on sam traktował tą „randkę” jako... randkę. Nie wiedzieć czemu sądził, że powinien rozmawiać z młodym Lancasterem o czymś szczególnym. Tymczasem najlepiej wychodziło im gawędzenie o rzeczach zwyczajnych i cokolwiek absurdalnych, zwłaszcza dla słuchacza z zewnątrz. Podyskutowali więc o gustach kulinarnych hrabiego (Edmundowi naprawdę smakowała pizza), o siedzących w knajpie ludziach, którym Lancaster co jakiś czas się przyglądał (poświęcał dużo uwagi nieustannie-się-migdalącej parce...) i nawet trochę o czasach życia dziedzica (młodzieniec opowiadał o koniach, relacjach z rodziną, codziennych zajęciach, które nie należały do najbardziej wymagających).
-Chcę jeść pizzę codziennie, Jamie- oświadczył Edmund, gdy danie zniknęło już z talerza, w większości w jego żołądku.- Dlaczego nie jemy pizzy częściej?
-Bo... odżywiamy się zdrowo- odpowiedział James, choć nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością, chyba, że zupki chińskie i gotowe dania zostały nagle uznane przez grono medyczne za „zdrowe”. Chociaż z drugiej strony, naprawdę starał się przyrządzać posiłki rozmaicie i nie uciekał się jedynie do tak prostych metod.
-Zdrowo?
-Mhm...
-Żebym nie zachorował, Jamie?- dopytał Edmund.
James podniósł na niego wzrok. Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, po czym obaj parsknęli śmiechem.
-Dobrze...- rzucił mężczyzna, wciąż chichocąc.- Nie „zdrowo”, a oszczędnie...
Bawił się z nim naprawdę dobrze. Edmund był nieporadny i doprowadzał do równie śmiesznych sytuacji, co zwykle. Gdy już wychodzili z knajpki, James zobaczył, że Bruno rozmawia z dwoma innymi kelnerami i wyraźnie patrzy w ich kierunku. Ale mężczyzna nie zwrócił na to szczególnej uwagi i zdecydowanie nie czuł się zawstydzony. Wiedział, że minie jeszcze wiele czasu nim Edmund Lancaster przystosuje się do współczesności na tyle, by nie koncentrować na sobie pełnych zdumienia spojrzeń. Ale już przecież było lepiej. Wracając do domu, James śmiał się właściwie przez całą drogę, rozbawiony zachowaniem i słowami młodzieńca. Czuł się przy nim nawet bardziej swobodnie niż zwykle. W domu się nim zajmował, przygotowywał mu posiłki i kąpiele, dyskutował z nim o mało istotnych rzeczach i traktował trochę jak nieporadne dziecko. No dobrze. Jak bardzo nieporadne dziecko. To wyjście wiele zmieniło. Edmund był bardziej uprzejmy i skłonny do kompromisu, a Jamesowi udało się zrelaksować i zrekompensować sobie wczorajsze, kompletnie nieudane spotkanie z Anette. Zapomniał zresztą o jej zapowiedzi. Dopiero, gdy znaleźli się już w mieszkaniu, a on wdał się w dość długą i szczegółową dyskusję na temat wszystkiego, co z pizzą związane, rozległ się dźwięk telefonu. Odebrał.
-Cześć- usłyszał pogodne powitanie dziewczyny.
-Cześć- odpowiedział z uśmiechem, dając Edmundowi znak dłonią, by ten poczekał. Lancaster skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej, zerknął na mężczyznę nieco chmurnie, ale posłusznie przysiadł na kanapie i milczał, choć sprawiał wrażenie, jakby dużo go to kosztowało. James wciąż nie mógł wyjść ze zdumienia, że skrucha hrabiego, a co za tym szło, jego nienaturalna wprost uprzejmość i poszanowanie dla osoby współlokatora, utrzymywały się tak długo.
-Możesz rozmawiać? Nie przeszkadzam ci?- chciała się upewnić dziewczyna.
-Nie, jasne, że nie. O co chodzi, Anette?
-Chciałam ci zadać takie pytanie...- zaczęła ostrożnie.- Bo... Mówiłeś o tej pracy na temat Lancasterów, prawda...?- James potwierdził jej słowa spokojnym: „mhm”.- Wiem, że studenci dostają pozwolenia na wstęp do niektórych obiektów, badania i tak dalej... Więc... Chciałam się dowiedzieć... Byłeś w zamku Lancasterów?
-Tak- odpowiedział James.
-Wow! Znalazłeś tam coś ciekawego...?
Mężczyzna obejrzał się na Edmunda, który włączył jakiś program i przestał już zwracać uwagę na swojego opiekuna, zaśmiewając się do łez z przygód kreskówkowych postaci.
-Eee... Można tak powiedzieć...- odparł z rozbawieniem, uśmiechając się do siebie lekko.- Ale nic, co rozwiązywałoby sprawę...- dodał dla jasności.- Za jakiś czas na pewno wybiorę się tam znowu.
-Ja właśnie w tej sprawie... Mogłabym... może... Mogłabym pójść z tobą?- zapytała niemal nieśmiało.- Bardzo chciałabym zobaczyć ten zamek od środka! Raz już tam byłam, przeszłam nawet przez bramę, chyba nikt tego nie pilnował, ale trochę się przestraszyłam... Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym ci towarzyszyła? Obiecuję, że nie narobię ci kłopotów!- zapewniła natychmiast.
-Byłoby świetnie...- odpowiedział zgodnie z prawdą James. Jego wzrok ponownie spoczął na Edmundzie, który wyczuł to tym razem i obdarował mężczyznę wesołym uśmiechem.- Ale... Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, kiedy będę miał możliwość pójść tam ponownie...- stwierdził z cichym westchnieniem. Planował to już od dawna, jednak zwłaszcza po ostatnim wyjściu, nie było szans, by mógł się udać do zamku. Edmund nie chciał o tym nawet słyszeć, a James, co oczywiste, nie mógł zostawić go samego...
-Dałbyś mi znać, w razie czego?- zapytała z nadzieją rudowłosa.
-Jasne. Zadzwonię.
-Dziękuję. Cześć, James. Pozdrów Edmunda.
-Do zobaczenia- odpowiedział mężczyzna, rozłączając się.
Schowawszy telefon do kieszeni, przystanął na środku pokoju, zastanawiając się nad tym, jak by całą sprawę zorganizować. Jeśli naprawdę chciał coś odkryć, powinien koncentrować się nie tylko na Edmundzie, który ostatnio nie był zbyt wylewny, ale i na wszystkich innych dowodach. A zwłaszcza na miejscu, w którym go odnalazł. W końcu nie miał okazji rozejrzeć się tam dokładnie. Jeśli badacze przegapili krzątającego się po zamku, dawno zmarłego hrabiego, może coś jeszcze umknęło ich oczom...? Edmund nie chciał zbliżać się do swojej posiadłości, zresztą zabranie go tam, trochę ograniczałoby możliwości Jamesa. Musiałby go przede wszystkim pilnować. Może więc tym razem mógł go tutaj zostawić...? W końcu, nauczony doświadczeniem panicz, pamiętając, że poprzednim razem James wrócił, mógłby nie urządzić sobie takiej wycieczki po raz drugi. Ale gdyby tak właśnie zrobił,  James mógłby nie mieć tyle szczęścia i nie odnaleźć go. Nie było chyba szans, by załatwić tą sprawę jak należy.
James już miał pogodzić się z tym smutnym wnioskiem, gdy nagle przypomniał sobie o jeszcze jednej osobie. Osobie, która bardzo go wspierała, która pokładała w nim duże nadzieje i której on sam bardzo ufał. Wcześniej nawet o tym nie pomyślał, ale może... Może ten ktoś mógłby mu pomóc w dużo szerszej skali. Choć na razie, chodziło jedynie o to, by pozostawić Edmunda w bezpiecznych rękach.
Wyjął telefon i wybrał odpowiedni numer, przechodząc do drugiego pomieszczenia, by Lancaster go nie słyszał.
To mogło się udać.

Komórka, pod wpływem wibracji, przesunęła się po stole robiąc trochę hałasu. James drgnął, przebudzając się ze snu. Zmarszczył brwi i zerknął na kanapę, na której drzemał Edmund. On sam, nie wiedzieć kiedy, znalazł się na dole. Musieli przysnąć obaj w trakcie oglądania filmu, bo telewizor wciąż był włączony. James przetarł powieki i sięgnął po telefon. Zauważył, że ma nową wiadomość. Otworzył sms.
Witaj, James. Przepraszam za późną porę, ale po twoim telefonie wywnioskowałem, że to coś pilnego. Co mogę dla ciebie zrobić?

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 39 [Chaos]

Niebo było szare i ponure. Promienie słońca ledwo przebijały się przez ciemne chmury, które gromadziły się nad królestwem od samego rana. Nad miastem dominowała aura smutku i znużenia. Wyjątkowo, ulice przepełnione były nie mieszkańcami, a strażnikami i żołnierzami, którzy, od samego świtu, gromadzili się na drodze prowadzącej do głównego placu, na którym miał odbyć się pogrzeb. Ich zadaniem było odseparowanie ludzi i umożliwienie przejazdu krewnym zmarłego, a następnie, przepuszczenie uroczystego marszu. Były to niezbędne środki ostrożności. Przynajmniej według Hadrina. Nic nie wskazywało na to, by wiadomość o śmierci króla miała rozpocząć jakieś rozruchy czy bunt. Młodszy książę twierdził jednak, że zgromadzenie się w jednym miejscu tak dużej liczby istotnych dla funkcjonowania królestwa osób, może wzbudzać szaleńcze instynkty i zachowania, stąd, dla zapewnienia bezpieczeństwa, podjęto tego rodzaju kroki.
Amir i Hadrin jechali wspólnie pierwszą karocą. Za nimi ciągnęła się jedynie druga, która przewoziła ciało Ludwika. Nie było czasu, by powiadomić dalekich krewnych czy władców państw, z którymi utrzymywali stosunki dyplomatyczne. Właściwie nie było czasu na nic. A zwłaszcza na to, by choć odrobinę pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Amir nie tak zapamiętał to miasto. Miał wrażenie, że wokół panowała upiorna, nienaturalna cisza. Od czasu do czasu, słyszał jedynie krzyki znajdujących się na zewnątrz strażników, którzy porozumiewali się ze sobą, albo rozkazywali komuś stanąć dalej. Być może codzienny, miejski zgiełk, musiał ustąpić atmosferze związanej z tym niezwykłym wydarzeniem, jakim była śmierć władcy. Należało okazać mu szacunek. Ze szczerych pobudek albo przynajmniej oficjalnie, bo tak trzeba było uczynić. Ludwik był powszechnie lubiany. A lud ciekawski. Nie ulegało wątpliwości, że wiele osób zechce uczestniczyć w pogrzebie. Dla okazania czci albo właśnie – z ciekawości. Wuj Amira panował długo. Niektórzy nawet nie pamiętali okoliczności śmierci i pogrzebu poprzedniego władcy, ale sama uroczystość kojarzyła się z istotnym wydarzeniem. Przyciągała zainteresowanych. Wydawało się, że to ważne i, że należy przy tym być. Zwłaszcza, że od dnia ogłoszenia śmierci władcy, przez trzy dni panowała oficjalna żałoba. Zakazana była nie tylko zabawa, ale też praca i handel. Nikt nie pilnował przestrzegania tego przepisu, ale zwłaszcza pierwszego dnia, ludność korzystała z możliwości oderwania się od codziennych obowiązków i, w zaintrygowaniu, czekała na przemarsz żałobników, by następnie ruszyć w ślad za nimi i dotrzeć na główny plac. Pogrzeb Ludwika nie był nawet w połowie tak dobrze przygotowany i zorganizowany, jak to zazwyczaj było. Pośpiech i przymus arystokracji, nie pozwalał jednak na nic więcej, Amir był zresztą pewien, że jego wuj nie chciałby niczego spektakularnego ani przesadnie rozdmuchanego.
Kiedy oni znajdowali się już blisko placu, spod zamku musiał akurat wyruszać marsz. Na jego czele, tradycyjnie, stał arcykapłan. On jeden szedł w swej uroczystej szacie, z odsłoniętym obliczem. Zaczynał śpiewać pieśni religijne i te chwalące władcę, wywołując do śpiewu pozostałych żałobników. Wszyscy oni, ubrani byli w czarne płaszcze, z kapturami, które mieli narzucone na głowę. Wśród nich kroczyli ludzie ważni, doradcy króla, arystokraci wraz z całymi rodzinami, przebywający w kraju dyplomaci, kapłani, oficjalnie zaproszeni goście, bogatsi mieszczanie, głównie kupcy, i inne ważne osobistości, poproszone o udział w wydarzeniu. Żałobnikom nie wolno było pokazywać twarzy, traktowane to było jak zniewaga. Jedyną istotną osobą, miał być sam władca. Ograniczenia nie dotyczyły tylko jego najbliższej rodziny.
Tym razem jednak, w pochodzie uczestniczyło dwóch niezapowiedzianych i niespodziewanych gości. Gdy tego ranka, Canis spotkał się z Amirem i zapytał nieśmiało, czy jest możliwość, by uczestniczył w pogrzebie, Amir bez wahania się zgodził, nie mając głowy do tego, by zastanawiać się nad konsekwencjami. Zapewne, gdyby nie trzeźwa reakcja Hadrina, wywołałby niemały skandal. To jego brat zaproponował, by wmieszać potomków wilków w tłum żałobników. Tylko tam mogli pozostać niezauważeni i nie wzbudzać podejrzeń.
Karoca zatrzymała się na placu. Amir i Hadrin wysiedli z niej. Dookoła również gromadziła się spora liczba straży, mająca na celu odizolować żałobników i rodzinę od zwykłych mieszkańców, co, zapewne, również miało służyć bezpieczeństwu, choć Amir nie widział w tym żadnego celu. Moment później, z drugiej karety, wyciągano już zwłoki jego wuja. Kawałek dalej, stał przygotowany nocą stos, na którym ułożono bezwładne, wychudzone ciało. Amir nie chciał na nie patrzeć, ale, jednocześnie, nie mógł oderwać wzroku. Wciąż był przerażony stanem, do jakiego doprowadzono wuja. Do jakiego doprowadziło go to, co w nim siedziało. Zastanawiał się, jak zareagują ludzie, którym dane będzie go zobaczyć. Mieszkańcy nie widywali króla często, ale jednak różnego rodzaju wystąpienia wystarczyły, by zapamiętali jego wygląd.
Bracia czekali jakiś czas, machinalnie oglądając przygotowania do pogrzebu. Wreszcie, doszły ich odgłosy śpiewu i zaraz, w pobliżu placu, pojawili się, prowadzeni przez arcykapłana, żałobnicy. Za nimi, i za całym kordonem straży, do miejsca ostatniego pożegnania króla, zmierzała tłumnie ludność. Gdy żałobnicy zatrzymali się już na placu, a arcykapłan stanął w jego centrum, kończąc śpiewać pieśń, mieszańcy szukali dla siebie miejsca, okalając niemalże cały plac. Amir rozglądał się usiłując, choćby ogólnie, ustalić, jak duża mogła być liczba tych, których przybyli. Ale nie był w stanie nawet zliczyć rzędów. Ludzi wciąż przybywało i przybywało. Większość z nich, z pewnością, nie miała szansy ani usłyszeć, ani zobaczyć tego, co działo się na placu, a jednak, mimo to, zdecydowali się przybyć. Gdy pieśń się zakończyła, przez dłuższą chwilę, panowała zupełna cisza. Kapłan zrobił kilka kroków do przodu, by zacząć modlić się za duszę króla, ale nim to zrobił, zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Z tłumu wypadł jakiś szaleniec, usiłując przecisnąć się na plac.
-Za kim płaczecie?!- wrzasnął, zachrypniętym głosem.- Tfu! Niech umiera król, który od własnych ludzi wolał psy! Czego wy...?! Zabierajcie łapy!- krzyczał, gdy kilku strażników podeszło do niego i, chwyciwszy go za ramiona, odciągnęło gdzieś wgłęb tłumu.
Ludność zdawała się potępiać jego słowa, nie wybuchła jednak żadna awantura, żaden spór. Wszyscy zachowywali spokój i powagę. Prawie wszyscy. Dopiero, gdy arcykapłan zaczął przemawiać, Amir usłyszał rozpaczliwy płacz, dochodzący ze strony najbliżej stojących mieszczan. Jakaś kobieta łkała i zawodziła tak głośno, że niemalże zagłuszała słowa modlitwy. Straż zerknęła w jej stronę, ale nie zareagowała. Płacz niósł się po całym placu, wzbudzając wśród ludności spojrzenia pełne zdumienia albo wprost przeciwnie, zrozumienia. Gdzie indziej, mignęła przed Amirem kobieta, wycierająca łzy w białą chustę. Dalej mężczyzna, również ze łzami w oczach. Wielu z tych, którzy tu przybyli, reagowało w podobny sposób. Amir nie mógł się im dziwić.
Arcykapłan skończył wygłaszać modlitwę i wtedy podpalono stos. Na placu panowała cisza, przerywana jedynie tym histerycznym płaczem. Mężczyzna, nie chcąc patrzeć na wuja, spoglądał na twarze ludzi, którzy znajdowali się najbliżej. Widział tych płaczących cicho, tych skrywających łzy, tych poważnych, skupionych i pozostających w zadumie. Ale zaraz, zobaczył też coś zupełnie innego. Zobaczył dwóch strażników, którzy, kilka metrów dalej, przekomarzali się ze sobą po cichu i chichotali. I tych, którzy ciekawsko podnosili się na palcach albo wyciągali głowy, usiłując dostrzec płonące zwłoki znad ramion stojących przed nimi ludzi. Widział stojącego w pierwszym rzędzie chłopca, który ze znudzeniem i wyraźną sennością, pocierał oczy, a następnie szarpał za suknię swej matki, zapewne prosząc ją, by już sobie poszli. Kilku starców, którzy dyskutowali ze sobą o czymś zawzięcie, spoglądając w kierunku płonącego stosu. I jakiegoś jegomościa, który, przemykał się pośród tłumu, dyskretnie rozglądając i zdawało się Amirowi, że nie szuka dla siebie miejsca, by obserwować ceremonię, a raczej kilku łatwych do zdobycia sakiewek.
I wtedy dopiero, książę zrozumiał – oni wszyscy nie czuli tego samego, co on. Nie mogli tego czuć. Trwał w tym złudzeniu, chcąc odnaleźć w kimś zrozumienie, kiedy Hadrin stał obok, tak poważny, chłodny i opanowany, że doprowadzało go to do szału. Wydawało mu się, że ci ludzie, którzy tak jak i on, dowiedzieli się o śmierci Ludwika nagle, którzy przecież nie raz twierdzili, że go miłują, że jest ich ukochanym królem, będą odczuwali jego odejście w podobny sposób, ale mylił się. Ani ci znudzeni, ani posępnie zamyśleni, ani nawet rozpaczający – nie czuli tego, co on. Ta kobieta nie płakała w tęsknocie za Ludwikiem. Płakała, tęskniąc za królem, nie za konkretnym człowiekiem, a za pewnym obrazem, postacią, której przecież nie znała osobiście, której cechy nadały opowiastki ludu i własna wyobraźnia kobiety. Płakała, tęskniąc za symbolem pewnego rodzaju rządów. Za symbolem czasów, które mogły przeminąć tego dnia bezpowrotnie. Tego właśnie obawiali się ci ludzie. Tu nie chodziło o śmierć króla, a o strach przed tym, co będzie dalej. Umierał ten, który zapewnił im długie lata dobrobytu, który nie dopuścił do żadnej wojny, pozwolił miastu rozwijać się w spokoju i nie uciskał ludności. Ten, którego mieli za rozsądnego, za miłosiernego, oddanego sprawom królestwa, i do którego, większość z nich, miała niemalże absolutne zaufanie. Ale któż przyjdzie po nim...? Jakie będzie podejmował decyzje? Czy uda im się dalej uchronić przed konfliktami z zewnątrz? Czy będą mogli żyć tak, jak żyli do tej pory? To wzbudzało w nich refleksję. Zastanawianie się nad przyszłością budziło lęk i niepokój. To nie była ta specyficzna rozpacz, która targała sercem Amira, która była tęsknotą, czystą tęsknotą za jego wujem, najwspanialszym człowiekiem, jakiego znał i jakiego podziwiał najbardziej spośród wszystkich ludzi. Która zmieniała się, niekiedy, w zupełnie inne uczucie, która stawała się gniewem i wściekłością, napędzanymi przez poczucie niesprawiedliwości i niepewności. Ci ludzie tego nie czuli.
Minęło kilkadziesiąt minut, gdy Hadrin delikatnie dotknął ramienia swojego brata i skinął głową, dając mu do zrozumienia, że ten powinien wyjść na przód i przemówić do ludności. Tak należało czynić. Amir został uprzedzony już wcześniej, ale nie przygotował sobie żadnych słów. Chciał po prostu stanąć przed tymi ludźmi i powiedzieć coś, krótko, zwięźle, a następnie wrócić do zamku. Gdy jednak poszedł parę kroków do przodu, zajmując miejsce w centrum placu i to na nim, skoncentrowały się pełne nadziei spojrzenia, nie wiedział, co robić. Patrzył znów na tych ludzi, szukając odpowiednich słów, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Otworzył usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale, po prostu, nie był w stanie. Chyba po raz pierwszy, nie był w stanie wyrazić własnych myśli, ani nawet, najzwyczajniej w świecie, powiedzieć czegoś dla świętego spokoju. Ludzie spoglądali na niego z coraz większą niecierpliwością i wyczekiwaniem. Aż w pewnym momencie, Amir usłyszał kroki i obok niego zatrzymał się Hadrin.
-Zgromadziliśmy się tutaj, żeby pożegnać króla- przemówił do zebranych łagodnym głosem.- Waszego króla, a naszego wuja. Jego choroba i niespodziewana śmierć, była dla nas trudnym doświadczeniem...- oparł dłoń na ramieniu Amira. Mężczyzna spojrzał na niego ukradkiem.- Choć jesteśmy pogrążeni w żałobie, ja, i mój brat, przysięgamy, że zrobimy co w naszej mocy, by kontynuować rządy i politykę naszego wuja. Był on człowiekiem o wielkiej mądrości i rozsądku. Ten rozsądek, nie pozwolił mu nigdy, sprowadzić na poddanych żadnego nieszczęścia czy wojny. Naszym zadaniem, będzie utrzymanie tej sytuacji, w trudnych, nieprzewidywalnych czasach. Dziękuję wszystkim, którzy byli tu wraz z nami- zakończył.
To były słowa, których zgromadzeni zdawali się oczekiwać.
Po dopełnieniu pozostałych obrządków, pogrzeb wreszcie się zakończył. Tym razem, w kierunku zamku, najpierw wyruszyli żałobnicy. W ślad za nimi, wolno podążała kareta, w której znajdowali się książęta. Tradycja królestwa nie uznawała organizowania uczt w dzień pogrzebu. Żałobnicy mieli więc dotrzeć na teren zamku, tam dopiero mogli odsłonić twarze, tam też, czekały na nich najczęściej karety lub konie i stamtąd właśnie, wracali do swych domostw. Amir niepokoił się przez chwilę, czy Nadim będzie wiedział, co robić, gdy już wróci, ale po chwili doszedł do wniosku, że jeśli Hadrin zezwolił potomkom wilków uczestniczyć w pochodzie, na pewno też dokładnie poinstruował ich, jak mają się zachowywać i co w danej sytuacji robić.
Wrócili do królestwa. Amir bardzo chciał zobaczyć się z kochankiem, choćby przez chwilę, ale Hadrin natychmiast skierował go do sali tronowej, gdzie miała już na nich oczekiwać część rady. Książę był skołowany i przytłoczony sytuacją. Coś buntowało się wewnątrz niego na myśl, o odczytaniu woli wuja. Rosła w nim jakaś niechęć, napędzana nie troską o obyczaje, a zwykłym lękiem, paraliżującym i odbierającym zdolność trzeźwego myślenia.
Oczekującymi okazał się być Fryderyk oraz dwóch towarzyszących mu wczoraj mężczyzn. Z pewnością mieli doskonałe argumenty, by wyjaśnić, z jakich to istotnych przyczyn nie pojawili się na pogrzebie władcy, ale Amirowi nie bardzo chciało się tego słuchać. Pewnie w normalnych okolicznościach wykrzesałby z siebie jakąś mniej czy bardziej uprzejmą uwagę, ale teraz nie bardzo był w stanie wydusić z siebie choćby dwa słowa. Zauważył leżącą na tronie białą poduszkę, a na niej klucz, przyniesiony prosto z królewskiego skarbca. Obok tronu, jak zwykle, stała przytwierdzona do posadzki szkatuła, w której znajdował się królewski testament. Mężczyzna przełknął ślinę. W pomieszczeniu zbierało się coraz więcej osób, członkowie rady, którzy szli wraz z żałobnikami, powracali do zamku i natychmiast zmierzali w stronę sali, gromadząc się w niej tłumnie. Hadrin sprawiał wrażenie nieco zestresowanego, choć nie chciał tego po sobie pokazywać. Amir nie był zestresowany. Był kompletnie przerażony. Pewnie gdyby nie fakt, że dopiero co odbył się pogrzeb jego wuja, jego brat natychmiast dostrzegłby, z czego wynikają jego emocje. Amir bał się momentu odczytania woli. Bał się tego, co zapowiedział mu wuj. Bał się, że jego decyzja, w jednej chwili wywróci wszystko w jego życiu do góry nogami. Ale przecież nie mógł mieć pewności. Tak właśnie się pocieszał. Powtarzał sobie w myślach, że Ludwik był rozsądnym człowiekiem, że mógł zmienić zdanie. Że przecież, nie było go w królestwie tak długo i na pewno wiele się zmieniło, a jego wuj spędził dużo czasu z Hadrinem. Na tyle dużo, by mieć możliwość podjęcia innej decyzji. Amir miał szczerą nadzieję, że tak właśnie było. Nie był gotowy na to wszystko, co się wokół niego działo. Śmierć wuja kompletnie go rozbiła i przytłoczyła, a teraz jeszcze to... Nie nadawał się do pełnienia tak wysokiej funkcji, miał tego świadomość. Nie był do tego przygotowany. A w tym momencie, nie było go stać nawet na racjonalne myślenie.
Fryderyk rozejrzał się dookoła, najwyraźniej odczuwając duży dyskomfort, z powodu faktu, że jego wzrost po raz kolejny sprawiał, że, właściwie, niknął wśród przybyłych. Wspiął się więc, na kilka schodków, prowadzących do podwyższenia, na którym znajdował się tron i stamtąd zamierzał przemawiać. Jego zastępca, wyraźnie zaspany, ślepo podążył za nim i dopiero karcące spojrzenie niskiego arystokraty, uświadomiło mu, co ten zabieg miał na celu, więc powrócił pokornie na swoje miejsce.
-Szanowni panowie!- zaczął piskliwym głosem Fryderyk, uśmiechając się do zebranych.- Oto zebraliśmy się tutaj, by odczytać królewską wolę! Lud nasz oczekuje wyboru nowego króla, a więc dajmy mu to, czego żąda!
Powiedziawszy te słowa, ruszył w kierunku tronu i uroczystym gestem, sięgnął po klucz, a następnie stanął przy szkatule i otworzył ją. Z jej wnętrza wyciągnął zapieczętowaną kopertę, którą uniósł tak wysoko, jak mógł, ukazując ją gościom.
-Oto jest wola naszego króla...- rzekł, otwierając kopertę i wyjmując z niej pergamin, który również okazał zebranym. Amir widział materiał jedynie przez chwilę, ale poznał charakterystyczne, nieco pochylone pismo wuja. Testament był bardzo krótki.- Przyjmując, że wszystkie procedury zostały dopełnione i wola jest w pełni świadomym postanowieniem szanownego władcy, przystępuję do jej odczytania...- oznajmił, po czym odkaszlnął kilkakrotnie i zaczął- Szanowni panowie...- Amir uniósł brew w geście politowania, świadom, że to z pewnością nie jest początek testamentu- Oto słowa króla... Ja, Ludwik, król Alitis...- piskliwy głos czytającego był tak irytujący, że niemal nie do wytrzymania.- ... po mej śmierci, bezzwłocznie oddaję królestwo w ręce mych dwóch, najdroższych, przysposobionych synów – Amira i Hadrina...- Amir drgnął lekko. Wuj rzadko nazywał ich synami, bo i oni nie zwracali się do niego jak do ojca. Ludwik zresztą nigdy nie stawiał się w tej roli. Mężczyzna poczuł się wzruszonymi tymi słowami.- ... Wszystko, cokolwiek należało do mnie, od tej chwili należeć będzie wyłącznie do nich, wraz z całą pełnią praw do dysponowania majątkiem, mając pewność co do ich uczciwości oraz słuszności podejmowanych decyzji. Przede wszystkim jednak, zobowiązuję do przejęcia przeze mnie tronu, mojego...- tu zapanowała długa cisza. Fryderyk najwyraźniej przeczytał już kolejne słowa, ale nie zdążył ich wygłosić, kompletnie nimi zdumiony. Przyglądał się testamentowi uważnie, jakby był przekonany, że źle coś odczytał albo zrozumiał. Amir przymknął na moment powieki. On już znał ciąg dalszy.- ... mojego najstarszego syna, Amira...- odczytał wreszcie Fryderyk, z wyraźnymi oporami. Wśród rady zapanowało poruszenie. Najwyraźniej większość jej członków była przekonana, że przewodniczący się pomylił. Amir nie miał pojęcia, jak zareagował jego brat. Bał się na niego spojrzeć.- ... pewien tego, że będzie on odpowiednim władcą w czasach chaosu i zamętu, w jakich przyszło nam żyć obecnie. Mego młodszego syna, Hadrina, mianuję jego najbliższym doradcą, mając nadzieję, iż będzie dla swojego brata stanowił podpoporę i stanie się głosem rozsądku, pomagającym mu w rozstrzyganiu o słuszności podejmowanych decyzji. Ludwik. Król Alitis...- zakończył Fryderyk i po chwili dodał zwyczajowo, choć z wyraźnym zaskoczeniem- Taka jest wola króla...
Wśród zebranych panowała wyraźna konsternacja. Członkowie rady spoglądali po sobie, wymieniali cicho jakieś uwagi, nie wiedzieli, jak mają się w tej sytuacji zachować. Byli, zapewne, równie, a może i bardziej zdumieni, jak Amir wtedy, gdy usłyszał, co planuje jego wuj. Teraz jednak, nie było już możliwości odwrotu ani zmienienia decyzji zmarłego władcy. Wszyscy stanęli przed faktem dokonanym i to najwyraźniej kompletnie ich zdezorientowało i zbiło z tropu. Amir zerknął ukradkiem na brata. Widział na jego twarzy wyraz kompletnego oszołomienia i dezorientacji. Czyli Ludwik mu nie powiedział... Amir przymknął powieki i potarł skronie, czując się okropnie. Miał nadzieję, że nawet, jeśli jego wuj nie zmienił zdania, poinformował o tym Hadrina. Ale już wcześniejsze słowa brata, kazały mu przypuszczać, że ten wciąż wierzy w swoją koronację. To on powinien był mu powiedzieć, ale przed wyprawą nie starczyło mu czasu,a był pewien tego, że będzie miał jeszcze okazję przekonać wuja do zmiany zdania. Teraz, nie starczyło mu odwagi.
-To niemożliwe...- usłyszał słowa jednego z członków rady.
-Istne szaleństwo.
-On...?
Te szepty docierały do niego, a jego lęk, zamiast maleć, rósł z każdą chwilą. Dlaczego Ludwik mu to zrobił? Dlaczego wybrał jego, choć wiedział, że Amir nie jest gotowy do tego rodzaju funkcji? Przecież powiedział mu, że tego nie chce.
-Tak... Szanowni panowie... Cóż...- odkaszlnął Fryderyk, starając się robić dobrą minę do złej gry.
-Trzeba ustalić prawdziwość woli- odezwał się jeden z doradców.
-Tak- potwierdził natychmiast zastępca Fryderyka.- Wykluczyć możliwość fałszu...
-... Szanowni panowie, wola jest prawdziwa...- odparł jednak przewodniczący, wyraźnie skrępowany tym faktem.
-Przecież wiadomo, że był szalony!
Amir odwrócił się gwałtownie w stronę, z której dobiegł krzyk, ale nie był w stanie ustalić, kto wypowiedział te słowa.
-Otóż to!- podchwycił Golvan.- Docierały do nas pogłoski o chorobie szanownego króla, chorobie nie tylko ciała, ale też umysłu! Nie można przecież wierzyć w wolę kogoś, kto tej woli był pozbawiony...
-To ma sens, szanowny panie- Fryderykowi najwyraźniej spodobało się to wyjaśnienie.- Trzeba będzie więc najpierw ustalić, czy król aby na pewno był świadom podejmowanych przez siebie decyzji, a dopiero później...
-Nie.
Amir drgnął słysząc stanowczy głos i spojrzał na swego brata ze zdumieniem.
-O cóż chodzi, szanowny Hadrinie?- Fryderyk spojrzał na niego pytająco.
-Mój wuj był w pełni świadom, gdy pisał swój testament- odpowiedział Hadrin, nieco rozedrganym, ale pewnym głosem.- Jeśli zawarł tam te postanowienia, to znaczy, że naprawdę tego pragnął.
Fryderykowi zrzedła mina. Oto stracił swoją jedyną szansę, by móc zanegować testament.
-Niech więc żyje nasz nowy, szanowny król!- obwieścił, ale te słowa nie spotkały się ze zbyt entuzjastyczną reakcją. Nie był oklasków, ani krzyków ku czci nowo mianowanego. Amira wcale to nie zdziwiło i nie oczekiwał tego. Szczerze mówiąc, nie czuł się zbyt dobrze. Chciał już wrócić do swojej komnaty, zobaczyć się z Nadimem i chwycić się ostatniej nici nadziei, jaka mu pozostała.- Nie ma co zwlekać, przed nami wiele wyzwań... Koronacja odbędzie się nazajutrz. Lud zostanie powiadomiony. Z pewnością uraduje go ta decyzja...- dodał z wymuszonym uśmiechem, po czym trzymając wciąż pergamin, podszedł do jednej ze świec.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Amir, zbierając w sobie tyle energii, by podbiec do niego i zabrać mu testament wuja.
-Ależ szanowny Amirze!- obruszył się Fryderyk.- Szanowny królu, powinienem raczej powiedzieć... Zgodnie z obyczajem, wola jednego króla płonie, gdy wybrany został drugi... Każdy z nas tu obecnych słyszał postanowienia testamentu i nie zechce ich negować...
Amira jednak to nie interesowało. Zabrał list wuja, wracając na swoje miejsce.
Później członkowie rady zaczęli zbierać się do odejścia. Zgodnie z protokołem, każdy jeden, podchodził do braci i żegnał się z nimi, kłaniając  przed królem. Gdy Amir widział pełne niechęci miny arystokratów, już wiedział, że, choćby z tego względu, jego wuj popełnił duży błąd. On nigdy nie ulegnie przed naciskami, nie będzie pewnie nawet umiał rozróżnić nacisków od autentycznych potrzeb i zwykłych propozycji, a arystokraci, choćby z tego powodu, nie będą popierać ani jego, ani jego decyzji. Ludwik miał ten sam kłopot, ale był na tyle zaradny i mądry, by skutecznie radzić sobie i bez poparcia rady. Amir nie znał się na tym kompletnie. Był jak dziecko we mgle. Nie wiedział, co ma robić.
-Szanowny Hadrinie...- Fryderyk zatrzymał się przy nich, skinąwszy głową młodszemu z braci. Hadrin odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem.- Szanowny królu...- tak samo pożegnał się z Amirem, który również skinął mu głową, pochłonięty zupełnie własnymi myślami.- Nasz poprzedni król bardzo lubił nas zaskakiwać...- dodał Fryderyk, nie przestając się uśmiechać.- Widzę, że zaskoczył nawet ciebie...- stwierdził, po czym ruszył do wyjścia.
Ale to nie zaskoczenie malowało się na twarzy mężczyzny. To był wciąż ten sam lęk i niepokój, jaki dręczył go jeszcze przed odczytaniem decyzji. Hadrin spojrzał na brata ze zmarszczonymi brwiami. Amir nie wytrzymał długo jego spojrzenia. Odwrócił wzrok, by zaraz zerknąć na brata kątem oka. Widział, jak Hadrin zaciska mocno drżące usta i nerwowo szarpie rękawy szaty. On już wiedział. Wiedział, że Amir podejrzewał to, co dziś miało miejsce i, że miał przesłanki, by zakładać taki rozwój wydarzeń.
Wszystko komplikowało się coraz bardziej.

Amir siedział w jadalni. Ogromne pomieszczenie, które znajdowało się pomiędzy czterema salami, zawsze było pełne ludzi, przede wszystkim krzątającej się wte i wewte służby. Jednak w tym dniu, służba była zwolniona z większości pełnionych przez siebie obowiązków. Przez to, jadalnia była zupełnie opustoszała, nieoświetlona i nieogrzana. Amir drżał z zimna, siedząc przy długim stole, na którym stała, wypalająca się powoli, świeca, oświetlająca fragment znajdującego się na stole pergaminu. Mężczyzna odczytywał wciąż te same zdania, choć znał je właściwie na pamięć, i odruchowo gładził opuszkami palców testament wuja. Obraz rozmazywał mu się przed oczyma. Co jakiś czas, łzy napływały mu do oczu. Był potwornie zmęczony. Odczytując raz po raz kolejne słowa, odczuwał smutek i niedosyt. Tylko tyle... Tylko te kilka zdań. Tak bardzo chciałby, by wuj zostawił po sobie coś jeszcze. Jakiś list. Wyjaśnienie. Cokolwiek, co pozwoliłoby Amirowi zrozumieć to, co się wydarzyło przed jego chorobą i co skłoniło go do takich, a nie innych decyzji. Ale niczego takiego nie było. Niczego prócz tych imion, wydrapanych na ścianach pokoju, w którym go trzymali.
Dlaczego Ludwik mu to zrobił...? Amir przetarł twarz dłońmi i przymknął na moment powieki. Dlaczego wybrał akurat jego? Dlaczego postawił go w takiej sytuacji, wobec rady, ale i wobec brata...? Hadrin czuł się rozczarowany i zawiedziony. To było oczywiste. Wuj zawsze traktował go w taki sposób, jakby to on miał być jego następcą. Nigdy nie powiedział tego wprost, niczego nie obiecywał, ale Amirowi zdawało się z początku, że to zwykła kurtuazja, grzeczność Ludwika oraz jego ostrożność, nie pozwoliła mu na otwarte przyznanie, że to młodszego z siostrzeńców chciałby widzieć na tronie. Ale prawda okazała się inna. A Amir wciąż nie mógł zrozumieć, jakie motywy pchnęły jego wuja do podjęcia tego rodzaju decyzji. On nie był dobrym kandydatem na króla. Nie znał się na tym. Był nieokrzesany, łatwo dawał się wytrącić z równowagi, nie nadawał się do manipulowania, a już z pewnością, nie nadawał się do subtelnej dyplomacji. Mógł wyciągnąć miecz i bez wahania przyłożyć komuś ostrze do gardła, ale na pewno nie oczekiwać, zabiegać czy prosić o cokolwiek. To do niego nie pasowało. Nie znał się na niczym prócz walki. Nie umiał podejmować decyzji, które byłyby dobre dla ogółu. Nawet będąc w pełni sił, nie nadawał się do pełnienia tego rodzaju funkcji, a co dopiero teraz, gdy przytłoczony i rozbity niedawnymi wydarzeniami, nie mógł dojść do ładu z samym sobą. Nie wiedział, w jakim dokładnie stanie znajdowało się królestwo, to jego brat miał na ten temat szczegółową wiedzę, nie bez powodu. Przecież Amir, jeszcze przed swą wyprawą, nie znosił potomków wilków. Objąwszy tron, mógłby podejmować decyzje, które wydawałyby mu się słuszne, a w istocie byłyby pozbawione sensu i pełne okrucieństwa. Teraz zmieniło się jego nastawienie do pobratymców Nadima, ale mógł przecież mylić się w setkach innych spraw. Dlaczego wuj, w swym rozsądku i czynieniu wszystkiego dla dobra królestwa, nie spostrzegł, że wybór starszego z siostrzeńców jest najgorszym, jaki tylko mógł podjąć...? Dlaczego nie Hadrin...?
Mężczyzna złożył pergamin i zdmuchnął tlący się płomyk, po czym, ściskając w dłoniach testament, ruszył do swojej komnaty. Dotarłszy do drzwi, pchnął je i wszedł powoli do środka. Drgnął mimowolnie, zdając sobie sprawę z tego, że ktoś czeka na niego w środku. Nadim stał przy jednym z okien, zamyślony i dopiero, gdy usłyszał charakterystyczne skrzypnięcie, odwrócił się w stronę kochanka. Amir spoglądał na niego przez chwilę, po czym spuścił wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć. Ukrył list w jednej z szuflad, zatrzymując się przy szafce na dłużej.
-Gratuluję- rzucił potomek wilków, i na kilometr czuć było, że stara się nadać swojemu głosowi pogodny ton, co jednak nijak mu nie wyszło.
-Dobrze wiesz, że nie ma czego!- warknął impulsywnie Amir.
-Owszem, jest.- Nadim nie tracił spokoju.- Twój wuj uznał cię za godnego sprawowania po nim najwyższej władzy... Był człowiekiem mądrym i szlachetnym, trudno więc, o większe wyróżnienie i dowód zaufania. Jestem pewien, że sobie poradzisz.
Amir tylko parsknął cicho. Wciąż był to marny powód do gratulacji. Nie widział nic schlebiającego w wyborze Ludwika, bo nigdy nie chciał być królem i sam mu o tym powiedział. Owszem, mógł być to dowód zaufania, ale zaufania irracjonalnego, bo pozbawionego podstaw. Ktoś, kto nie jest przygotowany do takiej funkcji, nie może dobrze sprawować władzy. Ktoś, kto tak łatwo daje się ponosić emocjom, również.
-Ja i Canis wracamy do domu- poinformował go po dłuższej chwili Nadim.
Amir spojrzał na niego niepewnie.
-Kiedy?- zapytał.
-Teraz- odpowiedział potomek wilków.- Twój brat wszystko przygotował. Chciałem cię zobaczyć.
Człowiek skinął głową.
-Kiedy zamierzasz wrócić?- zapytał.
I wtedy znowu nastała cisza. Nadim odwrócił na moment wzrok i odkaszlnął cicho, jakby nie mógł wydobyć z siebie odpowiedzi. Ale odpowiedź była już oczywista. Amir uśmiechnął się gorzko.
-Nie zamierzasz wracać...- dopowiedział sam sobie.- W ogóle nie zamierzasz się ze mną spotykać- dodał, rozpaczliwie licząc na to, że usłyszy protest Nadima, jego zaprzeczenie. Ale nie zaprzeczył.
Amir czuł, jak coś ściska go za gardło. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a nie będzie w stanie powstrzymać łez, które cisnęły mu się do oczu.
-Dlaczego mi to robisz...?- zapytał bez zrozumienia.- Dlaczego właśnie teraz?
-Tak będzie dla ciebie lepiej- stwierdził potomek wilków, ale nie brzmiał zbyt przekonująco.- Wiem że w tym momencie, te słowa wydają ci się okrutne, ale za jakiś czas...
Urwał. On również był bliski łez. Amir odetchnął płytko. Wszyscy chcieli coś robić dla jego dobra. Ironia losu! Ludwik, dla jego dobra, mianował go królem. Dla jego dobra zresztą również, jak twierdził Canis, zdecydował się na to opętanie. Umarł więc, dla jego dobra. Hadrin, dla jego dobra, chciał uciąć jego kontakty z Nadimem. Zupełnie niepotrzebnie, bo sam Nadim, również, dla jego dobra, decydował się by odejść, właściwie, z dnia na dzień. Wszystko dla jego dobra, ale nic się ze sobą nie zgadzało. Bo dobro nie powinno unieszczęśliwiać, prawda?
-A co będzie z nami...?- zapytał cicho Amir.
I znów, nie usłyszał żadnej odpowiedzi. I znów, odpowiedź była oczywista.
-A więc będziemy jak oni dwaj...? Zgorzkniali i samotni do końca, bo pozbawieni tego, co było dla nas najważniejsze...?
-My wierzymy, że każdy z nas ma swoją drogę i swój cel w życiu...- odpowiedział wilgotnym głosem Nadim.- Spotkaliśmy się nie bez powodu, ale i nie bez powodu wydarzyło się to wszystko, co doprowadziło nas do tego momentu. Jeżeli więc, tak ma być, najwyraźniej tak być musiało.
-To pożegnanie?
Nadim uśmiechnął się smutno.
-Zawsze będziesz miał we mnie wsparcie- odparł, choć brzmiało to dla Amira absurdalnie.- Niezależnie od wszystkiego. I jeśli będziesz czegoś potrzebował, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ci pomóc.
-Potrzebuję ciebie- odpowiedział pewnym głosem mężczyzna.
Nadim pokręcił głową.
-Chcesz mnie. To zupełnie co innego. Przepraszam- dodał cicho, po czym ruszył w stronę drzwi, chcąc minąć Amira.
Ten chwycił go mocno za ramię, zatrzymując przy sobie.
-Nie odchodź- poprosił po raz ostatni, w swej desperacji licząc na to, że może Nadim jeszcze zmieni zdanie.
Potomek wilków wyswobodził się z jego uścisku.
-Przepraszam- powtórzył raz jeszcze, po czym wyszedł.

Amir nie był w stanie zmrużyć oka ani na chwilę. Przewracał się z boku na bok, walcząc z samym sobą i usiłując się uspokoić, znużony nieustającymi rozważaniami. Wreszcie jednak, zsunął się na brzeg łóżka i usiadł na nim, pocierając skronie i mając wrażenie, że głowa eksploduje mu zaraz z natłoku myśli. W nerwowym geście przeczesał palcami zmierzwione włosy i podniósł się na nogi, po czym ruszył do drzwi. Wyszedł z pokoju i dopiero stojąc boso na chłodnym, nieoświetlonym korytarzu, zadał sobie pytanie, dokąd właściwie chce iść o tak późnej porze. Uświadomił sobie, że zaschło mu w gardle. Ruszył przed siebie, chcąc dotrzeć do schodów i zejść na dół, do kuchni. W pewnej chwili zatrzymał się jednak nagle i cofnął kawałek, stając przed jednymi drzwiami. Drzwiami, które prowadziły do komnat wuja. Wpatrywał się w nie przez dłuższą chwilę, po czym pchnął i powolnym krokiem, wszedł do środka. Ku swojemu zdumieniu odkrył, że w okrągłym pomieszczeniu, które pełniło funkcję gabinetu, pali się kominek. Całe zresztą było oświetlone. Amir wszedł głębiej. Przy biurku, naprzeciw krzesła, które zazwyczaj zajmował wuj, siedział Hadrin. On również był już przebrany jak do snu i, chyba tak samo, jak jego brat, nie był w stanie zmrużyć oka. W jednej dłoni trzymał szklankę z jakimś trunkiem. Obejrzał się na Amira przez ramię, po czym na powrót, wbił wzrok we własne kolana. Dopił resztkę alkoholu i zaraz sięgnął po stojącą na stole butelkę, dolewając sobie więcej.
-Jak się czujesz?- zapytał Amir, chociaż już po zachowaniu brata widział, że niełatwo było mu przyjąć to, co się dzisiaj wydarzyło. Nie mógł się temu dziwić. Hadrin całe swoje życie poświęcił się na przygotowanie do sprawowania funkcji, która, jak się okazało, wcale nie była mu przeznaczona.
-Dobrze- odparł machinalnie Hadrin, po czym upił solidny łyk.
Amir podszedł do niewielkiego, stojącego przy ścianie stolika i zabrał jedno z krzeseł, po czym postawił je obok krzesła Hadrina. Nie chciał i nie zamierzał zajmować miejsca, które należało do wuja. Usiadł obok brata, spoglądając na niego z troską i zrozumieniem jednocześnie. Ich życia zmieniły się diametralnie pod wpływem jednej decyzji, na którą, zresztą, nie mieli żadnego wpływu.
-Powiedział mi- rzucił w końcu cicho, zdając sobie sprawę z tego, że Hadrin i tak się domyśla. Brat spojrzał na niego pytająco, zamglonym od alkoholu wzrokiem.- Niedługo przed moją wyprawą.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?- zapytał bez zrozumienia młodszy z książąt.
-Bo sądziłem, że to absurdalne- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Z początku wydawało mi się, że to jakaś próba. Później sądziłem, że wuj zda sobie sprawę z własnej pomyłki i zmieni zdanie. Wydawało mi się to oczywiste.
-Jak widać, jemu nie...- szepnął w zamyśleniu Hadrin.
-Nie zamierzałem tego przed tobą ukrywać...- stwierdził starszy z mężczyzn. Po prostu nie chciał rujnować planów brata, naprawdę był przekonany, że to wszystko da się jeszcze odkręcić.- Kiedy wyruszyłem... To, w pewnym sensie, było nawet wygodne...- powiedział, sięgając po jedną ze stojących przy butelce szklanek i nalewając do niej trunku. Hadrin spoglądał na niego z uwagą.- Sądziłem, że wuj będzie miał czas, by dobrze to wszystko przemyśleć. A nawet, jeśli nie... Wydawało mi się, że po powrocie, ja będę miał czas, aby uświadomić mu, że się myli... Ale czasu zabrakło...- dokończył ledwie słyszalnie.
Hadrin skinął głową ze zrozumieniem, choć na pierwszy rzut oka widać było, że ta sytuacja wciąż go gnębiła. Nie mógł tego przeboleć tak łatwo.
-To mnie zawsze zabierał na narady...- powiedział powoli, obracając szklankę w dłoniach.- To ze mną witał gości. Mnie uczył przemawiać. Mnie informował o tym, co działo się w królestwie. Włączał w dyskusje. Wyjaśniał wszystkie mechanizmy... Od ciebie nigdy niczego nie wymagał. Pozwalał ci robić wszystko, na co miałeś ochotę... Ale może rzeczywiście widziałem to wszystko w niewłaściwym świetle...
Może tak właśnie miało być... Amir dostrzegł to dopiero teraz. Wuj pozwalał mu na to, by czynił, cokolwiek chciał, wiedząc, że w przyszłości nie będzie mógł sobie na to pozwolić. A uczył Hadrina, by ten mógł mu pomagać w sprawowaniu rządów.
-Nie musisz tu ze mną siedzieć- powiedział Hadrin, jakby uważał, że brat robi mu łaskę.- Możesz wracać do... do tego potomka wilków.
-Odszedł- odparł Amir.- Sądziłem, że wiesz...
-Skąd mógłbym wiedzieć...?- szepnął Hadrin, wzruszając ramionami.- Ich przywódca rozmawiał ze mną, poinformował mnie, że chce wracać, kazałem przyszykować powóz, który miał go zawieźć do lasu, to wszystko... Nie sądziłem, że ten drugi też wyjedzie... Musisz być bardzo ostrożny- powiedział, spoglądając na brata z powagą.- Zwłaszcza teraz. Arystokraci nie dadzą ci spokoju, rada wykorzysta wszystkie twoje grzechy przeciwko tobie. A ludzie...
-Odszedł ode mnie- sprecyzował Amir, aż nadto zrozumiale.
Hadrin uniósł brwi. Wpatrywał się w brata przez dłuższą chwilę, po czym skinął głową i odwrócił wzrok.
-Tak będzie łatwiej- stwierdził z pełnym przekonaniem.- W dłuższej perspektywie czasu szczególnie. Nie masz pewnie ochoty tego słuchać, ale takie związki, naprawdę nie mają przyszłości. Rozczarowałbyś się prędzej czy później. Ludzie tacy jak my, powinni spotykać się z kimś z ich grona. To wiele ułatwia i jest lepsze dla nas samych.
Amir upił łyk trunku, analizując słowa Hadrina. Po chwili spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami, uświadamiając sobie, że ten ton, który wkradł się do jego głosu, gdy o tym mówił, nie był wcale irytacją, a czymś w rodzaju rozżalenia.
-Spotykasz się jeszcze z tą kobietą...? Tą wieśniaczką?- zapytał otwarcie. Co za wstyd, że nawet nie pamiętał jej imienia...
-Nie- odparł krótko jego brat.
-Dlaczego?
-Umarła.
Amir zaniemówił na dłuższą chwilę. Odwrócił na moment wzrok, skruszony i zawstydzony wyrzutami, jakie robił wcześniej bratu. Miał do Hadrina pretensje, że ten nie zajmował się wujem tak jak należy i chyba po części winił go również za to, że nie cierpi po jego odejściu tak mocno, jak on sam. Nie wziął nawet pod uwagę tego, że jego brat mógł przeżyć śmierć innej, bliskiej mu osoby.
Hadrin był rozgoryczony i smutny. Napił się znowu i zaraz, po raz kolejny, musiał dolewać sobie alkoholu.
-Co się stało?- zapytał starszy książę.
-Zmarła przy porodzie- wyjaśnił zdawkowo Hadrin.
Wtedy Amira zamurowało kompletnie.
-Co... Co z dzieckiem...?- rzucił ostrożnie, choć w obliczu zachowania i tonu jego brata, odpowiedź zdawała się oczywista. Zapewne podzieliło los matki.
-Nie wiem- odparł jednak Hadrin, zaskakując starszego mężczyznę.
-Ale... żyje?- dopytał Amir, marszcząc brwi.
Hadrin skinął z wolna głową.
Amir patrzył na brata, czując się kompletnie skołowany.
-Masz dziecko...?
-Miałbym- poprawił go Hadrin.- Miałbym syna...- dodał po chwili w zamyśleniu i zaraz wzdrygnął się, jakby wcale nie chciał o tym mówić.- Ale nie jest mój- stwierdził chłodno.
-Nie rozumiem...
-Zdradzała mnie- szepnął z rozgoryczeniem.- Spotykała się z innymi mężczyznami.
Amir naprawdę starał się sobie to wszystko uporządkować, ale ani pora, ani brak snu, ani tym bardziej oszołomienie wywołane informacją, którą usłyszał, mu tego nie ułatwiały.
-Wtedy, kiedy spotykała się z tobą?- zapytał.
-Tak.
-Więc skąd możesz wiedzieć, że to nie twoje dziecko?
Hadrin zacisnął wargi, nie odzywając się przez dłuższą chwilę. Dłoń, w której trzymał szklankę, drżała wyraźnie.
-Po prostu. Nie jest moje i już- powiedział kategorycznie.
-Ale...- Amir przymknął na moment powieki i pokręcił głową.- Skąd w ogóle wiesz, że cię zdradzała?- zapytał, patrząc na brata z uwagą. To też mu się nie zgadzało. Hadrin nie był w tym temacie zbyt wylewny, a i Amir nie dopytywał zbytnio, ale z opowieści wnioskował, że była jego bratem kompletnie zauroczona. To było naiwne uczucie, pasujące raczej do młódki niż dojrzałej kobiety. Nie żądała od niego niczego, nie liczyła na pieniądze, ani na żadne przywileje. Chciała wyjść za niego za mąż i dawała się zwodzić jego obietnicom, których nigdy nie zamierzał spełnić. To nie pasowało do opisu wyrachowanej kobiety, która miałaby w tym czasie zabawiać się z kimś innym.
-Dowiedziałem się od ludzi.
-Od ludzi...?- parsknął cicho mężczyzna.- Od zawistnych wieśniaków...? Chociaż z tymi raczej nie rozmawiasz, więc wnioskuję, że od arystokracji... Prawda...?- milczenie Hadrina było aż nazbyt wymowne.- Jasne...- Amir uśmiechnął się z politowaniem.- Zawsze lepiej jest zaufać w tych kwestiach ludziom, którym od początku się ten związek nie podobał...
-Przyłapałem ją!- odparł impulsywnie Hadrin.
-Pewnie również na zaaranżowanym przez arystokrację spotkaniu...
-Jakie to ma znaczenie?!
-Decydujące! Przyznała się?
-Oczywiście, że nie!- prychnął z irytacją młodszy z braci.- Ty byś się przyznał?
-Gdybym rzeczywiście był winien, gdyby mi nie zależało i został postawiony w oczywistej sytuacji, to czemu nie...- odpowiedział Amir.- Ale ona taka nie była. Wiesz o tym dobrze.
Hadrin odwrócił wzrok.
-To nie ma teraz żadnego znaczenia.
-Ma znaczenie to, że masz syna!
-To nie jest mój syn!
-Ale może być.
-Nie- warknął w odpowiedzi Hadrin, coraz bardziej wytrącony z równowagi.- To nie jest mój syn- powtórzył raz jeszcze, tak kategorycznie, jakby sam usiłował to sobie wmówić.
-Skąd ta pewność...?- nie rozumiał Amir.- Urodził się z ogonem i psimi uszami...?- zakpił.
-Nie wiem. Nie widziałem go- odpowiedział młodszy książę z pozorną obojętnością.
-Nie wierzę... Nie poszedłeś nawet go zobaczyć...? To przecież może być...
-Skończ już z tym- przerwał mu stanowczo Hadrin.- Powiedziałem ci, że to nie jest moje dziecko.
-Nawet przyjmując, że masz rację i, że nie była ci wierna, wciąż istnieje prawdopodobieństwo, że to twój syn. Gdzie on teraz jest...?
-Zajmuje się nim jej rodzina- odparł Hadrin.- Zobowiązałem się łożyć na jego utrzymanie.
-Po co...?- Amir spoglądał na brata ze zmarszczonymi brwiami, coraz bardziej zdumiony jego uporem i zachowaniem.- Nie zobowiązałbyś się do tego, gdybyś rzeczywiście był pewien, że to nie twoje dziecko...- zauważył. Hadrin poruszył się nerwowo, nic nie odpowiadając.- Rozumiem, że przeżyłeś coś strasznego... Może się rozczarowałeś... Może wciąż cierpisz po tym, co ją spotkało... Ale to nie powód, by odrzucać to dziecko. To może być twój syn. A co za tym idzie, przyszły władca tego królestwa.
-To ty jesteś królem- syknął w odpowiedzi Hadrin, wyraźnie zbolałym głosem.- Nie ja.
-Ale ja nie będę miał potomstwa. Nie wiem, jak długo będę żył. Po mnie będziesz rządził ty, a po tobie, twój syn...
-Owszem- zgodził się młodszy z braci, skinąwszy głową.- Gdy już będę go miał.
-Już go masz! Nie rozumiem, z jakiego powodu, zdecydowałeś się go zostawić w rękach tamtych ludzi! To twój potomek! Twój następca!
-Moim następcą będzie mój prawdziwy syn!- krzyknął niepohamowanie Hadrin.- Syn z prawego łoża, a nie byle bękart, przez którego będą mnie wykpiwać i wytykać palcami!
Amir przymknął na moment powieki i parsknął z niedowierzaniem.
-A więc w tym rzecz...- stwierdził.
-Ten związek był najgorszym, co mogło mi się przydarzyć!- Hadrin odstawił szklankę na blat z głośnym trzaskiem.- Ci, którzy próbowali mi to uświadomić, mieli rację od samego początku! Ludzie plotkowali o mnie z tego powodu. Opowiadali kłamstwa, nie chcieli mnie widzieć na tronie! Za to ciebie...- uśmiechnął się gorzko.- Ciebie stawiali na piedestale. I może właśnie przez to Ludwik zdecydował tak, a nie inaczej...
-Ludwika nie interesowały nasze prywatne sprawy- uświadomił mu mężczyzna.
-Ale nie przeszkadzało mu to słuchać i wyrabiać sobie opinii.
-Popełniasz błąd, Hadrin- Amir próbował uświadomić to bratu.
-Popełniłem go wdając się w ten romans- odparł stanowczo młodszy książę.- Ale to już się nie powtórzy. Nigdy więcej nie pozwolę się ośmieszać.
Amir nie odpowiedział.
Zawsze wiedział, że bratu zależy na opinii arystokratów.
Ale nigdy nie podejrzewał, że będzie dla niej gotów poświęcić coś tak cennego.