Strony

piątek, 15 marca 2013

- 10 - [Edmund Lancaster]


Kolejne dni upłynęły Jamesowi raczej zwyczajnie. O ile cokolwiek w towarzystwie bardzo niezwykłego, teoretycznie martwego hrabiego, mogło być „zwyczajne”. To zaskakujące, jak szybko przyzwyczaił się do obecności swojego niespodziewanego lokatora. Jeszcze nie tak dawno temu, „zwyczajność” Jamesa wyglądała zupełnie inaczej. Odkąd nie miał już żadnych poważnych i zobowiązujących zajęć, wstawał koło dziewiątej rano, włączał telewizor, w tym czasie przygotowując sobie śniadanie, po czym oglądał siedząc na kanapie i skacząc po kanałach w poszukiwaniu czegoś interesującego. Później czytał coś albo wychodził na spacer. Dwa razy w tygodniu robił zakupy i to wystarczało mu w zupełności. Wieczorami dzwonił do znajomych i rodziny. Od czasu do czasu, bywał w bibliotece i na uniwersytecie, odwiedzając dyrektora placówki. Planował swój projekt, który okazał się... znacznie bardziej intrygujący i żywy niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Natomiast odkąd pojawił się Edmund, sprawy miały się nieco inaczej. James sypiał niewiele, owszem, i tak dłużej, odkąd jego podopieczny zaczął naprawdę spać, a nie tylko usiłować zasnąć, ale kanapa nie była szczególnie wygodna. Co prawda, ostatnie kilka nocy spędził w swoim własnym łóżku... Co oczywiście wynikało tylko z tego, że Edmund czuł się komfortowo i czegoś się obawiał... Ale i tak, nie było wiele miejsca, by dobrze się wyspać. A, że młody hrabia zazwyczaj wstawał bladym świtem, James był zmuszony do tego samego. Ranek zaczynał się podobnie. Włączał Edmundowi telewizję, a sam szedł robić śniadanie. Później, wszystko zależało od samopoczucia i zachcianek panicza, który w zależności od dnia, wolał najpierw wziąć kąpiel (nawet i dwa razy pod rząd) albo pójść na rower, albo po prostu siedzieć przed telewizorem i jeść. Potem James, tak czy inaczej, zabierał go na zewnątrz, bo był zmuszony pójść po zakupy. Kupował więcej niż zwykle, a i tak wszystkiego ubywało w niezwykłym tempie. Zaczynał się coraz bardziej niepokoić faktem, że niedługo, jeśli nie weźmie się do opłacalnej pracy, nie będzie miał za co żyć. Popołudnia, tym razem w zależności od pogody, spędzali albo na spacerach, albo w domu. W domu natomiast, Edmund rozsiadał się przed telewizorem albo szukał innych, choć równie współczesnych, intrygujących zajęć, natomiast James zasiadał się przy biurku i ze zmarszczonymi brwiami, raz jeszcze analizował wszystko, odczytywał znane mu dobrze zdania i usiłował wywnioskować z nich coś, co naprawdę mogłoby mieć sens.
Edmund wciąż nie był zbyt skory do współpracy w temacie swojej śmierci.
Tak, panicz Lancaster też był całkiem zwyczajny. Nie bardziej uprzejmy i nie mniej nieporadny niż zwykle, ale Jamesowi wcale to nie przeszkadzało. Lubił swojego nietypowego współlokatora. A oprócz tego, cała ta historia, pochłaniała go niezwykle i niemalże całkowicie zajmowała jego umysł.
Prawie...
Prawie całkowicie. Otóż, przez te kilka dni, jeszcze jedna osoba wkradała się raz po raz do głowy chłopaka. Anette. O tak, ona również interesowała go bardzo mocno... Zdecydowanie w inny sposób niż Edmund i historia jego morderstwa. Ale właściwie... Gdy nad tym myślał, dochodził do wniosku, że spotkanie tak młodej osoby, nie studentki, i, uwaga, dziewczyny, zaciekawionej lokalną historią w sposób, który bez wahania można było nazwać pasją, było chyba równie prawdopodobne, jak spotkanie żywego trupa. I, w dziwny sposób równieżżywej, czarownicy.
James chyba naprawdę przyciągał do siebie tego rodzaju osobliwości.
Nadszedł jednak wyczekiwany przez mężczyznę weekend, a co za tym szło, nastał odpowiedni moment, by spełnić swoją obietnicę i zadzwonić do dziewczyny. Nie było jeszcze dziesiątej rano, James siedział akurat nad papierami, gdy Edmund jadł śniadanie i oglądał telewizję, komentując coś na tyle głośno, że jego współlokator słyszał go w pomieszczeniu obok.Westchnął cicho, spoglądając na swój telefon, który kusił go już od momentu, gdy wstał. Anette mogła jeszcze spać... Poza tym... Chyba naprawdę mógł z tym poczekać. A przynajmniej tak myślał. Przez chwilę, bo zaraz chwycił telefon w dłoń i odnalazł numer dziewczyny.
Ach, tam. Skoro i tak, przy drobnej pomocy Edmunda, wyszedł w jej oczach na kompletnego dziwaka, by nie określić tego bardziej oczywistym słowem, to i jego desperacja nie powinna jej zanadto spłoszyć. Taką miał przynajmniej nadzieję.
Wybrał numer i w napięciu czekał, aż ktoś się odezwie.
Wreszcie, usłyszał głos dziewczyny:
-Halo?
Na moment odebrało mu mowę, jakby zapomniał, po co właściwie dzwonił.
-Cześć...- wyrzucił z siebie w końcu, skrępowany swoim własnym... skrępowaniem.- Tu James. Spotkaliśmy się kilka dni temu w bibliotece, nie wiem, czy pamiętasz...
-James!- powtórzyła radośnie jego imię.- Jasne, że pamiętam! Nie sądziłam, że zadzwonisz- przyznała szczerze.- Strasznie się cieszę! Chcesz się spotkać?
James zaniemówił po raz kolejny, tym razem bardziej zaskoczony bezpośredniością dziewczyny. Nie żeby nie dostrzegł tego przy ich pierwszym spotkaniu, ale sądził, że będzie musiał bardziej się postarać.
-Jasne- odparł, mając nadzieję, że nie brzmi jak uśmiechający się sam do siebie dureń, pomimo, że to właśnie robił. I uśmiechał się bardzo szeroko.- Kiedy miałabyś czas?
-W weekend mam masę czasu- przyznała bez ogródek dziewczyna.- Możemy spotkać się popołudniu, jeśli ci pasuje.
-Pasuje mi- potwierdził natychmiast James.
-Świetnie. Może umówimy się w tej knajpce, w której pracuję...? To całkiem miłe miejsce, no i dobrze je znam, podają tam naprawdę smaczne jedzenie... To pizzeria na Lincoln Avenue. Byłeś kiedyś w tamtych okolicach?
-Na pewno trafię- zapewnił rudowłosą James, oszczędzając sobie komentarza, że ogólnie bywał raczej w niewielu miejscach.- To... O której?
-O szesnastej?
-Dobrze.
-Już nie mogę się doczekać! Do zobaczenia!
-Do zobaczenia...- szepnął James, rozłączając się.
Odłożył telefon na bok i zerknął na zegarek, nie przestając się uśmiechać. Trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza jemu, ale wyglądało na to, że rzeczywiście umówił się na randkę. Prawdziwą randkę. Podniósł się z miejsca i radosnym krokiem ruszył w kierunku drzwi, chcąc przedostać się do kuchni i jednocześnie niepokojąc nieco faktem, że komentarze Edmunda ucichły. Wpadł na niego z impetem w progu. Młody Lancaster stał tuż przy nim, wyglądając przez ramię mężczyzny z czymś na kształt podejrzliwości. Najwyraźniej usłyszawszy odgłosy rozmowy dochodzące z pomieszczenia, postanowił sprawdzić, do kogo James mówi. Ten uśmiechnął się do hrabiego serdecznie i złapał go za ramiona, usiłując odsunąć na bok i przejść. Edmund nieco opacznie odczytał jego intencje, bo chwycił mężczyznę w dokładnie ten sam sposób, praktycznie blokując ich uścisku.
-Edmund...?- James zaśmiał się, patrząc na niego pytająco.
-Dokąd dziś pójdziemy?- rzucił młody hrabia, wpatrując się prosto w oczy mężczyzny i najwyraźniej nie widząc najmniejszego powodu, by rozmawiali w nieco wygodniejszym położeniu.
-Dziś mam randkę- obwieścił po chwili wahania były student.
Lancaster zmarszczył brwi, krzywiąc się w śmieszny sposób.
-Że co?- mruknął, jakby nie miał pojęcia, w czym rzecz.
-Już ci to tłumaczyłem. Spotykam się z Anette- wyjaśnił cierpliwie James.- To ta dziewczyna, którą spotkaliśmy w bibliotece...- dodał, widząc goszczące niezmiennie na twarzy młodzieńca zdumienie.
-Nie chcę iść do biblioteki!- zaoponował natychmiast Edmund.
James zaśmiał się.
-Nie musisz- stwierdził.- Ja się z nią spotykam. Tylko ja.
-Więc gdzie ja mam czekać?- zapytał hrabia Lancaster, wyraźnie zdezorientowany.
-Tutaj.
-Tutaj?!- obruszył się panicz.- Ona przyjdzie tutaj?!
James odetchnął głęboko, wyplątując się, nie bez trudu, z uścisku chłopaka i przeszedł wraz z nim do salonu, czując, że zbiera się na znacznie dłuższe wyjaśnienia.
-Nie, Edmund- powtórzył znowu.- Ja spotykam się z nią sam na sam. A ty zostaniesz tutaj.
Lancaster wciąż sprawiał wrażenie, jakby nic z tego nie zrozumiał.
-... Zostaniesz tutaj sam- stwierdził więc James, chcąc się upewnić, że sytuacja jest jasna.
I w tej chwili, rzeczywiście, taka się stała. Bo na dźwięk słowa „sam”, Edmund zrobił bardzo dziwną minę, najpierw sprawiając wrażenie kompletnie zszokowanego, a później, już jedynie przerażonego. James spodziewał się takiej reakcji. Potomek Lancasterów był sam przez bardzo długi czas, ale mężczyzna wątpił, by ten przyzwyczaił się do takiego stanu. Odkąd się spotkali, byli przecież niemal nierozłączni. Tak czy inaczej, w końcu musiał być ten pierwszy raz. Nie chodziło przecież tylko o randkę, ale James zamierzał też poszukać pracy.
-Przecież nie możesz mnie tu zostawić- stwierdził Edmund, wciąż wyraźnie wstrząśnięty słowami swojego współlokatora.- Nie mogę być sam.
-To nie potrwa długo- odparł łagodnie mężczyzna, uśmiechając się do niego.- Jestem pewien, że sobie poradzisz.
-Dlaczego w ogóle chcesz się z nią spotykać?!- oburzył się znowu Edmund, najwyraźniej mocno tym faktem poirytowany.
James westchnął cicho.
-Lubię ją.
-Ale ja jej nie lubię!- rzucił panicz takim tonem, jakby uważał, że jego zdanie było w tym temacie najbardziej istotne.- Jak możesz mnie zostawiać, żeby iść do niej...?- burknął, wyraźnie urażony.- Przecież to ja jestem twoim przyjacielem!- prychnął, po czym umilkł na dłuższą chwilę, marszcząc brwi i zastanawiając się nad czymś wyraźnie.- ... Chcesz, żeby ona była twoim przyjacielem...?- zapytał z obawą.
James nie mógł powstrzymać śmiechu.
-Nie, Edmund- odpowiedział, kręcąc głową.- Zdecydowanie nie. A przynajmniej, nie tylko...- dodał pod nosem, uśmiechając się sam do siebie. Wiedział, że Edmund i tak niewiele z tego wszystkiego rozumiał i to chyba nieprędko miało się zmienić. Panicz Lancaster wydawał się być w odpowiednim wieku (licząc oczywiście wiek, w jakim znajdował się w stanie śmierci, a nie te kilka wieków, które, jakimś cudem, przeżył), by interesować się kobietami, ale... Ale właściwie, po tym wszystkim co przeżył, to pewnie nie zaprzątało jego głowy. No i... byłoby nieco niezdrowe. Chyba. Z pewnego punktu widzenia.
-Więc czemu chcesz się z nią spotykać?!- zapytał raz jeszcze Edmund, coraz bardziej sfrustrowany faktem, że nie udziela mu się jasnej odpowiedzi.
James uśmiechnął się.
-Któregoś dnia zrozumiesz- stwierdził, by zaraz dodać nieco niepewne- ... Chyba.

James stał przed sporym lustrem, które musiał najpierw porządnie oczyścić z kurzu i wyciągnąć zza szafy, a następnie przenieść do salonu. Przyglądał się sam sobie i z mimowolnym uśmiechem, który nieustannie cisnął mu się na usta, wiązał krawat. Działo się z nim coś naprawdę dziwnego. Gdyby był człowiekiem wierzącym w zakochanie od pierwszego wejrzenia, pewnie wybrałby to właśnie wyjaśnienie dotyczące stanu, w jakim się teraz znajdował. Stanu, ogólnie mówiąc, niecodziennego. Nie był jednak taki, więc jedynym, czym to sobie tłumaczył, był fakt, że Anette zrobiła na nim naprawdę duże wrażenie. Była ładna, nawet bardzo ładna, mądra, zakręcona, ale w pozytywny sposób i kompletnie zafiksowana na punkcie tego, co fascynowało i Jamesa – historii. I Lancasterów.
Przedstawiciel tegoż rodu, leżał na kanapie, z miną będącą mieszanką gniewu, niepokoju i frustracji. Wyglądał od czasu do czasu na Jamesa znad jej oparcia i posyłał mu iście lodowate spojrzenie, by zaraz położyć się z powrotem, z donośnym, pełnym irytacji prychnięciem. James usiłował jakoś podnieść go na duchu i porozmawiać o czymś zupełnie innym, ale to nie działało, więc dał sobie spokój. Skończył wiązać krawat i założył zawieszoną na oparciu kanapy marynarkę (Edmund zrzucił ją ostentacyjnie w którymś momencie, ale, na szczęście, tylko raz) i znowu przyjrzał się sam sobie.
-Jak wyglądam?- zagadnął hrabiego, zerkając na niego przez ramię.
-Po co się tak stroisz?- mruknął zawistnie Edmund.
-Myślisz, że przesadzam...?- zaniepokoił się James i po chwili zdał sobie sprawę z tego, że rzeczywiście, chyba przesadził. Miał na sobie dżinsy, ale od pasa w górę, wyglądał jak zdenerwowany student oczekujący na egzamin.- Właściwie to masz rację...- stwierdził, zdejmując krawat, a następnie marynarkę.- To pierwsza randka... No i idziemy do pizzerii. Chociaż...- zastanowił się przez chwilę, zmarszczywszy brwi.- Pizzerie są różne. Bardziej i mniej eleganckie... Ale skoro ona tam pracuje...- zachichotał cicho, odrzucając marynarkę.- Tak, tak będzie zdecydowanie lepiej- powiedział, przyglądając się swojemu odbiciu z umiarkowanym zadowoleniem.
-Po co mówisz sam do siebie?- prychnął ze złością Edmund.
-Mówię do ciebie- odpowiedział James.
-Po co, skoro wcale cię nie słucham?- burknął złośliwie hrabia.
James westchnął głęboko i stanął przy kanapie, chcąc na niej usiąść, ale Edmund rozłożył się na całej długości i najwyraźniej nie zamierzał ruszyć. Mężczyzna spojrzał na niego prosząco i, dopiero wtedy, Lancaster podniósł się powoli i usiadł. James zajął miejsce obok niego.
-Edmund... Wiem, że ci się to nie podoba. Ale chcę się z nią spotkać. A żebym mógł to zrobić, ty musisz zostać tutaj...- wyjaśnił cierpliwie. Edmund drgnął, wyraźnie zaniepokojony.- Zrób to dla mnie.
-Dlaczego miałbym?
-Bo ja też robię dla ciebie wiele rzeczy.
-Tak!- parsknął z politowaniem hrabia.- Bo musisz.
James uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.
-Nie, Edmund- odpowiedział.- Wcale nie.
Lancaster otworzył usta, chcąc coś odpowiedzieć, ale najwyraźniej zastanowił się nad tym głębiej, w poszukiwaniu jakiegoś argumentu. Zamknął je i otworzył znowu, jednak i tym razem, jak się zdawało, sam nie wiedział, co mówić.
-... Nie. Chyba nie musisz- zgodził się niepewnie.- Ale nie chcę, żebyś zostawiał mnie samego- dodał natychmiast.- W ogóle nie chcę być sam.
-To tylko kilka godzin- uspokoił go James, mając szczerą nadzieję, że dla wiekowego Edmunda, o dość dziwnym poczuciu czasu, również nie wyda się to szczególnie długim okresem.- Wrócę, nim się zorientujesz. Zresztą, wszystko już przygotowałem- stwierdził, widząc goszczący niezmiennie na twarzy Lancastera niepokój.- Będziesz oglądał telewizję. W kuchni zostawiłem ci coś dobrego, gdybyś akurat zgłodniał. Wiesz, gdzie jest łazienka. Zresztą, wiesz, gdzie jest wszystko. Przecież, gdy siedzę w innym pokoju, doskonale radzisz sobie beze mnie.
-Ale jesteś...- szepnął Edmund, wyraźnie skołowany.
-Teraz też dasz sobie radę- przekonywał go James, usiłując jednocześnie przekonać samego siebie. Nie był do końca pewien, czy to dobry pomysł, ani jak Edmund zareaguje, ale nie mógł być przecież do niego uwiązany.- Zamknę drzwi. Będziesz na mnie czekał. Wrócę bardzo szybko. Pokażę ci, w razie czego, jak je otworzyć... Gdyby coś się działo... Ale nie wychodź. Po prostu na mnie czekaj. A gdy wrócę...- dodał nagle, widząc, że Lancaster wciąż nie jest przekonany.- Gdy wrócę, obiecuję, że będziesz mógł zażyczyć sobie czego tylko zechcesz. No... Czegoś, co będzie w granicach moich możliwości- uśmiechnął się lekko.
Edmund wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę.
Wreszcie westchnął niespokojnie i skinął głową.

James stał przy pizzerii, w której umówił się z Anette. Dochodził już kwadrans po szesnastej, a dziewczyny nadal nie było. Mężczyzna zajrzał kilka minut temu do środka, zastanawiając się, czy ta nie czeka na niego wewnątrz restauracji i przy okazji rozejrzał się nieco. Lokal był mały, nie przyszło też wielu gości, ale sprawiał wrażenie przytulnego. Ładnie umeblowany, ozdobiony akcesoriami kojarzącymi się z Włochami, z grającą cicho spokojną muzuką James trochę się denerwował. W dłoni trzymał czerwoną różę, którą kupił po drodze. To był chyba miły gest, nawet na pierwszej randce. A może zwłaszcza na niej...? Nic zobowiązującego ani nazbyt... szczególnego, no i... Ach, zresztą. Zamiast zastanawiać się nad tym, powinien po prostu uznać, że kompletnie nie zna się na randkowaniu, zwłaszcza, że ciężko było mu przypomnieć sobie te archaiczne czasy, gdy rzeczywiście z kimś się spotykał.
Anette pojawiła się dziesięć minut później.
-Cześć!- rzuciła energicznie, zatrzymując się przy mężczyźnie i obdarowując go pogodnym uśmiechem.- Przepraszam za spóźnienie, jestem kompletnie niezorganizowana!- przyznała z rozbawieniem.
James uśmiechnął się do niej, przyglądając się jej z uwagą. Była ubrana bardzo swobodnie, w dżinsy, t-shirt i skórzaną kurtkę. Rude włosy splątała w wysoką kitkę. Mężczyźnie nieco ulżyło, gdy okazało się, że ubrał się właściwie.
-Proszę- powiedział z lekkim skrępowaniem, wręczając dziewczynie różę.
-Och...- Anette ze zdumieniem spojrzała na kwiat, który jednak przyjęła i skinęła głową, uśmiechając się znów do Jamesa.- Dziękuję. Chodźmy- rzuciła, po czym ruszyła przodem i weszła do lokalu. Mężczyzna podążył za nią. Rozejrzał się po wnętrzu i dostrzegł wolny stolik przy oknie, ale rudowłosa skierowała się gdzie indziej.- Tu jest wygodnie- stwierdziła, wybierając stolik na cztery osoby, stojący za czymś w rodzaju półścianki i, w pewnym sensie, odizolowany od pozostałej części sali. James był nieco zdziwiony, ale z drugiej strony, to miejsce wydawało się być niemalże intymne.
Dziewczyna odłożyła różę na blat i pospiesznie zdjęła z siebie kurtkę, nim James zdążył zaproponować jej pomoc. Szybko zawiesiła ją na oparciu krzesła i usiadła. Mężczyzna zajął miejsce naprzeciwko niej, również zdejmując wierzchnie odzienie. Odgarnęła z twarzy zbłąkane pasemko włosów, po czym sięgnęła do swojego plecaka. Wcześniej, James nawet nie zwrócił na niego uwagi.
-Mam z tobą sporo do przedyskutowania...- stwierdziła dziewczyna z istnym zapałem w głosie.- Właściwie, mam sporo pytań...
-Tak...- James odkaszlnął cicho, zakłopotany, uśmiechając się uprzejmie.- Ja też...
Mina zrzedła mu nieco, gdy zobaczył, jak dziewczyna wyjmuje pokaźnej wielkości segregator i z łupnięciem kładzie go na stole. Uniósł brwi, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Anette, nie zwróciwszy chyba najmniejszej uwagi na dezorientację mężczyzny, zaczęła przeglądać zawartość segregatora, przewracając kolejne folie i najwyraźniej usilnie czegoś poszukując.
W tym momencie, przy ich stoliku pojawił się kelner. Spojrzał najpierw na Jamesa, a później na rudowłosą z czymś na kształt znudzenia. Zaraz jednak, znowu na rudowłosą, a później na Jamesa. Anette przerwała na moment pełne pasji poszukiwania, by zerknąć na przybyłego.
-Cześć, Bruno- przywitała się z nim serdecznie.
-Cześć, dziwaku- odparł kelner tonem, który zdecydowanie trudno było uznać za czuły, czy choćby przyjazny. Właściwie, patrzył na Anette ze zdumieniem, a na jej towarzysza – z politowaniem.
-To James- przedstawiła mężczyznę rudowłosa.
-Brzmi chyba lepiej niż „Nieszczęśnik”- skwitował to złośliwie Bruno.- Nasze menu...- rzucił, podając kartę chłopakowi, ale Anette rzuciła:
-Przynieś nam dużą Fungi.
Bruno uniósł brwi. Dopiero po chwili, dziewczyna zreflektowała się i spojrzała na swojego towarzysza.
-Może być?- zapytała z uśmiechem.- Jest naprawdę dobra.
-Oczywiście- zgodził się James.
-Świetnie...- wymamrotał Bruno, zapisując coś w niewielkim notesiku. Miał już odejść, ale jego wzrok spoczął na leżącej na blacie róży.- Przynieść wody...?
-Nie, raczej colę...- odparła Anette, kompletnie pochłonięta przeglądaniem tego, co znajdowało się w segregatorze.
Bruno parsknął z politowaniem.
-Jasne...- skwitował to, uśmiechając się znacząco.- Gratuluję doskonałego wyboru...- pozwolił sobie na komentarz, skierowany wyraźnie w stronę Jamesa, a następnie odszedł.
Anette zdawała się nie przejąć tymi słowami ani trochę. Właściwie, mężczyzna nie był pewien, czy w ogóle je słyszała. Akurat zaczęła wyciągać z folii różnego rodzaju kserówki i kłaść je na stole.
-Więc...- odkaszlnął niepewnie James, nie wiedząc, do czego to wszystko zmierza.- Jak ci się podoba... praca tutaj?- wyartykułował nie bez trudu, szukając jakiegoś tematu do rozpoczęcia rozmowy.
-Jest świetnie- odparła Anette, uśmiechając się do niego szeroko.- Chciałam ci pokazać to, co udało mi się zgromadzić... Na temat Lancasterów- dodała, widząc, że mężczyzna jest wyraźnie zagubiony.- Na pewno widziałeś już to wszystko i pewnie znasz się na tym lepiej ode mnie, więc będziemy mieli o czym dyskutować- zaśmiała się pogodnie.
James otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zdobył się na lekki uśmiech. Chociaż myślał o Lancasterach, a zwłaszcza jednym z nich, niemalże cały czas, to teraz, zdecydowanie wolałby się skoncentrować na innych sprawach. Wiedział jednak, że dziewczyna jest tym zafascynowana, właściwie wspólne hobby mogło być dobrym początkiem rozmowy... Choć te wszystkie papiery, które w kompletnym nieładzie pokrywały prawie całe miejsce na stole, odrobinę go dekoncentrowały i peszyły.
-Nadal nie rozumiem, jak to możliwe, że tą historią zajmuje się garstka osób...- powiedziała, spoglądając na Jamesa z uwagą. Uśmiechnął się uprzejmie, nic nie mówiąc.- To znaczy, jest ich trochę więcej niż garstka, ale chodzi mi o całą skalę... No wiesz, gromadzę tu wszystko, cokolwiek wpadnie mi w ręce i jest na ich temat... Ale te artykuły... I tak dalej... Pojawiają się rzadko, w mało poczytnych gazetach... Brakuje fajnych reportaży... Widziałeś ten o zamku Fitzgeraldów...? Nie postarali się zbytnio, jest tam naprawdę dużo nieścisłości i ta cała metafizyczna otoczka, to dość żałosne, ale tak czy inaczej, przydałoby się coś takiego o Lancasterach... Ich historia jest niezwykle intrygująca! Wciąż sądzę, że Edmund Lancaster mógł sam zaplanować tę zbrodnię... Wiesz, że jego prapradziad też zrobił coś podobnego...? Co prawda on nigdy nie opuścił zamku, ale kazał rozgłosić wśród ludzi plotkę i...
-Nie sądzę, żeby Edmund mógł zaplanować coś takiego- powiedział spokojnie James. W międzyczasie, w trakcie monologu dziewczyny, kelner, z niezmiennie zniesmaczoną miną, przyniósł im butelkę coli i dwie szklanki. James nalał do nich napoju, podając jedną dziewczynie.- Był bardzo młody.
-Cóż...- zaśmiała się Anette.- W tamtych czasach, ludzie pod pewnymi względami byli mniej naiwni, za to odarci z pewnych skrupułów... Zwłaszcza ci wysoko urodzeni...
James uśmiechnął się mimowolnie. Edmund odarty ze skrupułów był nieco bardziej rzeczywisty niż Edmund mniej naiwny, ale i tak, żadne z tych określeń do niego nie pasowało.
-Ale właściwie, nie zapytałam cię o twoją teorię...- rzuciła Anette, przyglądając się mężczyźnie z zaciekawieniem.- Na pewno jakąś masz, prawda? Jakie hipotezy zakładasz?
-Myślę, że zrobili to służący- odpowiedział zgodnie z prawdą James. Spodziewał się, że te słowa, spotkają się z zaskoczeniem dziewczyny, ale słuchała go z uwagą.- Może to zabrzmi dziwnie, nie mam nic na poparcie tych słów, ale wydaje mi się, że nim zamordowali rodzinę Lancasterów, zabili również strażników.
-Pokażę ci coś- rzuciła dziewczyna, przeszukując wyciągnięte wcześniej papiery. Wreszcie odnalazła to, o co jej chodziło, bo z uśmiechem satysfakcji, podała jeden z trzymanych przez siebie kartek Jamesowi.
Mężczyzna spojrzał na kartkę. Było to ksero jakiegoś dokumentu, z czasów Edmunda, a dokładnie z kilku dni po jego śmierci. To był raport, sporządzony przez tych, którzy badali śmierć Lancasterów. Bardzo zdawkowo i krótko zapisane w nim były ogólne wnioski z zeznań świadków. James miał wrażenie, że nigdy wcześniej tego nie widział. Gdyby wpadło mu to w ręce, na pewno by zapamiętał. Fascynował się Lancasterami, a teraz, gdy miał pod opieką Edmunda, praktycznie wszystko, cokolwiek na jego temat posiadał, przeczytał kilkukrotnie i znał na pamięć.
-Skąd to masz?- zapytał, zafascynowany.
-Eee...- Anette odkaszlnęła, wyraźnie zakłopotana.- Gdybym ci powiedziała, naprawdę uznałbyś mnie za wariatkę... Większą, niż jestem- dodała znacząco, po czym parsknęła śmiechem.- Niektóre z tych dokumentów pochodzą z miejskiego archiwum.
-Byłem w miejskim archiwum- zauważył James.
-Wiem. Ale nie wszystko związane z Lancasterami jest tak łatwo znaleźć. Trzeba wiedzieć, gdzie dokładnie szukać.
-Nie mogę uwierzyć, że wcześniej tego nie widziałem...- szepnął James, kompletnie zaskoczony.
-Nie poświęcają zbyt dużo uwagi tej historii, co?- dziewczyna uśmiechnęła się niemalże posępnie.- Mówiłam ci. Wiem o tym dobrze, widziałam, z jakich materiałów korzystają studenci. Tak czy inaczej, to interesujące, prawda...? Zwróciłam na to uwagę już dawno temu... Cała służba obecna w zamku zgodnie zeznała, że wówczas, na terenie tej ogromnej posiadłości, przebywało jedynie czterech strażników... Ci z kolei, jak sami zresztą przyznali, upili się tego wieczora i leżeli w spiżarni... Ale jedno się nie zgadza... Oni mówią, że prócz nich, w zamku było pięciu innych strażników. Zapewne większość osób uznała to wówczas za próbę odciągnięcia od siebie uwagi albo wytłumaczenia się...
-A ty nie...?- zdziwił się James. On sam by tak uznał, gdyby nie to, co usłyszał od Edmunda.
Dziewczyna uśmiechnęła się i pokręciła głową.
-Nie. Bo znalazłam coś jeszcze... To w ogóle nie było oznakowane jako związane ze sprawą Lancasterów... Ale jest istotne...- podała Jamesowi kolejny, równie oszczędny w słowach dokument.- Niestety, nasi przodkowie nie spisywali raportów ani protokołów, ale pewne rzeczy zmuszeni byli przekazywać sobie na piśmie... Po śmierci Lancasterów i zniknięciu ich syna, co oczywiste, zlecono poszukiwania. W ich trakcie, znaleziono dokładnie pięć ciał... Zupełnie pozbawione odzienia, zostały podrzucone do pobliskiej wioski kilka dni później...- uśmiechnęła się szeroko.- Nie ma nic na temat przyczyn śmierci. Wymieniono też kilku innych odnalezionych wówczas nieboszczyków. Ale to jest najbardziej intrygujące.
-Nie powiązano tego...?- zastanowił się James, chociaż na dobrą sprawę, nie był zaskoczony.
-Ich komunikacja i koordynacja nie stała raczej na wysokim poziomie...- zaśmiała się dziewczyna.- Poza tym, szukali Edmunda Lancastera. Albo jego ciała. A nie ciał podobno przebywających wtedy na zamku strażników. Dochodzeniem i poszukiwaniem zajmowały się osobne grupy.
-Ekhem...- odchrząknął głośno kelner, który stanął przy ich stoliku kilka minut temu, zupełnie niezauważony. W dłoniach trzymał tacę z pizzą, której nie miał gdzie postawić, przez zagracony papierami stół. James zgarnął część kserówek, Bruno położył danie i rzuciwszy mężczyźnie niemalże współczujące spojrzenie, odszedł szybkim krokiem.
James uśmiechnął się niepewnie do samego siebie. W tym momencie dostrzegł pośród papierów coś, co przykuło jego uwagę. Sięgnął po to, co z pewnością było odbitką listu. Listu napisanego przez Edwina Lancastera. Był dość rozwlekły i nie zawierało się w nim nic istotnego, ale co innego zaintrygowało mężczyznę. Na boku znajdował się dość pokaźny znak, przedstawiający czarny krzyż wsparty o szkarłatne oko. Zmarszczył brwi. Tego symbolu również nigdy nie widział.
-Co to takiego?- zapytał dziewczyny.
-Och... Przez długi czas byłam bardzo zafascynowana tym znakiem- powiedziała, biorąc list w dłonie.- Szczerze mówiąc, przeszukałam masę źródeł i nie znalazłam nigdzie niczego choćby podobnego... Wygląda na to, że znajduje się tylko na tym liście- wzruszyła ramionami.- To może być właściwie wszystko, chociaż raczej nie wygląda na zwykłą ozdobę. Ale sam wiesz, jakie to były czasy. Dużo tajnych zgromadzeń, bractw, sekt, znaków rodów albo jakichś tajemniczych symboli, które miały mieć znaczenie dla tych, którzy je rozumieli... Ród Lancasterów jest tak ciekawy i ma tak wiele tajemnic, że z pewnością nie będziemy mieli okazji poznać nawet drobnej części z nich...
James zgodził się z nią w milczeniu. Sęk w tym, że jemu nadarzyła się doskonała okazja, by dowiedzieć się czegoś więcej o tej rodzinie. Więcej niż doskonała – wręcz nieprawdopodobna. Mężczyzna wątpił, by jakikolwiek inny historyk mógł natrafić na bardziej wiarygodne i niezwykłe źródło wiedzy. Problemem było jednak to, że Edmund nie chciał zbyt szczegółowo opowiadać o swoim życiu i chyba wciąż jeszcze nie docierało do niego, jak wiele zmieniło się od czasów jego śmierci.
Jego rozmowy z Anette, przez cały czas ich spotkania, koncentrowały się wyłącznie na temacie Lancasterów. James nie miał nic przeciwko, dziewczyna była w tym naprawdę dobrze obeznana, dużo wiedziała, czasem zaskakiwała czymś mężczyznę, poza tym, miło było rozmawiać z kimś, kto ma taką samą pasję. Nie dało się jednak ukryć, że byłoby jeszcze milej, gdyby miał okazję skoncentrować się na nieco... innych aspektach. Starał się zmienić temat, zadawał dziewczynie jakieś pytania, ta odpowiadała, ale zaraz znów powracała do Lancasterów. Ona również czasem odbiegała nieco od głównego wątku, dopytując o studia Jamesa, o niektórych profesorów, o to, co dalej planuje. W gruncie rzeczy, to spotkanie było naprawdę bardzo miłe. James byłby zachwycony.
... Gdyby chociaż odrobinę przypominało randkę.
Po wszystkim, zaproponował, że odprowadzi Anette do domu. Dziewczyna z roztargnienia zapomniała o podarowanej jej przez Jamesa róży. Szli powoli w kierunku jej osiedla, rozprawiając już na mało związane z Lancasterami tematy. Rudowłosa rzeczywiście była roztrzepana i kompletnie zakręcona, ale sympatyczna i serdeczna. James dobrze czuł się w jej towarzystwie.
Wreszcie zatrzymali się pod jej blokiem.
-No... To tutaj- rzuciła Anette, oglądając się za siebie.
-Dziękuję za miły czas- powiedział James, uśmiechając się do niej.
-Wow, masz do mnie cierpliwość- zaśmiała się rudowłosa, zerkając na zegarek i kiwając głową.- Jak mało kto...- stwierdziła, podnosząc na chłopaka spojrzenie i również odpowiadając uśmiechem.
-Dobrze się bawiłem- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna.
-Ja też. Zawsze się dobrze bawię w towarzystwie ludzi, którzy wiedzą, o co mi chodzi i nie uznają mnie za wariatkę... Czyli... tylko w twoim- podsumowała i parsknęła śmiechem.- Mam nadzieję, że nie wystraszyłam cię kompletnie i niedługo się spotkamy...
James rozpromienił się na te słowa.
-Czyli mam szansę na kolejną randkę...?- zagadnął z uśmiechem.
Ale mina zrzedła mu, gdy zauważył, że dziewczyna spłoszyła się wyraźnie. Anette spoglądała na niego przez dłuższą chwilę absolutnie zaskoczona, po czym rzuciła pełne zdumienia i niepewności:
-Randkę...?
James poczuł się zdezorientowany i kompletnie onieśmielony.
-Chyba trochę źle mnie zrozumiałeś...- rzuciła rudowłosa z wyraźną konsternacją.- To znaczy... Ja nie... Bo...- miotała się, nie bardzo wiedząc, jak przekazać to, co ma do powiedzenia.- Chodzi o to, że ja nie chodzę na randki. W ogóle. Wcale. Właściwie to nikogo nie szukam. Ogólnie. Nie chodzi o ciebie. Pewnie pomyślałeś, że chodzi, ale nie...- zastrzegła, chociaż James, rzeczywiście tak pomyślał. Chociaż już sam nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Patrzył na dziewczynę przygaszony i niepewny.- Jestem aseksualna- rzuciła nagle Anette.- To znaczy, nie żeby to miało jakieś znaczenie... Właściwie chyba nie powinnam tego mówić... Dobry Boże...- westchnęła ciężko.- Przepraszam! Nie chciałam, żeby to tak wyszło! Ja byłam pewna... Byłam pewna, że jesteś gejem!
-Gejem?- powtórzył ze zdumieniem James.
-No tak!- potwierdziła dziewczyna, kiwając głową.- Że ty i Edmund...
-Nie- zaprzeczył natychmiast mężczyzna, czując się fatalnie.- Nic z tych rzeczy. Jesteśmy tylko... współlokatorami- stwierdził, nie wiedząc, jak określić to inaczej.
-Przepraszam- rzuciła raz jeszcze Anette.- Naprawdę mi przykro. Widziałam was razem i byłam pewna, że coś między wami jest... No... Wydawało mi się, że to spotkanie... że to po koleżeńsku... Bo mamy wspólne zainteresowania i w ogóle... Proszę, nie gniewaj się na mnie!
-Nie gniewam się- szepnął w odpowiedzi James.
Czuł się trochę rozczarowany i bardzo smutny. Anette mu się podobała. Lubił ją. Wydawało mu się, że dziewczyna to odwzajemnia. Nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, że całe to spotkanie mogłoby być czymś innym, niż randką właśnie.
-Naprawdę chciałabym się z tobą przyjaźnić...- kontynuowała rudowłosa ze zdołowaną miną.- Przepraszam... To miało wyglądać zupełnie inaczej... Och, rany...
-W porządku- odpowiedział James, uśmiechając się w bardzo wymuszony sposób.- Rozumiem. Możemy wciąż się przyjaźnić- dodał, chociaż czuł się w tym momencie tak beznadziejnie, że nie był w stanie wykrzesać z siebie nawet odrobiny entuzjazmu, wypowiadając te słowa.
-Tak... Byłoby bardzo miło- potwierdziła dziewczyna, uśmiechając się niepewnie.- To... Hm...- wyciągnęła w jego kierunku dłoń. James zdumiał się nieco, ale uścisnął ją.- To do następnego spotkania?- zapytała z nadzieją Anette, akcentując ostatnie słowo.
-Tak...
-Cześć.
-Cześć.
James patrzył, jak dziewczyna wchodzi do klatki, po czym odwrócił się z głębokim westchnieniem i ruszył z powrotem do domu.
Randka okazała się być nie-randką.
Chyba mógł zorientować się trochę wcześniej.
Ale właściwie...
Bądź co bądź, to nowa, interesująca znajomość.
... Niestety, w obliczu tego, co się wydarzyło, ta myśl nieszczególnie go pocieszała.

Wlókł się po schodach, na piętro, usiłując wykrzesać z siebie minimum wesołości. Pewnie gdyby pominąć ostatnią rozmowę z Anette i jej wyjaśnienie całej sytuacji, powodów do radości miałby mnóstwo. W końcu naprawdę spędził czas w bardzo miły sposób. Dobrze im się rozmawiało. Nie palnął żadnej głupoty. Nie zrobił z siebie idioty. Nie zniechęcił jej. Nawet gotów byłby powiedzieć, że do siebie pasowali. Anette mu zaimponowała... Pod względem charakteru była od niego zupełnie inna, ale podobała mu się właśnie taka. Ale, w ostatecznym rozrachunku, okazało się, że nic nie poszło tak, jak miało pójść.
James zatrzymał się przy drzwiach mieszkania i odruchowo sięgnął po klucz, dopiero po chwili uświadamiając sobie coś bardzo niepokojącego. Drzwi wejściowe były lekko uchylone. Mężczyzna przełknął nerwowo ślinę i pchnął je, wchodząc do środka. Był pewien, że zamykał je dokładnie na zamek. Był też pewien, że uprzedzał Edmunda, by ten nie wychodził i nie otwierał nikomu.
-Edmund...?- zawołał, idąc wgłęb mieszkania.- Edmund!- rzucił znowu, mając jeszcze nadzieję, że może Lancaster ze zwykłej ciekawości albo jakiejś trudnej do ustalenia potrzeby, otworzył drzwi i zapomniał je zamknąć. James zajrzał jednak do każdego z pomieszczeń, wołając wciąż panicza, ale na nic się to nie zdało.
Edmunda Lancastera tu nie było.
James był przerażony. Serce dosłownie podskoczyło mu do gardła. Prędko wybiegł z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi i wydostał się na zewnątrz budynku.
-Edmund!- zawołał natychmiast, licząc na to, że może nie dostrzegł Lancastera wracając, a ten wciąż był gdzieś w pobliżu.- Edmund!- krzyknął głośno, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Był coraz bardziej przerażony. Obrócił się  kilkukrotnie dookoła własnej osi, na próżno poszukując wzrokiem znajomej postaci. Nie wiedział, co ma robić. Nie wiedział nawet, w którą stronę iść, gdzie szukać hrabiego. Po chwili zastanowienia, pognał w kierunku parku. Chodzili tam często, Edmund mógł zapamiętać drogę.
James starał się tam dotrzeć jak najszybciej. Zatrzymał się na chwilę na przejściu, bo choć sygnalizacja wskazywała zielone światło, jakiś wariat przejechał tuż przed nim z niezwykłą prędkością. To jeszcze bardziej wyprowadziło mężczyznę z równowagi.
-Edmund!- zawołał rozpaczliwie. Biegł przed siebie, modląc się w duchu, by zupełnie nieobeznanemu ze współczesnością potomkowi Lancasterów nic się nie stało. Dotarł do parku. Przeszukiwał kolejno poszczególne alejki. Gdy skończył, zaczął od nowa, niepokojąc się tym, że może rozminął się gdzieś z Edmundem. Cały czas go nawoływał i każdą kolejną minutą, coraz bardziej popadał w panikę. Nigdzie nie mógł go znaleźć! Nie miał nawet pomysłu, gdzie jeszcze mógłby pójść jego podopieczny.
Choć właściwie było jedno takie miejsce. Zamek. Ale to było nieprawdopodobne! Edmund nie mógłby tam trafić ponownie sam. A jeśli...? Niewiele myśląc, James zawrócił. Znowu znalazł się pod swoim blokiem i wbiegł na moment na górę, chcąc sprawdzić, czy Lancaster nie wrócił w międzyczasie. Przekonawszy się, że tak, niestety, nie było, znów zbiegł na dół i ruszył w przeciwnym  od poprzedniego kierunku. Był w połowie drogi do zamku, gdy coś zwróciło jego uwagę. Po przeciwnej stronie ulicy, na jednej z ławek przed blokiem, siedział jakiś młody mężczyzna, z opuszczoną głową. Przy nim stała starsza kobieta, która niemalże całkowicie go zasłaniała. James musiał zbliżyć się do krawężnika, by upewnić się w swoim przypuszczeniu. To był Edmund. Poznał go po sylwetce, włosach, swoim własnym ubraniu... James podbiegł do niego natychmiast, czując niewyobrażalną ulgę.
-Przepraszam...- rzucił, omijając staruszkę i stając przy swoim podopiecznym.- Edmund...?- rzucił. Potomek Lancasterów podniósł głowę i skierował na Jamesa spojrzenie załzawionych oczu.- Tutaj jesteś...- James nigdy chyba nie czuł podobnej radości, jak w tej właśnie chwili.- Wszystko dobrze...?
-Znalazłam tutaj biedaka...- odezwała się starsza pani.- Nie wiedziałam, czy po kogoś dzwonić. Nie chciał nic mówić. Co mu się stało?
-To nic takiego- zapewnił ją natychmiast James.- On po prostu... Po prostu nie czuje się zbyt dobrze...- wyjaśnił niezbyt wylewnie.- Zajmę się nim- dodał. Starsza pani skinęła głową i odeszła.- Edmund... Co tutaj robisz? Dlaczego wyszedłeś z domu?- zapytał z troską. Lancaster pokręcił jedynie głową, wyraźnie poruszony. Podniósł się powoli z miejsca i niemalże rzucił Jamesowi na szyję. Mężczyzna uściskał go czule.- Już dobrze... Chodź, Edmund... Porozmawiamy w domu... Wracajmy już... Wracajmy.
Doprowadził swojego podopiecznego do ich mieszkania. Usadził na kanapie, zrobił mu ciepłej herbaty, po czym usiadł obok niego. Edmund Lancaster uspokoił się nieco przez ten czas.
-Dlaczego wyszedłeś, Edmund?- zapytał łagodnie James.
-Nie chciałem być tu sam...- szepnął w odpowiedzi Lancaster.
-Przecież rozmawialiśmy o tym. Wiedziałeś, że wrócę.
Ale Edmund pokręcił przecząco głową.
-Nie- odparł cichutko.- Nie wiedziałem.
Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że żyjący przez tak wiele wieków samotnie i mający odmienne poczucie czasu panicz, rzeczywiście mógł nie mieć takiej pewności. Spojrzał na niego ze współczuciem. Westchnął cicho.
-Przepraszam, Edmund- powiedział.- Nie chciałem cię przestraszyć.
-Nie wiem, co się stało...- powiedział niepewnie Lancaster, marszcząc brwi.- Siedziałem tutaj sam... Oglądałem... Wszystko było dobrze... A później, nagle, przestraszyłem się tak bardzo... Wołałem cię, a ty nie przychodziłeś. Pomyślałem, że nigdy już nie przyjdziesz. Że znowu będę sam tak długo... Chciałem cię znaleźć... Ale nie wiedziałem, gdzie jesteś. Zgubiłem się. Przepraszam- szepnął z jakże niecodzienną dla siebie skruchą.
-Nie musisz przepraszać- odparł natychmiast James.- To nie twoja wina. Strasznie się o ciebie martwiłem, Edmund. Bałem się, że coś ci się stało.
Lancaster wbił w niego niepewne spojrzenie.
-Byłoby ci smutno, gdybym umarł, Jamie?- zapytał z powagą.
James przejął się tymi słowami.
-Dlaczego miałbyś umierać, Edmund?- zapytał, choć właściwie w obliczu tego wszystkiego i faktu, że Edmund, teoretycznie, wcale nie żył (a przynajmniej żyć nie powinien), pytanie to mogło być mniej zasadne niż sądził.
-Byłoby ci smutno?- powtórzył młody hrabia.
-Bardzo- szepnął w odpowiedzi James.- Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Jedynym przyjacielem, sam tak mówiłeś. A przyjaciołom na sobie zależy.
Edmund Lancaster zastanawiał się nad jego słowami przez długą chwilę. Wreszcie, oparł głowę na ramieniu mężczyzny.
-Więc nie chcę umierać- rzucił ledwie słyszalnie.
James poruszył się, zaniepokojony.
-Dlaczego miałbyś umierać, Edmund?- zapytał raz jeszcze.
Hrabia nie odpowiedział.
Siedzieli przez kilkanaście minut w milczeniu.
-Jamie...?- zagadnął go w końcu Edmund.- Skoro wyszedłem i nie zrobiłem tego, o co mnie prosiłeś, to już nie mogę sobie zażyczyć tego, czego chciałem...?
-Oczywiście, że możesz- odparł James, uśmiechając się lekko.
-Więc zrobisz to, o co cię poproszę?
-Tak.
-Chcę iść na randkę.
James uniósł brwi i spojrzał na hrabiego ze zdumieniem.
-Na randkę...?- powtórzył, nie bardzo wiedząc, jak zareagować na to specyficzne życzenie.- Ale ty przecież nie znasz żadnej...
-Z tobą- przerwał mu Edmund, rozwiewając wszelkie wątpliwości.
James parsknął cicho.
-Ale...- zaczął, umilkłszy jednak niemal od razu.- Dobrze...- zgodził się po chwili zastanowienia, dochodząc do wniosku, że nie ma się co silić na wyjaśnienia odnośnie płci i tego typu spraw, bo widać było, że do młodego Lancastera nie bardzo to trafiało.- Niech tak będzie, Edmund- zgodził się z uśmiechem.
Mogli w końcu wyjść gdzieś razem.
Może gdy Edmund przystosuje się bardziej do współczesnego świata, będzie mu łatwiej.
Może.
A James musiał zastanowić się poważnie nad tym, co wymyślić, by mieć pewność, że Edmundowi nic nie będzie, gdy on zacznie pracować albo będzie musiał wyjść.
Póki co, nie miał żadnego pomysłu.

2 komentarze:

  1. ach, jakiż mam wyszczerz XD lubię tą Anette, może nawet przeczytam fragment dotyczący randki ;D
    *sudden realization* chociaż chyba muszę. co jeśli znajdują się w nim jakieś wskazówki co do Rozwoju Wątku Mystery?...

    OdpowiedzUsuń
  2. buahaha czekam na więcej, końcówka była świetna! :D

    OdpowiedzUsuń